Cuda nigdy nie ustają - Downs, Tim - ebook
Wydawca: Święty Wojciech Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 358 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cuda nigdy nie ustają - Downs, Tim

To prawda, co mówią: „Jeśli mówisz do Boga, jesteś religijny, ale jeśli słyszysz Boga, masz schizofrenię”.
Kiedy po wypadku samochodowym Liv Hayden, znana gwiazda filmowa, zapada w śpiączkę, pielęgniarz Kemp McAvoy sądzi, że wreszcie znalazł bilet do życia, o jakim zawsze marzył. Kemp skończył medycynę i tylko przez przypadek nie został lekarzem – ma jednak wiedzę medyczna i próbuje ją wykorzystać dla swoich celów: każdej nocy podaje pacjentce leki, które zmniejszają jej świadomość, po czym zakłada biały fartuch i udaje niebiańskiego gościa, który przybywa do Liv ze specjalnym przesłaniem.
Plany krzyżuje mu pasierbica, Leah – dziewczynka zaczyna opowiadać wszystkim, że widzi anioły, co wprawia w duże zaniepokojenie jej matkę i nauczycieli. Nim sprawy się wyjaśnią, wszyscy oni naucza się co nieco o aniołach, miłości i nadziei.

Tim Downs jest znanym i popularnym pisarzem amerykańskim, autorem kilku powieści, mistrzem tajemnicy i zagadkowości. Wszystkie jego książki trafiają na listy bestsellerów. W 2006 roku otrzymał nagrodę Christy Award za książkę Plague Marker.

Opinie o ebooku Cuda nigdy nie ustają - Downs, Tim

Fragment ebooka Cuda nigdy nie ustają - Downs, Tim









Dla mojej pięknej Joy,

dzięki której codziennie wstaję z łóżka,

i dla której każdego wieczora wracam do domu

oraz dla Cyndee Pelton i Madeleine Gaba-Nebres

z Dziecięcego Szpitala przy Uniwersytecie Loma Linda,

naszym osobistym aniołom w przebraniu

Człowiek nie jest ani aniołem, ani bydlęciem,

nieszczęście w tym, iż kto chce być aniołem,

bywa bydlęciem.

Blaise Pascal, Myśli


Prolog

Miałam sześć lat, gdy po raz pierwszy ujrzałam mojego anioła. Nikt w domu nie zachwycił się jednak zbytnio tym faktem. A już na pewno nie moja mama – była wściekła. W tamtych czasach miała ona wiele na głowie, tak że trudno ją o to obwiniać. A Kemp? Najpierw pomyślał, że oszalałam, potem jednak przestał się mną przejmować. Być może cudze dzieci zawsze traktuje się w ten sposób. Kemp pragnął w końcu tylko mojej mamy. To z nią się związał, a mnie przyjął z dobrodziejstwem inwentarza. Niemniej dziecko widujące anioły – tego było już za wiele. Może i do niego nie powinnam mieć pretensji – a jednak miałam.

Uczęszczałam wtedy do prywatnej szkoły w Los Angeles. Co zabawne, i tam się na mnie wkurzali. Myślałam, że z powodu mojego anioła będę miała jakieś szczególne względy. Nic podobnego. W szkole nikt nie potrafił w niego uwierzyć, tak samo jak nigdzie indziej. Trudno to pojąć, nieprawdaż? Przynajmniej ja tak myślałam.

Tak, to fakt, mieszkaliśmy w Kalifornii. Uwierzcie mi, opowiadanie podobnych historii w niczym nie pomaga. Los Angeles – jakie inne miasto powinno być „miastem aniołów”? Myślę, że chyba już nim nie jest. Może powinnam była mówić ludziom, że przytrafiło mi się to w Nowym Jorku albo w Bostonie – tam gdzie ludzie są zbyt bystrzy, by działy się takie rzeczy. Przepraszam – ale to były kalifornijskie anioły, a ja opowiadam wam tylko o tym, jak było.

Nie znacie mnie jeszcze ani ja was, ale zgaduję, co teraz myślicie – ponieważ opowiadałam tę historię dziesiątki razy i zawsze spotykało mnie to samo. W chwili, gdy wypowiem słowo „anioł”, słuchacze robią głupie miny. Zastanawiają się, czy się nie przesłyszeli, przestają się uśmiechać i zaczynają mrugać. Nadstawiają ucha i bliżej mi się przyglądają, tak jakby na czole odkręcały mi się jakieś śrubki i z głowy miał wyskoczyć mózg.

Wiecie, to prawda co mówią: jeśli mówisz do Boga, to jesteś kimś pobożnym, ale gdy słyszysz, jak Bóg mówi do ciebie, to jesteś schizofrenikiem.

Nie musicie za nic przepraszać. Widziałam takie sceny przedtem i przywykłam do tego.

Zabrało mi to niemal rok, by pozbierać wszystkie fragmenty tej historii. Wiele z nich widziałam na własne oczy, ale o wielu nic nie wiedziałam aż do czasu. Nie znam sposobu, by was przekonać, i mówiąc szczerze, nie obchodzi mnie to, czy mi uwierzycie, czy nie. Mogę tylko opowiedzieć wam o tym, co się stało, a wy zdecydujecie sami, co o tym myśleć. Może uwierzycie mi dopiero wtedy, gdy sami ujrzycie coś podobnego. Ja jednak wiem, co widziałam – i w to wierzę.

Oto jak to wszystko wyglądało.


1

Beverly Hills, Kalifornia

– Proszę mi powiedzieć, co pani sądzi o tym scenariuszu?

– Ogromnie mi się podobał. Połknęłam go wprost. Jest genialny.

Kłamała. W całej swej dwudziestoletniej karierze aktorskiej Olivia Hayden ani razu nie przeczytała całego scenariusza od deski do deski. Liv nie lubiła czytać – czytanie ją nudziło. Za każdym razem, gdy ze studia nadsyłano scenariusz, po prostu przekazywała go agentowi Morty’emu Biedermanowi. Pozwalała zawsze, by to Morty przetrawił materiał i ocenił jej rolę. Później wertowała strony zawierające jej dialogi i odsyłała je Morty’emu, redukując sto dwadzieścia stron scenariusza do kilku arkuszy zapisanych 12-punktowym Courierem. Liv mówiła zawsze tabloidom, że nie lubi czytać, ponieważ jest dyslektyczką. To samo oświadczył mediom Tom Cruise i wydawało się to działać w jego przypadku – a Liv w tych dniach była w stanie znieść nieco więcej docinków ze strony szmatławców.

Młody reżyser odetchnął z ulgą.

– Obawiałem się, że może się on pani nie spodobać.

– Jest cudowny – odparła z wyrazem zapierającego dech podziwu.

Kiedy reżyser skromnie spuścił wzrok, przyglądając się swoim butom, Liv wykorzystała okazję, by zmierzyć go wzrokiem. Ciekawe, czy ten szczeniak ma prawo jazdy, pomyślała, kręcąc lekko głową. Facet nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat – swój dyplom ze szkoły filmowej na Uniwersytecie Kalifornia prawdopodobnie wciąż trzymał zwinięty w tylnej kieszeni. Ale zaraz, ten dzieciak miał scenariusz, a za sobą studio, a rola to rola. To nie pryszcz. Ludzie, mam tyle lat, że mogłabym być jego… starszą siostrą.

