Czas tarantul - Iwona Menzel - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 357 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czas tarantul - Iwona Menzel

Vera jest młodą dziewczyną, której przyszło urodzić się w pierwszych latach minionego wieku, w prowincjonalnym miasteczku, w porządnej niemieckiej rodzinie o szlacheckich tradycjach. Choć wychowana w surowej dyscyplinie, pełna energii i radości życia, obdarzona została przez los wspaniałym głosem

Nic więc dziwnego, że gdy jako osiemnastolatka trafiła do szykownego wielkomiejskiego Berlina, do domu bogatej i światowej matki chrzestnej, poczuła się jak bohaterka bajki o Kopciuszku. A Kopciuszek musiał jedynie spotkać swego Księcia, a potem już tylko żyć długo i szczęśliwie. Był początek lat trzydziestych.

Nowe życie w Berlinie wydawało się Verze niekończącym się pasmem przyjemności. Kładąc się do łóżka każdego wieczoru, umierała ze strachu na samą myśl, że ten nieprawdopodobnie bogaty i kolorowy świat mógłby zostać jej odebrany, gdy tylko na chwilę spuści go z oka.

Polityka Very nie interesowała. W domu wbito jej w głowę, że nie jest to sprawa kobiet, a w Berlinie wszyscy starali się, by nieprzyjemne sprawy nie przedostawały się do pięknej willi w eleganckiej dzielnicy…

Opinie o ebooku Czas tarantul - Iwona Menzel

Fragment ebooka Czas tarantul - Iwona Menzel





Przelotny deszczyk obmył z kurzu drzewa przy Kurfürstendamm i odświeżył kolory kwiatów. Spomiędzy liści wyjrzały plamy błękitu, ptaki przeczyściły sobie gardła i znowu wybuchnęły śpiewem. Na ulicy zaroiło się od nianiek z wózkami, gazeciarzy, sprzedawców fiołków, dziewcząt w letnich sukienkach i urzędników bankowych. Przechodnie spoglądali ku niebu, strzepywali krople z mankietów i zamykali z trzaskiem parasole. Kelnerzy rozstawiali przed kawiarniami krzesła i zarzucali zamaszyście obrusy na stoliki.

Vera przytrzymała ręką kapelusz i lekko przeskoczyła kałużę, w której odbijały się chmury, pędzące po niebie jak spłoszone owce. Kapelusz był nowy, ostatni krzyk mody, miał długie, opadające na ucho skrzydło z jednej strony, a z drugiej podpięty był kokardą – tres chic! Zieleń w odcieniu morskich alg podkreślała kolor jej oczu i doskonale harmonizowała z paskiem i torebką w kształcie koperty. Vera uważała, że jest zabójczy. Od przybycia do Berlina słowo „zabójczy” należało do jej ulubionych, określała nim sklepy, kina, teatry i jedwabną bieliznę, która pieszczotliwe muskała jej ciało przy każdym ruchu. Była to pierwsza jedwabna bielizna w życiu Very i jej opalizująca wytworność napawała ją niesłabnącym zachwytem. Czuła się bardzo elegancka i bardzo zepsuta. Osiemnaście lat, nowy kapelusz i sama w wielkim mieście – co by na to powiedziała mama? Zapewne zgorszyłaby się okropnie, ale mama była daleko, Klein Kruckow było daleko, a tu był Berlin, najbardziej podniecające miejsce na ziemi.

Na bulwarze Kurfürstendamm, gdzie wszystko było jeszcze większe, droższe i bardziej skandaliczne niż w starej części miasta, biło jego serce. Tu sklepy były wykwintniejsze, kina nowocześniejsze, rewie śmielsze, hotele bardziej luksusowe, kobiety piękniejsze, mężczyźni bogatsi. Po szerokich chodnikach pędził we wszystkich kierunkach różnobarwny tłum: bankierzy, radcy ministerialni, aktorzy, hochsztaplerzy, kokoty i damy. Ich rozmowy i śmiechy mieszały się z rykiem klaksonów, dzwonkami rowerów, gwizdkami policjantów, nawoływaniami gazeciarzy. W uszach Very wszystkie te dźwięki łączyły się w porywającą uwerturę, zapowiadającą wciąż nowe niespodzianki. W ciągu jednego tylko tygodnia przeżyła w Berlinie więcej, niż przez przez osiemnaście lat w rodzinnym Klein Kruckow i była pewna, że już nie mogłaby oddychać innym powietrzem. O całe mile oddaliła się od nudnych popołudniowych herbatek maman, dziadkowych tyrad o Bogu, honorze i ojczyźnie, obowiązkowych mszy niedzielnych, kopcących lamp naftowych i zimnych jak katafalki łóżek. Dobry Boże, w tym domu nie było nawet bieżącej wody, cóż dopiero mówić o elektryczności! W Klein Kruckow czas zatrzymał się na epoce wilhelmińskiej i w ogóle nie zamierzał ruszyć się z miejsca. Vera nie mogła uwierzyć, że spędziła tam tyle lat, nie ponosząc szkody na umyśle. Udało jej się to chyba tylko dlatego, że nawet nie wiedziała, jak pasjonujące może być życie kobiety – w Berlinie, oczywiście. Tu kobiety pracowały jako lekarki, aktorki albo dziennikarki, prowadziły samochody, grały w tenisa, pilotowały samoloty i publicznie paliły papierosy. Coś takiego było w Klein Kruckow w ogóle nie do pomyślenia. W rodzinie von Rathenberg wciąż jeszcze panowało przekonanie, że miejsce niewiasty jest w domu, przy dzieciach i garach, wszystko inne uważane było za objaw dekadencji. Kobiety miały być bogobojne, cnotliwe i trzymać buzię na kłódkę. Pewnie dlatego prababki Very spoglądały tak ponuro z portretów, a ich wargi były szczelnie zaciśnięte jak muszle ostryg. Jeżeli nawet nosiły w sobie perłę talentu, to nie dane jej było wydobyć się na światło dzienne. Przeżyły życie jako kapłanki domowego ogniska i do takiej też roli miała Verę przygotować pensja dla szlachetnie urodzonych panien w Weimarze. Pobierała tam – dość powierzchownie – nauki teoretyczne, ale przede wszystkim kształcono ją w sztuce cerowania na grzybku, przyszywania guzików na nóżce i pielęgnacji niemowląt. W kuchni szkolnej poznawała tajniki marynowania, kiszenia, peklowania i przyrządzania sosów, w warzywniku studiowała przerywanie sadzonek i kopcowanie ziemniaków. Nie zakładano, co prawda, że w przyszłości sama będzie musiała czyścić srebra albo szorować posadzki, ale uważano za konieczne posiadanie przez nią tych umiejętności. Panienka wykształcona w Instytucie Anny Amalii miała sobie radzić śpiewająco z prowadzeniem domu i odznaczać się nienagannymi manierami. Innymi słowy, miała dobrze wyjść za mąż.

By nabyć niezbędny w tym celu wdzięk, dziewczęta pilnie uczęszczały na lekcje tańca i śpiewu, których udzielał przystojny Jewgenij Aleksandrowicz Orłow. Kochały się w nim wszystkie, chociażby dlatego, że był jedynym wykładowcą płci męskiej poniżej siedemdziesiątki. Orłow uciekł z Rosji po wybuchu rewolucji, co czyniło go w oczach panienek postacią niezwykle romantyczną i pozwalało na snucie najciekawszych spekulacji: prawdopodobnie był nieślubnym potomkiem jakiegoś Romanowa, utrzymywał przed rewolucją pół baletu, rozbijał się po Moskwie trojką i przegrywał całe wsie w Monte Carlo.

