Co mówią umarli - Rafael Estrada - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 320

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 9 godz. 4 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Co mówią umarli - Rafael Estrada

Czarny kryminał, w którym ślady policyjnego śledztwa prowadzą do dziwnego klubu miłośników powieści Nabokova.

Na jednej z plaż nieopodal Kartageny zostają odnalezione przez policję zwłoki kilkunastoletniej Susany. Nieopodal policja odnajduje również spitego do nieprzytomności i pokrwawionego chłopaka. Wszystko wskazuje na to, że to on jest mordercą, więc szef policji w Cartagena powierza, w swoim mniemaniu błahą, sprawę młodemu i niedoświadczonemu inspektorowi, Juanitowi Proezie.

Inspektor prowadzi śledztwo zgodnie z przyjętymi normami – żmudnie i po kolei. W trakcie przesłuchań, badań i poszukiwań dochodzi do wniosku, że zabójstwo dziewczyny jest jednym z wielu morderstw wcześniej nierozpoznanych przez policję, dokonanych przez seryjnego mordercę. Niektóre ślady prowadzą do dziwnego klubu „Klubu Lolita”, w którym spotykają się miłośnicy powieści Nabokova.

Opinie o ebooku Co mówią umarli - Rafael Estrada

Fragment ebooka Co mówią umarli - Rafael Estrada

Rafael Estrada

CO MÓWIĄ
UMARLI

Tytuł oryginału: Ángeles de sangre

Projekt okładki: Joanna Wasilewska

Redakcja: Redaktornia.com

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Zofia Smuga

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

© Andrey Kiselev/Dreamstime.com

© Vtorous/Dreamstime.com

© Rafael Estrada, 2013

© Random House Mondadori S.A., 2013

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Jan Wąsiński

ISBN 978-83-7758-742-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I

Pamięci mojego ojca,

który troszczył się o mnie po swój kres

Pość we dnie, noce przepędzaj bezsenne (…).

Marz większą dziatek twych piękność, niż była,

A większą szpetność, niż jest, ich zabójcy.

William Szekspir,

Tragedia Ryszarda III,

akt IV, scena 4

Spis treści

1. Dociekliwość mew

2. Inspektor Proaza

3. Co mówią umarli

4. Poza zasięgiem

5. Tajemnice pokoju Susi

6. Osoby trzecie

7. Klub Lolity

8. Niepokojąca liczba leukocytów

9. Powrót do przeszłości

10. W głąb króliczej nory

11. Trudne relacje w pracy

12. Pan od muzyki

13. Metoda na klauna

14. Milczenie wiewiórki

15. Zakochany Lewis Carroll

16. Zwierzenia

17. Dziś piątek i tańczyć, tańczyć chce się mi

18. Dziesiąte przykazanie

19. Przedostatnia prawda

Ścieżka dźwiękowa powieści

Źródła cytatów

Przypisy

1. Dociekliwość mew

Wzbijają się w powietrze, szybują, zataczają kręgi, po czym znów opadają w kierunku obiektu, który pochłania ich uwagę. Nadlatują znad salin i sitowia, przeraźliwie skrzecząc przy obniżaniu lotu. Quintana znał ich niepohamowaną żarłoczność, łatwo się więc domyślił, że i tym razem musi chodzić o jakiś żer. Mewy. W poszukiwaniu pokarmu latają wzdłuż wąskiej mierzei odgradzającej od Morza Śródziemnego słoną lagunę Mar Menor wraz z jej pięcioma wyspami wulkanicznymi. Ptaszyska nie nurkują pod wodę, zadowalają się konsumpcją tego, co znajdą na powierzchni, przede wszystkim pływającymi resztkami z portu i plaż.

Zaraz, czemu się zatrzymujesz? zapytał Jiménez, siedzący obok Quintany w radiowozie.

Te mewy mnie niepokoją.

Przecież dobrze wiesz, co by teraz powiedział sierżant. Wyraźnie dał do zrozumienia, że nie ma sensu jeździć dalej niż do młyna.

W ogóle rzadko się zdarzało, żeby lokalni funkcjonariusze policji zapuszczali się na polne drogi tych podmokłych terenów. Nie było takiej potrzeby, skoro zmotoryzowane patrole Seprony służb ochrony przyrody monitorowały całą mierzeję La Manga, w tym także naturalną granicę, za którą rozciągały się mokradła parku krajobrazowego Salinas y Arenales de San Pedro del Pinatar, na północ od gminy Lo Pagán.

Zobacz tylko, jakie podniecone. Quintana, postukując palcem o szybę radiowozu, wskazał mewy nad słonymi zalewiskami. Nie wydaje ci się, że jest ich trochę za dużo?

Pewnie jakiś zdechły pies.

Może rzućmy na to okiem stwierdził, wyłączając radio.

Jimenezowi niespecjalnie było to w smak, ale radiowóz już zjechał z asfaltowej szosy i zaczął powoli sunąć po lokalnej szutrówce. Była siódma rano, opustoszałą plażę Villananitos spowijała cisza, również w Baños del Lodo o tej porze żywego ducha nie uświadczysz. Głuchą ciszę okolicy zakłócał jedynie skrzek rozszalałych nadmorskich ptaków oraz chrzęst kół samochodu ugniatających ziemię. Kiedy radiowóz stanął, niektóre mewy zerwały się do lotu, inne zaś, bardziej zuchwałe, pozostały na miejscu, póki funkcjonariusz nie podszedł bliżej; dopiero wtedy, niechętnie, wzbiły się w powietrze.

Na pierwszy rzut oka nie było tu niczego poza zwykłymi śmieciami: puste butelki, reklamówki, gazety, resztki jedzenia pośród ciemnozielonych wodorostów. Najbardziej rzucały się w oczy właśnie gnijące resztki jedzenia. Quintana pokręcił głową z odrazą, złorzecząc pod nosem. Chociaż tyle dobrego, że mewy zeżrą to wszystko, pomyślał. Zatrzymał się nad brzegiem, złapał pod boki, wyciągnął szyję i pochylił się nad jednym z kanałów łączących saliny z wodami Mar Menor. To, co tam zobaczył, odrzuciło go w tył niczym wybuch miny.

O ja pierniczę…!

Co jest, stary?!

