Co po Wenecji... Śladem artystów i świętych - Bolewski SJ, Jacek - ebook
Wydawca: Święty Wojciech Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2010

Co po Wenecji... Śladem artystów i świętych ebook

Bolewski SJ, Jacek

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 447 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Co po Wenecji... Śladem artystów i świętych - Bolewski SJ, Jacek

Eseje znanego jezuity i teologa; książka, w której wątki duchowe i artystyczne, wędrówki śladami artystów i świętych (m.in. Josif Brodski, Jan XXIII, Casanova, Henry James, Święty Marek) oraz osobiste przeżycia splatają się, tworząc niezwykły pejzaż Wenecji.

Autor przywołuje obrazy pamięci i szkicuje fascynujące portrety miasta papieży, miasta-pałacu, miasta-kobiety, zakątka o wyjątkowym artystycznym klimacie, z którym związane są losy i twórczość wybitnych pisarzy, malarzy i rzeźbiarzy, a wreszcie – miasta wewnętrznego odrodzenia i przemiany…

Opinie o ebooku Co po Wenecji... Śladem artystów i świętych - Bolewski SJ, Jacek

Fragment ebooka Co po Wenecji... Śladem artystów i świętych - Bolewski SJ, Jacek






Dla

Mirka

z Pasją


Początki po Wenecji…

Piszę te słowa w Rzymie. Tu znowu się znalazłem po kolejnym, ostatnim odwiedzeniu Wenecji. Dopełnia się powstawanie tomu, zbierającego wrażenia, doświadczenia – prawie dziesięciu lat. Książka jest ukończona, brakuje tylko początku, który niniejszym oto powstaje. Początek idei pisania był oczywiście wcześniej, ale jego zawartość odsłania się – również autorowi – stopniowo, tak że dopiero pod koniec dzieła staje się jasne, co kryło się w jego poczęciu, pierwotnej koncepcji.

Pierwsza myśl o książce pojawiła się wtedy, gdy zbliżający się Rok Jubileuszowy 2000 natchnął mnie do tego, by zaplanować „semestr sabatyczny”, swoisty odpoczynek (szabat!) od zwyczajnych zajęć, ale po to, żeby zająć się dawno już odkładanymi rzeczami, na które ciągle brakowało czasu. Plany wiązały się z ukończeniem dwu książek – o Szekspirze i o Goethem. O pierwszym zamierzałem pisać właśnie w Wenecji, zaczynając od dzieł, których akcja toczy się tutaj – od Kupca weneckiego oraz Otella, zwanego także Maurem weneckim. Pracę doprowadziłem do końca; została wydana pod tytułem Objawienie Szekspira (2002). Do południa pracowałem, a później na różne sposoby wchłaniałem atmosferę Wenecji, bo już wiedziałem: prędzej czy później o niej także chciałbym pisać.

A sam pomysł począł się wcześniej; dokładnie zapamiętałem i zapisałem ten moment. Było to podczas dorocznych rekolekcji, w których wtedy brałem udział – na przełomie lat 1999/2000, by dobrze kończyć „stary” i jeszcze lepiej rozpocząć „nowy” rok. Przebywałem w jezuickim domu rekolekcyjnym w Jastrzębiej Górze, gdzie zimową porą można spokojnie, samotnie spacerować brzegiem morza. Gdy w czasie jednej z przechadzek myślałem o spodziewanym za dwa miesiące wyjeździe na dłuższy pobyt do Wenecji, wtedy pojawiła się myśl, aby „coś” o tym napisać. Inne myśli krążyły wokół ostatniej lektury, wznowionej krótko wcześniej: Krótkiej historii pewnego żartu Stefana Chwina. Podziwiałem sposób, w jaki wspomnienia dojrzewały tu dzięki sztuce wysłowienia. Gdański pisarz kilkakrotnie wspomina „zimne morze” rodzinnego miasta. W Gdańsku, przypominałem sobie dalej, rozgrywa się także Hanemann, a główną postacią jest nie tyle tytułowy bohater, ile miasto – w połączeniu ze śmiercią, do tego stopnia, że niemiecki przekład mógł obrać jako tytuł: Der Tod in Danzig, analogicznie do słynnej noweli Tomasza Manna: Der Tod in Venedig. I wtedy właśnie pojawił się impuls, aby nie skupiać się na Śmierci w Wenecji, tylko pójść inną drogą. Jako pomysł tytułu, zarazem idei planowanej pracy, pojawiły się: „Narodziny w Wenecji”.

Już wtedy miałem za sobą niejedno doświadczenie Wenecji. Nie pamiętam, ile razy ją dotąd odwiedzałem – okazji było wiele, więc i skwapliwie je wykorzystywałem. Odkrywam obecnie, że pierwsza wizyta wiązała się – znowu z rekolekcjami. Gdy znalazłem się w Italii przed laty, wysłany przez przełożonych zakonnych dla odbycia tam studiów filozoficznych, byłem dopiero na początku nowej drogi życiowej – u jezuitów. Miałem za sobą nowicjat w Kaliszu, jednak opuściłem owo miejsce jeszcze przed upływem „ustawowych” dwóch lat. Oznaczało to, że pierwsze śluby zakonne czekały mnie w Italii – po rekolekcjach, odbytych w Bassano del Grappa. Droga koleją do tego miejsca prowadziła przez Mestre, skąd o krok – a raczej o przejazd mostem przez lagunę – do Wenecji, do stacji kolejowej Venezia Santa Lucia. Trudno było nie podjąć od razu tej okazji. Nie wiem już, czy zatrzymałem się tu przed rekolekcjami, czy po nich. Ale tak się zaczęło.

Minione wrażenia zacierały się. Czasami pozostawało rozczarowanie, gdy kolejny pobyt okazywał się mniej atrakcyjny, bardziej nużący niż poprzedni. Powtarzałem ustalone tradycją – turystyczną! – trasy; powracały te same widoki, fragmenty, dzieła sztuki. Zdarzało się, że trwalsze było wspomnienie ciasnych ulic, zdominowanych przez okna wystawowe, na tyle podobne do spotykanych gdzie indziej, że budziła się złość: po co tu się pchać, przepychać… Odmienność Wenecji docierała wtedy w najgorszej możliwej formie, kiedy wzrok, uciekający spod sklepów do góry, natrafiał na postarzałe, zszarzałe fasady, z pewnością mniej zadbane niż w innych centrach Italii. Gdy więc ostatni raz krótko tam byłem, na kilka lat przed Rokiem Jubileuszowym, obrałem inną strategię: zamiast wydeptywać uliczki, choćby w drodze do godnych uwagi zabytków, udałem się na jeden z placów – Campo Santa Maria Formosa, by po prostu siąść – i być, odwiedziwszy wpierw kościół, od którego pochodzi nazwa placu. Kilka godzin upłynęło na patrzeniu, zapatrzeniu. Nie mogłem zostać dłużej, owego dnia czekał mnie jeszcze powrót do Padwy, którą nazajutrz opuszczałem. Pozostało wszakże przekonanie: muszę wrócić do Wenecji, by po prostu być w niej – zatrzymać się. Dlatego tu właśnie zamierzałem spędzić lwią część owego semestru „szabatowego”, by nastawić się przy tej okazji także na – „Narodziny w Wenecji”.

Książka rodziła się powoli, mniej więcej w kolejności rozdziałów, jakie ją tworzą. Pierwszy rozdział powstał, jak o tym dalej wspominam dokładniej, jeszcze tego samego roku w Rzymie. Do niego, już w Polsce, dołączył po jakimś czasie rozdział o poecie Josifie Brodskim, który poświęcił Wenecji wiele serca i słów. Otworzyłem się na jego dzieła, przyświecało mi bowiem podążanie śladami wybitnych postaci, związanych z miastem na lagunie. Miałem przygotowaną ich listę, którą po części przynajmniej wykorzystałem, odwołując się kolejno do takich artystów, jak: Casanova (również artysta życia!), Sandor Márai, który też o nim pisał, „nieodzowny” Tomasz Mann, Henry James, a wreszcie – planowałem otwarcie się także na postaci świętych. Ale gdy powstawały – w ostatnim roku – kolejne rozdziały, koncepcja była już inna. Wprawdzie dalej interesował mnie głębszy sens narodzenia – jako odrodzenia duchowego – jednakże nie wystarczało związanie go z samą Wenecją. Po pierwsze dlatego, że sama książka rodziła się faktycznie „po” Wenecji, po moim w niej pobycie. Po drugie, przyszło nowe, decydujące doświadczenie, w którym odrodzenie związało się z innym miejscem, odwiedzonym, a raczej nawiedzonym po Wenecji. Wtedy powstał ostatni, siódmy rozdział, napisany znowu w Rzymie, choć odrodzenie było darem nie tyle Wiecznego Miasta, ile cudownego miasteczka… Więcej o tym – na koniec.

W tej nowej perspektywie powstały dwa przedostatnie rozdziały, pisane – po raz pierwszy! – w samej Wenecji. Tym razem pobyt był krótszy, zaledwie trzytygodniowy, jednak to starczyło, by zgodnie z planem wreszcie zakończyć książkę. Powrót do Wenecji po latach (dziewięciu) zaowocował oczywiście nowymi wrażeniami, które dołączyłem także w rozdziałach już napisanych. A sama książka kończy się tam, gdzie się zaczęła – w Rzymie.