Wyłącznie na lekcjach Orłowa Vera przestawała czytać pod ławką Karola Maya i ani na chwilę nie spuszczała oczu z ust nauczyciela. Pięknie wykrojonych ust. Kochała muzykę, śpiewała od dziecka. Muzyka, rozrywka, której w rodzinie von Rathenberg nie uważano za frywolną, była jedyną dopuszczalną formą ucieczki. Vera już jako dziecko kojarzyła ją z wolnością: zamykała oczy i pozwalała jej się unieść. Wszyscy von Rathenbergowie byli muzykalni. Każdy grał na jakimś instrumencie, na urodziny i śluby komponowało się kantaty, kuplety i chorały. Śpiewanie przychodziło Verze równie łatwo jak oddychanie, matka twierdziła, że nawet jej niemowlęce gaworzenie było melodyjne. Od dziesiątego roku życia wykonywała partie solowe w kościelnym chórze i śpiewała na przyjęciach. Nie poczuła się więc ani trochę skrępowana, kiedy na pierwszej lekcji Orłow zaproponował, żeby każda uczennica wyszła na środek klasy i coś zanuciła. Inne dziewczęta krygowały się, czerwieniły jak piwonie, oblewały potem i umierały z zażenowania – Vera stanęła pod tablicą i z absolutną swobodą zaśpiewała „Ave Maria” Schuberta.

W klasie zapadła cisza jak makiem zasiał, nikt nie szeleścił papierkami, nie kasłał, nie szurał nogami. Nawet kiedy zamilkła i zwycięskim ruchem odrzuciła warkocz na plecy, koleżanki wpatrywały się w nią oniemiałe z wrażenia, aż Henrietta zaczęła klaskać, a do niej dołączyła się reszta.

– Brawo, panno von Rathenberg! – zawołał zachwycony Orłow. – Wspaniały głos, ogromna skala, jest pani olśniewająca! Chylę przed panią czoła. Któregoś dnia usłyszymy panią w Berlinie, a może nawet w Metropolitan Opera.

Na to się jednak nie zanosiło. Vera maturę jakoś tam zdała, ale była to tak zwana „matura budyniowa”. Wystarczała w zupełności do zarządzania spiżarnią i kuchnią, nie upoważniała jednak do podjęcia wyższych studiów. Droga do konserwatorium była dla niej zamknięta. Orłow postanowił ją otworzyć. Napisał list do swojej starej przyjaciółki, profesor Marii Filipownej Worońskiej, która prowadziła w berlińskim Stern’sches Konservatorium mistrzowską klasę śpiewu, z prośbą o przyjęcie Very. Odpowiedź nadeszła natychmiast: w imię dawnej przyjaźni profesor Worońska była skłonna zająć się utalentowaną uczennicą Jewgenija Aleksandrowicza.

Wiadomość ta rozpętała w domu Very straszliwą burzę. Pospiesznie zwołana rada rodzinna nie posiadała się z oburzenia: jeszcze żadna kobieta z rodu von Rathenberg nie śpiewała w tingel-tanglu! W dodatku w Berlinie, gdzie pleniła się amoralność, prostytucja, pederastia i komunizm. Vera stała na środku pokoju, tupała nogami i hardo podnosiła podbródek – gest odziedziczony po pokoleniach von Rathenbergów. Jeżeli nie pozwolą jej pójść do konserwatorium – utopi się! Zachowywała się skandalicznie i zupełnie słusznie oberwała parę siarczystych policzków od ojca. Pan von Rathenberg, jak większość rodzicieli w tamtych czasach, głęboko wierzył w wychowawczą rolę kar cielesnych. Kierował się sentencją, że rózeczką dziateczki Duch Święty bić każe i lał je, ile wlazło: syna pasem na gołe siedzenie, córkę linijką po łapach. Jako dziecko Vera spędziła całe godziny, klęcząc na grochu w rogu pokoju, gdyż nieposłuszeństwo uważane było za jedną z najpaskudniejszych wad u kobiety. Dlatego jej rodzice nie szczędzili wysiłków, żeby uczynić charakter córki łagodniejszym.

Co do tego, że Vera do Berlina nie pojedzie, rada rodzinna nie miała żadnych wątpliwości, istniały jednak duże rozbieżności na jaki rodzaj kary zasłużyła sobie tą samowolą. W momencie, kiedy gremium było do reszty skłócone, weszła pokojówka i zameldowała panią Antonię von Klinck.

Vera odetchnęła z ulgą. Toni, najmłodsza siostra matki, była jej matką chrzestną i najukochańszą ciotką. Starsza od Very o zaledwie czternaście lat, potrafiła ją zrozumieć i w konfliktach z reguły brała jej stronę. W rodzinie cieszyła się dużym autorytetem, bo zrobiła doskonałą partię, wychodząc za mąż za pana von Klinck, dziedzica świetnego nazwiska i jeszcze świetniejszej fortuny. W dodatku okazało się, że pan von Klinck miał fenomenalną głowę do interesów, przypadek w lepszych sferach raczej rzadki, i umiejętnie pomnażał swój majątek. Ciotka Toni mieszkała w pięknej willi, w której nie brakowało żadnych technicznych udogodnień, z kranów leciała ciepła woda, żyrandole były na prąd, a gorące potrawy wjeżdżały z kuchni windą prosto na stół. O dom, dzieci i ogród troszczyła się cała armia pokojówek, nianiek i ogrodników. Mąż ciotki Toni był, co prawda, o ćwierć wieku od niej starszy, ale w obliczu tak oczywistych zalet tego związku, zupełnie to nikomu nie przeszkadzało.

– Katujecie moją chrześniaczkę, jak widzę – stwierdziła ciotka Toni wesoło, ściągając rękawiczki. – Co przeskrobała?

– Wbiła sobie do głowy, że pojedzie do Berlina – wyjaśnił jej szwagier ze złością. – Uczyć się śpiewu. Akurat w Berlinie!

– W Berlinie panuje rozpusta i rozpasanie – poparł go dziadek. – Kompletna dekadencja.

– Mądra dziewuszka – Toni pocałowała Verę w policzek, płonący jeszcze po uderzeniu ojcowskiej ręki. – Bardzo słusznie, Pan Bóg dał jej głos postawiony z natury i powinna ten dar wykorzystać. Co w tym dziwnego?

– W naszej rodzinie nie było do tej pory artystek, aktorek i śpiewaczek – sztywno oświadczył dziadek. – Nikt z nas nie występował na scenie za pieniądze i nie widzę najmniejszego powodu, żeby tę tradycję zmieniać. Nasze kobiety są bogobojnymi, pracowitymi żonami i matkami, co im całkowicie wystarcza. Verze też musi wystarczyć.

– Zapomniałeś o kuzynce Margot, mój drogi. Margot nie występuje za pieniądze na scenie, ale za pieniądze organizuje safari dla turystów. Oryginalne zajęcie dla kobiety i niezupełnie odpowiadające tradycji von Rathenbergów.

Kuzynka Margot miała farmę w dawnej Niemieckiej Afryce Wschodniej[1], którą od śmierci męża prowadziła zupełnie sama. Plantacja kawy nie przynosiła dużych dochodów, więc podreperowywała finanse, wyjeżdżając z turystami na safari. Zdjęcia, które czasami przysyłała, pokazywały dużą, żylastą kobietę koło pięćdziesiątki, siedzącą twardo na koniu w szortach z khaki, ze strzelbą na kolanach i twarzą spaloną słońcem jak kawałek starej skóry. Podobno potrafiła pić jak szewc, paliła cygara i jak szatan grała w pokera. W oczach Very uosabiała kobietę na wskroś wyzwoloną.

