Cinkciarz - Władysław Maksymiuk - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 455 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cinkciarz - Władysław Maksymiuk

Lata osiemdziesiąte, Polska Republika Ludowa. Cinkciarz o imieniu Marek handluje obcymi walutami na Pomorzu.

 

Powieść w szczegółach opisuje oszustwa, które pozwalały waluciarzom na dostatnie życie, gdyż ich dzienny zarobek mógł kilkakrotnie przewyższać ówczesną miesięczną pensję robotnika. Cinkciarze stanowili swoistą kastę, mającą wpływy, mogącą wszystko załatwić w czasach, kiedy oficjalnie brakowało prawie wszystkiego, a rarytasy były dostępne dla wybranych w pewexach. Książka ta pokazuje, że pomysłowość cinkciarzy nie znała granic i była wprost proporcjonalna do chciwości oszukiwanych przez nich ludzi.

 

Akcja powieści oparta jest na prawdziwych wydarzeniach.

Opinie o ebooku Cinkciarz - Władysław Maksymiuk

Fragment ebooka Cinkciarz - Władysław Maksymiuk























Strona redakcyjna


WSTĘP

Akcja niniejszej powieści dzieje się w latach osiemdziesiątych ubieg­­łego wieku. Wszystkie zdarzenia, „wałki”, przekręty i oszustwa miały naprawdę miejsce. Wszystkie postacie, które występują, również są autentyczne i podobieństwo ich do osób, które jeszcze żyją bądź też zmarły czy zginęły, wcale nie jest przypadkowe.

Amen


1

Powoli zapadał już zmrok, a letnia tarcza słońca skryła się za pobliskim lasem. Bez zbędnego pośpiechu skończył zwijać kije i dokładnie, aby ciężarki i spławiki nie splątały się w grubym pęku wędek, które specjalnie do tego przygotowanymi sznurkami solidnie przytroczył do boku motocykla. Ryby włożył do plastikowej reklamówki i spakował na dno brezentowego plecaka. Potem włożył przybornik z zapasowymi haczykami, ołowiem i innymi przeróżnymi wędkarskimi drobiazgami, które prawie zawsze są niezbędne podczas wypadów na ryby. Na wierzchu położył nieprzemakalny sztormiak, pusty plastikowy bidon, zapiął plecak i zarzucił go na plecy. W gardle czuł prawdziwą saharę. „Konia z rzędem za szklankę coli” – pomyślał. Silnik zaskoczył za pierwszym razem. Zapalił reflektor, omiótł jezioro silnym strumieniem światła, poczuł pod sobą moc swojej maszyny i ruszył w stronę miasta. Jechał po­­woli leśną drogą, starając się omijać wystające korzenie drzew, które wydawały się być jak na złość dosłownie wszędzie. Po kilku kilometrach nareszcie wjechał na wąską asfaltówkę, którą dojechał do głównej drogi prowadzącej prosto do Szczecina. Uwielbiał swoją maszynę, na której czuł się pewnie i bezpiecznie, w pełni ufając jej sile i przyspieszeniu, a szerokie boczne osłony pozwalały mu odczuć dodatkowy komfort bezpieczeństwa, no i chroniły przed silnym powiewem wiatru. Dość szybko minął Podjuchy i dotarł do przedmieść Zdrojów, gdzie zauważył dużą reklamę ekskluzywnej dyskoteki. „Pić, pić i jeszcze raz pić”. Myślał ­tylko o tym, aby wreszcie ugasić pragnienie, które potęgowało się z każdą minutą. Skręcił z głównej drogi w prawo i jechał wąską drogą pod stromym kątem w górę. Przejeżdżając pod betonowym wiaduktem kolejowym, upajał się mocnym dudnieniem trzystu pięćdziesięciu centymetrów sześciennych swojego silnika.


2

Wolno wjechał na wyasfaltowany plac przed dyskoteką, na którym stały tylko dwa samochody. Jednym z nich był stary fiat 125p z kogutem „Taxi” na dachu, a drugim granatowe mirafiori z dużym spojlerem na tylnej klapie bagażnika. Przed wejściem był potężny betonowy łuk z napisem „GROTA”. Zaparkował na wprost wejścia, dłonią poprawił włosy, wywinął wodery, długie za kolana gumowe rybackie buty i z kaskiem pod pachą wszedł do środka. Nic się nie działo. Znudzony szatniarz gawędził beztrosko z potężnie zbudowanym bramkarzem, a przy jednym stoliku siedziało pięć ekskluzywnych prostytutek. Jedna ładniejsza od drugiej. Z potężnych głoś­ników podwieszonych pomiędzy sztucznymi długimi stalaktytami sączyła się cicho spokojna melodia. Barmani polerowali pokale oraz kieliszki do wina. Żadnych gości. Podszedł do bramkarza i zapytał:

– Dobry wieczór, chciałbym tylko kupić coś zimnego do picia. Można?

– Jest pan niestosownie ubrany, ale nie ma sprawy, właściwie to jeszcze zamknięte, otwieramy o dwudziestej drugiej, masz jeszcze piętnaście minut.

– OK, dzięki. Mogę wypić w środku czy muszę kupić i wyjść na zewnątrz?

– Jak chcesz.

Kupił przy barze butelkę zimnej pepsi, dając barmanowi niezły napiwek, czym od razu zyskał sobie jego sympatię. Zwrócił też na siebie uwagę szałowo ubranych i pięknych kobiet, które zabijały wolny czas, dzielący je od oficjalnego otwarcia lokalu, popijając drogie drinki. Wiedział, że przyciąga wzrok kobiet. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że generalnie podobają się kobietom jego sportowa i atletyczna budowa ciała, ładna symetryczna twarz, blond włosy i głębia zielonych oczu.

W zasadzie to dość często korzystał z atrybutów, jakimi obdarzyła go matka natura, i niejedną już ślicznotkę okręcił sobie wokół palca, zanim ta zdążyła się zorientować.

– Hej, przystojniaczku, jeśli usiądziesz z nami, lepiej będzie ci smakowało – zaczepnie powiedziała jedna z dziewcząt. Uważnie zlustrował ją wzrokiem. Była naprawdę super. Modnie przycięte blond włosy, ładnie podkreślone różową szminką usta, a spod długich zalotnych rzęs wyzywająco patrzyły na niego śliczne kocie oczy. Spod niedopiętej koszulki, ozdobionej mnóstwem cekinów, wylewał się imponujący biust. Ale nie to przyciągało najbardziej jego wzrok. Miał dosłownie świra na punkcie damskich nóg. Najlepiej, jeśli były w stylonach. A w tym przypadku najbardziej wybredny facet byłby zachwycony, tak jak ktoś, kto czuje prag­nienie na wyschłym pustkowiu, byłby zachwycony cysterną wody. Nogi były długie, w czarnych koronkowych rajstopach w delikatny kwiecisty wzór, do tego gustowne czerwone szpilki dopełniały eleganckiej całości połączonej z nieziemskim seksapilem. Przełknął ślinę na ten widok i powoli ruszył w stronę stolika.

– Hej, jestem Marek, a wy macie jakieś imiona?

Wesoły gwar przy stoliku przycichł i wszystkie wymalowane oczy skierowały się na Marka. Czuł, jak pożerają go wzrokiem. Był inny. Nie wiedział na ile, ale jakże różnił się od tych wszystkich wystrojonych balangowiczów, którzy jechali nawet setki kilometrów, ciułali marki, korony i funty, aby tanio – jak na ich warunki – pociupciać za żelazną kurtyną. Puszyli się i wyginali, przybierając nienaturalne pozy, prawie każdy chciał pokazać, jaki to z niego macho. Żłopali wódę, whisky, gin i wino, ile tylko organizm mógł wytrzymać, wtedy koguty stawały się jeszcze bardziej nienaturalne i żałosne. Często wręcz tragikomiczne. Nie rajcowały ich. Rajcowały je tylko ich mniej lub bardziej wypchane portfele. A on był naturalny i wyluzowany aż do bólu.

– Kaśka jestem – odezwała się pierwsza ta, która zaprosiła go do stolika.

– A ja Mariolka – powiedziała drobna czarnulka, zalotnie oblizując usta.

– A na mnie wołają Basia, ta cycata to Ciciolina, a to jej siostra Magda – przedstawiła pozostałe dziewczyny, puszczając przy tym oczko.

– Co cię tutaj przygnało? – zapytała wyraźnie podekscytowana Kaśka.

– Nic takiego, po prostu miałem w gębie saharę. Wracam z ryb i było mi po drodze. A ciebie co przygnało na to zadupie? – zadał naiwne pytanie, chociaż dobrze wiedział, co to za miejsce. Zachichotały wszystkie naraz.

– A nam też pić się chciało, hi, hi, hi!... – Udał, że wierzy. Znał życie i gra w naiwniaka zawsze dawała mu wygraną. Udawał ­nieświadomego i niewinnego, a tak naprawdę miał wszystko pod kontrolą. Ta strategia przeważnie się sprawdzała.


