Całkiem dobra książka o miłości - Anna Kucharska - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 146 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Całkiem dobra książka o miłości - Anna Kucharska

Elżbieta to dojrzała kobieta po pięćdziesiątce, która zaraz po śmierci męża nawiązuje romans z Mateuszem, młodym sąsiadem z naprzeciwka. Po pewnym czasie ich uczucie staje się głębsze, a pomiędzy nimi rodzi się miłość.

 

Judyta, mimo młodego wieku, żyje w bardzo poważnym związku ze swoim partnerem, Tomaszem. W pewnym momencie ślub i wesele stają się dla niej celem samym w sobie, a miłość, o której była przekonana, że jest wieczna, zaczyna obumierać.

 

Karina dowiaduje się, że jest w ciąży ze swoim najlepszym przyjacielem, który dodatkowo okazuje się homoseksualny. Jej życie staje na głowie. Gdy jednak Igor prosi ją o rękę, dziewczyna zgadza się natychmiast, mimo że podświadomie odczuwa bezsens tego czynu. Powoli zdaje sobie sprawę z tego, że zaczyna żywić do ojca swojego dziecka prawdziwe uczucie.

 

Całkiem dobra książka o miłości” to opowieść o zwykłych kobietach, które przyjmując pierścionek zaręczynowy jeszcze nie wiedzą, że odtąd w ich życiu nic już nie będzie takie samo. To obraz, który pokazuje, jak jedna bardzo ważna decyzja potrafi wpłynąć na wszystkie pozostałe. To wreszcie historia o miłości, którą każdy definiuje inaczej, a która zawsze jest taka sama.

Opinie o ebooku Całkiem dobra książka o miłości - Anna Kucharska

Fragment ebooka Całkiem dobra książka o miłości - Anna Kucharska





Strona redakcyjna


Rozdział 1

Elżbieta siedziała w swoim ulubionym fotelu – z rzeźbionym oparciem i wyściełanym skórą. Dziergała na drutach. Dokładnie w momencie, kiedy kończyła ostatni ścieg, zadzwoniła jej jedyna córka.

– Słucham? – spytała Elżbieta, pomimo że na wyświetlaczu komórki jaśniało imię jej dziecka. Zawsze była rzeczowa i bardzo zachowawcza w stosunku do Judyty.

– Mamo! – zawołał radośnie głos po drugiej stronie. – Tomek mi się oświadczył! – niemal wykrzyczała córka. – Wychodzę za mąż, mamo!

Elżbieta wiedziała, że w końcu nastąpi ten moment. Długo wyczekiwany przez jej latorośl, która związała się z tym mało ciekawym chłopakiem już dziesięć lat temu. Poczuła się jak w dniu, kiedy dokładnie sześć lat temu jej córka oświadczyła, że wyprowadza się z domu. Zamieszkała razem z nim w mieszkaniu na Nowym Mieście, kiedy oboje dostali się na studia. Ona na administrację, on na zarządzanie. Wielki ucisk spadł na jej klatkę piersiową, starała się oddychać, ale czuła, że zaraz się udusi. Czy cieszyło ją szczęście córki? Na pewno tak, ale teraz po raz kolejny odczuła, że od niej odchodzi, pomimo że odeszła już kilka lat temu. A w rok po jej wyprowadzce zmarł Jerzy, jej jedyny przyjaciel, jej ostoja, jej mąż.

– To wspaniale, córeczko – powiedziała wbrew sobie. – Gratuluję!

– W końcu, co nie? – rzuciła Judyta, a jej matka wyczuła w tym wyrażeniu jakiś sarkazm pomieszany ze smutkiem, mimo że jej pierworodna miała radosny, szczęśliwy głos. – Już myślałam, że się nie doczekam! – dokończyła ze śmiechem.

– Tak, w końcu – odrzekła Elżbieta i starała się uśmiechnąć.

Gdy skończyły rozmowę, po raz ostatni wbiła druty w miękką włóczkę. W tym samym momencie zadzwonił dzwonek przy frontowych drzwiach jej wielkiego domu.

