Chwila szczęścia - Federico Moccia - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 425 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chwila szczęścia - Federico Moccia

Nicco jest młody, ironiczny, dowcipny i bystry. Ma tylko jeden problem: jego dziewczyna, Alessia, odeszła od niego, mówiąc na pożegnanie jedynie „Przykro mi”. Nicco nie może się z tym pogodzić: rok wspaniałego, radosnego i intensywnego związku przekreślony bez słowa wyjaśnienia. Na szczęście jest Gruby, dawny kumpel z liceum, trochę nieokrzesany, ale bardzo sympatyczny, pełen energii, który ciąga Nicca po imprezach, barach i kolacjach. Od roku jest zakochany w dwóch dziewczynach naraz, pracuje przez internet i sprzedaje pirackie płyty z muzyką i filmami. To człowiek, który odnajdzie się w każdej sytuacji. Nie ma żadnych skrupułów, by wykorzystywać okazje, które życie serwuje mu na srebrnym półmisku. Zupełnie inaczej niż Nicco, który wszędzie widzi problemy i ma do siebie żal za wiele zdarzeń z przeszłości, na przykład obwinia się o to, że za rzadko mówił ojcu, jak go kocha. Wymyśla sobie od kretynów za każdym razem, kiedy wspomina chwile, w których czuł, jak bardzo kocha Alessię, ale nie znajdował słów, by jej o tym powiedzieć. Pewnego wieczoru w Rzymie w jego poobijanym życiu pojawiają się dwie turystki z Polski. Gruby i Nicco nadskakują im, jak tylko Włosi potrafią. Gorące lato, Rzym, wszechobecne piękno i pragnienie, by spełniły się marzenia. Każdy z bohaterów otrzyma szansę na szczęście. Czy Nicco otworzy swoje serce przed cudzoziemką? Czy zabrać głos nowemu uczuciu? Czy będzie w stanie definitywnie rozliczyć się z przeszłością i cieszyć nowym rozdziałem swojego życia, nawet jeśli ten będzie trwać tylko chwilę?

Opinie o ebooku Chwila szczęścia - Federico Moccia

Fragment ebooka Chwila szczęścia - Federico Moccia











FEDERICO MOCCIA

CHWILA
SZCZĘŚCIA


Tytuł oryginału: Quell’attimo di felicita

Projekt okładki:

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Jolanta Rososińska

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

© Anna Powałowska/Agencja FREE

© andrewburgess/iStockphoto

© 2013 Federico Moccia, Italy

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Karolina Stańczyk

ISBN 978-83-7758-630-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I


Dla Marii Luny,
mojej małej księżniczki


Spytałem zebrę

jesteś białą zebrą w czarne paski

czy czarną zebrą w białe paski?

A zebra odpowiedziała:

a ty jesteś hałaśliwym człowiekiem z cichymi dniami

czy cichym człowiekiem z hałaśliwymi dniami?

Jesteś bałaganiarzem, który czasami bywa pedantem

czy pedantem, który bywa bałaganiarzem?

Jesteś człowiekiem szczęśliwym, który bywa smutny

czy smutnym, który bywa szczęśliwy?

Nigdy więcej nie spytam zebry o paski.

Shel Silverstein


1

Pewnego dnia wszystko będzie wspomnieniem.

Nie, to nie tak. Raczej: „Pewnego dnia zostaną tylko wspomnienia”.

Coś w tym stylu. Powiedział mi to tata, leżąc na szpitalnym łóżku. Puścił do mnie oczko, jakby chciał dodać mi sił i dać do zrozumienia, że to nic poważnego, że wszystko się ułoży. Ale tak się nie stało. Następnego dnia już go nie było. Ani w szpitalu, ani na świecie. Gdziekolwiek bym szukał, i tak go nie znajdę. Gdybym wyszedł z domu, objechał cały Rzym, dotarł do Mediolanu, Turynu, potem do Francji, i jeszcze dalej, do Tajlandii, Malezji, już go nie znajdę. Kiedyś myślałem, że w taki czy inny sposób odszukanie go będzie możliwe. Teraz już nie. Nie ma go na tej planecie. Mam nadzieję, że przynajmniej Bóg istnieje, bo jeśli nie, to życie jest jednym wielkim oszustwem. Mój ojciec miał genialne powiedzenie: „Życie to śmiertelna choroba”. I jeszcze inne, które mnie rozśmieszało: „Alzheimer ma swoje dobre strony – każdego dnia poznajesz mnóstwo nowych ludzi”.

Właśnie dzięki mojemu ojcu zrozumiałem, jak ważny jest „każdy dzień”. Każdy dzień jest inny, każdy istotny, wyjątkowy, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Czasami jesteśmy tacy roztargnieni, że kolejny dzień nie wydaje nam się szczególnie ważki. Tymczasem codziennie może wydarzyć się coś, co odmieni nasze życie, codziennie może być ten nowy dzień. Na przykład dzisiaj mam przeczucie, że to będzie właśnie taki dzień.

„Muszę z tobą porozmawiać”.

Tylko tyle było napisane, kiedy włączyłem rano telefon. Żadnego „Cześć, kochanie” ani „Czeeeść”, jak czasami do mnie pisała. Ale to od niej, od Alessii, mojej dziewczyny. Jesteśmy razem od roku, a dziś są jej urodziny. Kończy dwadzieścia lat. Oto i ona, w swoim granatowym mini. Jeździ najnowszym modelem, tym większym, z dużymi kołami, bardzo modnym, który kosztuje „jedynie” czterdzieści tysięcy euro. Może sobie na to pozwolić.

Zaparkowała przy piazza dei Giuochi Delfici, przed pomnikiem. Matki spacerują z dziećmi. Jakaś opiekunka wysyła SMS-y. Dziecko, którego pilnuje, upada na ziemię. Nie podnosi go. W ogóle się nim nie przejmuje, przecież nie jest jej. Podnosi wzrok znad komórki, spogląda na dziecko, nic mu się nie stało, jakoś wstanie, więc spokojnie wraca do pisania wiadomości.

Alessia szybko przerzuca strony gazety, nigdy nie zrozumiem, jak udaje jej się cokolwiek wyczytać w takim tempie. Kasztanowe włosy opadają jej na twarz. Siedzi na oparciu ławki, długie nogi postawiła tam, gdzie się siada. W niej nic nie jest zwyczajne. Jednak bardzo mi się podoba, tak samo jak pierwszego dnia albo nawet bardziej. Jak każdego dnia.

– Ale! – wołam do niej.

Szuka mnie wzrokiem, w końcu odnajduje i kiwa głową, jakby mówiła: „Tak, widzę cię”. Zwija gazetę i odkłada na ławkę. Jest poważna.

– Cześć, skarbie. Wszystkiego najlepszego!

Wymieniamy przelotny pocałunek. Jak dla mnie zbyt przelotny, a Alessia od razu się odsuwa. Wieje od niej chłodem.

– Proszę… – Staram się nad tym nie zastanawiać. – To dla ciebie. – Podaję jej torbę, Ale wydaje się zaskoczona. Przecież to jej urodziny, nie ma nic dziwnego w tym, że przyniosłem jej prezent. Wyjmuje z torby pakunek i nie patrząc na mnie, zaczyna go powoli rozpakowywać. Może jest zła, że nie wysłałem jej urodzinowego SMS-a tuż po północy, tylko dopiero dzisiaj rano, bardzo potrzebuje ciągłej uwagi. Może tylko mi się tak wydaje. Zdejmuje szybko papier, otwiera pudełko, przez krótką chwilę uśmiech gości na jej twarzy.

– Podoba ci się?

Bez słowa zarzuca kurtkę Moncler na plecy.

– To z nowej kolekcji, jest bardzo lekka. Przymierz, zobaczymy, czy dobra.

Wkłada, kurtka pasuje jak ulał.

– Pokaż, jak wyglądasz z rękami w kieszeniach.

Tak jak myślałem, najpierw wkłada prawą rękę i od razu trafia na małe pudełeczko. Zaskoczona wyjmuje je z kieszeni, obraca w dłoniach, przygląda mu się, ale bez uśmiechu, nie podnosi głowy, nie patrzy na mnie. Nic nie mówię. Zaczyna powoli rozpakowywać. Papier upada na ziemię, Alessia bez słowa wpatruje się w prezent. Drobiazg, ale kupiłem go specjalnie dla niej. Śnieżna kula z małym bałwankiem, który trzyma w rękach kartkę z napisem „Kocham Cię”. Tak postępujesz, kiedy nie jesteś w stanie powiedzieć tego na głos. Nigdy nie potrafiłem jej tego powiedzieć. Kocham cię. Kiedyś byłem bardzo blisko. Staliśmy pod jej domem i Alessia coś wyczuła.

– Co się dzieje? Co ci jest? – spytała.

– Nic. – Oto moja odpowiedź.