3

Głośne stukanie do drzwi stawało się coraz bardziej natarczywe.

– Cichy, jesteś tam? – Bydlak coraz bardziej stawał się niecierpliwy.

– Przestań wreszcie tak walić, bo drzwi mi wyłamiesz. – Cichy leniwie zwlekł się ze swojego wyrka, niedbale przykrył jedną z niezliczonych swoich laleczek śpiącą nago i pomału poczłapał do przedpokoju swojej kawalerki. Z niechęcią przekręcił zamek i wpuścił Bydlaka do środka.

– Co ty, kurwa, jeszcze śpisz? O dziesiątej miałeś być na Turzynie, a już dwunasta!

– I co się tak pieklisz? Koniec świata czy co?! Bardzo ważna sprawa mi wypadła – odpowiedział Cichy. W tym momencie bardzo ważna sprawa sennie się przeciągnęła, odsłaniając przy tym kształtne, młode i jędrne piersi.

– Właśnie widzę – burknął Bydlak. – Przez te dupy złapiesz kiedyś takiego szankla, że ci zęby nawet w dowodzie osobistym powypadają.

– Powiedz lepiej, co załatwiłeś.

– Na razie nic. Ale złapałem namiar na takiego jednego frajera, co pracuje na lisiej fermie. Moczymorda. Ma parę skórek na zbyciu, ale czuję, że można go będzie wykręcić na dużo więcej. Stróżuje tam, karmi zwierzaki, a potem pomaga przy ich uśmiercaniu i ściąganiu skórek. Ma dostęp do magazynu, w którym przechowują gotowe, już przywiezione od garbarza śliczne lisie futerka.

– To nic prostszego – odparł Cichy. – Podrzuci mu się parę flaszek, a dalej pójdzie już jak z płatka.

– Wcale nie!

– No to o co biega? Gdzie problem?

– To były facet mojej ciotki. Wiesz, tej, co ma knajpkę w Dąbiu. Mówiłem ci kiedyś o niej. Pamiętasz? Miała problem z gościem. Chlał, rzucał się do niej z łapami, a na dodatek okradał ją na każdym kroku.

– Aaa, no taak, przypominam sobie. Mówiłeś mi. To ten, co miał na zbyciu sporo baksów – przypomniał sobie Cichy.

– Właśnie ten. Ale wszystko przerżnął w karty.

– No to nie powinno być z nim problemu. Jak cieć ma podkręconą żyłkę do hazardu, to ugotujemy frajera w jego własnym sosie. Ustawi się gierkę i skórki wszystkie nasze. Nawet te właściciela magazynu.

– He, he, he, ty, Cichy, to zawsze coś wymyślisz – z podziwem powiedział Bydlak. Bo tak też i było. Cichy co prawda ułomkiem nie był, ale przede wszystkim bardziej korzystał z mózgu niż z mięśni. Od brudnej roboty miał chłopaków, których bardziej od inteligencji cechowała siła.


4

– Bony, bony kupię... – niestrudzenie powtarzał Romcio pod baltoną, sklepem a la pewex, tyle że tylko dla marynarzy i rybaków dalekomorskich. Takich jak on było więcej. Dzielili się na pięć grup, w każdej od czterech do sześciu obrotniaków. Romcio był w grupie Łysego. Grupa liczyła pięciu, mimo to i tak nie dysponowali wystarczająco dużym kapitałem, ale byli za to bardziej operatywni, co pozwalało im na dość częste kupno chodliwych towarów. Oczywiście tylko od zaplecza. System nie był zbyt skomplikowany. Trzeba było skupić od matrosów jak najwięcej baltonowskich dolarów, potem „złowić” leszcza. Leszczem był każdy, kto miał książeczkę żeglarską, która upoważniała do zakupów w baltonie. Przeważnie byli to alkoholicy, którym skończyła się kasa, a nie bardzo chciało im się znowu mustrować na statek i płynąć w kolejny rejs. A takich obiboków w zasadzie nie brakowało. Niektórzy nawet byli już niejako na stałych etatach każdej z grup. Stawek też nie mieli wygórowanych. Ot, litrowa krowa za każdy zakup. To tyle co nic. Ale dla leszcza była to darmowa trafiejka, aby znowu za darmo się uchlać.

– No to ile tam, szefuńciu, mamy na zbyciu? – zapytał Romcio. A gadane to on miał. Oj, miał jak mało kto! Nawet najbardziej opornych i niechętnych potrafił przekonać do sprzedaży chociaż kilku bonów.

– No, dwadzieścia mogę panu sprzedać.

– Dobrze, niech będzie dwadzieścia. Ale nie wiem, czy pan zna już nowy kurs. Spadła cena. Ale ja zapłacę po staremu, a na­wet dorzucę jeszcze małe co nieco, jeśli kupię stówkę – kłamli­­wie za­­gaił Romcio i kupił tyle i tak, jak chciał. Zresztą jak prawie zawsze.

Przeważnie do południa chłopakom od Łysego brakowało już złotówek na dalszy skup. Żal im było, że muszą kupić tylko kilkanaście kartonów najtańszego napoleona, jak można by kupić kilkadziesiąt. „Ot, życie” – mawiali. Brali to, na co ich było stać, potem szybciutko z leszczem do punktu skupu artykułów pochodzenia zagranicznego. Zamiana towaru na złocisze, podział zysków i następnego dnia zaczynali od nowa to samo.

– Jakbyśmy mieli chociaż jeszcze raz tyle zetów albo lepiej: pięć razy tyle – pomarzył Łysy – to i zyski poszłyby nam nieźle na górkę.

– To może by tak gdzieś pożyczyć? – Romcio wpadł na pomysł.

– Dobra, tylko skąd?

– Zapytam znajomka. Wrócił niedawno z dojczlandu, na pewno parę marek ma – rozpromienił się Romcio.

– No to zagadaj z nim, a jak dobry chłopak, to zaproponuj mu układ. Może robić z nami – wyraził zgodę Łysy.


5

Najwyraźniej Kaśce wpadł w oko. Zresztą nie tylko jej, ale ona właśnie najodważniej przejęła inicjatywę, spychając na dalszy plan pozostałe dziewczyny.

– Nie wyglądasz na robola – powiedziała. – Masz kasę i ciuchy na ryby lepsze niż niejeden do kościoła ubiera. Gdyby nie te gumowce, w życiu nie uwierzyłabym, że wracasz znad jeziora. Wyglądasz jak bojek. – A bojkami nazywano obcokrajowców, którzy zawsze byli lepiej ubrani od miejscowych Polaków. Bojek to był ktoś.

– Śmiało mógłbyś udawać Szweda czy też jakiegoś innego Skandynawa, niejedna dałaby się nabrać, prawda, dziewczyny?

– No, albo na przykład Niemca, jakbyś nałożył okulary w drucianych oprawkach – dorzuciła Baśka.

– A ja to bym mu dała za darmo. Chcesz? – zapytała najwyraźniej podpita już Ciciolina. – No, a ty którą byś wybrał?

– Ty się lepiej zamknij, on i tak będzie mój – nie wytrzymała Kaśka, która najwyraźniej przewodziła, najwięcej miała do powiedzenia, no i miała w dodatku posłuch.

– Nic z tego dziewczyny. Wszystkie jesteście pierwyj sort, oczopląsu dostaję, patrząc na was – powiedział dyplomatycznie – ale muszę się już zbierać.

– Kurwa, nie wierzę własnym uszom. Słyszałyście, dziewczyny, to samo co ja ? To bojki płacą setki baksów za raza jednego, a on musi się zbierać! No nie. Nie wierzę! – Zdziwienie Kaśki sięg­nęło niemal zenitu. – A może ci nie staje?

– No co wy, dziewczyny. To nie tak, jak myślicie. Po prostu nie jestem wcale taki łatwy. A poza tym czeka na mnie w domu moja śliczna żona. – Powoli dopił pepsi, puszczając przy tym oko do Kaśki, co dało jej do myślenia i zaintrygowało jeszcze bardziej.

„I tak mu nie odpuszczę” – pomyślała. Jeszcze żaden jej nie odmówił. To był pierwszy raz.

– A zajrzysz tu jeszcze kiedyś?

– Kiedyś na pewno – odpowiedział specjalnie niezdecydowanym głosem. – Pa, dziewczyny!

Wziął swój kask i powoli ruszył do wyjścia. Dziewczyny jak na ko­­­mendę poderwały się z miejsc i poszły za nim. Gdy wsiadał na swoją maszynę, zobaczył, że wszystkie stoją przed wejściem patrzą na niego.

– Niezły motorek, co nie, dziewczyny? – westchnęła drobniutka Mariolka. – Pojeździłabym i na tym, i na kierowcy – zachichotała.

