Chcę żyć - Michał Piróg, Iza Bartosz - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 386 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 10 godz. 49 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chcę żyć - Michał Piróg, Iza Bartosz

[color=black]W swej autobiografii Michał Piróg po raz pierwszy tak szczerze opowiada o trudnej drodze do spełnienia marzeń, okrywaniu korzeni, odważnym coming-oucie oraz o tym, dlaczego nie wierzy w słowo „nigdy”.[/color]

[color=black]Przedstawia kluczowe momenty swojego życia, punkty zwrotne, w których odkrył swą prawdziwą tożsamość. Bezkompromisowość oraz absolutna uczciwość autora sprawiają, że książka na długo pozostaje w pamięci. Jest to historia jednostki o silnym charakterze i ogromnej wrażliwości, jej walki z systemem i drodze do odnajdywania w sobie równowagi.[/color]

Opinie o ebooku Chcę żyć - Michał Piróg, Iza Bartosz

Cytaty z ebooka Chcę żyć - Michał Piróg, Iza Bartosz

Ta nauczycielka nazywała się Jolanta Herman i była jedną z najmądrzejszych osób, z jakimi miałem do czynienia. To dzięki niej dostałem się do szkoły. Liceum im. Cypriana Norwida, w którym się uczyłem,
Oprócz zajęć aktorskich pasjonowała mnie wówczas filozofia. Po raz pierwszy zacząłem wtedy czytać Biblię. Porównywałem największe religie świata, dużo czytałem też o buddyzmie. Mogłem o tym rozmawiać godzinami.
„Musimy oczyścić twój organizm. Przez kilka tygodni powinieneś pić odpowiednie zioła, które pomogą zadbać o twoją wątrobę, trzustkę, nerki. Jesteś na to gotowy?” „Tak”, odparłem. „Pamiętaj jednak, że takie gruntowne oczyszczanie organizmu zmieni też twoje podejście do tych, którzy cię otaczają. Wiele może się też zmienić w twoim życiu”, ostrzegła mnie pani Jola. Nie wiedziałem, co ma na myśli. Brałem oczyszczające pastylki, piłem zioła i… czułem, że naprawdę pozbywam się toksyn. Zamknąłem się w sobie.
„Gdyby można umówić się na wino z własnym Aniołem Stróżem, gdyby można zagrać partię szachów z diabłem odpowiedzialnym za nasze pokuszenie, gdyby można zajrzeć, powiedzmy, w jakiś jesienny wieczór, do Bibliotekarza, który posiada egzemplarz naszego losu, to czy wszystko odbyłoby się, jak się odbywa?”
Kiedyś do synagogi na spotkanie przyjechał nieżyjący już prezydent Kaczyński z żoną. Pani Maria, chcąc być uprzejma, podała rękę ortodoksyjnemu Żydowi. On nie powinien odwzajemnić jej uścisku. To jest sprzeczne z jego religią i zasadami
Wzruszyłem ramionami i poszedłem na wykład Karen Berg, osoby, której polscy Żydzi nie znoszą. Ona i jej mąż Rav Berg założyli centrum zrzeszające coraz więcej osób, które potrzebowały w życiu zmian. A oni pomagali im te zmiany sukcesywnie wprowadzać. Do swoich praktyk przekonali takie gwiazdy jak Madonna, Gwyneth Paltrow, Winona Ryder. Ambasadorki kabały noszą na lewej ręce czerwoną nitkę, która ma chronić przed złymi urokami. To interesowało mnie mniej. Byłem ciekawy, na czym polega to, o czym wciąż mówiła Karen: „System kabbalah pomoże ci zmienić swoje życie. Zrób pierwszy krok”. I pomyślałem, że spróbuję. Zapiszę się na tak zwany pierwszy stopień wtajemniczenia. To był moment, kiedy naprawdę chciałem zmienić swoje życie. I wiedziałem, że jeśli nie zacznę pracować nad sobą, to będę tkwił ciągle w tym samym punkcie.

Fragment ebooka Chcę żyć - Michał Piróg, Iza Bartosz







MICHAŁ PIRÓG
IZA BARTOSZ

CHCĘ ŻYĆ


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Maria Śleszyńska

Wszystkie historie opisane w tej książce są prawdziwe. Moi przyjaciele, nauczyciele, współpracownicy, moi rodzice, mój brat i ciocia Ela istnieją naprawdę. Wszystkie ich wypowiedzi zawarte w książce są autoryzowane. Inaczej jest z bohaterami określanymi w książce nie imionami i nazwiskami, a jedynie literą. Na potrzeby tej książki część z nich została stworzona z kilku postaci. W tym przypadku wszelkie podobieństwa do osób i wydarzeń jest czysto przypadkowe.

Fotografia na okładce

© Konrad Ćwik

© for the text by Michał Piróg i Iza Bartosz

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2014

ISBN 978-83-7758-755-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I


Książkę dedykuję wszystkim, którzy z powodu poglądów politycznych, wyznania, koloru skóry czy orientacji seksualnej muszą każdego dnia udawać kogoś, kim nie są. Życzę Wam, żeby nadszedł taki dzień, w którym każdy z Was poczuje się w pełni wolny.


WSTĘP

To było cztery lata temu w Mediolanie. To zabawne, na Mediolanie się zaczyna i na Mediolanie się skończy. Wrzesień, gorąco, ponad trzydzieści stopni. Kręciliśmy kolejny odcinek Top Model. Było wczesne popołudnie, a my już byliśmy przebrani na wieczorny pokaz mody. Miałem na sobie jakieś luźne spodnie i szarą ogromną bluzę z kapturem. Pociłem się w tym strasznie. W mieście wszyscy w letnich strojach, a ja przebrany niczym wiewiórka na święto lasu. Nie było przechodnia, który by się za mną nie obejrzał. Szedłem z Rinkem Rooyensem i jeszcze kilkoma osobami z produkcji. Ludzie zatrzymywali nas na ulicy, pytali, czy mogą sobie z nami zrobić zdjęcie. I nagle zobaczyłem przed sobą piękną brunetkę. Nie chciała się fotografować. Popatrzyła mi w oczy i powiedziała: „Myślę, że mamy ze sobą dużo wspólnego. Wypiłbyś ze mną kawę?”. „Jasne, czemu nie”, odpowiedziałem. Umówiliśmy się za parę godzin w kafejce w jednym z mediolańskich parków. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że do naszego spotkania dojdzie dużo wcześniej. I to w studiu nagraniowym, na gruncie zawodowym. Okazało się, że ta kobieta to Michela Muratori, włoska top modelka z lat osiemdziesiątych, która teraz zamiast modelingiem, zajmuje się opieką nad modelkami i modelami, dba o ich rozwój wewnętrzny, uczy, jak mają sobie radzić ze stresem. To ona właśnie została zaproszona przez producentów do wystąpienia w jednym z odcinków polskiej edycji Top Model. Na planie doradzała uczestniczkom programu, jak zachowywać się na wybiegu.

A wieczorem siedzieliśmy już tylko we dwoje przy kawiarnianym stoliku. „Zamiast o sobie, wolałabym mówić o tobie”, powiedziała. Byłem przekonany, że zaraz zacznie wypytywać o to, co robię, skąd jestem, jak się czuję w Mediolanie. Ale nic z tych rzeczy. „Musisz przestać walczyć”, zaczęła. A później czułem się tak, jakby opowiedziała mi całe moje życie. „Zbyt wiele chcesz robić na siłę. Uświadamianie wszystkich wokół, przekonywanie do swoich racji za wszelką cenę, to już nie jest twoja droga. Powinieneś spróbować się wyciszyć, zrozumieć, że ludzie, żeby coś zmienić lub czegoś się nauczyć, muszą sami tego chcieć. Tylko wtedy nasze starania mają sens”. Niby o tym wiedziałem, ale ta rozmowa w Mediolanie okazała się dla mnie bardzo ważna. Widocznie właśnie wtedy miałem sobie to wszystko w pełni uświadomić. Słuchając jej, pomyślałem, że w życiu każdego z nas zdarzają się momenty, kiedy ktoś gotów jest z nami o czymś porozmawiać, ale my nie chcemy dać mu szansy, poświęcić czasu na rozmowę. Siedząc w tej mediolańskiej kawiarence, zastanawiałem się, jak łatwo było powiedzieć Micheli: „Miło było cię poznać, ale przyjechałem tu do pracy, nie mam czasu na kawę. Jestem zajęty”. Nie zrobiłem tego i dzięki temu przeżyłem jedno z najważniejszych spotkań w swoim życiu.