– No cóż, jest wdową i jakoś musi sobie radzić.

Wynikało z tego, że wystarczy pochować męża i człowiek jest wolny jak ptak. Vera postanowiła zapamiętać to sobie na przyszłość.

– Czasy się zmieniły. Coraz więcej kobiet z naszej sfery zdobywa wykształcenie zawodowe. Hrabina von Stauffenberg ma nawet doktorat z fizyki. W szkoleniu głosu nie ma niczego nieprzyzwoitego. Przecież ty też kochasz muzykę. Vera podziela tylko twoją własną pasję.

Dziadek von Rathenberg niezdecydowanie pocierał podbródek.

– Ale żeby akurat Berlin? Tyle się słyszy złego o Berlinie. Gołe baby w rewiach – ta czarna na przykład, co to tańczy tylko w spódniczce z bananów[2] – zboczeńcy obściskują się w klubach dla zboczeńców, lumpy włóczą się po nocach, a na ulicach wieczne burdy. Narodowcy tłuką socjałów, naziści komunistów, a wszyscy zgodnie biją Żydów. To nie jest miejsce dla porządnej niemieckiej kobiety.

– Ja też mieszkam w Berlinie, a uważam się za kobietę na wskroś porządną. – Toni przysiadła na poręczy fotela dziadka von Rathenberg i przycisnęła jego rękę do ust. Była jego ulubienicą i wiedziała, że stary pofuka, pozłości się, postraszy zjeżonym wąsem, ale niczego jej nie odmówi.

– Czasy są wszędzie niespokojne. Ludzie nie mają pracy, to i pięści szybko idą w ruch. Najwyższy czas, żeby ktoś zrobił z tym porządek. A Verze nic się złego nie przytrafi, bo zamieszka, oczywiście, u nas i będziemy jej pilnowali jak oka w głowie.

– Ciociu Toni, naprawdę? – Vera przefrunęła przez pokój i zawisła na szyi ciotki, która jak dobra matka chrzestna z bajki o Kopciuszku pojawiała się zawsze we właściwym momencie i spełniała jej najskrytsze marzenia.

– Nie mamy pieniędzy do wyrzucania za okno – rzucił sucho jej ojciec. – Nie będę finansował zachcianek mojej córki, które uważam za zupełnie niepotrzebne. Stern’sches Konservatorium jest uczelnią prywatną, nie korzysta z żadnych dotacji państwowych. Lekcje Very kosztowałyby majątek.

Vera zacisnęła pięści, żeby nie krzyczeć. Jak zwykle, ojciec uważał jej życzenia za fanaberie. Na nią szkoda mu było pieniędzy – tylko dlatego, że była dziewczyną. W przypadku jej brata mówiło się o „koniecznych zobowiązaniach”. Alex służył, zgodnie z tradycją, w pułku kirasjerów i miał tych zobowiązań mnóstwo: konie, mundury galowe, kasyno, bale, polowania. Na to pieniądze musiały się znaleźć, ale każda marka, wydana na nią, sprawiała ojcu fizyczny ból.

Toni rzuciła szwagrowi pełne niechęci spojrzenie. Pogardzała nim w głębi ducha. Nie miała żadnych wątpliwości, że ożenił się z Albertą tylko dla majątku. Dał nazwisko, zabrał Klein Kruckow. Von Rathenbergowie mieli, być może, drzewo genealogiczne rozgałęzione jak tysiącletni dąb, ale nie posiadali ani grosza. Zanim przenieśli się do Klein Kruckow, żyli, wstyd przyznać, z wynajmowania pokoi weteranom wojennym z dobrych rodzin. Zadzierali nosa, udawali, że przyjmują pod swój dach ubogich krewnych z prowincji, kierując się wyłącznie chrześcijańskim miłosierdziem, ale nie dało się ukryć, że byli biedni jak myszy kościelne i pracowali. Prowadzili po prostu pensjonat. Teściowa Alberty gotowała cienkie zupki, sprzątała pokoje, słała łóżka i od rana do nocy wysłuchiwała charczeń, pokasływań i pojękiwań przygarniętych przez siebie staruszków. Jej mąż niby to zajmował się gospodarstwem, ale głównie włóczył się po polach z psem i dubeltówką. Po śmierci rodziców synowej zagnieździli się natychmiast w Klein Kruckow i udawali, że tamten przykry rozdział w ich życiu nigdy nie miał miejsca.

Nieszczęsna Alberta nie miała jednak żadnego innego wyjścia. Kompletnie brakowało jej jakiegokolwiek powabu, na balach z reguły smętnie siała pietruszkę. Nie mogła przebierać wśród kandydatów, więc kiedy pojawił się młody von Rathenberg, dziękowała Bogu, że nie spędzi reszty swoich dni w staropanieństwie.

– Mój drogi Bernhardzie – powiedziała łagodnie Toni – zechciej jednakże pomyśleć o oszczędnościach, jakie zrobisz, kiedy Vera zamieszka u nas. Dziewczyna w jej wieku obdarzona jest zdrowym apetytem i każdego dnia zużywa przy toalecie moc ciepłej wody.

Na ten argument panu von Rathenberg już nic więcej nie wpadło do głowy, wzruszył więc ramionami i burknął:

– A róbcie, jak chcecie. Ja tam umywam ręce.

Otoczona murem, przez który przelewały się kiście ciemnego bzu, willa państwa von Klinck położona była przy ulicy Orzechowej, w eleganckiej dzielnicy Charlottenburg. Parę kroków dalej zaczynał się park, przez który można było dojść do pałacu Charlottenburg. Tuż obok szumiał i pachniał żywicą śliczny las Grunewald, ulubione miejsce wypoczynku berlińczyków. Na jego krańcu, w porcie jachtowym Brunow, cumowała żaglówka wuja. Kiedy tylko czas mu na to pozwalał, zabierał rodzinę na przejażdżki po rozlewiskach Haveli, aż do Pawiej Wyspy, gdzie stały romantyczne ruiny zameczku, który Fryderyk Wilhelm II kazał zbudować dla swojej kochanki. Wśród miłorzębów i drzew mamutowych Toni i Vera rozpościerały koce i wyciągały z koszy przygotowany przez kucharkę Marthę piknik: pieczone kurczęta, nadziewany mostek cielęcy, pomidory, wiejski chleb i wyśmienite reńskie wino, które pan von Klinck jako prawdziwy patriota przedkładał nad zagraniczne trunki. Ku wielkiej radości Very okazało się, że w Grunewaldzie stoją też dwa konie wuja, śmiertelnie znudzone i spragnione porządnego galopu trakeny. Jeździła konno od dziecka, pod tym względem ojciec wyjątkowo nie robił różnicy między nią i Alexem. Wolno jej było chodzić razem z bratem do ujeżdżalni krzywonogiego pana Pahlcke, którego nauki polegały głównie na wrzasku i okładaniu zwierząt batem. Dla Very konie były pasją, dla Alexa obowiązkiem. Jego przyszłość zdecydowała się w momencie przyjścia na świat, kiedy to akuszerka spostrzegła między udami niemowlęcia mały członek i triumfalnie zawołała „chłopiec!” Od tej chwili wiadomo było, że Alex poświęci się karierze oficerskiej, jak wszyscy mężczyźni w rodzinie von Rathenberg. Oficer bez konia był nie do pomyślenia, więc ojciec kupił mu wkrótce siwego wałacha, na którym jeździła głównie Vera. Latem spędzała całe dnie w siodle, aż jej siedzenie zaczynało przypominać krwisty befsztyk.