Quintana nie był w stanie odpowiedzieć. Dopiero kiedy po chwili zdołał odzyskać oddech, zmusił się, żeby raz jeszcze spojrzeć w tamtą stronę, wciąż z pewnym niedowierzaniem, ale tym razem i ze świadomością, że stało się coś nieodwracalnego. Wcześniej tego dnia sierżant zdążył przekazać im przez radio rysopis młodziutkiej Susany Montón, której zaginięcie rodzice zgłosili, gdy o trzeciej w nocy nadal nie wróciła z kina. Widząc dziwne zachowanie towarzysza z patrolu, Jiménez wysiadł z radiowozu i podszedł powoli, usiłując ukryć niepokój. Zanurzone w grubej warstwie solnej i pozbawione głowy zwłoki, tamujące drożność kanału, należały do dziewczynki. Całe ciało pokrywały wyraźne ślady dziobnięć; jej bezwładnie rozpostarte ramiona zdawały się przekazywać coś, czego funkcjonariusz nie potrafił odgadnąć. Rysopis zgadzał się co do joty: szczupła sylwetka, dżinsy, podkoszulek pod utytłaną we krwi żółtawą bluzą z długim rękawem. Jiménez zacisnął pięści i zamknął oczy. Zbliżył prawą rękę do ust i przygryzł palec wskazujący, usiłując własnym bólem odżegnać ten koszmar i znaleźć się w łaskawszym świecie, z którym przecież zawsze miał do czynienia. Haust chłodnego, przesyconego solą powietrza wypełnił mu płuca, po chwili policjant zaczął stopniowo odzyskiwać panowanie nad sobą. Kilka metrów od ciała dziewczynki leżała obsiadła przez muchy głowa z włosami zaplątanymi w krzewy tamaryszku, również pasująca do rysopisu: długie blond włosy, dwa kolczyki w płatku lewego ucha.

Wciąż jeszcze go mdliło, kiedy wlókł się z powrotem do radiowozu. Rozdygotane dłonie odmawiały posłuszeństwa, w końcu jednak zdołał skontaktować się przez radio z sierżantem.

Patrol Seprony zjawił się nad laguną już po siedmiu minutach, a osiemnaście minut od zgłoszenia dotarł pojazd terenowy z funkcjonariuszami Guardia Civil, którzy na początku przystąpili do odgradzania terenu białą plastikową taśmą z zielonym napisem:

…WSTĘP WZBRONIONY GUARDIA CIVIL WSTĘP WZBRONIONY GUARDIA CIVIL…

W trakcie sporządzania materiału zdjęciowego, któremu towarzyszyło numerowanie śladów w terenie, mające umożliwić późniejszą inwentaryzację dowodów, nadjechały karetka i auto sędziego śledczego. W ciągu niespełna godziny obszar Salinas del Coterillo zaroił się zarówno od ludzi w mundurach i białych fartuchach, jak i od funkcjonariuszy w cywilu, którzy sporządzali zapiski i porozumiewali się szeptem pośród trzasków krótkofalówek.

Wszyscy poruszali się z najwyższą ostrożnością, aby nie zatrzeć ewentualnych śladów, tymczasem policjant z laboratorium kryminalistycznego, siedząc w kucki w białym kitlu przy otwartej walizeczce, skrupulatnie pobierał próbki włosów, krwi, śliny i pozostałych wydzielin, które umieszczał w hermetycznie zamykanych saszetkach. Następnie założył na dłonie denatki plastikowe torebki, aby zabezpieczyć wszystko, co mogło się zachować pod paznokciami, zrobił odlewy różnych odcisków stóp oraz z dzikim zapamiętaniem zaczął szukać niedopałków papierosów. Kiedy wreszcie skończył, wyprostował się, zdjął lateksowe rękawiczki i z papierosem w zębach wziął się do sporządzania szkicu miejsca zbrodni.

Jako ostatni na miejsce przybył Luzón, lekarz z Zakładu Medycyny Sądowej, wysoki facet w średnim wieku, o jasnej karnacji, słusznego wzrostu, przygarbiony, z gęstą ciemną czupryną przyprószoną siwizną na skroniach. Pozdrowił wszystkich obecnych funkcjonariuszy policji i porucznika Guardia Civil, następnie zamienił kilka słów z sędzią śledczym, sięgając jednocześnie do kieszeni po małe etui, z którego wyjął okulary i starannie przetarł. Kiedy uznał, że przejrzystość szkieł wreszcie spełnia jego wymagania, odchrząknął głośno, bezskutecznie spróbował odgonić muchy znad trupa, po czym z wystudiowaną flegmatycznością przystąpił do oględzin.

Miał świadomość, że wszyscy wlepiają wzrok w jego uważne ruchy, w których można było rozpoznać fachowca z wieloletnim bagażem doświadczeń. Zaczął oglądać ciało w poszukiwaniu krwiaków, ran i innych obrażeń, aby te powstałe przed zgonem oddzielić od tych, które pojawiły się później. Włączył dyktafon, wciąż bez zbytniego pośpiechu, i wymamrotał swoje pierwsze wrażenia na tyle głośno, aby policyjna publika miała możliwość wychwycenia niektórych urywków. Dzięki temu zgromadzeni mogli dowiedzieć się ad fontes, że ciało jest w pierwszej fazie stężenia pośmiertnego, natychmiastowe zesztywnienie zaś wskazuje na ułożenie ofiary takie jak w chwili zgonu, który nastąpił między trzecią a czwartą nad ranem, nie ma stłuczeń, a dekapitacja nastąpiła już po śmierci. I to by było tyle, szanowni państwo, tak, na chwilę dziękuję za uwagę. „Przynajmniej póki nie zostanie przeprowadzona sekcja zwłok, aby z większą precyzją rozpoznać wszelkie inne obrażenia, które pozostawiły ślady na ciele, i uściślić zarówno uszkodzenia zewnętrzne, jak i wewnętrzne”.

Dopiero teraz można było przystąpić do podniesienia zwłok. Sanitariusze z posępnym wyrazem twarzy umieścili je w czarnym worku, który następnie przełożyli na nosze, przytwierdzili pasami i zanieśli do karetki, ta zaś odjechała na sygnale, w tych okolicznościach doprawdy zbytecznym. Przez policyjne krótkofalówki zdążono właśnie złożyć pierwsze meldunki, kiedy wśród zebranych gruchnęła wiadomość o zatrzymaniu mordercy. Odnalazł go kierowca ciągnika odpowiedzialny za sprzątanie plaż, nieopodal, na placu zabaw, śpiącego, cuchnącego piwskiem, utytłanego we krwi. Bardzo szybko przestano używać wymaganych w świetle prawa sformułowań jak „podejrzany” czy „domniemany”.

Akurat zaczynał się poniedziałek, słoneczny poniedziałek, jakich wiele pod koniec czerwca w Lo Pagán, spokojnej gminie rybackiej, poza sezonem liczącej może ciut ponad trzy tysiące mieszkańców. W miesiącach letnich zamieniała się jednak w atrakcję turystyczną dla całej okolicy, a populacja kilkukrotnie się powiększała, mało który region bowiem miał tak wielkie szczęście, by w swoich granicach mieścić słony akwen tuż przy brzegu Morza Śródziemnego lagunę spokojnych wód, przejrzystych i niezbyt głębokich. Gazety jak co roku pisały o nieubłaganie zbliżającej się fali upałów. Na brzegach Mar Menor niebawem miał się zacząć szczyt sezonu i każdy życzył sobie, aby to niefortunne zdarzenie, zbrodnia na dziewczynce, rozpłynęło się w mrokach niepamięci.