Nie powiedziałem jej, że ją kocham, nie miałem odwagi. Jesteśmy razem od roku, a ja nie powiedziałem jej tego ani razu. Alessia obraca w dłoniach kulę, potrząsa nią. Śnieg sypie na bałwanka, a ona zaczyna cichutko płakać. Duże łzy spływają powolutku po policzkach i chociaż spuściła głowę, a włosy opadły jej na twarz, i tak je widzę. Stoi bez słowa z dłońmi opuszczonymi wzdłuż ciała i drżącymi wargami. Jest mi bardzo przykro. Czuję się tak, jakbym przysporzył jej cierpienia, chociaż nigdy nie miałem takiego zamiaru.

– Alessio, to taki żart, chciałem cię rozbawić, to nie jest główny prezent.

Na próżno szukam słów, ale nie tracę entuzjazmu.

– Sprawdź w drugiej kieszeni! – Wydaje mi się, że znalazłem rozwiązanie. Alessia wsuwa lewą dłoń do drugiej kieszeni i wyjmuje kolejną paczuszkę: na opakowaniu widnieje logo jubilera – Villani. Zdejmuje papier i otwiera pudełeczko.

– Są w kolorze twoich oczu.

Przez chwilę ogląda niebieskie kolczyki. Zamyka pudełko i wreszcie podnosi na mnie wzrok. Patrzy na mnie po raz pierwszy, odkąd wręczyłem jej prezenty. Wpatruję się w nią, desperacko szukając śladu uśmiechu. Wyciera usta brzegiem dłoni. Chowa wszystkie prezenty do torby. Spogląda na mnie po raz ostatni. Wreszcie ledwo zauważalnie się uśmiecha.

– Przykro mi…

Odchodzi. W tym momencie przypominam sobie słowo w słowo tamto zdanie:

„Płacz, módl się i żyj; pewnego dnia, kiedy będziesz na szczycie, ten straszny huragan wyda ci się niczym…”.

Ostatnie słowa mojego ojca. Ich autorem jest Arrigo Boito, o którym pisałem zresztą w maturalnym wypracowaniu poświęconym Scapigliaturze[*]. Stąd pamiętam, kto je powiedział. Tak opuścił mnie ojciec. Natomiast dzisiaj odeszła Alessia. Może tylko na chwilę, może to jeszcze przemyśli, może jest zła, że nie wysłałem jej życzeń wczoraj o północy. A może wcale nie jest zła, wręcz przeciwnie, czuje się szczęśliwa i spotyka z kimś innym. Wszystko to tylko domysły. Pewne jest tylko, że, po pierwsze jest mi źle, a po drugie Alessia powiedziała jedynie „Przykro mi…”. Zostawiła mnie bez słowa wyjaśnienia.


2

– Dzień dobry.

Ilaria De Luca wita mnie z uśmiechem. Ma na oko pięćdziesiąt lat, sprężysty krok, ubrana niby klasycznie, a jednak nowocześnie.

– Co dla pani?

Kładzie przede mną „Repubblicę” i „Dove”. Patrzy na mnie w milczeniu, trochę zmieszana, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie miała odwagi. Udaję, że niczego nie zauważam, biorę od niej dziesięć euro, liczę szybko i wydaję resztę.

– Proszę, miłego dnia.

Przez chwilę stoi w kiosku, jakby właśnie coś przyszło jej do głowy i zamierzała ująć to w słowa. W końcu zmienia zdanie.

– Dziękuję, nawzajem.

Składa gazety i chowa je do torby. Odprowadzam ją wzrokiem. Idzie lekkim krokiem, ma ładną pupę… Zatapiam się we własnych myślach.

„Przykro mi…” Alessia powiedziała, że jej przykro. Co to oznacza? Przykro mi, ale nie spodobał mi się twój prezent. Przykro mi, ale mam pewien problem. Przykro mi, ale potrzebuję pobyć sama. Przykro mi, ale kocham innego. Przykro mi… zaraz, to chyba jakieś żarty? To niemożliwe. W jednej chwili całe życie przesuwa mi się przed oczami. Podobno tak dzieje się tuż przed śmiercią. Ale my żyjemy, Alessio, prawda? To jeszcze nie koniec, proszę, powiedz, że to nie koniec. Spoglądam na komórkę. Żadnych wiadomości.

– Dzień dobry, Nicco. Poproszę „Il Tempo”.

Edoardo Salemi, właściciel pobliskiej restauracji na corso Francia, gdzie czasami chodzę coś zjeść. Zawsze daje mi zniżkę. Podaję mu gazetę. Oddala się szybkim krokiem. Tak. Sprzedaję gazety. Wcześniej pracował tu mój ojciec, pisywał również artykuły do mniej znaczącej prasy, najczęściej lokalnej, ale otrzymywał za nie wynagrodzenie. Czasami rysował historyjki obrazkowe i je sprzedawał, w tym też był bardzo dobry. Teraz pracuję tu z wujkiem i kuzynem. Ja jestem rano, a oni po południu i wieczorem. Co jakiś czas się zmieniamy. To niejedyne zajęcie, jakie mam. Cisza, żadnej wiadomości. Minął cały dzień. Pierwszy raz od roku nie wymieniliśmy między sobą ani jednego SMS-a. To się nigdy nie zdarzyło, żebyśmy przez cały dzień nie przesłali sobie choćby najkrótszej wiadomości. Miłość składa się właśnie z takich drobiazgów, czasami pozbawionych sensu, które wzbudzają śmiech lub niedowierzanie, a w danej chwili są dla nas najpiękniejsze. Miłość to te z pozoru nic nieznaczące wiadomości, które jednak mówią wszystko, i kiedy dostajesz je codziennie, nie zwracasz na nie uwagi, ale kiedy zaczyna ci ich brakować, stają się obsesją. Gdybyśmy wszyscy byli ciągle zakochani, świat byłby piękny. Co za bzdury opowiadam. Z miłości człowiek głupieje i jest w tym coś pięknego, natomiast z braku miłości również głupieje, ale jest w tym coś wyniszczającego.

Tęsknię za Alessią. Coraz dotkliwiej odczuwam jej brak, z każdą chwilą tęsknię za nią coraz bardziej. Chciałbym do niej zadzwonić, wysłać SMS-a, pójść do niej z ogromnym bukietem czerwonych róż, takich długich, że ledwo byłoby mnie zza nich widać. Nigdy nie robiłem takich rzeczy. Za mało się starałem? Często o tym myślałem, ale zawsze odkładałem takie gesty na „kiedyś”… Kiedyś tak zrobię, mówiłem do siebie. Ten dzień jednak nigdy nie nadszedł. Kiedyś znaczy tak naprawdę nigdy. A teraz jest już za późno. Nasze życie składa się z wyrzeczeń. Wydaje nam się, że nadejdzie lepszy moment, że warto żyć, że wszystko się zmieni. Jutro, czekamy zawsze na jutro, choć ono przecież nie zawsze niesie to, czego się spodziewamy. Jak tamtego wieczoru, kiedy pożegnałem się z ojcem i wróciłem do domu.

Poszedłem coś przekąsić, pamiętam nawet dokładnie, co jadłem: szynkę parmeńską z mozzarellą i sałatę z pomidorami. Położyłem się spać, jakby nic nie miało się zdarzyć, jakbym miał całą wieczność na rozmowę z ojcem, na opowiedzenie mu o sobie i Alessii, z którą spotykałem się od jakiegoś czasu. Jakbym mógł jeszcze przeprosić go za swoje głupie zachowania z przeszłości, za zbuntowanego nastolatka, jakim byłem, za to, że nie potrafiłem wysłuchać go do końca. Kiedyś mu powiedziałem: „Spadaj, tato, to idiotyczne, co mówisz…”. Lubiłem mu się przeciwstawiać, dla zasady, bo wydawało mi się, że to jest cool. Przeważnie wcale nie myślałem tak, jak mówiłem, a przynajmniej tak to pamiętam.

