Ciężki kawałek nieba - Wojciech Raginia - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 506 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ciężki kawałek nieba - Wojciech Raginia

Piekące płatki śniegu próbują nieudolnie zalepić pęknięcia w moim zwichrowanym życiu. Dlaczego od jakiegoś czasu coś bezustannie ląduje na mojej głowie?

W Piekle jest to wieczny opad popiołu, na ziemi śnieg, a poza jej horyzontem połamane pióra aniołów. Ignorancja zdaje się na nic, mimo swej ceny i choć okrycie z niej jest na pierwszy rzut oka nieprzemakalne, to ubierając się w nią, trzeba stać w miejscu. Ja nie potrafię, więc moknę.

Swoją drogą, zastanawialiście się kiedyś, jak jest w Niebie? Tego wam nie powiem, ale mogę opowiedzieć, co widziałem w Piekle…

 

Chłopiec o imieniu Gabriel wiedzie pełne sprzeczności, szare, studenckie życie, szukając w nim sensu i odpowiedzi na istotne pytania. Wskutek tragicznego zbiegu okoliczności staje u progu śmierci, lecz okazuje się, że to wcale nie rozwiewa jego wątpliwości... za to ukazuje wielobarwne, potężne spektrum rzeczywistości i połać jego własnych uczuć. W podróży po tym ogromnym, nie zawsze przyjaznym świecie towarzyszy mu na szczęście wierny, choć cyniczny i flegmatyczny przewodnik, na którego grzbiecie przemierza ten Ciężki kawałek nieba.

 

Opinie o ebooku Ciężki kawałek nieba - Wojciech Raginia

Fragment ebooka Ciężki kawałek nieba - Wojciech Raginia






Strona redakcyjna


Prolog
Zderzenie z horyzontem

Czy ja wiem? To wcale nie powinno mnie poruszać. A jednak. Zbyt ciężkie niebo, pozbywające się masy w mocno nieefektywny sposób, mianowicie w postaci delikatnych płatków śniegu, prawie pusty tramwaj, niemal przeciążone do maksimum serce...

Czym?

Pustką.

Mam wszystko, czego potrzebuję. Ręce, nogi i parę innych bezużytecznych narządów, które pozwalają mi uczestniczyć w wielkim spektaklu siedmiu miliardów aktorów. Najgorsze jest to, że nikt nie ogląda teatru i aktorzy niekiedy muszą grać aktorów, by inni aktorzy mogli pobawić się w widzów.

Pocieszyć się.

Wzdycham w tym wagoniku z uczuciem, że jestem tylko skorupą. Wracam od pięknej dziewczyny, która mnie kocha.

Tak. To nie ulega wątpliwości. Po pysznej kolacji i uczynieniu wszystkiego, co niezbędne, by wyjść, po prostu opuściłem jej mieszkanie z wiedzą, co dokładnie będę czuł w drodze powrotnej. Mimo wszystko nie przyszło mi to z trudem. Jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że mam skłonność do delektowania się bólem. Masochizm? Cholera...

Nie. Powiedzcie, że nie. Nie lubię wszak fizycznego bólu, tylko ten w środku. Taki jak przy stracie czegokolwiek ważnego.

Jestem sam w nocnym tramwaju, więc wyciągam papierosa, otwieram lekko okno i odpalam.

Nałóg odwdzięcza się przyjemnym uczuciem i jakiekolwiek poczucie obowiązku w stosunku do stanu moich płuc odsuwa naprawdę daleko. Wrażenie uwierania w komorach serca spowodowane samobójczym uszczerbkiem uczuć maleje do momentu, w którym zaczyna się wyjątkowo mocno działający na moją pamięć kawałek. Z całkiem niezłej jakości słuchawek sączą się selektywne tony i w magiczny sposób ranią wspomnieniami.

Jutro wypełnię pustkę na sali. Od dziecka, zafascynowany dotykiem powietrza i bezsensownym pokonywaniem grawitacji, ćwiczyłem akrobatykę, a kiedy zostałem wyproszony z klubu za wzrost, robiłem to dalej na własny rachunek. Jestem za wysoki, by cokolwiek osiągnąć w tym sporcie, mimo że posiadam dobre rozeznanie w przestrzeni i nie mam lęków. To nie boks... Tu mistrzyni świata mierzy pewnie z pół metra i waży tyle, co moja jedna noga.

Czuję, jak uśmiech wdziera się nieskrępowany na moją twarz. Pozwalam mu. Dla mnie uśmiechanie się do siebie nie musi być symptomem choroby psychicznej. Ze mną nie do końca jest wszystko w porządku, ale to akurat uważam za przejaw działania wyobraźni. Oddawania się marzeniom, czego tak wielu ludziom brakuje w tym smutnym jak pizda mieście.

Tak. Dochodzę do wniosku, że gdybym miał wybierać, to pozostałbym przy swoim obecnym wzroście, choćby ze względu na to, że w oczach osób płci przeciwnej wzbudza to zaufanie. Ponownie napełniam płuca dymem.

W Poznaniu można robić dwie rzeczy. Studiować albo uciekać, i wcale nieważne od czego... Liczy się fakt. Może to być komornik, mafia albo na przykład żona z dziećmi. Ja robię obie te rzeczy i choć w tej pierwszej działalności nie osiągnąłem jeszcze nic, to traktując studia jako ucieczkę, jestem w tym niezły.

Przez trzy lata wczuwałem się już w bycie biologiem, architektem, fizykiem, a zawodowo skręcałem kabelki dla potężnego koncernu elektronicznego i pakowałem batoniki dla innego. Stypendia socjalne pozwoliły mi uniknąć roli robota, za co wciąż dziękuję losowi.

Kątem oka zauważam, że świetlówka na suficie przygasa i wpada w dziwną palpitację, a za nią lawinowo kolejne, aż do ostatniej. Powietrze stało się gęstsze niż zwykle, a uwierzcie mi, dobrze znam się na powietrzu.

Wagon staje na tyle gwałtownie, że wyrwany z krzesełka dryfuję bez straty wysokości wśród tysięcy szklanych odłamków. Moim pierwszym spostrzeżeniem jest to, że wszystko dzieje się zbyt wolno. Nie mogę się ruszyć, nawet próba poruszenia gałką oczną wypada mizernie. Postanawiam nie mrugać, gdyż najpewniej straciłbym całą frajdę z widoku tych wszystkich dryfujących kawałeczków, wbijających się bez bólu w moją skórę, wyginających się fantazyjnie elementów konstrukcji wagonu... Mrugnięcie zajęłoby pół sekundy, a jak wnioskuję, ten lot będzie trwał krócej. Bez względu na to, jak zostało mi to przedstawione przez korę mózgu.

Wzdycham w myślach. To chyba moja chwila na przypomnienie sobie całego życia...

Ciężko mi jednak skupić się na przypomnieniu sobie czegokolwiek. Może zdążyłbym zadzwonić na pogotowie, zanim spotkam się z przeciwległym bokiem tramwaju, zgarniając dwie poręcze i kilka foteli?

W całkiem sporym kawałku szyby, który przecina mój tor lotu, widzę, że mam wyjątkowo głupi wyraz twarzy. Szeroko otwarte oczy, usta bezwiednie zaciśnięte na filtrze, uchwycone podczas próby zgaszenia uśmiechu... Przynajmniej umrę w słuchawkach i kuzyn nie pomyśli, że nie cieszyłem się podarkiem. Teraz wydobywały się z nich uderzenia o bardzo niskim tonie, składające się na tak bestialsko przerwane, wiolonczelowe wysokie C.

Nie wiem, gdzie poleciał odłamek, gdy opuścił kąt mojego widzenia, ale przestało mnie to w tym momencie interesować, gdyż spotykam się z pierwszą pionową poręczą. Żółty kawał rury tylko delikatnie odkształca się pod naporem ciała, za to mój obojczyk wydaje nieciekawą salwę pyknięć i wygina się, połamany już w kilku miejscach. Dopiero teraz nadciąga ból i zaczynam się bać. Jeśli to ma potrwać tyle czasu, ile przewiduję, to umrę z bólu, zanim zostawię nogi na ohydnym oparciu czekającego już przede mną fotela.

I wtedy wszystko rusza.

Jestem już na ścianie, wrak koziołkuje, najprawdopodobniej opuszczam wagon, bo owiewa mnie lodowate powietrze i jest ciemno, ale czuję, że adrenalina nie pozwoliła mi stracić przytomności.

Błagam, tylko nie na ziemię...

Zatrzymuję się dokładnie pod dającą pomarańczowe światło latarnią. W sodowym świetle krew wcale nie jest czerwona. Na szczęście nie widzę czarnego pasa, który zostawiłem, sunąc po ubitym śniegu, gdyż leżę wpatrzony w niebo, choć wcale nie jestem pewien, czy na plecach.

Czuję coś.

Nikotyna.

Cholera...

Chyba niezależnie ode mnie głowa przekręca się na lewo, a wzrok spoczywa na wciąż tlącym się przedmiocie tuż obok.

Nic ci nie jest? To głupie pytanie. Przecież widzę, że się złamał. To cholernie śmieszne, a ja nie mogę się śmiać, ponieważ jamę nosowo-gardłową mam zapełnioną jakąś cieczą.

Choć wcale nie jestem pewien, czy to krew.


Rozdział I
Plankton

– W sumie czysta sprawa. Pomimo tego, że zupełnie nie wiem, skąd na torowisku wziął się ten cholerny krater. – Łysiejący mężczyzna chwycił się za głowę, a po chwili odwrócił twarz w kierunku policjanta.

Ekipy ratunkowe z kilku jednostek straży pożarnej z fachową wprawą uprzątały miejsce zdarzenia. Była druga w nocy, a jedna z największych ulic w mieście zamieniła się w migoczący niebiesko, żółto i czerwono cyrk.

– Chryste. Macie już jakichś świadków? – dyżurny operacyjny miasta przekrzyczał warkot piły do cięcia betonu i stali.

Spomiędzy ogólnego zgiełku wyłapał przeczącą odpowiedź i prawdopodobnie wymówki, ale zignorował je, bo na miejsce przybył właśnie prokurator.

– Kurwa. Coś czuję, że ta noc będzie się za nami wlec jeszcze bardzo, bardzo długo. Przy odrobinie szczęścia uda się nam z tego zrobić wybuch gazu, co myślisz? – zwrócił się do dowódcy akcji ratowniczej.

– Nie wiem, nie wiem.

