Czarownica z Portobello - Paulo Coelho - ebook
Wydawca: Drzewo Babel Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 298

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 8 godz. 28 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Czarownica z Portobello - Paulo Coelho

Dziewica? Święta? Męczennica? Wariatka?

Kim jest Atena? Sierotą porzuconą przez Cygankę w Transylwanii. Dzieckiem zabranym do Bejrutu przez rodziców adopcyjnych. Urzędniczką londyńskiego banku. Wziętą agentką nieruchomości w Dubaju. Kapłanką z Portobello Road. O Atenie opowiadają osoby, które ją znały. Wśród nich jest dziennikarz badający mity o wampirach, aktorka teatralna, której Atena uwiodła narzeczonego, ksiądz, który ochrzcił jej syna, przybrana matka, były mąż i inni. Wspomnienia te – po jej zniknięciu w tajemniczych okolicznościach – spisuje zakochany w Atenie mężczyzna, który pragnie uchwycić prawdę o niej.

Opinie o ebooku Czarownica z Portobello - Paulo Coelho

Cytaty z ebooka Czarownica z Portobello - Paulo Coelho

Nie staraj się nikogo do niczego przekonywać. Jeśli nie wiesz, pytaj albo szukaj. Ale podejmując działanie, bądź jak tocząca swe spokojne wody rzeka i poddaj się wyższej energii. Uwierz – tak powiedziałam podczas pierwszego spotkania. Uwierz, że możesz. Na początku będą cię dręczyć wątpliwości, niepewność. Później wyda ci się, że każdy podejrzewa cię o szalbierstwo. Nic podobnego, wcale tak nie będzie. Masz już wiedzę, musisz tylko być tego świadoma. Wszystkie umysły na tej planecie bardzo łatwo poddają się najczarniejszym scenariuszom. Drżą przed chorobą, wojną, bandytami, śmiercią. Pomóż im odzyskać
Wszystkie twoje myśli i odczucia mogą przyczynić się do twojego rozwoju. Kiedy jesteś zirytowana lub zatrwożona, spróbuj śmiać się z samej siebie. Śmiej się głośno z tej kobiety, która się martwi i wścieka, przekonana, że jej problemy są najważniejszymi problemami na świecie.

Fragment ebooka Czarownica z Portobello - Paulo Coelho






tytuł oryginału

A Bruxa de Portobello

 

koncepcja graficzna

Lucrecia Demaestri

 

zdjęcie na okładce

© Jerome Tisne • Getty Images

 

zdjęcie autora

Frederic Charmeux

 

redakcja i korekta

Bogna Piotrowska

Beata Frankowska

 

przygotowanie

PressEnter

 
 

© 2006 Paulo Coelho

© for the Polish editionby Drzewo Babel, Warszawa 2007

This edition was published by arrangements with Sant Jordi Asociados, Barcelona, Spain.

All rights reserved

 
 

ISBN 978-83-89933-78-2

 
 

Drzewo Babel

ul. Litewska 10/11 • 00-581 Warszawa

listy@drzewobabel.pl

www.drzewobabel.pl

 
 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


 
 

Dla S. F. X. – słońca, które rozsiało światłość

i ciepło wszędzie, gdzie zawitało; wzoru dla tych,

którzy sięgają myślą poza swoje horyzonty.

 
 
 
 
 

O Mario bez grzechu poczęta, módl się za nas,

którzy się do Ciebie uciekamy. Amen.

 
 
 
 
 

Nikt nie zapala światła i nie stawia go w ukryciu

ani pod korcem, lecz na świeczniku, aby jego blask

widzieli ci, którzy wchodzą.

 

św. Łukasz, 11, 33

 
 
 

Zanim wszystkie spisane przeze mnie zeznania spotkał los, jaki im wyznaczyłem, myślałem o opracowaniu ich w formie tradycyjnej, wyczerpującej biografii, przedstawiającej prawdziwą historię.

Przeczytałem wiele książek biograficznych, sądząc, że mi pomogą w skonstruowaniu dzieła, ale po ich lekturze zrozumiałem jedno: opinia autora na temat głównego bohatera nie pozostaje bez wpływu na rezultat badań. Ponieważ moim zamiarem nie było prezentowanie własnych osądów, lecz pokazanie historii „Czarownicy z Portobello” oczyma uczestników wydarzeń, ostatecznie porzuciłem pomysł tworzenia biografii, uznając, że najlepiej udostępnić czytelnikom to, co zostało utrwalone na taśmie magnetofonowej.

 
 

HERON RYAN, 44 lata, dziennikarz

 

Nikt nie zapala światła po to, aby je ukrywać za zamkniętymi drzwiami: celem światła jest roztaczanie blasku, otwieranie oczu, ukazywanie cudów, które dzieją się dookoła.

Nikt nie poświęca w ofierze najcenniejszej rzeczy, jaką posiada: miłości.

Nikt nie powierza swoich marzeń tym, którzy mogą je zniszczyć.

Nikt, z wyjątkiem Ateny.

Długo po śmierci Ateny jej była mistrzyni poprosiła mnie, abym jej towarzyszył w podróży do Prestonpans w Szkocji. Władze tego miasta, korzystając z pewnego feudalnego prawa, które miesiąc później zostało zniesione, oficjalnie ułaskawiły 81 osób – oraz ich koty – straconych w XVI i XVII wieku za uprawianie magii.

Według rzecznika sądu Prestoungrange i Dolphinstoun, „większość skazano bez żadnych konkretnych dowodów, jedynie na podstawie zeznań świadków oskarżenia, którzy twierdzili, że czują obecność złych duchów”.

Nie warto po raz kolejny przypominać wszystkich zbrodni Inkwizycji, jej sal tortur i stosów płonących ogniem zemsty i nienawiści. Ale w drodze do Prestonpans Edda powtórzyła kilkakrotnie, że jest w tym orzeczeniu coś, co ją oburza: oto władze miasta oraz 14. Baron Prestoungrange i Dolphinstoun „darowali winy” tym, których brutalnie pomordowano.

– Mamy XXI wiek, a potomkowie prawdziwych zbrodniarzy, którzy mordowali niewinnych ludzi, przyznają sobie jeszcze prawo do „ułaskawienia”. Rozumiesz, o co mi chodzi, Heronie?

