Czerwone koszule - John Scalzi - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 343 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 9 godz. 50 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czerwone koszule - John Scalzi

Podporucznik Andrew Dahl rozpoczyna służbę na „Nieustraszonym”, statku flagowym Unii Galaktycznej od roku 2456. Jest to prestiżowy przydział, dający między innymi możliwość uczestniczenia w misjach zwiadowczych u boku dowódców słynnych w całej flocie. Wszystko zapowiada się pięknie, do chwili, gdy Dahl zdaje sobie sprawę, że na misjach zwiadowczych szeregowi członkowie załogi giną w głupi sposób i z zadziwiającą regularnością, podczas gdy ich starsi stażem towarzysze zawsze się z nich wymigują. Potem Dahl dowiaduje się czegoś, co kompletnie zmienia obraz tego, czym tak naprawdę jest „Nieustraszony”, i uzyskuje szansę – jeżeli powiedzie się wariacki plan jego i grupki przyjaciół – ocalenia nie tylko własnego życia.

 

Książka zdobyła Nagrodę Hugo za najlepszą powieść w 2013 roku.

Opinie o ebooku Czerwone koszule - John Scalzi

Fragment ebooka Czerwone koszule - John Scalzi

Tytuł oryginału: Redshirts

Projekt okładki: Irina Pozniak

Redakcja: Iwona Krynicka

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Renata Kuk, Dorota Wojciechowska

Copyright © 2012 by John Scalzi

All rights reserved.

For the cover illustration © Alexander Ovchinnikov

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Marcin Wawrzyńczak

ISBN 978-83-7758-771-3

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2014

Wydanie I

Książkę dedykuję następującym osobom:

Wilowi Wheatonowi, z całą serdecznością, na jaką może się zdobyć przepełnione serdecznością serce;

Mykalowi Burnsowi, przyjacielowi od czasu,gdy pracowaliśmy na TRS-80 w Bibliotece Publicznej w Glendora

oraz Joe Mallozziemu i Bradowi Wrightowi, którzy zabrali mnie ze sobą w kosmos.

Spis treści

PROLOG

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

EPILOG I: PIERWSZA OSOBA

EPILOG II: DRUGA OSOBA

EPILOG III: TRZECIA OSOBA

PODZIĘKOWANIA

Przypisy

PROLOG

Ze szczytu potężnego głazu, na którym siedział, podporucznik Tom Davis spojrzał na kapitana Luciusa Abernathy’ego, oficera naukowego Q’eenga i inżyniera pokładowego Paula Westa, usadowionych na drugim, jeszcze większym głazie po przeciwnej stronie jaskini. Paskudnie to wygląda pomyślał.

Borgowiańskie czerwie pustynne! zawołał Abernathy i plasnął otwartą dłonią w głaz. Powinienem był wiedzieć!

Powinieneś był wiedzieć? Raczej: jak to możliwe, że nie wiedziałeś pomyślał Davis i spojrzał na piaszczyste dno rozległej jaskini, gdzie ciemniejsze wybrzuszenia znaczyły tu i ówdzie szlak wielkich mięsożernych piaskali.

Nie najlepsze miejsce na potańcówkę powiedział do Chena, drugiego członka grupy rekonesansowej, gdy natknęli się na to miejsce.

Abernathy, Q’eeng i West zdążyli już wejść do środka, mimo że zgodnie z zasadami powinni byli poczekać na Davisa i Chena, stanowiących ich wsparcie.

Chen, który był nowy, prychnął:

Daj spokój. To tylko jaskinia. Co niby mielibyśmy tam znaleźć?

Niedźwiedzie? odparł Davis. Wilki? Inne wielkie drapieżniki, które lubią ciemne kryjówki? Nie biwakowałeś nigdy w dziczy?

Na tej planecie nie ma niedźwiedzi zauważył Chen, rozmyślnie ignorując sens słów kolegi. Poza tym mamy broń. No już, daj spokój! To moja pierwsza misja. Nie chcę, żeby kapitan zastanawiał się, gdzie jestem.

I wbiegł do środka za pozostałymi.

Kilka chwil później Davis przyglądał się ciemnej plamie na dnie jaskini, która była wszystkim, co zostało po Chenie. Zwabione odgłosem kroków czerwie błys­kawicznie zlokalizowały nieostrożnego młodzika i wessały pod powierzchnię. Echo jego wrzasków ucichło równie błyskawicznie i plama była jedynym śladem tego, co zaszło.

Nie, to nie do końca prawda, skrzywił się podporucznik, spoglądając w głąb jaskini i widząc samotną dłoń Chena, wciąż kurczowo ściskającą miotacz laserowy, który, jak się okazało, na nic mu się nie przydał.

Ziemia poruszyła się i dłoń zniknęła.

Dobra, teraz to prawda pomyślał gorzko.

Poruczniku Davis! zawołał kapitan Abernathy. Proszę nie zmieniać pozycji! Wszelki ruch alarmuje czerwie! Zostanie pan pożarty!

Dzięki za oczywistą i bezużyteczną informację, dupku Davis skomentował w duchu. W końcu był tylko podporucznikiem, a Abernathy kapitanem.

Tak jest, sir! krzyknął.

Świetnie odrzekł dowódca. Nie chciałbym, żeby pan ryzykował i został pożarty przez te piaskale. Pana ojciec nigdy by mi tego nie wybaczył.

Co takiego? pomyślał Davis i nagle przypomniał sobie, że Abernathy służył pod rozkazami jego ojca na „Beniaminie Franklinie”. I że ojciec w istocie uratował życie ówczesnemu podporucznikowi Abernathy’emu, wrzucając jego nieprzytomne ciało do kapsuły ewakuacyjnej i odpalając silniki na sekundy przed tym, jak „Franklin” zamienił się w kulę ognia. Przez trzy dni dryfowali w przestrzeni kosmicznej i mało brakowało, żeby się podusili, a wtedy wreszcie ich wyratowano.

Potrząsnął głową. Dziwne, że akurat teraz mu się to przypomniało.

Abernathy jakby czytał mu w myślach.

Wie pan, że pana ojciec uratował mi kiedyś życie powiedział.

Wiem… zaczął Davis, a potem zachwiał się i niemalże spadł z głazu, gdy czerwie podkopały skałę.

Poruczniku! zawołał Abernathy.

Davis rozpłaszczył się na powierzchni skały, żeby jak najbardziej obniżyć środek ciężkości, i zerknął na Abernathy’ego, który naradzał się z Q’eengiem i Westem. Nie słyszał ich, wiedział jednak, że wymieniają informacje o borgowiańskich czerwiach pustynnych, żeby wymyślić sposób ich unieszkodliwienia. Przecież muszą bezpieczne przejść przez jaskinię i dotrzeć do podziemnej komory mieszczącej starożytny komputer centralny Borgowian, który z kolei ma wyjaśnić tajemnicę zniknięcia tej mądrej i niezwykłej rasy.

