BYŁEM KIEROWCĄ HITLERA - Erich Kempka - ebook
Wydawca: Vesper Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 352 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 11 godz. 20 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka BYŁEM KIEROWCĄ HITLERA - Erich Kempka

Ta książka jest potrzebna, ponieważ nieżyjący Hitler wciąż nie daje spać wielu

osobom. Nie tylko sceptycznej młodzieży, lecz również historykom wszystkich krajów.

[…] Erich Kempka przedstawił w prawdziwą, tragiczną prawdę, którą mogłem uzupełnić za

pomocą licznych wypowiedzi świadków tamtych czasów, dokumentów oraz publikacji.

Uczyniłem to tym chętniej, że Niemcom prawda jest tak samo potrzebna, jak kromka

chleba głodnemu. Do tej pory najnowsza historia Niemiec była – wyjąwszy garstkę

rzetelnych historyków i publicystów – świadomie fałszowana, przeinaczana, a w części

zakłamywana. […] Ze skromną prostotą, ale i szczerą konsekwencją, Kempka odważnie

opowiada o tym, jak było naprawdę, a nie jak chciano sprawy widzieć i słyszeć od 1945

roku.

Opinie o ebooku BYŁEM KIEROWCĄ HITLERA - Erich Kempka

Fragment ebooka BYŁEM KIEROWCĄ HITLERA - Erich Kempka









Od wydawcy polskiego

Poglądy Ericha Kerna, autora załącznika, mogą się wydać kontrowersyjne czy wręcz kłamliwe. Uznaliśmy jednak, że skoro wydawca niemiecki zdecydował się uzupełnić tym materiałem wspomnienia Ericha Kempki, miał w tym jakiś cel i nieuczciwe byłoby wobec Czytelnika ingerowanie w ten zamysł. Autor ma prawo do swoich poglądów, a polemika z nim byłaby niecelowa, toteż tekst nie został opatrzony przypisami. Nie znaczy to, że podzielamy owe poglądy lub nakłaniamy do tego Czytelnika – każdy ma prawo do własnego zdania w wolnym kraju. Jest to równocześnie ciekawy przyczynek do tego, jak kwestię klęski III Rzeszy oraz rolę samego Adolfa Hitlera widzi przynajmniej część niemieckich historyków i wydawców.

Wydawnictwo VESPER


Byłem kierowcą Hitlera


WPROWADZENIE

W 1945 roku zwycięzcy zdecydowali nie tylko o materialnej przyszłości narodu niemieckiego. Zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie rozpoczęli „pracę nad wychowaniem”. Miało to być gigantyczne pranie mózgów, mające na celu całkowite pozbawienie Niemców świadomości narodowej. Materiał psychologiczny do tego dostarczyło dowództwo sił zbrojnych aliantów, które od lat systematycznie rozgłaszało kłamstwa i półprawdy, jak również fantastycznie wyolbrzymione nasze własne błędy, mające na celu złamanie morale, a więc woli oporu Niemców.

Zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie cel był ten jasny: chodziło o to, aby dzięki wymazaniu świadomości historycznej wychować ahistoryczną młodzież niemiecką. Jest to bowiem warunek, który musi zostać spełniony, aby mogła nastąpić moralna śmierć narodu, po której wkrótce nadejść musi także śmierć fizyczna. Niemcy w Zachodnich Niemczech, a także w tak zwanej „NRD”, przeszli zatem w tryb wymierania, a trumny dawno już zyskały liczebną przewagę nad kołyskami. Jedynie tam, gdzie od dawien dawna przywykli do trudnych warunków wspólnej egzystencji z innymi narodami, udało im się przetrwać: powiodło się to Niemcom rosyjskim, Saksończykom z Siedmiogrodu czy Tyrolczykom z Południa.

Jedynie niewielu Niemców miało od początku odwagę, by w godzinie próby płynąć pod prąd i dać świadectwo prawdzie. Istnieje bowiem tylko jeden środek, aby zapobiec temu, co zaplanowano i co wciąż jest realizowane: świadkowie tamtych dni muszą mówić prawdę. Często nie jest ona dla nas radosna, ale zestawiona z ogółem wydarzeń pozwala stawić czoło kłamstwom i półprawdom.

Po tym, jak zdjęto z nas mundury, zerwano ordery i godności, po tym, jak miliony ludzi osadzono za drutem kolczastym albo wręcz w więzieniach, w czasie, kiedy prym wiedli kaci, na palcach jednej ręki można było policzyć tych politycznych samobójców, którzy znaleźli odwagę, by przeciwstawić się wszelkim niebezpieczeństwom i pokusom. Jednym z pierwszych takich niemieckich kamikadze był Erich Kempka. Już za młodu przeznaczenie skierowało go w bezpośrednie pobliże człowieka, który zaważył na losie przynajmniej jednego pokolenia Niemców: w pobliże Adolfa Hitlera.

Lakoniczne sprawozdanie Ericha Kempki, które ukazało się w 1950 roku pod niefortunnym tytułem Ich habe Adolf Hitler verbramt („Spaliłem Adolfa Hitlera”) (autor nie miał na to wpływu), jest dokumentem historycznym. Ze skromną prostotą, ale i szczerą konsekwencją, Kempka odważnie opowiada o tym, jak było naprawdę, a nie jak chciano sprawy widzieć i słyszeć od 1945 roku.

Obok Ericha Kempki jest jeszcze paru innych świadków tamtych czasów, którzy w swoich książkach dali świadectwo prawdzie. Są to Hanna Reitsch w Fliegen mein Leben, Hans Ulrich Rudel w Trotzdem („Moje życie w czasie wojny i pokoju”), kapitan lotnictwa Hans Baur w Ich flog Mächtige der Erde i wreszcie Rudolf Jordan w Erlebt und erlitten.

Oczywiście odważni rewizjonistyczni pisarze, tacy jak Annelies von Ribbentrop, Hans Grimm, Peter Kleist, Helmut Sündermann, Friedrich Lenz, Udo Walendy oraz Hans-Severus Ziegler, stworzyli dzięki swoim historycznym publikacjom cały dział literatury. Daje ona świadectwo prawdzie i właśnie z tego powodu jest literaturą martwych dusz. Nie jest powszechnie dostępna niemieckiemu narodowi. Zakazana na Wschodzie, na Zachodzie jest programowo ignorowana. W Niemieckiej Republice Federalnej rzadko kiedy czegoś się zakazuje. Raczej zważa się na to, aby nikt nie dowiedział się o tym, że taka literatura w ogóle istnieje.

Do wymienionych powyżej przemilczanych autorów dołączyło ze swoimi wspomnieniami również kilku doskonałych żołnierzy, na przykład Karl Dönitz, Albert Kesselring, Heinz Guderian, Lothar Rendulic, Hans Friessner, Otto Skorzeny i inni. Niestety, zbyt wielu naprawdę wielkich żołnierzy nie potrafiło się oprzeć pokusie dowodzenia, że wygraliby wojnę, gdyby tylko Hitler dał im szansę. Inni zaś fałszowali historię tamtych wielkich zmagań w duchu zwycięzców.

Erich Kempka mógł zarobić sporo pieniędzy, opowiadając – jak mu kazano – o orgiach, które nigdy nie miały miejsca w bunkrze Hitlera. Jednak prostolinijny autor pozostał niewzruszony i bezlitośnie dezawuował wiele bajek, które masowo posyłano i nadal się posyła w świat. Kempka w najprawdziwszym sensie tego sformułowania stawił czoło historii. Napisał swój raport z żołnierską zwięzłością, ale i w niezwykle dobitny sposób.