Nowe życie w Berlinie wydawało się Verze niekończącym się pasmem przyjemności. Kładąc się do łóżka, każdego wieczoru umierała ze strachu na samą myśl, że ten nieprawdopodobnie bogaty i kolorowy świat mógłby zostać jej odebrany, jak tylko spuści go na chwilę z oka. Bała się zasnąć, żeby nie obudzić się znowu w swojej spartańskiej mansardzie w Klein Kruckow, szarpana bezceremonialnie za ramię przez Lenę, dziewczynę do wszystkiego. Czuła nabożne wzruszenie, ile razy wkraczała do przesklepionego kopułą z witrażowego szkła hallu, z którego prowadziły na piętro marmurowe schody, elegancko wygięte niczym łabędzia szyja. Wszystko w tym domu było wytworne i pełne smaku, a przy tym nowoczesne, na najnowszym poziomie techniki, na prąd albo na gaz, automatyczne, bezszelestne i dyskretne. Na podłogach leżały sprężyste jak mech dywany, w oknach falowały stonowane portiery, na ścianach wisiały kosztowne obrazy, które pan von Klinck z dużym znawstwem kolekcjonował. Po zawarciu korzystnej umowy sprawiał sobie prezent w postaci nowego Böcklina, Waldmüllera albo Menzla. Nad kominkiem w salonie wisiał nawet prawdziwy, warty majątek, Vermeer: śliczny, zimowy pejzaż z wiejskim kościółkiem w tle.

Willę otaczał park, nad którym czuwało surowe oko ogrodnika Kroppke. Żeby sprawić przyjemność żonie, pan von Klinck zakupił sąsiednią posesję i kazał tam zrobić kort tenisowy. Tenis był bardzo modny i latem goście chętnie rozgrywali partyjkę przed obiadem. Vera przynajmniej raz poczuła głęboką wdzięczność do Instytutu Anny Amalii, w którym kształcono panienki według maksymy: „w zdrowym ciele zdrowy duch”. Teraz, biegając za piłką po korcie, mogła pokazywać zgrabne łydki.

Toni prowadziła dom otwarty, nieomalże codziennie przez salon przewijały się tłumy gości. Była kobietą szalenie zajętą, bo jeżeli nie przyjmowała, to bywała. Pan von Klinck lwem salonowym nie był i obowiązki towarzyskie ogromnie go nużyły. Poza operą, do której chętnie chodził, nie posiadał właściwie żadnych innych zainteresowań kulturalnych. Przyjaciele jego młodej żony – poeci w wytartych swetrach, zakochani w sobie aktorzy, nieobecni duchem muzycy – przerażali go. Nazywał ich „cyganerią mojej żony”, a w przebłyskach złego humoru „menażerią”. Nie uważał się ani za błyskotliwego, ani za dowcipnego, czuł się niepewnie, kiedy goście Toni przerzucali się nad jego głową złośliwymi anegdotami i przycinkami jadowitymi jak kolec skorpiona. Podejrzewał, że wyśmiewają się z niego, jak tylko się odwraca, i nie mylił się. Dlatego odetchnął z ulgą, kiedy w jego domu pojawiła się Vera i żona nareszcie przestała go zabierać do kin czy kabaretów, w których połowy dialogów nie rozumiał i często przysypiał. Teraz Toni towarzyszyła z wielkim entuzjazmem jej chrześniaczka, a pan von Klinck mógł w spokoju ducha wyciągnąć się z gazetą w fotelu przed kominkiem albo rozegrać w Klubie Przemysłowym partyjkę szachów z doktorem Goldbergiem. Ubóstwiał żonę, ale czasami kiełkowało w nim podejrzenie, że jest, jak na kobietę, zbyt samodzielna, żeby nie powiedzieć: wyemancypowana. Wolałby, żeby była mniej światowa, a bardziej domatorska. Szalała na przykład za kinem – nie opuszczała żadnej premiery w Gloria Palast – i namiętnie lubiła tańczyć. Na szczęście wyszedł z mody charleston, taniec wymagający małpich wygibasów, którego pan von Klinck nawet nie próbował się nauczyć, bo nie miał zamiaru robić z siebie pośmiewiska. Tango i fokstrota tańczyło się jednak nadal i oba wydawały mu się nieprzyzwoite. Bardzo mu się nie podobało, że obcy faceci ocierają się brzuchami o jego żonę, a ona strzela oczami i wcale nie robi wrażenia zażenowanej.

Toni stworzyła mu jednak dom, w którym wszystko funkcjonowało jak w zegarku – to musiał przyznać. Służba była doskonale wyszkolona, posiłki smaczne, koszule wykrochmalone, meble i posadzki lśniły, choć von Klinck nigdy nie widział pokojówki ze ścierką w ręku. Zupełnie jakby dom zamieszkiwała armia uczynnych, aktywnych nocą, krasnoludków. Toni wstawała o świcie, żeby osobiście zaparzyć mężowi herbatę, wydawała dyspozycje kucharce, praczce i pokojówkom, sporządzała listę zakupów, doglądała dzieci i nigdy nie snuła się po domu w szlafroku. O każdej porze dnia starannie ubrana i uczesana, co najwyżej pozwalała sobie od czasu do czasu na atak migreny. Zamykała się wtedy w swoim pokoju przy zasuniętych roletach, taktownie nie zawracając nikomu głowy swoją niedyspozycją. Pod tym względem była żoną wprost idealną.

No i urodziła mu troje wspaniałych dzieci. Kiedy ją poznał, zbliżał się już do pięćdziesiątki i zaczynał powoli tracić nadzieję, że kiedykolwiek będzie miał spadkobiercę, któremu przekaże wybudowane z tak wielkim wysiłkiem i cudem uratowane w czasach wielkiego kryzysu imperium. Dzieci były w jego życiu największym darem, codziennie dziękował za nie Bogu. I dlatego przymykał oczy na menażerię Toni i ręce obcych mężczyzn na jej plecach, kiedy tańczyła fokstrota.

Joachim wybierał się w przyszłym roku do gimnazjum, Else miała cztery latka, Carola dwa i pół. Jego dzieci, które miały fiołkowe oczy Toni i uparty podbródek von Klincków. Po rycerskich przodkach Caro odziedziczyła niepohamowane wybuchy wściekłości i władczy sposób marszczenia brwi, kiedy czegoś żądała. Szkoda, że Joachim nie miał takiego stanowczego usposobienia. Zawsze pogrążony w marzeniach, zaczynał go martwić: był za miękki. Interesował się wierszami, ptakami i muzyką – to nienaturalne u chłopca. Nigdy nie bił się z kolegami, nie kopał piłki, wolał czytać niż szaleć na rowerze, bał się koni. Zapytany o coś przez ojca, nabierał koloru dojrzałej borówki i spuszczał głowę. Kiedyś pan von Klinck zabrał syna do fabryki, żeby mu pokazać, gdzie spędza całe dni. Joachim patrzył rozszerzonymi oczami na rozpędzone koła maszyn i przerażony wtulał głowę w barki niczym żółw.

– Ci wszyscy biedni ludzie.... tak ciężko muszą pracować dla ciebie – wyjąkał.

W drodze powrotnej długo milczał, w końcu zapytał:

– To wszystko twoje, papo?

– Tak.

– I będzie kiedyś moje?

– Tak.

– Ale jakbym się urodził w jakiejś innej rodzinie… to byłbym robotnikiem?

– Tak. Być może.

– I musiałbym też pracować dla ciebie?

– Dla mnie albo dla kogoś innego.

– Kto decyduje, gdzie się człowiek urodzi?

– Pan Bóg.

– Nie można tego zmienić?

– Nie.

– To niesprawiedliwe.