Obaj mężczyźni stali nad truchłem chłopaka. Skrajnie okaleczone ciało, pozbawione kończyn, za wyjątkiem lewej ręki, spoczywało w kałuży krwi. Na szczęście było na tyle zimno, że zapach towarzyszący temu wydarzeniu pozostawał wyłącznie w obrębie zwłok. „Ciekawe, co na to powie lekarz sądowy?” – ta myśl jedynie przez chwilę zaprzątnęła głowę inspektora. Co za różnica. Gwałtowny ubytek krwi, obrażenia wewnętrzne czy zerwanie rdzenia kręgowego. Mało istotne... chwila. Czy to było to, co myślał?

– Zaraz. Moment. – Klepnął zamierzającego odejść dowódcę. – Spójrz na to. – Wskazał na twarz chłopca.

Kilka sekund ciszy towarzyszyło obu mężczyznom podczas oglądania ust trupa.

– On spalił ćmika, zanim umarł! – rozległ się grobowy śmiech.

– Miał chociaż tyle szczęścia, że mógł sobie na to pozwolić – inspektor zażartował, choć w głowie już układał sobie ciąg zdarzeń, które doprowadziły fajkę pomiędzy wargi zmarłego. Następujące po sobie ciągi myślowe zostały zmącone przez wtargnięcie ekipy dochodzeniowej.

– Witam panów – przywitał się w miarę młody prokurator.

Ściągnął skórzaną rękawiczkę i podał im dłoń.

– Poprosiłbym tu lekarza, który stwierdził zgon.

– Jasne. Będzie tylko jeden problem, bo ten człowiek nie jest nigdzie zameldowany. Jego dowód osobisty jest nieważny od prawie trzech miesięcy. – Inspektor podał zabezpieczone foliową torbą dokumenty w portfelu i dwa telefony komórkowe. Były to przedmioty, które wysunęły się z kieszeni poszkodowanego podczas wypadku.

– Nie ma problemu. Załatwmy papiery w waszym radiowozie, bo tu jest piekielnie zimno. – Uśmiechnął się, po czym wydał polecenie swojej załodze: – Panowie, procedura es es i jot.

Skierował policjanta w stronę auta i absolutnie nikt, oprócz ekipy dochodzeniowej, nie zdawał sobie sprawy, że taka procedura nie istnieje w polskim prawie.

*

Nie zastanawialiście się czasem nad sensem kobiecego dialogu? Mam przed oczami dwie kobiety. Ponieważ jako gatunek nie potrafimy zogniskować wzroku na dwóch przedmiotach jednocześnie bez wady rozbieżności lub doszlifowanej umiejętności zezowania, skupiam się na jednej z nich i... wszystko wydaje się być w porządku. Samica wykonuje gesty i dostosowuje mimikę zgodnie z zasadami wpojonymi jej w ciągu życia przez otoczenie, a jej krtań emituje dźwięki, których sens jest możliwy do interpretacji. Następnie przenoszę wzrok na jej rozmówczynię i zauważam, że ta z kolei robi dokładnie to samo. Różnica, która mnie za każdym razem zaskakuje, wynika z treści przekazywanego materiału. Otóż chciałbym kiedyś niezauważenie, dosłownie w ciągu ułamka sekundy, podmienić danym partnerkom odbiorczynie na kobiety z innej pary, rozmawiającej w takim samym pomieszczeniu, po tej samej stronie et cetera. Moja hipoteza głosi, że interakcja nie zostałaby zakłócona. Istnieje wszak prawdopodobieństwo, że treść nadawana obustronnie w tym samym czasie jest na bieżąco odbierana przez piękną część naszego społeczeństwa, ale w moim przekonaniu graniczy to z załamywaniem czwartego wymiaru – czasu.

Albo kilku innych.

O podobnych sprawach wykłada mi w tym momencie jakiś jegomość, ale moja głowa nie przyjmuje tego, zagłuszając sygnał na kosteczkach słuchowych. Znam swoją głowę i wiem, że ostatniego wieczoru przegięliśmy pałeczkę w poddawaniu się czynnikom niszczącym, na liście których alkohol zajmowałby jedno z ostatnich miejsc.

Jeśli tak wygląda życie po śmierci, to szału nie ma.

– Wyrobiłeś damską dzienną – mówię mu.

O, to poskutkowało.

– Słucham? – Spogląda na mnie jakoś tak inaczej i milknie.

– Nigdzie nie idę, dopóki nie oddacie mi nóg – spoglądam w dół i nie mogę uwierzyć.

Pod prześcieradłem widzę zarys świadczący o obecności jakichś kończyn, a ich umiejscowienie skłania do stwierdzenia, że są moje. A może to jedynie śmieszny żart. Być może pozbierali moje nogi i położyli tylko na właściwych miejscach, więc darząc służbę zdrowia znikomym zaufaniem, staram się odrzucić przykrycie. W tym momencie moje prawe ramię wykonuje dość nieskoordynowany ruch, po którym zatrzymuje się daleko za celem.

Nie czuję dłoni.

Nie czuję całej ręki. Ale tej w momencie zgonu już chyba nie miałem, więc i tak dobrze, że się rusza. Cholera... aż boję się pomyśleć, jak wyglądałaby próba pociągnięcia solidnego łyka browaru z butelki.

Próbuję sił lewej ręki, lecz zauważam gipsowe unieruchomienie stabilizujące. Na szyi mam kołnierz, a moje ciało leży na łóżku przeciwodleżynowym.

– Na razie nie ma na co patrzeć, ale niedługo będziesz śmigał. – Rozpoczyna przechadzkę po pomieszczeniu. – Stanowczo odradzam poruszanie się ze względu na dużą ilość drenów, czyli wężyków, które wystają spod pościeli. Mają za zadanie odprowadzać metabolity symbiontów asymilujących. Te maszyny dookoła to jedna wielka plantacja hybrydowych tkanek, autotrofów z gatunku philodendron xanadustux, ale niech cię nie zmyli to pochodzenie! Ten kwiatek już nie istnieje poza murami naszego laboratorium i obrębem twojego ciała, a został odnaleziony przez... – słysząc to, robię z pewnością dziwną minę.

Czy on właśnie próbował podprogowo przekazać mi, że to coś w jakiś sposób znajduje się w moim organizmie? Jednocześnie cieszę się z tego, że mój mózg zaczął na powrót funkcjonować z nominalną wydajnością.

– ...przeszczepy za pomocą tych spojeń były w przeszłości z powodzeniem wykonywane już dwukrotnie i ani razu nie napotkaliśmy odrzutu...

Wiele nie rozumiem z tej paplaniny, ale chwila. Nie użył słów „być może, nie mamy pewności...”, jak przystało na krajowych medyków. Miejsce, w którym przebywam, leży zatem równie daleko od nieba, co od polskiej rzeczywistości. A to chyba w miarę nieźle. Drzwi otwierają się gwałtownie i przerywając wywód lekarza, do pokoju wchodzi grubawy facet, odziany w nienagannie skrojony garniak i białą koszulę, a zaraz za nim kobieta w garsonce z tabletem do notowania. Drzwi zamykają się powoli. Mężczyzna podchodzi do mnie z niespokojnym uśmiechem, ściągając całkiem gustowne okulary.

– Jestem Jan Guthrie i zamierzam wyjaśnić ci kilka spraw. – Zbliża poznaczoną zwalczonymi wypryskami twarz. Ma charakterystyczny i nawet przyjemny głos.

– Miło mi. Filodendron – wypalam i czekam na reakcję. Grunt to zbadać, czego chcą, a jaja muszą być dla zasady.

Z ulgą dostrzegam rozbawienie, więc czekam, co stanie się dalej.

– Jeśli przeżyjesz jeszcze kilka tygodni, to faktycznie: będziesz najszybciej pomykającym elementem przyrody nieożywionej na globie.

– Lekarz powiedział, że dokonywano już tego typu zabiegów. – Unoszę brwi, choć przewiduję dalszy rozwój rozmowy. Gdzie znikła moja przesadna ufność wobec wszelkiego rodzaju wydarzeń, którą do tej pory prezentowałem?

– Owszem. Przeszczepy przyjęły się, ale pierwszy obiekt zdrewniał, a z drugiego roślina wyssała zbyt dużą ilość płynów. Słowem: usechł.

Przechodzą mnie ciarki. Guthrie siada na moim łóżku, odgarnąwszy uprzednio kilka rurek.

– To jest Agata, moja asystentka, a doktora Piotra już znasz, jak mniemam.

Zatrzymuję wzrok na dziewczynie. Ma całkiem bystre szare oczy, ładną buzię i włosy w jednym z tysięcy odcieni brązu. Kiwam jej głową, przypominając sobie za późno o kołnierzu, co sprawia, że właściwie nie wykonuję żadnego ruchu, poza podrygiem. Na pewno się rumienię. Czuję to. Bąkam więc „cześć” i odwracam wzrok. Wydaje mi się, że jej twarz także zmieniła kolor i uśmiechnęła się, co przyjmuję za dobre rozpoczęcie znajomości.

– Widzisz. Sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana, niż ci się wydaje. – Mężczyzna w garniturze poleruje szkła okularów specjalną szmatką. – Mam nadzieję, że nie odbierzesz tego negatywnie, ale podjęliśmy za ciebie decyzję. Powiedziałbym... życiową decyzję.

Nie śmiem mu przerywać, a żarty jakoś przestały się mnie trzymać.

– Masz, chłopie, przerąbane. Po pierwsze, nie istniejesz. Przynajmniej jako osoba, którą do tej pory byłeś. Twoje poprzednie wcielenie umarło rok temu przy wraku tramwaju.

Tu mnie facet zaskoczył.

Na szczęście kołnierz przytrzymuje mi dolną szczękę.

– Żałuj, że nie byłeś na swoim pogrzebie. Rodzina dostała od stowarzyszenia krzak porządną sumę na pochówek, a z polisy krzak dwa odszkodowanie za śmierć. – Nie da się ukryć, że Janek, jak widać, preferuje przekaz bezpośredni. Zauważam to i zapamiętuję pomimo lawiny zaskakujących informacji.

– Cieszę się, nie ukrywam, że nie masz możliwości opuszczenia tego wyra przedwcześnie ze względu na twoje bezpieczeństwo. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że zostawiłeś za sobą kilka mniej lub bardziej cennych rzeczy, do których na pewno pragnąłbyś wrócić. Podpowiem ci. Zapomnij o tym. Im wcześniej zdasz sobie z tego sprawę, tym mniej wycierpisz. – Spogląda na mnie z ubolewaniem, a ja zupełnie nie wiem, co mam zrobić. Nawet nie wiem, czy powinienem śmiać się, czy płakać.

Chwila ciszy. Doktor majstruje przy jednej z sześciu kroplówek, a chwilę po tym w okolicach lewej łopatki czuję chłód wpływającej cieczy. Trochę mnie to odurza i uspokaja.