Poznałem Kempkę dopiero po wojnie. Jego osobista skromność oraz niewymuszona łatwość nawiązywania kontaktu zrobiły na mnie wrażenie. Kiedyś któryś z nadgorliwych prokuratorów zamierzał oskarżyć mnie dlatego, że w Von Versailles nach Nürnberg opisałem, jak to Hitler, witając się już ze śmiercią w czasie swej ostatniej podróży na front odrzański w 1945 roku, otoczony został ciasno przez zrozpaczonych ludzi i zmęczonych żołnierzy. Opisałem, jak dzięki samej tylko magicznej sile jego osobowości w ludzi wstąpiła nowa nadzieja, zaś Erich Kempka bezzwłocznie potwierdził pod przysięgą, że rzeczywiście tak było. Kempka towarzyszył wówczas Hitlerowi w jego ostatniej podróży na front jako szofer.

Taka chwalebna gotowość do pomocy jest dziś niestety towarem deficytowym. Nazbyt wielu świadków tamtych czasów, którzy wciąż pozostali jeszcze przy życiu, prosi o poszanowanie ich woli milczenia. Dlatego właśnie zdecydowałem się podjąć tego zadania, ponieważ Erich Kempka powołany został na swój Ostatni Bój, i z radością odpowiedziałem na prośbę niezwykłego prężnego wydawnictwa K.W. Schütz o uzupełnienie luki czasowej między ostatnią podróżą Hitlera na front w marcu 1945 roku a opuszczeniem bunkra 2 maja 1945 roku. Od tamtej chwili pojawiło się wiele różnych wypowiedzi i publikacji. Jeśli są uczciwe, w pełni potwierdzają to, co Erich Kempka napisał już w 1950 roku.

Ta książka jest potrzebna, ponieważ nieżyjący Hitler wciąż nie daje spać wielu osobom. Nie tylko sceptycznej młodzieży, lecz również historykom wszystkich krajów. Joachim C. Fest zdradza nam w „Psychogramie” dołączonym do albumu Hitler, Gesichter eines Diktators, dlaczego „nawet jeżeli Hitlerowi się nie udało i został niemal zapomniany przez kolejne pokolenie, to żadna z okoliczności, które umożliwiły przejęcie przez niego władzy, nie przestała istnieć. W tym sensie nie możemy mówić o niepowodzeniu i należy uznać za właściwe ocalenie go od niepamięci”.

Hitler nie może zatem umrzeć właśnie z powodu tego strachu; poświęcone mu książki i albumy wypełniają regały bibliotek. Wiele ważnych pytań odnosi się do kwestii śmierci Hitlera. Im więcej czasu mija od jego wzlotu, który przypominał pęd meteoru, oraz śmierci w Berlinie podobnej do zmierzchu bogów, tym głośniejsze stają się pytania o prawdę.

Jak trudno jest poszukującym trafić na trop prawdy, gdy oficjalne piśmiennictwo historyczne obciążone zostało nieprawdą lub półprawdą, pokazuje David Irving, angielski historyk, którego w żaden sposób nie można nazwać rewizjonistą. Nie należy on do admiratorów Trzeciej Rzeszy, jednak w przeciwieństwie do wielu swoich kolegów po fachu, jest fanatykiem prawdy, który takimi publikacjami, jak Drezno Apokalipsa 1945, Ujęcie generałów, The German Atomic Bomb, Wzlot i upadek Luftwaffe, dał wartościowe świadectwo rzetelnych badań historycznych, nie kierując się interesem aliantów. Podejmując pracę nad swym sztandarowym dziełem Wojna Hitlera, Irving dotarł do wstrząsających faktów, które ujął we wprowadzeniu do swojego, niestety okrojonego wydania książki: „Byłem zbulwersowany, a jako historyk także zdeprymowany tym, że wiele »dzienników« przy bliższym oglądzie okazało się falsyfikatami lub usunięto z nich ważne fragmenty – zawsze na niekorzyść Hitlera”. Wiele z tych zafałszowań zostało potwierdzonych.

„Dzienniki” Ewy Braun opublikowane przez aktora filmowego Luisa Trenkera zostały w znacznym stopniu sfałszowane zgodnie ze „wspomnieniami” spisanymi przez hrabinę Irmę Larisch-Wallersee. Niemiecki falsyfikat został stwierdzony w październiku 1948 roku w 9. departamencie cywilnego sądu monachijskiego. „Dzienniki” Feliksa Kerstena, masażysty Himmlera, są w tym samym stopniu produktem wyobraźni autora, czego dowodzi na przykład zamieszczona w nich dwudziestosześciostronicowa karta choroby Hitlera. Dziwnym trafem prawdziwe dzienniki Kerstena, potencjalnie będące tykającą bombą dla szwedzkiej elity politycznej, ocalały nietknięte, ale nie zostały do dzisiaj opublikowane. Również „dzienniki” opublikowane przez Rudolfa Semmlera w Goebbels – the Next Man to Hitler (Londyn 1947) nie są prawdziwe, jak dowodzi notatka ze stycznia 1945 roku. Nie przynoszą też chwały anachronizmy zawarte w często cytowanych „dziennikach” hrabiego Ciano, które stanowią dowód na to, że także i one były w późniejszych czasach obiektem znaczących poprawek, czego przykładem może być „Oskarżenie przeciwko Rommlowi” Grazianiego spisane 12 grudnia 1940, na pełne dwa miesiące przed pojawieniem się Rommla we Włoszech. Ribbentrop ostrzegał przed tym fałszerstwem, ponieważ widział prawdziwe dzienniki Ciano we wrześniu 1943 roku, zaś tłumacz dr Eugen Dollmann utrzymuje w swoich wspomnieniach, że brytyjski oficer, u którego był w niewoli, potwierdził wobec niego fakt sfałszowania dzienników. Jednak nawet najbardziej powierzchowna analiza odręcznych notatników daje pojęcie o tym, w jakim stopniu Ciano przyciął lub uzupełnił swój materiał. Mimo to poważni historycy cytowali dzienniki równie bezkrytycznie, jak Lissaboner Papiere tego samego autora, choć te ostatnie zostały przepisane na tej samej maszynie, a miały rzekomo pochodzić z lat 1936-1942.

Prawdziwy dziennik generała lotnictwa Karla Kollera w wielu miejscach nie wykazuje najmniejszego choćby podobieństwa do opublikowanego przezeń w Mannheim w 1949 roku tekstu pod tytułem Der letzte Monat. Helmuth Greiner, do 1943 roku prowadzący dziennik wojenny OKW, wykorzystał okazję, kiedy w 1945 roku poproszono go, by ponownie opracował swoje zapiski z „przegranego” okresu między 12 sierpnia 1942 a 17 marca 1943. Opuścił te ustępy, których nie rozumiał lub które mogłyby rzucać niekorzystne światło na współwięźniów, takich jak generał Heusinger – lub też ukazywać w pozytywnym świetle Hitlera. Bez wątpienia, aby zasłużyć sobie na przychylność Amerykanów, wynalazł on dłuższe fragmenty, które stanowiły krytykę sposobu prowadzenia przez Hitlera wojny. Brakuje ich w jego pierwotnych odręcznych zapiskach, które porównałem z tekstami drukowanymi. Tendencja ta widoczna jest również w „dziennikach” generała Gerharda Engela, który od marca 1938 roku aż do swojego przeniesienia na front w październiku 1943 roku służył jako adiutant wojsk lądowych Hitlera. Sam dowód historiograficzny, na przykład porównanie z aktami stacjonującej wówczas pod Stalingradem Szóstej Armii generała Paulusa, pozwala wyciągnąć wniosek, że zapiski te mogą być uznane za wszystko, tylko nie za „współczesne wydarzeniom dzienniki”.