W ostatniej drodze – z Wenecji do Rzymu – towarzyszyła mi w pociągu lektura Dziennika duszy błogosławionego Jana XXIII, któremu poświęciłem pierwszy rozdział Co po Wenecji… W jego życiu po Wenecji było: Wieczne Miasto, gdzie wenecki patriarcha został wybrany papieżem. A skoro z kolei po Rzymie czekało Jana niebo, jako że jest on uznany w Kościele za cieszącego się „błogosławioną wizją” Boga – to również po Wenecji wolno się spodziewać tego samego, co potwierdzają dalsze świadectwa, na jakie natrafiamy w mieście na lagunie, podążając zwłaszcza śladami świętych.

W trakcie pociągowej – i pociągającej! – lektury poruszyło mnie szczególnie to, że Jan opisuje w Dzienniku także swoje rzymskie rekolekcje w miejscu, do którego zmierzałem: w klasztorze Ojców Pasjonistów na wzgórzu Celio, na Piazza SS. Giovanni e Paolo. Miejsce przywodzi na myśl i Wenecję, gdzie plac o tej samej nazwie należy do najbardziej znanych, przy nim bowiem mieści się kilka ważnych zabytków, o których i ja dalej wspominam.

A na razie – kończę te początkowe słowa wprowadzenia. Tytu­łowe sformułowanie to nie pytanie, przeto nie szukam odpowiedzi, tylko raczej ukazuję różne postacie – pokazujące kolejno, czego po Wenecji można się spodziewać i co faktycznie po niej następuje. Nie będę także, podobnie jak dotychczas, unikał osobistego tonu, jednakże pragnę, by przemówiły zwłaszcza świadectwa, zebrane tu śladem artystów i świętych o tym jednym: co po Wenecji…

Rzym, koniec września 2009 roku


PRZED OSTATNIM ETAPEM

Na drodze błogosławionego Jana XXIII


Jubileuszowy Rok 2000 był upamiętnieniem narodzenia Jezusa Chrystusa, czyli – w oczach wierzących – przyjścia na świat wcielonego Syna Bożego. Wielu pielgrzymowało w owym roku do centrum chrześcijańskiego Kościoła, do Rzymu. Ja także dołączyłem do tej pielgrzymującej wspólnoty. Jednak największym przeżyciem stało się dla mnie nawiedzenie Wenecji, gdzie dane mi było przebywać cztery miesiące. Co wtedy przeżyłem?

Zaczynam opis od ostatniego zdarzenia, zwieńczenia weneckiego doświadczenia. Było to po wyjeździe z miasta na lagunie. Z góry przewidziałem, iż będzie trzeba więcej czasu, by nagromadzone przeżycia dało się pojąć, a więc i wyrazić. Oczekiwałem także pomocy – z wysoka… Dowiedziałem się w pewnym momencie, że jubileuszowa pielgrzymka wenecjan do Rzymu zostanie złączona z beatyfikacją tego, który wcześniej odbył tę samą drogę: z Wenecji do Wiecznego Miasta. To Jan XXIII, znany całemu światu „dobry papież”, ale wenecjanom bliski już uprzednio jako ich umiłowany patriarcha. Także turyści, jakże licznie ściągający do Wenecji, „ścigając” głośne zabytki – mogą trafić na jego ślady: przede wszystkim w bazylice San Marco, gdzie postawiono jego popiersie z brązu, następnie na tablicy z informacją, że placyk u boku bazyliki, tzw. Piazzetta dei Leoncini (lewków, ulubionych przez dzieci, które na nich siadają – do zdjęcia!), został dedykowany, „jednomyślną decyzją” rady miejskiej, Janowi XXIII. Do tych znaków upamiętniających go jeszcze wrócę. Najpierw inny ślad, odkryty dzięki temu, że nie poprzestałem na postawie turysty. Wspominam chwilę, gdy po raz pierwszy posłyszałem o beatyfikacji, planowanej na niedzielę 3 września, naturalnie 2000 roku.

Zwiastowanie błogosławieństwa

Było to w sobotę, 25 marca, w uroczystość Zwiastowania Pańskiego. Tego dnia, przed południem, wenecjanie mogą co roku wziąć udział w dodatkowej – poza mszą świętą – ceremonii. Czas i miejsce nie są przypadkowe. Zgodnie z tradycją powstanie miasta łączy się ze Zwiastowaniem w 421 roku, tak że Maryja, przyjmująca wieść o poczęciu Syna z Ducha Świętego, jest obecna także przy początku miasta, zrodzonego z wody. Do niezliczonych obrazów i rzeźb, upamiętniających Madonnę w Wenecji, dołączyła w 1959 roku statua Niepokalanej na placu przed dworcem kolejowym, Venezia Santa Lucia. Turyści, którzy masami tu przybywają, na ogół nie widzą figury: jest ona zasłonięta drzewami, ponadto stoi nieco z tyłu, po lewej stronie placu, gdy patrzący zwraca się ku dworcowej fasadzie. Dzieło wykonane z brązu przedstawia Madonnę wznoszącą się ku górze, jakby zawieszoną pośród obłoków, osnuwających Jej szaty niby… szmaty, łachmany; dlatego wenecjanie zwą figurę stosownie – „Łachmaniarą” (La Stracciona). Brzmi to bezceremonialnie, jednak i tu kryje się więcej: owo miejsce bowiem, ocienione drzewami, przyciąga bezdomnych, obdartych nie tylko zewnętrznie; czują się przy niepozornej Postaci jak u siebie. Raz do roku gromadzi się przy Niej liczniejsza grupa: przedstawicieli władz miejskich, instytucji świeckich i kościelnych, a wreszcie wiernych, na czele z patriarchą. Wszyscy przynoszą kwiaty, które składają wokół figury, następnie patriarcha wygłasza przemówienie, zakończone modlitwą z uroczystym błogosławieństwem. A w Roku Łaski nie zabrakło szczególnych elementów.

Patriarcha, kardynał Marco Ce, zauważył: „Akurat dzisiaj, dwa tysiące lat temu, Dziewica Maryja przyjęła wieść o Bożym macierzyństwie. Skoro Boże Narodzenie 2000 roku stanowi dwutysiąclecie narodzin Jezusa, dzisiaj upływa ta sama rocznica Jego poczęcia za sprawą Ducha Świętego”[1]. Dalej mówca nawiązał do niedawnej, głośnej pielgrzymki papieża Jana Pawła II do Ziemi Świętej, i dodał: „Było to z jego strony gestem wielkiej wiary, również odważnej nadziei” co do możliwości pokoju pośród wielkich przeciwności. „Także dobro naszego miasta wymaga zgodnego współdziałania i solidarności wszystkich, na każdym poziomie, by wcielić w życie wspólnotę obywatelską coraz bardziej ludzką, wrażliwą zwłaszcza na sytuacje największej słabości i niedostatku”. Końcowe błogosławieństwo łączyło się z prośbą do Matki Jezusa, by wspomagała miasto. Przypominając wreszcie o bliskiej beatyfikacji weneckiego patriarchy, Angelo Giuseppe (Anioła Józefa) Roncallego, kardynał poprosił swego wielkiego poprzednika, by wejrzał z uśmiechem dobroci na miasto, które tak umiłował. A prasowa relacja nosiła nagłówek, oddający wydarzenie w poetyckim skrócie – w spojrzeniu na Madonnę, która w pamiętnym dniu została: „Ukwiecona we wspomnieniu dobrego Papieża”.

Zapowiedzianą datę beatyfikacji zapamiętałem tym bardziej, że w pierwszą niedzielę września miałem i tak być w Rzymie. Spodziewałem się błogosławionego – doświadczenia, które mogło koronować uprzednie wrażenia. Tymczasem ku swemu zdziwieniu dowiedziałem się, że beatyfikacja owego dnia budziła u wielu zgoła inne, przeciwne uczucia. Przy tej okazji dopiero – w Niemczech, gdzie zatrzymałem się po wyjeździe z Wenecji – dotarło do mnie, że beatyfikowanych ma być więcej osób, i że większość uwagi czy prasowych uprzedzeń skupiała się na jednej postaci, na papieżu Piusie IX. Nie wchodzę w tę kwestię, zauważę tylko, że papież ów, oceniany krytycznie, mnie osobiście kojarzył się ze świętością choćby przez ogłoszenie w 1854 roku dogmatu Maryjnej świętości od początku życia – Jej niepokalanego poczęcia; także tłumy, które podczas uroczystości na Placu Świętego Piotra nie reagowały na wypowiedzi o tym akurat błogosławionym, odezwały się brawami wtedy, gdy Jan Paweł II wspomniał o Maryjnym dogmacie Piusa IX. Natomiast – i to było zgodne z oczekiwaniami – wzmianki o Janie XXIII budziły powszechny entuzjazm. Oklaski zrywały się wielokrotnie. Wychodziły nie tylko z miejsc, gdzie zgromadzili się pielgrzymi z Wenecji, Bergamo czy Sotto il Monte (Pod Górą!), czyli ze stron rodzinnych Błogosławionego. Na pewno nie było na Placu nikogo, kto by nie znał i nie czcił Dobrego Papieża już od lat. I wolno przyjąć, że wyjątkowo liczne tłumy tego dnia przyszły ze względu na niego, pozostającego żywo w pamięci świata jako świadek dobroci – samego Boga.