Wchodzi Bruno, pracownik stacji benzynowej, jak zwykle nie wita się ani nie odzywa słowem, sięga po „Porta Portese”, kładzie pieniądze na talerzyku i wychodzi. Wrzucam monety do kasy. Taki już jest, ale nic mnie to nie obchodzi. Kiedy człowiekowi jest źle, potrafi trafnie ocenić różne sytuacje. Właściwie to chce mi się śmiać. Czy naprawdę co tydzień kupuje „Porta Portese”? O co mu chodzi? Od lat jest w tym samym miejscu, ubrany w tę samą koszulę, szarą kurtkę pracownika stacji benzynowej i te same buty. Jak się tak dobrze zastanowić, to nasze życie składa się z powtarzających się czynności. W pewnym sensie dzięki temu, że jestem przygnębiony, dokładniej postrzegam rzeczywistość, widzę ją wyraźniej, ją i te niedorzeczne aspekty życia. Nagle wszystko wydaje mi się dramatycznie niedorzeczne. Oprócz niej. Co teraz robi? Gdzie jest? Jedenasta trzydzieści. Powinna być w domu, już chyba wstała, tak, na pewno, jeśli wczoraj nie wróciła zbyt późno. A jeśli wróciła późno? A dlaczego miałaby wrócić późno? Pewnie spotkała się z przyjaciółkami, Laurą i Silvią. Rozmawiały o mnie. Zadawały pytania. Chyba że umówiły się ze swoimi chłopakami. Wtedy oni by się pytali: „A gdzie Nicco?”. Znam ją: na pewno zaczęła się tłumaczyć. Nicco jest zajęty… Umówił się z kumplami, poszedł grać w nogę. Nagle robi mi się strasznie smutno. Nie, one wiedzą. Przyjaciółki zawsze wiedzą. Kiedy widzisz czyjąś przyjaciółkę czy przyjaciela, myślisz: on wie… on wie wszystko. Nie wiem tego, co on, ale on zna prawdę. Tę prawdziwą, tę szczerą. Chciałbym spotkać Laurę i Silvię i przesłuchać je osobno albo poddać torturom jak w Pile I, II, III, IV i V (czy była też Piła VI?) i sprawdzić, czy ich wersje się pokrywają. Zmusić je do mówienia. Chociaż czasami lepiej jest nie wiedzieć.

– Nie szukaj prawdy. Niczemu nie służy.

Kiedyś powiedział mi tak ojciec w drodze na stadion. Nie skomentowałem tego. Nie wiem, co miało znaczyć to zdanie, ale pozostało we mnie na zawsze. Ciekawe, ale nigdy nie poznałem dobrze moich rodziców. Czy się kiedyś rozstali, zdradzili, a potem sobie przebaczyli? Wiem tylko, że się kochali. Potem tata opuścił mamę, choć wcale tego nie chciał, a teraz nigdy już jej nie zostawi i to jest najpiękniejsze. Wreszcie jakiś SMS.

„Wiem i strasznie mi przykro. Zaraz będę”. Właśnie tego nie chciałem.


3

Gruby wchodzi do kiosku pewnym krokiem. Długie, czarne i gęste włosy związał z tyłu w kitkę kolorową gumką. Taką, jakiej zazwyczaj używają kobiety.

– Wiem wszystko. Nie mogę w to uwierzyć… Coś mi tu nie gra…

Mówi dalej, ale nie chcę tego słuchać. Gwałtownie gestykuluje dłońmi, jakby chciał podkreślić, że jego rodzina pochodzi z Neapolu, że byli właścicielami fabryki, którą ktoś im odebrał czy zlicytował, czy też dziadek przegrał ją w karty. Do końca nie wiadomo. Gruby niejednokrotnie zmieniał tę opowieść.

Tak naprawdę nazywa się Domenico Sensi, studiuje ekonomię i handel, ale jak na razie zdał tylko trzy egzaminy.

Jego motto brzmi „Teraz się tym zajmę”. Dotyczy wszystkiego: diety, zapisania się na siłownię, obcięcia włosów, zmiany wyglądu i rozstania się z jedną z dwóch dziewczyn, z którymi spotyka się od ponad roku. Właśnie tak, ponieważ Gruby spotyka się jednocześnie z Beatrice i Deborah. Obie poznał dwudziestego siódmego kwietnia i od tamtej pory nie może się zdecydować. Przez pierwszy tydzień spotykał się z nimi na zmianę, całując raz jedną, raz drugą.

– Teraz podejmę decyzję. Problem w tym, że obie są dowcipne i miłe.

Po dwóch tygodniach był jeszcze bardziej niezdecydowany.

– Każda kocha się inaczej, ale jednak tak samo.

Szczerze mówiąc, i tym razem naprawdę nie wiem, co miał na myśli. Przyjaciół nie musisz rozumieć, akceptujesz ich. Niektórych poznajesz w szkole podstawowej, choć te znajomości mają raczej małe szanse na przetrwanie. Z przyjaźniami zawartymi w liceum jest łatwiej. Wspomina się wspólne odpisywanie zadań domowych i to, kto jak sobie radził i z jakich przedmiotów. Kształtują się tak zwane trzy P: przyjaźń, poczucie wspólnoty i przetrwanie, potem nie traci się już z sobą kontaktu. Przynajmniej tak było ze mną i z Grubym.

– Hej, Nicco, trzymasz się? Słuchasz mnie w ogóle?

– Jasne. Czy się trzymam? Masz jakieś inne pytanie?

– Tak. Tęsknisz za nią?

Minął dzień i odpowiedź brzmi „tak”, już za nią tęsknię. Ale nic nie mówię. Natomiast Gruby zarzuca mnie pytaniami:

– Dziwne te kobiety, nie? Co chwila im się zmienia, jakby seks w ogóle ich nie interesował, chcą uwagi, zabiegania o ich względy, chcą księcia z bajki. Robiłeś wszystko, co powinieneś? O niczym nie zapomniałeś?

– Na przykład o czym?

– No nie wiem… O rocznicy, o dniu, w którym się poznaliście, o piosence, którą wspólnie usłyszeliście po raz pierwszy. Zawsze zabierałeś ją do tego samego lokalu? Nakryła cię na czymś? Mówię serio, jak tylko stracisz na chwilę czujność, od razu cię na tym przyłapią… Co ty myślisz? To nie kobiety, to potwory!

I dalej w tym duchu. Zalewa mnie potokiem słów.

Wchodzi jakiś mężczyzna, sięga po gazetę, patrzy z zaciekawieniem na Grubego i wychodzi.

Gruby siedzi na stercie czasopism ustawionej na podłodze. Zabawne jest to, że za taboret służy mu nowy numer „Salute”. Wierci się i nie przestaje mówić. Jakaś kobieta niezdecydowana przygląda się książkom. Gruby postanawia jej doradzić.

– Proszę wziąć tę, jest naprawdę dobra.

Wskazuje na Projekt Rosie Graeme’a Simsiona. Moim zdaniem wcale tej powieści nie czytał i nigdy nie przeczyta. Ale kobieta mu wierzy, daje się przekonać, płaci za książkę i wychodzi.

– Widzisz… dbam o twój biznes. Chcę dla ciebie jak najlepiej.

Gruby mówi dalej. Najfajniejsze w pracy w kiosku jest to, że masz całe dnie na czytanie i nic cię to nie kosztuje. Natrafiasz na informacje, których nigdy byś się nie spodziewał, i masz do dyspozycji gazety, po które nigdy byś nie sięgnął, jak na przykład „Internazionale”. Zamieszcza jedną rzecz ekstra i tylko dlatego ją czytam: horoskop Roba Brezsny’ego. Zawsze trafia w sedno i mówi o sprawach, które w taki czy inny sposób cię dotyczą. Właśnie, nie czytałem ostatniego horoskopu… Udaję, że słucham Grubego, i idę po gazetę. Jednak nie znajduję odpowiedzi na pytanie, o co chodzi Alessii. Postanawiam przeczytać go na głos, żeby uciszyć Grubego.

– Posłuchaj, co mówi horoskop Roba Brezsny’ego…

Gruby milknie.

– „«Żeby zbawić świat, musisz zacząć od zbawiania każdego po kolei – mawiał Charles Bukowski. – Reszta jest czystym romantyzmem albo polityką». Zachęcam Cię, by ta maksyma została twoim motywem przewodnim nadchodzącego tygodnia. Przełóż swoje wyższe ideały na czyny. Zamiast mówić o dobrych uczynkach, które chciałbyś zrobić, po prostu je zrób. I, o ile to możliwe, upewnij się, by każdy szczegół twojego codziennego życia odzwierciedlał twoją wizję prawdy i piękna”.

Gruby milczy, jakby rozmyślał nad słowami, które mu właśnie przeczytałem, a potem zaczyna mówić o czymś, co nie ma z nimi żadnego związku.

– Wiesz, że Kim Schmitz alias Kim Dotcom tudzież Kimble został aresztowany? Mieszkał w jakiejś twierdzy, widziałem zdjęcia: ci z FBI dotarli do jego wartej osiemnaście milionów dolarów willi pod Auckland, przypłynęli na pontonach, tak jak w filmach, i wyciągnęli go z domu. A mówi się, że pieniądze mogą wszystko. Gówno mogą! Nie wyleczą cię z niektórych chorób ani nie uchronią przed pójściem do pierdla!

Krótko, acz treściwie. W sam raz dla kogoś, kogo właśnie rzuciła dziewczyna.

– Cześć, Fabri.

Zjawia się mój kuzyn, rzucam mu klucze od rolety i wychodzę z kiosku.

– Weźmiesz jutrzejszą wieczorną zmianę?

