Być chrześcijaninem. Poradnik ewangelicznego życia - Lorda, Juan Luis - ebook
Wydawca: Święty Wojciech Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2011

Być chrześcijaninem. Poradnik ewangelicznego życia ebook

Lorda, Juan Luis

5 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 317 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Być chrześcijaninem. Poradnik ewangelicznego życia - Lorda, Juan Luis

Książka Być chrześcijaninem to poszukiwanie celu i sensu życia. Ludzie pytają: Czy warto dziś być chrześcijaninem? Juan L. Lorda odpowiada krótko a mocno: Warto. A zarazem uczy, jak być nim dzisiaj. Podkreśla, że przede wszystkim trzeba być w pełni człowiekiem. Dopiero ten, kto odkrył i zrozumiał swoje człowieczeństwo, może oddać siebie Bogu.
Jako motto swojej nauki przyjmuje Lorda słowa Jana Pawła II: Kościół nie ma swojego gotowego projektu szkoły uniwersyteckiej, społeczeństwa, ma jednak projekt człowieka, człowieka nowego, odrodzonego przez łaskę (homilia adresowana do studentów, 5 IV 1979 r.).

Opinie o ebooku Być chrześcijaninem. Poradnik ewangelicznego życia - Lorda, Juan Luis

Fragment ebooka Być chrześcijaninem. Poradnik ewangelicznego życia - Lorda, Juan Luis









MOIM STUDENTOM

Kościół nie ma swojego gotowego projektu
szkoły uniwersyteckiej, społeczeństwa,
ma jednak projekt człowieka, człowieka nowego,
odrodzonego przez łaskę.

Jan Paweł II
Homilia do studentów, 5 IV 1979


WPROWADZENIE

Chwała Bogu na wysokości,
a na ziemi pokój ludziom, których sobie upodobał.

Święty Marek opowiada w swojej Ewangelii (12,28-30) o tym, jak pewnego razu zbliżył się do Pana pewien uczony w Piśmie i zapytał go, które przykazanie jest najważniejsze. Jezus odpowiedział mu: „Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz jest jedynym Panem. I będziesz miłował Pana Boga twego z całego serca twego, z całej duszy i ze wszystkich myśli, i ze wszystkich sił”.

Słowa Chrystusa zabrzmiały z pewnością bardzo swojsko w uszach tych wszystkich, którzy Go wówczas słuchali, jako że chodzi tu o fragment Prawa Mojżeszowego (Pwt 6,4), a Żydzi mieli zwyczaj recytować go jako modlitwę przynajmniej dwa razy dziennie. Mimo to sam fakt, że uczony w Piśmie postawił takie pytanie – Święty Mateusz zaznacza, że chciał on Jezusa wypróbować (Mt 23,35) – wskazuje, że odpowiedź mogła być inna lub też że nie wszyscy odpowiedzieliby na nie tak samo.

Wówczas, podobnie jak i dzisiaj, to przykazanie – pierwsze i najważniejsze – w niefortunnej odpowiedzi mogło pozostać niezauważone. Otóż nie jest wcale rzeczą łatwą stawiać je na pierwszym miejscu w codziennym życiu – musi rywalizować z tyloma małymi i wielkimi troskami, które pochłaniają naszą uwagę. Być może nigdy się nie zatrzymaliśmy, by pomyśleć, jak niesłychanie wielkie wymagania niosą z sobą te słowa, których nauczyliśmy się jeszcze w dzieciństwie: „będziesz miłował Pana Boga twego z całego serca twego, z całej duszy i ze wszystkich myśli, i ze wszystkich sił”.

Fakt, że słyszymy je z ust Chrystusa, wydaje się nadawać im specjalne znaczenie, a dla nas, chrześcijan, nabiera przede wszystkim rangi Pierwszego Przykazania, to znaczy staje się tym, czego Bóg nade wszystko od nas oczekuje. Taki jest bowiem podstawowy wymóg i zasada chrześcijańskiego życia: kochać Pana Boga ze wszystkich sił duszy i ciała.

To pierwsze przykazanie pojawia się w nierozerwalnej łączności z drugim: „Miłuj bliźniego swego jak siebie samego” (Mk 12,31; por. Kpł 19,18). W odpowiedzi danej owemu uczonemu w Piśmie Chrystus chciał je połączyć. Później potwierdził je z mocą, dając nowe przykazanie, w którym prosił swoich uczniów, aby się miłowali tak, jak On ich umiłował; to znaczy nie tylko jak samych siebie, lecz taką niezmierną miłością, jaka przepełniała serce Jezusa, który był Bogiem.

Jak zdobyć się na taką miłość? Jakim sposobem za życia umiłować Boga ze wszystkich sił, a bliźniego jak siebie samego, a nawet bardziej, pokochać go miłością Bożą? Chodzi nie tylko o to, by żywić uczucia pewnej sympatii, upodobania czy nawet życzliwości, ale o miłość, która koncentrowałaby wszystkie siły ludzkiej natury. Lecz czy jesteśmy zdolni tak pokierować wszystkimi naszymi siłami, by połączyły się w miłość równie absolutną?

Odpowiedź jest pozytywna, a potwierdza ją doświadczenie wielu ludzi, którzy na przestrzeni wieków usiłowali taką miłość osiągnąć – ona jest możliwa, lecz nie drogą improwizacji. Nie jest ona jednodniowym uniesieniem; i by ją wykrzesać, nie wystarczy decyzja jednej chwili, nawet najbardziej stanowcza – taka miłość jest dziełem całego życia. Jedynie cierpliwy, nieustannie ponawiany i przemyślany wysiłek oraz Boża pomoc uzdalniają do tego, by miłować Boga ponad wszystko, a bliźniego jak siebie samego.

Ta zdolność miłowania zakłada nadzwyczajną koncentrację sił i ogarnia wszystkie poziomy ludzkiej natury. Tradycja chrześcijańska nazywa ten stan świętością: „W nim wybrał nas przed stworzeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani w Jego obecności, w miłości” (Ef 1,4). Czyni ona człowieka podobnym do samego Boga: „Każdy, kto miłuje, z Boga się narodził i zna Boga. Kto nie miłuje, nie poznał Boga, ponieważ Bóg jest miłością. (…) Bóg jest miłością, a kto trwa w miłości, ten trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim” (1 J 4,7-8.16).