2. Inspektor Proaza

Oczekując na przybycie komisarza De la Maty, pracownicy wydziału zabójstw komendy w Kartagenie rozmawiali z dużym ożywieniem w sali odpraw, racząc się kawą i dowcipkując na temat aktualnych wydarzeń. Najmłodszy z oficerskiego grona Juan Proaza, zdrobniale nazywany przez wszystkich Juanitem, powiódł wzrokiem po całym pomieszczeniu. Każdego poranka wszyscy się tu zbierali, aby „odbyć briefing”, jak to nazywał ten czy inny co bardziej przemądrzały, a mówiąc po ludzku: przedyskutować postępy w aktualnie prowadzonych dochodzeniach oraz uzyskać porady i wysłuchać rozkazów od przełożonego. Jako że Juanito był najmłodszy w tym gronie i nie przydzielono mu jeszcze żadnej sprawy, czuł się w sali odpraw nieco jak piąte koło u wozu i tylko zerkał z podziwem na sterty dokumentów i teczek opatrzonych pieczątką Komendy Głównej Policji w Murcji, za którymi okopali się pozostali oficerowie. Wyobrażał sobie, jak by to było, gdyby on sam musiał przygotować raport dzienny, co tylekroć już czynił na próbę, ucząc się w akademii policyjnej w Ávili. Na razie jedynym źródłem satysfakcji był dlań skórzano-olejowy zapach dobywający się z kabury na broń palną, nieco uwierającej go pod pachą. Ponad wszystko jednak podobała mu się policyjna odznaka, rozpierała go duma, że stał się jej posiadaczem, i nawet teraz miał wielką ochotę pobawić się nią w dłoniach. Powstrzymywała go jedynie świadomość, że wszyscy niewątpliwie uznaliby to za infantylne zachowanie żółtodzioba.

Kiedy naczelnik wydziału kryminalnego wkroczył do pomieszczenia, rozmowy przeszły w szept, w końcu całkowicie ucichły. Octavio De la Mata był zażywnym mężczyzną o niewzruszonym spojrzeniu i cieszył się opinią diablo rzetelnego policjanta. Jego ruchy zdradzały osobę, która dosłownie przed niczym nie czuje strachu, prawego i nieugiętego dochodzeniowca z jedną tylko obsesją: nie potrafił zdzierżyć spraw wciąż jeszcze będących w toku. Doprowadził do końca najwięcej śledztw ze wszystkich funkcjonariuszy w całym regionie. Zawsze przechodził od razu do sedna, potrafił wywrzeszczeć swój punkt widzenia na każdą sprawę, zupełnie się nie przejmując, przed kim stoi lub kogo może właśnie obrażać. Nigdy też nie czuł potrzeby usprawiedliwiania swojej bezgranicznej szczerości i pozornego braku taktu.

Komisarz rzucił na stół plik dokumentów dotyczących różnych śledztw, opadł na krzesło i upomniał się o sprawozdania dzienne, które po szybkiej lekturze umieścił w poszczególnych teczkach. Następnie wręczył oficer śledczej Marín odpowiedni raport balistyczny, a dochodzeniowcy Barba i Utrero otrzymali kilka wskazówek do sprawy, którą wspólnie prowadzili; funkcjonariusz Paco Garrido musiał jeszcze wysłuchać gorzkiej reprymendy ze strony De la Maty za spoliczkowanie nastolatka przy wejściu do jednej z dyskotek. Na koniec wreszcie wyszukał w gąszczu spraw akta dotyczące zamordowanej dziewczynki, wyjął spory plik zdjęć i rozłożył je na blacie, jakby właśnie zamierzał rozegrać partyjkę brydża. W tym momencie nikt już nie chichotał ani nie dowcipkował, z ręki do ręki przekazywano sobie fotografie z miejsca zbrodni. De la Mata zreferował dotychczasowe ustalenia, zachęcając zgromadzonych do formułowania własnych opinii, które następnie można by było wspólnie przedyskutować. Kiedy już wszyscy wszyscy, tylko nie Juanito podzielili się swoimi przemyśleniami, komisarz zapalił papierosa.

Dla Octavia De la Maty stanowiło nie lada zagadkę, jakim cudem Juanito zdołał dostać się do akademii policyjnej, ukończyć ją, a potem jeszcze zdobyć robotę w komendzie. Chłopak raczej nie był głupi, nawet nie o to chodzi, niemniej jednak wszyscy widzieli i wiedzieli, że bywa małomówny, roztrzepany i dość flegmatyczny, gdy przychodziło do roztrząsania problemów a przynajmniej takie zawsze sprawiał wrażenie. Spokojny, opanowany, wolał raczej słuchać niż mówić i obserwować niż być obserwowanym; wilgotny i zarazem skwarny klimat Murcji zdawał się wysysać z niego siły witalne. Siedział teraz z innymi funkcjonariuszami, z swoją komiczną bródką, w wyświechtanych dżinsach, ze słuchawkami odtwarzacza MP3 wystającymi z kieszeni koszuli, i co rusz dotykał znajdującego się pod ramieniem skórzanego pokrowca na broń. W takich jak ta chwilach uwaga Juanita najwyraźniej była rozproszona: wodził spojrzeniem po ścianach z odpadającym tynkiem, kalendarzu z policyjnym emblematem, wydziałowej tablicy informacyjnej, przyglądał się spiralom dymu z tlących się papierosów (większością głosów i za przyzwoleniem samego De la Maty zespół wbrew oficjalnemu zakazowi postanowił, że w sali odpraw wydziału zabójstw można palić). Młodziutkiemu adeptowi sił policyjnych chodził po głowie refren Breaking the Law, piosenki zespołu Judas Priest, której słuchał, gdy przekraczał dziś próg komendy. Kiedy w pewnym momencie zdał sobie sprawę, że wzrok komisarza jest wlepiony w niego, podskoczył na swoim siedzeniu.

Jesteś z Lo Pagán, prawda?

Nie, proszę pana. Mieszkam w San Javier.

Przecież w adresie masz ulicę Fleminga jedenaście w Lo Pagán.

No tak, ale to dlatego, że mieszkałem tam z rodzicami przed wstąpieniem do szkoły policyjnej.

Ha, no to trzymaj, Juanito, tym razem padło na ciebie. Komisarz wręczył mu teczkę z mnóstwem fotografii, sprawozdaniem Guardia Civil oraz kopią akt czynności dochodzeniowych towarzyszących oględzinom miejsca zbrodni.

Od czego mam zacząć, panie komisarzu? zapytał z przerażoną miną.

Pomimo młodego wieku nie trawił, kiedy mówiono do niego zdrobniale. Gdyby miał więcej odwagi, powiedziałby staremu, że ma na imię Juan, a na nazwisko Proaza. „Inspektorze Proaza”, o tak, to brzmiało o niebo lepiej niż „trzymaj, Juanito”.

Śledztwo jest teraz w twoich rękach, więc przejrzyj dokumentację i prowadź je tak, jak ci się żywnie podoba. Komisarz przerwał na chwilę, przeszywając młodego inspektora wzrokiem. Natomiast życzyłbym sobie, aby ta sprawa została zamknięta jak najszybciej.

