Ciągłość urywana - Marzena Nowak - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Poezja i dramat Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 154 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ciągłość urywana - Marzena Nowak

Ciągłość urywana” to historia życia kobiety wychowanej w tradycyjnej rodzinie, która kierowana młodzieńczym buntem ucieka z domu. Niestety, nie wszystko okazuje się takim, jakie miało być. Bohaterce co prawda udaje się zostać w wielkim mieście, jednak jej sposób na życie odbiega od ogólnie przyjętych społecznych norm etycznych. Mimo tego, że jej jedynym przyjacielem zostaje bezdomny, nowy dom nie jest bezpiecznym azylem, a jej samej daleko do szczęśliwości, młoda kobieta nie poddaje się. Żyje na marginesie, ale ciągle ma nadzieję i wierzy, że przyszłość jest wciąż czystą kartą. Nawet dla niej, prostytutki.

 

Od kiedy pamiętam, chciałam żyć inaczej niż wszyscy, którzy mnie otaczali. Byłam bardzo młoda, za rok miałam zdawać maturę. Swojej wyjątkowości nie chciałam szukać w intelekcie. Jak w przypadku prawie każdej młodej dziewczyny cała moja uwaga skupiała się na fizyczności. Był pierwszy letni weekend, gdy w jakiejś gazecie natknęłam się na ogłoszenie o naborze młodych dziewczyn do prezentacji bielizny. Nie zastanawiałam się długo, następnego dnia siedziałam w autobusie jadącym do Miasta Sprzeczności. W kuchni, na lodówce, przyczepiłam kartkę dla mamy, kłamiąc, że jadę do koleżanki na wakacje. Nie dbałam o to, czy mi uwierzy. Pełna młodzieńczego egoizmu wyjeżdżałam z domu, myśląc tylko o szansie, która rysowała się przede mną i której nie zamierzałam stracić.

 

Następnego ranka obudziłam się w tym samym miejscu, w którym znikła moja świadomość. Leżałam na czerwonym dywanie. I jak wkrótce zauważyłam, zupełnie naga. Na moim nagim brzuchu spał jakiś mężczyzna. Nie znałam go.

Twarz poorana zmarszczkami, prawie całkowicie siwe włosy. I był tylko w samym krawacie. To jedyne wspomnienie mojego pierwszego mężczyzny. I pierwszego klienta. I wierzcie mi, z chęcią bym je komuś oddała.

Opinie o ebooku Ciągłość urywana - Marzena Nowak

Fragment ebooka Ciągłość urywana - Marzena Nowak





Strona redakcyjna


PROLOG

Wyciągnęła rękę. Pod palcami wyczuła zimny, twardy dotyk skały. Zimnej. Wiedziała, gdzie jest. Nie musiała patrzeć. Nie mogła patrzeć. Ciemność. W tym miejscu wyostrzył się jej słuch. Słyszała każdy oddech, każdą łzę, która nigdy nie spłynęła po jej policzku. Słyszała bicie serca, swojego. Tylko. Wokół milczały wszystkie ludzkie serca świata. Nie narzekała. Przyzwyczaiła się. Wiedziała, na czym stoi. Wiedziała, kim jest. I przed czym musi się bronić. Taka wiedza była skarbem. I ona ten skarb czujnie kryła przed innymi. Czasami, ale tylko gdy miała trudny dzień, również przed samą sobą.

I mogłaby tak żyć. Zawsze. Bezpieczna, bo znała swój strach. Umiała go wykorzystać dla swojego dobra. Na ogół był jej sprzymierzeńcem. Był wiatrem w żaglach, który pchał ją do przodu. Był miękkim kokonem, dzięki któremu miała odwagę być sobą. Stawać się sobą dzień po dniu. Coraz bardziej. Wiedziała, że nie dla każdego jest to proste. Nie każdy to potrafi. Ale ona miała swój bezpiecznik, czerwone światełko. Jak brakowało powietrza, wystarczyło go poczuć. Strach. Ból. Świadkowie, że żyła. Że zawsze da radę. I nic nie będzie za trudne.

Czasami pod gładką powierzchnią zimnej skały czuła wibracje. To one zabierały jej siły. Bolała głowa. Wtedy miała złe dni. Zimna skała była całkiem przytulna. Jedyny dom, jaki miała. Cenny. Znany. Tylko te wibracje, które lubiły przybierać na sile i huczeć w głowie, aż białe płatki pojawiały się pod jej powiekami. Wtedy skały piętrzyły się wokół niej, groźne. Wiedziała, że nigdy stąd nie odejdzie, ale czasami śniła się jej Nadzieja. Żałowała tych swoich snów za każdym kolejnym drżeniem skały.

