Cięcie - Veit Etzold - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 512 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cięcie - Veit Etzold

[color=black][font=Andika]Clara Vidalis, patopsycholożka, profilerka i przede wszystkim świetna detektyw, otrzymuje kopertę z płytą CD. Na płycie znajduje się krótki, ale przerażający filmik – zamaskowany mężczyzna podcina gardło młodej, ładnej dziewczynie.[/font][/color]

[color=black][font=Andika]Kiedy udaje się zidentyfikować ofiarę, policja obstawia jej dom i Clara wchodzi do mieszkania. Nie spodziewa się, że dziewczyna nie żyje od przeszło sześciu miesięcy! Jej ciało leży zabezpieczone na łóżku, pozbawione krwi i zakonserwowane przez specyficzny gatunek robaka, który je zmumifikował.[/font][/color]

[color=black][font=Andika]Kiedy dzięki następnej wskazówce odnalezione zostaje kolejne ciało, Clara nie ma już wątpliwości, że morderca prowadzi z nią niesamowicie wyrafinowaną grę – tym razem zamordowanym jest homoseksualista, który zginął prawdopodobnie jeszcze przed pierwszą odnalezioną ofiarą.[/font][/color]

[color=black][font=Andika]W tym samym czasie Albert Torino – geniusz i wizjoner, jak sam chce siebie widzieć, lub pozbawiony skrupułów zboczeniec, jak określają go inni -rozpoczyna emisję online wyjątkowo kontrowersyjnego show, będącego połączeniem interaktywnego reality show i konkursu piękności, którego zwyciężczyni ma otrzymać nagrodę w postaci sławy i kontraktów, a wylosowani widzowie będą mogli spędzić z królową show noc całkowicie na swoich warunkach. Jak można się spodziewać, program przyciąga nieciekawych ludzi, ale cieszy się ogromną popularnością. Jednak murowana kandydatka na zwyciężczynię, pogodzona z wizją bycia nagrodą dla kogoś z widowni, znika niespodziewanie na chwilę przed finałem. Co więcej, znika również szef największego portalu internetowego z filmami.[/font][/color]

[color=black][font=Andika]Oboje wpadają w ręce mordercy, którego plan jest daleko bardziej złożony, niż można przypuszczać. Za pomocą bardzo wymyślnych tortur – starannie opisanych! – zdobywa kody dostępu do strony xenotube.com i rozpoczyna emisję swojego chorego show. Zmienia oczywiście jego zasady – teraz uczestnicy nie decydują już, kto zwycięży, lecz w jaki sposób zginie porwana dziewczyna.[/font][/color]

[color=black][font=Andika]Kiedy policjantka trafia w końcu na ślad mordercy, wpada w jego ręce i dowiaduje się, że wszystkich zbrodni dopuścił się wyłącznie po to, by wciągnąć ją w swoją grę i zwabić w pułapkę.[/font][/color]

Jasny, precyzyjny język powieści sprawia, że czytelnik dostaje gęsiej skórki. Beznamiętne opisy tortur przemawiają daleko bardziej do wyobraźni dosłownością niż nadmiar przymiotników, a powody, dla których morderca podejmuje się realizacji chorego planu, niczym lustro odbijają słabości naszych czasów. Zubożałe relacje międzyludzkie umożliwiają przeniesienie czyjegoś życia jedynie do wirtualnej rzeczywistości, podczas gdy ciało właściciela konta już dawno trawi rozkład…

Opinie o ebooku Cięcie - Veit Etzold

Fragment ebooka Cięcie - Veit Etzold
































VEIT ETZOLD

CIĘCIE


Tytuł oryginału: Final Cut

Projekt okładki: Manuela Städele

Redakcja: Jacek Ring

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Mariola Hajnus, Maria Śleszyńska

Copyright © 2012 by Bastei Lübbe GmbH & Co. KG, Köln

Zdjęcie na okładce © shutterstock/Marilyn Volan

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Miłosz Urban

ISBN 978-83-7758-731-7

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2014

Wydanie I


Gdyby dane mi było wybierać miejsce, w którym spędzę życie, wybór mój padłby na serce miasta z gnijącego mięsa i rozpadających się kości, gdyż ich bliskość wprawia mą duszę w ekstatyczne drżenie, krew dziko krąży w żyłach, a serce bije w szalonej radości – bo tylko bliskość śmierci pozwala mi żyć.

H.P. Lovecraft, Ukochani zmarli


Prolog

Numer 12! Postawił oba kanistry z ciemnoczerwoną substancją na podłodze zatęchłej piwnicy, zdjął z siebie gumowany płaszcz, zwinął go w kłębek i wrzucił w płomienie. Plastik momentalnie zajął się jasnym ogniem, a potem w akompaniamencie syku zaczął się kurczyć. Na gumowej powierzchni pojawiły się bąble roztopionego materiału, a w powietrze uniósł się gryzący, ciężki dym, który gromadził się pod wysokim sklepieniem.

Wszystko, co miał na sobie, rzucił na pożarcie płomieniom: maskę, okulary, buty.

Dwanaście ubrań.

Dwanaście ofiar.

Dwanaście istnień.

Huczało mu w głowie. Miał wrażenie, że wszystko niknie za ciemną chmurą bólu pulsującego tuż pod czaszką. Czuł pieczenie w żołądku, jakby połknął rozżarzony węgiel.

Przed sobą miał trumnę… i to, co w niej leżało. Tysiące razy spoglądał w tę stronę i za każdym razem czuł, jakby raził go prąd. Wspomnienie zdarzeń z przeszłości i tym razem podziałało jak uderzenie obuchem. Całkiem nagi padł na kolana i ogarnięty obrzydzeniem zmieszanym z rozpaczą zwymiotował cuchnącą żółcią.

Potem zupełnie się załamał. Łkając i drżąc, zwinął się w kłębek na kamiennej posadzce, a ogień w palenisku pożerał jego ubranie. Przekrwionymi oczyma spoglądał na podwyższenie z trumną, które górowało nad nim pośród migotliwego światła wypełniającego piwnicę.

Ona tam była.

Od lat.

Od wielu lat.

Stracona, lecz nie nieobecna. Ukryta, lecz nie zapomniana. Martwa, lecz pełna marzeń.

A on leżał teraz przed nią nagi na wilgotnej podłodze, pośród własnych wymiocin. Trząsł się, lecz czuł, że coś w nim wzbiera i rośnie, tak jak przed chwilą wzbierało w nim obrzydzenie i mdłości – by w końcu przełamać barierę. Ciszę lochu przerwał potworny skowyt, tak straszny, jakby wyrwał się z gardła samego diabła, kiedy Bóg strącał go w czeluści piekieł. Krzyk pełen zwierzęcego przerażenia i okropnej bezradności.

Zrobił coś, na co żaden człowiek nie miał prawa się porwać. Coś, za co będzie przeklęty; za co czeka go wieczne potępienie i ogień piekielny. Coś, czego nigdy sobie nie wybaczy.

Zabił jedyną osobę, która go kochała.

Nagle otoczyła go ciemność. Stracił przytomność.


Część pierwsza
Krew

A Twoją duszę miecz przeniknie.

(Łk. 2, 34–35)


1

– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego – wyszeptała młoda kobieta, klękając w konfesjonale. Mówiła trzęsącym się głosem, jakby walczyła ze łzami.

– Bóg niech będzie w twoim sercu, abyś skruszona wyznała swoje grzechy – powiedział kapłan spokojnym, dźwięcznym głosem. Kobieta nie mogła dokładnie zobaczyć jego twarzy zza drewnianej kratki, która oddzielała grzesznika od niosącego posługę.

Nie miała pojęcia, co sprawiało, że co roku od wielu już lat, dokładnie dwudziestego trzeciego października, przychodziła w to miejsce. Czy to wiara? Nie, z całą pewnością nie. Raczej poczucie winy, które wciąż czuła i którego chciała się pozbyć, bo przygniatało ją ciężarem trudnym do uniesienia.

Każdego roku powtarzała sobie, jak bezsensowne jest chodzenie do spowiedzi. Kto bowiem może zagwarantować, że jej grzech naprawdę zostanie odpuszczony? Że zyska przebaczenie? Syn Boży nigdy jeszcze nie dotrzymał niejasnej obietnicy wypowiedzianej ustami jakiegoś księdza, że zdejmuje jej z ramion brzemię grzechu i winy. Zazwyczaj po spowiedzi odczuwała ulgę, lecz przez bardzo krótki czas i tylko dlatego, że mogła się z kimś podzielić swoją historią. Nie miała złudzeń – koszmary senne i napady przerażenia będą ją dalej prześladować.

Próbowała właściwie wszystkiego, co możliwe: terapii grupowej, konsultacji psychologicznych, jogi, tai-chi i medytacji. Bez rezultatu. Za to spowiedź pomagała choćby na chwilę.

Z każdym rokiem poczucie winy stawało się coraz trudniejsze do zniesienia. Rosło w niej coś mrocznego, złego, coś, czego nie potrafiła jeszcze określić ani nazwać, co unosiło się w niej niczym opuchnięte, rozkładające się zwłoki topielca, które w brudnej i cuchnącej wodzie powoli, ale bezustannie wędrują ku powierzchni. To coś w jej wnętrzu rosło i stawało się coraz niebezpieczniejsze. Wiedziała, że przyjdzie czas, kiedy nie będzie mogła tego znieść i przebije pęczniejący pęcherz winy.

Nie mijało wiele czasu, a poczucie winy rosło niczym wrzód wypełniający się ropą i od nowa uciskało jej duszę.

Właśnie dlatego przyszła tu ponownie, do berlińskiej katedry Świętej Jadwigi, dokładnie dwudziestego trzeciego października, i dlatego znów klęczała na stopniu konfesjonału. To był kościół arcybiskupi archidiecezji berlińskiej; przez to miejsce przewijało się wielu księży. Zdarzało się, że spowiadał ją duchowny, który słyszał wcześniej jej opowieść. Tego, który dziś siedział po drugiej stronie kratki, widziała po raz pierwszy.

– Ostatni raz u spowiedzi byłam… rok temu. Wyznaję swoje grzechy. Wciąż nie mogę przestać myśleć… o mojej siostrze… – powiedziała, zacinając się, bo jak zawsze nie umiała zacząć. – Miała osiem lat, kiedy została porwana. Sprawca… sprawca ją zgwałcił i zamordował. I to ja jestem temu winna.

– Kiedy to się stało? – zapytał spowiednik.

– Dwadzieścia lat temu. – Dokładnie dwudziestego trzeciego października tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku, w środę. Godzina szesnasta. Wtedy po raz ostatni widziała siostrę. – Miałam ją odebrać ze szkoły… chodziła do szkoły muzycznej. Czekała na mnie, bo mi zaufała. A ja ją zawiodłam i nie przyjechałam. Przez to trafiła w łapska tego zwyrodnialca. – Zaczęła cicho płakać. – Wiele dni więził ją i gwałcił… cały czas. A na końcu – mówiła teraz zachrypniętym szeptem – na końcu ją zamordował. – Nic już nie mogło powstrzymać łez, które szerokim strumieniem popłynęły po jej policzkach. – Robił zdjęcia… ciągle robił zdjęcia… co z nią wyprawiał…

Ksiądz przez chwilę milczał. W końcu odchrząknął.

– To przerażające. Dobrze, że zdecydowałaś się z tym do mnie przyjść. – Przerwał. – Czy sprawca został ujęty?

Dziwne pytanie jak na spowiednika.

Kobieta potrząsnęła głową.

– Nie. Policja mówiła wtedy, że zrobią wszystko, co w ich mocy. Dziś jednak wiem, że nic nie zrobili. Absolutnie nic. Pili tylko kawę z automatu i gapili się na zegarki, żeby wiedzieć, która godzina i o czwartej iść do domu. A w tym samym czasie moja siostra z bólu i przerażenia odchodziła od zmysłów. Wiem, że nic nie zrobili.

– Skąd to wiesz?

– Bo sama pracuję w firmie. Tyle że ja jestem inna niż tamci nieudacznicy. Ja łapię zwyrodnialców jak morderca mojej siostry. Ja ich łapię i zabijam.

– Pracujesz w policji i zabijasz morderców?

– Zabijam seryjnych morderców. – Przełknęła głośno ślinę. – Czasem nie wiem już, czy dobrze robię, ale wtedy przypominam sobie, jak za pierwszym razem zawiodłam… To moje przeznaczenie. Ścigam te bestie… muszę je ścigać i muszę zabijać… – Nie mogła przestać płakać.

Przez kratkę konfesjonału widziała potakiwanie duchownego.

– Twoja nienawiść jest zrozumiała. Ale nie wolno śmierci zwalczać śmiercią ani przemocy przemocą. Jezus uczy nas, by innym okazywać miłość. Żeby zasłużyć na przebaczenie, trzeba nauczyć się wybaczać.

– Miałabym wybaczyć mordercy mojej siostry?

– Jemu również.

W konfesjonale zapanowała długa cisza. Przebaczyć temu zboczeńcowi? Temu gwałcicielowi? Temu mordercy? Nie, nie ma mowy. Nienawiść, którą do niego odczuwała, nie miała końca. Pragnęła rozerwać go na kawałki, wycisnąć z niego krew do ostatniej kropli, a pozostałości rozdeptać na miazgę, aż nic z niego nie zostanie – nic poza czerwoną plamą w błocie.

Poczekała, aż ustąpi targające nią wzburzenie.

– Co się dzieje z mordercami po śmierci? – zapytała w końcu. – Jak ojciec sądzi?

Duchowny złożył dłonie.

– Odebranie komuś życia oznacza złamanie piątego przykazania. To grzech śmiertelny. Jeśli taki ktoś się nie wyspowiada i nie będzie szczerze żałował za grzechy, czeka go wieczne potępienie.

– Czyli piekło – powiedziała. Przełknęła ślinę i wierzchem dłoni otarła łzy. – Nie zaznam spokoju, dopóki osobiście go tam nie wyprawię. Czy będzie cierpiał?

– Na początku dwudziestego wieku w Fatimie Matka Boska objawiła się kilkorgu dzieciom i przekazała im tajemnicę, jaką była wizja piekła. – Spowiednik zacytował ją z pamięci: – „Postacie były wyrzucane z wielką siłą wysoko wewnątrz płomieni i spadały ze wszystkich stron, jak iskry podczas wielkiego pożaru, lekkie jak puch, bez ciężaru i równowagi wśród przeraźliwych krzyków, wycia i bólu rozpaczy wywołujących dreszcz zgrozy”.

– Brzmi odpowiednio – powiedziała kobieta. – Na nic lepszego nie zasłużył.

– Nie powinnaś tak myśleć – skarcił ją ksiądz. – To też grzech. A piekło rzeczywiście oznacza wieczne potępienie i męki. Żaden chrześcijanin nie powinien życzyć bliźniemu, by tam trafił.

– Mam nadzieję, że żywcem ściągną tam z niego skórę, potem go wykastrują i poćwiartują. Szczerze mu życzę, żeby do końca wieczności cierpiał najgorsze katusze! – wysyczała i zacisnęła pięści. – I mam gdzieś, czy sama za to też trafię do piekła.

– Jak masz na imię?

– Clara.

– Claro, z tego, co słyszę, wciąż jeszcze cierpisz po stracie, a nienawiść zatruwa twoją duszę. – Duchowny nakreślił w powietrzu znak krzyża. – Jednak Bóg Ojciec w swojej nieskończonej dobroci zesłał na świat Jezusa Chrystusa, by odkupił ludzkie winy. – Spojrzał na Clarę. Mimo gęstej kratki, która ich dzieliła, kobieta dostrzegła w jego oczach błysk współczucia, kiedy wypowiadał formułkę odpuszczenia grzechów. – Bóg, Ojciec Miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna, i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam ci grzechy, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

– Amen.

Ksiądz powtórnie nakreślił znak krzyża.

– Pójdź do kaplicy i zmów Zdrowaś Mario przez obliczem Najświętszej Panny. Postaraj się wyzbyć się z serca zgorzknienia. Matka Boska wstawi się za tobą. – Spojrzał na nią. – Ja również będę się za ciebie modlił.

Clara chciała się podnieść z klęcznika.

– Czy warto męczyć się dla mnie?

– Każdy ma szansę naprawić swoje błędy – odparł ksiądz. – Nie mogę zostawić zagubionej duszy samej sobie. Będę pamiętał o tobie w modlitwie. A Chrystus ci wszystko wybaczy.

– To dobrze – odparła Clara. – Bo jeśli kiedykolwiek spotkam sprawcę, ja mu na pewno nie wybaczę. – Duchowny przyjrzał się jej uważnie. – Zabiję go.

Clara Vidalis, nadkomisarz w wydziale zabójstw Krajowej Policji Kryminalnej, ekspertka sądowa i psychopatolog, wstała z klęcznika i szybko wyszła z konfesjonału, zanim łzy ścisnęły jej gardło.


1

Numer trzynaście należał już do historii.

Jasmin była martwa i została odnaleziona. Wysłał Clarze płytę CD, a potem napisał jeszcze e-mail. Dopiero teraz zacznie się robić ciekawie. Jak zareaguje? Przestraszy ją? Zrobi na niej wrażenie? Wstrząśnie? Czy w ogóle zrozumie, dlaczego wybrał właśnie ją, czy będzie musiał wytłumaczyć to jeszcze jaśniej?

Wiadomość wysłał, stojąc na parkingu przed jedną z kawiarni obok lotniska Schönefeld. Skorzystał z niezabezpieczonej hasłem sieci WLAN, a potem natychmiast przerwał połączenie, zamknął laptopa i odjechał na pełnym gazie. Wiedział, jak szybko policja potrafiła namierzyć numer IP, kiedy jej na tym zależało. Dlatego wysyłanie czegokolwiek e-mailem zawsze wiązało się z ryzykiem. W mgnieniu oka można było ustalić sieć, z którą się łączył, sprawdzić adres i zwrócić uwagę na samochód, który gwałtownie stamtąd odjechał. Jednak żeby skutecznie śledzić samochód w takim ruchu, trzeba by użyć helikoptera. Tymczasem w pobliżu lotniska było to zabronione ze względu na korytarze podejścia do lądowania.

Wskazówka prędkościomierza zatrzymała się na stu kilometrach na godzinę. Wystarczająco szybko, żeby opuścić niebezpieczny teren, ale też dość wolno, żeby nie zwracać na siebie uwagi policji i nie dać im powodu do zatrzymania za wykroczenie drogowe. Patrzył, jak asfalt znika za samochodem, przy akompaniamencie szumu opon; zupełnie jakby jego wóz pożerał autostradę. Miał na dłoniach czarne rękawiczki, a na siedzeniu pasażera leżał zamknięty laptop.

Własność Jakoba Kürtena.

Dziesięć minut później był już w domu, w wielkiej piwnicy, gdzie stała trumna, a w niej była ona. Leżała tam od lat. Od dziesięcioleci.

Płomienie momentalnie otoczyły obudowę laptopa Jakoba Kürtena i zachłannie zaczęły pożerać płytę główną, przewody i podzespoły, które z głośnym sykiem pokrywały się fałdami i topiły. Przed wrzuceniem komputera w palenisko wielkiego kominka obficie polał go benzyną. Zwyczajny ogień nie mógł spalić ludzkiego ciała do tego stopnia, by nie było możliwe przeprowadzenie analizy DNA. To dało się wykonać jedynie w krematorium, gdzie zwłoki przez dwie godziny pozostawały w temperaturze ponad ośmiuset stopni Celsjusza. Lecz normalny ogień radził sobie bez najmniejszych problemów z przekształceniem laptopa w kupkę posklejanego plastikiem popiołu, z którego nawet najzdolniejszy ekspert informatyk nie potrafiłby niczego odczytać. Kiedy ogień zgaśnie, porozbija młotkiem pozlepiane części, a powstały drobny pył rozrzuci na dworze, na wietrze. Jakob Kürten żył w tym komputerze. To w nim tworzył i opisywał swoje fantazje, umawiał się na schadzki i rozsyłał swoje obsceniczne zdjęcia.

Aż w końcu trafił na największą podnietę swojego życia.

Trafił na niego.

Na Bezimiennego.

To on go zabił i wypatroszył, wykrwawił ciało, a duszę, która żyła zamknięta w laptopie, spalił i rozkruszył na pył.

Lecz Jakob Kürten nie był pierwszy. I nie był też ostatni.

On, Bezimienny, pożerał dusze uwięzione w cyfrowym świecie. Był niczym demon, mogący opętać człowieka i zmusić go do działania, na które by się normalnie nie zdecydował. Bezimienny przejmował osobowość opętanego, by zmusić go do wykonywania swojej woli. Sprawiał, że zmarli dalej żyli, i w ich imieniu realizował swój wielki plan.

Spojrzał na podwyższenie, na którym spoczywała.

Następnie otworzył walizkę leżącą na dużym stole po drugiej stronie pomieszczenia, naprzeciwko kominka – za wielkim terminalem komputerowym zajmującym znaczną część ściany. Walizka skrywała wyposażenie potrzebne do przeprowadzenia kolejnego polowania. Znajdowało się tam lateksowe ubranie, maska, okulary, rękawiczki i pozostałe skalpele zamówione przez Jakoba Kürtena. Obok stały dwa plastikowe kanisterki na krew i woreczki strunowe na narządy wewnętrzne.

Spojrzał na kilka wydruków przedstawiających zdjęcia młodych, atrakcyjnych mężczyzn. Obok każdej kartki stał komputer i dokument osoby, której fotografia znajdowała się na kartce. Do tego karta bankomatowa, karta kredytowa, login i hasło do konta na Facebooku, klucze do mieszkania i kluczyki do samochodu, i umowa wynajmu mieszkania. To były jego nowe wcielenia. Podając się za nich, polował na kobiety, swoje przyszłe ofiary.

Usta mordercy wykrzywiły się w lodowatym uśmiechu.

– Kim dzisiaj zostanę? – mruknął do siebie i przesunął dłonią po kartkach.

Po trzech minutach podjął decyzję. Jeszcze raz spojrzał na podwyższenie z katafalkiem, potem na kominek, gdzie leżała bezkształtna, pozbawiona koloru grudka, która wcześniej była laptopem Jakoba Kürtena. Następnie podszedł do własnego komputera pod szczytową ścianą piwnicznej izby i wpisał adres jednej ze stron internetowych.

Dategate.

Pomieszczenie wypełnił jego głos, jasny i donośny, jakby intonował modlitwę:

– Czas na numer czternaście.


1

Pokój, w którym się obudziła, był biały. Miał białą podłogę, białe ściany, białe żaluzje w oknach i białe meble. Momentalnie zdała sobie sprawę, że to szpital.

Jak tu trafiłam? – pomyślała.

Przesunęła wzrokiem po białej pościeli i zatrzymała spojrzenie na monitorze EKG, który pokazywał rytm jej serca. Po chwili odwróciła głowę w stronę okna, za którym rósł potężny dąb i jedną z gałęzi uderzał w szybę, targany jesiennym wiatrem. Clara pomyślała, że wygląda jak dobroduszny olbrzym pukający palcem w okno.

Sądząc po tym, co widać na dworze, było późne popołudnie. Co się stało? Wczoraj wieczorem pojechała do Instytutu Medycyny Sądowej, potem wróciła do biura i…

Zadrżała, bo wspomnienie dalszych wydarzeń było niczym uderzenie obuchem w głowę.

E-mail od Bezimiennego.

Zdjęcie Inga M., spalonego i przypiętego do krzesła.

Fotografia nagrobka siostry.

Clara czuła się wyczerpana, jakby w jednej chwili straciła całą energię, całą wiarę w ludzi i zaufanie. Morderca pozbawił życia zabójcę jej młodszej siostry. Dopełnił zemsty, którą ona, Clara, poprzysięgła zwyrodnialcowi. I teraz ten śmieć, który zamordował jej młodszą siostrzyczkę, pojawił się tylko na chwilę, by zniknąć w krainie cieni, zanim miała możliwość go dopaść. A Claudia nie spoczywała w grobie, który Clara tak często odwiedzała i przy którym przelała morze łez. Nie wiedziała, co się stało z ciałem siostry.

Zobaczyła nagrobek. Na zdjęciu, które morderca znalazł najpewniej na twardym dysku laptopa Inga M.

Co stało się potem? Czyżby straciła przytomność? Przyszło załamanie?

Clara była pewna, że w szpitalu podali jej środki uspokajające, lecz mimo to czuła się całkowicie przytomna. Nie zastanawiając się wiele, nacisnęła czerwony guzik przy łóżku i usiadła.

Po krótkiej chwili do pokoju zajrzała pielęgniarka.

– Pani Claro, dzień dobry, dobrze, że się pani obudziła – przywitała ją siostra.

– Dobry, dobry… – Clara rozejrzała się po łóżku i szafce obok. – Muszę natychmiast zatelefonować. Gdzie jest moja komórka?

– Wczoraj wieczorem trafiła pani do nas nieprzytomna, z zaburzeniami rytmu serca. Przez pół godziny leżała pani bez świadomości. Potem na krótko się pani obudziła, żeby prawie natychmiast usnąć – wyjaśniła pielęgniarka z burzą złotych loków. Podeszła bliżej i spojrzała na zegarek. – Spała pani jedenaście godzin, jeśli chodzi o dokładność. Zostanie pani na weekend na obserwacji.

Zatem była sobota, jeśli dobrze zrozumiała.

Clara przypomniała sobie o Bezimiennym. Morderca na pewno nie zrobi sobie kilku dni wolnego tylko dlatego, że ona musiała zostać w szpitalu.

Spuściła nogi na podłogę i odczepiła przewody biegnące do czujników EKG, a potem wstała… i niemal straciła równowagę. Siostra natychmiast złapała ją pod ramiona i pomogła wrócić na łóżko.

– Niechże się pani nie wygłupia, mówiłam przecież, że powinna pani leżeć – upomniała ją zdecydowanie. – Teraz najważniejszy jest odpoczynek.