– Wie pani, że jestem współautorem scenariusza – powiedział reżyser.

– Zdumiewające. Co za różnorodność talentów.

Kłamała. Kogo on myśli oszukiwać? Morty już jej naopowiadał. Dzieciak natknął się na niezły pomysł scenariusza, po czym wynajął drugorzędnego autora, by ten poddał go obróbce i sporządził wstępną wersję. Prawdopodobnie kupił scenariusz od ręki i umieścił na jego okładce swoje nazwisko, by jako scenarzysta i reżyser w jednym wynegocjować lepsze warunki, pompując swoją gażę i zyskując prawo do obsady. I to był jedyny powód, dla którego Liv tu siedziała: gdyby ten dzieciak nie obsadzał ról, nie zamieniłaby z nim słowa. Rzadko rozmawiała z reżyserami przed podpisaniem kontraktu, a autorzy – cóż, każdy w Hollywood wie, że z zasady są to kanalie.

– Nie ma pani pojęcia jak bardzo ucieszyłem się, gdy dowiedziałem się, że jest pani dostępna – powiedział.

– Miał pan szczęście – odparła Liv. – Mam teraz przerwę między filmami.

Między filmami. Dziesięć lat temu nie spojrzałaby nawet jednym okiem na podobny niedorobiony scenariusz, ale miała w nim w końcu wyznaczoną pierwszoplanową rolę, a o takie było coraz trudniej.

– To jaki jest ten tytuł? – zapytała.

Usta Furii.

– Chwytliwy – skrzywiła się.

– Myślę, że niektóre dialogi wciąż wymagają dopracowania – powiedział.

– Niech pan nie waży się niczego zmieniać. Wszystko jest jak należy.

Po co się męczyć? Nigdy nie kłóciła się o scenariusz, zanim ostatecznie nie znalazła się na planie. Kiedy ruszała produkcja, zegar zaczął odmierzać czas, a pieniądze płynąć strumieniem – wtedy mogła grymasić i drzeć scenariusz na strzępy.

Siedzieli razem przy barze w Kate Mantilini’s na bulwarze Wilshire usadowieni na okrągłych szarych stołkach z wysokimi sztywnymi oparciami, które zaprojektowano tylko po to, by można było na nich pozować. Jak wszystko w tym mieście, pomyślała. Świtało już prawie, chociaż Kate’s zamykano zwykle o północy. To Liv wszystko tak zaplanowała; reżyser poprosił o spotkanie, ale ona nalegała, by ustalić jego czas i miejsce. Nie wybrała tej dziwacznej pory po to, by zachować prywatność, bar Kate’s był i tak pełen gwiazd i dokuczliwych fanów; godzina spotkania miała uzmysłowić chłopakowi z kim ma do czynienia: miał się on spotkać z Olivią Hayden, a dla niej Kate Mantilini’s, tak samo jak każdy inny lokal w Hollywood, bywał otwarty tak długo, jak sobie tego życzyła. Liv Hayden miała w zwyczaju dostawać to, czego chciała i wiedziała, że im prędzej ten chłopak to zrozumie, tym łatwiej pójdą negocjacje. Nie chodziło o sprawy finansowe – tymi zajmował się zawsze Morty. Liv obchodziły negocjacje dotyczące planu produkcyjnego: chodziło o takie sprawy jak kręcenie zdjęć bez próbnych ujęć albo o to, że w wypadku powtarzania ujęcia po raz trzeci woli ona najpierw udać się do swej przyczepy i uciąć sobie drzemkę. Liv chciała, żeby wszystko było tak, jak ona chce i nie zamierzała później każdorazowo wykłócać się o swoje. Zapłaciła za swoją pozycję, nim osiągnęła trzydziestkę. Teraz szybko zbliżała się do czterdziestych piątych urodzin i nie miała już tej cierpliwości ani energii, by dalej bawić się w ceregiele.

Reżyser uśmiechał się do niej szeroko.

– Nie mogę się doczekać współpracy z panią przy tym filmie, pani Hayden. Przyjmuje pani warunki? Pani opinia tak wiele dla mnie znaczy. Mam na myśli aktorkę o pani renomie.

Renoma. To słowo ją ukłuło, ale Liv zachowała przyklejony uśmiech. Renoma – odporność – długowieczność – wszystko to były eufemizmy odnoszące się do tej samej brutalnej rzeczywistości, którą był wiek. To nie igraszki być czterdziestoparoletnią pocztówkową ikoną z Hollywood, zwłaszcza dla kobiety. Oczywiście także mężczyźni skarżyli się na niszczycielski upływ czasu, ale ten obchodził się z nimi inaczej. Tydzień temu jadła lunch z Nicolasem Cagem w The Ivy, kiedy on zaczął jęczeć nad swoimi zakolami i operacjami plastycznymi, a ona strąciła mu kukurydzianą zupę na kolana. Przypomniała mu, że Brando był już pękaty jak balon, kiedy zaoferowano mu 3,7 miliona dolarów za rolę supermana – ale niech tylko jakaś aktorka przytyje ze dwadzieścia funtów, a jedyne co jej zostaje to rola w reklamówce u Jenny’ego Craiga (autor popularnego w USA programu odchudzającego – przyp. tłum.). To nie to samo, powiedziała mu. Kobiety w Hollywood muszą robić wszystko to, co mężczyźni, ale od nas oczekuje się, że zrobimy to wpakowane w kostium rozmiar 4.

A w Hollywood kamery były wszechobecne, krążyły po mieście jak sępy, przeszukując teren w poszukiwaniu obwisłych brzuchów i pośladków lub choćby jakiejś nie pokazywanej dotąd fałdy albo zmarszczki. Sępy potrafiły wywąchać śmierć – śmierć karieryi natychmiast gdy coś zwęszyły, rozlegało się to złowieszcze klik, klik, klik. Kamery cyfrowe nie wydawały nawet żadnego dźwięku – więc nigdy nie wiedziałaś, gdzie i kiedy z nich strzelano. I gdy myślałaś już, że dały ci wreszcie spokój, nazajutrz mogłaś obejrzeć siebie na okładce tabloidu, na której wyglądałaś gorzej niż mogłaś to sobie kiedykolwiek wyobrazić, z brzuchem wyłażącym z jakiegoś koszmarnego stroju kąpielowego, który powinnaś wyrzucić na śmieci dziesięć lat temu.

Sępy, tym byli fotoreporterzy. Nie, ich kamery były gorsze od sępów, ponieważ sęp mógł cię napaść tylko jeden raz, a kompromitująca fotografia pożerała cię przez całe życie.

– Dlaczego nie porozmawiamy o roli? – zaproponował reżyser.

W porządku, pomówmy o niej. Chodzi o czas.

Potrzebowała tej roli, ponieważ jedynym antidotum na złe zdjęcie jest zdjęcie dobre. Publiczność nie ma krótkiej pamięci, ona ma amnezję. Z chwilą gdy ludzie opuszczają salę kinową, zapominają o twojej twarzy, a jedyne co pamiętają to jej ostatni wyraz. Był to niewielki film, do którego nie przyłożyłaby ręki, gdy była u szczytu kariery – ale tak było kiedyś, a teraz jest teraz. Był to przynajmniej film pełnometrażowy z poważnym budżetem i przyzwoitą dystrybucją, nie żaden żałosny średniometrażowiec za kilka milionów dolarów, który dokonuje żywota na kanale Lifetime. Rola też była niezła – taka, o którą było coraz trudniej. Danielle Blakelock była elegancką i uwodzicielską dwudziestopięciolatką, pracującą jako mikrobiolog – ekspert od spraw wojskowych.