Świętość, której Bóg oczekuje od człowieka, jest w dużej mierze czystym darem od Niego – łaską otrzymywaną za pośrednictwem Jezusa Chrystusa. „Na tym zaś polega miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, lecz że On nas umiłował i posłał swego Syna” (1 J 4,10). Uświęcanie się zależy jednak również od wysiłku człowieka, który cierpliwie usiłuje przezwyciężać swoje ograniczenia, zwiększać swoje zdolności i tak koncentrować swoje siły, aby każdego dnia kochać więcej i doskonalej.

Już od bardzo dawna tradycja chrześcijańska posługuje się bardzo szczęśliwym porównaniem, pozwalającym zilustrować ten proces. Jego fundament stanowi wspaniała teofania (objawienie Boga), która dokonała się na górze Synaj i w której Bóg ustanowił, poprzez Mojżesza, uroczyste przymierze z narodem izraelskim (Wj 19,1-24,18). Księga Wyjścia opisuje, jak chwała Boża okryła szczyt góry. Mojżesz wszedł tam, aby rozmawiać z Bogiem „twarzą w twarz, tak jak się rozmawia z przyjacielem” (Wj 33,11; por. Pwt 34,10). Tym razem Bóg powierzył Mojżeszowi całość przepisów moralnych i rytualnych, które miały stanowić zaczątek religii żydowskiej; wśród nich Dekalog. Zanim Bóg się objawił, Izraelici musieli poddać się wielkiemu oczyszczeniu (Wj 19,14-15). Ponadto nie pozwolono nikomu, kto był nieczysty, przekroczyć wytyczonych granic góry (Wj 19,21-22).

Starożytni pisarze chrześcijańscy, jak np. Orygenes czy Święty Grzegorz z Nyssy, widzieli we wstąpieniu Mojżesza na górę obraz wysiłku oczyszczenia, którego powinien dokonać chrześcijanin, aby stać się zdolnym do kontemplowania i kochania Pana Boga. Święty Jan od Krzyża używa tego samego obrazu, jakkolwiek woli nazywać swoją górę Karmelem, na cześć patronów zakonu karmelitańskiego. Podobnie jak wstąpienie na górę, uświęcenie jest procesem, dokonującym się dzięki uporządkowanemu wysiłkowi, postępowaniu krok za krokiem w kierunku szczytu. Właśnie dlatego ten proces oczyszczania, doskonalenia został nazwany ascetyką lub też ascezą – słowo to pochodzi z języka greckiego, a oznacza po prostu wysiłek lub ćwiczenie. Nie trzeba jednak od razu myśleć o jakiejś strasznej, wyczerpującej wspinaczce. Ani Synaj, ani Karmel nie są szczytami bardzo wysokimi i wiodą na nie również proste ścieżki. Najważniejsze – jak podczas górskiej wycieczki – aby wspinać się powoli, smakować widoki ukazujące się na horyzoncie, wdychać aromatyczną woń roślin, chłonąć rozległy błękit nieba i świeżość wiatru. I tak jak podczas wyprawy – przewidziane są chwile odpoczynku i regeneracji sił. Wspinaczka wymaga wyrzeczeń, lecz jej piękno rekompensuje nasz wysiłek. A chrześcijaninowi zdobycie szczytu pozwala kontemplować nie tylko cudowne pejzaże, ale i samego Boga.

Jeśli w tej wspinaczce chcemy uczynić jakikolwiek krok przybliżający nas do szczytu, to rzeczą nieodzowną jest łaska Boża. Bóg udziela jej w sposób hojny i tajemniczy. Może prowadzić chrześcijanina ku kontemplacji po drogach nowych i nieprzewidzianych. A każdego człowieka obdarza nią w inny sposób. Bardzo ważną rzeczą jest liczyć na tę pomoc. Wspinanie się na własny rachunek – z pominięciem Pana Boga – przyniesie jedynie wyczerpanie. Jego rezultatem będzie nie tyle świętość chrześcijańska, która zakłada głęboką równowagę możliwości i zdolności, co raczej osobowość niezrównoważona. Człowiek opanowany pychą mógłby rozpocząć swoją wspinaczkę, licząc tylko na siebie – i może wspiąłby się nawet na pewną wysokość, lecz daleko byłoby mu od szczytu, ponieważ tą drogą się nań nie dotrze. W przypadku chrześcijanina jest inaczej – on, zbliżając się do szczytu, coraz bardziej miłuje Pana Boga, podczas gdy ten drugi kocha jedynie samego siebie.

Chodzi więc o wspinanie się. Lecz czym jest w rzeczywistości ta wspinaczka w życiu człowieka? Co sprawia, że człowiek staje się lepszy, niż był dawniej? Kiedy stawiamy sobie te pytania, zaczynamy powoli wchodzić w cudowny świat naszego wnętrza; przestrzeń o wiele bardziej pasjonującą niż wszechświat materialny, którego piękna zaledwie dotykamy. Każdy człowiek kryje w sobie niezmierzone bogactwo, które jak ziarno oczekuje na rozwój. Jedynie ci, którzy weszli w świat ducha, wiedzą z własnego doświadczenia, że ten świat istnieje – i w pewien sposób już otworzyli się na niego. Jest to świat, którego nie można zobaczyć z zewnątrz, choć pewne jego zewnętrzne przejawy pociągają i zaskakują.

Człowiek, który rozwija swój świat wewnętrzny, przedstawia się niezwykle atrakcyjnie. Podziw budzi spokojna rześkość, z jaką działa, harmonijność ruchów jego ciała, subtelność i pewność w podejmowaniu decyzji, serdeczna i zarazem silna wola, wewnętrzny pokój i radość, to, że potrafi odnaleźć się w każdej sytuacji, rezygnować z tego, co zbędne, bez popadania w smutek, a nawet bez skargi znosić brak tego, co konieczne, przeciwności przyjmować z dobrym humorem, a uśmiechy losu z prostotą. Życie nabiera w tych ludziach takiej głębi, jakiej w innych nie znajdziemy. Podczas gdy w innych wydaje się płynąć i nie pozostawiać jakiegokolwiek śladu, w tych osiada i akumuluje się, gromadzi i rośnie. W każdej kulturze bywali ludzie przejawiający głęboką mądrość życiową. Współczesna kultura zachodnia szukała ostatnio tego światła na Wschodzie, który oferuje nam techniki koncentracji i rozwoju wewnętrznego, praktykowane tam od stuleci. Niekiedy przejmowano tylko ich najbardziej egzotyczne aspekty, zapominając przy tym, że także nasza tradycja posiada przebogate doświadczenia ludzkiego wnętrza. Klasyczne wykształcenie grecko-rzymskie polegało zasadniczo na przedstawieniu nowym pokoleniom przykładów najdonioślejszych czynów odwagi, miłości ojczyzny, synowskiej czci i szacunku dla bohaterów narodowych. Tę życiową mądrość wzbogaciło Objawienie chrześcijańskie, które wniosło, oprócz głębokiej znajomości istoty ludzkiej, nowy projekt człowieka – Jezusa Chrystusa – i siłę konieczną do tego, aby żyć według zaproponowanego projektu: łaskę Bożą.

