Chłopcy z Zielonych Stawów - Jan Izydor Korzeniowski - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 186 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chłopcy z Zielonych Stawów - Jan Izydor Korzeniowski

Ta prawdziwa opowieść o serdecznej przyjaźni chłopców odrywa od klawiatury i ekranu monitora i przenosi nas w czasy przedwojenne, do wadowickiej wsi Podstawie. Tu rozciągają się szerokie wody stawów, pełne życia, bogatej roślinności, gdzie kłębi się ruchliwa moczarka kanadyjska i widać stojące w nich, pulsujące białością wełniane chmury, jakby świat obrócił się do góry nogami.

 

Niedaleko, za torami będącymi zarazem granicą, od której ciągnęły się zabudowania wsi Podstawie mieszkał chłopiec nazywany Pigusiem. Był półsierotą i podwójnym kaleką. Zamykany w małej izbie w zimowe dni, siedząc przy zamarzniętym oknie patrzył na wrogi dla niego świat i marzył. Marzenia miał zwyczajne, proste, normalne, tyle że było ich tak wiele: mieć zdrową nogę, niechaj ta sztywność w prawym łokciu ustąpi, niech ręka będzie ręką sprawną a nie kaleką, niech zawsze będą koło niego przyjaciele Ziutek, Jędrek, Franuś-Beczka i Czesiu, żeby nigdy nie rósł na polach pęczak ani kapusta, żeby pies, Cygan, nie był uwiązany, żeby on, Piguś, chodził do szkoły, żeby na stawach mógł pływać, żeby potrafił jaskółki chwytać za ogon, żeby... żeby... żeby zawsze był tak szczęśliwy, jak... w Świętojańską Noc...

 

 

Przygody, przyjaźń, dziecięca beztroska i fantazja – tego powinniśmy uczyć nasze dzieci. Szczególnie teraz, kiedy tak wiele czasu spędzają przy komputerach i telewizji, warto im pokazywać ten alternatywny świat! Wierzę, że nie tylko mnie zauroczył klimat tej lektury. Polecam gorąco wszystkim rodzicom, którym zależy na pokazaniu dzieciom, że o wartości człowieka stanowi jego postawa wobec innych ludzi, a nie ilość elektronicznych gadżetów, jakimi się otacza.

 

Agata Pyka, Wrocław

Opinie o ebooku Chłopcy z Zielonych Stawów - Jan Izydor Korzeniowski

Fragment ebooka Chłopcy z Zielonych Stawów - Jan Izydor Korzeniowski





Strona redakcyjna


SAMOTNOŚĆ

Świat dzielił się na ten ogromny, niewyobrażalnie piękny i tajemniczy, gdzieś tam za stodołą chylącą się zmurszałymi belkami ku ziemi, jakby chciała zapłakać nad dolą kulącego się w budzie czarnego niczym smoła kundla Cygana, i na ten świat mały, ciasny objęty czterema ścianami izby. Chłopiec wiedział, że musiał istnieć ten daleki świat, którego nie potrafił ogarnąć wzrokiem i umysłem, umiał go tylko odgadnąć przeczuciem i wyobraźnią wywołaną opowieściami ludzi przybyłych z odległych stron, którzy w lecie siadywali przed domem i bełkotali o jakiś innych krajach, ludziach i miastach. Bo dokąd by leciały ptaki znikające za horyzontem, tam gdzie niebo zamykało swą czaszę, opierając się o góry, lasy, pola i te nieskończenie ciągnące się stawy?

Ten jego drugi świat był mały, w ciasnym mieszkaniu, z zimnym jak te szyby w oknie piecem, na którym stał garnek z tygodniowym pęczakiem zmieszanym z fasolą i kapustą. Odkąd pamiętał, od rana do wieczora garnek jakby szeptał głosem ojca: „Masz tu, tu, o, patrz, patrz, żebyś nie był głodny, nabierzesz sobie drewnianą łyżką na talerz, albo lepiej jedz z garnka, będzie prościej, nie pochlap, niedorajdo, jak wrócę wieczorem, to ci coś zrobię, odgrzeję, a teraz drzwi zamknę, bo cię złodzieje okradną, tylko nie bucz, ciamajdo, mamlasie, wodę masz w wiaderku; skaranie boskie z takim chuderlakiem...!”.