Naprawdę musisz się skupić na tym, co się dzieje pomyślał i pokręcił głową. Nie dało się ukryć, że jego mózg wybrał sobie dość dziwny moment na wydobywanie z zakamarków pamięci całej masy danych zupełnie bezużytecznych, jeżeli wziąć pod uwagę okoliczności.

Czerwie ponownie zakołysały głazem, na którym siedział. Uchwycił się go kurczowo, widząc, że Abernathy, Q’eeng i West rozprawiają z coraz większym ożywieniem.

Nagle coś przyszło mu na myśl.

Jesteś członkiem zespołu wsparcia. Masz miotacz. Możesz po prostu wykończyć to cholerstwo.

Pacnąłby się w głowę, gdyby nie to, że pod wpływem ruchów czerwi właśnie rąbnął czołem o głaz. Oczywiście, że tak! Miotacz! Sięgnął do pasa, żeby wyjąć broń z kabury. Jednocześnie zaczął się zastanawiać, dlaczego jeżeli rozwiązanie było tak proste nie wpadł na nie Abernathy razem z pozostałymi.

Sporo się dzieje w tej mojej łepetynie! skarcił się w myślach, jednak zignorował to spostrzeżenie, po czym wycelował w wybrzuszenie, które pojawiło się w pobliżu głazu.

W tym samym momencie, w którym pociągnął za spust, wysyłając śmiercionośną laserową wiązkę, Abernathy wrzasnął:

Nie!

Ukryty pod ziemią stwór zaskrzeczał przeraźliwie, po czym zatrząsł się wściekle. Rozległ się złowrogi huk, gdy dziesiątki czerwi wystrzeliły na powierzchnię.

Miotacz laserowy jest bezużyteczny przeciwko borgowiańskim czerwiom pustynnym! Q’eeng próbował przekrzyczeć ryk wydawany przez gwałtownie rzucające się stworzenia. Jego częstotliwość sprawia, że dostają szału. Davis, właśnie ściągnąłeś je nam wszystkie na głowę!

Nie mogłeś mi tego powiedzieć, zanim strzeliłem? chciał krzyknąć Davis. Nie mogłeś poinformować o tym w trakcie odprawy? Na statku? Gdy omawialiśmy lądowanie na Borgowii? Na której żyją cholerne czerwie pustynne?!

Lecz nic nie powiedział, bo miał świadomość, że Q’eeng i tak go nie usłyszy, a poza tym było za późno. Stało się, strzelił. Czerwie oszalały. Wyglądało na to, że ktoś zginie.

Tym kimś będzie najpewniej on sam.

Przebijając wzrokiem kurz i pył, wzniecone przez wierzgające cielska, spojrzał na Abernathy’ego, który przyglądał mu się z zaniepokojeniem. Wtedy zaczął się zastanawiać, czy kapitan kiedykolwiek rozmawiał z nim, zanim wyruszyli na misję.

Z pewnością od czasu katastrofy „Franklina” on i ojciec Davisa trzymali się razem. Byli przyjaciółmi. Dobrymi przyjaciółmi. Możliwe nawet, że Abernathy znał Davisa, gdy ten był jeszcze dzieckiem, i że pogadał, z kim trzeba, żeby załatwić synowi przyjaciela robotę na „Nieustraszonym” okręcie flagowym Unii Galaktycznej. Nie odwiedzał go tam faworyzowanie członka załogi przez dowódcę nie byłoby dobrze widziane ale z pewnością musieli rozmawiać. Parę słów raz na jakiś czas. Pytanie o ojca. Albo może na którejś z pozostałych misji.

Poczuł pustkę w głowie.

Nagle hałas ucichł. Czerwie zniknęły pod ziemią równie szybko, jak się spod niej wyłoniły. Kurz opadł.

Wycofały się! Davis usłyszał własny głos.

Nie odparł Abernathy. na to za sprytne.

Dam radę dobiec do wyjścia! Słowa same wydobyły mu się z ust.

Niech pan się nie rusza, poruczniku! zawołał Abernathy. To rozkaz!

Ale Davis zeskoczył już z głazu i pędził ile sił w nogach ku wyjściu z jaskini. Z jednej strony sam był zszokowany irracjonalnością swego postępowania, z drugiej nic go to nie obchodziło. Wiedział, że musi się ruszyć. Wewnętrzny przymus. Nie miał innego wyjścia.

Nie! krzyknął Abernathy jakby w zwolnionym tempie, gdy Davis przebiegł połowę dystansu, jaki miał do pokonania. W tej samej chwili dno jaskini eksplodowało. Czerwie ustawiły się w półokrąg, po czym wystrzeliły w górę, zmierzając po kolejną ofiarę.

Davis wrył się piętami w ziemię, a na jego twarzy zagościł wyraz zaskoczenia, gdyż przeżył objawienie. To był decydujący moment jego życia. Sens jego istnienia. Wszystko, co wcześniej zrobił, czym był, co powiedział lub czego pragnął, miało doprowadzić go do tej konkretnej chwili, gdy hamował, zarywszy piętami w ziemi, a borgowiańskie czerwie wystrzeliwały na powierzchnię i w kłębach pyłu zmierzały ku niemu.

To było jego przeznaczenie. Jego los.

W ułamku sekundy, wpatrując się w ostre jak igła zęby osadzone w (dość podejrzanej z ewolucyjnego punktu widzenia) obrotowej szczęce czerwia, porucznik Tom Davis ujrzał przyszłość.

W tym wszystkim nie chodziło wcale o tajemnicze zniknięcie Borgowian. Odtąd już nikt nigdy nie będzie o nich mówił. Chodziło o niego a właściwie o to, jak jego rychła śmierć wpłynie na ojca, obecnie admirała. A mówiąc jeszcze precyzyjniej, jak jego śmierć wpłynie na relację pomiędzy admirałem Davisem i kapitanem Abernathym. Davis zobaczył, jak Abernathy informuje admirała Davisa o śmierci jego syna. Ujrzał, jak szok ustępuje miejsca gniewowi, jak przyjaźń między dwoma mężczyznami kończy się niby ucięta nożem. Zobaczył scenę, w której żandarmeria Unii Galaktycznej na zlecenie admirała aresztuje Abernathy’ego pod fałszywym zarzutem niedopełnienia obowiązków służbowych.

Ujrzał rozprawę w sądzie wojskowym i oficera naukowego Q’eenga w roli adwokata oskarżonego; jak Q’eeng swoimi pytaniami doprowadza zeznającego admirała do załamania i zmusza go do przyznania, że tak naprawdę chodziło o zemstę za śmierć syna. Ujrzał, jak admirał wyciąga dłoń do człowieka, którego fałszywie oskarżył, i prosi o przebaczenie, a kapitan Abernathy udziela mu go w akcie rozdzierającego serce pojednania wprost na sali sądowej.

