Charlotte Bronte i jej siostry śpiące - Eryk Ostrowski - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 704 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Charlotte Bronte i jej siostry śpiące - Eryk Ostrowski

Najbardziej znana autorka w historii LITERATURY

Pisarka, której dzieła dały podwaliny emancypacji

Kobieta kameleon

i jedna z największych zagadek literatury

CHARLOTTE BRONTË

Wszystko, co wiemy o siostrach Brontë, pochodzi od niej. Ona prowadziła korespondencję i rozmowy z wydawcami. Rękopisy powieści Emily i Anne Brontë nie istnieją. Pierwszy wydawca, który jako jedyny je widział, twierdził, że pisane były jedną ręką. Miało to być pismo ukrywającej się pod męskim pseudonimem Charlotte. Ona z kolei robiła wszystko, aby myślano inaczej. Uwierzono jej. I tak już zostało.

Czy Charlotte Brontë stworzyła legendę o trzech genialnych siostrach?

Książka odsłania kulisy życia autorki Jane Eyre, które obfitowało w dramatyczne wydarzenia. Brontë zadbała, by wiele z nich nigdy nie dotarło do wiadomości publicznej. Autor ukazuje, w jaki sposób jej geniusz ukształtowały skomplikowane relacje z mężczyznami – najpierw z bratem, z którym w latach młodzieńczych dzieliła tożsamość literacką i sympatię do doktryny masońskiej, później z belgijskim nauczycielem, w którym była zakochana, wreszcie z jej wydawcą, którego miała nadzieję poślubić.

...pozostaje ból tego ostatniego, wyproszonego pożegnania, to beznadziejne drżenie rąk – jeszcze to nie wywietrzało, jeszcze nie zostało zapomniane. Nie lubię tego.

(z listu Charlotte Brontë do George’a Smitha, 22 września 1851, przeł. Angelika Witkowska)

Książka zawiera nigdy nie tłumaczone na język polski listy Emily i Anne Brontë, wspomnienia Charlotte o siostrach i jej przedmowę do Wichrowych Wzgórz oraz wybór wierszy rodzeństwa Brontë w przekładach Krystyny Lenkowskiej, Ludmiły Marjańskiej i Anny Ostrowskiej-Paton.

Opinie o ebooku Charlotte Bronte i jej siostry śpiące - Eryk Ostrowski

Fragment ebooka Charlotte Bronte i jej siostry śpiące - Eryk Ostrowski








Podziękowania

Książka Charlotte Brontë i jej siostry śpiące nie mogłaby powstać, gdyby nie trud osób zaangażowanych w popularyzację wciąż mało u nas znanej twórczości i losów rodzeństwa Brontë. Chciałbym w tym miejscu wyrazić uznanie dla pani Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, autorki biografii Na plebanii w Haworth. Dzieje rodziny Brontë – książka ta skłoniła mnie do podjęcia próby odpowiedzenia na to, co pozostało tajemnicą oraz stworzenia portretu psychologicznego wielkiej pisarki i niezwykłego człowieka; dla pani Doroty Malinowskiej-Grupińskiej, która jako pierwsza wydała nieznane polskiemu czytelnikowi powieści Brontë, dzięki czemu dyskusja na ten temat stała się w Polsce wreszcie – po ponad 150 latach – możliwa, oraz dla znakomitych tłumaczek tych książek, pani Magdaleny Hume i pani Katarzyny Malechy.

Pragnę w tym miejscu podziękować mojemu tacie, Zbigniewowi Ostrowskiemu za uważną lekturę, cenne wskazówki i nieocenioną pomoc przy redakcji tekstu; Angelice Witkowskiej za jej zaangażowanie i olbrzymią pracę, jaką włożyła w tę książkę; Krzysztofowi Lisowskiemu za duchowe wsparcie i zrozumienie pasji dzielenia życia z kimś, kogo od bardzo dawna nie ma (?), a jednak, po latach, doprasza się głosu; pani Urszuli Kozioł za dodanie odwagi, której przy takich konfrontacjach zawsze brakuje; Piotrowi Grzesikowi, autorowi nowego przekładu Wichrowych Wzgórz, za inspirującą wymianę myśli; poetce Krystynie Lenkowskiej za piękne tłumaczenia wierszy oraz – last but not least – mojej siostrze, Annie Ostrowskiej-Paton, która pokazała mi kiedyś Wichrowe Wzgórza.

Eryk Ostrowski


Rozdział I

Portret

„Była niewielkiego wzrostu i niezwykle delikatna. Jej dłoń należała do jednej z najmniejszych, jakie kiedykolwiek trzymałem… Miała najsłodszy uśmiech, z lekką nutą melancholii. A kiedy dostrzegłeś jej oczy i poczułeś spojrzenie, dusza, która stworzyła Jane Eyre nagle odsłaniała się przed tobą. Były raczej małe, lecz o bardzo szczególnym kolorze – właśnie poprzez nie odczuwałeś, że formuje się osąd na twój temat… przez subtelną penetrację spojrzenia do zakamarków twego umysłu i najgłębszego dna twojej duszy. Kiedy ponownie ujęła moją dłoń… znów spojrzała mi głęboko w oczy. Nie było śmiałości w tym patrzeniu, ale intensywne, bezpośrednie, poszukujące spojrzenie – jedno z tych posiadających dar odsłaniania ukrytych tajemnic i światło do ich odczytywania. Miałem poczucie, że nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś podobnego; jakby mnie zahipontyzowano…”.

Taki opis Charlotte Brontë pozostawił człowiek, który odwiedził plebanię w Haworth w 1853 roku, by spotkać się ze słynnym „Currerem Bellem”[1]. Tego, jak wyglądała, możemy się jedynie domyślać. Podobno miała wzrost i budowę jedenastoletniej dziewczynki. – „Nienaturalnie mała, chuda, dłonie jak ptasie łapki, otwarte wyraziste oczy patrzące wymownie – prosto na rozmówcę, szerokie usta, czoło kanciaste, nieco nawisłe” – zanotowała swe pierwsze wrażenia Elizabeth Gaskell. Zwróciła uwagę na głos – „niezwykle słodki, lekko wahający się przy doborze słów – ale te, które wybiera, brzmią swobodnie i najtrafniej pasują do okazji. Nic w niej nie jest przesadzone, wszystko jak najprostsze”[2]. Włosy „z natury piękne, jedwabiste, kasztanowate”, wspominała Ellen Nussey[3]. Zatrzymała ich kosmyk, który obcięła dla niej służąca w dniu śmierci pisarki. Do dziś zachował ciepły brązowy kolor.

Podobno daleko jej było do piękności. Ona sama twierdziła, że jest brzydka; mówiła, że gdy ktoś w salonie przypadkiem zatrzyma na niej wzrok, pilnie wystrzega się, by ponownie nie spojrzeć w tę stronę. Jej młody wydawca, George Smith, przypuszczał, że „oddałaby cały swój geniusz i sławę za to, żeby być piękną. Zapewne niewiele żyło na świecie kobiet bardziej niż ona pragnących urody czy też bardziej boleśnie świadomych jej braku”[4]. – Portret George’a Richmonda, któremu Charlotte Brontë pozowała w 1850 roku, nie daje podstaw do takiej oceny. Mamy ją przed oczami, chciałoby się powiedzieć, jak żywą. Jej usta pozostały w półuśmiechu. Jest to jednak gest samych warg, ona jest poważna. Ten uśmiech musiał często gościć na jej twarzy, kiedy już na dobre „zwróciła się ku chłodniejszym rejonom, gdzie świt wstaje blady i trzeźwy, a nadchodzący dzień zostaje niekiedy pokonany przez chmury”[5]. Taki uśmiech rzadko spotyka się u młodego człowieka. Pojawia się wówczas, gdy zdobywa się już tę gorzką wiedzę o życiu, a na złudzenia patrzy jak na czeki bez pokrycia. W uśmiechu Brontë obecna jest ta wiedza, ale również – zgoda na nią. Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że patrząc na portret Charlotte Brontë, znajdujemy w nim potwierdzenie przymiotów, którymi obdarowano pisarkę pośmiertnie. – „Kiedy Sir James Stephen [dziadek Virginii Woolf] powiedział mi w czasie długiej rozmowy, jaką prowadziliśmy na pewien delikatny temat w Cambridge: ‹‹Przeżyłem długie życie, będąc człowiekiem niepozbawionym spostrzegawczości, i nigdy nie spotkałem kobiety absolutnie sprawiedliwej››, pomyślałem, że nigdy nie spotkał Charlotty Brontë” – wspominał Smith[6]. I, patrząc na portret Richmonda, wierzymy jego słowom.

Malarzowi udało się przekazać głębię jej spojrzenia. Na portrecie rozmija się ono z naszym, a oczy zdają się odzwierciedlać to, o czym mówiła rzadko – jej serce. Musiała posiadać w sobie coś, co kazało innym przejmować się jej losem, czuwać nad nią jak nad dzieckiem, wychodzić naprzeciw. Mężczyźni, którzy ją otaczali, mieli do niej stosunek nieledwie ojcowski. Podobną troską otaczały ją także kobiety. I tak było w zasadzie zawsze, już od dzieciństwa. Zachowane wspomnienia osób z jej kręgu mówią, że właśnie troska była pierwszym uczuciem, jakie budziła Charlotte Brontë. W tych ostatnich latach musiała wynikać ona także z osobistej tragedii pisarki, kiedy kolejno, jedno po drugim, utraciła brata i siostry[7]. Po roku 1849, gdy spoglądało się na nią, pozostawało wrażenie, że widzi się dziecko, któremu wyrządzono niepojętą dla niego krzywdę, patrzące na rozmówcę z niemym oczekiwaniem jakiegoś wytłumaczenia. Sama także doświadczała tego wzroku z każdym swym powrotem do domu, gdzie witały ją osierocone psy sióstr: spaniel Flossy, który należał do Anne, i Keeper, olbrzymi mastiff Emily. Takiego spojrzenia nie sposób znieść.

To oczekiwanie pozostało i w jej oczach. Podobno spojrzenia Charlotte Brontë rzeczywiście nie dało się zapomnieć. Mówią o tym relacje osób, które zetknęły się z nią w okresie, gdy stała się sławna. Pisarka i działaczka społeczna, Harriet Martineau, której udało się pozyskać przyjaźń i zaufanie Charlotte, tak wspominała ich pierwsze spotkanie: „Punktualnie z wybiciem szóstej przed drzwiami zatrzymał się powóz (…). Wydała mi się najmniejszą kobietą, jaką widziałam w życiu (z wyjątkiem pokazywanych na jarmarku), oczy jej zdawały się płonąć. Rozejrzała się szybko (…). Przedstawiłam ją, rzecz jasna, moim krewnym, a potem przyszedł moment, którego nie przewidziałam. Kiedy usiadła obok, spojrzała na mnie tak czule i błagalnie (…), że z całego serca miałam ochotę się rozpłakać”[8]. Podobne spostrzeżenie po spotkaniu z pisarką zanotował William Makepeace Thackeray: „Zobaczyłem ją po raz pierwszy, kiedy podniosłem się z choroby, z której nie miałem nadziei się dźwignąć. Pamiętam malutką drżącą postać, drobną dłoń, wielkie, uczciwe oczy”[9].

Oczywiście wszyscy, którym była przedstawiana, wiedzieli, co ją spotkało, więc i wspomnienia ich są podobne. Nie znaczy to, że taka była zawsze. Owszem, przedtem także kilkakrotnie umierała, coś pękało w niej, ale w 1849 roku runęły fundamenty jej życia. To nie tak, że dalej nie było już po co go „pchać”, jak określiła to w jednym z listów do Ellen Nussey; ale nie było dla kogo. Bo prawdą jest, że choć była skupiona na sobie, niemal wszystko, co robiła dotąd w życiu, robiła z myślą o młodszym rodzeństwie – o Anne, Emily i Branwellu.

Literatura to nie popkultura, gdzie twórca i doszukiwanie się prawdy o nim plasują się przed dziełami, które pozostawił. Mimo to jednak po śmierci pisarza następuje zazwyczaj pewna weryfikacja. W przypadku Charlotte Brontë już w kilka miesięcy po jej odejściu zdarzyła się rzecz niecodzienna: ojciec pisarki zwrócił się do jej przyjaciółki z prośbą, aby napisała jej biografię. Skłoniły go do tego liczne spekulacje i niezgodne z prawdą informacje, jakie, co i rusz pojawiały się w prasie. Tą przyjaciółką była niezbyt jeszcze popularna w owym czasie powieściopisarka, Elizabeth Gaskell. W dwa lata później do jej dzieł dołączyła niezwykła publikacja – Życie Charlotte Brontë[10]. Z tej książki najbardziej dziś znana jest autorka Ruth. Ta książka odegrała kluczową rolę w odbiorze utworów tajemniczych mieszkanek parafii na wrzosowiskach i powstaniu legendy o plebanii w Haworth. Po wielu latach, jakie upłynęły od jej pierwszego wydania, wiemy, że pewne wątki zostały przez panią Gaskell pominięte, inne mocno podrasowane i nagięte do epoki, w której Brontë żyła. Kontrowersja nie była wówczas dobrą sławą. Ewa Kraskowska, autorka monografii Siostry Brontë, przypomina, iż to „drastyczność, skłonność do przedstawiania patologii i brutalnych, sadystycznych form przemocy sprawiły (…), że gdy tożsamość sióstr wyszła w końcu na jaw, a w dodatku okazało się, iż są one niezamężnymi córkami anglikańskiego pastora i wychowały się z dala od światowego życia, stały się (zwłaszcza Charlotte, która najczęściej miała okazję pokazywać się publicznie) intrygujące po dziś dzień. Trzeba bowiem pamiętać, że powieści ich nie dlatego w połowie XIX stulecia zyskały aż taką poczytność, bo jakoś szczególnie trafiały w gusta wiktoriańskiej publiczności. Przeciwnie – ich popularność wzięła się stąd, że gusta te pod wieloma względami obrażały, ignorowały panujące podówczas stereotypy moralne i estetyczne, a także – prezentowały zaskakującą jak na owe czasy koncepcję kobiecości niezależnej, zrewoltowanej i zdolnej przeciwstawić się najbardziej opresyjnym formom patriarchalnych rygorów. Krytyka przyjęła je z mieszanymi uczuciami, czytelnicy również”[11]. Należy dodać w tym miejscu, że uwaga ta odnosi się przede wszystkim do Wichrowych Wzgórz[12]Lokatorki Wildfell Hall[13], którym w chwili ich ukazania się zarzucano wulgarność i zły smak. Wprawdzie książki nie były sygnowane przez Charlotte, jednak niepochlebne recenzje rzucały cień i na nią. Po jej śmierci należało więc podtrzymać mit, jaki wykreowały jej powieści, Jane Eyre[14], Shirley[15]Villette[16], także kontrowersyjne, nie obrażające jednak gustów ówczesnego czytelnika i z uznaniem przyjęte przez krytykę. Należało, wreszcie, utrwalić mit, który wykreowała ona sama w opublikowanych w 1850 roku szkicach wspomnieniowych poświęconych Emily i Anne, z których świat po raz pierwszy dowiedział się o istnieniu sióstr Brontë.