Jeżeli nawet zupełnie niezaangażowany politycznie Anglik dzięki poprawnej analizie historycznej dokonał takich odkryć, nietrudno sobie wyobrazić, co nam, Niemcom, przedstawia się zwykle jako „prawdę historyczną”!

Erich Kempka przedstawił w swojej książce prawdziwą, tragiczną prawdę, którą mogłem uzupełnić za pomocą licznych wypowiedzi świadków tamtych czasów, dokumentów oraz publikacji. Uczyniłem to tym chętniej, że Niemcom prawda jest tak samo potrzebna, jak kromka chleba głodnemu. Do tej pory najnowsza historia Niemiec była – wyjąwszy garstkę rzetelnych historyków i publicystów – świadomie fałszowana, przeinaczana, a w części zakłamywana. Jak taki proceder wygląda, pokazuje przykład odważnej Hanny Reitsch, która 7 sierpnia 1973 roku napisała do mnie list. W dosadny sposób udowadniała w nim, w jaki sposób fałszowano historię Niemiec: „W Republice Federalnej Niemiec, a nawet daleko poza jej granicami, ludzi znowu straszy się, ba, wręcz zalewa – jak już wielokrotnie przedtem – scenariuszami o Hitlerze upublicznianymi w filmach i czasopismach. Wszystko to, rozumie się, jest jak najbardziej »historyczne i autentyczne«. Dzieje się tak również w wypadku najnowszego filmu Hitler, ostatnie dziesięć dni. Odtwórcą roli Hitlera jest sławny angielski aktor, któremu królowa nadała tytuł szlachecki, zaś role żeńskie powierzano ładnym i sympatycznym aktorkom. Tyle tylko, że scenariusz można streścić krótko: »Jak mały Maksio wyobraża sobie upadek Trzeciej Rzeszy«. Nie można właściwie mieć tego nikomu za złe. Żadne z nich nie przeżyło klęski własnego kraju ani pewnie nawet nie stanęło oko w oko ze śmiercią. Inaczej wiedzieliby, że klęska taka nie jest dramatyczna, wiedzieliby, że śmierć przychodzi w ciszy, na długie dni i godziny przed samym upadkiem. Jest przy tym naprawdę nieważne, czy ktoś trzymał z przeszłością, czy był jej przeciwny.

Także sam reżyser – notabene syn światowej sławy reżysera Maksa Reinhardta – który podobnie jak miliony Niemców wyemigrował z kraju, powinien był wybrać inny scenariusz, zwłaszcza, że – jak mówi w filmie – bardzo mu zależało na tym, by wydarzenia przedstawić w sposób »historyczny i autentyczny«. Według informacji zawartej w czołówce filmu, jedną z osób współodpowiedzialnych za jego powstanie jest były mistrz jeździectwa Boldt, którego doprawdy trudno zrozumieć. Wiedział on, że sposób przedstawienia ostatnich dni w bunkrze kancelarii Rzeszy jest nieprawdziwy i nierzeczowy. Czyżby Boldt faktycznie tak całkowicie poddał się przemożnej władzy producenta filmu, że nie udało mu się przemycić nawet ułamka prawdy historycznej o tym, co się działo w bunkrze? Jeśli tak, to powinien zabronić użycia swojego nazwiska do firmowania tego, co zostało w filmie przedstawione. Udało mu się jedynie wymóc zmianę nazwiska występującego w nim mistrza jeździectwa z Boldt na Hoffmann. Jednak nawet wydarzenia, które są z nim związane, również przedstawiono w sposób fałszywy. Nigdy, na przykład, nie istniał żaden czwarty testament Adolfa Hitlera, więc Boldt nigdy nie podarł go przed murami bunkra. Ale o co chodzi, historia… wielka mi rzecz… Dlaczego nie mielibyśmy ze spokojnym sumieniem okłamywać milionów ludzi, którzy oglądają takie filmy lub czytają czasopisma, jeśli tylko komuś bardziej pasuje udramatyzowana wersja scenariusza.

Co się tyczy przedstawienia mojej osoby, moich działań i słów, które rzekomo miałam wypowiedzieć, każde wydarzenie i każde słowo, które włożono w usta sympatycznej aktorki w filmie, jest niezgodne z prawdą. Gdyby rzeczywiście chciano przedstawić prawdę, to należało mnie o nią spytać. Twórcy zdawali sobie jednak sprawę z tego, że gdyby chcieli oddać prawdę, film okazałby się mało dramatyczny. Naprawdę dramatyczny lot, który miałam wykonać jako pilot, by przetransportować generała Greima do Berlina, nie mógł zostać w filmie pokazany. Trzeba tu było polegać jedynie na wyobraźni, bo posadzono mnie między Ewą Braun a Adolfem Hitlerem, żebym po prostu opowiedziała im, jak on wyglądał. W rzeczywistości nigdy w życiu nie siedziałam wspólnie z nimi w jednym pomieszczeniu. Moje rzekome sprawozdanie jest równie nieprawdziwe, jak wszystko inne. Nie zestrzelono na przykład ani jednego myśliwca towarzyszącego. Jednak według scenariusza filmowego zestrzelono aż czterdzieści trzy samoloty. Widać wersja taka była potrzebna do głównej koncepcji. Reżyser usiłował nawet wydać mnie za feldmarszałka Rittera von Greima. Nie tylko nie wiedział on, że von Greim był już wówczas żonaty. Naszym zaślubinom, jak przedstawiono to w filmie, stanęło na drodze jedynie to, że uznawałam instytucję małżeństwa za przerysowany przykład mieszczańskiego modelu życia. Takie postawienie sprawy to – by ująć rzecz w dwóch słowach – niewiarygodna bezczelność.

O ile jednak moja postać jest wyssana z palca – z jednym małym wyjątkiem: rzeczywiście wylądowałam z rannym generałem przed Bramą Brandenburską, a potem pielęgnowałam go w bunkrze – o tyle słowa i czyny innych postaci wymyślono wprost groteskowo. Nie było w bunkrze żadnej sali balowej, żadnego przyjęcia czy wystawnej biesiady – było za to poczucie przytłoczenia i cisza jak w trumnie.

»Historyczna prawda« ekranizacji opiera się na informacjach angielskiego historyka Trevor-Ropera i jego książce o ostatnich dniach w bunkrze Hitlera. A zatem musi być to prawda – jak mniemali twórcy filmu. Dziwić może, że historyka, który nadal wykłada na Christ-Church-College w Oksfordzie, nie interesuje prawda, a jedynie polityka, jednak takie właśnie są fakty. Kiedy po półtorarocznym pobycie w więzieniu pewnego dnia dowiedziałam się od Amerykanów o książce Trevor-Ropera i z przerażeniem ją przeczytałam, niezwłocznie napisałam do niego list. Byłam wówczas bardzo młoda i wierzyłam, że historyk rzetelnie stara się dociec prawdy. Poinformowałam go, że padł ofiarą fałszerstwa, ponieważ posłużył się tak zwanym »naocznym raportem Hanny Reitsch« na temat ostatnich dni Hitlera, który został napisany w pierwszej osobie, a którego ja jednak nigdy nie napisałam, nie widziałam, ani przede wszystkim nie podpisałam, ponieważ nie odpowiadał on prawdziwej wersji wydarzeń. Byłam gotowa opisać mu, co tam przeżyłam. Jego odpowiedź, zadziwiająca jak na historyka, była utrzymana mniej więcej w tym duchu: Swoją książkę napisał na podstawie źródeł amerykańskiego CIC1, a te zawierają tylko prawdę.