Pierwszy raz uczestniczyłem w uroczystości beatyfikacyjnej. A skoro niewątpliwie zawdzięczam to jemu, błogosławionemu Janowi, co to znaczy? Na tle łaski Roku Jubileuszowego liczę na jego pomoc w zgłębianiu doświadczenia Wenecji. Mówiąc inaczej, ogłoszenie Go jako błogosławionego stanowi dla mnie zarówno zwieńczenie dotychczasowej drogi, jak i rozpoczęcie nowego jej etapu. Przypomniana postać odsłania więcej aniżeli tylko minione życie, utrwalone tyloma świadectwami, może najbardziej osobiście w intymnym, odsłaniającym jego wnętrze Dzienniku duszy. Warto powracać do tej lektury, pamiętając, iż opisana tutaj „dusza” należy do Błogosławionego, żyje więc i cieszy się teraz pełnią życia w Bogu, źródle wszelkiego błogosławieństwa. Przykłady z jego dawnego życia w połączeniu z modlitwą do Błogosławionego naświetlają także nasze życie jako drogę, rozświecają mroki. Wyjaśnienie przychodzi powoli, wymaga cierpliwości. Stopniowo przeto przybliżam się do światła, śladami świadectwa bł. Jana. Zaczynam od etapu, który na jego drodze stał mi się w Roku Łaski najbliższy: zbliżam się do błogosławionego patriarchy Wenecji[2].

Początek ostatniego etapu…

Żadna stolica biskupia na świecie nie wydała w XX wieku tylu papieży, co Wenecja, z której przeszli do Rzymu – poza Janem XXIII – św. Pius X i Jan Paweł I. Wcześniejsi patriarchowie Wenecji stali się – patriarchami Rzymu. Podobny tytuł ma w obu wypadkach inny zasięg i znaczenie. W Kościele powszechnym uznawano początkowo na Wschodzie i na Zachodzie pięć patriarchatów, i to w określonym porządku, z Rzymem na początku[3]. Skoro wszystkie pozostałe patriarchaty były na Wschodzie, można było nazwać biskupa Rzymu – patriarchą Zachodu. Pojawiły się wszakże dodatkowe patriarchaty, zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie; w ostatnim przypadku wyróżniała się właśnie Wenecja… Wspomnę jeszcze, jak do tego doszło. Na razie zauważmy: gdy przyszły papież Jan XXIII obejmował patriarchat Wenecji, nie przewidywał, iż przyjdzie mu zmienić imię; nie był jeszcze Janem, ale – przypomnijmy polskie brzmienie włoskich imion – Aniołem Józefem… I zatrzymajmy się nad jego wypowiedzią z tego czasu – zapowiedzią, która się nie spełniła. Kuzynowi, Janowi Roncallemu, tak oto zarysował drogę swego życia: „Widzisz, co przytrafiło się Aniołkowi [Angelino] z Roncallich, skoro pozwolił się prowadzić dobremu Bogu? Kapłan i biskup, przedstawiciel Stolicy Świętej w różnych krajach, kardynał i patriarcha. Teraz można by jeszcze przepowiadać papiestwo, lecz to jest niemożliwe; najbliższym papieżem będzie arcybiskup Jan Chrzciciel Montini”[4]. Pomylił się, ale nie do końca, jako że Montini został najbliższym papieżem – po nim!

Zadziwienie nowego patriarchy w obliczu tego, co „przytrafiło się” małemu chłopcu, prowadzi do serca jego tajemnicy. Wewnętrznie czuje się taki sam, jak wtedy – na początku życia. Myśl o poświęceniu się Bogu w kapłaństwie towarzyszyła mu od dzieciństwa, nigdy nie pragnął innej drogi. Miejsce „Pod Górą”, gdzie tkwiły jego korzenie, było mu zawsze bliskie, choć oddalił się od niego przestrzennie przez lata służby dyplomatycznej za granicą, i dopiero jako patriarcha Wenecji mógł odwiedzać je częściej, odpoczywając u boku rodziny co roku, letnią porą. Tutaj odżywał, odnajdując niezmiennie prostotę życia przenikniętego wiarą. Pod innym jeszcze względem powołanie do Wenecji stanowiło przypomnienie początku. Podczas pierwszych osobistych rekolekcji, które odbywał jako patriarcha, zanotował: „Jest zastanawiające, że Opatrzność przywiodła mnie znowu tam, gdzie moje powołanie kapłańskie miało swe pierwsze poruszenia, czyli ku służbie pasterskiej. Odnajduję się teraz w pełnym bezpośrednim posługiwaniu duszom. W istocie zawsze uważałem, że dla męża Kościoła tak zwana dyplomacja musi być przeniknięta duchem pasterskim, inaczej nie liczy się i ośmiesza świętą misję”[5]. Stając przed wenecjanami 15 marca 1953 roku, podczas ingresu w Bazylice San Marco, tak właśnie się przedstawił: jako „człowiek, kapłan, pasterz”, o człowieku dodając, iż „chce być po prostu waszym bratem, miłym, przystępnym, wyrozumiałym”.

Był wdzięczny papieżowi Piusowi XII za to, że dał mu okazję takiego „schyłku” życiowej drogi. Zaczynał swe duszpasterstwo w siedemdziesiątym drugim roku życia, czyli: „gdy inni je kończą. Znajduję się więc na progu wieczności”. W jego zapiskach i listach powracają wzmianki, że nowy etap jest ostatni, wieńczący długą drogę życia. Myśl o krótkim czasie, jaki ma jeszcze przed sobą, próbuje niekiedy spowolnić jego zapał, ale: „To się jej nie uda, z pomocą Pana”. Spokojnie poddaje się Jego woli, jakakolwiek by nie była. Jednak oczywiste mu się wydaje, że w końcu przecież umrze tutaj, u boku weneckiego patrona, św. Marka. Dlatego notatki z pierwszych rekolekcji, które podsumowują początek jego patriarchatu, zamykają się spostrzeżeniem i postanowieniem: „Łuk mego pokornego życia – zbyt uhonorowanego, znacznie ponad moje zasługi, przez Stolicę Świętą – z mej rodzinnej wioski schodzi pomiędzy kopuły i wieżyczki San Marco. Chcę złożyć w moim testamencie prośbę o zachowanie dla mnie miejsca w krypcie bazyliki przy grobie Ewangelisty, który stał się tak drogi i bliski mojemu duchowi i modlitwie. Marek syn św. Piotra, św. Piotra uczeń i tłumacz”.

Ale życiowy łuk objął więcej, nie zatrzymał się na krypcie San Marco. Nowy patriarcha nie poprzestał na dołączeniu do swego testamentu wspomnianej prośby. Następnego roku (1954) w czasie kolejnych rekolekcji, których owocem było sformułowanie testamentu, przewidział ponadto, że gdyby nie było możliwe pochowanie go w krypcie Bazyliki, wtedy życzyłby sobie, by miejsce jego spoczynku „cielesnego” znalazło się w największej weneckiej świątyni poświęconej Maryi, w „La Salute, pod miłosiernym wzrokiem wspólnej Matki żywych i zmarłych”. Ale postarał się następnie, by jego życzeniu co do pochówku w San Marco nic nie zdołało przeszkodzić. W kolejnym roku dokonał uroczystego przeniesienia do krypty Bazyliki szczątków sześciu patriarchów z XIX i XX wieku, swoich poprzedników, a więc – i dla niego nie mogło zabraknąć tu miejsca. Spełnienie przyszło – czy muszę dodawać? – inaczej. Związany ze św. Markiem patriarcha musiał udać się tam, gdzie jego patron – śladami św. Piotra. Gdy już okazało się, że nie Wenecja, ale Wieczne Miasto będzie dopełnieniem drogi patriarchy, wtedy przyjął on imię, wyrażające żywo jego więzy z uczniem i duchowym synem Piotra, którego Pismo Świętego wspomina w pełnym brzmieniu jako: Jana Marka[6]. W nowym imieniu Jan XXIII widział także trwanie swej łączności „z umiłowanym patriarchatem Wenecji”. To stanowi dodatkowy motyw, aby w perspektywie spełnienia mówić dalej – w niniejszych rozważaniach – po prostu: o błogosławionym Janie, weneckim patriarsze.

Tak odkrywamy tajemnicę weneckiego patriarchatu Jana: w lokalnej oprawie miasta na lagunie zaczęło jawić się to, co w uniwersalnej skali Kościoła i świata objawił jego pontyfikat. I w tym sensie pobyt w Wenecji stanowił istotnie początek ostatniego etapu jego drogi. Znajdujemy tutaj elementy „typowe” dla późniejszego Papieża. Jednocześnie – Wenecja jest jedyna i niepowtarzalna, więc i tutejsza posługa błogosławionego patriarchy miała rysy specyficzne, które ją wyróżniały. Jednak i najpiękniejsze miejsce, choćby skłaniało do zatrzymania się, może do końca, stanowi jedynie przejście – dalej i głębiej. A zatem i Wenecja – czy raczej ona przede wszystkim – pozostaje najwyżej przedostatnim etapem.