Dwadzieścia pięć lat – wielkie nieba.

Ale Liv mogła ją zagrać – wciąż jeszcze dawała radę. Ostatecznie była to ta sama rola, którą grała od dwudziestu lat. Różne imiona, różne miejsca, ale zawsze ta sama rola. Dwadzieścia pięć lat – nie było to znowu aż takie wyzwanie. Jeśli zdjęcia nie zaczną się wcześniej niż latem, to wciąż był czas, by schudnąć podczas trzytygodniowej diety na zielonej herbacie i poddać się kuracji detoksowej w Las Ventanas. To musi dać efekt. Znowu wróci do szczytowej formy – problemem mogą być tylko zbliżenia…

– Czy będziemy korzystać z dublerki? – zapytała.

Reżyser zmarszczył brwi.

– Dlaczego mielibyśmy to robić?

Liv mrugnęła do niego.

– Naprawdę polubiłam pana od pierwszej chwili.

Położyła od niechcenia dłoń na swym prawym udzie i podciągnęła lekko sukienkę, by pokazać nieco więcej – zaraz jednak spostrzegła charakterystyczną drobną plątaninę bladoniebieskich żyłek i z powrotem opuściła materiał.

– Dla mnie ta postać jest kimś, kto przechodzi męczarnię – powiedział reżyser. – Myślę że napędza ją pragnienie pozbycia się poczucia winy i to dlatego stara się ocalić duszę kogoś, kogo kocha.

– Trudno temu zaprzeczyć. I co z tego.

W pierwszej scenie widzimy ją zalaną w trupa w bezludnej okolicy. Otwiera oczy i rozgląda się wokoło… Nie wie gdzie jest i jak się tam znalazła. Jak długo…

– Chwileczkę. Czy ona jest alkoholiczką?

Reżyser zamilkł.

– Jak mógł pan to pominąć? To jest najistotniejsza sprawa, jeśli chodzi o całą jej osobowość.

Liv pomyślała, że udusi Morty’ego.

– Od jak dawna jest ona alkoholiczką?

– Od dwudziestu, może dwudziestu pięciu lat.

I co, popijała margaritę w beciku?

– Słucham?

– Kobieta ma przecież tylko dwadzieścia pięć lat.

O czym pani mówi? Ona zbliża się do pięćdziesiątki.

Lewy but Liv zsunął się z podpórki pod barem i spadł na posadzkę.

– Czy pojawia się ona w scenariuszu w młodszym wieku? Przypuszczam, że możemy pominąć parę lat, ale musi ona mieć czterdzieści parę lat, skoro ma dwudziestopięcioletnią córkę.

– Córkę?

– Danielle.

– Myślałam, że rozmawiamy właśnie o Danielle.

– Nie, mówimy o pani roli – o Margaret Blakelock, matce Danielle, alkoholiczce.

Zapadła dłuższa cisza, podczas której powieki Liv wolno opadały, a jej oczy zwęziły się do wąskich szparek.

– Margaret Blakelock – powiedziała.

– Tak, zgadza się.

– Nie Danielle.

– Nie, Margaret. Czy agent pani nie powiedział…

A wolno wiedzieć, kto zagra Danielle?

– Nie obsadziłem jeszcze tej roli. Myślę o którejś z bliźniaczek Olsen.

Znowu zapadła cisza.

Nie tracąc kontaktu wzrokowego, Liv sięgnęła na lewo i przysunęła sobie stojącą na barze misę z mieszanką orzeszków. Ustawiła ją naprzeciw siebie i palcem wskazującym wolno segregowała jej zawartość. Trafiła na orzech laskowy nadzwyczajnych rozmiarów. Uniosła go na wysokość wzroku i trzymała przez chwilę jak rzutkę; starannie wybrała cel, po czym cisnęła orzechem w reżysera. Trafiła go dokładnie w środek czoła – bęc.

Reżyser siedział zamurowany.

Liv sięgnęła po następnego orzeszka – tym razem był to nerkowiec.

– Postawię sprawę jasno – powiedziała. – Chce mnie pan obsadzić w roli alkoholiczki, matki bliźniaczki Olsen – aktorki, która stojąc obok mnie sprawi, że będę wyglądała jak John Madden w fartuchu.

Rzuciła orzeszkiem – bęc.

– Myślałem, że – myślałem, że to jasne, iż…

– Posłuchaj no człowieku: ja jestem Olivia Hayden. Mam na koncie dwadzieścia siedem pełnometrażowych filmów, i większość z nich była dochodowa.

Bęc.

– Grałam w filmach, kiedy ty chodziłeś jeszcze w pieluchach. Moja twarz jest znana na całym świecie, a moje nazwisko stało się symbolem.

Bęc.

Grałam piękne i uwodzicielskie policjantki, astronautki i gwiazdy przemysłu reklamowego. Mogę zagrać nawet piękną i pociągającą panią mikrobiolog, specjalistkę do spraw wojskowych, bo jestem profesjonalistką i dam sobie z tym radę. Ale nie zamierzam…

Bęc.

– Nie zamierzam..

Bęc.

– Nie zamierzam grać spuchniętej od wódy pięćdziesięcioletniej matki bliźniaczki Olsen.

Liv wysypała pozostałość orzeszków na kolana reżysera, przetarła dłonią bar i bez słowa ruszyła w stronę drzwi.

Zatrzymała się na parkingu, czekając aż chłopak z obsługi przyprowadzi jej samochód. Młodzieniec otwarł jej drzwiczki i przytrzymał je z uśmiechem na twarzy. Wsiadła do samochodu, po czym zawahała się przez chwilę.

– Wiesz kim jestem? – zapytała

Z twarzy chłopaka zniknął uśmiech.

– No… bmw M6 cabrio – przynajmniej tak jest napisane na kwicie. Czy jest jakiś problem…

– Fora z mojego wozu, dupku.

Wyrwała mu z rąk drzwiczki i odjechała.

Nacisnęła gaz do oporu i wyjechała na bulwar Wilshire, paląc opony. Było po czwartej i ulice były puste. Pognała w dół Wilshire, nie zważając na ograniczenia prędkości ani na światła, mając cichą nadzieję, że zatrzyma ją jakiś policjant, przed którym będzie mogła odegrać gwiazdę i walnąć go po twarzy. Musiała komuś dać po pysku – nie marzyła teraz o niczym innym. Rozejrzała się wokoło po pustej ulicy. Nigdy nie ma żadnego gliniarza wtedy, kiedy go potrzeba.

Po kilku minutach była na czterystapiątce i bez szczególnego celu jechała na południe. Miała po prostu ochotę przejechać się dokądkolwiek.

Margaret Blakelock, pomyślała. Nie Danielle – oczywiście nie ona. Nie, potrzebujemy do tej roli kogoś młodszego, kogoś bez rzucających się w oczy felerów, takich jak skóra! Bliźniaczka Olsen – ważę więcej, niż one obie razem wzięte. Musiałabym grać z profilu przez cały film!