– Jeszcze nie wiem… – odpowiadam w biegu i wskakuję do opla tigry, kabrioletu Grubego, który rusza jak zwykle z piskiem opon. Fabrizio wychodzi przed kiosk.

– Musisz ją wziąć, bo ja jutro wieczorem…

Nic więcej nie słyszę i unoszę dłoń w górę, trochę jak ci surferzy o jasnych kręconych włosach, umięśnionych brzuchach i wytatuowanych ciałach, którym uśmiech nie schodzi z twarzy i którzy mają w swoim samochodzie co najmniej jedną laskę. Ja mam tylko Grubego, do tego kiepskiego kierowcę. Tak naprawdę mój gest oznaczał, że zadzwonię do niego później.

– Dokąd jedziemy?

Gruby włącza The Police. Ma na sobie czarny podkoszulek i czarną koszulę, na szyi srebrny wisior, na nogach buty D&G za co najmniej czterysta euro. Jest prostym chłopakiem, jednym z tych małomiasteczkowych nuworyszy, którzy dziś rządzą. Królem obciachu. Brawurowo prowadzi tigrę. Jeśli miałbym wskazać jakiś nieudany samochód, to właśnie ten. Ale Gruby nie ma wątpliwości, że jego bryka wymiata. Pogłaśnia muzykę, ma obgryzione paznokcie i krótkie pulchne palce, pobrudzone smarem, jakby coś naprawiał. Chociaż od dawna nie korzysta ani z motoru, ani ze skutera. Za to korzysta z każdego dostępnego programu dla maca. Ściąga wszystko, co tylko można sobie wyobrazić, a Kim Dotcom alias Kim Tim Jim Vesctor, jak o nim mówią, był jego największym idolem.

– Nie mogę uwierzyć, że go aresztowali.

Przez chwilę nic nie mówi. Nagle nakręca się, jakby właśnie wpadł na jakiś pomysł.

– Pójdziemy coś zjeść do Caccolaro? Ja stawiam.

– Dobra.

Caccolaro… nie rozumiem, jak można tak nazwać jakiekolwiek miejsce. Najbardziej absurdalne jest to, że cieszy się ono wielką popularnością wśród rzymskiej elity i wśród wszystkich, którzy chcą być na czasie.

Alessia często chodziła tam ze swoimi przyjaciółkami.

„Dzisiaj bawią się same dziewczyny, wszystkie w Caccolaro”.

Wierzyłem jej. Podobało mi się, że mamy do siebie zaufanie. Skoro mówiła, że idzie na spotkanie z dziewczynami, to znaczy, że tak było.

Gruby dziarsko prowadzi samochód, niemal ociera się o fiata fiorino, jego kierowca jedzie dalej, ale wystawia rękę przez okno, pokazując dwa palce. Gruby dwukrotnie wciska klakson i znika za zakrętem via della Farnesina.

Tamtego wieczoru poszedłem do Caccolaro. Chciałbym móc w pełni jej zaufać, ale wtedy nie umiałem. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Parkuję pożyczonego od siostry volkswagena polo po drugiej stronie ulicy. Wyłączam silnik. Nie hałasując zbytnio, otwieram drzwiczki i wysiadam. Zostaję po swojej stronie ulicy, przechadzam się po chodniku i zaglądam przez okna do knajpy. Jest. Siedzi u szczytu stołu, je pizzę i się śmieje. Kto siedzi obok? Wychylam się odrobinę do przodu, cofam o krok, by mieć lepszy widok. Teraz widzę je wszystkie: Francescę, Laurę, Simonę i jeszcze jedną, której nie rozpoznaję, ponieważ siedzi do mnie tyłem. Są tu tylko dziewczyny, jej przyjaciółki, może ta, która siedzi tyłem, to Silvia. Czuję się podniesiony na duchu, biorę głęboki oddech i wpatruję się w Alessię. Widzę, jak z zaciekawieniem słucha jednej z przyjaciółek, potakuje, śmieje się i bierze kolejny kęs pizzy. Przed nią stoi dietetyczna cola, co za dziwny sposób na dietę. Alessia… Alessia tak ma. Obserwuję ją nadal, w tym wspomnieniu, ale nie znajduję słów, które mogłyby ją opisać. Kiedy kochasz, słowa nie wystarczą. W pewnej chwili odwraca się w moim kierunku, szuka spojrzeniem, jakby coś przeczuła. Widzę, jak wyjmuje komórkę i wybiera numer. W mig pojmuję, do kogo dzwoni, i szybko wsiadam do samochodu, żeby odebrać telefon.

– Cześć!

– Cześć!

– Wszystko dobrze? Masz zadyszkę…

– Ja? Nie… Wydaje ci się.

– Co robisz?

– Nic takiego, idę pograć do Bata…

– Nie wracaj za późno.

– Dobrze się bawicie?

– Tak… – Ścisza głos. – W kółko opowiadają to samo. Lepiej się bawię, kiedy jestem z tobą. Szkoda, że cię tu nie ma…

Przez chwilę żadne z nas nic nie mówi. Kiedy Alessia się odzywa, jej głos ma ciepłą barwę.

– Mógłbyś po mnie przyjechać, no wiesz, trochę później? – Reflektuje się. – Zapomniałam, przecież idziesz grać w pokera…

– Znajdę kogoś, kto mnie zastąpi. Nie ma sprawy. Jesteśmy umówieni.

Rozłącza się.

– I?

– Co? O co chodzi?

Gruby się śmieje.

– O czym myślałeś?

– Ja? O mnie i o tobie.

– Jasne, lepiej powiedz, że o niczym. Jesteśmy na miejscu.

Wysiadamy z samochodu.

Nigdy więcej nie sprawdzałem Alessii, kiedy wychodziła z przyjaciółkami. Może to był błąd?

Gruby bierze mnie pod ramię, kiedy wchodzimy do restauracji.

– Mam problem…

Kiwam głową. Gdybyś wiedział, ile ja ich mam. Nic nie mówię i po chwili jesteśmy już w Caccolaro.


4

– Cześć, Alfre, usiądziemy tutaj.

Lokal jest prawie pusty. Alfredo, który stoi za kasą, kiwa głową i wzrusza ramionami, jakby chciał powiedzieć: siadaj, gdzie chcesz, nie widzisz, że nikogo nie ma?

Gruby zmierza w głąb restauracji.

– Tutaj jest najchłodniej. – Opada na krzesło. – Uff…

Rozsiada się wygodnie, odsuwa sąsiednie krzesło i rzuca na nie marynarkę, dwa telefony kładzie na stole, wypełnia sobą całą przestrzeń. Zanim zdążę usiąść, podchodzi do nas kelnerka. Ma na oko osiemnaście lat, kolczyk w brwi, długie jasnoniebieskie włosy wygolone z jednego boku, pełne usta, zielone oczy i ciemną grzywkę. Gdyby nie jej nieśmiały uśmiech, wyglądałaby jak z obrazu Tamary Łempickiej.

– Co podać do picia?

– Wodę.

– Dla mnie piwo.

Gruby nie ma żadnych hamulców. Dziewczyna oddala się, kołysząc zmysłowo biodrami. Trudno tego nie zauważyć.

– Niezły tyłek, co? – Gruby wdziera się w moje rozmyślania.

Nie chcę go więcej torturować, wzruszam ramionami. Teraz mogę oglądać się za kim chcę, znowu jestem singlem, wróciłem do gry, mogę robić z siebie kretyna, kiedy zechcę, właśnie, kretyna… Mogę zaczepiać dziewczyny. Jestem sam. Tak to wygląda. Jestem sam. Gruby zaczyna mówić, ale nie słucham go zbyt uważnie. Włączam telefon i udając, że słucham jego opowieści, loguję się do Facebooka. Wchodzę na stronę Alessii. Niemożliwe, zmieniła swój status związku na: to skomplikowane… z przyjaciółkami. Wyłączam telefon. Wcześniej była w oficjalnym związku… ze mną. Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy, a więc to prawda, coś się zmieniło. Kręci mi się w głowie. Gruby patrzy na mnie, ale niczego nie zauważa, ani przez chwilę nie przestaje mówić:

– Dojechaliśmy do końca, nie mogę tak dłużej, nie chcę. Od ponad roku spotykam się jednocześnie z dwiema kobietami, okay, znam ludzi, którzy ciągną takie związki przez lata, czasami przez całe życie, ale najbardziej absurdalne w tym wszystkim jest to, że żadna z nich mnie na niczym nie przyłapała, niczego nie podejrzewają… Zdarzyło mi się nawet zostawić telefon u jednej lub drugiej… za każdym razem wysyłały SMS-y na drugi numer… co to ma znaczyć? Czy ty mnie w ogóle słuchasz?

Odwraca się do mnie i szturcha w ramię, omal nie spadam z krzesła.

– Rozumiesz, co mówię?

– Jasne… – I tak w kółko mówi o tym samym. – Chcesz się z nią rozstać…

– Z którą?