Nie wiedziała, czemu to się stało. Pewnego razu wyciągnęła dłoń, by pogłaskać skałę, i napotkała na jej drodze coś miękkiego. „To się chyba nazywa mech”, pomyślała. Przez wiele dni nie mogła do siebie dojść. Nigdy wcześniej nie dotykała czegoś tak miękkiego. Ale to nie był koniec. Po paru dniach pojawiły się inne rzeczy. Najpierw było źdźbło trawy. Trochę ostre w dotyku, z gorzkim zapachem. Potem pojawił się krzaczek mięty drażniący jej powonienie. Minęło wiele dni. W końcu odważyła się otworzyć oczy. Pierwszy raz w życiu.

Leżała na polanie – bardzo zielonej polanie. Słyszała szmer wody. I uderzenia wielu ludzkich serc. A ziemia pod jej stopami była nieruchoma. Nie tak jak skała. Bezpieczna.

Żyła jak dzikie zwierzę. Miała wodę w strumieniu, maliny w lesie, korzonki. Raz ukradła jajko małemu, szaremu ptaszkowi. Chciała je zjeść, tylko nie wiedziała jak. Oddała. Po co jej coś, czego nie potrafi wykorzystać. Pewnego dnia wpadła do rzeki. Poczuła przyjemność, jaką niesie oczyszczanie ciała. Naśladując dzikie ptactwo, pryskała dookoła wodą, unosząc ją w dłoniach jak dar dla Słońca. Nigdy nie było nocy. Nie potrzebowała snu. Tylko czasami odpoczywała w cieniu drzew. Zauważyła, że wszystkie zwierzęta od czasu do czasu odpoczywają. Spodobało jej się to.

W końcu zobaczyła człowieka. Był podobny do niej, a jednak całkowicie inny. Schowała się, ale i tak ją zauważył. Jego głos był grubszy od jej głosu, skóra na twarzy porośnięta włosami. Był dziwny. Człowiek. Oswoił ją. Mówił cicho, spokojnie. Nic od niej nie chciał. Nawet dobrze było czasami go posłuchać. Lubił mówić. Nieważne, że go nie rozumiała. Jego głos był muzyką – jak szum trzcin. Czuła jego głos. Gdyby wiedziała, co to znaczy, byłaby szczęśliwa. Nauczyła się udawać, że śpi. On był szczęśliwy, gdy to robiła. Potem szybko zapadał przy niej w ludzki sen. Wtedy był jak to ptasie jajko. Tylko nie wiedziała, co z nim zrobić. Więc nie robiła nic.

Przyszli inni ludzie. Dużo mówili, wykrzywiali twarz. Nie bała się. Wiedziała, że to krzywienie to uśmiech. On jej to pokazał. Starała się wykrzywiać twarz jak oni. Chyba dobrze jej szło. On był szczęśliwy. Jej to wystarczało. Postawił dla niej dom. Chciał, żeby w nim spała. Nie mogła się przemóc. Nie chciała, żeby coś dzieliło ją od trawy, powietrza i słońca. Zrozumiał. Już jej nie nakłaniał do wejścia. „Jest dobrze”, myślała. Nie szkodzi, że jego twarz już się nie wykrzywiała uśmiechem. To jeszcze nic złego.

A jednak odszedł. Gdy udawała, że śpi. Widziała jego twarz. Nie miała wyrazu, gdy odwracał się do niej plecami. Nie wiedziała, czemu jej twarz jest mokra. Łąka ciągle pełna była rosy. Jej wielkie krople pochylały źdźbła trawy do ziemi. „Nie jest źle. Już się nie boję”, myślała. I zapadała w sen. Ludzki sen. „On byłby szczęśliwy”, myślała, budząc się.

Sen nie chciał opuścić jej ciała. Wiedziała, że jak się obudzi, znowu poczuje pod dłonią zimną skałę. Że nic nie zobaczy.

Nie myliła się.