Rozumiałem. Nowe polowanie na czarownice zatacza coraz szersze kręgi. Tym razem bronią nie jest rozpalone żelazo i stos, lecz drwina i moralne potępienie. Każdego, kto przypadkiem odkrywa w sobie niezwykły dar i ośmiela się o nim głośno mówić, traktuje się podejrzliwie. A jego bliscy – małżonkowie, rodzice, dzieci – zamiast się tym szczycić, usiłują całą sprawę zataić z obawy, że ich rodzina zostanie wystawiona na pośmiewisko.

Zanim poznałem Atenę, uważałem, że każdy, kto posiada taki dar, wykorzystuje go po to, by żerować na ludzkiej rozpaczy i naiwności. Moja podróż do Transylwanii, gdzie miałem zebrać materiały do filmu dokumentalnego o wampiryzmie, dowiodła również, jak łatwo ludzie dają się oszukiwać. Niektóre zabobony, nawet z pozoru najbardziej absurdalne, pokutują w ludzkiej wyobraźni i bywają bez najmniejszych skrupułów wykorzystywane przez szarlatanów. Po wizycie w zamku Drakuli odbudowanym tylko po to, aby dostarczać niezapomnianych wrażeń turystom, skontaktował się ze mną urzędnik rumuńskiego rządu. Dał mi do zrozumienia, że jeśli film zostanie wyemitowany przez BBC, mogę się spodziewać, jak to ujął, „hojnego upominku”. W jego przekonaniu pomagałem propagować doniosły mit, co zasługiwało na sowitą nagrodę. Według jednego z przewodników, liczba odwiedzających rośnie z roku na rok, liczy się więc każda wzmianka na temat tego miejsca, nawet taka, która podważa autentyczność zamku oraz potwierdza fakt, że Vlad Drakula był postacią historyczną, która nie ma nic wspólnego z mitem, cała historia zaś jest jedynie majaczeniem pewnego Irlandczyka (N. R.: Brama Stokera), który, notabene, nigdy w tej okolicy nie zawitał.

Wtedy zrozumiałem, że choćbym uczciwie trzymał się faktów, mimowolnie wspieram kłamstwo. Nawet jeśli celem mojego filmu jest demitologizacja tego miejsca, ludzie i tak wierzą w to, w co chcą wierzyć. Przewodnik miał rację, w gruncie rzeczy tak czy inaczej działałem na rzecz propagandy. Natychmiast porzuciłem cały projekt, mimo że w przeloty i wstępne badania zdążyłem już zainwestować pokaźną kwotę.

Jednak podróż do Transylwanii wywarła ostatecznie ogromny wpływ na moje życie: poznałem Atenę, która przyjechała do Rumunii w poszukiwaniu matki. Przeznaczenie, to tajemnicze, nieubłagane przeznaczenie, zetknęło nas ze sobą w najzwyklejszym holu najzwyklejszego hotelu. Widziałem jej pierwsze spotkanie z Deidre – bądź Eddą, jak wolała być nazywana. Byłem obserwatorem – tak jakbym oglądał całe swoje życie – podczas gdy moje serce stoczyło beznadziejną walkę, usiłując nie dopuścić do tego, aby uwiodła mnie kobieta spoza mojego świata. Byłem szczęśliwy, kiedy rozum przegrał batalię, i jedyne, co mi pozostało, to złożyć broń i pogodzić się z faktem, że jestem zakochany.

Dzięki temu uczuciu ujrzałem rytuały, których istnienia nigdy nie podejrzewałem. Sądząc, że zaślepia mnie miłość, wątpiłem we wszystko, ale wątpliwości, zamiast działać paraliżująco, pchały mnie ku oceanom, których istnienia nie potrafiłem przedtem przyjąć do wiadomości. Taka sama energia pozwoliła mi później stawić czoło cynizmowi kolegów dziennikarzy i pisać o Atenie oraz jej misji. A ponieważ miłość wciąż żyje, choć Ateny nie ma już wśród nas, ta siła wciąż jest obecna, ale jedyne, czego pragnę, to zapomnieć, co widziałem i czego się nauczyłem. Tylko u boku Ateny byłbym w stanie żeglować po tym świecie.

To były jej ogrody, jej rzeki, jej góry. Dziś, kiedy odeszła, marzę o tym, aby wszystko stało się jak najprędzej takie jak dawniej. Chcę użalać się na korki uliczne, politykę zagraniczną i system podatkowy. Znowu chcę wierzyć, że świat magii to tylko zręczna, kuglarska sztuczka. Że ludzie są przesądni. Że to, czego nie potrafi wyjaśnić nauka, nie ma prawa istnieć.

Kiedy spotkania przy Portobello zaczęły wymykać się spod kontroli, bez końca rozprawialiśmy na temat jej postępowania – dzisiaj cieszę się, że mnie nie posłuchała. Jeżeli istnieje jakiekolwiek pocieszenie w tragedii, jaką jest utrata ukochanej osoby, może nim być jedynie zawsze potrzebna nadzieja, że być może tak było lepiej.

Z tym przekonaniem budzę się i zasypiam. Lepiej, że Atena odeszła, zanim zstąpiła do piekieł tego świata. Nigdy nie odzyskałaby spokoju ducha po wydarzeniach, które sprawiły, że okrzyknięto ją „Czarownicą z Portobello”. Reszta jej życia byłaby gorzką konfrontacją własnych marzeń ze zbiorową rzeczywistością. Znając ją dobrze, wiem, że walczyłaby do końca, trwoniąc energię i entuzjazm na próby udowodnienia czegoś, w co nikt, absolutnie nikt nie chciał uwierzyć.

Kto wie? Może szukała śmierci jak rozbitek wyspy? Nieraz musiała błąkać się o świcie po stacjach metra, czekając na napastników, którzy nie przybywali, wędrować po najniebezpieczniejszych dzielnicach Londynu w poszukiwaniu mordercy, który się nie zjawiał.

Aż w końcu dopięła swego – została brutalnie zamordowana. Kto nigdy nie zaznał bólu towarzyszącego nagłej stracie tego, co w naszym życiu najważniejsze? I nie chodzi mi tylko o ludzi, ale także o myśli, plany, marzenia. Udaje się nam dzień, tydzień, czasem kilka lat, lecz ostatecznie jesteśmy nieuchronnie skazani na utratę. Wprawdzie nasze ciało żyje dalej, ale dusza prędzej czy później otrzymuje śmiertelny cios. Zbrodnia doskonała: nie wiemy, kto zamordował naszą radość życia, jaki był motyw morderstwa, ani gdzie są winni.