Codziennie to samo.

Cztery ściany pochlapane wapnem, obrazki, jeden święty, drugi z jeleniem przeskakującym rów z wodą, w ucieczce przed chartami, dwa łóżka z siennikami i wielka szafa bez jednej nogi, podparta klockiem i – tam w głębi – na blasze pieca ten żelazny garnek z pęczakiem.

– Jedz, mamlasie!

Piguś lubił siedzieć przy oknie. Opierał się wówczas prawym łokciem o lodowaty parapet i spoglądając na stodołę i kawałek nieba, liczył gawrony. Lubił też patrzeć, jak Cygan merdał ogonem albo wściekle rzucał się na chodzących po pobliskiej drodze ludzi. Czarny kundel starał się zerwać, w zajadłości swojej, stalowy łańcuch uwiązany jednym końcem do stodoły. Chłopiec lubił też kłaść się na podłogę i wdychać zapach zgnilizny i kurzu spod szafy, powietrze było jakieś inne, wilgotniejsze, nieprzesycone kiszoną kapustą i przypalonym pęczakiem.

Całymi godzinami wlepiał nos w szybę, goniąc wzrokiem za wszystkim, co się ruszało, nie czuł zimna, które zdradliwie pełzło od tego łokcia na parapecie i usadawiało swoje chorobliwe przyczółki we wszystkich stawach mizernego pigusiowego ciała. Chłopiec czasami płakał z nosem na szybie, nie wiedział dlaczego, tak jakoś, za czymś mu było tęskno, nie wiedział za czym, może za tym światem, tam dalekim gdzieś – ale jak mógł tęsknić za czymś, czego nie znał? Może za mamą, jej dotykiem szorstkich, ciepłych dłoni? Jej postać mu się zatarła, widział tylko jakieś fragmenty twarzy, jak przez mgłę, długie do kolan włosy, które wieczorami rozczesywała, jakiś uśmiech na wargach wyłaniający się z kąta koło pieca, gdzie zwykle stała – i to wszystko. No nie, jeszcze pamiętał jej słowa, ciche, łagodne, żałosne, jakby ułożone z tych łez kapiących z jej rzęs: „Synku mój, jak biedne jest nasze życie...”. W takich chwilach kreślił na szybie jej twarz, nie taką jaką była, lecz wyszukaną ze swojej zagubionej pamięci, z wyobraźni, z myśli. Rysował też różne wzory, zwierzęta, domy i ludzi, a czasem i kwiaty; zamazywał je dłonią i rysował znów nowe, chuchając na szyby. Kiedy nic się nie działo na tym świecie za oknem lub kiedy znużony wpatrywaniem się w belki stodoły, którą opuściły nawet wróble, schodził z zydla i kuśtykał do żelaznego garnka, który – jak wydawało się chłopcu – wołał: „Zjedz, mamlasie, ciamajdo, nie widzisz drewnianej łyżki? To co, że zimne, ale zdrowe, bierz się do roboty, chuderlaku, chuderlaku...”. Więc Piguś łapał się za łyżkę, nabierał duże porcje gęstej potrawy i wkładał do ust, popijając wodą. Wkrótce brzuch mu spęczniał jak nadymany balon.

Od kiedy mama umarła, życie Pigusia zamknęło się w tych czterech ścianach przesiąkniętych zapachem kapusty i pęczaku. Ojciec wychodził wcześnie rano do pracy, mówiąc to swoje niezmienne: „Masz tu, tu, żebyś nie był głodny, jedz z garnka, nie bucz! Wyjdziesz na pole, jak wrócę...”.