W tamtym momencie czułem, że stoję na rozstaju dróg. Kolejny sezon programu Top Model, jakieś telewizyjne projekty w planach. Ale po co? Wciąż zadawałem sobie to pytanie. Bo tak naprawdę zawsze chciałem być tancerzem. To był dla mnie sposób na wyrażanie samego siebie. Wiedziałem, że poprzez taniec potrafię przekazać najważniejsze dla mnie uczucia: serce obolałe po kolejnym nieudanym związku, poczucie nieprzystosowania, jakie towarzyszyło mi od dzieciństwa, strach przed niespełnionym życiem, samotnością, niezrozumieniem. Tylko że teraz już nie mogłem tańczyć. Odniosłem poważną kontuzję i lekarze obawiali się, że w ogóle nie będę mógł chodzić. Stanąłem na nogi, ale wielkie spektakle, o których tak bardzo marzyłem, były już nie dla mnie. I ta nieznana mi Michela teraz mówiła do mnie: „Odpuść. Nie walcz o nic. We wszechświecie wszystko się wypełnia, od dobra i pokoju przechodzimy do wojny i zła. Historia świata powtarza się wciąż od nowa, a my odrabiamy nasze lekcje. To, jak się zachowujemy, co mówimy, jak traktujemy siebie i innych, decyduje o tym, czy się rozwijamy, czy cofamy. Każdy kolejny etap niesie za sobą następne lekcje. Trzeba pamiętać, że jeśli wchodzimy w kolejny etap, to musimy pomóc komuś, kto został w tyle, wyciągnąć do niego rękę, tak jak ktoś zrobił wcześniej z nami. I to jest najważniejsze. Znajdziesz swoją drogę”.

To, co mówiła Michela, było dla mnie ważne. Zawsze interesował mnie rozwój duchowy. Od kiedy pamiętam, starałem się nad sobą pracować. Chciałem nawet studiować religioznawstwo, żeby poznać tajemnicę świata, zrozumieć, dlaczego żyjemy właśnie tu i teraz, czego o naszym życiu można nauczyć się z wierzeń ludzi na całym świecie. Ostatecznie zdecydowałem się na filozofię. No i był jeszcze taniec, który mnie rozwijał. Michela zakończyła nasze spotkanie stwierdzeniem, że jeśli wierzę we wróżby z kart tarota, to powinienem zainteresować się szczególnie jedną z nich, kartą Rycerza Buław. „To jest twój symbol”, powiedziała na odchodnym. Wtedy w Mediolanie wymieniliśmy się telefonami, myśląc, że możemy się już nigdy nie zobaczyć. Teraz czasami dzwonimy do siebie. W myślach nazywam ją swoim przewodnikiem duchowym. To spotkanie było dla mnie przełomem.

Po powrocie do Polski poszukałem w internecie karty Rycerza Buław. Nie bardzo wierzyłem we wróżby. Byłem u wróżek może dwa razy. Po ostatniej wizycie machnąłem ręką, bo pani pochylona nad kartami mówiła: „Musisz uważać na wodę, od tego możesz zginąć”. Co to znaczy uważać na wodę? Przecież woda jest wszędzie. Ciało dorosłego człowieka składa się w siedemdziesięciu procentach z wody. Czyli co? Mam uważać na wszystko? Przecież to jakieś głupoty. Zerkając na opis karty wskazanej mi przez Michelę, uśmiechnąłem się do siebie. Bo Rycerz Buław symbolizuje mężczyznę pełnego energii, dla którego najważniejsza jest walka i to nie tylko o siebie, ale także o dobro innych. Porażony trafnością opisu postanowiłem sobie wytatuować tę kartę na ramieniu. Rycerz na koniu, a za nim niebo w ogniu! Oto moja natura! Podobnie jest z moim imieniem. Michael to imię biblijne wywodzące się od jednego z archaniołów. Według tradycji chrześcijańskiej i żydowskiej, kiedy Lucyfer zbuntował się przeciwko Bogu i nakłonił do buntu jedną trzecią aniołów, święty Michał Archanioł pierwszy wystąpił przeciwko niemu z okrzykiem: „Któż (jest taki) jak Bóg!”. To ognisty wojownik, książę niebiańskiej armii, która walczy w imię sprawiedliwości i prawa. A więc wciąż poruszamy się po tym samym polu. Walka i jeszcze raz walka!

Temu przesłaniu byłem wierny od najwcześniejszego dzieciństwa. Walczyłem z chorobą, przez którą nie mogłem chodzić do szkoły i chuliganić na podwórku, walczyłem ze starszym bratem, ale przede wszystkim, od kiedy pamiętam, walczyłem o to, żeby nie być przeciętny, tacy jak inni. Chciałem się wybić za wszelką cenę. Kiedy zrozumiałem, że jestem gejem, wcale nie zamierzałem tego ukrywać. Walczyłem o to, żeby móc o tym mówić głośno. Kiedy dowiedziałem się, że jestem Żydem, znowu walczyłem o to, żeby nie żyć w zakłamaniu. A tu raptem Michela mi mówi: czas walki się skończył.

Kilka tygodni po spotkaniu z nią poznałem chłopaka, którego pokochałem. To był najtrudniejszy związek w moim życiu. Trwał dwa lata. I to były dwa lata walki o jego miłość, o stabilizację, o to, żeby się zmienił. Dopiero po dwóch latach powiedziałem: dość. Któregoś wieczoru usiadłem sam w domu i na kartce zacząłem pisać, na czym zależy mi w życiu. Sam przed sobą przyznałem, że tak naprawdę chciałbym być szczęśliwy i dzielić się tym szczęściem z ludźmi. Zrozumiałem wtedy, że już nie chcę nic osiągać za wszelką cenę. Dosyć mam walenia głową w mur. O tym wszystkim powiedziała mi Michela. A ja w końcu to pojąłem. „Chcę żyć, a nie przeżyć”, postanowiłem tamtego wieczoru. I chyba już mamy motto do książki o niezbyt wyrośniętym żydowskim geju z Kielc, który oglądając przed laty teledyski Madonny, ubzdurał sobie, że tak jak ona, będzie kiedyś zmieniał świat.


1. WOJOWNIK PIĘKNA

To był zwykły brązowy notes. Któregoś dnia babcia Maria wzięła mnie na kolana. W ręku trzymała czerwony pisak, którym w notesie narysowała dwie uśmiechnięte buźki. „To jesteś ty, a to twój brat”, powiedziała. To moje najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa. Miałem wtedy trzy lata. A potem jest tak zwana pamięciowa dziura. Może dlatego, że przez kolejne cztery lata moje dzieciństwo określała liczba dni spędzonych w szpitalu. Najpierw dostałem tę nieszczęsną szczepionkę, która na zawsze miała mnie pozbawić władzy w nogach. Później, kiedy już wygraliśmy batalię z trucizną wyniszczającą mój organizm, przyplątała się jakaś straszna alergia. Byłem uczulony na wszystko: sierść zwierząt, kurz, pylenie traw, kwitnienie roślin. Masakra. Ataki alergii przekształcały się w ataki astmy. Nie mogłem biegać, jeździć na rowerze, grać w piłkę. Dla tak energicznego dzieciaka jak ja to była tragedia.