– Zrobiłam ci sz... – zaczęła, ale nie zdążyła dokończyć, bo przystojny trzydziestoletni mężczyzna już przywarł ustami do jej warg. – Szalik – dokończyła i uśmiechnęła się do niego.

– Może założę go tam? – Wskazał palcem na górę, a ona doskonale wiedziała, o co mu chodzi.

Pięć lat temu została sama, bez córki i męża, w tym zjawiskowym, dużym domu na przedmieściach miasta. Była piękną dojrzałą kobietą o pociągłych rysach twarzy, idealnie lśniących kasztanowych włosach i z doskonale wyrzeźbioną sylwetką. Szybko więc znalazła ukojenie w ramionach swojego sąsiada z naprzeciwka, samotnego architekta o wyglądzie modela. Jej córka dobrze wiedziała o istnieniu Mateusza, ponieważ nigdy nie kryła tego, że między nią a tym młodszym mężczyzną coś jest. Wiedziała, że Judyta, mimo pewnych oporów, zaakceptowała ten układ i zapewne sądziła, że łączy ich jedynie przelotny romans, nic więcej. Ale to było coś więcej, a Elżbieta zaczęła coraz mocniej zdawać sobie z tego sprawę.

Z szybkością błyskawicy znaleźli się w jej sypialni, a Ma-teusz jednym ruchem zerwał z niej amarantową sukienkę. Kiedy już leżeli w swoich ramionach, wyczerpani i uśmiechnięci, mężczyzna rzekł:

– Leż tutaj, kochanie. Nigdzie nie odchodź. – Był tajemniczy, ale czy nie to właśnie pociągało ją w nim najbardziej?

Objął wzrokiem nagą, perfekcyjną sylwetkę Elżbiety, pocałował ją w czoło, wstał z łóżka i teraz przewracał kieszenie porzuconej na podłodze marynarki. Kiedy wyciągnął z niej jakieś zawiniątko, powiedział:

– Zamknij oczy.

Uczyniła to posłusznie. Była przekonana, że po raz kolejny ma dla niej drogocenny prezent, kolię lub kolczyki. Uwielbiał ją obdarowywać kosztownościami, mimo że sama bez problemu mogłaby pozwolić sobie na takie przyjemności. Jerzy pozostawił po sobie ogromny spadek, co zważywszy na to, że za życia prowadził własną kancelarię adwokacką, było czymś oczywistym.

– Już możesz otworzyć – wyszeptał cicho Mateusz.

Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła klęczącego przed nią kochanka, który trzymał w ręce małe pudełeczko. Wewnątrz błyszczał złoty pierścionek z czerwonym rubinem. Podniosła się na przedramionach i zdumiona spojrzała mu w oczy.

– Co to? – spytała lekko drżącym głosem.

W odpowiedzi podarował jej ten swój zabójczy uśmiech, który sprawiał, że wyglądał zadziornie i niezwykle pociągająco.

– Elżbieto Mario Zofio – zaczął bardzo poważnie. – Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną? – dokończył, a chociaż starał się nad sobą panować, łamał mu się głos.

Popatrzyła na niego zszokowana.

– Ale ja jestem stara – powiedziała do niego, a on odgarnął jej włosy z czoła i rzekł:

– Nie jesteś stara, jesteś piękna.

Czy go kochała? Przez ostatnie lata ciągle zadawała sobie to pytanie, ale teraz była pewna, że odpowiedź na nie jest twierdząca.

– Boże, szczeniaku... – Przygarnęła go do siebie ramieniem i cicho, ale zdecydowanie powiedziała: – Tak.

Jego twarz rozpromieniała, a gdy wsunął jej na palec pierścionek, wyraźnie wzruszony rzekł:

– Kocham cię.

– A ja ciebie, dzieciaku. – Pocałowała go namiętnie w usta, a on się odwzajemnił.

Była niewymownie szczęśliwa, ale równie mocno przerażona. Jak miała o tym powiedzieć Judycie? Wiedziała, że córka nie będzie zadowolona z jej decyzji...

