Cywilizacja traw - Krzysztof Pochwicki - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 256 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cywilizacja traw - Krzysztof Pochwicki

Cywilizacja traw” ukazuje wpływ, jaki na rozwój ludzkości wywarły udomowienie roślin i narodziny rolnictwa.

 

Bez roślin, a zwłaszcza traw, nasza historia z pewnością

potoczyłaby się inaczej.

 

Fundamentalne znaczenie decyzji podjętej przez naszych przodków jest powszechnie nieznane bądź bagatelizowane. Ogień, rolnictwo i hodowla uwarunkowały naszą historię, biologię, kulturę.

Autor przedstawia wpływ roślin na powstawanie miast, wzrost liczby ludności, socjologię Homo sapiens, dzieje tzw. szkodników i ostatecznie niszczenie zasobów planety. Analizuje nadzieje oraz zagrożenia ludzkości, traktując rośliny jako swoisty pryzmat.

 

Ukazuje, jak rozwój nauki umożliwił stałe odsuwanie widma głodu i zastanawia się, czy zdołamy utrzymać tę tendencję.

 

Nie pojmujemy, że doprowadziliśmy do nadmiernego, potencjalnie groźnego uzależnienia od jednej grupy roślin, stworzyliśmy wręcz cywilizację traw. Obecnie ponad połowa żywności globalnej populacji pochodzi od trzech gatunków: pszenicy, ryżu i kukurydzy. Trawami są żyto, trzcina cukrowa, sorgo, owies, jęczmień; ludzkość przypomina giganta na kruchych nogach. Nogach z chwiejnych traw… Najbliższa przyszłość pokaże, czy udomowienie roślin było największym dobrodziejstwem czy największym błędem ludzkości.

 

 

Udomowienie roślin stanowi podwalinę, fundament cywilizacji globalnej. Prawdziwie głęboka, narastająca ingerencja człowieka w ekosystemy rozpoczęła się dopiero z chwilą, gdy nasi przodkowie zdecydowali się połączyć swój los z wegetacją wybranych przedstawicieli flory. Właśnie rolnictwo zepchnęło ludzkość na krętą, niebezpieczną drogę rozwoju, z której niestety, po tysiącleciach postępującego uzależnienia od roślin, nie sposób już się wycofać. Analizując właściwie każde zagadnienie, prędzej czy później dotrzemy do wątków związanych z roślinami. Papier, nałogi (tytoń, alkohol, większość narkotyków i używek), odkrycia geograficzne (przyprawy), tkaniny (len, bawełna i całe mnóstwo innych), handel (np. słynny „jedwabny szlak” z Chin), nawet „kariera” soli (trzeba było jakoś konserwować nadwyżki żywności); u podstaw wszystkich tendencji rozwojowych i form ludzkiej aktywności znajdziemy rośliny.

 

 

Krzysztof Pochwicki – ur. 1974. Z wykształcenia ekolog, biolog, historyk, ukończył też studia na Akademii Obrony Narodowej w Rembertowie. Pochłania książki, wielbiciel literatury naukowej oraz fantastyki. Ulubiona dziedzina: biologia, ulubiona epoka historyczna: średniowiecze. Wierny fan słoweńskiego zespołu Laibach. Nauczyciel. Z wyboru. Autor tekstów popularyzujących wiedzę, współpracował z nieistniejącym już pismem „Gameranking”, członek zespołu redakcyjnego miesięcznika „21. Wiek”, publikuje też w internecie.

Opinie o ebooku Cywilizacja traw - Krzysztof Pochwicki

Fragment ebooka Cywilizacja traw - Krzysztof Pochwicki






Strona redakcyjna


Wstęp

Książka ta powstawała przez kilka lat. Właściwie nadal ewoluuje. Nie mnie ferować sądy o jej wartości merytorycznej czy słuszności politycznej. Nie zdziwię się, jeśli szereg poruszonych przeze mnie kwestii wzbudzi kontrowersje czy sprzeciw; nie będę zaskoczony, jeżeli niektóre zagadnienia okażą się możliwe do uszczegółowienia, specjalistycznej aktualizacji czy komentarza. Owszem, zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. Staram się kierować w życiu genialną regułą tzw. brzytwy Ockhama, która chociaż sięga XIV stulecia, stanowi podstawową metodę selekcji opcji w pracy każdego naukowca [1]. Przyszło mi żyć w czasach przełomowych. Nigdy wcześniej postęp naukowy nie zachodził w tempie tak imponującym, zarazem po raz pierwszy w historii dostęp do wiedzy jest powszechny, zróżnicowany pod względem formy i – co istotne – tani. Podobno jedno niedzielne wydanie „New York Timesa” zawiera więcej informacji, niż najświetniejsi erudyci renesansu mieli okazję przyswoić przez całe życie [2]. Świadomy własnych ograniczeń, starałem się w tym dezorientującym, pełnym błędów i przeinaczeń bogactwie odnaleźć.Jeżeli udało mi się napisać coś, o czym czytelnik nie zapomni od razu, będzie mi miło. Gdy w wyniku lektury zacznie stawiać pytania, myśleć, dociekać, weryfikować – będę usatysfakcjonowany. Jeżeli zaś książka stanie się tytułem, do którego się wraca, jej stron nie pokryje kurz – będę... dalej pisał. W życiu bowiem trzeba wyznaczać sobie cele.

Nie jestem pesymistą. Dostrzeganie zła tam,
gdzie ono istnieje, jest, moim zdaniem, formą optymizmu.

Roberto Rossellini (1906-1977)

Pesymizm to tylko nazwa,
którą ludzie słabi określają mądrość.