Bywało, że nie wracał prędko, więc Piguś kładł się do spania i tak zastawał go ojciec. Siedząc przy oknie, z tym łokciem wetkniętym w parapet, patrzył na skrawek zmieniającego się w barwach i kształcie – w zależności od pogody i wyzierającego (lub nie) słońca – nieba, i marzył. Wydawało mu się, że umie latać i ściga się z ptakami śmigającymi przez widoczny skrawek nieba, chwytał je za ogony i krzyczał: „Macie tu, jedzcie, to dobry pęczak, bierzcie wszystko, mnie się już przejadło, jedzcie, darmozjady, mamlasy, niedorajdy!”.

W takich chwilach śmiał się i krzyczał do siebie, czuł się szczęśliwy. Czasem opierał głowę o framugę okna i zasypiał. Oczy miał zapadnięte głęboko, wokół sine cienie, w płucach coś świszczało, rzęziło, a mimo to uśmiechał się radośnie, zwłaszcza kiedy wydawało mu się, że jest wśród śmigających letnich jaskółek lub zimowych gawronów, i unosił się nad drzewami, domami. Lotem swoim dotykał lustra wody pobliskich stawów. Było mu wtedy tak dobrze, lekko, że nie czuł swojego obolałego ciała. Długo jeszcze po przebudzeniu szczeknięciem Cygana lub krzykiem gospodyni, właścicielki domu, w którym wynajmowali izbę, przeżywał te chwile, chcąc wywołać znów ten stan lewitacji, lecz próżne były jego wysiłki. Ani sen nie wracał, ani nie potrafił wznieść się nawet nad ten zimny parapet.

Były chwile, że starał się odgadnąć, co robi gospodyni, stara Leszczyńska, podobno jego chrzestna matka. Mówił do siebie: „Teraz sprząta kuchnię, myje gary, szykuje pranie, modli się”, albo że gotuje dla świń, bo zapach ziemniaków i otrąb wypełniał ponurą sień i przedostawał się przez zamknięte drzwi do jego nosa, „teraz pójdzie do krów wrzucić do żłobu siano, zaraz da Cyganowi miskę kaszy lub ziemniaków, potem pójdzie do wychodka...”.

I tak codziennie, aż mu się to znudziło i przestał nasłuchiwać krzyków i hałasów gospodyni, bo wszystko się dokładnie powtarzało, godzina po godzinie, od jesieni do wiosny. Tylko latem rytm ulegał zaburzeniu, bo krowy uwiązane były na łące i nie wymagały siana. Jej mąż od dawna już nie żył, więc sama ciągnęła to małe, podupadające gospodarstwo: kilka morgów pola, stodoła uginająca się pod ciężarem słomianego dachu i kilka szop przylepionych do stodoły. Była jeszcze buda dla Cygana, no i ten dom, nędzna chata zbudowana z drewnianych belek i dachu krytego papą nieszczelną, przeciekającą. Dom utkany mchem i bielony na Wielkanoc wapnem: niski, stary, o oknach położonych prawie przy ziemi. Jedno z nich szaro oświetlało izbę, w której mieszkał Piguś ze swoim ojcem.

Kiedy Cygan wsadzał swoją mordkę w miskę, Piguś wracał do żeliwnego garnka, zdejmował go z blachy, ustawiał na parapecie i patrząc na psa, naśladował jego ruchy, a że nie mógł wsadzić głowy do garnka, brał w obie dłonie pęczak i niczym z misy siorbał i zlizywał brunatną maź, udając Cygana.

Właściwie to Piguś powinien leżeć w łóżku, tak mu przykazywał ojciec, ale to byłoby gorsze od wszystkiego. Tak więc, jak tylko usłyszał zamykający szczęk przekręcanego klucza w drzwiach, zrywał się z łóżka i kuśtykał do okna, aby znaleźć się jak najszybciej na granicy dwóch światów oddzielonych szybą, gdzie można było obserwować ptaki i chmury nad stodołą, ujadającego Cygana i skrzeczącą gospodynię; topniejący śnieg i sople uwieszone szklanymi grotami u dachu – tu można było marzyć o letnich lotach wśród jaskółek lub o kąpieli w stawach i o tym, że świetnie pływa, nie pieskiem, a żabką, lepiej nawet od Ziutka, starszego od niego o trzy lata chłopca, mieszkającego w sąsiednim domu.