Judyta kończyła nakładać na dwa talerze spaghetti bolognese. Jej narzeczony, w końcu mogła tak o nim myśleć i mówić, siedział naprzeciwko niej w kuchni z kubkiem w ręku i pił swoją drugą tego dnia kawę. Była wolna sobota, a oni, tak jak zaplanowali to już kilka dni wcześniej, z samego rana wybrali się do jubilera, gdzie Judyta mogła wreszcie wybrać wymarzony pierścionek. Kiedy zdecydowała się na drobny krążek z białego złota z niewielkim diamentem pośrodku, Tomasz zapłacił za zakup i uradowani wyszli razem ze sklepu. Gdy wrócili do mieszkania, usiedli na kanapie, a kiedy on spytał, czy zostanie jego żoną, była tak szczęśliwa, że od razu odpowiedziała twierdząco, a z jej oczu popłynęły łzy. Teraz mieli zjeść wspólnie obiad, a następnie Tomasz miał zacząć pakować swoją walizkę, bo na drugi dzień z samego rana wyjeżdżał razem z paroma ludźmi z firmy na spotkanie z bardzo ważnym kontrahentem z Warszawy. Ten dzień nie różnił się niczym od pozostałych, ale im to odpowiadało. Oboje nie cierpieli tego całego romantycznego kitu, rzewnych kolacyjek przy świecach i tego typu banałów. Byli ze sobą już dziesięć lat i doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że w końcu zdecydują się na ten ważny krok. Było to tak naturalne, jak to, że po zimie przychodzi wiosna.

– Tomeczku. Może jednak zostaniesz w domu? – spytała Judyta, kiedy oboje zaczęli spożywać posiłek, z nadzieją, że tym razem odpowie twierdząco. Przecież to były ich wyczekane zaręczyny, a jego na drugi dzień miało już nie być u jej boku.

Tomek popatrzył na nią lekko zirytowany. W zasadzie nic nie musiał mówić, bo ona znała już odpowiedź.

– Judka, dobrze wiesz, jak ważny jest ten klient. Muszę jechać. Jeśli uda nam się podpisać z nim umowę, „R-Budimex” zyska naprawdę lukratywny kontrakt.

Wiedziała o tym aż za dobrze, ale dzisiaj chciała, by był tylko jej, nie firmy. Chociaż raz, bo odkąd ponad rok temu, zaraz po ukończonych studiach, zatrudnił się w „R-Budimeksie” miała wrażenie, że jest bardziej związany ze swoją pracą niż z nią.

– Ale, Tomuś – nie dawała za wygraną. – Przecież dzisiaj się zaręczyliśmy. Czy nie wystarczy, że pojadą Bartek, Krzysiek i Weronika?

– Judyta, nie zaczynaj znowu. Dobrze wiesz, że muszę jechać. – Jego twarz napięła się w jednej chwili, a ona już wtedy wiedziała, że go nie przekona. Zbyt dobrze go znała. – Poza tym to ty chciałaś dzisiaj to załatwić, pamiętasz? – dodał prawie gniewnie i wstał od stołu.

To było nie fair. Przecież oboje to ustalili. Rozumiała, że ma obowiązki, ale czy ona nie była od nich ważniejsza? Czekała na ten dzień od dziecięciu lat. Teraz, gdy w końcu nadszedł, wcale nie był najszczęśliwszym dniem w jej życiu. A przecież powinien być. Popatrzyła na swoje szczupłe palce, a gdy napotkała wzrokiem zaręczynowy pierścionek, przeciągnęła po nim lekko kciukiem.

Była dziewiętnasta, a oni już kładli się spać. Tomek jednak nie dał się przekonać i nazajutrz z samego rana miał wyjechać do Warszawy. Kładąc się obok narzeczonego, delikatnie musnęła jego ramię. A gdy on pogłaskał ją po głowie, przysunęła się bliżej.

– A może byśmy, no wiesz... – wyszeptała mu cicho do ucha.

Tomek spojrzał na nią zdziwiony.

– Judka, nie mogę. Muszę się wyspać, bo jutro to ja prowadzę auto.