Wewnętrzny wzrostu człowieka opiera się na pewnej osobliwości ducha: wszystkie dobrowolne akty pozostawiają ślad. Człowiek działając, uczy się działać. Widać to na poziomie elementarnym, gdy nabywa on konkretnych umiejętności. Każdy pewnie spotkał ludzi bardzo zręcznych – nie tylko żonglerów, lecz także cieśli, rzemieślników, sportowców, muzyków. Wszystkich ich łączy to, że potrafią z łatwością i perfekcyjnie wykonać pewne czynności, które dla nas byłyby niemożliwe lub co najmniej bardzo trudne. I wszyscy opanowali te umiejętności (zrobienie szafy, skok o tyczce, grę na harfie) w taki sam sposób: wielokrotnie powtarzając te same czynności. Nierzadko – ćwicząc po wiele godzin dziennie przez wiele dni w roku.

Taka jest właśnie złota zasada kształcenia ducha: powtarzanie. A ponieważ każdy nasz czyn pozostawia ślad, wielokrotne powtarzanie tej samej czynności wyznacza ostatecznie ślad bardzo głęboki. Nie dzieje się to jedynie na tym niższym poziomie, na którym – mówiąc w uproszczeniu – staramy się „przyzwyczaić ciało” do pewnej czynności, tak jak przyzwyczajamy palce do gry na harfie, lecz także wówczas, kiedy w grę wchodzi „przyzwyczajenie ducha” do określonego działania. Dobrym przykładem jest tu sytuacja, dotykająca większą część ludzkości: poranne wstawanie. Prawie wszyscy doświadczają skutków lenistwa, któremu ulegają w chwili wstawania, zwłaszcza ludzie młodzi, dla których jest to bardzo częste doświadczenie. Jeśli na dźwięk budzika natychmiast się podnosisz, wyrabiasz w sobie zwyczaj wstawania – i (z wyjątkiem przypadków skrajnego zmęczenia) za każdym razem staje się to łatwiejsze. Natomiast jeśli pewnego dnia pozostaniesz w łóżku kilka minut dłużej, następnego dnia opuszczenie go będzie cię kosztowało więcej wysiłku; a jeśli kolejnego dnia znowu ulegniesz, będzie jeszcze trudniej. Aż przyjdzie poranek, kiedy w ogóle nie usłyszysz budzika.

Zarówno dobre, jak i złe działania kształtują zwyczaje i skłonności ducha, tzn. nawyki. Dobre nazywane są cnotami, a złe wadami. Dobrym zwyczajem ducha jest np. umiejętność podejmowania rozważnych decyzji, poprzedzona dobrą oceną wszystkich czynników. Natomiast wada będąca przeciwieństwem tej cnoty to lekkomyślność, która przejawia się bezmyślnym podejmowaniem decyzji i częstym ich zmienianiem. Coś, co nazywamy „siłą woli”, nie jest niczym innym jak sumą dobrych nawyków, wykształconych przez wielokrotne powtarzanie wielu czynności, które mają ten sam cel.

Dzięki dobrym nawykom – cnotom – życie duchowe staje się rozumne. Wady rozpraszają siły człowieka, podczas gdy cnoty je koncentrują i oddają na służbę ducha. Człowiek leniwy może i miewa wspaniałe postanowienia, lecz jest niezdolny do ich wypełnienia. Jego duch zostaje pokonany przez lenistwo, przez wewnętrzny, zniewalający opór, który udaremnia działanie. Każdy uczeń doświadcza głęboko tej walki – napięcia pomiędzy tym, czego zamierza się nauczyć, a tym, co potem rzeczywiście przestudiuje. To zadziwiające, ale samo postanowienie nie wystarczy, by czegoś dokonać: jakże trudno jest przestać palić albo przestrzegać diety odchudzającej! Decyzja bowiem to za mało.

Jedynie poprzez wysiłek – przez wielokrotne powtarzanie czynności, które niewiele kosztują – osiąga się niezbędne panowanie nad samym sobą. Osoba, która wykształciła w sobie odpowiednie cnoty, jest zdolna np. odmówić sobie zjedzenia tego, czego jeść nie powinna, choćby miała na to ogromną ochotę; pracować, mimo że jest bardzo zmęczona; i nie obraża się z powodu błahostki. W działaniu takiej osoby górę bierze rozsądek: potrafi ona – przynajmniej do pewnego stopnia – zmobilizować się i zrobić to, co zrobić powinna. Kto zaś nie wykształcił w sobie cnót, jest niezdolny – także do pewnego stopnia – do czynienia tego, czego pragnie. Podejmuje wprawdzie decyzje, ale ich nie wypełnia. Dlatego nie potrafi dokonać tego, co sobie wcześniej założył: nie wykonuje tego, co zamierzył, ani nie urzeczywistnia tego, co sobie postanowił.

Wszystko to sprawia, że osoba obdarzona cnotami jest o wiele bardziej wolna niż ta, która ich nie posiada. Potrafi bowiem realizować swoje postanowienia – do czego osoba pozbawiona cnót jest niezdolna. Kto nie posiada cnót, nie może decydować za siebie – coś decyduje za niego. Być może robi – jak to określa hiszpański katechizm – „to, na co ma ochotę”. Ale ochota nie jest tym samym co wolność. Ona jest jak chorągiewka, musi ustawić się tak, jak chce tego wiatr. Człowiekowi leniwemu może się wydawać, że nie wykonuje jakiejś pracy, ponieważ mu się „nie podoba” albo „nie ma ochoty” – i podnosi do rangi wolności to, co w rzeczywistości jest zniewoleniem. Jeśli nie pracuje w tej chwili, to nie dlatego, że ćwiczy swoją wolność, lecz dlatego, że nie jest zdolny pracować. Dowodem na to jest fakt, że „ochota” z zadziwiającą stałością zmierza w tym samym kierunku. Osobę, która przyzwyczaiła się jeść za dużo, „ochota” prowadzi dzień za dniem do coraz większego obżarstwa, a rzadko skłania do zachowania postu. Człowieka leniwego prowadzi do zaniedbywania pracy, natomiast rzadko skłania go do nadzwyczajnych wyrzeczeń.