Bernard A. DeVoto (1897-1955)


Wprowadzenie

Człowiek jest gatunkiem niezwykłym. Pragnę uniknąć nadmiernie częstych rozważań na temat przyczyn naszej wyjątkowości, akceptuję również fakt, że nie wszyscy mogą zgadzać się z tą opinią. Odkładam na bok analizy potencjalne specyficznych cech dla naszego gatunku. Rozważania tego typu absorbują, bywają intrygujące i frapujące, lecz w kontekście niniejszego tekstu uważam je za zbędne. Stwierdzam fakt: oto człowiek. Pozornie bezbronna, naga, delikatna, ciepłolubna i niezbyt imponująca tężyzną fizyczną małpa, która po długim okresie izolacji w swojej afrykańskiej kolebce podjęła bezprecedensową ekspansję. Gatunek nasz nie tylko się rozprzestrzenił, lecz zdołał zarazem dokonać skutecznego globalnego podboju, co czyni nas jedynymi w swoim rodzaju składnikami biosfery. Niewątpliwie na sukces złożyło się wiele czynników, sądzę, że niedocenianą rolę odegrał również przypadek. Niniejsza praca stanowi kompilację faktów służącą zasadniczo ukazaniu moich dwóch tez. Po pierwsze uważam, że na szczególną uwagę zasługuje przede wszystkim (prócz opanowania ognia) wykorzystanie przez człowieka roślin. Ogień, rolnictwo, hodowla – naszą historię i ogół cech biologiczno-kulturowych rodzaju ludzkiego traktuję wyłącznie w kategoriach skutków (pośrednich lub bezpośrednich) tych elementarnych przymiotów. Tradycyjnie takie cechy jak osiadły tryb życia, wyszukane ceremonie pogrzebowe, okazałe grobowce, nierówności społeczne, specjalizacja pracy, wymiana handlowa (często na znaczne odległości), innowacje technologiczne, konflikty zbrojne przypisuje się dopiero społecznościom rolniczym, które porzuciły koczowniczy tryb życia. Tymczasem wszystkie wymienione atrybuty obserwowano często również u nomadów. Twierdzę, że udomowienie grupy roślin uruchomiło szereg mechanizmów składających się na autokatalizujący proces, w rezultacie którego cechy stanowiące dotychczas jedynie marginalne, choć interesujące elementy zdumiewającej mozaiki kultur, rozpowszechniły się i utrwaliły, kreśląc ostatecznie dominujący globalnie schemat społeczeństwa. Dzięki wciąż zagadkowym wydarzeniom sprzed tysiącleci świat zdominowali rolnicy i hodowcy. Postęp zachodził coraz szybciej, a obecnie skala i tempo zmian są tak zdumiewające, że zamieniliśmy się w konsumentów technologii, której istota leży poza zasięgiem naszego zrozumienia, partycypujemy w sztucznym świecie, nie zastanawiając się nad jego złożonością. Coraz częściej nie odczuwamy nawet potrzeby stawiania pytań. Żyjemy w dobie wszechobecnych mediów, danych, cywilizacji zero-jedynkowej. Rolnictwo stało się „pokarmem” dla informacji, nieświadomie stworzono fundament rozwoju nowego rodzaju społeczeństwa. Trafnie ujął to Robert Wright: „Ewolucjoniści kulturowi nazywają rolnictwo postępem w technologii energii” – czyli w sposobie, w jaki ludzie wydobywają energię z przyrody. To prawda. Lecz biorąc pod uwagę obniżone koszty komunikacji, można też pomyśleć o rolnictwie jako o postępie w technologii informacji. W gruncie rzeczy można potraktować rolnictwo jako pierwszą prawdziwą rewolucję w technologii informacji [3].

Udomowienie roślin stanowi podwalinę, fundament cywilizacji globalnej. Prawdziwie głęboka, narastająca ingerencja człowieka w ekosystemy rozpoczęła się dopiero z chwilą, gdy nasi przodkowie zdecydowali się połączyć swój los z wegetacją wybranych przedstawicieli flory. Właśnie rolnictwo zepchnęło ludzkość na krętą, niebezpieczną drogę rozwoju, z której niestety, po tysiącleciach postępującego uzależnienia od roślin, nie sposób już się wycofać. Analizując właściwie każde zagadnienie, prędzej czy później dotrzemy do wątków związanych z roślinami. Papier, nałogi (tytoń, alkohol, większość narkotyków i używek), odkrycia geograficzne (przyprawy), tkaniny (len, bawełna i całe mnóstwo innych), handel (np. słynny jedwabny szlak z Chin) [4], nawet „kariera” soli (trzeba było jakoś konserwować nadwyżki żywności); u podstaw wszystkich tendencji rozwojowych i form ludzkiej aktywności znajdziemy rośliny.Roślinom uprawnym zawdzięczamy ostatecznie wyraźny kryzys cywilizacyjny, który może doprowadzić wręcz do katastrofy ludzkości. Zaznaczam, że nie mam tu na myśli zagłady cywilizacji technicznej jako takiej, nie kreuję też wizji Ziemi bez ludzi. Przetrwamy. Cechuje nas wyjątkowy upór, zarazem wierzę, że przed wymarciem ochroni nas wiedza i technologia. Coraz trudniej pisać fantastykę, bowiem często rzeczywistość przerasta najbardziej radykalne, śmiałe wizje. Przykładowo rozwój medycyny sprawił, że potrafimy utrzymać przy życiu dzieci urodzone nawet w 22. czy wręcz 20. tygodniu ciąży (w Polsce przedwczesne porody tego rodzaju stanowią około 6%, ale szanse na przeżycie mają raczej dzieci w wieku powyżej 24. tygodnia). Niektóre noworodki ważą zaledwie 500 gramów, ale pomimo wielu niebezpieczeństw, chorób i niedojrzałości często jest w nich wielka wola walki i ogromna chęć życia. Wiele tę walkę wygrywa. Nie zmienia to jednak faktu, że dziecko takie jest wcześniakiem i jeszcze kilkadziesiąt lat temu utrzymanie go przy życiu byłoby niemożliwe.

Już pod koniec XVIII wieku wielebny Thomas Malthus, profesor ekonomii politycznej, dowodził w książce An Essay on the Principle Population (1798), że ludzkość skazana jest na zagładę, gdyż liczba ludzi wzrasta szybciej niż zasoby żywności (esej ów natchnął ponoć w 1838 roku Karola Darwina do sformułowania jego fundamentalnej teorii). Rozwój technologii, niezwykły wzrost wydajności upraw i hodowli na razie skutecznie odsuwa widmo zagłady. Nie wpływa to na fakt, że dogmaty, na których opiera się nasz byt, są w najlepszym razie zawodne.