Judyta posmutniała i rzekła:

– Ale, kochanie, dzisiaj są nasze zaręczyny.

Lecz mężczyzna tylko odwrócił się do niej plecami, głośno westchnął, a gdy zgasił nocną lampkę, już wiedziała, że i tej prośby nie usłucha. Co się właściwie działo? To miał być najwspanialszy dzień w jej życiu. Miał być, jednak nie był. Dlaczego? Przecież byli ze sobą tacy szczęśliwi.

Kiedy Karina nerwowo przeżuwała miętową gumę i myślała o tym, że wczorajszy test ciążowy, który zrobiła rano w pracy, pokazywał dwie różowe kreseczki, nabrała w płuca powietrza i wykonała ogromny balon, który teraz wplątał się w jej krótkie blond kosmyki. To wyrwało ją z zadumy i od razu zaczęła poprawiać włosy, ale wielkie słuchawki na uszach – nieodzowny element pracy w call center – zsunęły się z jej głowy, gdy tylko wykonała gwałtowniejszy ruch ręką. Wyglądało na to, że jej przeczucia się sprawdziły, a fakt, że od dwóch miesięcy nie miała miesiączki, tylko zaświadczał o tym, o czym nie chciała nawet myśleć.

Na biurku zaczął brzęczeć jej telefon, a gdy spojrzała na mały świecący ekranik, okazało się, że otrzymała SMS-a od swojej najlepszej przyjaciółki, z którą nie widziała się już cały długi miesiąc. „Tomek mi się oświadczył! Może z tej okazji małe alko jutro na mieście?” – brzmiała treść wiadomości. Karina była w szoku, zawsze uważała, że Tomek jest strasznym tchórzem i prędzej ucieknie na biegun północny, by poznawać zwyczaje eskimoskiej ludności, niż oświadczy się Judycie. Jasne, byli ze sobą już bardzo długo, ale z tego, co zdążyła zauważyć, byli jak ogień i woda. Jej przyjaciółka – wieczna optymistka o wyglądzie perfekcyjnej czarnowłosej kusicielki. Natomiast Tomasz był do znudzenia racjonalistą o jasnych jak słoma włosach i nieskazitelnie białej cerze. Nigdy nie powiedziała tego Judycie, z którą zaprzyjaźniła się już na pierwszym roku studiów, ale uważała, że kompletnie do siebie nie pasują.

Jeszcze chwilkę wpatrywała się w tekst wiadomości, po czym odpisała: „To fantastycznie! Gratuluję, kochana! Gdzie i o której?”. Umówiły się na następny dzień o dziewiętnastej pod studnią na rynku, w najpopularniejszym miejscu spotkań rzeszowskich imprezowiczów.


Rozdział 2

Tomka nie było dopiero dwie godziny, a Judyta już za nim tęskniła. Zastanawiała się długo nad wczorajszymi wydarzeniami i doszła do wniosku, że zwyczajnie przesadza i panikuje. Przecież wiedziała, że ją kocha i że są dla siebie stworzeni. Czuła to, odkąd po raz pierwszy zobaczyła go jedenaście lat temu na dyskotece w „Akademii”, niegdyś najlepszym klubie w Rzeszowie. Rozumiała, że musiał wyjechać w interesach. Przecież nie mógł zaniedbać swoich obowiązków tylko dlatego, że wczoraj się zaręczyli. Wiedziała, że w ten sposób stara się zapewnić im lepszą przyszłość. Poza tym już za dwa dni miał wrócić, więc w gruncie rzeczy nic się nie stało.

Teraz siedziała w kuchni, dzierżąc w dłoni kubek malinowej herbaty, i przez okno ich kawalerki zerkała z wysokości dziesiątego piętra na miejski zgiełk. Mieszkali w wieżowcu, na bardzo tłocznym osiedlu w środku miasta. Niektórzy ludzie dziwili się, dlaczego zamieszkali w takim hałasie. Jednak oni lubili ten dźwięk budzącej się do życia metropolii, który w miarę jak dzień dobiegał końca, słabł, niczym tętno u odpoczywającego po biegu sportowca. Mieli wiele wspólnych cech i zainteresowań. To było najważniejsze i sprawiało, że ich związek posiadał solidne fundamenty. Przynajmniej ona zawsze tak myślała.