Niebywała popularność Jane Eyre uczyniła z Charlotte Brontë osobę publiczną, ona natomiast nie chciała ujawnić swej tożsamości. I tak już z chwilą jej debiutu pojawiły się plotki. Zgadywano, który spośród wielkich pisarzy kryje się za pseudonimem Currer Bell. Czy jest to pan Thackeray? A może autorem jest kobieta? Pewnie któraś z jego kochanek; napisała autobiograficzną powieść z zemsty za to, że ją rzucił… Gdy wkrótce potem ukazały się Wichrowe WzgórzaAgnes Grey[17] sygnowane pseudonimami Ellis Bell i Acton Bell, skupiano się już głównie na podejrzeniu, że jedna i ta sama osoba napisała wszystkie książki. – Starczy zajrzeć do archiwalnych roczników czasopism, czy korespondencji osób należących do ówczesnej elity intelektualnej, by się przekonać, że nie zawsze w recepcji tej twórczości było tak statycznie, jak jest obecnie.

Biografia Charlotte Brontë spełnia warunki dzieła literackiego nie tylko pod piórem pani Gaskell. Żyła dawno temu, krótko i niezbyt szczęśliwie, i tak naprawdę od prawie stu sześćdziesięciu lat jej życie owiane jest tajemnicą. To wystarczy. Zarówno dla książek biograficznych pisanych wedle tradycji zapoczątkowanej przez Gaskell, jak i dla tych biografów, którzy nie godzą się z powszechnie uznanymi faktami. Ale Charlotte Brontë to wciąż jedna wielka niewiadoma. Przy uważnym wejrzeniu nie tylko w powieści, lecz także w korespondencję, a nade wszystko juwenilia – wciąż traktowane przez czytelników po macoszemu, choć ich objętość przekracza wszystkie napisane przez nią książki – widać, że nic tutaj nie było tak oczywiste, jak przedstawiła to Elizabeth Gaskell. Ani takie, jak chciała to ukazać wcześniej sama pisarka.

Brontë skutecznie zacierała ślady. Starała się sama nadać rysy swojemu portretowi, któremu my, potomni, będziemy się przyglądać i który będziemy podziwiać. Niechętna publicznemu życiu, jakby od początku robi wszystko pod ten wizerunek. Przetrwa w nim niby gwiazda, zawsze rzucająca wprawdzie odległy, lecz silny i trwały blask. Żadnej niepewności, sama solidność. Ale jeżeli była tak bardzo nie zainteresowana tym światowym życiem – a była – dlaczego tak się pilnowała? Dlaczego ten własny wizerunek miał przetrwać aż po czas, gdy jej samej nic nie mogło już w żaden sposób dotknąć? Dlaczego zależało na tym jej ojcu i to w chwili, kiedy świadomy swego wieku i kondycji, nie mógł przecież obawiać się, że nagle dosięgnie go jakaś niesława? Niecodziennie się zdarza, żeby tata zamawiał u powieściopisarki biografię swego dziecka… Coś musiało ciążyć na tej rodzinie, skoro starannie wyselekcjonowane fakty miały stać się publiczną wiarą także wtedy, gdy nikt z zainteresowanych nie będzie stąpał już po tej ziemi. I Charlotte Brontë musiała być częścią tej historii…

Dlaczego tak zależało jej na anonimowości? Dlaczego upierała się, by publikować pod męskim pseudonimem nawet wówczas, gdy już powszechnie znano jej płeć? Czy tylko z tego powodu, że kiedyś, przed laty poeta Robert Southey utwierdził ją w przekonaniu, że jako kobieta nic nie zdziała w literaturze i odesłał do garnków, miotły i służby męskiemu rodowi?

…wolałabym, aby krytycy oceniali mnie jako a u t o r a, nie kobietę

– upierała się Charlotte po wielkim sukcesie swej kolejnej już powieści[18]. Jej pragnienie Ewa Kraskowska motywuje tym, że „słabe wykształcenie autorek, miałkość ich talentów i ogólne niedostatki warsztatu pisarskiego sprawiły, że w języku wczesno wiktoriańskiej krytyki literackiej «kobiece» równało się – błahe, niemądre, pruderyjne, kokieteryjne, obyczajne, sentymentalne, piszącą zaś kobietę postrzegano jako żądną poklasku, próżną i nieskromną. W obliczu takich stereotypów ucieczka od kobiecości była ucieczką od literatury słabej ku literaturze wartościowej, a pseudonim lub anonimowość dawały szansę na uniknięcie niechcianego rozgłosu. Z drugiej strony, opinia publiczna domagała się od uznanych autorek, by przestrzegały owych standardów kobiecości, które recenzenci tak często im wytykali – żeby pisały elegancko, konwencjonalnie, językiem pozbawionym wszelkiej szorstkości, w zgodzie z kodeksem obyczajowym sfer średnich i wysokich”[19]. – Wszystko to prawda, ale wnet po ukazaniu się Jane Eyre z owym sensacyjnym podtytułem Autobiografia, Brontë wiedziała już przecież, że sukcesem okazało się to właśnie, iż niezwykła historia kobiety została odważnie opowiedziana przez kobietę. Przecież w oczach największych tego świata – a do takich należeli Thackeray, panna Martineau, George Lewes, Albany Fonblaque czy Eugene Forcade – jej tożsamość nie stanowiła tajemnicy. Miała tego świadomość czytając recenzje swoich książek, publikowane w opiniotwórczych magazynach. Stała się autorytetem. Do czego jeszcze po 1849 roku potrzebny był jej Currer Bell? Gdy „bracia” jego posnęli snem wiecznym i został sam na placu boju…

Charlotte Brontë oddala się od nas o przestrzeń niedomówień, domysłów, wreszcie – ciszy. To, co zmilczane, to, na co zabrakło słów, a także to, co pozostało – wszystko to cisza. W niej przesuwają się cienie. Z biegiem lat przybywa ich, zaludniają przestrzeń, dają życie legendzie. Wiele cieni rzucanych przez jednego człowieka. Jakby chciały powtórzyć nam za Rimbaudem: Ja to ktoś inny. Ona sama niknie w tle. Dlaczego tak? Dlaczego tak zależało jej na tym, żeby nigdy, nikt?

Mamy do czynienia z tajemnicą. Jedną z największych zagadek literatury. Rzędu tej homeryckiej czy szekspirowskiej – przewyższającą je jednak, bo przecież bliższą nam w czasie, w porównaniu z nimi – niemal współczesną. Nade wszystko zaś – dotyczącą kobiety. Kobiety o nieprawdopodobnej wręcz sile i odporności. Postrzeganej jako najważniejsza autorka w historii. Kobiety, której dzieła dały podwaliny emancypacji. A więc – kobiety wyzwolonej. Porównywalnej z wielkimi heroinami antyku. Kobiety kameleona. Kobiety, której nie udało się tylko jedno – nie umiała okręcić sobie wokół palca mężczyzn, na których padał jej wybór. Zdołała tego jednak dokonać na dużo większą skalę – globalną i historyczną – tu ulegli jej wszyscy.

To, co znamy dziś jako historię sióstr Brontë, było jej decyzją. I jej historią, która na trwałe wpisała się w kanon literatury i kultury. Zagadka tej kobiety wykracza więc daleko poza obszar dzieła literackiego. Jej wpływ na kształtowanie się społecznej świadomości wciąż jest ogromny. I nie sprowadza się jedynie do romantycznej legendy o trzech wybitnie uzdolnionych i młodo zmarłych dziewczętach „z Wichrowych Wzgórz”.


Rozdział II

Wieczorne pocieszanie

Styczeń 1845. „Kiedy widziałam Charlottę po raz ostatni, powiedziała mi, że zostanie w domu. Przyznała, że nie jest to jej miłe. Niedomagała na zdrowiu. Mówiła, że każda odmiana sprawiałaby jej z początku przyjemność, tak jak Bruksela była dla niej z początku przyjemna, że widać niektórzy ludzie mogą prowadzić bardziej urozmaicone życie i mieć częstsze kontakty ze światem, ale dla niej takich możliwości nie ma. Namawiałam ją, żeby wyrwała się z domu, mówiłam, że następnych pięć lat spędzonych w samotności, przy jej słabym zdrowiu, zniszczy ją ostatecznie; że ona nigdy ich nie odrobi. Ciemna chmura przeleciała po jej twarzy, kiedy powiedziałam: «Pomyśl, czym Ty będziesz za pięć lat» – więc urwałam i prosiłam: «Nie płacz, Charlotto». Nie płakała, tylko dalej przechadzała się po pokoju tam i z powrotem, a po chwili oznajmiła: «Ale ja jednak zostanę, Polly»”[20].

Na podstawie wspomnienia Mary Taylor można wywnioskować, że decyzja nie zapadła bez wahań. Musiały trwać znacznie dłużej niż przechadzanie się Charlotte owego dnia, tam i na powrót, po pokoju; musiały zajmować jej myśli całymi nocami. Ta „ciemna chmura” musiała zrywać ją ze snu i oblewać czoło potem, kiedy zadawała sobie pytanie: co dalej? I – jak?

Gdyby o Charlotte Brontë kręcono film, możnaby go zilustrować muzyką Elgara, utwory sakralne przeplatając z romantycznymi miniaturami i Obrazkami Morskimi[21]. Zwłaszcza te pieśni na kontralt i orkiestrę zdają się wypowiadać to, co przemilczano w ciągu tego krótkiego życia. Napisane zostały do wierszy poetów współczesnych pisarce, między innymi Elizabeth Barrett Browning. Więc jeżeli dramat – to umiarkowanie, krok po kroku. Jeżeli skarga – to prośba o łaskę. Jeżeli łaska – to od Boga:

Ach, ciężkie życie! – wołamy z westchnieniem.

A pokolenia ptaków wśród tych biadań

Śpiewają, i pogodnie żyją owiec stada,

Gdy my spieramy się wciąż z zamierzeniem

Niebios w nas samych, chcąc jak uderzenie

Noża je wstrzymać. Przypływ morza spada

Bez wahania na suchy ląd. W sawannach trawa

Trwa niestrudzona. Wzgórza nieznużenie

Baczą. Co roku gwiazdy niezniszczalne w blasku

Dawnym się jawią, gdy w borach dojrzałe

Liście łagodnie zlecą. Dawny Boże, ty mnie

Obdarz mniejszą niżeli t a m t o w s z y s t k o łaską:

Daj tyle cierpliwości, z jaką rośnie małe

Źdźbło trawy, równie w upał szczęśliwe, co w zimnie[22].

Tak właśnie odarta z młodzieńczych pasji, musiała Brontë nauczyć się przyjmować od losu cierpienie. Jak wszyscy, powie ktoś. Tak, ale jeżeli istniałaby tu jakaś skala, ból, który życie zadało Charlotte wydaje się ponad ludzkie siły. Szczególnie, gdy przychodzi go znosić samotnie. Tę samotność w pewnym momencie wybrała. Uznała ją za schronienie.

Tak. Prawda. Jest smutna. Życie wszelako darzy nas gorszymi jeszcze rzeczami niż samotność. Czymś stokroć gorszym i sięgającym głębiej niż melancholia, jest złamane serce

– będzie tłumaczyć później w Villette[23].

Tę decyzję – aby pozostać na plebanii, niczego nie zmieniać, co oznaczało: poddać się, pogodzić z losem – tym, przeciw któremu od dziecka się buntowała, tworząc z bratem sagę o wymyślonym królestwie Angrii, a także potem, w latach młodzieńczych, kiedy zmuszona była uczyć, i wreszcie tych brukselskich, kiedy sama pobierała najważniejszą lekcję, miłości – tę decyzję rzeczywiście poprzedzało złamanie serca. Miłość potrafi jednak bardzo wiele. Jednym z jej talentów jest umiejętność trzymania człowieka w zawieszeniu i całkowitym oderwaniu od świata. Wydaje się, że jedyną rzeczą, która łączyła wówczas Charlotte Brontë z ziemią, było pióro i arkusze papieru, na które przelewała swój ból. Uzyskał on postać doskonałą, więc jest pamiętany do dziś. Sięgamy po powieści i wiersze Brontë, zanurzamy się w ten jedyny w swoim rodzaju, tak autentyczny i zarazem nadnaturalny świat – nie wiedząc lub zapominając, że stoi za nim klęska czyjegoś życia. Tymczasem Charlotte Brontë – pisze Lyndall Gordon w biografii pisarki – „nieustannie zaprasza nas do spojrzenia w cień, aby dostrzec pannę Hall przy migoczącej świecy, w pustej sypialni; dostrzec Jane Eyre w najciemniejszym kącie salonu pana Rochestera; dostrzec Lucy Snowe wycofującą się w głąb zakazanej alei, aby spotkać ducha zmarłej – siebie samej; dostrzec w Emmie lunatyczną dziewczynkę, niezdolną określić, kim jest”[24]

Plebania w Haworth w latach 50. XIX w., przed przebudową i posadzeniem drzew na cmentarzu.

Krążą plotki, że drobna kobieta stojąca w pobliżu plebanii to Charlotte Brontë.