– Skąd mam wiedzieć, jeśli sam tego nie wiesz? Ja mam za ciebie zdecydować?

– Dobrze by było… Czasami mam ochotę rzucić monetą, co wypadnie, to wypadnie… Nie musiałbym się nad niczym zastanawiać. Albo związać się z pierwszą napotkaną dziewczyną, właśnie, zagadam do pierwszej, która koło nas przejdzie. – Dokładnie w tym momencie podchodzi do nas kelnerka. – O, na przykład ona… Wychodzę z nią i koniec, nie będę musiał o niczym dyskutować, rozmyślać, wybierać, a potem jeśli nawet dopadną mnie jakieś wątpliwości, to co za problem, nie?

– Zdecydowaliście już?

Wybieram pierwsze lepsze danie z menu. Natomiast Gruby zaczyna się tłumaczyć przed dziewczyną:

– Sorry, jeszcze nie, to znaczy zdecydowałem się na ciebie, ale to był tylko taki przykład. Bo wiesz, czasami tak to się zaczyna, od żartu, potem wychodzą z tego najfajniejsze rzeczy, takie spontaniczne, bo miłość musi być spontaniczna… Mam rację?

Niewiarygodne. Gruby gada te głupoty, a ona się śmieje.

– Jak masz na imię?

– Lucia.

Rozmawiają dalej, jakby mnie nie było. Gruby przecież wie, że właśnie rzuciła mnie dziewczyna, że potrzebuję z nim pogadać, że to ja mam prawdziwy problem, a tymczasem rozmawia z tą osiemnastolatką, jakby nigdy nic, a ona go słucha, wpatrują się w siebie intensywnie, może nawet wymienili się już numerami telefonów. Lucia przeniosła ciężar ciała na drugą nogę, dłonie oparła na biodrach i wydaje się szczerze ubawiona bzdurami, które opowiada jej Gruby. O, właśnie wybuchnęła śmiechem, machnęła ręką, jakby chciała powiedzieć „Dosyć tego”, i poszła do kuchni z naszym zamówieniem. Cóż poradzić, niektórym wszystko przychodzi z łatwością. Tak jest z Grubym i z innymi, o których czytam czasami w gazetach.

Na przykład niektórzy bogacze. Jedni takimi się rodzą, inni takimi się stają, wymyślając po drodze niestworzone historie, w które sami by nie uwierzyli. Albo tacy brzydale, którzy mają u swego boku niewyobrażalnie piękne kobiety… No cóż, zdarzają się na tym świecie historie, których nie potrafię wytłumaczyć. Jak wygrane w lotto. Naprawdę są zwycięzcy? Dostają tę całą kasę i jeśli grali grupowo, to całą grupą idą odebrać wygraną? Nie boją się, że któryś z nich zatrzyma całą nagrodę i ucieknie? Przeważnie tak się dzieje w filmach, w przeciwnym razie nie byłoby sukcesu kasowego… Często wygrywa ten zły. Na przykład w gazetach pisze się o tych, którzy zostali złapani, i często na tym się kończy, jakby zostali aresztowani tylko na papierze. Może wszystko to nieprawda. Może jestem przybity, bo zostawiła mnie Alessia. Właściwie to mnie nie zostawiła, powiedziała tylko, że jej przykro, i odeszła. Czy ból po każdym rozstaniu jest taki sam? Bez względu na to, czy doświadcza go łobuziak, społecznik, szabrownik czy zwykły ratownik? Zwariowałem.

Gruby nie przestaje mówić, wygłupia się i popija piwo, które przyniosła mu kelnerka. Tak, teraz jestem pewny, że Lucia dała mu również swój numer telefonu. Niewiarygodne, ale to wydaje się takie łatwe.

Dla mnie poznanie Alessii było jak bajka. Weszła na siłownię, stałem przy recepcji i odnawiałem abonament. Wtedy ją zobaczyłem. Bezwiednie upuściłem plecak na ziemię, wszystko się z niego wysypało, a ona się roześmiała. To był moment, odrzuciła na bok długie włosy i przechyliła głowę, jakby chciała powiedzieć: „Hej, niezdaro, czy naprawdę chcesz się we mnie zakochać?”.

Ja odczytałem jej spojrzenie zupełnie inaczej, mówiło: „Fajny jesteś, skoro nalegasz, jestem za”.

Odprowadziłem ją wzrokiem. Jakie piękne są kobiety. W jednej chwili odkrywasz w nich mnóstwo szczegółów. Długie kolczyki, które niesfornie poruszają się wśród włosów, kolor lakieru na paznokciach, sukienkę z cienkiego materiału. Jest koniec maja i trudno się im oprzeć. Odkrywają swoje pachnące balsamem ciała, pokazują nogi, a kobiece kształty… Tracisz dla nich głowę, jak dla talii, która na co dzień skrywa się za różnego rodzaju paskami. Kiedy obejmujesz dziewczynę, jest to pierwsza rzecz, którą czujesz, zauważasz, która cię zaskakuje. Oprócz oczywiście piersi, nóg, oczu, no i pupy… Tego wszystkiego nie znajdziesz u mężczyzny, dlatego nigdy nie zrozumiem gejów: mają mniej piękna do przytulania.

Alessia przystaje, odwraca się uśmiechnięta, wie, że nadal na nią patrzę, pewna siebie, może nawet zbyt pewna, ale wtedy nie zwróciłem na to uwagi. Otwiera drzwi i znika w szatni. Stoję bez ruchu z kartkami w dłoni i rozdziawioną buzią, plecak nadal leży na podłodze.

– To jak, przedłuża pan abonament?

– Oczywiście.

Może Alessia pojawia się jako zachęta dla niezdecydowanych klientów siłowni. Ja wykupiłbym od razu abonament dożywotni.

Chwilę później rozpoczynam trening i daję z siebie wszystko. Ona jest w sąsiedniej sali. Ćwiczę na stepperze, ale kiedy wychylam się do przodu, widzę ją. Siedzi na atlasie, za całe obciążenie ma jedną pięciokilogramową płytkę, podnosi ją do góry i oddycha zgodnie z zaleceniami, wypuszcza powietrze w taki sposób, że… Mam ochotę poćwiczyć na maszynie, która stoi obok niej, zwłaszcza że podnoszę co najmniej dziesięć takich płytek! Ale wtedy wyszedłbym na klasycznego dupka. Może tego się właśnie spodziewa, więc postanawiam nic nie robić. Kończę ćwiczyć i idę do dystrybutora z napojami. Jestem spragniony, zwłaszcza jej. Spoglądam do sąsiedniej sali, ale nikogo nie widzę, może przeszła w głąb pomieszczenia. Po chwili słyszę brzęk monet wrzucanych do dystrybutora.

– Wrzuciłam dwa euro, co mogę ci zaproponować?

To ona, podeszła od tyłu tak cicho, że jej nie zauważyłem, i teraz stawia mi picie. Takie niespodziewane, drobne gesty sprawiają, że w jednej chwili czujesz się zarówno głupio, jak i szczęśliwie.

– Tak, dzięki.

– Nie. – Śmieje się. – Spytałam, na co masz ochotę.

– No, tak…

Podaje mi pomarańczowy powerade i odchodzi. Na razie tak to się kończy. Zalewa mnie fala uczucia i nie mam żadnych wątpliwości, może dlatego, że w tamtym okresie nie brakowało mi wiary w siebie. Próbowałem właśnie zakończyć trwający od kilku miesięcy związek, w którym czułem się królem świata albo raczej, jak mawiała Giorgia, tkwił we mnie kawał gnojka.

Giorgia siedzi naprzeciwko mnie, wpatrując się intensywnie, mówi pół żartem, pół serio.

– Wypędź go z siebie, do cholery, dlaczego odrzucasz naszą wspaniałą miłość?

Patrzę na nią bez słowa, jesteśmy w jej pięknym nowoczesnym domu pełnym obrazów i wygodnych kanap. Ma fantastyczną figurę, ładną buzię i chce ode mnie wyjaśnień, unosi brew, jakby mówiła: „Bo to jest wspaniała miłość, prawda?”.

Ale widać też, że czuje się trochę nieswojo. W odpowiedzi kręcę głową, posyłam jej pewny siebie, spokojny uśmiech, który podpatrzyłem w filmach u Paula Newmana i Steve’a McQueena. Ci dwaj to dopiero byli królowie świata. Tak właśnie czuję się w tej chwili. Mam w sobie tę pewność siebie, tego gnojka, tego, nazwijmy rzecz po imieniu, skurwysyna, którego tak bardzo lubią kobiety. Tak, siedzi we mnie kawał gnojka, ale tylko dlatego, że moja kobieta na to pozwoliła.

