Ciche niewiasty - Teresa Jadwiga Papi - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 426 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ciche niewiasty - Teresa Jadwiga Papi

Zbiór opowiadań dla młodzieży opublikowany w 1896 roku. Teresa Jadwiga Papi (1843–1906), pisząca pod pseudonimami Teresa Jadwiga, Teresa Gałęzowska, była polską powieściopisarką i nowelistką. Od 1868 roku prowadziła założoną przez siebie tajną szkółkę, a następnie pensję żeńską wraz z J. Herman-Iżycką. Działała na rzecz Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności. Organizowała pomoc dla więzionych w Cytadeli socjalistów. Współpracowała z „Przyjacielem Dzieci” i „Światem”, „Wieczorami Rodzinnymi”, „Moim Pisemkiem” i in. Pisała przede wszystkim powieści i nowele dla młodzieży, głównie dla dziewcząt. Wśród nich znalazły się utwory o tematyce współczesnej, obyczajowej: „Chwile rozrywki” (1876), „Ze świata rzeczywistości i świata fantazji” (1880), „Szlachetne marzenia” (1883), „Z różnych sfer” (1888), powieści biograficzne: „Klementyna” (1904) – o K. z Tańskich Hoffmanowej, „Gabriela” (1906) – o N. Żmichowskiej, a także ok. 30 powieści historycznych oraz cykl zbeletryzowanych dziejów Polski („Obrazki zżycia znakomitych Polaków i Polek”, 1899). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Ciche niewiasty - Teresa Jadwiga Papi

Fragment ebooka Ciche niewiasty - Teresa Jadwiga Papi





Spis treści

  1. Patrycjuszka
  2. Męczennice
  3. Przez ciernie
  4. ROZDZIAŁ I
  5. ROZDZIAŁ II
  6. ROZDZIAŁ III
  7. ROZDZIAŁ IV
  8. ROZDZIAŁ V
  9. ROZDZIAŁ VI
  10. ROZDZIAŁ VII
  11. Spełnione życzenia
  12. ROZDZIAŁ I
  13. ROZDZIAŁ II
  14. Siostry
  15. ROZDZIAŁ I
  16. ROZDZIAŁ II
  17. Ocalona
  18. Zamek Burghaus
  19. ROZDZIAŁ I
  20. ROZDZIAŁ II
  21. ROZDZIAŁ III
  22. ROZDZIAŁ IV
  23. Królowa szwedzka
  24. ROZDZIAŁ I
  25. ROZDZIAŁ II
  26. ROZDZIAŁ III
  27. ROZDZIAŁ IV
  28. ROZDZIAŁ V
  29. Szlachetny zamiar
  30. ROZDZIAŁ I
  31. ROZDZIAŁ II
  32. Zwyciężyła
  33. Dzielna strażniczka
  34. ROZDZIAŁ I
  35. ROZDZIAŁ II
  36. Trzy chwile
  37. Kolofon

Patrycjuszka

Im kto wyżej stoi, tym jaśniej

świecić powinien przykładem

T. J.

Za czasów, kiedy cała zachodnia Europa należała do Rzymian, w pobliżu miasta Toledo1, w dzisiejszej Hiszpanii, znajdowała się piękna willa. Pewnego razu o zmroku siedziała tam właśnie w ogrodzie młoda dziewczyna; biała lniana jej szata, srebrem haftowana, świadczyła o pochodzeniu wysokim. Była to Leokadia, sierota po możnym Rzymianinie, którego ród od dawna w Hiszpanii był osiadł.

Klomby cudnych traw i kwiatów otaczały młodą dziewczynę; spośród mirtów i pomarańcz wyzierały marmurowe fauny i nimfy; wodotryski miłym szmerem napełniały ogród, wtórując szczebiotowi ptasząt przeróżnych.

Lata dziecinne Leokadii upłynęły w pieszczotach i zbytkach. Rodzice oboje już zeszli ze świata, zostawiwszy jej jednak niezależność majątkową. Przyjaciół jej nie brakło; wykształcona, wychowana w zasadach religii chrześcijańskiej, miała ona prócz tego skąd czerpać pociechę, toteż, mimo sieroctwa, czoło jej było zawsze pogodne, a wzrok jasny. U stóp jej stał w tej chwili kosz, pełen kwiatów świeżo zerwanych, z których ona wiła wieńce, uwite kładąc obok siebie na kamiennej ławce. Snać jednak, myśl jej nie samymi tylko wieńcami była zajęta, gdyż co chwila oglądała się poza siebie, jak gdyby kogoś wyczekując.

I nie wyczekiwała na próżno, bo niebawem ukazała się w ogrodzie jakaś postać niewieścia, śpiesznym krokiem zdążająca widocznie ku niej. Była to kobieta co najmniej trzydziestoletnia. Leokadia powitała ją uśmiechem.

– Jesteś nareszcie! – rzekła – usiądź na chwilę.

– Już wszystko gotowe – odparła tamta, siadając na kamiennej ławce obok pięknej patrycjuszki. – Pewna jestem, że będziesz zadowolona – ciągnęła dalej: – kaplica tak pięknie przystrojona, ojciec Jan obiecał, że stawi się o północy; uprzedziłam przeto wszystkich, by się zebrali nieco wcześniej; prócz ojca Jana, z księży obiecali przyjść jeszcze bracia Franciszek i Karol...

– Jakże to dobrze! Obaj śpiewają tak pięknie, obecność ich podniesie uroczystość – przerwała mówiącej Leokadia. – A czy o nikim z naszych nie zapomniałaś?

– Zdaje mi się, że nie.

Dziewczę uśmiechnęło się.

– Dziękuję ci, Łucjo – rzekła serdecznie. – Oto wieńce. Czy dość ich uwiłam?

– Aż nadto. Zaniosę je zaraz do kaplicy, a potem wrócę do ciebie.

– I pójdziemy na przechadzkę. Wracaj więc natychmiast.

Łucja była przyjaciółką a zarazem opiekunką młodziuchnej patrycjuszki. Krewna daleka jej matki, także samotna – gdy dziewczyna sierotą została, zamieszkała przy niej i pokochały się serdecznie obie samotnice. Łucja niebawem powróciła. Powstawszy z ławki, Leokadia podała jej ramię i już miały odejść w głąb ogrodu, gdy naraz Łucja przystanęła.

– Zdaje mi się, że brat twój stryjeczny, Knejusz, idzie ku nam – rzekła.

– A tak, to on. Trzeba mu przypomnieć dzisiejszą uroczystość – zawołała Leokadia. – Czyś go uprzedziła?

– Jednego z najpierwszych. Jakżebym go pominąć miała! Toż brat twój i chrześcijanin od kolebki – odparła Łucja.

Po chwili Knejusz witał kuzynki głębokim, pełnym szacunku ukłonem.

– Widzę cię nareszcie, piękna Leokadio! – zawołał.