Przyswajanie Wenecji

W jednej ze swoich mów do wiernych w Bazylice San Marco Błogosławiony zauważał: „Zwykło się mówić, że kto dobrze zaczyna, dokonał połowy dzieła. Nie jest mi dozwolone kierować moje spojrzenie zbyt daleko w przyszłość. Ale czy mój pobyt pośród was będzie krótki, czy długi, składam go w ręce Pana, i powierzam go współdziałaniu waszych dobrych woli i waszych modlitw”. Jego słowa wiązały się z akcją, którą podjął po swoim zmarłym poprzedniku: była to pasterska wizytacja diecezji, której dokończenie, jak się okazało, miało zająć kolejne trzy lata. Dobrze zapoczątkowane dzieło znaczyło wszakże więcej, obejmując inne jeszcze działania – przejawy pasterskiej postawy patriarchy, lecz i zwyczajnie jego budzącego sympatię człowieczeństwa. Tak objawiał się stopniowo, pamiętamy: „człowiek, kapłan, pasterz”.

Jako człowiek odwołał się najpierw do swego pochodzenia. W pierwszym wystąpieniu wobec wiernych w San Marco powołał się na „mocne więzy”, łączące go z Wenecją. Przypomniał, że Bergamo, w którego pobliżu przyszedł na świat, przez ponad cztery wieki należało do Republiki Weneckiej, aż do jej końca w 1797 roku. Stamtąd pochodził słynny Bartolomeo Colleoni, zasłużony dla Serenissimy kondotier, który także po śmierci przysłużył się miastu pozostawioną fortuną, zaś upamiętnia go najwspanialszy wenecki pomnik – jeździec na koniu – wznoszący się na jednym z placów[7]. A dalej, patriarcha czuł się związany z miastem nie tylko dzięki przodkom, ale jeszcze bardziej przez swoje studia oraz osobistą sympatię. Tu możemy wspomnieć o jego licznych, wcześniejszych odwiedzinach Wenecji. Pierwszy dłuższy pobyt obejmował dwa tygodnie w październiku 1908 roku, gdy młody kapłan i sekretarz biskupa Bergamo prowadził kwerendę w archiwach weneckich: szukał tu materiału do swej pracy historycznej – edycji dokumentów o pasterskiej wizycie św. Karola Boromeusza w Bergamo, ponadto danych o biskupach tego miasta pochodzących z Wenecji. Praca poświęcona św. Karolowi towarzyszyła mu przez długie lata ze względu na liczne dodatkowe zajęcia, zwłaszcza późniejszą służbę dyplomatyczną; pierwszy tom opublikował w 1936 roku, natomiast ostatni – dopiero w 1957 – jako patriarcha.

Wielokrotne wizyty błogosławionego Jana w mieście na lagunie związane były z przemieszczaniem się – pomiędzy Zachodem a Wschodem. Odnotujmy, że pierwszy przejazd tego typu wiązał się z… Polską. Jeszcze jako sekretarz towarzyszył on swemu biskupowi na Kongresie Eucharystycznym we Wiedniu, po czym wyruszył do Krakowa, gdzie 17 września 1912 roku pozostawił w katedrze – po mszy św. – swój podpis[8]. I właśnie w drodze powrotnej do Italii zatrzymał się na krótko w Wenecji, odprawiając mszę św. w kościele karmelitańskim obok dworca. Naturalnie, więcej okazji do nawiedzenia Wenecji znalazło się wtedy, gdy przebywał na Wschodzie jako przedstawiciel Stolicy Apostolskiej – najpierw jako wizytator apostolski i delegat w Bułgarii, później w Turcji i Grecji. Korzystał albo z pociągu, słynnego „Simplon Orient Express”, albo z drogi morskiej, linią łączącą Wenecję z Brindisi i greckim Pireusem. Podczas pobytu w mieście zatrzymywał się zazwyczaj – od roku 1928 – u sióstr, Córek Najświętszego Serca, w ich siedzibie zwanej „al Pianto” (przy Opłakiwaniu!) – od obrazu Matki Bożej Bolesnej w kaplicy. Kroniki notują wizyty na jednej z wysp w obrębie Wenecji – San Lazzaro degli Armeni (Św. Łazarz Ormian), gdzie pielęgnowano wschodnią tradycję liturgiczną. Niekiedy głównym motywem odwiedzenia miasta było – zwiedzenie wystawy malarskiej, poświęconej najwybitniejszym twórcom Wenecji: Tycjanowi (w 1935 roku) i Tintorettu (w 1937 roku). Gdy wreszcie z Paryża, gdzie spędził osiem lat jako nuncjusz, został powołany do Wenecji, mogło się wydawać, że jego służba Kościołowi na Wschodzie i na Zachodzie dopełnia się właśnie w mieście, które od wieków spełniało funkcję pomostu między obiema częściami chrześcijańskiego świata.

Proces oswajania się z Wenecją wszedł u patriarchy w ostatnią fazę. Lubił on odwoływać się do początku miasta związanego ze zwiastowaniem poczęcia Syna Bożego z Maryi. Podkreślał, że miasto „od urodzenia katolickie” zachowało „zawsze nienaruszony depozyt swej wiary”; nazywał Wenecję „jedynym miastem Zachodu, które narodziło się jako chrześcijańskie, nosząc żywe ślady chrześcijaństwa wyciśnięte w swych pierwszych formach organizowanego życia”. Nawiązywał do popularnej nazwy maryjnej świątyni „La Salute” – „Zdrowia” czy „Wybawienia”, które historycznie wiązało się z ustaniem epidemii wyniszczającej miasto: świątynia, zbudowana dla Matki Bożej jako wotum wdzięczności za ratunek z opresji, stanowi do dzisiaj „najpiękniejszą ilustrację i spuściznę maryjnej pobożności wenecjan, a jednocześnie najbardziej ufne zaproszenie do modlitwy, ponieważ ‘unde origo, inde salus’”. Ostatnie słowa znaczące: „gdzie początek, tam wybawienie”[9], wskazują, zauważmy, że nie tylko początek miasta, lecz i dalsze przejawy rozpoczynania na nowo dokonywały się w Wenecji pod znakiem Maryi. Do końca życia, czyli także jako patriarcha Rzymu, bł. Jan wspominał inne przeżycie maryjne – ze swej pierwszej liturgii paschalnej w San Marco, w 1953 roku. Na zakończenie, gdy po błogosławieństwie był gotowy do wyjścia, zaczął się śpiew litanii loretańskiej. I na swe pytanie pod adresem ceremoniarza, co jeszcze będzie, posłyszał w odpowiedzi, w dialekcie weneckim, że razem z innymi kapłanami patriarcha ruszy teraz przed ołtarz Nikopei, by „pogratulować” Pani Matce z okazji zmartwychwstania Jej Syna[10]. Wenecka pobożność okazana Tej, która „odnosi zwycięstwo” (Nikopeia!), poruszyła Jana do żywego – na zawsze.

Znajomość weneckiego dialektu, pogłębiona dzięki lekturze Goldoniego, ułatwiała patriarsze bezpośredni kontakt z ludźmi. Spotykał się z nimi nie tylko w czasie kościelnych uroczystości, ale także nieformalnie, czy to na mieście, gdzie chętnie się przechadzał, czy zapraszając do siebie. Znaczniejszych gości sam oprowadzał po weneckich zabytkach, a szczególnie wyróżniał tych, z którymi wspinał się na stumetrową bez mała dzwonnicę, Campanile San Marco, skąd roztacza się niezapomniany widok na całą lagunę; doświadczył tego m.in. zaprzyjaźniony z Janem arcybiskup Montini, wspominając okazaną mu gościnę po latach – jako papież, Paweł VI. Błogosławionemu były bliskie wszystkie potrzeby wiernych, materialne i duchowe. W liście do siostry, przed pierwszym Bożym Narodzeniem w Wenecji, pisze bez ogródek, ale czule, że czuje się tu „jak mama w ubogiej rodzinie i obarczona wieloma dziećmi”. Szuka dla biednych nie tylko doraźnej pomocy; wstawia się za nimi również u władz i przedsiębiorców, aby zachęcić do rozwiązań strukturalnych. Ale na pierwszym miejscu – jako duszpasterz – troszczy się o dobro duszy ludzkiej. Swym kapłanom ukazuje, że jeśli niemożliwe jest, oczywiście, pozyskać wszystkich, to Chrystus jako Dobry Pasterz oczekuje „przynajmniej od nas, abyśmy znali wszystkie owieczki powierzone naszej osobistej opiece, byśmy w tej czy innej formie mogli je wezwać co do jednej”.

Krokiem w tym kierunku miała być akcja, przeprowadzona w Wielkim Poście 1955 roku jako „miejska misja”. W licznych miejscach publicznych Wenecji, na jej ulicach i placach, głoszona była – przez kapłanów i świeckich katechetów – Ewangelia. Na początek odbyła się procesja pokutna, której przewodniczył patriarcha. Dźwigał wielki krzyż po drodze, prowadzącej przez „deptak” Wenecji (Riva degli Schiavoni) – z kościoła La Pieta do San Marco[11]. Dwutygodniowej misji bł. Jan poświęcił całą swą „ojcowską i macierzyńską uwagę”, jak wyznawał w jednym z listów. Owoce były tak obfite, że po dwóch latach inicjatywa została podjęta w Mediolanie – przez arcybiskupa Montiniego.