Angielski historyk w ogóle nie chciał mojego sprawozdania, ponieważ historię pisze się historykom z perspektywy zwycięzców łatwiej, ładniej i ciekawiej, jeśli się ją zmyśli i zafałszuje, a już zwłaszcza wtedy, kiedy chodzi o czyny i słowa przegranych”.

Kto szuka prawdy, ten znajdzie ją mimo wszystko, bo wielu rzetelnych autorów dało się już we znaki fałszerzom historii.

Prawdy trzeba tylko chcieć!

Erich Kern


Hitler przyjmuje mnie do pracy

Proszę stawić się 26 lutego 1932 roku w Berlinie, Kaisershof, w adiutanturze Prywatnej Kancelarii. Tak brzmiał telegram, który dostarczono mi we wczesnych godzinach przedpołudniowych 25 lutego 1932 roku do Essen, do biura mojego Gauleitera.

Mój ówczesny przełożony Gauleiter Terboven przebywał od 48 godzin w Berlinie na posiedzeniu Reichstagu. Czyżby to on właśnie wysłał do mnie ten telegram? Nie miałem o niczym pojęcia, więc nie wyobrażałem sobie, w jaki sposób depesza ta zaważy na mojej przyszłości. Byłem młodym człowiekiem i miałem całe życie przed sobą. Oczywiście od momentu przeczytania telegramu nie miałem już ani chwili spokoju. Długa podróż na twardej ławce w wagonie trzeciej klasy pociągu pospiesznego zdawała się nie mieć końca. Gorączkowo usiłowałem sobie przypomnieć, czy nie zrobiłem czegoś złego, ale nic takiego nie przychodziło mi do głowy, depesza mogła zatem oznaczać jedynie korzystną zmianę w moim życiu.

*

W końcu pociąg wjechał na dworzec Friedrichstraße w Berlinie. Żwawo ruszyłem przez wielkomiejski tłum w kierunku Wilhelmplatz. Na kilka minut przystanąłem przed hotelem Kaiserhof, by podziwiać nowoczesną, wytworną budowlę, a potem przez obrotowe drzwi wszedłem do holu. Otoczyli mnie damy i dżentelmeni z wyższych sfer.

Zwróciłem się do jednego z wielu stojących w pobliżu boyów hotelowych. Wyglądało na to, że wie, co ma robić, bo nie zadając zbędnych pytań, poprowadził mnie długimi korytarzami, które wyłożono grubymi dywanami, do pokoju pana Brücknera. Adiutant Adolfa Hitlera przywitał się ze mną i poprosił, żebym poczekał w holu. Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem tam jeszcze około 30 mężczyzn. Po chwili rozmowy uświadomiłem sobie, że wszyscy przyjechaliśmy do hotelu Kaiserhof z różnych stron Niemiec w odpowiedzi na telegram. Czuliśmy się skrępowani. Szybko się okazało, że wykonywaliśmy dotąd podobną pracę, mianowicie każdy był szoferem jakiejś ważnej osobistości z kierownictwa NSDAP (Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Pracy). Tak więc byliśmy niejako prominentami wśród osób wykonujących ten zawód. Skoro wszystkich nas tu zawezwano, musiało widocznie chodzić o jakieś niezwykle ważne zadanie. Każdy z nas miał nadzieję, że to właśnie jemu przypadnie ono w udziale.

Wreszcie nadszedł moment ulgi.

– Zapraszamy panów do pokoju numer 135!

Znowu podążyliśmy za boyem hotelowym, by w końcu przekroczyć próg pokoju, w którym pracował i mieszkał w Berlinie Adolf Hitler. Choć nikt nam tego nie nakazał, ustawiliśmy się w półkolu według wzrostu. Jako najmniejszy zamykałem lewe skrzydło. Gdy spojrzałem na o wiele ode mnie wyższych, dobrze zbudowanych kolegów, moja nadzieja gwałtownie zmalała.

Brückner wywoływał nas po kolei, po czym byliśmy przepytywani przez Hitlera i sprawdzani pod kątem naszych umiejętności zawodowych. W końcu przyszła kolej i na mnie.

– Erich Kempka… ojciec jest górnikiem w Zagłębiu Ruhry w Oberhausen… mam dwadzieścia jeden lat, dotychczas byłem szoferem Gauleitera Trebovena…

Takie były moje pierwsze odpowiedzi na pytania zadane przez Adolfa Hitlera. A potem poszło już błyskawicznie:

– Jakim samochodem jeździł pan do tej pory? Zna pan ośmiolitrowy kompresorowy silnik Mercedesa? Ile koni mechanicznych ma ten samochód? Gdzie uczył się pan prowadzić auto? Jak zachowa się pan, wjeżdżając w nieznany podwójny zakręt, przy prędkości 80 km/h, gdy naprzeciwko zobaczy pan inny samochód?

Pytania następowały po sobie z taką szybkością, że musiałem reagować błyskawicznie. Nie było to łatwe, gdyż nie spodziewałem się, że akurat ten człowiek dysponuje tego rodzaju techniczną wiedzą. Byłem zdziwiony, kiedy zauważyłem, że najwyraźniej wypadłem całkiem dobrze.

A jednak byłem oszołomiony. Skrzydeł dodawała mi myśl, że mógłbym wozić człowieka, znanego już wówczas w całych Niemczech jako jedna z najbardziej wybijających się osobistości życia politycznego.

Kiedy, jak się wydawało, odpowiedziałem i na ostatnie jego pytanie w sposób zadowalający, Hitler krótko uścisnął mi rękę na pożegnanie.

Wszyscy zostaliśmy więc przeegzaminowani i w napięciu czekaliśmy, co się dalej wydarzy. Spotkało nas jednak spore rozczarowanie. Hitler skierował do nas tylko kilka słów. W emocjonalny sposób wyjaśnił nam, jak odpowiedzialny jest zawód kierowcy. Był rad, że miał przyjemność poznać tylu odpowiedzialnych ludzi naraz. Po czym szybko się pożegnał i wyszedł, nie wyjawiając, dlaczego nas wezwano.

Adiutant Brückner wyjaśnił nam, że szukają zmiennika dla Juliusa Schrecka, obecnego kierowcy Adolfa Hitlera. Człowiek, którego wybiorą, zostanie o tej decyzji powiadomiony w stosownym czasie. Dostaliśmy po 15 marek i odesłano nas do domów.

*

Znowu zaczęły się godziny pełne niepewności. Bez celu błąkałem się aż do odjazdu pociągu po berlińskiej metropolii. Spotkanie z Hitlerem zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Teraz, kiedy wiedziałem już, o co chodzi, moje nadzieje wzrosły jeszcze bardziej, a moje wątpliwości stały się jeszcze dokuczliwsze. Ucieszyłem się więc, kiedy znalazłem się w pociągu pospiesznym jadącym do Essen.

*

Kilka godzin po przybyciu na miejsce trzymałem w dłoniach kolejny telegram: „1 marca 1932 roku proszę się stawić u Rudolfa Hessa w Brązowym Domu w Monachium”.