Ciągłość urywana. Z pamiętnika prostytutki

W moim pokoju mieszka motyl. Wzbija się pod niebo sufitu, siada na kwiatach książek. Motyl w zimie jest czymś niesamowitym, wziąwszy pod uwagę rozciągającą się za oknem połać śniegu. Pamiętam motyle z dzieciństwa – pełne kolorów, wirujące jak szalone na łące usianej mnogością dzikich kwiatów. Wtedy świat był inny. Im jestem starsza, wydaje mi się, że wtedy było więcej słońca w słońcu. Pamiętam jeden taki dzień...

Korzystając z nieuwagi matki, wybiegłam na łąkę w samo słoneczne południe. Biegłam ile tchu w moich pięcioletnich piersiach. Nad głową wirowały całe stada tęczowych motyli zaplątanych w kaskady słonecznych promieni. Byłam wolna, wolna, wolna...

W końcu położyłam się na pachnącej sianem lipcowej łące i pozwoliłam lizać swoją twarz i ręce małej Muszce – suczce niezidentyfikowanej rasy. Obie byłyśmy wtedy niesamowicie szczęśliwe i wolne. Muszka tego samego, łagodnego wieczora została pogrzebana w tej cudownej łące...

Podobno na wspomnieniach z dzieciństwa człowiek opiera całe swoje późniejsze życie. Kiedy dziś widzę zieloną trawę z motylami, myślę o tym, o czym myślałam tamtej nocy po swawolnej wyprawie na lipcową łąkę. Leżąc w ciemności, wyobrażałam sobie brutalne, duże dłonie ojca zasypujące małe, mięciutkie ciało Muszki. Czy ona coś czuła? A może jeszcze oddychała, dusiła się? Pamiętam, jak wykradłam się późną nocą, pamiętam, jak zimna była trawa, po której biegłam. Długo trzymałam głowę przy małym, prawie niewidocznym pośród łąki kopczyku. Nic nie usłyszałam, Muszka już nigdy nie wydała żadnego dźwięku.

Kiedy mój ojciec mówił: „Ten pies jest nic niewart”, brzmiało to jak wyrok. No i istotnie nim było. Z całego dzieciństwa nie pamiętam ani jednego „nicniewartego” stworzenia, któremu owa „nicniewartość” uszłaby na sucho.

Żadne dzięcięce modły nie mogły odgonić ciągłego widma śmierci wiszącego nad moim podwórkiem. Kiedy widziałam psa posłusznie odchodzącego z ojcem nad stawy, chowałam się w najciemniejszy kąt, zamykałam oczy, zatykałam uszy rękami. Udawałam, że mnie nie ma...

Był taki staw szczególnie upodobany przez ojca, staw – cmentarzysko. Wszystkie szczekające, roześmiane, „nicniewartościowe” kudłate pyski prędzej czy później tam trafiały. Często, jak już trochę podrosłam, chodziłam nad tą taflę wody. Wpatrywałam się w spokojne, błękitne lustro, chcąc zobaczyć TAMTEN ŚWIAT. Dla mnie była to brama do zaświatów. Po takich wizytach śniłam koszmary. Jedyne w życiu, które sprawiały mi radość. W snach szłam po wodzie i zwoływałam wszystkich mieszkańców stawu. W ciszy wyłaniały się upiorne postacie na pół zgniłych, psich zwłok. Szły za mną – do niego – jęczały, wyły, niecierpliwe...

Rozglądam się dookoła siebie – to, co widzę, wcale nie wprawia mnie w lepszy nastrój. Przez okno w poddaszu wpada światło z ulicznej lampy. Lampa jest uliczna, ja jestem uliczna, nawet mój pokój przypomina mi ulicę. Muszę uważać, jak idę do łazienki, żeby się o coś nie potknąć. Raz nawet przewrócił się tu taki jeden – nie pamiętam już nawet jego twarzy – i złamał sobie nogę. Ile było krzyku, chciał mnie nawet uderzyć, ale taka głupia nie jestem, żeby sama pchać się w łapy wrzeszczącego faceta. Wyglądał nawet śmiesznie, gdy tak wił się na tej podłodze w bezsilności i bólu.

– Ty kurwo, zabiję cię, suko, chodź tu, bo poża-
łujesz.

Nawet w takiej chwili faceci zachowują się jak kompletni durnie. Wyjęłam lusterko, żeby sprawdzić, czy się nie świecę. Może i się nie szanuję w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, ale to nie znaczy, że zadzwonię po pogotowie, wyglądając nieporządnie. Jak mówiła moja babcia: „na wszystko jest właściwy czas i pora”. No właśnie.

– Jak chcesz, żebym sprowadziła jakąś pomoc, to bądź dla mnie miły, słonko.