Minęła minivana tak, jakby stał nieruchomo i przejechała przez wszystkie osiem pasów ruchu tylko po to, by poczuć jak samochód rzuca nią na bok.

Matka alkoholiczka, myślała. Co za splendor! Już to widzę: pierwsza scena, a ja leżę pijana w sztok na odludziu. Unoszę opuchniętą twarz i ślina ścieka mi po brodzie… Cięcie! Wydrukujecie to! Na pewno wybrali miłą okolicę do zdjęć – może jakieś odludzie na Jamajce. Morty – on wiedział o tym. Zabiję drania. Trzymasz agenta przez dwadzieścia lat, a ten robi ci coś takiego. On się nie pomylił, tylko zrobił mi to celowo! W ten sposób chce mi powiedzieć, że się starzeję – że nadszedł czas, bym zaczęła brać inne role. Cóż, dzięki za informacje, Morty, ale i tak o tym wiedziałam.

Wjechała pod wiadukt z prędkością 90 mil na godzinę. Rozpędzone bmw wzniecało za sobą tuman piachu i żwiru, który uderzał o beton.

Goldie Hawn miała rację. Dla kobiet w Hollywood są tylko trzy fazy w życiu: Kochanka, Prokurator Okręgowa i Wożąc Panią Daisy (tytuły popularnych filmów – przyp. tłum.) Co się ze mną stało? Wczoraj to ja byłam piękna i uwodzicielskai nagle jestem matką alkoholiczką pięknej i uwodzicielskiej kobiety. Jutro prawdopodobnie stanę się kandydatką do Betty Ford (organizacja zajmująca się walką z alkoholizmem – przyp tłum).

Spojrzała w lusterko wsteczne i ku swemu zdziwieniu zauważyła w nim samochód jadący za nią w odległości zaledwie kilku metrów. „Debil!”, krzyknęła do lusterka. Osiem pustych pasów jezdnych, a ten idiota siedzi mi na ogonie! Witajcie w Los Angeles.

Przez kilka sekund zastanawiała się, czy nie wcisnąć hamulca do oporu i nie wywołać zderzenia. Wiedziała jednak, że przy prędkości 90 mil na godzinę silnik wyląduje jej na kolanach. Zamiast tego lekko przyhamowała. Samochód za nią zwolnił nieco, ale wciąż trzymał się blisko tylnego zderzaka.

Wcisnęła gaz i przyspieszyła – samochód z tyłu nie dawał za wygraną. Zmieniła dwukrotnie biegi – ale to samo zrobił jej prześladowca. Co to za idiota? Zastanawiała się i nagle odgadła.

Sępy!

Paparazzi – musieli czekać na nią koło Kate Mantilini’s. Czy ci ludzie nigdy nie mają dość zdjęć? Czy ich wydawcy nigdy nie stać na przyzwoitość, by powiedzieć: „Dość! Mamy tyle zdjęć tej laski, że już nam one tyłkiem wychodzą” ? Czy jakiś sympatyczny wydawca nie mógłby w końcu im przypomnieć: „Słuchajcie, nikt nie ma już ochoty oglądać tej kobiety wychodzącej z drogerii z butelką Metamucilu (środek przeczyszczający – przyp. tłum.). I dość już zdjęć, jak opycha się ona frytkami – nikt tego nie chce widzieć na oczy!”. Ale nie, sępy nigdy nie mają dosyć.

Spojrzała w lusterko. Dokąd ten facet myśli, że jedzie o czwartej rano? Jakiej wielkiej atrakcji oczekuje? Wygląda na to, że będzie ją tak gonił aż do Golden Globes.

Opuściła szybę.

– Zejdź mi z ogona, dupku! – krzyknęła przez okno. – Jestem matką alkoholiczką – musiałeś mnie pomylić z kimś innym!

Samochód jechał jednak wciąż tuż za nią.

I wtedy Olivia wpadła w szał.

Miała śmiertelnie dosyć karmienia tych wszystkich sępów i postanowiła, że akurat ten jeden dzisiaj się nie posili. Wyprowadzi go w pole, choćby miało jej to zająć całą noc. Pojedzie najpierw czterystapiątką do Irvine, potem odskoczy na autostradę do San Diego i jeśli będzie trzeba, to pogna aż do Tijuany.

Bliźniaczki Olsen, powtarzała sobie w myślach, ściskając kierownicę, aż pobielały jej kostki u dłoni.

* * *

Ramon Munoz sięgnął przez okno i uderzył w podświetlony szyld baru Pizza 24h, przytwierdzony za pomocą magnesu do dachu jego samochodu. Światło mrugnęło i znowu zgasło. Ramon dał za wygraną. Ostatecznie to tylko reklama, nie było czym się przejmować. Nie jechał radiowozem. Nikt nie krzyczał przez megafon: „Zjechać na bok! Przepuścić faceta z pizzą!”.

Spojrzał na adres umieszczony na pokrywie podgrzewacza do pizzy. To miało być gdzieś w Inglewood. Miał nadzieję, że nie zabłądził. Od kierowców nie wymagano już dostawy pizzy w czasie poniżej pół godziny – było zbyt wiele wypadków z tego powodu – ale późna dostawa oznaczała zimną pizzę, a zimna pizza kiepski napiwek. Dlaczego nie dają nam GPS-ów? To sprawa właściciela biznesu, to on ma pieniądze. Jakiś przyjemny Garmin lub coś w tym rodzaju – i robota szłaby prędzej. Mimo wszystko Ramonowi udawało się dostarczać większość zamówień w obiecanym czasie poniżej pół godziny. Obywał się bez pomocy satelity, bo był sprytny.

Weźmy na przykład ten wieczór. Zauważył samotne bmw pędzące wzdłuż czterystapiątki i uchwycił się jego ogona, kryjąc się w jego aerodynamicznym cieniu. Sprytny manewr, Ramon – zyska na czasie jakieś kilka minut, a i paliwa przy tym zaoszczędzi. Działało to na wyścigach samochodowych, to i jemu musiało pomóc.

Bmw najwyraźniej miało gdzieś policję; może kierowca był kimś ważnym – a może miał wykrywacz radarów. Poza tym Ramon ujrzał na moment twarz kobiety siedzącej za kierownicą, kiedy spojrzała na niego we wstecznym lusterku. To była niezła babka. Kogo prędzej zatrzymają gliniarze: faceta z pizzą w corolli z 1997 roku, czy damulkę w krwistoczerwonym bmw? Rozparł się w fotelu i włączył radio. Ramon wiedział, że mu się uda. Oby tylko ta wariatka trzymała się jednego pasa…

Dwa samochody gnały wzdłuż czterystapiątki zderzak w zderzak.


2

Z chwilą, gdy Natalie otworzyła drzwi, zorientowała się, że wszystko się opóźnia. Leah wciąż siedziała w piżamie przy stole, nerwowo wydłubując rodzynki ze swej grzanki i rzucając je z obrzydzeniem na podłogę. Pani Rodriguez w kwiecistej podomce stała przy blacie kuchennym i smarowała dwie kromki chleba masłem orzechowym.

– Dzień dobry pani Rodriguez. Jak się pani miewa?

– Ja? W porządku – odpowiedziała. – Jak rewolwer – dodała po chwili, wskazując ruchem głowy na stół.

– Jedna z tych nocy?

