Carnivia. Bluźnierstwo - Jonathan Holt - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 448 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Carnivia. Bluźnierstwo - Jonathan Holt

Prawa sprzedane do 16 krajów na długo przed ukazaniem się oryginalnego wydania.

Pierwsze miejsce na włoskich listach bestsellerów.

Pierwsza część nowej trylogii. Akcja książki toczy się we współczesnej Wenecji, główną bohaterką jest twarda, seksowna oficer policji, rozwiązująca mroczną zagadkę łączącą morderstwo, międzynarodową intrygę, CIA i Kościół katolicki.

Jest północ podczas święta La Befana. Zamaskowane postacie tłoczą się na tramwajach wodnych, sztuczne ognie wybuchają nad miastem, a w trattoriach aż szumi od rozmów. Na stopniach kościoła Santa Maria panuje jednak złowroga cisza. Z Wielkiego Kanału wyłowiono ciało: kobietę, ubraną w szaty katolickiego księdza. Jest to profanacja, znana pod biblijnym mianem Obrzydliwości.

To pierwsze śledztwo w sprawie morderstwa prowadzone przez kapitan Katerinę Tapo. Od mrocznych zaułków Wenecji przez opuszczony szpital dla umysłowo chorych, tajną stronę internetową Carnivia.com skrywającą sekrety miasta, starożytny chrześcijański klasztor, dociera wreszcie do amerykańskiej bazy wojskowej. Nagle trop się urywa, dowody giną a Kat dostaje rozkaz zamknięcia sprawy.

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif";}

Opinie o ebooku Carnivia. Bluźnierstwo - Jonathan Holt

Fragment ebooka Carnivia. Bluźnierstwo - Jonathan Holt













JONATHAN HOLT

CARNIVIA
Bluźnierstwo


Tytuł oryginału: The Abomination

Projekt okładki: kid-ethic.com

Redakcja: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Jadwiga Piller, Elżbieta Jaroszuk

Copyright © 2013 Jonathan Holt.

All rights reserved.

For the cover illustration © Image Source and Mark Swan

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

© for the Polish translation by Piotr W. Cholewa

ISBN 978-83-7758-544-3

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2013

Wydanie I


W każdym mężczyźnie i kobiecie istnieje jądro zła, lekko jedynie trzymane pod kontrolą. Czy nazwiemy je zdziczeniem, brutalnością czy barbarzyństwem, czy też oznaczymy jakąś naukowo brzmiącą etykietą, taką jak sadyzm czy psychoza, czy przypiszemy je amoralności albo i samemu diabłu, jest ono stałym towarzyszem człowieczeństwa. Przez większość czasu śpi w naszych sercach, niedostrzegane i nieuświadomione, a my nazywamy siebie ludźmi cywilizowanymi i udajemy, że go tam nie ma. Ale wystarczy pretekst, by zbudzić bestię – na przykład dać nam nieograniczoną władzę nad innym człowiekiem i zapewnić, że korzystanie z niej nie wywoła żadnych reperkusji – a wtedy okażemy się, każdy z nas, zdolni do czynów straszliwszych, niż potrafimy sobie wyobrazić.

I za każdym razem przebudzimy się, jakby ze snu, mówiąc sobie: „Nigdy więcej”. I za każdym razem będzie to kłamstwo.

Dr Paul Doherty, MRCPsych


Prolog

Wenecja, 5 stycznia

Niewielka łódka odpłynęła od nabrzeża, dwusuwowy przyczepny silniczek terkotał cicho na rufie. Ricci, przesuwając przepustnicę, ostrożnie mijał tłoczące się w niewielkiej przystani łodzie rybackie i bezrobotne poza sezonem gondole. Co wieczór wypływał do laguny, oficjalnie po to, by sprawdzić swoje kosze na kraby. Niewielu wiedziało, że te wyprawy przynosiły mu także bardziej lukratywny połów: paczki opakowane szczelnie w niebieską folię, umocowane przez nieznane osoby i kutry do boi znaczących położenie każdego z koszy.

Kiedy łódka zostawiła za sobą wyspę Giudecca, pochylił się, by zapalić papierosa.

E sicuro – rzucił cicho w świetle płomyka. Jest bezpiecznie.

Z ciasnej kabiny wysunął się pasażer. Nie odpowiadał. Był ubrany odpowiednio do pogody: ciemny nieprzemakalny skafander, rękawiczki, naciągnięta nisko na czoło wełniana czapka. W lewej ręce trzymał metalową walizeczkę, z którą wszedł na pokład. Była trochę dłuższa od nesesera, prostokątna, i przypominała futerały, w jakich muzycy trzymają instrumenty. Ale Ricci był całkowicie pewny, że jego dzisiejszy pasażer nie jest muzykiem.

Godzinę wcześniej ktoś zadzwonił na jego cellulare. Ten sam głos, który zwykle mówił, ilu pakietów ma szukać, teraz poinformował, że dziś wieczorem będzie wiózł pasażera. Ricci już miał odpowiedzieć, że w Wenecji dość jest wodnych taksówek, a jego rybacka łódka do nich nie należy, jednak słowa zamarły mu w gardle. Przez cały miniony czas, kiedy głos wydawał mu polecenia, nigdy nie zabrzmiała w nim nuta strachu. Nawet wtedy, kiedy udzielał instrukcji, by obciążony pakunek w kształcie ludzkiego ciała zabrać w najdalsze rejony laguny i tam wyrzucić za burtę, by kraby miały ucztę.

Z lewej strony usłyszał okrzyki i chlupot. Kilka drewnianych łodzi wiosłowych pędziło ku nim po wodzie. Ricci zmniejszył obroty silnika.

– Co to?

Były to pierwsze słowa pasażera. Ricci zauważył, że mówi po włosku z wyraźnym akcentem – pewnie Amerykanin.

– Nie przejmuj się. To nie o nas chodzi. To La Befana. Ćwiczą przed wyścigiem.

Kiedy łodzie się zbliżyły, mieli wrażenie, że siedzą w nich kobiety w obszernych płaszczach i kapeluszach. Dopiero kiedy ich mijały, okazało się, że to drużyny wioślarzy, dziwacznie przebranych w damskie ciuchy.

– Za chwilę już ich nie będzie – dodał Ricci.

Rzeczywiście, łodzie okrążyły boję i pomknęły z powrotem w stronę Wenecji. Jedna miała niewielką przewagę.

Pasażer burknął coś niewyraźnie. Pochylił się, gdy wioślarze podpłynęli bliżej – najwyraźniej nie chciał być widziany. Teraz stanął na dziobie, z ręką wspartą o reling, i badał wzrokiem horyzont. Ricci szerzej otworzył przepustnicę.

Potrzebowali godziny, by dotrzeć do koszy na kraby. Nic nie było umocowane do lin, żadna łódź nie przypłynęła na spotkanie z przeciwnej strony. Zapadł zmrok, ale Ricci nie włączał świateł. W oddali wypukłości kilku niewielkich wysepek przełamały linię horyzontu.

– Która to Poveglia? – zapytał pasażer.

– Tamta. – Ricci wyciągnął rękę.

– Zabierz mnie tam.

Ricci bez słowa zmienił kurs. Wiedział, że inni odmówiliby albo zażądali więcej pieniędzy. Większość rybaków wolała omijać małą Poveglię z daleka. Ale właśnie z tego powodu było to miejsce, które drobny przemytnik powinien znać dobrze, Ricci przybijał tam niekiedy nocami po ładunki zbyt duże, by dały się umocować do boi – skrzynki papierosów i whisky, niekiedy drżącą dziewczynę z Europy Wschodniej i jej alfonsa. Ale nawet wtedy rzadko zostawał tam dłużej, niż to konieczne.

Odruchowo się przeżegnał, nie bardziej świadomy tego gestu niż drobnych zmian kierunku, jakich dokonywał, trzymając się krętego kursu między ławicami i mieliznami, którymi usiana była ta część laguny. Potem wypłynęli na otwarte morze i łodź skoczyła naprzód. Lodowata piana pryskała im w twarze, kiedy uderzali w kolejne fale, jednak mężczyzna na dziobie zdawał się tego nie dostrzegać.

W końcu Ricci zwolnił. Wyspa wyrastała teraz przed nimi – czarna sylwetka na tle fioletowoczarnego nieba, z wystającą spomiędzy drzew wieżą zegarową dawno porzuconego szpitala. Kilka punkcików słabego światła migotało wśród ruin – możliwe, że świece w którymś z pomieszczeń. A zatem chodziło o umówione spotkanie… Nikt przecież nie mieszkał na Poveglii od dawna.

Pasażer Ricciego przyklęknął i otworzył metalową walizeczkę. Ricci zdążył zauważyć lufę, czarną kolbę karabinu i rządek naboi, wszystko upakowane równo w odpowiednich miejscach. Mężczyzna jednak wyjął najpierw noktowizor, gruby jak obiektyw aparatu fotograficznego. Wstał i starając się utrzymać równowagę, przyłożył go do oka.

Przez chwilę spoglądał w stronę światełek. Potem skinął na Ricciego, by przybił do pomostu, i niecierpliwie, ale bezgłośnie przeskoczył na brzeg, zanim jeszcze łódź dotknęła nabrzeża. Cały czas ściskał w ręku metalową walizeczkę.

Później Ricci zastanawiał się, czy słyszał jakieś strzały. Przypomniał sobie jednak drugi walec, jaki zauważył w walizeczce: tłumik, dłuższy nawet i grubszy od noktowizora. A zatem musiało mu się wydawać.