Była to wielka historia. Wielki dramat.

A wszystko zależało od niego. Od tej chwili. Od jego losu. Od przeznaczenia porucznika Davisa.

Pieprzyć to, chcę żyć pomyślał i uskoczył przed rozdziawionymi paszczami. Potknął się, a jeden z czerwi odgryzł mu głowę. Davis umarł.

Z głazu, na którym siedzieli Q’eeng, West i on sam, kapitan Lucius Abernathy patrzył bezradnie, jak Tom Davis pada ofiarą czerwi pustynnych. Poczuł dłoń na ramieniu. To był inżynier pokładowy West.

Przykro mi, Luciusie rzekł West. Wiem, że zależało ci na tym chłopaku.

Nawet więcej odparł Abernathy, czując, jak żal ściska mu gardło. On był synem przyjaciela. Znałem go od dziecka, Paul. Załatwiłem mu stanowisko na „Nieustraszonym”. Obiecałem jego ojcu, że będę na niego uważał. I uważałem. Zaglądałem do niego od czasu do czasu. Bez żadnego faworyzowania oczywiście. Po prostu miałem go na oku.

Admirał będzie niepocieszony zauważył Q’eeng. Podporucznik był jedynym dzieckiem admirała i jego zmarłej żony.

Tak zgodził się dowódca. Będzie ciężko.

To nie twoja wina, Luciusie odezwał się West. To nie ty kazałeś mu strzelać. Nie ty kazałeś mu zeskoczyć z głazu.

Nie moja wina powiedział ciężko Abernathy lecz moja odpowiedzialność. Odsunął się w najdalszy kraniec głazu.

Jezu Chryste mruknął cicho West do Q’eenga, żeby kapitan nie usłyszał. Co za debil używa miotacza laserowego w jaskini pełnej borgowiańskich piaskali? A potem próbuje dobiec do wyjścia? Davis mógł być synem admirała, ale nie grzeszył zanadto rozumem.

Rzeczywiście, jednak szkoda chłopaka odrzekł Q’eeng. Niby zwyczaje i zagrożenia czerwi pustynnych powszechnie znane, a mimo to i Chen, i Davis zachowali się lekkomyślnie.

Mamy do czynienia z obniżaniem się standardów dodał West.

Prawdopodobnie potwierdził Q’eeng. W każdym razie ta i wiele innych misji ucierpiało ostatnio z powodu znaczących strat w ludziach. Bez względu na to, czy jest to zgodne z naszymi standardami, czy nie, fakt pozostaje faktem: potrzebujemy uzupełnień.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Podporucznik Andrew Dahl wyjrzał przez okno „Doku”, jak nazywano krążącą po orbicie okołoziemskiej stację kosmiczną Unii Galaktycznej, i wbił wzrok w statek, na który otrzymał przydział. Patrzył na „Nieustraszonego”.

Piękny, nieprawdaż?

Mężczyzna podniósł wzrok i ujrzał młodą kobietę w mundurze podporucznika floty kosmicznej, spoglądającą w samą stronę co on.

Tak zgodził się.

Statek kosmiczny „Nieustraszony” powiedziała kobieta. Zbudowany w dwa tysiące czterysta pięćdziesiątym trzecim roku w stoczni na Marsie. Jednostka flagowa Unii Galaktycznej od roku dwa tysiące czterysta pięćdziesiątego szóstego. Pierwszy dowódca: kapitan Genevieve Shan. Od roku dwa tysiące czterysta sześćdziesiątego drugiego pod komendą kapitana Lu­ciusa Abernathy’ego.

Jest pani przewodniczką po „Nieustraszonym?” zapytał Dahl z uśmiechem.

A pan jest turystą? Kobieta uśmiechnęła się w odpowiedzi.

Nie odparł i wyciągnął dłoń. Andrew Dahl. Mam przydział na „Nieustraszonego”. Czekam na prom o piętnastej.

Młoda kobieta uścisnęła mu rękę.

Maia Duvall. Też mam przydział na „Nieustraszonego”. I też czekam na prom o piętnastej.

Co za zbieg okoliczności.

Jeżeli zbiegiem okoliczności nazywasz fakt, że dwoje członków floty Unii czeka na pokładzie stacji kosmicznej tejże Unii na prom mający ich zabrać na statek kosmiczny Unii, a jakże, przy oknie, przy którym ów prom zacumuje, to tak prychnęła.

Cóż, nie da się ukryć odparł.

Dlaczego jesteś tak wcześnie? zapytała. Dopiero południe. Myślałam, że będę pierwsza.

Nie mogłem się doczekać wyznał Dahl. To mój pierwszy przydział. Duvall obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem. Spóźniłem się o parę lat z pójściem na Akademię wyjaśnił.

Dlaczego?

To długa historia.

Mamy czas stwierdziła. Chodźmy coś zjeść i mi opowiesz.

Hm… chrząknął Dahl. Właściwie to na kogoś czekam. Na przyjaciela. Który też ma przydział na „Nieustraszonego”.

Stołówka jest tuż obok powiedziała, wskazując kontuar na drugim końcu korytarza. Wyślij swojemu kumplowi info. Nawet jeżeli nie odbierze wiadomości i tak go zobaczymy. No chodź, postawię ci drinka.

Skoro tak… Dahl skinął głową. Gdybym od­rzucił taką ofertę, nie miałbym czego szukać we flocie kosmicznej.

* * *

Obiecałeś mi długą historię powiedziała Duvall, gdy zamówili już jedzenie i picie.

Nic takiego nie obiecywałem zaprotestował Dahl.

Pośrednio tak. Uśmiechnęła się. Poza tym posta­wiłam ci drinka. Jesteś moim dłużnikiem. A więc, słucham, poruczniku Dahl, proszę mnie zabawić.

W porządku, niech będzie odrzekł. Poszedłem na Akademię późno, bo przez trzy lata uczyłem się w seminarium duchownym.

To dość ciekawe skomentowała.

Na Forshanie dodał.

O, to już bardzo ciekawe. A więc jesteś kapłanem religii forshańskiej? Którego odłamu?

Lewomyślnego, ale nie kapłanem.

Nie dałeś rady z celibatem?

Kapłanów lewomyślnego odłamu nie obowiązuje celibat odparł. Jednak w seminarium byłem jedynym przedstawicielem rasy ludzkiej, co oznacza, że celibat został mi jakby narzucony.

Niektórzy nie przejmowaliby się takim szczegółem.

Nie widziałaś z bliska kleryka forshańskiego seminarium. Poza tym nie utrzymuję kontaktów płciowych z nieludźmi.

Może po prostu nie spotkałeś dotąd właściwego obcego.

Wolę ludzi rzucił zdecydowanie. Nazwij mnie nudziarzem.

Nudziarz powiedziała, drocząc się z nim.