A czy są inne noce?

Natalie z brzękiem rzuciła klucze na blat i podeszła do swej sześcioletniej córeczki, całując ją w czoło.

– Dzień dobry kochanie. Spóźnisz się do szkoły. Co cię zatrzymuje?

– Rodzynki – Leah wykrzywiła buzię, wycierając pocałunek wierzchem dłoni i wracając do swego zajęcia.

– Ona wie, że nie cierpię rodzynek, a mimo to wciąż mi je daje.

– Nie rzucaj ich na podłogę – powiedziala Natalie, przykucając za krzesłem i zbierając czarne drobiny jednym ruchem dłoni.

– Rodzynki są dobre – mruknęła pani Rodriguez. – Rodzynki to owoce, a owoce trzeba jeść trzy razy dziennie, by być zdrowym. Tak mówi doktor Oz.

– Będziemy się o to sprzeczać później – powiedziała Natalie. – Teraz musimy jechać do szkoły panienko. Ubieraj się i zabieraj tornister – jazda.

Kiedy Leah zniknęła w swojej sypialni, Natalie zwróciła się do pani Rodriguez.

– Jak było zeszłej nocy?

– Bez problemów – przynajmniej bez żadnych nowych. Odrobiła lekcje i przez godzinę oglądała TV. Potem troszkę czytała – to dziecko uwielbia czytać. Poszła do łóżka przed dziewiątą, a ja kwadrans później. Daję słowo, że ona mnie wykańcza. Wychowałam troje własnych dzieci, ale byłam wtedy młodsza. Teraz nie mam już tej energii.

– Jakieś nowe historyjki? – przerwała Natalie.

– Zawsze są historyjki. Wiele historyjek. Opowiada je swoim lalkom, opowiada je do ścian, siedzi na parapecie i opowiada je przejeżdżającym samochodom. Ma wielką wyobraźnię. Może kiedyś zostanie pisarką albo poetką. Mała ma talent – może dlatego jest tak obstinado (uparta – przyp. tłum.).

Talent, pomyślała Natalie. Tego słowa nie użył psycholog.

A jak praca? – zapytała pani Rodriguez.

– Praca jak praca – powiedziała Natalie.

– Życie pielęgniarki nie należy do łatwych.

– Nie mogę narzekać. To tylko trzy lub cztery noce w tygodniu.

– Ale dwanaście godzin na nogach, przez cały czas. Nie wiem, jak pani to wytrzymuje.

Zajrzała do sypialni Leah.

– Ja też czasem nie wiem. Ale czym byłoby życie bez pracy?

Natalie poklepała panią Rodriguez po plecach.

– Myślę, że to się nazywa zabawa.

Drzwi otworzyły się ponownie i do kuchni wszedł mężczyzna. Był wysoki i przystojny. Miał gęste czarne włosy, do których pasowały ciemne oczy. Ubrany był w błękitny pielęgniarski uniform, taki sam, jaki nosiła Natalie.

Mężczyzna mrugnął do pani Rodriguez.

– Czołem, mamacita. Zagrzała mi pani łóżko?

Nie mówiąc nic więcej, poszedł prosto do drugiej sypialni, zamykając za sobą drzwi.

Pani Rodriguez wywróciła oczami.

– Nie znoszę, gdy mnie tak nazywa.

– On wie o tym – powiedziała Natalie. – Przepraszam.

Natalie odwróciła się na pięcie i podążyła za mężczyzną do sypialni.

Kiedy otworzyła drzwi, on leżał już wyciągnięty w poprzek łóżka, twarzą do prześcieradła.

– Kemp, co ty wyprawiasz?

A jak myślisz, co robię? – powiedział, otwierając oczy.

– To twoja kolej, by odwieźć Leah do szkoły.

– Nie może być.

– Wiesz o tym przecież. Ja ją wożę trzy razy w tygodniu, a ty w dwa pozostałe dni. Dalej, nie będziemy tracić czasu na kłótnie.

– Zróbmy święto – wymamrotał. – Niech dzieciak ma raz wolne.

– Dalej, ja nie żartuję. Jeśli zaraz nie wyjedziecie, to się spóźnicie.

Kemp wolno dźwignął się i usiadł na brzegu łóżka.

– Dlaczego musimy sprzeczać się o to każdego dnia? Nie kończymy zmiany w klinice przed siódmą. Każde z nas ma po tym w głowie sieczkę – ale musimy wtedy gnać do domu, tylko po to, by zawieźć dzieciaka do szkoły leżącej o 15 mil od domu. To Culver City, Natalie – oni mają tu najlepsze szkoły publiczne w zachodnim Los Angeles. Te szkoły mają nawet wynalazek zwany „autobusem”, który odbierze ją sprzed domu.

– Daj spokój Kemp.

– To strata czasu i energii, nie wspominając o pieniądzach. Pomyśl o tym, Natalie. Dziesięć tysięcy dolców rocznie za prywatną szkołę. Zastanów się, ile za to można kupić.

Zastanów się, ile za to można kupić.

– Nie zamierzam teraz dyskutować z tobą o tym, która szkoła jest lepsza. Zabierasz ją, czy nie?

Kemp z powrotem położył się do łóżka.

– Dzisiaj jest święto – powiedział. – Sprawdź w kalendarzu, proszę; musi dziś być świętego jakiegoś-tam albo inna okazja do świętowania. Nie będziemy przecież obrażać sił wyższych.

W porządku.

Natalie obróciła się na pięcie i zatrzasnęła za sobą drzwi sypialni.

Leah czekała na nią przy kuchennych drzwiach. Trzymała otwarty tornister, podczas gdy pani Rodriguez pakowała do niego pudełko z lunchem.

– Tylko, żeby tam nie było rodzynek – mruczała Leah.

– Och, przerażasz mnie – powiedziała pani Rodriguez – następnym razem sama sobie przygotuj lunch.

Leah spojrzała na matkę.

– Myślałam, że dziś jest Kempa kolej.

– Kemp miał długą nockę – powiedziała Natalie. – Już gotowa?

– Wolę Kempa – odparła Leah. – On jedzie szybko i nigdy nie gada.

– Musimy z nim o tym porozmawiać. Dalej, jedziemy.

– Zapomniałam pani powiedzieć o mojej siostrzenicy – rzekła pani Rodriguez. – Sprowadza się z powrotem do Los Angeles.

– Pani siostrzenica?

– Ona ma dwoje dzieci.

Natalie wybałuszyła oczy.

– Pani Rodriguez, co chce mi pani powiedzieć?

– Przykro mi, ale ona będzie mnie potrzebować. Muszę zaopiekować się moją rodziną.

Natalie zamknęła oczy.

– Kiedy?

– Niebawem, może za parę dni. Powinnam była powiedzieć pani o tym wcześniej, ale sama dopiero co dowiedziałam się o tym. Tak mi przykro.

– Pani Rodriguez, jak ja mam poszukać kogoś na pani miejsce w ciągu kilku dni? Proszę, potrzebuję na to przynajmniej kilku tygodni.

Pani Rodriguez uśmiechnęła się, spoglądając zmieszanym wzrokiem.

– Czy chodzi o pieniądze? Bo jeśli tak, to ja…

– Chodzi o rodzinę – powiedziała. – Gdyby to była sprawa pieniędzy, to bym o tym powiedziała.