Powiedziawszy to, bez dalszych ceregieli wstał z krzesła i wyszedł z pomieszczenia w asyście pozostałych policjantów. Przed wyjściem Utrero trącił łokciem Garrida i obydwaj się wymownie uśmiechnęli. Marín i Barba zrozumieli podtekst, ale Juanito w ogóle nie zwrócił na to uwagi. Przytłoczony, wciąż siedział na swoim miejscu, wodząc po aktach takim wzrokiem, jakby miały rzucić się na niego w najmniej spodziewanej chwili.

Kiedy przeczytał raport z oględzin miejsca zbrodni, podenerwowany zaczął krążyć po sali odpraw, bombardowany myślami, że przecież nie da rady wywiązać się z powierzonych obowiązków. Właśnie w owej chwili, kiedy zżerała go niepewność, czy podoła pierwszemu w życiu prawdziwemu poważnemu dochodzeniu, zaczął rozpamiętywać, dlaczego właściwie postanowił zostać policjantem. Nie chodziło tu o wypominanie sobie tego wyboru, wręcz przeciwnie. Odpowiedź była dla naszego młodzieńca jasna jak słońce, ba, to była jedna z niewielu rzeczy na świecie, co do których nie miał absolutnie żadnych wątpliwości. Juanitem nie kierowała chęć walki o sprawiedliwość ani poczucie obowiązku, takiego wyboru zawodowego nie podpowiedział mu również przypływ altruizmu. Gdzieżby tam! Do policji wstąpił przede wszystkim ze względu na zamiłowanie do książek i filmów detektywistycznych. Mówiąc szczerze, takie umotywowanie brzmiało potwornie głupio, dlatego Juanito pilnował się, żeby nikomu się z tego nie zwierzać. Po prostu uważał, że większość ludzi nie obiera sobie profesji samodzielnie i świadomie, tylko raczej natyka się na nią w którymś momencie życia. A ci, którzy dokonują wyboru, a więc świadomie biorą los w swoje ręce, z dużym prawdopodobieństwem działają pod wpływem jakiegoś bodźca, filmu, książki, przyjacielskiej opinii lub próbują w ten sposób wyrwać się spod wpływu jakiejś osoby o dominującym charakterze. Iluż paleontologów odkryło swoje powołanie po obejrzeniu Parku Jurajskiego? A czy to jeden wybitny archeolog narodził się dzięki emisji W poszukiwaniu zaginionej arki? Jak wielu astronautów i astronomów zawczasu czytało do poduszki 2001: Odyseję kosmiczną i potajemnie oddawało cześć filmowej sadze Obcy?

Juanito zdecydował o swojej przyszłości zawodowej po zobaczeniu Milczenia owiec, a kiedy trzy lata później w kinie Brasilia w jego rodzinnym Lo Pagán wyświetlono Siedem, był już absolutnie przekonany, że zostanie stróżem prawa. Uwielbienie, jakie żywił dla wytrwałej Clarice i gorącokrwistego Millsa, w bezdyskusyjny sposób nakreśliło przyszłość Juanita. Ach, widzieć ich skupienie, samemu nigdy nie potrafiąc skupić myśli… Podziwiać ich poświęcenie, podczas gdy on sam nie wiedział, na co poświęcać swój czas poza zaczytywaniem się raz po raz w powieściach Eda McBaina przy gwałcących mózg, łomocących dźwiękach Metalliki. Uwielbiał logiczne rozumowanie detektywów, cenił bohaterów takich jak Carella, Carvalho czy Marlowe, lubił pogodę ducha Somerseta i olimpijski spokój brata Wilhelma z Baskerville…

Juanito nie zdawał sobie sprawy z jednej tylko rzeczy: decyzja dotycząca kariery w mundurze zapadła w dniu, kiedy po powrocie ze szkoły ujrzał na kuchennym stole swoją procę połamaną na kawałki. Miał wówczas dziesięć lat. Ojciec, zanim bez jakiegokolwiek wyjaśnienia wymierzył mu policzek, powinien był w tamtej chwili spojrzeć na twarz syna, wyrażającą nawet nie ciche zaskoczenie, lecz zupełnie szczere niezrozumienie. Nigdy miał nie zapomnieć tamtej chwili, powiewającej zasłony w grochy, zapachu świeżo wypieczonych pasztecików, matki z uszminkowanymi ustami i nieobecnym wzrokiem, który czynił tak oddaloną, a przy tym tak niewyraźną z powodu jego kapiących łez. Z oczami napuchniętymi od płaczu musiał przetrwać wieczór i potem całą noc, w niewiedzy, bo nikt mu niczego nie wyjaśnił. Przyczynę poznał dopiero następnego dnia: został oskarżony przez sąsiadkę o zbicie szyby w jej łazience, tego kuriozalnego lufcika, przez który nie miała szans zobaczyć winowajcy z kamieniem. Kamieniem, którego zresztą nigdy nie było. Kobiecina mechanicznie uznała, że to musiał być Juanito, bo poprzedniego wieczoru widziała go, jak bawi się procą, ot, proste skojarzenie, przyczyna i skutek. Tak oto dziecięca krzywda, której doświadczył, stała się pierwszą niewyjaśnioną sprawą, z którą musiał się zmierzyć. Dwa dni później dowiedział się, że to jego kumpel Guille zbił szybę, strzelając z wiatrówki z własnego mieszkania. Niczego to zresztą nie zmieniło, bo rodzice mu nie uwierzyli, proca została już zniszczona, policzek wymierzony, a kara była przecież ze wszech miar słuszna, jako że chłopcom zazwyczaj zdarza się przeskrobać coś takiego, poza tym rodzice zawsze mają rację. I już, koniec dyskusji. Tak właśnie owo wydarzenie zapisało się w pamięci Juanita, a jego oczy lodowaciały na widok własnego ojca, i od tamtego dnia już nie zdarzyło mu się uronić ani jednej łzy. Kiedy pięć lat później w jego ręce wpadł egzemplarz Autumn of Terror, po raz pierwszy i raz na zawsze zachłysnął się gatunkiem detektywistycznym.

Teraz jednak, kiedy miał przed sobą sprawę do bólu prawdziwą, związaną z popełnieniem autentycznego zabójstwa na żywej osobie, czuł strach, nie miał pojęcia, jak sobie z tym poradzić, a tym bardziej nie wiedział, w jaki sposób meldować o postępach w dochodzeniu komisarzowi i pozostałym detektywom. Może jednak powinien zadowolić się bardziej przyziemną profesją, poniechać dziecięcych marzeń? Tylko że w tej chwili już nie wypadało się wycofywać. To nie była chwila wyboru i dobrze o tym wiedział. Jeśli nie wywiąże się solidnie z powierzonego zadania, już następnego dnia będzie musiał znosić uśmieszki Garrida i ukradkowe drwiny reszty policyjnego koleżeństwa.