Ale miłość nie zna żadnych granic, jeżeli jest prawdziwa. Za jej sprawą człowiek zaczyna dostrzegać cuda. Te małe – jak blask słońca, krople deszczu, lot ptaków pod chmurami, brzask nowego dnia. I te wielkie, z których największym jest nadzieja. Niewykluczone, iż z samego początku, jeszcze tam, w Brukseli, była to może rzeczywiście nadzieja na człowieka.

Po raz pierwszy tuliłem w ramionach wolność, a uśmiech jej i uścisk niczym słońce i zachodni wiatr sprawiły, że odrodziło się we mnie życie

– napisała w Profesorze[25]. Wiele wskazuje, że kiedy działo się to wszystko, Charlotte Brontë, choć cierpiąc, była po raz pierwszy w swym dorosłym życiu naprawdę szczęśliwa. W tej, w znacznej mierze autobiograficznej, powieści znajdziemy obraz przemiany, jaka wówczas w niej zaszła:

Gdy ujrzałem ją po raz pierwszy, twarz jej pozbawiona była słońca, cera zaś koloru; wyglądała jak ktoś, kto nigdzie na świecie nie znalazł źródła radości ni pokładów rozkoszy; teraz owa chmura znikła z jej oblicza, ustępując miejsca świtającej nadziei i zainteresowaniu, które to uczucia zajaśniały niczym bezchmurny poranek, ożywiając to, co było przygnębione, przydając koloru temu, co było blade. Jej oczy, których barwy wcześniej nie poznałem, ponieważ zamglone były od wstrzymywanych łez, przyćmione nieustającym przygnębieniem, rozświetlał obecnie promień słoneczności, która radowała jej serce, ujawniając tęczówki jasnej orzechowej barwy – tęczówki duże i pełne, osłonięte długimi rzęsami – oraz pałające ogniem źrenice. Znikł z jej oblicza ów wyraz bladego przemęczenia, który za sprawą troski bądź przygnębienia jawił się był na tej myślącej, szczupłej twarzy, pociągłej raczej niż okrągłej…

Pobyt w obłokach pozwala odczuwać radość i ból równocześnie. Jest to przywilej nieodwzajemnionej miłości. Żonaty nauczyciel, Constantin Héger, nie kochał swej uczennicy; mimo to ona po swym powrocie do Haworth uparcie obstawała przy ich relacji. Śląc list za listem, coraz bardziej się w nich poniżała. W ciągu tych kilku nieszczęsnych lat uznała siebie za własność ukochanego. A gdy dotarło do niej, że ten dar jest mu narzucony, że on nie chce i nie zamierza go przyjąć – stwierdziła, że jej życie się skończyło. Duchową śmierć Charlotte Brontë symbolicznie odzwierciedlają przemiany, jakie zaszły w jej twórczości. Na te lata, kiedy trwa w letargu, przypada najobfitsza i najlepsza twórczość poetycka powstała na plebanii wśród wrzosowisk. Ostatni list do swego ukochanego nauczyciela posłała w listopadzie 1845 roku. Jej profesor dawno już przestał odpowiadać na błagania choćby o jedno słowo.

Nie są znane daty powstania pierwszych powieści sygnowanych pseudonimami Currer, Ellis i Acton Bell, przyjmuje się jednak, iż nastąpiło to właśnie w owym czasie, po roku 1845. Byłaby to naturalna przemiana – przejście z poezji w prozę. Brontë musiała czymś zająć umysł, w jakiś sposób uciec od poniesionej klęski.

…człowiek, który prowadzi zwyczajne życie i posiada racjonalny umysł, nie rozpacza nigdy. Traci swą własność – otrzymuje cios – na moment zatacza się pod nim; następnie energia pobudzona bystrością umysłu zaczyna poszukiwać lekarstwa; wkrótce działanie mityguje żal. (Profesor)

Stwarzanie rzeczywistości to znakomita alternatywa dla złamanego serca. Jedno jest pewne – wraz z duszą Charlotte nie umarła jej ambicja. To ona trzymała ją przy życiu, które inaczej byłoby zamieniłoby się w wegetację. Wówczas podejmuje decyzję o wyjściu w świat.

Mamy przed oczami pokój. W powietrzu dźwięczy jeszcze echo mrocznej zapowiedzi, bezlitośnie rzucone przez Mary Taylor: „Pomyśl, czym Ty będziesz za pięć lat” – urwane nagle, jakby zdała sobie sprawę z ciężaru tych słów, które nie są tu tylko słowami, lecz stanowią o życiu tamtej. O wszystkim, czego nigdy mieć nie będzie. Więc tak zawsze obcesowa Mary teraz prosi: „Nie płacz, Charlotto”. Ale ona nie płacze, tylko ze zmarszczonymi brwiami, jakby pół obecna, dalej chodzi po pokoju, tam i z powrotem. Czy wówczas już myśli o tym? Czy ta myśl pojawi się później?

Jest styczeń 1845. W tym miesiącu nada kolejny list do Brukseli, ale – przecież tak dalej nie można, to nie jest życie. Na coś trzeba się zdecydować, jeśli nie ma się umrzeć od razu. Czy ta decyzja zapadła wtedy, po tamtej rozmowie?

…człowiek, który prowadzi zwyczajne życie i posiada racjonalny umysł, nie rozpacza nigdy.

Dokładnie rok później, 28 stycznia 1846 roku, zaproponuje wydawnictwu Aylott & Jones wydanie zbioru Poezje Currera, Ellisa i Actona Bellów[26]. Znajdzie się w nim wiersz szczególny, bo – jakby na przekór surowej selekcji Charlotte – osobisty, wręcz intymny. Nosi tytuł Wieczorne pocieszanie:

Ludzkie serce kryje bogactwa,

Opieczętowane w ciszy;

Żeby czar nie prysnął, nie zdradza

Myśli, nadziei, rozkoszy.

Noce mogą hulać różane,

Dni trwać w chaosie zabawy,

Pamięć Przeszłości może umrzeć,

Zatracona w złudzeniu Sławy.

Są godziny samotnej zadumy,

Gdy cisza wieczorna spływa,

A uczucia siadają w domu,

Tak cicho jak ptasie skrzydła.

Ale bywa, że małe żale

Pokutują nam w duszy;

A od myśli co kiedyś bolały

Czasem popłakać się musi.

Uczucia, kiedyś silne jak pasje,

Odpływają w spłowiałe sny;

Nasze smutki i dzikie historie,

Brzmią tak jakby cierpiał ktoś inny.

O! kiedy serce świeżo krwawi,

Tęskni za tym biegiem zdarzeń,

Gdzie ból, gdy go już czas oddali,

Należy tylko do marzeń!

Może mieszkać w błysku księżyca,

W samotności i w cieniu nocy;

A, kiedy niebo się zaciemnia,

Odczuwa nieobce niemoce

I tylko impulsu mu trzeba

W ciemnym pokoju bez dat,

Do wielkich myśli w kierunku nieba,

Czekając na życie i świat[27].

Jedyna fotografia tzw. portretu grupowego z bronią Branwella Brontë (1833), zachowana przez służącą Marthę Brown. Na podstawie tego zdjęcia powstał szkic ilustrujący książkę Josepha Horsfalla Turnera, Haworth, Past and Present (1879). Oryginał został zniszczony przez Arthura Bella Nichollsa, który ocalił zeń tylko podobiznę Emily.

Od lewej: Anne, Charlotte, Branwell i Emily

Bez względu na Brukselę i to, co unieruchomiło jej wolę działania, z rodzeństwa Brontë jedynie Charlotte i jej brat, Branwell, pragnęli poznawać świat, głodni byli czegoś nowego, innego, czegoś, o czym tylko czytali, o czym tylko słyszeli. Stąd ich młodzieńcze sagi o Mieście Szklanym i Angrii. Po powrocie na plebanię, zważywszy na porażkę osobistą, ponura rzeczywistość czterech ścian musiała Charlotte przerastać. Popijanie ojca, konsekwentne staczanie się Branwella, wreszcie lęk o przyszłość mało zaradnych, młodszych sióstr…

A tymczasem życie upływa. Wkrótce będę miała trzydzieści lat i niczego dotąd nie dokonałam. Czasem ogarnia mnie przygnębienie na myśl o tym, co teraz ze mną i co dalej[28].

Na dobrą sprawę może nawet dałoby się lepiej wykorzystać tę jedyną zdobycz, z którą wróciła z Brukseli – kwalifikacje zawodowe? Może powinna była wyjechać, poszukać pracy w wielkim świecie, który nie był jej już obcy? Ale – „ja jednak zostanę”… Musiała myśleć już wtedy o czym innym.

Ta relacja z ostatniego spotkania przyjaciółek przed wyjazdem Mary Taylor do Nowej Zelandii to jedno z niewielu pozostawionych przez nią wspomnień. W drodze wyjątku, do pierwszej biografii Charlotte Brontë – tej najważniejszej, bo jedynej opartej w całości na przekazach osób z najbliższego kręgu pisarki. Później Taylor odmawiała już rozmów na temat przyjaciółki. Lojalność: ja jestem tobą – ty jesteś mną. Spaliła listy, podtrzymała nimi płomień.

„Ale ja jednak zostanę”.

Została. I, tak jak przed laty Angrię, powołała do życia już nie światy, lecz – ludzi, którzy odegrali fundamentalną rolę w kształtowaniu kultury. Postaci, cóż z tego, że nieistniejące , skoro pozostają bardziej żywe aniżeli zwycięzcy mężowie, po których podbojach zostały jedynie ruiny. W bohaterach jej książek przetrwało życie pulsujące prawdziwym sercem, które zostało w nich włożone, bo nie było już potrzebne ich twórcy. Nie miało dla kogo bić. Życie, które nie otrzymawszy szansy realizacji w prawdziwym świecie, gdzieś musiało się podziać.

Trzeba by sporo wysiłku, aby mnie złamać[29].

Jest początek lipca 1848 roku, Londyn. Charlotte Brontë składa wraz z Anne pierwszą wizytę George’owi Smithowi w jego biurze przy Cornhill 65. Słowa, które wówczas wypowie, powołają do życia legendę. – „Kiedy przybyły, George Murray Smith siedział akurat pochłonięty korespondencją z Indii – relacjonuje Lyndall Gordon, opierając się na wspomnieniach obydwojga, pisarki i jej wydawcy. – Był zaskoczony, gdy usłyszał o nieoczekiwanej wizycie dwóch nieznanych pań. Jak mógł skojarzyć gwałtowność Jane Eyre i rozsądek listów Bella z tą niespokojną, drobną, trzydziestodwuletnią kobietą, na swój oryginalny sposób staroświecką, spoglądającą w górę na wysokiego, młodego mężczyznę, który wyszedł z biura do księgarni, by sprawdzić, kto pragnie się z nim spotkać…

– Pani chciała się ze mną widzieć? – zapytał grzecznie.

– Czy pan Smith?

– Tak, to ja.

Cicho wręczyła mu kopertę zaadresowaną jego własnym pismem do Currera Bella; zauważył, że była otwarta. Spojrzał na list – potem na nią – a potem znów na list – i znów na nią.

– Skąd pani to ma? – zapytał ostro.

– Z urzędu pocztowego. Jest zaadresowany do mnie. – Roześmiała się nagle nad jego zakłopotaniem. To był jej moment. – Jest nas trzy siostry…”[30].

Współczesnemu czytelnikowi nazwisko Brontë kojarzy się przede wszystkim z legendą o trzech genialnych siostrach i ich nieszczęsnym bracie, żyjących gdzieś wśród odludnych wrzosowisk. -„Dzieje Charlotte, Emily i Anne ułożyły się bowiem w sposób, który zadziwiająco przypomina baśń – tyle że większość baśniowych sytuacji występuje tu w przekornie antybaśniowym przebraniu i nadaje tej opowieści intrygującą niejednoznaczność” – zauważa Ewa Kraskowska. Swą książkę o pisarkach otwiera rozdziałem Legenda o trzech siostrach, gdzie opowiadając pokrótce losy rodziny Brontë, wskazuje archetypy, które tłumaczą takie postrzeganie tej historii. – „I tak, mamy wprawdzie osierocone w dzieciństwie przez matkę trzy siostry, lecz żadna z nich nie jest ani „dobra”, ani „zła” w baśniowym sensie tych słów. Z drugiej strony – tworząc zgodne i kochające się trio, są one zdecydowanie odrębnymi indywidualnościami: słodka i religijna Anne stanowi na pozór przeciwieństwo nieokiełznanej i obdarzonej silną wolą Emily, a Charlotte, której przypadło opłakiwać je obie, swą intelektualną dojrzałością i życiowym doświadczeniem przerasta jedną i drugą.

Dalej – mamy klasycznie patriarchalnego ojca, anglikańskiego pastora Patricka Brontë, którego legenda przedstawia w dwóch skrajnie różnych wcieleniach. Czy był egoistycznym ekscentrykiem i domowym autokratą, który w mroczny sposób zaciążył na życiu swoich dzieci, czy też, na odwrót, przedwcześnie owdowiały i wrażliwy, w niesprzyjających okolicznościach uczynił dla nich ze swego domu azyl – bezpieczny i sprzyjający rozwojowi ich talentów? Gdy będziemy pamiętać, że przyszło mu przeżyć i pochować wszystkich swoich najbliższych, że patrzył na umieranie żony, córek, syna – postać ta musi wzbudzić nasze najgłębsze współczucie i skłonić do refleksji nad trudem i bólem ojcostwa.

W roli macochy pojawia się w tej antybaśni szwagierka pastora, siostra jego zmarłej na raka żołądka żony Marii, Elizabeth Branwell. Nie jest łatwo oszacować jej udział w kształtowaniu niezwykłych osobowości rodzeństwa Brontë, choć z pewnością trudno go przecenić. Badacze na ogół podkreślają metodystyczne korzenie głębokiej religijności Elizabeth, którą usiłowała zaszczepić powierzonym jej opiece dziewczynkom. Z różnymi zresztą skutkami. Na pewno nie dokonała tego z Emily i Charlotte. Surowa, ascetyczna, przepojona niechęcią do życia doczesnego religijność ciotki Branwell bywa postrzegana przez innych jako cenna szkoła pokory, pracowitości, samodyscypliny. Jedno jest pewne – w godzinach próby ta niepozorna, żyjąca cudzym życiem kobieta zawsze stawała na wysokości zadania. Przez ponad dwadzieścia lat udzielała niezawodnego wsparcia gromadce niezwykłych młodocianych indywidualności, z którymi łączyły ją nie najbliższe w istocie więzi rodzinne. Gdy zmarła, jej niewielki osobisty majątek odziedziczyły właśnie Charlotte, Emily i Anne, uzyskując dzięki temu po raz pierwszy w życiu poczucie umiarkowanego bezpieczeństwa materialnego.