Piguś niestety nie umiał pływać. Kiedyś robił wszystko, aby posiąść tę sztukę, ale nie mógł, tonął jak kamień. Nic nie pomagało zagarnianie pod siebie wody zdrową ręką, kopanie nogami, wyciąganie szyi, aby utrzymać głowę na powierzchni – tonął i już. Wszystko przez tę przeklętą rękę! Prawa ręka Pigusia była sucha jak patyk, prawie pozbawiona mięśni i co najgorsze, nie mógł jej zginać w łokciu. Ubiegłej zimy zesztywniała w takim położeniu, w jakim opierał się nią o parapet – zgięta w łokciu, pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, kaleka, nieruchoma, brzydka, chuda. Był nawet w szpitalu, gdzie założyli mu gips i przez kilka tygodni chodził z tym ciężarem, podtrzymując go na temblaku. Nic to nie pomogło, gruźlica kości. Nie ma ratunku, cud, że choroba dalej nie poszła na całą rękę, bark i kręgosłup. Tak już musi być, pogodzić się z tym trzeba i tak do końca życia machać tą krzywą, niewydarzoną ręką... Chyba że... Chyba że... Tak, można złamać rękę w łokciu, będzie sztywna, jak przylepiona do korpusu, będzie mógł ją podnieść tylko prosto, jakby wskazywał daleki widnokrąg sękatym, suchym kosturem. Śmiano się: „Mógłby chodzić defiladowym krokiem i machać wiszącą ręką prościutko, nie zginając jej w łokciu, no bo jak?”.

Zostawili jednak. Łatwiej przy zgiętej w łokciu ręce rysować, jeść i opierać się o ten zimny parapet. Łatwiej nawet zagarniać wodę pod siebie, kiedy jest się w stawie wśród szuwarów. Momentami ta ręka go bolała, rwało coś w środku i ciągnęło pod szyję, aż to coś na plecy wyskakiwało i kłuło, darło, świdrowało przejmująco, wyciskając z oczu łzy. Szczególnie wieczorami, kiedy schodził z tego zydla przy oknie i kładł się spać. Leżał, wsłuchując się w swój ból, oczami błądząc po bladych refleksach świateł biegających po suficie i ścianach, szukając oparcia w kącie, skąd dobiegało go sapanie ojca. W takie wieczory nie mógł długo usnąć, musiał czekać, aż sen i zmęczenie pokonają ból. Najspokojniej było rano, kiedy rozgrzany patrzył, jak ojciec prychał wodą, myjąc twarz lub golił swoje zapadłe policzki, albo też kłócił się z gospodynią, zwykle o czynsz. Nie czuł wówczas bólu i było mu dobrze, w piecu palił się ogień, na blasze w garnku skwierczał pęczak, a w izbie rozchodził się zapach kapusty. Trwało to kilkanaście minut, potem ojciec wychodził, mówiąc: „Masz tu, tu, patrz, żebyś nie był głodny, chuderlaku... ”.

Piguś wiedział, że ojciec z tym „chuderlakiem” tylko tak żartuje, że go kocha, choć tego nie okazuje, że martwi się jego ręką i tym, że ta lewa noga, tak niechcąco, tak jakoś głupio wyszło... jest też kaleka, chora, przegnita do kości. Piguś nie mógł przez nią chodzić, skakał więc na jednej nodze lub podpierał się krzesłem i tak wędrował po pokoju. Codziennie ojciec przewijał mu bandaże, smarował jakimiś maściami trzy ogromne rany, obrzękłe, wypełnione ropą do białej kości, tworzące na boku łydki, tuż pod kolanem, czerwone pierścienie rozchodzące się na całe ciało bólem i niemocą. Patrzył na trzęsące się, chropowate, grube dłonie ojca i słuchał jego narzekań: „Nie dość, że kaleka na rękę, to jeszcze ta noga, końca nie widać, znikąd ratunku, przekleństwo jakieś, urok chyba rzuciła ta diablica...”.

