Cherem - Karolina Małecka - ebook
Wydawca: elitera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Cherem darmowy ebook

Karolina Małecka

4.66666666666667 (9)
0,00 zł
Do koszyka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cherem - Karolina Małecka

Cherem” to pełna ciepła, magiczna opowieść o Elpis – pół-Wampirzycy i pół-Elfie, która kiedyś była Człowiekiem, a jeszcze wcześniej kimś o wiele potężniejszym od największego z czarnoksiężników... To historia, która powstała z miłości Autorki do książek i do zwierząt.

 

Karolina Małecka pisze, by pomóc zwierzętom. Jej marzeniem jest stworzenie miejsca, do którego mogliby trafiać najstarsi lub nieuleczalnie chorzy rezydenci schronisk. Domowego hospicjum, gdzie w warunkach, często nigdy dotąd nie poznanych przez tych najbardziej skrzywdzonych, można będzie w spokoju i bez strachu spędzić ostatnie miesiące, dni, a czasem lata życia, by gdy przyjdzie czas, godnie umrzeć. Na czystym posłaniu, w cieple, będąc przez kogoś kochanym.

Autorka zrzeka się jakichkolwiek korzyści majątkowych ze sprzedaży tego e-booka i zwraca do Czytelników:

„Jeśli dostrzeżesz w tym, co stworzyłam, wartość; jeśli chcesz i jesteś w stanie; proszę, wspomóż dowolną kwotą konto stworzonej przez wolontariuszy organizacji Pies na Zakręcie.”

Opinie o ebooku Cherem - Karolina Małecka

Cytaty z ebooka Cherem - Karolina Małecka

Lucyfer był szaleńcem, żyjącym złudzeniami paranoikiem, któremu nie podobała się doskonałość. Zapragnął dla aniołów uczuć, głównie miłości, ale nie wiedział, że ona zawsze niesie ze sobą nienawiść i  zniszczenie. Biedny, głupi, żyjący wśród urojeń szaleniec, który bardzo się pomylił.
się na nie. Oto nadchodzi czas, kiedy można będzie przestać żałować za grzechy. Niech się stanie... **** W iatr z  każdą chwilą wzmagał się, szarpiąc konarami wiekowych świerków i  modrzewi, strząsając coraz to nowe czapy śniegu z  ich udręczonych wierzchołków. Ogromne gałęzie jęczały w  proteście, co jakiś czas rozlegał się trzask odłamywanej kończyny drzewa, z  rzadka powietrze przeszywał stłumiony grzmot, niczym daleki odgłos umierającej burzy, kiedy wiekowy pień nie wytrzymywał naporu rozszalałego żywiołu. To pękało serce drzewa. Pośród śnieżnej zamieci, przyczajony zaraz na granicy ogromnej
Bo należysz do mnie, tak jak ja należę do ciebie, bo jesteś moja, moja na zawsze i  nikt i  nic tego nie zmieni. Wstań więc i  chodź ze mną tam, gdzie twoje miejsce, tam, gdzie zawsze byłaś i  na zawsze powinnaś pozostać.
–  De profundis clamavi, ad te Domine... Domine exaudi vocem meam. Fiant aures tuae intendentes in vocem deprecationis meae. Si iniquitates observaveris Domine, Domine, quis sustinebit...?
Bo należysz do mnie, tak jak ja należę do ciebie, bo jesteś moja, moja na zawsze i  nikt i  nic tego nie zmieni. Wstań więc i  chodź ze mną tam, gdzie twoje miejsce, tam, gdzie zawsze byłaś i  na zawsze powinnaś pozostać.
Bo należysz do mnie, tak jak ja należę do ciebie, bo jesteś moja, moja na zawsze i  nikt i  nic tego nie zmieni. Wstań więc i  chodź ze mną tam, gdzie twoje miejsce, tam, gdzie zawsze byłaś i  na zawsze powinnaś pozostać.
Wyciągasz dziwne wnioski. Przestań gadać. Przestań wnioskować. Kochaj mnie. Kochaj mnie tak, jakby jutro miało nigdy nie nadejść, jakby to był jedyny sposób na pokonanie śmierci. Milcz i  chodź tu.
Z  szaleństwa uczyniła swoją siłę, z  nienawiści tarczę, a  z  miłości marzenie, które nigdy tak naprawdę nie mogło się ziścić. Bo co może wiedzieć o  miłości ktoś, kogo obrabowano z  tego, co było w  nim doskonałe?
Podaruj jej gwiazdy z  nieba, rozściel u  jej stóp kobierzec z  gwiazd i  nie rozpaczaj po elfiemu, jeśli ona te gwiazdy dla kaprysu podepcze. Pozwól jej co wieczór kąpać się we krwi, jeśli tego potrzebuje i  rzuć się dla niej w  ciemność, nie pytając, jak głęboka jest przepaść i  czy w  ogóle istnieje jakiekolwiek dno. Biegnij. Prosto na fladry.
„A  są rzeczy, których nie sposób zdobyć nawet magią. I  są dary, których nie można przyjąć, jeśli nie jest się w  stanie odwzajemnić ich... czymś równie cennym. W  przeciwnym razie taki dar przecieknie przez palce. Stopi się niczym okruch lodu zaciśnięty w  dłoni.” Andrzej Sapkowski
„Posłuchaj. Możesz być wszystkim, czym zechcesz być. Uważaj. To jest zaklęcie. To jest magia. Wsłuchaj się w  te słowa. Możesz być wszystkim, możesz zrobić wszystko, możesz być wszystkim, możesz zrobić wszystko. Posłuchaj zaklęcia.” Melvin Burgess
Chere m – hebrajskie „klątwa”, „odłączenie”. Rzeczownik hebrajski o  następujących znaczeniach: 1) osoba lub rzecz ślubowana Bogu, albo świątynia oddana na zawsze na użytek sakralny; 2) osoba lub rzecz przeznaczona przez Boga na zagładę; 3) sam akt przeznaczający kogoś na zagładę, dokonany jako ślub.
Magia nie jest zła. Nie jest też dobra. To wielka, potężna moc a  jej oblicze uzależnione jest od siły i  czystości serca osoby, która jest jej powiernikiem. Potrafi niszczyć i  budować, dawać i  odbierać życie, ale ta moc jest w  twoich rękach. Boisz się, że nie sprostasz, że nie udźwigniesz jej ciężaru, że zniszczy cię i  pokona, ale ona nie chce cię zniszczyć. Nic od ciebie nie chce. Jest darem ofiarowanym bezinteresownie i  na zawsze, twoim dzieckiem, które musisz oswoić i  wychować, jego ostateczny, dojrzały kształt zależy od ciebie. Porzuć więc lęk przed samym sobą i  nienawiść do samego siebie, bo nie jesteś zły, a  od teraz nie jesteś też sam.
Lucyfer był szaleńcem, żyjącym złudzeniami paranoikiem, któremu nie podobała się doskonałość. Zapragnął dla aniołów uczuć, głównie miłości, ale nie wiedział, że ona zawsze niesie ze sobą nienawiść i  zniszczenie. Biedny, głupi, żyjący wśród urojeń szaleniec, który bardzo się pomylił.
„Posłuchaj. Możesz być wszystkim, czym zechcesz być. Uważaj. To jest zaklęcie. To jest magia. Wsłuchaj się w  te słowa. Możesz być wszystkim, możesz zrobić wszystko, możesz być wszystkim, możesz zrobić wszystko. Posłuchaj zaklęcia.” Melvin Burgess
Pod wpływem gwałtownego szarpnięcia spadł kaptur, otulający do tej pory szczelnie głowę wędrowca. Z  pod niego rozsypały się kaskadą kruczoczarne włosy, opadając niczym nieskrępowany wodospad aż do końca pleców Elfa, otulając go jakby nowym, połyskującym płaszczem. Szarpane delikatnymi powiewami wiatru włosy odsłoniły na moment charakterystyczne, lekko spiczaste elfie ucho. Odsłonięta była teraz też twarz nieznajomego, twarz o  delikatnych rysach, łagodnie zaznaczonych kościach policzkowych, niewielkich ustach i  dużych jakby dla kontrastu, zielonych oczach. Tym samym jasny stał się jeszcze jeden istotny szczegół – samotny jeździec był kobietą. Elfią czarodziejką, która, nie wiedzieć czemu, zapuściła się w  tę groźną nawet dla silnych, potężnych mężczyzn krainę.
Lucyfer był szaleńcem, żyjącym złudzeniami paranoikiem, któremu nie podobała się doskonałość. Zapragnął dla aniołów uczuć, głównie miłości, ale nie wiedział, że ona zawsze niesie ze sobą nienawiść i  zniszczenie.
Ojcze nasz, który jesteś na niebie, niech się święci imię Twoje. Niech przyjdzie królestwo Twoje; niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak i  w  niebie. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj; i  przebacz nam nasze winy; jak i  my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili; i  nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego...
Jeśli masz problem, rozwiąż go. Podaruj jej gwiazdy z  nieba, rozściel u  jej stóp kobierzec z  gwiazd i  nie rozpaczaj po elfiemu, jeśli ona te gwiazdy dla kaprysu podepcze. Pozwól jej co wieczór kąpać się we krwi, jeśli tego potrzebuje i  rzuć się dla niej w  ciemność, nie pytając, jak głęboka jest przepaść i  czy w  ogóle istnieje jakiekolwiek dno. Biegnij. Prosto na fladry.

Fragment ebooka Cherem - Karolina Małecka

Karolina Małecka
CHEREM
Spis treści
Karta redakcyjna
Wstęp
Psy
Dedykacja
CZĘŚĆ PIERWSZA. ELPIS
Leviathan
Czterej jeźdźcy
Niespodziewane odkrycie
Narodziny więzi
Wspomnienia wizja raju
Astaroth
Powietrze, ogień, woda
Droga do klasztoru
Trzeci anioł
Moc świętych płomieni
Komplikacje
Ta, która nie ma nad sobą pana
ogień na śmierć
CZĘŚĆ DRUGA. PISTIS
Król Olch królowa Upiorów
Nisa
Ciemność jest nie tylko brakiem światła
Czarny Księżyc
Requiem dla martwych Elfów
Bóg Bez Twarzy
Czarne Słońce
Motyl na dłoni
Ten, który nie upadł
De profundis clamavi…
Córka zdrajcy
Szał
Cherem
Od autorki
Dziękuję
© Copyright by Karolina Małecka, 2014
ISBN 978-83-919078-5-6
eLitera s.c.
e-mail: kontakt@elitera

„Posłuchaj. Możesz być wszystkim, czym zechcesz być. Uważaj. To jest zaklęcie. To jest magia. Wsłuchaj się te słowa. Możesz być wszystkim, możesz zrobić wszystko, możesz być wszystkim, możesz zrobić wszystko. Posłuchaj zaklęcia.”

Melvin Burgess

Co Ty na to? Piękne słowa, prawda? przerażające. Bo chwili, kiedy nie uwierzysz, tracisz prawo do zrzucania winy na innych. Niesprzyjające okoliczności, ślepy los, przypadek, Bóg, nieszczęśliwa miłość czy trudne dzieciństwo wszelkie przeszkody, stojące pomiędzy Tobą, celem, jaki sobie życiu postawisz przestają istnieć. Zostajesz tylko Ty punkt, do którego dążysz. Bardziej lub mniej od Ciebie oddalony, jakiegoś powodu nadal nieosiągalny. Przecież możesz wszystko, więc jak dlaczego wciąż niezdobyty?

Mam życiu dwie miłości.

Książki.

Mogłabym opowiadać nich godzinami. Niemal zawsze połączeniu muzyką, która, moim zdaniem, najlepiej oddaje ich klimat. Wielokrotnie zdarzyło mi się zarywać noce, bo nie potrafiłam oderwać się od przygód bohaterów moich ukochanych dzieł. Czytanie, ale też pisanie. Do szuflady pisałam od zawsze. Jakiś czas temu postanowiłam odkurzyć historię, która jest adaptacją pomysłu sprzed dziesięciu lat. zamyśle miała być krótką nowelką, ale rozrosła się mojej głowie, przewyższając najśmielsze oczekiwania. Postanowiłam też przekazać ręce każdego, kto zechce się nią zapoznać, pełni zdając sobie sprawę tego, że wielu moja wizja może oburzyć.

Zwierzęta, głównie psy.

Druga miłość, wcale nie mniej licząca się od pierwszej. Moim marzeniem jest stworzenie miejsca, do którego mogliby trafiać najstarsi lub nieuleczalnie chorzy rezydenci schronisk. Domowego hospicjum, gdzie warunkach, często nigdy dotąd nie poznanych przez tych najbardziej skrzywdzonych, można będzie spokoju bez strachu spędzić ostatnie miesiące, dni, czasem lata życia, by gdy przyjdzie czas, godnie umrzeć. Na czystym posłaniu, cieple, będąc przez kogoś kochanym. Wierzę, że mi się uda że pisanie pomoże mi zrealizować te marzenie. Przecież mogę być wszystkim mogę zrobić wszystko.

tej chwili nie jestem jeszcze stanie otoczyć realną opieką zbyt wielu czworonogów. Mieszkam Holandii, podróże pomiędzy Polską moim obecnym domem ograniczają mnie dość mocno, praca, której spędzam niemal dziesięć godzin dziennie, zmusza do trzeźwej oceny tego, jak wiele (a raczej niewiele) czasu zostaje mi wieczorami potrzeby ilu stworzeń jestem stanie zadbać. Mam zaszczyt być opiekunką dwóch cudownych suczek fantastycznego kocura.

Połączenie tych dwóch miłości wyznaczyło taką nie inną drogę mojej pierwszej książce. Nie będę szukała wydawcy nie będę próbowała na niej zarobić. Jako autorka „Cherem” zrzekam się jakichkolwiek korzyści majątkowych za sprzedaż czy innego rodzaju rozpowszechnianie mojej historii. Książka będzie dostępna wersji elektronicznej, każdy kto zechce, może pobrać całości za darmo, by zapoznać się losami Elpis będącej połowie Wampirzycą połowie Elfką nieśmiertelnej istoty, która kiedyś była Człowiekiem, jeszcze wcześniej kimś wiele potężniejszym od największego czarnoksiężników.

tym miejscu chciałabym skierować ogromną prośbę do Ciebie człowieka, który czyta te słowa. Zaklęcie działa także Twoim przypadku. Ty także możesz być wszystkim możesz dokonać, czego tylko zechcesz. Jeśli dostrzeżesz tym, co stworzyłam, wartość; jeśli chcesz jesteś stanie; proszę, wspomóż dowolną kwotą konto stworzonej przez wolontariuszy organizacji Pies na Zakręcie. To jedyna zapłata, jaką proszę za moja pracę nad historią, która oddaję Twoje ręce.

Dlaczego właśnie Pies na Zakręcie? Współpracuję nimi od około dwóch lat, na razie tylko na odległość głównie ogłaszając potrzebujące nowego domu psiaki koty Internecie, czasem coś pisząc. Osobiście poznałam dwie dziewcząt, rozmawiałam (telefonicznie, mailowo) kilkoma. Mimo niewielką organizacją, dawno już zyskali mój głęboki podziw uznanie. Wiem, że wszelkie ofiarowane im środki, wykorzystają na pomoc najbardziej potrzebującym zwierzętom. Więcej tym, czym jest Pies na Zakręcie możesz przeczytać na końcu książki.

Poznaj nas pomóż, wspierając dowolna darowizną na konto:

„PIES NA ZAKRĘCIE”
Skrzydło FUNDACJI AZYLU POD PSIM ANIOŁEM
ul. Kosodrzewiny 7/9
04–979 Warszawa
30 1020 1042 0000 8702 0253 5086

dla przelewów zagranicznych:
Kod BIC (Swift): BPKOPLPW
IBAN: PL30 1020 1042 0000 8702 0253 5086
dopiskiem "Cherem”

Serdecznie dziękuję za wszelkie wsparcie!

nigdy nie zapomnij: możesz zrobić wszystko, możesz być wszystkim...

Mrozia (czarna) i Yodka (biała) dawniej podopieczne Psa na Zakręcie, trafiły do wspólnego domu jednej wolontariuszek. Dziewczyny energia wprost rozpiera, czasem zdarzało im się zgodnie własnym widzimisię zmieniać nieco wystrój mieszkania opiekunki:) Na zdjęciu moment wytchnienia podczas spaceru. (fot. Paulina Kurek)

Pistis, kocurek początkowo miał być po wykastrowaniu wypuszczony na wolność, ale domniemany dzikusek zrobił nam wspaniałą niespodziankę, okazując się niezwykle przyjaznym spragnionym kontaktu człowiekiem pieszczochem. Znalazł kochający domek. (fot. Monika Wilk)

Kasia psy: Jedna wolontariuszek Psa na Zakręcie, otoczona przez byłych już podopiecznych. Niektóre tych psiaków czekały bardzo długo, obecnie wszystkie szczęśliwe nowych domach. (fot. Mikołaj Tym)

Baks, piękny pies, który mimo życia na łańcuchu nie stracił wiary człowieka. Baks nadal czeka na kogoś, kto wypatrzy go spośród innych zabierze do siebie, by już nigdy nie opuścić. (fot. Katarzyna Kulka)

Stivie niewidomy psiak, który udowadnia, że zwierzęta, nie mogąc polegać na wzroku, doskonale radzą sobie, wykorzystując inne zmysły. Na zdjęciu objęciach Pani weterynarz, prowadzącej hotelik dla psów, miejsce, gdzie na drugie życie czekało wiele ,,zakrętowych" bezdomniaków. (fot. Aleksandra Sepelowska)

Mrozia już nie jest bez domku. Teraz grzeje łóżko dla swojej opiekunki, czekając na jej powrót zabawę. (fot. Paulina Kurek)

Skrzaciki: Maluchy pojawiają się co roku. Zawsze powtarza się ta sama historia przez nikogo nie kochane, bezdomne suczki, rodzą nowe pokolenie niechcianych szczeniąt... Udaje się pomóc niewielu nich, większość umiera od chorób, ginie pod kołami samochodów czy ręki człowieka. Te, które przeżyją, często czeka ponura schroniskowa rzeczywistość. (fot. Katarzyna Kulka)

Cherem hebrajskie „klątwa”, „odłączenie”. Rzeczownik hebrajski następujących znaczeniach: 1) osoba lub rzecz ślubowana Bogu, albo świątynia oddana na zawsze na użytek sakralny; 2) osoba lub rzecz przeznaczona przez Boga na zagładę; 3) sam akt przeznaczający kogoś na zagładę, dokonany jako ślub.

Babci Dziadkowi,
którzy jako jedyni mojej rodziny
przedostali się przez zawiłe meandry tej historii
od początku do końca.

Część pierwsza

Elpis

Magia nie jest zła. Nie jest też dobra. To wielka, potężna moc jej oblicze uzależnione jest od siły czystości serca osoby, która jest jej powiernikiem. Potrafi niszczyć budować, dawać odbierać życie, ale ta moc jest twoich rękach. Boisz się, że nie sprostasz, że nie udźwigniesz jej ciężaru, że zniszczy cię pokona, ale ona nie chce cię zniszczyć. Nic od ciebie nie chce. Jest darem ofiarowanym bezinteresownie na zawsze, twoim dzieckiem, które musisz oswoić wychować, jego ostateczny, dojrzały kształt zależy od ciebie. Porzuć więc lęk przed samym sobą nienawiść do samego siebie, bo nie jesteś zły, od teraz nie jesteś też sam.

Rozdział 1

Leviathan

W ukrytej przed każdym przedstawicielem każdego pradawnych czerech plemion grocie Leviathan przebudził się ze snu. Jeździec nadchodził, wiedział to. Mówił mu tym szum kropel, skapujących kamiennych ścian jego tysiącletniego więzienia. Każda kropla osobna wszystkie razem śpiewały dla niego prawie już zapomnianą pieśń, starszą od początków świata legendę nieśmiertelnej istocie, która nie wywodząc się żadnego czterech plemion, łączyć sobie będzie cechy ich wszystkich. Legendę Pierwszym Ostatnim wojowniku, jedynym, który miał moc ich poprowadzić ku nieuniknionemu przeznaczeniu. Obiecany im wybawiciel każdą chwilą znajdował się bliżej bliżej, wysyłając sygnały do smoczego serca, budząc je napełniając pragnieniem działania. Kamienne ściany jaskini zadrżały niecierpliwie, poruszane pierwszym od czasu rozpoczęcia pokuty oddechem bestii.

Dawno temu podjęliśmy decyzję, nie znając jej konsekwencji, jednak godząc się na nie. Oto nadchodzi czas, kiedy można będzie przestać żałować za grzechy.

Niech się stanie...

****

Wiatr każdą chwilą wzmagał się, szarpiąc konarami wiekowych świerków modrzewi, strząsając coraz to nowe czapy śniegu ich udręczonych wierzchołków. Ogromne gałęzie jęczały proteście, co jakiś czas rozlegał się trzask odłamywanej kończyny drzewa, rzadka powietrze przeszywał stłumiony grzmot, niczym daleki odgłos umierającej burzy, kiedy wiekowy pień nie wytrzymywał naporu rozszalałego żywiołu. To pękało serce drzewa.

Pośród śnieżnej zamieci, przyczajony zaraz na granicy ogromnej równiny lasu, rozpościerał się stary, pewnością bardzo stary świerk. Na jego korze czas wyżłobił już wiele bruzd, potężne konary rozrosły się poskręcały pod całkiem nieprawdopodobnymi kątami, tworząc fantazyjną koronę, która, jako jedyna otaczających koron drzew, zachowała wszystkie igły. To nie ono polegnie tej zamieci, nie ono runie podczas wielu, które nadejdą. Mimo, że inne drzewa rozpaczliwie opierały się sile wiatru, bijąc powietrze na oślep milionem długich delikatnych palców, gałęzie świerku zaledwie drgały łagodnie. Drzewo duszą Elfa...