Wychowywałem się razem z cztery lata starszym bratem Sebastianem na czterdziestu trzech metrach kwadratowych. Nasze mieszkanie na dziewiątym piętrze kieleckiego wieżowca nie było przestronne, raczej zatłoczone. Mieliśmy z bratem wspólny pokój, ale na szczęście oddzielne łóżka. Od kiedy pamiętam, toczyliśmy wojny. Nic dziwnego. Byliśmy zupełnie inni. On chuligan, który najchętniej zamieszkałby na piłkarskim boisku, i ja, wiecznie chory niejadek z przyspieszonym oddechem. Kiedyś, pamiętam, uprosiłem mamę, żeby puściła mnie na dwór. Zapytałem kumpli, czy nie mógłbym z nimi zagrać w piłkę. Postawili mnie na bramce, żebym nie musiał biegać. Po piętnastu minutach już miałem kolejny atak. Musiałem wrócić do domu. I tak było zawsze. Od najwcześniejszych lat byłem jednak waleczny. Nie dawałem sobie w kaszę dmuchać. Może i byłem słabszy niż inni, ale nie brakowało mi samozaparcia i ambicji. Kiedy miałem gorszy dzień i w ogóle nie mogłem opuszczać łóżka, godzinami patrzyłem przez okna mojego pokoju. Lubiłem ten widok. Wielkie drzewo, garaże, a między nimi boisko. Ale gdy widziałem, że moi kumple kopią piłkę beze mnie, dostawałem szału. Przynosiłem z kuchni naczynia i rzucałem w nich z wściekłości talerzami i szklankami. To nie był zbyt mądry pomysł, przyznaję. W tamtym czasie byłem za to najlepszy, jeśli chodzi o grę w gumę z dziewczynami. Biłem je wszystkie na głowę. Byłem gibki i zwinny. Pamiętam, jak trudno im było skakać tak zwane szyjki. Dwie dziewczyny zakładały gumę do grania na szyję, a trzecia musiała to przeskoczyć. Męczyły się strasznie. A ja przychodziłem i od niechcenia mówiłem: „Daj, zrobię ci szyjki”. I pach, pach, dziękuję, wygrałem.

Jako dziecko miałem trzy ksywy. Pierwsza „Amadeusz”. Zawdzięczałem ją ciemnemu afro, które miałem na głowie chyba od urodzenia. Druga to była „Brzuch”, bo zawsze miałem wypięty i duży brzuch, a trzecia „Nivea”, to z etapu, kiedy całymi dniami smarowałem się kremem, bo wydawało mi się, że mam przesuszoną skórę. Któregoś dnia poprosiłem chłopaków, żeby mnie nauczyli jeździć na rowerze. „Amadeusz, nie nadajesz się”, usłyszałem. Byłem wściekły. Wziąłem czyjś rower oparty o krawężnik, wsiadłem i rozpędziłem się. Zapomniałem, że nie umiem hamować. Wylądowałem na ścianie. Pewnie od nadmiaru adrenaliny dostałem ataku astmy. Z nosa ciekła mi krew. Moja mama załamywała ręce. Znowu czekała mnie wizyta w szpitalu.

Nienawidziłem lekarzy, pielęgniarek, inhalatorów i wszystkiego, co wiązało się z moją chorobą. Zazwyczaj, jak przyjeżdżaliśmy do szpitala, dostawałem lekarstwa i wracaliśmy do domu. Czasami jednak, jeśli mój atak był z tych poważniejszych, musiałem zostać na kilka dni w szpitalnym łóżku. Tamtym razem, po rowerowej eskapadzie, okazało się, że mam początki zapalenia oskrzeli. Nie było rady. Mama dowiozła mi piżamę i ulubione książki. Byłem załamany, bo mój pobyt na oddziale nie oznaczał zabaw z innymi chorymi dziećmi. Musiałem leżeć w łóżku z wenflonem w ręce. Jedyną atrakcją było obserwowanie, jak powoli, z minuty na minutę, opróżnia się kroplówka, sącząc płyn do żył w mojej dłoni. Świetna zabawa dla małego chłopca.

Jakoś dawałem sobie radę, ale jednego dnia nie zapomnę do końca życia. Mama już wychodziła. Leżałem na łóżku. Podłączyli mi całą aparaturę. Pielęgniarka włożyła mi pod pachę termometr. Byłem zmęczony. Zamykały mi się oczy. Nagle termometr się wyślizgnął i spadł z hukiem na ziemię. Pielęgniarka przybiegła i zaczęła na mnie krzyczeć, że specjalnie go wyrzuciłem, bo chciałem ją zdenerwować. Krzyczała i krzyczała, a ja w końcu wyskoczyłem z łóżka, zerwałem kroplówki i zacząłem uciekać. Ona za mną. W końcu na korytarzu, na oczach wszystkich pacjentów, z całej siły wetknęła mi termometr w tyłek. Powiedziała, że skoro jestem taki nieposłuszny, to w ten sposób będzie teraz sprawdzała, czy nie mam gorączki. Czułem się upokorzony. Dostałem szału. Miałem wtedy kilka lat, ale pamiętam swoją ogromną niezgodę na to, że ktoś zachowuje się wobec mnie bez szacunku, że stara się mnie zniewolić, i to na oczach innych. Wyrywałem się jej jeszcze energiczniej. Byłem zwinny i szybki. Wskoczyłem na okratowane okno i zacząłem krzyczeć na całe gardło: „Wypuśćcie mnie stąd!”. Kazałem zadzwonić do mamy. Darłem się na cały szpital. Za pół godziny przyszła mama. I zrobiła personelowi karczemną awanturę. Wypisali mnie na żądanie. Dużo czasu minęło, zanim wróciłem tam znowu.

Do dziś szpital kojarzy mi się z ohydnymi papkami z buraków i jajkami w majonezie, których nie znoszę. Tamtego dnia, kiedy rzucałem się na okiennej siatce, wrzeszcząc, że chcę wyjść, przeżyłem jeden z najważniejszych momentów w życiu. Zrozumiałem, że nigdy, przenigdy nie wolno mi zgadzać się na to, żeby ktoś mnie upokarzał lub używał wobec mnie siły. Jako kilkulatek wiedziałem, że mama zawsze stanie po mojej stronie, że mnie zrozumie. Personel szpitala był pewien, że dostanę od niej lanie. Wygrałem. Mama stanęła po mojej stronie i zrobiła pielęgniarkom awanturę. Wiadomo, moja mama to mądra kobieta, dla której najważniejsze jest dobro jej bliskich.

* * * * *

Nie byliśmy bogaci. Nie było nas stać na żadne ekstrawagancje – drogie wakacje czy markowe ubrania. Zawsze jednak uważałem, że mamy więcej niż inne dzieci. Skąd to wiedziałem? Nie mam pojęcia. Pamiętam za to dzień, gdy obejrzałem pierwszy odcinek japońskiego serialu Oshin. Opowiadał o małej rezolutnej dziewczynce, która razem z rodziną i licznym rodzeństwem mieszkała w górskiej wiosce. Rodzice zarabiali na życie, uprawiając dzierżawione pole ryżowe. Dzieci było tak dużo, że nie starczało na jedzenie dla wszystkich. Oshin była dzielna i bardzo bystra. Marzyła o tym, żeby iść do szkoły. Niestety, zamiast nauki musiała podjąć pracę. Gdy miała siedem lat, rodzice wysłali ją do sąsiedniej wioski, gdzie pracowała jako opiekunka do dzieci. Za córkę dostali worek ryżu. Losy Oshin mną wstrząsnęły. O jej nieszczęśliwym życiu myślałem całymi dniami. W końcu postanowiłem, że skoro Oshin dostaje tylko garść ryżu dziennie, to ja będę jadł tylko talerz zupy pomidorowej z ryżem. Odmawiałem śniadań i kolacji. Któregoś razu tata postanowił nakarmić mnie siłą. Skończyło się pawiem na cały pokój. „Oshin nie je, to ja też nie będę”, oświadczyłem i zatrzasnąłem się w pokoju. Długo myślałem o tym, jak mógłbym jej pomóc. I wcale nie przemawiały do mnie słowa mamy, że ta dziewczynka jest tylko postacią z filmu, że tak naprawdę nie istnieje, bo została wymyślona. „Może i jej nie ma, ale są inne takie dziewczynki”, mówiłem.

Tak samo denerwowałem się, gdy w bajce lub filmie krzywdy doznawało jakieś zwierzątko. Kiedyś w kinie dostałem ataku histerii. Tata zabrał mnie na bajkę o jelonku Bambi. Przy scenie pożaru w lesie dostałem spazmów. Krzyczałem na całe kino, żeby ktoś pomógł temu jelonkowi, zagasił pożar. Nikt się nie ruszył, wszyscy tylko mnie uciszali. W końcu wrzasnąłem: „Tato, proszę cię, zrób coś. Tak nie może być. Nie możemy go tak zostawić!”. Na szczęście jakoś udało nam się dotrwać do końca bajki i wróciłem do domu ze świadomością, że Bambi ma się świetnie.