Zupełnie jak detektywi w po tylekroć oglądanych filmach, stanął przed stołem, na którym leżały porozrzucane zdjęcia. Widok rozczłonkowanych zwłok dziewczynki, potraktowanej niby porzucona lalka, nieustannie przyprawiał go o zawroty głowy i przywoływał obraz twarzy domniemanego mordercy, jego prostackiej i zawziętej gęby. Jakże on się nazywał? Juanito wyczytał pod jego zdjęciem: Pablo Villacorta. No, Pablo, naprawdę nieźle, raptem szesnaście lat, a już stałeś się rozpruwaczem z zasłużonym miejscem w policyjnej kartotece, pomyślał. Co teraz? Czuł się jak element z innej układanki, źle dopasowany trybik, który zamiast naoliwić, posypano piaskiem. W ogóle nie wiedział, od czego zacząć. Kiedy był już bliski całkowitej paniki, na szczęście pojawiła się Marín, obdarzając go swoim promiennym uśmiechem. Jakże w owej chwili chciał mieć jej doświadczenie i wiedzieć, co ona zrobiłaby na jego miejscu, albo przynajmniej zdobyć się na odwagę, żeby podpytać ją, nie wychodząc przy tym na całkowitego bęcwała, jak jej zdaniem należy zmierzyć się z sprawą. A przede wszystkim od czego zacząć.

Słuchaj, Proaza odezwała się czy mógłbyś mnie podrzucić pod budynek parlamentu regionalnego? Masz mniej więcej po drodze.

Po drodze gdzie?

Jak sądzę, wybierasz się zobaczyć z lekarzem sądowym, a tak wyszło, że swój samochód musiałam zostawić w warsztacie.

Aaa, no jasne, jasne. Pewnie, że mogę cię podrzucić! potwierdził skwapliwie, zgarniając kurtkę z wieszaka.

Opuścił mury komendy uspokojony, z aktami sprawy pod pachą, a gdy dotarł na mały parking usytuowany z prawej strony budynku, znajdował się już niemal w stanie euforii. Wciąż nie mógł uwierzyć, że wyjście z impasu, w którym tkwił jeszcze chwilę wcześniej, okazało się takie łatwe. Gdzieś tam za sobą, w policyjnej sali odpraw na piętrze, pozostawił stres i wątpliwości, rozproszone dzięki cudownemu pojawieniu się koleżanki po fachu. Usiadł za kierownicą swojego opla corsy, fotel pasażera zajęła zaś śledcza Marín. Powtarzała jak katarynka, że Juanito musi być w czepku urodzony, skoro trafiła mu się tak prościutka sprawa. Wprost idealna na jego pierwsze koty za płoty, utrzymywała.

Mijając miejski kompleks sportowy, Juanito nie mógł powstrzymać uśmiechu. To właśnie tam rok wcześniej poznali się w trakcie szkolenia z aikido, które dla różnych sił porządkowych w regionie prowadził mistrz Nobuyoshi Tamura. Kursantów czekał weekend intensywnych treningów, podczas którego inspektorka Aurora Marín odcisnęła się niezatartym piętnem w pamięci wszystkich uczestników, mających okazję przekonać się na własne oczy, że skuteczność tej sztuki walki nie kryje się w zwierzęcej sile ani w gabarytach uke, czyli osoby broniącej się. Chociaż Juanito trenował ledwie od kilku miesięcy, to właśnie wtedy mógł docenić elegancję aikido, w którym zakochał się bez opamiętania i którego odtąd nie porzucił.

Był to sobotni poranek. Juanito, wówczas jeszcze kandydat na oficera śledczego, miał okazję ćwiczyć w parze z Aurorą, podpatrywać i doskonalić technikę dzięki cierpliwości, z jaką podchodziła do swych partnerów w dojo, sali treningowej. Niziutka, szybka i precyzyjna jak szwajcarski zegarek, z każdym robiła, co chciała, ale w przeciwieństwie do innych doświadczonych zawodników szanowała nowicjuszy, cały czas uważała na nich i starała się nie wgniatać ich w tatami. W porze posiłku oboje postanowili pójść na taras z widokiem na główną atrakcję nadmorskiej promenady okręt podwodny projektu Isaaca Perala. Siedząc na świeżym powietrzu przy nadmorskiej promenadzie wysadzanej palmami, rozemocjonowany Juanito ostrzeliwał koleżankę serią pytań, no bo kiedy podziwiał ten film ze Stevenem Seagalem… no właśnie, jakżeż ten film się nazywał, no panie, no…

Do mnie to raczej: no pani, no… z uśmiechem poprawiła go Marín. Miała śnieżnobiałe zęby i zielone oczy. Pamiętała tytuł: Nico. Ponad prawem.

O, właśnie ten. Więc co do filmu, dopóki nie zobaczyłem Tamury, sądziłem, że Ponad prawem to sprawny montaż i gruba przesada, jak to w filmach bywa.

Nie, nie, to wyłącznie owoc ćwiczeń, żmudnych i trudnych potwierdziła Marín. Nasz sensei uprawia je przez całe życie, a jego nauczycielem był Morihei Ueshiba, twórca aikido.

Podejrzewam, że był to dla niego prawdziwy zaszczyt.

Z tego co opowiadał… raczej koszmar.

Jak długo trenujesz?

Marín skrzywiła się jak ktoś, kto musi szybko policzyć w myślach, po czym odpowiedziała:

Jakieś czternaście lat.

Ożeż ty!

Widząc, że liczba ta zrobiła na nim duże wrażenie, od razu dodała:

Ale nie zniechęcaj się. Tamura mawia, że sho oznacza początek. A początek, czy dobry, czy zły, zawsze jest najważniejszy.

Uff, zawsze coś. Trochę mnie uspokoiłaś.

Oboje zachichotali. „Masz dziewczynę?” „No, tak nie do końca”. Zjedli paellę z owocami morza, specjalność zakładu. Marín przyglądała się Proazie z zaciekawieniem, jakby usiłowała w jego szeroko otwartych, ufnych i niewinnych oczach dostrzec coś więcej, skrywanego przez wrodzoną nieśmiałość. Siedzieli pod beżowym parasolem na tarasie restauracji, spoglądali na tłumy turystów i marynarzy w białych bluzach, na bryzą i falą kołysane maszty łodzi w porcie i opowiedzieli sobie wzajemnie swoje historie, wspominając chwile dobre i złe, upadki i wzloty.

O piątej po południu wznowiono ćwiczenia. Aurora wyszła z przebieralni z niewyraźną miną; chłopaka zbiło to z pantałyku. Zaczęli od rzutów, a Marín nadal starała się nie wywoływać bólu przy zakładaniu dźwigni. W którymś momencie zaskoczyła go stwierdzeniem, że może warto zmienić parę, potrenować z kolejnym uke, aby jak najlepiej skorzystać ze szkolenia i wypróbować na innych skuteczność wszystkiego, czego się nauczyli. Trafił mu się rudzielec, który sapał już jak stara lokomotywa; razem ćwiczyli przez następną godzinę.