Zawarte w grudniu roku 1812 małżeństwo Patricka i Marii Brontë, z domu Branwell, trwało zaledwie dziewięć lat i w tym krótkim czasie pastorowa zdołała urodzić sześcioro dzieci: pięć córek i jednego syna. W styczniu 1814 roku przyszła na świat Maria, w lutym 1815 – Elizabeth, 21 kwietnia 1816 urodziła się Charlotte, 26 czerwca 1817 – Patrick Branwell, 30 lipca 1818 – Emily Jane i wreszcie 17 stycznia 1820 – najmłodsza Anne. (…)

Od wrześniowego dnia 1821 roku, kiedy to licząca trzydzieści osiem lat pastorowa po długich cierpieniach zakończyła swoją doczesną wędrówkę, śmierć rozgościła się w rodzinie Brontë na dobre – w ciągu trzydziestu paru lat przetrzebiła niemal całkowicie grono domowników. W 1825 roku, w szczególnie smutnych okolicznościach (…) umarły kolejno, w maju i w czerwcu, dwie najstarsze dziewczynki – jedenastoletnia Maria i dziesięcioletnia Elizabeth. Obie, a zwłaszcza Maria, zdążyły dorosnąć na tyle, by pozostać na zawsze w pamięci młodszego rodzeństwa. W roku 1842 pożegnała się z tym światem niezawodna ciotka Branwell. I wreszcie między wrześniem 1848 a majem 1849, w odstępach kilkumiesięcznych, śmierć zabrała Patricka Branwella, Emily i Anne, oszczędzając starego pastora i Charlotte. Tę ostatnią zresztą nie na długo, bo tylko na niespełna sześć lat.

Choć śmierć jest nieodzownym elementem baśniowego uniwersum, ta seria zgonów wymyka się baśniowej konwencji. Utrwala jednak legendę. W przypadku zaś pięciu sióstr nadaje jej ponadto wymiar hagiograficzny i heroiczny. Wiąże się ze swoistymi formami męczeństwa i wyrzeczenia, a także – w osobach Marii i Anne – z religijnym wymiarem życia. Inaczej rzecz się ma z ich bratem. Branwell – bo tego imienia używał młody Brontë – pełni w tej opowieści ambiwalentną rolę czarnej owcy i nieszczęsnego maudit zarazem. Przeklęty artysta, zmarnowany talent i ofiara patriarchalnych stereotypów obyczajowych, które w jedynym potomku płci męskiej kazały widzieć największą nadzieję ojca i filar całej rodziny. Dla jego kruchej psychiki i słabego charakteru brzemię to okazało się nie do udźwignięcia. Branwell Brontë, w dzieciństwie niezastąpiony w swoich pomysłach towarzysz zabaw sióstr, potem obiecujący malarz i poeta, gawędziarz i mitoman, skończył jako opiumista i alkoholik, zdążywszy przed swą przedwczesną śmiercią zniweczyć spokój obcujących na co dzień z jego upadkiem domowników. To mroczne i niewątpliwie traumatyczne doświadczenie zaowocowało w twórczości Charlotte, Emily i Anne niezwykłymi w swym realizmie i szokującymi dla ówczesnego czytelnika obrazami społeczno-rodzinnych patologii, alkoholizmu i przemocy, a brontëańskiej legendzie przydało perwersyjnych odcieni skrywanego sekretu i tragedii.

Są w tej legendzie jeszcze inne tajemnice i cudowne zwroty akcji, kamuflowane i znienacka objawiane tożsamości, Kopciuszkowe metamorfozy i małżeństwo zawarte wbrew licznym przeszkodom. Kopciuszek, czyli Charlotte, jest jednak w istocie anty-Kopciuszkiem. Zbliża się do czterdziestki, jest nieładną, niemodnie ubraną kobietą, a w dodatku umiera kilka miesięcy po ślubie. Oblubieńcowi zresztą także daleko do baśniowego księcia. Nad wszystkim wszakże i nad wszystkimi rozpościera się niesamowity klimat miejsca, w którym rozgrywają się opowiedziane wydarzenia. Plebania w Haworth – niewielkiej mieścinie położonej w zachodniej części górzystego hrabstwa Yorkshire – i otaczające ją wrzosowiska, słynne Wichrowe Wzgórza, jeszcze za życia Charlotte Brontë, a później już tylko jej ojca, stały się celem pielgrzymek miłośników twórczości trzech sióstr, genius loci zaś do dziś przyciąga tu tłumy turystów, często mających zaledwie mgliste pojęcie o ich losach i o wartości ich literackiego dorobku. (…)

Listy, fragmenty diariuszy, wspomnienia, pogłoski, hipotezy, plotki i zmyślenia, fragmenty danych i wzniesione na nich chwiejne konstrukcje spekulacji, a wreszcie, last but not least, utwory literackie składające się na wspólny, wybitny dorobek trzech niezwykłych sióstr – z takiej oto migotliwej materii utkane są dzieje Charlotte, Emily i Anne Brontë. Wszystkie dotyczące ich fakty zostały po wielekroć przetworzone, na różne sposoby zinterpretowane, a mimo to wciąż ich historia otwiera się na nowe odczytania”[31].

Siostry Brontë to siedem powieści: Wichrowe Wzgórza, Profesor, Agnes Grey, Jane Eyre, Lokatorka Wildfell Hall, Shirley, Villette[32]. Do tego setki stron juweniliów pisanych przez Charlotte i Branwella, składających się na cykl opowieści z Angrii, prekursorskich wobec dziejów Śródziemia Tolkiena i Opowieści z Narni Lewisa[33]. To także wiersze, a wśród nich utwory niemniej popularne w literaturze angielskiej niż ich proza – Na śmierć Anne Brontë[34] czy Moja dusza nie tchórz…[35]. Wszystkie utwory sygnowane nazwiskiem Brontë łączy jedno: ich bohaterowie poruszają się wprawdzie po naszym świecie, ale wywodzą jakby z innego, dawno już nam niedostępnego. Pod ich postacią ten „raj utracony” na moment uchyla swe podwoje. Pozwala lepiej zrozumieć nasz świat oraz nas samych, zamkniętych w nim jak w szklanej kuli. Natura, która powołała te fabuły do życia rozumiała jego istotę i jego potrzebę, a to wymagało takiej właśnie „absolutnej sprawiedliwości”. Trzeba umieć wsłuchać się w ludzi, czytać ich, a kiedy są zamknięci – otwierać. Więc – pozostawać otwartym. Bo piękno nie jest sprawą subiektywną. Jest czymś uniwersalnym i tylko ludzką rzeczą jest mylić się i poszukiwać go w pozorach. To właśnie ono przetrwało w utworach rodzeństwa Brontë. Są one jego sygnaturą. Pozwalają mu zaistnieć bez względu na pokrzyżowanie ludzkiego losu, bez względu na ułomność charakteru.

Sama zaś historia rodzeństwa Brontë przypomina palimpsest. Jak w palimpseście brakuje tu nie tylko stron, ale całych zszywek, a strony zachowane przecięto przez środek tekstu, ułożono z powrotem, czasem w nieodpowiedniej kolejności. W palimpsestach strony uszkodzone, spleśniałe, czy podziurawione usuwano, natomiast nadmiarowe – gdy książka miała być mniejsza od wcześniejszej – wykorzystywano gdzie indziej. Tak i tu były takie, które zawadzały lub nie pasowały temu, kto tworzył na tekście pierwotnym, więc postanowił je usunąć. I, podobnie jak w palimpseście, luki w tym, co po latach jest odcyfrowywane, są bardzo poważne. Jednak wywabiany z przeszłości jak z pergaminu tekst pierwotny zaczyna w końcu przebijać na tyle wyraźnie, że jego odczytanie staje się możliwe. Przekazuje wersję starszą. Oryginalną.

Wielu znających wyłącznie powieści sióstr Brontë bez zastrzeżeń przyjmuje legendę o tajemniczych pisarkach z Yorkshire, choć różnic i podobieństw między ich utworami bynajmniej nie wyznaczają imiona, którymi sygnowane są książki. Burzliwa Jane Eyre Charlotte w niczym nie przypomina jej przyziemnego Profesora, w warstwie obyczajowej bliższego raczej pierwszej powieści Anne. Z kolei tejże Lokatorka Wildfell Hall biegunowo różni się od Agnes Grey i bardziej pasowałaby do charyzmy, z którą kojarzymy Emily. Agnes Grey natomiast, w partiach wykładających poglądy autorki na temat anglikańskiego duchowieństwa i roli kobiety jest bliźniaczo podobna do Shirley, jak również Villette Charlotte… Mimo tych kontrastów, przy baczniejszym spojrzeniu powieści sióstr Brontë ujawniają wspólny język, sposób prowadzenia narracji, podobne zwroty akcji, a przede wszystkim tożsamy charakter piszących je osób. Już pobieżna lektura wyłania szczególne pokrewieństwo bohaterów, a zwłaszcza – bohaterek tych książek: Jane Eyre, Frances Evans Henri, Catherine Earnshaw, Catherine Linton, Isabella Linton, Agnes Grey, Helen Huntingdon, Caroline Helstone, Shirley Keeldar, Agnes Pryor, Lucy Snowe – wszystkie one posiadają cechy wspólne.

„Silniejsza niż mężczyzna, szczera bardziej niż dziecko…”

Fotografia Emily Brontë

RPM Victorian Collection

A dla tych, którzy idą jeszcze dalej i studiują sylwetki sióstr Brontë, trud powiązania Anne i Emily z książkami, które miały wyjść spod ich pióra, nie jest już obcy. Dzieła przeczą tu wszystkiemu, co wiadomo o osobowościach ich autorów. Jest to zjawisko w historii literatury niezwykłe. Przecież z tego, co udało się ustalić, Anne, Emily i Charlotte różniły się od siebie nie tylko wyglądem – posiadały całkowicie odmienne natury. Trzy przymiotniki starczą, by każdą z nich z osobna określić: pokorna, niezłomna i zbuntowana. Jak zatem możliwe, że, tak od siebie różne, „myślały chórem”[36]?

To właśnie jest ten próg, na którym nasze myśli się zatrzymują. Od ponad stu sześćdziesięciu lat czytelników powieści Brontë niepokoją podobne odczucia. W tym najprecyzyjniejszym rozdaniu w światowej literaturze karty tylko na pozór się składają. Tak naprawdę jedynym, co do dziś podtrzymuje ten układ na swoim miejscu, są biografie wewnętrzne dwóch pisarek z Haworth, zabrane przez nie do grobu. To, co wiemy, pochodzi od tej trzeciej. Uwierzyliśmy jej chętnie, poruszeni tragedią. Dramat życia wypełnił karty historii literatury. Była to nasza decyzja – czytelników i badaczy. Czy słuszna? Emocje nigdy nie są dobrym doradcą. Tak, Charlotte miała z pewnością wyjątkowy dar przekonywania, skoro – mimochodem – i własną biografię udało jej się przesłonić talentem, który zrodził Jane Eyre. Nietrudno wyobrazić sobie, że gdy wreszcie zdecydowała się opowiedzieć o rodzinnej tragedii, zwyczajnie złamała serca czytelników i krytyków. I tak do dnia dzisiejszego nikt nie zdołał ich posklejać.

Pośmiertny wybór z twórczości Anne i Emily przygotowany przez Charlotte Brontë, obejmujący nową redakcję Wichrowych Wzgórz, wznowienie Agnes Grey oraz wiersze, opatrzony jej Szkicem biograficznym Ellisa i Actona Bellów[37], Wstępem redaktora do nowego wydania „Wichrowych Wzgórz”[38], przedmowami do Wyborów z literackiej spuścizny Ellisa i Actona Bellów[39] i komentarzami do niektórych wierszy, dziś budzi wśród czytelników bardzo mieszane odczucia. Szczególnie olbrzymia ingerencja redaktora we wznawiane utwory: jak się przekonamy, nie zamknęła się ona na poprawkach redakcyjnych, wierszom dopisano lub usunięto tu całe strofy! Sprzeciw wywołuje też krytyczne spojrzenie na Wichrowe Wzgórza. Tu należy jednak pamiętać, że Charlotte Brontë obowiązywała ostrożność. Po pierwsze zdecydowała się na publiczne ujawnienie tożsamości zmarłych sióstr, a tym samym wprowadzenie ich do literatury. Po drugie nie pisano wówczas takich książek jak Wichrowe Wzgórza. Jej przedmowa do wydania z 1851 roku jest zatem asekuracją. Byłaby ostatnią osobą, przez którą mogłaby przemawiać zawiść, o którą posądzają ją niektórzy. Mówiła przecież o siostrach, które „jedna po drugiej zasypiały na jej rękach”, którym „zamykała ich szkliste oczy” – jak pisała w liście do swego redaktora, Williama Smitha Williamsa[40].

Zrezygnowała wówczas ze wznowienia drugiej książki Anne, Lokatorka Wildfell Hall, tłumacząc wydawcy, że „nie wydaje się godna zachowania”[41]. Kiedy powieść ukazała się po raz pierwszy, nadzieja pozwalała ufać, iż Branwell Brontë nie powtórzy jednak losu jej bohatera, Arthura Huntingdona:

Siedziałam obok niego całą noc – z dłonią w jego dłoni, przyglądając się grymasom jego twarzy i wsłuchując się w jego słabnący oddech. Od długiego czasu się nie odzywał i sądziłam, że więcej już nie przemówi, ale w pewnej chwili wyszeptał – bardzo cicho, choć wyraźnie:

– Módl się za mnie, Helen!

– Ależ nieustannie się o ciebie modlę, Arthurze. Jednak sam także musisz się za siebie modlić.