Kiedy Elf umiera, jeśli tylko nie jest to śmierć gwałtowna nagła, doskonale wie, że oto zbliża się jego czas. Wybiera więc drzewo. Jeśli ostatnich chwilach swojego ziemskiego życia dotknie jego kory, nieśmiertelna dusza przenika właśnie do drzewa, łączy się sokami odżywiającymi każdą jego komórkę, wnika do serca potężnego dębu, delikatnej brzozy czy kruchej olszyny. Tak wzmocnionemu drzewu wichura nie jest już straszna.

Niewielu tym pamięta. Czas, kiedy Elfów było niemalże tylu, co Ludzi, to już historia. Mało było więc osób, które na widok potężnego świerku przystanęłyby pomyślały choć chwilę nieznajomej lub nieznajomym, który właśnie tu przeszedł na drugą stronę. Niewielu więc zatrzymałoby się, by oddać cichy hołd istocie, która podarowała drzewu dziesięciokrotną długość życia, jaka zazwyczaj jest udziałem drzewa. Wielu po prostu otuliłoby się ciaśniej płaszczem, obrało świerk jako doskonały punkt orientacyjny tej zapomnianej przez Boga krainie ruszyło dalej, chroniąc się za wszelką cenę przed sennością zamarznięciem.

Ale nie wędrowiec, który dziś właśnie znalazł się na tej Ziemi Niczyjej. Zatrzymał konia nie zsiadając jego grzbietu, wpatrywał się pobrużdżoną korę. Jeździec był Elfem, wskazywał na to brak jakiejkolwiek uprzęży. Siedział na oklep na czarnym rumaku białą strzałką na czole. Nie posiadał siodła, nie posiadał też żadnych toreb czy sakiewek do siodła przytroczonych, miał tylko konia podróżny płaszcz.

Ręką wyjątkowo długich cienkich palcach gładził szyję konia, druga ręka skryta była pod szarym płaszczem. Było nim coś niepokojącego. Postronny obserwator byłby zaskoczony nienaturalnym opanowaniem nieznajomego mała, szara figurka na tle szalejącej wichury, postać nie wyglądająca wcale na zbyt usilnie unikającą zamarznięcia podczas niepotrzebnego zupełnie postoju. Jeszcze bardziej zaskoczyło by go to, że postać ta tkwiła jakby oku cyklonu, delikatnej bańce, środku której panował spokój. Płatki śniegu, docierając do granic tej bańki, kończyły swój szalony taniec, by delikatnie opaść na płaszczu wędrowca lub na ciele jego konia, tylko po to, by natychmiast zniknąć, nie pozostawiając na nich białego osadu. To świadczyło czymś ważnym, tym, że nieznajomy był czarodziejem to potężnym, władającym żywiołem wiatru. Może nawet on sam rozpętał piekło burzy po to, aby ukryła jego kroki uczyniła niewidzialnym dla kogoś, kto mógłby iść jego tropem odgadnąć kierunek wędrówki.

Nie wiadomo jednak, czy postronny obserwator zdążyłby wysnuć te wszystkie wnioski. Możliwe, że już dawno leżałby śniegu, pustymi oczodołami, otwartymi już na zawsze już nigdy nie mającymi zobaczyć nic prócz ciemności tego, co zamieszkiwało; sercem, które nigdy nie miało się zatrzymać już nigdy nie miało zacząć bić. Nawet gdyby ktoś go odnalazł, po wielu dniach, miesiącach może latach, nie potrafił by mu już pomóc, chociaż człowiek ten nie byłby martwy. Nawet mróz wieloletni głód nie potrafiłyby go zabić, tak samo jak nic nie potrafiłoby przywrócić go do życia.

Bo wędrowiec nie był sam. Daleko tyłu, utrzymywane tam potęgą jego magii, kłębiły się pełzły Cienie. Cienie bez ciał, które mogłyby je rzucać, ale za to tysiącem oczu, które nigdy nie przestawały patrzeć. Pokraczne dzieci Lilith, karmiące się przerażeniem obłędem, potrafiące obłęd sprowadzić, kiedyś potrafiące opętać każdego, kto zapuścił się na ich terytorium, teraz już nie tak silne, od kiedy wypełzły mroków Gehenny Doliny Jęku ruszyły pościg, ale nadal potrafiące wywołać szaleństwo.

Koń Elfa wyczuwał je. Zarżał niespokojnie potrząsnął łbem, zaraz potem zrobił kilka nerwowych kroków do tyłu. Dłoń, gładząca jego szyję, zatrzymała się pół ruchu, przekazując za pośrednictwem dotyku odżywcze ciepło część magii, chroniącą przed demonami Gehenny, ale to nie wystarczyło. Wierzchowiec, urodzony wychowany wśród Elfów, który nigdy jeszcze, do tej pory nie spotkał przed sobą Ciemności, był przerażony. Drżał na całym ciele, nerwowo przestępował nogi na nogę szeroko otwartymi, wielkimi oczyma wpatrywał się miejsce, którego pochodziło to obezwładniające uczucie. Cienie, świadome zbliżającego się zwycięstwa, jeszcze raz przypuściły atak. Koń wspiął się na tylne kopyta, przednimi bijąc na oślep to bezcielesne coś, co sprawiało, że czuł obezwładniający strach. Jeździec zareagował błyskawicznie, synchronizując ruchy swojego ciała ruchami zwierzęcia, unikając upadku utraty wierzchowca.

Pod wpływem gwałtownego szarpnięcia spadł kaptur, otulający do tej pory szczelnie głowę wędrowca. pod niego rozsypały się kaskadą kruczoczarne włosy, opadając niczym nieskrępowany wodospad do końca pleców Elfa, otulając go jakby nowym, połyskującym płaszczem. Szarpane delikatnymi powiewami wiatru włosy odsłoniły na moment charakterystyczne, lekko spiczaste elfie ucho. Odsłonięta była teraz też twarz nieznajomego, twarz delikatnych rysach, łagodnie zaznaczonych kościach policzkowych, niewielkich ustach dużych jakby dla kontrastu, zielonych oczach. Tym samym jasny stał się jeszcze jeden istotny szczegół samotny jeździec był kobietą. Elfią czarodziejką, która, nie wiedzieć czemu, zapuściła się groźną nawet dla silnych, potężnych mężczyzn krainę.

Dziewczyna była młoda, nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia kilka lat, chociaż Elfów sam wygląd bywał często niezwykle mylący, jeśli chodzi określenie ich wieku. Nieznajoma poklepała uspokajająco szyję konia przemówiła do niego dźwięcznym językiem jej plemienia. Wiatr zagłuszył słowa, ale nie zatarł ich kojącego uspokajającego znaczenia. Na chwilę przyniosło to skutek.

Dziś czarne, bezcielesne Cienie podeszły bliżej niż wczoraj, bliżej niż kiedykolwiek, doskonale zdawała sobie tego sprawę. każdym dniem były bliżej. Wiedziała, że nie stanie jej dosięgnąć, choć czasem słyszała ich głosy, przeraźliwe sylaby układające się puste słowa, wypowiadane ustami, których nie było może właśnie dlatego, że istoty, które te słowa do niej kierowały, nie żyły tak naprawdę, echo ich głosów rozbrzmiewało niczym krzyk jej głowie. Teraz też, zwracając na nie uwagę powodu zachowania konia, dopuściła je do głosu, niemalże wychwytując sens słów. Przymknęła oczy, starając się je odpędzić. Była zmęczona. Od wielu już długich dni znajdowała się drodze, każdym kolejnym dniem zapuszczając się coraz bardziej nieprzyjazną okolicę. Nie spała od czterech kolejnych wschodów zachodów słońca, to było wiele, nawet jak na Elfa.

Była potężna, ale podążające jej śladem upiory skutecznie osłabiały siłę jej magii. Dużą rolę odgrywało też to, że nie mogła chronić siebie stopniu, jakim tego potrzebowała. Dużą część mocy musiała przeznaczyć na osłonięcie konia, którego utrata kosztowałaby wiele, ale głównie chodziło coś innego. Przede wszystkim musiała chronić skarbu, który skrywała pod płaszczem, tego, który stanowił sens cel całej wyprawy, choć ona jeszcze tego celu sensu nie poznała. Wkrótce miało się to jednak zmienić. Była już prawie na miejscu. Jeszcze jedna doba szalonych wysiłków będzie mogła odpocząć, przynajmniej przez kilka godzin. Organizm Elfa regenerował się wiele szybciej niż wiele od niego słabszy ludzki, więc to by wystarczyło.

Nagle poczuła, że musi na niego spojrzeć, chociaż przez chwilę, że oszaleje, jeśli nie spojrzy. Pragnienie było tak przemożone, że niechętnie mu uległa. Nie lubiła tej nowej siebie, tej której nie było jeszcze klika dni temu, tej która martwiła się wiele bardziej, niż należało wszystko to, czy zaklęcie, którym go ogrzewa, jest wystarczająco silne, czy koń kłusie nie jest dla niego zbyt szybki niebezpieczny, oraz czy na pewno nie nadszedł jeszcze czas, kiedy trzeba się zatrzymać poczekać na Szarą Wilczycę, jak codziennie rano wieczorem od ostatnich czterech dni. Uśmiechnęła się goryczą. Cztery dni... Dokładny czas, od kiedy nie zmrużyła oka, bo jej życie zostało wywrócone do góry nogami tylko dlatego, że Kain był przekonany, że właśnie ona potrafi dokonać tego, co musiało być zrobione. Czy Kain zawsze miał dla niej cholernie trudne misje dlatego, że tak bardzo, ślepo wręcz nią wierzył, czy może dlatego, że jej nienawidził?

Delikatnie odsłoniła poły płaszcza, ukazując ukryte pod nim zawiniątko. Niemowlę spało spokojnie, nieświadome burzy, nieświadome jej zmęczenia ścigających je Cieni, nie mając pojęcia nawet tym, że oto cztery dni temu uniknęło śmierci na ołtarzu wyznawców Lucyfera, ocalone przez elfią czarodziejkę, na polecenie Kaina. Bezmyślne, małe tak szalenie delikatne, że sama myśl uczynieniu mu jakiejkolwiek krzywdy napawała odrazą. Ludzkie dziecko Elfka nie miała pojęcia, dlaczego wyznawcy szatana mieliby pragnąć je zgładzić, nie wiedziała też, po co pożądał go Kain, ani dlaczego mały chłopiec wyzwalał niej tyle nowych, zupełnie jej dotąd obcych uczuć. Wiedziała jedno musiała go chronić zrobi to, nawet jeśli ceną ma być śmierć jej każdego, kto stanie jej na drodze.

właśnie, że będzie inaczej. Doskonale zdajesz sobie sprawę tego, że twoja moc jest wielka, ale nie niewyczerpana. Ciemność cię pochłonie. Szaleństwo podpełza powoli, ale nieubłaganie. Nigdy nie przyspieszy nic go nie zatrzyma. Oddasz go nam, my rozszarpiemy jego ciało, wypijemy krew zawładniemy duszą, wtedy wszystko się skończy. To nie potrwa długo, dla ciebie Ostatnia, przeklęta przez Bogów, zawieszona między czterema światami Ludzi, Elfów, Wampirów Wilków nie należąca do żadnego nich, to będzie jak wybawienie. Oddasz go nam, Przeklęta...

Dość! Precz!

Elfka potrząsnęła głową zamrugała powiekami, jakby przebudziła się ze snu. Szybko ukryła dziecko pod podróżnym płaszczem zwróciła się stronę przyzywających głosów. Znów to zrobiła. Dopuściła Cienie zbyt blisko.

Przecież tego chcesz zdajesz sobie sprawę, że to właśnie tak musi się skończyć. Sama przyniesiesz nam dziecko. Sama sprawisz, że jego oddech zamilknie, serce się zatrzyma. Równie dobrze możesz zrobić to teraz, nie szarp się nami, bo to nic nie da, to już zostało postanowione, nie zmienisz tego, nie potrafisz, wcale nie chcesz...

Precz!!!

Wiedziała, że najlepszym jedynym tej chwili rozwiązaniem było ruszyć drogę zmusić bezcielesne upiory, które dręczyły, do mozolnego pełznięcia za nią, skupić się na drodze, odciąć od szeptów jej głowie, zmusić je, by zamilkły. Cień nie potrafił jej dotknąć. Jeszcze nie...

Spróbowała podjąć wędrówkę. Koń potykał się śniegu trudem udało jej się zapanować nad jego przerażeniem, zmusić go do spokojnego kroku nie podejmowania galopu, do którego się rwał, który tych warunkach skończyłby się pewnie złamaniem jednej ukrytych pod białym puchem zdradliwych dziur. Jej wysiłki nie przyniosły jednak żadnych rezultatów. Wierzchowiec był zbyt przerażony, Cienie zbyt się do nich zbliżyły. Jeśli chciała wygrać jeszcze jedną dobę podróży, musiała je zatrzymać, oddalić się od nich, uzyskać przewagę. Wiedziała, jaka będzie cena, wiedziała też, że musi to zrobić niezależnie od niej, bo inaczej wszystko zakończy się tu teraz, bo jeśli zwierze, które niesie, oszaleje, on będzie skazany na zagładę. Westchnęła, jak przed skokiem na głęboką wodę. Była zmęczona...

Gwałtownym szarpnięciem zmusiła konia do zwrotu sto osiemdziesiąt stopni znalazła się twarzą twarz gęstniejącą Ciemnością. Cenie zakotłowały się zamarły oczekiwaniu, wiedziała to, choć nie potrafiła ich zobaczyć. Jej rumak przerażającym świstem wciągnął chrapy powietrze wlepił Ciemność straszne, szalone białka oczu. Dziewczyna przestała podtrzymywać dziecko pozwoliła, by przed upadkiem chroniła je tylko chusta, dokładnie owinięta wokół jej ciała. Zdecydowanym ruchem wyszarpnęła cholewy długiego buta mały, srebrny sztylet. Uniosła ostrze nad głową, zmuszając konia do truchtu lewą prawą stronę, tylko po kilka metrów, sama nie spuszczała oczu Ciemności.

– Wyzywam cię wyszeptała. Mocą, którą mi dano, przeklinam cię, Lilith rozkazuję ci pozostać tam, gdzie jesteś. Nie zbliżaj się do mnie, nie wyciągaj rąk po dziecko, bo przysięgam każdą nich odrąbać, choćby na jej miejsce wyrosnąć miało sto nowych.

Elfka wyciągnęła górę drugą rękę przejechała ostrzem sztyletu po otwartej dłoni, pozostawiając krwawą szramę. Wyciągnęła okaleczoną dłoń stronę niewidzialnego wroga, pozwalając kroplom krwi skapywać znaczyć szkarłatną linię. Rumak krążył coraz szybciej. Prawie bez udziału świadomości odebrała to, że końcówki jej palców rozbłysły srebrnym światłem.

– Wyzywam cię! jej głos zabrzmiał teraz głośniej, zwielokrotniony jeszcze przez ciszę, panującą na pustkowiu. Mocą magii, która we mnie żyje, przeklinam cię, Lilith, utrzymaj swoje szkaradne bachory dala od nas! Każ im się wycofać zaniechać pościgu, bo inaczej spotka je los gorszy od losu twoich pierwszych córek. Ty dałaś im straszną namiastkę życia, ja mogę im dać namiastkę wiecznej śmierci, wciąż od nowa od nowa, nie potrafię ich zabić raz na zawsze, ale to dla nich gorzej. stokroć gorzej!

Srebrzysta poświata unosiła się teraz nad całym ciałem czarodziejki. Powietrze wokół niej wibrowało rykiem tysięcy gardeł, których nie było. Elfka była jak transie, jak szamanka pradawnego plemienia, która przywoławszy duchy, nie potrafi się już zatrzymać, jedynym wyborem, jaki jej pozostał, jest kontynuowanie obrzędu. Srebrne ostrze sztyletu po raz drugi przecięło gładką skórę, na śnieg pofrunęły kolejne krople, Ciemność zawirowała.

– Wyzywam cię! krzyk jakby sam się niej wydobywał. Poprzez ziemię, która rodzi, poprzez wodę, która podtrzymuje życie, poprzez ogień, który niszczy wiatr, który ogień podsyca, przeklinam cię, Lilith! Nakazuję tobie twoim demonom pozostać tam, gdzie jesteście, nie ważcie się przekroczyć linii, nie będziecie nas ścigać, nie ruszycie się miejsca. Przeklinam was!

Trzecie cięcie kolejne krople krwi, kalające biel śniegu, ponura danina dla Ciemności. Na moment rozpętało się inferno, Cienie wystrzeliły do przodu, gotowe kąsać szarpać ciała jeźdźca, konia dziecka, ale musiały zatrzymać się, natrafiając na niewidzialną przeszkodę zaledwie metr od twarzy dziewczyny. do zachodu słońca tam właśnie miały pozostać. Taka była cena. Przez cały dzień miała widzieć bezkształtne monstra przed oczami, jednocześnie utrzymując je dala od konia niemowlęcia. Była wystarczająco silna, by nie pozwolić na opanowanie jej duszy przez Ciemność, musiała to wierzyć. Upiory Gehenny wydały ostatni, przerażający wrzask zamilkły, zawieszone mocą jej zaklęcia, nie mogąc jej dosięgnąć nie mogąc odejść.

****

Samotna Elfka siedziała na czarnym koniu białą strzałką na czole, otulona delikatną bańką, której nawet rozgrywające się tu przed chwilą starcie nie uszkodziło, oddzielona od szalejącej wokół zamieci. Nie wiedziała, jak długo tu jest dokąd zmierza. Ciemność przed jej oczami wypełniały wirujące przelewające się wizje upiorów bez kształtów. głowie pozostało jej tylko jedno imię Lilith. Czy to ona była Lilith? Próbowała zacisnąć powieki dodatkowo ochronić oczy dłonią, ale upiory bez twarzy ciał nie znikły. dłoni, po policzkach ściekło jej coś gorącego, metalicznym zapachu. Poczuła, jak panika ściska za gardło, nie pozwalając wydobyć głosu strach, dawno nie czuła go tak intensywnie...

Próbując zobaczyć cokolwiek poza otaczającą nicością, powiodła wokół ślepymi oczyma. Upiory, które wyczuwała, nie miały ciał, nie mogły więc mieć też oczu, zdawały się widzieć wszystko, patrzeć poprzez jej ciało, poprzez duszę... Wiedziała, że jeśli dopuści je głębiej, dotrą do tych rejonów duszy, gdzie sama nie miała ochoty się zapuszczać gdzie za nic świecie nie chciała dopuścić nikogo nigdy. Musiała wziąć się garść. Tylko jak, jeśli jedynym, czym mogła teraz myśleć, była Lilith, matka demonów, która nie zawsze była zła, która została zdradzona, jak oni wszyscy, jak ona sama... Potrząsnęła głową, ze wszystkich sił starając się skupić.

Gdzieś oddali rozległo się wycie Wilka, jakby odpowiedzi na jej usilne błagania jakąkolwiek wskazówkę. Dziewczyna poderwała głowę zwróciła niewidzące oczy stronę pieśni szarego drapieżnika. Szara Wilczyca dwóch głowach czterech gorejących czerwienią ślepiach. Matka... Smak słodkiej krwi zmieszanej ze słodkim mlekiem, obietnica ciepła odpoczynku. Wzywała ją, przyrzekając bezpieczeństwo, ona jej wierzyła. Koń zrobił kilka kroków kierunku nawoływania. Dziewczyna uśmiechnęła się poklepała go po szyi. Wierzchowiec Elfów potrafił sam utrzymać kierunek marszu, musiał tylko wiedzieć, czego pragnie serce jeźdźca, ona już wiedziała.

Nie traciła już też czasu na ucieczkę przed demonami jej głowie, bo wiedziała, że ucieczki nie ma. Bezcielesne kształty będą jej towarzyszyć do zapadnięcia nocy, potem znów zobaczy drzewa śnieg wzgórza gwiazdy, których kształtów nie potrafiła sobie teraz przypomnieć. Musiała wytrwać.

****

Pkilku godzinach przyspieszyła, wiedząc, że magia krwi już jej nie chroni. Przestała widzieć Mrok, to oznaczało, że Mrok zobaczył ich podjął pościg. Cienie znów rozpoczęły swój mozolny marsz, który nigdy miał nie ustać. Udało jej się je opóźnić, ale nie potrafiła ich tak naprawdę zatrzymać, nikt nie potrafił, nawet Kain nie był stanie. Westchnęła. Kain... Już niedaleko.

Zew wilczego stada rozbrzmiał też przed nią. Kopyta konia darły ziemię rozpaczliwej próbie uniknięcia konfrontacji, zwierzęciu udało się wyhamować natychmiast zaczęło się cofać. Dziewczyna zeskoczyła jego grzbietu ujęła koński łeb obie dłonie, na przemian delikatnie dmuchając chrapy przemawiając do rumaka kojącym, elfickim języku. Było jednak za późno. Konie Elfów instynktownie boją się Wilków, ten strach jest wysysany mlekiem matki nie ma na niego lekarstwa. Wilk zawył po raz drugi, bliżej. Tego było dla wierzchowca za wiele, wspiął się na tylne nogi, wyrwał czarodziejce co sił popędził kierunku, którego przyszli. Dziewczyna zdołała utrzymać moc zaklęcia ogrzewającego zwierze, mogła tylko mieć nadzieję, że uda mu się nie stać się łupem Ciemności wrócić. Dokądkolwiek, gdzie mógłby przeżyć.