Za to ty w rekordowo krótkim czasie wyciągnęłaś mnie na zwierzenia o preferencjach seksualnych. Jeżeli tak świntuszysz z kimś, kogo dopiero poznałaś, mogę sobie wyobrazić, jak zachowujesz się przy starych znajomych.

Och, nie przy każdym! parsknęła. Ty wzbudziłeś moją sympatię. A wracając do tematu: czyli nie jesteś kapłanem.

Nie. Formalnie rzecz biorąc, posiadam status „zagranicznego penitenta”. Pozwolono mi odbyć całe studia i odprawić niektóre rytuały, lecz ograniczenia fizyczne uniemożliwiły mi uzyskanie pełnych święceń.

Takie jak? zapytała.

Na przykład samozapłodnienie.

Drobny, lecz istotny szczegół zauważyła.

A ty się martwiłaś o mój celibat. Dahl pociągnął łyk.

Skoro i tak nie mogłeś zostać kapłanem, czemu w ogóle poszedłeś do seminarium?

Religia forshańska wydała mi się bardzo kojąca odparł. W młodości zrobiła na mnie duże wrażenie. Rodzice osierocili mnie, gdy byłem mały, wziąłem więc spadek, zapłaciłem za naukę języka, a potem poleciałem na Forshan i znalazłem seminarium, chętne, żeby mnie przyjąć. Planowałem zostać tam na zawsze.

Jednak nie zostałeś stwierdziła. Jak widać.

Dahl uśmiechnął się.

Cóż, religia forshańska daje dużo spokoju, niestety tego samego nie da się powiedzieć o forshańskich wojnach religijnych.

Ach tak skwitowała. A jak z forshańskiego kleryka zostaje się absolwentem Akademii?

Kiedy Unia zaoferowała się jako mediator między zwaśnionymi odłamami religijnymi na Forshanie, potrzebowali tłumacza, a ja byłem na miejscu wyjaśnił. Niewielu ludzi zna więcej niż jeden dialekt tamtejszego języka. Ja znałem wszystkie cztery główne.

Imponujące!

Językowo radzę sobie nie najgorzej.

Hej, i kto tu świntuszy?!

Po fiasku misji rozjemczej Unia wezwała wszystkich nieautochtonów do opuszczenia planety rzekł Dahl. Główny negocjator dał mi znać, że Unia potrzebuje lingwistów i naukowców, i polecił mnie na Akademii. Moje seminarium było już wtedy kupką dymiących zgliszczy, a ja nie miałem się dokąd udać. Zresztą, nawet gdybym miał, i tak nie byłoby mnie na to stać. Akademia wydawała się najlepszym wyjściem z sytuacji. Kolejne cztery lata spędziłem, studiując ksenobiologię i ling­wistykę. I tak znalazłem się tutaj.

To była ciekawa historia. Duvall podniosła butelkę w toaście.

Stuknęli się.

Dzięki powiedział Dahl. A twoja?

O wiele mniej interesująca.

Wątpię.

Nie studiowałam w Akademii. Zaciągnęłam się do sił pokojowych Unii, zwykła rekrutka. Spędziłam tam kilka lat. Trzy lata temu przeniesiono mnie do floty kosmicznej. Ostatnio służyłam na „Nantes”.

Awans? zapytał.

Uśmiechnęła się krzywo.

Niezupełnie. Nazwijmy to przeniesieniem z powodu konfliktu osobistego.

Zanim Dahl zdążył się dowiedzieć czegoś więcej, zabuczał jego telefon. Wyciągnął go i zerknął na wiadomość.

Bęcwał mruknął.

Co tam?

Poczekaj chwilę powiedział i odwrócił się, żeby dać znak młodemu mężczyźnie stojącemu na środku korytarza. Tu jesteśmy, Jimmy! zawołał.

Facet wyszczerzył radośnie zęby, pomachał w odpowiedzi i ruszył w ich stronę.

Domyślam się, że to przyjaciel, na którego czekasz.

Tak, to on potwierdził Dahl. Jimmy Hanson.

Jimmy Hanson? spytała Maia. Mam nadzieję, że to nie ten od Jamesa Hansona, prezesa Hanson Industries?

James Albert Hanson IV potwierdził Dahl. Jego syn.

Musi być z niego fajny gość.

Za kieszonkowe mógłby sobie kupić całą stację. Ale on nie jest taki.

Co masz na myśli?

Czołem, wiara! rzucił Hanson, podchodząc do stolika. Spojrzał na Duvall i wyciągnął dłoń. Cześć, jestem Jimmy.

Maia odparła Duvall i uścisnęli sobie ręce.

A więc jesteś znajomą Andy’ego, tak? zapytał Hanson.

Zgadza się. Starą znajomą. Znamy się już całe pół godziny.

Super. Hanson się uśmiechnął. On i ja znamy się odrobinę dłużej.

Mam nadzieję odparła.

Idę po coś do picia powiedział Jimmy. Chcecie coś? Postawić wam jeszcze po kolejce?

Ja mam dość stwierdził Dahl.

A ja bym się jeszcze napiła. Maia pomachała prawie pustą butelką.

To samo?

Jasne.

Świetnie. Dziedzic fortuny klasnął w dłonie. Zaraz wracam. Przytrzymacie mi miejsce?

Nie ma sprawy rzekł Andy.

Hansen oddalił się.

Wydaje się miły powiedziała Duvall.

I taki jest potwierdził Dahl.

Nie żeby robił wrażenie kogoś szczególnie interesującego.

Ma inne zalety.

Takie jak stawianie drinków?

Również, choć akurat nie to miałem na myśli.

Mogę ci zadać osobiste pytanie? Duvall nachyliła się ku niemu.

Biorąc pod uwagę, że zdążyliśmy już omówić moje preferencje seksualne, wal! Roześmiał się.

Znaliście się z Jimmym, zanim dowiedziałeś się, że jego ojca stać byłoby na kupno całej planety albo dwóch?

Dahl milczał przez chwilę.

Wiesz, czym bogacze różnią się od nas? zapytał wreszcie.

Poza tym, że mają od nas więcej pieniędzy?

Tak.

Nie wiem przyznała.

Otóż tym, że doskonale zdają sobie sprawę, w każdym razie ci inteligentniejsi, dlaczego ludzie chcą się z nimi przyjaźnić. Czy dlatego, że ich lubią i cenią, czy też dlatego, żeby mieć dostęp do pieniędzy i władzy. Rozumiesz?

Jasne. Skinęła głową.

Świetnie. A teraz posłuchaj: będąc jeszcze chłopcem, Jimmy uświadomił sobie, że jego ojciec jest jednym z najbogatszych ludzi w Unii Galaktycznej. Następnie zdał sobie sprawę, że któregoś dnia on sam zajmie jego miejsce. Potem doszedł do wniosku, że wielu ludzi będzie próbowało to wykorzystać. I wreszcie nauczył się, jak ich unikać.