Pan von Klinck, który oczekiwał, że syn będzie olśniony potęgą jego imperium, poczuł rozczarowanie i przypływ złego humoru. Dziwne myśli przychodziły do głowy temu chłopcu – czyżby zapowiadał się na socjała?

– Dziękuj Bogu, że jest tak, jak jest – rzucił szorstko. Miał szczerą nadzieję, że syn z tego wyrośnie. Musiał wyrosnąć, żeby udźwignąć odpowiedzialność, która spadnie na jego barki.

Wolałby, żeby te barki nie były tak wątłe. Joachim powinien uprawiać męskie sporty, jeździć konno, boksować się, pływać. Solennie przyrzekł sobie, że będzie synowi poświęcał więcej czasu. Toni była aniołem, ale dzieci wychowywały niańki i guwernantki, ubogie, przywiędłe panny z dobrych domów, których widoki na zamążpójście były niewielkie. Nocami wypłakiwały sobie oczy nad powieściami sióstr Brontë, w których biedne, ale szlachetne nauczycielki budziły burzę namiętności w sercach bogatych arystokratów, za dnia biegały do kina, żeby szlochając i gryząc chusteczki, przeżywać cudze romanse. Najśmielsze z nich nie ograniczały się do cudzych i wślizgiwały się na poddasze nad garażem, gdzie rezydował pociągająco arogancki szofer Kurt. Rzadko która Fräulein zagrzała miejsca dłużej niż rok i dzieciom brakowało silnej, konsekwentnej ręki. Szczególnie Joachimowi.

Na szczęście teraz mieszkała z nimi Vera, której pojawienie się pan von Klinck uważał za wyjątkowo szczęśliwe zrządzenie losu. Bezpretensjonalna, wychowana na wsi dziewczyna, tryskająca życiem i zdrowiem, na której widok człowiekowi przychodziły na myśl same miłe rzeczy, takie jak kosze pełne dojrzałych czereśni i świeżo wypieczony chleb. Pan von Klinck lubił jej szczerą, pogodną twarz, świetliste plamki uroczych piegów, które zawzięcie tępiła przy pomocy tajemniczych maści, oczy jak szmaragdy i promieniejące w nich niezłomne przekonanie, że każdy następny dzień przyniesie coś cudownego. Vera, chociaż za wszelką cenę usiłowała upodobnić się do umierających na suchoty filmowych wampów, była uosobieniem prostoty i tężyzny fizycznej. Nieustraszenie przesadzała na koniu wszystkie płoty, grała w tenisa do utraty tchu i pływała jak młoda foka. Była idealnym towarzystwem dla Joachima, całkowicie oczarowanego nową ciocią, tak odmienną od wszystkich innych cioć. Pan von Klinck z wielkim zadowoleniem skonstatował, że syn coraz częściej pojawia się na korcie, widuje się go z piłką do siatkówki pod pachą albo na rowerze. Toni zdradziła mu nawet, że jej córka chrzestna w tajemnicy udziela Joachimowi lekcji jazdy konnej. Oboje stwierdzili zgodnie, że syn zmężniał i pogratulowali sobie decyzji przyjęcia Very pod swój dach.

Vera zanurkowała w swoje nowe życie z takim samym zapałem, z jakim w Klein Kruckow rzucała się z drewnianego pomostu do wioskowego stawu. Było to życie pulsujące, gorączkowe, pełne emocji i obietnic, podniecająco wielkomiejskie, ryczące klaksonami i pałające światłami neonów, krótko mówiąc: nowoczesne, a słowo „nowoczesne” stało się ulubionym słowem Very. Nowoczesne było wszystko, co jej nie przypominało Klein Kruckow i rodzinnego domu. Kiedy w towarzystwie jakiegoś młodego poety czy malarza, którego przedstawiła jej Toni, spieszyła na premierę do Gloria Palast, sama czuła się kobietą na wskroś nowoczesną. Cały świat stał przed nią otworem.

Nie był to świat spokojny. W oceanie zamętu willa przy Orzechowej trwała za swoim murem jak niewzruszona twierdza, nie docierali do niej nawet żebracy i omijały ją uliczne orkiestry, które przewijały się przez podwórka czynszowych kamienic. Ale już na Kurfürstendamm, który Verę przyciągał z magnetyczną siłą, coraz częściej słychać było dźwięk rozbijanych szyb. Któregoś dnia siedziała z Toni w ogródku kawiarni, huczącym jak rój pszczół śmiechem i niefrasobliwymi rozmowami, kiedy nagle paru mężczyzn w mundurach narodowych socjalistów przesadziło balustradę, roztrzaskało krzesła i zaatakowało nimi gości. Zamieszki były na porządku dziennym – ale czy nie oznaczało to, że coś się zmienia? I czy zmiany nie zwiastowały postępu?

Polityka Very nie interesowała. W domu wbito jej w głowę, że nie jest to sprawa kobiet. Słuchała jednym uchem, kiedy pan von Klinck zaczynał przy kolacji jeden ze swoich nudnych monologów. Dotyczyły one na ogół motłochu, szczególnie motłochu nazistowskiego, który podobno teraz zasiadał w Reichstagu.

– Co to za demokracja, która wpuszcza wilka do owczarni? – zwracał się pan von Klinck z pytaniem do wazy z zupą. – Führer, też coś, śmiechu warte! Ten człowiek nie przepracował w swoim życiu ani jednego dnia w jakimś uczciwym zawodzie, a teraz każdy bezrobotny szmaciarz podnosi ku niemu oczy i woła: „Wodzu, prowadź!” Dokąd, nie pyta. Niby to tłuką się z komunistami, a tak samo jak komuniści destabilizują kraj. Przejęli nawet od nich tę całą uliczną szopkę ze sztandarami i bębnami, nawet czerwony kolor od nich zapożyczyli, tyle tylko, że przykleili swastykę. Plebs!

Od plebsu dzieliły pana von Klinck całe światy. Motłoch pozostawał w jego oczach motłochem, nawet jeżeli udało mu się wdrapać na ławki Reichstagu. Był szczerym patriotą, co wcale nie znaczyło, że byłby skłonny usiąść za tym samym stołem z każdym, kto sobie wycierał usta słowem „Niemcy”. Za miejsce najbardziej dla siebie odpowiednie uważał Związek Niemieckich Przemysłowców, głównie dlatego, że spotykał tam wyłącznie ludzi z dobrymi manierami.

– Masz niewątpliwie rację – zgadzała się z nim Toni, jak przystało na dobrą żonę. – Ale coś w tym Hitlerze musi być, skoro księżna Cantacuccene wprowadziła go do swojego salonu, a pani Bechstein podarowała mu luksusową limuzynę. Bywa też u Viktorii von Dirksen, gdzie spotyka się, jak wiesz, cała śmietanka towarzyska Berlina. Podobno potrafi być czarujący. Ma przejmujące spojrzenie.

– Ach, kobiety! – wzdychał w duchu pan von Klinck. – Politykę rozumieją jako zbiór mniej lub bardziej interesujących plotek. Trochę austriackiego lepkiego wdzięku, całuję rączki, padam do nóżek i już głowę tracą.

Czasami pan von Klinck odnosił wrażenie, że jego piękna żona pozostała umysłowo na poziomie piętnastolatki – ale czyż nie dlatego właśnie ją poślubił? „Słodkie dziecko” – pomyślał, kiedy do pociągu, którym jechał, wsiadło w Konstancji dziewczę z oczami jak fiołki i grubym warkoczem, sięgającym pośladków. Nawet skromny mundurek internatu dla panien Holzhausen nie był w stanie ukryć jej urody i pysznych piersi. Na widok obcego mężczyzny w przedziale dziewczyna natychmiast spuściła oczy, usiadła pod oknem, cnotliwie obciągnęła spódnicę na kolanach i zatopiła się w lekturze „Buddenbrooków”, powieści, którą pan von Klinck pomimo swoich rozlicznych zobowiązań właśnie zdążył przeczytać. Pogratulował sobie w duchu z tego powodu, bo znajomość książki dawała mu możliwość nawiązania konwersacji z piękną nieznajomą.