– Czy masz mi coś ważnego do powiedzenia? – zapytała dziewczyna, patrząc badawczo na jego twarz chmurną i stroskaną.

– Czy nas kto nie słyszy? – zapytał niespokojnie.

– Czy dobrej, czy złej wieści jesteś zwiastunem? – zapytała Leokadia.

– Złej, bardzo nawet złej; lecz tą wieścią ustrzec cię mogę od nieszczęścia.

– Nie ma nikogo koło nas; mów więc, nie dręcz...

Knejusz westchnął; zdawał się namyślać, w jakie słowa przybrać wieść, by mniej przeraziła obie kobiety.

Zniecierpliwiło to Leokadię.

– Sądzić by można, że masz mnie za dziecko bojaźliwe – odezwała się tonem niezadowolenia.

– A więc słuchaj: Cesarz Dioklecjan przysłał nowego wielkorządcę do Hiszpanii.

– Kogo? – spytała Łucja.

– Dacjana.

Na twarzy Leokadii odmalował się niepokój.

– Czy tego zaciętego wroga chrześcijan? – spytała zniżonym tonem.

– Tego samego – potwierdził Knejusz. Nastała chwila milczenia. Nie mówiąc nic do siebie, dotarli z wolna do bramy willi; tutaj zatrzymali się.

– Przypominam ci, bracie, uroczystość dzisiejszą – odezwała się Leokadia spokojnym już zupełnie głosem – dziś, koło północy, znajdziesz mnie w podziemnej naszej kaplicy.

– Ależ to szaleństwo, ta uroczystość! – głosem podniesionym odparł młody człowiek. – Czyż zgubić chcesz siebie koniecznie? Dlatego właśnie tu przybiegłem, byś miała jeszcze czas ją odwołać. Dacjan przywiózł podobno ze sobą cały zastęp szpiegów, którzy wyśledzą nas niechybnie...

Leokadia dumnie podniosła głowę.

– Rzymianką i chrześcijanką jestem – odparła – a więc uczucie trwogi mi obce. Pamiętać o tym winnam tylko, że świecę przykładem niżej stojącym, że oczy tłumu na mnie są zwrócone.

– Ależ Dacjan ma moc karania śmiercią tych, co chrześcijanami wyznawać się będą – przekładał Knejusz.

– Na śmierć jam gotowa. By życie ocalić, nie wyrzeknę się tego, w co wierzę, co ojciec nauczył mnie od kolebki czcić i szanować.

– Czyż nie możemy czcić w tajemnicy, nie wyjawiając tego, co w sercu mamy?

– O, nie, nie! my musimy głośno swoje przekonania wyznawać, aby dodać otuchy innym. Przyrzekaliśmy im niebo za męczeństwo; dziś więc, jeśli cofniemy się przed nim, powiedzą, żeśmy kłamali... bo gdybyśmy w niebo wierzyli, szlibyśmy z uśmiechem na śmierć.

Knejusz głowę pochylił.

– Podziwiam – rzekł – twą odwagę, lecz nie pójdę za twym przykładem; tuszę jeszcze, że, wróciwszy do domu, rozważysz me słowa, każesz dom swój szczelnie na noc zamknąć i nie dopuścisz do siebie nikogo. Dacjan wie, co to dziś za dzień dla chrześcijan, i pewien jestem, że pilnie nakazał nas śledzić. Kto życie ocalić pragnie, jak najciszej zachować się teraz powinien.

– Nie ten żyje, według mnie, kto wstaje ze snu po to, by dzień wesoło spędzić, lecz ten, który kocha i działa – odparła Leokadia.

I z tymi słowy skinęła wyniośle głową młodzieńcowi i nie ponawiając zaproszenia, oddaliła się do siebie.

– Jeśli wielu takich wśród nas, jak on, Chrystus nigdy nie zwycięży – rzekła smutnym głosem, wchodząc do pałacu.

– Nie lękaj się – odparła Łucja – dziś nas garstka, jutro miliony będą; męczeństwo jednych obudzi drzemiących i zawołają głośno: „my także chrześcijanami jesteśmy!”, a męczeństwa upamiętnią niezawodnie rządy Dacjana w Hiszpanii. Chodźmy do kaplicy; modlić się nam trzeba teraz gorliwiej, niż kiedykolwiek, bo nie wiemy, czy godzina nasza już nie nadeszła.

To mówiąc, objęła ramieniem Leokadię i pociągnęła ją ze sobą.

I podążyły do podziemnej kaplicy, którą jeszcze ojciec Leokadii zbudować kazał. Był to dzień Wielkiej Soboty. Łucja przystroiła już w wieńce i krzewy całą kaplicę, która czyniła w tej chwili, przy migotaniu słabych światełek lamp olejnych, wrażenie wielkiego grobu, umajonego kwiatami.

Leokadia i Łucja uklękły u stóp krzyża; lubo nie zdradziły one tego, jednakże wieść, jakiej Knejusz im udzielił, przejęła je nie tylko smutkiem, lecz i trwogą, ale cisza uroczysta, panująca w kaplicy, i gorąca modlitwa zwyciężyły niebawem uczucie, którego obie się wstydziły, i spokój wrócił im do serc. Zaczęły się wsłuchiwać, czy pobożni nie nadchodzą. Upłynęła jeszcze długa godzina w zupełnym spokoju, który powrócił im ostatecznie równowagę, wreszcie rozległ się poza drzwiami kaplicy hałas niewyraźny.

– Idą! – szepnęła Leokadia.

– Słyszę – odparła Łucja, i podniósłszy się, podążyła ku drzwiom przedsionka.

– Kto idzie? – spytała.

– Brat w Chrystusie – odparł głos nieznajomy. Było to hasło. Drzwi się rozwarły i ukazało się kilka niewiast, zakwefionych czarnymi welonami. Znalazłszy się w kaplicy, odsłoniły one twarze i podążyły w milczeniu do grobu Chrystusa; uklękły rajeni i modlić się poczęły cicho. Łucja zbliżyła się do Leokadii.

Niebawem znów odgłos kroków i hasło „Brat w Chrystusie” słyszeć się dały. Kaplica zaczęła się napełniać. Łucja podeszła do ołtarza, wydobyła spod stopni, do niego prowadzących, pęk świec woskowych, i zapaliwszy je, rozdała wszystkim. Jasność niemal dzienna rozlała się w kaplicy; czuć było zbliżającą się uroczystą godzinę, godzinę zmartwychwstania Boga-człowieka.

Przybył nareszcie ksiądz Jan, a z nim dwaj młodzi kapłani – wszyscy trzej w świątecznych szatach, stosownych do chwili; zbliżyli się naprzód do ołtarza i tam, klęcząc na stopniach, czas jakiś modlili się w cichym skupieniu, po czym przystąpili do grobu. Ksiądz Jan ukląkł, ujął drżącymi od wzruszenia rękami krzyż, a wzniósłszy go w górę, głosem brzmiącym szczerą radością zaintonował:

Wesoły nam dzień dziś nastał, którego z nas każdy żądał:

Tego dnia Chrystus zmartwychwstał – Alleluja! Alleluja!