– Możesz co najwyżej pomarzyć – szybko odparowała Kaśka. – Jak znowu się tu pojawi, to lepiej trzymajcie łapy przy sobie. Pierwsza go wypatrzyłam i pierwsza muszę go mieć. Jasne?!

Odpalił silnik, trochę podgazował, pomachał dziewczynom na pożegnanie jeszcze raz, lustrując je wzrokiem przez opuszczoną szybkę w kasku, ale wyraźnie najdłużej przyglądał się ­Kaśce, po czym powoli ruszył w mrok, oświetlając drogę mocnym ref­lektorem.


6

– Dokąd szanowny pan sobie życzy? – służalczo zapytał taksówkarz.

– Do „Kaprysu” – krótko powiedział Cichy.

Dość szybko zajechali na miejsce. Cichy uregulował rachunek, zwyczajowo dając przy tym niezły napiwek. Miał gest. Stać go było. Jego dniówka była kilkakrotnie większa niż marna miesięczna pensja zwykłego robotnika czy państwowego urzędasa. Właściwie „Kaprys” był jego drugim domem. Tu czuł się pewnie i swobodnie. Tak jak każdy stały bywalec. To tutaj załatwiał większość swoich intratnych interesów. Skupował i sprzedawał obcą walutę, złoto i inne chodliwe wartościowe rzeczy. Gestem ręki przywołał kelnerkę. Szybko podeszła do niego ładna zgrabna czarnulka. Była dokładnie taka, do jakich miał największą słabość.

– Cześć, ty moje piękności. To co zawsze.

A zawsze to była duża czarna i mocna kawa, paczka marlboro i podwójna whisky.

– Kogut pytał dzisiaj o ciebie, trzy razy już tu zaglądał – poinformowała go kelnerka.

– A mówił, co chce?

– No wiesz? Wy nigdy nic nie mówicie. – Pogardliwie wydęła ładnie wykrojone usta. – Ale to chyba coś ważnego, bo latał jak kot z pęcherzem.

A ważne tu było niemal wszystko, co się załatwiało. Bo wszystko miało swoją cenę. Wysoką cenę. Najdrobniejsze interesy przekraczały możliwości przeciętnego mieszkańca tego miasta. Średnia wypłata, przeliczając na zieloną walutę, wynosiła około piętnastu dolców na miesiąc, a tu chłopaki dziennie obracały setkami, a nawet tysiącami baksów, z czego niezły procent lądował w ich kieszeniach.


7

Była najładniejszą dziewczyną w klasie, szkole, na dzielnicy i chyba wszędzie, gdzie się pojawiła. Nie było chłopaka, który by o niej nie marzył. Z przyjemnością patrzył, jak obiekt westchnień tylu samców krząta się teraz po mieszkaniu jako już dorosła kobieta. No i jego żona oczywiście. Był z tego powodu nie tylko szczęśliwy, lecz także dumny. Chociaż nie zawsze potrafił docenić to, co ma. Za to zawsze potrafił się z tego cieszyć. Z pięknego pąku Beata przekształciła się w naprawdę piękny kwiat.

– Mógłbyś już wstać. Taka ładna pogoda, a ty śpisz.

– A zrobisz mi jakąś pychotkę na śniadanko?

– Pychotka na śniadanko to niezła myśl. Ale to raczej ty mi ją zrobisz. Dlatego masz wstać, i to natychmiast! Wiesz, że radzisz sobie z tym dużo lepiej niż ja.

– No dobra. A co byś zjadła? Może naleśniki?

– Mam ochotę na taki pyszny omlet. Taki, jak zrobiłeś ostatnio.

Wstał, ociągając się trochę. Obmył twarz zimną wodą, łyknął trochę soku z czarnej porzeczki i zapalił swojego ulubionego mentolowego salema.

– Chcesz z dżemem czy ze śmietanką?

– Troszkę z tym i troszkę z tym. A do tego napiłabym się takiej pysznej czekolady – powiedziała, przytulając się do jego szerokich pleców.

– A kiedy usmażysz mi moją ulubioną jajecznicę?

– Jak zasłużysz. Prawie ciągle cię nie ma. Od kiedy wróciłeś z Berlina, ciągle tylko jeździsz na te swoje ryby i jeździsz. A ja tu sama z Mateuszkiem. Może ty byś się pobawił trochę w tatusia, a ja bym dla odmiany gdzieś wyszła?

– Czemu nie. A gdzie chcesz iść?

– Nooo, nie wiem. Może do koleżanki.

– Dobrze, to idź. Kiedy tylko chcesz – powiedział, całując ją w czoło. – Nie martw się, kochanie. Dam sobie radę z moim małym robaczkiem. Nakarmię, przewinę. Będzie git. Śmiało możesz zostawić nas samych. A jak wrócisz, to obiadek już będzie gotowy.


8

Romcio był już od rana na swoim posterunku pod baltoną.

– Ile tam mamy, szefuńciu, dzisiaj na zbyciu? – zagadał kolejnego potencjalnego klienta.

– Mam dwie setki, a jaki dziś masz kurs?

– E tam, ceny bez zmian. Po staremu. Ale ja i tak płacę parę oczek wyżej niż w skupie – odpowiedział.

– Zgoda, sprzedaję.

I to była ostatnia transakcja Romcia tego dnia. Zły był, że brakło mu już złotówek na dalszy handel, a tak dobrze przecież zapowiadał się dzień.

– W mordę jeża – zaklął. – Chłopaki, steruję do Marka. Może uda mi się coś od niego pożyczyć. Jak wszystko pójdzie dobrze, to najdalej za godzinkę będę z powrotem. Jasiu, podrzucisz mnie do centrum? – zwrócił się do chłopaka z konkurencyjnej grupy.

– Odbij, Romuś, mam jeszcze cały kierman kasy, a sam widzisz, że trafiejka teraz za trafiejką. Ale za jakieś dwie czy trzy godzinki to czemu nie?

– Za trzy godzinki to będzie bryndza. Ja muszę teraz.

– Ooo, to co innego. No to specjalnie dla ciebie na teraz zamówię ci tramwaj – zarechotał.

– Wypchaj się. Przyjdzie jeszcze bida do Żyda. – Przekazał Łysemu to, co udało mu się skupić, i skierował się w stronę tramwajowego przystanku.


9

Cichy kończył właśnie dopijać kawę, gdy do lokalu wszedł zdyszany Kogut. Rozejrzał się po sali i zadowolony, że tym razem go zastał, od razu skierował się w stronę stolika, gdzie siedział Cichy.

– Siema, nareszcie cię zastałem.

– A co? Tak bardzo się za mną stęskniłeś?

– Nie zbytkuj sobie, Cichy. Jest sztos do zrobienia. I to niezły.

– Przestań ściemniać. Już ja cię znam, ty stara pazero. Jak byłby niezły, to pary z ryja byś nie puścił.

– Jest, jest. Tyle że sam nie dam rady.

– No to gdzie jest sztuczka?

– Trafiłem dwóch ciemniaków z Niemiec. Pytali o drogę do banku, to ich zaprowadziłem, ale jak zobaczyli oficjalny kurs, to aż zaczęli się jąkać, niemiaszki. No to wtedy mówię im, że mogę załatwić wymiankę po bardziej ludzkich cenach. A jak już ­powiedziałem po ile, to jak się przykleili do mnie, to mam ich do teraz, a mają dwa koła marek na zbyciu.

– No to niemało. – Cichy aż gwizdnął. – I co, pewnie brakuje ci sosu?

– To też, ale nie o to się rozchodzi. To idealny materiał na wajchę. Wiesz, Piegus w Budapeszcie, Gienio nad morzem, Suchar i Cymek w kiciu pierdzą w pasiaki, a i tak nie znam lepszego od ciebie w tej dziedzinie. To co, wchodzisz? Fifty-fifty będzie uczciwie, no nie?

– Fifty-fifty powiadasz? A jak będzie przypał i wyjdzie z tego lipa, to sądową pajdę też weźmiesz fifty-fifty?

– No co ty, jak, eeee...

– Widzisz? No to nie pierdol mi nawet o takim podziale. Dostaniesz trzydzieści procent i ani grosza więcej. Pasuje?

– I kto tu jest starym pazerą?

– Chcesz trafić grubiej? No to nakręć ich na więcej.

– To chyba da się zrobić. Są nadziani jak świąteczny indyk.

– Git, to pchaj teraz do nich, sprzedaj im dobry kit i przetrzymaj jeszcze z godzinkę. Ja w tym czasie przygotuję dla nich lewą kanapkę z pociętych gazetek.

– Dobra, to gdzie się spotkamy?

– Za godzinę pod „Duetem”.


10

Zawsze lubił obserwować, jak się maluje. Dokładnie nakłada dyskretny makijaż na swoją śliczną buzię, pewnymi ruchami ręki maluje oczy i rzęsy, a na samym końcu błyszczykiem smaruje usta. A szczególnie uwielbiał patrzeć, jak się przebiera. Moment, w którym na długie zgrabne nogi wkłada rajstopy, dokładnie wygładza je aż po jędrne pośladki, przyprawiał go o dreszcz, który przechodził po całym ciele. Zawsze wtedy miał ochotę rzucić się na nią i pieścić aż do bólu. Tak też było i tym razem. „Szkoda, że Mateusz nie śpi” – pomyślał.