Pasażer wrócił po piętnastu minutach i w milczeniu popłynęli z powrotem na Giudeccę.


Jeden

Impreza w przyciemnionym weneckim bacaro trwała już od prawie pięciu godzin, muzyka stawała się coraz głośniejsza. Przystojny młody człowiek, który wyraźnie podrywał Katerinę Tapo, nie tyle z nią rozmawiał, ile krzyczał do niej. Oboje stali blisko siebie i nawzajem wrzeszczeli sobie do uszu, by partner cokolwiek zrozumiał. Co prawda odbierało to flirtowi wszelką subtelność, jednak nie zostawiało żadnych wątpliwości co do intencji. Kat uznała, że to nawet lepiej. Tylko ci, którym naprawdę zależało, wytrzymaliby swobodną rozmowę w takich warunkach. Ze swojej strony podjęła już decyzję. Chce, by Eduardo – czy może Gesualdo – odwiedził ją później w jej maleńkim dwupokojowym mieszkaniu w Mestre.

Eduardo, czy może Gesualdo, chciał wiedzieć, gdzie pracuje.

– W agencji turystycznej – zawołała.

Kiwnął głową.

– Nieźle. Dużo podróżujesz?

– Trochę – krzyknęła.

Poczuła na udzie wibrację telefonu. Dzwonek był włączony, ale w tym hałasie niczego nie słyszała. Wyjęła aparat i zobaczyła, że ma trzy nieodebrane połączenia z pracy.

Un momento! – wrzasnęła do słuchawki.

Skinęła towarzyszowi ręką, dając sygnał, że wróci za chwilę, przecisnęła się przez tłum na schodkach i wyszła na ulicę.

Matko Boska, ależ było zimno. Wokół niej marzło kilku twardych palaczy, a para z jej ust wydawała się prawie tak gęsta jak dym z ich papierosów. Podniosła telefon do ucha.

Si? Pronto?

– Znaleźliśmy ciało – poinformował głos Francesca. – Dostałaś przydział do tej sprawy. Właśnie rozmawiałem z centralą.

– Zabójstwo? – Z trudem skrywała ton podniecenia w głosie.

– Możliwe. W każdym razie to coś poważnego.

– To znaczy?

Francesco nie odpowiedział wprost.

– Wysyłam ci adres SMS-em. W pobliżu Salute. Na miejscu jest już colonnello Piola. Powodzenia. I pamiętaj, jesteś mi winna przysługę.

Rozłączył się.

Spojrzała na ekran. Adresu jeszcze nie było, ale jeśli, to gdzieś w okolicy kościoła Santa Maria della Salute powinna złapać vaporetto. Droga zajmuje jej dwadzieścia minut, nawet zakładając, że wcześniej nie zajrzy do domu, by się przebrać – choć właściwie przydałoby się, biorąc pod uwagę, co ma na sobie. Niech to szlag, pomyślała, nie zdążę. Może tylko zapiąć płaszcz pod szyję i mieć nadzieję, że Piola nie zwróci uwagi na jej gołe nogi i krzykliwy makijaż. W końcu to przecież La Befana i całe miasto świętuje.

Dobrze chociaż, że zabrała kalosze, nie tylko szpilki – tak jak wszyscy. Połączenie zimowych przypływów, śniegu i pełni księżyca sprowadziło do Wenecji acqua alta, krótkotrwałe powodzie, które nękały ich ostatnio właściwie każdego roku. Dwa razy dziennie miasto zalewała fala przypływu, o kilkadziesiąt centymetrów wyższa, niż przewidywali budowniczowie Wenecji. Kanały rozlewały się na chodniki, a plac Świętego Marka – najniższy punkt miasta – zmieniał się w słone jezioro, gęste od niedopałków papierosów i gołębich odchodów. Nawet ci, którzy trzymali się ustawianych przez władze wysokich pomostów, niekiedy brodzili w wodzie.

Poczuła dopływ adrenaliny. Odkąd dostała awans do wydziału śledczego, starała się o przydział do sprawy o zabójstwo. Teraz, jeśli będzie miała szczęście, właśnie jej się taka trafiła. Pułkownik Piola nie zajmowałby się przecież kolejnym pijanym turystą, który wpadł do kanału. Być może szczęście sprzyjało jej podwójnie: pierwsza ważna sprawa pod nadzorem doświadczonego detektywa, którego bardzo podziwiała.

Przez chwilę zastanawiała się, czy nie wrócić do baru i nie zawiadomić Eduarda/Gesualda, że dzwonił szef. Ale zrezygnowała. Biura podróży, nawet te mocno zapracowane, rzadko wzywają swoich podwładnych w środku nocy, zwłaszcza jeśli to noc La Befany. Musiałaby mu tłumaczyć, dlaczego przypadkowym podrywom nie zdradza, że w rzeczywistości jest oficerem Carabinieri, i zapewne znosić jego urażoną dumę, na co naprawdę nie miała czasu.

Poza tym, jeśli to rzeczywiście sprawa zabójstwa, w ciągu najbliższych tygodni nie znajdzie nawet chwili na odbieranie telefonów od niego, a co dopiero na randki i seks. Eduardo będzie musiał poszukać szczęścia z kimś innym.

Telefon znowu zawibrował, kiedy Francesco przesłał adres. Poczuła, że serce bije jej szybciej.

Detektyw pułkownik Aldo Piola patrzył na ciało. Miał ogromną ochotę, by złamać dotrzymywane od pięciu dni noworoczne postanowienie i zapalić papierosa. Tylko że i tak nie mógłby tu palić – najważniejsze było zebranie śladów.

Cornajass? – rzucił zamyślony, określając księdza słowem pochodzącym ze slangu weneckich przestępców.

Doktor Hapaldi z laboratorium kryminalistycznego wzruszył ramionami.

– Takie było zgłoszenie. Ale jest w tym coś więcej. Chce pan przyjrzeć się z bliska?

Z pewnym wahaniem Piola zszedł z podestu w trzydziestocentymetrową brudną wodę, pluskającą cicho w kręgu światła z przenośnego generatora Hapaldiego. Niebieskie plastikowe ochraniacze, które dostał od doktora zaraz po przybyciu, choć obwiązane w kostkach gumkami, natychmiast wypełniły się lodowatą morską wodą. Następna para butów zniszczona, pomyślał, wzdychając cicho. Normalnie by mu to nie przeszkadzało, ale razem z żoną i przyjaciółmi świętował La Befanę w Alle Testiere, jednej z elegantszych restauracji w Wenecji, więc miał na nogach swoje najlepsze, nowe, od Bruno Magiego. Jak najprędzej wskoczył na marmurowe stopnie kościoła, o jeden poziom nad ciałem. Przystanął i spróbował otrząsnąć kolejno obie stopy, jakby wychodził z kąpieli. Nigdy nie wiadomo, może da się jeszcze uratować buty.

Ciało leżało skulone w poprzek stopni, do połowy zanurzone w wodzie, całkiem jakby ofiara próbowała wczołgać się z morza do kościelnego sanktuarium. To pewnie efekt fali przypływu, która cofała się już powoli w stronę chodnika, zwykle oddzielającego kościół od laguny. Trudno było nie zauważyć czarno-złotego ornatu katolickiego księdza ubranego do mszy ani też dwóch otworów po pociskach z tyłu głowy, pokrytej zmierzwionymi włosami – pozostawiły czerwonobrązowe ślady ściekającej na marmur krwi.

– Czy to mogło się zdarzyć tutaj? – zapytał Piola.

Hapaldi pokręcił głową.

– Wątpię. Moim zdaniem ciało spłynęło z wodą od laguny. Gdyby nie acqua alta, byłoby już w połowie drogi do Chorwacji.

Jeśli to prawda, pomyślał Piola, to zwłoki niewiele się różniły od wszystkich śmieci, które spływały do miasta. Morska woda wokół nich lekko pachniała ściekami – nie wszystkie weneckie szamba były szczelne, a niektórzy mieszkańcy tradycyjnie uznawali wysoką wodę za okazję, by zaoszczędzić na kosztach wywozu.

– Jak wysoko sięgała woda dzisiaj wieczorem?

– Metr czterdzieści, według piszczałek.

Elektroniczne syreny, informujące wenecjan o nadchodzącej acqua alta, ostrzegały też o wysokości fali – jeden krótki sygnał na każde dziesięć centymetrów ponad metr.

Pochylił się, by dokładniej obejrzeć zwłoki. Ksiądz, kimkolwiek był, miał drobną budowę ciała. Piola chciał przewrócić go na plecy, ale wiedział, że gdyby to zrobił, zanim Hapaldi skończy fotografować, ściągnąłby na siebie jego wściekłość.

– A zatem – stwierdził zamyślony – zastrzelili go gdzieś na wschód albo na południe stąd.

– Możliwe. Ale myli się pan przynajmniej w jednej kwestii.

– To znaczy?

– Proszę obejrzeć buty.

Piola ostrożnie wsunął palec pod brzeg mokrej sutanny i uniósł w górę, odsłaniając nogę księdza. Stopa była mała, wąska i osłonięta niewątpliwie damskim skórzanym bucikiem.

– Transwestyta? – spytał zaskoczony.

– Niezupełnie. – Hapaldi wyglądał, jak gdyby go to bawiło. – Teraz głowa.

Piola musiał przykucnąć, niemal dotykając pośladkami falującej wody. Trup miał otwarte oczy, a czoło oparte o stopień, jakby próbował napić się z morza. Niewielka fala zakryła brodę zabitego i wlała się do otwartych ust, a potem cofnęła, pozostawiając tylko cieknącą strużkę.