Świętych obcowanie

Współpraca Błogosławionego z arcybiskupem, w którym widział przyszłego papieża, przyjmowała wiele postaci. Jedno z ich spotkań odbyło się w Sotto il Monte, pod uroczystym znakiem wniebowzięcia Maryi – 15 sierpnia 1955 roku. Tablica przy wejściu do Ca’Maitino, dawnego domu rodziny, zamienionego później w muzeum, upamiętnia to zdarzenie jako „wieszczą rozmowę o losach Kościoła”[12]. Wolno się domyślać, że Jan wspominał o swoich weneckich inicjatywach, zarówno niedawnej misji miejskiej, jak i trwającej wizytacji diecezji, która miała zaowocować synodem – antycypacją Soboru w skali patriarchatu. Podejmowane przezeń działania miały źródło w tajemnicy wiary: świętych obcowania. Szukał on wsparcia zwłaszcza ze strony świętych Wenecji. Znamienne, że właśnie do nich odwołał się także w ostatnim zapisie swego Dziennika duszy bezpośrednio przed wyborem na papieża; gdy już przewidywał, co go czeka, wspominał i wymieniał: „Wezwani ze szczególną czułością moi święci opiekunowie: św. Józef, św. Marek, św. Wawrzyniec Giustiniani, św. Pius X, aby napełnili mnie spokojem i odwagą”. Poza pierwszym, oczywiście, wszyscy pozostali byli związani z miastem na lagunie. Bł. Jan nie tylko do nich się modlił, ale zawdzięczał im szereg inspiracji duszpastersko-duchowych.

Św. Marek, patron Wenecji i jej cudownej Bazyliki, był dla patriarchy znakiem tradycji miasta, świadkiem czasów apostolskich, a zwłaszcza więzi z Piotrem. Aktualne przesłanie świętego patrona zostało wydobyte w pierwszym liście pasterskim do wiernych, w przeddzień uroczystości Ewangelisty, obchodzonej co roku 25 kwietnia. Bł. Jan wzywał wenecjan, aby św. Marek nie stał się dla nich emblematem – z obrazów czy innych dzieł sztuki – „minionej chwały Serenissimy”, lecz pozostał znakiem „świętego dziedzictwa wiary” w ich sercach i życiu. Wyróżniony element wiary katolickiej stanowi żywa łączność z papieżem jako następcą św. Piotra. Patriarcha przytacza formułę św. Piotra Damiana: „Merito, ubi Marcus, ibi Petrus: słusznie, gdzie Marek, tam Piotr”, i dodaje, że to spostrzeżenie wyraża jasno postawę „katolickiej Wenecji”, jak i charakteryzuje „najjaśniejsze dokonania” jej dziejów. I nie trzeba dodawać, iż on sam jako następca św. Marka dał wiele dowodów swej więzi z następcą św. Piotra – aż po końcowe, pełne utożsamienie…

Kolejny święty, Wawrzyniec Giustiniani, uznawany przez błogosławionego Jana za „największego patrona Wenecji po św. Marku”, był pierwszym patriarchą miasta na lagunie. Już uprzednio piastował on urząd miejscowego biskupa – z siedzibą przy katedralnym kościele św. Piotra na wysepce Castello, wchodzącej w obręb Wenecji; katedra zatem nie mieściła się jeszcze w Bazylice San Marco, najokazalszej świątyni, która miała początkowo charakter prywatnej kaplicy dożów – jako przylegająca do ich pałacu. Także biskupi Wenecji nie byli z początku patriarchami. Zgodnie z tradycją godność patriarchatu przysługiwała w północnej Italii miastu rzymskiego pochodzenia – Akwilei. Po zniszczeniu miasta w okresie wędrówki ludów, patriarchowie przenieśli się do pobliskiego Grado, portu na lagunie Adriatyku – poniekąd antycypującego Wenecję. Przez następne wieki patriarchat był związany z Grado i miejscowymi biskupami. Gdy znaczenie miasta podupadło, jego patriarchowie przenieśli swą rezydencję do Wenecji, wtedy już największej potęgi w owym rejonie. Tu przez trzy wieki rezydowali przy kościele San Silvestro – do czasu, gdy 8 października 1451 roku papież Mikołaj V zniósł patriarchat Grado, jak i biskupstwo Wenecji – ustanawiając nowy patriarchat wenecki z dotychczasowym biskupem Wawrzyńcem jako pierwszym patriarchą[13]. Jego katedrą pozostał dalej kościół San Pietro di Castello, bo dopiero po upadku Republiki Weneckiej kościołem katedralnym i centrum patriarchatu stała się Bazylika San Marco – począwszy od 1807 roku.

Okazją do przypomnienia „wielkiego protopatriarchy Wenecji”, pierwszego nie tylko w urzędzie, lecz i świętości, była dla bł. Jana 500. rocznica śmierci świętego w 1956 roku. Wspominając o zbliżaniu się rocznicy w Dzienniku duszy, podczas osobistych rekolekcji w 1955 roku, zauważył, iż Wawrzyniec miał w momencie śmierci (8 stycznia 1456) tyle samo lat, ile on obecnie liczy: siedemdziesiąt cztery. Pyta więc siebie, czy przygotowania do rocznicy „tego błogosławionego przejścia” nie byłyby także dobrym przygotowaniem do własnej śmierci, zwłaszcza że: „Myśl o śmierci dotrzymuje mi towarzystwa, bolesnego, ale dobrego, od dnia mojej nominacji na kardynała i patriarchę Wenecji”[14]. Pierwsza inicjatywa rocznicowa wiązała się z relikwiami świętego: z kościoła San Pietro, w którym spoczywały, rozpoczęła się ich peregrynacja po kościołach patriarchatu, miasta z okolicami. Gdy relikwie dotarły do San Marco na główne uroczystości rocznicowe, patriarcha zarządził, by pozostały tu dłużej, zanim powrócą na swe zwykłe miejsce w odległym od centrum Wenecji dawnym kościele katedralnym. Miało to przybliżyć świętego wenecjanom i turystom, poprzestającym nierzadko na Bazylice i jej najbliższym otoczeniu.

Wśród innych inicjatyw rocznicowych wyróżniał się list pasterski na Wielki Post 1956 roku, zatytułowany: „Pismo Święte i św. Wawrzyniec Giustiniani”. Patriarcha nawiązał do popularnych obrazów świętego, przedstawiających go z księgą w ręku; wezwał wiernych, aby sięgali nieustannie do wielkiej Księgi ludzkości, Pisma Świętego. Wezwanie stanowiło w owym czasie nowość, jako że ciągle pokutowało przekonanie, jakoby lektura Biblii, zalecana zwłaszcza przez protestantów, była zagrożeniem dla wiary… Patriarcha zachęcał do biblijnej lektury w rodzinach, użył również obrazu, który miał przestrzec przed absolutyzowaniem Pisma w ewangelickim duchu sola Scriptura: obok Księgi jako znaku Bożego słowa pojawia się w liście Kielich jako symbol eucharystycznej Ofiary. List ukazuje wzajemną jedność obu części tajemnicy wiary: jak ewangelizowanie, czyli głoszenie słowa Bożego, jest „alfą” działalności kapłanów, tak Eucharystia codzienna dopełnia to dzieło niczym „omega”. Prócz uwag praktycznych, istotnych dla chrześcijańskiej pobożności, patriarcha przytacza liczne świadectwa Ojców Kościoła, ze szczególnym uwzględnieniem duchowej spuścizny św. Wawrzyńca. Można tu widzieć pierwszą zapowiedź starań, które Jan podjął następnie jako papież, aby zaliczyć oficjalnie protopatriarchę weneckiego do kościelnych ojców, przewidując dla niego tytuł doctor suavis – w duchu wyróżniającej go łagodności. Kuria rzymska wszakże zwlekała w tej sprawie – do śmierci Papieża, kiedy kwestia definitywnie już utknęła w martwym punkcie.

Trzeci wenecki święty, bliski bł. Janowi, to znowu patriarcha, który z Wenecji na początku XX wieku został powołany do Rzymu, gdzie w latach 1903-1914 przewodził Kościołowi jako Pius X. Same daty sugerują, że Jan mógł się z nim spotkać – i tak istotnie było. Pamiętne dlań spotkanie odbyło się nazajutrz po święceniach kapłańskich, które otrzymał w Rzymie w dniu św. Wawrzyńca diakona-męczennika, 10 sierpnia 1904 roku. Po pierwszej mszy św., odprawionej następnego dnia w Bazylice św. Piotra, wziął udział w audiencji na Watykanie; wtedy papież mu życzył, aby jego „kapłaństwo stało się pociechą dla Kościoła Bożego”. Jednym z pierwszych kroków Jana jako patriarchy było polecenie, by w jego weneckiej siedzibie zrekonstruować apartament z pamiątkami po wielkim poprzedniku. Po kanonizacji Piusa X, dopełnionej 29 maja 1954 roku, patriarcha rozpoczął starania o peregrynację relikwii nowego świętego do Wenecji i ważniejszych okolicznych miast. Mimo początkowej zgody z Rzymu, sprawa stanęła następnie w miejscu, gdyż obawiano się „poszkodowania” relikwii. Do spełnienia prośby patriarchy przyczynił się w końcu on sam – jako papież, umożliwiając peregrynację w kwietniu-maju 1959 roku. Przy tej okazji przypomniał w liście do swego następcy w Wenecji słowa Piusa X, który jeszcze jako patriarcha przed odjazdem na konklawe zapewniał wenecjan, oczekujących jego rychłego powrotu: „Żywy czy umarły, powrócę!” Powrócił – w relikwiach, a cała peregrynacja była nie mniej owocna jak uroczystości związane z rocznicą św. Wawrzyńca Giustiniani.