Po pół godzinie pan von Klinck z desperackim zdecydowaniem zapakował z powrotem do walizki nie cierpiącą zwłoki korespondencję handlową, którą studiował od wyjazdu z Zürichu. Była bardzo pilna, ale tu chodziło o życie – jego całe przyszłe życie. Po godzinie wyszedł na korytarz i dał w łapę konduktorowi, żeby nikogo nie wpuszczał do przedziału. Na wysokości Karlsruhe odważył się zaprosić pannę von Rathenberg na obiad do wagonu restauracyjnego. W trakcie posiłku zachwyciło go bezgranicznie jej szczere zainteresowanie przemysłem metalurgicznym, odlewniami żeliwa szarego oraz produkcją superfosfatów. Kto by pomyślał, że w tak ślicznej główce mieści się tak bystry umysł?

Zanim pociąg wtoczył się na berliński dworzec, pan von Klinck był już po czubki uszu zakochany, a termin jego wizyty w Klein Kruckow ustalony. Trzy miesiące później oświadczył się, drżąc ze zdenerwowania jak sztubak, i został przyjęty. Narzeczona nie miała jeszcze osiemnastu lat, narzeczony skończył czterdzieści pięć. Dyskretne inwigilacje ojca Toni wykazały, że kandydat do ręki cieszy się nieskazitelną opinią, jest bogaty, pochodzi z dobrej, starej rodziny, nie ma nałogów, jedyny znany w towarzystwie skandal, romans z pewną znaną aktorką, został zakończony w porę i zupełnie bez łez, dzięki wspaniałomyślnemu odszkodowaniu. Ponieważ mąż Alberty zdążył już zrujnować jej majątek ryzykownymi operacjami na giełdzie i posag Toni topniał w oczach jak lody w upalny dzień, nie było co się dłużej zastanawiać. Jedyny warunek, jaki postawił narzeczony, przejście Toni na protestantyzm, został przyjęty z pokorą i bez szemrania.

Zgodnie z tradycją wesele odbyło się w Klein Kruckow. Ze względu na przegraną wojnę, było skromne. Wojna toczyła się co prawda gdzieś daleko i rodzina Toni odczuła ją w niewielkim stopniu – jakiś daleki kuzyn zginął pod Verdun, inny gdzieś na wschodzie, więcej ofiar pochłonęła dwa lata później epidemia influency – ale pogrzebanie monarchii i haniebne warunki traktatu wersalskiego zobowiązywały ją do stosownej żałoby. Jakże to: wesele bez modlitwy za cesarza? Bez trzykrotnego „hura” na jego cześć? Na znak patriotycznego smutku liczbę gości ograniczono do pięćdziesięciu i zrezygnowano z przesadnych luksusów. Podano wyłącznie produkty rodzimych pól, lasów i wód, a więc comber sarni, faszerowanego szczupaka, pasztet z dzika i na deser pieczone jabłka z własnego ogrodu z likierem głogowym. Pierwszy toast wzniesiono za ukochaną niemiecką ojczyznę, przy następnym dziadek von Rathenberg zacytował Schillera: „Upada stare, zmieniają się czasy i nowe życie zakwita na ruinach”[3]. Pan von Klinck był głęboko poruszony tą bezprzykładną manifestacją patriotyzmu i pełen podziwu dla budzącej respekt gniewnej grzywy srebrnych włosów starego pana von Rathenberg. On sam, niestety, miał już tylko wianuszek delikatnych, starannie przystrzyżonych kędziorków, okalający czaszkę nagą jak kolano.

Po ślubie zainteresowanie Toni superfosfatami opadło, ale wynagrodziła to mężowi stokrotnie, rozwijając młodzieńczy, żarliwy zapał przy spełnianiu powinności małżeńskich. W tamtych czasach panienki musiały obowiązkowo zachować dziewictwo aż do stopni ołtarza, materiał wybrakowany nie miał żadnych szans i kwaśniał w staropanieństwie. Noc poślubna łączyła się w ich wyobrażeniach ze spełnieniem najskrytszych marzeń, przeplatanych grozą, wynikającą głównie z kompletnego braku informacji. Jedyne, co matka Toni na ten temat wydusiła z siebie, brzmiało niepokojąco i sugerowało jakieś niemiłe przeżycia. Mąż starszy i doświadczony okazał się w tym przypadku błogosławieństwem losu, a utrata dziewictwa bardzo przyjemnym doświadczeniem. Toni wysłała do siostry entuzjastyczny telegram o treści: „Hura stop małżeństwo fantastyczne stop”. Biedna Alberta pomyślała sobie, że nic jej na ten temat nie wiadomo.

Pan von Klinck uważał swoje stadło za niezwykle udane, ubóstwiał żonę i wcale nie oczekiwał od niej, że wykaże jakiekolwiek zaangażowanie w kwestiach dotyczących jego interesów. Czasami wolałby jednak, żeby chociaż trochę zdawała sobie sprawę z tego, jak wielkiego trudu wymagało zarządzanie wielkim przedsiębiorstwem w czasach, w których bankructwa były na porządku dziennym. Na Boga, do Toni, tak chętnie biegającej do teatrów i kin, nawet nie docierało, że tak wiele z nich nie było w stanie przetrwać kryzysu!

– Nie do pomyślenia – mówiła ze zdumieniem. – Zamknięto Odeon. Co też mogło się stać?

Tylko dzięki czujnej rozwadze pana von Klinck i nieocenionej pomocy doktora Goldberga, geniusza pod każdym względem, który był jego prawą ręką, udawało mu się lawirować w odmętach tych trudnych czasów, przetrwać czarny piątek[4], zapewnić ludziom pracę, a Toni standard, do jakiego przywykła. W chwilach słabości zastanawiał się, czy nie należałoby otworzyć jej oczu, ale w końcu machał ręką i myślał, że stworzenie, które ma tak słodkie dołeczki w policzkach i jeszcze rozkoszniejsze na pupie, zasługuje na to, żeby odsuwać od niego wszystkie przykre sprawy tego świata.

Na przykład Hitlera, który okrzepł w siłę i odnosił coraz większe sukcesy. Hitler budził głęboką nieufność pana von Klinck, jako ktoś, kto nie pochodząc z jego klasy, zębami wczepiał się w jej przywileje i próbował przy pomocy krzyku wznieść się na wyżyny. Człowiek z ulicy, syn celnika! Pan von Klinck był głęboko przekonany, że synowie celników powinni znać swoje miejsce w społeczeństwie i pozostać tam, gdzie ich Pan Bóg postawił, czyli na samym dole. Ale ten Hitler wcale nie zamierzał pozostawać na dole. Pan von Klinck miał okazję skonstatować to z całą ostrością na imprezie w Pałacu Sportu, na którą poszedł z ciekawości, chcąc zrozumieć, czym, u Boga Ojca, porywa masy człowiek o gestach Cezara i fizjonomii kelnera. Zrozumiał tylko, że histerycznie wrzeszczący osobnik, ze ściągniętą skorupą nienawiści twarzą, zupełnie na serio uważa się za zbawcę Niemiec, a tysiące jego wyznawców, pijanych entuzjazmem, oblanych z podniecenia potem, rozkołysanych wspólnym rykiem, podtrzymuje go w tym przekonaniu. W wypełnionej po brzegi brunatnymi koszulami hali, pośród lasu wyprężonych rąk, pan von Klinck poczuł się jak przybysz z obcej planety. Kiedy wzrok jego padł na podskakującego, z pianą uwielbienia na ustach, małego kuternogę Goebbelsa, opuścił pospiesznie budynek.