– Ja najlepiej pracuję w stresie – odparła Clara i rozejrzała się. – Ale dobrze. Tylko niech pani zadzwoni do Winterfelda z policji kryminalnej. On wie, że tu jestem, prawda?

– Był już nawet u pani, ale akurat pani spała – odparła siostra. – Przyszedł razem z doktorem Martinem Friedrichem. – Przerwała na chwilę. – Może pani przyjmować gości, ale nie na długo. I bardzo proszę się nie denerwować. Nie chcemy przecież, żeby znowu coś się pani stało, prawda?

– Coś mi się stanie, jeśli zaraz nie porozmawiam z Winterfeldem – mruknęła Clara. – Wiem, że chce pani jak najlepiej, ale bardzo proszę zaraz do niego zadzwonić albo oddać mi komórkę.

Pielęgniarka westchnęła, podeszła do szafki i z torebki policjantki wyjęła telefon.

– Proszę – powiedziała z wyrzutem. – Może pani telefonować ze świetlicy dla gości. Zaprowadzę panią.


2

Internet to szczelnie oplatająca świat sieć teleinformatyczna, umożliwiająca komunikację między wszystkimi ludźmi na naszej planecie, oferująca błyskawiczny transfer danych i zmniejszająca ogromne odległości do rozmiarów komputerowego chipa. Ludzie przestali ze sobą rozmawiać, zastępując pogawędkę logowaniem się na kolejne strony WWW. Spotkania twarzą w twarz zastąpili zwodzeniem innych w portalach społecznościowych. Wystawiają się na działanie podniet, które pobudzają te same obszary mózgu co nikotyna i kokaina. Elektroniczne narkotyki. Do odbiorców dociera sześćdziesiąt miliardów e-maili dziennie; cyfrowa kakofonia komunikacyjna, która kawałek po kawałku przenosi realne życie w nierealny świat zbudowany z bitów i bajtów.

Pierwsze komputery obsługiwało się topornymi przyciskami, lecz to już przeszłość, ponieważ dzisiejsze iPhone’y i iPady domagają się czułego dotyku niczym zazdrosna i wyjątkowo zaborcza kochanka.

I jak każde niebo ma swoje piekło, tak internet również dorobił się swojej ciemnej strony, zamieszkanej przez z pozoru tylko oświeconych i nowoczesnych ludzi.

Gdyż internet to nie tylko najpotężniejsze medium komunikacyjne i najobszerniejsza skarbnica wiedzy. Internet to również największe na świecie miejsce zbrodni. Można znaleźć tu wszystko – od dziecięcej pornografii aż po brutalne do granic filmiki – niektóre prawdziwe, a niektóre zagrane – od instrukcji jak popełnić samobójstwo, do dokładnych informacji jak skonstruować bombę; od nagranych bójek ulicznych przez zdjęcia i filmy ze śmiertelnych wypadków i katastrof, aż po nieprzebrane ilości fotek z imprez, na których pijane dzieciaki leżą pośród własnych ekskrementów. Wszystko to dostępne dla wszystkich i widoczne dla całego świata czyni z internetu współczesny pręgierz i targowisko obsceniczności, wynaturzeń i zboczeń; równoległy świat pozbawiony zasad, gdzie każda żądza, każde chore pragnienie, najobrzydliwsze fantazje i najbardziej przerażające wizje mogą zostać zaspokojone i zrealizowane.

Strona internetowa giftgiver.de należała do takich właśnie miejsc. W kręgach osób homoseksualnych preferujących stosunki SM, określenie gift giver lub „darczyńca” odnosi się do mężczyzny, który w trakcie stosunku analnego bez zabezpieczenia celowo zaraża partnera wirusem HIV. Nosicielstwo, przekazywanie wirusa dalej i zarażanie innych – z punktu widzenia prawa to przestępstwo – pośród gift giverów, „darczyńców”, postrzegane są jako zasługa i powód do chwały. Perwersyjna równia pochyła, w której zakażenie rozprzestrzenia się coraz dalej i dalej, nie oszczędzając nikogo.

Jakob był jednym z członków tej społeczności, który dzień w dzień opisywał na stronie giftgiver.de swoje dziwaczne fantazje, nawiązywał kontakty z innymi użytkownikami, umawiał się na orgie seksualne i szybkie spotkania na mało uczęszczanych parkingach. Jakob od bardzo dawna zdawał sobie sprawę ze swoich preferencji i ochoczo zaspokajał własne pragnienia. Gdzieś po drodze, w trakcie seksu analnego bez zabezpieczenia, pewnie podczas imprezy czy w darkroomie, został zakażony wirusem HIV. Od tamtego czasu został gift giverem, człowiekiem, który z nosiciela staje się równie niebezpiecznym jak sam wirus narzędziem jego rozprzestrzeniania.

Poza tym Jakob był „subem” albo, inaczej mówiąc, „bot tomem” – czyli w trakcie stosunku stroną pasywną. Lubił być poniżany, dręczony i wykorzystywany. Zazwyczaj odgrywał rolę „kobiety”, w orgiach zaspokajał wszystkich ustami, dawał się bić, wiązać i opluwać. Podniecało go, kiedy pozostali oddawali na niego mocz. Reszta uczestników takich orgii określała się mianem „nominatów”, „domów” albo „topów”.

Jednak po pewnym czasie i to przestało mu wystarczać. Kiedy zrealizował najróżniejsze sadomasochistyczne fantazje, zdecydował, że chce pójść jeszcze dalej i sprawdzić, czy znajdzie granice: chciał być związany i cięty skalpelem. Jakob nie miał pojęcia, czy ta fantazja była w nim od zawsze, ukryta gdzieś w podświadomości niczym prześladujący go demon, czy może zrodziło ją niemal codzienne obcowanie z piekłem stron sadomasochistycznych, pełnych najprzeróżniejszych podniet.

W końcu odważył się i na stronie giftgiver.de zamieścił następujące ogłoszenie:

Chętny, uległy, 31, 182, 78. Wygolony, szczupły. Wacek 17/5. Szuka atrakcyjnego doma. Tortury, np. nóż? Robię wszystko, bez zahamowań itd. Napisz do mnie.

Jeszcze tego samego dnia czekała na niego odpowiedź.

Dom, 39, 191, 90. Przypnij się kajdankami do łóżka, a ja zajmę się skalpelem. Zamów je na stronie w załączniku. Co sądzisz o mojej fotce?

Nieznajomy przysłał Jakobowi zdjęcie, które pokazywało jedynie jego wysportowane ciało, bo twarz ukrył pod czarną maską. Jednak umięśniona klatka piersiowa wystarczająco przypadła Jakobowi do gustu. Poza tym do e-maila dołączył wypełniony formularz, dzięki któremu Jakob mógł podać się za lekarza albo osobę związaną z branżą medyczną i zrobić zakupy na stronie z narzędziami chirurgicznymi. Po chwili zastanowienia wybrał kilka jednorazowych skalpeli z zieloną rączką.

Kiedy podał adres do wysyłki, numer karty kredytowej i kliknął potwierdzenie zamówienia, poczuł, jak wypełnia go mieszanina strachu i podniecenia. Co będzie, jeśli nieznajomy przekroczy granicę? W końcu będzie przypięty do łóżka i bezbronny, zdany na łaskę nieznajomego. Najdziwniejsze, że ta myśl zalała go kolejną falą podniecenia.

Po czterech dniach otrzymał przesyłkę. Natychmiast odpisał na ostatni e-mail.

Skalpele są już u mnie. Kiedy wpadniesz?

Błyskawicznie otrzymał odpowiedź.

Będę za pół godziny. Nie zamykaj drzwi na zamek, żebym mógł wejść. Przypnij się kajdankami do łóżka. Resztą zajmę się ja. Zrób sobie zdjęcie i wyślij mi na skrzynkę, żebym miał pewność, że wszystko zrobiłeś zgodnie z instrukcjami.

Jakob zrobił sobie zdjęcie i wysłał je e-mailem na adres, który dostał od nieznajomego.

Po kilku minutach był gotów. Drzwi do domu nie były zamknięte, skalpele czekały obok łóżka, a on leżał przypięty za rękę.

Pozostało tylko czekać.

W końcu usłyszał czyjeś kroki.

Poczuł, jak ogarnia go jednocześnie podniecenie, żądza i strach.


2

Popiół niedopałka był niemal długości palca, a jednak nie odpadał. Zgodnie z prawami fizyki już dawno powinien spaść, a mimo to wciąż trzymał się papierosa. Zaskakujący widok przypomniał Clarze o pewnym człowieku, który kilka lat wcześniej utknął w płonącym samochodzie. Mimo że palił się razem z nim, nie tracił świadomości. Ani gorąco, ani tlenek węgla nie pozbawiły go przytomności. Płonął żywcem razem z pojazdem. Strażacy przybyli na miejsce sporo po zgłoszeniu; zbyt późno, żeby go uratować. Na dodatek drzwi auta były zakleszczone i nie dało się ich otworzyć. Mężczyzna powinien być już od dawna martwy, a jednak kurczowo trzymał się życia. Podobnie było z popiołem spalonego tytoniu, który nie spadał, choć powinien, by zadość się stało prawom fizyki.

Minęła północ. Clara siedziała na kanapie w salonie swojego mieszkania, w jednej dłoni trzymała szklankę whisky, a w drugiej papierosa i pustym wzrokiem wpatrywała się gdzieś przed siebie.

Przed dwoma laty skończyła z nałogiem. Czyżby teraz znów miała zacząć palić? Tylko dlatego, że dostała dziwne e-maile? Że przerażający, bezduszny i pozbawiony twarzy morderca uwziął się akurat na nią? Właściwie to czego mógł od niej chcieć? Może usiłował zrobić na niej wrażenie? Coś udowodnić? Podniecało go to? Udowodnić sobie, jaki to okrutny i nieustraszony z niego zabójca? A może… może chciał ją na coś przygotować? Na to, co dopiero miało nadejść? Na to, że ona była jego następnym celem? Chciał jej przekazać, że dopadnie ją mimo policjnej ochrony?

Postanowiła, że następnego dnia musi porozmawiać z MacDeathem, który został jednak w Berlinie. Musiała wiedzieć, jakie motywy kierowały tym psychopatą. Jednak przede wszystkim musiała ustalić, co sama teraz przeżywa. Bo na razie nie miała pojęcia. Wiedziała jedynie, że siedzi w swoim salonie, pije, pali i patrzy nieruchomo gdzieś przed siebie, a morderca grasuje na wolności i najprawdopodobniej ma już upatrzoną kolejną ofiarę.

Ten morderca był wyjątkowo inteligentny, bardzo niebezpieczny i nadludzko cierpliwy. Wiedział znacznie więcej o śledczych, niż śledczy domyślali się na jego temat. Miał podłączone kamery sieciowe w mieszkaniach Jasmin i Jakoba i w obu przypadkach nagrał wejście policjantów i zabezpieczanie miejsca znalezienia zwłok. Ośmieszał ich. W kuchni Jakoba Kürtena zamontował czasowy włącznik lamp, żeby światło codziennie zapalało się i gasło, a sąsiedzi myśleli, że spokojny Jakob siedzi sobie w domu i nic mu nie jest.

Morderca był jak wirus. Przybrał postać atrakcyjnego mężczyzny, który od dawna nie żył, zdobył zaufanie młodej, pięknej kobiety i pozbawił ją życia. Tylko dlaczego? Napisał, że jej śmierć to uświęcona ofiara dla społeczeństwa? Czy mogły kierować nim względy religijne? Mordy, które popełniał, były rytualne? A może tylko używał takiego języka, żeby nadać swemu dziełu pozory doniosłości? Chciał być ważny? A może to zwykły psychopata, choć bez wątpienia cholernie niebezpieczny?

E-mail został ponownie wysłany z niezabezpieczonej sieci WLAN kawiarni. Caffee Inn przy lotnisku Schönefeld, jak szybko ustalił dział IT. Tylko jak znaleźć kogoś, o kim nie wiadomo nawet, jak wygląda? Równie dobrze można było się porywać na sprawdzanie wszystkich mężczyzn zarejestrowanych na portalach randkowych, wzywać ich na komisariaty i przesłuchiwać. Setki tysięcy przypadkowych osób. A pośród nich morderca, niczym bohater Człowieka pośród tłumu Edgara Allana Poego.

Człowiek pośród tłumu. Samotny, ale nie sam. Nie może być sam, bo tłum jest jego kamuflażem. Jego kryjówką. Bo z anonimowego tłumu łatwo uderzyć, by zaraz cofnąć się i zniknąć pośród do siebie podobnych.

Clara drgnęła, bo słupek popiołu z papierosa ułamał się przy filtrze i spadł na ziemię, tworząc mały szary pagórek. Sięgnęła po paczkę lucky strike’ów, którą kupiła w sklepie nocnym na Schönhauser Allee, zapaliła kolejnego papierosa, zaciągnęła się, odchyliła głowę i wypuściła dym w stronę sufitu. Mleczna chmura wznosiła się w kierunku lampy, tworząc na ścianach pokoju oświetlonego dwiema świeczkami dziwaczne cienie, symetryczne i jednocześnie bezkształtne.

Niedługo będę mogła chodzić palić „na zewnątrz” ramię w ramię z Winterfeldem, pomyślała. Kolejny niedobry nałóg, nie wiedziała nawet, czy nie gorszy niż picie.

Odchyliła się na oparcie. Co było lepsze, palenie czy picie? Po kilku minutach rozważań doszła do wniosku, że palenie było w jakiś sposób uczciwsze i wyraźniej oddawało marnotę ludzkiej egzystencji. W świecie, który upadł tak nisko jak nasz, pomyślała, to nasza ofiara całopalna, która z unoszącym się dymem zabiera troski i strach – a potem znów zostajemy sami. Papierosy się wypalały i zostawał tylko niedopałek, który się zadeptywało. Za to butelki po piwie trafiały do skrzynek, zwracało się je do sklepu, stamtąd odbierał je wytwórca, trafiały do czyszczenia i z powrotem do rozlewni.

Upiła łyk whisky i rozkoszowała się mocnym smakiem szkockiej, który mieszał się z szorstką wonią palonego tytoniu. Ludzie są jak papierosy, przyszło jej do głowy. Emocje potrafią ich rozpalić, a nadzieje i obietnice podtrzymują żar. A potem są wypaleni. Zdeptani i porzuceni. Świat to nic innego jak gigantyczna przepełniona popielniczka.

Kiedy to sobie wyobraziła, nie potrafiła powstrzymać śmiechu. Jednak natychmiast spoważniała: śmiech brzmi idiotycznie, kiedy człowiek śmieje się sam.


2

Winterfeld przeczesał dłonią włosy i usiadł wygodniej na krześle stojącym przy łóżku Clary. Potem rozejrzał się i westchnął.

– Tutaj nigdzie nie wolno palić – powiedział. – Niech im będzie, zrobią mi krótkotrwałą terapię odwykową. – Spojrzał na podwładną. – Jak się pani czuje? Lepiej?

– Szczerze? – odparła Clara. – Nic a nic.

Winterfeld opowiedział jej, co się wydarzyło poprzedniego wieczoru. Znalazł ją MacDeath. Leżała obok biurka, we własnych wymiocinach. Wcześniej przez jakiś czas usiłował się do niej dodzwonić, ale nie odbierała telefonu. Kiedy wszedł do biura, miała włączony komputer i otwarty odtwarzacz multimedialny. MacDeath sprawdził jej tętno, ułożył w pozycji bocznej ustalonej i wezwał pogotowie. Kiedy znalazła się pod opieką lekarza, obejrzeli z Winterfeldem przesłany plik. Stąd wiedzieli, co Bezimienny jej pokazał. Wiedzieli też, że Clara była tak samo jego ofiarą, jak pozostałe kobiety. Nie uprowadził jej, nie torturował i nie zamordował. Ale zadał gwałt jej duszy.

– Czyli wie pan, co powiedział o mojej siostrze, prawda? – zapytała. – Że nie leży w swoim grobie?

Winterfeld nie od razu odpowiedział. Po kilku sekundach kiwnął głową.

– Sprawa Inga M. została ponownie otwarta. Jeśli rzeczywiście wykorzystał Bezimiennego, kiedy ten był dzieckiem, być może uda nam się znaleźć w końcu jakiś punkt zaczepienia. – Zacisnął pięść. – Kiedy trafiliśmy na zwłoki Inga, nie udało się zabezpieczyć żadnych śladów. Pomieszczenie w bunkrze zostało doszczętnie spalone, a ogień zniszczył wszystko, co dałoby się wykorzystać. Płomienie zgasły, dopiero kiedy skończył się gaz w butli. – Potarł niespokojnie dłonie. – Co ciekawe, nie znaleźliśmy resztek komputera, ani nawet dysku twardego, na którym mógł zapisywać swoje zdjęcia. Przyjęliśmy, że morderca zabrał go ze sobą.

Clara wyjrzała przez okno, na gałęzie potężnego dębu. Ingo M. wykorzystywał dzieci. Chłopców i dziewczynki. Kiedy przestało mu to wystarczać, wykorzystywał zwłoki. Klasyczna teoria gumki recepturki z psychopatologii. Jeśli za bardzo się ją napnie, w którymś miejscu ulegnie rozciągnięciu i nie wróci już do poprzedniego kształtu. Ułomna ludzka dusza zachowuje się podobnie. Początki są z pozoru niewinne. Zaczyna się od sekstelefonów czy wizyt w agencjach towarzyskich. Po pewnym czasie to już nie wystarcza. Wtedy pojawia się sadomasochizm, dzieci, fekalia, tortury i mordowanie – a na końcu nekrofilia, seks ze zwłokami.

Winterfeld najwyraźniej chciał jak najszybciej zakończyć ten temat, żeby jej nie denerwować, lecz Clara nie popuszczała.

– Rozumie pan? To moja siostra! I jej grób! Żądam przeprowadzenia ekshumacji!

Policjant pokiwał głową.

– I bez pani wniosku zostałaby przeprowadzona. Jednak czy na pewno chce pani poznać jej wynik? Chce pani sobie to zrobić?

– Nie, nie chcę sobie niczego zrobić. Ja MUSZĘ to zrobić! – Wstała i spróbowała przejść kilka kroków. Poszło jej znacznie lepiej niż poprzednio, ale i tak bez podparcia przewróciłaby się na podłogę. – Brak pewności, że ona leży w swoim grobie, jest dla mnie nie do zniesienia. – Zrobiła kilka kolejnych kroków. – Muszę stąd jak najszybciej wyjść – oznajmiła. – Muszę go znaleźć. I przede wszystkim trzeba ustalić, kim był ten cały Ingo M.! To przez niego wstąpiłam do policji i przez niego od dwudziestu lat żyję z nieustannym poczuciem winy. I nagle się pojawia. Wczoraj. Martwy. A kto go zabił? Inny psychopata, którego akurat ścigamy. – Spojrzała na przełożonego. – Muszę dowiedzieć się czegoś więcej, bo zwariuję!

Winterfeld potaknął.

– Zgoda, ale jest jeden problem, senora. – Spojrzał w stronę okna i zatrzymał wzrok na rozkołysanych gałęziach dębu, które bezustannie stukały w szybę. – Bellmann zna całą sprawę. A wie pani, jaki z niego formalista. – Policjant uniósł dłonie i palcem wskazującym jednej zaczął wyliczać na palcach drugiej. – Po pierwsze, jest pani chwilowo niezdolna do pracy. Po drugie – uniósł kolejny palec – z prasą musimy obchodzić się jak ze śmierdzącym jajkiem, a po trzecie – zrobił krótką przerwę – po trzecie można chyba założyć, że to wideo wpłynie na pani obiektywność i zdolność do racjonalnego myślenia. Morderca bardzo panią zranił. Tak że przeżyła pani silne załamanie nerwowe i wylądowała w szpitalu. – Złożył dłonie przed sobą. – Po czymś takim nikt nie będzie oczekiwał racjonalnego zachowania od pani jako osoby prowadzącej śledztwo. A już na pewno prasa wykorzysta taki kąsek, jeśli go dorwie. Nie wątpię, że dowiedzą się wszystkiego, bo w tej sprawie już depczą nam po piętach. Ja w każdym razie mam co kilka minut jakiś telefon od dziennikarzy.

– Ale to przecież nie jest moja wina – powiedziała Clara. – Nie prosiłam tego psychola, żeby cokolwiek mi wysyłał. A że zachowałam się tak, jak się zachowałam, to chyba całkiem zrozumiałe. – Po policzkach pociekły jej łzy. W tym momencie uświadomiła sobie, że tak samo Winterfeld nie ponosi winy za nic, co się stanie z nią i śledztwem. I Bellmann w sumie też niewiele mógł zrobić.

– Wszystko to prawda. – Winterfeld kiwnął głową. Chwycił ją za rękę i ścisnął, znów jak dobrotliwy mistrz przekazujący wiedzę uczniowi. – Poza tym jestem ostatnią osobą, która uważałaby osobistą fiksację na punkcie poszukiwanego za błąd. Bo chce go pani złapać, prawda? – Nachylił się lekko. – Za wszelką cenę?

Clara spoglądała gdzieś przed siebie, a oczyma wyobraźni znów oglądała film przesłany przez mordercę.

– Za wszelką cenę.

Przez jakiś czas w pokoju panowała cisza.

– Czy poza tym coś się wydarzyło? – zapytała. – To znaczy, czy morderca zrobił coś jeszcze, o czym wiemy?

Winterfeld poprawił krawat, a potem potrząsnął głową.

– Nie, w tej chwili panuje cisza. Ale obawiam się, że ona nie zwiastuje spokoju. Taka cisza przed burzą.

– Burza się zacznie. Ludzie będą umierać, a ja będę leżała w szpitalu.

Winterfeld westchnął.

– Szpital nam nie daruje, jeśli spróbujemy panią siłą stąd wyciągać – wyjaśnił. – Ma pani zostać tu do poniedziałku. A ja, jako pani przełożony, muszę zatwierdzić opinię lekarzy, bo inaczej czeka mnie postępowanie wewnętrzne. Poza tym Bellmann chce uniknąć zawirowań. Wie, że pani jest najodpowiedniejszą osobą do tego zadania, ale też martwi się, jak prasa odbierze informację na temat pani stanu. Mogą się nam rzucić do gardeł.

Clara zrobiła ponurą minę, widać było, że jest zła i zrezygnowana. W jej oczach znów pojawiły się łzy.

– Chcę go złapać. Czy to działa na moją niekorzyść? – zapytała zduszonym głosem

– No dobrze. – Winterfeld westchnął. – Pogadam z Bellmannem i poproszę, żeby pozwolił pani dalej prowadzić tę sprawę. Powiem mu, że nie widzę żadnych przeciwwskazań. I postaram się załatwić wszystko ze szpitalem. Media nie wiedzą, kto prowadzi sprawę. I niech tak zostanie. – Znów wyjrzał za okno, na gałęzie potężnego dębu. – Ale i pani musi mi pomóc.

– Jak?

– Będzie musiała pani porozmawiać z Bellmannem. Dzisiaj w nocy wrócił z Frankfurtu i na bieżąco śledził, co się z panią dzieje. Musi go pani przekonać, że jest pani zdolna do dalszego prowadzenia śledztwa. Psychicznie i fizycznie.

Clara potrząsnęła głową.

– Jestem panu bardzo wdzięczna za pomoc, ale obawiam się, że przekonanie Bellmanna będzie trudniejsze niż złapanie tego mordercy.

Policjant wstał z krzesła.

– Takie są przepisy. A on jest szefem. – Wskazał na drzwi. – Idę pogadać z pani lekarzem. A pani niech wyjaśni sprawy z Bellmannem. Jak wszystko pójdzie po pani myśli, przyjedziemy po panią.

Clara kiwnęła głową. Starała się zrobić zdecydowaną minę, ale wiedziała, że jej nie wyszło.


3

Albert Torino przełączył blackberry z trybu samolotowego na normalny, spakował dokumenty i laptopa do teczki ze skóry węża i stanął niepewnie w przejściu między fotelami boeinga 747 z Sao Paulo, którym właśnie przyleciał do Monachium. Z szafki na bagaż podręczny wyciągnął walizeczkę i czekając, aż obsługa poda mu ciemnogranatową marynarkę w jodełkę, wsunął do ust tabletkę aspiryny. Rozgryzł ją i bez popijania wodą przełknął gorzką miazgę. Przez całą podróż nie zmrużył oka, właściwie jak zawsze, gdy wybierał nocne loty. I to mimo że leciał przecież klasą biznesową, w której fotel można rozłożyć na płasko, aż powstanie wygodne łóżko, a załoga natychmiast przynosi poduszki, koce, kosmetyki i wszystko, na co nie mogli liczyć pozostali pasażerowie w bydlęcych – w jego odczuciu – przedziałach z tyłu samolotu.

Może to dlatego, pomyślał Torino, że przez skupienie się na pragnieniu, żeby tylko zasnąć, człowiek wytwarza blokadę, która nie pozwala mu osiągnąć tego, na czym mu najbardziej zależy – mianowicie snu.

Poza samolotami Torino nie miał najmniejszych problemów z zasypianiem. Szczególnie dobrze mu szło w czasie prezentacji reklamowych prowadzonych przez jakichś marketoidów, którzy co chwila usiłowali wcisnąć jego firmie swoje usługi i pomysły na nowe kampanie brandingowe.

Rozkoszował się gorzkim posmakiem aspiryny, który wypełnił jego usta. Miał wrażenie, że on sam już wystarczył, by ból głowy zelżał.

Albert Torino był specjalistą od mediów. Po kilku latach przepracowanych dla dużego prywatnego nadawcy, gdzie był odpowiedzialny za parę produkcji święcących duże sukcesy, lecz wzbudzających nie mniejsze kontrowersje, postanowił założyć własną firmę. Nazwał ją Integrated Entertainment. Zyskał w ten sposób komfort, bo żaden bezmózgi członek rady nadzorczej czy pozbawiony jaj kontroler nie mógł mu już niczego zabronić. Sam był sobie szefem; na dodatek zebrał już osiemdziesiąt procent funduszy potrzebnych do sfinansowania kolejnego projektu. Swój pomysł uważał za genialny: w Brazylii odbędzie się casting wśród dzieciaków żyjących na ulicach – wybrał slumsy w Sao Paulo – a zwycięzcy przejdą szkolenie i będą walczyli w klatkach w formule mieszanych sztuk walki. Widzowie będą mogli wybierać swoich faworytów i decydować, kto stanie przeciwko komu.