Piguś domyślał się, że tą diablicą była gospodyni, u której mieszkali.

Tak więc chłopak był podwójnym kaleką: chorą miał rękę i kuśtykał na nogę.

Z nogą to było tak: Ojciec lubił hodować ptaki, szczególnie szczygły, które trzymał w klatce uwieszonej na haku w kącie izby, tuż nad drzwiami. Skacząc z patyczka na patyczek, ćwierkały cit-wit, cit-wit i w izbie robiło się od razu jakoś radośniej i cieplej. Minionego lata jednak posmutniały, nastroszały piórka i siedziały osowiałe w kąciku klatki tuż przy ścianie, nie jadły prawie wcale. Ojciec mówił, że chyba chorują, ale nie wiedział dlaczego. Piguś kochał te ptaki i martwił się ich stanem.

Jednego dnia, kiedy ojciec poszedł do krewnych na Podstawie, chłopiec postanowił ratować kolorowe ptaki, wyniósł klatkę na dwór i postawił na ławce pod stodołą I tu stało się to nieszczęście. Nie wiadomo dlaczego klatka spadła z ławki, może wiatr ją strącił, może postawił ją Piguś na nierówności, dość że spadła na ziemię i otworzyły się drzwiczki. Chłopiec wcale nie żałował tego. Patrzył za odlatującymi ptakami z iskrą szczęścia w oczach, gdyż tak naprawdę chciał, aby były wolne, latały z innymi ptakami, śpiewały, cieszyły się wiatrem i słońcem, polami ciągnącymi się het po wikliny, gdzie pełno było łopuchu, ostów i innych chwastów mających wspaniałe ziarna. Chciał też, aby wracały do niego i siadały na dłoni lub głowie, jak to czasem bywało w izbie, kiedy wypuścił je na chwilę z klatki. Ale ptaki już nie wróciły. Zaskoczone, zdziwione, chwilowo zdezorientowane, wahające się poderwały się i, robiąc koło nad stodołą, znikły w pobliskich krzakach. I tyle je widział. Chłopiec bał się ojca, zaszył się w stodole, czekał, patrzył na pustą klatkę i płakał, trochę ze strachu, więcej jednak z żalu za ptakami.

Kiedy ojciec go znalazł, Piguś spał, przytulając do siebie pustą klatkę. Można powiedzieć, że na widok pustej klatki ojciec się wściekł, może i dlatego, że był trochę podpity, porwał chłopca na ręce, podniósł wysoko ponad głowę i wyrzucił przez wrota stodoły na podwórko. Chłopiec oprzytomniał wówczas, kiedy trzy zęby wideł wbiły mu się w lewą nogę. Przeszywający ból, tryskająca krew i smród gnoju zmieszały się razem, tworząc konglomerat dziwny i wywołujący oszołomienie.

Zobaczył przerażone oczy ojca.

Krew i trzy pręty wbite w bok nogi.

Leżał w gnojówce.

Przyszpilony widłami nie mógł się ruszyć, tylko głowę zadarł wysoko i jęczał, jakby wołał na pomoc śmigające jaskółki albo chmury, aby go otuliły kłębiącą się na niebie watą i uśmierzyły ból.

– Cóżeś to zrobił, zgłupiałeś, stary capie! – dał się słyszeć skrzekliwy głos gospodyni Leszczyńskiej. Biegła od domu, podtrzymując jedną ze spódnic, których miała na sobie wiele, chyba sześć, jak kiedyś obliczył Piguś. Na ten krzyk ojciec oprzytomniał, nachylił się nad synem i jednym gwałtownym ruchem wyrwał widły z nogi.

– Aa... a... o... jak boli!

Piguś nie płakał, jęczał cicho, lewą ręką, tą zdrową, ściskał nogę w kostce, unosząc ją lekko i kwilił, syczał, wydawał jakieś niezrozumiałe głosy, prośby, błagania, żebrania. Czarny Cygan, czując coś nienaturalnego w dotychczasowym spokojnym zachowywaniu się ludzi, szczekał zaniepokojony, szarpiąc i brzęcząc łańcuchem.