Kapuję powiedziała Duvall. On poznałby, gdybyś kumplował się z nim tylko ze względu na pieniądze jego ojca.

Ciekawie było obserwować go w trakcie pierwszych kilku tygodni w Akademii ciągnął Andy. Część kadetów, podobnie zresztą jak wykładowców, próbo­wała się z nim zaprzyjaźnić. Myślę, że byli zaskoczeni tym, jak szybko ich przejrzał. Miał w życiu dość czasu, żeby nauczyć się czytać ludzkie intencje. Nie ma innego wyjścia.

A jak ty się do niego zbliżyłeś? zapytała.

W ogóle odparł Dahl. To on podszedł do mnie i zaczął rozmawiać. Chyba zdał sobie sprawę, że nie interesuje mnie, kim jest jego ojciec.

Wszyscy cię kochają rzuciła, a w jej głosie zabrzmiał sarkazm.

To po pierwsze, a po drugie byłem dobry z biologii, z którą on miał problem. To, że jest wybredny w doborze znajomych, nie oznacza, że nie dba o własne interesy.

Miałam wrażenie, że jest gotów przyjąć mnie do grona swoich znajomych.

Bo myśli, że jesteśmy przyjaciółmi, a ma do mnie zaufanie rzekł Dahl.

A jesteśmy? zapytała Duvall. Przyjaciółmi?

Jak dla mnie jesteś odrobinę zbyt nadpobudliwa.

Tak, wyczuwam od ciebie wibrację „lubię spokój”. Zaśmiała się.

Zakładam, że ty nie znasz tego stanu.

Śpię od czasu do czasu przyznała. Poza tym nie.

Pewnie będę musiał się z tym pogodzić.

Na to wychodzi.

Mam napoje! zawołał Hanson, podchodząc do stolika.

Cóż, Jimmy powiedziała Duvall zdaje się, że tym samym dołączyłeś do grona moich ulubieńców.

Świetnie. Hanson podał jej butelkę i usiadł. A więc o czym gadamy?

* * *

Tuż przed przylotem promu w poczekalni zjawiły się jeszcze dwie osoby. A właściwie pięć: dwóch szeregowców, eskortowanych przez trzech żandarmów. Duvall dała znak Dahlowi i Hansonowi, którzy podnieśli wzrok. Jeden z szeregowców zauważył to i mrugnął do nich.

Tak, mam świtę powiedział z przekąsem.

Duvall puściła to mimo uszu i zwróciła się do jednego z żandarmów:

Co przeskrobał?

Ma kilka zarzutów, w tym przemyt, sprzedaż kontrabandy i atak na pierwszego oficera odparł żandarm, a potem wskazał na drugiego mężczyznę, który stał ze zwieszoną głową, unikając kontaktu wzrokowego. Ta sierota jest jego kumplem. Podejrzany o współudział.

Zarzut o atak na pierwszego jest dęty powiedział główny oskarżony. Facet był nawalony jak stodoła na jesień.

Prochami, które sam mu podałeś wtrącił drugi szeregowiec, wciąż nie patrząc na nikogo.

Nikt nie jest w stanie udowodnić, że mu je podałem, a poza tym to nie były prochy, tylko pozaziemski grzybek odparł ten pierwszy. I ten grzybek rozluźnia ludzi, a nie sprawia, że atakują innych, zmuszając ich do samoobrony.

Podałeś mu żagwiaka, co? wtrącił Dahl.

Chłopak spojrzał na niego.

Jak już mówiłem, nikt mi nie udowodni, że cokolwiek mu podałem. A po drugie, być może.

Żagwiak zawiera związek chemiczny, który u większości ludzi wywołuje stan relaksu i rozluźnienia wyjaśnił Andy. Jednak u jednej osoby na tysiąc efekt jest odwrotny, gdy receptory w mózgu nieco inne niż u reszty populacji. U jednego gościa na tysiąc żagwiak wywoła szał. Wygląda na to, że wasz pierwszy oficer należał do wybrańców.

Kim jesteś, że tak dobrze znasz się na pozaziemskich grzybkach?

Kimś, kto wie, że bez względu na okoliczności nie należy sprzeciwiać się przełożonym odparł Dahl.

Szeregowy wyszczerzył zęby.

A dlaczego nie jesteś w pace? spytała Duvall.

Chłopak wskazał na Dahla.

Zapytaj swojego kumpla, skoro jest taki mądry.

Maia spojrzała na Andy’ego, który wzruszył ramionami.

Żagwiaka nie ma na liście organizmów zakazanych wyjaśnił. Po prostu konsumowanie go to nie najmąd­rzejszy pomysł. Trzeba albo studiować ksenobiologię, albo interesować się mało znanymi, formalnie legalnymi środkami wspomagającymi pozaziemskiego pochodzenia w celach rekreacyjnych.

Ach tak rzekła Maia.

Jeżeli miałbym zgadywać ciągnął Dahl powiedziałbym, że nasz przyjaciel…

Finn wtrącił szeregowiec i wskazał na swojego towarzysza. A to jest Hester.

…że nasz przyjaciel, Finn, cieszył się opinią kogoś, kto potrafi załatwić substancje, których nie wykryje test antynarkotykowy.

Hester prychnął.

Domyślam się również, że ów pierwszy oficer zapewne nie chce, żeby wyszło na jaw, że brał narkotyki…

Grzybki wtrącił Finn.

…jakiegokolwiek rodzaju. I że kiedy z powodu żag­wiaka wpadł w szał i zaatakował pana Finna, ten, przynajmniej z formalnego punktu widzenia, bronił się. Więc zamiast go aresztować i tym samym otwierać puszkę Pandory, lepiej po cichu przenieść szeregowego gdzie indziej.

Jest to interpretacja wydarzeń, której nie mogę ani potwierdzić, ani zaprzeczyć rzekł Finn.

A po co żandarmeria? zapytał Hanson.

Żeby dopilnować, że wsiądziemy na „Nieustraszonego” bez żadnych skoków w bok powiedział Hester. Czyli żeby ten tutaj nie próbował przypadkiem zajrzeć do swojej skrytki i uzupełnić zapasu towaru.

Finn przewrócił oczami na te słowa.

Duvall spojrzała na Hestera.

Wyczuwam gorycz.

Hester wreszcie podniósł wzrok.

Sukinsyn urządził sobie skrytkę w mojej szafce na ubrania wyjaśnił.

A ty nie miałeś o tym pojęcia?

Twierdził, że to słodycze i że jeżeli inni się dowiedzą, to mu je wyżrą.

Tak by było odrzekł Finn. Na swoją obronę dodam, że wszystko rzeczywiście było polukrowane.

Mówiłeś również, że to dla twojej matki powiedział Hester.

Cóż, tutaj akurat kłamałem.