Jego usta poruszyły się, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Potem wyraz jego oblicza stał się niespokojny. Począł mamrotać jakieś niespójne, niewyraźne słowa, a ja, sądząc, że jest teraz nieprzytomny i czując, że zaraz być może zemdleję, spróbowałam delikatnie uwolnić się z jego uścisku, by pójść zaczerpnąć świeżego powietrza. Jednak jego palce poruszyły się spazmatycznie, a z jego ust wyrwał się szept:

– Nie zostawiaj mnie samego!

Na powrót chwyciłam jego dłoń i trzymałam ją tak, dopóki nie odszedł…[42]

Po śmierci brata nie mogła przychylnie patrzeć na tę powieść, której główny wątek obficie czerpał z tego, co działo się w tamtym czasie w domu. Powyższe słowa w niedługim czasie przyszło jej powtórzyć w prywatnym liście:

…zrozumiałam, że nawet genialność nie jest w stanie doprowadzić człowieka do prawdziwej wielkości, jeśli nie wspomaga go religia i zasady. W ich walor czy tylko egzystencję nie wierzył nigdy, lecz nagle, na kilka dni przed śmiercią, dał przystęp do serca przekonaniom o ich istnieniu i wartości. (…) z bolesną, żałobną radością słuchałam, jak Branwell modli się cicho, a ostatni pacierz, jaki tatuś odmawiał przy łóżku konającego, sam zakończył słowem: amen. (…) Podobnie odmienił się jego stosunek do rodziny, zniknęła wszelka gorycz.

Kiedy skończyła się walka, kiedy spokój marmuru zaczął następować w miejsce straszliwej agonii, czułam, jak nigdy dotąd, że Branwell znajdzie w niebie spokój i przebaczenie. Wszystkie jego błędy – mówiąc jasno: wszystkie jego występki – wydały mi się niczym w owej chwili; wszelkie uczynione przezeń zło, wszelki zadany przezeń ból – przestały istnieć; pamiętałam tylko jego cierpienie, czułam tylko gwałtowny powrót siostrzanych uczuć[43].

Dlatego napisze: „Wybór tematu był ogromnym błędem”[44]. Tak oceni wyciągnięcie na światło dzienne tragedii, która dotknęła rodzinę. Tym samym zablokowała wydanie utworu na długie lata. Lokatorka Wildefell Hall ukaże się dopiero po śmierci Charlotte. Wybierając Agnes Grey wprawdzie ukazała światu talent najmłodszej siostry, lecz ukryła jego mroczne cechy. Idąc tym tropem można by przypuszczać, że gdyby po Emily pozostała druga książka, prawdopodobnie również Wichrowe Wzgórza nieprędko doczekałyby się wznowienia. Jak się przekonamy, i z nich można się dowiedzieć sporo o tym, jaka atmosfera panowała na plebanii. Charlotte miała też niewyraźne przeczucie, że wznawiając tę powieść w renomowanej oficynie George’a Smitha, zmienia coś raz na zawsze. Czytając jej refleksje na temat utworu, można odnieść wrażenie, jak gdyby robiła na przekór sobie samej coś, co podyktowane zostało wyższą koniecznością. Jaką?

Domniemana fotografia sióstr Brontë odnaleziona niedawno we Francji, od lewej: Charlotte, Emily i Anne

RPM Victorian Collection

Decyduje się jednak na ten krok. Jest to jedna z najtrudniejszych decyzji, jakie przyszło jej podjąć i, zarazem, jedna z najważniejszych decyzji w historii światowej literatury. Była tu konsekwentna; w końcu to jej, nie siostrom zależało na tym, aby opublikować dzieła. Przez tak długi czas nie było przecież żadnych książek, istniały jedynie królestwa, Miasto Szklane i Angria Charlotte i Branwella oraz Gondal – mityczna wyspa Emily i Anne. Jak głosi brontëańska legenda, talent narracyjny miał w tej rodzinie przechodzić z pokolenia na pokolenie. Ewa Kraskowska przypomina, iż podobno dziadek uzdolnionego rodzeństwa, Hugh Brunty, „choć prawie niepiśmienny, miał nad wyraz wśród ludu ceniony dar opowiadania i dzielił się nim szczodrze ze współziomkami, zabawiając otoczenie barwnymi historiami, baśniami i anegdotami. Jeśli tak było w istocie, to wcześnie ujawnione twórcze możliwości rodzeństwa Brontë miały swoje źródło właśnie w tym ludowym darze kreowania fikcyjnych światów za pomocą sztuki żywego słowa. Naśladowczynią dziadka Hugha, zapewne bezwiednie, była piętnastoletnia Charlotte, gdy podczas pobytu w szkole niejakiej panny Wooler w Roe Head, okazawszy się z powodu silnej krótkowzroczności kiepską partnerką wspólnych zabaw i gier na świeżym powietrzu, zjednywała sobie koleżanki magią snutych wieczorami opowieści”[45]. Potem zaś, w jednym czasie, pod jednym dachem, powstaną wiersze i powieści, jak na umówiony znak. A Charlotte będzie dążyć do realizacji snu – do publikacji.

Jeżeli poprzestać na literackiej tradycji, wizerunek trzech piszących dziewcząt, Anne, Emily i Charlotte Brontë, jest jasno określony. Dokonują dzieła ponadczasowego: za sprawą jedynie książek pozostawiają po sobie osobowości. Tym samym nie umierają. Żyją, lecz – także i Charlotte – bez własnych biografii.

Pokorna Anne nie intryguje dziś ani badaczy, ani czytelników. Dla tych pierwszych pozostaje postacią daleko mniej interesującą od swych sióstr. Winę za to ponosi zapewne owa garść listów i faktów, które – jednak – są, istnieją, podczas gdy w przypadku Emily niemal wszystko sprowadza się do przypuszczeń. Faktom tym nie pomaga nawet domniemana nieszczęśliwa miłość Anne do młodego wikarego jej ojca, w dodatku zakończona jego tragiczną śmiercią. I w tym miejscu Anne przegrywa z siostrą – dla odmiany z Charlotte. Życie uczuciowe najstarszej panny Brontë było o wiele bardziej skomplikowane; jej listy do Constantina Hégera dawno już zostały opublikowane i pod względem skali namiętności nie ustępują nawet Wichrowym Wzgórzom.

Najmłodszej z sióstr nie spowija żadna mglista tajemnica, nie przyciąga więc ona uwagi. Kilkukrotnie podejmowano próby odtworzenia jej biografii, lecz ze znacznie mniejszym zapałem niż miało to miejsce w przypadku Charlotte i Emily[46]. Daty urodzin i śmierci dopełniają tu adresy dwóch domów, w których zatrudniała się w roli guwernantki, lecz – o ile wiadomo – nie własnym kosztem, jak to było w przypadku Emily, i bez wylewania żalów z tęsknoty za lepszym losem, jak to czyniła Charlotte. Nawet jeśli prawdą jest, że była równie kiepskim wychowawcą jak ona i z braku lepszych metod… przywiązywała dzieci do nogi stołowej, żeby nie przeszkadzały jej pisać. Te guwernanckie losy zaowocowały natomiast pewnym otwarciem się Anne na świat zewnętrzny, przed którym barykadowała się Emily. Ponoć napisała setki listów – tak przynajmniej utrzymywała Charlotte, niezwykle chwaląc epistolarny talent najmłodszej siostry. Ocalało ich jednak zaledwie pięć.

„…pragnęła posiadać siłę, ogień i charyzmę swej siostry,
jednak została dobrze wyposażona we własne, ciche cnoty.”

Fotografia Anne Brontë

RPM Victorian Collection

Na temat świata wewnętrznego Anne Brontë również zachowały się pewne świadectwa. Wystarczy ich, aby domyślać się jej całkowicie biernego podejścia do życia i głębokiej religijności, które – jak pokazały późniejsze zdarzenia – kontrastowały z postawą starszych sióstr w tej materii. Anne, jak wiemy, nie była zbuntowana. Przeciwnie, godziła się ze swym losem, także ostatecznym. Jej ostatnie słowa wypowiedziane w Scarborough do Charlotte, która nie umiała ukryć rozpaczy i lęku przed pozostaniem samą na tym świecie, brzmiały: „Odwagi, Charlotto, odwagi”. Ona sama nie bała się. Od miesięcy zdawała sobie sprawę z tego, że nie dożyje lata. Jedyne, czego żałowała, jak czytamy w najprawdopodobniej ostatnim napisanym przez nią liście, to to, że nie dokonała w swym życiu niczego ważnego:

Chciałabym jednak, żeby spodobało się Panu Bogu oszczędzić mnie, a chciałabym nie tylko ze względu na Tatusia i Charlottę, ale i dlatego, że bardzo pragnę uczynić coś dobrego na świecie, zanim go opuszczę. Mam w głowie wiele projektów do realizacji – skromnych i ograniczonych, to prawda, ale jednak nie chciałabym, aby spełzły na niczym, a moje życie okazało się tak mało pożyteczne

– pisała do Ellen[47]. Cicha nadzieja, że jeszcze będzie dana jej ta możliwość. Była osobą głęboko wierzącą i pokorną wobec wyroków swego Stwórcy. Bierna, lecz w inny sposób niż Emily, Anne naprawdę chciała żyć, to różniło ją od starszej siostry.

Dla Charlotte postawa sióstr była całkowicie obca. Wyuczona przez własne kompleksy i niedostatki, od dziecka zaprawiona była w walce z przeciwnościami. Nawet w tych ostatnich chwilach życia Anne, gdy roztrzęsiona klęczała przed kozetką, na której siostra umierała – nawet wówczas szarpała nią jakaś, daremna już, prośba o przebłaganie losu. Dla niej liczyło się tylko życie – tu i teraz, nie jakaś wieczność. I tak musiało być zawsze, skoro widzimy to już u małej Jane Eyre, która wiernie odzwierciedla pierwsze poważne przemyślenia Charlotte Brontë:

– Czy wiesz, dokąd idą grzesznicy po śmierci?

– Idą do piekła. – Odpowiedź była szybka i prawomyślna.

– A co to jest piekło? Potrafisz powiedzieć?

– Jama pełna ognia.

– A chciałabyś wpaść w tę jamę i wiecznie się w niej prażyć?

– Nie, proszę pana.

– Więc co powinnaś robić, żeby tego uniknąć?

Zastanowiłam się przez chwilę; tym razem odpowiedź okazała się niewłaściwa:

– Dbać o zdrowie i nie umierać[48].

Kolejną cechą wyróżniającą Anne była szczególna empatia. Szczególna, bo z tych nielicznych zapisów przez nią pozostawionych wyłania się obraz kobiety, której myśli wypełnia niemal wyłącznie troska o innych. Tak jest w dzieciństwie i w latach dojrzałych, aż po ostatni zachowany list i ostatnie wypowiedziane przez nią słowa. Bez wątpienia ta troska była jej przyrodzona. Zastanawiać może więc pewien znamienny element w jej biografii, związany z ostatnią posadą Anne, w Thorp Green – rola, jaką odegrała (czy raczej: jakiej nie odegrała) w życiu swego nieszczęsnego brata. Przez kilka lat oboje pełnili funkcję guwernerów dzieci Edmunda i Lydii Robinsonów. Anne była świadkiem wybryków Branwella w tym domu. Czy chodziło o romans z matką ich podopiecznych, jak utrzymywał on, a później także Elizabeth Gaskell? Czy może szło o awanse czynione przez Branwella jego wychowankowi? Być może o jedno i drugie… A może o jeszcze inne, niewiadome sprawy? Tak czy owak niemy udział Anne Brontë w tych wydarzeniach jest wymowny i nadaje znaczący rys jej portretowi.

Natomiast dla czytelników pozostaje Anne pisarzem. Bardzo dobrym pisarzem, podkreślmy, oraz – siostrą swoich sióstr. Tą trzecią, jedyną obywającą się bez tajemnic i meandrów biografii. Spotkał Anne los w pewnym sensie lepszy, bowiem z nich wszystkich jedynie ona oceniana jest obiektywnie: sądzą ją jej dzieła. Podążając wyłącznie literackim tropem, uznamy Anne za uważną obserwatorkę. Obydwie jej powieści odzwierciedlają to, co w danym momencie ją otacza: Agnes Grey – tułaczkę po możnych domach w roli guwernantki, Lokatorka Wildfell Hall – samozniszczenie brata uzależnionego od alkoholu i opium. Dwie powieści, które dzieli wszystko. Pierwsza – przenikliwa, w światopoglądzie wyprzedzająca swą epokę, ale w całym swym buncie jakby wyciszona, by nie powiedzieć – ugrzeczniona. Druga, niczym trampolina, wynosi Anne Brontë w sferę spętania i ciemnych stron ludzkiej natury, przejrzanych dotąd w literaturze w podobnym stopniu jedynie przez… jej siostrę, Emily, w jej jedynej powieści. Jeżeli Anne jest autorką tych książek, można zadać sobie pytanie, jaka byłaby trzecia? Zestawiając te dwie, trudno nie zauważyć, że to jedyna z sióstr, której talent czyni milowe kroki. Pomiędzy tymi nieodległymi w czasie powieściami daje się wyczuć jakaś luka, nieodzwierciedlona w dziele. Ale gdzie należy szukać tego spoiwa, skoro nie uzupełnia go biografia pisarki? A przecież klucz musi istnieć. Bez niego trudno nawet podsumować ów dorobek, zamknięty w dwóch książkach. Książkach tak bardzo od siebie różnych, jak gdyby wyszły spod pióra dwóch pisarzy. Krytycy przyzwyczaili się szukać go w buncie autorki wobec konwenansów i roli, w jakiej widział kobietę XIX wiek. Lecz jeśli tutaj tkwi rozwiązanie zagadki, jak to możliwe, że nijak ma się ono do tego wszystkiego, co wiadomo o samej autorce? Notatki i listy Anne nie przystają do treści obydwu jej powieści…

Książki Anne Brontë po śmierci autorki nigdy nie były już właściwie przedmiotem spekulacji, jeśli chodzi o problem ich autorstwa. Póki żyła, wszystkie siostry stanowiły tajemnicę, która była przez krótki czas powszechnie dyskutowana. Po ich śmierci ów status utrzymała jedynie Emily. Jest to o tyle interesujące, że jeśli wziąć pod lupę argumenty dyskwalifikujące Emily jako autorkę Wichrowych Wzgórz, Anne także przestaje być pisarzem, bowiem nawet jeśli książki ich są tak od siebie różne, dowody są tutaj te same. Obydwie stają się jedynie narzędziami. W jakim celu i w czyim ręku?