Daleki jestem od głoszenia wątków katastroficznych czy skrajnego pesymizmu, jednak rolnictwo, podstawa naszego sukcesu, może stać się również przysłowiowym gwoździem do trumny. Dlatego tytuł pracy nawiązuje do książki, która wiele lat temu głęboko poruszyła moją wyobraźnię, mam na myśli Śmierć trawy, apokaliptyczną wizję Johna Christophera [5].Tajemniczy wirus powoduje eksterminację wszelkiego rodzaju traw i pokrewnych im roślin. Nieznana zaraza unicestwia plantacje ryżu, stawiając całą Azję przed widmem głodu. Wymierają trawniki przed domami, następnie plaga przenosi się na wszelkie zboża. Brak chleba, podstawowego pożywienia całej „cywilizowanej” nacji, wyzwala u ludzi nieznane, lub tylko uśpione dotychczas, ukryte instynkty. Rozpoczyna się apokalipsa. Fikcja literacka? Postaram się wykazać, że scenariusz ten jest prawdopodobny.

Istnieje głęboko zakorzenione, romantyczne przekonanie o wręcz magicznym współistnieniu naszych przodków, łowców-zbieraczy, z naturą. Błąd. Odkąd nauczyliśmy się mówić, wytwarzać narzędzia, wreszcie także krzesać ogień, weszliśmy w konflikt z otaczającym nas światem. Człowiek od zarania dziejów wywiera szkodliwy wpływ na przyrodę, coś takiego jak harmonijne współistnienie zwykle okazuje się mitem. Interesującym przykładem jest chociażby potencjalny związek między zagładą dużych kręgowców a migracją grup dawnych nomadów. Mniej więcej w tym samym okresie Ameryka Północna utraciła łącznie około 73-75% gatunków ssaków ważących powyżej 45 kilogramów, podczas gdy Ameryka Południowa 80% [6]. Podobnie od chwili pojawienia się Aborygenów wymarło w Australii 86% gatunków dużych ssaków. Co ciekawe, pogrom ominął mniejsze zwierzęta, zamieszkujące te same środowiska. Wielu naukowców jako przyczynę tej katastrofy wskazuje zmiany klimatyczne wiążące się z końcem ostatniego glacjału, ale parę faktów pozwala poważnie wątpić w to wyjaśnienie. Wycofujące się masy lądolodu uwalniały rozległe przestrzenie, pleniły się trawy, rozrastały lasy, więc tak bujna egzystencja raczej sprzyjała rozmnażaniu się i migracjom ssaków. Tymczasem ginęły całe grupy gatunków, w tym zwierzęta, które wcześniej zdołały przetrwać, zazwyczaj bez gwałtownych zmian w zależnościach troficznych, liczne zlodowacenia. Równolegle znacznie mniej gatunków znikło w Eurazji, skąd przecież lądolód również się wycofywał. Albo więc przyjmiemy, że schyłek ostatniego zlodowacenia cechowały nieznane jeszcze, unikalne cechy, albo też prawdziwa przyczyna tkwi zupełnie gdzie indziej. Czterdzieści lat temu Paul Martin z University of Arizona wysunął intrygującą, zmuszającą do zastanowienia hipotezę, według której megafaunę ssaków na lądach Nowego Świata i awifaunę na wyspach zniszczył przybyły z Eurazji człowiek. Początkowo teoria ta (nazwana hipotezą plejstoceńskiego wielkiego zabijania, popularnie Great Overkill) budziła zastrzeżenia, ale dziś jest często akceptowana. Zastrzegam zarazem, że proces wymierania dużych kręgowców lądowych rozpoczął się przed intensywną ekspansją człowieka, bo już około 50 tysięcy lat temu (obecnie megafauna zamieszkuje obszar mniejszy niż 10% lądów). Sądzę, że nasz gatunek wydatnie przyczynił się do przyspieszenia i wzrostu skali tej naturalnej tendencji.Spójrzmy na Nowy Świat. Co do wielu zwierząt nie mam wątpliwości (mamuty, gepardy, tapiry, olbrzymie leniwce, konie), że przodkowie Indian po prostu doprowadzili do zmniejszenia pogłowia poniżej stanów krytycznych gatunków, a przez to do ich wymarcia. Pojawienie się łowców kultury Clovis przed około 13-12 tysiącami lat zbiega się niemal dokładnie z błyskawicznym (w sensie geologicznym) wymarciem wielu gatunków dużych kręgowców, zjawiskiem, które ograniczało się niemal wyłącznie do ssaków. Ustalono, że niektóre gatunki wyginęły w ciągu niespełna 300 lat. Lud Clovis obarczany jest odpowiedzialnością za szybkie zniknięcie z Ameryki co najmniej 75 gatunków.

Rozsądna jest wątpliwość, jak wyjaśnić fakt przetrwania w Nowym Świecie do dziś dwunastu rodzajów dużych ssaków (np. wapiti, łosie, karibu, grizzly, wół piżmowy)? Wbrew pozorom nie podważa to w niczym założeń overkill. Otóż wspomniane ocalałe gatunki łączy jedna cecha – pochodzenie. Wszystkie należą do grupy zwierząt euroazjatyckich, do Ameryki migrowały późno, wykorzystując zresztą ten sam pomost (tzw. Beringię) co łowcy kultury Clovis. Przybysze mieli już za sobą doświadczenia wynikające z długiego obcowania z człowiekiem i dzięki nabytej antropofobii zdołali przeżyć. Jeszcze jaskrawiej zależność ta przedstawia się w Afryce, gdzie spotykamy największe współczesne kręgowce lądowe (słonie, żyrafy, nosorożce). Popularnie tłumaczy się to faktem, że na Czarnym Lądzie zwierzęta koegzystowały z człowiekiem i formami przedludzkimi, rozwijały się równolegle, mając czas na przystosowanie się do obecności superdrapieżcy homo. Przyjmę więc, że uratowały je mechanizmy koewolucji. Możliwe też, że megafauna Afryki przetrwała, ponieważ to homo sapiens – w falach kolejnych migracji – opuszczał ten ląd. Nie znamy przyczyn tych wędrówek – nowe choroby (czy za powstrzymanie ludzkiej ekspansji na kontynencie odpowiada śpiączka?), pustynnienie (Sahara powstała dopiero około 7 tysięcy lat temu) – teorii jest mnóstwo. Pozostają dwa fakty: nasi praojcowie dwukrotnie wędrowali z Afryki na subkontynent Eurazji; najpierw przed milionem lat homo erectus (wymarł bezpotomnie), potem, przed około 200 tysiącami lat, neandertalczyk. Człowiek z Neandertalu przetrwał blisko 180 tysięcy lat: dwa wielkie glacjały i okresy międzylodowcowe. Potem również jego spotkał tajemniczy koniec.