– Czemu ja? Czemu nie... – W sumie nie wiem właściwie, o co spytać.

– Bo przeżyłeś coś, czego jeszcze nikt nie przeżył – powaga w jego głosie sprawiła, że wsłuchuję się w każde słowo z napięciem – atak homogenicznych ziemniaków.

„Co do?...” – myślę.

Parska śmiechem, co sprawia, że sens żartu trafia do mnie ze zdwojoną siłą. Gdybym mógł, zwinąłbym się ze śmiechu, a że nie potrafię, po prostu uzewnętrzniam to, na ile mogę. Czuję ból z każdym skurczem mięśni i domyślam się, że atak rozbawienia może być efektem tej kroplówki. Z tego też się śmieję. Boże, chciałbym przestać, ale rozwala mnie sposób, w jaki mnie załatwili. Agata siedzi lekko zażenowana, udając, że wspaniale się bawi, ale sposób, w jaki to robi, przysparza mi kolejnych spazmów. Czuję ciepłe łzy na policzkach. Na cholerę mnie budzili, skoro teraz zabiją mnie ponownie? Czy to jakaś sekta, głosząca szczęśliwy zgon? Prowadzę wewnętrzny dialog i próbuję wyobrazić sobie, jak to musi wyglądać z zewnątrz. Na pewno cholernie zabawnie. Gdzieś na boku notuję, że upalili mnie czystym THC.

Nie mam powietrza w płucach, więc śmiech jakiś czas temu przerodził się w charakterystyczne sapanie, a z czasem w jęk. Zdaję sobie z tego sprawę i brechtam z własnego śmiechu. Megafaza. Uwierzcie...

– Dobrze. Bardzo dobrze.

– Łzy już poszły do analizy. Myślę, że wynik będzie lada moment.

– Ten chłopiec jeszcze nie wie, że przed nim cholernie ciężkie zadanie. Brakuje mi tylko ogniwa zachęcającego. – Guthrie pociągnął łyk ożywczej kawy z ekspresu.

Stali we dwójkę wpatrzeni w zasypiającego spokojnie, z uśmiechem na ustach młodzieńca.

– To nie było rozsądne, wybudzać go w tej chwili.

– Piotrze. Mamy coraz mniej czasu. Właściwie to nasza jedyna szansa. Jeśli nie będzie jego, nie będzie niczego, a przynajmniej nic nie pozostanie takie, jakim jest. Testy przecież pokazały, że on zdoła sobie z tym poradzić.

– Tak. Jego umysł wykazuje niezwykle powolne zamykanie umiejętności poznawczych. Ale musimy liczyć się z tym, że wiąże się to ze zmniejszoną odpowiedzialnością.

– Podoła. Potrzebujemy właśnie kogoś takiego. – Jan wyciągnął z kieszeni dowód osobisty chłopaka. – Bitwę o Anglię w 1940 wygrali właśnie chłopcy w jego wieku. Dlaczego? – Spojrzał na lekarza. – Bo tylko oni potrafili oderwać się od ziemi. W sensie dosłownym i w przenośni.

Komunikator Piotra piknął kilka razy.

– Są wyniki.

*

W sali, na której przyszło mi leżeć, nie ma absolutnie żadnego okna. W pewnym stopniu mnie to martwi, gdyż naprawdę brakuje mi słońca. Jestem zdecydowanie stworzeniem ciepłolubnym i dotąd każdą z nim rozłąkę, na przykład okres zimowy, przyjmowałem z nieskrywanym bólem. Tu natomiast sytuacja przedstawia się zgoła inaczej.

Moim snem kieruje światło, którym z kolei manipuluje prawdopodobnie komputer, programowany przez ludzi, którzy, zdaje się, wiedzą najlepiej, co jest dla mnie dobre. Dotąd pozwalałem swojemu organizmowi na dość dużo w dziedzinie gustu dietetycznego, choć przyznam się, czasami wtrącałem się w kwestie wypoczynku. Teraz mam inne potrzeby i to mnie zastanawia.

Czy za swoich dziecięcych lat spożywaliście kiedyś mydło lub kredę z tablicy szkolnej? Ilekroć pytam ludzi, odpowiedzi odnośnie kredy są zdecydowanie jednoznaczne. To znaczy albo tak, albo nie, ale częstotliwość występowania każdego rodzaju odpowiedzi jest podobna. Z kolei z tym mydłem sprawa wygląda tak, że po zadaniu pytania otrzymuję od odbiorcy zwrotne pytanie w stylu: Wcinałeś mydło? Albo: Jadłeś kiedyś mydło?

Dość żenujące, ale tak właśnie było. Pamiętam całkiem nieźle smak, zapach, konsystencję mydła i absolutnie popieram decyzję matki w kwestii pozostawienia tego tak, jak było. Do czego zmierzam?

Mój organizm potrzebuje przestrzeni i domaga się tego w sposób odczuwalny fizycznie.

Mam dość.

Kiedy poruszyłem ten temat podczas zabiegów, otrzymałem od Piotra niewymagający komentarza wykład o konsekwencjach ruchu na tym etapie leczenia.

Cały personel, z którym miałem styczność, podzieliłem w głowie na lekarzy, sztab zarządzający i dozorujący postępy oraz na ludzi, którzy opowiadają mi zwykle o zjawiskach paranormalnych.

Dziwne?

Ale prawdziwe. Jestem tu edukowany w dziedzinach teologii, fizyki kwantowej, przekazów ludowych i Bóg wie czego, co nasuwa mi na myśl jakiś skomplikowany sposób kreowania mojej osobistej choroby psychicznej i czułego dbania o jej rozwój.

No dobra. Wchodzi ten od duchów i wilkołaków. Jak wnioskuję, są zadowoleni z prędkości, z jaką chłonę wiedzę, ale nie potrafią określić, na ile poważnie ją traktuję. Ja z kolei szczerze cieszę się z adoracji mojej osoby, bo bez tego wypisałbym się już dawno, otwierając dopływ którejkolwiek z substancji, spoczywających na wieszakach nieopodal łóżka, i zginąłbym na haju.

– Witaj.

– Dzień dobry, panie Macieju – odpowiadam, bo lampy świecą jasno.

– Chciałbym dziś wyjaśnić ci zagadkę wampiryzmu. – Zdejmuje sweter w kratę z wcięciem w serek i przewiesza przez oparcie krzesła.

Wygląda jak profesor. W sumie lubię jego wykłady, bo zawsze poparte są naukowym wyjaśnieniem, ale ma pecha. Szczyt bólu tyłka przypadł właśnie na jego wizytę.

– Panie profesorze. Proszę mi podać choć jeden powód, oprócz tego, że nie mogę się ruszać, dla którego nie miałbym opuścić tych zajęć. Po co te starania? Po kiego grzyba zadajecie sobie tyle trudu i wpajacie mi informacje, w przydatność których ze szczerego serca wątpię? – Mam już obie ręce sprawne, nie licząc zaników krążenia w prawej, więc sięgam po jabłko i kończę pytanie dobitnie głośnym chrupnięciem.

Cisza.

Przez chwilę patrzy na mnie. Wcześniej na pewno nie miał żółtych oczu ani tak upiornej aparycji. Zdejmuje grube okulary, delikatnie odkłada na szafkę.

Następnie znika. Widzę jedynie smugę do momentu zgaszenia światła, poprzedzonego powstaniem dziury w jednej ze ścian. W pomieszczeniu przez sekundę zrobiło się naprawdę głośno. Pisk gumowej podeszwy o terakotową wykładzinę ucicha na moment przed opadnięciem drobnych kawałków tynku z dziury, które jeszcze walają się po podłodze, gdy upiorne, żółte ślepia, zatrzymują się tuż przed moją twarzą.

– Mam cię dosyć, synku – chrypi. – Tam, po mieście, krąży beta wampir, który zwiał z tego budynku i zupełnie nie kontroluje przemiany. Ma w sobie aktywny bufor wymiarowy, żeby nie dopuścić do opętania i nieświadomy tego, otwiera przejścia, z których wyłażą bestie takie jak ta, z którą spotkał się twój tramwaj. – Mimo grozy sytuacji czuję intensywny, przyjemny zapach z jego ust. – Twoje ciało jest przystosowane do załamania czwartego wymiaru, bez czego nie ruszy nasz artefakt, więc przestań skomleć i bierz dupę w obroty.

Oczy oddalają się i gasną w ciemności.

– Nie mówiłem ci tego, chłopcze.

W tej chwili załącza się awaryjne zasilanie i widzę, jak pan Maciej nasuwa na nos okulary, a do pokoju wbiega cała masa ludzi. Jedni podbiegają do aparatury, inni patrzą na ścianę, a mój profesor w tym zgiełku po prostu wychodzi. Na korytarzu słyszę odgłosy jego konfrontacji ze zmachanym głosem Guthriego. Przyjmuje naganę ze zrozumieniem, po czym rozstają się, a Jan wchodzi do mojego apartamentu i rozsuwając personel, zbliża się do mnie.

– Co tu się stało?

Przypominam sobie o kęsie niepogryzionego jeszcze jabłka i wracam do konsumpcji

– Zajęcia fakultatywne – odpowiadam, mlaskając niewinnie.

– Zrobił ci krzywdę?

– Skądże. Pan profesor przekonywał mnie o swej prawdomówności... taki zakład akademicki. Coś w tym stylu.

Naprawdę niełatwo jest mi zachować zimną krew. Postanawiam jednak trzymać się pierwszej zasady, której przestrzegam od momentu przebudzenia. Trzymać język za zębami i kolekcjonować informacje.

– Panie Guthrie – specjalistka w białym fartuchu wtrąca się niegrzecznie do naszego dialogu, co ratuje mi tyłek – musimy natychmiast wykonać badanie tkanki wegetatywnej. Musi pan wyjść.

Magda, bo chyba tak brzmi jej imię, pochyla głowę, unikając jego wzroku, który rozbiegany, nawet się na niej nie zatrzymuje. Uff.

Wychodzi.

*

Po tym całym dzisiejszym zamieszaniu nie mogę zasnąć. Wykonuję różne ćwiczenia koordynacyjno-siłowe, by wreszcie wiedzieć, co mogę, a czego nie. Taki wstępny test wykonałem oczywiście odruchowo na początku mojej świadomej obecności tutaj, lecz wypadł kiepsko. Teraz jest znacznie lepiej.