– Czy nie zna pani kogoś? Może mi pani kogoś polecić?

– Popytam wokoło.

– Proszę, będę naprawdę wdzięczna. Chodzi o kogoś z noclegiem, kogoś, kto ma rękę do dzieci, kogoś, kto miałby cierpliwość do – no wie pani – do historyjek.

Im dokładniej charakteryzowała potrzebną osobę, tym bardziej czuła się bezradna. Panią Rodriguez zesłał sam Bóg, ale teraz wyglądało na to, że Bóg nie zamierza obdarzyć ją kolejnym błogosławieństwem.

Natalie w milczeniu odprowadziła córkę do samochodu. Otworzyła tylne drzwiczki i przytrzymała je dla niej.

– No to nie będzie już rodzynek – powiedziała Leah.

– Dalej, do samochodu.

Zapaliła silnik i ruszyła z piskiem opon. Były już spóźnione o dziesięć minut. Miała nadzieję nadrobić spóźnienie na autostradzie. Nie mogła wybrać gorszej chwili, rozmyślała. Gdzie ja znajdę drugą panią Rodriguez w przeciągu kilku dni? Nie ma cudów. Będziemy musieli zastąpić ją jakoś razem z Kempem. Trzeba, aby jedno z nas przestawiło się na dzienny dyżur. Czyż nie byłoby to wspaniałe – jedno pracuje w dzień, a drugie w nocy. Będziemy się witać w progu dwa razy dziennie! Wspaniale – teraz już prawie się nie kontaktujemy.

Poczuła znajomy ucisk w dole żołądka. Tak zaczęło się to ostatnim razem. Nie mogę dopuścić, by to się powtórzyło. Po prostu nie mogę.

– Zapnij pasy – powiedziała za siebie.

– Są zapięte.

Natalie zerknęła we wsteczne lusterko. Dostrzegła pasy zwisające luźno na podłodze.

– Zapnij je Leah, ja nie żartuję.

W porządku.

Minęło kilka sekund zanim usłyszała kliknięcie pasów. Znowu pomyślała o Kempie, który kiedy tylko mógł, wymigiwał się od swych obowiązków wobec Leah. Zastanawiała się, ile innych samotnych matek toczyło podobne boje z mężczyznami, których wpuściły pod swój dach. Kemp zachowywał się dobrze wobec Leah – czasami nawet ze sporym uczuciem – jednak tylko do chwili, gdy stawało się to dla niego niewygodne, wtedy zawsze słyszała to samo: „to twój dzieciak”. Natalie nienawidziła tego – miała wówczas ochotę błagać: „Proszę – pokochaj moją córkę, tak samo jak ja”. To sprawiało, że czuła się słaba i bezsilna, i z tego powodu gardziła sobą.

Kiedy wjechała na czterystapiątkę serce jej zamarło. Osiem pasów było kompletnie zakorkowanych. Musiało gdzieś dojść do wypadku. Nawet czterystapiątka nie miewała takich korków. Próbowała wypatrzyć przyczynę zatoru, ale tuż przed nią stał jeden z tych SUV-ów, na które ciągle narzekała i o którym po cichu marzyła. Zjechała nieco ze swojego pasa, by spróbować dojrzeć cokolwiek pomiędzy zakorkowanymi pasami, ale kierowca samochodu stojącego po jej lewej stronie mrugnął światłami na znak solidarności.

– On ci zamrugał – powiedziała Leah.

– Tak kochanie, widziałam.

– Kemp zawsze odmruguje.

– To kolejna rzecz, którą musimy omówić z Kempem.

Skręciła z powrotem w prawo na swój pas, stając tuż za SUV-em. Wściekało ją to, że Kemp znowu używa „prywatnej szkoły” jako karty przetargowej. Wiedział, dlaczego Leah jest w takiej szkole; wiedział, ile dzieciaków z kalifornijskich podstawówek męczyło się, by opanować trudny angielski, co czasami opóźniało naukę w klasie. Nie jest łatwo uczyć się przyrody lub arytmetyki, jeśli nie zna się podstawowego słownictwa. Kiedy jedne dzieciaki uczyły się języka, pozostałe nie uczyły się niczego – a przynajmniej nie tyle, ile powinny. To było powodem, dla którego Leah poszła do szkoły Świętego Stefana, i to dlatego warto było wydać te dziesięć tysięcy dolarów rocznie.

Był to w każdym razie jeden z powodów. Ten najistotniejszy – o którym nigdy nie wspomniała Kempowi – był taki, że w tej szkole znajdowali się nauczyciele, którzy mieli odrobinę więcej zrozumienia dla dziecka tak… wyjątkowego jak Leah.

Dla Kempa nie liczyła się jakość edukacji ani to, co było najlepsze dla Leah, tylko pieniądze. Ilekroć widział reklamówkę jakiegoś najlepszego, luksusowego samochodu albo mijał nowo wybudowane bogate osiedle domów jednorodzinnych, powracał temat szkół prywatnych. Z Kempem rozmawiało się ciągle o pieniądzach dlatego, że jego rodzice mieli je, gdy dorastał, a teraz on ich nie miał.

Spojrzała na zegarek: było prawie wpół do dziewiątej i obie były beznadziejnie spóźnione. Przez ostatnie pół godziny wlokły się centymetr po centymetrze i nie było widoków na wydostanie się z tego gigantycznego korka. Natalie przestała liczyć na cud i zamiast tego zajęła się obmyślaniem usprawiedliwienia.

– Była raz sobie dziewczynka ze złotymi skrzydłami.

Natalie spojrzała w lusterko wsteczne.

– Co powiedziałaś, kochanie?

– Dziewczynka nigdy nikomu nie pokazywała skrzydeł. Trzymała je złożone pod ubraniem. Paski od tornistra ocierały się o nie i bolało ją to, ale ona wciąż ukrywała skrzydła.

Natalie odwróciła się i spojrzała na córkę.

– Widziałaś to w TV?

– Ale kiedy była sama, zdejmowała koszulkę i rozpościerała skrzydła, a złoto świeciło tak mocno, że oślepiłoby ono każdego, kto by na nie spojrzał. To dlatego musiała ukrywać skrzydła, i dlatego były one jej tajemnicą.

Natalie poczuła, że pieką ją oczy…

Nagle zauważyła migające światła karetek pogotowia, ustawiających się jedna za drugą na prawym poboczu drogi. Stał tam wspaniały wóz straży pożarnej z Los Angeles z wymalowanym na boku firmowym logo oraz dwie furgonetki z kliniki urazowej Uniwersytetu Kalifornia. Ruch stał się jeszcze wolniejszy, kiedy kierowcy i pasażerowie zaczęli wyciągać szyje, by obejrzeć w szczegółach okropny wypadek. Wszystko to sprawiało wrażenie jakiejś parady, z tym, że to parada stała w miejscu, a obserwatorzy przesuwali się obok niej. Najpierw straż pożarna, za nią karetki, potem dwóch strażaków trzymających jakieś urządzenie do cięcia blachy, a za nimi dwóch sanitariuszy z noszami na kółkach. Wszyscy wyglądali na wyczerpanych, tak jakby pracowali od wielu godzin.