Wtedy zrozumiał. Podbródek był gładki, bez śladu zarostu, a wargi zbyt różowe.

– Matko Boska – szepnął zdumiony. – To kobieta.

Przeżegnał się odruchowo.

Nie miał wątpliwości: łuk brwi, ślad kredki wokół martwego oka, kobiece rzęsy, a nawet – teraz zauważył – dyskretny kolczyk, na wpół schowany pod splątanymi włosami. Miała koło czterdziestki, z odrobinę pełniejszymi już ramionami, pewnie dlatego nie od razu się zorientował.

Opanował się i dotknął przemoczonej komży.

– Bardzo realistyczne przebranie.

– To nie jest przebranie.

Piola rzucił Hapaldiemu zaciekawione spojrzenie.

– Czemu pan tak uważa?

– Jaka kobieta odważyłaby się we Włoszech przebrać za księdza? – zapytał retorycznie Hapaldi. – Nie przeszłaby nawet dziesięciu metrów. – Wzruszył ramionami. – Z drugiej strony, może faktycznie. Znaczy, faktycznie nie przeszła dziesięciu kroków.

Piola zmarszczył czoło.

– Dwa strzały w tył głowy? Wydaje się, że to lekka przesada.

Colonnello?

Piola się obejrzał. Atrakcyjna młoda kobieta z mocnym makijażem, ubrana w krótki czarny płaszcz, kalosze i – na oko sądząc – niewiele więcej, patrzyła na niego z drewnianego podestu.

– Nie wolno tędy przechodzić – odparł odruchowo. – To miejsce przestępstwa.

Wyjęła z kieszeni kartę identyfikatora.

Capitano Tapo. Zostałam przydzielona do tej sprawy.

– To niech pani jednak podejdzie.

Zauważył, że wahała się tylko przez moment, ale zdjęła buty i zaczęła boso brnąć w jego stronę. Dostrzegł błysk czerwonego lakieru na paznokciach, nim zanurzyła stopy w mętnej wodzie.

– Ostatnim razem, kiedy widziałem, jak ktoś tego próbuje w Wenecji, pocięło mu stopy na strzępy – odezwał się pogodnym tonem Hapaldi. – To przez rozbite szkło pod wodą.

Capitano zignorowała go.

– Czy on miał przy sobie jakiś dowód tożsamości? – zwróciła się do Pioli.

– Nie. I właśnie rozmawialiśmy o tym, że nasz denat to nie jest w istocie on.

Tapo przyjrzała się ciału, ale zauważyła, że nie przeżegnała się, jak on przed chwilą. Młodzi nie zawsze mieli zakorzeniony w psychice katolicyzm, który on tak bardzo się starał odrzucić.

– Może to jakiś głupi żart? – powiedziała z wahaniem. – Jest przecież La Befana…

– Możliwe. Ale powinno być raczej odwrotnie, prawda?

W Wenecji, gdzie wykorzystywano każdy pretekst, by się przebierać, noc La Befany – wiedźmy, która przybywała z wizytą w Boże Narodzenie i nie odchodziła aż do stycznia – świętowano tradycyjnie, wkładając dziwaczne kostiumy. Przewoźnicy i robotnicy najczęściej przebierali się tego dnia za kobiety.

Kat przykucnęła obok ciała – całkiem jak on przed chwilą – i obejrzała je starannie.

– Wygląda na autentyczny – oświadczyła po chwili.

Ostrożnie wyciągnęła spod sutanny łańcuch, na którym wisiał rzeźbiony drewniany krzyż.

– Nie musi być jej własnością – zauważył Piola. – Ale najpierw to, co ważne, capitano. Niech pani ogrodzi teren, zacznie raport inspekcyjny, a kiedy nasz dottore skończy ze swoimi fotografiami, proszę zorganizować transport zwłok do kostnicy. Poza tym potrzebne będą parawany i jakieś osłony. Nie chcemy przecież, żeby dobrzy obywatele Wenecji niepokoili się bardziej, niż to absolutnie konieczne.

Nie musiał dodawać, że powodem niepokoju byłby raczej fakt, że martwa kobieta bezcześci kapłańskie szaty, niż to, że została zastrzelona.

– Oczywiście. Mam zadzwonić, kiedy ciało trafi do kostnicy?

– Zadzwonić? – Piola wyraźnie się zdziwił. – Przecież z nim pojadę. Takie przepisy, capitano. Byłem pierwszym funkcjonariuszem na miejscu, więc zostaję z trupem.

Jeśli jej to zaimponowało – poprzedni zwierzchnik Kat zwykle kończył dzień pracy wkrótce po przedłużonej przerwie na lunch, każąc jej „dzwonić, gdyby coś się wydarzyło”, i wyłączając komórkę, zanim jeszcze dotarł do drzwi – to jeszcze nic w porównaniu z tym, co zaszło po tym, gdy zjawiła się policja. Ich motorówka podpłynęła wolno, kiedy Hapaldi pakował już swój sprzęt. Kat była sina z zimna, lodowata woda zmroziła ją aż do kości. Kiedy zobaczyła napis Polizia di Stato, jej pierwszą reakcją była ulga.

Oficer wysiadł z łodzi, ubrany na tę okazję w nieskazitelnie niebiesko-białe policyjne wadery.

Sovrintendente Otalo – przedstawił się. – Wielkie dzięki, pułkowniku, teraz my przejmiemy śledztwo.

Piola ledwie na niego spojrzał.

– Prawdę mówiąc, sprawa jest nasza.

Otalo pokręcił głową.

– Decyzja zapadła wyżej. W tej chwili mamy pewne rezerwy sił.

Pewnie, że macie, pomyślała Kat. Ale nie odezwała się. Chciała zobaczyć, jak załatwi tę sprawę Piola.

Turyści we Włoszech często się dziwią, odkrywając, że działa tam kilka oddzielnych formacji policyjnych, z których największe to Polizia di Stato, podlegająca ministerstwu spraw wewnętrznych, i Carabinieri, podlegający ministerstwu obrony. Obie te służby konkurują ze sobą i mają nawet oddzielne numery alarmowe. Władze państwowe twierdzą, że współzawodnictwo zmusza obie formacje do najwyższej skuteczności, ale obywatele Włoch dobrze wiedzą, że jest raczej receptą na bałagan, korupcję i biurokratyczną niekompetencję. Mimo to jednak większość woli wybierać numer 112 do karabinierów, wierząc, że są trochę mniej nieskuteczni niż ich cywilni odpowiednicy.

Piola spojrzał na Otala z ledwie skrywaną pogardą.

– Dopóki mój generale di divisione nie zdecyduje, że mam zrezygnować z dochodzenia, będę je prowadził – oznajmił. – A kto próbuje mi wmówić coś innego, utrudnia czynności śledcze i może trafić do aresztu.

Drugi oficer miał równie pogardliwą minę.

– Dobrze, dobrze. Zatrzymajcie sobie te bezcenne zwłoki, skoro to dla was takie ważne. – Wzruszył ramionami. – Wracam więc na miłą i ciepłą komendę.

– Gdybyście chcieli pomóc, moglibyście pożyczyć nam motorówkę – zasugerował Piola.

– No właśnie – zgodził się Otalo. – Gdybyśmy chcieli. No to ciao.

Wszedł z powrotem na pokład i zasalutował ironicznie, a łódź wycofała się do kanału.

Około trzeciej nad ranem zaczął padać śnieg: ciężkie, wielkie jak motyle, wilgotne płatki, które topniały, gdy tylko osiadły na powierzchni wody. Śnieg zmieniał się w breję na włosach Kat; marzła coraz bardziej. Zerknęła na Piolę – cała jego głowa migotała, od włosów po szczecinę na policzkach, jakby nosił karnawałową maseczkę. Tylko na zwłokach śnieg nie topniał, białym i gładkim gesso pokrywając otwarte oczy i czoło zamordowanej kobiety.

Kat znowu zadrżała. Jej pierwsze zabójstwo, a już widziała, że będzie niezwykłe. Kobieta w szatach księdza… Profanacja, i to na samych schodach Świętej Marii od Zdrowia. Nie trzeba nawet stać w lodowatej wodzie, żeby czuć dreszcz przenikający na wskroś.


Dwa

Młoda kobieta, chwilę po siódmej rano wychodziła z lotniska Marco Polo w Wenecji, wyraźnie różniła się od innych pasażerów, którzy przybyli tu porannym lotem Delta 102. Oni byli ubrani jak turyści albo biznesmeni, ona tymczasem miała na sobie mundur polowy – od rozpoczęcia wojny z terroryzmem sugerowano, by wszyscy przedstawiciele amerykańskiej armii tak się ubierali podczas rejsowych lotów, ponieważ podobno uspokaja to innych pasażerów. Przespała się trochę w czasie długich godzin lotu, ale zadbała już, by rozczochrane jasne włosy doprowadzić do stanu zgodnego z regulaminem US Army AR760: „Żołnierz-kobieta ma mieć włosy ostrzyżone tak, by nie sprawiały wrażenia nierównych, nieuczesanych czy ekstrawaganckich… Długie włosy, które w sposób naturalny opadają poniżej dolnego brzegu kołnierzyka, winny być schludnie i dyskretnie przewiązane lub upięte”. Inni ciągnęli walizki na kółkach, z wysuwanymi uchwytami, albo układali bagaże na wózkach, ona swój niosła – wypchany plecak Molle, tak wielki, że aż dziwne, iż nie upadła pod jego ciężarem. Pasażerowie tłoczyli się wokół pilotów z biur podróży albo rozglądali w tłumie, szukając kierowców z wypisanymi na kartkach ich nazwiskami, ona skręciła w prawo, idąc pewnie – marszowym, paradnym krokiem, który teraz przychodził jej zupełnie odruchowo – obok baru kawowego i biura Hertza, do okienka umieszczonego w skromnym bocznym korytarzu. Na tabliczce nad nim wypisano skrót „LNO – SETAF”.