Ten sam pomysł, pomyślał Torino, można zaadaptować do formatu superstar i stworzyć kuźnię gwiazd. Bronią dzieciaków ze slumsów są ich pięści, a kobiet – ich wygląd. Niech więc dziewczęta, podobnie jak mali wojownicy ze slumsów, użyją tej broni przeciwko sobie i zmierzą się ze sobą za pomocą seksapilu, zamiast pięści. Publiczność zdecyduje, która z nich jest najpiękniejsza. A wśród widzów, którzy wybrali właściwą kobietę, zostanie rozlosowana pewna szczególna nagroda.

Jaka?

No właśnie, co takiego?

Pomysł Torina sprawi, że cały świat mediów rozrywkowych zatrzęsie się w posadach. Niemcy będą Nowym Orleanem, pomyślał, a ja huraganem Katrina.

Stewardesa przy wyjściu pożegnała go uprzejmym skinieniem głowy, co wykorzystał, by obejrzeć ją od stóp do głów. Słodziutka, pomyślał, choć i tak bez porównania z tym, co można wyhaczyć w Brazylii. Szkoda, że żyjemy w tym ciemnogrodzie pruderii.

Ruszył przez salę przylotów, ciągnąc za sobą walizeczkę na kółkach. Coraz słabiej czuł gorzki posmak aspiryny w ustach. Wysunięta broda i ciemnobrązowe oczy bezustannie i nerwowo lustrujące otoczenie sprawiały wrażenie, jakby Albert Torino bał się, że coś ważnego może go ominąć, a on przecież chciał być na bieżąco. Poruszał się z gracją i lekkością, która wbrew zdrowemu rozsądkowi jest dość charakterystyczna dla wielu korpulentnych osób. Ciemnobrązowe włosy zaczesane na żel do tyłu, opalona skóra. Gdyby nie kilka zbędnych kilogramów, mógłby uchodzić za surfera, jednak dobre wino i jedzenie notorycznie pokonywały dietę i chęć wyjścia na siłownię.

Lewą dłonią sięgnął do kieszeni, wyjął słuchawkę podłączoną do swojego telefonu i wsunął ją do ucha. Piętnaście nowych wiadomości. Jak po każdym kilkunastogodzinnym locie. Ostatnia z nich sprawiła, że jego twarz się wypogodziła i zagościł na niej szeroki uśmiech. Tom Myers już na niego czekał.

Torino przyspieszył kroku i jeszcze bardziej wysuwając brodę, wszedł do poczekalni dla stałych klientów Lufthansy, Senator Lounge.


3

Ogłuszający huk. Po nim przyszła ciemność.

Było dokładnie dwadzieścia siedem po czternastej. Ojciec siedział za kierownicą, matka na tylnej kanapie za nim. Vladimir na siedzeniu pasażera z przodu, a jego młodsza siostra Elisabeth obok matki.

Przed nimi jechał ciągnik siodłowy z naczepą załadowaną do pełna potężnymi balami drewna. Nagle jeden z pni zsunął się z pozostałych i niczym oszczep przeciął powietrze. Z brutalną siłą przebił przednią szybę samochodu po stronie kierowcy i jak pocisk przeszył całe wnętrze, zmieniając w krwawą masę głowy obojga rodziców, którzy mieli pecha znaleźć się dokładnie na jego trasie. Pozbawione kierowcy auto wpadło do rowu i kilkakrotnie koziołkowało.

Jadące samochodem rodzeństwo cudem przeżyło wypadek. Zanim do nich dotarło, że stracili oboje rodziców, nie mówiąc już o choćby częściowym otrząśnięciu się z traumy, na miejscu pojawiła się policja i przedstawiciele instytucji zajmującej się sprawami dzieci. Uradzono wówczas, że małoletnich można albo odesłać do dalekiej ojczyzny, albo pozostawić w Niemczech. Zdecydowano się na to drugie rozwiązanie, lecz dzieci nie miały tutaj żadnych krewnych – nikogo, kto mógłby się nimi zająć.

Pozostał więc jedynie sierociniec na obrzeżach Berlina – stary budynek, którego okna zasłonięte grubymi, czarnymi kratami wyglądały jak wyszczerzone zęby trupiej czaszki. Zarówno sama instytucja, jak i jej mieszkańcy wymagali szybkiej interwencji, która zapobiegłaby całkowitej ruinie. Lecz nikt nigdy nie planował ratować ani budynku, ani pensjonariuszy i ich wychowawców.

„Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, aż Pan wskrzesi cię z martwych w dniu Sądu Ostatecznego”, powiedział duchowny w czasie pogrzebu ich rodziców, kiedy obie trumny powoli opuszczano do grobów, a Vladimir i Elisabeth, wciąż sparaliżowani szokiem, patrzyli na nie opuchniętymi od łez oczyma.

Kierowniczka sierocińca zaprosiła ich na krótką rozmowę i zaraz na wstępie oznajmiła, że za kilka dni przechodzi na emeryturę. Zgodnie z jej słowami miała to być przyjazna dzieciom instytucja, w której panuje niemal domowa atmosfera, przestrzega się zasad i słucha innych. Lecz już pierwszego wieczoru Vladimir miał się przekonać, że prawda wygląda zgoła inaczej. W przytulisku obowiązywało prawo silniejszego, a jeśli zadarło się z niewłaściwymi ludźmi, można było nawet stracić życie. Należało z pokorą przyjmować wyroki ważniejszych od siebie, milczeć i mieć oczy dookoła głowy.

Vladimir i Elisabeth pozostali sami na świecie, zamknięci w sierocińcu niczym w klatce z drapieżnikami. Zalewali się łzami, siedząc we dwójkę na tarasie, pośród deszczu padającego z ciężkich, niemal czarnych chmur, całkowicie zasłaniających niebo. Czuli się maleńcy i bezbronni, niczym pojedyncza łza w obliczu ściany ulewnego deszczu.

Spoglądali na sosny i świerki po obu stronach drogi, trzymali się za ręce i drżeli ze strachu przed samotnością tak ogromną, jak nic innego na świecie. Zupełnie jakby poza nimi nie było nikogo na tym zimnym, bezdusznym świecie, oddalonym o nieprzebyte lata świetlne od grobu ich rodziców.


3

Andira Althaus, znana widowni jako Pokusa, wyszła właśnie z klubu fitness i wróciła do mieszkania, które wynajmowała wspólnie z dwiema koleżankami. Wtedy właśnie zadzwonił telefon.

Cały tydzień miała starannie zaplanowany, jak, nie przymierzając, dyrektor dużej firmy. Fitness, joga, zdjęcia do reklam bielizny. Andira zbierała na kolejną operację plastyczną. Chciała powiększyć sobie biust do wielkości DD. Próbowała też swoich sił jako dziewczyna do towarzystwa dla VIP-ów. Trochę poniżające zajęcie, bo musiała w luksusowych apartamentach rozkładać nogi przed otyłymi członkami zarządów wielkich firm, lecz niewiele było innych sposobów, by nie mając wykształcenia, zarabiać cztery tysiące euro. Za noc. Na dodatek klienci sami dbali o pełną dyskrecję, bo bardzo im na niej zależało. Żadnych zdjęć, żadnych filmów i pełna tajemnica.

The sky is the limit, pomyślała Andira. Została Miss Shebay, świat stał przed nią otworem. Właśnie skończyła rozmowę ze swoim agentem. „To twoja wielka szansa. Musisz dobrze się sprzedać, ale nie daj się wyeksploatować. I zanim ten cały Torino zostawi ciebie, ty zostaw go pierwsza. Naszym celem jest Hollywood, jasne?”

No pewnie, odpowiedziała.

Spojrzała na wyświetlacz komórki.

Międzynarodowy ze Stanów Zjednoczonych.

Hollywood?

Serce zabiło jej szybciej.

Odebrała połączenie.

– Hello – przywitała się.

– Dzień dobry – odezwał się ktoś z amerykańskim akcentem. – Czy mam przyjemność z Andirą Althaus?

– Zgadza się. – Rzuciła torbę z rzeczami sportowymi na łóżko i przeszła do salonu. – Z kim rozmawiam?

– Wczoraj wieczorem mieliśmy okazję się spotkać w czasie programu Alberta Torino. Tom Myers z Xenotech. – Krótka przerwa. – Wiesz chyba, kim jestem, prawda?

Serce waliło jej jak szalone. Czy wiedziała, kim jest Tom Myers? No przecież! Xenotech. USA. Kalifornia.

– Pan jest dyrektorem zarządzającym? Odpowiedzialnym za treść i prawa autorskie na Xenotube?

– I nie tylko za to. – Mężczyzna się roześmiał. – Posłuchaj mnie, proszę, uważnie, bo się trochę spieszę. Twój wczorajszy występ to było coś fantastycznego. Szkoda, żebyś marnowała się, występując tylko w Niemczech. Ktoś taki jak ty może w Stanach zrobić wielką karierę. – Kolejna przerwa. – To jak, chcesz iść w górę?

Wydawało jej się, że śni. Hollywood. Beverly Hills.

– No pewnie!

– To uważaj – powiedział Myers. – Mam pokój w Hiltonie. Mój szofer zaraz będzie wracał z lotniska z kilkoma walizkami, które musiałem ściągnąć ze Stanów. Może cię tu podrzucić. Spotkamy się w hotelu i pogadamy. Co ty na to?

Andira pomyślała o umówionym wcześniej spotkaniu i momentalnie wykreśliła je ze swojego kalendarza.

– Super. Niech przyjedzie na Müllerstraße trzydzieści osiem, to przy skrzyżowaniu z Seestraße.

– Świetnie. Zaraz dam mu znać. Za piętnaście minut na dole. Do zobaczenia.

Rozłączył się.

Andira nie mogła uwierzyć w swoje szczęście.

Najbliższy kwadrans przeznaczyła na zrobienie się na bóstwo. Potem założyła ciemne okulary i czapkę, żeby nikt jej nie rozpoznał, i zeszła czekać na szofera.


4

Mężczyzna od stóp do głów ubrany był w czarny lateksowy strój, ukryty pod czarnym płaszczem. Był wysoki, miał przynajmniej metr dziewięćdziesiąt, i wyglądał na bardzo wysportowanego. Poruszał się miękko i zwinnie, niemal bezgłośnie, przywodząc na myśl mistrzów sportów walki – kocia gibkość, która w ułamku sekundy może zmienić się w niesamowitą brutalność. Twarz ukrytą pod czarną lateksową maską zasłaniały dodatkowo gumowane okulary. W dłoniach w czarnych gumowych rękawiczkach niósł dwie czarne sportowe torby.

Nogą zamknął za sobą drzwi i szybkim krokiem przemierzył korytarz.

Jakob leżał na łóżku, przypięty kajdankami za lewą rękę do jego metalowej konstrukcji. Z głośników drogiej wieży pod ścianą sączyły się dźwięki utworu Sweep Blue Foundation.

– Dam ci taki orgazm, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczyłeś – oznajmił nieznajomy. Podszedł do łóżka i zwinnie przypiął drugą rękę Jakoba kajdankami, które przyniósł ze sobą. Potem rozejrzał się po pokoju. Zatrzymał wzrok na laptopie pozostawionym na biurku. Włączony ekran wyświetlał jeszcze stronę giftgiver.de i profil Jakoba. Nieznajomy podszedł do wieży, ustawił głośniej muzykę i wrócił do przypiętego chłopaka. Bez ostrzeżenia oddarł z rolki kawałek szerokiej taśmy i zakleił mu nią usta.

Jakob nie zdążył zareagować. Niespodziewanie poczuł się bardzo niepewnie. Czyżby popełnił błąd? Czy zaprosił do zabawy niewłaściwą osobę? Jednocześnie podniecał go ten brak bezpieczeństwa, a w żyłach pulsowała mu adrenalina.

Nieznajomy podszedł do stolika i otworzył aseptycznie zapakowany skalpel. Następnie rozpiął jedną z toreb, z którymi przyszedł, i wyjął z niej tackę ze stali nierdzewnej, taką, jakich używa się w szpitalach. Potem na ziemi postawił jeszcze dwa plastikowe wiadra.

Co tu się dzieje? – zastanawiał się Jakob, czując coraz silniejszą mieszankę strachu i ogromnego podniecenia. Będzie udawać doktora? A może zabawy fekaliami? I do czego są mu potrzebne te wiadra?

Zanim zdążył wyciągnąć jakiekolwiek wnioski, nieznajomy z przerażającą rutyną sięgnął w stronę jego nóg i przypiął je kajdankami do łóżka.

Wieża odtwarzała właśnie piosenkę Lady Gagi Poker Face. Usłyszał słowa pierwszej zwrotki: Russian Roulette is not the same without a gun.

Mężczyzna nachylił się nad Jakobem. W jednej dłoni trzymał skalpel, w drugiej tackę. Odwróconym ostrzem przesunął po jego nagim torsie. Jakob stęknął głucho i momentalnie dostał erekcji. Wtedy nieznajomy odwrócił nóż i delikatnie przyciskając, nakreślił linię biegnącą przez klatkę piersiową przypiętego mężczyzny, zostawiając cienki, krwawy ślad na skórze. Jakob trząsł się z podniecenia.

And baby when it’s love, if it’s not rough, it isn’t fun.

– Zapamiętasz mnie do końca życia – oznajmił nieznajomy.

I zanim Jakob zdążył się zastanowić, co miałaby oznaczać ta uwaga, mężczyzna jeszcze mocniej docisnął skalpel i zrobił jeszcze dłuższe nacięcie na skos przez jego klatkę piersiową. Jakob krzyknął z podniecenia. Kiedy wykonał trzecie cięcie, jednocześnie masując wyraźne zgrubienie na jego spodniach, Jakob przeżył potężny orgazm.

Nieznajomy mówił dalej.

– Nigdy mnie nie zapomnisz, bo będę ostatnią osobą, jaką kiedykolwiek zobaczysz. – I z tymi słowami, w chwili kiedy Jakob wytrysnął w spodnie i niemal oszalał z podniecenia, obcy mężczyzna przesunął błyskawicznie skalpel w górę i przeciął mu tętnicę szyjną. Jakob zamrugał i spojrzał w bok zaskoczony i zarazem przerażony. Krew, niczym szkarłatny orgazm śmierci, tryskała falami z przeciętej tętnicy, a Jakob wydawał z siebie niezrozumiałe gardłowe dźwięki, które nie mogły nabrać kształtu słów, bo usta wciąż miał zaklejone taśmą. Charkot mieszał się z głośną muzyką, tworząc nieprzyjemną kakofonię. Chciał usiąść, jednak nieznajomy przycisnął go do łóżka. Był zaskakująco silny. Krew tryskała na dywan i nocną szafkę, na której leżały wytarte magazyny pornograficzne i płyty DVD. Po chwili brutalnie przekręcił głowę Jakoba na bok, by krew z przeciętej tętnicy spływała wprost na metalową tackę, którą ze sobą przyniósł.

Kiedy już tacka i plastikowe wiadra były prawie pełne, ciało Jakoba przestało drżeć. Zgasła resztka życia tląca się w jego półprzymkniętych oczach, w których wcześniej zaskoczenie mieszało się z przerażeniem.

Obcy mężczyzna podszedł do komputera, przejrzał otwarte strony, zanotował coś, po czym zamknął ekran i schował laptopa razem z baterią i bezprzewodowym modemem w jednej ze sportowych toreb, które ze sobą przyniósł. Potem otworzył drugą torbę i wyjął z niej dwa plastikowe pojemniki. Sięgnął po skalpel i zbliżył się do zwłok przypiętych do łóżka.

Nie skończył jeszcze pracy, którą miał do wykonania.

Wręcz przeciwnie.

Jeszcze na dobre jej nie rozpoczął.


4

Kiedy Clara weszła do biura, na dworze wciąż jeszcze deszcz lał się z nieba strumieniami. Minęło właśnie wpół do dziewiątej rano, a na jej biurku czekał już raport Instytutu Medycyny Sądowej wraz ze zdjęciami Jakoba Kürtena – zarówno tymi, na których widać go było za życia, jak i tymi z domu, gdzie został znaleziony, i ze stołu sekcyjnego, przedstawiającymi jego aktualny stan.

Raport von Weinsteina wzbudził ogromne zainteresowanie Clary. Chodziło mianowicie o chrząszcze. Entomolog, którzy zbadał ich żołądki, znalazł w nich resztki DNA Jasmin Peters i Jakoba Kürtena. Clara natychmiast zadzwoniła do naukowca i zapytała, jak to możliwe, by po tak długim czasie dało się jeszcze wyodrębnić ślady obcego DNA w organizmach chrząszczy.

– Ze względu na to, że ciała owadów, w tym chrząszczy, wspierają się na egzoszkielecie, a więc szkielecie zewnętrznym, wiele białek morfogenetycznych kości nie zostaje błyskawicznie strawionych – wyjaśnił mężczyzna. – Stają się za to elementem budulcowym osłonki chitynowej i tam się odkładają. Chityna składa się ze związków węgla, podobnie jak DNA. To oznacza, że część wchłoniętych substancji zawierających między innymi atomy węgla nie zostaje przetrawiona, lecz jest wykorzystywana bezpośrednio do budowy pancerza chitynowego. – Clara stała przy oknie i przyciskając telefon do ucha, wsłuchiwała się zafascynowana w to, co przekazywał jej naukowiec. – Jeśli ma się odrobinę szczęścia – ciągnął mężczyzna – to można trafić na fragmenty DNA dostatecznie duże, by na ich podstawie przeprowadzić identyfikację.

Niesamowite, pomyślała policjantka. Chrząszcze mogące służyć za samobieżne banki DNA. Przez chwilę zastanawiała się, czy da się to jakoś wykorzystać w prowadzonym śledztwie i zidentyfikować mordercę. Czuła, że może to mieć jakieś znaczenie, lecz nie umiała jeszcze powiedzieć nic konkretnego. Skupiła się więc na dalszej części raportu.

Dział IT ustalił, że Kürten miał konta i aktywnie udzielał się na kilku platformach z forami dla wielbicieli sadomasochizmu oraz że wystąpił w kilku niskobudżetowych filmach dla homoseksualistów, zarówno w roli strony aktywnej, jak i biernej. Na dodatek, używając pseudonimu „NiosącyZarazę”, chwalił się w kilku miejscach w sieci, że już dwunastu partnerów zaraził wirusem HIV.

Nosił wilk razy kilka, pomyślała Clara. Bądź co bądź sam był kimś w rodzaju seryjnego mordercy. Tyle że tym razem trafił na kogoś znacznie gorszego od siebie.

Winterfeld często powtarzał, że każdy diabeł trafia w końcu na kogoś, od kogo mógłby się wiele nauczyć.

W powietrzu unosił się słodkawy aromat earl grey.

Martin Friedrich, zwany również MacDeathem, postawił na swoim biurku filiżankę i dzbanek pełen świeżego, wonnego naparu. Kiedy Clara stanęła w drzwiach jego gabinetu, siedział przy monitorze i skupiony na pracy pisał e-mail. Zapukała.

– Proszę, niech pani siada. Zaraz skończę i będę do pani dyspozycji – przywitał się.

Dziś miał na sobie niebieski pulower i bordowy krawat. Wskazał jej miejsce na krześle. Potem wrócił do pracy i palcem wskazującym niemal z agresją uderzył w enter. Jego ruch wyglądał jak nurkowanie sokoła, który dostrzegł gdzieś pod sobą buszującą w trawie mysz.

Clara usłyszała cichy sygnał programu pocztowego, oznaczający wychodzącą wiadomość, a MacDeath oderwał wzrok od monitora i oparł się wygodnie.

– No cóż – powiedział, składając dłonie. – W walce dobra ze złem zło znacznie lepiej się bawi. – Potem nachylił się nad biurkiem i spojrzał na kopię akt, które przed nim leżały. – Muszę przyznać, że ta sprawa wymaga szczególnej uwagi. – Zdjął okulary i odłożył je na blat. – A wydawało mi się, że to Wilkołak był wyjątkowy. Uwierzyłaby pani, że to ledwie tydzień minął?

Clara niemal poczuła gęsią skórkę, kiedy uświadomiła sobie, że MacDeath miał rację. Ledwie w zeszły piątek dopadli tamtego psychopatę, pośród morza krwi i kości, w towarzystwie rozczłonkowanego ciała jednej ofiary i żywej jeszcze dziewczyny. Clara go zastrzeliła. Spojrzała złu prosto w oczy, a potem wysłała Bernharda Trebckena zwanego Wilkołakiem w podróż do piekła z biletem w jedną stronę.

– Ale ten zwyrodnialec teraz… – MacDeath wyrwał ją z zamyślenia. Przebiegł wzrokiem wydruk e-maila, który morderca wysłał do policjantki. – Bezimienny. – Uniósł brwi i ostrożnie upił łyk herbaty. – Wie pani, zawsze sam parzę sobie herbatę. I zawsze earl grey. Wszystko zgodnie z zasadami, temperaturą i czasem zaparzania. Herbata, którą tutaj macie – mówiąc to wskazał palcem w dół, gdzie piętro niżej znajdowała się kuchnia – to jakaś katastrofa. Tak pewnie smakowała ta, którą musieli pić członkowie sekty Aum. Wie pani, to ci goście od ataku sarinem na tokijskie metro w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym roku. Nowi członkowie musieli pić herbatę zaparzaną wodą, w której wcześniej mył się ich guru. – Uniósł filiżankę. – Dlatego wolę własnego earl grey. Napije się pani?

Clara uśmiechnęła się i potrząsnęła głową. Przyjęła już dzisiejszą dawkę kofeiny w towarzystwie Winterfelda, który palił przy oknie cygaretki. A lekarz z całą pewnością nie pochwalałby picia zbyt wielkich ilości kawy, biorąc pod uwagę stan jej żołądka. W ogóle nie wspominając o whisky i papierosach.

– Dziękuję. – Potrząsnęła głową. – Przed chwilą piłam.

– Bezimienny – powtórzył MacDeath, najwyraźniej zadowolony, że odmówiła po grzecznościowym pytaniu. – Jest wszędzie i nigdzie. Zawsze i nigdy. Pojawia się tylko wtedy, kiedy zabija.

– Jak pociąg metra, który na Choriner Straße wyjeżdża z podziemnego tunelu – podchwyciła Clara. – Jedzie przecież przez cały czas, ale widać go tylko wtedy, kiedy wynurza się z ciemności.

– Doskonałe porównanie. – MacDeath z uznaniem pokiwał głową i przez chwilę nie odrywał wzroku od reprodukcji, które wisiały na ścianie za Clarą. Plakat filmu Tytus Andronikus z Anthonym Hopkinsem i Sąd Ostateczny Michała Anioła. Po kilku sekundach milczenia kontynuował: – Robert Ressler powiedział kiedyś, że normalny człowiek – i to się odnosi również do policyjnych profilerów, nigdy nie zdoła myśleć dokładnie tak, jak seryjny morderca, bo gdyby potrafił, sam by nim został. Może jednak wykorzystać jego zakrwawione buty, żeby przez jakiś czas w nich chodzić.

– A co pan widzi, kiedy próbuje pan wczuć się w jego rolę? – zapytała Clara. – Potrafi pan odtwarzać jego zachowanie?

– Problem polega przede wszystkim na tym, że są różne typy osobowościowe wśród seryjnych morderców. Zdarzają się mianowicie tacy, którzy zabijają w ślepej furii, by dać upust dręczącym ich pragnieniom, a więc robią to tylko dla siebie. Doskonale w tę charakterystykę wpasowywał się nasz Wilkołak. Nie wierzę, żeby jakakolwiek kobieta kiedykolwiek zgodziła się na odbycie z nim dobrowolnie stosunku. Dlatego albo je gwałcił, albo płacił im za seks. Ale najczęściej gwałcił i mordował.

– Bezimienny nie pasuje do tego profilu, jeśli miałabym to oceniać. – Clara była przekonana, że ten morderca jest wyjątkowo zdyscyplinowany, systematyczny i przepełniony lodowatym, sadystycznym spokojem, który przy nieopanowanym szaleństwie Wilkołaka wydawał się jeszcze bardziej niebezpieczny.

– Nie, z całą pewnością ma pani rację. – MacDeath pokiwał głową, podniósł okulary i przygryzł jeden z zauszników. – I to mimo że na pierwszy rzut oka wszystko wskazywałoby na seksualny motyw agresji – jednak to tylko pozory. Nawet jeśli zamordował kobietę, a w jej pochwie umieścił spermę swojej wcześniejszej ofiary, uczynił to tylko dlatego, żeby zakpić sobie ze śledczych, nauczyć ich pokory i zasugerować gwałt. Lecz sam wybór ofiar, a więc homoseksualnego fetyszysty preferującego sadomasochizm i atrakcyjnej kobiety, ma w sobie coś moralizującego, to oskarżenie i jednocześnie wymierzenie sprawiedliwości. Właśnie dlatego Bezimienny ze swoim modus operandi, sposobem komunikacji i nieludzką wręcz cierpliwością jest doskonałym przeciwieństwem napędzanego popędami, niezorganizowanego, chaotycznego i spontanicznego mordercy. – Po raz kolejny zrobił pauzę, jakby szukał właściwych słów. – Mimo przesłanek pozwalających wnioskować, że poszukiwał ofiar w dość bezpruderyjnych kręgach, jeśli mogę tak je nazwać – a to, przypominam, był portal z ogłoszeniami towarzyskimi i strony dla sadomasochistów – jego działanie ma w sobie coś dojmująco…

– …aseksualnego? – dokończyła Clara.