– U... u... u...! – wtórował wyciem chłopcu.

Znachorka, do której zaniesiono chłopca, oblała rany jakimś płynem i posmarowała maścią, obwiązała i cmoknęła, szczerząc spróchniałe zęby:

– Nic mu nie będzie, do wesela się zagoi, ale go urządziliście! – po czym policzyła grosze i schowała pod spódnice.

Ojciec przez trzy dni chodził jak struty. Gotował ten swój pęczak, zalewał go tłuszczem ze stopionej słoniny i doglądał chorej nogi. Rany się jątrzyły, nie chciały się goić, wszystko wokół nich było spuchnięte, zapalne, czerwone. Jakieś ropne obrzęki czerniły się wokół ran.

– Kość nakłuta, ciało odbite od kości, gnój pod spodem, zatruta krew – mówiono i wspominano coś o gangrenie, że może i trzeba będzie nogę obciąć... Gangrena idzie, orzekano.

Chłopak cierpiał, nocami nie mógł spać, z każdego kąta patrzyły na niego zmory, szepcąc: „Obciąć nogę, oberżnąć, odgryźć, chlasnąć równo poniżej kolana... będzie skakał... He... he... Ale będzie hipkoł... chuderlak jeden... Niech zażre tego odciętego kulasa, szkoda pęczaku, niech żre obrzynek, pewnie się otruje tą zatrutą krwią...”.

Każde chrapnięcie ojca przypominało tarcie piły o kość nogi, więc kurczył się pod pierzyną, wołając stłumionym głosem:

– Nie dam, mamo, nie dam, chcę mieć nogę, to moja, nie dam. Jezu, Jezu, jak bardzo boli!

W drugim dniu po wypadku wystąpiła silna gorączka, to przez nią te zwidy i straszne obrazy, duszenie i obcinanie nogi. Rozlewała się po nim ta febra wciągająca go w przestrzeń pokrojoną na obszary rdzawe, aby za chwilę być w niebieskich, zielonych lub żółtych, jasnych, jak gdyby znalazł się w sercu parzącego słońca, w samym jego środku, oślepiającym do bólu. On wtedy był malutki niczym mrówka.

Po tygodniu gorączka ustąpiła, bóle zelżały, ale rany nie chciały się goić, jątrzyły się, ropiały, pękały, co się podgoiły, to znów wdawał się jakiś stan zapalny i pokazywały się obrzęki i ropa.

Ojciec zrobił mu szczudło. Podpierając się nim, mógł latem wychodzić na pole, daleko nie chodził: do Cygana i na ławkę przed domem, gdzie czasem słuchał opowieści o dalekich nieznanych stronach, kopalniach, które dają węgiel, a nawet o Hiszpanii, gdzie podobno pojechał młody Szewczyk, na wojnę pojechał, czego mu zresztą wielu zazdrościło. Brzęk szklanek z wódką harmonizował z brzękiem łańcucha Cygana. Piguś lubił takie dni, mógł siedzieć z kolegami ojca do późnej nocy. Spotkania kończyły się zwykle wrzaskiem Leszczyńskiej:

– Won, huncwoty, diabelskie nasienie, pijaki przeklęte, fora mi stąd, nieroby jedne. Wynocha. – Stawała w oknie jak biała czarownica, niczym duch, rozczochrana, z lagą w dłoni. – Nie dość, że czynszu regularnie nie płaci, to pijaków mi sprowadza pod dom, na gorzałę to ma... Wynoście się, bo Cygana spuszczę!

Niewiele sobie z tego robili, rechotali niczym te żaby z pobliskich stawów.

Tak, to były miłe, letnie wieczory.