Wewnątrz czekał młody człowiek mniej więcej w jej wieku, także w szarym amerykańskim mundurze. Zasalutowała, a on odpowiedział tym samym.

– Witamy, podporuczniku – rzucił przyjaźnie i podał jej czytnik, by mogła przejechać po nim swoją kartą CAC. – W samą porę pani dotarła. Busik odjeżdża o dziewiątej zero zero i wygląda na to, że ma go pani tylko dla siebie. Kiedy dojedziecie do Ederle, proszę zameldować się u dyżurnego. Zawiadomię pani przełożonego, że jest pani w drodze.

Skinęła mu głową i wyszła na parking, ku jej radości lekko przyprószony śniegiem. Stojący z boku biały minibus czekał z włączonym silnikiem. Oznaczony niewielkimi literami na przednich drzwiach tylko skrótem SETAF. Armia amerykańska starała się nie rzucać zbytnio w oczy – nawet po rozwinięciu ze skrótu, nazwa South European Task Force brzmiała dostatecznie ogólnie.

Kierowca – szeregowiec – wyskoczył, by pomóc jej z bagażem. Oceniwszy twarz pasażerki: trochę za inteligentna jak na blondynkę, ale niepozbawiona uroku – a także błyszczące nowe insygnia, postanowił zaryzykować i zacząć rozmowę.

– Witamy w Wenecji. TDY czy PCS?

Co oznaczało Temporal Deployment czy Permanent Change of Station – przeniesienie czasowe czy przydział na stałe.

– PCS – odparła z radosnym uśmiechem. – Pełne cztery lata.

– To świetnie. Pani pierwszy przydział, mam rację? Była pani już kiedyś w OCONUS?

OCONUS – wojskowe określenie, oznaczające Outside the Contiguous United States (poza kontynentalnymi Stanami Zjednoczonymi). Dla wielu żołnierzy było to normalne miejsce, takie jak Utah czy Teksas. Może nic w tym dziwnego, jako że ich doświadczenia ze wszystkich trzech bywały zaskakująco podobne.

– Pierwszy przydział za granicą – przyznała. – Ale wychowałam się we Włoszech. W Pizie.

Uniósł brew.

– Wojskowy dzieciak?

– Tak. Ojciec służył w 173. Camp Darby.

– Nieźle. Mówi pani po włosku?

Przytaknęła.

Attualmente, sono abbastanza fluente.

– Ładnie. – Wyraźnie nie zrozumiał. – Nie powinienem tego robić, ale skoro jest pani jedyną pasażerką, może chce pani odjechać już teraz, a po drodze pokażę okolicę? Z trasy nad brzegiem można obejrzeć przepiękne widoki Wenecji, a i tak dojedziemy o czasie.

Wiedziała, że szuka okazji, by z nią flirtować i wiedziała, że jako oficer – chociaż najniższy rangą i jeszcze całkiem zielony – powinna zapewne odmówić. Ale z drugiej strony nie mogła powstrzymać radości, że udało się jej wrócić do Włoch. Wszystko ją cieszyło nawet bufet kawowy na lotnisku – taki prawdziwy! Nareszcie! Z prawdziwym cynkowym kontuarem, o który można się oprzeć, kiedy człowiek wlewa sobie do gardła espresso, zamiast udawanej studenckiej atmosfery i gigantycznych cappuccino w Starbuksie czy Tully. Już wcześniej, w samolocie, kiedy tylko zapaliła się lampka nakazująca zapiąć pasy, przycisnęła czoło do szyby, nie mogąc doczekać się wizyty w kraju, w którym dorastała. Widok nie napawał specjalnym optymizmem – od przepięknego blasku słońca w stratosferze zniżali się chwiejnie przez chmury, a okno na chwilę pokryło się plamkami lodu. Wreszcie jednak zobaczyła szarą i zimną, usianą wysepkami lagunę. Na moment ogarnęło ją dziwne wrażenie, że wcale nie leci, ale płynie pod wodą i opada w stronę ciemnego morskiego dna. Jednak samolot wciąż skręcał i na krótko Wenecja – ta niezwykła magiczna wyspa – odsłoniła się kusząco w dole, z budynkami i kanałami ściśniętymi na bezsensownie małym obszarze, tak skomplikowana jak kawałek koralu albo wewnętrzny mechanizm zegarka.

– Jasne – powiedziała nagle. – Czemu nie?

Szeregowy uśmiechnął się, pewien, że to on, a nie obiecane widoki Wenecji, wpłynął na jej decyzję.

– Rewelacyjnie. Jak się pani nazywa, ma’am?

– Boland. Podporucznik Holly Boland. – A potem, ponieważ miejsce i grunt zdawały się tego wymagać, dodała: – Mi chiamo Holly Boland.

Mimo że jechali drogą wzdłuż wybrzeża, gdzie widoki Wenecji za wodą – „najbardziej romantyczne na świecie”, jak ją zapewniał – były tak wspaniałe, jak obiecywał, to jednak szeregowy Billy Lewtas mówił właściwie tylko o celu ich podróży. Caserma Ederle czy też Camp Ederle, jak nazywał bazę, dysponowała wszystkim, czego może potrzebować żołnierz. I to na miejscu. Zaopatrzenie miało tam nie zwyczajny sklep, ale całą galerię handlową z całodobowym supermarketem i rozmaitymi butikami dobrych marek odzieży, w tym American Apparel i Gap, a nawet kwiaciarnię dla takich – jak on, na przykład – którzy po randce lubią dać dziewczynie jakiś ładny prezent. Mieli warsztat samochodowy na dwanaście stanowisk, specjalizujący się w chryslerach, fordach i innych markach, obcych włoskim mechanikom. Mieli szpital na 800 łóżek, cztery bary – w tym Crazy Bull, Lion’s Den i rewelacyjny Joe Dugan’s – ponadto salę do kręgli, kino, halę sportową, liceum, trzy amerykańskie banki, restaurację serwującą wszystko, od frytek po wieprzowinę, Burger Kinga… A nawet włoski sklepik turystyczny, żeby człowiek mógł kupić jakieś pamiątki z wyjazdu i nie musiał w tym celu opuszczać bazy.

Ale najlepsza, tłumaczył z entuzjazmem, jest bliskość Alp – proszę spojrzeć, widać je, tam wysoko całe pokryte śniegiem – gdzie armia utrzymywała własną kadrę instruktorów narciarskich i snowboardowych, wyłącznie dla żołnierzy.

Holly domyślała się, że w rzeczywistości to Dolomity, nie Alpy wyrastają na horyzoncie, ale postanowiła go nie poprawiać. Miała obowiązek mieszkać w bazie przez pierwsze sześć tygodni – właściwie to przydzielono jej już jednoosobowy pokój w hotelu Ederle Inn – ale potem będzie mogła się przeprowadzić do miasta. Sześć tygodni to przecież nie tak długo. Przez ten czas będzie piła millera i budweisera w Joe Dugan’s, prawdopodobnie też umawiała się na randki i przyjmowała kwiaty od podobnych do szeregowego mężczyzn, choć – miała nadzieję – może nie po wizycie w Burger Kingu.

Wyglądała przez okno i chłonęła każdą włoską tabliczkę z nazwą ulicy i tablicę rejestracyjną, wszystkie ekspresyjne gesty kierowców i przechodniów. Nastolatek w drodze do szkoły kierował motorowerem z zabawnie ostentacyjną swobodą, wyprzedzając wolno jadące samochody. Na siodełku wiózł kruczowłosą dziewczynę. Żadne nie miało kasku – dziewczyna odwracała głowę, żeby wygodniej było jej jeść kawałek pizzy, zwinięty a fazzoletto, jak chustka do nosa. Chłopak krzyknął coś, a ona się roześmiała; ciemne oczy były pełne życia i radości. Czując ukłucie tęsknoty i euforii, podporucznik Holly Boland rozpoznała w niej siebie, młodszą o dziesięć lat i mknącą przez Pizę na siodełku vespy swojego pierwszego chłopaka.

– To tutaj – oznajmił szeregowy Lewtas.

Uświadomiła sobie, że jadą wzdłuż długiego, szarego muru z odpornego na wybuchy betonu. Trudno jednak byłoby go uznać za anonimowy, gdyż został pokryty długimi, splątanymi zawijasami graffiti. Na chodniku zebrali się ludzie – cywile, niektórzy ubrani w dziwaczne kostiumy i podobni do klaunów, inni zaś trzymający transparenty. NO DAL MOLIN, przeczytała, a obok US ARMY GO HOME. Kiedy zobaczyli minibus, podnieśli tablice w górę i zaczęli potrząsać nimi gwałtownie.

– Co się dzieje? – spytała.

– Och, nic takiego. W weekendy zbierają się tu setki, czasem tysiące tych gości. Camp Ederle ma przez najbliższe kilka lat podwoić swój obszar i niektórym miejscowym to się nie podoba.

– A co to jest Dal Molin?