– Bingo! U seryjnych morderców to bardzo nietypowa sytuacja. Istnieje prawdopodobieństwo, że jakąkolwiek seksualność uważa za coś chorego, nieczystego i bolesnego, przy czym podejrzewam, że źródeł takiego skrzywienia należałoby się doszukiwać w jego doświadczeniach z dzieciństwa. – Przerwał i zabrał się do układania rozsypanych kartek na biurku. – A to z kolei każe nam się skupić na drugiej grupie morderców. Na potrzeby naszej rozmowy nazwałbym ich mordercami pedagogami. Uważają się za nauczycieli, a swoją działalność za zemstę za wyimaginowane winy, tudzież artystyczny wyraz krytyki społeczeństwa. Chcą zwrócić uwagę opinii publicznej na coś, co im samym nie daje spokoju. Przy czym nie uważają, by mówienie o tym wprost było wskazane; wolą wskazywać na to swoimi czynami, by móc wierzyć w swoją niezłomność i skuteczność.

– Zaskakująca i dziwaczna forma nauczania. – Clara potrząsnęła głową. Pomyślała o nagraniu, które dostała na płycie CD, o nożu i cięciu na szyi bezbronnej dziewczyny, z którego krew na początku tylko się sączyła, by w końcu szeroką strugą zalać ciało.

MacDeath sięgnął dłonią w kierunku dźwigni do ustawiania wysokości fotela.

– Skoro pani twierdzi, że to chore, to takie jest. Są jednak tacy psychopaci. Rzadko posuwają się tak daleko, ale mimo wszystko czasem mamy z nimi do czynienia. Zna pani na pewno historię Charlesa Mansona, jego idei helter skelter i historii z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku?

Clara skinęła głową.

– Manson chciał, żeby wszyscy myśleli, że morderstwa Sharon Tate i innych nie dokonała jego banda, którą nazywał rodziną, tylko czarni. Czarni, którzy chcieli przywalić rich pigs. Zgodnie z jego planem biali mieli oskarżyć czarnych, co doprowadziłoby do wojny domowej między białymi i czarnymi. To było ważne, bo, jak wierzył Charles Manson, czarni byli zbyt głupi, by samodzielnie prowadzić wojnę. Święcie wierzył, że będą potrzebowali przywódcy, przewodnika zrodzonego przez anarchię wojny domowej, który powiedzie ich do zwycięstwa i zaprowadzi nowy porządek świata. I tym kimś miał być właśnie on.

– Historia Trzeciej Rzeszy w pigułce – stwierdziła Clara.

– Brzmi znajomo, nieprawdaż? – MacDeath podrapał się po brodzie. – Manson był wielkim fanem Adolfa Hitlera. Helter skelter to miała być ostatnia bitwa między białymi i czarnymi, z której czarni pod wodzą Charlesa Mansona wyjdą zwycięsko. Coś w rodzaju Sądu Ostatecznego.

Clara odwróciła się na chwilę, by spojrzeć na plakat z fragmentem dzieła Michała Anioła. W Apokalipsie świętego Jana ani jeden fragment nie miał nic wspólnego z Charlesem Mansonem. Równie niewiele wzmianek o nim można było znaleźć w aktach obecnej sprawy.

– No dobrze, ale do czego pan zmierza? Jaki związek ma Charles Manson z naszym śledztwem?

– Większy niż się pani spodziewa – odparł MacDeath. – W obu przypadkach chodziło bowiem nie o seks, lecz o władzę.

– Tam gdzie idzie o seks, zazwyczaj również chodzi o władzę – odparła Clara. – Dominacja, poniżanie… wielu z nich pragnie być poniżanych.

– I znów ma pani rację – przyznał MacDeath. – Tyle że w takiej sytuacji seks jest jedynie środkiem prowadzącym do władzy. Narzędziem. Mansonem kierowały inne motywy, tak jak i naszym mordercą. Chodzi o coś znacznie bardziej doniosłego niż chwilowe zaspokojenie swoich żądz.

Założył okulary i spojrzał na siedzącą przed nim policjantkę. Clara dopiero po chwili uświadomiła sobie, że pod wpływem jego wzroku wierci się niespokojnie.

– Manson wykorzystywał morderstwa w duchu helter skelter jako medium do komunikacji, jakby chciał przekazać wszystkim białym ostrzeżenie: patrzcie, do czego są zdolni wkurzeni czarni. Nasz zabójca – oparł się wygodniej – działa nieco inaczej. Dla niego sama zemsta jest ważniejsza od dzieła, przez które się dokonuje. Jest trochę jak kot, który bezustannie przynosi swojej pani martwe myszy i kładzie je pod drzwiami, nie zastanawiając się w ogóle, czy ona tego chce czy nie.

– Bezustannie? – powtórzyła Clara. – Czy to ma znaczyć, że powinniśmy się spodziewać kolejnych ofiar?

– Nie mam co do tego wątpliwości – odparł Friedrich. – I to niezależnie od tego, jak ponuro to brzmi. Coraz to nowe martwe myszy. Jakby czekał, aż go ktoś za to pochwali.

– Pochwali?

MacDeath przytaknął.

– Morderca wie, że widziała pani w życiu niejedno. Być może zna nawet historię z Wilkołakiem, chociaż staraliśmy się media trzymać od niej z daleka. Jednak akurat on wydaje się bardzo inteligentny. Wie zatem, że do kogoś takiego jak pani nie może przyjść z byle czym. – Przerwał, wyjrzał przez okno i dopiero po chwili mówił dalej: – Jeśli ktoś chce zaprosić Nicole Kidman na randkę, musi zaoferować nieco więcej niż puszkę piwa i cheeseburgera. Dlatego nasz morderca chce pani dać znacznie więcej. – Zamknął oczy.

Świetne porównanie, pomyślała Clara.

– I na razie mu się udaje – kontynuował po chwili Friedrich. – Na dzień dobry zaszokował panią nagranym morderstwem. Zaraz po pierwszym szoku był gotów z kolejnym uderzeniem: sfilmowane morderstwo popełnił sześć miesięcy wcześniej. I ani pani, ani cała reszta policji nie kiwnęliście w tej sprawie palcem. Bądźmy szczerzy, gdyby sprawca sam nie dał nam znać, dalej nie mielibyśmy pojęcia o Jasmin Peters i kolejne miesiące żyłaby pani w nieświadomości. Potem morderca postanowił panią wynagrodzić: chciał, żeby miała pani przez chwilę poczucie, że jest już blisko niego, a właściwie to nawet o krok przed nim. Czuła się pani zwyciężczynią. Podejrzewała, że morderca jest już praktycznie pojmany. Tak, to Jakob Kürten, wiemy, gdzie mieszka i właśnie po niego jedziemy. Bezimienny chciał, żeby dała się pani ponieść zwycięstwu, bo wie, że to panią napędza. Najciekawsze, że nie widzi w pani przeciwnika, lecz sprzymierzeńca. Jest pani dla niego kimś w rodzaju sparingpartnera czy sędziny.

Clara poczuła zimne dreszcze.

– Chce pan powiedzieć, że w ten sposób robi ze mnie swojego wspólnika? Że niby jesteśmy współwinni?

MacDeath z niewzruszoną miną kiwnął głową.

– Tak jest. Jednocześnie chce zachować autorytet. I w ten oto sposób wracamy do kwestii władzy. Czystej władzy, do której nie potrzebuje seksu jako narzędzia. – Wzruszył ramionami. Clara siedziała na samym brzeżku krzesła i wsłuchiwała się z napięciem w jego słowa. – Bo zanim poczuje się pani zbyt pewnie i potraktuje go jak zwykłego głupka, jednym cięciem skalpela pokaże pani, jak bardzo się pani myliła. Udowodni, że przez cały czas wodził panią za nos. I że ten, kogo miała pani za mordercę, w rzeczywistości był ofiarą.

Clara westchnęła. Dyskusja z Martinem Friedrichem była bardzo ciekawa, lecz jednocześnie wyczerpująca. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że MacDeath tworzy profil psychologiczny nie tylko mordercy, ale niejako przy okazji również jej.

– Dlaczego to robi?

MacDeath uniósł filiżankę i z przesadną ostrożnością upił łyczek herbaty, choć nie powinna być już gorąca. Potem wrócił do akt i zaczął je przekładać.

– Nie wiem, czy to się pani również rzuciło w oczy – zaczął. – Ofiara musiała powiedzieć, że nie jest pierwsza i nie będzie ostatnia. A potem dodała, że chaos będzie trwał. Jej słowa mają charakter proroczy i są, że tak powiem, przepowiednią. Jeszcze jedno… – Zamilkł, robiąc znaczącą pauzę.

– Co takiego? – zapytała Clara.

– Trzeba jeszcze przemyśleć fakt, że rozciął swoim ofiarom klatkę piersiową, dosłownie je wypatroszył, a potem zmumifikował. Jak pani myśli, po co to zrobił? – Spojrzał na nią ponad stołem. – Co go do tego skłoniło?

– Przecież już to ustaliliśmy. – Potrząsnęła głową. – Zależało mu, żeby ciała jak najszybciej wyschły, bo to zabezpieczało je przed gniciem i wydzielaniem smrodu. – Nagle w jej głowie pojawił się jakiś niewyraźny pomysł, który już wcześniej usiłowała doprecyzować, lecz podobnie jak poprzednio i tym razem nie dała sobie z tym rady. Czuła jednak, że może być bardzo ważny dla śledztwa.

– Tak, żeby zwłoki nie wydzielały smrodu, to prawda. – MacDeath oparł się wygodniej i złożył ręce. – Ale ja widzę jeszcze jeden efekt takiego zabiegu, który niekoniecznie jest przypadkowy.

– Jaki konkretnie?

– Rozciął zwłoki i usunął z nich narządy wewnętrzne, jak już ustaliliśmy. – Wstał z fotela, wyszedł zza biurka i przyjrzał się reprodukcji Sądu Ostatecznego. Clara podążyła za jego spojrzeniem i jej wzrok spoczął na świętym Bartłomieju, który odarty żywcem ze skóry niósł ją teraz jako dowód swego męczeństwa.

MacDeath potaknął.

– Dokładnie jak święty Bartłomiej z tego fresku, który niesie własną skórę, a na niej widać jeszcze twarz. Tak naprawdę to twarz Michała Anioła, jakby chciał w ten sposób pójść na skróty i dostać się do nieba, nie będąc męczennikiem. – Wskazał palcem na fragment, który Clara właśnie oglądała. – Jak święty Bartłomiej niesie swoją skórę, tak morderca niesie wnętrzności i krew swoich ofiar. – Minął reprodukcję, przeszedł przez pokój i zatrzymał się obok komody, na której stały torba lekarska i ludzka czaszka. Złożył ręce na piersiach i wrócił do swojego wywodu. – Typowy rytuał ofiarny. Od kiedy ludzie zaczęli czcić swoich bogów, ofiarowywali im właśnie krew i wnętrzności. Niektóre narządy wewnętrzne, takie jak na przykład wątroba, żołądek czy przede wszystkim serce, mają szczególne znaczenie. Ludzka krew, którą spala się na ołtarzu, wytoczona z człowieka zabitego tylko w tym celu, miała mieć moc przyzywania zagubionych dusz.

– Morderca okultysta? – Clara uniosła brwi. – Satanista? Psychopatyczne medium? – Nie była przekonana, czy taki profil pasowałby do chłodnego, systematycznego i wyjątkowo racjonalnego sposobu postępowania mordercy.

– Nie, niekoniecznie. – MacDeath potrząsnął głową. – Jednak istnieje prawdopodobieństwo, że popełnia swoje czyny ku czyjejś chwale. Nagrywanie morderstw, pożegnanie jednej z ofiar w sposób niemal liturgiczny, wytoczona krew i usunięte wnętrzności, które zabiera ze sobą… może robi to dla Boga, a może dla szatana. Może jeszcze dla kogoś innego…

Clara gorączkowo szukała myśli, która wcześniej przemknęła jej przez głowę i której nie potrafiła sprecyzować, przez co słuchała Friedricha tylko jednym uchem.

– A co ze mną? – zapytała. – Dlaczego akurat ja?

MacDeath wrócił za biurko i sięgnął po akta w czerwonej teczce.

– Znam pani historię – oznajmił. – Wiem mniej więcej, co się stało z pani siostrą. I wydaje mi się, że przy wszystkim, przez co pani przeszła w policji, utrata młodszej siostry zamordowanej przez pedofila jest najgorszą traumą, jaką pani przeżyła. – Mówiąc to, stuknął palcem w papiery. – I do dzisiaj czuje się pani winna, prawda?

Clara poczuła, jak dziko wali jej serce. Zacisnęła pięści.

– Uważa pan, że napędza go poczucie winy? Stąd składanie ofiar? Wnętrzności i krew? Tylko czemu czuje się winien?

– To oczywiście tylko spekulacje – zastrzegł MacDeath. – Bo na razie, niestety, nie mamy dość informacji i nawet w przybliżeniu nic nie wiemy ani o środowisku, z którego się wywodzi, ani o jego przeszłości. Lecz może morduje kobiety, wykrwawia je i patroszy, kierując się podobnymi racjami jak pani, kiedy po śmierci siostry podjęła pani decyzję o zostaniu policjantką i ściganiu morderców?

– Porównuje mnie pan z mordercą? – zapytała Clara wzburzona i wstała gwałtownie z krzesła. Ze zdenerwowania trzęsły się jej ręce.

– W pewien niebezpośredni sposób tak. – MacDeath uśmiechnął się do niej przyjaźnie. Patrząc teraz na niego, trudno byłoby się domyślić, jak przerażające rzeczy widziały jego ciemne oczy. – On morduje kobiety, żeby coś naprawić. Pani zabija morderców, żeby coś wyprostować.

Clara splotła ramiona na piersiach, jakby chciała się zasłonić przed tym oburzającym i szokującym oskarżeniem.

– Naprawdę chce pan powiedzieć, że można porównywać mordercę do mnie?

Martin Friedrich wzruszył ramionami.

– Nie tyle można, ile trzeba.

Clara chciała wyjść z jego gabinetu i trzasnąć z całej siły drzwiami, lecz akurat w tej samej chwili myśl, którą przez cały czas usiłowała pochwycić, przybrała w jej głowie czytelny kształt. Niespodziewanie dla niej samej zrozumiała, co nie dawało jej spokoju, i natychmiast podążyła tym tropem.

– Chrząszcze! – krzyknęła.

– Słucham? – Friedrich spojrzał na nią zbity z tropu.

Clara zapomniała już, że przed chwilą była na niego wściekła.

– Twierdził pan, że nasz morderca chce coś naprawić, tak samo jak ja. A nasz problem polega na tym, że nie mamy absolutnie najmniejszego punktu zaczepienia, żeby ustalić, kim ten człowiek jest, prawda?

MacDeath skinął ostrożnie głową.

– Mniej więcej.

– Kazał mówić coś jednej z ofiar. – Clara zaczęła krążyć po pokoju, usilnie starając się nie zgubić wątku, co było trudne przy natłoku myśli, które wirowały jej w głowie. – Kazał powiedzieć Jasmin, że nie jest pierwsza i nie będzie ostatnia. – Zatrzymała się i przeszyła Friedricha wzrokiem. – Pierwsza! Pierwsza!

MacDeath zaczynał rozumieć, o co jej chodzi.

– Twierdzi pani, że on pierwszą ofiarę…

– Właśnie! Najprawdopodobniej ją również zmumifikował. – Clara rozglądała się podekscytowana po pomieszczeniu. – Może nawet wykorzystał do tego te same chrząszcze, choć to oczywiście zależy, kiedy zabijał wcześniej.

MacDeath odstawił filiżankę i potrząsnął głową.

– To możliwe! W końcu mamy od czego zacząć!

Clara ciągnęła dalej.

– Instytut Medycyny Sądowej musi natychmiast zabrać się do badania wszystkich chrząszczy! Jeśli w którymś znajdziemy DNA nienależące ani do Jasmin Peters, ani do Jakoba Kürtena, może to być ślad, który doprowadzi nas do jednej z wcześniejszych ofiar, a może nawet do pierwszej ofiary.

MacDeath zmarszczył czoło.

– Prawdopodobieństwo jest minimalne, ale ponieważ nie mamy nic, co mogłoby wskazać na ślad wcześniejszych ofiar, nie ma na co czekać. – Sięgnął po telefon. – A pierwsza ofiara jest ważna. Pierwsze morderstwo jest jak pierwszy seks. – Wybrał numer do instytutu. – Tego się nie zapomina. Oni zawsze wracają w okolice miejsca, gdzie po raz pierwszy odebrali komuś życie. Albo do swoich pierwszych zwłok.


4

Kiedy Clara nie wiedziała, co dalej, modliła się. O jasność, o siłę i zdecydowanie. O więcej siły i zdecydowania, niż miała.

Zeszła do szpitalnej kapliczki i uklęknęła przed ołtarzem. Spojrzała przed siebie, gdzie wisiał krzyż z przybitym Jezusem. Z jego dłoni i stóp sterczały gwoździe. Im dłużej wpatrywała się w ukrzyżowaną podobiznę, tym większe miała wrażenie, że z ran cieknie prawdziwa krew. Być może to przez pracę, jaką wykonywała, lecz w każdym symbolu widziała coś realnego. Choć może to był znak tylko dla niej. Może to ona krwawiła. Może to ona miała umrzeć jak Jezus, żeby mogła narodzić się nowa, silniejsza Clara…

Rozmowa z pielęgniarką i z Winterfeldem tylko na chwilę odciągnęły jej uwagę od sprawy. Teraz jednak obrazy powróciły. Obrazy, wspomnienia…

Wciąż jeszcze się trzęsła, mimo środków uspokajających. Walczyła ze łzami i z pojawiającym się przed jej oczyma grobem siostry. I obrazem tej bestii, Inga M., który w czasie pogrzebu stanął obok niej. Nie tylko zgwałcił i zamordował jej siostrzyczkę, ale też nie dał jej spocząć po śmierci w pokoju.

Zacisnęła pięści. Dłonie jej pobielały.

Nienawidzisz go, prawda? Ale Inga M. nienawidzisz jeszcze bardziej? Morderca, którego chciałaś złapać, nie żyje, więc trzeba skupić się na tym, który cały czas działa.

Clara musiała przyznać, że to nie morderstwa młodych kobiet były głównym powodem, dla którego chciała złapać Bezimiennego. Chodziło jej przede wszystkim o to, że Bezimienny zabił Inga M. Zabił człowieka, którego przez całe życie poszukiwała. Zwyrodnialca, przez którego w ogóle rozpoczęła pracę w policji i który uczynił jej życie nieznośnym ciągiem wyrzutów sumienia.

Clara nienawidziła Bezimiennego, bo to on zabił bestię, którą sama chciała pozbawić życia – którą MUSIAŁA zabić, by odzyskać spokój.

Klęczała teraz w szpitalnej kaplicy, oficjalnie niezdolna do pracy, czekając, czy koledzy z policji przekonają Bellmanna, że może wrócić do służby. Lecz Bellmann mógł się uprzeć. Może odsunie ją od tej sprawy, żeby ktoś inny dopadł mordercę i uratował potencjalną ostatnią ofiarę?

Tak nie powinno być. Clara zacisnęła zęby. To ja muszę doprowadzić śledztwo do końca, bo inaczej nigdy już nie będę mogła spojrzeć w lustro.

Musiała teraz wszystkim udowodnić, że jest najodpowiedniejszą osobą do tej pracy. Musiała jednoznacznie pokazać, że osobiste zaangażowanie będzie działać na jej korzyść, a nie przeciwko niej. Zemsta jest jak ogień. Zemsta to bardzo czysta sprawa. Ktoś uderza, ktoś mu oddaje. Tak samo mocno, a często znacznie mocniej. Lecz do tego potrzebna jest siła. Clara musiała znaleźć ją w sobie, obudzić i użyć. Szukała teraz siły, by przekonać Bellmanna. Siły, by pokonać swoją słabość w dwie godziny, choć w normalnych warunkach trwałoby to pewnie i dwa lata. Siły, by znów uwierzyć w siebie.

Uniosła wzrok i popatrzyła na Ukrzyżowanego.

– Pomóż mi – poprosiła. – Pomóż mi być znów silną – wyszeptała i zamknęła oczy.

I nagle zobaczyła w duchu wyraźne obrazy. Oglądała zdarzenia ledwie sprzed ośmiu dni. Do wczoraj to był najbardziej przerażający i najgorszy dzień w jej policyjnej karierze, choć na końcu zmienił się w jej największy triumf.

Umrzeć i zmartwychwstać.

Obraz zrobił się wyraźny.

Clara leżała na ziemi. Sześć metrów od jej twarzy znajdowała się twarz Wilkołaka. Jego oczy płonęły nienawiścią. Marc i Philipp stali przy drzwiach. Clara leżała na dywanie. O przewrócone krzesło opierała karabinek Heckler&Koch PSG1, który zabrała jednemu z antyterrorystów, kiedy Wilkołak złamał mu nos i niemal zmiażdżył gardło. Palec wskazujący prawej dłoni spoczywał na spuście, a czerwony punkt celownika laserowego znieruchomiał pośrodku czoła psychopaty. W mroku jego płonących wściekłością oczu Clara widziała energię, która miała moc większą od lasera z jej broni. Niestety miał zakładniczkę. Jedną z kobiet. Tę, która przeżyła.

Nadkomisarz dowiedziała się później, co wydarzyło się w mieszkaniu. Ostatnia ofiara Wilkołaka. Wybrał sobie parę lesbijek. To, że dziewczyny się zadowalały, a on musiał obejść się smakiem, wywołało w psychopacie chorą wściekłość i żądzę krwi. Bernhard Trebcken chciał niszczyć i zabijać. Jedną z nich przywiązał do krzesła, a drugą wielokrotnie zgwałcił i podciął jej gardło piłą elektryczną do drobiu. Potem – wciąż na oczach oszalałej ze strachu partnerki ofiary – toporkiem pociął jej ciało na kawałeczki.

Clara oceniła odległość, jaka dzieliła zwierzynę od myśliwego, wciągając jednocześnie nosem zapach śmierci i krwi, który tak dobrze znała i którego się obawiała. Powietrze było ciężkie od woni strachu, bólu i wnętrzności.

Smród zła.

Odcięte kończyny, stopy, dłonie i głowa pierwszej ofiary leżały na dywanie. Wszystko pokrywały rozbryzgi krwi. Bezpośrednio przed sobą dostrzegła odcięty palec. Miał pomalowany paznokieć. Ciemny fiolet z białymi wstawkami. Zrobiony u manikiurzystki, pomyślała. Potrząsnęła głową, żeby pozbyć się takich skojarzeń. Przesunęła wzrokiem po nasiąkniętym krwią materiale, po nogach roztrzęsionej zakładniczki, prawej dłoni Trebckena, w której ściskał piłę do drobiu, i spojrzała dalej w górę, na jego ciemne, płonące nienawiścią oczy. Świdrował ją spojrzeniem.

Wilkołak siedział na podłodze, trzymając przy sobie pozostałą przy życiu zakładniczkę. Dziewczyna miała związane dłonie, a usta zaklejone srebrzystą taśmą izolacyjną. Trebcken trzymał ją za włosy, odciągają brutalnie głowę dziewczyny w tył, by łatwiej było mu trafić ostrzem piły w szyję. Palcem dotykał włącznika. Kobieta krwawiła z licznych ran i zadrapań na nogach, których sprawcą był Wilkołak – chciał policji pokazać, że nie cofnie się przed niczym.

– Opuść broń, suko! – wrzasnął do Clary. – Albo obetnę jej łeb! – Przycisnął mocniej piłę do szyi roztrzęsionej kobiety.

Clara starała się nawiązać kontakt wzrokowy z zakładniczką. Popatrz na mnie, nie na tego zwyrodnialca. No, popatrzże na mnie! I rzeczywiście, w końcu dziewczyna spojrzała w jej stronę. W jej oczach nie było widać niczego: zniknęło z nich zaufanie, nadzieja i wiara w innych.

– Rzuć piłę, Trebcken, to nic ci się nie stanie! – odpowiedziała Clara.

Wilkołak splunął na podłogę i przycisnął ostrze jeszcze mocniej do skóry przerażonej kobiety.

– Pierdol się, suko! Spieprzać stąd, bo ją załatwię! – Z kącika ust ściekała mu ślina. Kobieta tak dygotała, że morderca też się trząsł, przez co strużka śliny meandrowała, spływając mu po brodzie. – Spieprzać albo już po niej!

Clara zastanowiła się.

Wystarczyło drgnienie jego palca, by kobieta zginęła. Po przecięciu tętnicy szyjnej miałaby przed sobą tylko kilka sekund życia.

Wydawało się, że sytuacja jest beznadziejna.

Jednak dla Clary to był jeden z tych momentów, w których uświadamiała sobie, że wie, dlaczego wybrała ten zawód. Chodziło właśnie o takie ekstremalne sytuacje, gdzie siła i pewność siebie pozwalały myśleć i wybrać właściwe rozwiązanie. I tylko takie.

– Nie, na to ci nie pozwolę – oznajmiła. Miała wrażenie, że słyszy swój głos, jakby słowa wypowiadał ktoś inny. – Powiem ci teraz, co się stanie. Nacisnę spust. Kula wyleci z lufy z prędkością ponad siedmiuset metrów na sekundę, rozwalając ci mózg i zmieniając go w rozbryzgniętą czerwono-białą maź. Po kilku mikrosekundach będziesz martwy, choć nie będziesz o tym wiedział. A twój palec na włączniku będzie ci równie przydatny, jak… jak ten tutaj.

Wskazała brodą na obcięty palec przed sobą, z paznokciem w kolorze fioletowym.

– Marzenia!

Clara czuła, jakby czas prawie stanął. Wszystko poruszało się znacznie wolniej i wyglądało nierealnie.

Wilkołak drgnął i przyciągnął bliżej zakładniczkę. Ślina prysnęła mu z ust i błysnęła na moment, kiedy jej kropla znalazła się w promieniu celownika laserowego.