W świetle nowych badań i analiz pojawiają się też kontrowersyjne, spektakularne teorie, które – jeśli okażą się prawdziwe – zaświadczą, że człowiek potrafił celowo ingerować w otaczające go środowisko, dopasowując je do własnych potrzeb i wymagań. Szkodliwość naszej presji w scenariuszach tego typu byłaby stosunkowo nieznaczna. Przykładowo w artykule z 1989 roku William Balée ostrożnie oszacował, że co najmniej 11,8% niepodlegających dorocznym zalewom obszarów leśnych Amazonii to tereny w swej istocie „antropogenne” – pośrednio lub bezpośrednio ukształtowane przez człowieka [7].

Polowanie przy użyciu sztucznie wywoływanych pożarów, zabijanie drapieżników, ingerencja w szatę roślinną (karczowanie lasów, zbieractwo) – tak zawsze przejawiała się ludzka aktywność. Nasza destrukcyjność miała jednak zdecydowanie mniejszą skalę niż w ostatnich wiekach, a środowisko nie dopuszczało do nadmiernego wzrostu liczebności ludzi. Bez stałej bazy pokarmowej niemożliwe byłoby też udomowienie tylu zwierząt, a tym samym rozwój hodowli [8].

Czy bez rolnictwa dokonałaby się ewolucja kulturowo-techniczna, czy też w pewnym dziejowym momencie homo sapiens uległby stagnacji technologicznej? Nie wiem. Postrzegam historię jako rozedrgany ciąg przypadków i zmagań, rozświetlony gdzieniegdzie iskrą geniuszu. Tasmańczycy, Aborygeni, Buszmeni i inne ludy wykazują, że rozwoju nie należy utożsamiać ze stopniem złożoności ani wyrafinowania wytwarzanych urządzeń. Język, sfera duchowa, relacje społeczne – czynniki te również podlegają zmianom, osiągając imponującą maestrię. Myślę, że nawet bez rolnictwa rozwój handlu doprowadziłby do powstania ośrodków miejskich. Nasza historia, zubożona o udomowienie wybrańców flory, potoczyłaby się całkowicie odmiennym torem. Nie sądzę, by obecnie udało się naprawić skutki niszczycielskiej obecności człowieka w ekosystemach, bowiem do tego wymagana byłaby zmiana paradygmatów cywilizacji, a jest to nierealne! Powrót do tzw. natury stanowi utopię z banalnego powodu – otóż coś takiego jak natura współcześnie nie istnieje. Każde środowisko nosi znamiona bezpośredniej lub pośredniej aktywności człowieka i jego wytworów, różny jest tylko stopień, natężenie wprowadzonych zmian oraz ewentualne ich konsekwencje. Nie jest jednak za późno na podjęcie działań zmierzających na powstrzymania zniszczeń i osiągnięcia stanu zbliżonego do równowagi, swoistego współbytowania z naturą. Najbliższa przyszłość pokaże, czy udomowienie roślin było największym dobrodziejstwem, czy największym błędem homo sapiens [9].


1. Rolnictwo – wprowadzenie do rozważań

1.1. Wyjaśnienie pojęcia rolnictwo

Rolnictwo należy do tych terminów, które pojmujemy, kierując się bardziej intuicją, schematami myślowymi, niż operując konkretami. W najprostszym ujęciu rolnictwo jest produkcją roślinną na użytkach rolnych, ściśle powiązaną z produkcją zwierzęcą. W szerszym kontekście jest to właściwie cała wytwórczość wiejska, obejmująca tak pozornie odległe dziedziny jak sadownictwo i rybactwo śródlądowe. Priorytetem tej wytwórczości jest dostarczanie człowiekowi żywności oraz surowców wykorzystywanych w innych działach gospodarki. Obecnie rozwój kultury agrarnej w połączeniu z przemianami rynku konsumenckiego doprowadził do wyodrębnienia:

  • Rolnictwa konwencjonalnego – model wciąż dominujący: bazuje na sprzęcie mechanicznym i znacznych ilościach chemicznych środków produkcji rolnej, zmuszając grunty do wydajności sprzecznej z naturalną normą. Efektem tego jest stałe przekształcanie środowiska przyrodniczego obszarów wiejskich, w rezultacie wiele regionów już uległo nieodwracalnej degradacji.

  • Rolnictwa ekologicznego – (także: rolnictwo biodynamiczne) – postrzegane jako alternatywa dla modelu konwencjonalnego: oparte na integracji, harmonii i stymulacji procesów życiowych, wykorzystywanych do produkcji żywności. W tym modelu rolnik przewiduje przyrodniczo-
    -społeczne skutki swoich działań, traktując gospodarstwo jako podstawową jednostkę ekologiczną sterowaną przez człowieka. Zmierza do aktywizacji przyrodniczych mechanizmów produkcyjnych poprzez stosowanie środków naturalnych, nieprzetworzonych technologicznie; przede wszystkim gleba traktowana jest całościowo jako żywy, złożony organizm, a nie jako materiał służący do uprawy roślin. Stwarzane są i podtrzymywane warunki jak najmniej zmienione przez substancje chemiczne typowe dla upraw tradycyjnych (pestycydy, nawozy sztuczne). Jako środki ochrony roślin często „zatrudnia” się naturalnych wrogów danego szkodnika, wykorzystując relacje zaobserwowane w naturze. Nie powoduje to zmian chemicznych w glebie, a w trosce o bogactwo minerałów i składników odżywczych w ziemi prowadzi się płodozmian, stosuje kompostowanie – recykling substancji organicznej. Pola są na ogół małe, otoczone żywopłotami bądź kamieniami, przez co szkodniki mają utrudniony dostęp do roślin, a gleba chroniona jest przed wiatrem, co ogranicza jej erozję. Dodatkowym elementem, wpływającym na utrzymanie naturalnych warunków, jest równoległa hodowla zwierząt. Jako pokarm dla nich wykorzystuje się produkty uboczne z uprawy roślin, zwierzęta mają też zapewnione dobre warunki przestrzenne i opiekę weterynaryjną.