I postąpił z krzyżem, wzniesionym, w górę ku drzwiom kaplicy. Obok niego szli bracia Karol i Franciszek. Piękne ich głosy łączyły się z głosem starca i wzbijały się ponad wszystkie inne. Pobożni, skupiwszy się poza nimi, obchodzili razem dookoła obszerną kaplicę. Radosny śpiew odbijał się od ścian podziemia. Była to w istocie piękna, wspaniała uroczystość. Wszystkie twarze stały się pogodne, wszystkie spojrzenia weselem jaśniały.

Król niebieski ku nam zawitał, jako śliczny kwiat zakwitał.

Po śmierci się nam pokazał – Alleluja! Alleluja!

Gdy obeszli trzykrotnie wokoło kaplicę, ojciec Jan postawił krzyż na ołtarzu, po czym zwrócił się do zebranych.

– Dzieci! oto wieścią smutną z wami się podzielę – odezwał się drżącym głosem: – przybył do miasta naszego Dacjan, nowy wielkorządca Hiszpanii, zacięty wróg chrześcijan, wysłany do nas przez prześladowcę wyznawców Chrystusa, cesarza Dioklecjana. Już na placach miasta wznoszą rusztowania, na których mają męczyć wiernych. Dacjan kazał spisać sobie nazwiska posądzonych o wyznawanie nauk Chrystusa... Dzieci, oto godzina próby nadeszła! Ufam, że wytrwacie, że nie zapomnicie, jaki jest cel waszego życia, że krzyża żaden z was ze strachu się nie zaprze.

Obecni uklękli wszyscy.

– Pobłogosław nas, ojcze, abyśmy męki się nie zlękli, nie ulegli pokusom – odezwała się czystym i spokojnym głosem Leokadia.

Starzec wyciągnął dłonie nad pochylonymi przed nim głowami, wzrok wzniósł w górę.

– Panie! daj im tę łaskę, aby przez nich chwała Twoja głośniejszą się stała; daj im męstwo, by nie ulękli się groźby; siłę, by wytrwali; wiarę, by nie zwątpili!...

Głos jego ścichł ze wzruszenia, kończył po cichu modlitwę.

– Teraz rozejdziemy się – przemówił po chwili znów głośno – niechaj każdy w ciszy i skupieniu przygotowuje się w domu do wielkiej próby, jaka go czeka może niedługo.

– Pozwól im, ojcze, spożyć jeszcze ucztę, którą dla swych gości przygotować kazałam; mam nadzieję, że i ty do niej zasiądziesz – odezwała się Leokadia.

– Nie pora teraz na uczty – odparł poważnie starzec – jutro niejedna matka nad zgonem syna lub córki, niejedne dzieci nad stratą rodziców płakać będą. Nie pora na uczty; modlić się teraz przystoi, wzywać łaski nieba. Ostrożność naszym hasłem być winna. Spełniliśmy to, czego serca nasze żądały: uczciliśmy dzień Zmartwychwstania Chrystusa. Teraz rozejdźmy się.

– Lepiej wiesz ode mnie, ojcze, co czynić należy – odparła Leokadia i kornie pochyliła głowę.

Starzec krzyż nakreślił nad jej głową, po czym ku drzwiom kaplicy się skierował. Za chwilę pusto się w niej całkiem zrobiło.

Leokadia z Łucją oddaliły się również i na spoczynek się udały. Usnęły cicho, jak gdyby nie wiedziały nic o tym, że okrutny Dacjan już gości w Toledo, że lada dzień przywołać je może do siebie, by zapytać, czy prawdą jest, iż szerzą w mieście naukę Chrystusa.

Nazajutrz, spokojne i pogodne jak zwykle, udały się do kaplicy na mszę, którą każdej niedzieli odprawiał u nich ksiądz Jan. Właśnie wracały z niej, z zamiarem udania się do ogrodu, gdy stanął przez nimi stary sługa domu blady i drżący.

– Pani! – odezwał się głosem, w którym smutek i trwoga mieszały się razem – przyszli dwaj wysłańcy Dacjana.

– I czegóż drżysz, Jakubie? – odparła spokojnie Leokadia. – Kto wyznaje dziś wiarę Chrystusa, wie, że wcześniej czy później śmierć za nią poniesie. Jam się z tą myślą dawno już oswoiła... Czego chcą ode mnie?

– Mówią, że Dacjan wzywa cię, pani, do siebie – rzekł Jakub i łzy wielkie polały się z jego oczu.

Lekka bladość pokryła twarz Leokadii; nie zdradziła jednakże ani jednym słowem obawy.

– Powiedz im, że Leokadia zjawi się za godzinę w pałacu wielkorządcy – rzekła spokojnie.

A gdy stary sługa oddalił się chwiejnym krokiem, zwróciła się również spokojna do Łucji:

– No, bądź zdrowa!...

– I tyś mogła, choć na chwilę przypuścić, że cię; puszczę samą? – przerwała Łucja. – O, Leokadio, czyż zasłużyłam na to?

Leokadia nic nie odrzekła, rzuciła się tylko przyjaciółce na szyję i uścisnęła ją czule.

Otoczony urzędnikami rzymskimi i strażą, Dajyan czekał niecierpliwie na dumną patrycjuszkę. W spisie chrześcijan, który usłużni pochlebcy podali wielkorządcy, na pierwszym miejscu wymienione było imię Leokadii – a kiedy zapytał, co to za jedna, powiedziano mu, że przodkowie jej zajmowali wysokie urzędy w Hiszpanii, że jest właścicielką pięknego majątku, że, dzięki wykształceniu wysokiemu, wywiera wpływ nie tylko na niższe klasy, lecz i na możnych.

Dacjan był pewien, że stanie przed nim kobieta już w wieku dojrzałym, toteż, gdy Leokadia z Łucją stawiły się przed nim, nie patrząc na dziewczę, zwrócił się do Łucji i głosem surowym zapytał:

– Czy prawdą jest, Leokadio, że, do rodu patrycjuszów należąc, połączyłaś się z motłochem, czczącym Galilejczyka, co głosił, że niewolnik panu jest równy?

– Jam jest Leokadia – odezwała się śmiało młoda patrycjuszka – to, co mówili o mnie, prawdą jest: schylam pokornie czoło przed nauką, jaką Chrystus głosił; nie tylko sama ją wyznaję, lecz drugich jej uczę.

Dacjan spojrzał na nią bardziej zdumiony, niż gniewny.

– A czy wiesz, nierozważne dziecko, że cesarz Dioklecjan wysłał mnie po to do Hiszpanii, bym karał surowo tych, którzy tę naukę rozszerzają? – zapytał.