Wiedziałem już, że teraz moje życzenia i nadzieje się spełnią! Zostałem wybrany, by wozić Adolfa Hitlera – człowieka, który był na ustach całych Niemiec – i towarzyszyć mu w jego podróżach.


Trzynaście lat w osobistej służbie u Adolfa Hitlera

Przybywszy do Monachium, zmęczony podróżą, skierowałem się powoli w stronę Brienner Straße, taszcząc bagaż przez wysoki śnieg. Spytałem o „Brązowy Dom”, a któryś z przechodniów wyjaśnił mi, jak tam dojść.

Na miejscu zameldowałem się w biurze Rudolfa Hessa. Objaśniono mi, że oczekuje się mnie już w firmie Daimler-Benz na Dachauer Straße. Taksówka zawiozła mnie pod wskazany adres, gdzie przyjęty zostałem przez pana Schrecka, osobistego kierowcę Adolfa Hitlera i osobę mu towarzyszącą. Powitał mnie wylewnie i zaraz zasypał pytaniami o kwestie związane z automobilizmem.

W pierwszym rzędzie chciał wiedzieć, czy prowadziłem już kiedyś mercedesa z sześciolitrowym silnikiem. Musiałem zaprzeczyć. Wówczas udał się ze mną oraz z kilkoma innymi mężczyznami, którzy mu towarzyszyli, do garażu, gdzie pokazał mi otwartą limuzynę, przeznaczoną dla sześciu do ośmiu osób. Jej widok wzbudził mój największy podziw. Nie widziałem dotychczas takiego auta. Pan Schreck objaśnił mi dane techniczne tego ogromnego Mercedesa, pokazał silnik, a także wszelkie inne ważne szczegóły.

Byłem za niski, by prowadzić taki samochód, na siedzeniu ułożono więc koce i przystosowano je tak, bym miał lepszą widoczność drogi. Musiałem sam wyprowadzić samochód z garażu, a potem w dziennym świetle przyjrzałem się silnikowi i sprawdziłem stan oleju i wody.

Panu Schreckowi towarzyszyło już wtedy siedem osób. Wszyscy wsiedli do limuzyny. Ja zaś usiadłem za kierownicą i po raz pierwszy poprowadziłem ten olbrzymi samochód prosto do Berlina.

Tam raz jeszcze przedstawiono mnie Adolfowi Hitlerowi. Tym razem rozmowa, jaką ze mną prowadził, miała dużo bardziej osobisty charakter. Dokładnie wypytywał o moje stosunki rodzinne, chcąc w najdrobniejszych szczegółach dowiedzieć się wszystkiego na temat mojego dotychczasowego życia i pracy.

W tamtej chwili obudziło się we mnie owo silne poczucie osobistego zaufania do jego osoby, które nie opuściło mnie ani razu przez długie lata towarzyszenia mu.

*

Rozpoczęła się wyborcza walka o fotel prezydencki.

Prowadziłem wówczas samochód przeznaczony dla gości. Każdego dnia przemierzałem długie trasy. Punktualnie zajeżdżaliśmy do miast i miasteczek, w których miał przemawiać Hitler. Kiedy tylko kończył, zaraz ruszaliśmy dalej. Zazdrościłem panu Schreckowi i byłem szczęśliwy, kiedy pewnego razu mogłem go w drodze wyjątku zastąpić. Nawet wtedy, gdy był bardzo zmęczony, Hitler zawsze wydawał się pogodny i rozmawiał z kierowcą. Jednym z jego miłych zwyczajów było samodzielne przygotowywanie posiłku dla szofera, żeby ten nie zasnął z przemęczenia.

Z rozłożoną na kolanach mapą samochodową Hitler sam wytyczał całą trasę. Wyznaczał też czas przybycia na miejsce, tak, abyśmy mogli wszędzie dotrzeć punktualnie. Zadanie szofera polegało jedynie na tym, żeby bezpiecznie prowadzić samochód i dotrzymywać terminów.

Mając już za sobą wiele wieców wyborczych w północnych Niemczech, wracając z Hamburga, przybyliśmy w końcu do Berlina.

W tym czasie pan Schreck zatruł się mięsem. Hermann Göring, który najczęściej towarzyszył wówczas Hitlerowi podczas jego podróży, musiał następnego dnia zasiąść za kierownicą. Pod wieczór dotarliśmy do Szczecina. Zanim Hitler udał się do hotelu, polecił mi, żebym dokładnie zapoznał się z obsługą jego samochodu, ponieważ miałem zastąpić Hermanna Göringa i jeszcze tej samej nocy zawieźć go do nadwarciańskiego Gorzowa.

*

Między drugą a trzecią nad ranem kolumna naszych samochodów ruszyła w trasę. We wczesnych godzinach porannych dotarliśmy do pałacu Liebenow, gdzie spotkaliśmy się z niezwykle serdecznym przyjęciem. Hitler przeprosił nas i natychmiast udał się do pokoju, który był do jego dyspozycji, aby odpocząć. My jednak, jego osobista eskorta oraz paru innych gości, zostaliśmy podjęci nad wyraz gościnnie.

Chciałbym przy tej okazji zauważyć, że przed 1932 rokiem Hitler nigdy nie brał udziału w większych biesiadach. Nawet po przejęciu obowiązków państwowych wciąż prowadził niezwykle skromny tryb życia i z zasady nie pił alkoholu. Tylko wyjątkowo pozwalał sobie na kieliszek wódki żołądkowej jako środka na bóle brzucha, które miewał na skutek zatrucia gazem bojowym w czasie pierwszej wojny światowej.

*

Kampania wyborcza miała się ku końcowi.

Z dużym bagażem doświadczeń wróciliśmy do Monachium. Przemierzyliśmy 12 tys. km – dystans, którego w tak krótkim czasie nie miałem już w późniejszym życiu ponownie pokonać. Po przybyciu do Monachium zdrowy już Schreck powiadomił mnie, że ta kampania wyborcza była moim okresem próbnym. Hitler powiedział mu, że jest ze mnie jako kierowcy zadowolony. Zadanie, które miano mi przydzielić, polegało na obwożeniu Hitlera po Monachium i okolicach. Poza tym miałem wciąż prowadzić samochód dla gości na dłuższych trasach.

*

W 1932 roku przemierzyłem ponad 120 tys. km. W dzień i w nocy objeżdżaliśmy przeróżne niemieckie krainy. Wiele pięknych przeżyć ubogaciło mnie w czasie odbytych wtedy podróży. Nigdy nie miałem wrażenia, że podróżuję z „przełożonym”, lecz raczej ze starszym ode mnie przyjacielem, który traktował mnie po ojcowsku. Adolf Hitler praktycznie nie rozmawiał ze mną o polityce, jednak mogłem udać się do niego z wszelkimi osobistymi bolączkami i zgryzotami. Dla wszystkiego znajdował zrozumienie i chętnie słuchał. Zawsze zważał na to, żebyśmy my, kierowcy, byli goszczeni i podejmowani jak najlepiej. Hitler zawsze podkreślał: „Kierowcy i piloci to moi najlepsi przyjaciele! Powierzam im swoje życie!”.

*

Rozpoczęła się nowa kampania wyborcza. W ciągu czternastu dni Hitler przemawiał w około 50 miejscach. Coraz częściej trasa podróży wiodła wzdłuż i wszerz całych Niemiec. Aby w miarę szybko pokonywać większe odległości i zdążać na kolejny wiec, po raz pierwszy użyto samolotów.