O dziwo, zamknął się. Rzecz jasna nie z szacunku dla mojej osoby, po prostu już osłabł z bólu. Typowy, polski superman.

Wkrótce przybyło pogotowie i po paru minutach miałam złamańca z głowy.

Mieszkam w tym pokoju z malutką kuchenką już pięć lat. Skąd tyle wspomnień związanych z tym miejscem? Chyba prowadzę bardzo intensywny tryb życia. Cholera, zupełnie zapomniałam. Muszę wstać i kupić parę porządnych pończoch. Jak mam wolny dzień, to zupełnie głupieję. Zupełnie zapominam o tym, że jutro muszę iść do pracy, no i w coś stosownego powinnam oblec nogi. Ostatnią parę porządnych pończoch zdarł ze mnie wczoraj jakiś grubas. Chciał być prawdziwym zwierzakiem, a tak naprawdę potrafił zachowywać się jak pluszowy miś. W dodatku niezbyt rozgarnięty.

Już miałam iść do domu, kiedy się pojawił. Chciałam go nawet spławić, ale zapłacił podwójnie. No cóż, praca to praca. Swoją drogą, jak tak na mnie niezdarnie podrygiwał i jęczał: „Moja piękna, dobrze ci z takim bydlakiem jak ja, co?! Krzycz, kurwo, krzycz!!!”, zastanawiałam się, jak musi wyglądać żona tego misia, który koniecznie chce być tygryskiem. A może miś ma złą teściową? Nieważne, dobrze, że mam bujną wyobraźnię i nie muszę być duchem tam, gdzie jestem ciałem. Rzecz jasna we właściwym momencie natychmiast wracam do swojego ciała, żeby nie przepuścić okazji wyciągnięcia ręki po napiwek. W końcu pracuję naprawdę uczciwie. No, może nie w znaczeniu ogólnie rozumianym, ale przecież nikogo nie kantuję. Robię to, co do mnie należy, i cieszę się nieposzlakowaną opinią wśród moich klientów.

Nie mam żadnych przyjaciółek – w moim zawodzie byłoby to niemądre. Przyjaciół też nie – oprócz jednego. I nie jest nim mój alfons. Taka naiwna nie jestem. Jedna z dziewczyn zacieśniła ostatnio stosunki ze swoim opiekunem i ten przestał jej w ogóle płacić. Sypiają ze sobą, więc on uznaje, że ma prawo nie tylko do jej ciała, ale także do jej zarobków. Ona go kocha i na wszystko potulnie się zgadza. Nawet na te pojawiające się od czasu do czasu fioletowe sińce pod oczami.

– Jest taki zazdrosny – odpowiedziała na moje pytające spojrzenie. – On mnie naprawdę kocha – westchnęła i zrobiła maślane oczy.

No tak, jak bije, to jest zazdrosny, a jak jest zazdrosny, to znaczy, że kocha. Jakie to proste – sama bym na to nie wpadła.

Nie to, żebym sama nie myślała nigdy o miłości. Myślałam, owszem. Ale w moim zawodzie to zły pomysł na szczęście. Kiedyś chyba nawet byłam zakochana. Uczucie się jednak nie rozwinęło – ukochany zdjął ze mnie majtki w ubikacji. Nie wiem, co byłoby dalej, bo na tych majtkach nakryła nas nasza wychowawczyni z przedszkola. Zrobiła się strasznie czerwona na twarzy, mój ukochany też. Młodość dodała mi odwagi, żeby zapytać skamieniałą panią o coś, co zaczęło mnie wtedy nagle niezwykle mocno nurtować:

– Psze pani, a ja mogę zobaczyć, co on ma... – zastanowiłam się przez chwilę, by w końcu całą garścią złapać przód krocza kolegi – ...tu?

Chyba za mocno ściskałam TO COŚ w ręku, bo chłopiec zaczął płakać, choć nadal stał jak słup soli.

Moja miłość skończyła się bardzo dramatycznie. Nauczycielka w końcu ruszyła swój statyczny tyłek i podryfowała w moją stronę. Co tu dużo gadać – do dzisiaj wydaje mi się, że prawe ucho mam trochę większe od lewego.