– Wiem, lecz nie przestrasza mnie to wcale. Umrzeć za prawdę, umrzeć za to, co się kocha, toć chwała i szczęście najwyższe – odparła Leokadia.

– Umrzeć ci nie pozwolę, boś za młoda na to, by śmierć poślubiać; zmuszę cię, byś się wyrzekła Chrystusa; będę cię póty dręczył, póki uporu twego nie złamię – rzekł Dacjan.

Leokadia podniosła na niego wzrok spokojny.

– Nie zmusisz mnie, Dacjanie – odparła z godnością. – Innego Boga, niż tego, którego czczę, nigdy wyznawać nie będę; chrześcijanką jestem i zostanę nią do śmierci.

– Niegodnaś rodu, z którego pochodzisz! – krzyknął Dacjan. – Przodkowie twoi nie bratali się z pospólstwem, szanowali siebie. Raz jeszcze wzywam cię, wyrzeknij się Chrystusa. Patrycjuszce nie przystoi wyznawać wiary niewolników.

Leokadia uśmiechnęła się pobłażliwie.

– Nie znasz tej nauki, dlatego tak mówisz – rzekła – gdybyś ją znał, powiedziałbyś: „patrycjuszką jesteś, powinnaś więc wytrwać w tym, co głosiłaś ciemnym i biednym”... Kamienne wasze bogi nigdy ode mnie pokłonów nie odbierały i odbierać nie będą, bo gardzę nimi.

– Dosyć! – stłumionym z gniewu głosem syknął Dacjan. – Ponieważ uznajesz się być służebnicą Galilejczyka, który umarł haniebnie na krzyżu, będę cię miał za niewolnicę.

To powiedziawszy, zwrócił się do żołnierzy, stojących opodal.

– Rózgami niech ją ćwiczą dopóty, dopóki nie zawoła: „wyrzekam się Galilejczyka”, lub póki z bólu nie omdleje.

– Panie! toż dziecko jeszcze! – zawołała Łucja, padając na kolana przed Dacjanem i składając ręce błagalnie.

– Skłoń, by się wyrzekła wiary, jaką wyznaje, a ocalisz ją – odparł Dacjan – inaczej zaś i siebie zgubisz. Łucja podążyła za Leokadia. Żołnierze obie otoczyli i wyprowadzili z pałacu. Gdy wyszły na dziedziniec, spotkały tam tłum chrześcijan; spisani na liście, podanej Dacjanowi, już wszyscy byli zwołani do pałacu wielkorządcy; ujrzawszy Leokadię, otoczoną żołnierzami, poczęli płakać, cisnęli się do niej z pytaniami:

– Czy prawdą jest, że idziesz, siostro, na męki?

– Nie płaczcie, mili bracia – mówiła im łagodnie – raczej dziękujcie za mnie Bogu, że mi pozwala cierpieć za Chrystusa, i proście Go, aby mnie do końca nie opuszczał. A ty, Łucjo, wróć do domu – dodała: – póki możesz, czyń, cośmy dotychczas razem czyniły.

Wiedząc, iż oporem sprawi tylko przykrość dziewczęciu, Łucja wróciła zgnębiona do domu.

Bez jęku, bez łzy zniosła odważnie Leokadia sromotną kare; omdlałą i krwią zbroczoną zawleczono przed Dacjana i tam, gdy przytomność odzyskała, dźwignąwszy się z wysiłkiem z ziemi, rzekła:

– Męcz dalej... Nie wyrzekłam się Chrystusa. Rozgniewany wielkorządca kazał ją wtrącić do więzienia; odwiedzał ją tam codziennie i to łagodnie przemawiał do niej, obiecując łaskami obsypać, jeśli wyrzeknie się swej wiary – to groził i skazywał na nowe katusze.

Leokadia obietnic i gróźb słuchała w milczeniu, męki znosiła odważnie, a gdy zostawała sama w więzieniu, klęcząc, błagała Boga o siłę do wytrwania.

Pewnego dnia, gdy zbolała i zmęczona pytała siebie, na jakie męki skaże ją jutro okrutnik, otwarły się drzwi więzienia i na progu ukazał się Knejusz, a za nim jej stary, wierny sługa, Jakub, z jakimś zawiniątkiem w ręku. Okrzyk radości wyrwał się z ust Leokadii. Zapomniała o żalu do kuzyna, towarzysza zabaw dziecinnych. Podniósłszy się przeto śpiesznie, biegła ku niemu z wyciągniętymi rękami na powitanie.

– Leokadio – odezwał się Knejusz, kładąc braterski pocałunek na jej czole – jesteś wolną. Byłem u Dacjana... póty błagałem go, póty za tobą przemawiałem, aż wreszcie pozwolił wyprowadzić cię z tego lochu ciemnego. Stary Jakub przyniósł ci szatę, stosowną do twego położenia. Przebierz się; wrócę tutaj za chwilę po ciebie.

To powiedziawszy, odebrał z rąk sługi zawiniątko i, nie czekając podziękowań odurzonej niespodzianym szczęściem siostry, oddalił się szybko, a z nim razem Jakub.

Rumieniec życia oblał twarz Leokadii. Zrzuciła prędko zbrudzoną w wilgotnym więzieniu suknię i świeżą poczęła przywdziewać.

– A więc będę wolną! – szeptała sama do siebie – wrócę do domu, do Łucji.

I roiła, iż wkrótce usiądzie w cieniu kwitnących oleandrów w pięknym swoim ogrodzie, oprze głowę o ramię wiernej przyjaciółki, a ta szeptać jej będzie o tym, jak tęskniła za nią; i marzyła biedna, jak patrzeć będzie w jasne błękity, nad nią rozpostarte, napawać się wonią kwiatów, słuchać śpiewu ptasząt i szmeru wodotrysków; a potem przyjdą witać ją znajomi... między nimi będzie i Knejusz. Przebaczyła mu już całkiem jego chwilową bojaźliwość, będzie go teraz kochała nie tylko jako brata, lecz także jak tego, któremu życie winna. Ona kocha życic i pragnie żyć jeszcze – wszak ma dopiero lat osiemnaście... a świat taki piękny!

Nareszcie włożyła suknię. Już nie usiadła, lecz stojąc, czeka niecierpliwie powrotu brata.

– Oby nie kazał tylko czekać długo na siebie! – mówi w duszy.

To więzienie, w którym tyle tygodni cierpliwie przeżyła, teraz wydaje się jej nie do zniesienia.

Drzwi lochu niebawem znowu się rozwarły i „dobry” Knejusz wszedł, radością promieniejący. Tym razem był sam.

– Jużeś przebrana – rzekł z zadowoleniem – podaj mi ramię, pójdziemy do Dacjana.

– Do Dacjana? – powtórzyła z lękiem. To imię dreszczem ją przejęło.

– Czemu Łucja nie przyszła z tobą, Knejuszu? – zapytała znów niespokojnie dziewica, zatrzymując się na progu więzienia i patrząc badawczo w twarz brata.

