Czarne Lustro  - Sharon Sala - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2005

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czarne Lustro - Sharon Sala

Sarah prowadzi wytworną restaurację w Nowym Orleanie, lecz wciąż ścigają ją cienie przeszłości. Dwadzieścia lat temu jej ukochany ojciec zniknął w tym samym dniu, w którym obrabowano państwowy bank w Marmet. Cieszący się dotąd nieposzlakowaną opinią człowiek został natychmiast okrzyknięty przestępcą, choć policyjne śledztwo utknęło w martwym punkcie. Po tej tragedii życie Sahar i jej matki zmieniło się w koszmar. Gdy teraz, po latach, szeryf z Marmet powiadomił Sarah, że z jeziora wyłowiono ciało jej ojca, zareagowała agresją. Nie chciała tam wracać, nie chciała znów spotkać ludzi, którzy tak bardzo skrzywdzili jej rodzinę. A jednak wyrusza w podróż, zdecydowana przeprowadzić na miejscu prywatne śledztwo. Wie, że naraża się na niebezpieczeństwo i że nie wolno jej nikomu zaufać. Nawet przyjacielowi z dzieciństwa, który oferuje jej pomoc...



Seria: New York Times Bestselling Authors, Bestsellery New York Timesa

Opinie o ebooku Czarne Lustro - Sharon Sala

Fragment ebooka Czarne Lustro - Sharon Sala





Sharon Sala

Czarne Lustro

Harlequin


ROZDZIAŁ PIERWSZY




Gdyby Avery Wheeler nie obrabował w Farmington w stanie Maine opancerzonej ciężarówki i nie zabrał ze sobą zakładniczki, policja stanowa nie wszczęłaby za nim pościgu. Ruszył autostradą nr 27 na północ, dojechał aż do przedmieść Stanton i dopiero tam skręcił w boczną drogę, prowadzącą do jeziora Flagstaff. Policja siedziała mu niemal na karku. Chociaż powoli zapadał zmrok, Avery Wheeler zdawał sobie sprawę, że nie zdoła dotrzeć bezpiecznie do kanadyjskiej granicy. Na razie chciał zaszyć się gdzieś wśród gęstych drzew okalających jezioro i poszukać wyjścia z sytuacji, w którą się wpakował.

Żałował teraz, że w latach siedemdziesiątych nie rzucił nauki w szkole średniej i nie zaczął pracować w firmie wuja, trudniącej się pakowaniem mięsa. Jeszcze bardziej pragnął jednak nigdy więcej nie patrzeć na kobietę, która siedziała teraz obok. Od chwili, gdy grożąc pistoletem, wepchnął ją do swego wozu, nie przestawała krzyczeć wniebogłosy.

Avery Wheeler marzył tylko o tym, by mieć wreszcie za sobą ten koszmarny dzień. Na razie jednak było to niemożliwe. Aby rozpocząć nowe życie, musiał pozbyć się zarówno policyjnego pościgu, jak i wrzeszczącej kobiety.

Gdy pokonał kolejny zakręt, uznał, że nadarza się ku temu stosowna okazja.

Błyskawicznie powziął decyzję. Spojrzał w prawo, na zachodzące słońce, a potem przed siebie, na ciemną taflę jeziora Flagstaff, odpiął pas bezpieczeństwa, opuścił szybę i wcisnął do deski pedał gazu. Siła przyspieszenia była tak duża, że wbiła w fotel zarówno jego, jak i zakładniczkę.

Zgrzytając zębami, Avery Wheeler zacisnął dłonie na kierownicy. Pasażerka wrzeszczała coraz głośniej. Stracił cierpliwość. Uderzył ją na odlew tak mocno, że w chwili gdy samochód odrywał się kołami od ziemi, była nieprzytomna.

Cisza, która potem zapanowała, sprawiała wrażenie niemal surrealistyczne. Odgłos policyjnych syren zanikał gdzieś w oddali. Dla Avery’ego Wheelera zdarzenia toczyły się z dziwnym opóźnieniem, jak na zwolnionym filmie.

Czuł na policzku powiew wiatru wpadającego do wozu przez otwarte okno.

Widział przed sobą ciemną, lustrzaną taflę jeziora, ozłoconą ostatnimi promieniami zachodzącego słońca.

Zduszony jęk wydobywający się z ust siedzącej obok kobiety nakładał się na głośny i przyspieszony oddech Avery’ego. Tym szybszy, im bliżej było do powierzchni wody.

Chwilę później nastąpiło uderzenie.

Tak donośne i silne, że aż zadziwiające. Ciekawe, dlaczego woda okazała się tak twarda?

Samochód wzbił słup wody w powietrze i zaraz potem zaczął tonąć, szybciej, niżby się można spodziewać.

Kiedy woda zaczęła się wlewać przez otwarte okno, serce Avery’ego Wheelera zabiło szybciej, mimo że wszystko wcześniej dokładnie zaplanował. Sięgnął na tylne siedzenie i chwycił torbę ze zrabowanymi pieniędzmi.

Właśnie w tej chwili zakładniczka zaczęła odzyskiwać przytomność.

Z nosa, tam gdzie ją uderzył, ciekła cienka strużka krwi, którą kobieta rozmazała dłonią na policzku. Półprzytomna otworzyła oczy i sięgnęła do pasa bezpieczeństwa, strzepując z ubrania wodę, jakby był to kurz. Kiedy nieco oprzytomniała, oczyma szeroko rozwartymi z przerażenia spojrzała na swego prześladowcę.

– Umie pani pływać? – zapytał.

Zaprzeczyła ruchem głowy.

– Szkoda – mruknął.

Cofnął przednie siedzenie, najdalej jak mógł, żeby mieć więcej miejsca na wydostanie się przez okno samochodu. Kobieta umrze. Nic na to nie mógł poradzić.

– Niech pan mnie nie zostawia! – wykrzyknęła z rozpaczą, chwytając go za ramię.

Rozeźlony Avery Wheeler wymierzył jej cios. Tak silny, że uderzyła głową o oparcie siedzenia i bezwładnie zsunęła się z fotela, ponownie tracąc przytomność.

– Później mi podziękujesz – warknął.

Umrze w nieświadomości, przynajmniej tyle mógł dla niej zrobić.

Kiedy już miał zamiar wydostać się na zewnątrz, samochód nagle się przechylił. Avery Wheeler błyskawicznie przerzucił przez głowę pas torby i nerwowymi ruchami zaczął wydostawać się przez okno, modląc się, aby powstały wir nie wciągnął go w głąbjeziora. Przeszkadzała mu torba przewieszona przez szyję. Raz zaczepiła się jeszcze wewnątrz wozu, o dźwignię zmiany biegów, potem o boczne lusterko na drzwiach. Avery’emu Wheelerowi przebiegła przez głowę myśl, aby porzucić pieniądze i ratować się samemu.