Zastanawiała się, co słychać u Inki, jej najlepszej przyjaciółki, której nie widziała już od miesiąca. W ich relacji najlepsze było to, że obie nie miały sobie tego za złe, ponieważ wiedziały, że czasami natłok obowiązków nie pozwala widywać się częściej. Dzisiaj wieczorem miały się zobaczyć i Judyta już cieszyła się na to spotkanie. Nie mogła doczekać się reakcji przyjaciółki na widok jej zaręczynowego pierścionka. Przeczuwała, że tego wieczoru nie wyjdą z knajpy żywe.

Karina stanęła pod studnią dokładnie o dziewiętnastej. Teraz czekała na swoją przyjaciółkę, która jak zwykle się spóźniała, i przestępowała z nogi na nogę, ponieważ chłód wrześniowego wieczoru wyraźnie dawał się jej we znaki.

– Inka! – zawołała radośnie Judyta na jej widok. Tylko ona ją tak nazywała. Dla reszty świata była Kariną.

Uściskały się serdecznie i skierowały kroki w stronę swojego ulubionego rzeszowskiego baru. Kiedy zajęły stolik przy ścianie, Judyta wyciągnęła do przyjaciółki prawą dłoń i cała w skowronkach powiedziała:

– Patrz, mała, jakie cudo!

Karina musiała przyznać, że pierścionek był bardzo gustowny.

– Sama wybierałaś? – zapytała z uśmiechem. Nie podejrzewała Tomka o tak dobry gust.

Judyta się zaśmiała i odrzekła:

– No jasne. – Mrugnęła do niej z drugiego końca stołu.

Usiadły w części dla palących, dlatego Judyta już wyciągała ze swojej torebki paczkę mentolowych slimów.

– Palisz? – spytała przyjaciółkę.

Karina spojrzała na nią lekko stremowana i skłamała:

– Nie, rzuciłam. – Bała się, że kto jak kto, ale Judka znała ją za dobrze. Nie chciała, żeby przyjaciółka zaczęła coś podejrzewać, więc szybko dodała: – Wiesz, teraz jest taki trend, a ja zawsze staram się podążać za modą.

Jednak ku jej zdumieniu dziewczyna spojrzała na nią z wyraźną aprobatą i rzekła:

– Szczęściara. Zazdroszczę ci, tak trzymaj. Ja też chciałabym rzucić.

Karina uśmiechnęła się i wbiła wzrok w podłogę. Nie chciała tego robić, okłamywać Judyty. Tym bardziej, że czuła, iż musi jej o tym powiedzieć. Na razie jednak uznała, że najważniejszą informacją są zaręczyny przyjaciółki, dlatego szybko zmieniła temat i zaczęła wypytywać ją o pierścionek i planowaną datę ślubu.

– Jeszcze nie wiemy. Ale chcielibyśmy w lipcu – odpowiedziała Judyta, wydmuchując z ust dym papierosowy.

Gdy w końcu podeszła do nich młodziutka kelnerka, aby przyjąć zamówienie, pierwsza odezwała się Judyta. Marzyła o piwie, od momentu gdy tylko przekroczyły próg knajpy.

– Ja poproszę warkę czerwoną.

– Laną czy z butelki? – zapytała sympatyczna kelnerka.

– Z butelki poproszę – odpowiedziała czarnowłosa kobieta.

– Jasne, a co dla pani?

– Sok bananowy – odparła Karina.

Judyta spojrzała zszokowana na blondynkę siedzącą naprzeciwko niej, jakby zobaczyła ją po raz pierwszy w życiu. Wszystko można było o niej powiedzieć, ale na pewno nie to, że kiedykolwiek stroniła od alkoholu. Zmierzyła przyjaciółkę czujnym wzrokiem.

– Co jest grane?

Karina poczerwieniała na twarzy, to wystarczyło za odpowiedź.