Życie tak się układa, że fakty nie są nigdy, nie mogą być nigdy tym, czego się po nich spodziewamy. Nie są do tego dostosowane. (Villette)

Spośród biografii pisarzy niewiele jest takich, które pod względem emocjonalnym dorównują ich dziełom. Przyczyna tkwi w samej literaturze – w niej zawsze chodzi o pragnienie odnalezienia tego szczególnego lustra. Aby życie pisarza spełniło te oczekiwania, co jego dzieło, powinno być – jak już wspomniano – niezbyt długie, nie za bardzo szczęśliwe i, w większym lub mniejszym stopniu, tajemnicze. Bo nie tylko w dziełach, ale i w samych pisarzach zawsze szukamy tego samego: siebie. Lecz tylko jeżeli jest to ktoś od dawna nieobecny, spełnienie może być całkowite. Wówczas bowiem pozostaje, jak każda wielka tajemnica, niemożliwe do rozpoznania, a tym samym – bezpieczne. Można ulokować pod tym adresem własne uczucia, myśli, codzienne niepokoje i dramaty. Ta tajna przestrzeń zawsze przybędzie na czas z odpowiedzią.

Dlatego właśnie mogło dojść do niezwykłego zjawiska, jakim jest powstawanie książek biograficznych o autorach, o których wiadomo bardzo niewiele i których życie nie pozostawiło żadnych konkretnych materiałów źródłowych. Takie prace w przeważającym stopniu wywodzone są z biograficznej interpretacji dzieł. W literaturze faktu są więc tylko ścieżką obok właściwej drogi. Gdy jednak o autorze nie wiadomo zupełnie nic, okazują się naraz eureką na drodze ku rozszyfrowaniu biografii pisarza. Takie, podejmowane jakże często, próby przywoływania czyjegoś życia z utworów, które pozostawił, powstają z pragnienia i smutnej świadomości, że jeśli przyjdzie czekać na fakty – wówczas nigdy nie napijemy się z tego źródła. Jedyne, co więc pozostaje, to wykuć w skale krynicę. Następnie z tego samego głazu skrzesać iskrę, bo w każdym życiu, aby tętniło, potrzebne są dwa żywioły, które muszą się nawzajem zwalczać. Oczywiście w cieniu tego przedsięwzięcia istnieje zawsze i taka możliwość, że dzieło autora, nawet jeżeli o nim samym nic pewnego nie wiemy, może być – przynajmniej do pewnego stopnia – jego duchowym odzwierciedleniem. Ale co wówczas, gdy nie tylko o biografii pisarza niczego konkretnego nie wiadomo, prócz tego, że urodził się, był i zmarł, ale w dodatku nie ma pewności, że jest autorem przypisywanych mu utworów?

Do takich osób należy angielska poetka Emily Jane Brontë, autorka jednego z najsłynniejszych arcydzieł światowej literatury, powieści Wichrowe Wzgórza. O życiu tej kobiety wiadomo bardzo niewiele, a znakomita większość tych informacji pochodzi od jej starszej siostry. Włącznie z tą, że napisała Wichrowe Wzgórza. Sama Emily nie pozostawiła od siebie w tej kwestii ani słowa. Żadnego listu – choćby do wydawcy. Niechby bodaj jakaś reakcja – na przykład na recenzje. Jakieś „tak”, albo „nie”, które byłoby jakąkolwiek odpowiedzią na oburzenie, jakie powieść wywołała już w chwili jej pierwszego wydania. Nic. Co więcej – nie pozostawiła nawet własnego podpisu pod swym dziełem. Rękopis także nie istnieje, a londyński wydawca, Thomas Cautley Newby, jedyna osoba, która go widziała, twierdził, że było to pismo jej siostry, które znał z listów…

Mimo to – a może przede wszystkim dlatego – potrzebujemy jej biografii. Tworzymy ją w myślach od tylu, tylu już lat. Są tacy, którzy w oparciu o tę powieść (a także wiersze) rekonstruowali ją w osobnych książkach[49]. Jest ich wielu i wciąż będzie przybywać. Niektórzy wykazali nie tylko nieścisłość, ale i skłonność do fantazjowania. Cóż jednak z tego? Przecież wyrażają wspólne pragnienie. Im więcej źródeł, tym lepiej użyźnią tę pustynię. A nuż wyrośnie tu w końcu coś pewniejszego? Może jakieś drzewo, które zmieni się w drzwi, które – jeśli nawet nie pozwolą się od razu uchylić – będą miały dziurkę, przez którą da się popatrzeć? Tak wiele podjęto prób by wywołać z martwych to dawno minione życie i dostosować je do dzieła, które do dziś stanowi nieprzejrzaną tajemnicę, ale – istnieje. Przecież istnieje, ktoś je stworzył, więc widać miał po temu powody. Gdzieś zatem musi znajdować się klucz, który je otworzy…

Portret Marii Branwell Brontë skopiowany przez Charlotte

Za mitem Emily Brontë stoi cały zespół postaw, które na dobre zakorzeniły się w ludzkiej świadomości. Legenda Emily Brontë to także adres, pod którym mieści się odrębność człowieka dystansującego się nie tylko od własnej płci, ale i od świata materialnego. Tutaj spełnienie nie musi dokonać się fizycznie, ma swe doskonałe miejsce w przestrzeni duchowej – bo z tej metafizycznej sfery miała wywodzić się niezłomna natura Emily Brontë. Tak utrzymywała Charlotte, sytuująca siostrę ponad zwykłymi śmiertelnikami:

Silniejsza niż mężczyzna, szczera bardziej niż dziecko – jej natura pozostawała osobna[50].

Dlatego osiągalne miały być dla niej Wichrowe Wzgórza. Dla niej jednej.

Moja siostra Emily kochała wrzosowiska. Dla niej kwiaty jaśniejsze od róży zakwitały wśród najczarniejszych torfowisk; z dala od ponurej doliny, na sinych zboczach wzgórz jej dusza czuła się jak w raju. W posępnej samotności odnalazła wiele drogich uciech, a najukochańszą z nich była – wolność[51].

Co więc oznaczałoby podważenie tej legendy? Niechby nawet wszystko, co przekazała potomnym Charlotte o swej siostrze było prawdą, cała ta wielowymiarowa tytaniczność – cóż jednak znaczyłyby tu jej słowa bez pokrycia? Bez świadectwa w postaci przyobleczonego ciała. Ciałem Emily Brontë są Wichrowe Wzgórza. To ciało wieczne, wobec którego zewnętrzna powłoka przestaje mieć znaczenie. A, po podważeniu legendy, co komu po heretyczce Emily Brontë – prawdziwej, ale bez Wichrowych Wzgórz?

Zagadka ma zatem o wiele większy wymiar niż można by przypuszczać, nie zamyka się w samej literaturze. W pewnym sensie jest zjawiskiem socjologicznym. Być może za wiarę w historię pozostawioną przez Charlotte Brontë odpowiada rodzaj społecznej asekuracji, która w tym przypadku jest zjawiskiem występującym wprawdzie w jednostkach, ale takich jednostek jest legion. To również pewien wybór: nikt nie chce poznać prawdy. To naturalny odruch – lęk. Czasem wolimy po prostu nie wiedzieć, jeszcze częściej – udawać, że nie wiemy. Bo nie tylko o romantyczną historię tu chodzi; rozważając ten temat, trzeba pamiętać o tym, jakimi postaciami są Heathcliff i Catherine: bohaterami niepojętymi, bez adresu. Żadnego. Nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić umysłu, który tworzy takie charaktery. Jarosław Iwaszkiewicz pisał: „piekielna to była wyobraźnia i piekło musiała nosić w sobie ta spokojna pozornie dziewczyna”. Elizabeth Gaskell: „musiała być ostatnią z rasy Tytanów – prawnuczką olbrzymów, którzy niegdyś zamieszkiwali ziemię”[52].

„Musiała w sobie nosić”, „musiała być”… Nic ponad to. Przypuszczenia. One zawsze dają najpewniejszy adres temu, co niewyobrażalne. Bez względu na to, czy Emily Brontë napisała tę powieść, czy też nie, gdyby o jej życiu wiadomo było cokolwiek – cokolwiek, co pochodziłoby od niej samej – wszystko to byłoby dla nas o wiele trudniejsze do ogarnięcia. Ale póki nic pewnego nie wiadomo, można odetchnąć z ulgą: Wichrowe Wzgórza nie są z tego świata. To wystarczy, by po nich błądzić. Bo gdyby stał za nimi konkretny człowiek, z konkretnym losem i osobowością, nie bylibyśmy w stanie ich umiejscowić, a tym samym do nich trafiać, czyli – rozumieć. W tej powieści przekroczono bowiem ludzkie normy. Łatwo obdzielić taką wiedzą – mitem – inny mit, a Emily Brontë w powszechnej świadomości nie jest niczym innym, jak właśnie mitem. Ale umieścić w jego obszarze człowieka z krwi i kości, którego biografia jest powszechnie znana, niewolna od codziennych udręk i nie ma naprawdę nic wspólnego z żadnymi bogami – to znaczyłoby mniej więcej tyle, co odkrycie życia na innej planecie, tyle że w przestrzeni trudniejszej i bardziej nieoswajalnej, bo duchowej. Nie chodzi tu o skomplikowane uczucia, którymi motywowani są główni bohaterowie tej powieści. – Uczucia zawsze pozostają uczuciami, czymś, co z samego założenia nie jest logiczne, jest racją samą w sobie, niewymagającą uzasadnienia. Trudni się tym wprawdzie od wieków cała kultura, ale to właśnie jest jej zasadą i fundamentem: niewyczerpanie argumentów. Wszystkie będą dobre i warte sprawdzenia w kolejnych pokoleniach.

Tymczasem Wichrowe Wzgórza nie uzasadniają i nie oceniają tego, w co wprowadzają czytelnika. Tu od razu wiadomo, że wobec bohaterów opowieści jesteśmy niczym. A nawet gorzej niż niczym, bo czytelnik jest tu, pod względem dopuszczenia do tajemnicy, zrównany z prymitywnymi miejscowymi chłopami. Jego wiedza po zamknięciu książki będzie wiedzą Dean, służącej i głównej narratorki. Albo jeszcze mniejsza, bo przecież Nelly, nie mając w zamiarze oceniania swych bohaterów, mogła to uczynić snując ich historię, będąc od dziecka pomiędzy nimi. Więc nasza wiedza po lekturze Wichrowych Wzgórz to jeszcze mniej – to wiedza Zillah, prostej chłopki najętej przez Heathcliffa do prowadzenia gospodarstwa, która tu i tam powtórzy to, co zobaczyła lub zasłyszała. To wreszcie wiedza Lockwooda, czyli kogoś już zupełnie z zewnątrz, kto musi to miejsce opuścić, ponieważ nigdy go nie pojmie. Więc wiedza potrząsająca głową ze zdumieniem i niedowierzaniem. I to ona stała się biografią Emily Brontë, której prawdziwe życie zamknęło się przed nami bezpiecznie, bo – na zawsze.

Wydaje się, że to właśnie historia jest polem, na które najczęściej obawiamy się rzucić pełne światło. A przecież jedynie ona posuwa naprzód wiedzę o świecie. Nie tylko zewnętrzna historia, odzwierciedlona w dziejach, lecz także ta wewnętrzna. Wzbraniamy się jednak przed tą wiedzą; nie jest ona potrzebna do tego, by kochać czy nienawidzić. By z miłości umierać. Do tego wystarczy tajemnica. Autor Wichrowych Wzgórz to także tajemnica, a jego powieść to jakaś blizna po nieznanych dziejach. Gdyby te dzieje przybliżyć, wówczas wiara w nie zamieniłaby się w wiedzę – a wiedza nie pociąga. Może to właśnie stanowi główną przyczynę faktu, że po blisko stu sześćdziesięciu latach, które minęły od śmierci sprawczyni tego zamieszania, Charlotte Brontë, nic się tu nie zmieniło?

Mamy do czynienia z przypadkiem bardzo osobliwym. Legenda trwa, mimo że była już wielokrotnie w racjonalny sposób podważana. Trzyma się jednak dzielnie i równie krzepko w historii świata i jego kultury, jak powieści sióstr Brontë w historii literatury. Możliwe zatem, iż nawet wyważona z posad, niedająca się już obronić żadnymi niezbitymi argumentami, przetrwa… I tak będzie krążyć między nami jak te dawne podania, które mieszają nam się z historią ojczyzny, a które w głębi serca odpowiadają za uczucie określane mianem patriotyzmu.

„…oczy jej zdawały się płonąć.”

Fotografia Charlotte Brontë

RPM Victorian Collection

Znaczenie geniuszu jest pozawerbalne. Jego potęgę odzwierciedla jedynie skutek. Geniusz Wichrowych Wzgórz znalazł odbicie w przestrzeni całej sztuki. Po opublikowaniu tej powieści wszystko co ludzkie przestało być sztuce obce, a w życiu uwolnione zostało z przestrzeni tabu. Książka Ellisa Bella to korzenie ciemności i jeśli nawet podejrzewamy ich istnienie, są jednak nieosiągalne. To biblia tego, w co mogą ewoluować ludzkie uczucia. Zrozumiałe, że ukazując realizację tych możliwości, ich autor znacznie wyprzedził swój czas. O tym, co opowiedziane jest w Wichrowych Wzgórzach, w XIX wieku nie śmiano myśleć. Po stu sześćdziesięciu latach szok pozostaje ten sam. Nigdy nie odważono się powieści wiernie sfilmować. Nie powstaną drugie Wichrowe Wzgórza. Ale czy nie powstałyby, gdyby ich następca mógł wyjść spod tego samego pióra?