– Idę do Anki. Wezmę firankę, przy okazji ją skrócę, to będzie do kuchni.

– Pozdrów ją tam ode mnie. A co zrobić na obiad?

– Co chcesz, ale może być pomidorowa.

– Z ryżem czy z makaronem?

– Z makaronem.

Gdy Beata wyszła, włożył Mateusza do łóżeczka, nakładł mu do środka pełno jego zabawek i poszedł do kuchni. Kończył właśnie doprawiać zupę, gdy ktoś zadzwonił do drzwi.

„Kogo tam licho niesie?” – pomyślał i nie pytając, otworzył.

– Siema, Maras – wylewnie przywitał go Romcio. – Kopę czasu. Co tam u ciebie?

– Siema, siema, właź. A wiesz, myślałem o tobie. Chciałem zrzucić trochę marek.

– No to świetnie. Bo ja właśnie w tej kwestii. Mam sprawinkę. Możesz trafić trochę grosza.

– Niby jak?

– Pokażę ci, gdzie sam możesz gonić walutę po dobrych cenach, to raz. Pożyczysz mi nieco grosiwa, to dwa, a jak zechcesz wejść w układ i zarabiać co dzień, to trzy.

– A co to takiego?

– Sztos pod baltoną. Poznam cię z chłopakami, wyklaruję, co i jak, a dalej już pójdzie jak z płatka.

– Ile trzeba zainwestować?

– Nooo, im więcej włożysz, tym więcej wyjmiesz. Proste.

– No nie wiem. Muszę pomyśleć.

– Chłopie, co tu myśleć. Masz około pięciuset procent przebitki!

– A na czym to polega?

– Skupujemy bony od marynarzy i rybaków. Potem kupujemy w baltonie najtańsze brendziaki i gorzałę. Brendziaki oddajemy do skupu, a wódę na meliny. Nie pękaj. To pewny interes. Co dzień dzielimy zyski po równo. Nieważne, kto ile skupi bonów. Kasa jest wspólna, ale zapisujemy, kto ile włożył. Bo może być tak, że na przykład któryś z nas ma fart i będzie miał grube uderzenie na bony. Łapiesz? Mamy też układy w pewexach. Wtedy po­­trzebna jest twarda waluta. Kupujemy to samo co w baltonie, tylko że za walutę. Obojętne jaką. Marki, dolce, korony. Idzie wszystko. A im taniej kupisz, tym grubszy zysk. To co, wchodzisz? Jest nas teraz pięciu, ale chłopaki zgodziły się na szóstego. Pomyślałem o tobie. Jak chcesz, możesz zacząć od dzisiaj.

– Gites, pasuje mi to, ale mogę dopiero od jutra. Teraz jestem sam z dzieciakiem w domu. Przecież nie pójdę z nim pod baltonę.

– Nie musisz. Możesz dzisiaj zostać w domu. Daj mi tylko kasiorę, a my tym obrócimy i jeszcze dzisiaj z Łysym przyjdziemy do ciebie i dostaniesz swoją dolę.

– Jak? Tak po prostu?!

– Dlaczego po prostu. Przecież zainwestujesz. Tak właśnie też robimy. Na przykład jak któremuś z nas coś wypadnie, to wystarczy tylko, że zostawi swoją kasę chłopakom i resztą już zajmą się ci, co pójdą do pracy, jak to się mówi.

– Zgoda. Ale musisz mi jeszcze powiedzieć, gdzie mogę korzystnie zgonić walutę.

– Nie ma sprawy. Gonisz w „Vikingu” albo w „Kaprysie”. Tylko po co? Aby ją potem odkupić po wyższej cenie? To lepiej od razu uderzyć po towar do pewexu i wychodzi jeszcze lepiej, niż byś sprzedał chłopakom.

– Fakt. To ma sens. Ale i tak wolałbym, abyś poznał mnie z cinkciarzami.

– Nie ma problemu. Kiedy tylko zechcesz. To co, teraz mam rozumieć, że w układ wchodzisz?

– Wchodzę.

– No to daj mi ten sos teraz i do zobaczenia wieczorem. – Romcio dokładnie przeliczył pieniądze zainwestowane przez Marka i szybko się ulotnił, aby kupić tanią wódkę w pewexie.


11

„No idealnie” – zamruczał do siebie Cichy, układając w równiutki plik dokładnie pocięte paski gazety. Na wierzchu i pod spód podłożył jeszcze dla kamuflażu po kilka banknotów, całość zwinął w gruby rulon, spiął gumką i położył na stole. Teraz wziął się do przygotowywania identycznego rulonu, ale ten zrobił już z prawdziwych pieniędzy odliczonych na równowartość dwóch tysięcy marek po czarnorynkowym kursie. Ułożył równo banknoty, po czym specjalnie odjął jeden banknot o większym ­nominale, całość spiął identyczną gumką, jakiej użył do ściśnięcia pierwszej „kanapki”, i położył na stole obok tej pierwszej dla porównania. Wyglądały identycznie, co wprawiło go w optymistyczny nastrój. Tę prawdziwą schował do prawej kieszeni modnej ­skórzanej ­kurtki, a tę ­fałszywą do lewej. Zawsze tak robił. Prawdziwa w prawej. Lewizna w lewej. Pomylić się nie miał prawa. Zerknął na zegarek, do spotkania pozostało jeszcze dwadzieścia minut. Miał czas. Mieszkał niedaleko „Duetu”. Mógł tam dojść spacerem w niecałe dziesięć minut. Ale postanowił wyjść nieco wcześniej. Był profesjonalistą. Nigdy nie dał się przyłapać na gorącym uczynku. Nawet wspólników dobierał sobie bardzo starannie. Dużo czasu musiało upłynąć, zanim komuś zaufał. A i to nie do końca. Zawsze w granicach rozsądku. I zanim podjął ostateczną decyzję, każdy temat musiał przemyśleć kilkakrotnie. Rozważał różne opcje. Za i przeciw. Dzięki temu nigdy nie zaliczył żadnej wpadki, chociaż milicja wielokrotnie próbowała go na czymś przyłapać. Dobrze był też znany w wydziale PG (Przestępstwa Gospodarcze), gdyż nigdzie nie był zatrudniony, ale i tam nic nie mogli mu udowodnić, chociaż zarzutów nie brakowało. Teraz po­­woli zbierał się do wyjścia. Wolał być nieco wcześniej, aby zlustrować teren. Bramę, w której miała odbyć się wymiana, miał już z góry wybraną. Była to tak zwana przelotka, którą przez podwórka można się było przedostać na inną ulicę. Zamknął mieszkanie na solidne dwa zamki i sobie znanymi skrótami skierował się w stronę umówionego miejsca. Wychodząc z domu, omal nie zderzył się z Justyną.

– Cześć, mój słodziutki. Właśnie do ciebie idę.

– Cieszy mnie to, cieszy... Ale jakbyś tak wróciła za godzinę, to nawet gwiazdkę z nieba bym ci zerwał. Bo teraz muszę sterować. Ustawiłem się i muszę słowa dotrzymać. To co, będziesz? – Pocałował ją przy tym namiętnie i pytająco popatrzył niemal błagalnym wzrokiem. Była jedną z tych, które szczególnie na niego działały. Niewysoka, drobna, szczupła czarnulka z długimi włosami. Do tego namiętna, bezpruderyjna, w dodatku uwielbiająca – tak jak i on – seks.

– A jak w ciągu tej godzinki gdzieś zabłądzę albo porwie mnie jakiś porywacz... To co?

– Nikt cię nie porwie ani nigdzie nie zabłądzisz. Masz tu banknot i idź na dobrego drinka do „Vikinga”. Tam zleci ci godzinka, że nawet się nie obejrzysz kiedy. – Pocałował ją jeszcze raz i szybko zmieszał się z ulicznym tłumem, kierując się w stronę umówionego miejsca.


12

Romcio na tramwaj nie czekał zbyt długo. Siódemka nadjechała tuż po jego przyjściu na przystanek. Jak zwykle wskoczył na tylny pomost ostatniego wagonu. I jak zwykle nie skasował biletu. Do przejechania miał tylko dwa przystanki, ale nawet gdyby miał jechać od pętli do pętli, też jechałby na gapę. Nie to, żeby go stać na bilet nie było. Robił to z przekory, dla fantazji, ryzyka. Taki już Romcio był. Jeśli chodzi o jakiekolwiek przepisy, to był prawdziwym oportunistą i kropka. Lubił kręcić, oszukiwać, kraść i zmyślać. Chociaż tak naprawdę miał w sobie także odrobinę anielskiej duszy. Nigdy też nie skalał się uczciwą pracą. W chwilę po tym, gdy tramwaj ruszył z przystanku, podszedł do niego kanar.