Próbowałem powiedzieć kapitanowi i pierwszemu, ale nie chcieli mnie słuchać poskarżył się Hester. Z ich punktu widzenia jestem współsprawcą. A ja tego gnojka nawet nie lubię.

Więc dlaczego zgodziłeś się przechować jego… słodycze? zapytała Maia.

Chłopak wymamrotał coś niezrozumiałego i ponownie spuścił wzrok.

Zrobił to, bo byłem dla niego miły, a on nie ma przyjaciół wyjaśnił Finn.

Wykorzystałeś go zatem skwitował Hanson.

Ja nic do niego nie mam odparł Finn. I nie jest tak, że chciałem narobić mu kłopotów. Wcale nie musiało tak być. W skrytce nie było nic nielegalnego. Ale potem nasz pierwszy dostał świra i próbował połamać mi kości.

Wychodzi na to, że powinieneś był lepiej znać się na tym, co oferujesz rzekł Dahl.

Następnym razem, gdy coś będę miał, zgłoszę się najpierw do ciebie na konsultacje prychnął Finn, a potem wskazał okno, przez które widać było podchodzący do cumowania prom. Tylko to będzie musiało poczekać. Zdaje się, że przybył nasz transport.

ROZDZIAŁ DRUGI

Pięcioro nowych członków załogi „Nieustraszonego” powitał mat nazwiskiem Del Sol, który następnie zaprowadził ich na stanowiska.

Dahl stanął przed głównym oficerem naukowym, Q’eengiem.

Sir zasalutował.

Q’eeng odsalutował.

Poruczniku Dahl, miło mi pana poznać. Nie zawsze witam nowych podwładnych osobiście, ale właśnie skończyłem wachtę i pomyślałem, że pokażę panu, gdzie będzie pan pracował. Czy ma pan jakieś rzeczy osobiste do przechowania?

Nie, sir odparł Andy.

Bagaże jego i pozostałych nowych, po sprawdzeniu zawartości pod kątem bezpieczeństwa, miały być dostarczone bezpośrednio do ich kajut. O przydziałach mieli być powiadomieni później.

Jeżeli dobrze zapamiętałem, spędził pan kilka lat na Forshanie i zna pan tamtejszy język rzekł Q’eeng. Wszystkie cztery dialekty.

Tak jest, sir potwierdził Dahl.

Przez chwilę uczyłem się forshańskiego w Akademii powiedział dowódca, a potem odchrząknął. Aaachka faaachklalhach ghalall chkalalal.

Dahl milczał. Q’eeng próbował wymówić w trzecim dialekcie tradycyjne pozdrowienie prawomyślnego odłamu religii forshańskiej, brzmiące: „Przekazuję ci chleb życia”, lecz nieprawidłowa intonacja i akcent zmieniły sens jego wypowiedzi na: „Przykazuję ci chlać do przepicia”. Pomijając fakt, że trzeci dialekt był ojczystym językiem założyciela odłamu lewomyślnego i że przedstawiciel sekty prawomyślnej z pewnością by go nie użył, chlanie do przepicia nie było praktyką akceptowaną nigdzie na Forshanie.

Aaachkla faaachklalhalu faadalalu chkalalal odpowiedział Dahl prawidłowym: „Dzielę się nim z tobą”.

Czy wymówiłem to poprawnie? zapytał Q’eeng.

Pański akcent jest bardzo nietypowy, sir odparł dyplomatycznie Dahl.

Zaiste odrzekł Q’eeng. A zatem mówienie po forshańsku pozostawię panu.

Tak jest, sir.

Tymczasem proszę za mną powiedział Q’eeng i ruszył naprzód. Dahl pospieszył, żeby dotrzymać mu kroku.

Szli, a wokół nich wrzała praca; szeregowcy i oficerowie uwijali się jak w ukropie, każdy, zdawało się, przejęty zadaniem, które miał do wykonania. Q’eeng szedł między nimi jakby otoczony własnym polem siłowym: tłum rozstępował się przed nim, a potem gęstniał ponownie za jego plecami.

Czyżbym trafił na godziny szczytu? spytał Dahl, rozglądając się.

Przekona się pan, że działamy tu skutecznie i wydajnie odparł Q’eeng. „Nieustraszony” to statek flagowy Unii i załogę dobieramy ze szczególną starannością.

Nie wątpię w to, sir. Andy rzucił szybkie spojrzenie do tyłu. Tempo krzątaniny znacząco osłabło i członkowie załogi wpatrywali się w niego i Q’eenga. Nie potrafił nic wyczytać z ich twarzy.

Jeżeli dobrze zrozumiałem, po ukończeniu Akademii poprosił pan o przydział na „Nieustraszonego”.

Tak jest, sir potwierdził Dahl, zwracając się ponownie ku przełożonemu. Pański wydział robi tu świetną robotę. Niektóre rzeczy, którymi się zajmujecie, tak zaawansowane, że mieliśmy niemałe kłopoty, próbując odtworzyć je w Akademii.

Mam nadzieję, że to nie jest sugestia, że nie trzymamy naukowych standardów. Oficer naukowy zesztywniał lekko.

W żadnym wypadku, sir odparł podporucznik. Reputacja stacji jest nienaganna. Obaj wiemy, że przy tego rodzaju doświadczeniach warunki wyjściowe zarazem niezwykle ważne i trudne do odtworzenia w laboratorium.

Q’eeng rozluźnił się.

Kosmos jest rozległy powiedział. Zadaniem „Nieustraszonego” jest eksplorować. Badania, które prowadzimy, często zupełnie pionierskie: identyfikacja, opis, wstępne hipotezy. Potem lecimy dalej, pozwalając innym zająć się resztą.

Tak jest, sir rzekł Dahl. To właśnie ten pionierski charakter badań mnie fascynuje. Eksploracja.

A więc zapytał Q’eeng czy widziałby się pan w roli uczestnika misji zwiadowczych?

W tej samej chwili mijający ich szeregowiec potknął się i nieomal upadł.

Hej! Andy podtrzymał go. Ostrożnie.

Dzięki wymamrotał tamten i oddalił się pospiesznie.

Zawsze czujni, gotowi i… uprzejmi podkreślił Dahl z uśmiechem, a potem nagle spoważniał, widząc, że Q’eeng wpatruje się w niego intensywnie. Sir dodał.

Misje zwiadowcze powtórzył Q’eeng. Widzi pan siebie w roli ich uczestnika?

W Akademii byłem raczej uznawany za mola książkowego, sir odparł Dahl, a Q’eeng zmarszczył brwi na te słowa. Ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że za­danie „Nieustraszonego” to eksploracja. Cieszę się, że będę mógł mieć w tym swój udział.

Świetnie. Q’eeng znów ruszył naprzód. Bycie molem książkowym ma sens w Akademii i może mieć sens na innych jednostkach. Lecz gdyby nie gotowość załogi „Nieustraszonego” do pracy bezpośrednio w terenie, nie byłoby tych wszystkich odkryć naukowych, które zmieniły bieg historii. Chciałbym, żeby pan o tym pamiętał.