Moja mama, uznając, że popełniłam grzech prawie śmiertelny, postanowiła nie odzywać się do mnie przez rok. Nie mogłam też bawić się z innymi dziećmi, ale ten zakaz potrafiłam sprytnie omijać. Co do milczenia mojej matki – nie wytrzymała, złamała się przy pierwszym zbitym przeze mnie talerzyku z jej odświętnej zastawy. Może to nie były słowa miłości, ale jednak przemówiła do mnie i od tamtej pory podobno zapomniała o swoim rocznym milczeniu. Swoją drogą, szkoda...

Jak byłam mała, potrafiłam godzinami wymyślać historię do jakiegoś nowego, fascynującego słowa. Raz usłyszałam wieczorną rozmowę rodziców. Ona zmywała talerze po kolacji, a on jakoś dziwnie ją ściskał. Nie widzieli mnie – wtedy nikt mnie nie widział, kiedy tylko chciałam. Przynajmniej tak mi się wydawało – potrafiłam udawać idealnego szpiega.

– Mogłabyś założyć TE FIKUŚNE POŃCZOCHY.

Matka zachichotała jak nie matka, ale zareagowała jak matka:

– No tak, ale dzieci...

Później wyglądało to tak, jakby on ją gryzł w szyję, a ona udawała, że się tego boi, chociaż nawet moje dziecięce oko poznało, że to taki strach na niby.

Pomyślałam, że to głupie i w dodatku niesprawiedliwe, bo gdybym ja chciała tak na niby pogryźć brata, na pewno skończyłoby się to ostrym napomnieniem.

Nie to jednak zaprzątało moje myśli. POŃCZOCHY, w dodatku „fikuśne”?

Co to było? Parę dni później znalazłam w szufladzie matki kartonowe pudełeczko z napisem „Pończochy”, a w środku bardzo długie podkolanówki, tylko że z dużymi dziurami. Przez wiele miesięcy dzielne królewny i książęta z moich bajek obowiązkowo nosili FIKUŚNE POŃCZOCHY. I chyba bardzo marzli; mnie mama nie pozwoliłaby włożyć czegoś takiego do szkoły. To wiem na pewno – ciągle powtarzała, że dzieci muszą się ciepło ubierać. Pewnie dlatego nie nosiła przy nas tych cienkich siateczek na nogach – nie chciała nam dawać złego przykładu...

Dzisiaj wiem, do czego służą pończochy, szczególnie te fikuśne. I wcale nie królewny je noszą. A może pozostanę przy dziecięcej wizji używalności tej części bielizny? Czy ja jestem podobna do królewny? Niech pomyślę, czasami mówią do mnie „królewno”, ale bez odpowiedniej czci należnej temu tytułowi. Takie jest życie, nie można mieć wszystkiego – pocieszające jest to, że zapewne są na świecie takie kobiety, których nikt nie nazywa królewnami, nawet za największe pieniądze.

Znam Bezdomnego, to bardzo mądry człowiek. Podobno kiedyś był bogaty, miał piękną żonę, dziecko. Nie chcę być niedelikatna, więc nie pytam o powody jego bezdomności. Wiem, gdzie go znaleźć zimą. Mówi, że jest taki jak pies – przywiązuje się do swojego terenu, czyli w tym przypadku dworcowej ławki. Gdy jest duży mróz, boję się, żeby nie zamarzł. Nie mogę go wziąć do siebie, w końcu potrzebuję trochę miejsca, żeby zarobić na chleb. Strasznie lubię słuchać jego opowieści, niestety rozkręca się dopiero przy drugiej butelce wina. Nie żałuję pieniędzy wydanych na wino dla niego, czasami miło porozmawiać z drugim człowiekiem. Skąd wiem, że on jest mądry? Raz widziałam, jak oddał ostatnią butelkę takiemu staremu, który strasznie pluł krwią. Ten stary długo nie pociągnął na dworcu. Kochająca rodzina – o ile ją miał -
mogła go opłakiwać po paru tygodniach życia bez własnego łóżka. Z tą rodziną to tak do końca nigdy nic nie jest pewne, nagle ktoś znika i już nic więcej o nim nie wiadomo. Tak mi to wszystko objaśnia mój Bezdomny. Osobiście to ja jeszcze nigdy nie znałam tak ludzkiego człowieka. Tłumaczy mi, że ja też zasługuję na szacunek, że każdy ma prawo błądzić i nigdy nie wiadomo, co koniec końców będzie czarne, a co białe. Chyba ma rację, ja też nie lubię nikogo tak definitywnie oceniać. Czasami zdarza mi się coś takiego, ale przecież wiem, że tak do końca nigdy nie można przewidzieć, co siedzi w człowieku i jaki on jest. Albo jaki chciałby być, bo to jest najważniejsze.