– Bilecik do kontroli poproszę – powiedział urzędowym tonem. Romcio podał mu starą skasowaną już, ale niezniszczoną dziesięcioprzejazdówkę. – Co mi tu pan dajesz? Przecież widziałem, jak pan wsiadał i nie kasował.

– To gówno w takim razie widziałeś – cicho wycedził przez zęby Romcio. – Ludzie, widzicie go! – tym razem krzyknął niemal na cały głos Romuś. – Wmawia mi, że mam nieważny bilet, i chce łapówkę, drań jeden.

Kanar zbity z tropu aż zamarł. Zaraz dało się słyszeć dość głośne szemranie pasażerów:

– Tak, tak, oni wszyscy tacy.

– Myślą, że jak mają troszkę władzy, to zaraz wszystko im wolno!

– Oni wszyscy tacy sami.

– A do roboty uczciwej niech się wezmą!

– Złodzieje!

Kanara dosłownie zatkało. Tramwaj właśnie zatrzymał się na przystanku i Romcio, korzystając z zamieszania, jakie wywołał swoim tupetem, szybko wysiadł zadowolony z uśmiechem na twarzy. Kanar uczynił to samo z zamiarem zatrzymania go, ale uczynił to o moment za późno bo Romcio zniknął mu z oczu, przezornie i sprytnie chowając się w ulicznym tłumie. Krył się za tęgą babą z pakunkami, dzięki czemu udało mu się oddalić na bezpieczną odległość – ze śmiechem obserwował z daleka, jak wściekły kanar miota się po przystanku, szukając go nie tam, gdzie trzeba.

„Szkoda, że chłopaki nie widziały, jak zrobiłem z niego idiotę” – pomyślał i raźnym krokiem skierował się prosto pod baltonę.

– No i co? Załatwiłeś mi szmal? – zapytał Łysy.

– Mam, mam, ale marki. Wystarczy na kilka kartonów brendziaka.

– No to super – powiedział Łysy zadowolony z obrotu sprawy.

– No, super, ale za to mamy nowego wspólnika. Zgodził się wejść w układ. Obiecałem mu, że jeszcze dziś dostanie swoją działkę. Chodźmy do pewexu po towar i do skupu. Wieczorem pojedziemy się rozliczyć, a od jutra Maras będzie pukał matrosów razem z nami – spokojnie powiedział Romcio. – To dobry chłopak. Ma też nieco kasy i jest obrotny. Znam go i zobaczycie, nie będziemy żałować.

– Jak tak, to ja nie mam nic przeciwko – powiedział Julian. Zdzichu z Mańkiem również przytakiwali. Rekomendacja Romcia zupełnie im wystarczyła. A poza tym Łysy i tak go zaakceptował, więc dalsze dyskusje były zbędne.

– No, to wy pukajcie dalej, a my z Romciem sterujemy do pe­­wexu po towar – powiedział Łysy.

– To jak w takim razie będziemy działkować dzisiejszy dzionek? – zapytał Julian.

– Po całości na sześciu – odparł Romcio. – A jak przyjdzie Motyl, to niech poczeka, będzie potrzebny leszcz do skupu. Za jakieś pół godzinki będziemy z powrotem.


13

Nakarmił Mateusza, przebrał i położył spać. Ucieszył się, że nawet zręcznie mu to wszystko poszło. Ugotował zupę i wziął się do prasowania suchych już pieluszek tetrowych. Nienawidził prasowania. Do tego stopnia, że wolał włożyć czyste pomięte ubranie niż, je uprasować i gdyby nie żona, pewnie zawsze by tak chodził. Zresztą nie przeszkadzało mu to. Był typem wyluzowanym niemal do granic możliwości. Ważne było dla niego, aby był czysty. A to, że ubranie było wymięte i pogniecione, nie miało już znaczenia. Nie bardzo też z początku rozumiał, dlaczego te pieluchy muszą być dokładnie wyprasowane, choć przecież i tak w sumie ich nie widać. Dlatego trochę oszukiwał. Składał je tak, jak ­złożone być powinny, i tylko z wierzchu przyciskał je gorącym żelazkiem. Ale zdarzyło się raz, że Beata podejrzała go, jak tak robił. Zaraz wszczęła małą awanturę, udało jej się przy tym wyklarować mu, że w tym przypadku prasowanie nie ma na celu względów estetycznych, tylko chodzi tu o zabicie zarazków.

Od tamtego czasu prasował pieluszki dokładnie i jak należy, chociaż czynił to z najwyższą niechęcią.

– No, no, widzę, że zasłużyłeś na całusa – powiedziała Beata, gdy już wróciła do domu i zobaczyła go grzecznie stojącego przy żelazku.

– Sie wie – odpowiedział niemal z dumą. I nie było w tym nic udawanego. Naprawdę czuł się jak bohater.

– I co tam słychać u Anki? – zapytał, nie czekając na odpowiedź. – Uszyłaś te firanki?

– Uszyłam. Przyniosłam ci też ciasto. Anka upiekła jabłecznik i zapakowała spory kawałek dla ciebie.

– To super. Też byś mogła czasami upiec jakieś ciasto. Twoje smakowałoby mi sto razy bardziej.

– Przecież wiesz, że ja nie potrafię. I tak wyszedłby mi zakalec.

– Wolę twój zakalec niż wszystkie ciasta świata.

– Jak tak, to może kiedyś podejmę to ryzyko – odpowiedziała z uśmiechem. – Ale na razie musi wystarczyć ci to. – I podsunęła mu aromatyczną szarlotkę.

– A ja mam dobre wieści za to dla ciebie – powiedział, pakując do ust potężny kawał ciasta.

– Powiesz, jak przełkniesz. Nienawidzę, jak mówisz z pełnymi ustami.

Strofowała go niemal na każdym kroku. Była zasadnicza, do­­­brze ułożona, pedantyczna prawie aż do przesady. Właściwie to tworzyli doskonałe przeciwieństwo. I wcale nie na zasadzie uzupełnień. Różniło ich to, i to mocno. Często sami się dziwili, dlaczego jeszcze są razem.

– No to cóż to za dobre wieści masz dla mnie? – zapytała, gdy zobaczyła, że już przełknął to, co miał w ustach.

– Ano to, że będziemy mieli stały dopływ świeżego grosza. I to co dzień – powiedział z tajemniczym uśmiechem na twarzy.

– Mam rozumieć, że idziesz do pracy – stwierdziła.

– I tak, i nie.

– Co znaczy tak i nie, mów jaśniej.

– Będę zarabiał, ale nie będę nigdzie oficjalnie zatrudniony. Można nieźle zarobić, kręcąc walutą i bonami pod baltoną. Parę godzin pracy dziennie i trafię więcej niż przez miesiąc zarobiłaś w biurze.

– Byłbyś chory, jakbyś nie pakował się w jakieś ryzyko, prawda?

– Dlaczego od razu chory. Jak jest okazja zarabiać normalny pieniądz, i to nie brudząc rąk, to czemu nie? A co, wolałabyś, abym na przykład walił młotem gdzieś w stoczni? I do tego przynosił marne grosze? Wiesz dobrze, że to nie dla mnie. Zresztą sama zobaczysz. Będzie dobrze.

– No nie wiem. Ale jak będzie coś nie tak, to z tym skończysz. Dobrze?

– No pewnie. Ale co niby ma być nie tak. Przecież kraść nie będę. Obiecuję. A dziś wieczorem przyjdzie Romcio i przyniesie mi moją pierwszą działkę.


14

Cichy powoli zbliżał się do „Duetu”, dokładnie lustrując wzrokiem okolicę. Wyczulony był na tajniaków i jak mało kto potrafił ich rozpoznać. Do umówionego spotkania pozostało jeszcze trochę ­czasu, więc postanowił zajrzeć do bramy kamienicy, w której miała nastąpić transakcja.

Ruch na ulicy o tej godzinie nie był zbyt duży, chociaż uliczka, do której zmierzał, przylegała do jednej z głównych ulic Szczecina. Spokojnym krokiem wszedł do środka i przeszedł na podwórko. Odetchnął z ulgą. Zadowolony stwierdził, że wszystko jest tak, jak być powinno.