– Wal się, ty s…

Nie zdołał dokończyć zdania, bo w tej samej chwili rozległ się huk wystrzału. Drobny metalowy kształt przeciął powietrze z dwukrotną prędkością dźwięku i zanim ktokolwiek zdążył choćby mrugnąć, znalazł się tam, gdzie przed chwilą znajdował się jasny punkcik światła laserowego. Teraz zamiast niego na czole Wilkołaka pojawiła się potężna dziura. Jego oczy zamarły gdzieś pomiędzy zdumieniem i pustką, by w następnej chwili zgasnąć. Niemalże w tym samym momencie mózg psychopaty eksplodował. Przez mgnienie oka mężczyzna stał jeszcze w miejscu, wciąż zaciskając palce na włosach zakładniczki i przyciskając piłę do drobiu do jej gardła, a krew zmieszana z kawałkami kości i cząstkami mózgu rozlała się po białej ścianie za nim niczym upiorna aureola. W końcu oczy uciekły mu w tył głowy. Przewrócił się do tyłu, wydając mokre plaśnięcie, kiedy zmieniona w krwawą miazgę potylica uderzyła o podłogę.

Clara nabrała powietrza.

– Trafiony, zatopiony – powiedziała.

Otworzyła oczy.

Przed sobą miała krzyż. Dłonie, stopy, krew.

Pewnie tak właśnie miało być.

Pewnie musiała przejść przez piekło strachu, krwi i łez, żeby na końcu zwyciężyć.

Pewnie ból był przepustką do triumfu.

Wątpliwości zniknęły.

Pozostały jedynie dwa wyjścia: albo umrze Bezimienny, albo… ona.

I nic poza tym.

Clara podniosła się z kolan i stanęła niepewnie, jednak w jej wzroku pojawiła się jasność, kiedy po raz ostatni spoglądała na krucyfiks.

Bezimienny, pomyślała.

– Znajdę go – powiedziała szeptem, wychodząc z ławki. – I zabiję.


5

Clara nabrała głęboko powietrza i westchnęła, spoglądając w górę, na wysoko sklepioną kopułę, którą miała nad sobą. Dzięki niej czuła się całkowicie wolna i bezpieczna. Zamrugała, żeby oczyścić oczy z łez, a w głowie usłyszała odbijające się echem słowa księdza: „Żeby zasłużyć na przebaczenie, trzeba nauczyć się wybaczać”.

Ciekawe, jakich tajemnic musiał wysłuchiwać duchowny od spowiadających się wiernych i ilu wśród nich przyznawało się do zbrodni? A przecież jako ksiądz z nikim, poza Jezusem i Bogiem, nie mógł się dzielić się tą wiedzą, bo obowiązywała go tajemnica spowiedzi. Przez chwilę zastanawiała się, czy morderca jej siostry również wyspowiadał się z tego czynu. Bo jeśli tak, to któryś z księży wiedział, jak wygląda ten zwyrodnialec, co zrobił i może nawet potrafiłby pomóc go odnaleźć. Czy był ktoś taki, kto wiedział to wszystko, ale nigdy nikomu tego nie zdradzi?

Clara przegoniła dręczące ją myśli jak natrętną muchę: zwierzę takie jak morderca jej siostry z całą pewnością nie chciało mieć nic wspólnego z Bogiem.

Posąg Matki Boskiej, otoczony dziesiątkami zapalonych świec, wznosił się przy bocznym ołtarzu, w lewej nawie świątyni. Maria trzymała w ramionach małe Dzieciątko Jezus; pod stopami miała sierp księżyca, podczas gdy ją samą oświetlały promienie słońca. Znajomy znajomej, historyk sztuki, wyjaśnił kiedyś Clarze, że w Apokalipsie świętego Jana Niepokalana ma pod stopami sierp księżyca.

Potem wielki znak się ukazał na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. A jest brzemienna. I woła cierpiąc bóle i męki rodzenia. I inny znak się ukazał na niebie: Oto wielki Smok barwy ognia, mający siedem głów i dziesięć rogów – a na głowach jego siedem diademów. I ogon jego zmiata trzecią część gwiazd nieba: i rzucił je na ziemię. I stanął Smok przed mającą rodzić Niewiastą, ażeby skoro porodzi, pożreć jej dziecię[1].

Clara nie miała pojęcia dlaczego, ale znała ten fragment na pamięć. Nie chodziło o wyobrażenie krwiożerczego smoka czyhającego, by pożreć niewinne dziecko, niezależnie od tego, jak strasznie by to brzmiało, chyba największy wpływ na nią miało odniesienie tego cytatu do jej sytuacji, bo przecież na Claudię, jej siostrę, również rzucił się smok zła. Jednak w Biblii Dzieciątko zostaje uratowane przez Archanioła Michała, który pokonuje smoka-szatana; potwór, który pojawił się w życiu Clary, odebrał jej wszystko.

Jeśli Bóg rzeczywiście jest tak miłosierny, jak głosi Kościół, to dlaczego tak mało interesuje się ludźmi? – zastanawiała się. – Gdzie się podziewa, kiedy jest najbardziej potrzebny? Czy życie zawsze równa się cierpieniu? I jeśli życie ma być męczarnią dla ciała, to czy piekło będzie męczarnią dla duszy?

Stała w milczeniu przed figurą Matki Boskiej, podczas gdy zapalone u jej stóp świece oblekały zanurzone w półmroku wnętrze świątyni w migotliwy kobierzec z blasku płonących knotów.

Maria, pomyślała Clara. Jedyny człowiek w całej historii stworzenia, który żył całkowicie bez grzechu i w czystości. I dodała: Maria, Matka Syna Bożego, Królowa Nieba i Ziemi.

Lecz jeśli świat poszedłby za jej przykładem i grzech zniknąłby z powierzchni ziemi, Clara musiałaby znaleźć sobie inne zajęcie.

Wrzuciła monetę do mosiężnej skarbonki i zapaliła dwie świeczki za Claudię. Nigdy cię nie zapomnę, powiedziała w myślach, patrząc na bliźniacze płomyki, które momentalnie wtopiły się w migotliwy kobierzec u stóp posągu.

Nagle drgnęła. Zaskoczył ją metaliczny brzęk. Wysoki mężczyzna wrzucił monetę do skarbonki i, jak ona przed chwilą, zapalił świeczkę. W jego ruchach była gracja i płynność, którą Clara widywała wśród funkcjonariuszy pracujących w oddziałach specjalnych. Miał bardzo krótko przycięte blond włosy i nosił okulary w metalowych, matowych oprawkach.

– Nigdy nie będzie nam dane zbliżyć się do ideału, prawda? – odezwał się, spoglądając na posąg Maryi. Potem przeniósł wzrok na Clarę. Kiedy lewą dłonią dostawiał świeczkę do pozostałych, zadrżała mu ręka.

Clara skinęła jedynie głową. Nieznajomy nie wyglądał ani nie zachowywał się odpychająco, lecz nie miała nastroju do rozmowy.

Mężczyzna chyba to zrozumiał.

– Przepraszam – powiedział i cofnął się o krok. – Nie chciałem przeszkadzać. Do widzenia.

Kobieta stała pod figurą Maryi i spoglądała za oddalającym się mężczyzną, a migotliwe płomyki świec ustawionych na podłodze rzucały rozedrgane cienie na oblicze Matki Boskiej.


5

Ingo M. pracował jako jeden z opiekunów w sierocińcu. Liczył sobie trzydzieści kilka lat i był człowiekiem niewahającym się użyć przemocy. Miał ciało o kształcie beczułki, długie kościste nogi i wielkie silne ramiona zakończone szerokimi dłońmi, którymi niejednego buntowniczo nastawionego mieszkańca ośrodka „sprowadził do pionu”, jak zwykł mawiać.

Wydawało się jednak, że lubił Vladimira, choć nie miał ku temu żadnych wyraźnych powodów. Chłopak co prawda nie łamał ustalonych zasad, jednak był małomówny, zamknięty w sobie i często sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie istniał.

– Chcesz pooglądać filmy o ninja? – zapytał Ingo.

– Chyba tak – odparł Vladimir.

Poszli do pokoju wychowawcy, gdzie monitory wyświetlały obraz z kamer na korytarzach i w salach. Usiedli przed telewizorem i obejrzeli film.

„Żeby pokonać noc, trzeba stać się jej częścią” – oznajmił w którejś ze scen filmu główny bohater – wojownik ninja.

Historia przedstawiona w filmie rozgrywała się w latach osiemdziesiątych w Stanach Zjednoczonych i w niepokojący sposób przypominała Vladimirowi jego własne życie. Młody funkcjonariusz oddziałów specjalnych pracujący w FBI w wydziale do walki z narkotykami naraził się potężnemu bossowi mafii narkotykowej. Przestępcy zlecili wymordowanie całej jego rodziny. Potem sam został przez nich pojmany, a w niewoli siłą szprycowano go narkotykami. Uzależnił się w ten sposób od substancji, które przez całe życie zwalczał, lecz mimo to zdołał uciec. Na jego drodze pojawił się mistrz ninja, który zgodził się go szkolić i poddał bezkompromisowemu treningowi, dzięki czemu policjant stał się wojownikiem ninja.

Już jako wojownik ninja zaczął się mścić na swoich oprawcach. Zabił wszystkich członków gangu narkotykowego, sięgając aż do ich mocodawcy, bossa całej organizacji, którego pokonał w pojedynku, uprzednio eliminując jego ochroniarzy. Na samym końcu szef całego podziemia leżał ciężko ranny na ziemi i błagał, by go w końcu zabił. Wojownik ninja wyjął miecz i uniósł go nad głowę. W oczach dogorywającego bossa pojawił się błysk nadziei. Lecz w tym momencie wojownik wbił miecz w ziemię obok niego i powiedział: „Harakiri nie jest zarezerwowane jedynie dla samurajów”.

A potem zostawił umierającego przestępcę swojemu losowi.

Jeszcze długo po filmie Vladimir spoglądał roztrzęsiony i podekscytowany w ekran. Wciąż jeszcze widział przed sobą czarnego wojownika ninja, jak bezlitośnie mści się za śmierć bliskich i zabija kolejnych wrogów, by na końcu, otoczony nimbem zwycięzcy, usunąć się w cień.

Lecz to, co chłopak zobaczył na ekranie, było dalekie od rzeczywistości. Prawdziwe życie rozgrywało się tu i teraz. Rzeczywistość była sierocińcem i pokojem wychowawcy, w którym siedzieli i w którym monitory migotały niebieskawym światłem, w którym stała pomarańczowa popielniczka i z którego okien widać było czarne grube kraty, takie same jak w każdym innym oknie budynku.

I rzeczywistość też była taka, że Vladimir tak bardzo dał się porwać historii na ekranie, że nie zwracał uwagi na Inga i jego lubieżne spojrzenia.


5

Czarny mercedes klasy S włączył prawy migacz i zatrzymał się przy krawężniku na Müllerstraße 38. Przyciemniona szyba zjechała na sam dół. Kierowca w czarnym garniturze i pod krawatem przechylił się na stronę pasażera i wyjrzał na zewnątrz. Andira podeszła do auta.

– Czy pani Andira Althaus? – zapytał kierowca i otworzył drzwi.

– Tak, dzień dobry. Rozumiem, że pan jest kierowcą Toma Myersa?

– Zgadza się – potwierdził mężczyzna. – Czy będzie pani tak miła i usiądzie na fotelu z przodu? Mister Myers musi zostać w Niemczech dłużej, niż planował, przez co mam auto pełne jego walizek. – Wskazał palcem na tylną kanapę. – Przyleciały Fedexem dzisiaj w nocy. Cały bagażnik i pół samochodu.

Andira spojrzała rozbawiona na walizki Samsonite, które piętrzyły się z tyłu.

– Nie ma sprawy – powiedziała i wsiadła. – Z przodu i tak lepiej widać.

Kierowca podał jej kolorową książeczkę.

– Miałem to pani przekazać. American Diamond. Ten program to amerykańska kuźnia gwiazd. Kręcony w Los Angeles. Z tego, co wiem, mister Myers chce rozmawiać z panią właśnie o nim.

Mercedes płynął miękko w kierunku centrum miasta, podczas gdy Andira przeglądała kolorowy prospekt. Na ostatniej stronie podano partnerów produkcji: CBS, Warner Brothers, Trump Inc. Przed oczyma miała już Amerykę, Los Angeles, Beverly Hills, Las Vegas i Nowy Jork. Nie mogła w to uwierzyć. Jeszcze wczoraj była nikim, a dziś miała wszystko w zasięgu ręki. To był właśnie american dream, a ona czuła się tak, jakby już znalazła się po drugiej stronie oceanu.

I pewnie dlatego nie zwróciła uwagi, że kierowca sięga po coś do niewielkiego schowka przy kierownicy.

A igłę wbitą w swoje udo widziała tylko przez ułamek sekundy, zanim straciła przytomność i pogrążyła się w bezbrzeżnej ciemności.

Na wysokości Chausseestraße kierowca zawrócił i ruszył z powrotem, w stronę autostrady. Jadąc, założył okulary.

Okulary w oprawkach z matowej stali.


6

Wszystko mnie brzydzi. Ludzie, życie i ja sam. Czasem myślę, że od lat już jestem martwy i po prostu nikt nie pomyślał, żeby mnie pochować. Może byłoby lepiej, gdybym wtedy, gdy zainscenizowałem swoje samobójstwo w jeziorze, gdybym rzeczywiście je popełnił… napisałem wówczas list pożegnalny, wszedłem do wody, wypłynąłem daleko od brzegu i zostawiłem tam swoją kurtkę. Potem wyszedłem na plażę, ale nigdy już nie wróciłem do sierocińca. Od tamtego czasu wszyscy myślą, że nie żyję… i dobrze.

Zresztą może rzeczywiście jestem martwy? Może to, co postrzegam jako rzeczywistość, jest w istocie tylko snem? A jeśli żyję, to czy powinienem się w końcu zdecydować odejść? Przedawkować insulinę? Połknąć opakowanie tabletek nasennych? Znaleźć mocną belkę pod dachem i przerzucić przez nią sznur? A może wystarczy jedno szybkie cięcie żyletką?

Na razie to nie wchodzi w grę, bo mam misję do spełnienia. Dziewczyna ma na imię Jasmin. Dzisiaj na Facebooku ogłosiła wszem wobec, że weekend spędzi w Hanowerze. To znaczy, że mogę wejść do jej mieszkania i wszystko przygotować. Widziałem ją na dworcu głównym. Wielu ją widziało i wielu odprowadzało ją pożądliwym wzrokiem. Podobna do Elisabeth. Jest piękna, ma blond włosy i przyciąga spojrzenia.

Dwudziestolatek, z którym usiadła w restauracyjce na dworcu, by wypić kawę, też na nią leciał. W jego oczach widziałem, że pragnie tej blondyneczki, że koniecznie chce ją posiąść, lecz tępa bezradność, która wyzierała spoza pożądania, wyrażała zwątpienie, że kiedykolwiek mu się to uda. Chłopak wiedział, że blondynka nigdy nie będzie jego. Domyślał się, że ucieszyła się, kiedy przez głośniki zapowiedziano jej pociąg i w końcu miała pretekst, by zostawić go samego.

Po co w ogóle się z nią spotkał? Musiał przecież wiedzieć, że takie spotkanie obudzi w nim pożądanie, którego nigdy nie zaspokoi. Wiedział, a mimo to skazywał się na długie cierpienie.

Możliwe również, że wystarczyła mu iluzja: oto spotkał kobietę marzeń – chociaż wiedział, że nigdy się z nią nie prześpi. Albo nie chciał sobie wyrzucać tchórzostwa, że nie skorzystał z szansy, którą dostał, nawet jeśli była cholernie mała? Całkiem prawdopodobnym wytłumaczeniem jest to, że spotkał się z nią jedynie po to, by mieć przed oczyma jej obraz, kiedy będzie się masturbował.

Czy taki ktoś może kiedyś stać się mordercą? Kimś, kto żywą dziewczynę w kawiarni będzie gotów zmienić na pocięte i rozkładające się zwłoki tylko dlatego, że martwe dziewczyny nigdy nie odmawiają? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem, ale sama myśl o tym jest całkiem interesująca.

Jasmin wraca w niedzielę wieczorem. Nie napisała o tym na Facebooku, ale znalazłem tę informację na jej koncie w serwisie kolejowym bahn.de, na który się włamałem. Dlatego w niedzielę wyjdę z domu. I poczekam na nią w jej mieszkaniu. Żeby ją zabić.


6

Winterfeld stał w otwartym oknie z cygaretką w dłoni i raz po raz wypuszczał chmurę dymu w zimne, wilgotne powietrze. Clara stała obok niego i czekała, co powie.

– Wytłumaczyłaby mi to pani raz jeszcze? – poprosił w końcu. – Rozmawiała pani z naukowcami od robali, którzy powiedzieli, że chrząszcze mogą magazynować obce DNA?

– Zgadza się – potwierdziła i głębiej wcisnęła ręce w kieszenie, zaskoczona odpornością szefa na chłód. – Cząstki DNA to struktury białkowe. W normalnym procesie trawienia ulegają całkowitemu rozkładowi, przez co nie da się ich potem zidentyfikować. Jednak są od tego wyjątki.

– Jakie? – zapytał Winterfeld, delektując się aromatem cygaretki.

– Owady, a konkretnie chrząszcze, które mają chitynowy szkielet zewnętrzny. Entomolog z Instytutu Medycyny Sądowej wyjaśnił, że do budowy tego pancerza są potrzebne między innymi związki węgla. A DNA, jak zresztą większość związków organicznych, jest zbudowane między innymi z atomów węgla. – Przerwała, żeby szybko pozbierać i uporządkować w myślach nowe wiadomości. – Kiedy w organizmie chrząszczy potrzeba atomów węgla do wzmocnienia chitynowego pancerza, zdarza się, że w strukturze tego szkieletu odkładane są całe fragmenty związków zawierających węgiel, zanim zostaną gruntownie przetrawione. Jeśli proces trawienia był zbyt zaawansowany, nie ma szans, żeby wyodrębnić obce DNA z pancerza chitynowego.

– Czy to znaczy, że chrząszcze mogą być ruchomymi bankami kodów DNA? – Winterfeld zmrużył oczy i spoglądał gdzieś daleko przed siebie. Po chwili popatrzył na Clarę. – I to nawet wtedy, gdy od dawna już nie żyją?

– Zaskakujące, prawda? – Clara schowała głowę między ramiona, bo nie czuła się komfortowo omiatana podmuchami zimnego wiatru, który hulał po korytarzu. – Chityna, w której skład wchodzą atomy węgla, działa w tym wypadku jako naturalny konserwant. Ten mechanizm można chyba porównać do uwięzienia owada z prehistorycznych czasów w kropli żywicy, którego dzisiaj, miliony lat później, można odnaleźć w kawałku bursztynu. – Skinęła dwóm kolegom, którzy szli akurat korytarzem. – Chrząszcze są już martwe, ofiara również, ale DNA ofiary wciąż można odczytać.

Winterfeld milczał przez dłuższą chwilę.

– Myśli pani, że morderca zdaje sobie z tego sprawę? – zapytał w końcu. – Może wiedzieć, jak wygląda metabolizm u chrząszczy?

– Mam nadzieję, że nie – odparła Clara.

– W zależności od tego, jak dawno temu zginęła pierwsza ofiara, istnieje możliwość, że ten chrząszcz, którego szukamy, też już dawno nie żyje?

Policjantka przytaknęła.

– To by oznaczało, że morderca musiałby przez przypadek przynieść jednego lub kilka martwych chrząszczy razem z żywymi okazami do mieszkania Jasmin Peters? – Westchnął. – Mało prawdopodobne, prawda?

Clara wzruszyła ramionami.

– Również mało prawdopodobne jest, żebyśmy ruszyli z miejsca, ignorując tę możliwość.

Winterfeld przeczesał włosy dłonią i spojrzał na zegarek.

– Cóż, w takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak obarczyć naszych przyjaciół z Instytutu Medycyny Sądowej dodatkową pracą. O ile zrozumiałem pani pomysł, czeka ich teraz setka, jak nie więcej, sekcji chrząszczy.

– Pewnie nawet kilkaset – odparła Clara. – I właśnie dlatego potrzebuję pana wsparcia. Nikt nie może mieć najmniejszych wątpliwości, że to decyzja całego wydziału zabójstw, a nie czyjeś widzimisię. Nie chcę, żeby nasi lekarze sądowi pobiegli ze skargą na mnie do Bellmanna.

– Spokojnie. – Winterfeld uśmiechnął się łobuzersko. – Jeśli Bellmann będzie chciał się kogokolwiek czepiać, padnie na mnie, nie na panią.

Uśmiechając się, wypuścił dym z płuc. Czasem widać było w jego zachowaniu coś młodzieńczego.

Clara również się uśmiechnęła.

– Wielkie statki mają większe szanse, by przetrzymać silny sztorm, niż małe jednostki. Jako hamburczyk powinien pan wiedzieć takie rzeczy. Tym bardziej że nawet jesienna słota nie jest w stanie pana zmóc. – Wskazała głową za okno.

– Piękne porównanie, senora. Z takim darem perswazji zrobiłaby pani karierę w dyplomacji.

– To jak będzie? – zapytała Clara. – Zgadza się pan?

– W najgorszym razie czeka ich sekcja kilkuset chrząszczy i może z pięćdziesiąt dodatkowych godzin pracy?

– Tak, w najgorszym razie.

Główny komisarz westchnął, wyrzucił niedopałek na zewnątrz i schował dłonie w kieszeniach. Clara zastanawiała się, jak wiele niedopałków leży już na ziemi poniżej i czy ktokolwiek zaprząta sobie głowę ich zbieraniem.

– W takim razie nie ma na co czekać. – Winterfeld po raz ostatni przesunął dłonią po włosach.

– Aye, aye, sir. – Clara zasalutowała na pożegnanie i wróciła do siebie, żeby zadzwonić do Martina Friedricha.

Clara i doktor Friedrich alias MacDeath stali na korytarzu wydziału entomologii Instytutu Medycyny Sądowej. Ściany przykrywały rzędy szklanych gablotek z wypreparowanymi chrząszczami, motylami, pędrakami, stonogami i pająkami. Von Weinstein zdjął okulary w eleganckich oprawkach i potarł oczy. Wciąż widać było po nim ogromne zmęczenie.

– Mamy przynajmniej ze trzysta zdechłych osobników, które technicy zabezpieczyli w pokojach i zwłokach Jasmin Peters i Jakoba Kürtena – powiedział powoli, a w jego głosie słychać było ledwie skrywane niezadowolenie. – Poza tym mamy jeszcze ponad pół tysiąca żywych chrząszczy, które trzymamy w dwóch terrariach: w jednym owady zebrane w mieszkaniu Jasmin Peters, a w drugim te z domu Jakoba Kürtena. – Westchnął ostentacyjnie i założył z powrotem okulary. Następnie poprawił biały kitel i ciągnął: – A wy chcecie, żebyśmy przeprowadzili im wszystkim sekcje, przy czym te, które jeszcze żyją, miałyby zostać uśpione gazem?

Clara przytaknęła.

– Wielki Boże, to przecież niemal tysiąc minisekcji! Musimy te małe cholerniki pociąć, obejrzeć pod mikroskopem ich pancerze, przeprowadzić kilka testów chemicznych, a potem wysekwencjonować DNA i przeprowadzić porównanie, oczywiście pod warunkiem, że jakieś znajdziemy!

– Dokładnie tak, jak pan mówi. – Clara spojrzała na swojego partnera. Główny komisarz kiwnął głową. – Około tysiąca chrząszczy, ale możliwe, że znacznie mniej, bo wszystko zależy od tego, czy i przede wszystkim jak szybko uda się wam znaleźć obce DNA, które nie należałoby w dodatku ani do Jasmin Peters, ani do Jakoba Kürtena.

– To jakieś wariactwo – oznajmił von Weinstein i potrząsnął głową. – To potrwa całą wieczność. Co więcej, nawet jak już będzie po wszystkim i jakimś cudem znajdziemy ślady, to i tak nie możemy mieć pewności, że to DNA uda się nam do kogoś dopasować.

Mówiąc to, uczynił szeroki gest dłonią, wskazując na szklane gabloty, które wisiały wzdłuż korytarza.

– Nie wiem, czy słyszała pani o tym, że nasze chrząszcze są wszystkożerne? Może wcześniej żywiły się jakimś innym ciałem, które w ziemi leżało od wielu, wielu lat. A to by postawiło nasze dochodzenia całkowicie na głowie.

– Przyznaję, że to wszystko nie brzmi zbyt prawdopodobnie – rzekła Clara. – W zależności od tego, jak dawno temu zamordował swoją pierwszą ofiarę, mówimy o chrząszczu, który ma kilka lat i jest martwy. Jeśli morderca rzeczywiście zaczął tak dawno temu, to prawdopodobieństwo, że jeden martwy owad zapodział się gdzieś między żywymi, zebranymi w mieszkaniu Jasmin Peters albo Jakoba Kürtena, jest minimalne. – Spojrzała poważnie na von Weinsteina. – Ale nie mamy niczego innego.

Von Weinstein pokiwał głową.

– Niestety, nie mamy. Jednak prawdopodobieństwo, że zmarnujemy czas, pracując na próżno, moim zdaniem niemal graniczy z pewnością.

– Zgadzam się, że to ogromne ryzyko, niemniej musimy je podjąć. – Clara wzruszyła ramionami.

– Panie doktorze – do rozmowy włączył się MacDeath. – Wydział zabójstw przekazał instytutowi dość jednoznaczne polecenie i jasno określił zakres działania. Na razie media trzymamy od wszystkiego z dala, lecz istnieje przecież ogromne prawdopodobieństwo, że morderca postanowi sam nagłośnić swój kolejny wybryk.

Spojrzał na von Weinsteina równie badawczo, jak wcześniej na Clarę.

– Z całą pewnością nie chcielibyśmy, żeby później ktoś mógł nam zarzucić, że policja nie była zainteresowana sprawdzeniem każdego śladu, który mógłby nas przybliżyć do zatrzymania przestępcy. Mam rację?