Jak byłam mała, taka zupełnie malutka, matka na pewno nie myślała, że fikuśne pończochy, jakich używała do igraszek małżeńskich, jej córka będzie używać jako swoistego narzędzia pracy – tak jak sekretarka używa maszyny do pisania. Jak byłam mała, też tak nie myślałam. Patrzę na nową parę pończoch, są takie delikatne. Powinny być używane do miłości równie delikatnej jak one same.

Staram się nie być sentymentalna, to mi szkodzi na cerę. Jak zaczynam rozmyślać, wspominać, a czasami nawet marzyć, zupełnie wybijam się ze snu. A do niego często układam się bladym świtem. Nie jestem już nastolatką, żeby na drugi dzień nie było widać na mojej twarzy śladów bezsenności. No ale przecież od czasu do czasu nawet ja pozwalam sobie na luksus marzeń.

Jak byłam mała, marzyłam o fortepianie i o tym, żeby być chłopakiem, bo oni więcej mogli. Ich nikt nie strofował, że nie wypada im chodzić po drzewach i że dziewczynki powinny zachowywać się jak damy. Nie oduczyło mnie to chodzenia po drzewach, ale coś mi jednak zostało z tych maminych i ciotczynych upomnień. Zawsze chciałam być damą – wytworną, otoczoną podziwem istotą. W głowie tak wypieściłam swój szacowny wizerunek damy, że nieraz dochodziło do ostrej bójki z męskimi towarzyszami zabaw, którzy uchybili mojej osobie. To było kolejne zmartwienie mojej rodzicielki, no ale przecież w końcu z tego wyrosłam. Nie wyrosłam natomiast z bycia damą. Może wielu moich klientów – bądźmy realistami, pewnie wszyscy – tego nie dostrzegają, ale ja naprawdę jestem damą. I jestem ogromnie na tym punkcie przeczulona. Niełatwo być prawdziwą damą, sprzedając się za pieniądze, a najtrudniej być taką damą dla samej siebie. Lubię kosztowną, delikatną bieliznę, lubię mężczyzn całujących w rękę, róże i tym podobne „sentymentalizmy”. Bieliznę kupuję sobie sama, co jest nawet praktyczne (oprócz płacenia) – w końcu wiem, co lubię i w czym wyglądam najkorzystniej. Co do mężczyzn całujących w rękę, dających kwiaty, zabierających na kolację... – to zdarzają się też tacy, tylko taka randka nie kończy się romantycznym happy endem, nikt nie wyznaje mi miłości. Na ogół kwiaty i kolacja oznaczają dla mnie bardzo pracowitą noc, często w kajdankach i skórach... Książę zamienia się w obślizgłą i wyrafinowaną ropuchę z chwilą przestąpienia progu sypialni. Romantyzm kosztuje...

Mam w swoich myślach takie miejsce, gdzie nie dociera żaden brud otaczającego mnie świata. To tu zostawiam wspomnienia kwiatów i pocałunków w rękę, przy czym postać mężczyzny traci swoje realia, tu mężczyzna nie ma twarzy i nie ma tego, co kryją każde męskie slipy. Głupoty.

Parę tygodni temu mój alfons – on woli określenie: menadżer – obudził mnie przed samym południem, natrętnie dzwoniąc do moich drzwi. Nie wstaję przed południem, to dla mnie nieludzka pora na normalne życie. Jednak dzwonek był tak natarczywy, że poczłapałam do drzwi. Chciałam tylko obrzucić rannego intruza wyzwiskami i pójść dalej spać. Przez wizjer ujrzałam niezbyt urodziwą twarz Marka. Musiałam otworzyć, gdyby nie on, nie mogłabym pracować w takich komfortowych warunkach pracy jak na mój fach. Musiałabym stanąć jak inne na ulicy czy przy autostradzie. Nie, tego bym nie zrobiła, damie nie wypada się tak ostentacyjnie sprzedawać. Praca pracą, ale szanować się trzeba. Matka byłaby ze mnie dumna, gdyby wiedziała, że jednak nie na darmo poszły jej liczne nauki moralne – może nie wszystkie, wszak trzeba brać pod uwagę zwykłą, ludzką skłonność do popełniania błędów. A przecież samo życie narzuca swoje własne reguły gry, które często odbiegają od teorii złotych myśli.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.