Było prawie pusto, nie licząc młodej kobiety z wózkiem dziecięcym, która właśnie zbierała się do opuszczenia małego placyku w oficynie kamienicy. Na wszelki wypadek wolał, aby nie było żadnych świadków. Nikogo, kto mógłby go rozpoznać ani też ewentualnie podać jego rysopis. Dlatego miejsca do lewej wymiany wybierał dość starannie. Już raz mu się zdarzyło, że robił wajchę w niesprawdzonym wcześniej miejscu. Zmusiła go do tego nagła okazja i po prostu nie było czasu, aby rozpoznać wcześniej teren. Weszli wtedy do pierwszej napotkanej bramy, Cichy wyjął z ­kieszeni pieniądze i zaczął je liczyć, sprytnie obracając w koło ciągle te same banknoty. Robił tak zwanego klasycznego młynka. Gdy wyszła już wcześniej ustalona kwota, wziął od jelenia walutę, szybko przekazał mu złotówki i puścił się biegiem w głąb bramy, aby przez podwórko wydostać się na ulicę. Ale tam czekała go przykra niespodzianka. W spodziewanym miejscu po prostu nie było przejścia. Obok była budowa i robotnicy najzwyczajniej postawili tam dość wysokie ogrodzenie z nieheblowanych desek. Klient dość szybko się zorientował, że został oszukany, i puścił się za nim w pogoń. Cichego uratował sportowy tryb życia, dzięki czemu bez wahania po mocnym wybiciu chwycił za górne krawędzie desek, szybko się podciągnął i sprawnie przeskoczył na teren budowy, zostawiając po drugiej stronie wściekłego klienta, któremu pozostało tylko kopnąć ze złości parę razy w płot. To była dla Cichego dobra lekcja i od tamtej pory już więcej takiego błędu nie popełnił. Jeszcze raz zlustrował teren, zapalił papierosa i spokojnie czekał na przyjście Koguta wraz z Niemcami. Ale myślami był z Justyną. Wyobrażał już sobie jej piękne ciało, namiętnie przeciągające się na jego szerokiej i wygodnej kanapie. „Szykuje się dobry dzionek” – pomyślał.


15

Pewex w „Hotelu Pomorskim” okazał się niewypałem. Wprawdzie półki uginały się pod różnymi gatunkami wódek i koniaków, ale tych najtańszych, na których zarabiało się najlepiej, akurat nie było.

– No i co teraz? – beznamiętnym głosem spytał Łysy.

– Sterujemy do „Piasta”, ta mała zawsze ma tam skitrane coś na zapleczu. Dostanie flaszkę i na dobrą czekoladę to otworzy dla nas swój tajny sezam – powiedział Romcio.

Odległość, która dzieliła oba hotele, była niewielka, tyle że przejście przez jezdnię było nieco oddalone, ale to nie stanowiło żadnego problemu, zawsze chodzili przez życie na skróty. Gdy tylko przejechał sznur samochodów, przeskoczyli niewielkie ogrodzenie, które oddzielało hotel od jezdni, i szybko przebiegli na drugą stronę ulicy. Potem przecięli jeszcze trawnik i byli już pod „Piastem”.

– No jak? Będzie czy nie będzie? – z tajemniczym uśmieszkiem zapytał Romcio.

– Jak już tak pytasz, to na bank wiem, że będzie. Steruj przodem – odpowiedział Łysy i lekko pchnął Romcia do wejścia.

Zanim weszli do pewexu, musieli odczekać kilka minut w hotelowym hallu, aż z dewizowego sklepiku wyjdzie ładna blondynka z paroletnim dzieckiem, które do końca upierało się, aby kupiła mu komplet resoraków. Gdy w sklepiku została już sama ekspedientka, wszedł wyprężony Romcio, uprzednio dokładnie przyczesując dłonią włosy.

– Witam, witam uniżenie najpiękniejszą kierowniczkę na świecie – powiedział mizdrzącym głosem. – Jak tam szanowne zdrówko? Ale o co ja się pytam? Przecież to widać gołym okiem, że wszystko OK. Piękny zdrowy uśmiech, modna fryzurka, śliczna opalenizna jak z Wysp Kanaryjskich – zasypał ją Romcio potokiem komplementów.

– No, już dobrze, dobrze, Romuś, mów, co potrzebujesz, bo nie mam zbyt wiele czasu i muszę dzisiaj nieco wcześniej zamykać. Jakieś zebranie w centrali jest dzisiaj.

– Jak nie ma czasu, to tak z piętnaście kartonów brendziaczka szybciutko byśmy kupili.

– Tyle to nie mam, ale z pięć to by się znalazło – powiedziała z rozbrajającym uśmiechem dziewczyna.

– Dobrze, bierzemy te pięć, a tu dla ciebie, słońce, na dobrą czekoladę i koniaczek za kolejne dziesięć kartoników – konspiracyjnym szeptem odpowiedział Romcio, dając jednocześnie pięć dolców.

– Ja to się z wami mam, chłopaki. Oj, mam. Do grobu mnie kiedyś wpędzicie. Odłożyłam dziesięć kartonów, bo klient zamówił, ale nie odebrał, to jeszcze są – skłamała. – Macie szczęście – powiedziała, jednocześnie zwinnym ruchem wypielęgnowanej dłoni zgarniając z lady dolary położone przez Romcia. Szybciutko wypisała im rachunek i wysłała do recepcji, w której mieściła się kasa.

– Niezły z ciebie czarodziej – rzekł Łysy, wysyłając Romcia po bagażówkę, samemu zaś kierując się do kasy uregulować rachunek. Po zapłaceniu rachunku rozsiadł się wygodnie na miękkiej sofie, zapalił papierosa i z lubością zaciągnął się ­aromatycznym goldstarem. Cierpliwie czekał, aż zjawi się Romcio z bagażówką, aby przewieźć towar do punktu skupu artykułów pochodzenia zagranicznego. Wyjął z kieszonki kurtki jeansowej kalkulatorek i bez pośpiechu zaczął obliczać zysk, jaki przyniosą im sprzedane kartony taniej brandy. Już prawie kończył, gdy schodząc po schodach, zauważyła go hotelowa prostytutka wracająca od klienta. Nigdy wprawdzie nie poznał jej prawdziwego imienia, ale nie ­miało to znaczenia, wiedział, że wszyscy wołają na nią Coco.

Tak też i on ją nazywał.

– Cześć, Coco, super dzisiaj wyglądasz – zagaił Łysy.

– Fajnie, nie? – potwierdziła. – Bojek mi kupił. – Seksownymi ruchami rąk pogładziła modną wyzywającą bluzeczkę i minispódniczkę. – Co tak siedzisz tu sam? Jak się nudzisz, to mogę cię zaprosić na małego drinka. – Wskazała ręką na hotelową kafejkę.

– Nie, dzięki Coco, nie nudzę się. Czekam na Romcia, ma zaraz podjechać bagażówką. Mamy trochę towaru z pewexu.

– No to poczekasz na niego w kafejce. Miałam dobrego bojka i nieźle trafiłam.

– Właściwie to czemu nie, możemy opić twój fart. A przy okazji możesz sprzedać mi pengę. Dam ekstrakurs – zgodził się Łysy.


16

Wypalił do końca papierosa i dokładnie zdeptał obcasem niedopałek, gdy nadszedł Kogut z dwoma Niemcami. Przywitał ich grzecznie po niemiecku, jak tylko potrafił najlepiej, i dyskretnie puścił do Koguta oczko, ruchem głowy wskazując kierunek, w którym mieli pójść do bramy na umówioną wymianę. Na pierwszy rzut oka Cichy nie był zadowolony z wyglądu klientów.

Byli młodzi, dobrze zbudowani i wysocy. „Jak dotąd same minusy” – pomyślał. „Jak się kapną, to tacy łatwo nie odpuszczą”.

Ale było już za późno aby się wycofać, a tyle forsy odpuścić nie miał zamiaru. Łamanym niemieckim dał im do zrozumienia, że taka wymiana jest nielegalna i w razie wpadki wszyscy mogą trafić za to do więzienia. Specjalnie cały czas utrzymywał napiętą atmosferę, w czym też dopomagał mu Kogut, niemal bez ­przerwy rozglądając się dookoła i wypatrując ­tajniaków. Kilku na niby też wypatrzył. Przystawali wówczas wszyscy przed sklepowymi wystawami, udając, że coś tam oglądają. Cichy i Kogut sprytnie uda­wali, że są też w napięciu, czym jeszcze bardziej podkręcali Niemców w nerwowej atmosferze. Raz nawet, gdy byli już tuż pod wybraną bramą, Kogut specjalnie syknął: „Policaj!” – wówczas Cichy wraz z Niemcami szybko odbili w jedną stronę, a Kogut w drugą.

Niemcy wiedzieli już od znajomych, którzy wcześniej byli w Polsce, o wielkiej dysproporcji pomiędzy oficjalnym a czarnorynkowym kursem. Wiedzieli też, że jest to nielegalne i karane, ale gra jest warta świeczki. Był to ich pierwszy wypad za żelazną kurtynę, co też czyniło ich łatwymi ofiarami dla miejscowych cinkciarzy. Kogut pierwszy dał sygnał, że teren jest już czysty i można przeprowadzić umówioną transakcję. Wychylił się z bramy i kiwnął ręką na Cichego i Niemców, którzy i tak szli już w jego stronę. Gdy tylko weszli w bramę, Kogut wyszedł na zewnątrz, aby stanąć na straży i patrzeć, czy nikt postronny się nie zbliża. Cichy wziął od jednego z nich zwitek zachodnioniemieckich marek i starannie zaczął je przeliczać. „Gut!” – powiedział po chwili i schował walutę do wewnętrznej kieszeni kurtki. Następnie z prawej kieszeni wyjął gruby plik polskich banknotów i dał Niemcom do przeliczenia. Klienci liczyli pieniądze dwukrotnie i za każdym razem okazywało się, że umówiona kwota jest niepełna. Wreszcie polskie pieniądze z udawanym niedowierzaniem przejął od nich Cichy i jeszcze raz szybkimi ruchami zaczął je przeliczać. Gdy już wszystkie banknoty przeszły przez jego zwinne palce, spiął je na powrót gumką. Na to tylko czekał Kogut, który stojąc przed bramą, co rusz rzucał ukradkowe spojrzenia w ich stronę.