Do kogo jednak mieli wznosić oczy maluczcy? Wojna była przegrana, cesarz opuścił Niemcy, Bóg je opuścił. Czy należało się dziwić, że rozpaczliwie pragnęli kogoś, kto by im przyniósł nową ewangelię? Ale żeby tym kimś miał być akurat niedoszły malarz z austriackiej prowincji… Przy całej swojej pasji dla dzieł sztuki, pan von Klinck w głębi ducha uważał artystów za darmozjadów. Chyba, że zdążyli umrzeć, a ich obrazy stały się dobrą lokatą kapitału. Hitlera nawet nie przyjęto do Akademii i nigdy nie wyszedł poza malowanie pocztówek, żaden jego obraz nie miał najmniejszych szans na zawiśnięcie nad kominkiem w willi na Orzechowej. W swojej firmie też by go nie zatrudnił, ani trochę nie budził jego zaufania. Fryzjerski wąsik, spocony kosmyk spadający na oko, posępne spojrzenie, ręka dumnie wsparta na biodrze – komediant, nic więcej.

Za to ten mały, Goebbels, ten miał prawdziwy talent. Pan von Klinck bez wahania powierzyłby mu dział reklamy. Gdyby sprzedawał jego maszyny i superfosfaty z takim samym zapałem, z jakim sprzedawał tego swojego Hitlera, podbiliby razem cały świat. Na przykład plakaty: były bezkonkurencyjne. Przy każdym nowym pan von Klinck przystawał zaciekawiony i z uznaniem kiwał głową. Doskonała kolorystyka, mocne, krótkie hasła: „Hitler buduje”, „Hitler nadzieją”, „Praca i chleb” – świetne, naprawdę świetne! Wpadały w oko i pozostawały w pamięci. A jaki sprytny był pomysł, żeby wiece przypominały atmosferą festyn ludowy! Werble, fanfary i marsze nadawały im uroczysty, świąteczny charakter i podnosiły ludzi na duchu. Interesujące też były rekwizyty nazistów, szczególnie zwieńczone orłami chorągwie, przypominające signa rzymskich legionów. Bardzo to było pomysłowe i nowoczesne, tyle tylko, że akurat w polityce pan von Klinck nie cenił sobie nowoczesności. Jeszcze mniej podobało mu się wychodzenie z nią na ulicę. Niewątpliwie nie było to w porządku, że Żydzi zajmowali większość kluczowych pozycji w bankach, radach nadzorczych i na uniwersytetach, ale naród Goethego i Schillera nie musiał z tego powodu wybijać im szyb. W każdym razie z kochanego doktora Goldberga pan von Klinck nie miał zamiaru rezygnować. Od narodowych socjalistów postanowił trzymać się z daleka. Zupełnie słusznie przypuszczał, że jak się woła: „Niemcy, zbudźcie się!”, mogą obudzić się ci niewłaściwi.

– Odi profanum vulgus et arceo – podsumował przy kolacji swoje rozważania na tematy polityczne. – Przetłumacz, Joachimie.

– Nienawidzę wulgarnego plebsu i unikam go – pospieszył syn z odpowiedzią.

– Doskonale – pochwalił pan von Klinck i Joachim zarumienił się z dumy. – Przede wszystkim to nie są ludzie z naszej sfery i nie należy o tym zapominać. Bardzo możliwe, że Hitler fascynuje panie z towarzystwa, bo jest taki tajemniczy. Nie jest żonaty, nie pije, nie pali i podobno nie jada mięsa. Zakładam też, że do pani von Dirksen jeszcze nie dotarło, że szminkę do ust uznał za antyniemiecką. O ile wiem, ideałem Hitlera jest kobieta na płaskich obcasach, najchętniej pochylona nad kołowrotkiem. Byłbym zachwycony, gdybyś znowu nosiła warkocze i upinała je w koronę, ale wątpię, czy byłabyś skłonna zamienić haute couture na ludowy strój bawarski, choć jestem przekonany, że wyglądałabyś w nim czarująco.

Vera parsknęła śmiechem. Obraz Toni, zawsze ubranej wedle najnowszej mody, w sznurowanym staniczku i chłopskiej bluzce z bufkami, był absurdalny. Czy jakakolwiek partia mogła na serio zajmować się damskimi fryzurami i wysokością obcasów?

– Żartujesz sobie z nas, Johannesie, prawda?

– Ani trochę, moja droga. I nie sądzę, żeby Hitler w tych kwestiach żartował. W ogóle nie zauważyłem, żeby się kiedykolwiek uśmiechał. Jego zdaniem niemiecka kobieta powinna zejść z wysokich obcasów, wytrzeć szminkę i zająć się mężem, dziećmi i kuchnią. Akurat w tym punkcie wydają mi się narodowi socjaliści wręcz sympatyczni.

– Jestem oddana mojemu mężowi i moim dzieciom całą duszą, pozwolę też sobie zauważyć, że nie chodzą głodni, chociaż nie stoję osobiście przy garnkach – Toni poczuła się lekko urażona. – Mężczyzna z twoją pozycją musi mieć żonę, która go przede wszystkim dobrze reprezentuje. Poglądy pana Hitlera na kobiety uważam za zaściankowe. Nic dziwnego, że na zdjęciach żadna mu nie towarzyszy. Fotografuje się głównie z psami. Będę musiała dokładniej o niego wypytać Victorię von Dirksen.

Vera nie słuchała dalej. Pan Hitler zupełnie jej nie interesował. Nie po to wyrwała się z Klein Kruckow, żeby ugrzęznąć w kuchni. Nikt nie był w stanie zapędzić jej znowu do garów i pieluch. Nikt nie mógł cofnąć biegu historii.