Wtedy chyba rozpoczął się etap proszenia rodziców o to, żebyśmy przygarnęli jakieś biedne zwierzątko. Mama stanowczo odmawiała. Nie chodziło jej nawet o mały metraż naszego mieszkania, powodem była raczej moja alergia. Nie mogłem przebywać z żadnym zwierzątkiem w jednym pomieszczeniu dłużej niż pięć sekund. Ale któregoś razu wracaliśmy z tatą z leśnej wyprawy. Było już prawie ciemno. I nagle przed samochodem zobaczyłem świecące oczy. Zatrzymaliśmy auto. Wysiedliśmy. To był zając ze zwichniętą łapą. Nie mógł uciekać. Zacząłem płakać. Tak rozpaczałem, że ojciec nie miał wyjścia. Zapakował zająca do samochodu i przywieźliśmy go do domu. Mama się zdenerwowała, ale później opatrzyła go i powiedziała: „Na razie może zostać, ale jeśli choć raz zobaczę, że z nim śpisz, od razu oddam go do weterynarza”. Zająca nazwałem Kapelusznik. To po jego krewniaku z Alicji w Krainie Czarów. Umieściliśmy go w łazience. Miał ładne pudełko do spania. Często jednak wychodził i kicał sobie po podłodze. Nie muszę chyba dodawać, że odtąd łazienka stała się moim ulubionym pomieszczeniem. Siedziałem tam z nim cały czas. I oczywiście charczałem i dusiłem się bez przerwy. Mama aplikowała mi coraz to nowe lekarstwa. Nic nie pomagało. Mój stan ciągle się pogarszał i znowu trzeba było jechać do lekarza. Diagnoza była prosta: „Rozumiem miłość Michała do zwierząt, ale sytuacja jest tak poważna, że musi pani wybrać, albo zając, albo syn”. Mama wybrała mnie. A ja bez Kapelusznika nie wyobrażałem sobie życia. Ta rozłąka kosztowała mnie wiele nieprzespanych nocy.

* * * * *

W dzieciństwie najwięcej czasu spędzałem z mamą. Od kiedy pamiętam, denerwowałem się, że życie mojej mamy nie ułożyło się tak jak powinno. Uważałem, że powinna wyjechać z Kielc, mieć ciekawą pracę, spełniać się w życiu. Tymczasem ona, namówiona przez rodziców, poszła na studia ekonomiczne. I nienawidziła swojej pracy. Zawsze marzyła, żeby zostać lekarzem, ale nie potrafiła sprzeciwić się rodzinie. I pewnie do tej pory tego żałuje. Kiedy byłem mały, mama wzięła urlop i była ze mną w domu. W tym samym czasie tata doznał urazu kręgosłupa i nie mógł się ruszać. Dostał kilka miesięcy zwolnienia i leżał. Mama, żeby zasilić domowy budżet, zajęła się pracą chałupniczą. W domu zainstalowała taką śmieszną maszynkę, na której zawiązywało się bele folii, a potem w odpowiednim momencie przecinało i powstawały foliowe torebki. I nagle nasze mieszkanie stało się miejscem ciekawszym niż podwórko. Odwiedzało nas wtedy mnóstwo kumpli, którzy razem z nami składali te torebki. Robiliśmy wyścigi, kto będzie składał je szybciej. To było super. Tu miałem równe szanse. Moja choroba wcale nie przeszkadzała. Wygrywałem.

Rodzice postanowili, że wieczorami, kiedy kumple już sobie pójdą, a brat zabierze się do lekcji, mnie także nauczą czytać i pisać. Głównie mama ślęczała ze mną nad kartką papieru, każąc mi w nieskończoność kaligrafować alfabet. Byłem cierpliwy. Wiedziałem, że to przybliży mnie do największego marzenia. W domu było bardzo dużo książek, bo mama uwielbiała czytać. Wśród nich była jednak taka, która interesowała mnie najbardziej. Nosiła tytuł Quo vadis?. Strasznie stara, bez kilku pierwszych kartek, była u nas od pokoleń. Mama dostała ją od swojej babci, a ta od swoich rodziców. Wyobrażałem sobie, ile w tej książce musi być fascynujących historii. Mama nie chciała mi jej czytać. Mówiła, że kiedyś zrobię to sam, a ja nie mogłem się doczekać. Dlatego uczyłem się literek jak szalony.

Czytanie rozpocząłem jednak od baśni. I za każdym razem, kiedy któremuś z bohaterów działa się krzywda, rozpaczałem. Zawsze w myślach stawałem po stronie słabszych. Kiedy czułem się lepiej i mogłem wyjść na dwór, namawiałem chłopaków, żebyśmy bawili się w wojowników i Indian na Dzikim Zachodzie. Zawsze wcielałem się w tę samą postać, Indianina Winnetou. Tylko wcale nie zamierzałem ginąć z rąk białych osadników, tak jak to było w książce. Nie, to mnie nie interesowało! Chciałem wygrać i pokonać wszystkich. Uwielbiałem takie historie, w których ktoś początkowo słaby, nierozumiany przez nikogo, w końcu przeistacza się w silnego, prawego bohatera pomagającego innym. Dziś myślę, że to się brało między innymi stąd, że sam byłem słaby i chorowity i w duchu postanawiałem sobie, że jak dorosnę, to będzie inaczej i wszyscy będą mnie podziwiać.

* * * * *

„Tato, mogę pograć z tobą?”, zapytałem pewnego wieczoru. Miałem może pięć lat. Jak zwykle dzień spędziłem w łóżku. I wiedziałem, że wieczory w naszej rodzinie zawsze wyglądają tak samo. Tata inżynier wraca z pracy, obiad, rozmowa z mamą i później odpoczynek. Na stół w dużym pokoju wjeżdżały szachy. Ojciec siedział zamyślony nad szachownicą i obmyślał kolejne ruchy nieznanych mi figur. Słysząc moją prośbę, machnął ręką. „To trudne”, powiedział. Ale męczyłem go każdego dnia. W końcu skapitulował. Pozwolił usiąść przy stole i zaczął objaśniać: „Szachownica to plansza, na którą składają się sześćdziesiąt cztery pola, osiem kolumn pionowych i osiem poziomych rzędów. Najważniejszą figurą jest król. Każdy z graczy dysponuje szesnastoma figurami…”. I tak rozpoczęła się jedna z najpiękniejszych przygód mojego dzieciństwa. Szachy pochłonęły mnie całkowicie. Wyobrażałem sobie, że jestem królem, który musi być tak mądry, żeby zadbać o siebie i poddanych i pokonać przeciwnika. Wcześniej tata ślęczał ze mną nad matematyką. Kiedy miałem pięć lat, umiałem nie tylko dodawać i odejmować. Mnożyłem i dzieliłem w pamięci i byłem pewien, że matematyka jest najważniejszą z nauk.

Tata objaśnił mi podstawy gry, usiadłem naprzeciwko niego i… wygrałem. Byłem wniebowzięty. Patrzyłem na niego z wyższością. Potem wygrałem drugi raz i trzeci. Każdego dnia gdy tata był w pracy, siadałem nad szachownicą, obmyślając różne warianty gry. Któregoś razu tata wrócił, jak zwykle zjadł obiad, a potem zawołał: „Michał, gramy?”. Przybiegłem w podskokach i… przegrałem sromotnie. „Pozwoliłem ci wygrać trzy razy. To była zabawa. Chciałem, żebyś się nauczył. Teraz zaczynamy grać na poważnie”.

O szachach śniłem całymi dniami. Mama kupiła mi książkę o najsławniejszych rozgrywkach mistrzów. Czytałem ją z zapartym tchem. Mając osiem lat, w weekendy biegałem do kieleckiego klubu Pax na rozgrywki szachowe. Szybko dopuszczono mnie do kolejnych turniejów. Na początku nikt nie traktował mnie zbyt poważnie. Mały, niewyrośnięty chłopaczek, który najpierw musiał się wybiegać, a dopiero potem siadał nad szachownicą. Tylko kiedy już usiadłem, to raz-dwa pokonywałem przeciwników. Bo ja kolejne ruchy obmyślałem, biegając albo skacząc. Jako dwunastolatek wziąłem udział w konkursie wojewódzkim. Grałem jednocześnie z ośmioma przeciwnikami. To była tak zwana rozgrywka symultaniczna. Jeden ruch i przesiadałem się do kolejnego zawodnika, znowu ruch i znowu przesiadka. Poszło mi dobrze, ale nie najlepiej. Zająłem czwarte miejsce. Byłem wściekły, bo lepszy okazał się mój sąsiad z naprzeciwka. To on mnie wyprzedził.