Za każdym razem, gdy ćwicząc na ścieżce gimnastycznej, upadałem w mocno nieciekawy sposób, korzystałem z dwóch rozwiązań. Pierwsze dotyczy tych upadków, podczas których wiem dokładnie, co się stało. Przeprost kolana, wybicie tego czy tamtego stawu. W takiej chwili, jeśli uszczerbek nie okazał się poważny, najlepszym doraźnym sposobem było natychmiastowe powstanie i rozruszanie danej części ciała. Pewnie nie jest to profilaktycznie zalecane zawodowym sportowcom, ale ja i tak umrę młodo, nie doczekawszy reumatyzmu.

Drugą metodę stosowałem po urazach kręgosłupa albo wtedy, gdy naprawdę nie miałem pojęcia, gdzie boli najbardziej. Leżąc w pozycji, jaką przyjąłem po kraksie, delikatnie prostowałem i zginałem wszystkie części ciała.

Podwijam swoją szpitalną piżamę i zachwycam się możliwością ruchu palcami u stóp. Z tego, co już wiem, szkielet został zrekonstruowany z podobnej właściwościami do tkanki kostnej, stereidycznej sklerenchymy, bardzo dziwnej odmiany filodendrona.

I nie pytajcie, co to znaczy.

Dodatkowo mój szkielet, poza lewą ręką, został wzbogacony w odpowiednie powierzchniowe zagęszczenie sklereidów, czyli komórek kamiennych. Struktura układu krwionośnego została wyhodowana i wszczepiona na bazie naczyń z ksylemu i floemu, chociaż skład krążącej w moim organizmie krwi nie jest mi znany. Układ lokomocyjny, mięśniowy pozostał według projektu białkowy. Zatem wnioskuję, że aby to wszystko działało i trzymało się kupy, musi we mnie krążyć kilkukrotnie większa ilość hormonów niż u normalnie rozwijającego się homo sapiens w moim wieku. Endokrynolodzy przyszłości mogą zatem spróbować dowieść, że stanowię zaginione ogniwo, łączące bezpośrednie zejście człowieka z drzewa, tyle tylko, że z pierwotnej formy ulistnionego, inteligentnego badyla. No, to już coś.

Nowa skóra jest blada i prześwitująca. Widzę w miarę dokładnie ciekawostki budowy łydek. Efektory działały już wcześniej, ale świeżym nabytkiem są receptory i neurony czuciowe.

Witamy na pokładzie – dmucham, by poczuć przepływ powietrza.

Z tego, co wiem, bardzo dużo zmian wprowadzono w moim kodzie genetycznym. Bo jak bez takiego zabiegu, bezoperacyjnie rekonstruować tkankę nerwową? Z kolei nasuwa się pytanie, czy moje swoiste komórki również wytwarzają to nowe DNA.

Spoglądam na skąpane w przyjemnym, niebiesko-zielonym świetle pomieszczenie. Jestem podpięty już do tylko jednej kroplówki. Być może z solami mineralnymi.

Dobra. Czas na coś nowego. Myśląc uważnie nad każdym ruchem, siadam i spuszczam na ziemię nogi. Po dotknięciu podłogi czuję, jak przechodzi mnie dreszcz.

Chwytam stojak na kroplówki i podnoszę ciało do pionu. Już jest nieciekawie, bo kręci mi się w głowie i z trudem trzymam równowagę. Nie używam nowych mięśni łydek, bo odwykłem, więc każdy krok stawiam twardo na piętach. Przesuwam ze sobą wahadłowo wieszak i zatrzymuję się co krok, by odegnać mroczki.

Do ściany i z powrotem.

Przynajmniej taki jest plan.

Nie jest tak źle. Docieram do ściany, myśląc tylko o wszelkich nieprawidłowościach, jakie zauważam. Delikatnie prostuję kolana, czując, że odwzorowanie jest doskonałe. Zginam je w przysiadzie, coraz niżej i niżej, w oczekiwaniu na ból stawów. Nogi są bardzo słabe, lecz oprócz delikatnego bólu mięśni nie widzę podstaw do reklamacji.

Pan Maciej nie odłączył zasilania w pomieszczeniu bez celu, stąd oczywisty staje się fakt, że jestem podsłuchiwany i pewnie podglądany. Lokalizuję zamaskowaną kamerę w rogu przeciwległym do drzwi, niewidoczną z łóżka. Nie mam nic do stracenia. Kuśtykam do nich.

O zgrozo. W nieruchomej klamce tkwi zamek elektryczny z czytnikiem linii papilarnych. Zatem ze zrealizowania marzenia o załatwieniu się na porządnym kiblu – nici. Wracam do łóżka, by nie siać zbytnich podejrzeń. Przykrywam się i wpatrzony w sufit, kontestuję zamiary moich zbawców.

Nie mam zielonego pojęcia, jakie cele przyświecają tej działalności. Ciekawostką jest to, ile starań włożyli w moją anonimowość. Nie istnieję, jak wytłumaczył mi to Janek, ale co ze wspomnieniami, których nie wykasowano? Mam żyć jako ktoś inny z całą tą wiedzą, ale nie wracać do przeszłości. Na dzień dzisiejszy wchodzę w to z braku ciekawszych propozycji.

Jak co dzień i co noc wzmacniam stawy skokowe w niewidoczny sposób, zapierając piętą jednej nogi śródstopie drugiej i siłuję się delikatnie, aż poczuję ból. Jednocześnie dopracowuję plan akcji dywersyjnej. Nudzi mi się jak cholera, stąd ten pomysł.

Przejeżdżam ręką po obrośniętej twarzy i studiuję budowę zamka zapamiętaną podczas eskapady. Jest do otworzenia. Zaraz przyjdzie pielęgniarka z nocną dawką pigułek i czymś do zjedzenia.

O, już słyszę jej kroki. Wchodzi z talerzykiem i uśmiechem na twarzy, jakim nie darzy mnie tu nikt. Lubię ją. Niewysoka blondynka, której długie włosy spadają związane na plecy i sięgają aż do podkreślonej przez krój fartucha talii. Zgrabne nogi, dość szerokie uda i zadziornie wysunięta do tyłu... miednica – to chyba jedne z najważniejszych atutów jej fenotypu. Kształtu biustu nie umiem określić ze względu na uniwersalność i sztywność materiału, z jakiego szyje się te ubrania, ale do największych nie należy. Co wcale mnie nie martwi. Uśmiecham się również.

– Dobry wieczór – witam się. – Już myślałem, że zostawiła mnie tu pani na śmierć z ręki własnego żołądka.

– Powinni ci tu zamontować telewizor, biedaku. Ja bym nie wytrzymała. – Ma naprawdę ładną twarz, gdy się uśmiecha.

Pochyla się, by wręczyć mi talerz, i zauważam, że nie ma też co narzekać z tym rozmiarem biustu. C to nie jest, ale B spokojnie.

– Domyślam się. Na szczęście jestem właściwą hybrydą na właściwym miejscu, a rośliny nie przejmują się nudą. Ależ to pięknie pachnie – zabieram się za wsuwanie ryżowego dania z dużą ilością jabłkowego musu.

Magda szpera w szafce z kroplówkami, wyciąga jedną, zdziera etykietkę i podmienia niemal już pustą na wieszaku.

– Znowu sole mineralne?

– Tak. Jesteś wyjątkowo żarłoczną hybrydą. – Rzuca mi zaczepne spojrzenie.

– O tak. Ale gustuję w potrawach mięsnych. Jak rosiczka.

– Niestety. Niewiele mogę zrobić w tej kwestii.

– A może zjemy kiedyś razem kolację? – Parska śmiechem na tę propozycję.

Spogląda na mnie, udając, że rozważa wszystkie za i przeciw.

– Zgoda. Pod warunkiem, że zaprosisz mnie do restauracji, w której jeszcze nigdy nie byłam. Na przykład takiej z prawdziwymi Japończykami.

– Tak się składa, że znam taki lokal. – Wyszczerzam zęby w uśmiechu.

– Zatem jesteśmy umówieni, tak?

– Tak. – Podaję jej palec, by mogła założyć czujnik pulsu – A... Pani doktor?

– Słucham. – Przełącza coś w maszynie nad moją głową i urządzenie zaczyna pikać.

– Mogę dokończyć później ten ryż? Czuję, że zgłodnieję po kilku godzinach bezsennych rozważań. – Patrzę prosto w jej oczy i robię najbardziej przejmującą minę, jaką wypracowałem w ciągu życia.

– Dobrze. Współczuję ci.

Nienawidzę, gdy ktoś mi współczuje.

A może po prostu nienawidzę znajdować się w sytuacji, gdy ktoś może pomyśleć, że należy mi współczuć, a ja nie odbieram tego jako jakiejś wielkiej tragedii.

– Zatem połknij teraz lekarstwa.

Łykam pigułki, zapijam herbatą i oddaję jej szklankę. Musi ją zabrać. Ja mam na stanie plastikowe jednorazówki i butelkę z wodą, żebym nie zrobił czegoś nieprzewidywalnego.

– Kto dziś siedzi na dyżurce? – ryzykuję pytanie, wnioskując, że musi znajdować się tu takie miejsce.

– Pan Czesław – odpowiada, nie dostrzegając pułapki.

– To ten starszy facet, prawda? Co z jego dziećmi? Słyszała pani plotki?

– Z tego, co wiem, ma tylko córkę. – Teraz skupiła uwagę na mnie, więc maskuję swoją grę smutnym uśmiechem.

– Dyżurka jest na tym piętrze?

– Tak. Na korytarzu, ale cóż to za plotki? – Niemal słyszę dźwięk połykanego haczyka.

– W sumie przekazywanie plotek jest według mnie czymś niehonorowym, więc proszę go ode mnie pozdrowić po drodze i zapytać osobiście. Na pewno informacje z pierwszej ręki będą bliższe prawdzie.

– Chyba masz rację. – Sam nie wierzę, że tak łatwo poszło jak na całkowicie spontaniczną akcję.

– Dobranoc – mówi, odchodząc.

– Dobrej nocy, pani doktor – specjalnie podwyższam jej rangę.

Wychodzi.

Nie. Uchyla jeszcze drzwi i zagląda do mnie z zewnątrz.

– Naprawdę cię polubiłam. – Tego się nie spodziewałem.

Spuszcza wzrok na podłogę.

– Jutro masz ważną operację, więc... powodzenia. Będę trzymała kciuki.

Uśmiecham się do niej.

– Dziękuję.

Poszła sobie. A ja jestem bogatszy o kartonowy talerz i łyżkę... stalową. Elegancko.