W końcu zjawił się wielki marszałek parady – sam poszkodowany pojazd. Było to ognistoczerwone bmw – czy też raczej jego pozostałość. Samochód był spłaszczony i pogięty. Musiał kilka razy koziołkować. Brakowało w nim dachu, a z przedniego okna została sama pusta rama. Wokół auta uwijali się sanitariusze i medycy, a Natalie z przerażeniem spostrzegła, że ofiara najwyraźniej wciąż jeszcze jest w środku. Jasnowłosa kobieta siedziała na miejscu kierowcy z głową odchyloną do tyłu. Widać było, że ma zaciśnięte oczy i szeroko otwarte usta.

– Boże, ratuj ją – szepnęła.

W chwili, gdy samochód Natalie zrównał się ze zmiażdżonym autem, korek zatrzymał się na dobre. Natalie usłyszała za sobą kliknięcie pasów bezpieczeństwa i odwróciwszy się, ujrzała Leah stojącą na tylnym siedzeniu z twarzą przylepioną do bocznej szyby.

– Leah, siadaj na miejscu! – powiedziała Natalie.

Leah wciąż jednak gapiła się przez okno.

– Siadaj natychmiast i zapnij pasy!

Leah nadal tkwiła przy szybie z wybałuszonymi oczami.

– Nie patrz na nią – krzyknęła Natalie.

Leah nie patrzyła jednak na kobietę. Spoglądała na mężczyznę stojącego przy samochodzie. Był on ubrany inaczej niż inni – nie miał na sobie uniformu strażaka ani białego kitla. Nosił zwykłe ubranie, jak ktoś, kto po prostu zatrzymał się na chwilę, by bliżej przyjrzeć się wypadkowi. Stał tuż obok kobiety o jasnych włosach, ale nikt najwyraźniej nie zwracał na niego uwagi. Mężczyzna zachowywał się cicho i spokojnie, trzymając swoją prawą dłoń tuż nad głową kobiety.

Nagle odwrócił się i spojrzał na Leah. Utkwił swój wzrok w jej oczach. Uśmiechnął się do niej, po czym uniósł palec do ust: Pssssst!


3

I jak się dzisiaj mamy, panie…. Mężczyzna zerknął szybko na kartę pacjenta. – Jablonsky, nieprawdaż?

– Nie najlepiej, nie mogę spać.

– To dość normalna skarga na oddziale intensywnej terapii neurologicznej. Przywyknie pan do tego.

Przekartkował historię choroby i szybko przebiegł wzrokiem przez załączoną do niej kartę z danymi.

– Kto się panem opiekuje?

– Pyta pan o mojego doktora? Myślę, że nazywa się Smithson, czy jakoś tak.

Mężczyzna stał beznamiętnie.

– Smithson, powiada pan. On odbywał staż na Uniwersytecie w Wirginii.

– Czy to dobrze?

– Okaże się.

– Kim pan jest?

– Nazywam się Kemp McAvoy. Widzę z pana karty, że ma pan wstępną diagnozę CZPOM.

– Co to właściwie jest?

– Chroniczna zapalna polineuropatia osłonki mielinowej. To zaburzenie nerwów peryferyjnych wywołane uszkodzeniem osłonki mielinowej. Pański system immunologiczny atakuje osłonkę, która izoluje pańskie nerwy – zaczyna wtedy dochodzić do krótkich spięć, tak jak między nie zaizolowanymi kablami pod napięciem. Proszę mi pozwolić coś sprawdzić. Czy może pan usiąść?

Mężczyzna powoli podniósł się na łóżku i spuścił nogi na podłogę.

– Nienawidzę tych kusych kitelków, cały tyłek mam na wierzchu.

– Myślę, że teraz to pana najmniejsze zmartwienie, panie Jablonsky.

Kemp ostukał kolano pacjenta gumowym młoteczkiem, ale nie zauważył żadnej reakcji.

– Hmm..

– Co?

– Brak reakcji – tak jak przypuszczałem. – Proszę mi jeszcze powiedzieć, czy odczuwa pan osłabienie w rękach i nogach?

– Przecież dlatego tu jestem.

– Czy pobrano już od pana płyn rdzeniowy dla oznaczenia poziomu protein?

– Co takiego? Nie, sądzę, że nie. Czy to boli?

– Proszę mi opowiedzieć o początkach tej słabości w nogach i rękach. Czy trwała ona miesiącami, czy może raczej przez kilka tygodni albo dni?

– Nie wiem… może przez tydzień lub dwa. Tak mi się wydaje.

– Hm…

– Co? Ciągle pan tak wzdycha.

– Nie jestem przekonany co do tej wstępnej diagnozy. Biorąc pod uwagę dość szybkie wystąpienie objawów, należałoby się zastanowić, czy nie chodzi tu o syndrom Guillaina-Barre.

– Co to jest?

– Trzeba będzie panu zrobić punkcję lędźwiową, by to potwierdzić, ale jestem raczej pewny tej drugiej diagnozy.

– Czy to źle? Co to jest punkcja lędźwiowa?

W tej chwili otworzyły się drzwi i do sali wszedł drugi mężczyzna. Miał na sobie biały kitel z identyfikatorem kliniki Uniwersytetu Kalifornia. Widniało na nim nazwisko DR SMITHSON. Lekarz spojrzał na pacjenta siedzącego na łóżku i na Kempa stojącego z młoteczkiem w dłoni.

– Co tu się dzieje? – zapytał.

Neurolog oskarżycielskim gestem wskazał na Kempa.

– Pana pytam.

Kemp wzruszył ramionami.

– Po prostu doglądam pacjenta kolegi, kiedy ten ma przerwę.

Kolegi – powtórzył Smithson – rozumiem, że ma pan na myśli innego pielęgniarza.

Pan Jablonsky zmierzył Kempa wzrokiem.

– Pan jest pielęgniarzem?

Smithson otworzył szeroko drzwi do sali.

– Chcę z panem porozmawiać w cztery oczy, McAvoy. Natychmiast.

Neurolog szybkim krokiem wyszedł na korytarz.

Kemp spojrzał na pana Jablonsky’ego.

– Wymawia się „syndrom Gi-jana Breja”. Niech im pan powie tylko „SGB”. Ktoś tutaj powinien wiedzieć, co to znaczy, nawet jeśli chodził na wykłady w Kalifornii.

Kemp spokojnie podążył za neurologiem, zamykając za sobą drzwi.

Smithson czekał na niego.

– Co pan sobie wyobraża, panie McAvoy?

– Wykonuję swoją pracę – powiedział Kemp.

– Co pan tam robił z kartą mojego pacjenta?

– Sprawdzałem, czy są na niej jakieś zalecenia. Za to przecież płaci się pielęgniarzom.

– Wiem za co się płaci pielęgniarzom, i wiem, że nie płaci im się za podważanie diagnoz lekarskich i udzielanie porad medycznych. I niech pan nie zaprzecza. Nasłuchałem się już dosyć skarg na pana od dwóch innych neurologów. Wiem o panu, panie McAvoy. Słyszałem plotki i na podstawie rozmiarów pana ego wnoszę, że to pan musiał je wywołać. Powiedzieli mi też, że uczęszczał pan na Uniwersytet Johnsa Hopkinsa i nawet rozpoczął tam staż, czy mam rację?

– Tak.

– Więc mamy tu u nas super talent. Jaka była pańska specjalność?

– Anestezjologia.

– Ale słyszałem, że nie skończył pan tam tego stażu, nieprawdaż?