Jednak skoro już tyle przeszedł, to chyba nie powinien teraz rezygnować. Nie dojrzał jeszcze do tego, aby porzucić łup.

Szarpnął ponownie i nagle poczuł, że odzyskał swobodę ruchów. Wstąpiła w niego nadzieja. Odbiwszy się z całej siły nogami od koła, modlił się, aby udało mu się popłynąć w górę.

Woda wydawała się gęsta, jakby to była jakaś maź. Avery Wheeler wiedział, że to ciężar torby coraz bardziej utrudnia mu ruchy. Był jednak silnym mężczyzną i doskonałym pływakiem.

Chwilę później znalazł się tuż pod powierzchnią. Wynurzył głowę i zobaczył, że słońce już zaszło. Ciął powierzchnię wody długimi ruchami, w pewnej chwili zerknął w stronę pozostawionego za sobą brzegu. Do jego uszu docierały pokrzykiwania policjantów. Dostrzegał migające czerwono-niebieskie światła radiowozów, a na ich tle niewyraźne sylwetki biegających ludzi. W najlepszym wypadku widzieli go tak kiepsko, jak on ich, ale świadomość, iż mógł zostać zauważony, sprawiła, że postanowił płynąć jeszcze szybciej.

Po jakimś czasie ramiona zaczęły mu ciążyć jak ołów, w płucach brakowało tchu.

Zatrzymał się wreszcie i po raz drugi spojrzał za siebie. Coraz bardziej odległy brzeg jeziora zaroił się pokrzykującymi ludźmi, widocznymi w świetle policyjnych lamp błyskowych i reflektorów. Avery poprawił torbę i popłynął wprost przed siebie. W zapadających szybko ciemnościach przeciwległy brzeg jeziora, do którego zamierzał dotrzeć, był mało widoczny. Wyglądał jak wąski, zamazany, ciemny pas nad powierzchnią wody.

Wśród gęstwiny drzew Avery dostrzegł ledwie widoczne światełko. Była to pewnie lampa na czyimś ganku. Z oczyma utkwionymi w jasnym punkcie, jednostajnymi ruchami rąk rozcinał lodowatą powierzchnię wody.

Początkowo nawet nie poczuł obezwładniającego ucisku w piersi. Kiedy jednak ból rozszerzył się na ramiona, a potem utrudnił oddychanie, Avery Wheeler zrozumiał, że nie ma szans dopłynąć do kanadyjskiego brzegu. Nie mogąc uwierzyć w nadchodzący koniec, puścił wreszcie łup. Zrobił to jednak za późno. Przed pójściem na dno ciężka, nasączona wodą torba obiła się boleśnie o jego ciało.

Poczuł w piersiach rozdzierający ból. Krzyknął. Pojął, że to zew śmierci. Chwilę później nad jego bezwładnym ciałem zamknęła się mroczna toń jeziora.

Topiel.


Tuż z nastaniem świtu nad brzeg jeziora Flagstaff przybyli nurkowie z biura okręgowego szeryfa. Nie zwracali uwagi na piękno krajobrazu i barwy nadchodzącej jesieni, po prostu przygotowywali się do czekającego ich trudnego zadania.

Od ponad sześciu lat grupą poszukiwawczo-ratowniczą kierował zastępca szeryfa, Danny Baldwin. Lubił swoją pracę, ale tego, co czekało go dzisiaj, po prostu nie znosił. Tym razem nie było mowy o ratowaniu i niesieniu pomocy. Należało tylko odnaleźć wrak zatopionego samochodu i wydobyć ludzkie ciała.

Partner Danny’ego, Will Freid, był zarazem jego szwagrem. Młodszy o dziesięć lat, sumiennością i gorliwością nadrabiał brak doświadczenia.

Kobieta, którą uprowadzono w charakterze zakładniczki, miała męża i dwóch nastoletnich synów. Jedyne, co mogli zrobić obaj nurkowie, to oddać jej zwłoki rodzinie.

Chociaż Will był bardzo poruszony sytuacją, trzymał emocje na wodzy o wiele lepiej niż Danny.

– Jest już szeryf – stwierdził.

Danny podniósł na chwilę wzrok i zaraz potem zabrał się ponownie za sprawdzanie zaworów w butlach z tlenem. Po paru chwilach cały brzeg jeziora Flagstaff zaroił się od przedstawicieli prawa i stróży porządku. Zjawił się nawet agent Federalnego Biura Śledczego, gdyż skradzione pieniądze pochodziły z państwowego banku.

To wszystko nie miało dla Danny’ego znaczenia. Niech ludzie z policji i FBI spierają się o to, kto powinien pokierować dochodzeniem, i tak nie mogą rozpocząć śledztwa, dopóki on nie odnajdzie wraku zatopionego samochodu i ciał.

– Wygląda na to, że sprowadzili dodatkowych nurków – powiedział Will.

Danny uniósł ponownie głowę. W mężczyznach wysiadających z wozów, które nadjechały przed chwilą, rozpoznał znajomych. Już z nimi kiedyś pracował.

– Będą nam potrzebni – uznał.

Will odwrócił się i ogarnął wzrokiem jezioro.

– Piekielnie dużo tej wody – mruknął.

Nie reagując na oczywiste stwierdzenie, Danny wygładził skafander przy szyi i zawiesił na ramieniu butlę z tlenem.

– Jesteś gotów?

Will skinął głową.

Danny oznajmił szeryfowi:

– Możemy zaczynać.

Ron Gallagher ściągnął kapelusz i palcami przeczesał włosy.

– Znasz zasady. Trzymaj się wyznaczonego obszaru. Pozostałych nurków poślę bardziej na południe. – Spojrzał w niebo. – Jeśli zacznie wiać, wydam rozkaz zaprzestania poszukiwań. Nie zamierzam wyławiać kolejnych ciał z tej piekielnej wody.

– A ja nie zamierzam się topić. W żadnej wodzie – wymamrotał Will.

Danny skrzywił się.

– Podobnie jak ja, a zatem wszystko jest w porządku.

Szeryf westchnął. Wiedział, że tymi nieudolnymi żartami obaj ratownicy pokrywają niepokój. Czekało ich bowiem trudne i z pewnością niewdzięczne zadanie.

– Bądźcie ostrożni.

– Będziemy, jak zawsze – odparli równocześnie i ruszyli w stronę małej motorówki przycumowanej na brzegu.

Kilka minut później już siedzieli w łodzi. Kaszlący silnik zaskoczył po kilku szarpnięciach linki. Siedząc przy sterze, Danny odbił od brzegu i skierował motorówkę w stronę, gdzie samochód wpadł do wody. Nie było to równoznaczne z tym, że w pobliżu znajdą również ciała. Jeśli pasażerom udało się opuścić wóz przed jego zatonięciem, mogli odpłynąć dalej.

W każdym razie należało zacząć od zbadania okolic wraku. Obaj ratownicy dobrze o tym wiedzieli.