– Posłuchaj, Giorgio, było nam razem bardzo dobrze, ale…

Robię pauzę, staram się z niej nie żartować, chcę, by zrozumiała, że to, co się dzieje, jest naturalną koleją rzeczy.

– To już nie to samo.

O Boże, co za straszne zdanie: „To już nie to samo”, skąd, do cholery, przyszło mi ono do głowy? Zresztą sam nie wiem, jak jej to wyjaśnić. Nic nas nie łączy, nie ma żadnego uczucia, właśnie… Tak naprawdę nigdy go nie było. Wcześniej się nad tym nie zastanawiałem, sprawy jakoś toczyły się do przodu, co jakiś czas bzykanko, niezbyt urozmaicone, ale jakoś to szło. Może dlatego w końcu się skończyło! Między nami nie było namiętności, a kiedy jej brakuje, po jakimś czasie związek się rozpada. Olśniło mnie, zrozumiałem, dlaczego nasza historia dobiegła końca: Giorgio, nie byłaś dla mnie niczym więcej niż niezbyt udaną relacją seksualną. Jednak, choć to prawda, nie mogę jej tego powiedzieć. Mężczyzna i kobieta nie powinni być wobec siebie do końca szczerzy. Może dla ciebie to był tylko seks, a dla niej wszystko inne z wyjątkiem seksu! Tak czy inaczej nie wolno ci tego powiedzieć. Musisz być niczym dobry aktor, zwłaszcza jeśli ona nie odpuszcza i nie chce uwierzyć, że to koniec.

– Czyli dla ciebie to wszystko, co było… – Giorgia wpatruje się we mnie intensywnie, jakby chciała powiedzieć: „A wiesz, ile tego było, prawda?”. – To dla ciebie nic nie znaczy? Wtedy w deszczu w samochodzie, a w kinie, w ostatnim rzędzie wśród tych wszystkich ludzi… Nic, to dla ciebie nic nie znaczy…

Milknie, spuszcza głowę i zaczyna płakać, a ja wpatruję się w nią bez słowa. Stój, Nicco, jeśli teraz zrobisz jakiś ruch, wszystko zniszczysz. Odpuść, już masz to prawie za sobą, w przeciwnym razie to będzie ciągnąć się dalej, zaufaj mi, nie zbliżaj się do niej.

– Giorgio, ja…

To jest silniejsze ode mnie, nie dam rady, mam syndrom człowieka, który chce, by zawsze wszystko było w porządku. Na szczęście Giorgia przejmuje pałeczkę.

– Wynoś się stąd! – Odpycha mnie z całej siły. – Wynoś się, wyjdź z mojego domu!

Popycha mnie w stronę drzwi.

– Uspokój się, wychodzę.

– Powiedziałam, wynoś się stąd.

Popycha mnie coraz mocniej do drzwi wyjściowych.

– Wynocha, powiedziałam! – Wpadam na komódkę, podrabiany antyk, który znajduje się w przedpokoju. Wazon, który na niej stoi, spada i rozbija się na kawałki. Giorgia szlocha coraz gwałtowniej.

– Ależ Giorgio, ten wazon był paskudny!

Nagle poważnieje.

– Idź stąd, wynoś się z mojego życia. – Wypycha mnie za próg i zamyka mi drzwi przed nosem. Stoję przez chwilę nieruchomo. Pewnie patrzy przez wizjer, robię smutną minę, zresztą, przecież próbowałem. Dobra, teraz mogę już iść.

Kiedy kończy się jakaś relacja, ważne, by do niej nie wracać. Dlaczego, skoro dociera do nas, że to nie jest to, że jesteśmy znudzeni, że ciągle się kłócimy, że już nas ten związek nie kręci, dlaczego pakujemy się w niego z powrotem? Dlaczego robimy ten cholerny błąd? Dlaczego pewnego dnia nie możemy się powstrzymać i sięgamy po telefon? Czyżbyśmy zapomnieli, jak to było? Nic na to nie poradzimy, jesteśmy przywiązani do idei bycia we dwoje.

Nie widziałem Giorgii od ponad roku, odkąd zacząłem spotykać się z Alessią. Prawdę mówiąc, to zerwałem z nią dopiero wtedy, kiedy poczułem, że związek z Alessią robi się poważny. Chyba trwałem przy Giorgii, bo dawało mi to poczucie bezpieczeństwa.

Lucia podaje kotlet i ziemniaki. Zabieram się niemrawo za jedzenie. Mówię „dziękuję”, i tak Gruby zabawi ją rozmową.

– Nie, nie, spotykam się z takim jednym, ale to jakaś masakra, jest strasznie zaborczy i zazdrosny…

– Dla mnie miłość bez wolności nie istnieje… Jeśli ograniczamy się nawzajem, to nie jest prawdziwa miłość, co nie?

Gruby potrafi opowiadać głupoty w taki sposób, że wszyscy mu wierzą, tak jak teraz Lucia, która wpatruje się w niego urzeczona, a on to oczywiście wykorzystuje.

– Jeśli ktoś cię kocha naprawdę, nie ma potrzeby być zazdrosnym, bo dla tej kobiety liczysz się tylko ty i już. Jeśli jest inaczej… Cóż, i tak niczego nie zmienisz, więc zazdrość również nie ma sensu.

Teraz Lucia wygląda inaczej, poważniej, jej osiemnastoletnie spojrzenie mówi: „Cholera, a więc to ty jesteś mężczyzną mojego życia, szkoda, że oboje jesteśmy zajęci”.

Gruby potakuje głową z zadowoleniem, unosi brew, jakby chciał powiedzieć: „No tak, ale wszystko da się jakoś załatwić, bo w miłości nie ma rzeczy niemożliwych”.

Nie wiem, czy to właśnie sobie powiedzieli, ale obawiam się, że tak. Jednak jednego jestem pewien. Zachowałem się wobec Giorgii jak skurwysyn i teraz za to płacę. Dziwne, czasami jesteś tak pewny swego, bez powodu, ale wiesz, że masz kontrolę nad sytuacją, decydujesz, kiedy coś się zaczyna i kiedy kończy. A innym razem jest zupełnie odwrotnie. Dopiero wtedy dociera do ciebie, czym jest miłość i ile cierpienia może przysporzyć. Ale też jaka jest piękna, cholera, bo miłość bierze cię w posiadanie, nikomu nie zagląda w oczy, doprowadza cię do szaleństwa, sprawia, że jesteś szczęśliwy jak nigdy wcześniej, a potem cię opuszcza, tak jak teraz, kiedy to nie ty rozdajesz karty… Na myśl, że nie wiem, gdzie jest teraz Alessia, robi mi się bardzo smutno.

– Resztą zajmie się on.

– Proszę. – Lucia podaje mi rachunek, uśmiechając się do Grubego.

– Myślałem, że ty zapraszasz. – Patrzę na niego zaskoczony.

– Zapłaciłem voucherem, ale ty zamówiłeś kotlet z ziemniakami i trzeba dopłacić… Daj dziesięć euro.

– Aha, czyli ty zapłaciłeś, ale ja mam dać teraz dziesięć euro?

– Gdzie tu problem?

– Jasne, nie ma. – Dla niego wszystko jest proste. Sięgam do kieszeni po portfel. Zaglądam do środka: pięćdziesiąt, dwadzieścia, dziesięć i pięć. Wyjmuję dziesięć euro i kładę na srebrnym talerzyku.

– No weź! Nie bądź kutwa!

Gruby, kiedy chce, potrafi być bardzo szybki, w mgnieniu oka wyjmuje z mojego portfela pięć euro i kładzie je na stole.

– Cześć, Lucio. Buźka! – Ręką daje znak, że wkrótce zadzwoni, a może tylko się żegna w sposób, w jaki robią to surferzy, do których on z pewnością się nie zalicza. Obejmuje mnie mocno za szyję, jak ma w zwyczaju, i wychodzimy z knajpy. – No, już… Nie złość się. Musisz być hojny, kto rozdaje dobro, ten dostaje dobro…

Nie wiem, co odpowiedzieć. Te pięć euro przekona Alessię, by do mnie zadzwoniła? Nie sądzę.


5

– Cześć wszystkim!

Wchodzę jak zwykle pełen zapału, ale nikt mi nie odpowiada.

„Biznes nie kręci się jak kiedyś, domy się nie sprzedają, rynek stoi na skraju przepaści, ale jeszcze jakoś się trzyma” – to słowa mojego szefa. Popołudniami od piętnastej do dwudziestej, a czasami do dwudziestej pierwszej lub dwudziestej drugiej, chociaż nikt nie liczy tu nadgodzin, pracuję w agencji nieruchomości B&B. Nazwa pochodzi od nazwiska właścicieli, braci Bandinich, ale co rusz ktoś sobie z tego żartuje, mówiąc, że lepiej by na tym wyszli, gdyby otworzyli bed and breakfast!

W rzeczywistości radzą sobie całkiem nieźle, mają w ofercie sporo domów, eleganckie penthouse’y i piękne wille na sprzedaż.