Zaklęła bezsilnej złości na samą siebie. Powinna wcześniej zauważyć, że tak blisko, powinna jak zawsze, przed spotkaniem Szarą Wilczycą, zostawić konia pewnym oddaleniu dojść do niej pieszo.

Instynktownie spojrzała przed siebie, mniej lub bardziej świadoma obserwujących ślepi. Jakieś dziesięć, piętnaście metrów przed nią stał nieruchomo, pozycji gotowej do skoku wielki, czarny basior. Nie spotkała go nigdy wcześniej. Sierść miał zjeżoną, pazury wbite ziemię, gotowe każdej chwili poderwać ciężar ciała Wilka zaatakować, żółte ślepia wpatrywały się nie dziewczynę, ale wypukłość pod jej płaszczem, którą tworzyło ciałko dziecka, owiniętego chustą. Basior myślał krwi delikatnych ścięgnach niemowlęcia, tak słodkich kuszących, nawet jeśli by chciała, nie potrafiła nie usłyszeć jego myśli. Ale nie chciała zagłuszać jego głosu swojej głowie. Była na niego wściekła to nie jego miała spotkać nie na jego wołanie odpowiedziała, on nie miał prawa dotknąć dziecka. Błyskawicznie zwróciła się do Wilka nieco bokiem, osłaniając niemowlę tej samej chwili poczuła, jak rozchylają się jej usta, robiąc miejsce dla powiększających się kłów. Oceniła odległość, dwóch skokach mogła dosięgnąć basiora, jednym ruchem rozerwać tętnicę szyjną złamać mu kręgosłup pić. Na myśl tym zakręciło jej się głowie, dawno nie jadła, zbyt dawno...

Niemal automatycznie oblizała wargi przygotowała się do skoku, ale nie skoczyła...

Nim którekolwiek nich zdołało cokolwiek zrobić, pomiędzy nimi zmaterializowała się Szara Wilczyca dwóch głowach. Była jeszcze większa od czarnego samca, jej postaci bił spokój opanowanie, jednocześnie patrząc na nią wiedziało się, że nie zawaha się przed zadaniem śmierci za nie spełnienie jej woli. teraz jej wolą był rozejm między jednym jej synów czarodziejką. Wilk ugiął przednie łapy jakby ukłonie wycofał się natychmiast, Elfka zrobiła krok tył zamknęła usta, kryjąc wracające do normalnych rozmiarów kły, nie spuściła jednak wzroku. Jakiś czas mierzyły się, walcząc na spojrzenia Szara Wilczyca ledwo już stojąca na nogach Elfka, potrzebująca snu pożywienia. Potem wadera zrobiła krok stronę dziewczyny.

– Witaj Elpis. Witaj, moja nieszczęsna córko.

****

Elfka podążała za Szarą Wilczycą, nieco tyłu szła reszta watahy. Żaden łbów wadery nie patrzył na nią, jednak dziewczyna czuła więź, jaka istniała między nią drapieżnikiem. Kiedy wiele lat temu Kain doprowadził do jej ponownych narodzin, on Wilczyca stali się jej przybranymi rodzicami. Innych nie znała, istniała od wielu, wielu stuleci, tysiącleci, może dłużej, nie pamiętała początku. Kain sprawił, że znów stała się dzieckiem, nie wiedziała, ku czemu to prowadziło, uważała to za głupie niepotrzebne. Ale nie sprzeciwiała się. Udało mu się nawet odebrać jej wspomnienia wiecznego istnienia, dorastała niemal jak normalne dziecko, do ukończenia sześciu lat, kiedy magia znów się nią upomniała kiedy wszystko powróciło. Coś było jednak nie tak, pamiętała strzępy informacji, nie wiedziała tak naprawdę, kim jest. Kain wiedział pewnością, ale coś kazało mu utrzymywać to dala od niej, czy wiedziała Szara Wilczyca? Elfka nie miała pojęcia, choć domyślała się, że jej matka nie jest zwykłym przedstawicielem swojego plemienia, Wilki żyły wiele lat, ale zmieniały się, dwugłowa wadera odkąd sięgała pamięcią była taka sama, może nieśmiertelna?

Kain Wilczyca osiedli dzieckiem właśnie na Ziemiach Niczyich, bardzo długo utrzymując przekonaniu, że mała elfia czarodziejka, odżywiająca się krwią ojca zmieszaną mlekiem matki to nic niezwykłego. Trwające sześć lat pranie mózgu, całkiem nieźle, jak na kogoś, kto żył już wcześniej powinien pamiętać. Wściekła się, kiedy poznała prawdę. Uśmiechnęła się na to wspomnienie. tak, wściekła się.

Kain obiecał, że kiedyś, wkrótce cała prawda stanie się dla niej jasna wtedy będzie mogła wszystkim zadecydować. Nie rozumiała tego, ale zgodziła się. Coś uparcie mówiło jej, że oto nadszedł ten czas, ale teraz nie była już taka pewna, czy chce wiedzieć, alternatywa jednak nie istniała. Możliwość podejmowania świadomych decyzji skończyła się dla niej cztery dni temu, kiedy sama stała się jakby przybraną matką temu małemu chłopcu, kiedy zdała sobie sprawę tego, że przez tysiąclecia jej istnienia nigdy jej życiu nie pojawiło się żadne dziecko elfie, ludzkie, wilcze, wampirze, nigdy...

Elpis zamyślenia wyrwał szept jej głowie. Wilczyca nie spojrzała na nią, ani nie przemówiła tak naprawdę, stała się głosem jej głowie. Porozumiewały się tak już nie raz, na odległość bliska, kiedy nie chciały, by ktoś odgadł, czym rozmawiają.

Dziewczyna wciągnęła płytko powietrze oczyściła umysł, wpuszczając do środka.

Wiem, że ostatki sił trzymają cię tu tej chwili, ale musisz wiedzieć, że plany uległy pewnej zmianie. Zanim będziesz mogła spotkać się czarnoksiężnikiem, czeka cię coś jeszcze. Coś bardzo ważnego szalenie wyczerpującego. Jeszcze nie znasz celu misji tego, jak ma przebiegać, już musisz rozpocząć.

Czarodziejka poczuła, że coś okolicy serca szarpie się niej proteście pęka, ale nie zdradziła tego po sobie. Nie była nawet zbyt zdziwiona takim obrotem spraw, poczuła się po prostu trochę bardziej pusta, niczym pęknięta skorupa naczynia, która nie wytrzymała naporu wypełniających płynów. Kolejna zmiana, na niekorzyść, dla niej na niekorzyść, jakżeby inaczej?

Muszę się pożywić. Niemal nie powiedziała tego głośno. Wypocząć lub się pożywić.

Wiem, czego bardziej potrzebujesz. Pożywisz się. Teraz.

Przystanęła spojrzała na wilczycę, zaskoczona. Jej rozmówczyni też się zatrzymała, razem nimi na miejscu pozostał czarny basior, ten sam, którego Elfka spotkała jako pierwszego. Reszta stada przeszła dalej, jakby ich trójki tu nie było. Kiedy tylko ostatnie sztuki znikły wśród drzew, samiec stanął naprzeciw dziewczyny, umyślnie eksponując szyję spojrzał jej prosto oczy. Kły czarodziejki znów wysunęły się ust, ostre pulsujące niezrozumiale przyjemnym bólem, gotowe kąsać. Spojrzała niepewnie na Wilczycę.

Aron nie wiedział, kim jesteś, kiedy wyszedł ci na spotkanie. Teraz zrozumiał. Chce ofiarować ci swoją krew, jako przeprosiny za próbę ataku wzmocnienie przed tym, co musisz zrobić. Wie, jaka jest cena.

Elfka spojrzała na Wilka, jakby widziała go pierwszy raz. Wie, jaka jest cena... Lekko skłoniła przed nim głowę, szacunkiem, basior odpowiedział tym samym. Potem skoczyła przywarła ustami do szyi zwierzęcia. Poczuła jak chrzęstem rozstępują się żywe tkanki jego ciała, słodko-metaliczno-drażniący zapach posoki uderzył nozdrza.

Wtedy świat fiknął szalonego koziołka, zawirował wokół niej kilka rzeczy stało się jednocześnie. Poczuła szarpnięcie piersi, jakby ktoś, jakaś gigantyczna dłoń, albo raczej łapa, zakończona szponami, chciała wyrwać jej serce, zmiażdżyć wyrwać. Siłą powstrzymała się, by nie krzyknąć, za to jeszcze mocniej zacisnęła kły na ciele ofiary, rozrywając żyły. Poczuła zew pradawnej bestii, ukrytej mrokach jaskini istoty, która od wieków nie oglądała światła, która właśnie chciała się więzienia skał uwolnić. Dotarła do niej nienawiść, tak wielka ociekająca jadem, jakiej jeszcze nigdy nie zaznała, zrozumiała, że to uczucie skierowane jest stronę dziecka, wciąż spoczywającego pod jej płaszczem zrozumiała, że to ono jest sercem, które chciała jej wyrwać dłoń uzbrojona szpony. Zapragnęła go chronić przed niewidzialnym niebezpieczeństwem jednocześnie równie mocno zapragnęła puścić szyję Wilka zatopić kły ciele niemowlęcia. Poczuła, jak pod jej dłońmi pęka kręgosłup drapieżnika.

Ciemność zawsze przyciąga światło, światło kryje sobie Mrok. Czekałem tyle lat, przyjdź tu po mnie, przyjdź natychmiast!

Dziewczyna rozpaczliwym wysiłkiem oderwała się od ciała Wilka. Zrobiła kilka chwiejnych kroków do tyłu, jej dłoni na śnieg spadło kilka świeżych kropli krwi. Drżała na całym ciele, nie potrafiła nad tym zapanować. Drżał też czarny basior, leżący na ziemi łbem wykręconym pod dziwnym kątem ziejącą raną lewej strony szyi. rany nie wydobywała się już krew, jego ciele nie pozostało jej już nawet odrobiny, drgawki agonii wkrótce ustały. Elfka rozejrzała się wokół. Szara Wilczyca gdzieś zniknęła, została sama, ale to nie miało teraz żadnego znaczenia, doskonale wiedziała, dokąd musi się udać co musi zrobić. Znów czuła się silna. Ofiara czarnego basiora nie poszła na marne.

****

Stała na zimnej, kamiennej posadzce, wpatrując się łeb bestii, która też nie odrywała od niej oczu. To było ważne, najważniejsze, nie przerywać kontaktu wzrokowego, nie pokazać demonowi odrobiny własnej słabości strachu. Wiedziała, że gdzieś, na podłodze jaskini, owinięte jej szary płaszcz, leży dziecko, ale nie śmiała teraz pozwolić sobie na myśli nim. Nie do końca zdawała sobie sprawę tego, jak się tu znalazła, wiele metrów pod powierzchnią ziemi, jaskini, do której żywa istota nie zapuściła się od niepamiętnych czasów. Ostatnim, co zarejestrowała jej świadomość, był smak słodko-gorzkiej krwi istoty, która już nigdy nie powstanie. Potem wszystkie działania były instynktowne, wykonywane bez udziału świadomości wszystkie sprowadzały się do tej chwili. Ona pradawna bestia, przycupnięta teraz przed nią niczym kamienna figura smoka, której żywe tylko oczy.

Jednak smok żył. Wyczuwała jego oddech, głośny niespokojny niczym szalejące tornado, mimo że nie poruszał on jeszcze piersi demona. Słyszała też bicie smoczego serca, zsynchronizowane jej własnym, nieregularne teraz słabe niczym kogoś śmiertelnie chorego, serca roztrzaskanego na tysiące odłamków, których już nikt nigdy złożyć nie był stanie, któremu nie można było pomóc, bo samo wyrządziło sobie krzywdę. Czuła emocje targające demonem rozpacz, ból, poczucie beznadziei klęski, opuszczenia, tęsknoty żalu do kogoś, kto miał się już na zawsze zaopiekować, kto miał do tego nie dopuścić. Było tego zbyt wiele, nadmiar uczuć jej wnętrzu nie pozwalał trzeźwo myśleć, musiała skupić się na wnętrzu potwora, nie na jego wspomnieniach sprzed tysięcy lat, nie na tych wspomnieniach. Musiała zmusić poczwarę do ujawnienia jej jedynej istotnej tej chwili rzeczy jego imienia. Jeśli pozna imię, zwycięży, stwór podąży za nią, jeśli nie...

Spróbowała się opanować skupić, oddzielić własne myśli od szaleństwa jego głowie. Nie zdążyła.

Zaatakował bez ostrzeżenia. Wdarł się do jej umysłu czerpał niego. Głuchy trzask pękającego kręgosłupa czarnego basiora; smak krwi, zmieszanej mlekiem Szarej Wilczycy; srebrne nitki mocy wystrzeliwujące jej palców; srebrzyste ostrze sztyletu drzewo duszy Elfa; nagie ciało niemowlęcia na kamiennym ołtarzu Lucyfera dłoń kapłana, wznosząca nad nim rytualny nóż, zatrzymana pół ruchu po to, by upaść wraz samym kapłanem elficką strzałą, wbitą po pióropusz jego pierś.

Wspomnienia przestały atakować równie szybko nagle, jak na nią spadły. Stała, oddychając głośno dygocąc na całym ciele, wpatrując się czerwono-złote oczy bestii. wtedy potwór przemówił.

Kimże jesteś? Kim jesteś, że przychodzisz tu ośmielasz się rzucać wyzwanie mi, Jednemu Siedmiu? Kim jesteś, szalona? Nie jesteś Wampirem nie jesteś Elfem, kiedyś, dawno temu byłaś Człowiekiem, ale nim już też nie jesteś. Śmierdzisz Wilkiem na kilometr, ale nie możesz być przedstawicielem tego plemienia. Po co budzisz mnie ze snu dręczysz, czego ode mnie chcesz?

Straszliwym wysiłkiem zmusiła się do tego, by odpowiedzieć.

– Wiedziałeś, że przyjdę. Czekałeś na mnie, więziony tu przez miriady lat cały czas na mnie czekałeś. Pójdziesz ze mną, czy tego chcesz, czy nie, to dawno temu już zostało postanowione. Jesteś mi potrzebny, ja jestem potrzebna tobie, bo tylko ja mogę ci dać to, czego od wieków pożądasz. Daję ci moment na zastanowienie się podjęcie świadomej decyzji, potem zmuszę cię do bezwarunkowego posłuszeństwa, wiesz, że potrafię.

Coś we wnętrzu potwora zadrżało zmusiło do drżenia otaczające ich skały. Nie wiedziała, czy wziąć to za ukrywany śmiech wzgardy, czy też może oburzenie. Czerwono-złote oko świdrowało nieruchomym spojrzeniem, czarne wargi uniosły się nieznacznie, odsłaniając po raz pierwszy ostre zębiska potwora. Bestia odezwała się ponownie, powoli, rozmysłem.

co, jeśli nie zechcę?

Sprawdzał ją, była tego pewna. Pójdzie nią tak czy inaczej, decyzja została już podjęta nie należała ani do niej, ani do niego. Chciał tylko wiedzieć, kim ma do czynienia jaką mocą dysponuje osoba, której przez kilka kolejnych dni, może tygodni, będzie musiał być posłuszny. Skoncentrowała wszystkie swoje siły na pionowej źrenicy oka demona.

Oczy zwierciadłem duszy, nich odbija się wszystko to, czego nie wypowiadają usta, trzeba tylko bacznie obserwować, wszystko stanie się jasne. Twoje imię, tylko tego potrzebuję, by cię zniewolić, podaj mi je. Teraz.

Potwór zaryczał proteście, ale było już za późno. Elfka poczuła, jak źrenica jego oka wciąga pochłania, niczym jakiś wir, nie stawiała oporu.

Pokaż mi...

Dawno temu, liczby jakie znają Ludzie, Wampiry, nawet Elfy nie stanie odzwierciedlić, jak bardzo dawno, Bóg stworzył Wszechświat. Powołał do życia gwiazdy, planety, galaktyki mgławice, komety czarne dziury, wszystko. Był to świat wypełniony światłem Jego obecnością, każdą przestrzeń nim wypełniała Boska Istota, świat, który cały czas rozszerzał się zwiększał, którym nieustannie rzeczy, które istniały, tworzyły się nowe, wspanialsze, coś umierało po to, by dać życie czemuś innemu, wszystko zgodnie Bożym planem, idealnie bez zakłóceń. Potem Pan powołał do życia anioły, siedmiu pomocników, którzy dostali we władanie Wszechświat, byli Mu niemalże równi, jednak Mu podlegali. Lucyfer, Mammon, Asmodeus, Astaroth, Leviathan, Belzebub Barbello, oto ich imiona. Aniołowie byli doskonali, nie znali uczuć, które zawsze przynoszą zgubę, byli zimni, wyniośli, piękni, wszyscy podobni do siebie, biegiem stuleci widocznie wyróżniła się dwójka nich. Barbello, która jako jedyna była istotą żeńską, wiedzieliśmy to, nie wiedząc tym, skąd to wiemy Lucyfer ukochany anioł Pana.

Lucyfera Bóg wybrał już na samym początku, nie podając powodu. Świetlisty anioł był zawsze najbliżej utkanego ze szkła promieni gwiazd tronu Najwyższego, zapuszczał się najdalej niezgłębioną otchłań Wszechświata, końcu nawet przekroczył jego granice, co było przyczyną zguby nas wszystkich. Bóg był wszechmocny widział wszystko wszystkim wiedział, jednak nie zrobił nic, by go powstrzymać, zabawne, prawda? Lucyfer był szaleńcem, żyjącym złudzeniami paranoikiem, któremu nie podobała się doskonałość. Zapragnął dla aniołów uczuć, głównie miłości, ale nie wiedział, że ona zawsze niesie ze sobą nienawiść zniszczenie. Biedny, głupi, żyjący wśród urojeń szaleniec, który bardzo się pomylił. Bóg stworzył go wolnego od uczuć, nie potrafił on nawet poprawnie nazwać tego, co się nim rodziło, nie miał szans nad tym zapanować. Mimo to postanowił spróbować. Imponował nam, po tylu wiekach istnienia niczym niezachwianej doskonałości, jego koncepcja była cudnym powiewem czegoś nowego. Pierwszą, która za nim poszła, była Barbello, końcu stało się coś, co przesądziło losie nas wszystkich Lucyfer Barbello zostali kochankami powołali do życia Belial, pierwszą istotę nie stworzoną przez Boga, ale też nie zrodzoną łona kobiety. To był początek szaleństwa, które doprowadziło do upadku nas wszystkich, łącznie Belial.

Wszystko załamało się jak domino, nad upadkiem którego nie panowaliśmy, nawet Lucyferowi wymknęło się to końcu rąk, nie udźwignął ciężaru świata, który usiłował wykreować. Dobry Bóg zabrał nam skrzydła strącił przepaść za coś, co od początku było skazane na niepowodzenie czemu każdej chwili mógł położyć kres. Przebaczył pozwolił zostać tylko Lucyferowi, jednak on wzgardził Bożą łaską, odrzucił skrzydła własnej woli poszedł za nami. Przyjął na siebie ciężar odpowiedzialności za wszystko.

Nazywają nas Siedmioma Upadłymi aniołami, on jest tym ósmym, który nie upadł, ale sam skoczył Ciemność, tego powodu jest jeszcze bardziej od nas przeklęty. Czekaliśmy na ciebie, bo tylko ty potrafisz nas uwolnić, nie zbawić, na to jest już za późno. Pójdę więc za tobą, ale nienawidzę cię najchętniej wyprułbym ci trzewia jednym ruchem pazura; będę chronił dziecko, choć mam ochotę rozszarpać go na strzępy, bo wiem, co czeka mnie na końcu drogi pożądam tego.

Demon skończył mówić wpatrywał się nią oczekiwaniem. Dziewczyna wiedziała już niemal wszystko, ale było jeszcze coś. Wyprostowała się pewnym krokiem pokonała te kilka metrów, dzielące od smoka, po czym położyła otwartą dłoń na jego pysku. Potwór zawarczał oburzeniem, wargi odsłoniły całą okazałość imponującego wachlarza zabójczych kłów, ale nie zrobił nic.

– Jeden Siedmiu oszukanych zdradzonych aniołów, wyjaw mi swoje imię, misja będzie mogła się rozpocząć. Zaprzysięgnij mi posłuszeństwo ochronę dziecku, które jest ze mną, ja przysięgam dać ci na koniec to, co poprosisz.

Szary kamień, którym okryte było całe ciało demona, kiedy tu przyszła, opadł, odsłaniając czarno-bordowe łuski, tak wielkie, że każda nich osobna mogła posłużyć jej jako wygodne miejsce do siedzenia. Dla postronnego obserwatora wyglądaliby niczym postacie baśni, drobna czarodziejka potężny smok, sprawiający wrażenie, jakby mógł zmieść powierzchni ziemi jednym silniejszym oddechem. Jednak wiedziała dobrze, że demon jej nie skrzywdzi, bo wtedy jego nagroda przepadnie. Czekała.

Żądam śmierci, zadanej twojej ręki, śmierci, która będzie ostateczna. Wiecznego snu, którego nie ma już przebudzenia który pozwoli mi odpocząć zapomnieć tym, że przegrałem. Za taką cenę pójdę tobą zrobię wszystko, by misja, jaką musisz wypełnić, zakończyła się sukcesem.

Elfka skinęła głową, nie odwracając wzroku. Czekała nadal. oczach bestii pojawiła się bezsilność rezygnacja. Pradawny demon poddał się jej.