Wkrótce potem Danny zgasił silnik i rzucił kotwicę.

– Will, jesteś gotowy?

Partner skinął głową, a potem spojrzał na pogodne niebo.

– Wreszcie mamy trochę słońca.

– Aha – potwierdził Danny. – Teraz potrzebujemy jeszcze tylko trochę szczęścia.


Przed upływem godziny znaleźli samochód i zaraz potem ekipa ratunkowa przystąpiła do wyciągania go z wody. Stojąc na brzegu, nurkowie obserwowali akcję. Porwana kobieta wciąż była przypięta pasami do fotela. Wszyscy wiedzieli z góry, że znajdą ją martwą, lecz ten widok i tak ich poruszył i wprawił w kiepski nastrój.

W samochodzie nie znaleziono jednak ciała kierowcy, co oznaczało, że praca nurków nie została jeszcze zakończona. Poprzedniego wieczoru policja wysnuła przypuszczenie, że Avery’emu Wheelerowi udało się uciec. Aby potwierdzić to założenie, trzeba było zbadać starannie wszystkie ślady prowadzące z wody na brzeg jeziora.

Tak więc nurkowie musieli pracować dopóty, dopóki nie uda się im odnaleźć ciała.


Mniej więcej na godzinę przed zachodem słońca Danny natrafił na torbę leżącą na dnie jeziora. Gdy tylko zorientował się, co ma przed sobą, uznał, że ciało Avery’ego Wheelera musi znajdować się gdzieś w pobliżu. Dał znać Willowi, aby podpłynął, i polecił mu gestem wyciągnąć torbę na powierzchnię. Sam oświetlił tarczę zegarka, by sprawdzić, na ile czasu wystarczy mu jeszcze tlenu w butlach.

Wkrótce miało się ściemnić. Jeśli nie uda się odnaleźć ciała Avery’ego Wheelera przed zapadnięciem nocy, będą musieli wrócić tu jutro z samego rana, co wcale im się nie uśmiechało. Na następny dzień zapowiadano bowiem znaczne ochłodzenie. Woda w jeziorze stanie się tak zimna, że od przemarznięcia nie zdołają uchronić ich żadne skafandry.

Na dnie jeziora Danny rozejrzał się dookoła, zastanawiając się, od której strony rozpocząć poszukiwania. Było prawie ciemno, ale niewiele robił sobie z braku światła. W ciemnej wodzie czuł się właściwie lepiej niż na suchym lądzie. Czasami zastanawiał się, czy ma to coś wspólnego z przeżyciami, jakich doświadczał, gdy był jeszcze płodem w brzuchu matki.

Ze względu na brak czasu zdecydował się badać dno małymi odcinkami. Po pięciu krokach w przód skręcał w prawo i robił koło. Zatoczywszy je, wykonywał znów pięć kroków przed siebie i postępował jak poprzednio. Za trzecim razem ujrzał leżącą na dnie stopę. Mimo że szukał Wheelera przez cały dzień, teraz nie odczuwał wcale triumfu.

Po chwili ujrzał przed sobą resztę ciała. Zatrzymał się, próbując uspokoić oddech pod maską. Zastanawiał się, dlaczego ludzie pokroju Wheelera chodzą po świecie. Dopiero gdy zbierał się do wysłania sygnału na powierzchnię wody, zobaczył, że ciało topielca spoczywa nie na samym dnie, lecz na jakimś dużym przedmiocie.

Powolnym krokiem Danny zbliżył się do znaleziska, pochylił i pchnął ciało Wheelera. Zwłoki uniosły się nieco i zakołysały na boki, a potem opadły w muł, odsłaniając podłużną żelazną skrzynię o pokaźnych rozmiarach. Jej jeden bok tkwił głęboko w mule.

Danny znał historię tej okolicy i wiedział, że sztuczne jezioro Flagstaff utworzono na miejscu trzech zatopionych wiosek. Pewnie teraz natrafił na jakieś przedmioty z tamtych czasów, porzucone przez właściciela.

Skrzynia była wyposażona w żelazny skobel i zamek przeżarty rdzą. I to zamknięty na solidną kłódkę, co wzbudziło zainteresowanie Danny’ego. Ludzie nie mieli zwyczaju wyrzucać niepotrzebnych rzeczy, zamykając je uprzednio w skrzyni.

Wiedząc, że wysłany przezeń sygnał może w każdej chwili sprowadzić Willa pod wodę, wyciągnął z pochwy nóż i wsunął ostrze pod skobel kłódki. Wyrwał go bez żadnego kłopotu. Miał właśnie otworzyć wieko skrzyni, gdy poczuł, że ktoś dotyka jego ramienia. Był to Will. Jego oczy widoczne spod maski zdawały się pytać, co, do diabła, jego partner wyczynia.

Danny pokazał na migi, że chce unieść wieko. Will wzruszył ramionami i spróbował otworzyć skrzynię, ale bezskutecznie. Teraz obaj zaczęli odciągać wieko. Zardzewiałe zawiasy nawet nie drgnęły.

Obu nurkom kończyło się powietrze. Nie zważając na ponaglenia partnera, Danny ukląkł i spróbował jeszcze raz podnieść wieko skrzyni. Will westchnął i też zabrał się do roboty. Wiedział, że Danny nie opuści tego miejsca, dopóki nie dopnie swego.

Wreszcie udało się unieść trochę wieko. Nurkowie zaczęli ciągnąć je mocno do góry.

W pierwszej chwili nie zorientowali się, że mają przed sobą ludzki szkielet. Kiedy jednak ze skrzyni zaczęły wypływać kości, Danny’ego ogarnęła panika. Błyskawicznie opuścił wieko.

Spojrzał na Willa i zauważył, że zszokowany partner nie dowierza własnym oczom. W jednej chwili sięgnęli obaj po zwłoki Avery’ego Wheelera i popłynęli w górę, ku powierzchni wody.


Nowy Orlean, Luizjana


Tego ranka Sarah Jane Whitman spóźniła się do pracy. Poprzedniego dnia do późna w nocy sprawdzała i porządkowała księgi rachunkowe, a potem zapomniała nastawić budzik. Jako właścicielce restauracji „Ma Chre” nie groziła jej utrata posady, lecz lubiła przychodzić pierwsza. Lubiła sama otwierać lokal. Przechadzać się po sali i oglądać poustawiane krzesła i puste stoliki, które potem nakrywano śnieżnobiałymi, wykrochmalonymi obrusami. Później przynoszono wytworną porcelanową zastawę.

Widok ten niezmiennie ekscytował Sarah Jane. Podawanie posiłków było wprawdzie zajęciem dość nudnym i monotonnym, co innego jednak obserwowanie przychodzących gości. Codzienne pobyty w restauracji były dla jej właścicielki niczym powiew świeżości i gwarantowały kontakt z innym światem. Wszystko właściwie zawdzięczała Lorett Boudreaux, swej opiekunce i chrzestnej matce.