– Stare lotnisko, które zajmujemy. Uważają, że przekonaliśmy włoski rząd, by je zamknął, żebyśmy mieli gdzie budować. – Samochód zwolnił na chwilę przy bramie, Lewtas wymienił szybki salut ze strażnikami i szlaban się uniósł. Większość wartowników, jak zauważyła, to karabinierzy, włoska policja współpracująca z amerykańską żandarmerią.

– Można by sądzić, że makaroniarze będą wdzięczni za to, że tu jesteśmy, chronimy ich i w ogóle. Prawda? – powiedział, kiedy zahamowali już za bramą w celu sprawdzenia dokumentów. – Witamy w Camp Ederle, ma’am.

Przed nią leżało miasto – a raczej ufortyfikowane miasto w mieście, o granicach wyznaczonych przez betonowy mur, biegnący z obu stron tak daleko, jak tylko sięgała wzrokiem. Włoskie nazwy ulic zostały zastąpione amerykańskimi: w tej chwili stali na skrzyżowaniu Main Street i Ósmej. Światła na przejściach wyświetlały angielskie napisy, nakazując pieszym „Idź” albo „Stój”. Większość przechodniów nosiła polowe mundury, a wojskowe samochody mieszały się z buickami i fordami.

– Zakwaterowanie jest jakieś sto metrów stąd. Mogę panią tam wysadzić. Przy okazji dadzą pani mapę, w pierwszych dniach wszyscy się tutaj gubią. Teren jest wielki. – Skręcił na rondzie, pośrodku którego powiewała z masztu amerykańska flaga. – Da mi pani swój numer? A nie, zapomniałem, że jeszcze nie ma pani europejskiego telefonu. – Zatrzymał się i nabazgrał coś na kartce, którą jej wręczył. – Chyba mam wolne w sobotę wieczorem.

Kiedy Holly Boland wysiadła, wciąż trochę rozbawiona pewnością siebie szeregowego Lewtasa, widziała dookoła tylko ogromne wojskowe osiedle z prefabrykowanych konstrukcji, podobne do wszystkich amerykańskich baz, w jakich przychodziło jej mieszkać. Nic nie budziło podejrzeń, że to, co się w tym miejscu wydarzy, pewnego dnia przetestuje i nagnie jej poczucie lojalności, o którego istnieniu nie miała nawet pojęcia.


Trzy

Ciało znalazło się wreszcie w kostnicy, ale Kat wcale nie było cieplej – utrzymywano tu stałą temperaturę dziewięciu stopni, by w czasie długich gorących miesięcy włoskiego lata zwłoki były chronione przed rozkładem. Piola wciąż nikomu go nie przekazał, a Kat – która nie chciała pozwolić, by przelicytował ją w wytrzymałości – postanowiła z nim zostać, choć pułkownik kilka razy już sugerował, by wróciła do domu i trochę się przespała. No i przebrała, oczywiście.

Laborant w kostnicy, mężczyzna nazwiskiem Spatz, tłumaczył, czemu identyfikacja ciała może być trudna.

– Spójrzcie tutaj – powiedział, unosząc nadgarstek kobiety dłońmi osłoniętymi medycznymi rękawiczkami. – Słona woda wyczynia ze skórą straszne rzeczy. Odciski palców będą prawie nieczytelne.

– Może pan coś zrobić, żeby były wyraźniejsze?

– Mogę spróbować rękawiczki.

– No to do roboty. – Piola zerknął na Kat. – Wie pani, co to znaczy, capitano?

– Nie, pułkowniku – przyznała.

– Spatz ściągnie skórę z palców denatki i naciągnie ją na sztuczną dłoń. – Skinął na półkę, gdzie stało cztery czy pięć drewnianych dłoni, niczym modele u rękawicznika. – To standardowe działanie w sytuacjach, kiedy zwłoki leżały w morskiej wodzie. W Wenecji często stosujemy tę technikę. Na przyszłość, jeśli pani czegoś nie zrozumie, proszę pytać, dobrze? To pani pierwsze zabójstwo, ale spodziewam się, że następne tego typu dochodzenie poprowadzi pani już samodzielnie.

– Tak jest, panie pułkowniku – odpowiedziała zakłopotana.

– A teraz niech pani idzie do domu i złapie parę godzin snu. Tym razem mówię poważnie. A kiedy znów się spotkamy, wolałbym nie oglądać pani nóg. – Uśmiechnął się i zmarszczki w kącikach oczu utworzyły wyraźny wzór, niczym wachlarz. W ten sposób pozbawił swe słowa wszelkiej agresywności, zanim jeszcze dodał: – Szczerze mówiąc, bardzo rozpraszają, a jestem człowiekiem szczęśliwie żonatym.

– Pułkowniku… – odezwał się cicho Spatz.

Piola się odwrócił. Laborant wciąż trzymał trupa za rękę. Rękaw sutanny zsunął się, odsłaniając coś na przedramieniu kobiety, tuż powyżej nadgarstka. Piola i Kat podeszli, by to obejrzeć. Kat trzymała się trochę z tyłu, ponieważ formalnie rzecz biorąc, właśnie naruszała wyraźny rozkaz.

Był to jakiś tatuaż. Ciemnoniebieski i nieskomplikowany, przypominał okrąg z wybiegającymi z niego liniami, jak na dziecięcym rysunku słońca. Tyle że tutaj miał jeszcze coś dodanego w środku, symbol przypominający rozciągniętą gwiazdkę.

Spatz odsunął rękaw wyżej i odsłonił drugi, nieco różniący się od pierwszego, tatuaż.

– Ciekawe – stwierdził po chwili Piola.

– I jeszcze to… – Spatz wskazał paznokcie.

Były nieumalowane, a skórki krótkie i poszarpane, ale – teraz zauważyła – trzech brakowało zupełnie. Skóra w tych miejscach wydawała się nierówna i poorana bliznami.

– To samo na drugiej ręce – dodał Spatz.

– Tortury? – zgadywał Piola.

Wzruszenie ramion Spatza sugerowało, że interpretacja dowodów nie należy do niego.

– Możliwe, choć blizny wyglądają na całkiem stare.

– Kiedy może pan zrobić sekcję?

Spatz znowu spojrzał na rękę.

– Według rozkładu w przyszłym tygodniu. Ale postaram się dzisiaj.

– Dobrze. – Piola zerknął na Kat. – A teraz proszę uciekać.

Idąc przez salę, czuła na sobie jego wzrok, jego spojrzenie śledzące jej nieprzyzwoicie odsłonięte nogi. Ale gdy dotarła do drzwi, obejrzała się odruchowo i zobaczyła, że wrócił do ciała. Pochylał się nad martwą kobietą, trzymając jej dłoń, którą teraz uważnie studiował. Jak manikiurzysta, pomyślała, albo ktoś, kto w staroświeckim stylu zaprasza do tańca swą ukochaną.


Cztery

Daniele Barbo siedział w celi pod salą rozpraw w Weronie, czytał książkę matematyczną i czekał, aż sąd wyda wyrok. Kilka kroków od niego obrończyni przeglądała notatki, nerwowo układając w myślach argumenty, jakie mogą być niezbędne, zależnie od tego, pod jakimi dokładnie zarzutami będzie skazany. Wiedziała, że nie warto wciągać w te rozważania klienta. Książki, która zajmowała go w tej chwili, właściwie nie wypuszczał z rąk podczas całego procesu. Rzadko kiedy zniżał się do zainteresowania rozprawą, a i wtedy jedynym tego znakiem było obojętnie rzucone spojrzenie. Na własnej skórze przekonała się, że wszelkie próby nawiązania rozmowy zostaną zlekceważone.

W końcu jej klient zamknął książkę i wpatrzył się w kąt celi.

– To już długo nie potrwa – zauważyła odruchowo.

Spojrzał na nią jakby zdziwiony, że wciąż tu jest. Milczał jednak. Wiedział przecież, co postanowi sąd. Wiedział, gdyż od pięciu tygodni ktoś edytował jego hasło w Wikipedii, dodając nowy akapit końcowy.

Wyrok i samobójstwo

W roku 2012 Daniele Barbo został uznany za winnego: siedmiu zarzutów włamań komputerowych, rozpowszechniania pornografii, w tym pornografii z udziałem dzieci i przedstawiającej akty przemocy seksualnej, ułatwiania działań przestępczych, w tym kradzieży tożsamości i prania pieniędzy, a także odmowy udzielenia władzom dostępu do żądanych informacji. Został uznany za niewinnego ósmego zarzutu, to znaczy utrzymywania się z niemoralnie zdobytych środków. Skazano go na dziewięć miesięcy więzienia, mimo twierdzeń obrończyni, że jej klient jest psychicznie nieprzystosowany do uwięzienia – taktyka, która okazała się skuteczna w poprzednim procesie.

Barbo popełnił samobójstwo w ciągu roku od uwolnienia. Utopił się w kanale przy weneckim pałacu, który jego rodzina zamieszkiwała od 1898 roku. Jego ród skończył się wraz z nim. Przyszłość Carnivii, portalu sieciowego, jaki stworzył, pozostaje niepewna.

Kiedy pierwszy raz ktoś w anonimowym e-mailu zwrócił mu uwagę na ten fragment, Daniele po prostu go wykasował. Tekst powrócił w ciągu kilku sekund. To samo nastąpiło po kolejnych trzech próbach usunięcia. Ktoś stworzył bota, prosty programik, który miał bez przerwy wykonywać to samo zadanie i zmieniać treść strony w Wikipedii za każdym razem, kiedy ktoś próbowałby ją poprawić. Na pewnym poziomie można by to uznać za niewielką, ale złośliwą torturę bez szczególnego znaczenia, pokazywała jednak, jak daleko skłonni są posunąć się ci, którzy postanowili go zaatakować.