Czy ci anonimowi winni mają świadomość własnych czynów? Nie sądzę. Ponieważ oni również są ofiarami rzeczywistości, którą stworzyli – bez względu na to, czy są niepewni siebie czy zarozumiali, bezsilni czy wszechmocni.

Nie rozumieją świata Ateny i nigdy nie będą w stanie go zrozumieć. Tak, to doskonale oddaje istotę rzeczy: świat Ateny. Już prawie pogodziłem się z tym, że byłem w jej świecie tylko gościem, jakby korzystając ze specjalnych względów – jak ktoś, kto znalazł się w pięknym pałacu, je najwspanialsze smakołyki pod słońcem, ze świadomością, że to tylko uroczysta okazja, że pałac do niego nie należy, ucztę wydano za cudze pieniądze i o wyznaczonej godzinie światła zgasną, właściciele pójdą spać, służba sprzątnie ze stołów, brama się zamknie i z powrotem znajdziemy się na ulicy, czekając na taksówkę albo na autobus, znowu pogrążeni w szarej codzienności.

Wracam, a raczej pewna część mnie wraca do tego świata, w którym liczy się tylko to, co widzialne, dotykalne i co potrafimy wyjaśnić. Znowu chcę dostawać mandaty za przekroczenie szybkości, słuchać kłótni w sklepie, stałych narzekań na pogodę, chcę oglądać horrory i wyścigi Formuły 1. Oto świat, z którym będę musiał obcować do końca moich dni. Ożenię się, będę miał dzieci, a przeszłość stanie się tylko odległym wspomnieniem. I może tylko czasem będę się dziwił sam sobie, jak mogłem być tak ślepy, tak naiwny?

Wiem również, że w nocy ta druga część mnie będzie się błąkać w przestworzach i obcować z bytami równie realnymi, jak ta oto paczka papierosów i szklaneczka dżinu. Moja dusza spotka się z duszą Ateny, a potem zbudzę się zlany potem, pójdę do kuchni po szklankę wody i uświadomię sobie, że walczyć ze zjawami można tylko bronią, która nie należy do realnego świata. Wreszcie, tak jak radziła moja babka, położę na nocnym stoliku rozwarte nożyczki, które odetną końcówkę snu.

Nazajutrz spojrzę na nożyczki z odrobiną żalu. Muszę jednak znowu przystosować się do tego świata. Inaczej zwariuję.

 

ANDREA McCAIN, 32 lata, aktorka teatralna

 

„Nikomu nikim nie wolno manipulować. W każdym związku dwojga ludzi obie strony są odpowiedzialne za to, co robią, nawet jeśli potem jedna z nich oskarża drugą, że została przez nią wykorzystana”.

Tak mawiała Atena, ale sama postępowała dokładnie odwrotnie. Manipulowała mną, wykorzystywała mnie, nie bacząc na moje uczucia. Sprawa jest tym poważniejsza, że chodzi o magię. Ostatecznie była moją mistrzynią, zobowiązaną do przekazywania mi świętych tajemnic, do budzenia nieznanych mocy, które drzemią w każdym z nas. Wypuszczając się na nieznane morza, ślepo ufamy naszym przewodnikom – w przekonaniu, że wiedzą więcej niż my.

No cóż, zapewniam, że nie wiedzą – ani Atena, ani Edda, ani osoby, które dzięki nim poznałam. Mówiła mi, że uczy się sama, w miarę jak naucza innych, i chociaż z początku nie dawałam jej wiary, później miałam okazję się przekonać, że mogła to być prawda. W końcu zdałam sobie sprawę, że była to jedna z jej wielu sztuczek, za pomocą których osłabiała naszą czujność i sprawiała, że ulegaliśmy jej czarowi.

Ludzie, którzy wstępują na ścieżkę duchowych poszukiwań, nie myślą; chcą rezultatów. Chcą poczuć w sobie siłę, wyróżnić się z tłumu. Chcą być wyjątkowi. Atena igrała z cudzymi uczuciami w sposób zatrważający.

O ile wiem, uległa kiedyś wielkiej fascynacji świętą Teresą z Lisieux. Nie interesuje mnie religia katolicka, ale z tego, co słyszałam, Teresa nawiązała pewnego rodzaju mistyczny i fizyczny kontakt z Bogiem. Atena napomknęła kiedyś, że marzy jej się podobny los. Ale wobec tego dlaczego nie wstąpiła do klasztoru, czemu nie poświęciła życia kontemplacji czy służbie ubogim? Byłoby to znacznie pożyteczniejsze dla świata, a przy tym nie tak niebezpieczne jak muzyka i rytuały, służące wprowadzeniu ludzi w trans, który wyzwalał w nich to, co najlepsze, ale i to, co najgorsze.

Spotkałam ją w momencie, kiedy szukałam sensu życia, chociaż zataiłam to przed nią. Od samego początku powinnam była wiedzieć, że Atenę to w zasadzie nie interesuje. Chciała żyć, tańczyć, kochać, podróżować, otaczać się ludźmi, którzy podziwiali jej mądrość, chełpić się swoimi zdolnościami, prowokować sąsiadów, wykorzystywać do maksimum to, co w nas najbardziej przyziemne – ale wszystkim swoim poczynaniom nadawała mistyczną otoczkę.

Ilekroć się spotykaliśmy, czy to podczas magicznych obrzędów, czy w barze, odczuwałam jej moc. Manifestowała się tak wyraźnie, że niemal mogłam jej dotknąć. Na początku uległam fascynacji, chciałam być taka jak ona. Jednak pewnego dnia, w kawiarni, zaczęła mówić o „Trzecim Rytuale”, który obejmuje sferę seksualności. Zrobiła to w obecności mojego narzeczonego pod pretekstem udzielenia mi nauki. Tak naprawdę, w moim przekonaniu, chodziło jej o uwiedzenie mężczyzny, którego kochałam.

I, rzecz jasna, udało się jej.

Nie należy źle mówić o zmarłych. Tak czy owak, Atena nie będzie zdawać rachunku sumienia przede mną, tylko przed tymi wszystkimi mocami, którymi posłużyła się wyłącznie dla osiągnięcia prywatnych korzyści, zamiast użyć ich dla dobra ludzkości i własnej sublimacji duchowej.