Von Weinstein potarł oczy i schował okulary do kieszeni na piersi fartucha.

– Tak, ma pan rację, nie mamy żadnego innego punktu zaczepienia. Mimo wszystko uważam, że to walka z wiatrakami.

– Ktoś, kto walczy, może przegrać – powiedziała Clara, ruszając w stronę wyjścia. – Ktoś, kto nie podjął walki, już przegrał.


6

Gabinet doktora Alexandra Bellmanna, szefa berlińskiej Krajowej Policji Kryminalnej, wyglądał jak centrum zarządzania operacjami specjalnymi. Z okien przestronnego pomieszczenia rozciągał się piękny widok na Tempelhofer Damm i ciągnące się kilometrami płaskie przestrzenie dawnego lotniska Tempelhof. Pod przeszkloną ścianą stało potężne biurko z masywnym skórzanym fotelem, kawałek dalej regały i kilka oprawionych zdjęć. Przedstawiały Bellmanna, ogorzałego, ze szpakowatymi włosami, stojącego obok znanych postaci. Na jednym prezydent kraju, na innych szef Scotland Yardu czy dyrektor FBI. Jedno z nich, zrobione gdzieś w Azji, przedstawiało go obok Condoleezzy Rice.

Blat biurka był niemal pusty. Stały na nim jedynie dwa oprawione w ramki zdjęcia, jedno jego żony, a drugie dwóch córek, które ojca znały przede wszystkim z gazet. Poza tym duży monitor, laptop wpięty w stację dokującą i dwa telefony, a obok smartfon BlackBerry. Oprócz urządzeń jeszcze skoroszyt i teczka zamykana na gumkę, notes i ołówek. I nic więcej. Żadnych niepotrzebnych rzeczy, żadnych osobistych przedmiotów czy stert akt, jak u Winterfelda. Widać było, że biuro zajmuje człowiek, dla którego liczy się tylko tu i teraz.

Fakty i wyniki.

Przyjąć i wykonać.

Odbezpieczyć, wycelować, strzelić.

I wziąć na muszkę następnego.

Nikogo już nie dziwiło, że Bellmann pojawia się w pracy nawet soboty. Szczególnie teraz, gdy przez cały tydzień nie przychodził do biura. Spędził go w Wiesbaden, w gmachu Federalnej Policji Kryminalnej, uczestnicząc w spotkaniach, wykładach i konferencjach. Wszystko, czego nie załatwił w ciągu ostatnich pięciu dni, nadganiał właśnie teraz. W poniedziałek rano jego sekretarka, jak zwykle zresztą, znajdzie na swoim biurku stertę podpisanych dokumentów ze wskazówkami, co z nimi zrobić, a w skrzynce pocztowej na wysłanie będzie oczekiwało pięćdziesiąt e-maili. Natomiast niedziel Bellmann nigdy nie traktował jako dnia pracy. To był czas zarezerwowany w mniejszym lub większym stopniu dla rodziny.

Kiedy Clara weszła do biura, akurat otwierał skoroszyt. Gestem wskazał jej jedno z krzeseł przy biurku, po czym wrócił na chwilę do papierów. W końcu gwałtownie zamknął metalowy mechanizm, na który nawleka się dokumenty. Druty zatrzasnęły się niczym pułapka na niedźwiedzie.

– Jak pani zapewne wie… – zaczął, nie zaprzątając sobie głowy powitaniami. Zanim spojrzał na policjantkę, wyjrzał przez okno. – Jak pani zapewne wie, naszym zadaniem jest łapanie przestępców. Niektórzy z nich są wyjątkowo niebezpieczni, inni nie aż tak. Niektórzy są obłąkani, inni zdrowi na umyśle.

Clara poruszyła się nerwowo na krześle, usiłując sprawiać wrażenie osoby spokojnej i skoncentrowanej. Wiedziała, że taki wstęp Bellmanna nie oznacza nic dobrego.

– Wie pani, koleżanko, jak bardzo panią cenię i że uważam panią za nadzieję młodego pokolenia funkcjonariuszy, szczególnie jeśli chodzi o łapanie psychopatów i morderców. Takich jak Wilkołak. Tych tylko trochę i tych całkowicie szurniętych.

I Bezimiennego, Clara dodała w myślach. Ale o nim Bellmann nie zamierzał wspomnieć.

– Ale czy ja jako szef policji kryminalnej w Berlinie również muszę być obłąkany, żeby ich łapać? – Spojrzał na nią i uśmiechnął się chłodno, wskazując przy tym palcem w swoją stronę.

– Obawiam się… obawiam się, że nie rozumiem, do czego pan zmierza – odparła Clara niepewnie.

Bellmann otworzył skoroszyt, wyjął ze środka coś, co wyglądało na gazetę, i wskazał palcem na zdjęcie na stronie tytułowej.

– Bo wydaje mi się, że musiałbym być naprawdę szaleńcem, żeby po tym, co przydarzyło się minionej nocy, pozwolić pani dalej pracować nad tą sprawą.

Policjantka spojrzała na gazetę.

Krwawy morderca seryjny grasuje w Berlinie!

Czy Facebookowy Żniwiarz zamordował już czternaście kobiet? Co łączy go z komisarz Clarą Vidalis z policji kryminalnej?

Bellmann pokręcił powoli głową.

– Nie mam pojęcia, jak dziennikarze docierają do takich informacji, jednak to fakt, z którym nie ma co się spierać. Niewykluczone, że sprawca sam im to ułatwia, ale tego nie możemy być pewni.

Bellmann odłożył gazetę w taki sposób, żeby Clara mogła przeczytać artykuł.

– Przygotowała pani z doktorem Friedrichem profil psychologiczny sprawcy – ciągnął, sięgając po teczkę. – Twierdzicie w nim, że dla tego Bezimiennego ważny jest element inscenizacji. I że im bardziej skomplikowany scenariusz i im bardziej my jesteśmy bezradni, tym dla niego lepiej.

– Dlatego powinniśmy go dopaść jak najszybciej – potwierdziła Clara i złapała się na tym, że z nerwów wyprostowała spinacz biurowy. Bellmann też to zauważył.

– W rzeczy samej, powinniśmy – potwierdził i zamknął teczkę z profilem. – Jednak nie w sposób, który on sobie wyobraził. Nie jako krucjatę zranionej i podupadłej na zdrowiu, okaleczonej emocjonalnie, łaknącej zemsty funkcjonariuszki policji, która z nienawiści nie może trzeźwo myśleć.

– Z całym szacunkiem, ale myślę równie trzeźwo, jak wcześniej.

– Nie wątpię. – Bellmann potrząsnął głową. – Ale czy w tej sprawie zdoła pani zachować obiektywizm? – Mówiąc to, spojrzał znacząco na spinacz w jej dłoniach. – Chyba nie. – Odchylił się na oparcie. – Jest pani osobiście zaangażowana w tę sprawę. Morderca zabił osobę, która najprawdopodobniej była odpowiedzialna za śmierć pani siostry. Tego mu pani nigdy nie wybaczy. – Wyjrzał przez okno. – Przez to nie ma mowy o obiektywizmie i trzeźwej ocenie, bez których nasz zawód traci wszelki sens.

Clara gorączkowo myślała. Powiedział, że jest osobiście zaangażowana. Może i tak. Lecz tak samo, jak może to być obciążeniem, równie dobrze może okazać się zaletą.

– Doktorze Bellmann – zaczęła, wyprostowała się, zebrała w sobie i momentalnie zapomniała o spinaczu. – To, co pan uważa za wadę, może się okazać wielką zaletą.

Bellmann zmarszczył brwi.

– Doprawdy? Musiałaby pani mi to wyjaśnić. Ale proszę nie próbować wciskać mi wad jako zalet, bo na puste gadki marketoidów jestem całkowicie odporny.

– Wiem – powiedziała policjantka. – Ale to jest tak: nasza wspólna trauma z dzieciństwa, moja i mordercy, który został wykorzystany przez Inga M., sprawia, że ta specyficzna więź między sprawcą a śledczym przemienia się w pole minowe, które morderca chce wykorzystać do swoich celów. Jednak my też możemy wykorzystać je do naszych.

Bellmann słuchał i nie przerywał.

Clara mówiła dalej:

– To, co pana zdaniem działa na naszą niekorzyść, czyli dalsze prowadzenie sprawy przeze mnie, bo mogę być opętana wizją zemsty i stracić zdolność do trzeźwej oceny sytuacji, równie dobrze może działać na niekorzyść Bezimiennego. Bo w pewnym momencie postanowi się zbliżyć albo mnie uciszyć i zacznie działać nieostrożnie.

Bellmann ponownie zmarszczył czoło.

– Chce pani powiedzieć, że pozwoli sobie na jakiś błąd, ale tylko pod warunkiem, że pani będzie wciąż pracowała przy tej sprawie? Chodzi o to, że morderca zadaje sobie trud z tym całym show jedynie dla pani?

– Tak jest. Kiedy ja przestanę grać w jego grę, Bezimienny może dalej mordować po cichu jak wcześniej, przecież zabił dwanaście kobiet, o których nic jeszcze nie wiemy – jeśli one, rzecz jasna, w ogóle istnieją.

– Wspomniała pani o uciszeniu… czy odczytała pani jego słowa jako groźbę? Że będzie chciał panią zamordować?

Clara zacisnęła usta i skinęła głową.

– Zgadza się. Rozmawiałam o tym z doktorem Friedrichem. Istnieje takie prawdopodobieństwo. Jednak uważamy je za tak znikome, że szkoda zawracać sobie nim głowę. Chodzi generalnie o to, że tylko żywa mogę podziwiać i obserwować realizację jego dzieła. Martwej nic nie może ani pokazać, ani opowiedzieć.

Bellmann milczał przez chwilę. Odpowiedział dopiero po kilkunastu sekundach.

– No dobrze, przyjmijmy, że zostanie pani przy tej sprawie, ale wtedy musiałaby pani uzgadniać każdy krok z głównym komisarzem Winterfeldem. I musiałaby pani meldować o każdej wiadomości, każdej płycie i wszystkim, co mogłaby pani dostać od tego psychopaty, meldować przełożonemu, niezależnie od pory dnia i nocy. Zrozumiano?

Clara potaknęła.

– Zrozumiano.

Minęło kolejnych dziesięć sekund, w czasie których Bellmann dalej wyglądał przez okno.

– Dobrze – oznajmił w końcu i zastukał w blat. – Zaraz porozmawiam z doktorem Friedrichem o opracowanym profilu sprawcy. – Spojrzał na teczkę. – Jednak musiałbym być szaleńcem, gdybym pozostawił ten przypadek właśnie pani. – Clara poczuła zawód. Czyżby chciał ją dręczyć? Po co w ogóle dawał jej nadzieję? Żeby teraz wszystko zniszczyć? – Ale też musiałbym być zdrowo stuknięty, gdybym nie zdecydował się wykorzystać jedynej szansy, którą mamy, nawet jeśli jest minimalna. Chodzi mianowicie o to, że morderca rzeczywiście robi show właśnie dla pani i dlatego może popełnić błąd.

– Czy to znaczy…? – Clara rozpromieniła się. Z wielkim trudem ukrywała euforię. W tej pracy okazywanie uczuć szkodziło praktycznie niezależnie od sytuacji. Uczucia, które się okazywało, były niczym krew wabiąca rekiny.

– To znaczy, że zaraz odbędę jeszcze rozmowę z doktorem Friedrichem, a potem dam pani znać. – Bellmann wskazał głową drzwi, co oznaczało, że spotkanie dobiegło końca. – Jednak możemy przyjąć, że będzie pani, koleżanko, dalej prowadziła tę sprawę. – Uśmiechnął się na tyle, na ile można było w przypadku Alexandra Bellmanna w ogóle mówić o uśmiechu. – Postaram się trzymać prasę z dala. A pani musi dać mi słowo, że szybko go pani dopadnie.

– Zrobię, co w mojej mocy – odparła policjantka i wstała.

Z dzbanka prychającego ekspresu w kuchni na trzecim piętrze nalała sobie filiżankę kawy i połknęła tabletkę środka uspokajającego. Wcześniej, stojąc w otwartym oknie, rozmawiała z Winterfeldem, który strzepywał popiół na trawnik poniżej, a potem w ślad za spalonym tytoniem wyrzucił niedopałek.

W biurze Bellmanna siedział teraz MacDeath. Omawiali profil sprawcy. Hermann nie miał dla niej żadnych nowych informacji z frontu internetowego, a szpitale wciąż nie zidentyfikowały DNA wyizolowanego z chitynowego pancerza chrząszcza. Wyglądało więc na to, że ten ślad okazał się ślepą uliczką. Dlatego Clara skupiła się teraz na ustaleniu wszystkiego, co się dało, na temat Inga M. Nie chodziło jej już tylko o osobiste sprawy. Ingo M. znał mordercę. Być może znajdą coś, co pozwoli pchnąć śledztwo naprzód i doprowadzi ich do Bezimiennego?

Funkcjonariusze, którzy znaleźli spalone zwłoki, przesłali jej akta prowadzonego wówczas śledztwa i kilka numerów telefonów, pod którymi mogła dopytać się o niektóre sprawy. Zadzwoniła do większości z wymienionych policjantów. Jednak w sobotę wieczorem najczęściej łączyła się z automatem zgłoszeniowym. Co oznaczało dalsze czekanie.

Clara nie mogła znieść oczekiwania na ostateczną decyzję Bellmanna. Nienawidziła zawieszenia w niepewności. Nie chciała warować przy telefonie, by ktoś w końcu zadzwonił z informacją na temat Inga M. Nie chciała wyczekiwać wieści od informatyków. Jednak czekanie było jedyną rzeczą, jaka jej w tym momencie pozostawała. Czekanie na decyzję. Czekanie na znak od Bellmanna.

I na kolejną wiadomość od Bezimiennego.


7

Wieczór i zachód słońca zalały niebo czerwoną i żółtą barwą, upodabniając je do sklepienia katedry Świętej Jadwigi, które migotliwe świece zmieniły w rozedrgane malowidło. Clara zajęła miejsce za kierownicą służbowego audi, które najlepsze lata miało już dawno za sobą, i Unter den Linden dojechała do skrzyżowania z Friedrichstraße. Skręciła w lewo, w stronę Tempelhof, gdzie znajdowała się siedziba Krajowej Policji Kryminalnej.

Clara pracowała w wydziale zabójstw, w niedawno utworzonym referacie ekspertyz sądowych i psychopatologii. Z reguły jest tak, że im większe miasto, tym więcej można znaleźć w nim osób z zaburzeniami emocjonalnymi i psychicznymi, a Berlin nie był wyjątkiem. Zapadła więc decyzja, że nie można siedzieć z założonymi rękoma, tylko trzeba zacząć działać.

Clara zamierzała spędzić w biurze jeszcze mniej więcej dwie godziny i w tym czasie spotkać się ze współpracownikami, przejrzeć akta ostatniej sprawy, a w końcu wrócić do domu. Z wyjątkiem dwudziestego trzeciego października, o którym myślała bez przerwy, cały tydzień minął spokojnie. I bardzo dobrze, bo potrzebowała trochę odprężenia. Ostatnią sprawą, nad którą pracowała wspólnie ze swoim przełożonym, głównym komisarzem Winterfeldem, który jednocześnie sprawował funkcję szefa wydziału zabójstw, było śledztwo w sprawie Wilkołaka. Wilkołak, psychopatyczny morderca, szalał po Berlinie, zostawiając za sobą krwawy ślad. W bestialski sposób zamordował siedem kobiet, dopuszczając się na nich wielokrotnych gwałtów zarówno przed ich śmiercią, jak i po niej. Wszystkie osoby biorące udział w tym śledztwie zapłaciły za swoje zaangażowanie zszarganymi nerwami, a rozkaz komendanta głównego policji, by żadnych informacji z dochodzenia nie przekazywać prasie, tylko pogorszył ich sytuację.

Clara skręciła we Friedrichstraße w stronę prostokątnych biurowców wyrastających pomiędzy klasycystycznymi fasadami sąsiadujących kamienic.

Już wcześniej zdarzało jej się współpracować przy różnych sprawach z Winterfeldem, pięćdziesięciodziewięciolatkiem po drugim rozwodzie. Mimo to nie potrafiła go jeszcze rozgryźć. Z jednej strony zachowywał się do bólu pragmatycznie, nie pozwalając, by rozpraszały go głupstwa, a z drugiej całkiem poważnie twierdził, że ma też drugą twarz. Jego największym osiągnięciem, które wciąż jeszcze budziło podziw, było złapanie „mordercy z reklamówką”. Kiedy prowadził to śledztwo, pracował jeszcze w Hamburgu. Ścigał wtedy zwyrodnialca i pedofila, który gwałcił dzieci, założywszy im na głowę plastikową torbę. Podniecał go słabnący opór, bo dzieci z braku tlenu traciły najpierw siły, a potem przytomność i w ciągu kilku minut umierały. A on nie przestawał ich wykorzystywać. Okazało się, że morderca był nauczycielem w szkole zawodowej, jednym z tych oddanych pedagogów, którzy społecznie organizują bożonarodzeniowe koncerty i odśnieżają chodnik przed swoim domem, tak żeby wszyscy sąsiedzi widzieli. Wzór cnót.

Hannah Arent ukuła pojęcie banalności zła. John Wayne Gacy był właśnie takim niepozornym i nierzucającym się w oczy przestępcą. Podobnie jak Heinrich Himmler. Klaus Beckmann, „morderca z reklamówką”, również należał do tej grupy.

Winterfeld wziął wówczas Clarę pod swoje skrzydła, razem z Sarah Jakobs, równie uzdolnioną, młodą funkcjonariuszką, która pracę w policji kryminalnej rozpoczęła parę lat później niż Clara, jednak koniec końców wybrała wydział przestępczości gospodarczej. Potem przez dłuższy czas się nie widywały. Chodziły plotki, że Sarah wpadła na trop gigantycznej afery gospodarczej i musiała przyjąć nową tożsamość, a także zamieszkać w miejscu, gdzie nikt jej nie znał, żeby była bezpieczna, dopóki sprawa nie ucichnie.

Sarah była dla Clary niczym młodsza siostra, choć wcale nie była od niej niższa. Ciemna blondynka o brązowych oczach wyglądała jak przeciwieństwo Clary, której ciemne włosy i niebieskie oczy zdradzały południowoeuropejskie korzenie – co było oczywiście prawdą, bo w jej żyłach płynęła włoska, hiszpańska i niemiecka krew.

Pracując w świecie zdominowanym przez mężczyzn, Clara tęskniła za przyjaciółką. Wśród detektywów i przełożonych przeważali przedstawiciele płci brzydkiej, tak samo zresztą jak wśród zbrodniarzy. Dawniej Clara i Sarah często siadywały na balkonie wychodzącym na Schönhauser Allee i plotkowały przy białym winie, a w dole spokojnie toczyło się życie. Nie ma chyba na świecie bardziej wakacyjnego widoku niż kieliszek schłodzonego białego wina, na którym skrapla się woda z powietrza, oświetlony ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Dla Clary tak właśnie wyglądałoby odprężenie, gdyby miało przyjąć jakąś materialną formę. Żadnych kelnerów, na których i tak trzeba godzinami czekać. Żadnych turystów z grubymi tyłkami i plecakami, którzy przeciskają się między krzesełkami kawiarni. Żadnej denerwującej muzyki, która wbrew intencjom barmanów wcale nie sprawia, że goście czują się lepiej. Za to pojedynczy stolik, dwa krzesła, butelka białego wina i życie na ulicy poniżej, szum rozmów sąsiadów i dźwięk rowerowych dzwonków. Muzyka dobiegająca jedynie z otwartych okien samochodów, nawet jeśli głośna, to przecież jej dudnienie szybko cichnie, w miarę jak auta się oddalają. A w tle ćwierkanie wróbli i gruchanie gołębi.

Rozmawiały wtedy o sprawach, które prowadziły, o skorumpowanych biznesmenach popełniających przestępstwa gospodarcze, o organizacjach przemytniczych, handlu ludźmi, morderstwach na tle rabunkowym, zabójstwach w afekcie i seryjnych mordercach. Często jednak poruszały tematy całkiem normalne, jak książki, które niedawno czytały, wystawy, na które miałyby ochotę pójść, no i oczywiście mężczyźni, wśród których ci mili najczęściej – niestety! – okazywali się nudziarzami, a ci, którzy nie byli nudni, niemal bezustannie szukali kolejnej zdobyczy.

Na wysokości Choriner Straße, gdzie mieszkała, znajdował się wylot podziemnego tunelu, z którego co pewien czas wypełzał pociąg metra, by wspiąć się na stalowe rusztowanie nad ulicami i na odcinku kilkuset metrów z kolejki podziemnej zmienić się w szybką kolej miejską, a potem znów zniknąć pod ziemią, jeszcze przed Bornholmer Straße.

Clara przypomniała sobie Vincenta, chłopaka Sarah. W czasie jednego z letnich wieczorów, które spędzali razem, opowiedział straszną historię napisaną przez H. P. Lovecrafta: na Antarktydzie naukowcy odkrywają ogromną jaskinię, w której mieszka gigantyczne stworzenie przypominające robaka. Sama wielkość zwierzęcia przemieszczającego się skutymi lodem korytarzami sprawia, że kilku członków zespołu badawczego traci zmysły. Coś, co nie ma prawa istnieć, tak Lovecraft opisywał robaka. Jeden z uczestników wyprawy, który wyjazd na Antarktydę przypłacił pobytem w zakładzie dla obłąkanych, do końca życia wypowiadał jedynie nazwy przystanków nowojorskiego metra, zaczynając od Battery Park, a kończąc na Central Park. Jednak, jak twierdził Vincent, to nie to gigantyczne stworzenie budziło grozę w uczestniku wyprawy, lecz właśnie pociąg metra. Nowoczesny świat rozwiązuje stare problemy i odczarowuje stare strachy, lecz bez przerwy produkuje nowe, często bardziej przerażające niż te pokonane wcześniej.

Clara zrozumiała, co Vincent miał na myśli, kiedy ze swojego podziemnego królestwa wytoczył się dudniący pociąg metra, długi i ciemny jak gigantyczny węgorz, który wynurzył się, żeby pożreć nieostrożnego owada z powierzchni wody. Archetypy, tłumaczył Vincent, są w nas bardzo mocno zakorzenione. Wiemy przecież, że nie ma żadnych potworów, a jednak odczuwamy przed nimi strach, tylko dlatego, że ta pradawna obawa istnieje w ludziach, od kiedy tylko pojawili się na ziemi.

Policjantka minęła Tempelhof Ufer i wjechała w Mehringdamm. Samochód zaparkowała w podziemnym garażu siedziby policji, podeszła do windy i nacisnęła guzik z trójką. Idąc korytarzem, usłyszała sygnał nadchodzącej wiadomości. Wyjęła telefon, żeby sprawdzić skrzynkę odbiorczą. Nic ważnego, dzięki Bogu.

Skierowała się do kuchni, wzięła kubek i ze starego, prychającego i miejscami cieknącego ekspresu nalała sobie kawy. Oduczyła się już pić kawę inną niż czarną, a w każdym razie w pracy innej nigdy sobie nie przygotowywała. Czarną kawę można było dostać wszędzie – nie trzeba było za każdym razem prosić o mleko, które i tak zazwyczaj okazywało się zsiadłe – a cukier i słodziki szkodziły na zęby albo linię, choć zazwyczaj i na to, i na to. Co oczywiście nie oznaczało, że Clara była przeciwniczką inaczej przygotowanego naparu, co to to nie. W Starbucksie z rozkoszą delektowała się gęstą od śmietanki i lepką od cukru karmelową macchiato. Jednak służba to służba, a Starbucks to Starbucks.

Clara chciała wyjść z kuchni, kiedy usłyszała na korytarzu czyjeś ciężkie kroki. Po chwili stanęła naprzeciwko Winterfelda. Mężczyzna miał rozpiętą pod szyją koszulę, rozluźniony krawat, a w dłoni trzymał paczkę cygaretek La Paz, którą właśnie otwierał. Kiedy szedł, jego orli nos zdawał się rozcinać powietrze jak dziób statku wodę. Niebieskie oczy głównego komisarza spoglądały na Clarę.

– Ach, senora Vidalis! – powiedział i przeczesał dłonią krótkie szare włosy, a potem spokojnie otworzył duże okno naprzeciwko wejścia do kuchni, żeby „zapalić na zewnątrz”, jak zwykł mawiać. Ilekroć Winterfeld otwierał to okno, Clara miała wrażenie, że robi to uroczyście, jakby wydarzenie zasługiwało na świąteczną oprawę. Przypominał przy tym księdza, który otwiera drzwiczki tabernakulum, by wyjąć poświęconą hostię i rozpocząć eucharystię.

– Niechże pani zatrzyma się na chwilę i dotrzyma towarzystwa starszemu człowiekowi – ciągnął, stając w otwartym oknie. Korytarz momentalnie wypełnił się chłodnym jesiennym wiatrem. Winterfeld nabrał do płuc świeżego powietrza, w którym dało się wyczuć delikatną zapowiedź śniegu i zimy, a potem zapalił cygaretkę, zaciągnął się i wypuścił ustami chmurę tytoniowego dymu.

Przez jakiś czas stali obok siebie w milczeniu. Clara ściskała kubek z kawą, rozkoszując się jego ciepłem, dzięki czemu jesienny chłód nie był jej straszny. Winterfeld wyglądał, jakby medytował, a bezruch przerywał jedynie regularnym unoszeniem do ust dłoni z cygaretką.

– Dzisiaj jest dwudziesty trzeci – odezwał się w końcu, nie patrząc w stronę Clary. – Nie musi pani nic mówić, naprawdę. Mam tylko nadzieję, że jakoś daje sobie pani radę. – Winterfeld znał historię policjantki.