Trenowali właśnie kotegaeshi, technikę polegającą na założeniu dźwigni na nadgarstek, będącą formą skutecznej obrony przed napaścią z nożem w ręku. Nagle rozległ się potworny wrzask.

W sali od razu zapadła cisza.

Na polecenie Tamury wszyscy usiedli w pozycji seiza: kolana zgięte, pośladki na piętach. Dopiero wtedy Juanito dostrzegł drągala leżącego na macie, lewą ręką ściskającego prawe przedramię z nadgarstkiem wykręconym pod takim kątem, że od samego patrzenia robiło się słabo. Plecami do niego, w pozycji seiza tak jak inni, z beznamiętną miną siedziała Aurora Marín, jakże drobna w porównaniu z tym olbrzymem. Kilka osób zgłosiło gotowość, by zawieźć poszkodowanego do szpitala, a po chwili zajęcia podjęto na nowo. Nieszczęśliwy wypadek, pomyślał Juanito, przecież urazy nieodłączną częścią sztuk walki i trzeba to brać pod uwagę. Ćwiczyli dalej, Aurora też, ale teraz każdy unikał jej jak zarazy, bo jednak od posiadaczki drugiego stopnia mistrzowskiego należałoby oczekiwać, że będzie lepiej kontrolowała ruchy. To nie powinno jej się przydarzyć, po prostu nie mogło… Po zajęciach „rozglądał się za nią, lecz nie odnalazł jej”, zupełnie jak w piosence zespołu Radio Futura. Nazajutrz w ogóle się nie pojawiła.

Kolejny raz Juanito ujrzał dopiero po roku, kiedy skierowano go do komendy w Kartagenie. Dopiero wtedy się dowiedział, co tak naprawdę zaszło tamtego wieczoru.

Dlaczego się uśmiechasz? zapytała Aurora, kiedy już zostawili za plecami ośrodek sportowy, a związane z nim wspomnienia zaczęły ulatywać w siną dal.

A nic, tak sobie. Po prostu jestem zadowolony.

Pierwszy dzień służby w Kartagenie oznaczał często powracające uczucie niepewności, okiełznywanie nerwów, półuśmiechy. Pod wieloma względami komisariat przypomina przychodnię, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że Juanito sprawiał tego dnia wrażenie, jakby nabawił się wysokiej gorączki. Na szczęście na miejscu była Aurora, ktoś godny szczerego uśmiechu, królowa żartów, które podziałały kojąco jak lekarstwo i rozładowały napięcie. Po formalnym powitaniu nowej osoby na pokładzie komisarz De la Mata zorientował się, że Marín i żółtodziób widzą się nie po raz pierwszy, i dlatego to właśnie jej przypadł zaszczyt zapoznania chłopaka z tajnikami i zakamarkami komisariatu.

Razem więc wchodzili i schodzili po schodach, kroczyli przez korytarze, wydziały i gabinety, a towarzyszyły temu uściski dłoni i wyrozumiałe poklepywania, żarciki, anegdotki, oglądanie gablot z pucharami, okazałymi proporczykami i eleganckimi dyplomami, wizyta na strzelnicy i w areszcie. Kiedy na koniec usiedli w kafejce, wreszcie mogli podelektować się wonią kawy i uzupełnić luki w informacjach o sobie.

Gdzie odbywałeś praktyki? zapytała.

W komisariacie w Yecli. A ty?

Tutaj, w Kartagenie.

I jak widać, już tu zostałaś?

Miałam wybór, bo byłam wśród najlepszych na roku.

Wiesz co, Auroro, muszę cię o coś zapytać. Co się wtedy stało, na naszym kursie aikido? Wracam do tego, bo zawsze kiedy mijam ośrodek sportowy, przypomina mi się tamta scena.

Mhm, ja też pamiętam tamtego palanta.

Faceta z oddziałów prewencji?

A skąd o tym wiesz?!

Na ramieniu miał wytatuowany herb jednostki UIP.

Tak, stojącego lwa. Spostrzegawczy jesteś.

Bez przesady. Ręka bezwładnie wisiała mu tuż nad tatuażem. Zupełnie jakby wskazywała tego lwa.

Marín pokiwała głową.

Wciąż jeszcze trenujesz? zmieniła temat.

Chodzę na zajęcia w San Pedro del Pinatar.

Macie dobrego prowadzącego?

Jest niezły, ale z tobą nie może się równać.

Miło, że tak mówisz.

Kiedy to prawda.

Marín przyjęła pochlebstwo, pochylając głowę i żartobliwie ściągając brwi. Oczywiście ona również nadal trenowała, w ośrodku Fudôshin, rzut beretem od komendy.

No to powiesz mi, co się wtedy stało, czy nie?

Marín zmarszczyła nos, kiwnęła głową na znak, że jeszcze się nad tym zastanawia, bywają bowiem takie sprawy, o których naprawdę trudno opowiadać, zwłaszcza z początku. I takie zdarzenia, które giną w mrokach dziejów, a kiełkują na długo przed tym, zanim do nich dojdzie.

Zauważyłeś, że ścianki w przebieralniach nie sięgają sufitu?

Zauważyłem.

Facet lubił stroszyć piórka. Przebierając się, usłyszałam, jak chełpi się na głos, czego to on nie wyprawiał na manifestacji w dwa tysiące dziesiątym, wtedy, kiedy demonstranci obrzucili jajkami budynek parlamentu regionalnego. Po prostu pękał z dumy, jak spałowali i skopali „antysystemowców”, takiego określenia użył.

Prewencyjni powinni działać, kiedy otrzymują rozkazy. Czy nie tego właśnie od nich się oczekuje?

Oczywiście. Ale każdą rzecz można zrobić w taki sposób lub w nieco inny. Policjantka miała mocno zaciśnięte usta, a jej spojrzenie płonęło. Właściwie wkurwiło mnie coś innego, ta jego zbyteczna chełpliwość, z którą opowiadał, jak jednemu z protestujących rozdeptał okulary z pełną premedytacją, po czym podniósł go z ziemi, ooo tak, do góry, tylko jedną ręką… Co za fanfaron.

I dlatego wyszłaś z szatni nadąsana?

Powiedzmy.

I dlatego byłaś jakby nieobecna, kiedy wróciliśmy do ćwiczeń. Szukałaś go, prawda?

Chciałam mieć pewność, bo przedtem nie widziałam twarzy, a nie mogłam się pomylić. Kiedy poznałam go po głosie, podeszłam do niego, ukłoniłam się, on zmierzył mnie wzrokiem, uśmiechnął się pobłażliwie, z góry, po chwili zaczęliśmy ćwiczyć w parze. Facet miał drewniane ruchy, a jego technika mocno kulała. Stawiał na siłę i głównie w ten sposób usiłował wgnieść mnie w tatami, używając tori, ale dobrze wiedziałam, jak zamortyzować upadek i niemal natychmiast wrócić do stójki. Im bardziej próbował, tym mniej mu wychodziło, go to w końcu wyczerpało. Właśnie mieliśmy pozorować atak tanto dori, a stosowaną techniką obronną w tym przypadku było kotegaeshi

Tak, pamiętam.