Szybko zapomniałem jednak o porażce, bo on miał w swoim mieszkaniu pianino, a ja marzyłem o tym, żeby grać na jakimś instrumencie. Poprosiłem go, żeby pozwolił mi się odwiedzać i grać. Zgodził się. Niestety, pianino stało w pokoju jego starszej siostry, a ona była z nim w nie za ciekawych relacjach. Mówiąc wprost, nie znosiła go i tępiła na każdym kroku. Kiedy tylko zobaczyła, że zbliżamy się do jej pokoju, krzyczała: „Wynosić się stąd!” i zatrzaskiwała nam drzwi przed nosem. I pomyśleć, że teraz pracuje w Krakowie w zakładzie karnym i zajmuje się resocjalizacją największych przestępców. A do nas nie miała cierpliwości.

Wtedy właśnie zacząłem marzyć o tym, że zostanę muzykiem. Niebawem jednak zrozumiałem, że rodzice chyba nie mają zbyt dużo pieniędzy. Przy nas nigdy o tym nie mówili, ale to marzenie o pianinie uzmysłowiło mi, że nie mogę mieć wszystkiego. „Nie stać nas na tak drogi instrument. Musisz wymyślić sobie coś innego”, powiedziała mama. Któregoś dnia słuchałem w kuchni radia. I po raz pierwszy usłyszałem, jak Candy Dulfer gra Lily Was Here. Zawołałem mamę: „Jaki to instrument?”. „Saksofon”, odpowiedziała. Byłem zachwycony. „Chcę grać na saksofonie. Czy to drogi instrument?” Następnego dnia poszliśmy do alergologa. Mama zapytała, czy mimo astmy mogę spróbować. „Stanowczo nie. Nic z tego nie wyjdzie, szkoda czasu”, usłyszeliśmy w gabinecie. A później były lekcje gry na skrzypcach. Przez pierwszą godzinę nauczyciel tłumaczył mi budowę instrumentu. Na drugiej lekcji wziąłem do ręki smyczek. Uczyłem się go czyścić, mogłem też szmatką wycierać skrzypce. Kiedy na trzeciej lekcji usłyszałem, że znowu będziemy uczyć się szacunku do instrumentu, poczułem, że nienawidzę skrzypiec. Mimo że ani razu nie dotknąłem smyczkiem strun. Tak zrozumiałem, że kariera muzyczna chyba nie jest mi pisana. Musiałem sobie znaleźć inną pasję.

* * * * *

„A teraz pouczymy się literek”, powiedziała pani już pierwszego dnia mego pobytu w zerówce. Wyjęła planszę z rysunkiem wielkiej żaby i literki „ż”. O co tu chodzi?, pomyślałem. Każdy kolejny dzień był coraz gorszy. Znałem te wszystkie literki i nie uczyłem się ich w taki dziecinny sposób. Nie mogłem uwierzyć, że dzieci naprawdę tego nie znają. Nie przyszło mi do głowy, że podczas kiedy ja ślęczałem nad zeszytami w domu, one się po prostu bawiły na podwórku. Myślałem, że może lepiej będzie, kiedy przejdziemy do matematyki. Guzik. Znowu to samo. Dwa plus dwa równa się cztery. Nudziłem się strasznie. I jeszcze siedziałem koło jakiejś dziwnej dziewczynki, nie dość, że strasznie tępej, to jeszcze wyjątkowo niedotykalskiej. Zapowiedziała nam, że nikt nie ma prawa dotykać jej rzeczy. Gdy zbliżałem się do jej ławki i palcem trącałem piórnik, natychmiast zaczynała wrzeszczeć, a potem kopała mnie i szczypała. Wariatka! Uwielbiałem jej dokuczać.

A pani mnie nie znosiła. Mówiła mamie, że nie może sobie ze mną dać rady, że jestem nieposłuszny, bez przerwy chodzę po klasie i jej nie słucham. W końcu dyrekcja zwróciła się do mamy, żeby przeniosła mnie od razu do drugiej klasy. „W pierwszej klasie dzieci nadal ćwiczą pisanie i czytanie. On będzie nieznośny. Z nim nie da się pracować”, mówiła nauczycielka. Ale mama była nieprzejednana. Pewnie nie chciała skracać mi niepotrzebnie dzieciństwa. Na szczęście rok mordęgi minął szybko. I zaczęła się szkoła. Uprosiłem rodziców, żeby zapisali mnie do klasy sportowej. Mój brat był jednym z najlepszych sportowców w szkole. Teraz miałem okazję, żeby pokazać, na co mnie stać. Tylko że choroba znowu wygrała. Odpadały piłka nożna, siatkówka i koszykówka. Za to byłem świetny w biegu na krótkie dystanse. Moje płuca to wytrzymywały. A ja przecież uwielbiałem się ruszać.

Już w pierwszych latach edukacji spostrzegłem, że jestem inny niż pozostałe dzieci. Wcześniej nie miałem zbyt dużego kontaktu z rówieśnikami. Nie wiedziałem więc, że różnię się od nich tak bardzo. W szkole byłem tym najbardziej niezależnym. Moje hasło brzmiało: „Nikt nie może mi niczego narzucić. Jestem wolny”. Mamę wzywano do szkoły bardzo często. Ale to nie były skargi w stylu: „Michał nie odrobił lekcji”. Chodziło o mój brak pokory. Mieliśmy na przykład polonistkę, która niegrzecznych uczniów biła trzepaczką do dywanów. Przy całej klasie. Za dobrze pamiętałem koszmar związany z termometrem w szpitalu, żeby się na coś takiego zgodzić. Kiedy tylko wyjmowała trzepaczkę, brałem plecak i ostentacyjnie wychodziłem z klasy. Następnego dnia mamę proszono do dyrektorki. Za czasów mojej edukacji nasze wyniki w nauce oznaczano różnokolorowymi kółeczkami. Za zachowanie zawsze dostawałem czarne kółko. Nie za bardzo się tym martwiłem. Obserwowałem klasowych kujonów i obiecywałem sobie, że nigdy taki nie będę. Postanowiłem, że zawsze będę mówił to, co myślę. I tak zostało do dziś.

W szkole lubiłem tylko jedną nauczycielkę. Prowadziła zajęcia techniczne. To były chyba jedyne lekcje, które mnie nie nudziły. Jej siostra była szkolną panią psycholog. Któregoś razu trafiłem do niej do gabinetu, bo po raz któryś z kolei udawałem na lekcji, że się duszę. Zaczęliśmy rozmawiać: „Czym się interesujesz, Michał?”, zapytała. „Najbardziej lubię czytać książki i grać w szachy”, odpowiedziałem. „Chciałbyś kiedyś być profesjonalnym szachistą?” „Nie wiem. Każdego dnia chciałbym być kimś innym. Lubię wyobrażać sobie różne sytuacje. Raz jestem policjantem, kiedy indziej złodziejem. Raz bogaczem, który dzieli się majątkiem z nędzarzami, a inny razem biedakiem, który tuła się po świecie”, opowiadałem jej. „Ale wiesz, że jest taki zawód, dzięki któremu mógłbyś być tymi wszystkimi osobami naraz?”, zapytała. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, żeby być aktorem. Teraz po raz pierwszy poczułem, że mogę osiągnąć w życiu wszystko, o czym marzę. Później pani psycholog powiedziała o tym rodzicom. Myślę, że ich przeraziła. Byłem jeszcze mały, więc z pewnością tłumaczyli sobie, że szybko z tego wyrosnę.