Wkładając pantofle, Sarah przeczesała w pośpiechu włosy. Odwróciła się ku toaletce, żeby odłożyć szczotkę i poczuła dziwny luz w talii. Dotknęła paska spodni i już po chwili trzymała w ręku oderwany guzik.

– Okropność – mruknęła, ruszając w stronę szafy po igły i nici.

Uznała, że przyszycie guzika potrwa krócej niż zmiana garderoby.

Zsunęła spodnie do kolan, usiadła na brzegu łóżka i wzięła się do roboty. Właśnie kończyła, kiedy odezwał się telefon. Spojrzawszy na zegarek, postanowiła powierzyć rozmowę automatycznej sekretarce. Szybko jednak zmieniła zdanie i po trzecim dzwonku podniosła słuchawkę.

– Słucham?

– Rozmawiam z Sarah Whitman?

Z wrażenia aż wciągnęła powietrze. Od chwili gdy po raz ostatni słyszała taki akcent, minęło dwadzieścia lat. Na samo wspomnienie tamtych chwil robiło się jej niedobrze.

– Tak, to ja – odparła sztywno.

– Dzień dobry pani. Nazywam się Ron Gallagher. Jestem szeryfem okręgu Somerset w stanie Maine.

Sarah spuściła wzrok. Na czubku pantofla spostrzegła małe zadrapanie. Usiłowała coś powiedzieć, lecz słowa nie przedostawały się przez nagle zaciśnięte gardło.

– Pani Whitman... czy pani nadal tam jest?

Przeszyły ją dreszcze. Drżącą dłonią potarła twarz.

– Tak. Przepraszam. Po co pan dzwoni?

– Czy jest pani córką Franklina Whitmana?

Czoło Sarah nagle pokryło się potem. Poczuła się okropnie. Czemu ten człowiek wraca do tamtych koszmarnych spraw? To niesprawiedliwe i podłe. Przecież to wszystko już dawno należało do przeszłości.

– Czy może pan dać mi spokój? – spytała, nieświadoma, że jej głos zrobił się piskliwy jak u dziecka.

Ron Gallagher zasępił się. Kiedy w Marmet wybuchł skandal dotyczący Franklina Whitmana, był jeszcze młodym człowiekiem, ale w małych miastach o takich sprawach pamięta się długo i równie długo się ich nie wybacza. A to, co działo się z rodziną Whitmana po kradzieży dokonanej przez Franklina i po jego ucieczce, samo w sobie było zbrodnią.

– Pani Whitman, jest mi niezmiernie przykro, ale moim obowiązkiem jest poinformowanie, że przed dwoma dniami z jeziora Flagstaff wydobyto ciało pani ojca.

Tego się Sarah nie spodziewała. Przez dziesięć lat Franklin Whitman był wiceprezesem oddziału banku państwowego w Marmet, poważanym członkiem tamtejszej społeczności i najwspanialszym ojcem, o jakim mogłaby marzyć dziesięcioletnia dziewczynka. I pewnego pięknego dnia ten człowiek o nieposzlakowanej opinii obrabował własny bank i uciekł z milionem dolarów, pozostawiwszy żonę i córkę na pastwę opinii publicznej. Catherine i mała Sarah zostały odsądzone od czci i wiary, niemal ukamienowane za życia przez niemiłosiernych mieszkańców Marmet.

Przestępstwo popełnione przez ojca zrujnowało życie córki i zabiło jej matkę. Gdyby nie pomoc Lorett, najlepszej przyjaciółki Catherine, mała Sarah znalazłaby się w domu dziecka. A teraz ludzie, którzy jej rodzinie wyrządzili tak wiele krzywd, usiłowali ponownie wedrzeć się w jej życie.

– Po co pan mi to mówi? – niemal warknęła do słuchawki.

– Chyba pani nie rozumie... – zaczął szeryf.

– A co tu jest do rozumienia? – Sarah była już naprawdę zła. – Sądzę, że powinien pan być szczęśliwy, że wreszcie udało się wam odnaleźć mego ojca. Dziwi mnie tylko jedno. Że ojciec odważył się wrócić na miejsce przestępstwa.

Ron Gallagher westchnął. To, co zamierzał powiedzieć Sarah Whitman, zdążyło już w Marmet wywołać wielkie poruszenie. Trudno, jednak prawda powinna wyjść na jaw.

– Wygląda na to, że pani ojciec nigdy nie opuścił miasta – oznajmił.

– Co to ma znaczyć?

– Nurkowie odnaleźli ciało Franklina Whitmana na dnie jeziora Flagstaff. Zwłoki zamknięto w starej, żelaznej skrzyni. Odnaleziono również resztki ubrania. Trochę skóry, która jeszcze nie zdołała zbutwieć – portfel, buty i inne drobiazgi. Porównaliśmy te fakty ze starymi protokołami i już wiemy, że w chwili zniknięcia pan Whitman miał przy sobie te rzeczy. Należy zatem domniemywać, że zamknięto go w skrzyni i wrzucono do jeziora w tym samym ubraniu, w którym widziano go po raz ostatni żywego.

Sarah zrobiło się ciemno przed oczyma.

– Co pan mówi? – spytała drżącym głosem.

– Pan ojciec został zamordowany... być może przez wspólnika, który postanowił zatrzymać dla siebie wszystkie zrabowane pieniądze.

Powoli podniosła się z miejsca. Słowa szeryfa nie miały sensu. Przez te wszystkie lata była przekonana, że jej ukochany tatuś żyje sobie wygodnie gdzieś na drugim końcu świata, wydając skradziony milion, a tymczasem on gnił w skrzyni na dnie jeziora.

– Nie... – wyszeptała pobladłymi wargami.

Ron Gallagher źle zrozumiał odpowiedź Sarah.

– Przykro mi, proszę pani, ale bez wątpienia chodzi o Franklina Whitmana. Identyfikacja na podstawie uzębienia wypadła pozytywnie.

– Nie – powtórzyła. – Nie o to chodzi. – Wciągnęła głęboko powietrze. – Dwadzieścia lat temu ustalono, że ojciec ukradł z banku pieniądze i uciekł. Od tamtej pory matkę i mnie traktowano jak trędowate. Przedstawiciele prawa nie dawali nam spokoju, nigdy nie przestali podejrzewać o współudział. Wszyscy ludzie w Marmet jawnie mówili, że pewnie wkrótce opuścimy miasto i dołączymy do ojca, by pławić się w luksusie kupionym za skradzione pieniądze. Sytuacja stała się nie do zniesienia. To wy doprowadziliście moją matkę do samobójstwa. A teraz mówi pan, że zaszła pomyłka? Ojciec nie uciekł ze zrabowanym milionem? – Głos Sarah brzmiał coraz silniej. – Jeśli myliliście się co do tego, równie dobrze możecie mylić się co do innych rzeczy. A jeśli mój ojciec w ogóle nie tknął tych pieniędzy? Może był tylko kozłem ofiarnym, natomiast prawdziwym przestępcą jest zupełnie kto inny?