Nie muzeum, ale…

Gdy bł. Jan udawał się na konklawe, z którego wyszedł jako papież, nie obiecywał niczego wenecjanom, a tylko prosił o modlitwę, by jego „skromny i całkiem pokorny wkład” w Rzymie „stał się prawdziwą pociechą dla Kościoła świętego”. Czy był świadom, że prawie dosłownie powtórzył słowa, które sam niegdyś usłyszał z ust swego poprzednika w Wenecji, potem i Wiecznym Mieście? Zatrzymajmy się nad inną jego wypowiedzią z owego czasu. 10 października 1958 roku, zatem nazajutrz po śmierci Piusa XII, zapisał w swym dzienniku słowa, które przekazał także do prasy weneckiej. Wspomina tu, że wystarczyły trzy dni, by „siostra śmierć” spełniła swój obowiązek i papież „był już w Raju”. Dodaje: „Zaniosły go tam ramiona wszystkich wierzących, tworząc widowisko, do którego współczesna epoka mogła wydawać się niezdolna, okazała się natomiast cudowna. Łaska Pana jest zatem zawsze z Jego Kościołem. Moja zwykła myśl: ‘Nie jesteśmy tu na ziemi, aby strzec muzeum, ale aby uprawiać kwitnący ogród życia, zarezerwowany dla chwalebnej przyszłości’, dotyka rzeczywistości bardziej pocieszającej. Umarł papież. Niech żyje papież”[15].

Wspomniana tu „zwykła myśl”, która towarzyszyła Janowi w Wenecji, znalazła w końcu niezwykłe zastosowanie – do niego jako nowego papieża. Najpierw odnosił ową myśl do miasta, postrzeganego przez wielu jako jedno wielkie muzeum. Owszem, i patriarcha był pod urokiem urody Wenecji, dla której znajdował wiele wymownych wyrazów, jak choćby przypominając słowa św. Piusa X, że „wystarcza koronkowe dzieło, które jest u Świętego Marka, by pożądać biskupstwa Wenecji”. Gdy nieoczekiwanie dla siebie przybył do miasta w wieku niejako „muzealnym” i wyrażał wdzięczność za piękne zwieńczenie swej drogi życiowej, pisał jednocześnie w swych notatkach o „czarownej lagunie” tak oto: „poza religijnymi zabytkami o nieporównanej wartości spotykam tyle pięknych dusz, które są wartościowsze niż marmury, obrazy i mozaiki”. Przypomina wenecjanom o zadaniu, danym z urodą – gracją, więc i łaską[16] – pięknego miasta: „Misją Wenecji w istocie nie jest jedynie strzec muzeum czcigodnych rzeczy, ale wyrażać godność cywilną i głęboko chrześcijańską ludu uprzywilejowanego, przechowującego i kultywującego zasady – pracowitego i wiernego braterstwa oraz poprawnego i delikatnego postępowania – z których wyrastają pomyślność i dobrobyt narodu”. Później, jako papież, Jan rozciągnie swój obraz na cały Kościół, a martwemu muzeum przeciwstawi życiodajne fontanny, powszechne w Rzymie, „dające wodę dzisiejszym pokoleniom tak, jak dawały ją minionym”[17].

Troska patriarchy – w myśl powyższych uwag – obejmowała przede wszystkim ludzi, powierzonych jego duszpasterskiej pieczy. Gdy było konieczne, potrafił przeciwstawić się konserwatorom zabytków, którzy wyżej stawiali dobro sztuki – pojmowane(j) co do litery. Jako przykład determinacji Jana i trwały jej owoc wspomnijmy ciągnącą się długo sprawę marmurowych tablic w Bazylice San Marco, stanowiących część ikonostasu, słynnego dzieła braci Dalle Masegne z 1394 roku. Zgodnie ze wschodnim wystrojem świątyni, wzorowanej na kościele Świętych Apostołów w Konstantynopolu, niezachowanym do naszych czasów, ikonostas ukrywał, oddzielał od wiernych – ołtarz i ofiarującego kapłana. Póki Bazylika pozostawała kaplicą dożów, udział wiernych w liturgii był i tak ograniczony, co wszakże zmieniło się radykalnie, gdy Bazylika stała się katedrą Wenecji. Patriarchowie rychło się zorientowali, że marmurowy ikonostas utrudnia zarówno widzialność, jak i słyszalność odprawiającego mszę św. kapłana. Już w 1821 roku powstał projekt, by miejsce zabytkowej przegrody zajęło osiem kolumn, ale to nie zyskało zgody kompetentnej władzy. Sprawa powracała co jakiś czas – przez półtora wieku – do patriarchatu Jana.

Nie mogąc się pogodzić z oddzieleniem od wiernych, bł. Jan opowiedział się po konsultacjach ze specjalistami za nowym projektem: przewidywał on użycie prostego mechanizmu, który pozwalałby na opuszczanie do tyłu sześciu tablic ikonostasu w czasie liturgii; zdecydowanie poprawiałoby to widoczność, a zarazem poza liturgią wygląd zabytku pozostałby nie zmieniony. Mimo wszystko przeszkody ze strony władz nie ustawały, także prasa nagłaśniała głosy przeciwne. Zniecierpliwiło to nawet cierpliwego zazwyczaj Jana. W liście do zaprzyjaźnionego dostojnika kościelnego żalił się, że jako patriarcha nie może w sprawach liturgii działać zgodnie ze swym sumieniem, i życzył sobie, by „nie przeważał upór pełen ignorancji ze strony tych, którzy nie znają się na sprawach Kościoła lub ulegają histerycznemu faryzeizmowi co do minionych sytuacji”. W końcu, mając poparcie rzymskiej Kurii, zwrócił się 11 kwietnia 1958 roku do samego premiera, którym ówcześnie był Aldo Moro – później ofiara okrutnej śmierci z rąk terrorystów. Jan doczekał pomyślnego zakończenia kwestii dopiero jako papież: jego następca donosił mu w styczniu 1959 roku, że wierni byli nader uradowani, mogąc oglądać ołtarz – poza opuszczonymi wreszcie tablicami[18].

Rozwiązanie w sprawie tablic stanowiło tylko część akcji, jakie patriarcha podjął, aby przybliżyć Kościół – nie tylko przez obiekty sakralne i liturgię – do ludzi. W jego wypowiedziach z okresu weneckiego pojawiło się pojęcie, które później stało się hasłem odnowy soborowej: aggiornamento – przybliżenie do dnia dzisiejszego, uwspółcześnienie. W jednym z pierwszych listów jako patriarcha Jan zwrócił się do rzymskiej Kongregacji Obrzędów o zgodę na pewne modyfikacje w liturgii Wielkiego Tygodnia, by przez aggiornamento świętych czynności mogły one głębiej wniknąć w dusze i życie wiernych[19]. Później odwołuje się do tego pojęcia w liście pasterskim z 8 października 1957 roku w obliczu bliskiego synodu diecezjalnego, wspominając o licznych spotkaniach i dokumentach przedsynodalnych, i przypominając wiernym: „Czy nie słyszycie tam powtarzanego tyle razy słowa ‘aggiornamento’? Tak oto jawi się nasz Kościół święty, zawsze młody i towarzyszący różnym zmieniającym się okolicznościom życia, by je adaptować, poprawiać, polepszać, podnosić. To bowiem jest w skrócie naturą synodu: to jest jego zadaniem”. I gdy patriarcha Wenecji został papieżem, mógł rozciągnąć doświadczenie synodalne na soborowe – dla dobra Kościoła powszechnego.

Na przykładzie Wenecji

Także w innych dziedzinach patriarcha torował drogę papieżowi – Janowi XXIII. Były to końcowe lata pontyfikatu Piusa XII. W roku 1954, ogłoszonym Rokiem Maryjnym w stulecie dogmatu Niepokalanego Poczęcia, papież, który liczył wtedy siedemdziesiąt osiem lat, poważnie zachorował. Jan wezwał do nowenny modlitw za chorego, zaś w liście do rodziny wspominał otwarcie, że ewentualna śmierć Piusa i konieczność dłuższego pobytu w Rzymie na konklawe krzyżowałyby jego własne plany i prace, od niedawna podjęte w patriarchacie. Modlitwy zostały wysłuchane – dzieło weneckie mogło dalej się rozwijać. I pomimo tego, że zdanie Jana było w niejednej sprawie inne niż Piusa XII, zachowywał on wobec papieża niezmienną lojalność. Przykładem może być odpowiedź patriarchy na prośbę skierowaną do niego przez zwolenników ogłoszenia nowego święta królewskości Maryi, by poparł ich inicjatywę. Nie zgodził się na to, gdyż według niego święto mogłoby zakłócić „apostolską skuteczność” ekumenicznych działań na rzecz jedności chrześcijan; dodał wszakże: gdyby papież odniósł się życzliwie do prośby, również on uczyni to samo. Niebawem istotnie do tego doszło – Pius XII wprowadził nowe święto[20].