Cnoty pozwalają uporządkować myśli, panować nad wolą i wszelkim działaniem. Cnoty skupiają siły człowieka – dzięki nim potrafimy koncentrować swoje wysiłki na wybranym celu. W języku łacińskim słowo „cnota” (virtus) powiązane jest ze słowami „człowiek” (vir) i „siła” (vis). Cnoty są wielką siłą człowieka – nawet słabego fizycznie. Tylko ten, kto wykształcił w sobie cnoty, jest zdolny żyć w zgodzie ze swoimi zasadami, nie rezygnując z nich na każdym kroku, z powodu niewielkich nawet trudności czy przeciwności losu.

Natomiast nawet małe uchybienia w tym, co robimy – przyzwyczajenie się do niewykonywania rzeczy na czas lub wykonywania ich nie tak, jak powinny być wykonane – osłabiają charakter i czynią nas niezdolnymi do życia zgodnego z naszymi ideałami. Są małymi zniewoleniami, które prowadzą do ukształtowania się przeciętnej osobowości.

Jest więc rzeczą oczywistą, że po to, aby kochać Boga nade wszystko, aby Go miłować całym sercem, całą duszą, całym umysłem, ze wszystkich sił, potrzebne są cnoty. I tylko ten, kto je posiada, zdoła wypełnić to przykazanie. Takie jest właśnie zamierzenie ascetyki: kształtować cnoty konieczne do tego, by zjednoczyć wszystkie siły w miłości do Boga i bliźniego.

Już wcześniej zauważyliśmy, że ascetyka chrześcijańska pod wieloma względami różni się od innych. Najważniejsza różnica: wzorem człowieka jest tutaj Jezus Chrystus. Może się to wydawać skomplikowane, skoro nie możemy na własne oczy oglądać tego, co On czynił. Wiele się jednak od Niego nauczymy, jeśli choć z odrobiną uwagi będziemy czytać Ewangelię. Ale nie w tym tkwi sedno sprawy. Chrześcijanin nie tylko stawia sobie Jezusa Chrystusa za przykład, lecz dąży do utożsamienia się z Nim, myśląc o tym, o czym On myślał, przyjmując te same kryteria postępowania, które On przyjmował, czyniąc tak, jak On by uczynił, jeśli znalazłby się w naszym położeniu. Dlatego oblicze Pana ukazują nam również – pośrednio – święci, ludzie, którzy osiągnęli wyjątkową bliskość z Bogiem.

To utożsamianie się jest po części świadome – kiedy usiłujemy działać tak, jak nam się wydaje, że Chrystus by postąpił – i po części nieświadome, ponieważ przyczynia się do niego, w sposób spontaniczny, działanie Boga – Jego łaska. Święty Paweł wyraża tę tajemnicę na wiele sposobów, a zwłaszcza wówczas, kiedy w swojej ludzkiej i chrześcijańskiej dojrzałości może zawołać: „Z Chrystusem jestem współukrzyżowany. Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,19-20). I radzi Efezjanom: „aby Chrystus zamieszkał w waszych sercach przez wiarę, zakorzeniając i ugruntowując w was miłość. Wtedy będziecie mogli wraz ze wszystkimi świętymi zgłębić swoim umysłem Szerokość i Długość, Wysokość i Głębokość oraz poznać miłość Chrystusa, która przewyższa wszelką wiedzę, i osiągnąć całą pełnię darów Bożych” (Ef 3,17-19). Ta identyfikacja z Chrystusem jest metą ascetyki chrześcijańskiej.

Treść niniejszej książki została podzielona na dwie części. W pierwszej mowa jest o sposobie nabywania cnót, które pozwalają udoskonalić działanie i dojść do umiłowania Boga ponad wszystko. W drugiej natomiast zostały przedstawione pewne rysy życia Chrystusa, które chrześcijanin powinien starać się świadomie naśladować.

Książka ta nie jest, ściśle rzecz biorąc, „metodą ascetyki”. Usiłuje jedynie dostarczyć pewnych wskazań, które pomogą uczynić pierwszy krok w wędrówce na szczyt. Niezbędne jest przy tym jedno spostrzeżenie. Wspomniałem już o realnej różnicy pomiędzy chęcią działania a działaniem efektywnym. Ascetyka nie jest wiedzą pożyteczną, jeśli człowiek nie stara się jej praktykować. Aby lektura tej książki miała sens, czytelnik musi zdobyć się na czynną dyspozycyjność: nieustanne podejmować małe działania i postanowienia, które będą mu pomagały czynić postępy. I jak w każdej wspinaczce – najważniejszą rzeczą jest nie dobra znajomość drogi, lecz kroczenie po niej. A co więcej, szczytu nie da się osiągnąć w jednym momencie – niejednokrotnie wędrówkę trzeba rozpoczynać na nowo i powracać do tych samych postanowień.

Jeśli wybierzemy taki sposób postępowania, wkrótce zobaczymy, że nie jest on aż tak skomplikowany. Życie chrześcijańskie – jak każde życie – bardzo często odznacza się spontanicznością. Zwierzęta i rośliny wzrastają same z siebie – i to samo dzieje się w tym przypadku. Dlatego nie musimy nadmiernie się troszczyć o szczegóły; najważniejsze to stawiać krok za krokiem. W ten właśnie sposób kształtują się cnoty. A cnoty – podobnie jak organy istot żywych – mają skłonność do harmonijnego rozwoju. Jeśli więc jedna się rozwija, w pewien sposób rozwijają się wszystkie. Idee i uwagi, których może dostarczyć ta książka, mają być jakimś bodźcem, czymś na kształt nawozu albo odrobiny światła, które pomagają wzrastać roślinie, lecz nie zastępują jej wewnętrznego dynamizmu.

Ten, kto rozpocznie wędrówkę, dostrzeże, że to cudowne doświadczenie. Jeśli wytrwa, jego życie nabierze nowego, głębokiego wymiaru, stanie się pasjonujące. Ponieważ Boga można kochać tylko z pasją.


