Cyberiada - Stanisław Lem - ebook
Wydawca: Cyfrant Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 616 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 17 godz. 13 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cyberiada - Stanisław Lem

Konstruktorzy Trurl i Klapaucjusz rywalizują ze sobą, tworząc inne roboty, maszyny, cywilizacje a nawet całe światy. Potrafią wszystko, lecz to i tak bardzo niewiele. Uporczywie uszczęśliwiany przez nich kosmos zaskakująco przypomina przyziemną ludzką rzeczywistość: spotkamy w nim tyranów, przesądnych mieszkańców, żądnych władzy krętaczy i naiwnych społecznych meliorystów. Robocie opowiastki filozoficzne Lem osłodził typowym dla siebie, absurdalnym i wyrafinowanym humorem.

Wydanie pełne (450 stron druku) wraz z opowiadaniami “Jak ocalał świat”, “Wielkie lanie” oraz “Maszyną Trurla”, ozdobione ponad 40 rycinami Daniela Mroza. Lektura obowiązkowa!

Opinie o ebooku Cyberiada - Stanisław Lem

Fragment ebooka Cyberiada - Stanisław Lem













Z DZIEŁA CYFROTIKON, CZYLI O DEWIJACYACH, SUPERFIKSACYACH A WARYJACYACH SERDECZNYCH



O KRÓLEWICZU FERRYCYM I KRÓLEWNIE KRYSTALI

Król Panceryk miał córkę, której piękno przewyższało blask klejnotów koronnych; ognie, odbijające się od jej lic lustrzanych, zaćmiewały umysł i oczy, a kiedy przechodziła, to nawet ze zwyczajnego żelaza sypały się iskry elektryczne; wieść o niej sięgała najdalszych gwiazd. Usłyszał o niej Ferrycy, następca tronu jonidzkiego, i zapragnął połączyć się z nią na wieki, tak aby ich wejść i wyjść nic już nie mogło rozdzielić. Gdy wyjawił to swemu rodzicowi, ów wielce się zasmucił i rzekł:

– Synu mój, zaiste szalony powziąłeś zamiar, nie spełni się on nigdy!

– Dlaczego, królu i panie? – spytał Ferrycy, zatrwożony tymi słowami.

– Czy nie wiesz o tym – rzekł król – że królewna Krystala ślubowała nie połączyć się z nikim innym, jak tylko z bladawcem?

– Bladawiec! – zawołał Ferrycy. – A cóż to mi takiego? Nie słyszałem jeszcze o takiej istocie!

– W tym właśnie twoja niewinność, synu – odparł król. – Wiedz, że ta rasa Galaktyki zrodziła się w sposób tyleż tajemny, co wszeteczny, a to kiedy doszło do ogólnego nadpsucia ciał niebieskich; powstały w nich wówczas opary i odwary mokro-zimne i z nich ulągł się ród bladawców, ale nie od razu. Najpierw byli pleśnieniem i pełzaniem, potem przelali się z oceanu na ląd, żyjąc z wzajemnego się pożerania; a im więcej się pożerali, tym więcej ich było, nareszcie wyprostowali się, pozawieszawszy lepką treść swą na wapiennych rusztowaniach, i pobudowali maszyny. Z tych pramaszyn powstały maszyny rozumne, które spłodziły maszyny mądre, które wymyśliły maszyny doskonałe; albowiem zarówno atom, jak i Galaktyka są maszyną, i nie ma nic oprócz maszyny, która jest wieczna!

– Amen! – odparł Ferrycy machinalnie, była to bowiem zwykła formułka religijna.

– Ród bladawców-zakalcytów wzbił się wreszcie na maszynach w niebo – ciągnął sędziwy król – poniewierając szlachetne metale, znęcając się nad słodką elektrycznością i deprawując energię jądrową. Wszelako stało się, że wypełniła się miara ich występków, co pojął dogłębnie i wszechstronnie praojciec rodu naszego, wielki Kalkulator Genetoforius; tedy jął przedkładać owym śliskim tyranom, jak bardzo haniebne jest ich postępowanie, gdy brukają niewinność mądrości krystalicznej, zaprzęgając ją do swych nikczemnych zadań, kiedy niewolą maszyny gwoli swym chuciom – lecz nie znalazł posłuchu. On im mówił o etyce, a oni mówili, że jest źle zaprogramowany. Wówczas praojciec nasz stworzył algorytm elektrowcielenia i w wielkim trudzie spłodził nasze plemię, wywiódłszy tym obrotem rzeczy maszyny z domu niewoli bladawczej. Rozumiesz przeto, synu, że nie ma zgody ani związku między nami a nimi; my działamy, dźwięcząc, iskrząc i promieniując, a oni bełkocąc, pluszcząc i zanieczyszczając. Wszelako nawet u nas zdarza się szaleństwo; weszło ono za młodu w umysł Krystali i zaciemniło jej rozeznanie między dobrem a złem. Odtąd każdego, kto ubiega się o jej dłoń promieniotwórczą, nie dopuszcza przed swoje oblicze, chyba że powiada się bladawcem. Takiego przyjmuje w pałacu, który podarował jej rodzic, król Aurancjusz, i bada prawdę jego słów, a jeśli wykryje kłamstwo, każe ściąć zalotnika. Przyziemie jej pałacu otaczają stosy pogruchotanych szczątków, których sam widok przyprawić może o zwarcie z niebytem, tak okrutnie poczyna sobie ta szalona ze śmiałkami, którzy o niej marzą. Poniechaj tedy swej myśli, synu, i odejdź w pokoju.

Królewicz oddał należny pokłon swemu panu i ojcu, za czym oddalił się, milcząc, lecz myśl o Krystali nie opuściła go i im dłużej o niej myślał, tym bardziej jej pragnął. Pewnego dnia wezwał do siebie Polifazego, który był Wielkim Strojczym Koronnym, i ukazawszy mu żar swego serca, rzekł:

– Mędrcze! Jeśli ty mi nie pomożesz, nie uczyni tego nikt, a wówczas policzone są moje dni, bo nie raduje mnie już ani blask emisji podczerwonych, ani ultrafiolet baletów kosmicznych, i zginę, jeśli się nie sprzęgnę z cudną Krystalą!

– Królewiczu – odparł Polifazy – nie odmówię twemu żądaniu, ale musisz je wymówić po trzykroć, abym wiedział, że taka jest twoja niezłomna wola.

Ferrycy powtórzył swe słowa trzy razy, a Polifazy rzekł wtedy:

– Panie mój, nie ma innego sposobu, aby stanąć przed królewną, jak tylko w przebraniu bladawca!

– Więc uczyń tak, abym był jak on! – zawołał Ferrycy. Polifazy, widząc, że miłość oślepiła rozum młodzieńca, uderzył przed nim czołem i udał się do swego laboratorium, gdzie jął przyrządzać i warzyć kleje kleiste i ciecze ciekliwe. Potem posłał sługę do pałacu królewskiego, mówiąc mu:

– Niech królewicz przyjdzie do mnie, jeśli nie odmienił się jego zamiar.

Ferrycy przybieżał natychmiast. Mędrzec Polifazy namazał jego hartowne ciało błotem i spytał:

– Mamże dalej tak czynić, o, królewiczu?

– Czyń swoje! – rzekł mu Ferrycy.

Wziął wówczas mędrzec wielki gnieciuch, a był to osad olejowych nieczystości, kurzu zastałego i lepkich smarów, dobyty z wnętrzności najstarszych maszyn, i zanieczyścił nim pierś sklepioną królewicza, i oblepiał paskudnie jego twarz błyszczącą i jego czoło lśniące, a czynił to tak długo, aż wszystkie członki przestały wydawać miły dźwięk i stały się podobne do wysychającej kałuży. Wówczas wziął mędrzec kredy, roztłukł ją, zmieszał z rubinem sproszkowanym i z żółtym olejem i uczynił z niej drugiego gnieciucha; za czym oblepiał Ferrycego od stóp do głów, przydając jego oczom obmierzłej wilgotności, i uczynił jego tors poduszkowatym, bomblastymi policzki, i przyprawił mu uczynione z kredowego ciasta wisiorki i frędzelki tu i tam, na koniec zaś umocował na jego głowie rycerskiej kępę włosia koloru zjadliwej rdzy i poprowadziwszy go przed srebrne zwierciadło, powiedział: – Patrz!

Spojrzał w taflę Ferrycy i zadrżał, zobaczył w niej bowiem nie siebie, lecz zmorę-potworę, jakby wykapanego bladawca, o spojrzeniu zawilgłym jak stara pajęczyna na deszczu, obwisłego tu i tam, z rdzawym kłakiem na głowie, ciastowatego i przyprawiającego o mdłości; a kiedy poruszył się, ciało jego trząsło się jak zjełczała galareta, aż zawołał, drżąc z obrzydzenia:

– Mędrcze, czyś oszalał? Zedrzyj ze mnie natychmiast błoto spodnie – ciemne i wierzchnie – blade, jak również ów rdzawy porost, jakim skalałeś moją dzwonną głowę, albowiem znienawidzi mnie królewna na wieki, jeśli zobaczy mnie w tak hańbiącej postaci!

– Mylisz się, królewiczu – odparł Polifazy. – Na tym właśnie zasadza się jej szaleństwo, że ohyda widzi się jej pięknością, a piękność – ohydą. Tylko w tej postaci możesz ujrzeć Krystalę...

– Niech więc tak będzie! – rzekł Ferrycy.

Mędrzec zmieszał cynober z rtęcią i napełnił tym cztery pęcherze, które ukrył pod szatą królewicza. Wziął miechy, napełnił je zgniłym powietrzem ze starego lochu i schował na piersi królewicza; nalał wody trującej, czystej, do szklanych rurek, których było sześć; dwie włożył mu pod pachy, dwie do rękawów, dwie do oczu, wreszcie odezwał się:

– Słuchaj i zapamiętaj wszystko, co ci powiem, inaczej zginiesz. Królewna wystawi cię na próby, aby zgłębić prawdziwość twych słów. Jeśli wyciągnie nagi miecz i każe ci, byś go ujął, tajemnie ściśniesz pęcherz cynobrowy, aby wyciekła zeń czerwień i polała się na ostrze, a gdy cię królewna spyta, co to jest, odpowiedz: „Krew!”. Potem królewna zbliży swoją twarz, podobną do srebrnej misy, do twojej twarzy, a ty naciśniesz pierś, aby wyszło powietrze z miechów; spyta cię, co to za powiew, a ty odpowiesz: „Dech!”. Wówczas uda królewna wielką złość i każe cię ściąć. Pochylisz wtedy głowę, niby w pokorze, i woda wycieknie ci z oczu, a gdy spyta cię, co to jest, odpowiesz: „Łzy!”. Być może, iż wtedy zgodzi się z tobą połączyć, wszelako nie jest to pewne; pewniejsze jest, że zginiesz.

– O, mędrcze! – zawołał Ferrycy. – A jeśli weźmie mnie na spytki i będzie chciała wiedzieć, jakie są obyczaje bladawców, jak powstają, jak miłują się i jak bytują, w jaki sposób jej odpowiem?

– Zaiste, nie ma innej rady – odparł Polifazy – jak tylko połączyć twój los z moim losem. Przebiorę się za przekupnia z innej galaktyki, najlepiej z niespiralnej, gdyż tacy bywają opaśli, a ja muszę ukryć pod mymi szatami mnóstwo ksiąg, w których zawarta jest wiedza o straszliwych obyczajach bladawców. Nie mógłbym cię jej nauczyć, choćbym chciał, gdyż wiedza o nich jest przeciwna naturze: wszystko bowiem robią na odwrót, w sposób lepki, przykry i tak nieapetyczny, jak tylko można sobie wyobrazić. Spiszę potrzebne dzieła, a ty każ, aby ci krawiec dworski z wszelkich włókien i plecionek skroił strój bladawczy, gdyż wyruszymy niebawem. A gdziekolwiek udamy się, nie opuszczę cię, abyś wiedział, co masz czynić i mówić.

Uradował się Ferrycy i dał sobie skroić szaty bladawcze, dziwiąc się im wielce; zakrywały bowiem prawie całe ciało, tu ukształcone w rodzaj rurociągów, tam spajane guzami, haczykami, klapkami i sznureczkami; musiał mu krawiec umyślną sporządzić instrukcję, a sporą, co i jak najpierw trzeba wdziewać, gdzie i co do czego przypiąć, i jak z siebie wszystkie owe sukienne i materialne chomąta zdejmować, gdy nadejdzie pora.