Ciągłe prowadzenie samochodu na długich trasach było ponad siły Juliusa Schrecka. Podzielono zatem kraj na dwa rejony. Schreck przejął Niemcy północno-zachodnie, zaś mnie przypadła w udziale reszta kraju.

*

Tak mijały lata.

Nawet gdy Adolf Hitler został kanclerzem Rzeszy, jego stosunek do mnie nie zmienił się ani trochę. Towarzyszyłem mu we wszystkich podróżach krajowych i zagranicznych, w samolotach, pociągach i na statkach. Kiedy nie prowadziłem akurat samochodu, miałem przywilej przebywania w jego bezpośredniej bliskości w roli gościa.

Rankiem 16 maja 1936 roku zostałem wezwany do monachijskiego mieszkania Adolfa Hitlera przy Prinzregentenplatz. Zastałem go tam wyraźnie zasmuconego i poruszonego. W kilku słowach przekazał mi wiadomość o nagłej śmierci swojego wieloletniego lojalnego towarzysza Juliusa Schrecka.

Ze skutkiem natychmiastowym powołał mnie następnie na jego następcę. Równocześnie mianowany zostałem szefem floty automobilowej Führera i awansowany do rangi Sturmbanhnführera SS. Przejąłem wszystkie prawa i obowiązki mojego poprzednika. Jego nagła śmierć głęboko mnie poruszyła. Od pierwszego dnia naszej znajomości był moim serdecznym towarzyszem, któremu wiele zawdzięczałem.

O chorobie, na którą zapadł podczas podróży z Berlina do
Monachium, nic nie wiedziałem. Natychmiast po przybyciu do Monachium trafił do szpitala z ciężkim zapaleniem opon mózgowych i wkrótce potem zmarł. W ten oto sposób los nie dał mi nawet okazji, aby się z nim pożegnać.

Dla mnie samego rozpoczął się okres trudny i – zważywszy na mój młody wiek – szczególnie odpowiedzialny. Zawsze i wszędzie musiałem być dyspozycyjny. Niemal zapomniałem, co to znaczy mieć wolny czas. Wymagano ode mnie coraz więcej. Należało wyprodukować nowe pojazdy. Garaże były zbyt małe. Trzeba było zatrudnić mechaników i innych fachowców. Musiałem się też uporać z korespondencją, co zajmowało mi dużo czasu po godzinach pracy.

Adolf Hitler obdarzał mnie wielkim osobistym zaufaniem. Wymagał jednak również, abym wykonywał jego polecenia dokładnie i na czas.

Zaufanie Hitlera oczywiście pobudzało moje ambicje. Nadzorowanie budowy nowych samochodów sprawiało mi przyjemność. Pod moim nadzorem i w ścisłej współpracy z zakładami Daimler-Benz powstawały nie tylko auta Führera, lecz również samochody terenowe przeznaczone na manewry, wykorzystywane później na górskich drogach i mające w przyszłości zdać egzamin na wojnie.

Pewnego razu na polecenie Hitlera oddałem do dyspozycji Górskiego Pogotowia Ratunkowego w Berchtesgaden samochód testowy produkcji Daimlera-Benza. Chodziło o ratowanie dwóch wspinaczy zaginionych w Watzmann. Akcja powiodła się jedynie dzięki zastosowaniu tego właśnie auta. W efekcie podjęto decyzję o budowie kolejnych pojazdów tego typu i przekazaniu ich ratownikom.

Pod moim nadzorem powstawały też specjalne wersje samochodów wyposażone w zmodyfikowaną karoserię, przeznaczone na prezenty od mojego przełożonego dla przywódców innych państw. Co chwilę musiałem jeździć do fabryki i kontrolować, czy zostały uwzględnione wszystkie szczegółowe instrukcje. Rzadko miałem na to więcej niż jeden dzień, musiałem więc ciągle zarywać noce, żeby być na bieżąco z moimi pozostałymi zadaniami. Hitler ciągle domagał się raportów na temat postępu prac nad samochodami, wykazywał też ogromne zainteresowanie wszelkimi technicznymi nowinkami.

Kiedy nadarzyła się okazja, zaproponowałem mu, by kazał dla siebie zbudować wóz opancerzony. Natychmiast odrzucił mój pomysł. Przecież ze strony Niemców nic mu nie groziło! Mało też prawdopodobne, by obce mocarstwa podjęły próbę dokonania zamachu na jego życie! Hitler był przekonany, że za granicą zdają sobie sprawę, jak bardzo jest potrzebny dla rozwoju Europy.

*

Wybuch wojny mnie zaskoczył. Jako szef floty automobilowej Führera nie byłem na to w żadnej mierze przygotowany. Teraz dzień i noc myślałem już tylko o samochodzie opancerzonym. Choć Hitler go nie chciał, w 1939 roku nakazałem na własną odpowiedzialność budowę otwartego auta tego typu, które poza opancerzeniem nie różniło się od pojazdów cywilnych.

O środki na finansowanie budowy zwróciłem się do Martina Bormanna, odpowiedzialnego za budżet parku maszynowego, ale odmówił pokrycia kosztów, ponieważ wiedział, że Hitler uważał opancerzenie za zbyteczne. Byłem zatem zmuszony rozejrzeć się za zamożnymi przyjaciółmi, aby móc sfinansować powstanie wozu.

8 listopada 1939 roku w monachijskim Bürgerbräukeller dokonano nieudanego zamachu na Hitlera. Dzięki temu nadarzyła się wreszcie sposobność powiadomienia mego przełożonego o istnieniu opancerzonego samochodu.

W drodze z berlińskiego dworca kolejowego Anhalter do Kancelarii Rzeszy udało mi się przekonać go, by zechciał chociaż obejrzeć samochód. Po przybyciu do kancelarii natychmiast nakazałem wyprowadzić limuzynę na dziedziniec. Hitler oglądał wóz z dużym zadowoleniem, podczas gdy ja objaśniałem mu z detalami wytrzymałość opancerzenia. Szyby wykonane były z wielowarstwowego szkła o grubości 45 mm, do budowy pancerza bocznego posłużyła specjalna hartowana płyta o grubości 3,5-4 mm, zaś podłoga z płyt o grubości 9-11 mm chroniła pasażerów na wypadek eksplozji min i bomb. Limuzyna była zatem zabezpieczona przed wszystkimi możliwymi rodzajami broni ręcznej, a także przed ładunkami dynamitu do 0,5 kg.

„W przyszłości będę już jeździł tylko tym samochodem, bo nie wiem, jaki kretyn znowu spróbuje rzucić mi bombę prosto pod koła” – w te oto słowa Hitler z uśmiechem zwrócił się do Bormanna. W tej sytuacji Bormann poczuł się zmuszony po fakcie opłacić budowę mojego samochodu.

*

Krótko potem pojechałem z Hitlerem volkswagenem na nocną przejażdżkę po stolicy Rzeszy bez ochrony. Lubił on nocne wypady, gdyż pozwalały mu w spokoju incognito śledzić i kontrolować postępy w rozbudowie Berlina.

Choć nie jest i nie może być celem moich pamiętników rozważanie zagadnień natury politycznej, rozmowa, którą odbyliśmy tamtej nocy, na zawsze utkwiła w mojej pamięci. Gdy zatrzymaliśmy się przed znajdującym się podówczas w budowie Haus des Fremdenverkehrs przy Potsdamer-Brücke, Hitler powiedział mi: „Szkoda, że mamy wojnę. Berlin i wiele innych miast mogłoby w ciągu paru lat zostać zmodernizowanych”.