– Cześć, Nicco! – Jedyna, która mnie wita.

– Cześć, Benedetto.

Benedetta Pozzilli, zwana „Pozzi”. Ta ksywka tak naprawdę jest zdrobnieniem od pozzanghera, czyli kałuży! Przylgnęła do niej, bo kojarzy się też z jej nazwiskiem. Być porównywanym do kałuży wydaje mi się okropne. Kałuża to brudna woda, która ochlapuje cię, gdy przejeżdża przez nią samochód, a kiedy w nią niechcący wdepniesz, przemoczysz buty i skarpetki. Nigdy nie skończyłem w Kałuży, mam na myśli Benedettę, a Gruby obiecał, że skopie mi tyłek, jeśli by mi się to kiedykolwiek przytrafiło.

– O czym myślisz, Nicco?

– Co? O niczym.

– No weź… Wariat z ciebie. – Szturcha mnie. – Wiesz, że nie da się myśleć o niczym, to niemożliwe, o czymś musisz myśleć, nawet jeśli to jakaś głupota. – Uśmiecha się, wtedy widzę, że ma zepsute zęby. Tego nie jestem w stanie wybaczyć żadnej kobiecie. Giorgia miała jeden martwy ząb z przodu. Natomiast Alessia wygląda jak z reklamy najlepszej na świecie pasty do zębów.

– Nicco?

– Tak, co jest?

– Rozumiem, myślisz o czymś głupim.

Patrzę na nią, naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Nie powinienem raczej wspominać o jej uzębieniu ani o tym, że wszyscy mówią na nią Kałuża.

– Dobra, przyniosę ci kawę. Wiesz, mam dla ciebie niespodziankę… A nawet dwie! – Znika w głębi korytarza.

Siadam przy swoim biurku, zapadam się w czarny skórzany fotel i sprawdzam kalendarz: mam tylko dwa spotkania, które muszę potwierdzić, obejrzeć jeden dom, by wystawić go na sprzedaż, i inny, przeznaczony na wynajem.

– Jest kawa!

Siada na brzegu biurka. Benedetta jest wnuczką B&B i wszystko jej wolno. Przechodzi Gianni Salvetti, czterdziestopięcioletni zięć starszego z braci, Alfreda Bandiniego. Pracuje tu od dawna, posyła mi wymuszony uśmiech, moim zdaniem pełen nienawiści. Ma na sobie całkiem niezłą brązową marynarkę w grubą kratę, błękitną koszulę i zielony krawat z jakimś czerwonym rysunkiem, chyba czereśnią albo truskawką, nie, to wygląda jak róg. Krawat jest okropny. Niektórzy, choćby nie wiem jak się starali, nie są w stanie dobrze się ubrać. Nienawidzi mnie, bo pracuje w tym miejscu od lat i robi to samo co ja, choć jestem tu znacznie krócej. Gianni Salvetti to kompletny nieudacznik. Albo to ja jestem taki dobry. Jak zacząłem pracować w B&B? Nie, nie… Z całą pewnością nie zawdzięczam tej posady Kałuży!

Żona Alfreda Bandiniego zazwyczaj kupuje u mnie „Il Tempo”. Któregoś dnia wzięła „Ville & Casali”, „Astra”, „Di piu” i chyba z dziesięć innych gazet. Kiedy wychodziła, zauważyłem, że utyka.

– Proszę pani, może pomogę?

Odwraca się do mnie z uśmiechem.

– Chyba nie bardzo masz jak, musisz zostać tutaj…

– Nie, proszę się nie martwić. Jest ze mną Gruby. Domenico, pokaż się pani!

Gruby najpierw podnosi rękę, a potem wychyla się zza stosu magazynów ustawionych przy wystawie.

– Dzień dobry pani. – Całe szczęście schował pornosa, którego przeglądał. – Proszę się nie martwić, Nicco może wyjść na chwilę… Ma na to moją zgodę. Tylko nie wracaj za późno! – Gestem posyłam go do diabła i wychodzę z panią Bandini.

– Kto to jest, Niccolo, właściciel?

– Nie, to mój przyjaciel, który zagląda codziennie rano.

– Czym się zajmuje, nie studiuje?

Starsze panie zawsze wszystko chcą wiedzieć.

– Nie, proszę pani, mówi, że jest jak Steve Jobs.

– Kto?

– Ten, który wymyślił Apple’a, te komputery z jabłuszkiem…

– No tak, oczywiście, nie usłyszałam dobrze, niedawno zmarł, prawda?

– Tak. Widzi pani, Steve Jobs zapisał się do Reed College w Portlandzie, ale po pierwszym semestrze rzucił studia i zaczął pracować. Gruby chodził ze mną do liceum. Stwierdził, że to mu wystarczy, więcej nie potrzebuje się uczyć, pracuje przez internet, tworzy strony, w ten sposób zarabia.

W rzeczywistości sam nie bardzo wiem, czym dokładnie zajmuje się mój najlepszy przyjaciel.

– Aha. – Pani Bandini przynajmniej udaje, że zrozumiała. – A ty?

– Ja pracuję tutaj, to rodzinny biznes.

Opowiadam jej trochę o sobie, o swoich dwóch siostrach, o wspaniałej miłości mamy i taty, że niedawno odszedł i zostaliśmy sami, że mama bardzo z tego powodu cierpi i że ja studiuję komunikację społeczną, ale jestem trochę w tyle.

– Może zamiast sprzedawać gazety, sam napiszę jakiś ciekawy artykuł! – Tym żartem kończę opowiadać o sobie. – Gdzie jest pani samochód?

– Przyszłam na piechotę, ale możesz mnie tu zostawić, nie chciałabym, żebyś miał przez Grubego jakieś kłopoty w kiosku, potem będziesz się musiał tłumaczyć przed wujkiem.

– Proszę się nie martwić. Można na nim polegać.

Bawi mnie, że mówiąc o nim, używa przezwiska. Gdyby to słyszał… Widzę, że dalej kuleje, ale nie mam odwagi spytać dlaczego.

– Mieszkam na via Pompeo Neri, to już niedaleko… Obudziłam się z rwą kulszową i miałam nadzieję, że przejdzie.

– Tu zaraz jest apteka. Mam samochód, jeśli pani chce, poproszę Grubego, by panią zawiózł.

– Dziękuję, nie trzeba, mam kierowcę. Ale to bardzo miło z twojej strony. Jesteśmy na miejscu. – Zabiera ode mnie torby z gazetami i wchodzi do kamienicy.

Kilka dni później zjawiła się w kiosku w towarzystwie kierowcy.

– Dzień dobry, pani Bandini.

– Cześć, Nicco, to dla ciebie.

Podaje mi wizytówkę z adresem i numerem telefonu agencji nieruchomości B&B.

– Chciałabym, żebyś zamienił słówko z moim mężem.

– Dziękuję. Skontaktuję się z nim.

Chwilę później wsiadała już do samochodu.

– Z nogą lepiej? – W odpowiedzi pokiwała głową i zniknęła we wnętrzu ciemnego maserati.

Jeszcze tego samego popołudnia poszedłem do agencji nieruchomości B&B na spotkanie z Alfredem Bandinim i od tamtej pory przychodzę tam codziennie. Mam umowę i całkiem przyzwoite wynagrodzenie.

– Pijesz gorzką? – Pozzi przywołuje mnie do rzeczywistości.

– Od zawsze. Jeszcze tego nie zauważyłaś?

– Nie. Jesteś na nieustającej diecie?

– Skąd, taka mi smakuje. Jest naprawdę dużo lepsza od słodkiej, spróbuj.

W odpowiedzi wzrusza ramionami.

– Jesteś gotowy? – Kiwam głową, popijając kawę. – Mówiłam, że mam dwie niespodzianki. Od której zacząć, dobrej czy szalonej?

Całe szczęście, że żadna nie jest zła.

– Od dobrej.

– Proszę bardzo… Ta dam! – Kładzie na biurku teczkę. – Otwórz! – Wpatruję się w niebieską teczkę z logo agencji. – No, otwórz!

Pozzi, Kałuża, jest niecierpliwa. Otwieram teczkę. W środku znajdują się piękne zdjęcia.

– Czterystumetrowy penthouse z widokiem na Koloseum, okrągły dwustumetrowy taras z dużym jacuzzi, urządzony, superelegancki, cena cztery miliony euro. Jeśli uda ci się go sprzedać, wiesz, jaką prowizję dostaniesz? Wartą dużo więcej niż volkswagen polo, nikt ci nie podskoczy.

Jak widać, Pozzi kompletnie mnie nie zna. Samochód jest ostatnią rzeczą, którą bym kupił. Prędzej jakiś fajny skuter, ale w pierwszej kolejności wynająłbym niewielki loft, w którym mógłbym się zaszyć. Życie z mamą i siostrą nie jest usłane różami. Przyglądam się zdjęciom, apartament jest naprawdę piękny. Położony na końcu via Cavour, rozciąga się z niego widok na Fori Imperiali, aż do piazza Venezia.