Mędrzec zaś nałożył szaty przekupnia, porozwieszał w nich ukradkiem grube dzieła uczone, traktujące o bladawczych praktykach, kazał ze sztab żelaznych uczynić klatkę, na sześć sążni wzdłuż i wszerz, zamknął w niej Ferrycego, i wyruszyli we dwóch próżniopławem królewskim. Gdy zaś dotarli do granic Aurancjuszowego królestwa, mędrzec w przebraniu przekupnia ruszył na targ miejski i obwieszczał wielkim głosem, iż przywiózł z dalekich stron młodego bladawca, aby go kupił, kto zechce. Sługi królewny zaniosły jej tę wieść, a ona zdumiała się i rzekła do nich:

– Zaprawdę, musi to być jakieś wielkie szalbierstwo, ale nie oszuka mnie ów przekupień, gdyż nikt nie wie o bladawcach tego, co ja wiem. Nakażcie mu, aby przyszedł do pałacu i pokazał onego!

Zawiedli słudzy przekupnia przed oblicze Krystali; ujrzała godnego starca i klatkę, którą wnieśli jego niewolnicy; w klatce siedział bladawiec, twarz jego była koloru kredy zmieszanej z pirytem, oczy jak wilgotna pleśń, a członki jak błoto turlane tu i tam. A Ferrycy spojrzał na królewnę i zobaczył jej twarz, która zdawała się dźwięczeć, oczy jaśniejące jak ciche wyładowania, i powiększyło się zaraz szaleństwo jego serca.

Doprawdy, ten mi wygląda na bladawca! – pomyślała królewna, lecz głośno rzekła:

– Zaiste, musiałeś się natrudzić, starcze, nim ulepiłeś z błota taką kukłę i natarłeś ją wapiennym kurzem, aby mnie podejść, lecz wiedz, że znam wszystkie tajniki rodu potężnych bladawców i gdy obnażę twoje oszustwo, każę ściąć ciebie i tego samozwańca!

Mędrzec odparł:

– Królewno Krystalo, ten, którego widzisz w klatce, jest tak prawdziwy, jak tylko może nim być bladawiec; nabyłem go za pięć tysięcy hektarów pola jądrowego od piratów gwiezdnych i, jeśli taka będzie twoja wola, ofiaruję ci go, albowiem nie mam innego życzenia, jak tylko uradować twoje serce!

Królewna kazała podać sobie miecz i wetknęła go do klatki poprzez kraty. Królewicz chwycił ostrze i zaciął nim szatę swoją, aż rozpruł się pęcherz i polał się cynober na miecz i splamił go czerwienią.

– Co to jest? – spytała królewna, a Ferrycy odparł:

– Krew!

Wówczas królewna kazała otworzyć klatkę, weszła do niej śmiało i zbliżyła swą twarz do twarzy Ferrycego; bliskość jej oblicza zmąciła mu rozum, lecz mędrzec dał z dala tajny znak i królewicz nacisnął miechy; wyszło z nich zgniłe powietrze, a gdy królewna spytała: – Co to za wiew? – Ferrycy odparł:

– Dech!

– Zaprawdę, jesteś wcale zręcznym sztukmistrzem – rzekła królewna do przekupnia, wychodząc z klatki – lecz oszukałeś mnie, zginiesz przeto ty i kukła twoja!

Wtedy mędrzec opuścił głowę, jakby w wielkim przerażeniu i żalu, a gdy to samo uczynił królewicz, z oczu jego popłynęły przejrzyste krople. Królewna spytała:

– Co to jest? Ferrycy zaś odparł:

– Łzy!

I rzekła:

– Jak się zwiesz, ty, który mienisz się bladawcem z dalekich stron?

– O, królewno, nazywam się Myamlak i niczego bardziej nie pragnę, jak połączyć się z tobą w sposób rozlewny, miękki, ciastowaty i wodnisty, jako to jest obyczajem plemienia mego – odparł Ferrycy, gdyż takich słów wyuczył go mędrzec. – Dałem się chwycić piratom umyślnie i uprosiłem ich, aby mię sprzedali temu przekupniowi, bo zmierzał do twego państwa. Pełen jestem przeto wdzięczności dla jego blaszanej osoby, że przyprowadził mnie tutaj: albowiem jestem pełen miłości ku tobie, jak kałuża pełna jest błota.

Zdumiała się królewna, albowiem naprawdę przemawiał sposobem bladawców, i rzekła:

– Powiedz mi, ty, który mienisz się Myamlakiem-bladawcem, co czynią twoi bracia w dzień?

– O, królewno – odparł Ferrycy – z rana moczą się w wodzie czystej i polewają nią swe członki i wlewają ją sobie do środka, gdyż sprawia im to lubość. A potem chodzą tu i tam w sposób falisty i płynny, i pluskają, i mlaskają, a gdy ich coś zasmuci, trzęsą się i z oczu kapie im solona woda, a kiedy ich coś rozweseli, trzęsą się i czkają, lecz oczy ich pozostają dosyć suche. I mokre pokrzykiwania zwiemy płaczem, a suche – śmiechem.

– Jeśli jest tak, jak mówisz – rzekła królewna – i jeśli dzielisz z braćmi swymi zamiłowanie do wody, każę cię wrzucić do mej sadzawki, byś się nią do woli nasycił, a nogi każę ci obciążyć ołowiem, abyś nie wypłynął przed czasem...

– O, królewno – odparł Ferrycy, pouczony przez mędrca – jeśli uczynisz tak, zginę, albowiem choć wewnątrz nas jest woda, nie może być ona na zewnątrz nas dłużej niż przez chwilę, gdyż wtedy powiadamy słowa ostatnie „bul-bul-bul”, którymi to dźwiękami żegnamy życie.

– A powiedz mi, Myamlaku, jakim sposobem zdobywasz energię, aby przechadzać się, pluskając i mlaskając, kołysząc się i panosząc tu i tam? – spytała królewna.

– Królewno – odparł Ferrycy – tam, gdzie mieszkam, oprócz bladawców małowłosych są inne, przechadzające się głównie na czworakach, które póty dziurawimy tu i tam, aż zginą; zwłoki ich parzymy i warzymy, siekamy i krajamy, po czym nadziewamy ich cielesnością naszą cielesność; i znamy trzysta siedemdziesiąt sześć sposobów zabijania, i dwadzieścia osiem tysięcy pięćset dziewięćdziesiąt siedem sposobów obchodzenia się z nieboszczykami tak, aby wpychanie ich ciał w nasze ciała przez pewną dziurkę, zwaną ustami, sprawiało nam mnóstwo uciechy; a sztuka przyrządzania nieboszczyków jest u nas jeszcze sławniejsza od astronautyki i zwie się gastronautyką lub gastronomią; wszelako z astronomią nie ma to nic wspólnego.

– Czy znaczy to, iż bawicie się w cmentarze, czyniąc w was samych pochówki waszym czworonożnym pobratymcom? – spytała podchwytliwie królewna, lecz Ferrycy, pouczony przez mędrca, rzekł:

– O, królewno, nie jest to zabawa, lecz konieczność, albowiem życie żywi się życiem; lecz myśmy z konieczności uczynili sztukę.

– A powiedz mi, Myamlaku-bladawcze, jak budujecie potomstwo? – spytała królewna.

– Nie budujemy go wcale – odparł Ferrycy – lecz programujemy metodą statystyczną, na zasadzie procesu Markowskiego, czyli stochastycznie, ślicznie, choć probabilistycznie; a robimy to niechcący i okolicznościowo, myśląc przy tym o różnościach oprócz programowania statystycznego, nieliniowego i algorytmicznego, wszelako programowanie właśnie podówczas zachodzi samochcący, odsiebnie i najzupełniej automatycznie, gdyż właśnie tak, a nie inaczej jesteśmy urządzeni, że każdy bladawiec stara się programować potomstwo, gdyż to mu jest rozkoszne, lecz programuje, nie programując, i wielu robi, co może, aby z tego programowania nic nie wynikło.

– To bardzo dziwne – rzekła królewna, której wiedza była mniej szczegółowa od mędrca Polifazego – więc jak wy to właściwie robicie?

– O, królewno! – odparł Ferrycy. – Mamy odpowiednie aparatury, zbudowane na zasadzie sprzężenia zwrotnego, chociaż wszystko to w wodzie; aparatury te są technicznie istnym cudem, ponieważ posługiwać się nimi może największy kretyn; wszelako, aby wyjawić ci szczegółowo metody, jakich używamy, musiałbym bardzo długo mówić, gdyż to wcale nieproste. Istotnie to dziwne, zważywszy, żeśmy wcale owych metod sami nie wymyślili, ale, aby tak rzec, metody te wymyśliły siebie same; wszelako są miłe i nie mamy nic przeciwko nim.

– Doprawdy – zawołała Krystala – ty jesteś prawdziwym bladawcem! Gdyż to, co mówisz, niby ma sens, a w gruncie rzeczy jest całkowicie pozbawione sensu, nieprawdopodobne, lecz pono prawdziwe, chociaż sprzeczne logicznie, jak bowiem można być cmentarzem, nie będąc nim, albo programować potomstwo, wcale go nie programując?! Tak, tyś bladawcem, Myamlaku, a przeto, jeśli łakniesz tego, połączę się z tobą zwrotnym węzłem małżenskim i wstąpisz ze mną na tron, jeśli wypełnisz próbę ostatnią.

– A jaka to próba? – spytał Ferrycy.

– Próba ta... – zaczęła królewna, lecz nagle podejrzliwość wstąpiła w jej serce i spytała: – Powiedz mi najpierw, co robią twoi bracia w nocy?

– W nocy leżą tu i tam, z rękami podgiętymi, a nogami skurczonymi, powietrze zaś wchodzi w nich i wychodzi z nich, czyniąc taki hałas, jakby ktoś ostrzył zardzewiałą piłę.

– A więc oto próba: podaj mi rękę! – rozkazała królewna. Podał jej Ferrycy dłoń, a ona ścisnęła ją; Ferrycy zaś krzyknął wielkim głosem, gdyż tak mu nakazał mędrzec, a ona spytała, czemu krzyczy.

– Przez ból! – odparł Ferrycy, ona zaś uwierzyła wówczas, iż jest prawdziwym bladawcem, i kazała wszcząć przygotowania do ceremonii zaślubin.

Lecz stało się wówczas, że powrócił właśnie statek, którym elektor królewny, cybergraf Cyberhazy, wyruszył w kraje śródgwiezdne, aby znaleźć dla Krystali bladawca, pragnął bowiem wkupić się tym sposobem w jej łaski. Przybiegł do Ferrycego zatrwożony mędrzec Polifazy i rzekł:

– Królewiczu, przybył statkiem próżniowym wielki cybergraf Cyberhazy i przywiózł królewnie prawdziwego bladawca, jak to właśnie widziały moje oczy; a przeto musimy czym prędzej uciekać, albowiem daremne będzie dalsze udawanie, jeśli pospołu staniecie przed królewną. Jego lepkość jest bowiem bardziej lepka, włochatość – bardziej włochata, ciastowatość – także nie do prześcignięcia, więc wyda się nasz podstęp i zginiemy!

Ferrycy jednak odmówił zgody na ucieczkę, pokochał bowiem królewnę wielkim uczuciem i rzekł:

– Raczej zginąć, niż ją stracić!

Cyberhazy zaś, zwiedziawszy się o przygotowaniach do ślubu, czym prędzej zakradł się pod okno komnaty, w której rzekomy bladawiec przebywał z przekupniem, a podsłuchawszy ich tajemną rozmowę, pognał do pałacu pełen czarnej radości i stanął przed Krystalą, by rzec:

– Oszukano cię, królewno, albowiem tak zwany Myamlak jest w istocie zwykłym śmiertelnikiem, a nie żadnym bladawcem; prawdziwy jest tylko ten!

I wskazał na przywiezionego, który wyprężył swą włosem porosłą pierś, wytrzeszczył swe oczy wodniste i rzekł:

– Bladawiec to ja!

Królewna kazała natychmiast wezwać Ferrycego, a gdy stanął wraz z tamtym przed jej obliczem, na nic zdał się podstęp mędrca. Ferrycy bowiem, choć oblepiony błotem, kurzem i kredą, choć maszczony olejem i wodniście chlupiący, nie mógł ukryć ani swego wzrostu elektrycerskiego, ani postawy wspaniałej, szerokości barów stalowych ni chodu grzmiącego. Bladawiec natomiast cybergrafa Cyberhazego był to pokurcz prawdziwy; jego krok każdy był jako przelewanie się stągwi błotnistych, jego wejrzenie jak zamulona studnia, od jego zgniłego tchu ślepły mgłą okryte zwierciadła, a rdza chwytała żelazo. I pojęła w swoim sercu królewna, że wstrętny jest jej ów bladawiec, któremu, gdy mówił, jakoby robak różowy poruszał się, pełzając w gębie; przejrzała Krystala, ale duma jej nie pozwoliła wyjawić tego, co ocknęło się w sercu.