Kwestia kamery. Nie jestem geniuszem informatycznym, ale nietrudno mi wywnioskować, że w tym skąpym świetle najprawdopodobniej działa w noktowizji. Raczej nie w termowizji, więc jest prościej. Możliwe również, że włącza się dopiero po wykryciu ruchu. Trzeba oszukać ciecia od monitoringu i piguły od tętna. Po zdjęciu tej klamerki z palca maszyna wydaje ciągły pisk i włącza się alarm w dyżurce lekarskiej. Dla dobra akcji trzeba niestety założyć, że cieć jest wlepiony w ekran bez przerwy. Bardzo powolnego ruchu fragmentu otoczenia nie wyłapie. Mój wzrok spoczywa na szafce z kółkami nieopodal łóżka. To jest to.

Jak działa ta śmieszna klamerka?

Swoje szanse pokładam w zawalonym roku na kierunku generującym drugą co do wartości ilość bezrobotnych magistrów. Biologia zawsze była moim konikiem, choć poziom studiów mnie przerósł. Trzeba dodać, że stało się to po pierwszym semestrze. Mimo to i tak całkiem nieźle ogarniam wiele zagadnień z pogranicza tego wymagającego kierunku, przynajmniej w kwestii zagadnień, z którymi spotykamy się na co dzień.

Wiecie na przykład, jak działa kibel? Nie zastanawialiście się nigdy, jak to się dzieje, że nasze nieczystości po prostu w nim znikają, a woda stoi zawsze na tym samym poziomie, niezależnie od kondygnacji?

Ja go rozpracowałem w wieku pięciu lat.

Pozostaje kwestia klamerki. To nie jest zwykły pulso-ksymetr, jaki zakłada się w szpitalu na oddziale intensywnej opieki medycznej, ale bajerancki czujnik podłączony do skomplikowanej aparatury pomiarowej. Gdy robią mi testy za dnia, pokazuje na przykład wysycenie tlenem mojej krwi i poziom wielu hormonów. Każda skomplikowana maszyna ma jednak pewną prostą zdolność do wyłączania się po wciśnięciu przycisku „Power”. Albo „On / Off”, ale to bez znaczenia. O tej godzinie nikt już nie monitoruje składu mojej krwi ani pulsu, więc zaczynam akcję od sięgnięcia dłonią do ustrojstwa i przełączenia w tryb pomiaru jedynie obecności soli mineralnych, bo to będzie najprościej oszukać.

Czekam, co się stanie i...

Nic. Gdybym wyłączył całość, z pewnością załączyłby się alarm. Pozostaje zatem oszukanie czujnika. Jak to coś rejestruje obecność substancji w roztworze? Musi emitować promieniowanie o odpowiedniej częstotliwości i monitorować powracające widmo. Mam pomysł.

Przeciągam się i przypadkiem muskam ręką maszynę nade mną. Jest ciepła. Sięgam po kroplówkę. Udaję, że czytam opis składu, by po chwili szybkim ruchem odłożyć ją na maszynę, zostawiwszy sobie na pamiątkę naklejkę, którą przylepiam na rękę. Tak na wszelki wypadek.

Agata na pewno już zagaiła do pana Cześka, którego istnienia jedynie domyślałem się aż do tego wieczoru.

Zabieram się za ryż w pośpiechu, a opróżniwszy talerzyk, odstawiam go na miejsce. Uspokajam bicie serca, po czym wyczuwam tętno na tętnicy przedramieniowej lewej ręki. Zapamiętuję częstotliwość i ustawiam podobną prędkość kapania ocieplonego roztworu, trafiającego przewodem do mojej żyły za pomocą urządzenia z małym, plastikowym kółkiem. Sprawdzam jeszcze raz wzrokowo. Porównuję.

Nie jestem do końca pewien, czy to zadziała, ani tego, czy ocieplenie kroplówki pomoże w czymkolwiek. Odkręcam rurkę od wenflonu, zakręcam go, by nie poplamić krwią pościeli, a wylot przewodu kładę na dnie talerzyka, który umieszczam obok poduszki. W tym momencie każdy dialog oparty na uprzejmościach wyczerpuje czas swojego trwania, więc stawiając wszystko na jedną kartę, przepinam szybkim ruchem klamerkę na pojemnik wyrównawczy kroplówki na wysokości mieszania cieczy. Słysząc dochodzący z maszyny odgłos, świadczący o powodzeniu planu, zsuwam się z łóżka i przykrywam poduszkę kołdrą, której dolną część wprawną serią ruchów kształtuję na wzór zgiętych kończyn. Ściągam czarne slipy i kładę je w miejsce głowy. W monochromatycznym świetle, a także w noktowizji, liczy się jedynie nasycenie barwy, a w dwuwymiarowym obrazie nie trzeba martwić się o dokładny kształt przestrzenny. Wystarczy zachować obrys przedmiotu, by nasunąć podświadomości interpretację.

Mówiłem już, że przez osiemnaście lat życia uciekałem z domu?


Rozdział II
Krok w mrok

– Dziękuję bardzo, pani Magdalenko, dziękuję. – Pan Czesław, zaskoczony wieczornymi odwiedzinami, ledwo zdążył przełączyć program erotyczny na widok z kamery w sali. Zupełnie wytrącony ze swoich lubieżnych myśli, prowadził ten dialog od niechcenia.

– Nie ma powodu do niepokoju. To jest ten wiek. Sam pamiętam moje wybryki w okresie buntu. – Uśmiechnął się spod wąsa.

– Musi pan z nią częściej rozmawiać. – Zmartwiony wyraz twarzy piguły nie odejmował jej uroku.

Wręcz przeciwnie. Hormony krążące po organizmie stróża, uwolnione podczas przerwanego seansu, napełniały jego myśli obrazami nagiej pielęgniarki w rozmaitych pozycjach seksualnych. A może pod spodem ma koronkową bieliznę i zmysłowe pończoszki?

– No nic, ja będę uciekać. Już powinnam kończyć dekontaminację armatury. Dobranoc, panie Czesiu.

– Proszę wpadać do mnie, jeśli najdzie panią ochota na kawkę.

Wyszła, zamykając bezgłośnie drzwi. Stróż rozsiadł się na powrót w fotelu. Chłopak z jedenastki już chyba zasnął, zwinięty w kłębek, po raz pierwszy od dawna o normalnej porze. Wczoraj robił brzuszki i ćwiczył statywem na kroplówki, obciążonym dwiema szufladami z szafki nocnej, jak na profesjonalnej ławeczce, do trzeciej w nocy. Co za człowiek.

Ale Czesław nie dziwił się biedakowi. Zaskoczony był jednak faktem, że ani razu nie zaobserwował, jak ten się masturbuje. Nie to co facet z trójki.

No. Pora chyba wrócić do ulubionego programu.

Siedzę już za szafką i bardzo wolno przesuwam się razem z nią w kierunku drzwi. Nie układam planu odnośnie poczynań po przekroczeniu drzwi. Istnieje szansa, że mają wbudowany czujnik otwarcia. Nie ryzykuję chyba niczym, a mam szansę pozwiedzać ośrodek.

Ogromnie dziwne miejsce. Jestem skłonny uwierzyć, że to, co zaprezentował profesor Maciej, nie było wymysłem mojego umysłu, stymulowanego substancjami psychoaktywnymi. Fachowcy łatali dziurę w ścianie, którą właśnie mijam, dobrych kilka godzin. Ciekaw jestem także, co to będzie za operacja. Profesor wspomniał coś o artefakcie i o tym, że moje ciało przystosowane jest do zaginania czwartego wymiaru. Naprawdę ciekawe, ale jakoś nie potrafię sobie tego wyobrazić.

Co to jest beta wampir? I czym jest pan Maciej? Jest cholernie szybki, a jego tęczówki wypełniają się świecącą substancją. Ma także wielką siłę. Mimo to on nie spełnia warunków podjęcia się misji, do której jestem powołany. Pięknie.

Zatem potrzebują mnie. Jednak jak dotąd nie domyśliłem się, w jaki sposób mają zamiar mnie przekonać. Czyżby szantaż? Być może, nie mogę funkcjonować bez jakiegoś czynnika, który posiadają. To byłby najrozsądniejszy pomysł na kontrolę. Ja bym przynajmniej tak zrobił.

Ale bym zapalił... cholera.

Docieram do drzwi. Wyjmuję z ust łyżkę i ocieram ją ze śliny do sucha. Otwarcie zamka elektromagnetycznego jest sprawą banalnie prostą, ale ze względu na możliwość zauważenia mojej ręki, wysuniętej zza szafki nocnej, przez pana Cześka, którego jednak nie mam ochoty dzisiaj poznać, strasznie długo się z tym bawię. Bardzo spokojnie i bezbłędnie. Na zewnątrz panuje wspaniale wróżąca cisza. Końcówka łyżki pokonała już dwie śrubki mocujące blaszaną osłonkę. Nie mówiłem wam jeszcze, ale uwielbiam łyżki stołowe jako naprawdę genialne urządzenia wszechstronnego użycia.

Odkładam osłonkę, opierając ją o listwę przypodłogową razem ze śrubkami. Tą samą końcówkę łyżki wkładam w szczelinę, następnie podważam języczek od spodu i wsuwam ją między wkładkę. Bardzo powoli otwieram drzwi, ale w idealnej ciszy słyszę delikatny odgłos tarcia dwóch metalowych powierzchni w innym miejscu niż na styku języczek-łyżka-wkładka.

Szlag by to. Więc jednak czujka stykowa. Są teraz dwie możliwości. Albo informuje o przerwaniu obwodu elektrycznego, albo po otwarciu skrzydła odskakuje pstryczek--elektryczek. Zdecydowanie wolałbym drugą opcję, ale nie mogę ryzykować. Rozglądam się dokoła. Wycieram spocone czoło o rękaw.

Dobra, mam.

Mój wzrok pada na odłączoną aparaturę do podtrzymywania kolonii tkanek merystematycznych, cokolwiek to znaczy, której jeszcze nie usunięto z mojego więzienia. Mam szczęście, że nie stoi daleko, na przykład po drugiej stronie pokoju, bo wędrówka szafki nocnej po całym pomieszczeniu nie przeszłaby jako zjawisko paranormalne. Minąłem ją, więc zostawiam łyżkę w zamku i rozpoczynam wędrówkę. Zwinięty kabel zasilający spoczywa na rękojeści transportowej maszyny. Po chwili już dzierżę go w dłoni i zasuwam do drzwi. Usunięcie siłą wtyczek ukazuje nagie przewody. Zębami pozbywam się izolacji. Jedna dziewczyna powiedziała kiedyś, że mam bardzo ostre zęby. To dzięki maniakalnemu gryzieniu wszystkiego, od długopisów przez ołówki, po żucie jakichś uszczelek silikonowych, aż do ich całkowitego zmacerowania. Robiłem tak przez długie lata szkolne. Potem zacząłem palić, co ograniczyło tego typu zachowania.