    Tak więc w modelu ekologicznym dąży się do zapewnienia trwałej żywotności gleby, zdrowotności zwierząt oraz wysokiej jakości biologicznej produktów. System jest zrównoważony ekologicznie i ekonomicznie, w dużym stopniu niezależny od nakładów zewnętrznych, nie obciąża środowiska przyrodniczego [10].

    W nurcie rolnictwa ekologicznego mieści się m.in. rolnictwo organiczne, w którym nie stosuje się stworzonych przez człowieka nawozów czy pestycydów. Reasumując, do elementarnych zasad gospodarowania ekologicznego należą:

  • stosowanie wielostronnych płodozmianów z roślinami motylkowymi, strączkowymi i motylkowymi drobnonasiennymi, często uprawianych na zielone nawozy [11],

  • dobór do uprawy roślin dostosowanych do konkretnych warunków środowiskowych, odpornych na choroby i szkodniki, o dużej zdolności konkurencyjnej w stosunku do chwastów,

  • ciągłe stosowanie zasiewów mieszanych, mieszanki wielogatunkowe (w celu osiągnięcia większej różnorodności biologicznej),

  • działanie w kierunku wzrostu żyzności i biologicznej aktywności gleby poprzez stosowanie wielostronnego nawożenia organicznego, produkcji i odpowiedniej uprawy roli,

  • stworzenie, zbliżonego do zamkniętego, obiegu materii organicznej i składników w ramach gospodarstwa rozumianego jako całość (tzw. równowaga paszowo-nawozowa) [12],

  • w ochronie roślin przed chorobami i szkodnikami podstawowe znaczenie – m.in. w ograniczeniu zachwaszczenia – ma profilaktyka obejmująca płodozmian, nawożenie organiczne, dobór odmian oraz wzrost naturalnej odporności gleby przeciwko patogenom dzięki jej dużej biologicznej aktywności,

  • dopuszcza się stosowanie preparatów biologicznych wykonanych na bazie metabolizmu bakterii lub grzybów oraz niektórych wywarów z wyciągów roślinnych,

  • poprawna uprawa roli oraz rozwinięte metody mechaniczne i biologiczne zwalczania szkodników (roślinnych, zwierzęcych, grzybiczych),

  • w rolnictwie ekologicznym obsada zwierząt powinna wynosić od 0,8 do 1 sztuki dużej na hektar użytków rolnych. Za najwłaściwszy kierunek produkcji zwierzęcej uważa się chów bydła mlecznego, przy czym za wyborem tym przemawiają następujące przesłanki:

    • istnieje konieczność uprawy roślin pastewnych, w tym również wieloletnich, gdyż poprawiają one bilans substancji organicznej gleby oraz jej fizyczne właściwości, zwiększając ilość wiązanego biologicznie azotu,

    • bydło w naturalny sposób dostarcza znacznych ilości wartościowego obornika, ponadto za mleko sprzedawane bezpośrednio w gospodarstwie można uzyskać wyższe ceny [13].

W Polsce powierzchnia uprawiana zgodnie z zasadami rolnictwa ekologicznego wzrosła w latach 1990-2004 ponad dwustukrotnie, lecz jej znaczenie nadal pozostaje marginalne (w roku 2004 stanowiła około 0,5% ogólnej powierzchni użytków rolnych) [14]. Możemy zaprzepaścić zaoferowaną przez los szansę zdominowania europejskiego rynku szeroko pojmowanych produktów ekologicznych [15].

Powyższą – mam nadzieję, że przejrzystą i rzeczową – charakterystykę rolnictwa jako obszaru ludzkiej aktywności zakończę słowami Piotra Kopińskiego, który niezwykle trafnie moim zdaniem ujął kwintesencję rolnictwa: „Utrzymać jak najwyższą produkcję wyselekcjonowanych gatunków pionierskich roślin (upraw) na glebie w tym celu specjalnie przygotowanej i pilnować, by inne, konkurencyjne gatunki pionierskie (chwasty) nie przeszkadzały w tym procesie. Człowiek więc musi glebę oczyścić, wsiać własne gatunki pionierskie, pilnować, by inne miały ograniczone możliwości konkurowania i co roku ten proces powtarzać w taki sposób, by produkcja była jak najwyższa, a koszty jak najmniejsze” [16].

1.2. Długa droga do obfitego plonu

Metody upraw, o ile na danym terenie w ogóle podlegały ewolucji, charakteryzuje duża różnorodność. Po kopieniactwie i gospodarce wypaleniskowej wprowadzono następujące zasadnicze sposoby użytkowania gruntu:

  • Trójpolówka – jest to pierwszy przykład pierwotnego zmianowania; ustalenie optymalnej kolejności następowania po sobie upraw różnych roślin na tym samym polu. Każda powierzchnia była co trzeci rok ugorowana, umożliwiając glebie naturalne uzupełnienie niedoboru składników. Gospodarka trójpolowa przyjmowała się w Europie dość długo, w okresie między VIII a X wiekiem n.e.

  • Międzyplonowanie – uprawa dwóch lub więcej plonów w tym samym czasie, np. łączenie upraw zbóż i warzyw (warzywa wiążą często w glebie azot, wykorzystywany potem przez zboża). Można też w chwili dojrzewania uprawy jednego gatunku wysadzać między jej rzędami rośliny innego gatunku, np. wysiew kukurydzy na polach pszenicy ozimej tuż przed jej zbiorem wczesnym latem (północne Chiny).