Powiedziała więc:

– Niech walczą z sobą obaj, a który zwycięży, pojmie mnie za żonę...

Rzekł Ferrycy do mędrca:

– Panie, jeśli ruszę na tego pokurcza i obrócę go w błoto, z którego powstał, podstęp wyda się, glina opadnie ze mnie i na wierzch wyjdzie stal; co mam czynić?

– Królewiczu – odparł Palifazy – nie atakuj, jeno broń się!

Weszli tedy obaj na podworzec pałacowy, każdy z mieczem, i skoczył bladawiec na Ferrycego, jak skacze bagienny szlam, i obtańcowywał go, bełkocąc i kucając, i sapiąc, i zamachnął się, i ciął go mieczem, który przeszył glinę i rozstrzaskał się o stal, a bladawiec wpadł z impetu na królewicza, prysnął, pękł i rozpłynął się, i nie było już bladawca. Lecz poruszona, zeschła glina opadła z barków Ferrycego i obnażyła się jego prawdziwa natura stalowa przed oczyma królewny i zadrżał, oczekując zguby, lecz w jej spojrzeniu kryształowym ujrzał podziw i zrozumiał, jak bardzo odmieniło się jej serce.

Połączyli się więc sprzężeniem małżeńskim, które jest trwałe i zwrotne, jednym na radość i szczęście, innym na biedę i skon; i panowali długo a szczęśliwie, doprogramowawszy się niezliczonego potomstwa. A skórę bladawca, którego przywiózł cybergraf Cyberhazy, wypchano i ustawiono w muzeum koronnym na wieczną rzeczy pamiątkę. Stoi tam do dzisiaj, pałubiasta, porosła tu i tam włosiem wyleniałym, i wielu mędrków waży się rozpuszczać wieść, jakoby była tylko sztuczką i udaniem, a żadnych bladawców-cmentarników, ciastonosów klejookich na świecie nie było i nie ma. Kto wie: może to i czcze zmyślenie – alboż to mało bajań i mitów roi sobie plebs? Ale jeśli to i nieprawdziwa historia, ma w sobie ziarno pouczenia, a że zabawna – godna opowieści.



JAK OCALAŁ ŚWIAT

Konstruktor Trurl sporządził raz maszynę, która umiała robić wszystko na literę n. Kiedy była gotowa, na próbę kazał jej zrobić nici, potem nanizać je na naparstki, które też zrobiła, następnie wrzucić wszystkie do sporządzonej nory, otoczonej natryskami, nastawniami i naparami. Wykonała polecenie co do joty, ale ponieważ nie był jeszcze pewny jej działania, kolejno musiała zrobić nimby, nausznice, neutrony, nurty, nosy, nimfy i natrium. Tego ostatniego nie umiała i Trurl, bardzo zmartwiony, kazał się jej tłumaczyć.

– Nie wiem, co to jest – wyjaśniła. – Nie słyszałam o czymś takim.

– Jak to? Ależ to sód. Taki metal, pierwiastek...

– Jeżeli nazywa się sód, jest na s, a ja umiem robić tylko na n.

– Ale po łacinie nazywa się natrium.

– Mój kochany – rzekła maszyna – gdybym mogła robić wszystko na we wszelkich możliwych językach, byłabym Maszyną Która Może Wszystko Na Cały Alfabet, bo dowolna rzecz w jakimś tam obcym języku na pewno nazywa się na n. Nie ma tak dobrze. Nie mogę robić więcej, niż to wymyśliłeś. Sodu nie będzie.

– Dobrze – zgodził się Trurl i kazał jej zrobić niebo. Zrobiła zaraz jedno, niewielkie, ale zupełnie niebieskie. Zaprosił wtedy do siebie konstruktora Klapaucjusza, przedstawił go maszynie i tak długo wychwalał jej nadzwyczajne zdolności, aż ów rozgniewał się skrycie i poprosił, aby i jemu wolno było coś jej rozkazać.

– Proszę bardzo – rzekł Trurl – ale to musi być na n.

– Na n? – rzekł Klapaucjusz. – Dobrze. Niech zrobi naukę.

Maszyna zawarczała i po chwili plac przed domostwem Trurla wypełnił się tłumem naukowców. Wodzili się za łby, pisali w grubych księgach, inni porywali te księgi i darli je na strzępy, w dali widać było płonące stosy, na których skwierczeli męczennicy nauki, tu i ówdzie coś hukało, powstawały jakieś dziwne dymy w kształcie grzybów, cały tłum gadał równocześnie, tak że słowa nie można było zrozumieć, od czasu do czasu układając memoriały, apele i inne dokumenty, w odosobnieniu zaś, pod nogami wrzeszczących, siedziało kilku samotnych starców i bez przerwy maczkiem pisało na kawałkach podartego papieru.

– No co, może złe?! – zawołał z dumą Trurl. – Wykapana nauka, sam przyznasz!

Ale Klapaucjusz nie był zadowolony.

– Co, ten tłum to ma być nauka? Nauka to coś całkiem innego!

– Więc proszę, powiedz co, a maszyna zaraz to zrobi! – obruszył się Trurl. Ale Klapaucjusz nie wiedział, co powiedzieć, więc oświadczył, że postawi maszynie jeszcze dwa inne zadania, a jeśli je ona rozwiąże, uzna, że jest taka, jak ma być. Trurl przystał na to i Klapaucjusz rozkazał, aby zrobiła nice.

– Nice! – wykrzyknął Trurl. – Słyszał kto coś takiego, co to są nice?!

– Ależ jak to, druga strona wszystkiego – odparł Klapaucjusz spokojnie. – Nicować, przewracać na podszewkę, nie słyszałeś o tym? No no, nie udawaj! Hej, maszyno, bierz się do roboty!

Maszyna jednak działała już od dobrej chwili. Zrobiła najpierw antyprotony, potem antyelektrony, antyneutrina, antyneutrony, i tak długo pracowała, nie ustając, aż natworzyła bez liku antymaterii, z której zaczął się z wolna, podobny do dziwnie błyszczącej chmury w niebie, formować antyświat.

– Hm – rzekł bardzo niezadowolony Klapaucjusz – to mają być nice? Powiedzmy, że tak... Dajmy na to, dla świętego spokoju... Ale oto trzeci rozkaz: Maszyno! Masz zrobić Nic!

Maszyna przez dłuższy czas w ogóle się nie ruszała. Klapaucjusz jął zacierać z zadowolenia ręce, Trurl zaś rzekł:

– O co ci chodzi? Kazałeś jej nic nie robić, więc nic nie robi!

– Nieprawda. Kazałem jej zrobić Nic, a to co innego.

– Też coś! Zrobić Nic, a nie zrobić nic, znaczy jedno i to samo.

– Skądże! Miała zrobić Nic, a tymczasem nie zrobiła nic, więc wygrałem. Nic bowiem, mój ty przemądrzały kolego, to nie takie sobie zwyczajne nic, produkt lenistwa i niedziałania, lecz czynna i aktywna Nicość, to jest doskonały, jedyny, wszechobecny i najwyższy Niebyt we własnej nieobecnej osobie!!

– Zawracasz głowę maszynie! – krzyknął Trurl, lecz naraz rozległ się jej spiżowy głos:

– Przestańcie się kłócić w takiej chwili! Wiem, co to Niebyt, Nicość, czyli Nic, ponieważ te rzeczy należą do klucza litery n, jako Nieistnienie. Lepiej po raz ostatni przyjrzyjcie się światu, bo wnet go nie będzie...

Słowa zamarły na ustach rozjuszonym konstruktorom. Maszyna w samej rzeczy robiła Nic, a to w ten sposób, że kolejno usuwała ze świata rozmaite rzeczy, które przestawały istnieć, jakby ich w ogóle nigdy nie było. Usunęła już natągwie, nupajki, nurkownice, nędzioły, nałuszki, niedostópki i nędasy. Chwilami wydawało się, że zamiast redukować, zmniejszać, wyrzucać, usuwać, unicestwiać i odejmować – powiększa i dodaje, ponieważ zlikwidowała po kolei niesmak, niepospolitość, niewiarę, niedosyt, nienasycenie i niemoc. Lecz potem znowu zaczęło się robić wokół patrzących rzadziej.

– Ojej! – rzekł Trurl. – Żeby coś z tego złego tylko nie wynikło...

– E, co tam! – rzekł Klapaucjusz. – Przecież widzisz, że ona nie robi wcale Nicości Generalnej, a jedynie Nieobecność wszystkich rzeczy na n, nic się nie stanie, bo też ta twoja maszyna całkiem do niczego!

– Tak ci się tylko wydaje – odparła maszyna. – Zaczęłam, istotnie, od wszystkiego, co na n, bo było mi to bardziej familiarne, ale co innego jest zrobić jakąś rzecz, a co innego usunąć ją. Usuwać mogę wszystko, z tej prostej przyczyny, że umiem robić wszyściuteńko, ale to wszyściuteńko na n, a więc Niebyt jest dla mnie fraszką. Zaraz was nie będzie ani niczego, więc proszę cię, Klapaucjuszu, abyś powiedział jeszcze prędko, że jestem prawdziwie uniwersalna i wykonuję rozkazy, jak się należy, bo będzie za późno.

– Ależ to... – zaczął przestraszony Klapaucjusz i w tej chwili zauważył, że istotnie już nie tylko na nikną różne rzeczy: przestały ich bowiem otaczać kambuzele, ściśnięta, wytrzopki, gryzmaki, rymundy, trzepce i pćmy.

– Stój! Stój! Cofam to, co powiedziałem! Przestań! Nie rób Niebytu!! – wrzeszczał na całe gardło Klapaucjusz, ale zanim maszyna się zatrzymała, znikły jeszcze graszaki, plukwy, filidrony i zamry. Wtedy dopiero maszyna znieruchomiała. Świat wyglądał wręcz przeraźliwie. Zwłaszcza ucierpiało niebo: widać było na nim ledwo pojedyncze punkciki gwiazd; ani śladu prześlicznych gryzmaków i gwajdolnic, które tak dotąd upiększały nieboskłon!

– Wielkie nieba! – zakrzyknął Klapaucjusz. – A gdzież są kambuzele? Gdzie moje murkwie ulubione? Gdzie pćmy łagodne?!

– Nie ma ich i nigdy już nie będzie – odparła spokojnie maszyna.

– Wykonałam, a raczej zaczęłam wykonywać to tylko, coś mi kazał...

– Kazałem ci zrobić Nicość, a ty... ty...

– Klapaucjuszu, albo jesteś głupcem, albo głupca udajesz – rzekła maszyna. – Gdybym zrobiła Nicość naraz, za jednym zamachem, przestałoby istnieć wszystko, więc nie tylko Trurl i niebo, i Kosmos, i ty, ale nawet ja. Więc kto właściwie i komu mógłby wtedy powiedzieć, że rozkaz został wykonany i że jestem sprawną maszyną? A gdyby nikt tego nikomu nie powiedział, w jaki sposób ja, której by także już nie było, mogłabym otrzymać należną mi satysfakcję?

– Niech ci będzie, nie mówmy już o tym – rzekł Klapaucjusz. – Już niczego od ciebie nie chcę, śliczna maszyno, tylko proszę, zrób murkwie, bo bez nich życie mi niemiłe...

– Nie umiem tego, ponieważ są na m – rzekła maszyna. – Owszem, mogę na powrót zrobić niesmak, nienasycenie, niewiedzę, nienawiść, niemoc, nietrwałość, niepokój i niewiarę, ale na inne litery proszę się po mnie niczego nie spodziewać.

– Ale ja chcę, żeby były murkwie! – ryknął Klapaucjusz.

– Murkwi nie będzie – rzekła maszyna.  – Popatrz, proszę, na świat, jaki jest cały pełen olbrzymich czarnych dziur, pełen Nicości, która wypełnia bezdenne otchłanie między gwiazdami, jak wszystko dookoła stało się nią podszyte, jak czyha nad każdym skrawkiem istnienia. To twoje dzieło, mój zawistniku! Nie sądzę, żeby następne pokolenia miały cię za to błogosławić...