Ale najgorsze jest to, że wszystko, co razem rozpoczęłyśmy, mogło się powieść, gdyby nie jej ekshibicjonizm. Wystarczyło działać dyskretniej, a spełniłaby się dzisiaj misja, która została nam powierzona. Jednak ona nie znała umiaru. Uważała się za posiadaczkę prawdy, zdolną przekraczać wszystkie bariery za pomocą swych uwodzicielskich sztuczek.

I jaki jest tego skutek? Zostałam sama. A ja nie mogę zatrzymać się w pół drogi – muszę iść do końca, chociaż coraz częściej ogarnia mnie zniechęcenie.

Nie dziwi mnie, że taki ją spotkał koniec – igrała z ogniem. Podobno ekstrawertycy są bardziej nieszczęśliwi niż introwertycy, dlatego muszą ciągle udowadniać przed sobą, że są zadowoleni, radośni, pogodzeni z losem. Przynajmniej w jej przypadku ta charakterystyka jest całkowicie trafna.

Atena miała świadomość własnej charyzmy i zadawała ból wszystkim, którzy ją kochali.

Ze mną włącznie.

 

DEIDRE O’NEILL, 37 lat, lekarka, znana jako Edda

 

Jeżeli pewnego dnia zadzwoni do nas nieznajomy mężczyzna, chwilę porozmawia, bez żadnych podtekstów i nie mówiąc niczego wyjątkowego, ale poświęci nam odrobinę uwagi, jaką rzadko kto nam poświęca, to jeszcze tej samej nocy będziemy gotowe pójść z nim do łóżka z miłości. Taka już nasza natura i nie ma w tym nic złego. Serce kobiety z łatwością otwiera się na miłość.

Moje serce z taką samą łatwością otworzyło się na spotkanie z Wielką Matką. Miałam wtedy dziewiętnaście lat. Atena też była w tym wieku, kiedy po raz pierwszy weszła w trans poprzez taniec. Ale to jedyne, co nas łączyło – wiek, w którym przeszłyśmy inicjację.

We wszystkim innym różniłyśmy się całkowicie, zwłaszcza jeśli chodzi o podejście do ludzi. Jako jej mistrzyni dawałam z siebie wszystko, żeby pomóc jej w duchowym rozwoju. Jako jej przyjaciółka – choć nie jestem pewna, czy była to przyjaźń odwzajemniona – starałam się ostrzec ją przed faktem, że ludzie jeszcze nie są gotowi na przemiany, które chciała wywołać. Pamiętam, że biłam się z myślami kilka nocy, nim dałam jej wolną rękę i pozwoliłam postępować zgodnie z głosem serca.

Jej wielki problem polegał na tym, że była kobietą XXII wieku, której przyszło żyć w XXI wieku – z czym się zresztą nie kryła. Czy zapłaciła wysoką cenę? Bez wątpienia. Ale zapłaciłaby dużo więcej, gdyby tłumiła kipiącą w niej energię. Stałaby się zgorzkniała, sfrustrowana, stale przejmowałaby się owym „co ludzie powiedzą”, wciąż powtarzałaby „najpierw pozałatwiam to, co ważne, a potem pomyślę o realizacji własnych marzeń”, ciągle narzekałaby, że „jeszcze nie teraz, bo ciągle stoi coś na przeszkodzie”.

Wszyscy szukamy idealnego mistrza. Ale choć mistrz głosi boskie nauki, sam jest na wskroś człowiekiem – i właśnie to najtrudniej zaakceptować. Nie należy mylić nauczyciela z lekcją, rytuału z ekstazą, przekaźnika symbolu z samym symbolem. Tradycja duchowa ma związek z naszym obcowaniem z siłami życia, a nie z ludźmi, którzy to umożliwiają. Jesteśmy słabi. Prosimy Wielką Matkę o przewodników, podczas gdy ona wysyła nam jedynie wskazówki, jaką drogą powinniśmy podążyć.

Biada temu, kto zamiast wolności szuka pasterza! Spotkanie z wyższą energią leży w zasięgu każdego, ale ci, którzy zrzucają odpowiedzialność na innych, są od niego bardzo daleko. Nasz czas na tej ziemi jest święty, dlatego powinniśmy celebrować każdą chwilę.

O tym zupełnie się zapomina. Święta religijne to dziś jedynie okazja, by pójść na plażę, do parku, czy wyjechać na narty. Rytuały już nie istnieją. Z codziennych czynności nie czynimy świętych obrzędów. Gotujemy, utyskując, że to strata czasu, a przecież moglibyśmy wkładać miłość w przygotowanie każdego posiłku. Pracujemy z przeświadczeniem, że to klątwa bogów, a powinniśmy tak wykorzystywać nasze talenty, aby z nich czerpać przyjemność i pomnażać energię Wielkiej Matki.

Atena wydobyła na światło dzienne przebogaty świat, który wszyscy nosimy w duszy, jednak zignorowała fakt, że ludzie jeszcze nie dojrzeli do tego, aby uświadomić sobie własną moc.

Kiedy my, kobiety, szukamy sensu życia lub drogi poznania, najczęściej utożsamiamy się z jednym z czterech archetypów.

Dziewica (co w tym przypadku nie odnosi się do sfery seksualnej) to ta, która w swych poszukiwaniach dąży do całkowitej niezależności, a wszystko, czego się uczy, jest owocem jej zdolności do stawiania samotnie czoła wyzwaniom.

Męczennica znajduje drogę do samopoznania w bólu, cierpieniu i poświęceniu.

Święta odnajduje siebie w bezgranicznej miłości – w tym, że potrafi dawać, nie oczekując niczego w zamian.

I wreszcie Czarownica, która odnajduje sens swego istnienia zarówno w duchowej, jak i zmysłowej rozkoszy.

Zwykle kobieta wybiera jeden spośród tych tradycyjnych archetypów, ale Atena była wszystkimi czterema równocześnie.

Oczywiście możemy tłumaczyć jej zachowanie tym, że każdy, kto wpada w trans lub ekstazę, traci kontakt z rzeczywistością. Ale to nieprawda: świat fizyczny i świat duchowy są jednym i tym samym. Dostrzegamy boskość w drobinie kurzu, co jednak nam nie przeszkadza zetrzeć go wilgotną ścierką. Boskość nie znika, przemienia się jedynie w czystą powierzchnię.