– Jakoś daję. Znowu byłam u spowiedzi – powiedziała Clara i upiła kilka łyczków kawy. – Nie mam pojęcia, dlaczego co roku tam chodzę, ale fakt faktem, że przez jakiś czas czuję się lepiej. To działa lepiej niż joga. Wiem, bo uprawiam. – Wzruszyła ramionami. – W jodze doszłam już do miejsca, że niedługo będę potrafiła sama wybić sobie staw barkowy i potem go wstawić. Tylko że to mi nie przynosi spokoju.

– Ten numer ze stawem może być całkiem przydatny. Pomysł ze spowiedzią też nie jest taki do niczego. – Winterfeld pokiwał głową. – Można przyjąć, że nasi bracia i siostry – mówiąc to, miał na myśli cały Kościół – stworzyli podwaliny psychoanalizy. Agnostycy woleliby nie mówić o tym głośno, ale co począć, takie są fakty. Otworzyć duszę i pokazać wszystko, co ma się w środku – tak jest w kościele i to samo robił Freud. Zmartwienia i problemy, kiedy zostaną nazwane i wypowiedziane na głos, stają się łatwiejsze do zniesienia. – Spojrzał na Clarę. – Ileż razy zdarzyło się nam aresztować skruszonego mordercę, który z własnej woli przychodził się przyznać, tylko dlatego, że nie potrafił dłużej wytrzymać ze swoim sumieniem?

Clara potaknęła.

– Jak mówił ten facet z FBI, który był u nas w zeszłym roku? Not everyone is built for guilt?

– Ale to prawda! Święta prawda! – Winterfeld przytaknął i zaciągnął się dymem.

Przez chwilę oboje milczeli.

– Co to ja jeszcze chciałem powiedzieć… – Winterfeld przesunął w zamyśleniu dłonią po głowie i zaciągnął się cygaretką. – A, już wiem. W śledztwie w sprawie Wilkołaka odwaliła pani kawał naprawdę świetnej roboty. Tak niesystematyczny i niezorganizowany sprawca to rzadkość, nigdy jeszcze takiego nie spotkałem. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, jak by wyglądała jego sprawa przed sądem. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Na szczęście nie będę musiał się przekonywać, bo nasz przyjaciel leży na razie w chłodni w Moabicie, a w przyszłym tygodniu powącha kwiatki od spodu. Będzie miał sporo czasu, żeby zastanowić się nad sobą. – Na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech. Spojrzał na Clarę. – Miałem przekazać pani serdecznie pozdrowienia od Bellmana. Wie pani, mówi się, że prędzej piekło zamarznie, niż ktoś ze szczerego serca podziękuje za przysługę, i Bellmann nie jest tu wyjątkiem. Jednak tym razem chyba coś sobie przemyślał, bo poważnie potraktował swoje słowa. Koniecznie chce się z panią jeszcze raz spotkać i w czasie rozmowy osobiście podziękować za wspaniałą robotę. Tak przy okazji, do kiedy pani pracuje?

– Do piątku – odparła Clara. Potrzebowała jeszcze dwóch dni, żeby zamknąć tę sprawę i uporać się z papierami, a potem miała zaplanowany urlop. W końcu. Pełne dwa tygodnie. Nie miała jeszcze pojęcia, dokąd pojedzie, wolała wybrać coś w ostatniej chwili. I polecieć dokądkolwiek. Byle odpocząć.

– Zapowiedział, że wpadnie do nas. Do jutra wieczór będzie w Wiesbaden, na jakimś spotkaniu z federalnymi. Ale może być pani pewna, że gdy wróci, pani będzie pierwsza na jego liście.

– Cieszę się – powiedziała Clara, choć w stosunku do Bellmanna, szefa policji krajowej w Berlinie, wciąż miała mieszane uczucia. Nie mogła mu odmówić wyjątkowego talentu organizacyjnego, jednak jeśli coś szło nie tak, jak by sobie życzył, potrafił być bardzo nieprzyjemny, szczególnie jeśli wiadomość docierała do niego z opóźnieniem.

– No i? – zapytała i spojrzała na Winterfelda łobuzersko. – Co podpowiada panu intuicja? Złapiemy trochę oddechu? Z tego, co się zorientowałam, nie jest pan fanem spokoju, bo to w rzeczywistości żaden spokój, tylko cisza przed burzą. Czy może tym razem naprawdę mamy przestój?

Winterfeld wzruszył ramionami i strzepnął popiół z trzeciego piętra na ziemię.

– Czasem cisza to naprawdę cisza. Ale ma pani rację. Zazwyczaj to, co bierzemy za ciszę, to bezgłośnie przesuwający się czerwony punkt celownika laserowego tuż przed wystrzałem. – Nabrał głęboko powietrza i schował paczkę cygaretek do kieszeni. – Z drugiej strony, może w końcu nam się poszczęściło? Może to taka prawdziwa cisza? Zresztą, czym sobie pani zaprząta głowę! Przecież ma pani urlop. Zajmę się z Hermannem całą papierkologią, pogadamy z psychicznymi, którzy pracują nad profilem osobowościowym Wilkołaka, a potem, mam nadzieję, będzie już weekend i nic go nie zakłóci.

Hermann był asystentem Winterfelda i jednocześnie ekspertem w sprawach przestępczości elektronicznej; potężny, małomówny mężczyzna z głową ogoloną na łyso, wyjątkowo mocno zaangażowany w swoją pracę. Potrafił przy tym budzić strach – i budził, kiedy było trzeba. Clara zawsze wyobrażała sobie, że tak naprawdę jest pluszowym misiem, któremu cały czas trzeba podsuwać świeży miodek, by nie zamienił się w niedźwiedzia grizzly.

Winterfeld dopalił cygaretkę do końca, zdusił niedopałek na parapecie i wyrzucił w ciemność za oknem.

– Właśnie, jeśli chodzi o psychicznych. – Przypomniał sobie o czymś, kiedy zamykał okno. – W biurze jest jeszcze Martin Friedrich. Chciała go pani poznać. Jutro leci do Wiesbaden, żeby na jesiennej konferencji policji federalnej wygłosić jakiś referat, a nie wiem, czy zdąży wrócić, zanim rozpocznie pani urlop.

– Świetnie, w takim razie wpadnę się z nim spotkać – oznajmiła Clara i dopiła kawę. – Czwarte piętro czy coś pokręciłam?

– Nic pani nie pokręciła. Poza tym, gdzie indziej mógłby siedzieć?

– W jakim sensie?

Winterfeld spojrzał na nią w sposób, w jaki na ucznia patrzy doświadczony, mądry mistrz – którym przecież był, kiedy przechodziła szkolenie.

– Czwórka – powiedział – to dla Chińczyków liczba, która przynosi pecha, bo w wymowie brzmi podobnie jak słowo „śmierć”.

Clara się uśmiechnęła.

– No i proszę, znów dowiedziałam się czegoś nowego. Trudno było wpaść na takie wyjaśnienie?

– Na pewno nie było łatwo. – Winterfeld również się uśmiechnął i dodał: – Miłego wieczoru!

A potem odwrócił się na pięcie i ruszył korytarzem.


7

Niespodziewanie jakaś ciemna moc zaczęła się gromadzić i gęstnieć; tak ogromna i przerażająca, że dość szybko zajęła cały horyzont i przysłoniła niebo. A potem runęła na Vladimira i go otoczyła. Niespodziewanie. Znikąd.

Ingo zażądał od Vladimira, by z jego ciałem robił rzeczy odrażające. Bo Vladimir był mu to winien; bądź co bądź bardzo dbał o chłopaka. Ingo tłumaczył, że oglądali razem filmy i że bronił go przed innymi chłopakami z domu dziecka.

– Sam widzisz, więc powinieneś być dla mnie przynajmniej miły – oznajmił, rozpinając spodnie. A potem położył Vladimira na kanapie i odwrócił na brzuch. Kiedy się na niego wgramolił, chłopaka drażnił w nos smród jego oddechu przesiąkniętego dymem z papierosów i chili con carne; i czuł jego erekcję, najpierw na sobie, a później w sobie. Coś wbiło się w niego, niosąc ból – coś, co nie powinno się tam znaleźć. Jak u os, które za pomocą długiego żądła składają jaja w innych owadach. Z tych jaj wylęgają się później młode osy i na początku odżywiają ciałem gospodarza.

Coś takiego było teraz w nim, we Vladimirze. Niszczyło go od środka, pożerało, plugawiło i zabijało. Nawet wtedy, kiedy Ingo już dawno poszedł.

Vladimir leżał na łóżku i płakał. Czuł ogromny ból w podbrzuszu. Jest we mnie coś, czego tam nie powinno być, myślał. Musiał się tego pozbyć. Tylko jak? Rozciąć sobie brzuch i wyrwać zbrukane wnętrzności, by umrzeć i być dalej już tylko duchem, wolnym od brudu i odrazy? A może Ingo zniszczył w nim coś, czego nigdy już nie odzyska? Coś, przez co stał się zupełnie innym człowiekiem?

Powie o wszystkim dyrektorowi placówki. Takie rzeczy nie powinny, nie mają prawa się zdarzać.

Długo jeszcze Vladimir leżał i płakał, zanim w końcu usnął.


7

Do kuchni wszedł Winterfeld i odstawił pustą filiżankę do zmywarki.

– Mam dobrą i złą wiadomość, senora – oznajmił. – Proszę ze mną.

Clara wyszła na korytarz i szybkim krokiem dogoniła szefa.

– Jaka jest ta dobra wiadomość? – zapytała, kiedy mijali zakręt.

– Świetnie przygotowała pani Bellmanna do dalszych rozmów, dzięki czemu ja i MacDeath tylko dokończyliśmy robotę.

Bogu niech będą dzięki. Clara przypomniała sobie o tym, co przeżyła w szpitalnej kaplicy.

Winterfeld dotarł do schodów i zaczął wchodzić na czwarte piętro. Policjantka szła obok.

– W porządku, a zła?

Policjant otworzył jej drzwi i wskazał na dział informatyczny. Clara ruszyła przodem.

– Mamy kolejny film dla pani.

Kobieta momentalnie poczuła się tak, jakby zamiast środka uspokajającego zażyła końską dawkę kokainy.

– Znowu od niego? – zapytała tylko.

– Na to wygląda. – Winterfeld otworzył drzwi do pomieszczenia z komputerami. Hermann siedział z dwoma informatykami, którzy mieli weekendowy dyżur. Półmrok pokoju rozświetlał wielki monitor Apple’a. Pokazywał stronę główną Xenotube. Clara podeszła bliżej. Dodany niedawno filmik trwał niecałe dwie minuty. Tytuł: Shebay. Wersja dla dorosłych – prezentuje Bezimienny.

– To jest przecież strona główna Xenotube – stęknęła Clara.

Hermann przytaknął zrezygnowany.

– Jeśli się nie mylę, miliony ludzi mogą to obejrzeć.

Hermann potwierdził.

– Tam umieścił plik? Dlaczego? Jak mu się udało trafić prosto na stronę główną, do promowanych?

Pytanie było czysto retoryczne, bo nikt nie mógł jej odpowiedzieć, a film jakoś jednak trafił na zabezpieczoną stronę Xenotube. Policjantka zdawała sobie sprawę, że zaraz nastąpi nieuniknione: Hermann uruchomi odtwarzanie, a coś mrocznego, przerażającego i nieprzyjemnego ściśnie jej duszę niczym stalowa obręcz.

Snuff movie wśród promowanych filmów na stronie głównej Xenotbue?

Clara nabrała głęboko powietrza. Być może morderca rzeczywiście zaczynał zachowywać się nieostrożnie. Być może był tak silny, że nic mu nie mogła zrobić. Albo… albo nigdy nie istniał. Był jak niewidoczny pociąg metra – w podziemnych tunelach im się wymykał. Jak potwór pod łóżkiem dziecka, który istnieje wtedy, kiedy się w niego wierzy, a żyje tylko w ciemności, kiedy go nie widać. W końcu może Bezimienny był wcieleniem diabła…

– Dobra, miejmy to za sobą – powiedziała.

Hermann uruchomił odtwarzanie.

Ekran zgasł i zrobił się czarny. Za to z głośników popłynęły czyjeś słowa.

– Pozwoliłem sobie przesłać pani, Claro Vidalis, kolejną próbkę moich możliwości. A ty, Torino, żałosny śmieciu, musisz wiedzieć, że sprzątnąłem ci sprzed nosa gwiazdę show. Zapraszam na Shebay w wersji dla dorosłych.

To był ten sam charczący, zniekształcony głos, który Clara słyszała poprzedniego wieczoru. Momentalnie poczuła ten sam strach i przerażenie, które jej wówczas towarzyszyły – tyle że dziś odezwały się ze zdwojoną siłą.

Głos mówił dalej.

– Dla ciebie, Torino, ta dziewczyna to tylko maszynka do zarabiania pieniędzy. W moich rękach stanie się uświęconą ofiarą, którą złożę w wielkim finale na oczach całego świata. W ten sposób zakończę swoje dzieło.

Na ekranie pojawił się obraz. Ciemna piwniczna izba ze ścianami z wilgotnych kamieni, oświetlona migotliwą jarzeniówką. Ktoś siedział na krześle. Przywiązany. Kobieta, około dwudziestki. Figura modelki. Miała na sobie białą suknię.

Ubrana podobnie jak Julia, uświadomiła sobie nadkomisarz.

Morderca nałożył jej worek z materiału na głowę. Dziewczyna wydawała z siebie rzężące, stłumione jęki, jak ktoś, kto usiłuje mówić z kneblem w ustach.

– Zdaje się, że miałaś coś do przekazania – warknął Bezimienny i skierował kamerę obiektywem w stronę sufitu. Na ekranie widać było jarzeniówkę. I mokre, omszałe kamienie.

– Zostałam porwana! Nie wiem, gdzie jestem! – rozległ się kobiecy krzyk. – Nazywam się Andira Althaus! Jestem z Shebay! Pomocy! Wyciągnijcie mnie stąd!

– Wyciągną cię, spokojna głowa – odpowiedział jej głos niewidocznego mężczyzny. Kamera wciąż pokazywała ciemny sufit. – Ale inaczej, niżbyś chciała.

– Dzwonił do mnie Tom Myers! – krzyczała Andira. – Panie Myers! Słyszy mnie pan? – A potem z jeszcze większą paniką: – Gdzie on jest? Gdzie jest Myers?!

– Tom Myers? – odparł budzący grozę głos. – Spokojnie, jest tu. O, proszę.

Rozległo się skrzypnięcie otwieranych drzwi. A zaraz po nim z głośników rozległ się wrzask przerażenia i ponownie rzężenie, jakby dziewczyna znów miała knebel w ustach.

– Dla wszystkich fanów Shebay mam dobrą wiadomość – oznajmił głos. – Za godzinę rozpoczynamy dalszą część programu! Tylko dla dorosłych!

Ekran zrobił się czarny.

Clara musiała usiąść.

W głowie huczały jej słowa, które morderca umieścił w e-mailu przysłanym na jej skrzynkę. Wiadomość dostała co prawda w czwartek, lecz miała wrażenie, że to było rok temu.

„Tam, gdzie inni są tylko cieniami, ja jestem gęstym mrokiem.

Gdzie inni są tylko mordercami, ja ucieleśniam śmierć”.

– Ilu ludzi zdążyło obejrzeć filmik? – zapytała.

– Cztery miliony – odparł Hermann. – To jest niemiecka wersja strony głównej Xenotube, największego na świecie portalu z filmami wideo. A jeśli przyjmiemy, że film jest kopiowany i zamieszczany na innych portalach, to tę liczbę możemy mnożyć i mnożyć.

Clara oparła głowę na dłoniach i zaczęła masować skronie.

– To jest kompletna katastrofa. Każdy teraz widzi, co ten psychol wyprawia, a my nie możemy nic zrobić, bo nie mamy pojęcia, kim jest!

Za to każdy widz znał już imię i nazwisko Clary. Czyli doszło do sytuacji, której Bellmann chciał za wszelką cenę uniknąć.

Hermann i Winterfeld spoglądali po sobie bezradnie.

– Bellmann już to widział? – zapytała Clara.

– Obstawiałbym, że nie. – Hermann potrząsnął głową. – On raczej nie przegląda takich stron.

– Mamy adres IP komputera, z którego został załadowany ten film?

– Pracujemy nad tym, ale na razie nic jeszcze nie mamy. Niewykluczone, że używał jakiegoś programu do maskowania.

– Jak, do jasnej cholery, trafił na stronę główną, do promowanych?

Ponownie bezradne milczenie.

– I kto to jest ten Torino? – Clara pytała dalej. Miała już zanotowane jego nazwisko.

– Wczoraj prowadził program Shebay – odpowiedział Hermann. – Widziałem kawałek. Straszna chała i bezguście. Erotyczno-brutalna wersja Top Model.

– Muszę mieć jego numer telefonu – ucięła policjantka. – Stacjonarny i komórkę. I adres. Prywatny i firmowy. Na wczoraj.

– Gdyby wszystko było takie proste… – Hermann westchnął i uruchomił interfejs jednej z baz danych.


8

– Przepraszam! – zawołała kobieta przy wejściu do specjalnej poczekalni Lufthansy, Senator Lounge, kiedy Torino minął ją już o trzy czy cztery kroki. – Czy mogłabym zobaczyć pański bilet? Jest pan senatorem?

– A jak pani myśli? – warknął mężczyzna nieprzyjemnie i machnął jej biletem przed nosem, jakby usiłował przepędzić uciążliwą muchę. – Czy może wyglądam na zwykłego pastucha? Nie? No właśnie.

Potem wszedł do luksusowej poczekalni. Lufthansa przez dwa lata przebudowywała to miejsce, w tajemnicy trzymając wszystkie szczegóły, a jednak kiedy Torino wszedł do środka, poczuł się bardziej niż rozczarowany. Co ci idioci robili tu przez tyle czasu? Westchnął ciężko, odstawił teczkę i walizeczkę na kółkach i rozejrzał się uważnie. Na takie coś mogli wpaść chyba tylko niemieccy budowlańcy i rzemieślnicy. Potrafią jedynie hałasować od siódmej rano, czego dotkną, to zepsują, a na koniec wyskoczą z rachunkiem, który o zazdrość przyprawiłby większość maklerów giełdowych.

Przyjrzał się gościom w poczekalni i w końcu zauważył osobę, z którą był umówiony. Tom Myers, dyrektor zarządzający w firmie Xenotech, zstąpił z Olimpu dostępnego jedynie członkom klubu HON Circle, przeznaczonego wyłącznie dla najlepszych klientów Lufthansy i zniżył się do plebejskiej poczekalni Senator Lounge – z jednej strony dlatego, że Albert Torino był „zaledwie” senatorem, a z drugiej strony w Senator Longue liczba VIP-ów, którzy mogliby podsłuchać poufne rozmowy biznesowe, była znacznie mniejsza. W gruncie rzeczy, jeśli ktoś chciał mieć całkowity spokój w czasie takich konwersacji, powinien od razu udać się do zwykłej poczekalni biznesowej, bo tam siedzieli jedynie pracownicy z działów sprzedaży i stażyści z firm doradczych, którzy i tak nigdy nie mieli nic do powiedzenia.

Tom Myers był odpowiedzialny za tworzenie i realizację globalnej strategii Xenotechu, największego na świecie portalu z treściami multimedialnymi zamieszczanymi przez użytkowników. Xenotube, dostawca treści wideo internetowego giganta, był najczęściej odwiedzaną stroną z filmami na świecie – a Myers miał do niego klucze i strzegł go niczym internetowy Cerber.

Torino upatrzył sobie Xenotube jako partnera dla nowego reality show. Teraz wystarczyło już tylko przekonać Myersa, który nie był zachwycony pomysłem quasi-pornograficznej licytacji dziewczyn, mimo że sam pomysł, jak stwierdził w jednej z wcześniejszych rozmów, jest „ogólnie w porządku”. Torino podejrzewał jednak, że nie do końca zrozumiał założenia jego show.

Myers, mężczyzna o blond włosach wpadających lekko w rudy, błękitnych oczach i spiczastej brodzie, która sterczała jak język skalny nad wodą, czytał akurat „Financial Times” i tylko co pewien czas odrywał się od lektury, by rzucić okiem najpierw w stronę wejścia do poczekalni, a potem na elektroniczną tablicę z informacjami o kolejnych lotach.

– Albercie! – powiedział i wstał z fotela, kiedy tylko dostrzegł Torino. – Here you are! How was your flight?

Work and pleasure in good measure. – Torino uśmiechnął się i kontynuował rozmowę po angielsku. – Skończyłem większość prezentacji dla inwestorów, jedzenie było w porządku, a spać nie spałem, bo i tak w samolotach nie mogę zmrużyć oka.

Myers wskazał na fotel obok. Torino odstawił walizkę na kółkach i teczkę, po czym podszedł szybkim krokiem do automatu z kawą, wybrał cappuccino i dopiero wtedy usiadł.

– W takim razie – zaczął Myers – przejdźmy od razu do rzeczy, bo za dwadzieścia minut mam samolot do Frankfurtu. Chciałeś stworzyć coś na kształt American Idol czy Deutschland sucht den Superstar, zgadza się?

– Nie, absolutnie nie. – Torino posłodził kawę i długą łyżeczką niezbyt starannie zamieszał gorący napój. – Ten pomysł to już historia. Większość programów celebryckich jest tworzona przez idiotów, dla których skandalem jest seks przed ślubem.

– Coś w tym chyba jest. – Myers upił łyk wody. – Jednak z tego, co zrozumiałem, a twój e-mail, przyznam się, przejrzałem dość pobieżnie, chciałeś zrobić program, w którym użytkownicy będą wybierali nową gwiazdę, prawda?

– To się akurat zgadza. – Torino potaknął. – Tyle że w popularnych programach jest tak, że widzowie oglądają wybraną pulę kandydatów, na których wyżywają się potem sędziowie. Uczestnicy słyszą, że są nędzną namiastką gówna i najlepsze, co mogą zrobić, to rzucić się z mostu. Tylko niewielu spośród nich przetrwa taką jazdę i to właśnie oni zostają potem nowymi gwiazdami i celebrytami.

– I to się cały czas sprawdza – potwierdził Myers.

– Sprawdza, bo leniwe łajzy przed telewizorami w świecie informacyjnych zombi – mówiąc to, wskazał na drzwi do poczekalni Senator Lounge, jakby za progiem tego pomieszczenia rzeczywiście zaczynał się całkiem inny świat – łykają wszystko, co im się podsunie. Dopóki ktoś nie zaproponuje czegoś nowego, wszyscy będą zadowoleni z papki, którą dostają, nawet jeśli dostają ją w formie niezmienianej od lat.

– No i?

– Jak to no i? – Torino zrobił zdziwioną minę. – Ta formuła jest archaiczna i zaprzecza kulturze angażowania, interaktywności, na której bazują nowe media. Widzom cały czas coś się autorytarnie narzuca – niezależnie od tego, czy oni chcą to oglądać czy nie. To, że producentom coś przypadło do gustu, nie oznacza, że inni też będą zachwyceni, prawda? Wiesz, robak – tu Torino uniósł palec – powinien smakować rybie, nie wędkarzowi!

– Świetne porównanie. – Myers potaknął. – Słucham dalej.

– To teraz od innej strony – odparł Torino. – Co byś sobie pomyślał jako widz, który lubi tylko szczupłe modelki, a nadawca serwuje mu jedynie trzęsące się pasztety i programy o odchudzaniu? Albo masz ochotę na kobiety o pełnych kształtach, a dostajesz transmisję z konkursu na Miss Etiopii?

Myers wysunął brodę i w zamyśleniu przygryzł dolną wargę.

– Pewnie pomyślałbym, że fajnie by było, gdybym to ja mógł zdecydować, kogo chcę oglądać.

– No właśnie! – Torino klasnął w dłonie. – Jako widz chciałbyś mieć możliwość wybrania własnej top modelki.

– To znaczy, że widzowie będą obstawiali swoje typy? Jak na wyścigach konnych?

– Zgadza się. – Torino potaknął i wrócił do mieszania kawy, wodząc wzrokiem za grupką chińskich biznesmenów, którzy zmierzali w stronę wyjścia. – Modelki mogłyby zakładać na platformie programu własne strony, na których prezentowałyby się widzom, coś jak na tych wszystkich portalach randkowych, gdzie ludzie szukają przyjaźni, seksu czy co tam jeszcze przyjdzie im do głowy. Jednocześnie widzowie mogliby za pośrednictwem tak przygotowanej platformy wybierać swoje faworytki i przyznawać im punkty.

– Głosowanie za pomocą pieniędzy?

– A jak inaczej? Jesteśmy przecież realistami. Kto dużo inwestuje w jakieś akcje, sprawia, że ich kurs się zmienia, i tak samo byłoby w tym programie: wartość poszczególnych modelek wędrowałaby w górę. Dwadzieścia dziewczyn, których wartość byłaby najwyższa, zostałoby zaproszonych na casting do programu.

– I stąd ta nazwa? Shebay? Bo widzowie licytowaliby swoje faworytki, jak na aukcji?

Torino potaknął.

– Między innymi. To widzowie wybiorą stawkę uczestniczek, które potem wezmą udział w programie. I spośród nich zostanie wyłoniona Miss Shebay. W ten sposób widz jest bezpośrednio zaangażowany w wybór zwyciężczyni. Jeśli nam się uda, program nie będzie wyglądał jak gra, a serwery, marketing i wszystko inne możemy zlecić na zewnątrz.

Myers upił łyczek wody i złożył gazetę, którą wcześniej czytał.

– Powiedziałeś, że nazwa wzięła się między innymi z tego. Wyjaśnisz, skąd jeszcze?

Torino wyszczerzył zęby.

– Przed chwilą rozmawialiśmy, że widz często się denerwuje, że w telewizji podsuwa mu się pasztety, których nie tknąłby kijem i przez szmatę nawet po trzech latach abstynencji.

– Chyba rozumiem. – Myers schował gazetę i komputer do teczki. – Stąd licytacja i kurs uczestniczek jak na giełdzie.