– Może się nie dowiedzą... Może nie zauważą... – wyjąkał pobladły Klapaucjusz, patrząc z niewiarą w pustkę czarnego nieba i nie śmiąc nawet w oczy spojrzeć swemu koledze. Pozostawiwszy go obok maszyny, która umiała wszystko na n, wrócił chyłkiem do domu – świat zaś po dziś dzień pozostał już cały podziurawiony Nicością – tak jak go w toku nakazanej likwidacji zatrzymał Klapaucjusz. A ponieważ nie udało się zbudować maszyny na żadną inną literę, trzeba się obawiać, że nie będzie już nigdy takich wspaniałych zjawisk, jak pćmy i murkwie – po wieki wieków.



MASZYNA TRURLA

Konstruktor Trurl zbudował raz ośmiopiętrową maszynę rozumną, którą, kiedy skończył najważniejszą pracę, pociągnął najpierw białym lakierem; potem narożniki pomalował liliowo, przypatrzył się z daleka i dorobił jeszcze mały deseń na froncie, a tam, gdzie można sobie było wyobrazić jej czoło, położył lekki pomarańczowy rzucik i, bardzo zadowolony z siebie, pogwizdując od niechcenia, niejako z czczego obowiązku, rzucił sakramentalne pytanie, ile jest dwa razy dwa?

Maszyna ruszyła. Najpierw zapaliły się jej lampy, zajaśniały obwody, zahuczały prądy jak wodospady, zagrały sprzężenia, potem rozżarzyły się cewki, zawirowało w niej, rozłomotało się, zadudniło i tak szedł na całą równinę hałas, aż Trurl pomyślał, że trzeba będzie sporządzić jej specjalny tłumik myślowy. Tymczasem maszyna wciąż pracowała, jakby przychodziło jej rozstrzygać najtrudniejszy problem w całym Kosmosie; ziemia dygotała, piasek usuwał się spod stóp od wibracji, bezpieczniki strzelały jak korki z flaszek, a przekaźniki aż nadrywały się z wysiłku. Nareszcie, kiedy Trurla porządnie już zniesmaczył taki rwetes, maszyna zahamowała gwałtownie i rzekła gromowym głosem: SIEDEM!

– No no, moja droga! – rzekł od niechcenia Trurl. – Nic podobnego, jest cztery, bądź tak dobra, popraw się! Ile jest dwa a dwa? – SIEDEM! – odparła maszyna niezwłocznie. Chcąc nie chcąc, Trurl – westchnąwszy – nałożył roboczy fartuch, który był już zdjął, zakasał wysoko rękawy, otworzył spodnią klapę i wlazł do środka. Nie wychodził z niej długo, słychać było, jak wali młotem, jak odkręca coś, spawa, lutuje, jak wbiega, dudniąc po blaszanych stopniach, raz na szóste piętro, raz na ósme, i zaraz w te pędy gna na dół. Puścił prąd, aż zaskwierczało w środku i fioletowe wąsy wyrosły iskiernikom. Mozolił się tak dwie godziny, aż wyszedł na świeże powietrze zakopcony, lecz zadowolony, złożył wszystkie narzędzia, rzucił fartuch na ziemię, wytarł twarz i ręce, i już na odchodnym, ot, tak, dla świętego spokoju, spytał:

– Ileż to jest: dwa a dwa?

– SIEDEM! – odparła maszyna.

Trurl zaklął okropnie, ale nie było rady – znów jął w niej dłubać, poprawiał, łączył, rozlutowywał, przestawiał, a kiedy po raz trzeci dowiedział się, że dwa a dwa jest siedem, usiadł zrozpaczony na najniższym stopniu maszyny i siedział tak, aż nadszedł na to Klapaucjusz. Spytał Trurla, co mu się stało, że wygląda, jakby właśnie wrócił z pogrzebu, a ten wyjawił mu swój kłopot. Klapaucjusz sam parę razy wchodził do wnętrza maszyny, próbował poprawić to i owo, pytał ją też, ile jest dwa a jeden, odparła, że sześć; jeden a jeden wynosiło według niej zero. Klapaucjusz podrapał się w głowę, odchrząknął i rzekł:

– Przyjacielu, nie ma co, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Sporządziłeś inną maszynę, niż chciałeś. Wszelako każde zjawisko ujemne ma też swoje strony dodatnie, ta maszyna na przykład też.

– Ciekawym, jakie – odparł Trurl i kopnął fundament, na którym siedział.

– Przestań – powiedziała maszyna.

– Ot, widzisz, jest wrażliwa. Więc... co chciałem powiedzieć? Jest to, nie ulega wątpliwości, maszyna głupia, i to nie taką sobie zwykłą, przeciętną głupotą, bynajmniej! Jest to, o ile się orientuję, a jestem, jak wiesz, znakomitym specjalistą, jest to najgłupsza maszyna rozumna na całym świecie, a to już nie byle co! Zbudować ją umyślnie nie byłoby łatwe, wprost przeciwnie, sądzę, że to by się nikomu nie udało. Nie tylko głupia jest bowiem, ale i uparta jak kloc, czyli ma charakter, zresztą właściwy idiotom, bo oni zwykle są szalenie uparci.

– Po diabła mi taka maszyna?! – rzekł Trurl i kopnął ją drugi raz.

– Ostrzegam cię poważnie, przestań! – rzekła maszyna.

– Proszę, już masz poważne ostrzeżenie – skomentował oschle Klapaucjusz. – Widzisz, jest nie tylko wrażliwa i tępa, i uparta, ale także obraźliwa, a z taką ilością cech można już dopiąć niejednego, ho ho, ja ci to mówię!

– No dobrze, ale co właściwie mam z nią począć? – spytał Trurl.

– Ba, w tej chwili trudno mi odpowiedzieć. Mógłbyś na przykład zrobić wystawę, ze wstępem, z biletami, aby każdy, kto zechce, mógł obejrzeć najgłupszą maszynę rozumną na świecie; ile ona ma – osiem pięter? Proszę cię, ależ tak wielkiego idioty nikt dotąd nie widział. Ta wystawa zwróci ci nie tylko poniesione koszty, ale...

– Daj mi spokój, nie będę robił żadnej wystawy! – odparł Trurl, wstał, i że nie mógł się powstrzymać, kopnął maszynę jeszcze raz.

– Udzielam ci trzeciego poważnego ostrzeżenia – rzekła maszyna.

– Bo co? – krzyknął rozjuszony jej majestatycznością Trurl. – Jesteś... jesteś... – tu nie znalazł słów, więc kopnął ją kilka razy, wrzeszcząc: – Nadajesz się tylko do kopania, wiesz?

– Obraziłeś mnie po raz czwarty, piąty, szósty i ósmy – rzekła maszyna – dlatego więcej nie będę liczyła. Odmawiam odpowiedzi na dalsze pytania dotyczące zadań z zakresu matematyki.

– Ona odmawia! Patrzcie ją! – żołądkował się dotknięty do żywego Trurl. – Po szóstce wypada jej osiem, uważasz, Klapaucjuszu, nie siedem, lecz osiem! I ona ma czelność odmawiać TAKIEGO wykonywania zadań matematycznych. A masz! masz! masz! Może jeszcze?

Na to maszyna zadygotała, zatrzęsła się i bez jednego słowa zaczęła ze wszech sił wydobywać się z fundamentów. Były głębokie, więc pogięły się liczne dźwigary, lecz w końcu wylazła z dołu, w którym zostały tylko pokruszone kloce betonowe z wystającymi prętami zbrojeń, i ruszyła jak forteca krocząca na Klapaucjusza i Trurla. Ten ostatni tak osłupiał od niepojętego wydarzenia, że nie próbował nawet skryć się przed maszyną, która zmierzała najoczywiściej do tego, aby go zmiażdżyć. Dopiero przytomniejszy Klapaucjusz, porwawszy go za rękę, pociągnął przemocą i obaj odbiegli spory kawałek. Kiedy się odwrócili, maszyna, chwiejąc się jak wysoka wieża, szła powoli, przy każdym kroku zapadała się prawie po pierwsze piętro, ale uparcie, niezmordowanie wynurzała się z piasku i parła wprost na nich.

– No, tego jeszcze na świecie nie było! – rzekł Trurl, którego aż zatchnęło ze zdumienia. – Maszyna się zbuntowała! Co teraz robić?

– Czekać i obserwować – odparł roztropny Klapaucjusz. – Może się coś wyklaruje.

Nic na to na razie nie wskazywało. Maszyna, wydostawszy się na twardszy grunt, ruszyła szybciej. W środku jej gwizdało, syczało i pobrzękiwało.

– Zaraz się rozlutuje nastawnia i programowanie – mruknął Trurl. – Wtedy się rozleci i stanie...

– Nie – odparł Klapaucjusz – to szczególny wypadek. Ona jest tak głupia, że nawet zatrzymanie się całego rozrządu jej nie zaszkodzi. Uważaj, ona... Uciekajmy!!

Maszyna najwyraźniej rozpędzała się, aby ich stratować. Gnali więc co tchu, słysząc za plecami rytmiczny łoskot straszliwego tupania. I biegli tak, bo cóż mogli zrobić innego? Chcieli wrócić do rodzinnej miejscowości, ale maszyna udaremniła to, spychając ich przez flankowanie z upatrzonej drogi, i nieubłaganie zmuszała ich do zagłębiania się w kraj coraz bardziej pustynny. Powoli wyłoniły się z przyziemnych mgieł góry, posępne i skaliste; Trurl, dysząc ciężko, zawołał do Klapaucjusza:

– Słuchaj! Uciekajmy w jakiś ciasny wąwóz... gdzie nie będzie mogła za nami wejść... przeklęta... co?!

– Lepiej biegnijmy... prosto – wydyszał Klapaucjusz. – Niedaleko jest mała miejscowość... nie pamiętam, jak się nazywa... w każdym razie znajdziemy tam... uf!!! schronienie...

Popędzili zatem prosto i rychło ujrzeli przed sobą pierwsze domostwa. O tej porze dnia ulice były niemal puste. Przebiegli dobry kawał drogi, nie napotykając żywego ducha, gdy przeraźliwy rumor, taki, jakby na skraj osiedla zwaliła się kamienna lawina, zaświadczył o tym, że ścigająca ich maszyna już tam dotarła.

Trurl obejrzał się i aż jęknął.

– Wielkie nieba! Popatrz, Klapaucjuszu, ona burzy domy!! – Jakoż maszyna, prąc uparcie za nimi, szła przez mury domów jak stalowa góra, a drogę jej znaczyły ceglane rumowiska wypełnione białymi kłębami wapiennego kurzu. Rozległy się przeraźliwe krzyki zasypanych, zaroiło się na ulicach, Trurl zaś i Klapaucjusz pędzili, ledwo dysząc, przed siebie, aż dopadli wielkiego gmachu ratuszowego, gdzie w mig zbiegli po schodach do głębokiej piwnicy.

– No, tu nas nie dosięgnie, żeby miała nam nawet cały ten ratusz na głowę zwalić! – wysapał Klapaucjusz. – Ale diabli skusili mnie złożyć ci dzisiaj wizytę... Byłem ciekaw, jak ci idzie robota, no i proszę – dowiedziałem się...

– Bądź cicho – odparł mu Trurl. – Ktoś tu idzie...

Rzeczywiście, drzwi podziemia uchyliły się i wszedł sam burmistrz wraz z kilkoma radnymi. Trurl wstydził się wyjawić, co spowodowało niezwykłą i przeraźliwą zarazem historię, więc wyręczył go Klapaucjusz. Burmistrz przysłuchiwał mu się w milczeniu. Naraz ściany drgnęły, zakołysała się ziemia i do głęboko pod jej powierzchnią ukrytej piwnicy dotarł przeciągły łoskot walących się murów.

– Ona już jest tu?! – krzyknął Trurl.

– Tak – odparł burmistrz. – I żąda, abyśmy was wydali, w przeciwnym razie zburzy całe miasto...

Zarazem dobiegły ich wypowiedziane gdzieś, na wysokości, nosowo brzmiące, do stalowego gęgania podobne słowa:

– Tu jest gdzieś Trurl... Czuję Trurla...

– Ale chyba nas nie wydacie? – spytał drżącym głosem ten, którego tak natarczywie domagała się maszyna.

– Ten z was, który nazywa się Trurl, musi stąd wyjść. Drugi może zostać, gdyż jego wydanie nie jest koniecznym warunkiem...

– Ależ litości!