Atena powinna była działać ostrożniej. Kiedy rozmyślam o życiu i śmierci mojej uczennicy, wydaje mi się, że sama powinnam zmienić swoje postępowanie.

 

LELLA ZAINAB, 64 lata, numerolog

 

Atena? Ciekawe imię. Zobaczmy... Jej liczba Maksymalna to dziewiątka. Towarzyska, optymistycznie nastawiona do życia, wyróżnia się w tłumie. Ludzie szukają u niej zrozumienia, współczucia, szlachetności, dlatego powinna bardzo uważać, bo popularność może jej przewrócić w głowie, przez co więcej straci, niż zyska. Powinna również bardziej ważyć słowa, bo ma skłonność mówić więcej, niż nakazuje zdrowy rozsądek.

Jej liczba Minimalna to jedenastka. Wydaje się, że chce przewodzić. Interesuje się sferą mistyczną. Za jej pomocą stara się zaprowadzić harmonię wśród ludzi, którzy ją otaczają.

Jednak tu widzę sprzeczność z liczbą Dziewięć, która jest sumą dnia, miesiąca i roku jej narodzin, zredukowanych do jednej cyfry. Zawsze będzie podatna na zazdrość, smutek, skrytość i uleganie emocjom. Musi uważać na negatywne wibracje, takie jak nadmierna ambicja, nietolerancja, nadużywanie władzy, ekstrawagancja.

Z uwagi na tę sprzeczność powinna poświęcić się dziedzinie, która nie wymaga emocjonalnego kontaktu z ludźmi, na przykład informatyce lub architekturze.

Nie żyje? Bardzo mi przykro. A czym się zajmowała?

 

Czym się Atena właściwie zajmowała? Wszystkim po trochu. Gdybym miał podsumować jej życie, powiedziałbym: była kapłanką, która rozumiała siły natury. Albo może lepiej: była kimś, kto przez prosty fakt, że nie może zbyt wiele oczekiwać od życia, ani nie ma zbyt wiele do stracenia, zaryzykował więcej niż inni i ostatecznie przeistoczył się w potężne siły, nad którymi, jak sądził, jest w stanie zapanować.

Była kasjerką w supermarkecie, urzędniczką w banku, pośredniczką w handlu nieruchomościami, i w każdym z tych wcieleń dawała wyraz kapłaństwu, które w sobie nosiła. Znałem ją osiem lat i jestem jej to winien: przywołać pamięć o niej i oddać prawdę o jej tożsamości.

Podczas zbierania tych zeznań najtrudniej było mi nakłonić ludzi, żeby wystąpili pod własnym nazwiskiem. Jedni nie chcieli być zamieszani w taką historię, inni starali się zataić swoje opinie i uczucia. Tłumaczyłem, że moim prawdziwym zamiarem jest sprawić, aby wszyscy związani ze sprawą ludzie lepiej ją zrozumieli, anonimowe zeznania nie są zaś wiarygodne.

W końcu wszyscy się zgodzili, ponieważ każdy z moich rozmówców uważał, że zna jedyną i ostateczną wersję każdego, nawet najbardziej błahego zdarzenia. Podczas nagrywania zeznań przekonałem się, że nic nie jest bezsporne i ostateczne – wszystko zależy od indywidualnej percepcji. A często najlepszy sposób, by dowiedzieć się, kim jesteśmy, to zobaczyć, jak widzą nas inni.

To nie znaczy, że powinniśmy robić to, czego się od nas oczekuje, jednak dobrze jest zrozumieć siebie samych. Byłem to winien Atenie. Przywołać jej historię. Utrwalić jej mit.

 

SAMIRA R. KHALIL, 57 lat, gospodyni domowa, matka Ateny

 

Proszę jej nie nazywać Ateną. Ma na imię Szirin. Szirin Khalil. Kochana, upragniona córka, którą obydwoje, ja i mój mąż, chcieliśmy sami spłodzić!

Nie było jednak nam to pisane – tam, gdzie los jest dla nas zbyt łaskawy, zwykle pojawia się otchłań, w którą w każdej chwili mogą runąć wszystkie marzenia.

Mieszkaliśmy w Bejrucie w czasach, kiedy miasto uznawano za perłę Bliskiego Wschodu. Mój mąż był dobrze sytuowanym przedsiębiorcą, pobraliśmy się z miłości, co roku podróżowaliśmy po Europie, mieliśmy wielu przyjaciół, zapraszano nas na ważne spotkania towarzyskie. Kiedyś gościłam u siebie prezydenta Stanów Zjednoczonych, wyobraża pan sobie? Trzy niezapomniane dni. Przez dwa pierwsze amerykańscy tajni agenci przeszukiwali wszystkie zakamarki naszego domu – zresztą już od miesiąca kręcili się po dzielnicy, zajmowali strategiczne pozycje, wynajmowali mieszkania po sąsiedzku, przebierali się za żebraków lub zakochane pary. No i potem ten jeden dzień – a właściwie dwie godziny – wielkiego święta. Nie zapomnę zazdrości w oczach znajomych ani radości, kiedy robili nam zdjęcia z najpotężniejszym człowiekiem na świecie.

Mieliśmy wszystko oprócz tego, czego pragnęliśmy najbardziej: dziecka. Dlatego nie mieliśmy nic.

Próbowaliśmy wszystkiego. Składaliśmy śluby, pielgrzymowaliśmy do miejsc świętych, radziliśmy się lekarzy i cudotwórców, braliśmy leki, piliśmy magiczne eliksiry. Dwukrotnie poddawałam się sztucznemu zapłodnieniu i dwukrotnie poroniłam. Za drugim razem wycięto mi lewy jajnik, a potem już żaden lekarz nie chciał podjąć się kolejnych eksperymentów.

Wtedy jeden z naszych przyjaciół, który wiedział o naszych kłopotach, zaproponował jedyne możliwe rozwiązanie: adopcję. Mówił, że ma dobre kontakty w Rumunii i że cała procedura nie potrwa długo.