– Właśnie. – Torino przyznał mu rację. – To oferta, którą widz sam sobie wybiera.

– Brakuje tylko zapotrzebowania.

– Być może. – Torino nachylił się. – Może od zapotrzebowania lepsze byłoby pożądanie? – Mówiąc to, odłożył łyżeczkę i złożył dłonie. – Tom, powiedz mi, ale tak z ręką na sercu, jak często zdarzało ci się zobaczyć w którymś programie rozrywkowym jakąś niezłą laskę, ale taką, że najchętniej zaraz byś się z nią przespał?

– Hm, jak zapewne wiesz, jestem szczęśliwie żonaty i dlatego…

– Oj, daj spokój, przecież wszyscy wiemy, że to dotyczy każdego… Bo widzisz, o to w tym wszystkim chodzi. Widzisz w telewizji superlaski i ostre teksty na forach internetowych, ale jako zwykły przeciętniak z nieciekawą pensyjką nie masz na nie szans.

– Oczywiście, że nie. – Myers się zgodził. – Bo to w końcu jest telewizja, a nie wizyta w burdelu.

– Zadałeś sobie kiedyś pytanie, dlaczego tak jest? – Torino zrobił niewinną minę.

– Bo telewizja to telewizja, a burdel to burdel, to chyba proste.

Torino aż klasnął w dłonie.

– I tutaj pojawiamy się my. Kobiety czy rynek akcji, telewizor czy burdel – u nas to bez różnicy!

Myers przygryzł dolną wargę.

– Chcesz powiedzieć, że widzowie dostaną szansę wskoczenia do łóżka z którąś z uczestniczek?

– Bingo! Każdy będzie miał szansę spędzić upojną noc ze swoją faworytką, niezależnie od tego, czy dziewczyna zostanie Miss Shebay czy nie. Na dodatek każdy będzie mógł wylosować noc ze zwyciężczynią.

– A ci, którzy zapłacą najwięcej, będą mieli największe szanse?

– Tak jest. Nagroda będzie losowana, więc każdy będzie miał możliwość zostania wybrańcem, nawet jeśli będzie miał mało kasy. – Torino uśmiechnął się szeroko. – Statystyczny widz, nasz telewizyjny zombi, nie ma zbyt wiele pieniędzy. Gdyby miał, na pewno nie przesiadywałby przed telewizorem, tylko poderwał cztery litery i poszedł zarabiać jeszcze więcej szmalu. Tak jak my. Jednak ktoś musi zająć się tymi biednymi, głupimi ludźmi, i tym kimś będziemy my. U nas nawet złamas bez dochodów będzie mógł sobie podupczyć. Równość dla wszystkich!

Myers napił się wody i zamknął aktówkę.

– Jesteś równie zdeklarowanym marksistą jak Ronald Reagan. Uczestniczki będą wiedziały, na co się decydują?

– A jak myślisz? Przecież to chyba oczywiste! Nie będzie żadnych niedopowiedzeń. Poza tym zaraz na wstępie będą musiały podpisać zgodę, a potem jeszcze umowę. Będziemy kryci ze wszystkich stron. Prawnicy kończą już pracę nad papierami.

– Co będzie, jak padnie na jakiegoś obleśnego dziada? Czy dziewczyna będzie musiała dać mu się puknąć?

– To będzie wyglądało tak, że określimy wymagania dotyczące higieny. Jednak, koniec końców, dziewczyny muszą poznać zasadę, że kto chce być piękny, musi trochę pocierpieć. – Torino uśmiechnął się delikatnie, podczas gdy twarz jego rozmówcy nie zmieniła wyrazu. – A sława kosztuje jeszcze więcej.

Myers milczał przez dłuższy czas.

– Dosyć specyficzny pomysł – powiedział w końcu. – Z drugiej strony pasuje do naszych chorych czasów. Musicie tylko uważać, żeby wam się prawnicy nie dobrali do tyłków. Czy może chcecie nadawać z Holandii?

Torino spojrzał na Myersa poważnie.

– Ilu mieliście użytkowników w Niemczech w zeszłym miesiącu?

– Około dziesięciu milionów.

– To wszystko będzie jeszcze prostsze. – Torino dopił cappuccino i odstawił głośno filiżankę. – Na początek program pójdzie przez telewizję. Jeśli pojawią się problemy prawne, będziemy transmitować go przez sieć. Na stronie głównej Xenotube.

– Co proszę?! Chcecie dziesięć milionów naszych użytkowników zmusić do oglądania tego zboczonego show? – Myers spojrzał na zegarek. Widać było, że pomysł Torina jednocześnie go odrzuca i fascynuje.

– Zboczony czy nie, zrobi furorę. – Torino nie tracił pewności siebie. – A te wasze dziesięć milionów w jednej chwili zmieni się w dwadzieścia milionów.

Myers przewiesił przez ramię pasek torby.

– Sam nie wiem…

– Wręcz przeciwnie, wiesz, i to doskonale – Torino mu przerwał. – Masz teraz godzinę lotu do Frankfurtu. To czas na podjęcie decyzji.

– Przemyślę twoją propozycję. – Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.

Torino skinął głową.

– Tylko nie myśl za długo. Życie jest krótkie, a czas to pieniądz. Rok…

– Tak, tak, wiem. – Widać było, że bardzo intensywnie myśli. – Rok w realnym świecie to pięć lat w sieci.


8

Wczesnym piątkowym popołudniem Julia usiadła przed komputerem i zalogowała się na swoje konto w portalu Dategate, żeby sprawdzić przychodzącą pocztę. Zastanawiała się, czy wyjść jeszcze z przyjaciółmi do miasta, jednak to i tak najwcześniej około północy, więc miała czas. W tle słyszała włączony telewizor, w którym nadawali akurat ten nowy show, Shebay. Jednym uchem słuchała, jak prowadzący miesza z błotem kolejne dziewczyny. W tej chwili puszczali nagrany wcześniej odcinek, a na później zapowiedzieli transmisję na żywo z finałowej walki.

Julii przemknęło przez głowę, że przecież sama mogłaby się zgłosić do udziału w takim programie, jednak nie myślała o tym zbyt długo, bo akurat przeglądała skrzynkę odbiorczą. Autorami niemal wszystkich wiadomości byli napaleni nieudacznicy, zakompleksieni anonimowi udawacze, którzy notorycznie wykorzystywali zdjęcie Christiana Bale’a jako swoje, wierząc chyba, że kobiety są dość głupie, by dać się na to nabrać. Znalazło się też kilku bezczelnych emerytów mających nadzieję, że przez internet jeszcze choć raz uda im się zbałamucić jakąś dziewczynę, by po popołudniowym spacerze w parku iść gdzieś się zabawić.

Kilka tygodni wcześniej Julia zerwała z chłopakiem. Mamił ją opowieściami o swojej firmie i bentleyu, którym miał jeździć, lecz dziwnym trafem auta nigdy nie było na miejscu, kiedy dziewczyna chciała je zobaczyć. Miejsca na szczycie jest niewiele, powtarzał z wyższością w głosie. Złamasy muszą chodzić piechotą. Sam siebie oczywiście widział w wąskim gronie okupujących ten wyimaginowany szczyt, gdy tymczasem okazało się, że również i on musiał chodzić piechotą, jak zwykli śmiertelnicy. Jego „firma” w rzeczywistości była małą restauracyjką, którą dopiero co zamknął sanepid. Idiota.

Julia zmieniła zakładkę i z Dategate przeniosła się na Facebooka. Część przyjaciół była już online.

„Moja kotka gdzieś sobie poszła. Mam nadzieję, że lada chwila wróci”, napisała. Niemal natychmiast odpowiedziała jej dwójka znajomych.

Pierwszy napisał tylko: „miau”.

A drugi poprosił, żeby pozdrowiła kota.

Obaj znali Princess, trzyletnią pręgowaną kotkę Julii. Nocą zwierzę zawsze spało na nogach swojej pani. I chętnie pozowało do fotografii. Julia opublikowała kilka jej zdjęć na Facebooku.

Julia znała swoją wartość. Wiedziała, że nie jest skazana na dożywocie w towarzystwie kotów, nawet jeśli były znacznie przyjemniejsze w obejściu i mniej stresogenne niż faceci. Wiedziała, że ze swoim wyglądem może zdobyć praktycznie każdego. Problem polegał jedynie na tym, że ci naprawdę najfajniejsi goście – czyli ci, którzy mieli pieniądze – albo byli już zajęci, albo nie dało się ich w ogóle spotkać, nie mając kart wstępu do snobistycznych klubów, w których przesiadywali.

Czy portal typu Dategate nadawał się do jej celów? Nie, raczej nie. Mimo wszystko Julia spędzała długie godziny na stronach z profilami użytkowników. Sama nie potrafiła sobie tego wyjaśnić. Być może dlatego, że tutaj uwaga wszystkich skierowana była wyłącznie na nią? Tutaj wszyscy jej pożądali, a przy tym byli dość daleko, by nie musiała się z taką zgrają nieciekawych postaci spotykać na żywo.

Zajrzała do skrzynki odbiorczej. Cztery nowe wiadomości. Jedna zdecydowanie przyciągnęła jej uwagę:

„Widzę coś w twoich oczach i zadaję sobie pytanie, czy pozostali też to zauważyli?”

Julia wyprostowała się z zainteresowaniem. W ten sposób nikt tutaj nie próbował jej zagadywać. Zwięźle, mimo wszystko dość bezpośrednio, ale jednak inaczej. Bez porównania z tym nadętym bucem z Charlottenburga, który wysyłał jej elaboraty na całe strony A4:

„Słuchaj, tak pomyślałem, że nie musimy niczego przyspieszać i do niczego się zmuszać. Poza tym nie mam pewności, czy właściwie zrozumiałaś moje e-maile. Oczywiście, że to wszystko powinno ci też sprawiać przyjemność, ale o tym możemy przecież porozmawiać, prawda? Jeśli nie jesteś fanką takich gierek, to możemy zrobić to inaczej. Wiesz chyba, że zrobię, co tylko zechcesz. Najlepiej, żebyśmy się spotkali gdzieś w realu, bo sama wiesz, że w cztery oczy jest znacznie łatwiej i prościej, nie sądzisz?”

„Hm, nie odpisujesz mi. Czyżbym zrobił coś nie tak? Może jestem dla ciebie zbyt bezpośredni? Ale przecież napisałem ci wcześniej, że możemy to wszystko jeszcze raz przedyskutować? Dostałaś w ogóle moje zdjęcie? Nawet mi nie napisałaś, czy ci się spodobało? Zrobiłem je, kiedy szukałem pracy. W tej chwili nie mam innego, ale mam nadzieję…”

Julia potrzasnęła głową. A ja mam nadzieję, że masz w życiu jeszcze inne zajęcia niż pisanie takich idiotycznych i żałosnych e-mali, pomyślała i bez żalu skasowała wiadomość. Trzy e-maile od przygłupów z Marzahn miały podobną wartość i nie odbiegały szczególnie od średniej, jeśli chodzi o poziom. „Hej mała, masz niezłe cycki. Chcesz dzisiaj zaliczyć? Trzym, to mój numer”.

I kolejny.

„Cze, jestem Ronnie. Mogę wpaść. Możemy też załatwić to w aucie. To jak?”

Julia wydęła usta. Może najpierw skończcie podstawówkę i nauczcie się pisać, wieśniackie nasienie, pomyślała kpiąco i kilka kliknięć później ich wiadomości zapełniły kosz na śmieci. Trzeciego e-maila w ogóle nie próbowała nawet czytać, bo pierwsze, co zobaczyła, to słowo „pieprzyć” odmienione przez wszystkie przypadki. Spojrzała szybko w stronę drzwi, licząc, że usłyszy znajome skrobanie i miauczenie kotki, lecz na korytarzu panowała cisza.

Wróciła myślami do jedynego e-maila, którego nie skasowała.


8

Albert Torino miał wrażenie, że jego głowa urosła do rozmiarów i ciężaru piłki lekarskiej, kiedy boleśnie natrętny dzwonek komórki wyrwał go z ciężkiego i nieprzyjemnego snu.

Leżał na wielkim łóżku wodnym, a obok niego spała niekompletnie ubrana młoda kobieta. Na podłodze walały się puste butelki po szampanie i kipiąca niedopałkami popielniczka. Sądząc po słabym świetle wpadającym się przez okna, musiało być późne popołudnie.

Wczoraj w nocy trafili najpierw do Grill Royal, a potem ruszyli w tournée po klubach. Zabawiali się w towarzystwie kilku młodych dziewczyn, co chwila wznosząc toasty za udany debiut Shebay w telewizji. Z początku Torino był zły, że Myers do nich nie dołączył, jednak wraz z ilością wypijanego alkoholu przestawał zwracać na to uwagę. Z miejsca mieli ponadmilionową publiczność. Pierwszego wieczoru emisji. Niesamowity wynik. Robił wrażenie. Z Xenotube czy bez.

Komórka nie przestawała dzwonić. Torino wypił resztkę szampana z kieliszka na stoliku przy łóżku, żeby pozbyć się uczucia suchości w gardle. Odnosił wrażenie, że język przykleił mu się do podniebienia, a na dodatek miał w ustach posmak, jakby w nocy ktoś korzystał z nich jak z toalety. W głowie słyszał jedynie potworne dudnienie.

Nieco nieprzytomnie spojrzał najpierw na telefon, a potem na kobietę, która również obudziła się przez natrętny dzwonek. Zaraz, jak ona miała na imię? Monique? Albo jakoś podobnie… nieważne. Zaraz kupi jej kawę z muffinkiem w Starbucksie, powie, że jest piękna i było cudownie, i pozbędzie się jej, żeby w spokoju zadzwonić do Myersa. Może zresztą to właśnie on dzwoni?

Spojrzał na ekran. Nie, tego numeru nie znał.

– Tak? – odebrał połączenie.

– Dzień dobry. Z tej strony Clara Vidalis, Krajowa Policja Kryminalna. Czy rozmawiam z Albertem Torino z Integrated Entertainment?

W jednym momencie oprzytomniał.

Monique – czy jakoś podobnie – przewróciła się na plecy.

– Co się dzieje? – zapytała. – Kto to?

– Zamknij się – syknął Torino.

– Słucham? – zapytał kobiecy głos w słuchawce.

– Nie, przepraszam, to nie do pani… – odparł Torino i przerwał, żeby zebrać myśli. – Nie dosłyszałem, skąd pani dzwoni?

– Clara Vidalis, nadkomisarz Krajowej Policji Kryminalnej w Berlinie – powtórzyła z irytacją. – Pracuję w wydziale zabójstw.

Torino poczuł ukłucie strachu.

– Zrobiłem coś nie tak? Złamałem prawo?

– Nie, pan nie, ale ktoś inny owszem. Czy nazwa Shebay coś panu mówi?

– Żartuje sobie pani? – Mężczyzna usiadł gwałtownie na łóżku. – Przecież to mój program!

– Wiedział pan, że jest już dostępna dalsza część? – zapytała policjantka. – I jest już w sieci. Oglądał pan dzisiaj promowane filmiki na Xenotube?

Oczy Torina rozbłysnęły ekscytacją. Nie rozumiał co prawda, dlaczego z tego powodu dzwoni do niego ktoś z policji, ale najważniejsze, że Myers zrobił w końcu to, co do niego należało. Pewnie powycinał fragmenty z głównej edycji programu telewizyjnego i zamieścił je na stronie głównej Xenotube, a ktoś uznał, że to rani jego uczucia albo jest nieetyczne, i zadzwonił na policję. Mimo to był zaskoczony, że Myers nie omówił takiej sprawy najpierw z nim. Nie dawało mu za to spokoju pytanie, dlaczego dzwonią do niego akurat z wydziału zabójstw.

– Na stronie głównej Xenotube?

– Tak jest – potwierdził kobiecy głos. – Na razie ma cztery miliony odtworzeń. To całkiem niezły wynik.

– Cóż… pozostaje mi się tylko cieszyć.

– Nie byłabym taka pewna. Może najpierw powinien pan zobaczyć, co tam jest.

Torino wstał i niepewnym krokiem ruszył w stronę biurka, na którym leżał jego iPad. Otworzył Xenotube. Rzeczywiście, wideo Shebay znalazło się na samym szczycie listy materiałów promowanych. Uruchomił odtwarzanie. Kiedy wysłuchał, co miał do powiedzenia głos zza kadru, omal nie zwymiotował.

Po chwili dostrzegł swoją twarz odbitą w czarnym ekranie iPada. Była śmiertelnie blada.

– Cholera! – zaklął. Miał wrażenie, że żołądek skurczył mu się do wielkości orzeszka.

– I co pan sądzi? – zapytała policjantka.

– Czy to Andira? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Nie widziałem jej twarzy, ale głos miała podobny.

– To bardzo prawdopodobne.

– Jasna cholera… kto to zrobił?

– Prawdę mówiąc, miałam nadzieję, że pan mi to powie. – Przerwała na chwilę, czekając, co usłyszy, jednak w słuchawce panowała cisza. – Z całą pewnością to ktoś niebezpieczny. Wyjątkowo niebezpieczny. – Znów przerwała. – O której może pan przyjechać na komendę? Siedziba Krajowej Policji Kryminalnej, Tempelhofer Damm dwanaście. Jak będzie pan na dole, proszę oddzwonić pod ten numer.

– Pani da mi dwadzieścia minut – wykrztusił Torino i pognał do łazienki.

Monique odprowadziła go zaskoczonym wzrokiem.

– Ale dziwne filmy oglądasz… ja nie mogę…

– Zamknij twarz, kobieto! – warknął producent, nerwowo kompletując porozrzucaną garderobę.

– Myślałam, że pójdziemy gdzieś na śniadanie. Obiecałeś mi wczoraj. – Zrobiła obrażoną minę. – I nie mów tak do mnie.

– Zamknij się.

Podskakując na jednej nodze, starał się trafić w drugą w nogawkę spodni. Wetknął w ucho słuchawkę Bluetooth i wybrał numer Andiry.

Poczta głosowa.

Potem zadzwonił do Myersa.

Poczta głosowa.

Zostawił mu krótką wiadomość z prośbą, by oddzwonił jak najszybciej.

W głębi duszy czuł już, że coś poszło nie tak.

Wyjątkowo nie tak.

Vladimir spojrzał na obie komórki. Odezwały się jedna po drugiej.

Zajrzał do pomieszczenia obok, w którym na krześle siedziała spętana Andira.

A potem odwrócił się i rzucił okiem na zwłoki Toma Myersa, który leżał ze złamanym karkiem w rogu izby i szklistymi, pustymi oczyma spoglądał na sklepienie.

Vladimir uśmiechnął się. Chłodno i nieprzyjemnie, jak jaszczurka.

Realizacja planu dobiegała końca.

Nadszedł czas na wielki finał.


9

Profesor doktor Martin Friedrich, kierownik wydziału analizy operacyjnej Krajowej Policji Kryminalnej, był niekwestionowanym autorytetem w swojej dziedzinie. Studiował medycynę i psychiatrię na Uniwersytecie Medycznym Charité w Berlinie i na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa w Baltimore, a medycynę sądową poznawał na Uniwersytecie Wirginii i w Quantico, z kolei na Harvardzie, w Londynie i w Berlinie prowadził zajęcia z tworzenia psychologicznego profilu seryjnych morderców. Friedrich był pracoholikiem, który w swoim słowniku nie uwzględnił pojęcia „czasu wolnego”.

Po zakończeniu studiów i zdobyciu dyplomu lekarza psychiatrii znalazł pracę w FBI, gdzie wiedzę teoretyczną z zakresu tworzenia profilów psychologicznych – czyli analizy osobowościowej seryjnych morderców – przekuł na praktykę, ucząc się od najlepszego specjalisty w tej dziedzinie, bo od samego Roberta Resslera, który pomagał Thomasowi Harrisowi przy pisaniu Milczenia owiec. Ressler nie tylko doprowadził do perfekcji sposób pracy nad profilem psychologicznym zbrodniarzy, ale też naukowo zdefiniował pojęcie seryjnego mordercy, bo wcześniej tacy ludzie nazywani byli masowymi zbrodniarzami. Taki termin nie do końca odpowiadał rzeczywistości, gdyż w klasycznym rozumieniu masowy zbrodniarz starał się zabić jak najwięcej ludzi za jednym zamachem, podczas gdy seryjny morderca mordował raz za razem, przez długi czas.

Clara czytała wiele książek Resslera, w tym między innymi Whoever fights monsters i I have lived in the monster. Zapoznała się ze wszystkimi wywiadami, które Ressler, legenda amerykańskiej kryminalistyki, przeprowadził ze słynnymi mordercami, w tym z Johnem Wayne’em Gacym, który do samej egzekucji zaprzeczał, jakoby pozbawił życia trzydziestu trzech młodych mężczyzn i chłopców. Tłumaczył, że przy osiemdziesięciogodzinnym tygodniu pracy nie znalazłby na to czasu. Nie umiał jednak wyjaśnić, skąd pod piwnicą jego domu znalazły się na wpół rozłożone ciała dwudziestu kilku nastolatków.

Ressler przeprowadził także wywiad z Jeffreyem Dahmerem, zwanym Kanibalem z Milwaukee. Morderca w barach wyszukiwał homoseksualistów, nawiązywał z nimi znajomość i zapraszał ich do swojego domu. Tam podawał im narkotyki, gwałcił ich, mordował, a na koniec ćwiartował zwłoki. Potem pocięte fragmenty obgotowywał z mięsa, by z czystych kości i czaszek układać ołtarzyki w swojej sypialni. Niektóre z jego ofiar były przed śmiercią torturowane – potrafił żywemu człowiekowi przewiercić czaszkę i przez otwór w kości wkroplić kwas bezpośrednio do mózgu, zmieniając mężczyzn w bezwolne i nieświadome zombi. Dahmer tłumaczył się tym, że czuł się bardzo samotny. Bał się, jak twierdził, że nigdy nie spotka człowieka, z którym mógłby się związać – a w każdym razie nie żywego. I dlatego postanowił mieszkać z martwymi, a właściwie z ich szczątkami. Dahmer zmarł w więzieniu, zabity przez jednego ze współwięźniów, który z taką siłą wbił mu w oko kij od miotły, że przebił tylną ściankę oczodołu i przeszył mózg.

Jednak Gacy i Dahmer byli wyjątkami. Większość seryjnych morderców dokonywała zbrodni na tle czysto seksualnym. Ponieważ na ogół seryjnymi mordercami byli mężczyźni, a większość mężczyzn to heteroseksualiści, wśród ich ofiar zdecydowanie przeważały kobiety.

Rany, pomyślała wtedy Clara. Ale wybrałam sobie robotę!

Clara współpracowała już wcześniej z Martinem Friedrichem, jednak nigdy bezpośrednio – Friedrich przygotował dla nich i dla Winterfelda szczegółowy profil osobowościowo-psychologiczny Wilkołaka, choć ani ona, ani Winterfeld nie wiedzieli jeszcze, że Friedrich już dla nich pracuje. Wynikało to z tego, że Bellmann i podlegający mu komendanci tak bardzo chcieli utrzymać sprawę w tajemnicy przez prasą i opinią publiczną, że do absolutnego minimum ograniczyli również komunikację miedzy wydziałami. A że Martin Friedrich trafił do policji w Berlinie ledwie cztery tygodnie wcześniej i nikt nie wiedział, czy „ten nowy” jest już na stałe czy nie, plan się powiódł.

Friedrich, z plotek, które dotarły do Clary, pasjonował się Szkocją. Spędzał tam większość urlopów. Zazwyczaj leciał tam sam, z walizką pełną książek, wśród których obowiązkową pozycją były dzieła zebrane Szekspira. W analizie psychologicznej Wilkołaka, którą przygotował na potrzeby ich śledztwa, zamieścił informację, że wszyscy biorący udział w pracach muszą zapoznać się z twórczością Szekspira, „największego psychologa w historii”. „Czytając jego dzieła – pisał w uwagach do analizy – poznacie państwo wszystkie wzloty i upadki, na jakie narażona jest ludzka dusza. Śmiech i radość, komizm i absurd, ale też sprawy ukryte, odrażające i trudne do nazwania. W tym kontekście ze szczególnym naciskiem wskazywał na Makbeta, którego diaboliczna małżonka podżega do zamordowania króla Szkocji”.

Wszystko to, poczynając od miłości do Szekspira, poprzez fascynację Szkocją i szkocką whisky, aż do swojej specjalności, w której stał się niekwestionowanym i światowym autorytetem, sprawiło, że w czasie jednego z pobytów naukowych w Stanach Zjednoczonych ukuto dla niego specjalne przezwisko – przezwisko, które pasowało do niego jak żadne inne i z którego sam Friedrich był najwyraźniej zadowolony: MacDeath.

MacDeath wprowadził się do nowego biura dopiero przed tygodniem. Kiedy Clara stanęła w progu, siedział akurat za eleganckim dębowym biurkiem, na nosie miał ciemnobrązowe rogowe okulary i ze skupionym wyrazem na pociągłej twarzy pisał coś na komputerze. Policjantka z wahaniem zapukała w drewnianą framugę. Friedrich uniósł głowę. Jego delikatna twarz wyrażała dobroduszność i ciepło, które nijak się miały do fascynacji mrocznymi stronami natury ludzkiej. Pozory mylą, pomyślała Clara. Foucault lata wcześniej ubrał to w słowa, mówiąc, że szaleństwo i praca wykluczają się wzajemnie. A Winterfeld wyjaśnił to znacznie prościej – ci, co piszą o mordowaniu kobiet, sami ich nie mordują.

– Dobry wieczór! – Friedrich podniósł się zza biurka i lekkim krokiem ruszył w stronę gościa. Miał na sobie białą koszulę, ciemnobłękitny sweter z logo uniwersytetu, a całości dopełniał, zgodnie z najlepszymi tradycjami kultywowanymi przez absolwentów Uniwersytetu Harvarda, czerwony krawat. – Pani jest tą tajemniczą policjantką, mam rację? – Puścił do niej oko.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.