– Wiem, proszę pani, istnieje taka możliwość, ale jesteśmy...

– Kiedy będę mogła odebrać szczątki ojca?

W głosie Sarah przebijał gniew. W zaistniałych okolicznościach Ron Gallagher nie mógł mieć jej tego za złe.

– Koroner jest zawalony bieżącą robotą, ale gdy tylko będzie w stanie dokonać oględzin, ja...

– Nieważne – warknęła Sarah. – Przylecę najbliższym samolotem.

– Ależ, pani Whitman, nie ma pośpie...

Sarah odwiesiła słuchawkę.






ROZDZIAŁ DRUGI




Wiał lodowaty wiatr. Tony DeMarco wysiadł z taksówki. Chroniąc się przed zimnem, skulił ramiona i ruszył w stronę głównego wejścia do banku. Musiał podjąć pieniądze, aby zapłacić wykonawcy, który remontował pomieszczenia w zakupionym przez Tony’ego budynku, przystosowując je do nowych celów. Modernizacja dobiegała końca.

Do Chicago Tony przyjechał przed piętnastu laty. Bez grosza przy duszy, lecz z głową nabitą pomysłami i marzeniami. Samozaparcie, upór, wytrwałość, ciężka praca, a także pomoc finansowa ze strony stryja Salvatora sprawiły, że już jako młody człowiek zaczął dorabiać się fortuny. Osiem lat zajęło mu zdobycie sławy w świecie bywalców lokali rozrywkowych. Dla niego nie był to jednak stracony czas. Pierwszy własny nocny klub, noszący nazwę „Silk” okazał się tak wielkim sukcesem, że Tony zamierzał właśnie otworzyć następny, przy Lakeshore Drive.

Wkroczył do banku z wysoko uniesioną głową. Jego czarne włosy były lekko zmierzwione przez wiatr, w ciemnobrązowych oczach skrzyła się inteligencja. Spojrzał w stronę gabinetu prezesa, mieszczącego się w przeciwległym końcu sali. Poruszał się z pewnością człowieka, który dobrze się czuje we własnej skórze, jest świadomy pełnych podziwu spojrzeń rzucanych mu przez kobiety.

– Dzień dobry, Charlotte. Muszę porozmawiać z Dabneyem – oznajmił. – Jest zajęty?

Sekretarka podniosła wzrok. Na widok Tony’ego na jej twarzy ukazał się szeroki uśmiech.

– Och, pan DeMarco! Dzień dobry. Jak to miło, że pan nas odwiedził.

– To ty, Silk? Wchodź! Wchodź! – z głębi gabinetu zabrzmiał głos prezesa.

Odkąd klubzyskał popularność, wiele osób zwracało się do Tony’ego, posługując się przezwiskiem Silk, które przylgnęło do niego już we wczesnej młodości.

Minął z uśmiechem biurko sekretarki.

W ciągu godziny załatwił sprawę w banku. Wracał taksówką do swego eleganckiego apartamentu z widokiem na jezioro Michigan. Mimo że w Chicago mieszkał od lat, nadal czasami, jak w tej właśnie chwili, tęskno mu było do gęstych lasów, wśród których się urodził i spędził młode lata. Imponujący widok roztaczający się z okien apartamentu nie był w stanie dorównać jesiennemu krajobrazowi stanu Maine.

Tony’emu brakowało całej palety przepięknych barw Nowej Anglii i chłopięcych wędrówek po lasach. Na samą myśl o szeleście usychających liści pod stopami i zapachu dymu z pobliskich ognisk ogarniała go przemożna tęsknota za rodzinnymi stronami.

Przed pięciu laty w pobliżu Marmet, gdzie się wychował, zbudował dom letniskowy nad jeziorem Flagstaff, lecz od tamtej pory odwiedził to miejsce zaledwie dwukrotnie. W tym roku przyrzekł sobie oderwać się na jakiś czas od pracy i spędzić urlop w rodzinnym Maine. Pobyt w Chicago okazał się dla niego nadzwyczaj pomyślny, gdyż właśnie tutaj dorobił się fortuny. Miał jednak nieprzepartą ochotę wyrwać się z tego ruchliwego miasta, choćby tylko na chwilę.

Chwilę później taksówka skręciła na podjazd domu, w którym mieścił się apartament. Choć taksometr wskazywał dziewięć dolarów, Tony wręczył kierowcy dwudziestodolarowy banknot. Wysiadł z samochodu, nie czekając na resztę. Życie układało mu się jak po maśle, mógł pozwolić sobie na wspaniałomyślność.

Kilka chwil później otworzył drzwi prowadzące do luksusowego apartamentu, zajmującego ostatnie piętro wysokiego budynku. Zdjął płaszcz, powiesił w holu, a potem poszedł do kuchni. Zziębnięty, chciał rozgrzać się kubkiem gorącej kawy.

Właśnie ją przygotowywał, kiedy zadzwonił telefon. Nawet nie spojrzał na wyświetlacz, by sprawdzić numer, z jakiego dzwoniono. Sięgnął po słuchawkę, a gdy rozpoznał głos rozmówcy, uśmiechnął się z zadowoleniem.

– Cześć, Silk – usłyszał w słuchawce. – Nie widzieliśmy się szmat czasu.

– Cześć, Web. Fakt. Do licha, co się z tobą dzieje?

Webster Davidson podpisał egzemplarz umowy, który podsunęła mu sekretarka, a potem gestem polecił kobiecie, aby opuściła gabinet i nie łączyła żadnych rozmów.

– Jestem zajęty... sam wiesz, jak to jest. Powiadają, że bez pracy nie ma kołaczy.

– Nadal zajmujesz się mieszkaniówką?

– Tak, od czasu do czasu, ale ostatnio mam na tapecie duży kompleks handlowy.

– Jesteś świetnym fachowcem. Znacznie lepszym niż ja w swojej robocie – nieoczekiwanie stwierdził Tony.

– Co ty wygadujesz? Skąd nagle takie negatywne myślenie? – spytał zdziwiony Web. – Nie sądziłem, że takie słowa padną kiedykolwiek z ust niesławnego Anthony’ego DeMarca. To do ciebie zupełnie niepodobne.

– Powiadasz „niesławnego”?

– No, może to już czas przeszły. Odkąd zacząłeś działać zgodnie z prawem, stałeś się innym facetem – wycofał się Web.

Tony parsknął śmiechem.

– Do licha, chłopie, za kogo mnie masz? Zawsze działałem w granicach prawa. Jedyna różnica między nami polega na tym, że jestem od ciebie znacznie przystojniejszy.

Webroześmiał się lekko.

– Na ten temat nie będę dyskutował – zastrzegł z miejsca. – Dzwonię do ciebie nie po to, aby gadać o moim tłustym brzuchu i łysiejącej głowie.