– Chyba nie jesteś...? – zaczęła Judyta, ale gdy zobaczyła utkwione w sobie, błękitne jak tafla górskiego jeziora, oczy koleżanki, nie miała już żadnych wątpliwości.

– Tak. Jestem w ciąży, Judka.

Karina zobaczyła na twarzy przyjaciółki wielkie zdziwienie, a następnie niedowierzanie.

– No co ty? Chyba żartujesz! Ale jak? – Odruchowo przysłoniła usta dłonią.

– Niestety to prawda – odrzekła.

– Inka, kto jest ojcem? – zapytała już rzeczowym tonem Judyta.

Na twarz Kariny wypłynął wstydliwy rumieniec.

– To Igor...

Judyta nie wierzyła własnym uszom. Kiedy kelnerka przyniosła ich zamówienie, wypiła jednym haustem pół butelki piwa, odstawiła ją na stolik, zapaliła kolejnego papierosa, wydmuchała gwałtownie dym i w końcu przemówiła:

– Inka, ale ja myślałam, że on jest...

– Gejem? – dokończyła za nią przyjaciółka.

Tamta pokiwała głową i wydukała:

– No.

Karina też tak sądziła, a właściwie była o tym przekonana. Igor Kwiatkowski był jej szczerym przyjacielem. To z nim zawsze imprezowała, odkąd Judyta zaczęła więcej pracować i nie miała dla niej już tyle czasu co kiedyś.

– Ja też tak sądziłam – rzekła blondynka. – I uwierz mi, Judka, kiedy dwa miesiące temu, po mocno zakrapianej bibie, obudziłam się nad ranem w swoim zajebiście wygodnym łóżku, a obok zobaczyłam nie kogo innego, tylko jego, to sądziłam, że to jakiś cholerny żart. Widzisz, znowu urwał mi się film... Ale jemu najwyraźniej nie, bo – w przeciwieństwie do mnie – bardzo dużo pamiętał z poprzedniego wieczoru. Dla niego to też był szok. Myślę, że chyba dla niego nawet większy niż dla mnie.

Kiedy Karina skończyła mówić, Judyta oparła się bezgłośnie o wezgłowie swojego krzesła i zdusiła w popielniczce niedopałek papierosa. Jedyne, co mogła w tym momencie powiedzieć, brzmiało:

– O kurwa...

Był piękny jesienny poranek, a Elżbieta oglądała swój cudowny pierścionek zaręczynowy, który błyszczał w pierwszych tego dnia promieniach słońca. Nie mogła w to uwierzyć. Po raz kolejny miała stanąć na ślubnym kobiercu, a przecież miała już pięćdziesiąt pięć lat. On był od niej o dwadzieścia pięć lat młodszy, to dokładnie tyle, ile miała jej córka. Dla niej wiek nie stanowił żadnej przeszkody, bo wiedziała, że jej miłości nie da się zmierzyć żadnymi metryczkami, ale martwiła się o reakcję Judyty. To na pewno się jej nie spodoba, ale musiała ją powiadomić. Nie wiedziała jeszcze, jak to zrobi, tym bardziej teraz, kiedy jej córka również powiedziała swoje „tak”, ale czuła, że prędzej czy później będzie musiała ją poinformować. I choćby tamta nie była zadowolona z jej decyzji, to ona postanowiła, że nie będzie się tym przejmować. Bo kochała Mateusza całym sercem. Jednak w momencie, gdy w głowie planowała scenariusz tego, jak powie to córce, bardzo się obawiała.

Po południu wybrała się do ślusarza, aby dorobić drugą parę kluczy dla swojego narzeczonego. Boże, to było takie piękne! Czuła się tak, jakby znów przeżywała swoją młodość. Już wcześniej poważnie o tym myślała, a teraz gdy on jej się oświadczył, nie miała najmniejszych wątpliwości, że to najlepsza decyzja, jaką podjęła. Pragnęła z nim zamieszkać, aby codziennie móc na niego patrzeć i wiedzieć, że należy tylko do niej, a ona do niego.

W drodze powrotnej zrobiła zakupy. Była w tym prawdziwą mistrzynią.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.