– Łucja w więzieniu – odparł Knejusz. – Chodź do Dacjana... uczyń to, co ja wczoraj dla ciebie uczyniłem, a on Łucję uwolni.

– A cóżeś ty uczynił?

– Pokłoniłem się bogom rzymskim – odpowiedział cicho Knejusz i oczy spuścił ku ziemi.

Leokadia wyrwała gwałtownie dłoń swoją z dłoni brata i cofnęła się w głąb więzienia.

– Pokłoniłeś się bogom rzymskim, by mnie ocalić? – powtórzyła jakby senna. – Nie, to nieprawda!... powiedz, że to nieprawda! – dodała gwałtownie.

On zbliżył się ku niej i rękę wyciągnął.

– Bądźże rozsądną – rzekł niecierpliwym tonem – czyż przez to przestałem być chrześcijaninem? Drwię sobie z ich bałwanów, czczę Chrystusa, jak zawsze. A czyż uczyniłem komu krzywdę, zginając przed Jowiszem kolano? Ciebie zaś ocaliłem.

– Kosztem ilu dusz! – przerwała Leokadia. – Iluż zgorszyłeś! A jeśli jutro za twoim przykładem choćby tylko kilku z pośród nas toż samo uczyni, cóż wówczas?...

Knejusz stał, milcząc, z głową zwieszoną.

– Nie chcę wolności, za którą zbawieniem duszy bliźni moi płacić będą – po małej chwili ciągnęła Leokadia – tyś dał im przykład złego, ja twój błąd naprawię: pójdę odważnie na męki i zawołam na cały głos, by najdalsi mnie słyszeli: „Umieram z radością! z palmą męczeńską do nieba idę!”.

– Leokadio! błagam cię, nie upieraj się!... Jesteś młoda, piękna, bogata!... Czyż ci nie żal tego wszystkiego? – odważył się znowu przemówić Knejusz, z błagalnym wyrazem twarzy, zbliżając się do siostry. – Pomyśl, że w twojej mocy Łucję ocalić.

– Idź i nie kuś mnie! – złamanym głosem rzekła Leokadia i powlokła się blada śmiertelnie w głąb lochu, gdzie oparłszy głowę o wilgotną ścianę więzienia, wyszeptała:

– Zabiłeś mnie, bracie!

On sądził, że zachwiał jej stałość, gdyż słów tych nie dosłyszał i rzucił się ku niej, obie ręce wyciągnąwszy.

– Leokadio, wesprzyj się na mym ramieniu... pójdziemy razem.

Lecz ona podniosła głowę i groźnie spojrzała na niego.

– Precz ode mnie! – krzyknęła i usunęła się na wpół zemdlona na ziemię.

Powiadomiony o stanowczym oporze Leokadii, Dacjan wydał na nią wyrok śmierci: miała być rzucona dzikim zwierzętom na pożarcie; chciał wszakże raz jeszcze spróbować zmiękczyć jej opór, wybrał się przeto sam raz jeszcze do więzienia. Był to pogodny ranek – złoty promień słońca wkradł się przez szparę więziennej ściany i oświecił ciemną celę męczennicy. Dacjan zatrzymał się w progu. Leokadia zdawała się drzemać. Leżała ona na ziemi, z głową opartą na kamieniu, na którym sama krzyż sobie wyrzeźbiła. Spokój błogi świecił z jej twarzy, na której ani śladu cierpienia widać nie było. Dacjan chciał ją obudzić – zbliżył się więc, i pochyliwszy się ku niej, rzekł:

– Leokadio, przyszedłem wolność ci oznajmić... Jednej rzeczy tylko żądam: przyrzeknij mi, iż wiary, jaką wyznajesz, uczyć drugich nie będziesz.

Leokadia nie zbudziła się wszakże. Powtórzył więc głośniej swoją obietnicę, lecz i tym razem milczenie mu odpowiedziało. Wówczas ręką dotknął jej ramienia i nagle odskoczył w tył: na twarzy jego odmalowało się przerażenie; chłód, jaki poczuł, przejął go zabobonną trwogą. Wyszedł natychmiast z celi więziennej, przywołał żołnierzy i kazał im zbudzić Leokadię. Żołnierze wrócili niebawem i oznajmili mu, że męczennica nie żyje.

Wtedy Dacjan wpadł w tak szalony gniew, że kazał ciało Leokadii dzikim zwierzętom rzucić na pożarcie. Gdy wierni przyjaciele Leokadii dowiedzieli się o tym, zbiegli się na miejsce, gdzie wyrok był spełniony, i zebrawszy poszarpane szczątki, ze czcią je pochowali. Dziś na miejscu tym wznosi się w mieście Toledo piękny kościół katolicki. Leokadia umarła roku 303.

1Rzymskie Toletum.


Męczennice

Z najcięższych chwil życia wypływa często dla nas radość i zbawienie

T. J.

Pięć kołowrotków warczy wesoło, pięć młodych dziewcząt śpiewa przy nich, chichocze i żarty sypie. Jedna z nich, w białej szacie, złotą przepaskę ma na czole – to Urszula, córka Doniata, jednego z dzielnych królów starej Brytanii, którzy nie ulegli panowaniu Rzymian1. Pięć kołowrotków warczy wesoło; przy szóstym brak pracownicy, lecz nasnute nici świadczą, że i przy tym ktoś przed chwilą pracował, dziś może jeszcze. Wtem, w przyległej komnacie rozległy się kroki lekkie, chyże – rozchyliła się opona, kryjąca wejście do pokoju, i szósta towarzyszka w nich stanęła.

– Wesołą wieść wam niosę, siostry – rzekła wchodząca z uśmiechem: – dziedziniec pełen gości, podobno z Armoryki...

– A więc goście bratni – ozwała się poważna, ciemnooka Julia, od kołowrotka wzrok podnosząc na zwiastunkę dobrej wieści.

– Armoryka przecież w Galii się znajduje – odparła tamta.

– A czyż nie wiesz o tym, Teklo, że w Galii mieszkają również Celtowie? – wtrąciła się do rozmowy Urszula. – Mieszkańcy zaś Armoryki, tym jeszcze z nami zbratani, iż światło wiary chrześcijańskiej już ożywia ich serca. Mówił mi ojciec jeszcze wczoraj, że Konan Meriadek, wielkorządca Armoryki, jest jego przyjacielem, że go szanuje wielce za pracę gorliwą nad rozszerzeniem pięknej nauki chrześcijańskiej wśród Gallów.

– Mniejsza o to w tej chwili, co szlachetny Konan robi u siebie – odparła z uśmiechem Tekla – to ważniejsze dla nas, że gości mamy. Król Doniat posłów przyjaciela przyjąć pewno zechce godnie, wyprawi ucztę na ich cześć, na ucztę córkę zaprosi, a królewna dwór swój dziewiczy zabierze ze sobą i gości zobaczym... a już całe pół roku obcej twarzy nie widziałyśmy.