Od czasu tego nieszczęśliwego wypadku ojciec stał się jakiś łagodniejszy, lepszy, staranniej gotował pęczak, zrobił mu nawet procę, z której Piguś strzelał do belek stodoły. Ale to było w lecie, teraz w zimie Piguś był zamykany w izbie, bo na chorego kulasa i krzywą rękę ciężko było cokolwiek włożyć, zwłaszcza pończochy nie chciały wchodzić, rozdrapywały rany i pokazywała się krew, ta zatruta.

Więc siedział w domu, przylepiony do okna i szyby i obserwował ten drugi świat, marząc o lotach wśród jaskółek, których teraz nie widział, jedząc pęczak z fasolą i kapustą z żeliwnego garnka, który szeptał głosem ojca:

– Masz tu, tu, patrz, patrz, żebyś nie był głodny, mamlasie, chuderlaku...

Czasami popadał w letargiczny sen i straszne pytania tworzył jego uśpiony umysł: „Czy obetną mi nogę, a może jednak złamią rękę?”.

Budził się wtedy zlany potem, drżący z przerażenia. To były najgorsze chwile spędzane w samotności.

Piguś z utęsknieniem czekał na wiosnę. Czekając, czasami płakał cicho, bezrozumnie.


PIERWSZE ZWYCIĘSTWO PIGUSIA

Słońce przygrzewało już mocno, ocierało się o belki stodoły i przechodziło z wolna na ławkę, na której siedział Piguś głaszczący Cygana. Pies uwolniony z łańcucha kładł głowę na kolanach chłopca i szczęśliwy patrzył brązowymi ślepiami na swojego przyjaciela. W pewnej chwili podniósł głowę, szczeknął i skierował wzrok na wrota ogrodzenia.

– Stój! – rozkazał chłopiec, przytrzymując psa za kark. Pies na chwilę przysiadł, aby po chwili znów się zerwać. „Ktoś idzie” – pomyślał Piguś i miał rację. Zza winkla wyłonił się wyższy i starszy o trzy lata chłopak i stanął przy bramie, bojąc się ją przekroczyć na widok groźnie warczącego kundla.

– Cześć, jest gospodyni?

– Jest w stajni. Cygan, leż spokojne!

– Mogę wejść, nie ugryzie?

– Jak się oswoi z tobą, to nie, zresztą nie wiem, jeszcze nikogo nie pogryzł... Wejdź! Przytrzymam go!

Ziutek (właściwie Józek) miał już dwanaście lat. Był chłopcem o jasnym, szczerym spojrzeniu, jego włosy kręciły się małymi kędziorami spływającymi na kark, uszy i czoło, długa szyja utrzymywała głowę z pewną elegancją, co zwracało na niego uwagę, ubranie, jak u wszystkich w tych okolicach, to były tylko krótkie portki i koszula. Poza tym chodził, jak wszyscy, boso.

– Dobra, się wi!

Pies rwał się do niego, ale lewa ręka Pigusia przydusiła go do ziemi i zmusiła do posłuszeństwa. Ziutek podszedł ostrożnie i wyciągnął dłoń do pyska Cygana.

– Dobry pies, Cygan... Cygan... No, spokojnie, piesku!

Nos zwierzęcia dotknął najpierw dłoni, potem obwąchał nogi i kraciaste portki przybyłego i po tej nieufnej prezentacji byli już dobrymi znajomymi, Cygan nawet dał się głaskać.

– Leszczyńska jest w stajni? Tata kupuje prosiaka, muszę jej to powiedzieć... Idę tam, zaraz wracam. Będę mógł posiedzieć z tobą?

– Pewnie! – skwapliwie powiedział Piguś.

Ziutek odszedł, a Cygan pobiegł za nim.

Zdrajca!

Piguś cieszył się, że Ziutek przyszedł, był to pierwszy chłopak od ubiegłego lata, z którym zamienił słowa. Przez całą zimę słyszał tylko głos ojca i krzyk gospodyni.

Upłynęło trochę czasu. Dwa wróble pobiły się o coś, pewnie o samicę siedzącą na płocie.

Ze stajni wyleciał Cygan, potem wyszła gospodyni, a za nią Ziutek.