Część pierwsza

Fundamenty


SENS OBECNOŚCI BOGA

Jednym z najbardziej urzekających momentów Dziejów Apostolskich jest przemowa Świętego Pawła do Ateńczyków. Nauczał w Atenach już od kilku dni, gdy poproszono go, by przedstawił swoją naukę na agorze, gdzie z upodobaniem spotykali się na rozmowach mieszkańcy tego światłego miasta. Tam też Paweł, uciekając się do klasycznej retoryki, którą znał dobrze, rozpoczął wspaniałą przemowę; zaczął od tego, kim jest Bóg, aby przejść potem do zbawienia w Jezusie Chrystusie. Mowa ta nie odniosła jednak sukcesu; Ateńczycy, usłyszawszy o zmartwychwstaniu umarłych, zaczęli drwić z Pawła. Nawróciło się zaledwie kilku (Dz 17,16-34). Ludzie ci, ogarnięci sceptycyzmem, nie potrafili przyjąć myśli, że Chrystus mógłby zmartwychwstać. Wiara chrześcijańska napotkała w tym miejscu na opór trudny do przezwyciężenia. Lecz i pierwsza część Pawłowej przemowy, pozornie harmonijna, zawierała treści bardzo zróżnicowane. Paweł tak mówił o Bogu: „Bóg, który stworzył świat i wszystko, co się na nim znajduje, będąc Panem nieba i ziemi (…), sam daje wszystkim życie, tchnienie (…). Z jednego człowieka wywiódł wszystkie plemiona ludzkie (…), aby szukały Boga, czując Jego obecność, i aby Go znalazły, bo rzeczywiście jest On niedaleko od każdego z nas” (Dz 17,24-27).

W tym znakomitym streszczeniu Święty Paweł dał nam trzy istotne elementy chrześcijańskiej teologii. Bóg stwarza wszystkie rzeczy i dlatego jest ich Panem; Bóg stwarza człowieka i stwarza go dla siebie, aby doszedł do poznania i umiłowania Go; i wreszcie: spotkanie z Bogiem jest możliwe, ponieważ „jest On niedaleko od każdego z nas”.

W tych ostatnich słowach dopatrywano się aluzji do poety Epimenidesa z Knosos (VI w. przed Chr.), i choćby tak było, to jednak idea ta jest w pełni biblijna. Znajdziemy ją w innej wspaniałej mowie, starszej o całe stulecia, w której to Mojżesz przypominał swojemu ludowi o wszystkich przejawach Bożej opieki nad nim. Mojżesz powiedział wówczas Izraelitom, że sąsiednie narody powinny im zazdrościć, „bo czyż jest gdzie wielki naród, któremu bogowie byliby tak bliscy, jak bliski jest nam Jahwe, Bóg nasz – ilekroć Go wzywamy?” (Pwt 4,7).

Bóg jest blisko, jest dużo bliższy nam niż owym Grekom, którzy słuchali niegdyś Świętego Pawła, a którzy mieli dosyć mętne pojęcie o Bogu. My, chrześcijanie, wiemy, że Bóg stworzył świat z niczego; i jeśli świat istnieje, to tylko dlatego, że Bóg tak chce – chciał tego nie tylko na początku, ale chce i dziś. Świat w każdym momencie zależy od Boga. W głębi istnienia każdej rzeczy kryje się Jego działanie, skoro On chce, aby ta rzecz istniała. Taki jest właśnie teologiczny fundament wszechobecności Bożej. Poza tym Bóg stoi za działaniem wszystkich bytów, jest obecny w dziejach. Nie wydarza się nic, co by nie było przez Niego przewidziane lub chciane. Światem nie rządzą ślepe siły przeznaczenia – jak myślano w starożytności klasycznej – rządzą nim zamysły bytu rozumnego, nieskończenie potężnego i dobrego. Ten plan Boga, który wszystko od początku przewidział, tradycja chrześcijańska nazywa Bożą Opatrznością.

Te dwa przeświadczenia, że Bóg jest obecny we wszystkich rzeczach (wszechobecność Boża) i że jest obecny we wszystkich wydarzeniach (Opatrzność Boża), obdarzają chrześcijanina specyficzną i nową formą bycia w świecie.

Świat nie jest miejscem niegościnnym, zdominowanym przez siły ciemne, zgubne i wielokroć przerażające, jak to sobie zgodnie wyobrażały najważniejsze antyczne cywilizacje – świat jest dobry, wyszedł z rąk dobrego Boga i objawia Jego wielkość: „Niebiosa głoszą chwałę Bożą, firmament świadczy o dziełach Jego rąk” (Ps 19,2). W tym właśnie świecie człowiek może spotkać Boga, „to bowiem, co było w Nim niewidzialne, mianowicie wieczna Jego moc i bóstwo, stało się od początku świata poznawalne dzięki dziełu stworzenia” (Rz 1,20).

To płynące z wiary przekonanie powinno przenikać całe postępowanie chrześcijanina. Bóg jest blisko. Jeśli naszym zamiarem jest kochać Go całym sercem, całą duszą, ze wszystkich sił, powinniśmy nauczyć się dostrzegać Go za osłoną wydarzeń i rzeczy: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto usłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (Ap 3,20).

Nie musimy szukać chwil czy miejsc uprzywilejowanych. Wystarczy, byśmy chcieli mówić do Niego, ponieważ „bliski jest Jahwe wszystkim, którzy Go wzywają, wszystkim, którzy wzywają Go szczerze” (Ps 145,18). To jednak wymaga pewnej dojrzałości – ona pozwoli nam zawsze pamiętać, że Bóg jest blisko nas; można to nazwać zmysłem obecności Boga.

Tradycja judeochrześcijańska mówi, że Bożą obecność w świecie możemy odczuć dwojako. Po pierwsze, dostrzegając Boga w Jego stworzeniach; po drugie, zachowując świadomość, że jesteśmy Bożym stworzeniem i już z tego powodu przebywamy w Jego obecności. Jest to równocześnie świadomość, że Bóg się nam przypatruje i widzi, co robimy. W znakomity sposób wyraża to Psalm 139:

Przejrzałeś mnie, Jahwe, i znasz mnie,
znasz mnie, gdy siadam i kiedy wstaję.
z daleka przenikasz moje myśli (…).

Zanim język mój wypowie słowo,
Ty, Jahwe, znasz je już doskonale (…).

Gdzież będę mógł ujść przed duchem Twoim?
dokądże uciec przed Twoim obliczem?

Jeśli wstąpię na niebiosa – tam jesteś;
jeśli spocznę w otchłani – Ty też tam.

Gdybym wziął skrzydła jutrzenki
i osiadł na krańcach morza,
nawet tam mnie prowadzi Twoja ręka
i tam mnie dosięgnie Twoja prawica.