Tamta rozmowa w gabinecie pani psycholog dodała mi wiary we własne możliwości. Sprawiła jednak, że stałem się jeszcze bardziej bezczelny. Któregoś razu na plastykę mieliśmy przynieść obraz ogrodu. Przyniosłem kartkę całą pomalowaną pisakiem na czarno. W środku zostawiłem mały biały kwadrat. „Co to ma być?”, zdziwiła się nauczycielka. „Widok na ogród przez brudną szybę”, wyjaśniłem. Dowiedziałem się, że jestem bezczelny i źle wychowany, a moje prace są do niczego. „A kim pani jest, żeby tak do mnie mówić? O ile wiem, to nie zdobyła pani żadnych wyróżnień i jest pani tylko zwykłą nauczycielką, a nie sławną malarką. Jakim prawem ocenia mnie pani i decyduje, czy moja praca jest dobra czy zła?” Oczywiście wyleciałem za drzwi. Wcale się tym nie przejąłem. Już wiedziałem, jakie jest moje przeznaczenie. Będę artystą.

* * * * *

Mniej więcej w tym samym czasie zacząłem męczyć rodziców, żeby zapisali mnie na lekcje tańca. Od najmłodszych lat, gdy usłyszałem muzykę, zaczynałem podrygiwać. Kiedy przychodziły do nas w odwiedziny prababcie, miałem przygotowane układy choreograficzne i każda wizyta zaczynała się moim występem. Punktem przełomowym było odkrycie Madonny. Pierwszy teledysk, jaki zobaczyłem, to była La Isla Bonita. Oniemiałem. Ta kobieta miała wszystko, o czym marzyłem: charyzmę, głos (tak mi się przynajmniej wtedy wydawało), siłę przebicia i sposób poruszania się jak nikt inny przedtem. Szukałem o niej informacji w gazetach, wyczekiwałem jej piosenek w radiu. Wtedy nie było tylu kolorowych magazynów ani tym bardziej internetu, a ja oszalałem na jej punkcie. Zawsze kiedy czułem się samotny lub niezrozumiany, myślałem o niej. Mój brat całe dzieciństwo dokuczał mi, że jestem adoptowany, że nie pasuję do rodziny i że któregoś dnia rodzice w końcu oddadzą mnie do domu dziecka. Czułem, że coś w tym jest. Rodzice mają jasną karnację, a mój brat jest blondynem z niebieskimi oczami. Tymczasem ja wyglądałem jak arabskie dziecko. Ciemne kręcone włosy, śniada cera, czarne oczy. Kiedy odkryłem Madonnę, wyobrażałem sobie, że to ona jest moją prawdziwą mamą. Brat mi dokuczał, a ja patrzyłem na niego wściekły i myślałem sobie: „Żebyś ty wiedział, kto jest moją mamą! Kiedyś się przekonasz i pękniesz z zazdrości”.

Oczywiście gdy podrosłem, zrozumiałem, że to raczej niemożliwe. Ale fascynacja wcale mi nie przeszła. Uprosiłem rodziców, żeby kupili odtwarzacz wideo. Kupiłem kasetę i czekałem, aż teledysk Madonny znowu będzie w telewizji. Nie posiadałem się ze szczęścia, kiedy udało mi się nagrać klip Open Your Heart. Oglądałem go całymi dniami. Umiałem powtórzyć każdy gest tancerzy. Marzyłem o tym, żeby nauczyć się tak tańczyć. Tyle że w Kielcach nie było żadnej szkoły tańca nowoczesnego. Nasz sąsiad z dziesiątego piętra chodził na lekcje tańca towarzyskiego i wyglądał jak totalny wieśniak: buty z czubkami na podwyższonym obcasie, tłuste długie włosy… fuuuu. To było nie dla mnie. Zostawała mi tylko Madonna. Któregoś dnia, już w ósmej klasie, ukradłem z szafki brata spray. Razem z moim najlepszym kumplem Marcinem uciekliśmy z lekcji. Zamknęliśmy się w szatni. Na całej ścianie wielkimi literami napisałem sprayem MADONNA. Kazali mi pójść po rodziców. I co z tego?, myślałem. Moja idolka też lubi szokować. I nie boi się nikogo i niczego. Kiedyś tak jak ona będę zmieniał świat. I nigdy się nie poddam. To było moje postanowienie.

* * * * *

– Michał był prześlicznym dzieckiem. Kiedy się urodził, zachwycały się nim wszystkie pielęgniarki. Nie miał pomarszczonej skóry, tylko gładką, śniadą. Ciemne oczka i włoski. Położna, kiedy już go umyła, od razu założyła mu na rączkę czerwoną wstążeczkę, żeby chroniła od złych uroków. – Anna Piróg, mama Michała, często się uśmiecha. I ma do syna anielską cierpliwość. Słuchając jego opowieści o perypetiach rodzinnych, macha tylko ręką i co jakiś czas wtrąca: „Michał, to wcale nie było tak”. Ale na samo wspomnienie dzieciństwa syna ma łzy w oczach. Bo tyle się ten jej Michał wycierpiał.

– To było takie spokojne dziecko. Kiedy wyszłam ze szpitala i przywiozłam Michała do domu, to położyliśmy go z mężem do łóżeczka. Od razu zasnął. Nasz starszy, Sebastian, płakał dzień i noc. A Michał nic. Po prostu spał. Zamiast się cieszyć, staliśmy nad tym łóżeczkiem i patrzyliśmy zaniepokojeni. No bo jak to? Takie spokojne dziecko? Później nie mogliśmy się nadziwić, bo Michał, kiedy już umiał stanąć na nóżkach i wołać „mama”, stanowczo odmawiał zakładania pieluch. Nie chciał w nich spać. Kiedy chciał do toalety, to wołał. Byliśmy zszokowani. W końcu zrozumiałam, że on nienawidzi tych tetrowych pieluch i uczucia, kiedy ma mokro. Kiedy dorastał, to martwiłam się tylko jednym – że nie chce jeść. Interesowały go tylko kluski lane na mleku na śniadanie i budyń na kolację. Więcej nic. Byłam załamana, ale moja mama mnie uspokajała. Kiedyś powiedziała: „Nie chce jeść, to niech chociaż ma to, co lubi”. Czasami robiłam mu kisiel. Wtedy miksowałam wszystkie owoce sezonowe, żeby miał witaminy. Żeby sam z siebie zjadł jabłko albo jakiś inny owoc? W życiu. Ale to był jedyny problem. Poza tym dziecko jak z podręcznika.

Aż przyszedł ten feralny dzień szczepienia. Poszliśmy do przychodni. Dużo było innych mam z dziećmi. Michał dostał zastrzyk i wróciliśmy. Miał jakieś półtora roku i spał jeszcze wtedy długo w dzień. Położyłam go do łóżeczka, po dwóch godzinach się obudził. Wyjęłam go, stawiam na podłodze, a on nic. Nagle widzę, że ma nogi jak z waty, zupełnie bezwładne. „Michasiu, co ci się stało?”, pytam. A on dalej tak dziwnie macha nóżkami. Posadziłam go na szafce w kuchni. Sprawdzam mu nóżki i stópki. I nagle wyczułam, że pod podbiciem na jednej i drugiej stopie ma guza wielkości śliwki. Byłam przerażona. Na szczęście mąż właśnie wrócił do domu. Szybko pojechaliśmy do szpitala. A tam pytają: „Co jest dziecku?”. „Nie może stać na nogach”, odpowiadam przerażona. Lekarka patrzy na Michała i mówi: „Nie widzę, żeby coś było z nim nie tak. Może ma taki kaprys?”.