  • Planowany płodozmian – uprawa naprzemienna w jednym roku zbóż, a w kolejnym dwuliściennych. Metoda ta zapewnia samoczynną, ciągłą regenerację gleby oraz wynikające z tego, teoretycznie nieprzerwane, wykorzystanie powierzchni uprawnych. W Europie planowany płodozmian wprowadzono pod koniec XVIII wieku.

W teorii produkcja biomasy w rolnictwie może trwać wiecznie.

W rzeczywistości, gdy konsumpcja surowca odnawialnego przekroczy możliwość jego reprodukcji (odtwarzania), wtedy następuje jego nieodwracalne zubożenie!

Jeżeli – co staram się wykazać – nasz byt od zarania dziejów związany jest ze światem roślin, należy założyć, że wiedza o tych organizmach jest imponująca. W tym przypadku prawda bywa dyskusyjna. Mimo tysięcy lat koegzystencji z roślinami nowoczesna wiedza na ich temat przeżywa obecnie dynamiczny, wręcz imponujący rozwój, ale zarazem jest stosunkowo młoda:

  • około X wieku p.n.e. – do państw śródziemnomorskich dociera sztuka szczepienia roślin,

  • 1787 rok – pierwsza historyczna próba otrzymania nowej odmiany rośliny uprawnej w warunkach kontrolowanych (konkretnie: Thomas Knight eksperymentował z odmianami grochu),

  • 1802 rok – sformułowanie klasycznej próchniczej teorii odżywiania roślin (Albrecht Thaer),

  • 1840 rok – udowodnienie i praktyczne zastosowanie mineralnej teorii odżywiania roślin (Justus von Liebig, Niemcy),

  • około 1925 roku – zwrócenie uwagi na rolę pierwiastków śladowych w odżywianiu roślin.

Z ponad 6,5 mld żyjących obecnie na planecie ludzi około połowa ma co jeść dzięki temu, że nauczyliśmy się syntetyzować amoniak.

Andrzej Hołdys [17]

Podwaliny agrarnej rewolucji technologicznej XX wieku położyli chemicy niemieccy, Fritz Haber i Carl Bosch. Opracowali i opatentowali metodę (1908) uzyskiwania z powietrza azotanu – składnika niezbędnego w późniejszej produkcji nawozów sztucznych. Żaden ze współczesnych im analityków międzynarodowego bezpieczeństwa żywnościowego nie docenił wagi tzw. procesu Habera-Boscha, tymczasem umożliwił on uzyskanie z atmosfery azotanu i spreparowanie go w taki sposób, że w wysoko skoncentrowanej formie, wymieszany z glebą, tworzył nawóz. W ciągu zaledwie półwiecza dzięki zastosowaniu nawozów sztucznych na bazie azotanu produkcja żywności wzrosła czterokrotnie. Wzrost produkcji rolnej przestał więc być wiązany tylko i wyłącznie ze zwiększaniem powierzchni uprawnej i przesunął się raczej w kierunku intensyfikacji rolnictwa. Obecnie ponad 99,5% azotu na świecie pozyskuje się, stosując metodę Habera i Boscha, nieznacznie tylko udoskonaloną.

W Polsce nawozy azotowe zaczęto wytwarzać wkrótce po pierwszej wojnie światowej. W 1922 roku rząd polski przejął zakład w Chorzowie, założony kilka lat wcześniej przez Niemców. Kolejną fabrykę zbudowano z inicjatywy prezydenta Ignacego Mościckiego, wybitnego chemika, pod koniec lat dwudziestych w Tarnowie. Następne zaczęły działać po II wojnie światowejw Kędzierzynie-Koźlu, Puławach, Włocławku i Policach.

Botanika to jednak nie koniec wiedzy, a dopiero jej prawdziwy początek. Jak różnorodne, rozbudowane i złożone mogą być relacje roślin z mikroorganizmami? Na ile rozumiemy związek między zespołami florystycznymi a dynamiką edafonu [18] i żyznością gleb? Jakie jest znaczenie oraz skala porozumiewania się roślin? Czy rozumiemy ich antagonizmy oraz „sympatie” międzygatunkowe? Wystarczy uświadomić sobie, ile nieznanych treści skrywa wciąż jeden termin – alkaloidy. Zadufani w sobie, ufni w potęgę techniki i intelektu, powierzamy swój los organizmom, których prawdziwe oblicze często wciąż skrywa welon tajemnicy.

1.3. Człowiek przed nastaniem ery rolnictwa. I tuż po

Zakorzenione w kulturze popularnej wyobrażenie o tzw. ludziach pierwotnych to raczej dziecinne mitologizowanie niż fakty. Zazwyczaj pokutuje mniej lub bardziej romantyczny obraz nieokrzesanego łowcy, dla którego życie stanowiło ciągłą walkę z wrogą naturą. Prawda jest znacznie bardziej złożona, a z naukowych danych wynurza się niespodziewana wizja prehistorii.

Nasi rozumni przodkowie, czyli przedstawiciele homo, pozyskiwali niezbędne produkty bezpośrednio z otoczenia. Liczebność grupy oraz zasoby środowiska, w którym egzystowali – te dwa czynniki przede wszystkim dyktowały rozmiar terytorium niezbędnego do przetrwania. Przyroda często zmuszała ich do zmiany miejsca pobytu – wędrówki zwierząt, cykl wegetacyjny, pory roku itd. Mimo tych niedogodności dane z zakresu paleopatologii pokazują pierwotnego łowcę-zbieracza jako okaz zdrowia. Okazuje się, że dawna urozmaicona dieta, złożona z naturalnych lub przetworzonych w znikomym stopniu produktów, była bezsprzecznie korzystniejsza, a życie w izolowanych społecznościach całkowicie zasadne. Mniejsza była groźba głodu, panowała stabilizacja czynników chorobotwórczych oraz elastyczność liczebności populacji (okresy zwiększonej śmiertelności przeplatały się z porami wyższej rozrodczości, istotną rolę odgrywały niewątpliwie migracje członków różnych grup).