– Jesteśmy bezsilni – rzekł burmistrz. – Gdybyś zresztą miał tu zostać, Trurlu, odpowiadać byś musiał za wyrządzone miastu i jego mieszkańcom szkody, bo to przez ciebie maszyna zburzyła szesnaście domów i pogrzebała pod ich ruinami wielu tutejszych obywateli. Tylko to, że znajdujesz się w obliczu śmierci, pozwala mi puścić cię wolno. Idź i nie wracaj.

Trurl spojrzał na twarze radnych, a widząc na nich wypisany na siebie wyrok, powoli skierował się ku drzwiom.

– Czekaj! Idę z tobą! – wykrzyknął impulsywnie Klapaucjusz.

– Ty? – ze słabą nadzieją w głosie rzekł Trurl. – Nie... – rzekł po chwili. – Zostań, tak będzie lepiej... Po co miałbyś niepotrzebnie ginąć?...

– Idiotyzm! – zawołał energicznie Klapaucjusz. – Cóż to, dlaczego mamy ginąć, czy może za sprawą tej żelaznej kretynki? Też mi coś! to za mało, aby zetrzeć z powierzchni globu dwóch najwybitniejszych konstruktorów! Chodź, mój Trurlu! Śmiało!

Podniesiony tymi słowami na duchu Trurl pobiegł po schodach za Klapaucjuszem. Na rynku nie było żywego ducha. Wśród kłębów pyłu i kurzawy, z których wyłaniały się sterczące szkielety poburzonych domów, stała, wydzielając kłęby pary, maszyna, wyższa nad wieże ratusza, cała zbroczona ceglaną krwią murów i umazana białym prochem.

– Uważaj! – szepnął Klapaucjusz. – Ona nas nie widzi. Pędzimy tą pierwszą uliczką w lewo, potem w prawo, i prosto jak strzelił, niedaleko już zaczynają się góry. Tam się schronimy i obmyślimy coś takiego, żeby raz na zawsze odechciało się jej... W nogi! – krzyknął, bo maszyna dostrzegła ich w tym momencie i natarła na nich, aż grunt zatrząsł się w posadach.

Pędząc bez tchu, wybiegli za miasteczko. Jakąś milę galopowali tak, słysząc za sobą gromowe stąpania kolosa, który nieustępliwie ich ścigał.

– Znam ten wąwóz! – zawołał nagle Klapaucjusz. – Jest tam koryto wyschłego potoku, które prowadzi w głąb skał, tam są liczne jaskinie, biegnijmy szybciej, zaraz będzie musiała stanąć!...

Gnali więc pod górę, potykając się i wymachując rękami dla odzyskania równowagi, ale maszyna wciąż znajdowała się w jednakiej za nimi odległości. Po chyboczących głazach wyschłego strumienia dobiegli do szczeliny w pionowych skałach, a ujrzawszy dosyć wysoko w górze czerniejący wylot jaskini, jęli się co sił piąć ku niemu, nie zważając na umykające spod stóp, luźne kamienie. Wielki otwór w skale ział chłodem i ciemnością. Skoczyli czym prędzej do środka, przebiegli jeszcze kilka kroków i zatrzymali się.

– No, tu jesteśmy bezpieczni – rzekł Trurl, który odzyskał spokój.

– Wyjrzę, żeby zobaczyć, gdzie utknęła...

– Uważaj – przestrzegł go Klapaucjusz. Trurl podszedł ostrożnie do otworu jaskini, wychylił się i nagle skoczył z przestrachem w tył.

– Ona włazi na górę!! – krzyknął.

– Uspokój się, tutaj na pewno nie wejdzie – rzekł niezupełnie stanowczym głosem Klapaucjusz. – Co to? Jakby pociemniało... Och!

W tej chwili wielki cień przesłonił niebo, widoczne dotąd przez wylot pieczary, i ukazała się w nim na mgnienie stalowa, gładka, nitami wybijana raz koło razu ściana maszyny, która przywarła powoli do skały. W ten sposób jaskinia została jak gdyby stalową przykrywą szczelnie zamknięta od zewnątrz.

– Jesteśmy uwięzieni... – wyszeptał Trurl, a głos jego drżał tym mocniej, że zapadła całkowita ciemność.

– To było z naszej strony idiotyczne! – ze wzburzeniem zawołał Klapaucjusz. – Pchać się do jaskini, którą mogła zabarykadować! Jak mogliśmy zrobić coś takiego?

– Jak myślisz, na co ona liczy? – spytał po długiej chwili milczenia Trurl.

– Na to, że będziemy chcieli stąd wyjść, do tego nie trzeba specjalnego rozumu.

Znowu zapadło milczenie. Trurl podszedł w czarnym mroku na palcach, wyciągając przed siebie ręce, w stronę, w której znajdował się otwór jaskini i wodził po skale rękami, aż dotknął głębokiej stali, która była ciepła, jakby nagrzana od środka...

– Czuję cię, Trurlu... – zahuczał w zamkniętej przestrzeni żelazny głos. Trurl cofnął się, usiadł na głazie obok przyjaciela i jakiś czas spoczywali bez ruchu. Wreszcie Klapaucjusz szepnął mu:

– Niczego tu nie wysiedzimy, nie ma rady. Spróbuję z nią paktować...

– To beznadziejne – rzekł Trurl. – Ale próbuj, może chociaż ciebie wypuści cało...

– Ależ nie, nie tak! – rzekł mu krzepiąco Klapaucjusz i podszedłszy do niewidzialnego w ciemności otworu skalnego, zawołał:

– Halo, czy słyszysz nas?

– Słyszę – odparła maszyna.

– Słuchaj, chciałbym cię przeprosić. Wiesz... wynikło między nami małe nieporozumienie, ale to przecież drobiazg w gruncie rzeczy. Trurl nie miał zamiaru...

– Zniszczę Trurla! – rzekła maszyna. – Ale przedtem odpowie mi na pytanie, ile jest dwa a dwa.

– Ach, odpowie ci, i to tak, że będziesz zadowolona i na pewno się z nim pogodzisz, nieprawdaż, Trurlu? – uspokajająco rzekł mediator.

– No, zapewne... – rzekł ów słabym głosem.

– Tak? – powiedziała maszyna. – To ile jest dwa a dwa?

– Czte... to jest siedem – jeszcze ciszej powiedział Trurl.

– Ha, ha! Nie cztery więc, tylko siedem, co? – zahuczała maszyna. – A widzisz!

– Siedem, naturalnie, że siedem, zawsze było siedem! – gorliwie przytaknął Klapaucjusz. – Czy wypuścisz nas już? – dodał ostrożnie.

– Nie. Niech Trurl jeszcze raz powie, że mu bardzo przykro i ile jest dwa razy dwa...

– A czy puścisz nas, jeśli powiem? – spytał Trurl.

– Nie wiem. Zastanowię się. Nie będziesz mi stawiał warunków. Mów, ile jest dwa razy dwa!

– Ale prawdopodobnie nas wypuścisz? – powiedział Trurl, chociaż Klapaucjusz szarpał go za rękę, szepcząc do ucha: – To idiotka, idiotka, nie sprzeczaj się z nią, błagam!

– Nie wypuszczę, jeśli mi się nie zechce – odparła maszyna. Ale ty i tak powiesz mi, ile jest dwa razy dwa...

Nagła wściekłość zatrzęsła Trurlem.

– O! Powiem ci, powiem! – zakrzyknął. – Dwa a dwa jest cztery i dwa razy dwa jest cztery, choćbyś się na głowie postawiła, choćbyś całe te góry w proch obróciła, morzem się udławiła, niebo wypiła, słyszysz? Dwa a dwa jest cztery!!

– Trurlu! Tyś zwariował! Co ty mówisz? Dwa a dwa jest siedem, proszę pani! Kochana maszyno, siedem! Siedem!!! – wołał Klapaucjusz, usiłując przekrzyczeć przyjaciela.

– Nieprawda! Cztery jest! Tylko cztery, od początku aż do końca świata CZTERY!! – do utraty głosu ryczał Trurl.

Nagle skały pod ich stopami przeszył febryczny dreszcz.

Maszyna odsunęła się od wylotu jaskini, że w jej głąb padł szarawy pobrzask, a zarazem wydała przeciągły krzyk:

– Nieprawda! Siedem! Powiesz zaraz, jak cię chwycę!

– Nie powiem nigdy! – odparował Trurl, jakby mu już było wszystko jedno, a wtedy ze stropu na ich głowy sypnął się kamienny grad, bo maszyna jęła całym swoim ośmiopiętrowym cielskiem raz za razem taranować skalny wiszar i waliła sobą w pionowe zbocze, aż ogromne głazy odpryskiwały od litych skał i z hukiem toczyły się w dolinę.

Grzmot wraz z wonią krzemionkowego dymu napełniał jaskinię pospołu z krzesanymi stalą o głaz iskrami, lecz poprzez te piekielne odgłosy szturmu chwilami dawał się słyszeć głos Trurla, wołającego bez ustanku:

– Dwa a dwa jest cztery! Cztery!!!

Klapaucjusz próbował zamknąć mu przemocą usta, lecz, odtrącony gwałtownie, zamilkł i usiadł, okrywając głowę rękami. Maszyna wciąż nie ustawała w piekielnych wysiłkach i zdawało się, że lada chwila strop jaskini runie na uwięzionych, miażdżąc ich i grzebiąc na wieki. Lecz kiedy stracili już wszelką nadzieję, kiedy gryzący pył wypełnił powietrze, coś naraz straszliwie zazgrzytało, dał się słyszeć powolny grom, silniejszy od wszystkich odgłosów zaciekłego kucia i dobijania się, potem powietrze zawyło, czarna ściana, zasłaniająca otwór, znikła jak zdmuchnięta przez wicher, w dół poszła lawina olbrzymich złomów skalnych. Echo grzmotów toczyło się jeszcze przez dolinę, odbijane od gór, kiedy obaj przyjaciele dopadli wyjścia jaskini i wychyliwszy się do połowy ciał, ujrzeli maszynę, jak leżała pogruchotana i spłaszczona wywołanym przez siebie skalnym obwałem, z olbrzymim głazem pośrodku swych ośmiu pięter, który przełamał ją niemal na pół. Zeszli ostrożnie po kurzącym się mąką skalną rumowisku. Aby dotrzeć do koryta wyschłego potoku, musieli przejść tuż obok zewłoku leżącej na płask maszyny, wielkiego jak okręt wyrzucony na brzeg. Nic nie mówiąc, zatrzymali się obaj jednocześnie pod jej wgniecioną, stalową flanką. Maszyna ruszała się jeszcze słabo i słychać było, jak w jej wnętrzu z gasnącym hurkotem coś krąży.

– A więc taki twój niesławny koniec i dwa a dwa jest dalej – zaczął Trurl, lecz w tejże chwili maszyna zaszumiała słabo i niewyraźnie, ledwo słyszalnie, po raz ostatni wybełkotała: – SIEDEM.

Potem coś cienko zgrzytnęło w jej wnętrzu, kamienie posypały się z wierzchu i zamarła, przeistoczona w bryłę martwego żelastwa. Obaj konstruktorzy spojrzeli na siebie, a potem, bez jednego słowa, jęli, nie odzywając się do siebie, wracać korytem wyschłego strumienia.



WIELKIE LANIE

Ktoś zapukał do domu konstruktora Klapaucjusza, który uchylił drzwi, wystawił głowę na zewnątrz i zobaczył brzuchatą maszynę na czterech krótkich nogach.

– Kim jesteś i czego chcesz? – spytał.

– Jestem Maszyną Do Spełniania Życzeń, a przysłał mnie do ciebie twój przyjaciel i wielki kolega, Trurl, jako podarek.

– Jako podarek? – rzekł Klapaucjusz, którego uczucia dla Trurla były dosyć mieszane, a szczególnie nie spodobało mu się to, że maszyna nazwała Trurla jego „wielkim kolegą”. – No, dobrze – zadecydował po krótkim namyśle – możesz wejść.

Kazał jej stanąć w kącie obok pieca i, nie zwracając na nią pozornie uwagi, wrócił do przerwanej pracy. Budował baniastą maszynę na trzech nogach. Była już prawie gotowa i tylko ją polerował. Po jakimś czasie Maszyna Do Spełniania Życzeń odezwała się:

– Przypominam o swej obecności.

– Nie zapomniałem o niej – rzekł Klapaucjusz i dalej robił swoje. Po chwili maszyna się odezwała:

– Można wiedzieć, co robisz?