Jako patriarcha Wenecji – na skrzyżowaniu tradycji Wschodu i Zachodu – Jan obserwował uważnie wydarzenia także na „bliższym” Wschodzie – w krajach, ówcześnie znajdujących się za „żelazną kurtyną”. W październiku 1953 roku wezwał do modlitewnej akcji zadośćuczynienia w związku z aresztowaniem polskiego prymasa, kardynała Stefana Wyszyńskiego. Podczas najbliższego tygodnia modlitw o jedność chrześcijan, w styczniu następnego roku, trzy spotkania były poświęcone tematowi: „Katolicyzm a świat słowiański”. Patriarcha brał również udział w późniejszych aktach solidarności z „Kościołem milczenia” w krajach rządzonych przez komunistów, reagował żywo na wydarzenia roku 1956 – w Poznaniu, potem w Budapeszcie. Planował nawet urządzenie na wyspie San Giorgio in Alga, związanej w przeszłości ze św. Wawrzyńcem Giustiniani, kolegium dla studentów krajów wschodnich. Powrócił do tego planu jako papież, odkupując ową wyspę za symboliczną sumę od władz państwowych, i przekazując ją patriarchatowi; jednak ogromne trudności natury technicznej sprawiły, że plany zostały zaniechane. Wymownym znakiem trwałej sympatii bł. Jana dla Kościoła przeciwstawiającego się komunizmowi były jego dalsze kontakty z prymasem Wyszyńskim. Gdy polski kardynał odbywał pierwszą po swym uwolnieniu podróż do Rzymu, na dworcu w Wenecji witał go patriarcha, który później także go żegnał w drodze powrotnej do Polski[21]. Inne spotkanie z prymasem było po latach ostatnią oficjalną audiencją, jakiej udzielił ciężko chory Jan XXIII kilkanaście dni przed śmiercią[22].

Warto wreszcie wspomnieć o działaniach patriarchy, które z późniejszej perspektywy można ocenić jako pierwsze kroki w dialogu ze światem współczesnym. Okazję stanowiły ważne wydarzenia na terenie Wenecji – w dziedzinie kultury i polityki. Patriarcha w różny sposób włączał się w inicjatywy kulturowe, jakże liczne w mieście na lagunie. Popierał działalność fundacji Giorgio Cini z siedzibą na wyspie San Giorgio Maggiore naprzeciwko Pałacu Dożów, gdzie po odrestaurowaniu zabytkowych budowli odbywały się wystawy, zjazdy naukowe, spotkania formacyjne. Udostępniał Bazylikę San Marco na występy znanych orkiestr, chórów i solistów. Tutaj odbyło się 13 września 1956 roku światowe prawykonanie Canticum in honorem Sancti Marci evangelistae, skomponowanego i dyrygowanego przez Igora Strawińskiego – wiernego Wenecji także po śmierci, jako że jego grób znajduje się na miejscowym cmentarzu, na wyspie San Michele[23]. Bł. Jan odprawiał regularnie msze św. w Bazylice dla uczestników festiwalu filmowego, który Wenecja gości co roku na początku września w swej nadmorskiej części – Lido. Bardziej napięte były relacje z weneckim Biennale Sztuki, rozpoczynanym co dwa lata na początku czerwca, trwającym do końca listopada. Patriarchowie przed Janem nierzadko zabraniali wiernym odwiedzania wystawy. Także Jan ostrzegał w 1954 roku przed jej „niebezpiecznymi” tendencjami, zwróconymi przeciw obyczajom i religii, podtrzymując „ogólny zakaz” odwiedzin, ale tylko w odniesieniu do kleru i zakonników. W 1956 roku zakaz został zniesiony – po wcześniejszej interwencji: delegat patriarchy, który miał ocenić wystawę, zakwestionował „tylko” dwa obrazy; dyrekcja wystawy zgodziła się je usunąć, a wtedy „zielone światło” patriarchy dla Biennale znalazło dodatkowe potwierdzenie w audiencji, jakiej udzielił organizatorom i wystawcom, nie wyłączając delegacji Sowietów.

W dziedzinie polityki sytuacja była trudniejsza. Na międzynarodowej arenie trwała „ofensywa pokojowa” Związku Sowieckiego pod hasłem „odprężenia”. W Italii hasło zostało podchwycone przez licznych tu sympatyków komunizmu, lecz i niektórzy politycy chrześcijańscy skłaniali się do bardziej elastycznej postawy – pod hasłem „otwarcia”. Biskupi włoscy potępiali zarówno hasła, jak i konkretne próby współpracy z komunistami oraz ich sprzymierzeńcami. Patriarcha Wenecji dołączał do wspólnych odezw episkopatu włoskiego, wypowiadał się także samodzielnie, gdy wymagała tego lokalna sytuacja. Dnia 12 sierpnia 1956 roku został ogłoszony jego list do „kleru i laikatu weneckiego” pod tytułem: „Przypomnienia i zachęty”. Była to reakcja na zainicjowaną w owym czasie „formułę Wenecji”, pierwszą w Italii próbę stworzenia na poziomie lokalnym mniejszościowego rządu chrześcijańskich demokratów dzięki zewnętrznemu poparciu socjalistów. Krążyły pogłoski, że katoliccy promotorzy tego „otwarcia” mieli zostać „ekskomunikowani” przez Watykan, i dlatego centralne władze chrześcijańskiej demokracji „odcięły się” od weneckiej próby. W tej sytuacji list patriarchy przypominał, że „tak zwane otwarcie na lewicę” stanowi „poważny błąd doktrynalny i oczywiste pogwałcenie katolickiej dyscypliny”. Błędne jest sprzymierzanie się z „ideologią marksistowską”, negującą chrześcijaństwo; niebezpieczne są również opinie, że dla wprowadzenia sprawiedliwości społecznej „trzeba koniecznie złączyć się z tymi, którzy negują Boga i gnębią ludzką wolność”.

Mimo wszystko list patriarchy był oględniejszy od wypowiedzi innych biskupów, którzy nie ograniczyli się do przypomnienia zasad, ale publicznie napiętnowali konkretne inicjatywy. Postawę bł. Jana wyraża pełniej inna wypowiedź, w owych czasach odważna, zgoła prorocza. Podczas uroczystości Maryjnej 1 lutego 1957 roku, w wigilię tzw. Matki Bożej Gromnicznej, zwrócił on uwagę wenecjan na trzy aktualne wydarzenia w mieście, wśród nich narodowy kongres socjalistów. Patriarcha powołał się na słowa Nowego Testamentu, że biskup winien być „gościnny i życzliwy” (hospitalis et benignus), i w tym duchu wspomniał, „jak bardzo docenia wyjątkową wagę wydarzenia, które jawi się jako wielce znaczące dla wytyczenia kierunku” w Italii. Wskazał „autentyczną dobrą wolę” oraz „prawe, szlachetne intencje” uczestników kongresu, choć jako „pasterz dusz” dodawał z bólem, że dla wielu z nich „niebo jaśniejące prawdą religijną wydaje się wygasłe”, a społeczny porządek tworzy się nie na „fundamencie, którym jest Chrystus”. Wzywał wszakże swoich wiernych weneckich, aby dzięki życzliwej i gościnnej postawie wnieśli wkład do pomyślnego przebiegu zjazdu „tylu braci z różnych rejonów Italii dla wspólnego wzniesienia się ku ideałom prawdy, dobra, sprawiedliwości i pokoju”. Włoska prasa cytowała z aprobatą najbardziej „otwarte” słowa patriarchy, przemilczając inne; z Watykanu dotarły natomiast do Jana słowa krytyki co do „stosowności” jego wypowiedzi. W swoich prywatnych listach on sam bronił prawa biskupa – w duchu św. Pawła – by „czynić prawdę z miłością”[24], wskazując ponadto, że socjalistyczny kongres de facto powstrzymał się od wszelkich polemik przeciwko chrześcijaństwu. Przyjmuje się dzisiaj, że właśnie pasterski list patriarchy Wenecji wpłynął na polityczno-społeczną ewolucję włoskich socjalistów, otwierając ich na chrześcijaństwo.

Dopełnienie dzieła

Tylko raz – nie tylko w czasie pobytu w Wenecji, ale w całym swym życiu – bł. Jan nie zgodził się pójść za głosem z Rzymu. Pod koniec 1957 roku, 5 grudnia, otrzymał od papieża propozycję, by objął przewodnictwo watykańskiej Kongregacji Konstystorialnej, co znaczyło naturalnie konieczność opuszczenia patriarchatu Wenecji. Przypomnijmy w tym miejscu, że biskupie hasło bł. Jana brzmiało: Oboedientia et pax, czyli: Posłuszeństwo i pokój. W tym duchu nazajutrz odpisał, iż gotów jest ponieść „wszelką ofiarę, nałożoną mu przez posłuszeństwo”, dodając: „ale moje ciało jest słabe”. Nie rozumiał tego w sensie fizycznym, gdyż w swoim siedemdziesiątym siódmym roku życia cieszył się nadal „dobrym zdrowiem”. Miał raczej na myśli to, że nowe zadanie „zbytnio przewyższa” jego siły, gdyż musiałby wykonywać je „bez względu na osoby”; ponadto nie czuł się „ekspertem w prawie kanonicznym i cywilnym”. Dlatego prosił, aby „ten kielich” został od niego oddalony. Tak się stało. Dopiero przyjęcie większego kielicha – papiestwa – sprawiło, że patriarcha pozostawił Wenecję. Trzeciego dnia po dokonanym wyborze zwierzał się wenecjanom, jakby pocieszając ich i siebie, co do „faktu, który szczególnie nas umocnił na początku naszego pontyfikatu”: pierwszym świętym przedmiotem, który zwrócił jego uwagę na biurku poprzednika, Piusa XII, był „akurat srebrny wizerunek, który mu przekazaliśmy jako dar 8 czerwca 1956 roku”. Nowy papież widział tu „pocieszający znak i niezbitą gwarancję szczególnej opieki macierzyńskiej Najświętszej Dziewicy nad naszym programem rozszerzenia chrześcijańskiej wiary przez uspokojenie dusz i czynną miłość”[25].