– Moim zdaniem cztery miliony euro za to cudo to darmocha.

– Jasne, musimy tylko znaleźć kogoś, kto zechce je kupić.

– Niccolo, czy zdajesz sobie sprawę, że jeśli sprzedasz to mieszkanie, do kieszeni wpadnie ci co najmniej dwadzieścia tysięcy euro? I co ty na to? Jeszcze do ciebie nie dotarło, że właśnie dostałeś prezent? Takie wynagrodzenie przewiduje agencja za podobne transakcje. Chcesz to odpuścić?

– No… nie.

– Mam nadzieję. To ja poprosiłam wujka, żeby dał ci to zlecenie. Chcesz w końcu usłyszeć drugą wiadomość, tę szaloną?

Wiedziałem, że kryje się za tym jakiś podstęp. Pozzi patrzy na mnie roześmiana. Teraz za to zapłacę, będę musiał pocałować ją przy wszystkich, uklęknąć i poprosić o rękę.

– No to chcesz ją usłyszeć czy nie?

– Oczywiście, że chcę.

– Poznałam kogoś.

Uśmiecham się z zadowoleniem, a ona jest przekonana, że to z powodu tej wiadomości, a nie dlatego, że zostałem uratowany! Kim jest ten czubek, mam ochotę spytać. Kto pakuje się w coś takiego? Kto chce skończyć w Kałuży? Kiedy uda mu się od niej uwolnić? Jednak nie daję niczego po sobie poznać, patrzę na nią z życzliwym zainteresowaniem, w końcu załatwiła mi penthouse z widokiem na Koloseum i możliwość zarobienia dwudziestu tysięcy euro.

– Naprawdę. Ekstra. Bardzo się cieszę.

Zaczyna opowiadać:

– Ma na imię Luca, poznaliśmy się na imprezie i od momentu, kiedy go ujrzałam, wszyscy inni przestali się dla mnie liczyć. Wiesz, jak to jest, kiedy zaczynasz czuć i rozumieć, że to jest to, że nie może być inaczej, wystarczy jedno spojrzenie i ta osoba bierze we władanie twoje serce. – Pozzi wpatruje się we mnie nieprzytomnym wzrokiem.

To niedorzeczne, ale od razu zaczynam myśleć o Alessii. Nie daję tego po sobie poznać, jednak w głębi duszy jest mi bardzo smutno. Czy możliwe, żeby miłość była dla wszystkich taka sama? Słowa Pozzi idealnie oddają to, co czułem, gdy zobaczyłem Alessię na siłowni. Przy kolejnym spotkaniu rozmawialiśmy i żartowaliśmy. Alessia miała zarzucony na ramiona szaroniebieski ręcznik Nike’a, który w pewnej chwili zsunął się i spadł na podłogę. Jednocześnie schyliliśmy się, by go podnieść, i nasze dłonie się dotknęły. To takie nic nieznaczące sytuacje, które z czasem staną się ważne i które zapamiętasz na zawsze.

Tak oto doszedłem do strasznego wniosku: nie jestem w niczym lepszy od Pozzi, taki sam ze mnie nieudacznik jak z niej.

– Czaisz? Chciał mnie odwieźć do domu, więc udałam, że nie mam samochodu, że do późna siedziałam w pracy, tam się przebrałam i przyjechałam taksówką prosto na imprezę… Jeździ pięknym niebieskim garbusem, wiesz, tym nowym, trochę mniejszym. Zgadnij, jaką muzykę włączył.

– Nie mam pojęcia.

– Najnowszą płytę Tiziana Ferra! L’amore e una cosa semplice. Pamiętasz ją?

– Wiem, która to…

– Ale nie pamiętasz? Słuchaliśmy jej razem parę dni temu, kiedy pojechaliśmy obejrzeć tamten dom w Salario…

– A tak, jasne – kłamię.

– Dokładnie tej piosenki słuchałam, jadąc na tę imprezę, na której się poznaliśmy… Rozumiesz? To znak…

– Może…

– Rozmawialiśmy pod moim domem do czwartej nad ranem!

Kiwam głową radośnie, przynajmniej mam nadzieję, że tak to wygląda, bo w tym momencie jestem w totalnej depresji. Już wiem, jak potoczył się tamten wieczór. Luca nie bardzo wiedział, jak się wywinąć, od początku było jasne, że nic z tego nie będzie, wykorzystał więc Pozzi do zrobienia mu szybkiej laski, zabawił się jej kosztem. Udaję dobrego przyjaciela.

– Co było dalej?

Benedetta zamyka oczy, kiwa głową i siedzi tak przez chwilę. O rany, co ona robi? Zasnęła? Zemdlała? Przestraszyła się czegoś? W końcu je otwiera i są to najszczęśliwsze oczy na świecie.

– Pocałował mnie.

Jasne, ale nawet nie chce mi się zastanawiać, w jaki sposób to zrobił, o czym wtedy myślał, ile wysiłku go to kosztowało. Jestem zdania, że w niektórych sytuacjach mniej upokarzający jest system self hand. Lepiej zwalić konia, niż spotykać się z dziewczyną pokroju Pozzi. Z szacunku dla niej i dla samego siebie. Choć czasami mężczyźni sami wymierzają sobie za coś karę.

– Próbował posunąć się dalej, ale go powstrzymałam. Dobrze zrobiłam?

– Co?

Chyba śnię.

– Co się dziś z tobą dzieje, Niccolo? Wszystko dobrze?

– Tak, tak.

– Mam wrażenie, że mnie nie słuchasz, opowiadam ci o wszystkim, bo ci ufam… Rozumiesz, co powiedziałam? Nie pozwoliłam mu na więcej, chciał, ale wiesz, jak to potem jest. Wy, faceci, tak macie, nie mieści wam się w głowie, że dziewczyna może zakochać się od pierwszego wejrzenia, i kiedy zgodzi się od razu na zbyt wiele, uważacie ją za łatwą.

– Coś w tym jest.

– Widzisz? Ty też tak myślisz.

– Nie, chciałem powiedzieć, że masz rację. Większość faktycznie tak myśli, ale ja tak nie uważam, nie zawsze tak jest, nie to przesądza o tym, czy dziewczyna jest łatwa, czy nie…

Zanim z Alessią poszliśmy do łóżka, minął miesiąc i siedem dni. Powiedziała, że ma to być wyjątkowy wieczór. Myślałem, że spodziewa się jakiejś niespodzianki, romantycznej randki rodem z filmów czy książek, jaką wcale nie jest łatwo przygotować, i bałem się, że ją zawiodę… Tymczasem myliłem się, zakochany człowiek może wszystko. Jakbyś dostał szyfr otwierający specjalne drzwi, za którymi kryje się tajemnica… W życiu nie spodziewałbyś się takiego wyjątkowego wieczoru, a już na pewno nie tego, że sam będziesz jego autorem.

– Jak myślisz, Nicco, dobrze zrobiłam? To było trochę ryzykowne, prawda?

Nie, no jasne, świetnie sobie poradziłaś, ale idę o zakład, że więcej do ciebie nie zadzwonił. Tymczasem Pozzi nie przestaje mnie zaskakiwać.

– A wiesz, co jest najfajniejsze? Ktoś mógłby pomyśleć, że Luca więcej się nie odezwie…

– No tak…

– A on zadzwonił następnego dnia i poszliśmy na kolację do Duke! Rozumiesz? Do Duke! Uwielbiam to miejsce, można tam spotkać tylu ludzi, to nic, że ciągle tych samych. Dobrze dają jeść, choć w kółko to samo…

Straszna nudziara z tej Pozzi. Nicco… myśl o penthousie.

– Tak, tak, zgadzam się z tobą. – Potem pewnie ją posunął i wykasował jej numer.

– Jutro idziemy na kolację razem z parą jego przyjaciół, są bardzo mili, poznałam ich na imprezie… – Pozzi urywa, przyszedł jej do głowy ekstrapomysł. – Słuchaj, może przyszlibyście razem z Alessią? Tamta dziewczyna jest bardzo do niej podobna, polubiłyby się, przy okazji ty poznasz Lucę i powiesz mi potem, co o nim myślisz. I jak?

– Rozstałem się z Alessią. – Nie wiem, dlaczego nie jestem w stanie skłamać ani znaleźć żadnej wymówki.

– Och, przykro mi.

– Alessia powiedziała mi dokładnie to samo.

Pozzi patrzy na mnie, zmieszana marszczy brwi i szybko stara się jakoś uratować sytuację.

– Wiesz co, mam bardzo fajną koleżankę, Antonellę, jak chcesz, mogę ją zaprosić.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.