Podniosła rękę i z dumą przesunęła ukradkiem po krótkich, starannie ufryzowanych loczkach, promieniejących wokół jej głowy złocistą aureolą. Od czasu, kiedy wsunęła na samo dno szafy warkocze, starannie zapakowane przez fryzjera w bibułkę, przestała być gęsią z prowincji i poczuła się prawdziwą berlinianką. Fryzjer wyskubał jej też brwi i zastąpił je dwoma cieniutkimi czarnymi znakami zapytania, nadającymi jej twarzy wyraz permanentnego zdziwienia. Szminkę do ust dostała od Toni w prezencie. Wyglądała teraz jak Marlena Dietrich i w Klein Kruckow uznano by ją niewątpliwie za kokotę. Opuściła podbródek na piersi, wyobraziła sobie, że jej powieki ważą tonę i spojrzała na Johannesa spod ledwie uchylonych rzęs. Pogrążony w lekturze gazety, nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. No cóż, był stary, starszy nawet od papy. Spróbowała wyobrazić sobie jego starcze ciało w łóżku z Toni i jej policzki oblał rumieniec zażenowania. Czy mężczyzna w wieku Johannesa wciąż jeszcze…? Tak, pewnie tak, Caro miała zaledwie dwa lata. Dziecko, które było ulubienicą ojca, dziedziczką cholerycznego temperamentu rycerzy rabusiów i postrachem wszystkich nianiek. Jak na swój wiek, miała nieprawdopodobnie bogate słownictwo i bezlitośnie robiła z niego użytek. Nie dalej jak wczoraj powiedziała do swojej Fräulein: „Dobra kobieto, jeżeli będziesz mnie zmuszała do jedzenia szpinaku, każę cię wychłostać!” Spiorunowała ją przy tym wzrokiem i stanęła w rozkroku, wypinając brzuszek i pochylając głowę jak szykujący się do szarży byk. Toni uciekła z pokoju, żeby nie parsknąć śmiechem. Z reguły unikała konfliktów, co najwyżej groziła: „Poczekaj, powiem papie!” Odnosiło to natychmiastowy skutek, autorytet pana von Klinck był niepodważalny. Od jego małżonki nikt nie oczekiwał podejmowania decyzji trudniejszych od wyboru pieczeni na obiad. Wystarczyło, że rysy jej twarzy były pełne harmonii, cera świetlista, oczy lśniące jak granatowe jeziorka, suknie eleganckie, uśmiech ujmujący. Uważano ją za zachwycającą i więcej od niej nie wymagano. Jak piękny kwiat stanowiła ozdobę najwykwintniejszych przyjęć i lóż operowych. Cieszyła się opinią osoby interesującej i troszeczkę ekscentrycznej, gdyż chętnie otaczała się artystami. Zaproszenie do jej salonu traktowano jako wyróżnienie i dla młodych talentów mogło ono istotnie stać się przełomem w karierze. Była ogólnie podziwiana i uwielbiana. Zawsze otoczona była gromadką zakochanych w niej po uszy młodzieńców – utalentowanych malarzy, początkujących poetów i świetnie zapowiadających się aktorów. Pisali dla niej wiersze, śpiewali serenady i chcieli się strzelać. Kobiety nie znienawidziły jej tylko dlatego, że znana była jako wzorowa żona o niezłomnych zasadach. W rzeczywistości była zaledwie dyskretna.

Od kilku lat Toni darzyła swoimi pachnącymi łaskami Hassa von Harburg, ambitnego młodego człowieka o doskonałych manierach, wyśmienitych koneksjach i podejrzanych źródłach utrzymania. Po trzech spędzonych w Anglii latach, mówił po niemiecku z wytwornym angielskim akcentem, w każdym calu przypominał londyńskiego dżentelmena i nigdy nie rozstawał się z melonikiem oraz parasolem. Otwierające wszystkie drzwi „von” przed nazwiskiem zdobył stosunkowo niedawno, odkrywając daleką ciotkę, która wcale sobie nie przypominała, żeby była z nim spokrewniona, ale, za dożywotnią rentę w wysokości czterystu marek, ochoczo zgodziła się go zaadoptować. Niestety, była już osobą wiekową, przekroczyła dziewięćdziesiątkę, i wciąż zapominała o dokonanej transakcji: pytana o dzieci, odpowiadała z oburzeniem, że jest panną. Na szczęście mieszkała w zapadłej wsi w Prusach Wschodnich, dokąd nie docierali goście, toteż nie zdołała wywołać żadnego towarzyskiego skandalu, zanim zmarła w błogosławionym wieku lat dziewięćdziesięciu pięciu. Mimo jej długowieczności, interes opłacił się Hassowi kolosalnie. Zamówił wizytówki z herbem i zaczął bywać w najświetniejszych salonach oraz, zamkniętych dla zwykłych śmiertelników jak muszla ostrygi, klubach, gdzie sugerował delikatnie, że jest spokrewniony z okrutnie zamordowaną carycą Aleksandrą, z domu księżniczką von Hessen-Darmstadt. Nazywał ją z czułością „naszą Alix”. Zdaniem Marthy, kucharki państwa von Klinck, która spędziła młodość w książęcej kuchni na stanowisku pierwszej podkuchennej i z tego powodu uważana była za autorytet w kwestiach genealogicznych domu heskiego, wykazywał istotnie pewne podobieństwo do młodego Ludwiga IV. Zdanie Marthy było święte. Kiedy, na przykład, stwierdzała kategorycznie, że w domu von Hessen und zu Rhein nigdy, ale to nigdy, nie podano by do przepiórek sosu cumberland, Toni kładła natychmiast uszy po sobie i bez słowa skargi zmieniała menu.

Hasso zasłynął wkrótce jako wybitny tancerz, wyborny tenisista i wytrwały gracz w brydża. W rzadkich chwilach, kiedy nie uganiał się na korcie za piłką, nie miał kart w ręku i nie wirował po parkiecie, rozprawiał z cygarem w zębach o polityce. Rozumiało się samo przez się, że, ze względu na tragedię w rzekomej rodzinie, podawał się za żarliwego antykomunistę i nie ustawał w przestrzeganiu przed zarazą bolszewicką.

Z czego żył, nie bardzo było wiadomo. W szwajcarskich, angielskich i francuskich internatach, z których go po krótkim czasie wyrzucano z powodu bezczelności i braku zapału do nauki, zdobył doskonałą znajomość języków, ale nie zdobył matury. Podobno czymś tam handlował, przebąkiwano też, że regularnie objeżdża samotne, stare ciotki i wyłudza od nich pieniądze. Zabawia je miłą konwersacją, towarzyszy im na zakupach i wyprowadza na spacer ich pekińczyki w nadziei na zastrzyk finansowy i zapis w testamencie. Uważano, że poluje na posażne panny i któregoś dnia wżeni się w jakiś bajeczny majątek. Na razie jednak z oddaniem asystował Toni.

Vera szybko zorientowała się, że ciotka ma kochanka. Być może była prowincjonalną gęsią, ale nie była gęsią głupią. W Instytucie Anny Amalii wszystkie myśli panienek krążyły wokół miłości, była tematem większości rozmów. Instytut wychowywał surowo i cnotliwie, ale nie zabraniał czytania wieszczów, a wieszczom nic innego nie chodziło po głowie. Kopalnią najczystszej erotyki był sam książę poetów Goethe, którego w wieku lat siedemdziesięciu trzech spalało pożądanie na widok młodziutkiej Ulryki von Levetzov:

Jedno spojrzenie, miły, twoich oczu

I na mych ustach jeden pocałunek -

Czyż może znaleźć upojniejszy trunek,

Kto choć raz w życiu tę słodycz poczuł?[5]

Jak wielką potęgą musiała być namiętność, skoro nawet zgrzybiały wieszcz ślinił się i pisał wiersze, umierając z miłości! Vera była absolutnie zdecydowana poznać wszystkie jej odcienie – legalne i nielegalne. To, co pokrywało słodką mgłą oczy Toni, kiedy spoglądała na Hassa, wyglądało na mocno nielegalne. Wymieniali spojrzenia, jakby wymieniali pocałunki, jakby ich łączył niewidoczny przewód wysokiego napięcia. Obserwowanie ich było ogromnie podniecające.

W oczach swojej matki Vera takiej mgiełki nigdy nie zauważyła. Alberta patrzyła na męża z jawnym znudzeniem, najczęściej z pogardą. A że w Klein Kruckow jedynym kochankiem, który wchodził w grę, był Jezus Chrystus, wybrała go sobie na oblubieńca i już za życia zamieszkała w rodzinnej kruchcie. Wyglądało na to, że ostateczna przeprowadzka nie sprawi jej żadnej różnicy.

W przesypanej światłem witraży kościelnej ciszy Alberta znajdowała ukojenie, układając artystyczne bukiety na ołtarzach, budując bożonarodzeniowe żłobki i wielkanocne groby. Dobrotliwy ojciec Norbert stał się jej oddanym przyjacielem i powiernikiem. Z cierpliwością męczennika wysłuchiwał jej codziennej spowiedzi, z trudem opanowując ziewanie i przysypiając w mroku konfesjonału, gdyż grzechom tej świętej kobiety brak było jakiegokolwiek pieprzu.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.