Leviathan, oto moje imię.

Złamane zostało zaklęcie utrzymujące bestię bezruchu. Potwór poderwał do góry przednie kończyny wstał, dosłownie rozrywając od środka zbyt małą, by go takiego pomieścić, jaskinię. Odłamki gruzu całkiem duże skały posypały się na nich. Elfka zdążyła dobiec do dziecka, porwać je ramiona zamknąć jakby kokonie stworzonym własnego ciała, doskonale zdając sobie sprawę tego, że to nic nie da. Piekło, jakie rozpętał jednym ruchem Leviathan musiało pochłonąć ich oboje. Demon otrząśnie się odleci, oni tu zostaną, pogrzebani przez kamienie. Jakże była głupia sądząc, że potrafi nad nim zapanować, zmusić go do posłuszeństwa... Jej pycha niczym nieograniczona wiara we własne możliwości wszystko to, co powie Kain, została właśnie ukarana. Zrezygnowana, wiedząc, że nie może absolutnie nic zrobić, nie po konfrontacji Jednym Siedmiu, która wyczerpała jej siły, czekała na pierwszy ból. Ból się jednak nie pojawił... Deszcz skalnych odłamków skończył się, ale żaden nich nie ugodził nią. Zaskoczona, otworzyła zaciśnięte oczy popatrzyła górę.

Zobaczyła ciemność. Czarne skrzydło Leviathana osłaniające niemowlę przed niebezpieczeństwem, potężne niczym kopuła świątyni. Czerwono-złote ślepia patrzyły na nią mieszaniną wyższości rozbawienia.

****

Nie poniosę cię jako smok, zbyt mocno rzucalibyśmy się oczy, to nam niepotrzebne. Potrafię wzbić się tak wysoko, że staniemy się niewidoczni dla ułomnych oczu ziemskich wędrowców, ale on nie potrafi tam oddychać. Zmienię dla was swoją postać, na nieco mniej rzucającą się oczy.

Na oczach czarnowłosej Elfki Leviathan zaczął się kurczyć zmieniać kształt. Zniknęły łuski, przeistaczając się sierść koloru smoły, łapy zakończone szponami ustąpiły miejsca pęcinom kopytom, ogon zmienił się nieco krótszy, pokryty długimi włosami tym samym kolorze, co sierść, głowa wydłużała się zwężała, formując smukły łeb konia. Przed czarodziejką stał teraz nadnaturalnych rozmiarów rumak, bez żadnych znaczeń na ciele. Koń, którego postać przybrał Leviathan, przewyższał głowę każdego normalnego przedstawiciela tego gatunku, jego pyska patrzyły na nią nie zmienione, czerwono-złote oczy. Dziewczyna prychnęła pogardliwie.

– To wszystko, na co cię stać? Niezbyt udany kamuflaż.

Zwierz spojrzał na nią jej głowie rozległa się odpowiedź.

Mogę zmienić się kogo zechcę zakamuflować tak doskonale, że nikt nie zauważy. To wszystko, na co mam tej chwili ochotę, więc musi wystarczyć.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Dla mnie może być. Ruszajmy więc. Przed nami długa droga, zboczyłam trasy, by po ciebie przyjść, czeka nas ponad doba, może dwie doby, nie marnujmy czasu.

Kain oczekuje nas Skalistej Warowni jutro samego rana.

– Oszalał czarodziejka skwitowała to jednym słowem.

Istniała droga, która była stanie doprowadzić ich do jej mistrza tak krótkim czasie, ale nie miał prawa oczekiwać od niej, że drogę wybierze. Jednak oczekiwał, jak zwykle, oczekiwał niemożliwego. Potrząsnęła głową niedowierzaniem.

– Chce, żebym przeprawiła się przez Gehennę.

To nie było pytanie, stwierdziła po prostu fakt. Jakby zapominając tym, co zdarzyło się ostatnim razem, żądał od niej ponownego stawienia czoła upiorom Doliny Jęku na ich własnym terytorium. Cholera...

Tym razem będzie inaczej, bo tym razem masz ze sobą mnie.

Dziewczyna drgnęła odwróciła oczy od niemowlęcia, które owijała chustą. Niechętnie spojrzała na czarnego rumaka, wpatrującego się nią.

– Leviathan, czy ty czytasz moich myślach?

Tylko, kiedy wystarczająco głośne.

milczeniu przełknęła gorzką pigułkę. Będzie musiała bardziej się teraz kontrolować, to wszystko.

****

Tej nocy zbocza Doliny Jęku rozbrzmiewały echem wrzasków nawoływań tysięcy stworzeń. Zrodzone przez noc demony pokracznych, powykrzywianych ciałach, nie przypominających niczym ciał jakichkolwiek zamieszkujących Ziemie stworzeń, wyległy ze swoich kryjówek. Wszystkie obserwowały konia jeźdźca, cwałujących Doliną bez postoju odpoczynku. nozdrzy konia buchał gorący dym, czarna sierść zwierza przycupnięta na nim figurka dziewczyny płaszczu czarnych włosów, tworzyły jedną całość. Dla karykatur żyjących istot, zamieszkujących wąwóz, ich widok był obietnicą uczty, która miała wkrótce nastąpić. Olbrzymie rzesze córek synów Lilith podążały za nimi bez wytchnienia, ekstazą oczach chłepcąc obrzydliwie słodką krew, znaczącą drogę, której dotknęły niepodkute kopyta piekielnego konia nie mogąc się nią nasycić, umierały po raz kolejny. Raz po raz ponad ich głowami, za nimi przed nimi rozlegało się rozpaczliwe wycie potępionego stworzenia, które nigdy nie powinno się narodzić.

Dziewczyna zaciskała powieki, kurczowo wczepiając się paznokciami grzywę swojego wierzchowca, siłą powstrzymując się od tego, by nie wyć wraz nimi. tym miejscu szaleństwo było stanie jej dotknąć, porwać nią zawładnąć. zgiełku tysiąca głosów słyszała nawoływanie sprzed lat prawie potrafiła wyróżnić niego jej własne imię, jej prawdziwe imię. Przed obłędem chronił tylko pęd Leviathana, tylko bliskość piekielnego demona gwarantowała jej bezpieczeństwo nietykalność. Na razie.

Oboje, koń jeździec, byli przeklęci.

Rozdział 2

Czterej jeźdźcy

Ziemie Niczyje większości były suchą, jałową pustynią, której nie przemierzali nawet zagubieni wędrowcy, rzadko ktokolwiek zapuszczał się te rejony, jeśli już, zawsze wiedział, czego szuka co go tu przywiodło. Zazwyczaj jednak było tu pusto. Mało kto wiedział istnieniu Warowni, którą zamieszkiwał siwobrody czarnoksiężnik podniszczonym płaszczu, wspierający się na sękatym kosturze. Starzec niezwykle rzadko też opuszczał swoje włości, spotkania Elpis Szarą Wilczycą aranżował na neutralnych gruntach, byle nie zwracać za bardzo uwagi świata na swoją pustelnię. Dziś jednak wszystko przebiegało zupełnie inaczej niż zwykle. Czarnoksiężnik cztery razy wychodził ukrycia, by powitać czterech nadciągających gości.

Pierwsza zjawiła się Wilczyca, zaraz za nią młody Elf, podróżujący piechotą. Swojego konia odprawił zaraz na granicy pustyni, umożliwiając mu powrót do domu, sam ciągu pięciu dni pokonał resztę drogi pieszo. Dotarł do Warowni zdartych butach szacie, która kiedyś musiała być biała zdradzała, że mężczyzna, niemalże chłopiec jeszcze, był kapłanem. Kolejny gość różnił się od Elfa niczym ogień od wody, dzień od najczarniejszej nocy. Od stóp do głów ubrany na czarno, bladym obliczu podkrążonych oczach, jakby zapadniętych chudej twarzy, mógł wzbudzać zarówno litość jak przerażenie. On również nie miał ze sobą wierzchowca, co dziwniejsze, nie posiadał też żadnej broni, ale czarnoksiężnik doskonale wiedział, że żaden koń nie zgodziłby się nieść go na swoim grzbiecie, broń nie była mu potrzebna. Przybysz wywodził się plemienia, odżywiającego się krwią żywych stworzeń, więc zwierzętach wzbudzał przestrach tak wielki, że nie potrafiły ścierpieć jego bliskości, bronią były jego kły. Trzeci przybysz był Wampirem.

Już samo to, że przedstawiciele dwóch tak odmiennych ras podążali to samo miejsce, tym samym najwyraźniej celu będąc tu oczekiwanymi, wzbudzało zdumienie. Nie mniejszym kuriozum okazał się być również czwarty gość, podróżujący na kasztanowatym wałachu mieczem boku. Człowiek.

Starzec szedł naprzeciw piątemu przybyszowi. Wiedział, że dziewczyna wkrótce się zjawi, zawsze wiedział, kiedy była pobliżu. Wyczuwał ją, tak jak za pierwszym razem, kiedy się spotkali, nic się od tego czasu nie zmieniło. Nawykłe do wpatrywania się monotonny krajobraz gór skalnych rozpadlin oczy przeczesywały teren, nadziei na ujrzenie zlewającego się otoczeniem skrawka podróżnego płaszcza czy kosmyka czarnych włosów. Ona miała zjawić się tu jako ostatnia, wioząc dziecko, bez którego wszelkie trudy podróżnych, którzy dziś się tu zjawili, były bezużyteczne.

Doskonale wiedział, dlaczego się spóźnia, Wilczyca wprowadziła już to, czego oboje od niej wymagali, dziewczyna miała więc za sobą wizytę jaskini Leviathana. Pierwszy wielkiej siódemki Upadłych Aniołów został przebudzony, misja się rozpoczęła, chociaż na razie ona stawia jej czoła samotnie, jej drużyna oczekuje na pierwsze nią spotkanie. Starzec westchnął ze zmęczeniem. To było bardzo znaczące sama rozpoczyna sama będzie musiała to wszystko zakończyć, bo żaden ze śmiałków, którzy dziś zjawili się jego grocie, nie miał prawa dojść do samego końca. Wiedział jednak, że nie wolno mu jej żałować, tak samo jak jej nie wolno zboczyć drogi, zatrzymać się ani zawrócić. Już nie.

Zaskoczyła go. Tętent kopyt piekielnego wierzchowca usłyszał ostatniej niemalże chwili przed zobaczeniem ich. Wyskoczyli zza skały oddalonej od starca kilkadziesiąt metrów pędzili dalej, jakby go nie zauważając, prosto na niego. Mimo zmniejszającego się dystansu rumak wcale nie zwalniał, już wydawało się, że zmiażdży starca, nie dając mu nawet szansy na uskoczenie drogi, kiedy Elfka gwałtownym szarpnięciem osadziła go na miejscu. Tylne kopyta zaparły się ziemię, rzeźbiąc niej głębokie bruzdy. Demon zwierzęcej postaci parskał prychał wściekle, rzucając na czarnoksiężnika pełne nienawiści spojrzenie czerwono-złotych oczu pionowych źrenicach, nie przestając dreptać miejscu drzeć ziemi kopytami.

Mężczyzna bólem oderwał wzrok od tych oczu przeniósł go na twarz dziewczyny. Przez ostatnie godziny przemierzała Dolinę Jęku, to nie mogło nie pozostawić śladu na jej obliczu. Wyglądała, jakby uleciały niej wszelkie siły, tylko duma może złość na niego, złość, że kazał jej przez to przechodzić, pozwalały jej utrzymywać się nadal na grzbiecie konia. Czarodziejka przez chwilę wpatrywała się niego bez słowa, po czym, wciąż nic nie mówiąc, odrzuciła do tyłu szary płaszcz, ukazując oczom Kaina otulone chustą niemowlę.

Starzec przymknął oczy na chwilę pogrążył się we wspomnieniach. Czuł się tak, jakby historia ożyła stanęła przed jego obliczem. Zmęczona dziewczyna bladej twarzy, trzymająca ramionach nowe życie. Dzieci powinno być dwoje, ale dziewczynka umarła dawno temu... Nadzieja na pomyślne zakończenie umarła wiele wcześniej niż ona. Przeznaczenie zaczęło się wypełniać. Kain potrząsnął głową wziął głęboki oddech, jak nurek, który zbyt długo przebywał pod powierzchnią wody. Przywołał na twarz uśmiech znów spojrzał zielone oczy czarodziejki.

– Witaj domu, dziecinko. Moje serce raduje się jak zawsze, kiedy cię tu goszczę jednocześnie smuci, bo będzie to wyjątkowo krótka wizyta czarnoksiężnik podszedł do konia, ignorując jego jawną wrogość objął rękami talię dziewczyny, pomagając jej znaleźć się na ziemi. Podróż tu trwała dłużej, niż przypuszczaliśmy znacznie cię osłabiła. Zaczniemy to spotkanie od odpoczynku snu. Inni, których wezwałem, też już na miejscu, oni też najpierw odpoczną, jest wcześnie, masz czas do zmroku, jakąś godzinę przed zachodem słońca podana będzie wspólna wieczerza, kiedy słońce zajdzie, wyruszycie.

Szli razem stronę ukrytego między skałami wejścia do groty czarnoksiężnika. Dziewczyna wspierała się na ramieniu starca, czuła się przy nim bezpieczna chroniona. Tu, bezpiecznej kołysce jego ramion, demony nie miały do niej dostępu. Kain zawsze potrafił je odegnać, trzymać od niej daleka Elfka doskonale zdawała sobie sprawę tego, jak wiele kosztuje go to, by teraz wysłać prosto ich paszczę. Poczuła, jak ulatuje niej cała złość na przybranego ojca, przeznaczenie już dawno zostało zapisane, zarówno ona, jak on byli tylko pionkami, na długo przed ich narodzeniem zostały zapisane gwiazdach ich przyszłe losy, teraz nie pozostało im już nic innego, jak stawić temu czoła, podniesioną głową lub na kolanach, jak tchórze. Przynajmniej tyle mogli wybrać wybrali, oboje.

Nic już nie mówiąc, weszli jedną otwartych paszczy skały zniknęli jej wnętrzu. Czarnoksiężnik prowadził swoją uczennicę wielokrotnie załamującymi się korytarzami, raz rozszerzającymi się tak bardzo, że niemal nie było widać sklepienia, innym razem zamykającymi się niemal przed nimi, tak że szli jakby ciasnym tunelem, mając jego sufit tuż nad głowami. Dotarli do groty, która była sercem Warowni, wielka tak, że mogła pomieścić stu gości, śpiących tu wygodnie, teraz była pusta. Czarnoksiężnik powiódł Elfkę po wykutych skale stopniach na górę, gdzie szyb rozgałęział się na kilka odnóg. Skręcili jedną nich zatrzymali się niewielkim ślepym korytarzu, nieudolnie zaadaptowanym na pomieszczenie mieszkalne.

Stało tu łoże kamiennymi szczytami, wyłożone pierzynami, duża, zdolna pomieścić kilkoro ludzi kamienna miednica, wypełniona zimną wodą, wybijającą serca skały, utrzymywaną tym miejscu czarami Kaina wielkie lustro bogato rzeźbionej ramie. Na jednej ze skalnych półek rozłożona była biała suknia, ozdobiona mnóstwem naszytych na delikatny materiał maleńkich diamencików, na innej świeży podróżny płaszcz, spodnie, koszula bielizna. Dziewczyna oderwała wzrok od białej sukni spojrzała na Kaina pytająco.

– Chcę, żebyś po kąpieli założyła właśnie to zeszła do nas. Wyjaśnię tobie pozostałym członkom twojej drużyny na czym to wszystko ma polegać.

– Po co to całe przedstawienie? Przecież tym nie pojadę.

– Nie pojedziesz zgodził się starzec. Ale drodze towarzyszyć ci będą sami mężczyźni chcę, żeby właśnie taką cię zapamiętali taką mięli przed oczami przez cały czas trwania misji. Zaufaj mi, dziecinko.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Cóż innego robię przez ostatnie miriady lat?

Kain skinął głową wyciągnął ręce.

– Oddaj mi chłopca. Szara Wilczyca jest tu, przybyła jako pierwsza, ona się nim zaopiekuje nakarmi go.

Elfka poczuła, jak narasta niej protest, coś głęboko środku wzbraniało się przed oddaniem dziecka komukolwiek. Jakaś dziwna, zaborcza miłość nie chciała zgodzić się na to, by innej osobie powierzyć nad nim pieczę. Zła na samą siebie, stłumiła to uczucie. To było głupie. Jeszcze pięć dni temu nie miała ogóle pojęcia jego istnieniu, nigdy nie nosiła go łonie, chociaż jego ruchy wewnątrz chusty, którą była przepasana, zdawały się budzić niej wspomnienia, które nie mogły być jej. Magia macierzyństwo nigdy nie szły parze, wraz przebudzeniem się zdolności zaklinania żywiołów na zawsze odchodziła możliwość poczęcia dziecka, ona zdolność posiadała praktycznie od zawsze. Bez słowa oddała Kainowi niemowlę. Starzec uważnie obserwował, jakby świadom wewnętrznego starcia, jakie się niej przed chwilą rozegrało. Zmusiła się do uśmiechu.

Kiedy ucichło echo jego kroków, Elfka rzuciła się na łoże zapadła sen, po raz pierwszy od dawna nie towarzyszył jej nocy żaden demon, spoczynku nie zakłócił koszmar, po którym ponowne zaśnięcie jest niemożliwe.

****

Przebudzenie przyszło dokładnie wtedy, kiedy powinno nadejść. Dziewczyna znajdowała się we wnętrzu groty, gdzie nie dochodziło światło księżyca ani gwiazd, ale wewnętrzny zegar, dokładniejszy od każdego innego, podpowiadał jej, że to jest właśnie odpowiednia pora. Kilka godzin snu, które właśnie minęły, wystarczyły, by organizm Elfa zregenerował się po trudach wielodniowej podróży. Czując się wypoczęta gotowa na każdy nowy ciężar, jakim zechce obdarzyć jej dawny opiekun, Elfka wyskoczyła łóżka, zrzuciła siebie brudne ubranie zanurzyła się lodowatej wodzie, która natychmiast przybrała temperaturę kilka stopni wyższą od temperatury jej ciała. Gorąca kąpiel zadziałała odprężająco zbawiennie.

Nieco sceptycznie nastawiona do tego pomysłu, ubrała zwiewną, białą suknię na nagie ciało. Delikatny materiał oplatał ściśle jej talię, piersi plecy jakby pajęczyną utkaną koronki, którą wszyte były błyszczące krople rosy. Od pasa dół suknia rozszerzała się, tworząc biało-srebrzystą kopułę, cicho szeleszczącą przy każdym ruchu dziewczyny. Stopy zostawiła bose, włosy wilgotne rozpuszczone. Podeszła do lustra drewnianej ramie, było ogromne, widziała nim całą swoją postać, białą plamę na tle szarości groty. Czarodziejka lustra patrzyła na nią pewnym siebie, wyzywającym nawet wzrokiem, zdając się kpić jej tak niedawnego jeszcze zmęczenia, głodu bezsilności. Wiatr, którego nie było, delikatnie poruszał jej suknią długimi włosami. Była spokojna, na jej ustach błąkał się tajemniczy uśmieszek, jakby ukrywany przed prawdziwą Elpis, która stała na środku jednego ze ślepych korytarzy pustelni Kaina. Dziewczyna wzdrygnęła się mimo woli, nie miała pojęcia, że wygląda tak... mrocznie. Jakby lustrze ukazywała się jakaś zapomniana, zła cząstka jej duszy. Starożytni wierzyli, że lustro to brama, portal do innego świata, że świat po drugiej stronie jest podobny do naszego, ale żyje własnym życiem, którego my nie jesteśmy stanie zobaczyć, bo to życie toczy się tylko wtedy, kiedy akurat nie patrzymy. Bezwstydnie spoglądając prosto nasze oczy, postacie udające nas samych mamią nas złudną obietnicą bezpieczeństwa sprzedają nam nieprawdziwe poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu nad wszystkim panujemy. Czarodziejka wzruszyła ramionami odwróciła się, by odejść, dołączyć do Kaina reszty nie dać się zastraszyć bajaniu starych bab, szepczących niegrzecznym dzieciom do snu, ale coś sprawiło, że zesztywniała zastygła bezruchu.

Dziewczyna lustrze nie naśladowała jej ruchów, nie odwróciła się, stała nieporuszona, nie próbując już ukryć uśmiechu. Elfka powoli, ostrożnie znów przybrała dawną pozę, stając naprzeciw zjawy. Nieznajoma innego świata pokiwała głową aprobatą.

Księżyc okrąża Ziemię błyszczy nocą na jej niebie, przecież nie świeci. Odbija tylko światło słońca, jest jego lustrem, bladym niewyraźnym porównaniu do pierwowzoru, wspomnieniem. Czy naprawdę uważasz, że lustro, które potrafi tylko odbijać świat, może być bramą? Że jego wnętrzu może toczyć się równoległe życie? Księżyc nigdy nie rozbłyśnie prawdziwym światłem, postacie lustra nigdy nie będą żywe. Pozostaną na zawsze zjawą, upiorem, majakiem, który odbija przeszłość, nie powiedzą ci nic ponad to, co już się stało.

Dziewczyna uśmiechnęła się jeszcze szerzej wtedy Elfka zauważyła, że wpatrzona wiernie odbijające wnętrze jej duszy oczy nieznajomej wsłuchana głos, rozbrzmiewający jej głowie, nie spostrzegła tego, że postać zmieniła się. Ona nadal miała na sobie białą suknię, Elfka lustrze od stóp do głów spowita była czernie fiolety. luźno opadające na jej ramiona włosy, dłuższe jeszcze niż włosy czarodziejki, wplecione miała fioletowe kwiaty kalii. Widmo, nie robiąc kroku, usunęło się nieco na bok, przygotowując miejsce przybyszowi głębi lustra, którego Elpis dopiero teraz dostrzegła.