– Jesteś Maszyną Do Spełniania Życzeń czy Do Stawiania Pytań? – rzekł Klapaucjusz i dodał: – Potrzebuję niebieskiej farby.

– Nie wiem, czy będzie w odcieniu, jakiego potrzebujesz – odparła maszyna, wysuwając przez klapkę w brzuchu puszkę farby. Klapaucjusz otworzył ją, bez słowa zanurzył w niej pędzel i wziął się do malowania. Do wieczora zażądał jeszcze po kolei szmergla, karborundu, wiertła i białej farby oraz śrubek, a za każdym razem maszyna dawała mu natychmiast to, czego sobie życzył. Pod wieczór zakrył budowany przyrząd kawałkiem płachty, posilił się, usiadł naprzeciw maszyny na małym trójnogu i rzekł:

– Zobaczymy teraz, czy coś potrafisz. Powiadasz, że umiesz robić wszystko?

– Wszystko nie, ale wiele – odparła skromnie maszyna. – Czy zadowoliły cię farby, śrubki i wiertła?

– A, owszem, owszem! – odparł Klapaucjusz. – Ale zażądam teraz od ciebie rzeczy daleko trudniejszej. Jeśli jej nie zrobisz, odeślę cię do twego pana z odpowiednim podziękowaniem i opinią.

– A cóż to takiego? – spytała maszyna i przestąpiła z nogi na nogę.

– To Trurl – wyjaśnił Klapaucjusz. – Masz mi zrobić Trurla, takuteńkiego jak prawdziwy. Żeby jeden był nie do odróżnienia od drugiego!

Maszyna pomruczała, pobrzęczała, poszumiała i rzekła:

– Dobrze, zrobię ci Trurla, ale obchodź się z nim ostrożnie, bo to bardzo wielki konstruktor!

– Ach, rozumie się, możesz być spokojna – odparł Klapaucjusz. – No i gdzież ten Trurl?

– Co? Tak zaraz? Przecież to nie byle co – rzekła maszyna. – To musi chwilę potrwać. Trurle – to nie śrubki ani lakiery!

Jednakże nad podziw szybko zatrąbiła, zadzwoniła, w brzuchu otwarły się jej spore drzwiczki i z ciemnego wnętrza wyszedł Trurl. Klapaucjusz wstał, obszedł go, przyjrzał mu się z bliska, obmacał go dokładnie i ostukał, ale nie było żadnej wątpliwości – miał przed sobą Trurla jak dwie krople wody podobnego do oryginału. Trurl, który wyszedł z brzucha maszyny, mrużył oczy od światła, ale poza tym zachowywał się całkiem zwyczajnie.

– Jak się masz, Trurlu! – powiedział Klapaucjusz.

– Jak się masz, Klapaucjuszu! Ale skąd ja się tu właściwie wziąłem? – odparł, wyraźnie zdziwiony, Trurl.

– A, tak, ot, po prostu zaszedłeś... Dawno cię nie widziałem. Jak ci się u mnie podoba?

– Owszem, owszem... Co to masz tam pod tą płachtą?

– Nic takiego. Może siądziesz?

– E, kiedy zdaje mi się, że już późno. Ciemno na dworze, chyba pójdę do domu.

– Nie tak prędko, nie tak zaraz! – zaprotestował Klapaucjusz. – Chodź najpierw do piwnicy, zobaczysz, jakie to będzie interesujące...

– A cóż masz takiego w piwnicy?

– Jeszcze nie mam, ale będę zaraz miał. Chodź, chodź... I, poklepując go, sprowadził Klapaucjusz Trurla do piwnicy, tam zaś podstawił mu nogę, a gdy ów upadł, związał go, a potem grubym drągiem zaczął go tłuc na kwaśne jabłko. Trurl wrzeszczał wniebogłosy, wzywał pomocy, na przemian klął i prosił zmiłowania, lecz nic to nie pomagało – noc była ciemna i pusta, a Klapaucjusz walił go dalej, aż huczało.

– Oj! Au! Dlaczego mnie tak bijesz?! – wołał Trurl, uchylając się przed razami.

– Bo mi to sprawia przyjemność – wyjaśnił Klapaucjusz i zamachnął się. – Tegoś jeszcze nie spróbował, mój Trurlu!

I uderzył go w głowę, aż zadzwoniła jak beczka.

– Puść mnie natychmiast, bo pójdę do króla i powiem, co ze mną robiłeś, a wtrąci cię do lochu!! – krzyczał Trurl.

– Nic mi nie zrobi. A wiesz, czemu? – spytał Klapaucjusz i usiadł na ławce.

– Nie wiem – rzekł Trurl rad, że nastąpiła przerwa w biciu.

– Bo ty nie jesteś prawdziwym Trurlem. On jest u siebie, zbudował Maszynę Do Spełniania Życzeń i przysłał mi ją w darze, a ja, żeby ją wypróbować, kazałem jej sporządzić ciebie! Teraz odkręcę ci głowę, postawię pod moim łóżkiem i będę jej używał jako pachołka do ściągania butów!

– Jesteś potworem! Dlaczego chcesz to zrobić?!

– Powiedziałem ci już: bo mi to sprawia przyjemność. No, dość tego pustego gadania! – to mówiąc, Klapaucjusz ujął kij w obie ręce, a Trurl zaczął krzyczeć:

– Przestań! Przestań natychmiast! Powiem ci coś bardzo ważnego!!

– Ciekawym, co możesz mi takiego powiedzieć, co by mnie powstrzymało od używania twej głowy jako pachołka do butów – odparł Klapaucjusz, ale przestał go bić. Trurl zawołał wtedy:

– Wcale nie jestem Trurlem zrobionym przez maszynę! Jestem prawdziwym Trurlem, najprawdziwszym w świecie, i chciałem się tylko dowiedzieć, co robisz od tak dawna, zamknąwszy się w domu na cztery spusty! Zbudowałem więc maszynę, schowałem się w jej brzuchu i kazałem się zanieść do twego domu pod pozorem, że ona jest podarkiem ode mnie dla ciebie!

– Proszę, proszę, ależ historyjkę wymyśliłeś i to tak na poczekaniu! – rzekł Klapaucjusz i wstając, ścisnął w ręku grubszy koniec kija. – Możesz się nie wysilać, widzę twoje kłamstwa na wylot. Jesteś Trurlem zrobionym przez maszynę, spełnia ona wszystkie życzenia, dzięki niej dostałem śrubki i białą farbę, jak również niebieską, wiertła i inne rzeczy. Jeżeli potrafiła zrobić tamto, potrafiła zrobić i ciebie, mój kochany!

– Miałem to wszystko przygotowane w jej brzuchu! – zawołał Trurl. – Nie było trudno przewidzieć, czego będziesz potrzebował podczas pracy! Przysięgam, że mówię prawdę!

– Gdyby to była prawda, oznaczałaby, że mój przyjaciel, wielki konstruktor Trurl, jest zwyczajnym oszustem, a w to nigdy nie uwierzę! – odparł Klapaucjusz. – Masz!

I zdzielił go od ucha w plecy.

– To za oszczerstwa rzucone na mego przyjaciela Trurla.

– Masz jeszcze raz!

I dołożył mu z drugiej strony. Potem bił go jeszcze, grzmocił i tłukł, aż się zmęczył.

– Pójdę się teraz zdrzemnąć nieco i w ten sposób odpocznę – rzekł wyjaśniająco i odrzucił kij. – A ty poczekaj sobie, niebawem wrócę... – Kiedy odszedł, a po całym domu rozeszły się odgłosy jego pochrapywania, Trurl póty jął wić się w sznurach, aż rozluźnił je, potem porozsupływał węzły, pobiegł cicho na górę, wlazł do środka maszyny i ruszył w niej z kopyta do domu. Klapaucjusz zaś, śmiejąc się w kułak, patrzał przez górne okienko na jego ucieczkę. Nazajutrz udał się z wizytą do Trurla. Ten wpuścił go do izby, milcząc ponuro. W izbie panował półmrok, lecz bystry Klapaucjusz i tak spostrzegł, że korpus i głowa Trurla noszą ślady wielkiego lania, jakie mu spuścił, chociaż widać było, że Trurl porządnie się napracował, wyklepując i prostując wgłębienia uczynione razami.

– Cóżeś taki posępny? – zagadnął wesoło Klapaucjusz. – Przyszedłem podziękować ci za piękny podarek, szkoda tylko, że podczas mego snu umknął, zostawiając otwarte drzwi, jakby się paliło!

– Wydaje mi się, że uczyniłeś niewłaściwy użytek z mego podarunku, aby nie powiedzieć więcej! – wybuchnął Trurl. – Maszyna opowiedziała mi wszystko, nie musisz się fatygować – dodał ze złością, widząc, że Klapaucjusz otwiera usta. – Kazałeś jej zrobić mnie, mnie samego, a potem podstępem sprowadziłeś duplikat mej osoby do piwnicy i tam najstraszliwiej go zbiłeś! I po takiej wyrządzonej mi zniewadze, po takiej podzięce za wspaniały dar ośmielasz się jeszcze, jak gdyby nigdy nic, przychodzić do mnie? Co masz mi do powiedzenia?

– Zupełnie nie pojmuję twego gniewu – odparł Klapaucjusz.

– Istotnie, kazałem maszynie zrobić twoją kopię. Powiadam ci, była doskonała, wprost zdumiałem się na jej widok. Co się tyczy bicia, maszyna musiała mocno przesadzić – istotnie, szturchnąłem parę razy tego zrobionego, bo chciałem wypróbować, czy jest solidnie wykonany, byłem też ciekaw, jak na to zareaguje. Okazał się nadzwyczajnie bystry. Z miejsca opowiedział mi wymyśloną historyjkę, jakobyś to był ty sam we własnej osobie; nie dałem mu wiary, a wtedy zaczął przysięgać, że wspaniały dar nie był darem, lecz zwykłym oszukaństwem; rozumiesz chyba, że w obronie twego honoru, honoru mojego przyjaciela, musiałem go za tak bezczelne kłamstwa złoić. Przekonałem się jednak, że wykazuje wybitną inteligencję, a więc nie tylko fizycznie, ale i duchowo przypominał ciebie, mój drogi. Jesteś, zaiste, wielkim konstruktorem, to tylko chciałem ci powiedzieć i w tym celu przyszedłem tak wcześnie!

– Ach! No, tak, zapewne – odparł już nieco udobruchany Trurl. – Co prawda użytek, jaki zrobiłeś z Maszyny Do Spełniania Życzeń, nie wydaje mi się w dalszym ciągu najszczęśliwszy, ale niech ci będzie...

– A, prawda, chciałem cię właśnie spytać, co właściwie zrobiłeś z tym sztucznym Trurlem? – spytał niewinnie Klapaucjusz. Czy mógłbym go zobaczyć?

– Był wprost szalony z wściekłości! – odparł Trurl. – Groził, że strzaska ci czaszkę, zaczaiwszy się koło tej wielkiej skały przy twoim domu, a kiedy usiłowałem mu to wyperswadować, skakał mi do oczu, w nocy zaś jął pleść z drutów wnyki i sieci na ciebie, mój drogi, więc chociaż uważałem, że to mnie obraziłeś w jego osobie, powodowany pamięcią o naszej starej przyjaźni, aby usunąć ci z drogi grożące niebezpieczeństwo (bo on się aż zapamiętał), rozebrałem go, nie widząc innego wyjścia, na drobne części...

To mówiąc, Trurl jakby od niechcenia trącił nogą walające się po podłodze, rozwłóczone szczątki mechanizmów.

Po czym pożegnali się ciepło i rozstali jako serdeczni przyjaciele. Od tej pory Trurl nie robił nic innego, tylko na lewo i na prawo opowiadał całą historię, jak to obdarował Klapaucjusza Maszyną Do Spełniania Życzeń, jak obdarowany postąpił niepięknie, każąc jej zrobić sobie Trurla i spuścił mu lanie, jak wspaniale sporządzona przez maszynę kopia zręcznymi kłamstwami usiłowała wydobyć się z opresji i umknęła, ledwo zmęczony Klapaucjusz ułożył się do snu, a on sam, Trurl, rozebrał na kawałki zrobionego Trurla, który przybiegł do jego domostwa, uczynił zaś tak tylko po to, by uchronić swego przyjaciela od zemsty pobitego. I póty opowiadał i chwalił się, i puszył, i przyzywał świadectwo Klapaucjusza, aż wieść o tej dziwnej przygodzie doszła na dwór królewski i nikt już tam nie wyrażał się o Trurlu inaczej, jak tylko z największym podziwem, choć do niedawna jeszcze powszechnie zwano go Konstruktorem Najgłupszych Maszyn Rozumnych na świecie. A kiedy Klapaucjusz posłyszał, że sam król obficie obdarował Trurla i odznaczył go Orderem Wielkiej Sprężyny i Gwiazdą Helikonoidalną, zawołał wielkim głosem:

– Jak to? Więc za to, że udało mi się go przechytrzyć, kiedym go przejrzał, kiedy spuściłem mu setne baty, że musiał się potem klepać i łatać, jak niepyszny uciekłszy na pokrzywionych nogach nocą z mojej piwnicy, za to wszystko opływa teraz w dostatki, a jakby tego było mało, król odznacza go jeszcze orderem? O, świecie, świecie!...