Miesiąc później wsiedliśmy w samolot. Nasz znajomy prowadził ważne interesy z tym dyktatorem, który rządził wtedy Rumunią – nie pamiętam jego nazwiska (N. R.: Nicolae Ceaucescu), dzięki czemu mogliśmy uniknąć wielu biurokratycznych formalności. Od razu pojechaliśmy do ośrodka adopcyjnego w Sibiu, w Transylwanii, gdzie przyjęto nas z wielkimi honorami. Po podpisaniu wszystkich stosownych dokumentów pozostało tylko wybrać dziecko.

Weszliśmy do sali dla niemowląt, gdzie panował przeraźliwy chłód. Jak można było trzymać biedne maleństwa w takich okropnych warunkach! W pierwszym odruchu chciałam wszystkie przygarnąć, zabrać je do Libanu, kraju słońca i wolności, ale to był oczywiście nierealny pomysł. Chodziliśmy między łóżeczkami, słysząc zewsząd płacz. Konieczność podjęcia bodaj najważniejszej decyzji w życiu działała paraliżująco.

Przez ponad godzinę ani ja, ani mój mąż nie odezwaliśmy się słowem. Wyszliśmy, wypiliśmy kawę, wypaliliśmy po papierosie, wróciliśmy do sali – i tak kilka razy. Kobieta odpowiedzialna za adopcje zaczynała się już niecierpliwić, musiałam więc niezwłocznie podjąć decyzję. Wtedy, wiedziona jakimś instynktem, który ośmieliłabym się nazwać macierzyńskim, wskazałam na jedną z dziewczynek – tak jakbym znalazła dziecko, które musiało w tym wcieleniu być moje, mimo że wydało je na świat inne łono.

Pracownica sierocińca radziła się jeszcze zastanowić. A przecież chwilę wcześniej wyraźnie się niecierpliwiła! Ale ja byłam pewna.

Mimo to, z całą delikatnością, starając się nie zranić moich uczuć (sądziła, że mamy kontakty z prominentami rumuńskiego rządu), szepnęła, tak żeby nie usłyszał tego mój mąż:

– Nic dobrego z tego nie wyniknie. To dziecko Cyganki.

Odparłam, że nie można przekazać kultury w genach – niemowlę, które miało zaledwie trzy miesiące, będzie córką moją i mojego męża, wychowaną według naszych obyczajów. Pozna kościół maronicki, libańskie plaże, będzie czytać książki po francusku i uczyć się w szkole amerykańskiej w Bejrucie. Zresztą nie miałam bladego pojęcia o kulturze cygańskiej – i nadal nie mam. Wiem tylko, że przenoszą się z miejsca na miejsce, rzadko się myją, oszukują i noszą kolczyki w uszach. Krążą opowieści, że porywają dzieci, żeby wychowywać je w swoich taborach. Ale teraz sytuacja przedstawiała się inaczej: to oni porzucili dziecko, a ja miałam podjąć się jego wychowania.

Kobieta próbowała mnie jeszcze odwieść od mojego postanowienia, ale już podpisywałam dokumenty, ponaglając męża, żeby zrobił to samo. Kiedy wracaliśmy do Bejrutu, świat wydawał się odmieniony: Bóg dał mi cel w życiu, bodziec do pracy i do walki na tym padole łez. Mieliśmy upragnione dziecko, które nadawało sens wszystkim naszym wysiłkom.

Szirin stawała się coraz mądrzejsza i piękniejsza – pewnie mówią tak wszyscy rodzice, ale naprawdę była wyjątkowym dzieckiem. Pewnego dnia – miała wtedy chyba pięć lat – jeden z moich braci powiedział, że gdyby kiedyś zechciała pracować na Zachodzie, jej imię zawsze zdradzi jej pochodzenie. Radził, żeby je zmienić na takie, które nie powie nic o jej korzeniach, na przykład Atena. Oczywiście wiem, że to nazwa stolicy państwa, a także imię bogini mądrości i słusznej wojny.

Może mój brat wiedział, co mówi, może był także świadomy problemów, jakie w przyszłości mogło ściągnąć na jej głowę arabskie imię. W końcu, jak cała nasza rodzina, zajmował się polityką. Chciał chronić siostrzenicę przed czarnymi chmurami, które on, ale tylko on, potrafił dostrzec na horyzoncie. Najdziwniejsze było to, że Szirin spodobało się nowe imię. Tego samego wieczora zaczęła nazywać siebie samą Ateną i nikt już nie był w stanie wybić jej tego z głowy. Żeby sprawić jej przyjemność, i my zaczęliśmy tak się do niej zwracać, sądząc, że wkrótce jej przejdzie. Jednak mijały kolejne lata, a nowe imię przylgnęło do niej na dobre. Czy imię może wpłynąć na czyjeś życie?

Od wczesnego dzieciństwa zauważyliśmy u niej silne przywiązanie do religii. Spędzała mnóstwo czasu w kościele, znała na pamięć ewangelię. Miało to zarówno dobre, jak i złe strony. Ponieważ żyliśmy w kraju w coraz większym stopniu targanym przez konflikty na tle wyznaniowym, lękałam się o bezpieczeństwo córki. W owym czasie Szirin zaczęła snuć opowieści o swych niewidzialnych przyjaciołach – aniołach i świętych, których wizerunki oglądała w kościele. Wszystkie dzieci miewają takie fantazje, ale z czasem zapominają o nich. Często również traktują lalki czy pluszowe misie jak żywe stworzenia. Jednak kiedy pewnego dnia przyszłam po nią do szkoły, a ona oznajmiła mi, że widziała „kobietę w bieli, podobną do Matki Boskiej”, uznałam, że to już przesada.

Oczywiście wierzę w anioły. Wierzę nawet, że anioły rozmawiają z małymi dziećmi, ale kiedy ukazują im się dorosłe postaci, sprawa staje się poważniejsza. Wiele czytałam o przeróżnych wiejskich pastuszkach, którzy rzekomo widzieli kobietę w bieli. Najczęściej rujnowało im to życie, bo najpierw ludzie gromadzili się wokół nich, licząc na cud, potem w sprawę angażowali się księża, wioska przekształcała się w miejsce kultu, a biedne dziecko lądowało w klasztorze. Dlatego tak bardzo się przejęłam. Szirin w tym wieku powinna interesować się bardziej makijażem, malować paznokcie, oglądać mydlane opery albo dziecięce programy w telewizji. Coś z moją córką było nie tak, poszłam więc do specjalisty.