…a ile by mi zajęło, żeby dojść do szczytu tamtych wzgórz? Zastanawiam się, co jest po drugiej stronie – (Wichrowe Wzgórza)

Najstarsza z rodzeństwa, Charlotte, zbuntowana przeciw regułom świata, drążyła ludzką naturę. Każda z sygnowanych przez nią książek w centrum zainteresowania stawia człowieka. Są to powieści psychologiczne. Ci, którzy chcą postrzegać w nich literaturę kobiecą, a w autorce następczynię Jane Austen, wykazują się ignorancją. Gdyby szukać jakiegoś literackiego pokrewieństwa, pisarce kłaniałby się nasz Bolesław Prus ze swą Lalką (1890), czy Emacypantkami (1894). Brontë w równym stopniu interesowała męska psychika i umiała dać jej znakomity wyraz. Podział na płeć zostaje tu na polu emocjonalnym zredukowany. Miała słuszność, ponieważ uczucia nie mają płci, a na ich ekspozycji zależało jej w pierwszej kolejności. Miłość nie zna takiego podziału, a Charlotte Brontë opowiadała się przede wszystkim za miłością. Dlatego kobieta i mężczyzna stanowią w jej powieściach rozdzieloną jedność, która musi zostać zespolona, bo tylko tak dokona się najwyższe, ostateczne spełnienie. Ukazuje to ProfesorJane Eyre, w których określono te wartości wprost. Symbolicznie przedstawiła je w Shirley w związku tytułowej dziedziczki z mężczyzną niższym od niej stanem i nie posiadającym własnego majątku. A jednak mimo tej przeszkody byli sobie równi, ponieważ prawdziwym doczesnym majątkiem jest właśnie owo zjednoczenie. Na tym też polega tragizm ostatniej powieści Brontë, Villette, że nie dochodzi w niej do tego jedynego błogosławieństwa, w którym realizuje się życie. W tym wypadku prywatna porażka wzięła górę nad racją, w którą wierzyła pisarka. Jednak otwarte zakończenie powieści zostawia furtkę, klęska nie jest tu określona jednoznacznie. Owszem, lęk zostaje plastycznie zobrazowany, ale Villette nie stawia kropki, lecz wielokropek – a to oznacza nadzieję, która miłości musi przyświecać zawsze. Jeżeli Charlotte Brontë w literaturze zależało na tym jednym, zadanie swe wykonała do końca. Czy jednak rzeczywiście nie pragnęła czegoś jeszcze?

Charlotte rozważała profesjonalne zajęcie się malarstwem, nie była jednak przekonana, czy jest to jej rzeczywiste powołanie, niemniej jednak w 1830 r. pobierała lekcje u Williama Robinsona, malarza z Leeds. W późniejszych latach odrzuciła propozycję wydawcy, by sama zilustrowała trzecie wydanie Jane Eyre: „Nie wystarczy posiadać oka artysty, trzeba mieć również rękę artysty, by obrócić ten pierwszy dar w możliwości praktyczne” – tłumaczyła.

Charlotte Brontë, Madonna z dzieciątkiem (1835)

O życiu najstarszej córki pastora Brontë, w przeciwieństwie do jej sióstr, wiemy sporo. Ukrywała się – ale tylko pod pseudonimem. Miała bliższych i dalszych przyjaciół. W bezpośrednim kontakcie sprawiała wprawdzie wrażenie osoby skrytej i nieśmiałej, lecz w korespondencji, co dla potomnych jest najważniejsze, była bardzo rozmowna. Tu określała siebie dobitnie i wyraziście. Podejrzanie wyraziście. Książki o niej, biograficzne i monograficzne, których od czasu jej śmierci powstało już bardzo wiele, objętością i zawartością coraz bardziej zbliżają się do jej powieści[53]. Charlotte Brontë opiewała ład, harmonię i dążenie człowieka, by własnym wysiłkiem wyprowadził swoje życie na prostą. To przyniosło jej sławę, a powieści niejako przełożyły się na biografię i stopiły z nią, dokładnie w takim stopniu, w jakim sobie tego życzyła. Niczego ponad to, czego nie mogła już wtedy sama przewidzieć. Niczego, nad czym mogłaby utracić kontrolę.

Także w wymiarze literackim. W tak zwanym dojrzałym okresie twórczości zrezygnowała Brontë ze swych nowel angriańskich. Nie należy się jej dziwić; pisarze zwykle dystansują się od swych pierwocin; jakiekolwiek by one były, pozostają tekstami ciekawymi głównie dla badaczy i czytelników, zawsze spragnionych kolejnych dzieł ulubionego autora. Dziwić się należy jednak biografom, że utwory te, w zasadzie błędnie mianowane juweniliami, mimo iż wszystkie już opracowane, wszystkie na przestrzeni kilkudziesięciu lat opublikowane i stale obecne na rynku księgarskim, nadal – gdy spojrzymy na teksty poświęcone pisarce – zdają się odgrywać marginalną rolę, zarówno w wymiarze biograficznym, jak i krytycznym[54]. Może mniej byłoby to istotne, gdyby chodziło rzeczywiście o jakieś młodzieńcze próby. Jednakże w tym przypadku mowa jest o juweniliach określanych najgenialniejszymi w światowej literaturze. A jeżeli za takie się je uznaje – zdumiewa, iż nie one są fundamentem, na którym buduje się wizerunek najstarszej siostry Brontë.

A jednak krytycy i biografowie wolą trzymać się Profesora, Jane Eyre czy Shirley. Czy z przyzwyczajenia? Jest to, w istocie, jeszcze jedno dziedzictwo pozostałe po pisarce, gdyż właśnie na takiej recepcji jej zależało. Angria bowiem odzwierciedla inne, zdecydowanie męskie i dalekie od ideału oblicze Charlotte Brontë, którego nie sposób odgadnąć z kart żadnej z jej powieści – nawet tej najbardziej osobistej, Villette. I choć dzieje Angrii i Miasta Szklanego, które stworzyła z Branwellem, już dawno zostały podane do wiadomości publicznej, po stu sześćdziesięciu latach w wizerunku Brontë nie podważono niczego. Badacze i czytelnicy wolą cieszyć się dziedzictwem usankcjonowanym przez nią samą, aniżeli sezamem, który – wreszcie – staje otworem i zaprasza do wejścia. To bardzo dziwne i odosobnione zjawisko. Może ład i harmonia ustanowione przez Jane Eyre są bardziej pożądane? Może atrakcyjniejsze? W końcu Angria wyrosła z dwóch osobowości, brata i siostry. Próby rekonstrukcji tragicznych losów Branwella Brontë podjęła się Daphne du Maurier (warto zwrócić uwagę, iż po raz kolejny wybitna powieściopisarka bierze na warsztat biografię któregoś z rodzeństwa). Tytuł tej książki – Piekielny świat Branwella Brontë – znakomicie odzwierciedla wizerunek chłopca. Jeżeli Angrię kreowali wspólnie, o duszy Charlotte można by powiedzieć to samo: piekielny świat. I nie będzie tu żadnej sprzeczności, a jedynie rozjaśnienie pewnych scen, opisów, zwierzeń i spostrzeżeń z jej powieści oraz korespondencji. Bo właśnie Angria stanowi klucz do osobowości Charlotte Brontë, do jej motywacji, zwłaszcza w relacjach z innymi, w szczególności zaś – z mężczyznami.

Najwierniejszy z wizerunków Branwella Brontë – relief wykonany przez jego przyjaciela, Josepha B. Leylanda (1845)

Można dziękować Stwórcy, w którego bawiła się w całej tej historii, że nie przyszło jej do głowy zniszczyć angriańskich opowieści. Nie tyle ukazują one formowanie pisarza, co pozostają nurtem równoległym wobec twórczości „dojrzałej”. Ale Charlotte nie niszczyła swych utworów. Zbyt wielką wagę przywiązywała do słowa pisanego. Ta rzeczywistość stanowiła cały jej świat, aż po horyzonty marzeń. Literatura była najważniejsza. Najpierw dzieła innych, potem własne. Być jak tamci, jak oni pozostać. Wielka ambicja Charlotte Brontë. Jej to najprawdopodobniej zawdzięczamy, iż niemal wszystko, co z twórczości było do odnalezienia, zostało odnalezione[55]. W literaturze niczego nie budowała Brontë na destrukcji. Pod tym względem była rasowym pisarzem – rozumiała rozwój. Tak postrzegała swą drogę twórczą. Ważne było nie tylko stwarzanie światów, ale i warsztat. A ona naprawdę chciała być najlepsza.

Charlotte Brontë należy do tych wybrańców losu, którzy cieszą się wielką popularnością zarówno za życia, jak i po śmierci. Jej sława od samego początku przebiegała dwutorowo: z jednej strony zachwycała, z drugiej intrygowała – zarówno krytyków, jak i czytelników. Obraz zajmowanej przez nią pozycji, aury, jaką wokół siebie roztaczała, oddaje wspomnienie córki autora Targowiska próżności, Anne Thackeray, późniejszej Lady Ritchie, której wizyta Brontë w domu pisarza w czerwcu 1850 roku na przyjęciu wydanym specjalnie na jej cześć głęboko wryła się w pamięć. Przywołuje ją Anna Przedpełska-Trzeciakowska w swej książce Na plebanii w Haworth:

„Jedną z największych znakomitości, jaką przyjmowaliśmy w naszym salonie z wykuszami na Young Street, był gość, którego nigdy nie zapomnę, malutka, delikatna, drobniutka osóbka, trzymająca w małych rączkach potężną dźwignię, którą wprowadzała cały świat literacki w drżenie. Do dziś widzę tę scenę jak żywą: gorący letni wieczór, otwarte okna, pod drzwi podjeżdża powóz, siedzimy bez słowa, cali w wyczekiwaniu: mój ojciec, który rzadko na kogoś czekał, tym razem czekał z nami; ja, siostra i guwernantka, w równym rzędzie, przygotowane na ewenement. Zobaczyłyśmy, jak powóz się zatrzymuje, z wnętrza wysiada energiczny, sprężysty George Smith, który przywiózł pannę Brontë z wizytą do naszego ojca. Ojciec, który dotąd spacerował tam i z powrotem po pokoju, wychodzi do hallu na spotkanie gości, po krótkiej chwili drzwi otwierają się szeroko i ukazują się dwaj panowie, prowadząc drobniutką, delikatną, małą panią, bladą, o prosto zaczesanych blond włosach i poważnym wzroku. Mogła mieć niewiele ponad trzydzieści lat. Ubrana była w skromną bareżową suknię we wzorek z bladozielonych gałązek mchu. Wchodzi w mitynkach, w ciszy, w powadze. Serca nam biją w szalonym podnieceniu. A więc to jest ta pisarka, ta nieznana potęga, której książki sprawiły, że wszyscy w Londynie mówią o nich, czytają, snują domysły, niektórzy nawet powiadają, że to nasz ojciec napisał te książki – cudowne książki…”[56].

Trzeciakowska przypomina też inną niezwykłą sytuację związaną z Williamem Thackerayem. W maju 1851 roku, będąc w Londynie, jak zawsze incognito, Brontë udała się na wykład swego ulubionego pisarza. – „Na odczyt Thackeraya przyszła w towarzystwie pani Smith. W ogromnej, onieśmielającej sali pełnej bieli i złoceń, wypełnionej śmietanką londyńskiego towarzystwa, chciała usiąść gdzieś z boku i niezauważona słuchać, co powie mistrz. Lecz on, gdy ją dostrzegł, wyszedł, by się z nią przywitać, i co gorsza, zwrócił się głośno do swojej matki: „Niech mama pozwoli, że jej przedstawię Jane Eyre”. Słowa rozległy się w całej sali, ściągając na nieszczęsną Charlottę uwagę zebranych. Zwróciły się ku niej wszystkie głowy, damy podniosły do oczu lorgnons – ona zaś cierpiała męki. Nie dość tego – gdy wykład się skończył, Thackeray zszedł z podium i przemierzywszy całą salę, spytał Charlottę, jak jej się podobało. Nie mogła wykrztusić słowa. (…) Aby mękę biedaczki dopełnić, audytorium, owa „śmietanka towarzyska”, rozstąpiła się przed nią i mała prowincjuszka musiała przejść nawą aż do wyjścia, niby oblubienica opuszczająca kościół. Towarzysząca jej pani Smith opowiadała później, że szła bardzo blada i bliska omdlenia”[57].

Nie sposób nie zdumieć się wrażeniem, jakie wywierała na pisarzu. Przecież, jakby nie było, stanowiła dla niego również silną konkurencję. Natomiast w oczach czytelników była już idolem. Pojawiła się znikąd, bez protekcji, w dodatku stroniąca od ludzi jak tylko to możliwe. Wydaje się jednak, że zachwyt był większy niż sensacja, jaką wzbudzało każde jej publiczne pojawienie się. On także dominuje w dzisiejszej recepcji tej twórczości. Od początku poświęcano jej sporo uwagi. Wysokim nakładom książek odpowiadały recenzje, które uważnie czytała i z których niemal wszystkie komentowała w korespondencji ze swym wydawnictwem, a niektóre publicznie – w przedmowach do wznowień powieści. Z komentarzy tych widać, jak olbrzymie wymagania miała wobec siebie i literatury. Tą miarą mierzyła cudze sądy. Dla niej słowo pisane było świętością, którą żyła od dziecka, a publikowane – usankcjonowaniem tej świętości.

„Są godziny samotnej zadumy, gdy cisza wieczorna spływa…”

Charlotte Brontë, Zamek i jezioro (1833)

Takie poczucie odpowiedzialności za drukowane słowo może dziś nieco zdumiewać, ale należy pamiętać, że Charlotte Brontë od najmłodszych lat wspólnie z bratem „wydawała” pismo, do którego pisała artykuły, i które projektowała graficznie[58]. Swój „Magazyn Młodych Mężczyzn” rodzeństwo wzorowało na ulubionym miesięczniku, „Blackwood’s Edinburgh Magazine”. Miniaturowe edycje tego pisma to graficzne arcydzieła. Jeżeli potrzeba publikacji, czyli podzielenia się z czytelnikiem swymi myślami i sądami o świecie, zakorzeniona była w niej tak głęboko, nic dziwnego, iż bardzo krytycznie odnosiła się do ocen wydawanych książkom jej i sióstr. Trudno, aby istniała inna miara, niż sądzenie według własnych przekonań, ona zaś miała wobec siebie najwyższe wymagania. Każdą swą książkę wypuszczała z pełną odpowiedzialnością. Była perfekcjonistką. I po ocenach swego dzieła oczekiwała rzetelności. Nie zgadzała się na pisanie powieści w odcinkach do prasy lub wydawanie w seryjnych zeszytach, jak to czynili Dickens czy Thackeray, co było odpowiednikiem dzisiejszych seriali.