Wyszłam ze szpitala zapłakana. Szybko pojechaliśmy do mojej mamy. Ona była dla mnie zawsze największym wsparciem. Dużo przeszła w życiu. Los wielokrotnie wystawiał ją na ciężką próbę. Chociażby z moim bratem, jej jedynym synem. Lekarze nie dawali mu żadnych szans. Był wcześniakiem. Kiedy ze szpitala wypisali go do domu, był tak malutki, że mama musiała go karmić pipetką. O rozwoju małych dzieci wiedziała wszystko. I kiedy zobaczyła stopy Michała, to natychmiast zadzwoniła do lekarza, który kiedyś przed laty opiekował się moim bratem. Pojechaliśmy do niego, a ten od razu skierował nas do szpitala. Tam całą noc badania. Po kilku godzinach faszerowania Michała lekami w końcu mogliśmy wrócić do domu. Wyniki miały być rano. Lekarz obiecał, że o siódmej będzie u nas i zdecydujemy, co dalej. Kiedy przyjechaliśmy do domu, była trzecia w nocy. Położyłam syna spać. Mąż poszedł do łazienki. Minęło jakieś dwadzieścia minut, a on ciągle stamtąd nie wychodził. Słyszałam tylko, że leje się woda. W końcu weszłam. Mąż pochylony nad umywalką opłukiwał twarz. „Dlaczego tak długo tu siedzisz?”, zapytałam. „Myję się”, odpowiedział, a ja nagle zobaczyłam, że on całą twarz ma mokrą nie od wody, ale od łez. „Co się stało?”, pytam. Mąż najpierw milczy, aż w końcu mówi: „Lekarz jest przerażony. Jego zdaniem jeśli Michał rano nie będzie chodził, to skończy na wózku inwalidzkim”.

Nie spaliśmy tej nocy ani minuty. Rano lekarz stanął w drzwiach. Zaproponowałam, żeby usiadł. Powiedział, że postoi w przedpokoju. Poprosił, żeby obudzić Michała. Wyjęłam go z łóżeczka. Starałam się postawić na podłodze. Stanął na nóżkach. Lekarz, patrząc na niego, zawołał: „Chodź, syneczku, do dziadka, chodź”. I Michał uśmiechnął się i ruszył w jego stronę. Lekarz wziął go na ręce. Zobaczyłam, że po jego policzku płynie łza. „Synku, jesteś uratowany”, szepnął Michałowi do ucha.

Potem okazało się, że w tej kieleckiej przychodni czterdzieścioro dziewięcioro dzieci dostało szczepionkę w zbyt dużym stężeniu. Podobno część z tych dzieci nie wyleczyła się do końca i miała problemy z chodzeniem. Okazało się też, że pani doktor, która nas wtedy w szpitalu odprawiła z kwitkiem, potraktowała podobnie inne dzieci. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co my. Rodzice tych dzieci, których nie dało się wyleczyć, złożyli w szpitalu skargę. Pani doktor straciła prawo do wykonywania zawodu.

Przez wiele lat zdarzało się, że budziłam się w nocy i myślałam o tym, co by było, gdyby mama nie zadzwoniła po tego wspaniałego lekarza. Aż strach sobie to wyobrażać.

Przez kolejny rok musieliśmy na nogi Michała zwracać szczególną uwagę. Pamiętam, że półtora roku później, któregoś dnia po spacerze Michał zaczął płakać, że go bolą kolana. Mój Boże, jak myśmy się wystraszyli. Szybko wsiedliśmy w samochód i do szpitala. Przebadali go już wtedy dokładnie. Został tam chyba nawet na dwa dni. Okazało się, że go boli, bo rośnie. To nie było nic poważnego. Odetchnęliśmy.

Tyle że później, którejś wiosny, Michał zaczął się dusić. Znowu szpital. I diagnoza: alergia. Dosłownie na wszystko: kurz, sierść, kwitnienie roślin. Mieszkanie sprzątałam odtąd gruntownie dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Jeden pyłek kurzu i Michał od razu kichał. Żeby alergia na stałe nie przerodziła się w astmę, musieliśmy z Anglii dwa razy do roku sprowadzać bardzo drogie lekarstwa. W ten sposób odczulaliśmy go wiosną i jesienią. Inaczej by się pewnie udusił. Ze łzami w oczach patrzyłam, jak się to dziecko męczy. Nie było mowy o zabawie na podwórku, kiedy kwitły kwiaty albo koszono trawę. Mimo lekarstw tak bardzo wtedy kichał, że aż się przewracał.

Najgorsze było to, że nie mogliśmy w domu pozwolić sobie na żadne zwierzę. Ciągle tylko powtarzaliśmy mu: „Michasiu, wiesz, że nie można, bo jesteś chory”. I tak w kółko. Przez te ataki alergii był słaby, nie miał energii, mimo że był bardzo żywym dzieckiem. Rzadko wychodził na dwór, więc miał mniejszy kontakt z innymi dziećmi. Nie umiał się bić, nie był agresywny. Kiedyś cała gromada chłopców biegła za jakimś bezdomnym kotem. Mąż zawołał mnie do okna. „Zobacz, nasz Michał trzyma w ręku kamień. W końcu zachowuje się jak inni chłopcy!” Nagle patrzymy, Michał dobiega do siatki, patrzy na tego kotka i bezwiednie wypuszcza kamień z rąk. „On chyba nie będzie miał kolegów”, powiedział zrezygnowany mąż.

Ponieważ był słabszy niż inni, musiał sobie wymyślić inną strategię przetrwania. I nawet nie wiem kiedy stał się wytrawnym manipulatorem. Opracował taktyki, dzięki którym osiągał to, co chciał. Jedną z nich było głośne piszczenie. Jeśli coś działo się nie po jego myśli, to zaczynał tak piszczeć, że aż świdrowało w uszach. Zazwyczaj tak się zachowywał, bawiąc się z Sebastianem w pokoju. A ja ilekroć słyszałam ten pisk, niewiele myśląc, wpadałam do pokoju, Sebastiana za łapę, ścierą mu przyłożyłam i mówiłam: „Nie dokuczaj młodszemu bratu”. Któregoś dnia jednak pomyślałam, że to niemożliwe, żeby Sebastian mu tak wiecznie dokuczał. Kiedy usłyszałam, że obaj bawią się samochodzikami, zakradłam się pod drzwi, żeby słyszeć, o czym rozmawiają. I nagle Michał mówi: „Chcę twoje samochodziki”. „Nie, masz swoje. Umówiliśmy się, że nie ruszamy swoich zabawek”, odpowiada Sebastian. „Ale ja chcę!” „Nie, Michasiu, nie możesz na razie, bo ja się nimi bawię”. „Jak mi nie dasz, to będę piszczał”. Potem cisza. Michał wyczekuje. Kiedy okazało się, że brat jest nieprzejednany, zaczyna się pisk. „Ty mały manipulatorze”, krzyknęłam, wpadając do pokoju chłopców. Odtąd nie dawałam się już tak łatwo wyprowadzić w pole.

Michał od początku był bardzo inteligentny. Szybko nauczył się czytać i pisać. Wszystko go interesowało. I był bardzo wrażliwy na krzywdę innych. Kiedyś w Kielcach pod jednym ze sklepów siedziała mała Rumunka. Była zima, a ona zziębnięta, bez rękawiczek. Siedziała na jakimś kawałku tektury. „To dziewczynka z zapałkami. Musimy ją wziąć do domu”, powiedział Michał. „Nie możemy, synku. Ona ma swoich rodziców”, tłumaczyłam. „Musimy ją wziąć. Wiesz, co się stało z dziewczynką z tej bajki? Ona umarła. Nie chcę, żeby ta też umarła. Musimy ją wziąć!” I tak później cały dzień. Histeria, płacz. Nawet następnego dnia, kiedy się obudził, pamiętał, co się działo. „Nie uratowaliśmy jej”, powtarzał przez łzy.

Kiedy tylko wyjechał z tatą i bratem do lasu, zawsze przywozili jakieś zwierzątko. Raz to był zając, innym razem jaszczurka. „Co mam zrobić z tym gadem? Przecież nie będziemy go trzymać w słoiku?”, mówiłam. Trzeba ją wypuścić na podwórko. „Nie, ona będzie nieszczęśliwa. Poza tym tam są psy i koty, na pewno coś jej zrobią”, Michał nie dawał za wygraną. „Synku, domem jaszczurki jest las. Nie powinieneś jej przynosić tutaj”. Michał trochę pomyślał, aż w końcu zdecydował: „Tato, musimy ją zawieźć z powrotem”. I mąż, chcąc nie chcąc, w środku nocy znowu wsiadał w samochód i wracał do lasu. Potem był mały kotek, który mieszkał na klatce schodowej. Wiadomo było, że nie możemy go wziąć do domu, więc Michał wyniósł jakieś pudełko z kocykiem i tam tego kota hodował. Aż przyszedł dzień, że dali mu za dużo mleka albo nie wiadomo czego jeszcze. Kotek dostał rozstroju żołądka i zabrudził całą klatkę. Musiałam sprzątać kilka godzin, więc kazałam dzieciom trzymać go na podwórku.