– Nie ma powodu do paniki – uspokajał psycholog dziecięcy. Podobnie jak większość specjalistów w tej dziedzinie uważał niewidzialnych przyjaciół za swoistą projekcję marzeń, które pomagają dziecku odkrywać własne pragnienia i wyrażać uczucia. – I nie ma w tym nic niepokojącego – zakończył.

– Ale dlaczego kobieta w bieli?

Odparł, że być może Szirin nie rozumie naszego sposobu postrzegania lub tłumaczenia świata. Radził stopniowo przygotowywać ją do myśli, że została adoptowana. Zdaniem specjalisty najgorzej byłoby, gdyby odkryła prawdę na własną rękę – mogłaby wówczas zwątpić we wszystko i zacząć zachowywać się w sposób nieprzewidywalny.

Od tamtej pory rozmawialiśmy z nią inaczej. Nie wiem, jak wiele człowiek pamięta z okresu niemowlęctwa. Na wszelki wypadek staraliśmy się jej okazać jak najwięcej miłości, przekonać ją, że nie musi szukać ucieczki w świecie wyobraźni. Musiała uwierzyć, że świat, który ją otacza, jest najwspanialszym ze światów, że jej rodzice ochronią ją przed każdym niebezpieczeństwem. Bejrut był piękny, a pełne ludzi plaże zawsze skąpane w słońcu. O „kobiecie w bieli” nigdy nie wspominałam, za to spędzałam więcej czasu z córką, zapraszałam do nas jej szkolnych kolegów i koleżanki. Nie przegapiłam żadnej sposobności, żeby okazać jej czułość.

Ta strategia poskutkowała. Mój mąż dużo podróżował, a kiedy go nie było, Szirin bardzo za nim tęskniła. Dlatego postanowił zmienić trochę styl życia. Teraz, zamiast w samotności rozmawiać z niewidzialnymi przyjaciółmi, Szirin spędzała sporo czasu na zabawach ze mną i z ojcem.

Wszystko szło dobrze do momentu, gdy pewnej nocy przybiegła z płaczem do mojego łóżka. Była roztrzęsiona, mówiła, że zbliża się piekło.

Byłyśmy w domu same. Mąż znowu musiał wyjechać, sądziłam więc, że to jest właśnie powodem jej rozpaczy. Ale piekło? Czego oni uczą w szkole, co opowiadają dzieciom w kościele? Postanowiłam nazajutrz rozmówić się z jej wychowawczynią.

Szirin nie przestawała płakać. Podeszłyśmy do okna. Była pełnia. Morze Śródziemne lśniło w poświacie księżyca. Zapewniłam, że demony nie istnieją, że istnieją tylko gwiazdy na niebie i ludzie przechadzający się po bulwarze przed naszym domem. Tłumaczyłam, że nie ma się czego bać, że nie ma czym się zamartwiać, ale ciągle łkała i drżała ze strachu. Nie mogłam rozwiać jej obaw i po pół godzinie zaczęłam się niepokoić. Poprosiłam, aby przestała, bo już nie jest dzieckiem. Przyszło mi do głowy, że może to pierwsza menstruacja i delikatnie spytałam, czy zauważyła krew.

– Bardzo dużo krwi.

Wzięłam trochę waty i kazałam się jej położyć, żebym mogła opatrzyć jej „ranę”. To nic wielkiego, mówiłam, wszystko ci wytłumaczę. Ale wcale nie krwawiła. W końcu, wyczerpana płaczem, usnęła.

A następnego dnia rano popłynęła krew.

Zamordowano cztery osoby. Dla mnie była to tylko kolejna z odwiecznych bratobójczych walk, do których mój naród zdążył przywyknąć. Dla Szirin najwyraźniej nic to nie znaczyło, bo ani słowem nie wspomniała o swoim sennym koszmarze z poprzedniej nocy.

Od tej chwili piekło było coraz bliżej. I trwa do dzisiaj. Jeszcze tego samego dnia, w odwecie za śmierć tamtej czwórki, zabito w autobusie dwudziestu sześciu Palestyńczyków. Dwadzieścia cztery godziny później nie można było wyjść na ulicę, bo zewsząd dobiegały odgłosy strzelaniny. Zamknięto szkoły, jedna z nauczycielek pośpiesznie odstawiła Szirin do domu. Z minuty na minutę sytuacja pogarszała się. Mąż przerwał podróż. Wrócił do domu i całymi dniami wydzwaniał do znajomych z rządu, ale od nikogo nie usłyszał niczego sensownego. Szirin musiała słyszeć strzały na ulicy i krzyki ojca, ale – ku mojemu zaskoczeniu – milczała jak zaklęta. Tłumaczyłam jej, że to przejściowe, że wkrótce znowu pójdziemy na plażę, ale odwracała wzrok i prosiła, żeby dać jej jakąś książkę albo puścić płytę. Dookoła szalało piekło, a Szirin czytała i słuchała muzyki.

Wolałabym już o tym nie opowiadać, dobrze? Nie chcę nawet myśleć o pogróżkach, które otrzymywaliśmy, o tym, po czyjej stronie była racja, kto był winny, a kto niewinny. Kilka miesięcy później chcąc w Bejrucie przejść bezpiecznie na drugą stronę ulicy, należało wsiąść na statek, dopłynąć na Cypr i przesiąść się na inny statek, żeby ostatecznie zawinąć do brzegu po drugiej stronie ulicy.

Prawie przez rok praktycznie nie wychodziliśmy z domu, ciągle mając nadzieję, że lada dzień wszystko się uspokoi, że to przejściowe, że w końcu rząd opanuje sytuację. Pewnego ranka Szirin włączyła muzykę na swoim małym przenośnym magnetofonie, wykonała kilka kroków tanecznych i zaczęła powtarzać w kółko: „To potrwa bardzo, bardzo długo”.

Chciałam ją uciszyć, ale mąż powstrzymał mnie – spostrzegłam, że słucha dziewczynki z uwagą i traktuje jej słowa serio. Do dziś nie wiem dlaczego i nigdy o tym nie rozmawiamy; to między nami temat tabu.

Następnego dnia niespodziewanie podjął konieczne kroki i po upływie dwóch tygodni płynęliśmy już statkiem do Londynu. Dowiedzieliśmy się później, że według szacunkowych danych, podczas dwóch lat wojny domowej zginęło około 44 tysięcy ludzi, 180 tysięcy zostało rannych, a setki tysięcy straciły dach nad głową. Wynajdowano wciąż nowe preteksty do walk, kraj znalazł się pod okupacją obcych wojsk i piekło trwa do dzisiaj.