Zmierzał ku niej spokojny, opanowany, jego kroki znaczyła spalona ziemia popioły. Bose stopy zdawały się ledwo dotykać ziemi, ale to wystarczyło, by uczynić martwą. Jego oczy czysto fioletowe, niesamowite, żaden żyjący naprawdę Człowiek nie może mieć takich oczu wpatrywały się twarz dziewczyny czułością pożądaniem. Ubranie jego stanowiły tylko czarne spodnie, nagich pleców wyrastały ogromne, płonące czarnym ogniem, którego nic ugasić nie jest stanie, anielskie skrzydła. Twarz mężczyzny, udręczona tysiącletnim bólem smutkiem, zdawała się być jednocześnie młoda piękna, ale też niewyobrażalnie stara. Dziewczyna czuła gorąco, bijące od czarnego anioła, czuła pożogę szalejącą jego wnętrzu, ogień, który go spalał przez nieskończone dziesiątki tysiącleci, nawet tej odległości, nawet uwięziony po drugiej stronie lustra, dosięgał jej. Zgięła się wpół upadła na kolana, na zimną podłogę groty, nie czując chłodu, tylko sprawiający ból żar rozżarzonych do czerwoności kamieni. Mężczyzna zobaczył poprzez oddzielającą ich szklaną taflę, przyspieszył kroku wyciągnął rękę. Dziewczyna lustrze odwróciła się jego stronę odwzajemniła jego gest.

Elfka wiedziała doskonale, co się teraz stanie. Kiedy ich dłonie się zetkną, otoczą szczelnie płonące skrzydła czarnego anioła, na jej szyję, twarz, dekolt ramiona spadnie grad palących jak ogień pocałunków. Chciała wstać uciec, ale ciało odmówiło jej posłuszeństwa, prawa dłoń bezwiednie wyciągnęła się kierunku nadchodzącego anioła.

Bo należysz do mnie, tak jak ja należę do ciebie, bo jesteś moja, moja na zawsze nikt nic tego nie zmieni. Wstań więc chodź ze mną tam, gdzie twoje miejsce, tam, gdzie zawsze byłaś na zawsze powinnaś pozostać.

gardła dziewczyny wydobyło się stłumione łkanie, kiedy jej palców wystrzeliły srebrzyste nitki mocy, jakby cała jej istota, nawet magia, która niej była, pragnęły tego kontaktu. Poczuła, że końce jej palców płoną.

potem ktoś pewnie chwycił za rękę porwał ramiona, ale zarówno dotyk dłoni, jak obejmująca postać były żywe, chłodne bezpieczne. Nie śmiejąc otworzyć oczu, wciągnęła płuca znajomy zapach pyłu, piasku ziemi. Poczuła niewyobrażalną ulgę, jednocześnie straszny żal, że jej chory majak został przerwany. Wzięła kilka głębokich oddechów, usiłując się opanować.

– Już wszystko dobrze, dziecinko głos Kaina był lekko roztrzęsiony pełen troski. Widziałaś go, prawda?

Wciąż bała się otworzyć oczy spojrzeć na swojego mistrza. Przerażało to, że doskonale znała powód tego, że wciąż zaciska kurczowo powieki, powód, którego za nic nie zdradziłaby Kainowi ani nikomu innemu. Wiedziała, że kiedy znów spojrzy na realny świat, utraci na zawsze cząstkę tego świata lustra, jakiś szczegół twarzy czarnego anioła umknie jej już na zawsze, nie chciała pozwolić na utratę jego obrazu, choć przerażał, to jednocześnie była nim zafascynowana. Kain delikatnie, acz stanowczo ujął pod brodę zmusił do uniesienia głowy. Chcąc nie chcąc, musiała spojrzeć. oczach czarnoksiężnika był niepokój troska.

– Kain, czy to był...

– Lucyfer? dokończył za nią. Tak, myślę, że tak. Ja widziałem tylko nasze własne odbicia, ale sądząc po tym, jak silnie na niego zareagowałaś, to musiał być on. Leviathan nie działał na ciebie tak mocno, prawda?

– Leviathan jest przerażający, ale inaczej. Teraz czułam się tak, jakbym nie mogła absolutnie nic zrobić, nieważne jaką mocą dysponuję, teraz byłam bezbronna niczym dziecko. Ja... Ja nie chcę się tak czuć nigdy więcej, rozumiesz? starzec pokiwał głową, nie przestając kołysać jej ramionach. Powiedz mi, czy ja... Czy będę musiała nim walczyć?

Na twarzy czarnoksiężnika odmalował się ból.

– Walczyć?... Nie... Nie dojdzie do tego. Spotkasz go całą pewnością, ale jeśli chodzi walkę to od teraz biorę Lucyfera na siebie. Obiecuję.

Wiedziała, że słowa czarnoksiężnika szczere że może nie wierzyć. Nie dojdzie do konfrontacji, obliczu której byłaby bezbronna niczym nowo narodzone niemowlę. Kain osłoni, nie dopuści do tego, by spotkała jakakolwiek krzywda, nie pozwoli, by dłonie jej czarnego, przegranego, ale wciąż niesamowicie groźnego anioła zetknęły się, by strawił szalejący jego wnętrzu pożar. Wściekła na samą siebie za to, że tyle czasu zajmuje jej doprowadzenie się do normalnego stanu, wstała, walcząc ustępującymi zawrotami głowy.

– Czego on ode mnie chciał?

– Czy to nie oczywiste? Chciał cię przestraszyć udało mu się. Chciał opóźnić lub nawet uniemożliwić rozpoczęcie zadania, na to mu nie pozwól. Weź się garść, unieś głowę chodź ze mną. Czekają tam na ciebie.

Tak, czekali... Słyszała ich oddechy nawet tu docierał do niej gwar ich gorączkowych myśli. Wyczuwała głównie niechęć, wrogość zdumienie. Całkiem nieźle jak na początek.

– Kogo ty tam zebrałeś? Oni nie mogą ścierpieć nawzajem swojej obecności, czekają na jakiegoś nadludzko silnego potężnego przywódcę, który ich poprowadzi, tylko to trzyma ich na miejscach. Każdy nich najchętniej odszedłby stąd zapomniał, że kiedykolwiek miał tobą do czynienia.

Mężczyzna brudnoszarym płaszczu uśmiechnął się smutno.

– Wszyscy nich odpowiedzieli na wezwanie, choć nie było ono rozkazem. Nie odejdą po tym, co dziś usłyszą.

Nic nie odpowiedziała, przyjęła ofiarowane jej przez przybranego ojca ramię pozwoliła się prowadzić do wielkiej komnaty, którą mijali, idąc tu. Teraz, kiedy należało zacząć działać, była swoim żywiole, gotowa stawić czoła niezadowoleniu trzech przybyszów, którzy na razie byli dla niej dla siebie nawzajem niezrozumiałą zagadką. Na szczycie kamiennych schodów Kain przepuścił przodem.

Gdy tylko czarodziejka jej nauczyciel stali się widoczni dla trójki mężczyzn, sześć oczu zwróciło się ich stronę. Elfka uniosła nieco brwi ze zdumienia Elf, Człowiek Wampir siedzieli wspólnie przy kamiennej półce, służącej jako stół, przed nimi ustawione były miedziane misy, wypełnione mięsiwem oraz owocami czarki winem krwią. Jedzenie stało jednak nietknięte, trzej goście starali się siedzieć najdalej jak to tylko możliwe od siebie nawzajem.

Najbardziej wciśnięty kąt był Wampir, długie do ramion, koloru dojrzałej pszenicy włosy spadały mu swobodnie na plecy, zdawał się być jednocześnie rozluźniony spokojny, ale też czujny, błądząc spojrzeniem po grocie twarzach współtowarzyszy. On, jako jedyny nie miał co do niej zastrzeżeń, po prostu napotkawszy na chwilę jej oczy, skinął lekko głową, godząc się na takiego przywódcę. Człowiek, ubrany purpurową koszulę tego samego koloru płaszcz oraz ciemne spodnie, najbardziej emocjonalnie zareagował na pojawienie się dziewczyny. Na jego twarzy odmalowało się najpierw niedowierzanie, zaraz potem oburzenie wściekłość, wszystkie te uczucia uderzały jednak czarnoksiężnika, pozostawiając nietkniętą. Elf młodej, niemalże dziecinnej jeszcze twarzy, patrzył prosto na nią szeroko otwartymi, błękitnymi oczyma. Na samym dnie tego spojrzenia czarodziejka dostrzegła nieśmiałą iskierkę nadziei.

****

Ze szczytu wykutych kamieniu nierównych stopni pewnym krokiem schodziła ku nim młoda, piękna dziewczyna. Od stóp do głów spowita biel, zdawała się być nierealną zjawą innego świata, delikatną kruchą, żadnym sposobem nie pasującą do ich trójki. Wilgotne włosy, których końcówki skręcały się czarne pierścionki, opadały na jej talię, duże, zielone oczy spoglądały na ich twarze bez zmieszania, jakie powinno cechować kobietę, która przypadkiem się tu znalazła. Nie mogła być silnym potężnym przywódcą, jakiego obiecał im Kain, ich tarczą ochroną tej misji, tarczą, na którą sami po cichu liczyli. jednak była tu, pojawiła się chwilę po tym, jak stary czarnoksiężnik poszedł przyprowadzić ostatniego członka misji. Za dziewczyną, kilka kroków oddalony od niej, szedł starzec kapturze narzuconym na głowę, skrywający przed nimi swój wyraz twarzy. Prawda, która zdawała się być niemożliwa do przyjęcia, uderzyła nich niczym wystrzelona ukrycia strzała. Każdy nich poczuł się pewien sposób zdradzony oszukany.

Idący za Elfką Kain dokładnie badał ich nastroje. Wampir przyjął rewelację ze spokojem opanowaniem, typowym dla swojej rasy. Trudno było wyłowić jego postawy jakiekolwiek emocje, odgrodził się od reszty niewidzialną tarczą obserwował. Co do jego udziału misji czarnoksiężnik miał nieco mieszane uczucia. Jasnowłosy młodzieniec, odżywiający się krwią, czuł wstręt do samego siebie do wszelkich podobnych mu stworzeń. Został przemieniony kilkadziesiąt lat temu, był wystarczająco młody, by nadal pragnąć śmierci wyzwolenia łańcuchów klątwy, właśnie po to się tu znalazł. Liczył na to, że podczas tej samobójczej wyprawy znajdzie coś skuteczniejszego od bajek drewnianych kołkach czy promieniach słońca, które choć go osłabiały, to nie czyniły mu przecież żadnej trwałej szkody. Dla niego fakt, że dowodzenie co za tym idzie, pieczę nad jego życiem ma objąć młoda dziewczyna, która niewielkie ma pewnie pojęcie tym, czym przyjdzie im walczyć, mógł tylko przyspieszyć spełnienie się jego pragnienia.

Człowiek był wściekły, nad tym uczuciem trudem panował, sam nie wiedział, co rozczarowało przeraziło go bardziej. Czy fakt, że jego towarzyszem zostanie Wampir; czy to, że będzie nimi niemowlę, które teraz spało spokojnie, wtulone sierść leżącej niedaleko trzaskającego ognia Wilczycy dwóch głowach, która przed chwilą karmiła malucha niczym własne szczenie; czy właśnie to, że swoje życie swój miecz ma oddać do dyspozycji młodej dziewczyny. Każdy jego trzech braci, którzy zostali chacie ojcem najmłodszą siostrą, zazdrościli mu tego, że to właśnie po niego przyszedł czarnoksiężnik zniszczonym płaszczu to jemu pozostawił wskazówki, jak dotrzeć do ukrytej wśród skał Warowni. Mężczyzna pomyślał goryczą tym, jaka byłaby ich reakcja na to, co właśnie oglądał czemu wciąż nie dawał wiary.

Młody Elf widział to samo, co reszta jego towarzyszy, ale dostrzegał wiele więcej szczegółów ukrytych przed innymi znaczeń. Jego oczy podpowiadały mu, że stoi przed nimi piękna dziewczyna, ale umysł wiedział, że jej uroda jest groźna, niebezpieczna, kryje sobie ciemny, zły pierwiastek że nie wolno mu jej ulec. Widział gładkość jej skóry grację ruchów, ale nie dał się oszukać doskonale zdawał sobie sprawę, że nieznajoma nie jest młoda, ale starsza od nich wszystkich razem wziętych, może wyjątkiem Kaina. Miał przed sobą obraz Elfa, ale osoba ta nie mogła być tak naprawdę Elfem, jej aura kryła sobie zbyt wiele mrocznych plam była zbyt niespójna. Wreszcie on jeden rozumiał znaczenie sukni, jaką miała na sobie dziewczyna. Biel nie była dobrym kolorem kryła sobie wszystkie inne barwy, nie pokazując ich, niczym światło, które dopiero rozszczepione przez pryzmat ukazuje swoją prawdziwą postać. Jednakże widmo światła jest piękną, kolorową tęczą, więc może dla nich też tliła się jeszcze jakaś nadzieja?

Mistrz jego uczennica dotarli do podnóża schodów czarnoksiężnik zrzucił kaptur, spoglądając na zebranych przed nimi mężczyzn.

– Dokładnie siedem dni temu udałem się podróż, by odnaleźć trzech śmiałków sercach, które nie łatwo poddają się ciemności wezwać ich do siebie. Wszyscy odpowiedzieliście oto jesteście tu przede mną. Teraz nadchodzi czas, kiedy będziecie mogli zadawać pytania uzyskać na nie odpowiedzi, na podstawie których podejmiecie decyzje co do swojego dalszego udziału misji. Ci, którzy się nie wycofają, wyruszą dziś drogę, od momentu opuszczenia mojej groty na wierzchowcach, które dla was przygotowałem, nie będzie już odwrotu. Wzywam was więc do głębokiego przemyślenia drogi, którą od teraz będziecie kroczyć. Jakąkolwiek decyzję dziś podejmiecie, zostanie ona uszanowana, nie obawiajcie się więc przemawiać szczerze prosto waszych serc czarnoksiężnik zrobił pauzę spojrzał po twarzach siedzących przed nim mężczyzn, ale nikt się nie odezwał. Dobrze, podjął po chwili więc ja zacznę. Po pierwsze byłoby absurdem, gdyby wasze imiona nadal pozostawały tajemnicą dla innych towarzyszy podróży, tego, co wiem, nie przedstawiliście się sobie, pozwólcie więc, że dokonam prezentacji. Mamy tu Elfa, Wampira, Człowieka Wilka, przedstawicieli wszystkich starożytnych ras, zamieszkujących Ziemię. Nie musicie znać dobrze Wilczycy, ona nie weźmie bezpośredniego udziału wyprawie, obejmie pieczę nad dzieckiem, ale nie będzie walczyć.

– Sylwanie, wstań proszę czarnoksiężnik zwrócił się bezpośrednio do Wampira, który wypełnił polecenie, nie odzywając się. Sylwan, przedstawiciel rasy, szukającej ukojenia mrokach nocy, jeśli zdecyduje się wami podążyć, przekonacie się, jak bardzo jego imię pasuje do niego samego. Nie lekceważcie jego broni, mimo, że teraz budzi was odrazę, nie raz ocali wam życie, zapamiętajcie to. Dziękuję ci, możesz spocząć.

– Farysie, Kain przeniósł spojrzenie na człowieka czy zechcesz powstać? Rasa ludzka jest zagadką dla wszystkich dla samej siebie. Istoty, kryjące sobie zarówno pierwiastek dobra jak zła, znające różnicę między tymi dwoma pojęciami, jednak tak często tracące nad nimi kontrolę. Nie może być inaczej, jeśli zna się historię ich powstania. Ale Farys nie jest zwykłym przedstawicielem swojej rasy, tylko on może zająć należne mu miejsce wyprawie, jeśli odmówi, pozostanie ono puste. Przyjmijcie go więc do swojego grona traktujcie należnym mu szacunkiem, bo mimo braku siły wytrzymałości fizycznej, jaka cechuje pozostałe rasy, jest on wam równy. Usiądź, proszę.

– Pistis Elf wstał bez zaproszenia ze strony starca jest kapłanem, jego mądrość znajomość celu, jaki przed wami stoi, przewyższa stokroć pojęcie, jakie wy nim macie. Jego ród jako jedyny ma posiadaniu Świętą Księgę, której spisane dzieje świata, od jego powstania do końca. Jest tam też proroctwo odnoszące się do waszej podróży, jestem więcej niż pewien, że młody kapłan będzie stanie przywołać je wam pamięci. Mi nie wolno go czytać na moment twarz starca pociemniała ale mogę je wam objaśnić. Dziękuję ci, Pistisie.

– Wreszcie moja wychowanka uczennica, Elpis czarnoksiężnik ujął dłoń dziewczyny postąpił nią krok ich stronę. Niech was nie zwiedzie jej delikatny wygląd, jest doskonałym wojownikiem, lepszym być może ode mnie czarodziejem jedyną osobą na Ziemi, która potrafi obłaskawić zmusić do posłuszeństwa bestie, którymi przyjdzie się wam zmierzyć. Uwierzcie mi, bo wiem, czym mówię. Raz bardzo rozgniewałem walczyliśmy, była wtedy ciele sześcioletniej dziewczynki...

Oboje, dziewczyna starzec uśmiechnęli się na to wspomnienie, jakby połączeni jakąś niewidzialną nicią porozumienia. Czarnoksiężnik umilkł czekał na ich reakcje. Pierwszy odezwał się Farys, ostrożnie dobierając słowa.

– Podążyłem za tobą, mistrzu dotarłem tutaj, teraz czekam na dalsze twoje rozkazy, bo przyrzekłeś mi udział zadaniu, które uczyni mnie nieśmiertelnym dla tych, którzy przeżyją sprawi, że Ludzie, Elfy Wampiry ze strachem czcią wypowiadać będą moje imię. Nie przyszedłbym tutaj, gdybym wiedział, że zadanie ma polegać na opiece nad niemowlęciem młodą dziewczyną. Wybacz pani, ale pochodzę ludu, którym kobieta walce zabijaniu wie tyle, ile uzna jej za stosowne opowiedzieć powracający wojny mąż. Nigdy nie bierze sama nich udziału, to chroni czyni nietykalną. Stąd moje uprzedzenie. Jesteś piękna, pewnością też bardzo odważna pełna zapału, jednak udział tak niebezpiecznej wyprawie powinnaś pozostawić mężczyznom, którzy sprostają jej trudom.

Żadne nich nie było zdziwione jego słowami, oboje spodziewali się takiej reakcji, zagadką było tylko to, który nich jak prędko odważy się pierwszy tym głośno powiedzieć. Czarnoksiężnik już otworzył usta, by przemówić obronie dziewczyny, ale ona puściła jego rękę odezwała się pierwsza, nie dając mu dojść do słowa.

– kogo spodziewaliście się ujrzeć? Mesjasza, przed którym klękać będą narody? Umarł wieki temu, pokonany, jego najwierniejszy uczeń zaparł się go trzy razy chwili, gdy jego mistrz wydawał ostatnie tchnienie, więc nie czekajcie na niego, on nie przyjdzie. Jestem tu ja ja poprowadzę tych, którzy zdecydują się pójść za mną. Nikogo do niczego nie zmuszam nie będę próbowała przekonywać, ale uwierz mi, Człowieku, widziałam więcej bitew, niż ty czy którykolwiek twoich braci jesteście stanie przywołać pamięci. Nie urodziłam się czasie, na który wskazywałby mój wygląd podczas mojego życia walczyłam całą rzeszą Ludzi czarnoksiężników, których zabiłam których twarze już dawno uleciały mojej pamięci. Potrafię przeżyć ugryzienie Wampira nie czyni mi ono żadnej szkody, powiem więcej, sama kiedyś piłam krew Wampira, jestem odporna na jej działanie. Potrafię przetrwać warunkach, jakich się wam nawet nie śniło nie robią na mnie wrażenia rzeczy, które pewnością zabiłyby każdego was osobna wszystkich razem, gdybyście stanęli naprzeciw nim ramię ramię. Nie będę ładnym dodatkiem do drużyny ani jej maskotką, opiekę nade mną dzieckiem zostawcie mi, sami martwcie się lepiej własne głowy, bo ja waszej straży nie potrzebuję.

Cała trójka napięciem wpatrywała się jej twarz. Dziewczyna nic już nie powiedziała, podeszła do prowizorycznego stołu wzięła niego jedną drewnianych czarek wypełnionych gęstym, ciemnoczerwonym płynem opróżniła duszkiem. Odstawiła naczynie, uśmiechając się lekko, umyślnie eksponując przy tym kły, które automatycznie powiększyły się odpowiedzi na słodko-metaliczny smak. Człowiek wciągnął ze świstem powietrze znieruchomiał, oczach Elfa przez moment dostrzec można było rozpacz pustkę, Wampir uniósł głowę, wpatrując się dziewczynę na nowo ożywionym zaciekawieniem. Czarodziejka wzięła do ręki drugą czarkę razem nią podeszła do Wilczycy śpiącego kołysce utworzonej jej ciała niemowlęcia. Usiadła obok dziecka, opierając się drapieżnika kładąc wolną rękę na jego grzbiecie. Potężne zwierze zwróciło jej stronę jeden ze swoich łbów liznęło krótko po policzku.