Pięknie wykonane obejście. Jestem z siebie dumny.

Otwieram drzwi, przytrzymując dłońmi styki, a zębami zabieram łyżkę, by nie upadła, wywołując hałas. Ukazuje mi się skąpo oświetlony korytarz. Wypluwam łyżkę na podbrzusze. Pomagam sobie bosą stopą przytrzymać styk na skrzydle, podczas gdy lewą ręką pilnuję dociśnięcia półkolistej wypustki sprężynującej na wypadek działania zapadkowego. Wolną ręka sięgam po naklejkę i za pomocą zębów rozdzieram wpół. Przyklejam oba styki i... tracę czucie w dłoni.

Boże, tylko nie teraz!

Bezwład rozprzestrzenia się na całe ramię. Stękam, ostatnim wysiłkiem wycofując rękę znad przewodu. Czekam w tej mocno niewygodnej pozie na uzupełnienie neuroprzekaźników w ramieniu. Czucie powraca razem z bardzo nieprzyjemnym wrażeniem specyficznego bólu.

Kończę dzieło i przekraczam ostrożnie kabel jak w tej grze. Twister czy jakoś tak. Muszę trzymać styk zapadkowy do momentu przyciśnięcia go przez łyżkę i przymknięte skrzydło. Jestem wolny.

Zimno tu. Mieszkam w jedenastce. Czuję owiewające mnie powietrze przemierzając korytarz, ubrany tylko w cienką koszulę szpitalną. Podpierając się niekiedy o ścianę, docieram do przymkniętych drzwi dyżurki. Zaglądam ostrożnie przez okienko i widzę zaciemnione pomieszczenie, w którym w fotelu, z pilotem w ręku, przed telewizorem wyświetlającym sprośne treści, śpi stróż.

No super. Ja się tyle gimnastykuję, a on nawet nie starał się mnie pilnować.

Wchodzę cichutko do jego groty. Pochrapuje lekko. Obcując z osobami w stanie uśpienia, nie należy się starać o przesadne zachowywanie ciszy, bo dźwięki odbierane podświadomie są również rejestrowane, więc w przypadku rozpoznania na przykład dźwięków towarzyszących skradaniu się, reakcja organizmu polega na wybudzeniu. To prawda stara jak historia ludzkości i związana z wielopokoleniowymi doświadczeniami, zapisanymi w genach, a tak skutecznie zamazana przez przemysł kinematograficzny.

W pomieszczeniu są trzy monitory kineskopowe, lecz tylko jeden jest włączony. Na biurku leży raport ze służby, długopis, telefon komórkowy stróża, telefon stacjonarny i sporo innych przedmiotów. Cieć ma broń.

Ma też papierosy.

Z uchylonej kieszeni częstuję się fajką i zapalniczką. Wkładam przedmiot pożądania do ust i odpalam.

Ten smak. To jest to.

Czuję zawirowanie w głowie, na tyle poważne, że siadam i opieram się o biurowe szafki. Spoglądam na telewizor i po chwili czuję, że z moimi narządami rozrodczymi również jest w porządku. Zgarniam z blatu zapiski stróża i zagłębiam się w ich treść. Helikopter w głowie skutecznie mi w tym przeszkadza, ale dochodzę do wniosku, że o godzinie trzeciej do „obiektu” w sali numer trzy ma przybyć komitet w znajomym składzie. Przynajmniej częściowo. Guthrie w towarzystwie dwóch nieznanych mi mężczyzn ma zamiar odwiedzić lokatora trójki. O takiej porze?

Sprawdzam godzinę na wielkim zegarze nad drzwiami.

Druga dwadzieścia coś.

Dobrze by było, gdybym do tego czasu znalazł się już w łóżku. Zaciągam się ponownie i odkładam dziennik. Pora ruszać. Oddaję zapalniczkę i zabieram jeszcze jednego ćmika. Wytaczam się z siedziby zła z papierosem w ustach, drugim za uchem i z napiętą po seansie koszulą z przodu.

Okno.

Na końcu korytarza znajduje się spore okno. Docieram do niego z trudem, mijając zamknięte drzwi dyżurki lekarskiej. Otwieram skrzydło okienne i wpuszczam do środka płatki śniegu. Boże, jakież to piękne. Pomarańczowe niebo, światła ulic, budynki i wielka przestrzeń dzieląca mnie od ziemi. To na pewno utrudnia w jakiś sposób ucieczkę tą drogą.

Siadam na parapecie i kończę papierosa, po czym odpalam od żaru drugiego. Liczę piętra.

Dziesięć do ziemi i dwa do dachu. Spadający pet uświadamia mi, że lot na dół byłby moim rekordem przebywania w powietrzu. Dałoby się wykręcić kilka salt, kilka śrub.

Krzywiąc się, dopalam fajkę, pstrykam nią jak najdalej i zamykam okno. Czuję się przemarznięty. Dygocę i w niekontrolowany sposób szczękam zębami.

Pokój pielęgniarski kusi mnie swoją bliskością. Chyba trzeba by tam zajrzeć, skoro już powziąłem się na tak chytry plan. Podchodzę do drzwi, kładę się na ziemi i zaglądam przez szczelinę. Nocna lampka oświetla podłogę, na której znajdują się chodaki. Dwie pary obuwia lekarskiego, najprawdopodobniej przy dwóch łóżkach. Przystawiam ucho i wsłuchuję się w oddechy. Oba świadczą o głębokim śnie ich właścicieli. Doskonale. Najwyżej udam, że lunatykuję.

Mam wprawę w bezszelestnym otwieraniu drzwi, głównie dzięki własnemu ojcu. Człowiek ten odcinał mnie przez lata od świata zewnętrznego, zakazując wychodzenia, a nawet spotykania się ze znajomymi. Wtedy było to dla mnie niezwykłą udręką i robiłem naprawdę wiele rzeczy, by osłodzić sobie ten okres. Bywało, że noc za nocą uciekałem z domu, żeby spacerować po całym mieście, wspinać się na budynki czy nawiązywać kontakty z ludźmi wracającymi z imprez. Zwykle robiłem to samotnie, gdyż pomimo całego szaleństwa, jakie reprezentuje ludzkość, nie znalazłem godnego kompana. Następnego dnia zawsze odsypiałem na zajęciach, z czym wiązały się kolejne przygody. Każdy w jakiś, mniej lub bardziej pokręcony sposób, przeżywał lata swego dojrzewania. Osobiście bardzo podobał mi się mój sposób prowadzenia walki z hormonami. Na przykład moja pierwsza miłość grała całe dnie i noce w durną planszówkę przez internet i z tego, co wiem, robi to do tej pory.

Teraz mam dwadzieścia dwa lata i jestem niesamowicie wdzięczny ojcu za stworzenie warunków, w których wychował się tak ciekawy twór. Czasem zaskakuję samego siebie.

Jak w tej chwili.

Zupełnie nie dopuszczam jakiejkolwiek myśli o konsekwencjach. Skupiam się na ruchach, a gdzieś w głębi na celu. Mijam uśpione postacie, z których jedną rozpoznaję jako Magdę, a druga to starsza kobieta o ciemnych, krótkich włosach i przebiegle otwartej buzi. Martwi mnie ich ewentualna reakcja na spotkanie w swojej sypialni lunatykującego pacjenta ze wzwodem.

Bezczelnie przekładam na biurku papiery w poszukiwaniu informacji. Zatrzymuję wzrok na rozmieszczeniu pacjentów w salach. Jestem tylko ja i kolega z trójki. Szperam dalej. Wykazy leków, zabiegów. O, to ciekawe. Z półki na wprost oczu ściągam wyróżniającą się teczkę z dokumentami.

Siadam cichutko na krawędzi obrotowego krzesła, dopijam zimną kawę ze stojącej filiżanki i zagłębiam się w lekturę. Ale ohydna lura. Na twarzy mam grymas obrzydzenia. Nigdy nie przepadałem za kawą, ale ta jest wyjątkowo okropna.

Logo MM. Modern Medica. Dokumenty zawarcia umowy na współpracę na określonych zasadach... Nie zagłębiam się za bardzo, oceniwszy grubość pliku. Co mnie interesuje?

Gdzie jestem?

Klinika psychiatryczna im. kogoś na ulicy, której nie kojarzę, w sumie nic dziwnego, jako że nie znam tego miasta za dobrze. Obrzeża Poznania. Zapamiętuję informacje. Ta kondygnacja należy do Koncernu MM. Reszta to państwowa placówka.

Pozostałe dokumenty przestają mieć znaczenie, gdy spomiędzy kartek odkładanego egzemplarza wypada druk. Tabelka przedstawiająca przyjęcia z roku ubiegłego. Ośmiu przyjętych, jeden zwolniony. Mały przepływ pacjentów, ale za to duży odsetek zgonów. Siedem.

No, teraz to muszą mieć poważnego haka. Albo mnie zabić.

Przechodzi mi ochota na dalsze spacery. Zaczynam się bać. Szybko przeczesuję wzrokiem blat w poszukiwaniu odpowiedniej tabelki na bieżący rok. Powinna być na wierzchu.

Jest.

Wisi na wieszaku na tablicy korkowej. Kieruję na nią światło lampki nocnej. Dziewięć zgonów. Dwa nazwiska figurują jako obecne na tym oddziale śmierci. Jedno jest moje. Drugie to zatem koleś z trójki. Wynoszę się stąd.

Zaraz... Nie powinienem wpadać w panikę. To najgorsza rzecz, która zawsze prowadzi do tragedii. Szukam pomysłów. Zmotywowany zagrożeniem umysł przedstawia mi setki scenariuszy.

Jeden tylko zasługuje na zrealizowanie.

Na pustej kartce piszę notkę:

„Nie znalazłaś tej wiadomości. Przepraszam za bałagan na biurku i dopitą kawę. Jeśli dobrze zinterpretowałem treść dokumentów, szanse na wspólną kolację u żółtków graniczą z zerem. Jeśli ciągle ci na niej zależy, odpisz i podrzuć mi odpowiedź.”

Wsuwam karteczkę do chodaka przy łóżku Magdy. Gdy tak śpi spokojnie, odczuwam coś, czego już bardzo dawno nie doświadczyłem. Patrzę na jej delikatne usta i przechodzą mnie ciarki. Martwię się o nią, a jeśli wprowadzę ją do mojej gry, może zapłacić za to bardzo wysoką cenę.

Sięgam raz jeszcze do buta. Waham się. Czytam po raz kolejny treść wiadomości.