Rękopis wierszy Charlotte

Dopóki ostatni odcinek nie zostanie napisany, nie zgodzę się ani na wydanie seryjne, ani na wydrukowanie pierwszego

– pisała do George’a Smitha podczas pracy nad Villette[59].

Po lekturze korespondencji pisarki można też odnieść wrażenie, iż chciała mieć wpływ na tę ocenę, kształtować recepcję wedle celu, jaki sama powzięła, podejmując taki czy inny problem. Uśmiechamy się na myśl o tym – ale czy słusznie? Brontë tworzyła w całkowitej alienacji nie tylko od środowisk artystycznych i literackich, ale także od inteligencji, nic więc dziwnego, że była idealistką. Jak większości wstępujących na pole sztuki, także i jej ludzie ją tworzący zdawali się bogami. Nigdy nie zdołała całkowicie się rozczarować, gdyż konsekwentnie „jednak została” na plebanii, swoje pobyty w wielkim Londynie ograniczając do bywania w stolicy raz na jakiś czas, odmawiając, na ile tylko było to możliwe, przedstawiania jej utytułowanym ludziom, którzy pragnęli osobiście poznać „Jane Eyre”.

Jak Panu doskonale wiadomo, pociąg do takich zaproszeń i gorące pragnienie, by je otrzymywać, to moja słabostka. Zainteresowanie arystokracji moją osobą to rzecz, której szczególnie pożądam, o którą zabiegam, której pragnę… Jaka ja jestem szczęśliwa, gdy otrzymuję rady czy pochwały od baroneta albo kiedy zwraca na mnie uwagę jakiś lord!

– ironizowała w liście do swego wydawcy, który organizował kalendarz jej londyńskich pobytów[60].

Ta niechęć przydawała jej aury tajemniczości. Tą aurą przesiąknięta jest też większość omówień jej twórczości, a także biografii, zarówno tych dawnych, jak i współczesnych. Wyłania się z nich kobieta, od której im większy dystans czasu nas dzieli, tym bardziej wydaje się zajmująca. Kobieta, która stworzyła legendę i która postanowiła kiedyś, że ostanie słowo w tej kwestii nigdy nie zostanie powiedziane. Odnajdywanych po latach kluczy jest wiele, a im więcej ich otrzymujemy – tym więcej przybywa zamków, które mają otwierać. Było tak albo inaczej.

Charlotte Brontë, Portret francuskiej brunetki (1833)

Możliwe, że były trzy genialne siostry.

Możliwe, że była jedna, która przekonała pozostałe, by uległy jej pomysłowi i biblijnie obdzieliła je talentami.

Możliwe nawet, że każda wybrała sobie swoją powieść.

Możliwe, że decyzje zapadały wraz z wieczorem, podczas wędrówek wokół stołu.


Rozdział III

Grudniowe wrzosy

Uznałam, że częścią Jego wielkiego zamysłu jest, by jedni dotkliwie cierpieli za życia, i miałam głęboką pewność, że ja sama znajduję się w ich liczbie.

Charlotte Brontë, Villette, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska

Jest w powieściach sióstr Brontë coś, co każe nad nimi wciąż medytować. A nuż za kolejnym obejściem tego muru dojrzy się, w gęstwinie porastającego go bluszczu, zarys bramy? Czytelnicy bezskutecznie wertują karty tych książek w poszukiwaniu odpowiedzi. Przez te wszystkie lata mury plebanii w Haworth nadal milczą. Było tak wtedy, gdy wszystkie panny Brontë były jeszcze obecne i jest tak nadal, kiedy życie sióstr obrosło własną legendą. Jakby czas się tutaj zatrzymał. Pozostały książki, zdania, spomiędzy których chcemy wyłonić to coś, co złoży się w odpowiedź.

Istnieje rodzaj przeczuć, które nigdy nie mylą

– mówi Charlotte w Villette. To prawda, ale gdyby zwrócić się do tych wszystkich czytelników, do badaczy z prośbą, by sprecyzowali te swoje przeczucia, określili je jednym pytaniem, większość nie będzie umiała tego uczynić. Tylko nieliczni otwarcie formułowali tę kwestię, zrzucając swój niepokój na problem autorstwa tych powieści. Ale czy to jedyne zastrzeżenie, jakie nasuwa lektura książek sióstr Brontë?

Już bardzo dawno temu, na własne życzenie, czytelnicy zignorowali biografię Charlotte Brontë. Opowieść przedstawiona w jej debiutanckiej powieści Jane Eyre była na tyle atrakcyjna, że w jakimś zbiorowym geście uznano w pisarce legendę samą w sobie. A przecież cokolwiek działo się za drzwiami plebanii, działo się nie „dawno, dawno temu”, lecz dokładnie w tamtym czasie i naprawdę. Tak więc niebagatelny udział w powstaniu tajemnicy sióstr Brontë ma już tamto momentalne zachłyśnięcie się tym, co bardziej powabne. To przetrwało do dziś. Jeżeli wkrótce zaczęły padać pytania o rzeczywistą biografię Charlotte, były one już spóźnione. A po tym, jak ona sama sformułowała szkice biograficzne swych zmarłych sióstr we wznowieniu wyboru z ich twórczości, nie śmiano niczego podważać także i w ich kwestii. Zabraniał tego zwykły, ludzki takt. Mowa przecież o autentycznej tragedii, która dotknęła pisarkę. Póki więc była obecna wśród nas, lojalnie milczano na ten temat. Po jej śmierci zaś książka pani Gaskell trwale przypieczętowała legendę.

Jeśli byli tacy, którzy spodziewali się rewelacji po ujawnieniu korespondencji Charlotte, musieli się rozczarować. Wprawdzie jej mąż określił te listy „niebezpiecznymi jak zapałki lucyfera”, jednak po latach widzimy, że Brontë pilnowała się na każdym kroku i mówiąc wiele, równie wiele przemilczała. Z jej korespondencji nie poznamy żadnej innej prawdy prócz tej, którą chciała się podzielić. Można zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście była tak przewidująca, czy też raczej zachowawcza. Być może w grę wchodziły tu rzeczy, których powierzenie komuś, a więc ujawnienie stanowiło jakieś zagrożenie? Niemniej potrafiła być wyjątkowo zajmującym korespondentem, choć w listach nie zdradzała ani swej prawdziwej natury, ani tym bardziej tego, co działo się w jej domu. Nie znaczy to, że nigdy się nie otwierała; owszem – uczyniła to w stosunku do dwóch osób. Podanie do druku kilku ocalałych listów do Constantina Hégera, które miało miejsce już na początku XX wieku, musiało zaszokować sądzących ją wedle jej dzieł i kreowanych postaci, których pierwszą cnotą jest rezerwa. Tymczasem Brontë taka nie była. Potrafiła grać, ale w szczerym dialogu odsłaniała twarz, której postronni nie mogli się nawet domyślać. Twarz tę znała jej przyjaciółka z lat szkolnych. – Nie, nie Ellen Nussey; kochana, poczciwa Ellen. Charlotte zdawała sobie sprawę z jej pewnego ograniczenia, nie tylko w kwestiach literatury, ale przede wszystkim wrażliwości emocjonalnej. W sprawach codziennych na pewno Ellen była dla niej osobą niezastąpioną, ale tam, gdzie sama nie umiała znaleźć odpowiedzi, rady szukała u Mary Taylor. Pag – bo tak ją Charlotte nazywała – była odważna i obcesowa, nie wahała się wyrażać nawet tych opinii, które mogą ranić uczucia. Jakże często przyszła pisarka tego doświadczyła od przyjaciółki. Kiedy zwierzyła się jej, że podczas pobytu na pensji w Cowan Bridge lubiła długo wpatrywać się w wodę, ta odparła, że powinna łowić ryby. Gdy wyznała jej, że robią z bratem miniaturowe książeczki dla samych siebie, stwierdziła, że to jak sadzenie ziemniaków w piwnicy. Jeszcze w szkole Mary wprost oświadczyła jej, że jest bardzo szpetna, za co Charlotte była jej zresztą szczerze wdzięczna; twierdziła później, że tą uwagą koleżanka wyświadczyła jej dużą przysługę. Czy nie za ten konkret, za tę bezpardonowość właśnie ją ceniła?

„…była odważna i obcesowa,
nie wahała się wyrażać nawet
tych opinii, które mogą
ranić uczucia.”

Mary Taylor, przyjaciółka Charlotte Brontë na fotografii

Korespondencję z Mary Taylor prowadziła Brontë od czasu ukończenia szkoły w Roe Head, między innymi w najbardziej interesującym nas okresie, obejmującym lata 1845-55, kiedy przyjaciółka przebywała w Nowej Zelandii. Mogła powierzać jej wiele trosk własnych i swego domu. Gdy problemy przerastają, trudno jest milczeć, nie wystarcza też czynić je wątkami nowel, czy powieści. W swoich listach do Ellen Nussey Charlotte szerokim łukiem omija krępujące sprawy, które nękały wówczas plebanię, a także ją samą, gdy zaś czasem o czymś napomknie, zaraz ucina wątek. Są jednak rzeczy, które trzeba wypowiedzieć wprost, nazwać po imieniu. Nawet nie po to, aby je roztrząsać, czasem przecież wystarczy coś z siebie wyrzucić. A w okresie, o którym mowa, plebania stała się scenerią kluczowych dla jej legendy wydarzeń, takich jak niejasne okoliczności powieściowego debiutu sióstr Brontë oraz ich przedwczesna śmierć. Niektóre, jak historię Branwella, zawoalowano, nadając im – na ile było to możliwe – romantyczną otoczkę. Pani Gaskell lojalnie i tak przekonująco obwiniła o wszystko dawną Lydię Robinson, a wówczas już Lady Scott, że ta zagroziła skierowaniem sprawy na drogę sądową. Na marginesie warto dodać, że po lekturze Życia Charlotte Brontë pastor napisał do autorki:

Wizerunki mego niezwykłego, nieszczęsnego syna i jego szatańskiej uwodzicielki – to arcydzieła[61].

Nie istnieją dowody, które pozwalałyby twierdzić, że Charlotte wtajemniczała Taylor we wszystko, co działo się w jej domu. Jednakże po jej śmierci przyjaciółka zniszczyła wszystkie listy z wyjątkiem jednego, w którym opisana została pierwsza wizyta pisarki w biurze George’a Smitha, latem 1848 roku. Gest Mary Taylor to nie jedyny taki przypadek w korespondencji Brontë. Przepadły listy do Thackeraya, walna część listów do profesora Hégera, a także – prawdopodobnie – niektóre do Smitha. W przypadku dwóch ostatnich panów zadecydowały tu sprawy natury intymnej. Można zatem przypuszczać, że Taylor usunęła listy niebezpodstawnie. Przypuszcza się, iż chciała chronić dobre imię swojej sławnej przyjaciółki, szybko obrastające własną legendą, przed ujawnieniem faktu, że miała ona romans z żonatym mężczyzną. O tej historii nie wiedział żaden z jej korespondentów. Ale Taylor mogła być wtajemniczana w więcej spraw, o dużo większym ciężarze, które pisarka pragnęła ukryć przed światem. A było ich, jak się przekonamy, sporo.

Nieprzejrzana mgła spowija życie Charlotte Brontë, zarówno to prywatne, jak i twórcze. Dysponujemy jedynie przypuszczeniami. Możemy snuć domysły, co naprawdę działo się w tym kanciastym domu otoczonym grobami. Jaka była rzeczywista przyczyna śmierci Branwella Brontë? Dlaczego Charlotte tak obawiała się nagłej śmierci? Dlaczego tak zależało jej na anonimowości? Dlaczego w sprawach twórczych zawsze ona wypowiadała się w imieniu sióstr? Dlaczego wszelkie podchody ze strony krytyków dotyczące domniemanego wspólnego autorstwa powstałych na plebanii powieści zaciekle ripostowała, by na koniec posunąć się do słynnego wspomnienia, Szkicu biograficznego? Dlaczego nie ocalało prawie nic z juweniliów i korespondencji Anne i Emily Brontë? Jaki charakter miała jej relacja z Constantinem Hégerem? Co naprawdę łączyło pisarkę z jej wydawcą, George’em Smithem? Dlaczego wreszcie, będąc u szczytu sławy, nagle decyduje się poślubić prostego wikarego? Jak w rzeczywistości wyglądały jego oświadczyny w grudniowy wieczór 1852 roku, po których musiał pożegnać się z plebanią w atmosferze skandalu? Co skłoniło ją do późniejszej zmiany intercyzy na testament, w którym wszystko sceduje na niego? I, wreszcie, kwestia, która od lat spędza czytelnikom sen z powiek: czy rzeczywiście to Emily Brontë napisała Wichrowe Wzgórza?…

Czy Charlotte w posyłanych do Nowej Zelandii listach poruszała takie tematy?

Mary Taylor zachowała milczenie, aż do swej śmierci w 1893 roku. Entuzjastom Brontë, którzy zwracali się do niej, odmawiała wszelkich rozmów na jej temat. Owszem, przesłała Elizabeth Gaskell cenne wspomnienia na temat przyjaciółki, ale treść jej listów zabrała z sobą do grobu.

Teraz żałuję, że nie zachowałam listów Charlotte, chociaż nigdy nie czułam, że byłoby to bezpieczne – do czasu, kiedy ostatnio zamieszkałam sama. Byłyby one znacznie lepszymi dowodami, a ponadto nieskończenie bardziej interesujące niż moje niedoskonałe wspomnienia. Ugruntowane poglądy sprawiają wrażenie absurdu, kiedy nie mają dobrej podstawy i nawet jeśli je pamiętam, mogą istnieć inne fakty, przeze mnie pominięte, które zapewne mogłyby je zmienić

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.