– No, to o co chodzi?

– O Franklina Whitmana.

Tony zmarszczył czoło. Od dawna nie słyszał tego nazwiska, ale nadal, po wielu latach, wszystko pamiętał. Dawno temu, gdy haniebny czyn Franklina Whitmana wyszedł na jaw, Tony doznał prawdziwego wstrząsu. To niebywałe, by wiceprezes banku ukradł milion dolarów i uciekł, porzucając rodzinę. Zwłaszcza że Whitman był człowiekiem powszechnie szanowanym przez mieszkańców miasteczka. Tony, który dobrze znał bankiera, długo nie mógł uwierzyć w oczywiste fakty.

– O Franklina Whitmana? – powtórzył zaskoczony. –Co z nim? Czyżby wreszcie znaleźli faceta?

– Tak – potwierdził Web. – Ale raczej to, co z niego zostało.

Tony poczuł nagle, jak jeży mu się skóra na karku.

– Co masz na myśli?

– Przed dwoma dniami do jeziora Flagstaff wpadł jakiś samochód. Nurkowie z ekipy ratowniczej szeryfa okręgowego, którzy szukali ciała kierowcy, natknęli się na dnie jeziora na starą, żelazną skrzynię. Kiedy ją otworzyli, okazało się, że mieści szczątki Whitmana.

– Jezu. – W tej chwili Tony’emu stanęła przed oczyma mała dziewczynka, która przyglądała mu się, kiedy u jej ojca kosił trawniki. Działo się to dwadzieścia lat temu, a więc teraz musiała być dojrzałą kobietą. – Whitman miał córkę – stwierdził. – Została zawiadomiona?

– Tak słyszałem – odrzekł Web. – Mąż mojej siostry jest zastępcą szeryfa okręgu Somerset. Podobno ta kobieta przyjeżdża jutro do Marmet po szczątki ojca.

– Sama?

– Och, Silk, nie mam pojęcia. Wiem tylko tyle, że córka Whitmana mieszka w Nowym Orleanie i że kiedy szeryf skontaktował się z nią telefonicznie, wpadła we wściekłość.

Tony westchnął.

– Dziękuję za telefon. Jestem ci zobowiązany za te informacje.

– Nie ma sprawy – odparł Web. – Pomyślałem sobie, że pewnie chciałbyś o tym wiedzieć. Pamiętam, że swego czasu lubiłeś Whitmana.

– Tak, rzeczywiście.

– No, to pora kończyć rozmowę, bo robota czeka. Daj znać, jeśli kiedykolwiek będziesz w pobliżu.

Połączenie zostało przerwane. Tony odwiesił słuchawkę, nalał do kubka zaparzonej przed chwilą kawy i zaniósł ją do salonu. Usiadł w ulubionym fotelu i ostrożnie, żeby się nie poparzyć, upił pierwszy łyk.

Po chwili westchnął. Wrócił myślami do przeszłości i związanych z nią wspomnień.

Małą Sarah Whitman widział po raz ostatni, gdy stała zapłakana nad grobem matki. On sam miał wówczas szesnaście lat i nie bardzo wiedział, w jaki sposóbpocieszyć dziesięcioletnią dziewczynkę. Nie zrobił nic. I z tego powodu do dziś nie pozbył się poczucia winy.

W całym Marmet wierzył w niego jedynie Franklin Whitman i to on dał mu szansę. Rodzice Tony’ego, oboje alkoholicy, bezustannie byli bez pracy, nie mieli też ochoty zajmować się synem. Tak więc Tony wychowywał się sam, głównie na ulicy. Był ślicznym chłopakiem, ale już jako nastolatek miał fatalną reputację. Przydomek Silk 1 nadali mu rówieśnicy, zazdroszcząc udanych podrywów i eleganckich, gładkich manier.

DeMarco był już wówczas prawie mężczyzną i zdawał sobie sprawę z tego, że opinia szkolnego podrywacza nie pomoże mu wydostać się z ponurego domu i zmienić życia, jakie wiódł do tej pory. Miał ambicje, pragnął odmiany na lepsze.

Było lato, kiedy jako szesnastolatek wkroczył do banku, poszedł do wiceprezesa Franklina Whitmana i poprosił go o pożyczkę. Chciał kupić kosiarkę i założyć własną firmę, chociaż zdawał sobie sprawę, że większość szacownych i bogobojnych obywateli Marmet raczej nie obdarzy zaufaniem syna alkoholika.

Tony był bardzo zdziwiony, bo Franklin Whitman nie tylko udzielił mu pożyczki, lecz także został jego pierwszym klientem. Ciężko pracując, pod koniec lata Silk miał już trzydziestu stałych klientów. Zarobił w tym czasie ponad trzy tysiące dolarów. Ten sukces jedynie zaostrzył jego apetyt.

Upił kolejny łyk kawy. Wreszcie trochę przestygła i nadawała się do picia. Do uszu Tony’ego dobiegł monotonny szum zza okien. Gdy Tony podniósł wzrok, zobaczył, że zaczęło padać.


1

Silk (ang.) – jedwab (przyp. red.)

Zasępiony, usiłował sobie wyobrazić, jak teraz wygląda Sarah Whitman. Ciekawe, czy wyszła za mąż. Pamiętał, jak po zniknięciu Franklina Whitmana bardzo źle traktowano zarówno jego żonę, Catherine, jak i córeczkę. Mieszkańcy miasta odsądzali je od czci i wiary. Matka Sarah załamała się całkowicie i postradawszy zmysły, wkrótce potem popełniła samobójstwo.

Przez telefon Webwspomniał, że Sarah zamierza przylecieć jutro do Marmet po szczątki ojca. Na myśl, że czeka ją tak koszmarne przeżycie, Tony’emu zrobiło się niedobrze. Już raz zawiódł ją przed laty, teraz nadarzała się okazja, by naprawić ten błąd.

W jednej chwili powziął decyzję.

Gwałtownym ruchem podniósł się z fotela i podszedł do telefonu. Kilka minut później już się pakował.

Jechał w rodzinne strony.


Kiedy samolot wylądował na płycie lotniska w Portlandzie, Sarah wstrzymała oddech. Z niechęcią wyjrzała przez okno. Niemal poczuła zapach przesyconego solą powietrza, i szybko odwróciła wzrok. Z przerażeniem myślała o tym, co ją czeka. Nie zgodziła się, by Lorett towarzyszyła jej w podróży do Marmet. Poprosiła jedynie ciotkę, aby ta miała oko na restaurację. W rzeczywistości nie było takiej potrzeby, gdyż Sarah zatrudniała bardzo kompetentnego kierownika, a Lorett nie miała pojęcia, na czym polega jego praca. Obie rozumiały, że Sarah powinna jechać sama. W Marmet musiała stanąć oko w oko i zmierzyć się z demonami, które swego czasu wypędziły ją z rodzinnego miasta.