Wiedziałam, że brak zwierzęcia w domu to prawdziwa bolączka Michała. Czasami, kiedy wieczorami dokuczała mu samotność, zaczynał udawać, że ma atak astmy. Krzyczał wtedy, że pomóc mu może tylko pani doktor Kolasińska. Mieszkała na piątym piętrze, pod nami. Zachodziłam w głowę, dlaczego właśnie ona. To prawda, była dla Michała zawsze bardzo miła, ale żeby aż tak się wyrywać do lekarza? Kiedy zjawiliśmy się u niej w domu po raz trzeci w ciągu zaledwie kilku dni, doznałam olśnienia. Mąż pani doktor kilka miesięcy wcześniej współpracował z inżynierami z Libii. Na pożegnanie dostał od nich prezent – małą małpkę kapucynkę. Sam zbudował dla niej ogromną klatkę i zainstalował ją w dużym pokoju. I tam właśnie przyjmowała nas lekarka. Małpka miała na imię Flora i wystarczyło tylko, że Michał ją zobaczył, natychmiast czuł się lepiej. Na szczęście sąsiadka była tak miła, że pozwalała mu przychodzić, kiedy tylko chciał. A ja dziękowałam w duchu opatrzności, że takich małp nie było w żadnym sklepie zoologicznym. To małe zwierzątko darło się wniebogłosy i zawsze na koniec wizyty pani doktor narzucała na klatkę płachtę materiału. Wtedy małpa się uspokajała, a Michał snuł fantazje, jak byłoby wspaniale, gdyby Florka zamieszkała u nas.

Któregoś razu gotowałam obiad, a tu nagle Michał wbiega do domu z wróblem w dłoni. Okazało się, że ptak ma zwichnięte skrzydełko. Nakarmiliśmy go, opatrzyliśmy. Po kilku dniach, kiedy wróciliśmy do domu, wróbla nie było. Michał się rozpłakał. „Nie płacz, synku. Pewnie ptaszek tęsknił za wolnością i wyfrunął”. To do Michała przemówiło. Minęło pół roku. Robiliśmy gruntowne porządki przed świętami Bożego Narodzenia. Odsunęłam szafkę w pokoju, a tam wróbel wyschnięty na wiór. Jak tam się znalazł, nie wiadomo. Kiedy Michał to zobaczył, wpadł w szał: „Zabiłaś go! Zabiłaś tego biednego wróbla!”. Przez kilka dni patrzył na mnie jak na morderczynię. A potem zadawał tysiące pytań: „Dlaczego nie pochowaliśmy go na cmentarzu?”, „Co teraz stało się z jego duszą?”, „Czy on jest na nas zły?”.

Zawsze staraliśmy się z mężem zaspokoić jego ciekawość, ale tego dnia byłam wyjątkowo zmęczona. Siedziałam na niskim taboreciku i obierałam ziemniaki. A Michał co rusz wpadał do kuchni i o coś pytał. Miałam dość wszystkiego, więc odpowiadałam machinalnie: „Tak, tak Michałku”. Wpadł znowu z jakimś pytaniem: „Tak, synku, masz rację”. I wtedy on nagle bierze się pod boki, wypina brzuszek i patrzy na mnie. A potem się pochyla i grozi mi palcem: „Słuchaj, co do ciebie mówię, bo teraz właśnie powinnaś odpowiedzieć zupełnie inaczej”.

Później, kiedy już poszedł do szkoły, prawie codziennie byłam wzywana do nauczycieli albo do samej dyrekcji. Michał przyznawał mi się do wszystkiego wcześniej. Przychodził do domu i mówił: „Mamusiu, jesteś wzywana do szkoły, bo nie zgodziłem się z panią od plastyki”, albo: „Pani była niedobra dla mojego kolegi. Stanąłem w jego obronie i pani prosiła, żebyś przyszła”. Raz wezwała mnie pani od muzyki. Przychodzę, siadam w sali lekcyjnej i pani mi opowiada, że zaczęła grać na lekcji na pianinie. Michał nagle podniósł rękę do góry. Pani zapytała, o co chodzi, a on wtedy: „Bardzo mi szkoda tego pianina. Pani tak fałszuje, że je musi strasznie serce boleć, że ktoś tak źle na nim gra”. Jak to usłyszałam, to musiałam bardzo się starać, żeby się nie roześmiać w głos. Powiedziałam pani, że bardzo ją przepraszam i że porozmawiam z synem.

A później wezwanie od polonistki. Była lekcja pokazowa, wizytacja z kuratorium. Pani prowadzi lekcje, a Michał co rusz się zgłasza. On zawsze uwielbiał zabierać głos. Nigdy się nie wstydził. I pani zadaje pytanie o jakiś konflikt. Nie pamiętam, której z lektur dotyczyła ta lekcja. Michał odpowiada, a pani: „Niestety, Michał, nie o ten konflikt mi chodziło”. I na to mój syn: „To proszę precyzyjniej formułować pytania. Konfliktów było dużo, skąd mam wiedzieć, który pani ma na myśli”. I wiadomo już, że następnego dnia przychodzę do szkoły. „Czy pani zdaje sobie sprawę, że ja przez pani syna mogę mieć nieprzyjemności?”, pyta nauczycielka. „Bardzo przepraszam, porozmawiam z nim”, mówiłam zawsze, ale szczerze mówiąc, często w duchu przyznawałam rację Michałowi. Miałam nadzieję, że może w liceum będzie inaczej. Tym bardziej że wybrał sobie szkołę o profilu teatralnym.

* * * * *

Brązowe ohydne spodnie, niebieska koszula w pawie pióra kupiona w indyjskim sklepie. Tak ubrany poszedłem na egzaminy do liceum. Egzamin artystyczny. Marzyłem o klasie o profilu teatralnym, ale nie grałem na żadnym instrumencie, a recytować wierszy nie lubiłem. Zależało mi na tym, żeby na egzamin przygotować coś, co odzwierciedla moją osobowość. Wiedziałem, że do klasy, która mnie interesowała, przyjmą tylko siedemnaście osób. Chętnych było ponad osiemdziesiąt. Wszedłem do sali i nogi się pode mną ugięły. Bo nie oceniała mnie tylko komisja. W dużej sali byli także wszyscy kandydaci. Miałem ze sobą odtwarzacz CD i płytę Madonny. Postanowiłem zatańczyć do jednej z jej piosenek. Zanim włączyłem muzykę, popatrzyłem na komisję i powiedziałem: „ Jestem pewien, że jeśli nie przyjmiecie mnie do tej szkoły, to będziecie żałować”. Włączyłem kawałek Vogue i zacząłem tańczyć. Nauczyłem się ruszać tak jak tancerze Madonny. Występ wzbogaciłem też własną choreografią. Chociaż nie wiem, czy słowo „wzbogaciłem” jest tu trafione.

Myślę, że mój występ był totalną porażką. Kiedy dziś go wspominam, to nawet nie potrafię sobie przypomnieć twarzy ludzi, którzy mnie wtedy oglądali. W zasadzie w tamtym momencie wcale mnie to nie interesowało. Zrobiłem wszystko, żeby wypaść jak najlepiej. Muzyka się skończyła, zabrałem szybko swoje CD, powiedziałem „do widzenia” i już mnie nie było. Nie poczekałem na żadne uwagi. Chyba byłem pewien, że mnie nie przyjmą. Na wyniki egzaminów czekałem bardzo długo. Byłem jednak spokojny. Wiedziałem, że zrobiłem wszystko, co mogłem. Bardzo się zdziwiłem, kiedy zobaczyłem swoje nazwisko na liście przyjętych. Później, pierwszego września, okazało się, że tak samo zdziwieni są wszyscy koledzy z mojej klasy. Uważali mnie za dziwadło. I to chyba dowód na to, że musiałem wypaść strasznie. Dlaczego osiągnąłem swój cel? Myślę, że przeważył mój tupet. Nauczyciele dostrzegli, że moim największym marzeniem jest taniec. I widocznie miałem w sobie coś, co pozwoliło im uwierzyć, że zrobię wszystko, żeby tańczyć jak najlepiej.

* * * * *

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.