Cennych informacji dostarcza analiza szkieletów (zakres paleopatologii):

Przykład I – średni wzrost mieszkańców dzisiejszej Grecji oraz Turcji pod koniec ostatniego zlodowacenia (Würm, 70-10 tysięcy lat p.n.e.) wynosił około 1,8 metra dla mężczyzn i około 1,68 metra dla kobiet. W czasie „dobrodziejstw” rolnictwa, około 4 tysiące lat p.n.e., wzrost mężczyzny wynosił przeciętnie 1,6 metra (oznacza to spadek o ponad 11%!), a kobiety 1,55 metra (odpowiednio – spadek o prawie 8%). W okresie klasycznym średnia wysokość ciała zaczęła wzrastać, lecz współcześni Grecy i Turcy wciąż nie osiągnęli proporcji przodków.

Przykład II – badania szkieletów Indian z kurhanów w dolinach rzek stanów Illinois oraz Ohio (USA) dowodzą, że przed sprowadzeniem na te tereny kukurydzy z Ameryki Środkowej 5% populacji dożywało sędziwego wieku powyżej 50 lat, dorosła osoba miała średnio mniej niż jedną dziurę w zębach, a gruźlica była chorobą o charakterze lokalnym. Około roku tysięcznego naszej ery, czyli w początkach intensywnej uprawy kukurydzy na tych obszarach, uzębienie dorosłego cechowała zwykle obecność siedmiu dziur (pospolite ropnie, ubytki), anemia występowała cztery razy częściej, gruźlica zyskała wymiar epidemiczny, natomiast zęby mleczne miały uszkodzone szkliwo (może to świadczyć o niedożywieniu kobiet ciężarnych i karmiących matek). Połowa populacji cierpiała na kiłę lub frambezję [19], dwie trzecie trapiło wiele chorób degeneracyjnych, głównie artretyzm kości. Tylko procent (!) przekraczał pułap 50 lat, największa śmiertelność panowała między pierwszym a czwartym rokiem życia, kiedy to dziecko przechodzi ostatecznie na pokarm stały [20].

Tak więc udamawiając rośliny, nawet jeśli etap ten poprzedzały wielowiekowe uprawy „półdzikie”, całkowicie zmieniono realia bytu. Skutkiem tej rewolucji było m.in. szybkie pogorszenie kondycji fizycznej ludzi.

Dostęp do nowego, obfitego źródła pożywienia – roślin zbożowych, dał początek największemu naturalnemu eksperymentowi biologicznemu, jakiemu kiedykolwiek mimowolnie poddał się człowiek. Przedstawiciele gatunku, którzy przez całą swoją ewolucyjną historię mieli bardzo zróżnicowaną dietę, nieomal z dnia na dzień zaczęli się żywić prawie wyłącznie ziarnami tylko jednej, wielce specyficznej grupy roślin. [...] Z ogromną dozą pewności możemy stwierdzić, że zboża w ogóle nie wchodziły w skład pokarmu naszych przodków, zanim nie przywędrowali oni na obszary Żyznego Półksiężyca. Trawy wielkonasienne nie występują w Afryce, gdzie ewoluował człowiek.

Marek Konarzewski [21]

Wydaje się, że odtworzenie diety przedrolniczej powinno okazać się przedsięwzięciem stosunkowo mało skomplikowanym, ale przy bliższym spojrzeniu to zagadnienie napotyka szereg trudności. Do istotniejszych należy ubóstwo danych i brak współczesnych punktów odniesienia. Wygodnym przykładem jest coraz modniejsza ostatnio, aczkolwiek kontrowersyjna, tzw. dieta paleolityczna. W podstawowym ujęciu jej zwolennicy starają się w miarę możliwości naśladować tryb życia tzw. człowieka jaskiniowego, chociaż podstawa merytoryczna wielu wyznawanych przez nich poglądów jest co najmniej dyskusyjna i stereotypowa. Współcześni „jaskiniowcy” obok czystego i przeważnie surowego pożywienia (kupują jedynie mięso zwierząt hodowanych na trawie oraz owoce i orzechy z upraw ekologicznych) stosują odpowiednie ćwiczenia, mające w jak największym stopniu przypominać polowanie, przy czym może to być zarówno wysiłek myśliwego ścigającego zwierzynę, jak i uciekającego przed niebezpieczeństwem. W realiach miejskich realizacja tej filozofii odżywiania jest zazwyczaj kłopotliwa i niesie ze sobą paradoksalnie wzrost kosztów utrzymania.

Rodzaj ludzki liczy setki tysięcy lat [...]. Osiadły tryb życia – związany z rolnictwem i hodowlą zwierząt – prowadziliśmy tylko przez ostatnie 3% całej naszej historii. Przez pierwsze 97% czasu spędzonego przez człowieka na Ziemi powstało prawie wszystko, co charakteryzuje ludzkość.

Zatem z odrobiny arytmetyki wynika, że o owych dawniejszych czasach można się czegoś dowiedzieć, badając nieliczne, żyjące obecnie społeczności łowców-zbieraczy, których nie zniszczyła cywilizacja.

Carl Sagan [22]

W tabeli 1. warto zwrócić uwagę na zapis: „by zapewnić sobie i rodzinie 110-150 g mięsa na dobę, mężczyzna pracuje przeciętnie trzy godziny dziennie, kobieta pięć”. Akcentuję wyraźnie – uwzględniono tu wyłącznie mięso. W świadomości społecznej silnie zakorzeniona jest sielankowa, wręcz arkadyjska wizja życia naszych przodków. Również w literaturze pokutuje pogląd, że koczownikowi wystarczały dwie-trzy godziny dziennie na zaspokojenie wszystkich potrzeb bytowych, resztę stanowił czas wolny. Wyliczenia tego rodzaju – np. dotyczące ludów Khoisan z Afryki Południowej [23] – poddano sceptycznej analizie i ostatecznie uznano za nieprecyzyjne. Dotąd nie uwzględniano bowiem czasu potrzebnego na przetwarzanie żywności, wyrób narzędzi itd. Ostatecznie okazuje się, że łowca-zbieracz był równie zapracowany jak ogrodnik.