(w. 1-2.4.7-10)

Plastycznym wyobrażeniem tej prawdy jest przedstawienie Boga jako oka, które wszystko widzi. Zauważyliśmy je z pewnością na wielu ołtarzach czy obrazach. Nie jest to spojrzenie oskarżające; pochodzi ono od Ojca, który – pełen miłości – obserwuje, co czynią Jego dzieci. Wielki pożytek przynosi rozważanie tego kochającego spojrzenia. Każdy z nas doświadczył, że obecność osoby kochanej nadaje codzienności ciepły odcień. Być może wykonujemy jakąś pracę i wiemy, że ktoś, kto nas kocha, stoi za nami – i mimo że z nim nie rozmawiamy, od chwili, gdy uświadomiliśmy sobie jego obecność, nie pracujemy już tak samo: czujemy, że ktoś nas wspiera, rozumie, kocha. Ta sama prawda odnosi się do Boga. Jeśli przyzwyczaimy się do odczuwania Jego obecności, będzie nam łatwo rozmawiać z Nim w ciągu dnia, a nasze działania przeniknięte będą Jego obecnością.

Pomoże nam w tym również inne rozważanie: Bóg jest obecny w rzeczach i w wydarzeniach. Bogu, Stwórcy świata, nic nie jest obce. Święty Jan od Krzyża mówi poetycko, że „stworzenia są jakby śladem przejścia Bożego” (Pieśń duchowa, 5,3). Łatwo jest dostrzegać Boga w cudach natury, rozległych panoramach, w harmonii kolorów nieba i ziemi, w spokoju lasów, łoskocie burz, bezkresie mórz… Ale powinniśmy Go dostrzegać również w naszej codzienności. Nie należy bowiem czekać na chwile specjalnej inspiracji poetyckiej, aby Go odnaleźć – to ograniczyłoby nasze z Nim spotkania do sytuacji szczególnych, tak przecież nielicznych. Powinniśmy przebywać z Nim codziennie, jak z kimś z rodziny albo z najlepszym przyjacielem. Dlatego trzeba, byśmy spotykali Go w normalnych sytuacjach naszego życia (które także mają swoją vis poetica, poetycką moc). Święta Teresa od Jezusa, jakby chcąc zrównoważyć liryzm swojego współbrata, przypomina nam: „w kuchni także, wśród garnków i rondli, Pan jest z wami” (Księga fundacji, 5,8). Problem nie tkwi bowiem w rzeczach, lecz w nas. Bóg „nie jest daleko; kochaj i się przybliży, kochaj i zamieszka w tobie” – powiedział Święty Augustyn (Kazanie 21). A w sposób szczególny Bóg obecny jest w ludziach, zwłaszcza w tych, którzy są blisko Niego.

To poczucie obecności Bożej jest pierwszym krokiem na drodze ascetyki. Częsty kontakt z Nim – oto co pozwala nam podążać tą drogą i pokochać Go ze wszystkich sił. Tutaj, podobnie jak w innych aspektach ascetyki, nie wystarczy sama decyzja: „Chcę żyć w obecności Boga”. Trzeba też wyrobić w sobie stosowny nawyk – przez powtarzanie tych samych kroków, wielokrotne przypominanie sobie spraw podstawowych: Bóg patrzy na mnie, jest ukryty za rzeczami i wydarzeniami.

Pytanie, jak pielęgnować pamięć, pojawiało się już w chrześcijańskiej starożytności, zwłaszcza wówczas, kiedy rozważano słowa Pana: „trzeba się zawsze modlić i nie ustawać” (Łk 18,1). W jaki sposób nieustanne trwać pamięcią przy Bogu? Jak wielokrotne w ciągu dnia kierować ku Niemu myśli, skoro tak łatwo ulegamy rozproszeniu, zajmując się codziennymi sprawami? Rozwiązaniem, które odnaleźli – i które nadal jest aktualne – było recytowanie, wiele razy w ciągu dnia, krótkich modlitw: próśb, westchnień, aktów miłości. Te krótkie modlitwy noszą nazwę aktów strzelistych.

Jak wyznaje Święty Augustyn, była to stara tradycja, znana już wśród pustelników w Egipcie. Następnie rozszerzyła się na cały chrześcijański Wschód, aby w końcu dotrzeć na Zachód. Mnisi wschodni bardzo rozmiłowali się w tej praktyce, przyczyniając się do jej wielkiego rozwoju i czyniąc z niej mocny punkt swojej duchowości. Od nich np. pochodzi zwyczaj – który wszedł do liturgii – powtarzania: „Chryste, zmiłuj się nad nami, Panie, zmiłuj się nad nami, Chryste, zmiłuj się nad nami”; czy też inny, wprowadzony do liturgii Wielkiego Piątku (Hagios Theos) i przetłumaczony jeszcze przed wiekami na wiele języków: „Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami”; albo ta przepiękna modlitwa: „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”.

Ten drobny zwyczaj – powtarzanie bardzo prostych modlitw – nadal jest pożyteczny. Nie muszą to być modlitwy wyszukane. Wystarczą te, które spontanicznie pojawiają się na wargach: „Panie, pomóż mi! Panie, przymnóż mi wiary! Panie, wzmocnij moją miłość! Panie, pomóż mi być wiernym Tobie!”. Wobec Boga powinniśmy zachowywać się jak synowie czy córki: „A modląc się, nie mówcie wiele jak poganie. Im się wydaje, że dzięki wielomówności zostaną wysłuchani. Nie upodabniajcie się do nich! Bo wasz Ojciec wie, czego potrzebujecie, zanim Go poprosicie” (Mt 6,7-8).

Akty strzeliste można odmawiać, wykonując proste, codzienne prace. Tradycja chrześcijańska potrafiła przepleść nimi, w ramach zdrowego rozsądku, najbardziej pospolite chwile dnia; wpisać je nawet do przepisów kulinarnych. Przez wieki bowiem powtarzano, że jajko na miękko powinno gotować się przez dwie „zdrowaśki”. W całej tej prostocie chodzi o urzekające świadectwo chrystianizacji, która objęła nawet codzienne drobiazgi. Także i nasze życie powinien przenikać zmysł chrześcijański, choć możemy nadać mu ton bardziej osobisty. Wyjście z domu czy innego pomieszczenia lub wejście do niego może być okazją, by pomyśleć o Bogu; początek i koniec pracy, modlitwa przed jedzeniem, chwila, kiedy wstajemy czy myjemy się; spotkanie z innymi ludźmi i modlitwa za nich… okazji jest wiele. Wiele czynności mechanicznych i często powtarzanych stało się sposobnością do odmawiania aktów strzelistych: zbiórka płodów rolnych, pieczenie ciasta w kuchni itd.

W przypominaniu sobie o obecności Boga pomagają obrazy i symbole chrześcijańskie. Zawieszony w pokoju krzyż czy wizerunek Matki Bożej nie tylko jest świadectwem wiary tych, którzy tam mieszkają, lecz także może być dla nich okazją do wielu krótkich spotkań z Bogiem; wystarczy bowiem spojrzenie pełne miłości czy akt strzelisty.