Ten troglodyta wykonywał tanto, zupełnie jakby chciał mnie przeszyć na wylot, ale robił to tak siermiężnie, że wywołał uśmieszek na mojej twarzy, co oczywiście ostatecznie go rozwścieczyło. Sapiąc, zdecydował się na coś, czego absolutnie nie powinien robić, mam na myśli zmianę trajektorii ataku już po tym, jak uke wykona unik. Chwyciłam go za to łapsko, zrobiłam zwrot o sto osiemdziesiąt stopni na zewnątrz, pozwoliłam mu minąć mnie, znów się odwróciłam do środka, tak że nagle swoją własną broń mógł sobie zobaczyć przed oczami. Przestraszył się, stracił równowagę, nie był w stanie odkręcić dźwigni, no i poszedł nadgarstek. Och, jaka szkoda.

Nie przesadziłaś trochę?

A uważasz, że tak? Gdybyś miał ochotę sobie obejrzeć, na YouTubie masz dostępne filmiki ze szturmu oddziałów prewencji.

Auroro, tylko spokojnie, nie chcę się sprzeczać, a już zwłaszcza strach z tobą…

Obydwoje serdecznie się roześmiali.

Denerwuje mnie ludzka krzywda, przypadki nadużyć i samowolka zwierzyła mu się. Irytowała mnie myśl, że wszystko może mu ujść na sucho, a to, co zrobił, zasługiwało przynajmniej na donos. A już zwłaszcza wkurzało mnie, że tak się wyśmiewał, a nikt z obecnych nawet nie pisnął. Poza tym przecież takie postępowanie wpływa na opinię, jaką mają o nas zwykli ludzie.

Juanito odniósł wrażenie, że chodziło o coś jeszcze. Przecież nikt raczej nie bierze się za naprawianie świata, łamiąc nadgarstki z powodu kilku siniaków i rozbitych okularów. Dopiero później się dowiedział, że ojciec Aurory uczestniczył w manifestacji 23 grudnia 2010 roku w Kartagenie, został dotkliwie poturbowany i zatrzymany.

Gdy dojechali pod parlament regionalny przy alei Alfonsa XIII, Marín wysiadła, a Juanito jeszcze przez chwilę patrzył na gmach. Zawsze uważał, że budowla zaprojektowana przez Braquehaisa to prawdziwa perełka architektoniczna, od góry do dołu, i w środku, i na zewnątrz. Niski budynek w stylu Gaudiego, wsparty na kolumnach, niemal żywy, zdawał się przekraczać granice fasady i wtapiać w tłum.

Nie była to odpowiednia chwila na kontemplowanie architektury, trzeba było brać się do roboty. Po chwili Juanito włączył płytę zespołu Judas Priest i ruszył w stronę Pałacu Sprawiedliwości, zielono-białego budynku przy ulicy Angela Brumy 21, gdzie znajdował się Zakład Medycyny Sądowej.

3. Co mówią umarli

Prosektorium nr 1 znajdowało się w podziemiach budynku. Choć można było skorzystać z windy, Juanito wolał zejść po schodach, wdychając chłodne powietrze oraz specyficzny zapach dobywający się z półmroku, w którego stronę zmierzał pośród echa własnych kroków. Już na dole musiał przejść długim przygnębiającym korytarzem, po drodze osamotniona kanapa z materiału skóropodobnego i gaśnica kontrastowały z powierzchnią ścian zapełnionych starymi tablicami anatomicznymi, ukazującymi przekroje ludzkiego ciała, jego tajemnice i niedostatki. Zszedłszy po czterech stopniach i przekroczywszy drzwi wahadłowe, znalazł się we wnętrzu prosektorium należącego do pracowni anatomopatologii.

Zastał doktora Luzona rozmawiającego z własnym cieniem, a przynajmniej tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Z początku Juanito nie dostrzegł mikrofonu zawieszonego nad stołem sekcyjnym. Z otoskopem w dłoni lekarz sądowy badał narządy słuchowe denatki, sprawiając wrażenie, jakby treść swojej ekspertyzy dyktował jej prosto do ucha. Podniósł głowę i obrzucił policjanta spojrzeniem, ale błyskawicznie powrócił do swoich czynności, zupełnie jakby chciał coś dokończyć, zanim o tym zapomni.

Juanito przypatrzył się leżącym na stole ze stali nierdzewnej sinym zwłokom Susany Montón, z głową dołożoną na miejsce niczym ostatni element wieloczęściowej układanki. Niebieskofioletowy odcień był jeszcze wyraźniejszy na pokiereszowanych ustach, policzkach i paznokciach. Karta identyfikacyjna zwisała z dużego palca lewej stopy.

Obok stołu stały dwie torby: papierowa, z wciąż jeszcze wilgotną odzieżą, i mniejsza przezroczysta, zawierająca nieliczne rzeczy osobiste dziewczynki: wejściówkę do kina Acapulco, trzy euro osiemdziesiąt centów w bilonie oraz banknot dziesięcioeurowy, bransoletkę uplecioną z kolorowych nici, cyfrowy zegarek Casio, srebrny pierścionek, klucz, dwa duże kolczyki-bransolety, zużytą chusteczkę higieniczną, puszkę spreju z czerwoną farbą, pomadkę do ust, opakowanie po gumie do żucia oraz dwie gumki do włosów. Na półce stał szereg słojów na ludzkie organy, a niżej, w plastikowej torbie, spoczywało ubranie domniemanego zabójcy; torbę oznaczono numerem, aby się nie zawieruszyła, kiedy wraz z zawartością zostanie wysłana do pracowni mającej prowadzić dalsze badania biologiczne. W kieszeniach spodni chłopaka znaleziono siedem euro i szesnaście centów, dziesięć euro w osobnym banknocie, dowód osobisty, cztery rozpylacze i dozownik spreju, długopis, telefon komórkowy, klucze, paczkę z sześcioma papierosami marki Fortuna, czarną zapalniczkę, bibułki do skrętów, osiem gramów haszyszu.

– Czy to pan będzie prowadził dochodzenie? – zapytał Luzón i nie czekając na odpowiedź, dodał: – Dopiero przywieźli ją z prześwietlenia i właśnie zabieram się do sekcji. Zechce mi pan towarzyszyć?

– A można?

– To już zależy od odporności pańskiego żołądka – odparł, zakładając na twarz maseczkę i okulary ochronne.