– Mówisz, jak pasta i płocha dziewczyna – odezwała się poważnie Urszula. – Sądziłam, że znasz inne uciechy, których nam nie brak wszakże, a widzę, że te uciechy cię nudzą.

Tekla się zarumieniła.

– Czyż pani moja nie zna mnie jeszcze? – odparła z wymówką. – Lubię śmiać się, bawić, lecz gdy potrzeba, umiem być poważną.

– Nie gniewaj się, Teklo; żartowałam tylko – odparła królewna; wyciągnęła ramiona do swej towarzyszki i uścisnęła ją czule. – Któż w państwie króla Doniata nie wie, że Tekla pierwszą jest między wesołymi, lecz pierwszą także wśród pracujących i najchętniejszą w niesieniu pomocy bliźnim?

– Urszulo! ojciec cię wzywa – ozwał się naraz poza nimi głos poważny.

Dziewczęta wróciły do kołowrotków i kółka warczeć poczęły. Do pokoju weszła sędziwa niewiasta; wzrokiem zadowolenia obiegła pilne pracownice i powtórzyła wezwanie.

Królewna podniosła się.

– Czy mam iść natychmiast, Barbaro? – spytała.

– Natychmiast – odrzekła stara ochmistrzyni – pójdziemy razem.

I wyszły obie z komnaty dziewiczej.

– Jestem pewną, że szlachetny Konan wysłał swatów do króla Doniata – odezwała się Tekla. – Jeśli Urszula swatów przyjmie, powiem jej: „gdziekolwiek losy twe cię zaprowadzą, mnie zawsze przy swym boku zobaczysz”.

– I mnie! i mnie! – zawtórowały jej dziewczęta. Kołowrotki umilkły znowu – zaniepokojonym, rzuconym przez Teklę przypuszczeniem dziewczętom było już nie do pracy; minęła długa, pełna wyczekiwania niecierpliwego godzina, zmarnowana na próżnej rozmowie, na najrozmaitszych domysłach. Wreszcie wróciła królewna. Ujrzawszy ją wchodzącą, wszystkie pobiegły do niej i otoczyły kołem; każda miała jakieś pytanie na ustach, lecz spojrzawszy na Urszulę, żadna nie odważyła się go wymówić – tyle smutku było w jej twarzy.

– A tobie co się stało, pani najdroższa? – odważyła się pierwsza zapytać Tekla.

Urszula usiadła przy swym kołowrotku i ręce splecione opuściła na kolana.

– Więc mam rzucić nasze łąki kwieciste i stare lasy, co tak szumią pięknie; nasze góry smutne, z których wzrokiem mogę sięgać tak daleko! – mówiła głosem złamanym sama do siebie – więc mam pożegnać na zawsze kmiece chaty, których gościem codziennym bywałam, i to niebo ojczyste, i tę ziemię kochaną, pełną legend, podań bohaterskich, mogił praojców... O, nie! nie... ja tego nie zdołam uczynić! Łzy wielkie, czyste, potoczyły się po jej młodziutkiej twarzyczce i mówić dalej nie pozwoliły. Dziewczęta patrzały na nią zdumione, wylękłe, a pytać nie śmiały o przyczynę łez. I znowu pierwsza odważyła się przemówić Tekla. Zbliżywszy się cicho do płaczącej, przyklękła u jej nóg.

– Czego rozpaczasz, królewno? – zapytała nieśmiało.

– Konan Meriadek, wielkorządca Armoryki, wysłał poselstwo do ojca, prosząc, by mu mnie dał za żonę – odparła Urszula i z głośnym szlochaniem rzuciła się przyjaciółce na szyję.

– Wszakże wiedziałaś od dawna, że kiedyś wyjdziesz za mąż – odrzekła Tekla – każdą z nas prawdopodobnie czeka ten sam los z czasem.

– Lecz nie sądziłam, iż pożegnam wówczas Brytanię, że będę zmuszona pożegnać wszystkich i wszystko, co ukochałam od kolebki, miłą pracę, jakiej od lat paru oddawać się poczęłam.

– Serc kochających cię, królewno, nie zbraknie ci, gdziekolwiek bądź losy cię zagnają – rzekła Tekla – zresztą pójdziemy wszystkie z tobą.

– Chociaż byście nie chciały, pojechać będziecie zmuszone, gdyż Konan prosił ojca, by wysłał ze mną kilka dziewic chrześcijańskich. Wodzowie jego wojsk pragną bowiem również się żenić, a poganek nie poślubią. Wolałabym może, żeby chociaż część was tutaj została, gdyż pracę przeze mnie rozpoczętą prowadziłybyście dalej... Lecz nie!... ani wy, ani ja nie pojedziemy.

To powiedziawszy, Urszula otarła łzy i głowę śmiało podniosła.

– Ojcu sprzeciwiać się myślisz, zacnemu twemu ojcu, którego wszyscy poddani nie tylko kochają, lecz szanują, czczą niemal? – zapytała Barbara, która właśnie weszła do pokoju.

Rumieniec wybiegł na bladą twarz Urszuli, oczy jej pięknym blaskiem zajaśniały.

– Nie chcę porzucić Brytanii, której mieszkańcom potrzebna jestem – odparta stanowczym tonem

– W Galii znajdziesz obszerniejsze jeszcze pole do działania – rzekła Barbara. – Zamiast smucić się i wyrzekać, podziękuj Bogu, Urszulo, iż daje ci możność być jeszcze pożyteczniejszą, niż byłaś dotychczas. W państwie twego ojca jest już wielu chrześcijan, a w Armoryce, słyszę, szczupła ich liczba. Ilekroć spotyka nas coś niespodziewanego, co nas gnębi i martwi, a czego sami na siebie nie ściągnęliśmy i przeciw czemu walczyć nie możemy, wówczas najlepiej ten czyni, kto z pokorą wolę Boga przyjmuje, wierząc silnie, że to, co jest, jest dla dobra jego; że to, co nieszczęściem nazywa, przyniesie z czasem jemu lub bliźnim jego pociechę i korzyść.

– Lub bliźnim jego – powtórzyła z goryczą Tekla.

Barbara nie przerwała sobie mowy.

– Serca wasze tęsknić będą za Brytanią... nie wątpię o tym ani na chwilę; lecz czyż przypuszczać mogłyście, iż życie cale upłynie wam, jak płynęło dotąd? – ciągnęła dalej. – Pociechą waszej tęsknoty będzie myśl, iż przez was światło wiary szerzej na ziemi się rozlało.

– Już widzę, żem winna; przekonałaś mnie, Barbaro – odezwała się smutnym, lecz spokojnym głosem Urszula. – Nie będę więcej sarkać; uklęknę i pomodlę się, by otucha wstąpiła w me serce.

Barbara objęła ją ramieniem i do serca przycisnęła.

– Nie wątpiłam, że spełnisz wolę ojca – rzekła, całując ją w czoło.