Pasterska miłość, oczywista w całym jego działaniu dla wenecjan, odtąd miała stać się widoczna dla całego świata. Największe wrażenie w pierwszych miesiącach pontyfikatu Jana XXIII wywarła wizyta w rzymskim więzieniu, słynnym obiekcie o nazwie „Regina Coeli” – Królowa Nieba… Zjawił się tam w drugim dniu świąt Bożego Narodzenia, zwracając się do więźniów prostymi słowami: „Przyszedłem i zobaczyliście mnie. Moje oczy spoczęły w waszych oczach, moje serce przy waszym sercu. Pierwszy list, jaki napiszecie do rodziny, ma powiadomić, że papież był pośród was”. W tym momencie do jego stóp upadł młodzieniec i ze łzami zapytał: „Czy te Wasze słowa były także dla mnie?” Papież momentalnie pochylił się ku niemu, pomógł się podnieść i przytulił do serca[26]. Następnego dnia jakby zdziwiony zapisał w swym dzienniku: „Wszystko powraca w świątecznej miłości Bożego Narodzenia. Prasa nie tylko włoska, ale całego świata, nie przestaje wysławiać mego wczorajszego gestu odwiedzin więzienia. A dla mnie było to takie proste i naturalne”. Nie inaczej postępował jako patriarcha Wenecji, gdzie nawiedzał ze mszą św. więzienie męskie przy Santa Marta i kobiece na Giudecca, po czym w pielgrzymce do Lourdes pośród darów od chorych miał z sobą także serce ze srebra – ofiarowane przez uwięzione w mieście na lagunie.

Kapłańskie serce bł. Jana przyciągnęło, przygarnęło cały świat, w którym widział on jedną, wielką parafię, powierzoną jego pasterskiej opiece. Przyjmował u siebie jako papież wszystkich, obdarzał i tych, których wiele powstrzymywało przed przybyciem – na przykład posłał na daleki Kreml otrzymaną z Wenecji kopię Madonny Tiepola, ostatniego wielkiego malarza Serenissimy[27]. W oczach świata bł. Jan został zapamiętany tak, jak o tym przypomniał podczas uroczystości beatyfikacyjnej Jan Paweł II: „z uśmiechniętą twarzą i rozwartymi ramionami, gotowymi objąć cały świat”. I papież, który „z wewnętrzną radością” ogłosił swego poprzednika błogosławionym, dodawał: „Jak wiele osób zostało ujętych prostotą jego ducha, złączoną z rozległym doświadczeniem ludzi i rzeczy! Powiew nowości wniesiony przez niego nie dotyczył z pewnością doktryny, ale wiązał się raczej ze sposobem jej przedłożenia; nowy był styl mówienia i działania, nowy ładunek sympatii, z jaką zbliżał się do zwykłych osób i do wielkich tej ziemi. W tym właśnie duchu zapowiedział II Sobór Watykański, z którym otworzyła się nowa karta dziejów Kościoła… pora nadziei dla chrześcijan i ludzkości”[28].

Błogosławiony pozostaje znakiem uniwersalnej nadziei, miłości – z Italii do całego świata. Wszyscy są zaproszeni do modlitwy, która przybliży jeszcze bardziej Jana do nas, a raczej – nas do niego, przebywającego w pełnej wspólnocie z Bogiem. Osobiście – dla mnie – bł. Jan stał się znakiem Wenecji, dlatego na tym etapie jego życiowej drogi szczególnie się zatrzymałem. I towarzyszą mi jeszcze dwa obrazy, które zachowałem na koniec. Pierwszy wiąże się ze śmiercią – w Rzymie. Niewiele godzin przed ostatnim przejściem dotarła do niego niezwykła przesyłka – najdokładniejszy, najbardziej ceniony przewodnik po Wenecji, przesłany przez wdowę po autorze w związku z nowym, uzupełnionym przez nią wydaniem[29]. Ona sama, Maria Lorenzetti Ciartoso, podarowała bł. Janowi jeszcze jako patriarsze Wenecji egzemplarz poprzedniego wydania. Obecnie, wiedząc o zbliżającej się śmierci papieża, nie liczyła już na spotkanie, nawet nie była pewna, czy przesyłka dotrze do żywego… Prosiła papieskiego sekretarza, znanego jej z czasów weneckich, aby przynajmniej położył książkę na jego nocnym stoliku, skoro podobnie blisko siebie lubił on mieć w Wenecji poprzednie wydanie. Poruszony tą prośbą sekretarz, uczynił jej zadość, a nawet, jak wspomina, posunął się dalej: „Z drżeniem złożyłem przesłanie i książkę na łóżku konającego, jakby pieczęć dni weneckich, przeżytych przez pasterza ze swą trzodą we wspólnocie i przyjaźni”.

Konający nie sięgnął już do książki, którą pozostawił – udając się „w ostatnią drogę”, jak mówimy, czyli jej etap uchylający się naszemu ziemskiemu spojrzeniu. Nie potrzebował więcej przewodnika po Wenecji, wystarczał inny Przewodnik – Dobry Pasterz, którego swym życiem obrazował. A może dar otrzymany przed śmiercią nie był jednak daremny? Może wskazuje nam i przypomina, że korzystając z niego, by poznać Wenecję z jej skarbami, mamy przygotować się na dopełnienie – w miejscu, zwanym symbolicznie w Piśmie Świętym „niebieskim Jeruzalem”, obrazowanym i w mieście na lagunie, zwłaszcza w mozaikach Bazyliki San Marco, „rajskiej” także w odczuciu Błogosławionego. Najpiękniejsze dzieła sztuki dają przeczucie rzeczywistości, której tu na ziemi nie da się w pełni wyrazić, albowiem „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało… jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy go miłują” (1Kor 2,9).

Wreszcie – dzieło sztuki związało się na zawsze z osobą Jana w popiersiu, które wykonał wybitny rzeźbiarz, Jakub (Giacomo) Manzu. Artysta, zaprzyjaźniony z Błogosławionym od czasu weneckiego patriarchatu, podarował mu trzy brązowe odlewy popiersia, które papież przeznaczył: do Rzymu, Bergamo i Wenecji. Pierwsze trafiło po śmierci Jana do muzeum watykańskiego, zaś ostatnie znalazło się jeszcze za jego życia – w Bazylice San Marco. Donosił o tym papieżowi jego wenecki następca, dodając, że kustosze Bazyliki (członkowie tzw. Procuratoria di San Marco) zamierzają porozumieć się z artystą co do najstosowniejszej lokalizacji dzieła; na razie, powiadamiał dalej patriarcha Urbani, jest ono dostępne dla wiernych w atrium San Marco, blisko bocznego wejścia od strony Piazetta dei Leoncini. To „przejściowe” miejsce pozostało trwałe – przynajmniej do początku lipca 2000, kiedy widziałem je ostatni raz w owym roku. Wszyscy, którzy wchodzili do Bazyliki tym wejściem, prowadzącym od razu do kaplicy z obrazem Madonny Nikopeia, przechodzili zatem obok popiersia Jana. Trudno tu było się zatrzymać. Przy wejściu stał zawsze wartownik, odsyłający turystów do głównego wejścia na Piazza, gdzie w godzinach jego otwarcia należało stać w długiej kolejce. Jedynie wenecjanie wchodzili bez przeszkody bramą na Piazetta, natomiast kto nie wyglądał na miejscowego, musiał wyjaśniać, że pragnie się „tylko” pomodlić. Owszem, można było po wejściu stanąć przy popiersiu Jana, mając za plecami wartownika, co nie pomagało w modlitwie… Czy po beatyfikacji to się zmieniło? By znaleźć odpowiedź, musiałbym powrócić do Wenecji…

„Przejściowa” lokalizacja popiersia nie podobała się również artyście. Gdy po raz pierwszy zobaczył je w San Marco w 1969 roku, żalił się byłemu sekretarzowi Patriarchy i Papieża listownie, że popiersie stoi w ciemnym miejscu, niegodnym „wielkiego papieża Jana”. Sekretarz przekazał sprawę dalej – ale, nic się nie zmieniło. Może stanęły na przeszkodzie względy konserwatorskie, czyli zachowawcze – by niczego nie zmieniać w Bazylice, podobnie jak w przypadku tablic z marmuru, które bł. Jan jako patriarcha tak usilnie próbował usunąć, a przynajmniej „ruszyć z miejsca” w czasie liturgii. Rozwiązania doczekał dopiero jako papież. Skoro jako błogosławiony został wyniesiony jeszcze wyżej, może także jego popiersie znajdzie godniejsze miejsce? Może jednak obecna pozycja mu odpowiada… Popiersie stoi blisko wejścia, postawione „w przejściu”. Czy on sam nie został następcą Piotra pod tym znakiem – jako „przejściowy” papież? A przecie pokazał i przypomniał całemu światu, że właśnie dobre przejście jest istotne – jak u Dobrego Pasterza, który po prostu „przeszedł dobrze czyniąc” (Dz 10,38). Wszystko przemija, zostaje tylko to, co nade wszystko – w życiu i w sztuce – wypływa z miłości, zatem i do niej prowadzi.

Co po nowym powrocie?

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com