– Tak, to prawda.

– Jak daleko pan zaszedł?

Kemp zrobił dłuższą pauzę.

– Do trzeciego roku.

– Był pan na ostatnim roku stażu i porzucił go, by zostać licencjonowanym pielęgniarzem? To zaiste sprytne posunięcie, jeśli chodzi o karierę. Co się stało?

Kemp nie odpowiedział.

W sumie nie bardzo mnie to obchodzi – powiedział Smithson. – Obchodzi mnie natomiast to, że panu wydaje się, iż jest tu lekarzem. Ale pan nim nie jest. Może i ma pan dyplom uczelni medycznej, i nawet licencję, ale bez stażu nie ma pan dostatecznych uprawnień, panie kolego. Chce pan być lekarzem? Proszę bardzo. Niech się pan wyprowadzi do Bakersfield lub Fresco i tam otworzy swoją praktykę. Ale bez stażu nigdy nie uzyska pan uprawnień szpitalnych i nie będzie pracował w żadnej placówce takiej jak nasza – chyba że jako pielęgniarz. Nie jest pan tutaj lekarzem – czy to do pana dotarło? Proszę więc ograniczyć się do doglądania pacjentów i wymiany drenów, a medycynę zostawić tym, którym chciało się skończyć edukację.

Kemp wzruszył tylko ramionami.

Smithson odwrócił się na pięcie z zamiarem odejścia. Cofnął się jednak, by jeszcze coś dodać na odchodnym.

– Jeśli jeszcze raz przyłapię pana na kwestionowaniu moich diagnoz, będę musiał pana oskarżyć przed komisją etyki lekarskiej, i zrobię to tak prędko, że się pan zdziwi.

Kemp patrzył za neurologiem, aż ten zniknął za narożnikiem. Kiedy odwrócił się, ujrzał w dyżurce trzech swoich kolegów pielęgniarzy dyplomatycznie wpatrujących się w podłogę.

– Tak właśnie przedstawia się dziś problem służby zdrowia – powiedział głośno Kemp.

– Robię sobie teraz przerwę, Shanice – zwrócił się do dyżurnej pielęgniarki. – Czy ktoś mógłby zająć się za mnie moim pacjentem?

Zszedł na dół do pokoju wypoczynkowego dla personelu pielęgniarskiego. W środku było pusto i cicho, jeśli nie liczyć mruczącego w kącie telewizora. Kemp opadł na sfatygowaną, kraciastą sofę i wyciągnął nogi na stoliku, na którym walały się kolorowe magazyny i pospolite czytadła.

Idioci, pomyślał. Moje talenty tu się marnują. Przeciętny pielęgniarz w Kalifornii ma ukończony dwuletni college publiczny, a ja przecież mam za sobą cztery lata szkoły medycznej i trzyletni staż i to nie byle gdzie, bo w Hopkins. I ja mam zakładać dreny, kiedy takie głupki jak on budują sobie domy letniskowe na Malibu. Zapomniałem z medycyny więcej, niż on kiedykolwiek o niej wiedział. Gdzie tu sprawiedliwość?

Zahaczył czubkiem lewej nogi o prawą piętę i ściągnął but, który wylądował na czubku sterty książek w błyszczących okładkach. Przykuły one jego uwagę. Wyciągnął jedną z nich spod buta i rzucił okiem na okładkę. Jej tytuł brzmiał: Kawa z Bogiem: spotkanie z Wszechmocnym przy Caramel Macchiatos.

Mruknął z niechęcią i odrzucił powieść na bok. Zdążył jednak dostrzec na jej okładce złotą pieczęć, na której widniał napis „Wyjątkowy bestseller – sprzedany w ponad 12 milionach egzemplarzy”.

Drzwi otworzyły się i do środka cicho weszła Natalie.

– Usłyszałam, że masz przerwę – powiedziała.

Kemp przymknął oczy.

I co jeszcze powiedzieli ci moi czcigodni koledzy?

– Powiedzieli mi też, że dostałeś ochrzan od jednego z neurologów. Co się stało?

– Stale to samo, zazdrość zawodowa.

Natalie siadła przy nim na sofie.

– Wiesz, że pani Rodriguez może u nas pracować jeszcze tylko kilka dni. Co my zrobimy?

Z czym?

Z Leah, Kemp. Oboje pracujemy na nocną zmianę i to się doskonale sprawdza. Ty i ja jesteśmy w szpitalu od siódmej do siódmej i to pozwala nam być w domu na czas, by zawieźć ją do szkoły. Mogę się potem położyć na trochę i później ją odebrać. Spędzam z nią popołudnia i razem jemy kolację – to takie ważne. Pani Rodriguez pomaga nam wieczorem i zostaje na noc. Wszystko dotąd wspaniale się układało – ale teraz nie będzie już pani Rodriguez. Co my zrobimy?

Kemp wzruszył ramionami.

– Znajdziemy inną mamacita.

– Może stałoby się inaczej, gdybyś jej tak nie nazywał.

– To teraz ja mam być tym powodem, dla którego ona odchodzi?

– Pytam po prostu, co teraz zrobimy?

Czekała na jego reakcję, ale bezskutecznie.

– Będziesz musiał przestawić się na dzienną zmianę – oznajmiła w końcu.

– Ja? Dlaczego akurat ja?

– Bo to moja córka, Kemp – czy nie powtarzasz mi tego w kółko? Pomyśl o tym. Kiedy ja pracuję w nocy, to wstaję po południu i jem z nią kolację. Jeśli miałabym pracować w dzień, to nigdy bym jej nie widziała. Spałaby, kiedy wychodziłabym do pracy, i szykowała się do snu, kiedy bym wracała. Ty musisz się przestawić – to jedyny sposób.

Kemp wzruszył ramionami.

– Wtedy ja nie będę jej widywał.

Natalie przyjrzała mu się.

A może powinnam po prostu skrócić moje dyżury i przejść na pół etatu?

– Zapomnij o tym – powiedział Kemp. – I tak ledwie wiążemy koniec z końcem. Jak mielibyśmy dać sobie radę z połową twojej pensji?

– Ale warto się poświęcić.

– Mnie nie.

W takim razie przejdź na dzienną zmianę, to jedyne wyjście.

– Polubiłem nocki, Natalie. Ruch jest mniejszy; mamy mniej procedur, mniejszy nawał pracy, mniej debili mieszających się w naszą robotę. Nie panikujmy. Pani Rodriguez jeszcze nie odeszła. Znajdziemy na jej miejsce kogoś innego.

– Jak? Gdzie? Znalezienie kogoś na jej miejsce może nam zabrać kilka tygodni, a ona odchodzi już za parę dni. Musisz przejść na dzienną zmianę, Kemp – przynajmniej na jakiś czas.

– Zapomnij o tym.

– Wobec tego ja muszę przejść na pół etatu. Wybieraj.

Kemp milczał przez chwilę.

A może powinienem po prostu się wyprowadzić?

– Co?

– To jest umowa fifty-fifty, kochanie. Ja dokładam swoje, ty dokładasz swoje i razem jakoś to działa. A teraz oczekujesz, że będę pracował na cały etat, a ty na pół? Czy to jest fair? Już lepiej sam sobie poradzę.

Natalie potrząsnęła głową.

– Nie wierzę własnym uszom.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com