Tak jest, sir.

Doskonale rzucił Q’eeng, zatrzymując się przed drzwiami z napisem „Ksenobiologia”. Otworzył je, po czym weszli do środka. W pomieszczeniu nie było nikogo.

Gdzie wszyscy, sir? zapytał Andy.

Członkowie załogi „Nieustraszonego” nieustannie konsultują się z kolegami z innych wydziałów i często piastują więcej niż jedno stanowisko wyjaśnił Q’eeng. Na przykład pan ma dodatkowe pół etatu na lingwistyce ze względu na pańską znajomość forshańskiego. Mało kto siedzi cały czas przykuty do biurka.

Rozumiem, sir.

Niemniej… Q’eeng chwycił za telefon i wystukał numer. Witam, porucznik Collins powiedział. Najnowszy pracownik waszego działu właśnie zameldował się na stanowisku pracy. Pauza. Doskonale. To wszystko. Schował telefon. Porucznik Collins za chwilę się zjawi, żeby pana powitać.

Dziękuję, sir. Dahl zasalutował.

Q’eeng skinął głową, odsalutował i wyszedł. Andy podszedł do drzwi i odprowadził go wzrokiem. Otoczony swoim niewidzialnym polem siłowym Q’eeng skręcił za róg i zniknął z pola widzenia.

* * *

Hej! Dahl usłyszał czyjś głos za plecami. Odwrócił się. Na środku pomieszczenia stał jakiś członek załogi. Andy spojrzał ku drzwiom, przez które przed chwilą wyszedł Q’eeng, a potem na nieznajomego.

Cześć powiedział. Nie było cię tu dwie sekundy temu.

To prawda odparł szeregowiec, po czym podszedł do Dahla i wyciągnął rękę na powitanie. Jake Cassaway.

Andy Dahl. Wymienili uścisk dłoni. Jak to zrobiłeś?

Tajemnica zawodowa. Cassaway się uśmiechnął.

Drzwi na drugim końcu pracowni otworzyły się i do środka weszła młoda kobieta.

I tyle po tajemnicy zawodowej rzekł Cassaway.

Co tam jest?

Zaplecze.

Chowałeś się na zapleczu?

Wcale się nie chowaliśmy powiedziała kobieta. Przeprowadzaliśmy remanent.

Andy Dahl, a to jest Fiona Mbeke przedstawił ich sobie Cassaway.

Miło mi rzekł Dahl.

Powinieneś się cieszyć, że robiliśmy remanent wyjaśniła Mbeke. Bo to oznacza, że nie obarczą tym ciebie jako nowego.

Cóż, w takim razie dzięki. Andy się uśmiechnął.

Ale i tak będziesz musiał robić kawę.

Nie spodziewałem się niczego innego.

O proszę, tutaj pozostali. Cassaway skinął głową w stronę kolejnych dwóch członków załogi, którzy właśnie weszli głównymi drzwiami.

Kobieta w mundurze oficerskim podeszła do Dahla. Spostrzegł naszywki porucznika i niezwłocznie zasalutował.

Spokojnie powiedziała, ale oddała salut. Zwyk­le salutujemy tutaj tylko wtedy, gdy w drzwiach pojawia się Jego Wysokość.

Ma pani na myśli komandora Q’eenga?

Jego nazwisko wymawia się jak „King” zauważyła Collins. Rozumie pan?

Tak jest, pani porucznik.

Taki żarcik na dzień dobry.

Jasne, pani porucznik odparł Dahl z uśmiechem.

Świetnie. Bo ostatnią rzeczą, jakiej tu potrzebujemy, jest kolejny pozbawiony poczucia humoru dupek. Widzę, że poznał pan już Cassawaya i Mbeke.

Tak jest, pani porucznik.

I domyślił się pan, że jestem pańską szefową dodała, po czym wskazała na mężczyznę, z którym przyszła. A to jest Ben Trin, zastępca kierownika działu. Trin zbliżył się, żeby uścisnąć Dahlowi dłoń. To już wszyscy.

Z wyjątkiem Jenkinsa rzuciła Mbeke.

Cóż, Jenkinsa i tak nie zobaczy powiedziała Collins.

Nigdy nic nie wiadomo.

Kiedy ostatnio widziałaś Jenkinsa? Tin zadał pytanie Mbeke.

Ostatnio wydawało mi się, że go widzę, ale to był tylko yeti rzekł Cassaway.

Dość już na temat Jenkinsa ucięła Collins.

Kto to jest Jenkins? zdołał wreszcie wtrącić Dahl.

Zajmuje się niezależnym projektem odpowiedziała. Jest nim kompletnie pochłonięty. Nieważne, i tak go pan nigdy nie spotka. A teraz… Sięgnęła po leżący na jednym ze stołów tablet, włączyła go i powiedziała: Przychodzi pan do nas ze świetnymi wynikami z Akademii, panie Dahl.

Dziękuję, pani porucznik.

Czy Flaviu Antonescu jest wciąż dziekanem wydziału ksenobiologii?

Tak, pani porucznik.

Proszę, niech pan przestanie tytułować mnie panią porucznik w każdym zdaniu, bo brzmi to tak, jakby pan cierpiał na tik nerwowy.

Zgoda.

Szefowa skinęła głową i spojrzała na tablet.

Jestem zdziwiona, że Flaviu polecił pana na „Nieustraszonego”.

Z początku nie chciał odparł, przypominając sobie rozmowę z dziekanem. Wolał, żebym objął stanowisko badawcze na „Europie”.

Dlaczego pan odmówił? zapytała Collins.

Chciałem zwiedzać Wszechświat, a nie siedzieć w sześćdziesięciokilometrowym tunelu lodowym i badać mikroby.

Ma pan coś przeciwko mikrobom z „Europy”?

Jestem przekonany, że bardzo przyjemne odparł Dahl i że zasługują na kogoś, kto naprawdę będzie chciał je badać.

Musiał pan mocno nalegać, skoro Flaviu zgodził się zmienić zdanie.

Miałem na tyle dobre oceny, że zwróciło to uwagę komandora Q’eenga wyjaśnił Dahl. I szczęśliwym zbiegiem okoliczności na „Nieustraszonym” właśnie zwolniło się miejsce.

To nie był szczęśliwy zbieg okoliczności rzekła chłodno Mbeke.

To był longrański rekin lodowy dodał Cassaway.

Co jest dokładnym przeciwieństwem szczęśliwego zbiegu okoliczności dodała Mbeke.

Longrański rekin lodowy? powtórzył Dahl.

Członek załogi, którego pan zastąpił, nazywał się Sid Black rzekł Trin. Był członkiem grupy zwiadowczej na Longranie Siedem, który jest planetą lodową. Gdy badali opuszczone miasto Longrańczyków, zaatakowały ich rekiny. Porwały Sida. Nigdy więcej go nie widziano.