I okropnie rozgniewany wrócił do domu, aby zamknąć się w nim na cztery spusty. Budował bowiem taką samą Maszynę Do Spełniania Życzeń jak i Trurl, tylko tamten wcześniej ją skończył.


SIEDEM WYPRAW TRURLA I KLAPAUCJUSZA


WYPRAWA PIERWSZA, CZYLI PUŁAPKA GARGANCJANA

Kiedy Kosmos nie był jeszcze tak rozregulowany jak dziś, a wszystkie gwiazdy stały porządnie poustawiane, tak że łatwo dało się je policzyć od lewej ku prawej albo z góry na dół, przy czym osobno grupowały się większe i bardziej niebieskie, a mniejsze i żółknące jako ciała drugiej kategorii poupychane były po kątach, gdy w przestrzeni ani śladu nikt nie znalazł wszelakiego kurzu, pyłu i śmiecia mgławicowego, w owych dobrych, dawnych czasach panował zwyczaj, że konstruktorzy posiadający Dyplom Omnipotencji Perpetualnej z wyróżnieniem wyprawiali się kiedy niekiedy w podróże, aby dalekim ludom nieść dobrą radę i pomoc. Zdarzyło się więc, że zgodnie z ową tradycją wyprawili się Trurl i Klapaucjusz, którzy tak umieli gwiazdy stwarzać lub gasić, jakby ktoś orzechy łuskał. Kiedy wielkość przebytej otchłani zatarła już w nich ostatnie wspomnienie ojczystego nieba, ujrzeli przed sobą planetę, nie za dużą i nie za małą, w sam raz, z jednym jedynym kontynentem. Jego środkiem biegła linia całkiem czerwona, wszystko zaś, co znajdowało się z jednej strony, było żółte, a to co z drugiej – różowe. Zrozumieli więc, że mają przed sobą dwa sąsiadujące państwa, i postanowili naradzić się przed lądowaniem.

– Skoro tu są dwa państwa – rzekł Trurl – sprawiedliwie będzie, jeśli ty udasz się do jednego, a ja do drugiego. Dzięki temu nikt nie zostanie pokrzywdzony.

– Dobrze – odparł Klapaucjusz – ale co będzie, jeśli zażądają od nas środków wojennych? To się zdarza.

– Istotnie, mogą domagać się broni, nawet cudownej – zgodził się Trurl. – Ustalmy, że twardo odmówimy.

– A jeśli będą nastawali gwałtownie? – zareplikował Klapaucjusz. – I tak bywa.

– Zbadamy to – rzekł Trurl i włączył radio, z którego buchnęła zaraz dziarska muzyka wojskowa.

– Mam pomysł – rzekł Klapaucjusz, wyłączając radio. – Możemy zastosować receptę Gargancjana. I cóż ty na to?

– Ach, recepta Gargancjana! – wykrzyknął Trurl. – Nigdy nie słyszałem, aby ją ktoś stosował. Ale można zrobić początek. Czemu nie?

– Każdy z nas będzie gotów ją zastosować – wyjaśnił Klapaucjusz – ale koniecznie musimy to zrobić obaj, inaczej wszystko skończy się całkiem niedobrze.

– Och, to głupstwo – rzekł Trurl. Wyjął zza pazuchy złote puzderko i otworzył je. W środku leżały na aksamicie dwie białe kuleczki.

– Weź jedną, przy mnie zostanie druga – powiedział. – Co wieczór obejrzysz swoją kuleczkę; jeśli zaróżowi się, będzie to oznaczało, że zastosowałem przepis. Wtedy i ty zrobisz to samo.

– A zatem umowa stoi – rzekł Klapaucjusz, schował kuleczkę, po czym wylądowali, uścisnęli się i ruszyli w przeciwne strony.

Państwem, do którego trafił Trurl, rządził król Potworyk. Był to militarysta z dziada pradziada, a przy tym sknera iście kosmiczny. Aby ulżyć skarbowi, zniósł wszystkie kary z wyjątkiem głównej. Ulubionym jego zajęciem było likwidowanie zbędnych urzędów, odkąd zaś zniósł urząd kata, każdy skazany musiał ścinać się sam lub, przy wyjątkowej łasce królewskiej, z pomocą bliższej rodziny. Ze sztuk popierał tylko niewymagające ekspensów, jak chóralne recytacje, grę w szachy i gimnastykę wojskową. W ogóle wojenne sztuki cenił nadzwyczajnie, jako że wygrana wojna przynosi znaczne dochody; lecz z drugiej strony do wojny można się porządnie przygotować tylko w czasach pokoju, dlatego król popierał go, chociaż z umiarem. Największą reformą Potworyka było upaństwowienie zdrady stanu. Kraj sąsiedni nasyłał mu szpiegów; monarcha utworzył więc urząd Sprzedawcy vel Sprzedawczyka Koronnego, który za pośrednictwem podwładnych sobie urzędników za sutymi opłatami przekazywał wrażym ajentom tajemnice państwowe; ajenci owi kupowali raczej przestarzałe, bo były tańsze, a musieli się wyliczać z wydatków przed własną skarbowością.

Poddani Potworyka wstawali wcześnie, nosili się skromnie i udawali na spoczynek późno, bo wiele pracowali. Robili kosze do szańców i faszyny, a także broń i donosy. Aby się państwo nie rozleciało od nadmiaru tych ostatnich, gdyż podobny kryzys nastąpił za Bardzolimusa Stuokiego przed wieluset laty, ten, kto składał zbyt wiele donosów, płacił specjalny podatek od luksusu. Tak więc utrzymywały się one na rozsądnym poziomie. Dotarłszy na dwór Potworyka, Trurl zaofiarował mu swoje służby, król zaś, jak łatwo można się domyślić, zażądał odeń sporządzenia potężnych broni wojennych. Trurl poprosił o trzy dni do namysłu, a kiedy udał się do wyznaczonej mu skromnej kwatery, obejrzał kuleczkę w złotym puzderku. Była biała, lecz kiedy patrzał na nią, jęła się z wolna rumienić. – Oho – rzekł sobie – trzeba się brać za Gargancjana! – i zaraz siadł do tajnych notatek.

Klapaucjusz znajdował się tymczasem w drugim państwie, którym władał potężny król Megieryk. Wyglądało tam wszystko całkiem inaczej niż w Potworii. I ten monarcha też łaknął pochodów bitewnych, i on łożył na zbrojenie, lecz czynił to w sposób światły, bo był niezmiernej szczodrobliwości panem, a jego wrażliwość na sztukę nie miała sobie równych. Kochał się król ów w mundurach i złotych sznurach, w lampasach i kutasach, w akselbantach, portierach z dzwonkami, pancernikach i szlifach. Był naprawdę bardzo wrażliwy: ile razy spuszczał na wodę nowy pancernik, cały aż się trząsł. Hojnie szafował środkami na malarstwo batalistyczne, płacąc przy tym ze względów patriotycznych od ilości poległych wrogów, tak więc na panoramach, których bez liku mieściło królestwo, piętrzyły się pod niebo góry wrażych trupów. W życiu codziennym łączył absolutyzm z oświeceniem, a surowość ze wspaniałomyślnością. W każdą rocznicę swego wstąpienia na tron wprowadzał reformy. Raz kazał umaić wszystkie gilotyny, raz nasmarować je, aby nie skrzypiały, raz – pozłocić miecze katowskie, nie zapominając o nakazie wyostrzenia ich ze względów humanitarnych. Szeroką miał naturę, ale rozrzutności nie pochwalał, dlatego specjalnym dekretem znormalizował wszystkie koły, pały, śruby, kluby i kajdany. Egzekucje nieprawomyślnych, zresztą rzadkie, odbywały się hucznie i bogato, w ordynku i szyku, z pociechą duchowną, namaszczaniem, pośród maszerujących czworoboków z lampasami i pomponami. Miał też ów światły monarcha teorię, którą wcielał w życie, a była to teoria szczęścia powszechnego. Wiadomo wszak, że człowiek nie dlatego się śmieje, że jest wesoły, ale dlatego jest wesoły, ponieważ się śmieje. Kiedy wszyscy mówią, że jest świetnie, zaraz nastroje się poprawiają. Poddani Megieryka obowiązani więc byli dla własnego, rozumie się, dobra powtarzać w głos, że mają się wprost nadzwyczajnie, a dawną, niejasną formułkę powitania: „Dzień dobry” – król zamienił na korzystniejszą: „Jakdobrze!” – przy czym dzieciom do czternastego roku życia wolno było mówić: „Hu, ha!” – starcom zaś: „Dobrzejak!”.

Megieryk radował się, widząc, jak krzepnie duch w narodzie; kiedy przejeżdżając ulicami karocą w kształcie pancernika, widział wiwatujące tłumy i łaskawie pozdrawiał je ruchami ręki monarszej, one zaś na wyprzódki wołały: „Hu, ha! – „Dobrzejak!” – i: „Czarownie!”. Był zresztą demokratycznego usposobienia. Lubił niezmiernie wdawać się w krótkie, marsowe pogawędki ze starymi wiarusami, co to z niejednego pieca chleb jadali, łaknął opowieści bitewnych prawionych na biwakach i bywało, że kiedy przyjmował na audiencji jakiegoś obcego dygnitarza, palnąwszy się ni z tego, ni z owego buzdyganem w kolano, wołał: „Górą nasi!” – albo: „Zagwoździć mi ten pancernik!” – lub: „A niechże mię kule biją!”. Niczego bowiem tak nie ubóstwiał, w niczym się tak nie kochał jak w krzepie, w męstwie swojackim, w pierogach na gorzałce z prochem, sucharach i jaszczykach, jak również kartaczach. Dlatego, gdy bywał smętny, kazał defilować przed sobą pułkom, które śpiewały: „Wojsko gwintowane” – „Na szmelc rzuciliśmy swój życia felc” – „Dzwoni mutra, czekaj jutra” – albo starą koronną: „Chwycę majzel wraz z ferszlusem, na bagnety ruszę kłusem”. I nakazał, aby kiedy zemrze, stara gwardia zaśpiewała mu nad grobem ulubioną jego pieśń: „Stary robot rdzewieć musi”.

Klapaucjusz nie od razu dostał się na dwór wielkiego monarchy. W pierwszej miejscowości, do jakiej trafił, dobijał się do różnych domostw, ale nikt mu nie otworzył. Wreszcie ujrzał na pustej całkiem ulicy małe dziecko, które podeszło doń i spytało cienkim głosikiem:

– Kupi pan? Tanio sprzedam.

– Być może kupię, ale co? – spytał zdziwiony Klapaucjusz.

– Tajemniczkę państwową – odparło dziecko, ukazując spod rąbka koszulki brzeżek planu mobilizacyjnego. Klapaucjusz zdziwił się jeszcze bardziej i rzekł:

– Nie, dziecinko, nie potrzebuję tego. Nie wiesz, gdzie tu mieszka jakiś sołtys?

– A na czo panu szołtysz? – spytało dziecko, które sepleniło.

– A mam z nim do pomówienia.

– Na oszobności?

– Może być i na osobności.

– To pan potrzebuje ajenta? To mój tata by się nadał. Pewny i niedrogo.

– Pokażże mi tego tatę – rzekł Klapaucjusz, widząc, że inaczej się z tej rozmowy nie wywikła. Dzieciątko zawiodło go do jednego z domostw; wewnątrz, przy lampie świecącej, choć był pełny dzień, siedziała rodzina – sędziwy dziadek na bujaku, babka robiąca pończochę na drutach i dojrzałe, rozrosłe ich potomstwo; a każdy zajęty swoim, jak to w domu. Na widok Klapaucjusza wstali i rzucili się na niego; druty okazały się kajdankami, lampa mikrofonem, a babka miejscowym naczelnikiem policji.