Na drżących nogach wysiadła z samolotu. Na lotnisku odebrała bagaż. Dalszą część podróży musiała odbyć samochodem. Podchodząc do stoiska firmy wynajmującej wozy, czuła, jak coś ściska ją w żołądku.

– Potrzebna mi będzie mapa stanu – oznajmiła, wskazując na półkę za plecami urzędniczki.

Po chwili otrzymała kluczyki i mapę.

– Parking znajduje się za tymi drzwiami, na prawo – poinformowała urzędniczka. – Samochód powinien stać na samym końcu, w rzędzie numer 8.

Sarah skinęła głową, poprawiła na ramieniu pasek torebki, chwyciła rączkę walizki i ruszyła ku wyjściu. Chwilę później już wyjeżdżała z parkingu.

Włączyła się do ruchu i zaczęła się modlić.

– Boże, daj mi siły, abym to wszystko zniosła – wyszeptała, patrząc na długi sznur wozów sunących w kierunku miasta.

Początkowo po opuszczeniu Portlandu była tak skoncentrowana na drodze, że nie miała czasu myśleć o tym, co ją czeka. Jednak gdy wjechała na autostradę wiodącą na północ, w stronę Marmet, wróciły wszystkie obawy. Ogarnęło ją obezwładniające zdenerwowanie.

Była dziesięcioletnią dziewczynką, kiedy zawalił się cały jej świat. Potem śniła przez wiele nocy, że budzi się i znajduje w sypialni zwłoki matki, skąpane we krwi. Sarah pamiętała jak przez mgłę, że usiłowała wówczas owinąć ręcznikami poranione nadgarstki mamy, żeby zatamować krew. Potem, ponieważ w domu był odłączony telefon, pobiegła po pomoc do sąsiadów.

Przez kilka następnych dni chodziła jak nieprzytomna. Poruszała się jak automat, nic do niej nie docierało. Zaczęła płakać, dopiero gdy z Nowego Orleanu przyjechała Lorett Boudreaux. Płakała dniami i nocami, nie była w stanie powstrzymać łez.

Dzień po pogrzebie matki ciotka Lorett pomogła małej Sarah spakować rzeczy. Wręczyła miejscowym władzom kopię testamentu Catherine Whitman, który ustanawiał ją prawną opiekunką osieroconego dziecka, i nie oglądając się za siebie, wraz z dziewczynką opuściła miasto.

Obywatele Marmet byli zadowoleni z takiego obrotu spraw. W ten sposób pozbyli się obowiązku roztoczenia opieki nad dzieckiem niesławnego Franklina Whitmana, który zhańbił ich miasto. Nawet nie protestowali, że do białego dziecka rości sobie prawa czarna kobieta. Lorett Boudreaux dysponowała bowiem oficjalnym dokumentem, który trudno byłoby podważyć. A zresztą... po co? Urzędnicy z ratusza w Marmet ochoczo pozbyli się kłopotu. Co z oczu, to z myśli...

Przez następne dwadzieścia lat Sarah próbowała postępować i zachowywać się identycznie. To znaczy pozbyć się balastu, jakim były wspomnienia o tamtych koszmarnych czasach. Była pewna, że jej się to udało. Do chwili, gdy zadzwonił do niej szeryf okręgu Somerset.

Słowa Rona Gallaghera nie tylko zburzyły jej spokój, lecz również zmusiły do przewartościowania wielu spraw. Fakty wskazywały, że jej ojciec przed laty nie porzucił żony i córki. A skoro został zamordowany, należało zrewidować również inne założenia poczynione dawno temu przez Sarah. Wszystko wskazywało na to, że Franklin Whitman stał się kozłem ofiarnym prawdziwego przestępcy – złodzieja i mordercy.

Na myśl, że tak łatwo uwierzyła w winę ojca, Sarah zabolało serce. Owszem, miała wówczas zaledwie dziesięć lat, jednak powinna była wiedzieć, że ten miły, dobry i kochający człowiek nie byłby w stanie popełnić przestępstwa, o jakie go oskarżono.

Nie mogła już prosić ojca o wybaczenie.

Jednak na to, aby przywrócić mu dobre imię, nie było jeszcze za późno.

Sarah odetchnęła głęboko, pragnąc w ten sposóbprzywołać się do porządku. Musiała opanować nerwy i wziąć się w garść. To prawda, jechała do Marmet, aby zabrać stamtąd szczątki ojca, ale była mu winna więcej niż tylko chrześcijański pochówek. Ten szlachetny i niesłusznie odsądzony od czci i wiary człowiek zasługiwał na wieczny odpoczynek.

Przynajmniej tyle mogła dla niego zrobić.


Gdy dojechała do Marmet, była zdumiona, że pamięta tak wiele szczegółów. Wydawało się jej, że poznaje schludne domy na Cape Cod i wysadzane drzewami ulice. Wpatrywała się intensywnie w każdy mijany budynek i przyglądała przechodniom, zastanawiając się, czy po tylu latach potrafiliby ją rozpoznać.

Czy w ogóle obeszło ich to, że fałszywie oskarżyli i potępili Franklina Whitmana, i czy czuli się winni śmierci jego żony Catherine?

Sarah miała żal do mieszkańców Marmet, podobnie zresztą jak przed laty do ojca. Okazało się jednak, że źle go oceniła, i teraz była gotowa okazać skruchę. Jednak czy tutejsi ludzie potrafią zdobyć się na to samo?

Kilka minut później zatrzymała samochód przed biurem szeryfa. Jakiś czas siedziała bez ruchu, z palcami zaciśniętymi na kierownicy tak kurczowo, jakby to było koło ratunkowe. Chwilę później podjechał jakiś radiowóz i stanął obok niej. Sarah spoglądała na wysiadającego policjanta, zastanawiając się, czy był kimś, kogo znała przed laty. Dwadzieścia lat to szmat czasu. Ludzie się zmienili, ale pewnie nadal pamiętali o sprawie Franklina Whitmana.

Zaraz potem policjant opuścił budynek i idąc do radiowozu, rzucił Sarah zaciekawione spojrzenie. Instynktownie odwróciła głowę, sięgnęła po kluczyki i torebkę. Poczekała, aż radiowóz odjedzie, i dopiero wtedy wysiadła.

Po wejściu do budynku ruszyła w stronę portierni. Siedzący tam mężczyzna na widok Sarah podniósł wzrok.

– Czym mogę pani służyć? – zapytał.

– Chcę rozmawiać z szeryfem – oznajmiła. – Oczekuje mego przybycia.

– Nie ma go u siebie – odparł mężczyzna.

Sarah zasępiła się. Spodziewała się zastać Rona Gallaghera.

– Kiedy wróci? – spytała.

– Nie jestem pewny. Proszę zostawić nazwisko i telefon, pod którym będzie pani uchwytna. Szeryf na pewno skontaktuje się z panią.