Albo też, uznał, pokazywała, jak bardzo im zależy, by tak myślał i uwierzył, że nie cofną się przed niczym, by go zniszczyć.

Bez trudu potrafiłby napisać mocniejszy program, który usunąłby ten fragment na stałe i zablokował stronę, ale nie miał specjalnych powodów, żeby to zrobić. Na świecie żyły jedynie trzy, może nawet cztery osoby, na opinii których mu zależało; nie dbał o to, co sobie myśli pozostałe 6,8 miliarda. Zresztą w Wikipedii całe jego hasło, którego wcześniej nigdy nie chciało mu się czytać, pełne było półprawd i przeinaczeń.

Daniele Marcantonio Barbo (ur. 1971) – włoski matematyk i haker komputerowy. Najbardziej znany jako założyciel Carnivii, bezpiecznej sieci społecznościowej, służącej przekazywaniu informacji, również plotkarskich. Portal operuje z Wenecji, Włochy, i ma ponad dwa miliony regularnych użytkowników[1].

1. Wczesne lata i porwanie

2. Oskarżenie o oszustwa komputerowe

3. Uruchomienie Carnivii

4. Rozwój Carnivii

Wczesne lata i porwanie

Daniele Barbo urodził się w arystokratycznej weneckiej dynastii Barbo, której interesy w owym czasie obejmowały także fabrykę samochodów Alfa Romeo. Jego ojciec Matteo był znanym playboyem do czasu, kiedy przejął rodzinny fundusz inwestycyjny. W późniejszych latach Matteo poświęcił się tworzeniu, nazwanej na cześć rodu, fundacji wspierającej sztukę.

Dzieciństwo Daniele Barbo przypadło na okres socjopolitycznego chaosu we Włoszech, znanego jako anni di piombo albo „lata ołowiu”. Choć jego ojciec oficjalnie wspierał postępowe reformy społeczne, to arystokratyczne pochodzenie i bogactwo uczyniły rodzinę celem ultralewicowej organizacji „Brigate Rosse”, czyli Czerwonych Brygad.

Daniele Barbo został porwany 27 czerwca 1977, w wieku siedmiu lat. W owym czasie powszechnie informowano, że rząd włoski wywiera naciski na jego ojca, by nie negocjował z porywaczami[2], choć później twierdzono, że była to tylko zasłona dymna, mająca dać służbom specjalnym czas na odszukanie chłopca[potrzebne źródło]. 4 sierpnia 1977 Matteo i jego amerykańska żona Lucy otrzymali pocztą przesyłkę zawierającą nos i uszy Daniele.

W wyniku operacji włoskich sił specjalnych chłopiec został uwolniony, a jego siedmiu porywaczy zabito lub schwytano. Odmówili współpracy z sądem, gdyż był – ich zdaniem – elementem parakapitalistycznej hegemonii[3]. Otrzymali wyroki od dwudziestu do czterdziestu lat więzienia[4].

Oskarżenie o oszustwa komputerowe

Niewiele wiadomo o Barbo pomiędzy zakończeniem tego dramatu a początkiem lat 90., choć powszechnie uznaje się, że w tym czasie uczęszczał do instytutu dla głuchych dzieci, a potem zaczął studiować matematykę na Harvardzie. Dostąpił tam rzadkiego wyróżnienia, gdyż jego pracę okresową z cybernetyki (a konkretnie z zastosowań dywergencji Kullbacka-Leiblera do zespolonych systemów dynamicznych) opublikowano w czasopiśmie naukowym[5].

W 1994 roku był jednym z aresztowanych za włamanie na strony Comcastu (tzw. Comcast Hack), w którym luźno ze sobą powiązana grupa komputerowych aktywistów przejęła kontrolę nad stroną sieciową kablowego giganta, rzekomo w reakcji na fatalną obsługę klienta. Użyta metoda, jednocześnie prosta i skuteczna, polegała na włamaniu do bazy danych firmy, od której Comcast zakupił domenę internetową Comcast.com i przerejestrowaniu jej na jeden z własnych serwerów. To pozwoliło na przekierowanie sieciowego ruchu Comcastu na stronę zawierającą obraźliwy przekaz[6].

Prawnik Barbo potwierdził potem, że sam Daniele był hakerem o pseudonimie Defi@nt[7]. W czasie procesu obrona twierdziła, że w rezultacie porwania w dzieciństwie cierpi – oprócz częściowej głuchoty – na liczne urazy psychiczne, w tym lękowe zaburzenia osobowości i zaburzenia spektrum autystycznego, wskutek czego kara więzienia byłaby niecelowa. Sąd najwyraźniej zgodził się z tym poglądem. Barbo dostał wyrok w zawieszeniu, choć możliwe, że powodem były działania włoskiego rządu, który nie chciał, by niejasne okoliczności jego porwania i nieudanej akcji uwolnienia były dyskutowane publicznie[potrzebne źródło].

Przez długie lata po procesie Barbo/Defi@nt rzadko się pokazywał, publicznie czy w sieci, choć prawdopodobnie używał w tym czasie kilku innych aliasów, między innymi: Syfer, 10THDAN i Joyride[8]. W roku 1996, po śmierci ojca, przeprowadził się do rodzinnej rezydencji Ca’ Barbo w Wenecji i przyjął doradcze stanowisko w radzie Fundacji Barbo[9]. W roku 2004 prasa opisywała go jako „niemal całkowitego pustelnika”, twierdząc, że opuszcza dom praktycznie tylko podczas weneckiego karnawału, kiedy nosi maskę, zakrywającą oszpeconą twarz[7].

Powstanie Carnivii

W roku 2005 Barbo ujawnił się jako programista Carnivii, trójwymiarowego lustrzanego świata jego rodzinnego miasta, Wenecji; świat ten charakteryzował się niemal obsesyjną dbałością o szczegóły. Twierdzi się na przykład, że oryginalny plac Świętego Marka i jego wersja w Carnivii mają dokładnie tę samą liczbę kamieni bruku. Programowanie samego Pałacu Dożów zajęło podobno Barbo aż cztery lata[9].

Carnivia jest niezwykła w tym, że użytkownicy nie dostają prawie żadnych instrukcji mówiących o celu jej istnienia ani sposobach korzystania z niej. Początkowo zakładano, że ma to być społecznościowa sieć dla wenecjan. Wkrótce jednak stało się jasne, że sieć ta gwarantuje użytkownikom niezwykle wysoki poziom anonimowości. Szybko więc zyskała popularność wśród tych, którzy woleli, by nie dało się wyśledzić ich tożsamości. Opisywano ją jako: „Facebook dla hakerów… nieuregulowany, nielicencjonowany plac targowy, zbliżony do tego, czym był kiedyś jego rzeczywisty odpowiednik, gdzie za odpowiednią cenę można kupić albo sprzedać wszystko, od szalonych plotek po kradzione dane finansowe”[7].

Sam Barbo twierdził w jednym ze swych rzadkich postów w Usenecie, że stworzenie Carnivii nie miało służyć żadnemu konkretnemu celowi. „Galileo powiedział: matematyka jest językiem, w jakim Bóg napisał wszechświat. Pomyślałem, że ciekawie byłoby zaprogramować wirtualny świat na podstawie reguł matematycznych. Co ludzie z nim zrobią, to już naprawdę ich sprawa”[7].

Rozwój Carnivii

Cechą Carnivii, którą wówczas uznawano za przełomową, było uwzględnienie pełnej wzajemnej zgodności z innymi technologiami, w tym Facebookiem, Google Mail, Twitterem i Google Earth. Pozwala to użytkownikowi na pozostawianie w innych mediach anonimowych wiadomości, który to proces wykorzystywany jest w stalkingu internetowym[10]. Użytkownicy mogą również „tagować” media społecznościowe wiadomościami, których źródła nie da się wyśledzić – takimi jak złośliwe plotki czy szyfrowane informacje.

Przedstawiciele kampanii antypornograficznych podkreślali seksualny charakter dużej części ruchu w Carnivii[13]. W roku 2011 Barbo odmówił władzom włoskim dostępu do serwerów, na których mogłyby sprawdzić obecność nielegalnych materiałów. Stanowiło to naruszenie praw krajowych i międzynarodowych.

To była delikatna robota. Praktycznie każdy wspomniany fakt czy odnośnik były autentyczne, jednak całość dość sprytnie sugerowała więcej, niż rzeczywiście napisano. Na przykład zestawienie oskarżenia o pornografię – nie wspomniano, że pojawiło się w artykule, który wymieniał też MySpace, YouTube i liczne inne serwisy – z sądowym wezwaniem do udostępnienia serwerów – wezwanie takie wystosowano również do wielu firm internetowych – budziło wrażenie, że władze szukały konkretnie pornografii. Tymczasem chodziło o prawo rządu do wtykania nosa w to, co obywatele robią w sieci. Sugestia zaburzeń psychicznych także była tylko sugerowana między wierszami. To prawda, rzadko wychodził z domu, ale jeśli ktoś nienawidzi tłumów, to życie w najczęściej odwiedzanym mieście świata czyniło takie przedsięwzięcia doznaniem niezbyt satysfakcjonującym, a niekiedy wręcz obrzydliwym. Co do sugestii, że stworzył Carnivię jako swego rodzaju azyl od prawdziwego świata… cóż, to miało więcej sensu, ale niekoniecznie takiego, o jakim myślał piszący.

Z zamyślenia wyrwała go prawniczka, która pomachała ręką, by zwrócić jego uwagę.

– Wrócili przysięgli.