„To potrwa bardzo, bardzo długo”, mówiła Szirin. Mój Boże, niestety miała rację.

 

LUKÁS JESSEN-PETERSEN, 32 lata, architekt, były mąż

 

Kiedy poznałem Atenę, wiedziała już, że została adoptowana. Miała dziewiętnaście lat i była gotowa wszcząć awanturę w uniwersyteckiej stołówce, bo jakaś dziewczyna, sądząc, że Atena jest rodowitą Angielką (miała jasną karnację, proste włosy i raz szare, raz zielone oczy), powiedziała coś obraźliwego na temat Bliskiego Wschodu.

Był pierwszy dzień roku akademickiego. Grupa była nowa, nic o sobie nie wiedzieli. Niewiele myśląc, Atena zerwała się i chwyciła dziewczynę za kark.

– Obrzydliwa rasistka! – wrzeszczała jak opętana.

Zobaczyłem przerażenie w oczach zaatakowanej dziewczyny i podekscytowane spojrzenia pozostałych studentów, czekających niecierpliwie na dalszy rozwój wypadków. Byłem na drugim roku, toteż wiedziałem, czym to pachnie: wezwaniem do rektora, naganą, groźbą wydalenia z uczelni, może nawet policyjnym dochodzeniem w sprawie rasizmu. Na wszystkich źle by się to odbiło.

– Zamknij się! – wrzasnąłem odruchowo.

Nie znałem żadnej z nich. Nie jestem zbawcą świata, mówiąc szczerze, jak każdy młody człowiek, zdarzało mi się brać udział w takich awanturach, ale tym razem wyglądało to poważnie.

– Przestań! – krzyknąłem do pięknej dziewczyny, która ściskała za szyję tą drugą, równie piękną. Spiorunowała mnie wzrokiem. I nagle coś się zmieniło. Uśmiechnęła się, choć nie puszczała przeciwniczki.

– Zapomniałeś dodać: „proszę”.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem.

– Przestań – powtórzyłem. – Proszę.

Puściła dziewczynę i ruszyła w moim kierunku. Wszystkie głowy obróciły się w ślad za nią.

– Masz dobre maniery. A masz może papierosa?

Wyciągnąłem paczkę i wyszliśmy na dwór zapalić. Przed chwilą wściekła, teraz zachowywała się jak gdyby nigdy nic, śmiała się, narzekała na pogodę, wypytywała, czy lubię jakiś zespół muzyczny. Usłyszałem dzwonek wzywający na zajęcia i zlekceważyłem to, co przez całe życie mi wpajano: przestrzeganie dyscypliny. Rozmawialiśmy w najlepsze, tak jakby wszystko dookoła przestało istnieć: uniwersytet, kłótnie, stołówka, wiatr, chłód i słońce. Liczyła się tylko ta szarooka kobieta, która mówiła rzeczy całkowicie błahe, a jednak chciałem słuchać jej do końca życia.

Dwie godziny później jedliśmy razem obiad. Siedem godzin później siedzieliśmy na kolacji w barze, jedząc i pijąc to, na co nam pozwalał nasz skromny budżet. Nasza rozmowa stawała się coraz bardziej osobista i wkrótce znałem praktycznie całe jej życie. Bez żadnej zachęty z mojej strony Atena zwierzała mi się ze szczegółami ze swojego dzieciństwa i z wczesnej młodości. Później przekonałem się, że tak się zachowuje wobec wszystkich, ale tamtego dnia czułem się wybrańcem, najbardziej wyjątkowym mężczyzną na ziemi.

Do Londynu przyjechała z rodzicami po wybuchu wojny domowej w Libanie. Jej ojcu, maronicie (N. R.: odłam Kościoła katolickiego, który uznaje zwierzchnictwo Rzymu, ale nie wymaga od księży celibatu i wykorzystuje liturgię wschodnią i prawosławną), groziła śmierć za współpracę z rządem, mimo to długo nie mógł się zdecydować na opuszczenie ojczyzny. W końcu Atena, podsłuchawszy jego rozmowę telefoniczną, uznała, że pora dorosnąć, wziąć na siebie obowiązki córki i ratować ludzi, których kocha.

Wykonała przed ojcem swój dziwaczny taniec. Udając, że wpada w trans (wyczytała o tym z żywotów świętych przerabianych w szkole), zaczęła opowiadać niestworzone rzeczy. Nie wiem, jak to się dzieje, że dziecięce urojenia wpływają na dorosłych i podejmowane przez nich decyzje, ale jak zapewniała Atena, tak właśnie się stało – jej ojciec wierzył w przesądy, a ona była absolutnie przekonana, że ratuje życie rodzinie.

Przybyli do Londynu jako uchodźcy, ale nie żebracy. Libańska społeczność jest rozsiana po całym świecie, ojciec wkrótce zaczął prowadzić tu interesy i życie toczyło się dalej. Atena uczęszczała do dobrych szkół, chodziła na lekcje tańca, który był jej pasją, a po maturze postanowiła studiować architekturę.

Pewnego dnia rodzice zaprosili ją do jednej z najdroższych restauracji w Londynie i bardzo taktownie wyjawili, że została adoptowana. Udała zaskoczenie, uściskała ich, zapewniając, że nie ma to najmniejszego wpływu na ich wzajemne uczucia.

Prawda jest taka, że nie było to dla niej nowiną. Kiedyś pewien znajomy rodziny w przypływie gniewu nazwał ją „niewdzięczną sierotą”, która nie potrafi się zachować, bo w jej żyłach płynie „zła krew” jej prawdziwych rodziców. Cisnęła w niego popielniczką. Przez dwa dni płakała w ukryciu, ale szybko pogodziła się z tą myślą. A owemu znajomemu została blizna na twarzy, pamiątka, jak zwykł wszystkim tłumaczyć, ulicznej bójki.

Próbowałem umówić się z nią na następny dzień. Otwarcie wyznała, że jest dziewicą, że chodzi w niedzielę do kościoła i romantyczne powieści jej nie interesują – woli czytać wszystko, co dotyczy sytuacji na Bliskim Wschodzie.

A więc była zajęta. Bardzo zajęta.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com