Gospodyni postawiła puste wiadro koło drzwi domu.

– Siadnij se koło tego nieboraka, kuternogi, to dom wom kwaśnego mleka, świeżutkie, zimne z kamiennego garnka, z piwniczki, klapnij se... klapnij se, Ziutuś...! – powiedziała gospodyni.

Zdziwił się Piguś: „Cóż ona taka, cóż ona taka? Pewnie wszystko przez tego warchlaka, dobrze widać sprzedała”.

Ziutek usiadł na ławce, złapał Cygana za łeb i tarmosił.

– Dawno cię już nie widziałem, chyba od lata... gdzieżeś był? – zapytał Ziutek chłopca. Piguś stropił się. Nijak mu prawda przez gardło nie chciała przejść.

– E... tak tam... W domu... tak sobie, gdzieniegdzie...

– Szkoda, że zima się skończyła, lubię grać w hokeja na stawach... A ty? A prawda, nie możesz, co z tą nogą, ciągle cię boli, nie goi się? – Odgarnął kędziory włosów z czoła i spojrzał na bandaże.

– Jakoś nie... Może teraz z wiosną...

– Się wi, jest ciepło... Wiesz, że chłopaki już się kąpią w naszym stawie?

– Nie chodzę nad stawy... nie dojdę...

– E, zaś tam, Wituś, co byś tam nie doszedł... To przecież niedaleko...

Wituś? Wituś!? Gorąco przeleciało po ciele Pigusia, serce zakołatało nagle, mocniej, wyraziściej, w gardle poczuł ucisk niby kluchę, której nie mógł przełknąć.

– Wituś, Wituś, Wituś?

Tak, to jego imię! Dawno nikt tak do niego nie mówił. Ojciec: mamlasie, chuderlaku, gamoniu. Gospodyni: nieboraku, kuternogo, giździe zafajdany, niedojdo, a w najlepszym przypadku – bezosobowo: ty, tam! Inni: gówniarzu, gnojku, smarku czy śpiku.

Różnie.

A tu nagle Wituś! Jak to dziwnie zabrzmiało. Odwykł od swojego imienia.

– Piguś mnie przezywają. Pewnie z powodu tych piegów na twarzy... Kiedyś wołali na mnie Pieguś, ale się zmieniło...

– Wiem, ale to cię może obraża...?

– Nie, dobrze mi z tym... Możesz mi tak mówić.

– Jak, Wituś, chcesz... Mnie tam wszystko jedno...

W drzwiach ukazała się gospodyni z dwoma półlitrowymi garnczkami.

– Naści, Ziutuś, bier, dobre, zimne, świeże, a robi się gorąco, to i w gardle schnie... Wiosna ciepła, trza mi w pole iść... Wy se siedźcie... Tobie, kuternogo, też przyniosłam, masz! Tylko garnuszki odniesiesz do sieni. Fajnie?

Oddała garnuszki w ich wyciągnięte dłonie, uśmiechnęła się, pokazując krzywe, sczerniałe zęby, i poszła. Szła ciężko, szurając pogniecionymi butami, przygarbiona niczym stary spracowany chłop. Znikła za stodołą.

Mleko białe jak świeży śnieg. Małe grudki śmietany żółciły się miejscami, niczym płatki kaczeńców ułożone na śniegu. Cudownie zimne i pachnące, boski, odwieczny napój życia. Młode, jędrne, czerwone, spragnione usta przylgnęły do niego.

– Pycha!

– Uhm... no...

Wypili duszkiem i oblizali wargi.

– Pójdziesz ze mną nad staw? – zapytał Ziutek, odstawiając pusty garnuszek na parapet. Jego niebieskie oczy błyszczały z zadowolenia. Początkowo Piguś chciał zaproponować zjedzenie pęczaku, ale po tym kwaśnym mleku byłoby to głupie, a nawet bardzo. Pomyślał o tym pęczaku ze strachu przed odpowiedzią na to proste pytanie.

Nad staw? Co ten Ziutek takie głupoty wygaduje?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.