Skinął głową i odstąpił od drzwi, kiedy zjawili się strażnicy z kajdankami. Oskarżenie nalegało, by – niczym schwytana bestia – Daniele Barbo na sali był zakuty w łańcuchy, na co sąd przystał. Było to kolejne potwierdzenie, że zapadnie wyrok „Winien”. Fakt, że włoski system sądowniczy jest nieskończenie sprzedajny, wcale go nie zaskoczył. W przeciwieństwie do faktu, że ktoś poświęcił tyle czasu i pieniędzy, by zniszczyć Daniele Barbo.

Muszą być zdesperowani, pomyślał nagle. Ale dlaczego?

Sala sądowa będzie zapewne pełna ludzi, a nawet kiedy ją opuści, na zewnątrz będą czekali dziennikarze, kamery… Przez chwilę pożałował, że nie może zostać tutaj, na dole, w stosunkowo spokojnej celi. Ale już kiedy prowadzili go schodami w górę, jego umysł planował przyszłe działania, analizował i badał, pisząc na nowo przyszłość, jakby to był fragment programu, który trzeba zdebugować i przeprojektować, nim zacznie działać tak, jak powinien.


Pięć

Zgodnie z poleceniem Kat wróciła do swojego maleńkiego mieszkania niedaleko wybrzeża w Mestre, padła na łóżko i przespała się kilka godzin. Mocne espresso z jej odrapanej kawiarki Bialetti postawiło ją na nogi, a całkiem rozbudził szybki prysznic, jeszcze gorętszy od kawy.

Mundur wciąż wisiał na drzwiach szafy, gdzie zostawiła go wczoraj wieczorem. Projektowana przez Valentina spódnica i kurtka ze skomplikowanym srebrnym wężykiem na kołnierzu i zdobionymi czerwienią epoletami stały się dla niej drugą skórą, odkąd trzy lata temu skończyła akademię Carabinieri. Teraz, po raz pierwszy, nie będą jej potrzebne: podczas dochodzenia w sprawie zabójstwa śledczy nosili cywilne ubrania. Sięgnęła w głąb szafy, gdzie wisiała plisowana spódnica i gładki żakiet od Fabia Gatto z Calle della Mandorla, od miesięcy czekające na taką właśnie okazję. Kostium, choć niezbyt efektowny, był nienagannie skrojony i kosztował prawie miesięczną pensję. Przez chwilę zastanawiała się, czy Piola nie uzna go za nadmiernie elegancki jak na jej stopień, ale pomyśła, że przecież nawet kapitan musi robić dobre wrażenie.

Wyszła pospiesznie, złapała pociąg przez Ponte della Liberta, potem vaporetto do Campo San Zaccaria – zabytkowego skweru, gdzie w dawnym klasztorze mieścił się sztab karabinierów. Francesco Lotti, przyjaciel, który załatwił jej przydział do tego śledztwa, zorganizował już centrum operacyjne na drugim piętrze. Praca wrzała.

Pułkownik Piola stał w małym przeszklonym gabinecie, zatopiony w rozmowie z jakimś mężczyzną. Chociaż ją odesłał do domu i kazał odpocząć, sam wyglądał tak, jakby dotąd jeszcze tego nie zrobił. Kiedy jego rozmówca się odwrócił, Kat zobaczyła pod ciemnym garniturem szarą koszulę i białe collarino: ksiądz…

Zauważywszy ją, Piola skinął ręką, by do nich dołączyła.

– To ojciec Cilosi z kancelarii biskupa – przedstawił swego towarzysza. – Uprzejmie zaproponował, że powie nam wszystko o kapłańskim stroju.

Ojciec Cilosi przytaknął.

– Chociaż pewnie niewiele pomogę – rzekł. – Szaty wydają się autentyczne, sądząc z fotografii. – Wskazał na rozrzucone na biurku zdjęcia z kostnicy. – Zewnętrzne okrycie to ornat. Wszyscy księża powinni takie nosić, kiedy odprawiają mszę. Pod spodem natomiast zwykłą tunikę i albę.

– Kiedy mówi ojciec „odprawiają mszę”, ma na myśli, że są celebrantkami? – upewnił się Piola.

– Zgadza się. Ksiądz uczestniczący w mszy jako gość nosi komżę, czyli gładką białą szatę.

– A fakt, że ów ornat jest czarny… Może nam ojciec przypomnieć, co to znaczy?

– Kolor ornatu jest odbiciem charakteru nabożeństwa. W obecnym okresie, na przykład, zwykle nosimy białe, by upamiętnić narodziny Chrystusa. Czarny jest odpowiedni tylko dla najsmutniejszych nabożeństw, takich jak msza za zmarłych albo egzorcyzmy.

– Czyli nie ma możliwości – zastanawiał się Piola – aby była to jakaś inna szata, którą może oficjalnie nosić kobieta niewyświęcona? Ministrantka, na przykład, albo jakaś laicka kaznodziejka?

Ojciec Cilosi pokręcił głową.

– Każda z szat liturgicznych kapłana prezentuje bardzo dokładnie określoną symbolikę. Te czerwone wstążki, na przykład, mają oznaczać rany Chrystusa. Ten długi pas jedwabiu to stuła, noszona dla upamiętnienia Jego więzów. Nawet frędzle na końcach stuły zgodne są z Pismem. Księga Liczb 15,38, o ile dobrze pamiętam: „Powiedz Izraelitom, niech sobie zrobią frędzle na krajach swoich szat, oni i ich potomstwo… a gdy na nie spojrzycie, przypomnicie sobie wszystkie przykazania Pana”.

Kat sięgnęła po notatnik i zaczęła zapisywać. Ojciec Cilosi mówił dalej.

– Podczas ubierania każdemu elementowi stroju towarzyszy konkretna modlitwa. Kiedy na przykład kapłan wkłada tunikę, recytuje słowa: „Dusza moja raduje się w Bogu moim, bo mnie przyodział w szaty zbawienia, okrył mnie płaszczem sprawiedliwości”. A kiedy wkłada mankiety, najpierw prawy, a potem lewy, mówi: „Wielbiona jest potęga prawicy Twej, Panie, Prawica Twa, o Panie, starła nieprzyjaciół”. Te rytuały i te stroje mają dla nas głębokie znaczenie. Kimkolwiek była ta kobieta, nie miała żadnego prawa, by je w ten sposób profanować.

Mówił spokojnie, ale Kat odniosła wrażenie, że usłyszała w jego głosie ton szczerego obrzydzenia.

– A czy zechce, ojciec, w skrócie wyjaśnić, czemu tak jest? – spytał Piola. – Chodzi mi o sytuację z kobietami i stanem kapłańskim.

– Najkrócej mówiąc, nauka Kościoła katolickiego, wyłożona przez Jego Świątobliwość, stwierdza, że Kościół nie ma władzy, by obdarzać kobiety sakramentem święceń kapłańskich. Tradycja ta sięga jeszcze czasów klątwy rzuconej na Ewę. Innymi słowy, to kwestia prawa bożego, a nie osądu papieża. Zatem każda kobieta, która usiłuje otrzymać święcenia lub też udaje osobę, która święcenia otrzymała, byłaby winna czegoś, co Jego Świątobliwość określa jako „przestępstwo ciężkie”. A więc, stałaby się jakąś heretyczką.

Słowo, budzące mgliście średniowieczne skojarzenia, na chwilę zawisło w powietrzu.

– A jaka byłaby za to kara? – dopytywał się Piola.

– Ekskomunika – odparł ojciec Cilosi. – Jego Świątobliwość stwierdził to całkiem jasno.

– A to znaczy, że zabicie takiej kobiety nie byłoby grzechem śmiertelnym? – wtrąciła cicho Kat.

Piola spojrzał na nią pytająco, ale skinął głową, by kontynuowała.

Ojciec Cilosi miał dość przyzwoitości, by wyglądać na zażenowanego.

– W sensie czysto teologicznym, być może. Ale Kościół naucza, że morderstwo zawsze sprzeciwia się woli Boga, nie tylko ludzkim prawom.

– Ale żebym dobrze zrozumiała, ojcze… – Kat nie ustępowała. – Jeśli kobieta nosi szaty kapłana, nawet jeśli tylko przebrała się dla zabawy, to właśnie ona popełnia grzech?

– A jak pani by się czuła, gdyby ktoś zjawił się na balu, przebrany w kradziony mundur karabinierów? – odparował ksiądz.

– Dla mężczyzny czy kobiety karą byłaby niewielka grzywna. Mało prawdopodobne, by doprowadziło to do zamordowania tej osoby.

Uniósł ręce.

– O ile rzeczywiście coś takiego miało tu miejsce.

– A czy mogłaby być prawdziwą kapłanką, tyle że innego wyznania? – zainteresował się Piola.

Ksiądz zastanawiał się jakiś czas.

– Jeśli nawet, to takiego, o którym nic nie wiem. Niektóre Kościoły protestanckie dopuszczają kobiety do stanu kapłańskiego, oczywiście, ale ich szaty trochę się różnią. Katolicka sutanna ma trzydzieści trzy guziki, symbolizujące trzydzieści trzy lata życia Chrystusa. Sutanna anglikańska ma trzydzieści dziewięć, co symbolizuje trzydzieści dziewięć prawd ich wiary. – Zauważył minę Pioli. – Może się wydawać, że to nieistotne detale, błahe wręcz. Jednak ewoluowały przez setki lat obyczajów i debat, a służą temu, by każdemu kapłanowi przypominać o starożytnych, świętych tradycjach naszego powołania.