Gdy tylko zobaczył, że gumka już ciasno spina zwitek, zrobił szybki krok w ich kierunku i szepnął: „Policaj” – po czym z powrotem wyszedł na ulicę. W tym momencie Cichy szybkim ruchem schował zwitek na powrót do prawej kieszeni, jednocześnie odwracając się plecami do Niemców i udając, że czyta spis lokatorów. Wystraszeni klienci natychmiast zrobili to samo, stanęli za nim i też wystraszonym wzrokiem spoglądali na wysoko zawieszoną listę. Cichy przy tym żywo gestykulował, udając, że coś im tam tłumaczy. Po krótkiej chwili, która Niemcom wydawała się nieskończenie długa, na powrót wszedł do bramy Kogut, dając znać, że chwilowo teren jest już czysty, ale na wszelki wypadek trzeba się pospieszyć. Nie namyślając się, Cichy wyjął z lewej kieszeni uprzednio przygotowany zwitek z pociętych gazet, na­­znaczony tylko z wierzchu paroma banknotami, dokładnie przy­­po­­minający ten, który przed chwilą liczyli Niemcy. Podał im go, na­­kazując szybko schować do kieszeni, po czym wyjął z portfela brakującą kwotę, przepraszając za pomyłkę, i celowo podał ją nie temu, który schował przed chwilą do kieszeni oszukańczy zwitek, aby uniknąć dołączenia banknotów do pociętych gazet, co mogło być katastrofalne w skutkach. Nic niepodejrzewające niemiaszki podzięko­wały za udaną wymianę, opuściły bramę i szybkim krokiem udały się w swoją stronę. W tym czasie Kogut z Cichym jeszcze szybciej przeszli przez bramę, minęli oficynę i sobie znanymi skrótami raźnym krokiem udali się do kawalerki Cichego. Łup był naprawdę imponujący. Po odliczeniu niewielkich kosztów (trzydzieści procent dla Koguta) i tak stanowił kilkuletnie pobory dobrze zarabiającego robotnika.


17

Coco już od rana była w dobrym nastroju, a poprawił go jeszcze dobry zarobek i prezent od hojnego bojka. Była jedną z tych, które naprawdę lubiły to, co robiły. Nie czuła najmniejszego mo­­ralniaka ani nie uważała się za kurwę. Lubiła seks, była młoda, atrakcyjna, a do tego miała fantazję jak mało kto. Kochała nocne życie, dobre towarzystwo i dlatego też nie szła z byle kim. W jej przypadku nie chodziło tylko o pieniądze. Może też dlatego, że mogła sobie na to pozwolić. Miała trzech stałych bojków i jeszcze w dodatku bogatych, którzy nie żałowali grosza na jej utrzymanie. Dwóch Niemców i jednego Szweda. Oczywiście żaden z nich nie wiedział o istnieniu pozostałych rywali. Coco była sprytna i potrafiła tak lawirować, że żaden z nich nie przyjeżdżał do niej bez wcześniejszego umówienia. Zresztą sporo dziewcząt tak robiło. Tyle że nie na taką skalę jak Coco. A Łysy zawsze jej się podobał. I nie tylko jej.

Był wysoki, dobrze zbudowany, przystojny i do tego naprawdę inteligentny. Imponował wielu. Dziewczyny z biznesu często o nim rozmawiały. Zgodnie uznały, że ma jedną zasadniczą wadę – był typowym monogamistą. Miał swoją dziewczynę i za nic w świecie nie zamierzał jej zdradzać.

Krążyły wśród nich nawet zakłady, i to nie na małe stawki, której pierwszej uda się go uwieść. Coco wybrała stolik w najbardziej zacisznym miejscu i robiła maślane oczy. Wiedziała, że tym razem i tak jej się nie uda, ale na wszelki wypadek postanowiła uszykować sobie grunt na przyszłość. Nie po to, aby wygrać jeden z licznych zakładów, ale głównie aby zaspokoić swoje ego.

– A jak już załatwisz swoje interesy z Romciem, to co potem będziesz robił? Może kolejnego drinia wypilibyśmy u mnie? – zapytała słodkim głosikiem.

– Może innym razem – odpowiedział dyplomatycznie aksamitnym szeptem. – Wiesz, jak to jest w naszym sztosie, wchodzi do naszej grupy nowy i wieczorem mamy poważną rozmowę. Ale dzięki, złotko, za zaproszenie. Z pewnością kiedyś przyjdzie czas, że wychylimy niejednego drinia u ciebie.

– A potem będzie gorąco, prawda? – nie dawała za wygraną Coco.

– Będzie, będzie – na odczepnego powiedział Łysy. – A dzisiaj co masz za pengę i ile?

– Mam tysiąc pięćset świniaków – odparła, patrząc mu prosto w oczy. Łysy wyjął z kieszonki jeansowej bluzy mały kalkulatorek i obliczył aktualny kurs szwedzkich koron. Odliczył kwotę w złotówkach i dyskretnie wręczył ją Coco. Dziewczyna sprytnie wykorzystała okazję i podczas odbioru gotówki chwyciła go za dłoń i troszkę dłużej ją przytrzymała. Łysy udał, że tego nie zauważył. Pogawędzili jeszcze przez chwilę, po czym przeprosił ją grzecznie, całując leciutko w policzek, i poszedł do hotelowego pewexu dokupić jeszcze parę kartonów najtańszej brandy. W momencie gdy stał przy kasie, wszedł do hotelu zadowolony Romcio. Niemal od razu spostrzegł Łysego i skierował się w jego stronę.

– I co ci się tak śmieje ta morda? – spytał wesoło Łysy.

– Śmieje, bo jest i powód. Spotkałem kumpla, co ma żuka, i transporcik mamy za darmo. No, prawie za darmo, bo zgodził się przewieźć towar za flachę brandy. A ty co tu robisz przy kasie?

– A co można robić przy kasie? Płacę. Ja też mam dobrą wieść. Trafiłem trochę szwedów, i to po całkiem niezłym kursie, to i dokupiłem jeszcze parę kartonów.

– No to super, zapłać, a ja lecę po Miecia i bierzemy się do ładowania, bo chłopina nie ma zbyt wiele czasu. Jak zabecalujesz, to dawaj na zaplecze, we trójkę szybciej nam pójdzie.

Romcio wyrzucił jak karabin maszynowy serię słów i poszedł załadować kartony na żuka, którym Miecio zdążył już podjechać na zaplecze pewexu. Po chwili dołączył do nich Łysy i w trójkę dość szybko uporali się z załadunkiem.

– To co, lecimy do skupu czy pod baltonę? – zapytał Miecio.

– Steruj prosto pod skup – odpowiedział Romcio. – Od razu zaczniemy rozładowywać, a Łysy podejdzie te parę metrów pod baltonę i przyprowadzi leszcza.

Skup artykułów pochodzenia zagranicznego usytuowany był o jakieś sto metrów od baltony, przy ulicy Wyszyńskiego, jakby celowo był tak blisko, śmieli się chłopaki ze sztosu, aby nie musieli biegać po całym mieście, by trafić trochę grosza. Łysemu nie zajęło więcej niż pięć minut w obie strony, gdy był już z leszczem z powrotem w skupie. Kolejki nie było, Romcio z Mieciem kończyli już rozładunek, tak że leszcz o ksywie Motyl pod czujnym okiem Łysego zajął się spieniężaniem przywiezionego towaru. Wszystko poszło gładko i po skończonej pracy zarówno Miecio, jak i Motyl zainkasowali należną im brandy i każdy poszedł w swoją stronę, a Romcio z Łysym wrócili pod baltonę, aby zrobić dokładne rozliczenie zysków z resztą grupy, uwzględniając przy tym udział Marka.

– No to niezły dzionek nam się dzisiaj trafił – powiedział zadowolony Julian. – Zostaw trochę więcej kasy, bo ustawiłem się jeszcze na dzisiaj wieczór z dwoma matrosami. Mają parę setek bonów, szkoda odpuścić, bo jak nie weźmiemy my, to Jasiu już ostrzy sobie na nie pazurki.