– Więc pierwszy przerwał cisze Farys naprawdę walczyłaś Leviathanem?

– Tak, ale... dziewczyna zawahała się przez moment. To nie była walka dosłownym tego pojęcia znaczeniu. Raczej pojedynek czysto mentalny, starcie, które rozegrało się naszych głowach. Zmusiłam go do tego, by pokazał mi pewne rzeczy przyrzekł posłuszeństwo, choć wcale nie miał na to ochoty.

– Właśnie głos zabrał Kain. Wszystkich nas nurtuje, jaki przekaz miał dla ciebie dla nas wszystkich pierwszy Upadłych Aniołów. Opowiedz nam.

Więc dziewczyna zaczęła opowiadać Bogu jego siedmiu ulubieńcach pomocnikach, którzy wzgardzili doskonałym światem, jaki stworzył ponieśli za to straszną karę. Wszyscy słuchali uważnie, nie przerywając jej nie zadając pytań, cierpliwie czekając, skończy. Kiedy umilkła, jej przybrany ojciec przemówił po raz drugi.

– Siedmiu upadło, rażonych bożym gniewem, ósmy skoczył za nimi nicość, odrzucając skrzydła. Wszyscy zostali przeklęci potępieni na wieki, ale to nie była wystarczająca kara. Zapadli sen, tu na Ziemi, choć Wszechświat stworzony przez Boga był ogromny mógł On rzucić ich gdzie tylko chciał, wybrał planetę. Dlaczego, dowiecie się od elfickiego kapłana, który uważnie przestudiował Świętą Księgę, której tekstu nie wolno mi było słuchać do dzisiejszego dnia. Bo oto nadeszły czasy, kiedy świat, który znacie, chyli się ku upadkowi, więcej jest budzących odrazę kreatur niż istot, godnych dostąpić zbawienia, jeśli ogóle ktokolwiek na nie zasługuje lub kiedykolwiek zasługiwał. Dzień Paruzji jest bliższy niż sądzimy, czas, kiedy trzeba będzie ostatecznie za wszystko zapłacić, nadszedł właśnie się wypełnia.

Dziewczyna wsparta na miękkim grzbiecie Szarej Wilczycy nie mogła oprzeć się wrażeniu, że coś jest jednak nie tak, że jakiś szczegół, bardzo ważny szczegół się nie zgadza.

– Kain... odezwała się niepewnie to nie ma sensu. Lucyfer odrzucił skrzydła poszedł za resztą strąconych aniołów, ale Lucyfer, którego zobaczyłam mojej wizji miał skrzydła. Wielkie, tak wielkie, że zdawały się obejmować wszystko wokół, płonące żywym ogniem.

– Masz rację, to nie brzmi zbyt logicznie oboje zignorowali widoczne poruszenie wśród trzech mężczyzn, które nastało po tym, jak Elfka wspomniała swojej wizji Lucyfera. Ale jeśli uważnie się nad tym zastanowić, jeśli spróbować to zrozumieć, ma to sens. Pan przebaczył swojemu ulubieńcowi jako jedynemu pozwolił mu pozostać Niebie stóp swojego tronu, ale anioł nie przyjął tej łaski. Odrzucił skrzydła, jednak Bóg stworzył go skrzydlatym tylko On mógł mu je odebrać. Najwyższy nie przyjął jego skrzydeł, więc anioł musiał je zachować, ale zmienionej postaci. Nie były już białe nieskalane, zajęły się ogniem, który spalił je na szkielet, mimo to wciąż trwały. Nie mają nigdy zniknąć, jak nigdy nie zgaśnie ogień, trawiący teraz wnętrze czarnego anioła. Będzie cierpiał męki wieczne nigdy nie umrze. To jego kara za to, że odrzucił przebaczenie. Wszystkie strącone istoty cierpią na wieki, ale cierpienie Lucyfera jest największe, bo kiedyś był ukochanym doradcą, teraz stał się budzącą odrazę bestią, pobratymcy, dla których skoczył przepaść, którzy wcześniej za nim poszli, znienawidzili go przez czas trwania kary, bo to przez jego działania wszystko się stało. Gdyby nie uroił sobie głowie pragnień, co do których, jak uważa Bóg, nie miał prawa, nadal trwaliby swojej niczym niezmąconej doskonałości.

Dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie.

– Coraz mniej podoba mi się ten ich Bóg. Przecież Lucyfer chciał tylko kochać być kochanym. Czy to takie dziwne straszne? Wybrał Barbello ona też go wybrała, potem narodziła lub narodził się Belial, mięli dziecko, co tym złego? Co tu zasługuje na potępienie?

– Do tej pory właściwie nic, poza tym, że tylko Bóg miał prawo stwarzania żyjących nieśmiertelnych istot. Zło wydarzyło się nieco później. Opowiada tym Księga tu proszę kapłana, by nam to przybliżył, bo on wie najlepiej.

Oczy wszystkich zgromadzonych zwróciły się stronę młodzieńca białej szacie, który trudem oderwał spojrzenie od wspartej na boku Wilczycy przedstawicielki jego własnego plemienia, która właśnie powoli sączyła słodką krew drugiej czarki. Była dla niego niebezpieczną zagadką, której rozwikłanie miało go przez najbliższy czas dręczyć, wyglądała jak Elf, ale nie mogła nim być. Najmniejszy łyk krwi natychmiast osłabiłby bardzo prawdziwego Elfa, ilość zawarta naczyniu pewnością by go zabiła uczyniła jego duszę nędzną słabą, ta rasa zbyt była związana ziemią wszystkimi żywymi istotami, by znieść smak cząstki ciała, które odczuwa ból. Drewniane naczynie ręku dziewczyny przerażało go fascynowało zarazem.

– Święta Księga zaginęła dawno temu zaczął trudem, drżącym głosem ale moje plemię bardzo szanuje pielęgnuje jej pamięć. Przekazujemy sobie ustnie jej teksty pokolenia na pokolenie, szczególnie kapłani znają jej treść dokładnie, co do słowa, to znaczy treść, którą zapamiętali starsi. Nikt już nie zna całości. Opowiada ona początkach Wszechświata. Jest niej wymieniony potężny nieśmiertelny Bóg oraz Jego aniołowie. Opisuje szczegółowo ich upadek. Rozpoczął się on momencie, kiedy Lucyfer Barbello powołali do życia Belial. Powołali do życia to ważne ona nie jest zrodzona, stworzona, nigdy nie była dzieckiem nie jest biologiczną córką tych dwojga, oni po prostu wezwali, ona usłuchała. Nazwali sami siebie jej matką ojcem istotę, która odpowiedziała na ich wołanie córką. Nikt nie wie, skąd przybyła Belial, jest stworzona ciemności światła, splecionych ze sobą, przenikających się.

– Lucyfer jego wybranka pokochali ją, ale natychmiast zaczęli obawiać się bożego gniewu poczuli skruchę. Nikomu, wyjątkiem Boga nie wolno było tworzyć nieśmiertelnych istot. Jednak wykroczenie zostało już popełnione oboje zdecydowali się przyjąć na siebie jego konsekwencje. Udali się do Najwyższego, błagając go łaskę dla dziewczyny, którą powołali do życia, posunęli się nawet do błagania skrzydła dla niej bożą opiekę nad nią, sami gotowi byli na strącenie czeluście Szeolu, byle tylko ocalić. Pan wysłuchał ich, przywołał Belial przed swoje oblicze obdarzył najpiękniejszą, piękniejszą nawet od Jego aniołów istotę biało-złocistymi skrzydłami włączył szeregi aniołów. Uświęcił też uczynił nierozerwalnym związek między Barbello Lucyferem.

– Wszystko mogłoby być dobrze, gdyby nie jeden szalenie istotny szczegół. Aniołowie nie posiadali uczuć, ale Belial, stworzona nieudolnej miłości, jaka narodziła się między dwoma nich, była przepełniona uczuciami, których nie rozumiała nad którymi nie panowała. Była porywcza, gwałtowna, niebezpieczna wiecznie zawieszona na granicy dobra zła, zdająca się stąpać jedną nogą po jasnej, drugą po ciemnej stronie, jej samozwańczy rodzice nie mieli szans, by nad nią zapanować, przeciwnie to ona wywołała zamęt głowach wszystkich siedmiu pozostałych boskich pomocników. końcu dopełnił się najstraszliwszy grzech. Piękna groźna anielica uwiodła Lucyfera ich zakazanego związku urodziło się dwoje dzieci bliźnięta, chłopiec dziewczynka, Adam Lilith.

– Świetlisty anioł stracił dla niej głowę, oszalał, był gotów walczyć Najwyższym jej dzieci życie. Dzieci były dziwne, nikt do tej pory nie widział takich stworzeń, małe bezbronne, by przeżyć, potrzebowały niemal nieustannej obecności matki. Nad huraganem uczuć, który zawsze kłębił się we wnętrzu Belial, górę wzięła teraz niezrozumiała niezwykle silna miłość do tych dwóch istot, pełzających niczym robaki, nie potrafiących mówić, nieświadomych bezmyślnych. Kiedy Barbello dowiedziała się ich zdradzie, uciekli. To dla swojej córki, która stała się jego kochanką matką jego biologicznych dzieci, Lucyfer przekroczył granice Wszechświata, stworzonego przez Boga. Odnalazł miejsce, gdzie mogli się schronić nigdy nie zostać odnalezionymi, tak przynajmniej mu się wydawało. Wspólnie obdarzyli życiem jedną martwych planet, błądzących poza granicami boskiego świata nadali jej imię Ziemia. jej wnętrzu odtworzyli na tyle wiernie, na ile potrafili, boski dwór, umieszczając go ogrodzie, który nazwali Edenem.

– Tam osiedli dziećmi, obserwując jak one małych, bezrozumnych istot, stają się większe, podobne do aniołów, jednak tak bardzo się od nich różniące. One też posiadały uczucia, które dręczyły ich matkę, same siebie swoich rodziców uwielbiały nienawidziły naprzemian. Lucyfer Belial wracali często na boski dwór, przed oblicze Najwyższego, łudząc się, że nie może On dostrzec tego, co dzieje się poza granicami stworzonego przez siebie świata. Mylili się, Pan widział wszystko wiedział, co ukrywają przed Nim oni reszta aniołów. Bowiem żaden pozostałej szóstki nie wydał kochanków, nawet Barbello miłość do córki przeważyła nad wściekłością poczuciem zdrady. Nie wiemy dlaczego odwlekał jednak karę pozwalał, by zło dokonywało się dalej. Wielu twierdzi nawet, że to On zdradził końcu Barbello drogę do ich kryjówki pozwolił jej zabrać jedno dziecko, jako zadośćuczynienie za jej cierpienie, ale nie wiemy tego na pewno.

– Prawdziwa historia milczy na ten temat, dość, że wzgardzonej pierwszej kochance Lucyfera udało się znaleźć drogę do małego raju, który stworzył on razem Belial. Odnalezienie nim dzieci, które były już dorosłe, nie było trudne. Łatwo też poszło przekonanie Lilith, by poszła nią. Wystarczyło opowiedzieć jej prawdziwym świecie, który stworzył Bóg, bo rodzice pierwszych Ludzi, chcąc ich chronić, utrzymywali ich przekonaniu, że Eden jest jedynym światem, że poza nim nie ma życia nie ma istot żywych, nie ma więc sensu tego schronienia opuszczać. Kobieta, wściekła rozżalona, podążyła za anielicą pozwoliła jej się nieść, bo sama nie miała skrzydeł. Jednak Barbello oszukała ją, wzniosła się nią ramionach wysoko ponad niebo umyślnie upuściła dziewczynę na ciemnej, martwej części planety. Była pewna, że ten upadek przepłaci ona życiem, ale wtedy Ludzie nie byli tak słabi krusi jak obecnie.

– Lilith przeżyła, co więcej, przeżyły stworzenia, które nosiła swoim łonie, upadek spowodował ich przedwczesne pojawienie się na świecie. Pierworodne dzieci dwójki pierwszych Ludzi były straszne, upadek, który nieomal nie zabił ich ich matki, uczynił nich pokraczne karykatury żywych stworzeń, zupełnie niepodobne do na swój sposób pięknych niemowląt, którymi stałyby się, gdyby Lilith została Edenie. jednak istniały, ich nieszczęśliwa matka, pogruchotana zbyt słaba, by zdobywać dla nich pożywienie, pozwoliła im czerpać samej siebie. Odżywiając się energią witalną resztką sił pierwszej kobiety, poczwary przetrwały, czyniąc niej upiora, który nie żyjąc już wcale, nie może umrzeć. Lilith jej pokraczne dzieci zostały na zawsze uwięzione miejscu upadku, miejsce to nazwano Doliną Jęku Gehenną.

miarę snucia opowieści, tak dobrze znanej przestudiowanej dokładnie wiele razy, głos Elfa stawał się spokojny wciągający. Elpis wsłuchała się niego, zapominając na chwilę tym, gdzie jest, widząc przed oczami świetlisty Eden pełną gęstej czerni Gehennę. Po ostatnich słowach Elfa zabrała głos, korzystając krótkiej przerwy opowieści.

– Od kiedy podróżuję dzieckiem, Cienie zrodzone Lilith uczepiły się mnie szły za mną niemalże tu. Musiałam odgrodzić się od nich, składając ofiarę krwi. Przykro mi to twierdzić, ale masz nie do końca prawdziwe informacje, kapłanie. One już wypełzły ze swojego więzienia, nie muszą być do niego ograniczone.

Elf skinął lekko głową, jakby dziewczyna potwierdziła coś, co do tej pory było dla niego tylko przypuszczeniem.

– Paruzja zbliża się, dzień gniewu pańskiego wkrótce nastanie my będziemy jego świadkami. Nic już nie jest takie, jakie powinno być, dlatego pozwolono im wyjść. Lilith zdarzało się już wcześniej opuszczać kryjówkę, ale zawsze było to pod osłoną nocy samotności. Ona nie może pogodzić się tym, że jej jednej przypadł taki gorzki los rola matki demonów. Pożąda prawdziwych dzieci, cielesnych, delikatnych kruchych, dla niej jak magnez, któremu nie może się oprzeć. Nie raz zabierała dusze niemowląt wiosek leżących niedaleko przeklętej doliny, dusza dziecka zamieszkuje ciało krótko łatwo od niego oderwać, opętać uprowadzić. Naczynie umiera, wyrwana niego dusza staje się jednym jej bachorów. Pewnie pragnęła dziecka, które podróżowało tobą, pani.

Czarodziejka poczuła, jak plecy wbija jej się milion maleńkich lodowych igiełek. Wzdrygnęła się mimowolnie przygarnęła do siebie owinięte pieluszkę ciało niemowlęcia. Gest ten nie uszedł uwadze młodego kapłana. Chłopiec był potomkiem Ludzi, siedząca obok trzaskających ogniu smolnych szczap kobieta pewnością nie była Człowiekiem, jednakże Wampirem ani Elfem tak naprawdę też nie była. Kim było dla niej to ludzkie niemowlę jaka więź ich łączyła...

– Jestem niemalże pewien, że kapłan ma rację potwierdził czarnoksiężnik. Lilith podążyła za tobą, by odebrać ci tego małego Człowieka, całą też pewnością będzie kontynuować swoją pogoń, gdy tylko oddalicie się od Warowni na tyle, że przestaną blokować moje czary. Sama musisz go ochronić, nie potrafię ci tym pomóc, mogę tylko przekazać informacje, które posiadam które stanie naprowadzić was na prawidłowe odpowiedzi. Nie jest tego wiele, do większości wniosków musicie dojść sami im prędzej to nastąpi, tym lepiej dla powodzenia wyprawy. Kontynuuj więc proszę, opowiedz nam Ewie zwrócił się stronę Elfa.

– Ewa... twarz młodzieńca przybrała dziwny wyraz. Kolejna istota, która nie powinna była się narodzić, jednak do jej narodzin doszło. Druga córka Lucyfera Belial, druga siostra Adama zarazem jego druga żona. Przyszła na świat Edenie zajęła miejsce Lilith boku Adama. Kiedy dorosła, urodziła Adamowi dwoje dzieci, dwóch braci, starszy dostał imię Kain, młodszy Abel, ilu dzieci zrodziło się jeszcze tego związku, tego nie wiemy, od nich jednak wywodzi się cała rasa ludzka, także... tu Elf zawiesił na chwilę głos od nich początek wzięły wszystkie zamieszkujące Ziemię Elfy Wampiry.

– Jak to? Farys zerwał się miejsca. Chcesz powiedzieć, że ja i... nie skończył, tylko patrzył oburzeniem na siedzącego przed nim ze skrzyżowanymi na piersi ramionami Sylwana, jakby czekając, ten zaprzeczy.

– Tak potwierdził spokojnie Kain. Kapłan jasno się chyba wyraził. Trzy czterech ras zamieszkujących Ziemię mają wspólnych przodków. Ewa rodziła tylko Ludzi, jednak jej potomkami coś było stanowczo nie tak. miarę upływu czasu porywczość pewna emocjonalna niestabilność, cechujące Belial, coraz bardziej brały górę nad chłodnym spokojem, odziedziczonym od ojca. Człowiek jako gatunek był gwałtowny skłonny do nienawiści. Jednocześnie był coraz słabszy, podatny na zranienia, śmiertelny, anielscy rodzice nie byli stanie przekazać mu swojej siły daru wiecznego życia. Jednak Bóg nadal nie reagował, Lucyfer jego zakazana kochanka patrzyli na postępki swoich potomków niepokojem, nie chcąc jednak ingerować, niedoskonałość pewna ułomność Ludzi była dla nich czymś cudownym niezrozumiałym, nie chcieli tego psuć. Jednakże końcu doszło do tego, że spadkobiercy Adama Ewy zwrócili się przeciwko sobie. Pomiędzy Kainem Ablem wybuchła błaha początkowo sprzeczka, która zakończyła się śmiercią młodszego brata rąk starszego. Kiedy Belial traciła nad sobą kontrolę, wściekała się, ciskała gromy błyskawice, raziła nimi Lucyfera, walczyła nim całkiem na serio, nie potrafiąc odnaleźć umiaru, ale jednak nie potrafiła wyrządzić mu krzywdy, aniołowie byli nieśmiertelni. Teraz oto na jej oczach jej dzieci, powodu jej dziedzictwa zaczynały umierać. Musiała zareagować.

– Zrobiła pierwszą rzecz, jaka przyszła jej do głowy, cierpliwość głęboka analiza też nie były jej mocnymi stronami. Zebrała wszystkich Ludzi, zamieszkujących wtedy Ziemię podzieliła ich na trzy możliwie równe części. pierwszą nich przelała wszystkie te uczucia, które jej odczuciu były dobre wzniosłe, istoty, które ten sposób ukształtowała nazwała Elfami; druga nich otrzymała cechy negatywne niebezpieczne, ale też chłód opanowanie oraz niezwykłą wręcz szybkość wytrzymałość, tak oto powstały Wampiry. jednym uczuciem Belial miała problemy największe pojąć go nie była stanie, jednocześnie czuła, że jest ono najsilniejsze zupełnie odmienne od reszty, że za nic nie potrafi go zakwalifikować przyporządkować jednej grupie, jeśli obdarzy nim obie, spowoduje to tylko jeszcze większy zamęt nowe szkody. Była nim miłość. To właśnie miłość była głównym darem, jaki otrzymała od niej trzecia grupa istotom tym przeklęta anielica pozwoliła zatrzymać miano Ludzi.

– To ważne, żebyście mnie teraz dobrze zrozumieli Kain spojrzał uważnie na wszystkie cztery pary wpatrzonych niego oczu, na dłużej zatrzymując się na brunatnych oczach Farysa. To nie tak, że ona przeznaczyła część swoich dzieci do zbawienia, część skazała na potępienie, już na pewno nie uczyniła tego świadomie. Ona sama była niczym dziecko poruszające się we mgle, myślała, że oto objawiło się jej genialne rozwiązanie sytuacji, że taki rozłam pozwoli jej potomkom zrozumieć swoje uczucia, pozwoli wszystkim rasom żyć pokoju obok siebie, między podobnymi do siebie istotami, ale zachowując szacunek dla tych, które inne. Myliła się jednak bardzo. Między Elfami Wampirami wykształciła się instynktowna jakby wrogość, plemionom tym trudno było znosić nawzajem swoją obecność, tym bardziej, że tak bardzo różnił się ich styl życia. Te pierwsze ukochały światło przestrzeń, były tak silnie związane naturą, że zabijając jakiekolwiek żywe zwierzę odczuwały jego ból, ich organizm odrzucał mięsny pokarm, był on dla nich wręcz trucizną. Wampiry pełnie sił osiągały tylko przez spożywanie krwi, najchętniej ludzkiej, której sam zapach jest dla Elfa wstrętny. Ludzkość miłość zgubiła, to przez nią wybuchały wojny, przez nią wielu zginęło nielicznym tylko dała szczęście. Ziemia stała się jednym wielkim polem bitwy cmentarzyskiem pokonanych, Belial Lucyfer pogubili się swoich działaniach tak bardzo, że nie potrafili już zareagować. Kochali po równi swoje niedoskonałe dzieci, ale nie byli stanie im pomóc ani ich ocalić.