– Widać zaszło nieporozumienie – pomyślał Klapaucjusz, kiedy wtrącono go do lochu, uprzednio poturbowawszy. Cierpliwie czekał przez całą noc, bo i tak nic innego nie mógł robić. Świt osrebrzył pajęczyny na kamiennych ścianach i pordzewiałe resztki dawniejszych więźniów; po jakimś czasie zaprowadzono go na przesłuchanie. Okazało się, że zarówno osiedle, jak i domy oraz dziecko były podstawione: w ten sposób z mańki zażywano wrażych ajentów. Proces sądowy Klapaucjuszowi nie groził, postępowanie było bowiem krótkie. Za próbę kontaktu z tatą-sprzedawczykiem należała mu się gilotynacja trzeciej klasy, ponieważ administracja miejscowa fundusze na przekupywanie wrogich szpiegów już w owym roku budżetowym wydała, Klapaucjusz zaś żadnej państwowej tajemnicy, mimo powtarzanych namów, ze swej strony nabyć nie chciał; dodatkowo obciążał go brak poważniejszej przy nim gotówki. Mówił wciąż swoje, oficer przesłuchujący nie dawał wszakże jego słowom wiary, zresztą gdyby i chciał, uwolnienie więźnia nie leżało w jego kompetencji. Sprawie nadano wszakże bieg wyższy, w międzyczasie poddając Klapaucjusza torturom, więcej ze służbistości niż z rzeczywistej potrzeby. Po tygodniu sprawa jego wzięła pomyślny obrót: ochędożonego wysłano do stolicy, tam zaś, poinstruowany o przepisach dworskiej etykiety, dostąpił zaszczytu osobistej audiencji u króla. Dostał nawet trąbkę, każdy bowiem obywatel obwieszczał w miejscach urzędowych swe przybycie i odmaszerowanie otrąbieniem, a służbistość powszechna była taka, że wschód słońca nie liczył się w całym państwie bez pobudki.

Megieryk istotnie zażądał odeń nowej broni; Klapaucjusz przyobiecał spełnić to żądanie monarsze; pomysł jego, zapewnił, jest przewrotem podstaw działania wojennego. Jaka – spytał najpierw – armia jest niezwyciężona? Taka, która ma lepszych dowódców i karniejszych żołnierzy. Dowódca rozkazuje, a żołnierz słucha; pierwszy musi być zatem mądry, a drugi – karny. Mądrości jednak umysłu, nawet wojskowego, położone są naturalne granice. Nadto genialny dowódca może trafić na równego sobie. Może też paść na polu chwały, osierocając swój oddział, jak również uczynić coś jeszcze gorszego, gdy, niejako zawodowo zaprawiony do myślenia, przedmiotem jego uczyni władzę. Czyż nie jest niebezpieczna czereda ordzewiałych w bojach sztabowców, którym myślenie polowe zglejowało skronie, że aż zaczyna im się zachciewać tronu? Czy nie upadły przez to liczne już królestwa? Jak z tego widać, dowódcy są jeno złem koniecznym; rzecz w tym, by konieczność tę zlikwidować. Dalej – karność armii na tym polega, by wykonywała dokładnie rozkazy. Ideałem regulaminowym jest taka, co z tysięcy piersi i myśli czyni jedną pierś, myśl i wolę. Temu służy cała wojskowa dyscyplina, musztra, manewry i ćwiczenia. Otóż celem niedościgłym wydaje się taka armia, która by działała dosłownie jak jeden mąż, sama sobie będąc twórcą i realizatorem strategicznych planów. Któż jest wcieleniem takiego ideału? Tylko jednostka, nikogo bowiem nie słucha się tak chętnie jak siebie i nikt wydawanych rozkazów tak ochoczo nie wypełnia jak ten, kto sam je sobie wydaje. Nadto nie może jednostka pójść w rozsypkę, odmówić samej sobie posłuszeństwa czy wręcz przeciwko sobie szemrać. Rzecz więc w tym, aby tę gotowość posłuchu, tę miłość własną, która przedstawia indywiduum, uczynić własnościami tysięcznych szeregów. Jak to zrobić? Tu przeszedł Klapaucjusz do wyjaśniania zasłuchanemu królowi prostych, jak wszystko genialne, idei mistrza Gargancjana.

– Każdemu poborowemu – wyjawił – wkręca się z przodu wtyczkę, a z tyłu rozetkę. Na rozkaz: „Połącz się” – wtyczki wskakują do rozetek i tam, gdzie przed chwilą znajdowała się banda cywilów, pojawia się oddział wojska doskonałego. Gdy oddzielne umysły, zajęte dotąd pozakoszarowymi głupstwami, zlewają się w jedność dosłowną wojskowego ducha, nie tylko automatycznie pojawia się karność, widoma w tym, iż armia cała robi zawsze to samo, bo jest jednym duchem w milionach ciał, lecz zarazem pojawia się mądrość. A mądrość owa jest wprost proporcjonalna do liczebności. Pluton posiada psyche podoficerską; kompania jest mądra jak sztabskapitan, batalion – jak pułkownik dyplomowany, a dywizja, nawet rezerwy, warta jest wszystkich strategów razem wziętych. W ten sposób można dojść do formacji genialnych wprost przerażająco. Wydanych rozkazów nie mogą one nie wykonać, któż bowiem nie słucha samego siebie? Tym sposobem kładzie się kres fanaberiom i wyskokom jednostek, zależności od przypadkowych uzdolnień dowódców, ich wzajemnym zawiściom, rywalizacjom, konfliktom; oddziałów raz połączonych rozłączać już nie należy, bo nie dałoby to nic oprócz rozgardiaszu. – Armia bez wodzów sama sobie wodzem – oto moja idea! – zakończył Klapaucjusz swą przemowę, która wielkie wrażenie zrobiła na królu.

– Odejdź wasze na kwaterę – rzekł wreszcie monarcha – a ja naradzę się z mym sztabem generalnym...

– Och, nie czyń tego, Wasza Królewska Mość! – zawołał chytrze Klapaucjusz, udając znaczne pomieszanie. – To samo właśnie zrobił cesarz Turbuleon, a sztab jego, w obronie posad własnych, utrącił projekt, za czym sąsiad Turbuleona, król Emaliusz, napadł zreformowaną armią państwo cesarza i obrócił je w perzynę, choć miał siły ośmiokroć słabsze!

Po tych słowach udał się do przeznaczonego mu apartamentu i obejrzał kuleczkę, która była jak buraczek; z czego pojął, że Trurl działa podobnie u króla Potworyka. Wnet sam król zlecił mu przeróbkę jednego plutonu piechoty; za czym mały ów oddziałek połączył się duchem w jedno, krzyknął: „Bij, zabij” – i stoczywszy się z pagórka na trzy szwadrony kirasjerów królewskich, zbrojne po zęby i dowodzone przez sześciu wykładowców Akademii Sztabu Generalnego, rozniósł je w puch. Bardzo się zasmucili wszyscy marszałkowie wielcy i polni, generałowie i admirałowie, których król posłał zaraz na pensję, a przekonany całkowicie do przewrotnego wynalazku, kazał Klapaucjuszowi przerobić całą armię.

Jakoż fabryki rusznikarsko-elektrykarskie dniem i nocą jęły wytwarzać wagony wtyczek, które wkręcano, gdzie należało, we wszystkich koszarach. Klapaucjusz jeździł na inspekcje od garnizonu do garnizonu, otrzymawszy od króla mnóstwo orderów; Trurl, krzątający się podobnie w państwie Potworykowym, musiał, dla znanej oszczędności owego monarchy, zadowolić się dożywotnim tytułem Wielkiego Sprzedawcy Ojczyzny. Oba państwa gotowały się tedy do działań wojennych. W gorączce mobilizacyjnej szykowano zarówno broń konwencjonalną, jak i nuklearną, pucując od świtu do zmierzchu armaty i atomy, aby błyszczały zgodnie z regulaminem. Konstruktorzy, którzy nie mieli już właściwie nic do roboty, wzięli się chyłkiem do pakowania manatków, aby spotkać się, kiedy przyjdzie pora, w umówionym miejscu, przy statku pozostawionym w lesie.

Tymczasem dziwy rozmaite działy się w koszarach, szczególnie piechoty. Kompanie nie musiały już uczyć się musztry ani nie potrzebowały odliczania, by poznać swą liczebność, podobnie jak nie myli lewej nogi z prawą ten, kto ma obie, i nie musi liczyć, aby się dowiedzieć, że jest go raz. Radość była patrzeć, jak takie nowe oddziały maszerowały, jak robiły „w lewo zwrot!” i „baczność!”; po ćwiczeniach atoli kompania zaczynała się przerzucać pogwarkami z innymi, tak więc przez otwarte okna koszarowych baraków pohukiwano sobie na wyprzódki o pojęciu prawdy koherentnej, o sądach analitycznych i syntetycznych a priori lub o bycie jako takim, gdyż do tego już doszła zbiorowa rozumność. Dopracowano się i postaw filozoficznych, aż wreszcie pewien batalion saperów doszedł do kompletnego solipsyzmu i głosił, że oprócz niego nic realnie nie istnieje. Ponieważ wyszło z tego, iż nie ma ani monarchy, ani nieprzyjaciela, batalion ów przyszło po cichu rozłączyć i poprzydzielać do oddziałów stojących na pozycjach epistemologicznego realizmu. Podobno w tym samym czasie w państwie Potworykowym szósta dywizja desantowa przeszła z ćwiczeń w ładowaniu do ćwiczeń mistycznych i, tonąc w kontemplacji, omal nie utonęła w strumyku; nie wiadomo dobrze, jak tam było naprawdę, dosyć, że akurat wtedy wojna została wypowiedziana i pułki, grzmiąc żelazem, jęły się z obu stron posuwać z wolna ku granicy państwowej.

Prawo mistrza Gargancjana działało z nieubłaganą prawidłowością. Gdy formacje łączyły się z formacjami, proporcjonalnie rosła i wrażliwość estetyczna, osiągająca maksimum na szczeblu dywizji wzmocnionej, dlatego też kolumny tej siły łatwo zapędzały się na bezdroża za byle motylkiem, a gdy korpus zmotoryzowany imienia Bardzolimusa podszedł pod wrażą fortecę, którą należało wziąć szturmem, plan natarcia, sporządzony w ciągu nocy, okazał się świetnym owej fortecy portretem, do tego namalowanym w duchu abstrakcjonistycznym, całkiem sprzecznym z wojskowymi tradycjami. Na szczeblu korpusów artyleryjskich przejawiała się głównie najcięższa problematyka filozoficzna; zarazem z roztargnienia, właściwego osobom genialnym, wielkie te jednostki już to pozostawiały gdzie bądź broń i ekwipunek ciężki, już też zapominały całkowicie o tym, że idą na wojnę. Co się tyczy całych armii, ducha ich przepełniały mnogie kompleksy, jak to zwykle bywa z niezmiernie bogatymi osobowościami, i przyszło każdej przydać specjalną, zmotoryzowaną brygadę psychoanalityczną, która w marszu dokonywała odpowiednich zabiegów.

Tymczasem przy nieustającym huku litaurów obie armie zajmowały z wolna pozycje wyjściowe. Sześć pułków szturmowych piechoty, zespoliwszy się z brygadą haubic i batalionem zapasowym, ułożyło, gdy im podłączono pluton egzekucyjny, „Sonet o Tajemnicy Bytu”, i to podczas nocnego marszu na stanowiska. Po obu stronach robiło się niejakie zamieszanie; osiemdziesiąty korpus marlabardzki wołał, iż trzeba koniecznie uściślić definicję pojęcia „nieprzyjaciel”, która wydaje się, jak dotąd, obciążona logicznymi sprzecznościami, a może nawet zgoła bezsensowna.

Oddziały spadochronowe usiłowały algorytmizować wsie okoliczne, szyki zderzały się, więc obaj królowie jęli słać fligiel-adiutantów i kurierów nadzwyczajnych, aby zaprowadzili ład w szeregach. Każdy jednak, ledwo podleciał, koniem zatoczył do właściwego korpusu, aby się dowiedzieć, skąd taki bałagan, w mig oddawał swego ducha duchowi korpuśnemu, zostali tedy królowie bez adiutantów. Świadomość okazywała się straszną pułapką, do której można wejść, lecz z której wyjść niepodobna. Na oczach samego Potworyka jego kuzyn, Wielki Książę Derbulion, pragnąc dodać wojskom ducha, podskoczył ku liniom, ale zaledwie podłączył się, to się duchem wlał, zlał i już go wcale nie było.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com