Ale jego nogę tak wtrąciła Mbeke. W każdym razie jej część od kolana w dół.

Spokój, Fiona uciszyła zirytowana Collins. Odłożyła tablet i spojrzała na Dahla. Poznał pan komandora Q’eenga.

Tak jest.

Pytał pana o misje zwiadowcze?

Tak potwierdził Dahl. Chciał wiedzieć, czy jestem zainteresowany.

I co pan odpowiedział?

Że w Akademii siedziałem głównie w laboratorium, ale że naturalnie spodziewałem się również uczestniczyć w misjach terenowych odparł. Dlaczego pani pyta?

Aha, czyli teraz to on jest na celowniku Q’eenga powiedział Trin.

Dahl spojrzał na niego, a potem znów na Collins.

Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć?

Nie odparła i spiorunowała Trina wzrokiem. Po prostu chcę mieć możliwość zindoktrynowania włas­nych podwładnych, zanim zajmie się tym Q’eeng. To wszystko.

Czy mamy do czynienia z jakimś konfliktem ideologicznym? zapytał Andy.

Nieważne ucięła temat. Proszę się tym nie przejmować. Lepiej zajmijmy się tym, co naprawdę istotne. Wskazała na biurko w rogu pomieszczenia. To pańskie miejsce pracy. Ben wyda panu sprzęt i wytłumaczy co i jak, Jake i Fiona też nieocenionym źródłem wszelkich informacji. Wystarczy zapytać. No i jako nowy będzie pan obsługiwał ekspres do kawy.

O tym już słyszałem. Dahl się roześmiał.

Świetnie skwitowała porucznik Collins. Bo właś­nie mam ochotę na filiżankę. Ben, pokaż mu co i jak.

* * *

No i co, pytali was o misje zwiadowcze? zapytała Maia Duvall, przysiadając się ze swoją tacą z jedzeniem do stolika, przy którym siedzieli już Dahl i Hanson.

Mnie tak odpowiedział Hanson.

Mnie też rzekł Dahl.

Czy tylko ja odniosłam wrażenie, że coś jest z nimi nie tak?

Co masz na myśli? zapytał Dahl.

To, że w ciągu pierwszych pięciu minut od objęcia stanowiska usłyszałam trzy historie o trzech różnych członkach załogi, którzy pożegnali się z życiem. Zgon spowodowany przez spadający odłamek skalny. Przez kontakt z toksyczną atmosferą. Przez przypadkowe użycie miotacza.

Przez awarię śluzy lądownika dodał Hanson.

Przez atak rekina lodowego uzupełnił Dahl.

Co takiego? Duvall podniosła brew. Co to, u diabła, jest rekin lodowy?!

Tu mnie masz przyznał Andy. Nie miałem pojęcia, że coś takiego istnieje.

To cholerstwo jest z lodu zapytał Hanson czy tylko żyje w lodzie?

Tego mi nie wyjaśniono. Dahl nabił sobie kawałek kotleta na widelec.

I mimo to uwierzyłeś? zauważyła Maia.

Nawet jeżeli ta opowieść jest dziwna, to pasuje do większej całości odparł. Wszyscy tutaj zdają się gadać o misjach zwiadowczych.

Bo zawsze ktoś w ich trakcie ginie rzucił Hanson.

Duvall zmarszczyła czoło.

Dlaczego tak mówisz, Jimmy?

Cóż, wszyscy znaleźliśmy się tu w zastępstwie byłych członków załogi odpowiedział Hanson i wycelował palcem w Duvall. Co się stało z tym, którego ty zastąpiłaś? Przeniesienie?

Nie odparła. Mój poprzednik był tym przypadkowo postrzelonym z miotacza.

Trochę dużo tych przypadków podsumował Jimmy. Gdy ciągle ktoś ginie, coś musi być nie tak. Założę się, że gdybyśmy zapytali Finna i Hestera, opowiedzieliby nam podobne historie.

O wilku mowa rzekł Dahl, wskazując widelcem Hestera stojącego z tacą w ręce przy bufecie i rozglądającego się ponurym wzrokiem po mesie.

Trudno go nazwać wesołkiem zauważyła cierpko Duvall.

Nie jest taki zły stwierdził Hanson i zawołał Hestera.

Ten drgnął na dźwięk swojego nazwiska, przez chwilę zastanawiał się, co zrobić, a potem, najwyraźniej uznawszy, że nie ma lepszego wyjścia, podszedł i przysiadł się do ich stolika. Zaczął dziobać jedzenie, milcząc.

No i zagaiła wreszcie Maia jak się miewasz?

Chłopak wzruszył ramionami, wciąż wpatrując się w talerz, a potem skrzywił się i odłożył widelec. Powiódł wzrokiem po pozostałych.

O co chodzi? zapytała Duvall.

Tylko mi się zdaje powiedział wreszcie Hester czy też wszyscy na tym statku mają kompletnego kręćka na punkcie misji zwiadowczych?

ROZDZIAŁ TRZECI

Dahl siedział przy swoim biurku, klasyfikując zarodniki z Theta Orionis XII, kiedy tablet Bena Trina zapiszczał cicho. Trin spojrzał na ekran.

– Idę po kawę – powiedział i wyszedł.

Co jest nie tak z kawą, którą ja robię? – pomyślał Dahl, zabierając się z powrotem do pracy. Zgodnie z tym, co mu zapowiedziano, od tygodnia pełnił na „Nieustraszonym” funkcję kawowego. Polegało to na uzupełnianiu wody i ziaren w ustawionym na zapleczu ekspresie oraz napełnianiu kubków na żądanie kolegów. Na szczęście nie nadużywali oni przywileju i przeważnie sami chodzili po kawę – tylko od czasu do czasu lubili go wykorzystać.

W trakcie tych rozmyślań Dahl przypomniał sobie, że powinien sprawdzić, jak wygląda sytuacja z ekspresem. Cassaway ostatni szedł po kawę; Andy podniósł wzrok, żeby zapytać go, czy chce dolewkę.

W pomieszczeniu nie było nikogo.

– Co tu się, u diabła, dzieje? – mruknął pod nosem, zdziwiony.

W tym momencie drzwi otworzyły się i do środka weszli Q’eeng i kapitan Abernathy. Dahl wstał i zasalutował.

– Panie komandorze, panie kapitanie – powiedział.

Q’eeng rozejrzał się po laboratorium.

– Gdzie są pozostali, poruczniku?

– Załatwiają swoje sprawy – odparł Dahl po krótkim zastanowieniu.

– W takim razie mamy zadanie dla pana – oznajmił Abernathy i podszedł do Dahla. W dłoni trzymał małą fiolkę. – Wie pan, co to jest?

Mała fiolka – pomyślał Dahl, a na głos powiedział:

– Próbka ksenobiologiczna.