– Wtedy wszechmogący Pan postanowił zareagować. Zwlekał długo, ignorując stworzony przez swoje anioły świat, jakby nieświadomy jego istnienia, kiedy końcu zwrócił na niego uwagę, ręka, którą jego stronę wyciągnął nie była pomocna, ale karząca. Werdykt był krótki ostateczny, nie podlegał dyskusji Ziemia zginie, zamieszkujące rasy czeka zagłada. Bóg spuścił na błękitną planetę bezmiar wody, która zatopić miała wszystko, co żyje. Czterdzieści dni czterdzieści nocy nieprzerwanych ulewnych deszczy, które ukryły nawet wierzchołki gór. Kiedy Belial Lucyfer dowiedzieli się planie Najwyższego, został on już wcielony życie. Mimo więc, natychmiast opuścili boski dwór znaleźli się na ożywionej przez siebie planecie, zastali tam dokonujące się dzieło zniszczenia, niedobitki Elfów, Ludzi Wampirów ukryły się na wyżynach, gdzie woda jeszcze nie dotarła. Rozwścieczona, biedna matka, od której wszelkie istoty, które teraz były martwe, wzięły swój początek, jeszcze raz podjęła nieudolną próbę walki nie. Wspólnie Lucyferem uformowała ogromny statek, arkę, zdolną pomieścić wszystkie ocalałe stworzenia. Anioł, który wkrótce potem odrzucił skrzydła, sam sterował arką, uprzednio zabrawszy na jej pokład wszystkich co do jednego ocalałych, gromadząc niej tym samym wszelkie życie, jakie było jeszcze na Ziemi. Płynęli dokładnie sto pięćdziesiąt dni, przez wszystkie te dni Lucyfer ani razu nie odszedł od steru, nie pozwalając rozszalałym falom pochłonąć arki. Belial udała się do sześciu pozostałych aniołów, błagać ich pomoc. Astaroth, Asmodeus, Leviathan, Belzeebub Mammon, nawet Barbello, pełna skruchy za to, co uczyniła Lilith pragnąca już tylko odzyskać swoją córkę, zgodzili się. Tak jak uprzednio zgodnie milczeli na temat planety ziarna życia, jakie zostało na niej nielegalnie posiane, tak teraz wspólnie rzucili na statek tarczę, ukrywając go przed oczami Boga na czas odysei. Belial przez cały czas trwania wędrówki unosiła się bez chwili odpoczynku nad bezmiarem wody pod postacią gołębicy, tak długo, znalazła suchy ląd, na którym Ludzie, Wampiry Elfy mogły zacząć wszystko od początku.

– No rozpoczęły wtrącił nagle Sylwan goryczą głosie. Niemalże dokładnie idealnie, krok po kroku, wszystko powtórzyli. Wampiry nie potrafią się rozmnażać tak jak Ludzie, Elfy, czy jakiekolwiek inne stworzenia. Ludzie najpłodniejszą rasą, mnożą się na potęgę, bez umiaru poszanowania dla planety, której ziemię depczą, gdyby nie walki wojny, które toczą wciąż między sobą innymi rasami pewnie szybko zrobiłoby się ich za dużo nie pomieściliby się na Ziemi. Może to dlatego, że jako jedyni zostali tak naprawdę zrodzeni, Wampiry Elfy nich sztucznie wyodrębnione, jakby stworzone, tylko trochę inny sposób. Elfy ustępują im na tym polu, jednak żyją wiele dłużej od nich co jakiś czas rodzi się między nimi dziecko, ale Wampiry nie płodzą potomków. Być może Belial, odszczepiając negatywne emocje uczucia wiążąc je ich ciałach, chciała pozwolić jej nieudanym dzieciom spokoju przeżyć czas, jaki był im przeznaczony odejść na zawsze. Tak czy inaczej, nie wyszło jej. Wampiryzm jest jak zakaźna choroba, która przenosi się poprzez ugryzienie. Rzadko kiedy Wampir jest stanie, pijąc krew od żywej istoty, przerwać pozwolić jej przeżyć, krew ma nad nami władzę zazwyczaj pozostawiamy nasze ofiary puste niczym skorupy martwe. Czasem jednak jest inaczej. Jeśli pozostawimy żywą jeszcze ofiarę, drogi dwie rozpoczyna się jej przeobrażenie, które często kończy się śmiercią, ale może też prowadzić do powstania nowego krwiopijcy. Jesteśmy stanie zmieniać Ludzi, nigdy Elfy, organizm tych ostatnich zawsze odrzuca transformację już na początkowym jej etapie, być może za bardzo się różnimy, może ma na to też wpływ wola Elfa, który wybiera śmierć od stania się na zawsze dzieckiem nocy. Swoim ugryzieniem unicestwiamy też nieśmiertelną duszę ofiary, staje się ona nędzniejsza od robaka, niektóre źródła mówią, że przynależy do Lilith. Wyobraźcie sobie więc, jak bardzo lud zamieszkujący leśne polany puszcze musi nas nienawidzić.

– Belial uczyniła też jeszcze jeden błąd. Dała nam niemalże nieśmiertelność. Niewiele rzeczy jest stanie zabić Wampira, szczerze mówiąc nie znam takiej rzeczy, poszukuję jej odkąd zostałem przemieniony oczy Sylwana stały się niczym dwie bezdenne czeluście wypełnione mrokiem, zapadnięte chudej, chorej twarzy, na jego ustach błąkał się makabryczny uśmiech. Nie pożywianie się nawet przez wiele lat nie prowadzi do śmierci, cierpi się okrutnie, ale nadal zachowuje się swoje nędzne życie. Promienie słoneczne palą na popiół, ale wyłącznie wnętrze ciała, ciału szkody nie czyniąc. Nawet naszpikowanie się od stóp do głów drewnianymi kołkami nic nie daje, poza odrażającym wyglądem, bo rany goją się przez jakiś czas. Srebrne groty strzał tyle kłopotliwe, że trzeba je potem siebie wydłubać, ale nie zabijają.

– Srebro? odważył się przerwać Farys. Myślałem, że to broń na Wilki?

Mimowolnie spojrzał stronę Szarej Wilczycy, która obnażyła kły, obu jej gardeł wydobyło się głuche warczenie. Elfka położyła jej dłoń na karku, miejscu, którego wyrastały oba łby pokręciła głową przecząco.

– Cóż, wypróbowałem je na wszelki wypadek Wampir powoli cedził słowa. Podobnie jak wiele innych głupich, nieskutecznych sposobów, które okazały się być tylko bajaniem starych bab. Ty, pani, posiadasz moc zdolną uśmiercić Upadłe Anioły, tobie więc cała moja nadzieja. Nie chcę żyć bez duszy, jednak przyrzekam ustać poszukiwaniach śmierci na czas misji, by pomóc ci jak potrafię wykonać zadanie, potem również będę liczył na nagrodę, taką samą, jaką obiecałaś Leviathanowi jaką poproszą pewnością pozostali Książęta Ciemności.

Wampir wpatrywał się dziewczynę oczekiwaniem, jakby spodziewając się odpowiedzi, ona jednak zdawała się być nieobecna duchem pogrążona swoich własnych myślach.

– Tym sposobem doszliśmy do czegoś ważnego, do kwintesencji misji pośpiechem przerwał Kain. Upadłe Anioły ich nagroda, raczej ich wybawienie od kary. Czas nagli.

– Kiedy opadły wody potopu, ochronna tarcza roztoczona nad arką przestała działać Bóg ujrzał całej okazałości statek oraz istoty, które ocalały od Jego gniewu. Dowiedział się też, co takiego uczynili Jego powiernicy doradcy. Wezwał do siebie wszystkie anioły, przeklął je na wieki, odebrał im skrzydła, atrybut świętości, czyniące nich istoty Jemu podobne uwięził je ma miliardy lat właśnie na planecie, którą odważyły się zawalczyć przeciwko Niemu. Zapadły sen, podczas którego nic nie mogły zrobić, ale widziały wszystko, co dzieje się na Ziemi, widziały każdą walkę, wojnę, cierpiały ból każdego Człowieka, Elfa czy Wampira mordowanego przez współbraci zrozumiały, że Pan miał rację. Stworzone przez Belial Lucyfera istoty były złe nie powinny się były nigdy narodzić. Przekonane tym, że to On miał słuszność, one straszliwie się myliły, musiały trwać nic już nie mogły uczynić, czekały. Bo było też odkupienie, nie zbawienie, na to nie ma już szans. Najwyższy Pan, zasiadający na utkanym promieni gwiazd słońca tronie obiecał im jeźdźca, który nie będzie przedstawicielem żadnego plemion, ale będzie łączyć je wszystkie sobie. On jeden będzie miał władzę zniewolić bestie zmusić je do podążenia za nim pomocy, następnie do zadania im śmierci czarnoksiężnik miarę, jak mówił, coraz bardziej przybliżał się do dziewczyny, wspartej na potężnym ciele Szarej Wilczycy, teraz wyciągnął jej stronę rękę pomógł jej wstać. Elpis dawno temu była Człowiekiem, mimo że nie narodziła się jako Człowiek. Potem, kiedy czas jej ludzkiego życia dopełnił się, ja czuwałem na jej podwójnym przeobrażeniem. Stała się Elfem, jednak jedynym pożywieniem, jakie jej organizm toleruje jest krew oraz mleko Szarej Wilczycy. Przygotowałem do tej drogi do zadania, jakie przed nią stoi, najlepiej jak potrafiłem, podróżując nią przekonacie się, że nie jest krucha nie jest delikatna, kiedy przyjdzie wam stanąć oko oko demonami, którymi stali się Upadli, pamiętajcie, że to ona położy kres ich życiu na końcu drogi, zrozumiecie, że jest potężna.

– Przekazałem wam wszystko to, co musicie wiedzieć. Teraz poproszę was udanie się do komnat, których spędziliście noc. tam dla was przygotowane broń świeże ubrania, których wyruszycie. Nałożenie stroju przyjęcie broni nie zobowiązuje jeszcze do niczego, dopiero zaakceptowanie wierzchowca odjechanie stąd na jego grzbiecie, będzie równoznaczne obietnicą pogodzeniem się ze swoim losem. Proszę was więc ponownie, abyście udali się teraz po wasz ekwipunek, następnie nim tu wrócili, ja objaśnię wam wasze role, wtedy nie będzie już odwrotu.

****

Oczekiwanie starca nie trwało długo, jednak całej czwórce, która zebrała się teraz kamiennej komnacie, wydał się on postarzały, jakby przygnieciony ciężarem zadania, jakie przed nim stało. Nikt jednak nie powiedział tego głośno. Czekali, on pierwszy przemówi. Wysoki, smukły Elf srebrzysto-błękitnej szacie, kołczanem pełnym szaropiórych strzał na plecach łukiem ręku; ciemnowłosy Człowiek purpurowo-czarnym stroju, dzierżący przypasany boku miecz; czarnowłosa dziewczyna srebrno-fioletowej szacie blady Wampir ubrany przenikające się odcienie srebra czerni. Ostatnia dwójka nie miała broni orężem czarodziejki była jej magia, Sylwana kły.

– Czterech jeźdźców, dokładnie tak, jak zostało przepowiedziane. Czas, byście poznali swoje przeznaczenie, możecie je przyjąć, lub nie, to wasz wybór, jednak ono tak was dopadnie. Możecie jedynie wybrać między podjęciem walki, ucieczką, która to pewne zakończy się tak, jak musi się zakończyć, jak dawno już przed waszym narodzeniem postanowił wszechmocny Pan. Kapłanie, przeczytaj to proszę na głos, ja nie jestem godzien.

Kain wręczył Elfowi starą, nadgryzioną bardzo przez czas, pożółkłą stronicę książki. Pistis przebiegł prędko wzrokiem jej treść zamarł, nie mogąc wydusić słowa wpatrując się wciąż trzymaną przez siebie kartkę. Na przemian otwierał zamykał usta, końcu wykrztusił:

– Kim jesteś? Kim naprawdę jesteś czego od nas wymagasz? skąd to masz? Przecież to...

– Nie czas teraz na to przerwał starzec surowym, nie znoszącym sprzeciwu tonem. Przeczytaj to, proszę.

Elf ociąganiem znów wrócił do tekstu. trudem opanowując drżenie głosu, przemówił:

„(...) oto biały koń,

siedzący na nim miał łuk.

dano mu wieniec,

wyruszył jako zwycięzca, by jeszcze zwyciężać (...)

(...) wyszedł inny koń barwy ognia,

siedzącemu na nim dano odebrać Ziemi pokój,

by się wzajemnie Ludzie zabijali

dano mu wielki miecz (...)

(...) oto czarny koń,

siedzący na nim miał ręce wagę (...)

(...) oto koń trupio blady,

imię siedzącego na nim Śmierć,

Otchłań mu towarzyszyła.

dano im władzę nad Ziemią, (...)

(...) bo oto nadszedł Wielki Dzień Jego gniewu,

któż zdoła się ostać? (...)1

Nikt nie zdążył nic zapytać, bo oto od strony wnętrza jaskini, prowadzącym do niej korytarzu, biorącym swój początek zapewne gdzieś we wnętrzu Ziemi, rozległ się tętent kopyt rżenie rumaków. Zwierzęta wbiegły lekko do komnaty, parskając prychając wściekle. Były cztery. Czysto biały wierzchowiec bez wahania ustawił się naprzeciwko Elfa, ogniście rudy wybrał Farysa, czarny Leviathan stanął przed czarodziejką szary, chorobliwie niemalże chudy przed Wampirem. Młody mnich drżał teraz cały, wpatrując się pozbawionymi nadziei oczyma cztery zwierzęta, które wcale zwierzętami nie były. Widział je, czuł ich zapach, ale nie wyczuwał ich ciepła słyszał bicie tylko jednego serca Leviathana. Zrozumiał, co się tu tak naprawdę dzieje na czym ma polegać ich misja, jaka ma być niej rola każdego nich, zrozumiał jej nieuchronność to, że nic nie da szarpanie się wyrywanie przeznaczeniu, zrozumiał, że nią ma wyboru, tak jak nie ma go żadne nich, nigdy go nie mięli.

– Mistrzu, czy to naprawdę konieczne? jedno pytanie było całą obroną, na jaką się zdobył.

– Przykro mi mój biedny chłopcze chęcią zdjąłbym ten ciężar twoich ramion, gdybym tylko mógł, ale nie mam do tego prawa. Jaka jest twoja decyzja?

Pistis spojrzał mu śmiało oczy, już prawie opanowany.

– Kpiną jest utrzymywać nadal, że dano nam tym przypadku wolną wolę możliwość wyboru. Wiem, jaka misja jest nam przeznaczona podobnie jak tysiące kapłanów, którzy przygotowywali się do niej przede mną, modliłem się, aby nie musiała się ona rozpocząć za mojego życia. Jednak chyba to właśnie ja czymś strasznym obraziłem Boga, bo to moich modlitw nie wysłuchał. Nie mam już nadziei, jednak pojadę bez niej, bo tak jest napisane tak musi się stać. Moja decyzja nic tu nie zmieni.

Kain skinął głową zwrócił oczy stronę Wampira. Sylwan odgarnął za ucho włosy kolorze dojrzałej na słońcu pszenicy wzruszył ramionami.

– Przyznam, że zaskoczyłeś mnie, czarodzieju. Jednak przyszedłem tu zdecydowany wziąć udział wyprawie, nie znając jej celu wizja apokalipsy, której mam być współsprawcą, nie przeraża mnie tak bardzo, abym odmówił, więc masz mnie na usługach, nie wycofam się.

– Zaraz! krzyk był krótki zamarł natychmiast, jakby gardło, którego się wydobył, trudem go siebie wyrzuciło. Spojrzenia wszystkich zwróciły się na Farysa, który stał pobladły, patrząc na Kaina szeroko otwartymi, przerażonymi oczami. Mam być siepaczem, który doprowadzi do zagłady upadku świata? Nie chcę... Nie zmusisz mnie, bym wziął tym udział! Jesteś... jesteś szaleńcem starcze!

Kain podszedł do mężczyzny położył mu dłoń na ramieniu, nie zważając na to, że ten zadrżał popatrzył na nią jak na oślizgłego, gotowego kąsać węża.

– Zapis Księdze jest prawdziwy niepodważalny, czas naprawdę nadszedł powiedział cicho. Masz to samo nieszczęście co pozostali, po prostu przyszło ci żyć parszywych czasach, do tego przypadła ci udziale rola, której nikt nie przyjmie na swoje barki chęcią ochotą, ale też nikt nie może jej odrzucić. Nikt nie ma zamiaru cię zmuszać, możesz odejść jutro samego rana, ale przeznaczenie dogoni cię, ty zamiast patrzeć mu prosto oczy, będziesz przed nim uciekał, jak najpodlejszy tchórzy. Upadek świata, tej postaci jakiej go znacie jest postanowiony, został przypieczętowany już dawno przed narodzinami któregokolwiek ze wszystkich tu zebranych. Nie wiadomo, co stanie się potem. Być może koniec naprawdę okaże się końcem, może będzie wstępem do odrodzenia. Elf Wampir zdecydowali się stanąć twarzą twarz tym co nadejdzie, czymkolwiek by to nie było, nie pozwól, by tylko przedstawiciel Ludzi splamił się tchórzostwem.

Twarz Farysa wiernie odbijała wewnętrzną walkę, jaka się nim rozgrywała. Odraza mieszała się podnieceniem wizją czekającego na niego zadania tym, że tylko on, jedyny spośród Ludzi może się go podjąć. Strach walczył odwagą, rozsądek szaleństwem. Wreszcie pojawiła się objęła wszystko ciche władanie rezygnacja. Człowiek nie powiedział nic, skinął tylko krótko głową wbił wzrok posadzkę.

Czarnoksiężnik przeniósł spojrzenie na Elfkę. Dziewczyna wpatrywała się czerwono-złote oczy Leviathana dziwnym zacięciem na twarzy. Wiedziała, że jest teraz zbyt wzburzona, by opanować gonitwę myśli swojej głowie że piekielny anioł słyszy każdą nich bawi się nimi. Kiedy Kain próbował jej dotknąć, odskoczyła, syknęła ostrzegawczo rzuciła mu wściekłe spojrzenie.

– Czy wymagasz ode mnie, bym poprowadziła wszystkich, łącznie dzieckiem na śmierć? słowa wydobyły się przez jej zaciśnięte zęby zabrzmiały niczym warkot rozwścieczonego drapieżnika.

Wiedziała, że zdradza się przed nimi że starzec łatwością odczyta nich prawdę miała gdzieś to, co stanie się resztą świata, ale nie pozwoli na uczynienie niemowlęciu jakiejkolwiek krzywdy. Mężczyzna nie był zdziwiony, spodziewał się takiej reakcji. Westchnął, pokręcił głową ruszył kierunku chłopca, nadal wtulonego ciepłe futro Wilczycy, ale dziewczyna była szybsza. Pojawiła się przed nim, zagradzając mu drogę do dziecka, kucając przed nim osłaniając go swoim ciałem, jedną rękę wycelowała swojego nauczyciela. Końce palców lśniły srebrzyście, nie panowała nad wybuchem wściekłości, jaki się niej narodził, czuła gorąco czaru, jaki sam się jej dłoni formował, parzył chciał się za wszelką cenę uwolnić. Wściekłość brała niej górę nad jakimkolwiek uczuciem.

– Nie dotkniesz go, Kain warknęła, widząc, że starzec usiłuje zrobić jeszcze jeden krok ich stronę. Nie po tym, co powiedziałeś. Ostrzegam cię. Zresztą... cholera... srebrzyste nitki, przybierając postać małych błyskawic, wydobywały się jej palców, naprawdę nad tym nie panowała. Po prostu zejdź mi teraz oczu.

– Nie mogę, Elpis, więc się lepiej opanuj.

Nie potrafiła, już nie. Czuła, jak sama powoli zaczyna eksplodować, nie była stanie dłużej utrzymywać sobie zaklęcia.

– Więc się lepiej odsuń... wycedziła przez zaciśnięte zęby.

Siwowłosy czarnoksiężnik usłuchał natychmiast skałę, która znajdowała się za jego plecami uderzyły błyskawice, miotane przez jego uczennicę. Potężna eksplozja rozerwała skałę być może stałoby się to samo, co przy uwolnieniu Leviathana, ale potrzaskane kamienie pozostały miejscu, zatrzymane tam za pomocą tarczy, rzuconej przez Kaina. Dziewczyna dopiero teraz poczuła się nieco lepiej, ale ten nastrój natychmiast minął, kiedy zobaczyła zastygłe, wpatrzone nią twarze Elfa, Człowieka Wampira kiedy usłyszała ich myśli.

– Przepraszam mruknęła. Ja po prostu... Każ mi zabić kogo tylko zechcesz, ale dziecko ocaleje. Nie po to zdejmowałam go tego pieprzonego ołtarza nie po to...

– Dziecinko, przerwał jej Kain łagodnie daj mi dojść do słowa, dobrze? Dziękuję. On nie jest zwykłym dzieckiem. Jeśli nastąpi odrodzenie świata, to za jego sprawą właśnie. Jest niezwykle ważny nie możemy go stracić. Dlatego nie pojedzie wami dalej, zostanie tu, Warowni, gdzie osobiście zadbam jego bezpieczeństwo dodał szybko, widząc groźny błysk oku dziewczyny. Wróci do was, kiedy misja się niemalże wypełni wtedy ty sama, osobiście będziesz mogła zdecydować jego dalszym losie. Przysięgam nie ingerować żaden sposób twoją decyzję. Zgoda?

Elfka wahała się chwilę, badając myśli Kaina, ale nie była stanie ich teraz przeniknąć. końcu, nieznacznie skinęła głową.

– Nigdy mnie nie oszukałeś, więc tym razem też ci zaufam powiedziała głośno.

Przysięgam na wszystko, co na tym świecie najświętsze, zabiję cię bez wahania, rozszarpię twoje ciało na strzępy rozwlekę je po wszelkich zakątkach świata, byś nigdy nie zaznał spokoju, jeśli tym razem jest inaczej telepatycznie wysłała słyszalny tylko dla czarnoksiężnika przekaz.