Trudno. Im krócej zastanawiasz się nad skomplikowaną decyzją, tym gorszy wybór i mniej czasu na działanie. Wtykam kartkę ponownie.

Przy drzwiach wzrok mój spoczywa na wiszącym w otwartej szafie uniformie lekarskim.

Przemierzam na powrót korytarz i jestem już na wysokości stróżówki. Drzwi są zamknięte. Czyli coś się tu działo w międzyczasie. To wcale nie ułatwia mi zadania. Nie próbuję zaglądać przez okienko, bo jeśli Czesiek nie śpi, to zajrzę mu głęboko w oczy. W tamtą stronę było prościej, gdyż siedział tyłem i nie niosłem takiego bagażu informacji. Teraz na dodatek przemycam lekarskie ciuchy. Na czworakach pełznę pod framugą, przy samej ścianie. I wtedy zauważam go na końcu korytarza, za przeszklonymi drzwiami oddziału. Otwiera je, a za nim czekają już trzy cienie. Dosłownie czuję, jak zamiera we mnie serce.

Czemu tak ciężko mi się poruszać? Dziwne uczucie w nowych kończynach, jakby było mi mokro od środka. To wrażenie rozchodzi się po całym ciele. Jednocześnie cisza uderza swoją głębią, a nocne jarzeniówki mrugają, raz po raz zaciemniając hol na ułamek sekundy. Widzę, jak moja ręka dotyka drzwi, a druga ląduje na klamce. Opieram się barkiem o drewnianą powierzchnię i czuję potworną ulgę, gdy ustępuje pod moim naporem. Powietrze wydostaje się przez rosnącą szczelinę i owiewa mnie wyczuwalnie. Boże, czy otwieram drzwi z taką prędkością, że zwiększyłem ciśnienie w pomieszczeniu? MUSZĘ zwolnić, bo decha wygina się, grożąc pęknięciem. Tylko jak?

Całkowicie odpuszczam nacisk i wyciągam ręce, by zwolnić pęd skrzydła. Jeśli mi się nie uda, drzwi przywalą w ścianę i narobią ładnego hałasu. Pomijając to, że pewnie zamienią się w stertę wiórów, a tynk ze ściany wyleci obłokiem na zewnątrz, tworząc napis „Nikogo tu nie ma”.

Udaje się. Przymykam je bardzo ostrożnie, żeby nie ryzykować wywaleniem ramy na korytarz. Jestem w środku.

W powietrzu unoszą się poderwane kartki w świetle migoczącego monitora, który w tej częstotliwości nie wyświetla niczego konkretnego. Uspokajam się i czas przyspiesza razem z tempem opadania stron dziennika, aż do normalnej prędkości. Ładny bałagan.

Upadam na kolana, które odmawiają posłuszeństwa. Z pomocą przychodzą ramiona, lecz przeceniwszy swoje siły, również się uginają i ląduję płasko na podłodze. Unoszę wzrok.

Na ekranie widzę, jak na oddział wkracza czteroosobowa ekipa i zatrzymuje się przy drzwiach na początku korytarza. Drzwi numer trzy. Przewracam z trudem głowę, żeby spojrzeć na zegar. Druga pięćdziesiąt pięć. Pośpieszyli się troszkę. Unosząc głowę do poprzedniej pozycji, czuję wracające powoli siły. Przetaczam się jak zwłoki i sięgam po pilot, spoczywający na fotelu. Zgaduję. Program trzeci? Nie. Czwarty.

Widzę teraz obraz z kamery w sali, do której wchodzą. Guthrie staje naprzeciwko łóżka, a jeden z mężczyzn pochyla się nad śpiącym chłopakiem trochę młodszym ode mnie. Jest też Agata, którą poznaję po rozpuszczonych włosach, gdyż stoi tyłem. Ma ten swój notes, ale w tym momencie patrzy na chłopca. W ręku tego nieznanego mi faceta pojawia się strzykawka i bez zabawy w podłączenie do wenflonu zostaje wbita w żyłę przy zgięciu łokciowym pacjenta. Ten budzi się i zupełnie nie wie, o co chodzi. Cieć stoi pod drzwiami, podczas gdy mroczny pielęgniarz powtarza czynność jeszcze dwa razy. Słyszę cichy krzyk zza drzwi. Na wyświetlaczu maszyny, nad głową ofiary, widzę wykres chaotycznie bijącego serca. Zamienia się w prostą linię.

Podrywam się do biegu, zataczam koślawo, docieram do drzwi i jak najciszej, lecz możliwie najszybciej pokonuję korytarz. To tylko piętnaście metrów, ale presja wydłuża tę drogę do ponad kilometra. Serce wali mi jak chyba jeszcze nigdy. Otwieram drzwi i prędko zamykam je za sobą. Co powinienem zrobić?

Ogarniam pokój i ładuję się do łóżka. Cały czas mam w ręku ubiór lekarski, o którym zupełnie zapomniałem, więc chowam go w tylną wnękę pracującego inkubatora. Drżącymi rękoma podłączam kroplówkę. Przez korytarz przetacza się jakby wózek, którego jedno kółko upiornie piszczy. Dochodzą do mnie dźwięki, świadczące o wywożeniu ciała. Nie wiem dokładnie, ile czasu tak leżę, nasłuchując.

*

Dla wielu ludzi istnienie czegokolwiek poza tym, czego możemy doświadczyć za pomocą zmysłów, nie ma prawa bytu. To nie do pomyślenia. Problem pojawia się, gdy z nagła zaczynamy widzieć rzeczy, których nie widzi nikt inny, albo jeśli poznamy prawdę sprzeczną z ogólnie przyjętymi dogmatami. Praktyka wykazuje, że jednostki takie są osadzane w ośrodkach, gdzie zagłusza się ich myśli za pomocą środków psychoaktywnych. To niezbyt przyjemna perspektywa dla kogoś, kto zdaje sobie sprawę ze swojej nienormalności.

Jego nie znajdą. Potrafi uciekać szybciej, niż oni biegają, a nawet jeżdżą. Żeby mieć czyste konto... wtedy życie byłoby znacznie prostsze. Przecież nie chce tego wszystkiego.

Karol spoglądał w swoje odbicie w lustrze. To, co tam widział, nie było złe. Ale, broń Boże, nie było dobre. Postać po drugiej stronie różniła się właściwie tylko ciemnymi oparami, wydobywającymi się z całej powierzchni ciała i w jakiś sposób demonizującymi oblicze chłopaka. Zawijasy, formę których przybierał opar, bardzo mu się podobały, a zwłaszcza to, że wychodziły z oczu, barków, łokci, a nie na przykład z nosa czy uszu.

– Jesteś zajebisty, Karolu.

– Wiem, stary.

– Miażdżę suty.

– Tak myślisz?

– Myślę, że tak.

Nie bójcie się. Karol tylko drażnił się ze swoim odbiciem, co nie powinno zostać odebrane jako rozdwojenie jaźni.

Na pewno jednak zostałoby tak odebrane, gdyby ktoś oprócz niego znajdował się w tym obskurnym kiblu. Karol wyszczerzył piękne kły, które na razie spoczywały dość głęboko w dziąsłach.

– Jestem zły. – Pochylił się nad umywalką. – Tylko skąd się bierze ten piekielny ból głowy? Kurw...

Nawet drobna ilość alkoholu sprawiała, że głowa wampira pękała w szwach. Ale tego wieczoru nie spożywał żadnego tego typu trunku. Spojrzał raz jeszcze w lustro. Przekrwione oczy świadczyły o bezsenności. Teraz brązowe, czasem stawały się żółte jak u dzikiego stworzenia. Zarost to dość uporczywy temat od zawsze. Najlepiej zostawiać go na parę dni, żeby zmiękł pod wpływem jego własnego zła. Stwórca obdarzył go także naprawdę niesforną kupą kłaków na głowie. Bardzo mocno kręcone, w miarę ciemne włosy nie poddawały się żadnym zabiegom kosmetycznym. Cholernie dojrzały jak na swój wiek i bardzo męski, przyciągał kociaki niczym magnes. Jeden kot uciekł właśnie z białymi plamami na sukience z tego przybytku.

To jest to. Laska musiała być czymś naszprycowana. Ależ boli. Musi bardziej uważać na przyszłość. Ściągnął z niej niewiele krwi, uprzednio zadbawszy w odpowiedni sposób, by nic nie pamiętała ani żeby nie było śladów. Nawet poskąpił hirudyny, dzięki czemu krew szybko zaschła, tworząc małe strupki. Kosztowało go to dość nieprzyjemne wrażenia smakowe. To nie ta gęstość.

Tak to już jest z ludźmi. Starasz się, a oni tak się odpłacają.

Walenie do drzwi.

– Zaraz, typie.

Raz jeszcze, tylko silniej.

– No kurwa, mówię ZARAZ.

Karol obmył nieśpiesznie dłonie, osuszył papierowym ręcznikiem i skierował kroki do wyjścia, gdy drzwi otworzyły się z hukiem, ustępując karczystemu kolesiowi w białej podkoszulce. Z siłą rozpędzonej masy kafara wampir został zgarnięty i przyciśnięty do zlewu. Pierwszy strzał zszedł nieco po kości policzkowej, przez szczękę, i przeleciał dalej. Gdy głowa Karola wróciła z wolna na miejsce, gościł na niej szczery uśmiech.

– Wygrzmociłeś mi dziewczynę, czubie! Czaisz? – Następny strzał i ohydne przekleństwa. Teraz Kary śmiał się już do rozpuku mimo zmasakrowanej twarzy.

– Z czego się cieszysz? Taki cwany jesteś?

Następny cios przeleciał przez miejsce, w którym jeszcze ułamek sekundy wcześniej znajdowała się roześmiana twarz wampira, i po przebiciu lustra zatrzymał się z trzaskiem na ścianie. W momencie, gdy zabrzmiał okrzyk bólu, stopy twardziela już przesuwały się po śliskiej powierzchni ścięte kopnięciem w golenie. Umywalka nie zatrzymała rozpędzonej pionowym pchnięciem głowy. Polała się krew.

Karol przesunął dwóch pozostających na zewnątrz pakerów, siejąc w ich umysłach strach. Po wyjściu na zewnątrz rockowa muzyka dotarła do jego uszu w znacznie wyraźniejszej formie. Postawił kołnierzyk czarnej koszuli i mrugnął do przechodzącego kociaka. Koniec czarów na dziś.

*

Budzi mnie znajoma twarz.

– Jak się czujesz? – Zaniepokojona Magda zmienia mi kroplówkę.

– Dobrze, aniele. – Spoglądam głęboko w jej seledynowe oczy. – Wiedziałem, że przybędziesz mnie uratować.