– Dopiero co przyjechałam do Marmet i jeszcze nie mam lokum – wyjaśniła. – Gdzie znajdę jakiś hotel?

– Nie mamy hotelu, proszę pani. Jest tylko pensjonat na przedmieściu, ale panna Hattie, która go prowadzi, poszła do szpitala na zabieg usunięcia wyrostka.

– No, to świetnie – mruknęła pod nosem Sarah i zaczęła rozglądać się za jakimś krzesłem. – Wobec tego poczekam tutaj na powrót szeryfa.

Mężczyzna zmarszczył czoło.

– Nie wiadomo, kiedy wróci. Nadal jest nad jeziorem.

Sarah odwróciła się gwałtownie.

– Ma pan na myśli jezioro Flagstaff?

W odpowiedzi skinął głową.

– Tam, gdzie znaleziono ciało Franklina Whitmana?

Mężczyzna chyba się zorientował, że być może powiedział za wiele.

– Kim pani właściwie jest? – zapytał podejrzliwym tonem. – Kimś z prasy? Jeśli tak, to traci pani niepotrzebnie czas – dodał nieprzyjaznym tonem.

– Nazywam się Sarah Whitman. Franklin Whitman był moim ojcem.

Bruzdy na czole portiera pogłębiły się jeszcze bardziej.

– Nie mogę pani pomóc – oświadczył z kamienną twarzą.

Jego reakcja nie zdziwiła Sarah. Była na to przygotowana.

– Od nikogo w tym mieście nie spodziewam się pomocy – oznajmiła sucho i zawróciła w stronę wyjścia z budynku.

– Dokąd pani idzie? – dopytywał się natarczywie mężczyzna.

– Nie pański interes – warknęła rozeźlona Sarah, głośno zatrzaskując za sobą drzwi.

Doszła do samochodu, dosłownie trzęsąc się ze złości. Pamiętała mgliście jezioro, ale nie miała pojęcia, gdzie się znajduje i jak tam dojechać. Nie wybrała się w tę długą i męczącą podróż po to, by dać się spławić jakiemuś nieżyczliwemu gburowi.

Opanowała rozedrgane nerwy. Rozłożyła mapę stanu Maine i przy szosie w pobliżu Marmet odnalazła jezioro Flagstaff. Już wiedziała, którędy wyjechać z miasta, potem z pewnością zobaczy jakieś kierunkowskazy.


Wysiadając z motorówki, szeryf Gallagher dojrzał podjeżdżający nieznany mu samochód. Rzucił okiem w stronę reporterów zgromadzonych na granicy terenu ogrodzonego policyjną żółtą taśmą i uznał, że widocznie jeden z nich, najbardziej niecierpliwy, nie miał ochoty dłużej czekać.

– Jeśli to jeszcze jeden pismak, pozbądź się go – polecił zastępcy.

– W wozie siedzi kobieta – poinformował Red Miller.

– Mam w nosie, kto tam siedzi – mruknął szeryf. – Jeśli to reporterka, każ jej przejść na drugą stronę żółtej taśmy i dołączyć do pozostałych.

– Tak jest – padła zwięzła odpowiedź.

Zastępca szeryfa ruszył w stronę kobiety. Wysiadła z samochodu i energicznie maszerowała przed siebie.

– Przepraszam panią, ale tu nie wolno wchodzić. To miejsce popełnienia przestępstwa. Proszę opuścić ten teren.

Sarah nawet nie drgnęła.

– Muszę porozmawiać z szeryfem Gallagherem – oświadczyła stanowczym tonem.

– Szeryf jest teraz zajęty. Właśnie przekazuje reporterom krótki komunikat. I nie ma nic więcej do powiedzenia.

– Nie jestem reporterem – wyjaśniła Sarah. – Nazywam się Whitman.

Red Miller na chwilę zbaraniał.

– Pamiętam cię – powiedział łagodnym tonem.

– A ja sobie pana nie przypominam – oznajmiła wyniośle, unosząc wysoko podbródek, jakby mobilizując się przed spodziewanym ciosem.

– Jestem Steve Miller, ale wszyscy nazywają mnie Redem. W szkole byłem cztery klasy wyżej niż ty.

W niskim, łysiejącym mężczyźnie Sarah usiłowała dopatrzyć się dawnego chłopca. Bez powodzenia.

– Przykro mi, ale nie pamiętam.

– Nic dziwnego. Po tylu latach... – Zastępca szeryfa podniósł wzrok i dodał: – Jest mi bardzo przykro z powodu twojego ojca.

– Naprawdę? – wycedziła przez zęby.

Red poczerwieniał na twarzy. Był wtedy już na tyle dużym chłopcem, że świetnie pamiętał, jak źle traktowano Sarah i jej matkę. Nie umiał zapomnieć, że zaszczuta przez mieszkańców Marmet matka Sarah popełniła samobójstwo, i to właśnie córka znalazła ciało. Domyślał się, jak straszne musiało być to przeżycie dla małej dziewczynki, toteż nie winił Sarah za opryskliwość. Na pewno nadal żywiła głęboką urazę do tutejszej społeczności. Nic dziwnego...

Zastępca szeryfa westchnął głęboko. Zdawał sobie sprawę, jak trudno wynagrodzić komuś krzywdy, zwłaszcza po tylu latach. Wskazał Rona Gallaghera.

– Jeśli możesz chwilę poczekać, zaraz powiem szeryfowi, że tu jesteś – oznajmił cichym i łagodnym tonem.

Zdegustowana własnym brakiem opanowania, Sarah patrzyła za szybko oddalającym się Redem. Niemal od niej uciekał. Zachowała się obcesowo, co było do niej zupełnie niepodobne. Jeśli zamierza wykryć, co naprawdę stało się z ojcem, musi uzyskać pomoc miejscowych władz, a zniechęcenie do siebie pierwszego człowieka, który okazał jej życzliwość, było bez wątpienia nad wyraz kiepskim posunięciem.

Z pleców odchodzącego zastępcy szeryfa Sarah przeniosła wzrok na wodę. Niemal nie dostrzegając piękna gęstych drzew, skąpanych w barwach jesieni, spoglądała na powierzchnię jeziora.

Miała przed sobą ogromną taflę nieruchomej wody. Wyglądało to jak czarne lustro. Zwodziło gładkością, lecz przecież kryło pod powierzchnią straszliwe tajemnice.

Miała przed sobą topiel.

Sarah przeszyły gwałtowne dreszcze.

Podeszła bliżej brzegu. Nie mogąc ani na chwilę pozbyć się myśli o tym, co przeżył ojciec, poczuła dojmujący ból w piersiach. Tak silny, że na chwilę straciła oddech. Do oczu napłynęły jej łzy, wszystko widziała jak przez mgłę. Poczuła bolesny ucisk w gardle.

– Boże... Och, tatusiu... kto cię zabił? Kto mógł zrobić coś tak potwornego?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.