****

Siwobrody starzec, jedną ręką wspierając się na podpierającym jego ciało kosturze, drugą obejmując ciało niemowlęcia, zawiniętego pieluszki, stał obok Szarej Wilczycy dwóch głowach, dorównującej mu wzrostem. Oboje patrzyli na północ, kierunku, którym oddalała się, cwałując na swoich wierzchowcach, czwórka jeźdźców. Kiedy ich sylwetki znikły im pola widzenia, Wilczyca zadarła oba łby górę zawyła żałośnie, jadąca na czarnym koniu dziewczyna wzdrygnęła się mimo woli na ten odgłos, ale wiedziała, że nie wolno jej już zawrócić. Czarnoksiężnik długo jeszcze wpatrywał się horyzont, mimo że najwprawniejsze oko nie dostrzegłoby już na nim oddalających się sylwetek czwórki straceńców, wśród których była jego przybrana córka. Palce ręki, obejmującej kij, pobielały wysiłku jakim starzec usiłował opanować ich drżenie, po pomarszczonym policzku spłynęła bezszelestnie jedna jedyna łza, niemal natychmiast chowając się wstydliwie siwej brodzie. Usta mężczyzny poruszały się, wiatr poniósł dal niemalże zapomniane słowa.

– De profundis clamavi, ad te Domine...

Domine exaudi vocem meam.

Fiant aures tuae intendentes

in vocem deprecationis meae.

Si iniquitates observaveris Domine,

Domine, quis sustinebit...?

Tekst

Rozdział 3

Niespodziewane odkrycie

Ziemia jęczała pod uderzeniami niepodkutych kopyt czterech koni, cwałujących niestrudzenie przed siebie. Z nozdrzy zwierząt buchała gorąca para, jednak żaden z wierzchowców nie był spieniony; mimo szaleńczego pędu, żaden nie potknął się na zdradliwych nierównościach terenu, żaden nie rżał w proteście i nie sprawiał wrażenia umęczonego. Cztery rumaki gnały do przodu, śmiało przeskakując pojawiające się przed nimi od czasu do czasu większe lub mniejsze pagórki, krzewy czy inne niespodziewane przeszkody, z gracją godną czempiona jeździeckich zawodów, który dopiero co wystartował i wręcz rozrywa go szaleńcza chęć rywalizacji. Najpierw galopował ognistorudy rumak, zaraz za nim bok w bok biegły biały i stalowoszary, na końcu szyku utrzymywał się największy z nich, czarny wierzchowiec. Wprawny obserwator od razu rozpoznałby, że dwa najbardziej ze sobą kontrastujące zwierzęta niosą na swoich grzbietach Elfów, zarówno biały jak i czarny koń pozbawione były siodła i uprzęży. Dla jeźdźców nie stanowiło to jednak najmniejszej przeszkody. Ich małe figurki wprawnie obejmowały kolanami boki swoich rumaków, a palce dłoni, wczepione teraz w końskie grzywy, w wystarczającym stopniu chroniły przed upadkiem.

Dziewczyna dosiadająca wierzchowca koloru nocy rzuciła szybkie spojrzenie do tyłu, na ścigające ich postacie. Było ich wielu, nie wiedziała ilu, z całą pewnością nie widzieli wszystkich, z całą też pewnością to nie Wilki usiłowały ich teraz dopaść, mimo że upiory do nich właśnie się upodobniły. Jakim cudem pokracznym dzieciom Gehenny udało się przybrać materialną postać, dlaczego ośmieliły się na otwarty atak na nich i dlaczego, do wszystkich diabłów, dlaczego nie wyczuła ich wcześniej, dlaczego pozwoliła Lilith zaskoczyć drużynę podczas snu i zmusić do ucieczki, która mimo, że trwała już długo, nie oddalała ich od niebezpieczeństwa? Przeciwnie – piekielne rumaki nie odczuwały zmęczenia, które powinien czuć w takiej sytuacji każdy normalny koń, jednak o nich samych nie można było tego powiedzieć. Czarodziejce wystarczył rzut oka na towarzyszy, by upewnić się, jak straszliwie trafne są jej przypuszczenia. Pobladła i poszarzała twarz Farysa zdradzała, że mężczyzna nie utrzyma się już długo w siodle, jako przedstawiciel Ludzi był z nich wszystkich fizycznie najsłabszy. Elficki kapłan radził sobie niewiele lepiej, nawet Wampir wyglądał na jeszcze bardziej chorego niż zwykle. Musiała coś wymyśleć, coś zrobić i to natychmiast, jeśli nie chciała zaczynać misji od utraty jednego lub kilku członków swojej drużyny. Problem polegał na tym, że nie wiedziała, jaką mocą dysponują te nowe, dziwne postacie bezcielesnych do niedawna Cieni, ryzykując otwarte stawienie im czoła mogła wydać na pewną śmierć swoich towarzyszy.

Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie uciekną, nie są w stanie skryć się i odciąć od podążających ich śladem bestii. Jedyny ratunek, na jaki mogli liczyć, był w niej. Magia... Potrzebowała magii, nie wiedziała tylko, jaki jej rodzaj jest w stanie zapewnić im bezpieczeństwo, a przynajmniej jego namiastkę. Sytuacja wymagała od niej błądzenia w ciemności, szukania rozwiązania na oślep i to szybko. Zaklęła w duszy.

Leviathan, bezbłędnie odczytując jej myśli, przyspieszył i wysunął się przed pozostałe konie, po czym odwrócił się w ich stronę i stanął. Wierzchowce towarzyszących jej mężczyzn, jakby synchronizując swoje zachowanie z Jednym z Siedmiu, zatrzymały się gwałtownie, ryjąc głębokie bruzdy w ziemi. Jeźdźcom cudem udało się utrzymać na ich grzbietach i uniknąć upadku. Posłuszne impulsom, które wysyłał do ich umysłów pierwszy z przebudzonych książąt piekieł zwierzęta, które wcale zwierzętami nie były, ustawiły się w linii równoległej do niego i Elfki, przycupniętej na jego grzbiecie. Czarodziejka napotkała pytające spojrzenia trzech par zmęczonych oczu. Cienie, które przybrały wygląd pobratymców Szarej Wilczycy, po chwilowym wahaniu przyspieszyły i zbliżały się z każdą sekundą, niemal pijane świadomością zwycięstwa i wizją rzezi, która za chwilę miała nadejść. Słyszała ich chaotyczne myśli, rozbrzmiewające w jej głowie tysiącem głosów, niczym bełgot szaleńców, niezdolnych do tego, by wydać z siebie dźwięki przypominające normalną mowę, a jednak w niepokojący sposób zrozumiały dla niej.

Nareszcie! Nareszcie, przeklęta! Dziecko, którego nie wolno ci zatrzymać dla siebie, będzie moje. W zamian dostaniesz ból, który od wieków w sobie noszę. Przeleję go w ciebie, a wtedy zrozumiesz i będziesz spadać, spadać bez końca, zatracisz się w tym spadaniu, a kiedy całe światło się od ciebie odwróci, ciemność przyjmie cię w swoje straszne ramiona. Bo ja nigdy nie zapomniałam i nigdy nie przebaczyłam i ty wiesz, dlaczego. Moje szaleństwo przeciwko twojemu...

Czarodziejka poczuła, jak coś w jej wnętrzu kurczy się i zastyga. Więc była tu z nimi... Teraz, w biały dzień, na otwartym terenie, bo nic nie jest już takie, jakie ona znała i zapamiętała. Jeszcze mgnienie oka temu chciała zaryzykować otwarte starcie, wspomagane magią wszystkich czterech żywiołów, ale w tej strasznej chwili zrozumiała, że to nic nie da, bo nawet jeśli któremukolwiek z nich uda się unieszkodliwić zrodzonego przez ciemność stwora, to jego upiorna matka nie pozwoli im odejść żywym, a w starciu z nią nie mieli najmniejszych szans. Każąc im walczyć wydawała na nich wyrok, jednak do walki musiało dojść.

– Kiedy zdecydowaliście się za mną iść, przyrzekliście umrzeć dla mnie, jeśli będę tego wymagać. Ślubowaliście spełnić bezzwłocznie każde polecenie, absolutnie każde. Żądam od was teraz dopełnienia tego ślubu – czuła na sobie ciężar wzroku pozbawionych jakichkolwiek złudzeń Człowieka, Elfa i Wampira, ale nie patrzyła na nich, skupiła się na nadciągającym przeciwniku. – Odjedziecie stąd tak szybko, jak potraficie, będziecie jechać aż do zapadnięcia zmroku, potem wrócicie w to samo miejsce, nie wolno wam się zatrzymywać, to ważne. Jeśli nadal tu będę, nie istotne w jakiej postaci, zostaniecie ze mną, koniecznie tu, zabraniam wam dokądkolwiek stąd się ruszać. Jeśli mnie nie będzie, co sił gnajcie do Kaina, on was poprowadzi.

Niemal fizycznie odczuwała ich szok, spodziewali się wyroku, wiedziała o tym. Farys otworzył usta, by zaprotestować, ale przerwała mu gwałtownie.

– Precz! Natychmiast! To rozkaz.

Czuła ich sprzeciw i wiedziała, że żaden z nich nie wykona polecenia z własnej woli, ale była o nich spokojna, nie mieli wyboru. Wierzchowce mężczyzn, posłuszne jej woli poniosły w kierunku, w którym wcześniej uciekali, nie oglądała się za nimi, świadoma, że nie są w stanie nad nimi zapanować i zmusić ich do powrotu. Skoncentrowała się na utworzeniu ochronnej bańki, którą posłała za nimi i całkowicie przestała zaprzątać sobie nimi głowę, koncentrując wszystkie myśli na zbliżającym się demonie i jego przeklętych bachorach.

Gęstniejąca czerń, unosząca się nad postaciami fałszywych Wilków w jednym miejscu wirowała i szamotała się mocniej, jakby zasysając wszystko wokół, zdradzając Lilith. Tam był jej cel, tam znajdował się triumf lub upadek, nie znała siły mrocznej magii, która narodziła się w pierwszej żonie Adama zaraz po tym, jak umarły w niej resztki człowieczeństwa. Zdarzało jej się stawiać czoła Cieniom i innym kreaturom, których nazw nie znała i nie chciała poznać, ale po raz pierwszy stawała przed ich stworzycielką. Leviathan drżał, odbierając jej myśli, świadom tego, co za chwilę nastąpi.

Dziewczyna zeskoczyła i przyklękła, przykładając do ziemi otwartą dłoń, całą sobą czerpiąc siłę z jej wnętrza, drążąc coraz głębiej, aż do samego jądra, płonącego i nadal żywego, choć uwięzionego pod martwą skorupą. Poczuła gorąco, obejmujące najpierw czubki palców, wlewające się przez dłoń do ramienia, jak pędzący w przeciwnym kierunku niepohamowany wodospad, rozchodzące się po całym jej ciele, eksplodujące w jej wnętrzu, szukające ujścia. Wiedziała, że teraz wszystko zależy od tego, jak długo uda jej się utrzymywać w sobie płomień; demony były już prawie przed nią, jeszcze trochę... Wstrząsana dreszczami, czując jak całe jej ciało przemienia się w płynny ogień, jak nic już innego w niej nie pozostaje poza płomieniem, który nie potrafi zgasnąć, oparła na ziemi drugą rękę. Kiedy zrozumiała, że nie zdoła już dłużej utrzymywać w sobie niszczycielskiej furii żywiołu, gwałtownym szarpnięciem oderwała obie dłonie od podłoża i wyrzuciła płomień w kierunku zbliżających się bestii.

Resztką świadomości, jaka jej jeszcze pozostała, wyczuła gwałtowne przerażenie, jakie spowodował jej atak w niemalże przekonanych o swoim zwycięstwie zrodzonych z ciemności stworach. Poczuła ból Ziemi, rozrywanej gwałtownie wbijającymi się w nią pazurami, kiedy fałszywe Wilki rozpaczliwie usiłowały zatrzymać się i zawrócić. Było już jednak za późno, powietrze przeszył ryk tysięcy nieistniejących gardeł, kiedy upiory Gehenny zrozumiały beznadzieję swojego położenia. Uwolniona rzeka ognia pędziła w kierunku przeciwników czarodziejki, niszcząc i paląc wszystko na swojej drodze, by w końcu zamknąć ich w kokonie z płomieni. Wrzask w jej głowie stał się nie do zniesienia, kiedy ogień objął w posiadanie ich ciała, trawiąc je i unicestwiając. Dziewczyna poczuła swąd palonego mięsa i trzask pękających kości. Całą siłą woli zmusiła się do tego, by oderwać się i odgrodzić od potępieńczych wrzasków istot, które nie powinny były nigdy się narodzić.

Świadomość wracała do niej falami, w postaci przebłysków i obrazów, najpierw zobaczyła ludzkie oczy w wilczej twarzy, oczy pełne wściekłości i bólu, żądzy mordu, i zrozumiała, że Lilith udało się ujść cało. Widziała języki ognia tańczące na fiolecie jej płaszcza i pełznące w górę. Po raz kolejny usłyszała skargę Ziemi, rozrywanej ostrymi pazurami rudego Wilka, którego postać przybrała biedna, potępiona matka potępionych, która właśnie po raz kolejny straciła część swoich nieudanych dzieci i wiedziała, że Lilith biegnie ku niej, skupiona na swojej wściekłości i bólu, przekazując jej chaotyczne wizje jej samej rozszarpanej na strzępy i wdeptanej w ziemię, w którą nie zdążyła jeszcze wsiąknąć krew jej biednych potomków. Czarodziejka czuła zapach tej krwi i kręciło jej się od niego w głowie, dekoncentrował ją, nie pozwalał się skupić.

Zobaczyła, jak Leviathan rośnie i przeistacza się na powrót w smoka, którego odnalazła uśpionego w podziemnej jaskini i zrozumiała, że Jeden z Siedmiu chce stanąć pomiędzy nią a rozwścieczoną matką demonów. Potężne skrzydła przecięły powietrze, jeszcze bardziej rozniecając ogień, który całkiem wydostał się spod jej kontroli, smok przywarł do ziemi, gotowy poderwać się do lotu i opaść na Wilczycę, ale Elfka jednym zdaniem osadziła go na miejscu.

– Nie waż się – warknęła.

Nawet w jej uszach zabrzmiało to żałośnie i słabo, jednak potwór usłuchał. Bezwarunkowe posłuszeństwo, to właśnie jej przyrzekł, nieważne co by postanowiła, nieważne kogo skazałaby na śmierć.

Dziewczyna wiedziała, że nie może pozwolić sobie na utratę Leviathana, jeszcze nie teraz, nie dopóki jest jedynym Upadłym, jakiego udało jej się złamać. Doskonale więc zdawała sobie sprawę z tego, że nie ma wyboru, może zrobić tylko jedną szaloną rzecz. Każdy nerw w jej ciele wzdragał się przed tym, co musiało się stać, jednak wybór nie istniał. Nie dla niej, nie dla nich, nie tu i nie teraz...

Poczuła, jak z głębi jej piersi wydobywa się głuchy warkot, obcy głos, nie należący do niej, ale pochodzący z jej wnętrza. Poczuła, jak jej ciało krzyczy w proteście, odrzucając niechcianą przemianę, ale zmusiła je do uległości, ignorując tępy ból każdej kończyny. Poczuła, jak paznokcie odrywają się od palców i rosną, przybierając postać pazurów, a serce gwałtownie szarpie się i zamiera na chwilę, by ponownie podjąć pracę w już zmienionym rytmie, dyktowanym przez potrzeby nowego ciała. Odór wsiąkającej w ziemię posoki i palących się resztek czaszek i mózgów jej martwych przeciwników uderzył w jej nozdrza ze zwielokrotnioną siłą. Tętent łap Lilith, biegnącej, by rozszarpać jej gardło, stał się wszystkim, na czym musiała się teraz skoncentrować, cała reszta przestała się liczyć. Jeszcze kilka skoków, jeszcze trochę...

Skoczyły w tym samym momencie. Ruda i czarna Wilczyca zwarły się w uścisku, wściekle szarpiąc kłami i pazurami boki przeciwnika i za wszelką cenę usiłując dostać się do jego gardła, zanim uda się to tej drugiej. Leviathan, choćby i chciał przeciwstawić się jej nakazowi i ruszyć jej z pomocą, nie potrafiłby teraz skrzywdzić jednej z nich, nie raniąc przy tym drugiej. Nowa, odmieniona Elpis doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie ma wiele czasu, zaklęcie, którym przywołała ogień było potężne i wyczerpujące. Słabła i to bardzo szybko, wiedziała, że jeśli nie uda jej się zdobyć przewagi w pierwszych chwilach starcia, nie osiągnie jej wcale, a szaleństwo, w którym tkwi Lilith, pochłonie ją na zawsze. Straszliwym wysiłkiem udało jej się zrzucić z siebie rude cielsko i skoczyć, niemalże zaciskając szczęki na szyi Lilith. Chybiła nieznacznie, jednak to wystarczyło by upiór, którym stała się pierwsza kobieta, wyślizgnął się z jej chwytu i uciekł w kilku olbrzymich skokach.

Czarna Wilczyca została sama, z krwawiącym lewym bokiem i łopatką, dysząc i spazmatycznie chwytając powietrze. Rozejrzała się zdezorientowana, nigdzie nie widząc ruchu i nie wyczuwając obecności innej istoty. Czując, jak uchodzą z niej wszelkie siły, powoli osunęła się na ziemię, wspierając się na zdrowej połowie ciała. Z ulgą przyjęła chwilową przerwę w uderzeniach serca, zwiastującą powrót do ludzkiej postaci. W głowie jej wirowało, świat wokół niej zataczał koła to zbliżając się do niej, to znów się od niej odsuwając. Czuła niepokój, szamoczący się w niej niczym uwięziony w klatce ptak, krzyk, który za wszelką cenę chciał się wydostać, nie wiedziała jeszcze tylko, jaką postać przybierze. Lilith, walcząc, odsłoniła przed nią na chwilę swoje myśli, ale czarodziejka nie bardzo potrafiła sobie przypomnieć, co takiego w nich zobaczyła. Czuła, że musi dokądś biec i kogoś ostrzec, ale umęczony umysł odmawiał współpracy.

Koniec. Lilith wybrała odwrót, jej towarzysze są bezpieczni, gdyby komukolwiek udało się złamać chroniące ich zaklęcie, wyczułaby to. Ciężkie jak z ołowiu powieki domagały się snu, ale nie mogła zasnąć, jeszcze nie teraz, ktoś jej potrzebował, ktoś czekał bezbronny i całkiem od niej zależny. Zrozumienie przyszło nagle, jak wiadro zimnej wody wylane na głowę, tak oczywiste, że sprawiające niemal fizyczny ból.

– Leviathan! – spróbowała wstać, ale osłabione mięśnie pozwoliły tylko na przybranie klęczącej pozycji.

Smok zwrócił pysk w jej stronę i czekał.

– Leć natychmiast do Warowni, ostrzeż Kaina, niech będzie czujny, niech go chroni!

Jeśli taka jest twoja wola, zrobię to – głos rozległ się w jej głowie. Mimo że niemowlę jest doskonale chronione i nie zagraża mu najmniejsze niebezpieczeństwo. Mogę unieść cię ze sobą, nie odjechaliśmy jeszcze daleko, wrócimy przed powrotem pozostałych członków drużyny.

 

Czarny potwór zmrużył czerwono-złote ślepia o pionowych źrenicach i wypuścił gorącą parę z nozdrzy. Powiew jego oddechu załopotał podartą szatą i splątanymi włosami czarodziejki.

Posłuszeństwo i ochronę, szalona. Teraz na twój rozkaz dotrzymuję obietnicy i jestem posłuszny, zostawiając cię jednocześnie pozbawioną ochrony. Nie zgadzam się z twoją wolą, jednak szanuję ją.

Pradawna bestia zaryczała wściekle, jakby tym ostatnim rykiem ostrzegając każdego, kto ośmieli się do niej zbliżyć, po czym rozpostarła ogromne błoniaste skrzydła, niemal przykrywając niebo nad nimi i wzbiła się z miejsca w powietrze. Czarodziejka patrzyła za Leviathanem, aż stał się tylko małym czarnym punkcikiem na tle szarości, koncentrując swoje myśli na nim i za wszelką cenę starając się nie przywoływać do siebie tego, co za chwilę musiało się stać. Obserwująca ją z jakiegoś ukrycia Lilith nie mogła się dowiedzieć, że Elfka doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co matka demonów zamierza uczynić. Elpis przymknęła oczy, starając się wyglądać na o wiele bardziej wyczerpaną i bezbronną niż była w rzeczywistości. Na rezultaty nie musiała długo czekać. Nie minęła nawet godzina, gdy poczuła chłód i dziwny niepokój, ogarniający we władanie jej myśli, oznaczający, że Lilith zamierza nadejść w postaci bezcielesnego Cienia. Poddała się tym uczuciom, pozwalając im zasiać ziarno strachu w jej duszy, bo wiedziała, że właśnie takiej reakcji oczekuje upiór, pełznący powoli w jej kierunku. Nie zamierzała jej zawieść, wiedziała, że za chwilę obie dostaną to, czego pragną, miała tylko nadzieję, że demon którym stała się pierwsza kobieta nie docenia znaczenia tego, że czarodziejka łączy w sobie moc wszystkich czterech pradawnych plemion, moc, której właśnie postanowiła powierzyć własne życie, ufając w jej istnienie i nie zadając pytań. Innej drogi nie było.