Biegły medycyny sądowej skończył zajmować się uszami dziewczynki i zaczął oglądać jej nozdrza, następnie podniósł powieki, po chwili skupił się na jamie ustnej. Bardzo powoli i bacznie przyjrzał się całemu ciału, kilkukrotnie przeliczając blizny, pieprzyki i inne znaki charakterystyczne. Przy użyciu lampy Wooda wykrył białawożółtawy poblask, który określił jako „fluorescencję nasienną”, i mazakiem zaznaczył obszar, gdzie się pojawiła. Zeskrobał i pobrał próbkę, którą następnie umieścił w przezroczystej hermetycznej plastikowej saszetce; na etykiecie napisał numer identyfikacyjny dla pracowni analitycznej Zakładu Medycyny Sądowej oraz dla Krajowego Instytutu Toksykologicznego w Madrycie. Dłuższą chwilę poświęcił drobiazgowym oględzinom dłoni, wykazując szczególne zainteresowanie paznokciami, które przyciął, a ścinki umieścił wraz z innymi próbkami, jako że mogły zawierać fragmenty złuszczonej skóry napastnika. Bardzo dokładne nacięcia po wewnętrznej stronie nadgarstków zakwalifikował jako ante mortem, podobnie jak dwie głębokie rany umieszczone symetrycznie na plecach, na wysokości łopatek.

– Pan to widzi? – Luzón włożył palec wskazujący do środka rany. – Obrażenia idą od łopatek pod bardzo małym kątem, zadano je ostrym narzędziem o zakrzywionej klindze.

Następnie zauważył drobne piórko spoczywające w jednej z ran. Po chwili dołączyło do pozostałych próbek.

– Pióro mewy? – zaniepokojonym głosem zapytał Juanito, chociaż potwierdzenie wydawało mu się oczywiste.

– Dopiero się przekonamy – odparł lekarz z niewzruszoną twarzą. – Koledzy z laboratorium rozwieją nasze wątpliwości.

Kiedy Juanito ujrzał, jak Luzón dobiera odpowiedni skalpel z opakowania i zaznacza nim linię pierwszego nacięcia na zwłokach, instynktownie odrzuciło go do tyłu, aż uderzył łokciem w drzwi chłodni. Widok cięć, które lekarz robił na klatce piersiowej i szyi dziewczynki, spowodował, że zimny dreszcz przebiegł policjantowi po plecach. Wolał już nie śledzić, co biegły zamierza uczynić z potężnymi nożycami, którymi właśnie obejmował mostek Susany. Po prostu zamknął oczy. Dostrzegłszy to, Luzón uśmiechnął się z rozbawieniem. Kiedy odciągnął żebra hakiem chirurgicznym, na wierzchu znalazły się narządy wewnętrzne w lśniących żywych kolorach. Strużki płynu surowiczego o różowym odcieniu pociekły po stole w stronę odpływu. Medyk ocenił ciężar serca i płuc na małej wadze, pobrał krew strzykawką. Następnie pobrał płynne próbki wszystkich organów wewnętrznych do dalszych badań laboratoryjnych.

Przyznać trzeba, że Juanito bohatersko asystował przy owych czynnościach, i tylko raz, kiedy ekspert medycyny sądowej szybkimi, wprawnymi ruchami zdjął skórę z twarzy dziewczynki, odsłaniając jej bladą tkankę podskórną, niemal przyprawiło to policjanta o torsje i myślał, że wybiegnie z pomieszczenia. Na koniec, korzystając z piły elektrycznej, Luzón zrobił nacięcie w górnej części czaszki, aby zbadać mózg pod kątem ewentualnych uszkodzeń.

Po zdjęciu maseczki i lateksowych rękawiczek lekarz, nie mając jeszcze wyników badania toksykologicznego krwi, moczu i żółci, podyktował do mikrofonu, że „Susana Montón Tena, lat trzynaście, została zgwałcona, umarła wskutek ran zadanych na wysokości obydwu łopatek narzędziem lub narzędziami kłutymi, które przeszyły płuca. Gonzalo Luzón Alonso, anatomopatolog Zakładu Medycyny Sądowej w Kartagenie, dwudziestego ósmego czerwca roku dwa tysiące dwunastego o godzinie trzynastej czterdzieści pięć”.

Juanita zaskoczyły precyzja i schludność lekarza. Był świetnie zorganizowanym człowiekiem, który wykonywał obowiązki bardzo sumiennie i czerpał satysfakcję ze swojej pracy. Sprawiał wrażenie, jakby w myślach chichotał z anegdotek zrozumiałych wyłącznie dla trupów i dla lekarzy sądowych takich jak on. Młody inspektor zauważył ze zdziwieniem, że mimo dokonania tak wielu nacięć i usunięcia narządów wewnętrznych Luzón niemal nie ubrudził białego kitla. Podzielił się z nim tym spostrzeżeniem.

– Czystość ma duże znaczenie. – Lekarz wykonał gest, jakby odpędzał muchę. – Czy wie pan, że zbyt duża ilość krwi może doprowadzić do przeoczenia oczywistych dowodów, a więc i do postawienia fałszywej diagnozy?

Jako że Juanito nie wiedział niczego takiego, pokręcił przecząco głową. Przyznawał przy tym w duchu, że argument patologa jest zdumiewająco nieskomplikowany, logiczny i łatwy do przyjęcia.

Kiedy Luzón wypełniał wymagany kwestionariusz, jego asystent Óscar Piédrola bez słowa przystąpił do opisywania zawartości saszetek hermetycznych, które przełożony umieścił w dużym pojemniku na próbki. Staranne ich przechowywanie było kluczowe dla analizy przyczynowo-skutkowej i dla integralności dowodów.

– Jeśli nie dopełnimy warunków proceduralnych, próbki stracą ważność i niestety okażą się nieprzydatne – wyjaśnił Piédrola, widząc, jak Juanito stara się odczytać jego pismo, choć nie zadał przy tym żadnego pytania.

– Mhm, ciekawe – mruknął Juanito, nie chcąc wyjść na nieuprzejmego.

Luzón utkwił wzrok w ogolonej twarzy asystenta. Zmarszczył brwi i odwrócił się, aby przyjrzeć się kolejnym zwłokom. Była to kobieta, którą mąż tym razem skatował na amen. Symetria rysów twarzy została zaburzona: jedno oko otwarte, drugie przymknięte, nos złamany z przemieszczeniem w lewą stronę, obwisła żuchwa, obrzęknięty język schowany za rzędem połamanych zębów, tu i tam krwiaki i zadrapania, jakby ktoś pospiesznie nakładał jej makijaż na Halloween. Przyjrzawszy się, Luzón już wstępnie wiedział, jak będzie trzeba obejść się z ciałem, i polecił asystentowi, aby przygotował je do autopsji, zanim jeszcze przystąpi do zszywania zwłok Susany.

Luzón spojrzał na wiszący w pomieszczeniu zegar ścienny, a w rękach lekarza, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pojawiła się miękka ircha, którą skrupulatnie wyczyścił okulary.

– No dobrze, inspektorze… – zagaił Luzón, chuchając na szkła okularów – czy mógłby pan mi przypomnieć swoje nazwisko?

Lekarz powiódł policjanta w stronę automatu w korytarzu przy windach, chcąc zaprosić Juanita na kawę i rozmowę, uważał bowiem, że w tej sprawie jest kilka ponurych, zagadkowych kwestii, których nie potrafił pojąć.