Nowy opancerzony samochód zrobił wielkie wrażenie na moim szefie. Natychmiast otrzymałem polecenie, by zamówić jeszcze kilka takich pojazdów. Za szczególny sposób docenienia mojego trudu uznałem to, że uzyskałem prawo do osobistego przekazywania tych limuzyn w prezencie głowom państw.

*

Tak oto w grudniu 1941 roku podarowałem otwartego opancerzonego Daimler-Benza 150 marszałkowi Finlandii, baronowi Carlowi Gustafowi von Mannerheimowi. Podczas pobytu w Finlandii zwróciłem uwagę na kłopoty żywnościowe mieszkańców. Po powrocie do głównej kwatery Führera w Rasteburgu w Prusach Wschodnich zwróciłem uwagę kanclerza Rzeszy na braki w zaopatrzeniu w tym kraju. Polecił on wówczas przekazanie rządowi Finlandii 50 tys. ton zboża.

Z okazji 75 urodzin marszałka Finlandii otrzymałem niespodziewanie zadanie dostarczenia trzech wozów terenowych. W najkrótszym możliwym czasie udało mi się dostać je od firmy Steyr. Po załadowaniu na prom w Szczecinie przewieziono je do Finlandii. W dniu urodzin Mannerheima Adolf Hitler wylądował na jednym z fińskich lotnisk. Dostarczyłem wówczas limuzyny, zaś Hitler przekazał je marszałkowi w prezencie.

*

Kiedy w styczniu 1942 roku przywódca Rumunii, Ion Antonescu, chorował na ciężką grypę, dotarłem opancerzoną limuzyną do Bukaresztu. O moim przybyciu powiadomiła go ambasada Niemiec. Mimo ciężkiej choroby następnego dnia przyjął on ode mnie wóz jako podarunek od Adolfa Hitlera.

*

Częste wizyty w Niemczech króla Bułgarii Borysa III wiele osób do dziś zachowało w pamięci. Nie tylko miałem szczęście poznać go osobiście, lecz również mogłem się cieszyć jego szczególną przychylnością. Król Borys często zapraszał mnie, bym odwiedził go w Bułgarii. Niestety, obowiązki służbowe nigdy nie pozwoliły mi z tego skorzystać. Ucieszyłem się więc, gdy otrzymałem polecenie przekazania opancerzonego samochodu również królowi Bułgarii.

Kiedy przybyłem do Sofii, przez niemieckie poselstwo dowiedziałem się, ku mojemu wielkiemu przerażeniu, że król Borys jest ciężko chory. Wrócił przegrzany z wycieczki w góry, nawdychawszy się zimnego powietrza, i natychmiast udał na naradę. Już podczas samego spotkania pojawiły się pierwsze symptomy choroby. Następnego dnia król nie mógł już wstać z łóżka, a wkrótce potem zmarł.

Pozostałem tam jeszcze przez tydzień, aż do jego pogrzebu, który odbył się w Sofii.

Miesiąc później samochód od Hitlera przekazałem bratu króla, regentowi księciu Kiryłowi.

Za długo by trwało, gdybym miał wyliczyć wszystkich dzisiaj szkalowanych lub potępianych przywódców państw oraz osobistości świata polityki tamtych lat, którym przekazałem opancerzone limuzyny. Należeli do nich premier Norwegii Vidkum Quisling, jak również przywódca Jugosławii. Czy także generał Franco wciąż jeszcze jeździ samochodem, który niegdyś kazałem mu dostarczyć?


Berghof

Kiedy na Wielkanoc 1932 roku po raz pierwszy wyruszyłem na Obersalzberg, dotarcie tam było bardzo mozolnym zajęciem. Zalegający śnieg sprawiał, że nie dało się wjechać na szczyt samochodem. Do przewiezienia bagażu trzeba było wynająć sanie i powoli wdrapywać się za nimi. Jedynie doktora Josepha Goebbelsa zawieziono tam z powodu bólu nogi zaprzęgiem konnym, ale już jego żona i syn musieli iść pieszo.

W tamtym czasie dom Wachenfeld na Obersalzbergu nie był jeszcze własnością Hitlera, dopiero co wynajął go od niejakiej pani Winter, która dostała ten dom od męża na urodziny i nazwała swoim panieńskim nazwiskiem. Wachenfeld nie był duży, tak że niewiele osób mogło przebywać w nim równocześnie. Kiedy w odwiedziny przyjeżdżało więcej znajomych lub pracowników, musieli oni udawać się do hoteli albo wynajmować kwatery w pensjonacie Platterhof.

Zachwycałem się cudownym krajobrazem regionu Berchtesgaden i czas tam spędzony był dla mnie zawsze czasem odpoczynku.

Dom prowadziła przyrodnia siostra mojego przełożonego, pani Raubal. Dobrze gotowała i wiedziała, jak wszystkim nam uprzyjemnić życie.

Kiedy w 1933 roku książka Mein Kampf osiągnęła wyższą sprzedaż, znalazły się środki na zakup domu Wachenfeld. Hitler sam sporządził plany, według których miał on zostać gruntownie przebudowany. Dom Wachenfeld zamienił się w końcu w Berghof.

Obersalzberg nagle stał się modny. Wszędzie powstawały nowe budowle. Mieszkał tu nie tylko Hitler, również Martin Bormann zdecydował się skorzystać z okazji i postawić tam dom dla siebie.

Hitler chciał być sam, ponieważ kochał samotność. Dlatego wokół swojej posiadłości nakazał postawić płot. Kiedy Bormann skończył budowę domu w pobliżu Berghofu, usiłował namówić Hitlera na rozebranie płotu, jednak nie udało mu się to.

Mój przełożony oświadczył, że na tym kawałku ziemi, za który zapłacił z własnej kieszeni, ma zamiar robić, co mu się żywnie podoba.

Jesienią 1936 roku pani Raubal opuściła Berghof, a wkrótce potem wyszła za profesora Hamitscha, który pod koniec wojny w randze oficera zginął na froncie.

Od jej odejścia aż do początku wojny w Berghofie przebywały różne starsze panie pełniące rolę zarządczyń lub gospodyń. Żadna nie potrafiła poradzić sobie z chorobą wysokościową, dlatego szybko odchodziły ze służby.

Po wybuchu wojny obowiązki gospodyni Berghofu przejęła Ewa Braun. Do pomocy przydzielono jej młode małżeństwo, które przy okazji zajmowało się drobnymi naprawami w obejściu.

Na długo, zanim zostałem zatrudniony u Hitlera, poznał on Ewę Braun w zakładzie fotograficznym Heinricha Hoffmanna w Monachium, gdzie pracowała. Ponieważ na firmie Hoffmanna spoczywało zadanie oceny całego materiału fotograficznego, który dotyczył Hitlera, miał on tam sporo do roboty. Stopniowo między Ewą Braun a Hitlerem zawiązała się przyjaźń, która jednak dopiero w 1936 roku przybrała postać bardziej trwałą.

Kiedy jedna z jej przyjaciółek przez krótki czas przebywała wraz z dwojgiem dzieci w Berghofie, stało się to pożywką dla plotek, jakoby Ewa Braun była matką dzieci Hitlera. Ewa Braun uwielbiała dzieci swojej przyjaciółki. Dużo się z nimi bawiła i często robiła sobie z nimi zdjęcia.