Ten wysiłek, aby „pamiętać”, kształci nawyk praktykowania świadomości tego, że Bóg nas widzi i słyszy. Właśnie z tego źródła narodzi się głębsze obcowanie z Bogiem. Życie chrześcijańskie przeżywane jest wówczas z większą spontanicznością, jest bardziej „namacalne”, coraz bardziej przenika nasz sposób bycia i nasze działanie. Nic nie pozostaje poza Bogiem. Wówczas można żyć zgodnie z radą Świętego Pawła: „Czy więc jecie, czy pijecie, czy co innego czynicie, wszystko czyńcie na chwałę Bożą” (1 Kor 10,31).

Starania o to, by zyskać pewne poczucie obecności Boga, przynoszą też pewien skutek psychologiczny, który warto opisać. Monolog wewnętrzny – werbalizacja zdarzeń już przeżytych i projektowanie tych, które mają się dopiero wydarzyć – jeśli fantazja nam na to pozwoli, może przemienić się w dialog z Bogiem. Efekt jest wspaniały. Sam bowiem monolog bywa źródłem komplikacji i ułudy – może deformować przeżywaną rzeczywistość, wyolbrzymiać to, co nam przyjazne, zamazywać to, co przykre; tymczasem dialog z Bogiem czyni naszego ducha jasnym i przejrzystym, w sposób naturalny odkrywa to, co w nas ukryte. Uzewnętrznienie tego, co w nas, przydaje naszemu postępowaniu szlachetności. Mądrość duszy, w której głębiach przebywa Bóg, ujawnia się na zewnątrz i życie napełnia się blaskiem boskości.

Ten wysiłek pamiętania o Bogu przynosi znakomite owoce. Tak komentuje to Założyciel Opus Dei: „Najpierw jeden akt strzelisty, potem drugi, trzeci, aż wszystko wyda się nam niedostateczne, gdyż słowa są zbyt ubogie… i wówczas pojawia się poczucie zażyłości z Bogiem, zwracamy spojrzenie ku Niemu nieustannie i niestrudzenie. Żyjemy wówczas jakby zaczarowani. Staramy się wykonywać zadania i obowiązki naszego stanu możliwie jak najlepiej, mimo naszych błędów i ograniczeń, ale dusza nasza pragnie się wyrwać. Podąża ona ku Bogu, jak żelazo przyciągane siłą magnesu. Zaczynamy wtedy kochać Jezusa głębiej, w słodkim zachwycie” (Przyjaciele Boga, 296).


POZNANIE SAMEGO SIEBIE

Nad wielką bramą świątyni Apollina w Delfach – jednego z cudów starożytnego świata – widniał napis, który stanowił swoiste podsumowanie klasycznej mądrości: „Poznaj samego siebie”. Dziś, gdy modne jest hasło bardzo do tamtego podobne: „Odnaleźć samego siebie”, może na zaskoczyć, że tamta maksyma wzywała nie tyle do odkrywania wielkości własnej osobowości, co raczej do tego, by uświadomić sobie swoje prawdziwe ograniczenia.

Mądrość życiowa, którą tak miłowali starożytni Grecy, nauczyła ich, jak wielkim darem jest poznanie prawdy o sobie – bez wpadania w skrajności, do czego wszyscy jesteśmy skłonni. Ktoś powiedział, że największym interesem świata byłoby kupić ludzi za tyle, ile są warci, i sprzedać ich za tyle, na ile się cenią. Zyski byłyby niewymierne, ponieważ próżność sprawia, że cenimy się zbyt wysoko. Skutkiem tej rozbieżności między obiektywną prawdą i subiektywna oceną – jeśli inni nie potrafią jej zaakceptować – są: obrażanie się, żale, smutki, gniewy, zemsta, bezczelność, sprzeczki… Jednym słowem – prawie wszystko, co przyczynia się do niszczenia pokoju w rodzinach, wspólnotach i państwach. Można uznać, że u źródeł niemal każdego sporu leży fakt, iż ktoś poczuł się nie dość dobrze potraktowany.

Jak owa ślepota na własne braki jest wieczną przyczyną niezgody, tak poznanie samego siebie jest najlepszą drogą do zrozumienia innych.

Wielką szkołą właściwego oceniania ludzkich reakcji, dochodzenia ich przyczyn, odczytywania czyichś uczuć jest nasze doświadczenie wewnętrzne. Kto zaznał bólu, rozumie tego, który skarży się na ból; kto przeżył przeciwności losu, wie, co znaczy być smutnym; kto poczuł się opuszczony, rozumie samotność. To samo dzieje się z przebogatą gamą uczuć, które mogą absorbować ludzkie serce. W miarę jak poznajemy samych siebie, coraz lepiej rozumiemy drugich, ponieważ „wiemy”, co przeżywają.

Poznanie samego siebie jest dwojakim skarbem: pomaga zrozumieć innych oraz – jak mawiają Hiszpanie – „znaleźć się na swoim miejscu”. Dlatego poznanie samego siebie jest podstawową zasadą w relacjach międzyludzkich. Pomaga nam odnaleźć się w środowisku, w którym się poruszamy, uczy rozumienia i gotowości dzielenia się. To niezbędny fundament, pozwalający budować sprawiedliwe relacje z innymi, doceniać i rozumieć, zawierać przyjaźnie.

Jednakże najważniejszym powodem, by poznawać samego siebie, jest nieodzowność tego poznania w naszej relacji z Bogiem. Przed Bogiem wszyscy jesteśmy bardzo mali i tylko ten, kto uznaje swoją małość, jest zdolny z Nim obcować. To charakterystyczna cecha świętych (powtarza się z niespotykaną regularnością) – im bliżej byli Boga, tym bardziej czuli się Go niegodni. Rosnąca wciąż miłość do Boga pozwalała im z coraz większą subtelnością odkrywać sytuacje, w których nie byli Mu wierni.

Najdoskonalsze poznanie nieskończonej wielkości Boga łączy się z uznaniem, dosłownie, własnej nędzy; do tego stopnia, że uznanie własnych ograniczeń staje się nieodzownym warunkiem, by zrozumieć Boga. Pascal chciał uczynić z tego jedną z osi swojej metody apologetycznej, dzięki której pragnął przybliżyć do Boga ludzi swojej epoki. Rzecz w tym, że poczucie grzechu i rozumienie Boga idą w parze. Gdzie zatracono poczucie grzechu, tam również ulatnia się rozumienie Boga: człowiek nie podąża ku Bogu, ponieważ nie widzi własnych słabości, które Go przesłaniają. Buber nazwał to „zaćmieniem Boga”.