*

Zbliżył się wreszcie ów ważny dzień w życiu Urszuli i jej towarzyszek. Pobłogosławione przez rodziców, wsiadły na okręt, który miał je zawieźć do Armoryki. Kilka starszych niewiast i kilku dworzan Doniata, których opiece król córkę swą powierzył, oraz posłowie Konana, jechali z nimi razem.

Niebo było jasne, kilka zaledwo pierzastych obłoków wałęsało się po nim. Wody cieśniny z cicha szeptały i wszystko wróżyło pogodę stalą. Podróżni byli przeto spokojni, lecz smutek panował wśród nich. Królewna tęsknym wzrokiem żegnała rodzinne brzegi, towarzyszki jej łzy miały w oczach, a posłowie Konana, chociaż zadowoleni byli, że spełnili życzenie swego pana, jednak wobec smutku większości nie śmieli wesołości okazywać.

Powoli wieczór zapadł cichy i pogodny. Znużona podróżą Urszula wezwała towarzyszki na spoczynek; udały się więc wszystkie do kajuty, gdzie usnęły niebawem twardo. Jak długo spały, nie wiedziały tego same. Nagłe wstrząśnienie statku zbudziło je dopiero. Porwały się wszystkie z pościeli i na pokład wybiegły. Dzień już świtał. Miast onych pierzastych obłoków, które wczorajszego dnia tak wdzięcznie stroiły niebo, dziś kryła je szara, posępna, groźna chmura o poszarpanych brzegach. Łagodny wietrzyk przemienił się w szalony, gniewny wicher, który rzucał kapryśnie statkiem to w prawo, to w lewo, wył złowrogo i żaglami szamotał wściekle. Słońce, które nie dawno wstało, zbladło, niby ze strachu przed posępną chmurą, gnaną wichrem z szaloną szybkością ku niemu.

– Burza! burza! – wołano dokoła wśród zgiełku niesłychanego.

Majtkowie biegli do lin i wioseł, posłowie Konana i dworzanie Doniata starali się im pomagać; kobiety łamały ręce i płakały, lub modląc się głośno, ratunku wzywały. Spokojnie zachowywała się tylko królewna. Oparłszy się o maszt statku, patrzała w milczeniu na pieniące się bałwany, rzucające, jak piłką, lekkim statkiem, to piętrzące się w szklane góry, to zapadające w otchłanie.

W strachu, jaki wszystkich ogarnął, Tekla w pierwszej chwili zapomniała o królewnie; lecz gdy modlitwa uspokoiła cokolwiek jej serce, poczęła szukać jej wzrokiem, a spostrzegłszy stojącą spokojnie, podeszła ku niej.

– Zdajesz się nic a nic nie lękać tej strasznej burzy, królewno? – rzekła, patrząc na nią z podziwem.

– Nie lękam się, bo wierzę, że cokolwiek mnie spotka, z wolą Boga się stanie – odparła Urszula. – Możeśmy gdzie indziej potrzebniejsze, niż w Armoryce, i burza tam nas niesie.

Jeszcze mówiła, gdy naraz uczuli wszyscy gwałtowne wstrząśnienie statku, który następnie stanął nieruchomo. Jęki i płacze kobiet ucichły.

– Dobiliśmy do lądu! – ozwał się po chwili głos dowódcy statku. – Wysiadać! Wicher, jak nas przyparł do brzegu, tak równie łatwo odegnać może.

Nie zważając na potoki deszczu, panowie poprowadzili królewnę i jej towarzyszki do jednej z chat, których kilka w pobliżu brzegu widać było. Uboga rybaczka, mieszkająca w niej, przyjęła je gościnnie, a dowiedziawszy się, jak dostojnych gości burza jej przysłała, wydobyła co tylko miała w domu najsmaczniejszego, poczęła częstować i bawić rozmową.

Zamiast do Armoryki, podróżni dopłynęli do Galii belgijskiej. Nie rozpaczali jednak; nikt nie zginął podczas niebezpieczeństwa, dziękowali więc za to w myśli Bogu i skromnym posiłkiem się zadawalniali.

Pod gościnnym dachem rybaczki przeczekać postanowiono burzę. Panowie w sąsiedniej chacie znaleźli schronienie.

Powoli wicher ucichł i niebo się rozjaśniło. Urszula chciała przeto powrócić na statek i wysłała jednego z panów, aby się dowiedział, kiedy w podróż puścić się znowu można, lecz otrzymała niepomyślną odpowiedź, iż nie prędzej, jak za parę dni, gdyż spód statku został uszkodzony. Nie było rady – trzeba było prosić rybaków, by im nie odmówili i nadal gościnności. Biedni ci ludzie jak najchętniej ustąpili własnych mieszkań rozbitkom.

Tu rybacy, którzy z dalszych stron na małych łodziach przypływali, udzielili im wieści niepomyślnych: mówili oni, że podobno niejaki Maksym, dowódca wojsk cesarza Gracjana, zbuntowawszy się przeciw niemu, zrzucił go z tronu i sam cesarzem się ogłosił; że teraz wojska jego wkroczyły do Galii i tam szerzą zdobycze.

Pogłoskom tym niedowierzali panowie, jednakże radzić poczęli, jaką drogę obrać do miasta Namnetów2, by uniknąć spotkania z Maksymem. Po długich naradach postanowiono wreszcie, że udadzą się do ujścia Renu, a potem rzeką tą popłyną w górę; świeże zaś i pewniejsze wieści zdecydują o dalszym kierunku drogi.

Puszczono się nareszcie w drogę i tym razem bez wypadku podróżni dobili do celu, lecz niestety mieszkańcy miasta Ubiów3 nie tylko że potwierdzili owe niepokojące wieści, lecz dodali jeszcze, że cesarz Gracjan, nie czując się sam na siłach, aby walczyć z Maksymem, wezwał na pomoc dzikie hordy Hunów; że barbarzyńcy ci już grasują nad Renem w wielu miejscach; że lada dzień spodziewać się ich można.

Gdy powtórzono tę wieść Urszuli, odparła spokojnie:

– Nie pobiegnę naprzeciw barbarzyńców, lecz uciekać też przed nimi nie będę, gdyż nie wiem, gdzie ratunek; będę czekała tu cierpliwie i niech się spełni wola Boża: jam na śmierć gotowa.

I zostali wszyscy w mieście Ubiów. Nie marnowała wszakże czasu Urszula: wśród pogańskiej ludności miasta rozległe było pole do działania – z towarzyszkami więc swymi pracowała wytrwale, krzewiąc wśród ciemnych mieszkańców Kolonii światło wiary; a ilekroć udało się jej kogo nawrócić, wracała wówczas wesoła z pobożnej wycieczki i mówiła:

– Oddałyśmy się z ufnością Bogu i Bóg kierował naszym okrętem: potrzebne byłyśmy tutaj.