Oswajając zwierzęta i uprawiając rośliny, człowiek przywłaszczył sobie przyrodę. Coraz większe uzależnienie własnego przeżycia od produktów swojej pracy ustawiło człowieka w sytuacji podporządkowania, gdzie jego trud nie zawsze bywa wynagradzany. Czas szczodrej natury zastąpił raj utracony, z którego został wygnany [24].

Tabela 1. Porównanie koczowniczych grup łowców-zbieraczy z pierwotnymi rolnikami

Łowca-zbieracz

(na przykładzie współczesnych Buszmenów)

Rolnik

  • wykorzystuje olbrzymią liczbę gatunków flory, np. w menu afrykańskiego ludu Kung znajduje się 105 roślin, a Aborygeni z północnego Queenslandu korzystają z części aż 240 gatunków*;

  • by zapewnić sobie i rodzinie 110-150 g mięsa na dobę, mężczyzna pracuje przeciętnie trzy godziny dziennie, kobieta pięć;

  • przykład konsumenta skrajnie wszystkożernego, znikome ryzyko głodu w przypadku zniknięcia konkretnego źródła pokarmu;

  • zagęszczenie populacji najwyżej 4 osoby na 10 km2;

  • u kobiet czteroletnia przerwa między kolejnymi porodami (dopóki dziecko nie zdoła samodzielnie podążyć za rodzicami);

  • choroby o charakterze lokalnym, np. odra, w nielicznych społecznościach wygasają po zabiciu lub uodpornieniu się większości potencjalnych ofiar.

  • większość pokarmu pochodzi z upraw roślin mącznych, tj. obfitość tanich kalorii kosztem zubożonej diety**;

  • uzależnienie od upraw monokulturowych, stąd większe ryzyko głodu;

  • zagęszczenie populacji minimum 40 osób na 10 km2;

  • wiele chorób zyskuje wymiar epidemiczny, np. cholera, trąd, gruźlica. Tereny gęsto zaludnione, przemieszczanie się nosicieli, nieczystości, niedożywienie populacji. Rozwój miast (mogły powstać dzięki rolnictwu) przyczynił się do epidemii ospy, dżumy, odry.

* Marek Konarzewski, dz. cyt., s. 74. Oprócz tego w samej Europie występuje ponad 10 tysięcy gatunków roślin jadalnych, chociaż nie wszystkie zaskakują wartością odżywczą. Cyt. za: John „Lofty” Wiseman, Chcesz wiedzieć więcej? Szkoła przetrwania, Pruszków 2008.

** Obecnie ponad połowa kalorii spożywanych przez populację globalną pochodzi od trzech bogatych w węglowodany gatunków: pszenicy, ryżu, kukurydzy.

Rolnictwo przypomina więc raczej puszkę Pandory niż dar. Należy się zastanowić, dlaczego ludzie w ogóle zdecydowali się na uprawę roślin? Biorąc pod uwagę logikę, nie było to rozwiązanie korzystne, przynajmniej na początku. Niezmiernie wzrasta pracochłonność, ubożeje dieta, a w przypadku zniszczenia upraw czy straty zbiorów rysuje się groźba głodu. Dlaczego więc, mimo że uzależnienie bytu od roślin ewidentnie przynosi gatunkowi szkody (uwzględniając jakość biologiczną populacji), to właśnie rolnicy, nie łowcy-zbieracze, odnieśli sukces? Przeważnie argumentuje się, że stała, obfitująca w kalorie (aczkolwiek niskiej jakości) baza pokarmowa umożliwiła przede wszystkim co najmniej dziesięciokrotny wzrost zagęszczenia populacji oraz zmniejszenie okresu między kolejnymi porodami u kobiet. Rolnicy nie górowali nowymi zaletami, ich dominacja nie brała się z boskich błogosławieństw, po prostu zwyciężyli liczebnie [25]. Tylko że wzrost liczebności stanowi konsekwencję osiadłego trybu życia, nie przyczynę. Trudno mi jest wyobrazić sobie grupę łowców, którzy po naradzie stwierdzają, że warto trochę pokombinować, gdyż dzięki temu w perspektywie lat ich plemię osiągnie przewagę liczebną. Istnieją inne hipotezy. Ocieplający się klimat, wysuszając żyzne dotychczas ziemie, mógł spowodować, że koczowniczy styl egzystencji stał się niespodziewanie zawodny i szukano po prostu nowego pomysłu, sposobu na życie. Może przyczyną było wyginięcie, ograniczenie liczebności lub zmiana szlaków wędrówek najbardziej wartościowej zwierzyny – łosi, mamutów, nosorożców. Można też przyjąć założenie, że splot okoliczności – łagodny klimat, korzystny dla wybranych roślin, które okazały się stosunkowo łatwe do kontrolowania – sprawił, że rolnictwo stało się po prostu dobrym rozwiązaniem. Ironizuję, lecz w istocie nie znalazłem dotychczas przekonującego wyjaśnienia, dlaczego nomadzi zaczęli uprawiać rośliny.

Rozwój technologii już w paleolicie i mezolicie znacznie przyczynił się do zmian w jadłospisie naszych przodków. Stawał się on coraz szerszy, coraz śmielej sięgano po gatunki wymagające obróbki przed spożyciem (np. bulwy, które należało oczyścić z trucizn). Mieszkańcy jednej z wiosek łowców-zbieraczy w pobliżu Eufratu około 10 tysięcy lat p.n.e. przetwarzali 157 gatunków roślin. Często na sąsiadujących z siedzibą terenach dokonywano celowych ingerencji w krajobraz, przekształcając go pod kątem ludzkich potrzeb. W świetle najnowszych badań zasięg tych zmian i ich charakter często wręcz zdumiewają. Zmniejszała się konieczność sezonowych migracji, ogrodnictwo nabierało coraz większego sensu.

Wydaje się, że w większości wypadków osiadły tryb życia poprzedził pełne udomowienie roślin. Może nawet było tak zawsze?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.