Aby rozbić tę skorupę zaślepiającej powierzchowności, trzeba dogłębnie poznać samego siebie. „To przede wszystkim dusza powinna czynić, by mogła postąpić w poznaniu Boga” – pisał Święty Jan od Krzyża (Pieśń duchowa, 4,1). Trzeba poznać siebie – takiego, jakim się jest: człowieka, który popełnia błędy. Nic tak nie oddala od Boga, jak nieumiejętność przyznania się przed Nim do własnych ograniczeń. Taki właśnie sens chciał nadać Jezus jednej z najpiękniejszych swoich przypowieści: o faryzeuszu i celniku. „Tym, którzy siebie uważali za sprawiedliwych, a innymi pogardzali, powiedział taką przypowieść: Dwóch ludzi weszło do świątyni, aby się pomodlić: jeden był faryzeuszem, a drugi celnikiem. Faryzeusz, stojąc, tak się modlił: «Boże, dziękuję Ci, że nie jestem taki jak inni ludzie: złodzieje, krzywdziciele, cudzołożnicy albo jak ten oto celnik. Poszczę dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam». A celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu podnieść do nieba, ale bił się w piersi mówiąc: «Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu». Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, a nie tamten” (Łk 18,9-13).

Wszystko wskazuje na to, że ów faryzeusz z przypowieści rzeczywiście pościł dwa razy w tygodniu i płacił skrupulatnie swoje dziesięciny. Tym niemniej przyszedł do świątyni, aby oddać chwałę samemu sobie, nie Bogu. W konsekwencji wyszedł stąd taki sam, jaki przyszedł: nie spotkał Boga, ponieważ Go tak naprawdę nie szukał. Natomiast celnik, który z całą pewnością był grzesznikiem i miał wiele powodów, aby się nim czuć, kaja się przed Bogiem – i spotyka Go. Kiedy bowiem człowiek odnajduje prawdę o sobie, odnajduje Boga na miejscu Jemu właściwym.

Nie chodzi o to, by nie zauważać dobrych stron swojego życia – tyle tylko, że nie powinny one skłaniać nas do faryzejskiej próżności. Poznanie talentów, którymi Bóg nas obdarzył, ma owocować wdzięcznością i poczuciem odpowiedzialności, które każe wykorzystywać owe talenty zgodnie z Bożym oczekiwaniem. Z przypowieści o talentach (Mt 25,14-30) wiemy, że od tego, który otrzymał dwa, wymaga się, aby je puścił w obrót i zyskał drugie dwa, kto jeden – jeden; a kto pięć – pięć. Pan bowiem zapowiada: „Komu wiele dano, od tego wiele się będzie wymagać; komu wiele powierzono, od tego tym więcej będą żądać” (Łk 12,48). Właściwe rozpoznanie Bożych darów nie tylko nie prowadzi do pychy, ale też staje się bodźcem do lepszej służby Bogu i uczy odpowiedzialności, która z kolei przynosi skruchę. Święci pozostają nieświadomi wielu cudów, które Bóg zdziałał w ich życiu, równocześnie ubolewają nad swoją wciąż niedoskonałą wiernością Panu i myślą z pokorą, że inni, obdarzeni tymi samymi łaskami, zdziałaliby dużo więcej.

Poznanie samego siebie jest niezastąpione na drodze ascetyki – drodze, którą zmierzamy na szczyt miłości Boga. Jak bowiem moglibyśmy zdobyć jakikolwiek szczyt, nie wiedząc, gdzie się znajdujemy, jakie mamy wyposażenie, na jakie środki i siły możemy liczyć, próbując dotrzeć do mety? Przy każdym kroku powinniśmy stawiać sobie pytanie: idziemy właściwą drogą, czy też się od niej oddalamy. Posuwać się szybko do przodu, lecz niewłaściwą drogą byłoby wielkim niepowodzeniem – tym większym, im więcej włożyliśmy wysiłku.

Praktycznie wszystkie ważniejsze dziedziny życia – na przykład handel, sport czy polityka – wymagają pewnej kontroli, aby zapanować nad wszystkim, co się dzieje. Analogicznie powinno być w naszym życiu chrześcijańskim, w zaangażowaniu, które ma nas przybliżać do Boga. Z tą tylko różnicą, że w tym przypadku kontroli nie można ograniczyć do rachunków zysków i strat, awansów i degradacji, tu bowiem nie chodzi o to, co się kupuje czy sprzedaje, o sportową sprawność czy większą lub mniejszą popularność – tu chodzi o naszą miłość do Boga. Zyskami są dary Bożej miłości, za które powinniśmy być wdzięczni, tak jak jesteśmy wdzięczni naszym bliskim za drobiazgi, które od nich otrzymujemy; straty to brak wzajemności i niewierność – większa lub mniejsza – za które trzeba prosić o przebaczenie i starać się je wynagrodzić.

Taki jest właśnie sens bardzo starej i niezbędnej w życiu ascetycznym praktyki: rachunku sumienia. Polega on na codziennym sprawdzeniu – ponieważ każdego dnia życie się nam wymyka – jaki był nasz stosunek do Boga. Jest zarazem okazją do wyrażenia wdzięczności za Jego dary i proszenia o przebaczenie naszych grzechów i braku wzajemności.

Rachunek sumienia można robić na tysiąc sposobów. Powstały już różne metody przeprowadzania rachunku sumienia (Świętego Ignacego, Świętego Sulpicjusza, Świętego Franciszka Salezego…). Nie znaczy to jednak, by był on czymś skomplikowanym: to bardzo prosta czynność. Przede wszystkim powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, że stoimy przed Bogiem i że ten rachunek chcemy uczynić z pomocą światła, które On sam nam daje. Prosimy Go o pomoc i następnie zastanawiamy się, jak przebiegł nam ten dzień. Możemy analizować go godzina po godzinie. Albo tematycznie – możliwości jest wiele: jak poszła mi praca, modlitwa, jak ułożyły się relacje z bliźnimi; albo: jakie były moje myśli, słowa i uczynki; albo: jak wypełniłem moje obowiązki wobec Boga, bliźniego, wobec siebie samego.

Założyciel Opus Dei polecał niekiedy następujący, bardzo prosty, rachunek sumienia: przypominam sobie, co zrobiłem dobrze, i za to dziękuję Bogu; co zrobiłem źle – i za to przepraszam; co mogłem zrobić lepiej – i w tym postanawiam poprawić się następnego dnia.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com