Kiedy tylko było to możliwe, mój przełożony spędzał weekendy oraz, ma się rozumieć, również urlop na Obersalzbergu. Często odbywał ze swoimi gośćmi długie wędrówki po górach. Gdyby go wówczas spytano, jakie miejsce na Ziemi uważa za swoją ojczyznę, odpowiedź brzmiałaby na pewno: Obersalzberg. Obersalzberg w ciągu paru lat stał się bardzo popularny. Codziennie przybywały tysiące ciekawskich, którzy chcieli zobaczyć Hitlera. Kiedy Hitler został kanclerzem Rzeszy, Berghof służył mu także do celów reprezentacyjnych. Składali mu tu wizyty przywódcy państw, gościli królowie i książęta, ministrowie i dyplomaci. Do najczęstszych gości zagranicznych zaliczał się król Bułgarii, Borys.

Ochrona Obersalzbergu spoczywała w rękach Służby Bezpieczeństwa Rzeszy, która podlegała bezpośrednio Heinrichowi Himmlerowi. Służba Bezpieczeństwa (SD) powstała w 1933 roku jako siły specjalne policji, których celem było zapewnienie osobistej ochrony Hitlerowi, jego ministrom oraz gościom zagranicznym. Organizacja ta miała strukturę typowo policyjną. Pierwsi oficerowie, którzy zostali do niej zwerbowani, mieli już doświadczenie w pracy związanej z zapewnieniem bezpieczeństwa byłemu bawarskiemu premierowi Heldowi. Wielu z nich nie było ani w szeregach SS, ani w partii. Niektórzy pozostali do samego końca w bezpośrednim otoczeniu Hitlera, choć nigdy nie byli członkami NSDAP.

Rolę straży i gwardii reprezentacyjnej w czasie wizyt gości zagranicznych pełniła kompania Waffen-SS. Stacjonowała ona w koszarach na Obersalzbergu i zmieniała swój skład co pół roku.

Wraz z wybuchem wojny życie na Obersalzbergu ucichło. Podczas wojny Hitler jeździł tam już tylko sporadycznie, a większość czasu przebywał w którejś ze swoich kwater głównych. Pozostała tam tylko Ewa Braun, aż do momentu, kiedy w marcu 1945 roku opuściła Berghof, by zakończyć życie u boku Hitlera w Berlinie.


Profesor doktor Theo Morell

Jedną z najbardziej osobliwych i kontrowersyjnych postaci wśród najbliższych współpracowników Hitlera był jego prywatny lekarz profesor doktor Theo Morell. Nie da się mówić o otoczeniu Hitlera, pomijając jego osobę, choć trudno mi oceniać jego wiedzę medyczną. Jednak jako osobisty lekarz Hitlera odniósł bezsporne sukcesy na polu medycyny, dlatego też jego wpływy były znaczne.

W 1938 roku fotograf prasowy Heinrich Hoffmann ciężko zachorował. Lekarze, którzy zajmowali się nim, zrezygnowali z dalszego leczenia, więc Hoffmann wpadł na pomysł, aby sprowadzić z Berlina Morella. W krótkim czasie nastąpiła poprawa stanu chorego, zaś kilka tygodni kuracji pod okiem doktora wystarczyło, by wrócił do zdrowia. Adolf Hitler był bardzo związany z Hoffmannem i czuł wdzięczność wobec lekarza. Zapraszał go do siebie, a także jako gościa zabierał w rozmaite podróże.

W krótkim czasie w środowisku osobistego personelu Hitlera zrodziło się coś na kształt antypatii wobec Morella. Nie byliśmy więc specjalnie zadowoleni z decyzji Hitlera o udziale doktora w podróżach w trakcie kampanii wyborczej, która miała miejsce po przyłączeniu Austrii. Morell nie piastował wówczas jeszcze żadnego urzędu, ale wszystkim nam utrudniał życie. Był nieporadny i powolny. Zdarzyło mu się nawet nie zdążyć na podstawiony dla niego samochód i przegapić wyjazd. Potem skarżył się Hitlerowi, że dla niego wszystko to dzieje się o wiele zbyt szybko.

Ponieważ Hitler obchodził się ze swoimi gośćmi niezwykle delikatnie i zawsze przywiązywał wielką wagę do tego, by dobrze się czuli, mieliśmy z powodu Morella sporo przykrości. Nie liczył się z nami w ogóle, toteż wkrótce stał się najmniej lubianym przez nas gościem.

Zjazdy zwoływano jeden za drugim. Pewnego razu dotarliśmy też do Innsbrucku. Nie było wystarczająco dużej sali, żeby pomieścić tłumy ludzi przybyłe z całego Tyrolu, więc zjazd musiał odbyć się pod namiotami. Nawet kiedy impreza się skończyła, zebrani ludzie wciąż jeszcze nie mieli dość. Chociaż wieczór był mglisty, a powietrze wilgotne, Hitler musiał co chwilę wychodzić z ciepłego pokoju na balkon. Jeszcze tego samego wieczoru dało się u niego zauważyć pierwsze objawy przeziębienia.

Posłano po towarzyszącego nam doktora Karla Branda, żeby postawił diagnozę. Po gruntownym przebadaniu powiedział on do Hitlera:

– Dla pana kampania wyborcza właśnie się zakończyła. Jutro nie wykrztusi pan już ani słowa.

Hitler był niezwykle zdenerwowany.

– To niemożliwe. Nie mogę wrócić, ot tak, do domu w samym środku kampanii wyborczej. To wykluczone, panie Brand!

Morell dowiedział się o nagłej chorobie i kazał zaanonsować się u Hitlera. Poprosił o możliwość przebadania gardła, po czym orzekł krótko:

– Jeśli będzie pan stosował się do moich wskazań, to jutro będzie pan zdrów.

Morell był oszczędny w słowach. Hitler miał od razu udać się do łóżka. Morell dał mu najpierw zastrzyk z witamin, po czym nakazał go inhalować za pomocą urządzenia specjalnie zakupionego w tym celu w aptece. Oprócz tego nieustannie zmieniano mu gorące okłady z oleju. Następnego ranka przeziębienie ustąpiło. Wieczorem Hitler znowu mógł przemawiać.

Po powrocie do Berlina mój przełożony zasugerował Morellowi, by wstąpił do niego na służbę w charakterze internisty. Morell przyjął propozycję i przekazał swoją prywatną praktykę w Berlinie zastępcy. Od tej pory należał on do najbardziej ścisłego otoczenia Hitlera i uczestniczył w niemal wszystkich naszych wyjazdach.

Morell jako lekarz był niewątpliwie osobą przyjazną i życzliwą. Zawsze gotowy do pomocy, nie robił wyjątków i było mu całkiem obojętne, czy miał leczyć oficera czy zwykłego żołnierza. Z czasem w ten właśnie sposób pozyskał sobie grono przyjaciół wśród średniego i niższego personelu. Z osobami wyższej rangi nie miał jednak dobrych stosunków. Prezentował pogląd, wedle którego był wyłącznie lekarzem. Nie pragnął zatem utrzymywać stosunków towarzyskich.

W przeciwieństwie do mojego przełożonego Morell był wielkim łasuchem, dla którego stół nigdy nie był zastawiony dość suto. Dawało to asumpt do wielu żartów i nierzadko bywało przyczyną kpin, ale Morell nic sobie z nich nie robił i odpowiadał tylko cierpko, że ważne, że jemu smakuje. W rzeczy samej jedzenie sprawiało mu przyjemność. Nie palił, nie pił, a i kobiety zdawały się go nie interesować.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.