– Zostawię ci wszystko minus nasz zarobek, a jest tego trochę, bo doszedł jeszcze wkład Marasa. I to wcale niemały. Bądź jutro od ósmej z resztą kasy. Będziemy pukać w sześciu – powiedział Łysy i poszedł wraz z Romciem na pobliski przystanek tramwajowy.

– A spróbuj tylko nie skasować biletu, przypałowcu jeden – z poważną miną burknął do Romcia Łysy.


18

Cichy odliczył działkę dla Koguta i wsunął mu ją do butonierki marynarki.

– Masz i nie narzekaj – powiedział twardo. – A teraz steruj w swoją stronę i tylko nie pokazuj się przez kilka dni w żadnym z hoteli. Najlepiej weź jakąś fajną dupcię i zaszyj się z nią gdzieś na campingu pod miastem. Jak chcesz, to mogę ci wskazać fajne miejsce.

– Nie trza, znam takie jedno. Na Binowie. Niedaleko, niedrogo i nieprzypałowo.

– Aaa, wiem. Tam jest kilka ośrodków. Zajebiste jeziorko. To pchaj tam i najlepiej nie pokazuj się w mieście przez tydzień – poinstruował go Cichy i szybkim krokiem udał się prosto do „Vikinga”, gdzie czekała na niego ponętna Justyna. Po niedługiej chwili był już na miejscu, gdzie zastał ją lekko już podchmieloną w towarzystwie rozbawionych cinkciarzy.

– Siema, chłopaki, ale odbijcie od mojej panienki, bo jeśli jeszcze nie wiecie, to czeka ona tu właśnie na mnie. Prawda, kotku?

– Tylko na ciebie, mój ty słodziutki – szepnęła, mrużąc swoje czarne oczy.

– Nie ma co, na ciebie czeka, a pije za nasze – odparował Blacha, czym wzbudził salwę śmiechu pośród reszty cinkciarzy. Ale nikt nie miał tu tego za złe. Wręcz przeciwnie, zawsze to było jakieś małe urozmaicenie dnia. A to, że drinki tanie nie były, to nic. Tutaj każdego stać było na wszystko i w każdej cenie. A często zdarzało się tak, że dzisiejsza dziewczyna jednego z nich później przechodziła w ręce innego. Przeważnie była to tylko kwestia czasu. Nawet im to odpowiadało.

Bo przecież były to tylko kochanki, a nie kobiety ze stałych związków. A oni tworzyli dość szczelną grupę i bardziej na rękę było im to, aby niezbyt wiele osób przenikało do nich z zewnątrz. Tak że przeważnie były to kelnerki z różnych lokali, pokojówki z hoteli czy też dziewczyny, które były na bakier z prawem, nigdzie niepracujące. Wolne ptaki tak jak i oni.

– Zostańmy jeszcze troszkę, jest tak fajnie – poprosiła Justyna, zalotnie patrząc Cichemu w oczy.

– Zabawimy tu nieco dłużej, ale innym razem. Teraz musimy szybko zmywać się do mnie. A im szybciej to zrobimy, tym lepiej. Zbieraj się, złotko. To nie żarty. – Wyczuła poważny ton w jego głosie, wzięła torebkę i pomachała chłopakom na pożegnanie, filuternie puszczając przy tym oczko, i posłusznie skierowała się do wyjścia. Na zewnątrz Cichy mocno chwycił ją za rękę i szybkim krokiem poszli w stronę jego mieszkania.

– Co tak pędzisz, słodziutki, goni nas kto czy co?

– Coś w tym rodzaju – odpowiedział krótko, nie tłumacząc nic więcej. Dość szybko pokonali drogę, która dzieliła ich z „Vikinga” do domu i dopiero gdy byli już na miejscu, Cichy puścił jej dłoń i poczuł ogromną ulgę. Gdy uporał się już z drugim zamkiem od swoich drzwi, szarmanckim gestem przepuścił Justynę przodem, potem sam szybko wszedł do środka, na oba spusty zamknął drzwi, oparł się o nie plecami i z ulgą głęboko odetchnął.

– Co się dzieje, słodziutki? Spocony jesteś, jakbyś dopiero co z sauny wyskoczył.

– Dużo się nie pomyliłaś, bo gorąco było jak w saunie. A może nawet i lepiej.

– Gdzie? W „Vikingu”?

– Nie, tam, skąd do „Vikinga” przyszedłem. I nie pytaj o więcej, bo i tak ci nic nie powiem. To mój sztos, jasne?

– Jasne, jasne... napuść lepiej wody do wanny, gorąca kąpiel dobrze nam zrobi.

Woda leciała z cichym szumem, tworząc przy tym miękką pianę po tym, jak Cichy dolał do wanny aromatyczny płyn do kąpieli o intensywnym zapachu migdałów. Myślami był już w łóżku i pieścił pachnące ciało Justyny, gdy nagle dotarł do niego natarczywy głos dzwonka do drzwi połączony z głuchym do nich dudnieniem.

„No, nie” – pomyślał. „Tak tłucze tylko Bydlak”.


19

Wielki warowny zamek z drewnianych klocków wraz z okalającym go murem zajmował prawie pół pokoiku. Do postawienia tej imponującej budowli zużyli cały wielki karton po kolorowym telewizorze wypełniony klockami. Budowanie z klocków to była chyba ulubiona zabawa Mateusza. Mimo że był jeszcze malutki, wykazywał przy tym dużą cierpliwość i jeszcze większą ­fantazję. Klocki były domowej roboty. Marek zrobił je sam w małym warsztacie, który zorganizował u siebie w piwnicy. Ale najwięcej uciechy sprawiało Mateuszowi późniejsze niszczenie budowli. Służyły do tego małe kwadratowe klocki, którymi rzucali z Markiem, improwizując strzelanie z armatnich dział, aż do całkowitego zniszczenia zamku.

– Długo wam jeszcze to zajmie? – zapytała z kuchni Beata.

– Jeszcze trochę, a co? – odrzekł Marek.

– Nic, tylko kolacja dla Mateusza już prawie gotowa.

– A mnie też zrobiłaś?

– Nie. Sam możesz sobie zrobić.

Nawet nie próbował się targować, wiedział, że i tak mu nie zrobi.

Na palcach jednej ręki mógł policzyć, ile razy przygotowała mu posiłek. Owszem, dbała o niego, prała mu i prasowała, ale to było raczej dbanie o wizerunek jako jej męża, aby jakoś wyglądał, a nie dla niego samego. Trochę ją rozumiał. W dużej mierze sam sobie na to zasłużył. Bywały chwile, kiedy okazywał się prawdziwym draniem. A i to określenie można by uznać za łagodne. Dlatego też nie naciskał, gdy nie zrobiła czegoś, czego by oczekiwał. Czuł to i wiedział, że jest sam sobie winny.

Właśnie zaczęło się bombardowanie klockami twierdzy, gdy ktoś zadzwonił do drzwi.

– Dzień dobry, my do Marka, czy jest w domu? – grzecznie za­­pytał Romcio Beatę, która niezbyt chętnie spojrzała na niego i Łysego, który stał obok.

– Jest, zaraz go zawołam – odpowiedziała, nie wpuszczając ich do środka. – Jakieś typki do ciebie.

– To pewnie Romcio. Bombarduj, robaczku, dalej sam, tatuś ma gości – powiedział do Mateusza i poszedł do przedpokoju. – Wejdźcie, proszę.

– Siema, Maras, to jest Łysy – dokonał prezentacji Romuś.

– Czego się napijecie, kawy, herbaty? – zapytał Maras i poszedł do kuchni wstawić wodę.

– Dla mnie herbatka, a Łysy pije kawę – rzekł Romuś, zaglądając do kuchni. Łysy w tym czasie wygodnie rozsiadł się w obrotowym głębokim fotelu i postawił na ławie napoleona, którego przyniósł ze sobą w plastikowej reklamówce Marlboro.

– Marek jestem – przedstawił się grzecznie, gdy do pokoju weszła Beata. – Chciałbym zaproponować po lampce czegoś naprawdę dobrego, jeśli oczywiście można. – Nieznacznym ge­­stem wskazał na butelkę koniaku stojącą na ławie.

– Czemu nie? – odpowiedziała z uśmiechem, bacznie lustrując go wzrokiem. Miała wyczucie do ludzi jak mało kto. Niemal bezbłędnie potrafiła określić, czy człowiek jest dobry czy zły, podstępny, uczciwy, czy kłamie, czy jest szczery. Łysy zyskał jej sympatię już po paru minutach. Był inteligentny i tym właśnie ją ujął. W Romciu natomiast bezbłędnie wyczuła chachmęta i krętacza.

– A mnie na imię Beata. W takim razie, jak mamy taki doskonały trunek, przyniosę lampki – odpowiedziała, odwróciła się z wdziękiem i poszła po koniakówki.

– O, widzę, że będziemy grzać – ucieszył się Maras, niosąc na tacy kawę dla Łysego. – Przyniosę popitkę.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.