Minęło Urszuli kilka spokojnych dni. Wśród pracy pożytecznej nie miała czasu tęsknić za Brytanią, nie pytała też niespokojnie, kiedy wreszcie dostanie się do Armoryki. Tymczasem ranka jednego, gdy z towarzyszkami wybierała się na zwykłą pobożną wycieczkę, wbiegł do jej pokoju jeden ze starszych dworzan, blady i zmieszany widocznie.

– Co wam jest, Wariku? – spytała go Urszula.

– Poselstwo przybyło do ciebie, pani – odparł starzec drżącym głosem.

– Poselstwo? – powtórzyła tonem zdziwionym królewna, nie pojmując pomieszania dworzanina – czy od Konana?

– Od Gausena, wodza owych hord dzikich – odparł ciszej.

Urszula pobladła.

– Gdzież są? – spytała.

– Przed domem czekają.

Nie wzywając nikogo za sobą, królewna podążyła przed dom; lecz gdy na progu drzwi stanęła, dreszcz ją przebiegł. Na małych konikach ujrzała jakieś postacie, które zaledwie do ludzi były podobne. Śniade, płaskie ich twarze zwierzęcy wyraz miały; maleńkie oczy błyszczały złośliwością; przybrani w baranie kożuchy z futrem na wierzch wywróconym, zdawali się cali być, jak zwierzęta, obrośli włosem.

Urszula mimo woli cofnęła się w głąb mieszkania, lecz wnet zapanowała nad sobą i wyszła znowu przed dom.

– Czego żądacie ode mnie, posłowie Gausena? – spytała mową miejscowych mieszkańców, której się nauczyła podczas podróży.

Jeden wystąpił na przód.

– Wódz nasz chce sam mówić z narzeczoną Konana, wielkorządcy Armoryki, i żąda, by córka Doniata przybyła do niego bezzwłocznie wraz ze swymi towarzyszkami – odparł tą samą mową.

– Wola Gausena spełnioną będzie – rzekła Urszula, bo wiedziała dobrze, iż opór na nic się tu nie przyda.

Wróciła smutna lecz spokojna do siebie.

– Przywdziejcie stroje świąteczne i bądźcie odważne – rzekła do młodych towarzyszek – wódz Hunów nas widzieć pragnie, a więc iść musimy.

Dziewczęta poczęły płakać i skarżyć się na swą dolę.

– Myślałam, że silniejsza w was wiara w potęgę Bożą – rzekła do nich Urszula z lekką wymówką. – Jam spokojna, bo wierzę, że kiedy nas Bóg ocalił od burzy, bośmy tutaj potrzebne były, to i z mocy Hunów wybawi, jeśli służyć Mu jeszcze będziemy mogły; a jeśli śmiercią więcej dobrego zdziałamy, to umrzeć nam każe, a wtedy nie będę życia żałowała.

Słowa te uspokoiły wszystkie dziewczęta, poszły więc odważnie z posłami barbarzyńskimi do strasznego ich wodza.

Gausen chciał dostać do niewoli narzeczoną Konana po to tylko, by ją zamordować, lecz gdy młoda, piękna i szlachetna Urszula, przybrana w białą szatę, otoczona podobnymi do niej dziewicami, stanęła przed nim, zmieszał się i, zamiast rzucić na nią wyrok śmierci, rzekł:

– Córko Doniata! w mocy twej jest wielkie szczęście; jeśli zechcesz, jutro przed tobą tysiące czołem o ziemię uderzą; powiedz tylko: „wyrzekam się Konana, a zostaję żoną Gausena”.

– Pierwej chrzest przyjmij, a potem powtórz tę prośbę – odparła spokojnie Urszula.

Twarz Gausena pociemniała z gniewu.

– Czyż nie wiesz, że w mocy mojej twe życie? Przemawiasz jak królowa, a moją niewolnicą jesteś: bo gdy skinę, umrzesz w tej chwili! – zawołał wódz ponurym głosem.

– Śmierci się nie lękamy, ani ja, ani moje towarzyszki.

– Przekonam się, o ile się jej nie lękasz.

To powiedziawszy, dziki wódz Hunów skinął na jednego z żołnierzy.

– Łuk z pleców! – wrzasnął – strzałę nałożyć!... niech jedna z orszaku królewny we krwi u nóg swej pani padnie.

Strzała świsnęła – i zanim Urszula zdołała zrozumieć okrutny wyrok, już ukochana jej Tekla osunęła się na ziemię, a na białej jej sukni ukazała się krwawa plama.

Urszula pochyliła się ku niej i ramieniem objęła.

– Umieram! – szepnęła Tekla, całując ją na pożegnanie. – Obyż śmierć moja nawróciła tych barbarzyńców!

– Niebawem pójdę za tobą! To rozstanie chwilowe – rzekła Urszula – do widzenia, siostro.

Gausen spojrzał zdumiony na te odważne kobiety, lecz spokój ich podrażnił gniew jego bardziej jeszcze.

– Puść trupa, a mnie powiedz: „wyrzekam się Konana i wiary jego!” – krzyknął.

Urszula złożyła z wolna przyjaciółkę na ziemi i zwróciła się do barbarzyńcy:

– Wiary mej nie wyrzeknę się nigdy!

– A więc umrzesz natychmiast! – ochrypłym z gniewu głosem wrzasnął Gausen i skinął na żołnierzy. – Nie szczędźcie żadnej! – zawołał.

I wnet pięć strzał przeszyło powietrze i pięć młodziuchnych dziewcząt, krwią zbroczonych, padło u stóp tronu wodza Hunnów, jak lilie kosą podcięte. I pełna grozy cisza otoczyła go.

Barbarzyńcy zlękli się ohydnego czynu i – o dziwo! – kilku z nich zgięło kolana i pochyliło kornie czoła przed męczennicami.

Wtem dźwignęła się z ziemi Urszula, wyciągnęła ku nim białą rękę i twarz jej zajaśniała błogim zadowoleniem.

– Nie żal mi życia, gdym nawet takich nawrócić potrafiła – rzekła – oto błogosławię was i chrzczę krwią moją własną!... Bądźcie wiernymi Chrystusowi.

I upadła znowu z wolna na ziemię, by więcej oczu nie otworzyć.

Ci, których nawróciła, podjęli ze czcią ciała męczennic i pochowali je uroczyście. Okrutny Gausen oporu nie stawiał: zląkł się tego Boga, który tak dziwną odwagę wlać nawet w serca niewieście potrafił.

1Rzymianie dwa razy zdobywali Bretanię, dziś Anglią zwaną: po raz pierwszy pod Cezarem, po raz drugi w pierwszym wieku po Chrystusie  – lecz nigdy całej nie zdobyli; tylko część południowa zamienioną została na prowincję rzymską, w północnej zaś były królestwa niezależne nawet za czubów potęgi Rzymu.

2Condivienum, dzisiejsze Nantes.

3Colonia Agrippina, dzisiaj Kolonia.