Uśmiechem potrafię załagodzić każde uderzenie werbalne. Niczym wprawny rysownik umiem rozmazać palcem grubą kreskę dla otrzymania zamierzonego efektu. Zatkało ją na moment, a ja, korzystając z tej chwili roztargnienia, kładę delikatnie na jej dłoni swoją.

– Masz zimne ręce – stwierdzam.

Dociera do mnie również, że nie powiedziałem tego tylko taktycznie, i nie wiem, czy nie powinienem się martwić. Uczucia są złe.

– Ja... jakim cudem stąd wyszedłeś? – Nachyla się, by na pewno nikt nie usłyszał.

– To nieistotne. Co się wydarzyło w nocy? Zabili tego chłopaka, no nie?

– Tak jak już wiele osób. Szukają czegoś. – Pełen napięcia romantyczny nastrój zmienia się w romantyczną konspirację, więc dla podtrzymania efektu robię przejętą minę. – Albo kogoś.

To chyba już siedzi zbyt głęboko we mnie, by mogło zostać nazwane udawaniem. Oszukiwaniem lub – co gorsza – niebyciem sobą. Pasja manipulacji ludźmi towarzyszyła mi od bardzo dawna. Problem pojawia się, gdy na kimś zaczyna mi zależeć, lecz nie potrafię przestać.

– Powiedz mi wszystko, co wiesz. – Eliminuję zabarwienie romantyzmem.

– Mają już następny obiekt. – Jest zdegustowana. – Nastolatkę poparzoną w pożarze. Widziałam tylko, jak wywożą ją z kostnicy i teraz jest już na stole operacyjnym gdzieś w podziemiach.

– Więc zbierają ludzi, których raczej ciężko poznać po śmierci. – Podsuwam jej myśl. – Jak długo to już trwa?

– Ze trzy lata będzie. Tak. Jestem pewna. Pracuję w klinice psychiatrycznej od dwóch lat.

– To co robisz na tym piętrze?

– Mamy praktyki. Tylko wybrane przez zarząd Modern Medica osoby, i to góra dwie na rok. – Przez moment spogląda mi w oczy, by znów uciec wzrokiem. – To ogromna szansa dla pielęgniarki z moim stażem. Przysięgam ci, że nie wiedziałam, co tu się dzieje, i nadal do końca nie wiem.

– Jak oni to maskują? Jako co? Badania naukowe?

– Dokładnie tak.

– Nie zgadza się tylko ilość zgonów. Odratowali mnie po to, żeby zabić? A gdzie zysk?

– Nie pytaj mnie. – Teraz patrzy mi głęboko w oczy. – Ty nie pozwolisz im się zabić? Obiecaj.

– Raczej nie obiecuję, jeśli nie mam stuprocentowej pewności.

Dobrze jest, myślę. Siedzi na haczyku jak trzeba.

– Mogę ci przysiąc – zniżam głos – że zrobię wszystko, by cię jeszcze zobaczyć, bo... nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale dobrze mi przy tobie – zmieniam tonację, minę, prędkość wymowy. – I pomijając fakt, że w mojej obecnej sytuacji marzę o większości zwykłych, przyziemnych spraw, takich jak choćby poczucie ciepła słońca, to kolacja u dżapańców jest miłą alternatywą. Nie żebym gardził jedzeniem od ciebie! – kończę optymistycznie, spoglądając na życiodajną kroplówkę, kołyszącą się na wieszaku. Żonglowanie uczuciami kobiet jest sprawą kluczową w kwestii podrywu.

No i nie chcę, żeby wyszła stąd z traumą.

Jest bardzo blisko, a ja już nie jestem ograniczony gorsetem. Przeciągam jej rękę za siebie, zbliżając jeszcze troszkę, i całuję ją w usta.

O cholera. Umie to robić, chociaż dopiero po chwili mija wyczuwalne zaskoczenie. Jej włosy rozsypują się po poduszce i mojej twarzy.

Tego nie przewidziałem. Teraz to ona ma mnie w garści, bo uzależniam się od tych ust i czuję, że bardzo będę chciał powtórzyć ten manewr...

Słyszymy otwieranie drzwi. Jej dłoń bardzo płynnie wyślizguje się z mojej i sięga po tackę na szafce nocnej, po drugiej stronie łóżka. Jest dobra. Nie patrzę na wchodzących do pokoju. Zabiorą mnie na salę zgodnie z planem. Wolę więc pożegnać się wzrokiem z tą jedyną osobą, którą wybrałem jako powierniczkę.

– Jak się ma nasz robaczek? – Doktor Piotr spogląda na mnie z uśmiechem.

Zaczyna się. Ale jestem przygotowany.

– Ten przedmiot zabił nam już wielu kandydatów. Zdajesz sobie z tego sprawę? – Jan Guthrie obserwował zza szyby uwijających się nad stołem operacyjnym lekarzy.

– To nie jest wina naszych zabiegów, dyrektorze. – Piotr skrupulatnie mył ręce środkiem odkażającym. – Wygląda na to, że to pierwiastek wybiera medium.

– Mam nadzieję, że się mylisz. Liczba opcji nam się kończy. Cieszę się natomiast, że zostali nam już tylko chorzy psychicznie. Przynajmniej ograniczymy wydatki na dawanie w łapę tym wszystkim błaznom ze służb ratowniczych. – Pociągnął łyk kawy ze swej filiżanki.

Na zaplecze wszedł pielęgniarz z maseczką higieniczną, luźno zwisającą na szyi.

– Pacjent przygotowany, doktorze.

– Całkowita narkoza, tak? – Piotr zakładał już lateksowe rękawiczki.

– Oczywiście.

– Piotrze... – Guthrie zatrzymał lekarza. – Powodzenia.

– Dziękuję. – Ten założył maskę i wyszedł na salę.

Wszyscy, którzy tu zmarli, utworzyliby ładny stos. Jan wiedział o tym, ale wyrzuty sumienia już dawno przestały go gnębić.

Dziwne uczucie. Jakby coś gdzieś drgnęło. Bardzo daleko, ale na tyle silnie, że dał się wyczuć ruch tektoniki wymiarowej.

Zatem kolejny umarł.

Zapadł się pomiędzy strefy albo został rozerwany między nimi. Gdzieś w głębi umysłu Karola, schowana tak, by nawet ktoś tak zły jak on tego przypadkiem nie znalazł, obudziła się trwoga. Na szczęście szybko zasnęła z powrotem. Etap lęku jest już daleko za nim, odkąd uciekł mordercom.

Wampir przemierzał cmentarz z fajką w kształcie żółwia w zębach. Wcale nie dlatego, żeby znaleźć się wśród swoich, to znaczy martwych. Nie dlatego również, by znaleźć bezpieczne lokum na czas wędrówki słońca ponad horyzontem. Przychodził tu bardzo często, zanim jeszcze stał się wampirem, o czym czasem marzył zresztą właśnie w tym miejscu, jak większość dorastających chłopców. By zostać drapieżcą.

To w sumie dużo powiedziane... wampir. Jeśli kiedykolwiek takie stworzenia istniały, a nie ma na to dowodów, to on jest tylko chińską podróbką. Różnica taka jak przy zestawieniu kwasu askorbinowego z owocu i syntetyku stworzonego w laboratorium i dodawanego do tabletek albo płatków kukurydzianych. Subtelna różnica, lecz merytoryczność istnienia nie do porównania. Swoją drogą, cóż za kuriozum. Człowiek odkrywa metodę projektowania genetycznego, a pierwsze jego udane dzieło to potwór. Ma wszystkie cechy doskonałego zabójcy: cholernie szybki metabolizm, brutalną siłę, nowe zmysły czy kły. Te gadżety zostały wręczone ledwie dorosłemu Karolowi i nijak znaleźć w tym wszystkim sens. Co prawda nie pozwolił nawet, żeby spróbowali na nim eksperymentować, więc sam sobie zawdzięczał tę niewiedzę.

Choć najprawdopodobniej również życie.

Nie zdołał dotąd stwierdzić, czy jest żywy, czy martwy. To chyba zależy od ustalenia definicji, zatem jeśli za wyznacznik przyjąć obecność świadomości, to należy do istot żywych. Wbrew zabobonom. Jednak nie można nie brać pod uwagę braku krążenia.

Wampiry miały ponoć czytać w myślach. Być może, gdyby żyć dostatecznie długo, można by nauczyć się interpretacji pola magnetycznego, tworzonego przez procesy myślowe. Te z kolei są dla niego wyczuwalne, jak zauważył Karol. Czy więc można by wpływać na zasadzie indukcji na pobudzenie odpowiednich ośrodków?

Ta wieczność wcale nie musi być taka nudna.

*

Otwieranie oczu, by po raz kolejny znaleźć się w tym samym pomieszczeniu, tak obrzydłym, że szkoda słów, zaliczam do codzienności. Chcę przetrzeć twarz ze śpiochów i czuję na nosie dotyk czegoś twardego, czego wcześniej na pewno nie było. Koncentruję wzrok na lewej dłoni.

Jest obwiązana bandażem, ale mam świadomość, że jej kształt został wzbogacony o jakiś stały element. Zaglądam pod opatrunek. Na samym środku dłoni znajduje się okrągły pierścień, na wylot przechodzący na drugą stronę.

Nie.

To dwa pierścienie, po obu stronach, tylko połączone w jakiś sposób pomiędzy kośćmi śródręcza. Materiał, z którego wykonane są obręcze, ma metaliczny połysk i kolor mosiądzu. Czuję wprawdzie pewną dysfunkcję ruchu palców, ale wygląd tego ustrojstwa w jakiś sposób mi to rekompensuje. Ciekaw jestem po co to. Rany są świeże, więc poprawiam opatrunek. Zaraz zlecą się piguły, bo QRS serca zmienił amplitudę. Wiedzą, że się obudziłem.

Zgodnie z przewidywaniami słyszę kroki. Za szybkie i zbyt dużo niż zwykle. Do pokoju wchodzi cały sztab medyczny, z doktorem Piotrem na czele.

– Jak się czujesz? – pada pytanie.

– Dobrze, panie doktorze.

– Siostro, proszę go osłuchać i ponownie pobrać krew do analizy.

Poddaję się zabiegom. Mija niemal cały dzień, a ja, podpięty do najrozmaitszych aparatur, wytrzymuję to, chociaż naprawdę mam wszystkiego dość. Wreszcie zostaję odtransportowany do swojej sali z jakimś stażystą, na którego zegarku dostrzegam, że jest już dziewiętnasta.

– Tej stary, nie masz czasem fajek?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.