Capitano, niech pani zadzwoni do kostnicy i spyta o liczbę guzików. I na wszelki wypadek, niech ktoś sprawdzi kościoły protestanckie w mieście – polecił Piola. Przysunął księdzu następną fotografię. – Ostatnie pytanie, ojcze. Nie wie ojciec przypadkiem, co mogą oznaczać te tatuaże?

Ojciec Cilosi wziął zdjęcie, potem przez chwilę szukał w kieszeni okularów.

– Nie mam pojęcia – przyznał w końcu. – Trochę przypominają symbole okultystyczne, ale muszę zaznaczyć, że nie jest to moja specjalność. Jeśli pan sobie życzy, pułkowniku, mogę podać panu kontakt z kimś, kto lepiej się zna na takich sprawach.

– Dziękuję, bardzo by nam to pomogło.

– Nie ma za co. I proszę dzwonić, gdybym mógł się jeszcze na coś przydać. – Ojciec Cilosi zawahał się nieco. – Biskup prosił mnie, by przekazać państwu, że uważa ten incydent za głęboko niepokojący dla wiernych i ma nadzieję na szybkie zakończenie sprawy. Pamięta pan zapewne, że kilka lat temu kwestia stanu kapłańskiego kobiet groziła podzieleniem wyznawców katolicyzmu. W tej chwili Kościół zmaga się z tyloma problemami, że nie chciałby rozbudzać na nowo tej konkretnej kontrowersji.

– W samej rzeczy – odparł chłodno Piola. – Niech ojciec będzie spokojny, zrobimy wszystko, co możliwe, by dotrzeć do sedna śmierci tej nieszczęsnej kobiety.

Delikatnie zaakcentował ostatnie cztery słowa.

Ojciec Cilosi wpadł nagle na jakiś pomysł.

– Może chciałby pan, żebym się za nią pomodlił? Albo za wasze dochodzenie…

– Jestem przekonany, że będzie wdzięczna za wszelkie modlitwy, jakie ojciec jej ofiaruje – zapewnił Piola, zbliżając się do drzwi. – A tymczasem karabinierzy nadal będą się trzymali bardziej świeckich metod.

Kat spędziła godzinę, ślęcząc nad tabelami pływów, wykresami pogody i mapami laguny, próbując zrozumieć, w którym miejscu ciało mogło wpaść do wody. Jako wenecjanka, dorastała obok morza. Jednak acqua alta wszystko komplikowała.

– Mamy po prostu zbyt wiele zmiennych – tłumaczyła Pioli. – Możemy założyć, że ofiara przypłynęła z laguny, ale tam raczej prądy niż pływy determinują ruch wody. Niektóre ławice piaskowe co miesiąc zmieniają położenie.

– Czyli jaka jest odpowiedź?

– Myślę, że należy porozmawiać z rybakami. Potrafią wskazać najbardziej prawdopodobne miejsce, a także powiedzieć, czy w nocy nie zauważyli czegoś podejrzanego.

– Dobry pomysł. Pojadę z panią.

Laguna Wenecji jest podzielona na laguna viva, do której docierają pływy Adriatyku, oraz laguna morta, bardziej północna i „wewnętrzna” jej część, teren słonych bagien, gdzie poluje się na kaczki i węgorze. Zgadując, że ciało najprawdopodobniej zostało przyniesione z tej pierwszej, złapali prom do rybackiego portu Chioggia, dwadzieścia pięć kilometrów na południe od Wenecji. Tam chodzili od kutra do kutra i zadawali pytania.

Wszyscy rybacy zgadzali się, że ciało musiało trafić do wody gdzieś po wewnętrznej stronie Lido – długiej, wąskiej ławicy piasku. Gdyby nastąpiło to dalej od lądu, zostałoby zniesione na otwarte morze. Było też jasne, że każdy mający nieco wiedzy o tych wodach musiał sobie zdawać z tego sprawę.

– Kiedy criminali wyrzucają ciała do wody, najpierw wypływają z nimi z pięć mil od brzegu – wyjaśnił Kat stary, przygarbiony rybak imieniem Giuseppe. Wzruszył ramionami. – W ten sposób nikt ich już nigdy nie ogląda. Wszyscy to wiedzą.

– A kogo zwykle zabierają w taki rejs? Też wszyscy to wiedzą?

Kolejne wzruszenie ramion, jeszcze bardziej wymowne, powiedziało Kat, że bez względu na to, czy wiedzą, czy nie, Giuseppe na pewno się tą informacją nie podzieli.

Od tej chwili ona i Piola skupili się na obszarze wewnątrz Lido. Czy widzieliście coś niezwykłego koło czwartego czy piątego stycznia? Może słyszeliście? Czy pływały wtedy jakieś obce łodzie?

Zauważyli, że rybacy – z których wielu było mocno przesądnych – są bardziej zaszokowani tym, w co ofiara była ubrana, niż faktem zabójstwa. Zanim więc zaczęli zadawać pytania, pokazywali dwie fotografie: zbliżenie twarzy ofiary, zrobione przez Hapaldiego w kostnicy, i drugą, pokazującą całe ciało kobiety w kapłańskich szatach. To drugie zdjęcie u wszystkich, bez żadnych wyjątków, wywoływało tę samą podwójną reakcję: prawa dłoń sięgająca do czoła, by uczynić znak krzyża, lewa do jąder, by wykonać malocchio, gest ochrony przed urokami.

Wreszcie młody rybak imieniem Lucio udzielił im przełomowej informacji.

– Tamtej nocy była fatalna pogoda – powiedział. – Zbliżała się wysoka woda, padał śnieg… Postanowiłem dać sobie spokój i wrócić do dziewczyny. Mieszka w Wenecji, rozumiecie. Na Drosoduro. No więc popłynąłem krótszą drogą.

– Proszę pokazać… – wtrącił Piola.

Młody człowiek przesunął palcem po mapie.

– Tędy. W pobliżu Isola di Poveglia.

Piola skinął głową.

– Co dalej?

– Nikt nie łowi w okolicach Poveglii. Ludzie nie chcą kupować tych ryb, bo mówią, że one się karmią ludzkimi kośćmi. I nie wolno tam przybijać. Władze twierdzą, że budynek grozi zawaleniem, ale wszyscy znają prawdziwy powód: wyspa jest nawiedzona. – Przerwał, by zapalić papierosa. – W każdym razie, kiedy przepływałem, widziałem tam światła. No wiecie, ruchome, jakby latarki. Myślę, że gdzieś w starej wieży.

– Sprawdził pan, co się tam działo?

– Niby jak? W wigilię La Befany? Nigdy w życiu. – Lucio się otrząsnął. – Wyniosłem się stamtąd jak najszybciej.

Piola poklepał go po ramieniu.

– Dzięki. Pomógł nam pan.

– Proszę bardzo. – Młody człowiek zawahał się… – Słuchajcie, w zeszłym miesiącu dostałem od waszych mandat za to, że nie wywiesiłem licencji na łódź. Miałem tę licencję, tylko że wypadła z ramki. Byłaby szansa, żebyście go skasowali?

– Raczej nie – odparł Piola. – Ze mną to tak nie działa. Przykro mi. Mogę się poczęstować papierosem?

Chłopak z ponurą miną wzruszył ramionami.

– Proszę bardzo.

– Ale to już ostatni…

– Nie ma sprawy, mam więcej.

Piola uśmiechnął się, podziękował i zabrał paczkę.

– Czyli Poveglia – stwierdził, kiedy stanęli na suchym lądzie. – Zna pani chyba historie, jakie opowiadają o wyspie.

– Niektóre. Zdaje się, że był tam kiedyś szpital dla psychicznie chorych, później porzucony.

– Przez pewien czas. Ale rybacy o wiele wcześniej wierzyli, że wyspa jest przeklęta. Oryginalnie była lazaretto, wyspą zarazy. Na początku władze miasta chowały tam zmarłych, potem, kiedy zaraza wciąż się rozprzestrzeniała, próbowały z nią walczyć, transportując na Poveglię wszystkich, u których zauważono objawy. Rzucano ich tam do masowych grobów, często jeszcze żywych. Trudno przypuszczać, żeby mieli przyjemną śmierć. I trudno się dziwić, że wyspa zyskała reputację nawiedzonej. – Westchnął. – Bóg jeden wie, dlaczego później postanowiono tam założyć szpital dla obłąkanych. Dzisiaj jest opuszczony, naturalnie, od lat osiemdziesiątych.

– Uważa pan, że powinniśmy tam zajrzeć?

– Oczywiście. – Piola spojrzał na paczkę papierosów w ręku.

– Nie wiedziałam, że pan pali, pułkowniku.

– Nie palę. W każdym razie od nowego roku już nie. Przez cale lata obiecywałem żonie, że rzucę. Byłem tylko ciekaw, co to za marka.

Pokazał jej pudełko. To, co wzięła za camele, naprawdę nazywało się jing lin, a rysunek na paczce przedstawiał rogatego kozła na żółtym tle. Poza tym jednak papierosy były prawie identyczne z amerykańskimi.

– Podróbka. Nie sądzę, żeby miało to jakiś związek z naszym morderstwem, ale nigdy nie wiadomo.

Przez chwilę rozważali, jak najlepiej dostać się na Poveglię. Wobec przesądów rybaków, niewielka była szansa, by któryś ich tam zabrał.

– Chyba że się zgodzimy, aby zniknął mandat Lucia – zasugerowała Kat.

Piola spojrzał na nią z powagą. Milczał przez chwilę i poczuła, że się rumieni.

– Chciałam tylko…

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.