Buty i inne opowiadania - Jan Jozef Szczepanski - ebook
Wydawca: Cyfrant Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 317 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Buty i inne opowiadania - Jan Jozef Szczepanski

Czy wojna nas deformuje, czy tylko obnaża głęboko tkwiące w nas instynkty? Bolesny rachunek sumienia, wystawiony zarówno katom, jak i tym, którym udało się przeżyć hitlerowską zagładę. Okupacyjne opowiadania Szczepańskiego to opowiedziane spokojnym tonem sugestywne historie, które pozbawiają nas złudzeń, ale pozostawiają nam nadzieję.

Opinie o ebooku Buty i inne opowiadania - Jan Jozef Szczepanski

Fragment ebooka Buty i inne opowiadania - Jan Jozef Szczepanski





Od autora

Tak się jakoś złożyło, że opowiadania te, stanowiące moją trzecią z kolei pozycję wydawniczą, miały być kiedyś moim debiutem. Bardzo to przykro debiutować wstecz i na raty. Ale nie moja w tym wina.

Zastanawiałem się, czy pod opowiadaniami wchodzącymi w skład tego zbioru powinienem umieścić daty. Chociaż wszystkie one są już mniej lub więcej „stare” – powstawały przeważnie na przestrzeni lat 1945–1950, i chociaż każde z nich napisałbym dzisiaj inaczej, postanowiłem zrezygnować z tego. Nie chcę prosić o pobłażliwość.

Zbiór mój nie jest jednolity. Zarówno pod względem wartości literackiej poszczególnych opowiadań, jak też ich tematyki stanowi istotnie raczej zbiór aniżeli wybór. To jest jedna z konsekwencji spóźnionego debiutu. Ale nie jedyna. Jakieś osiem lat temu próbowałem wydać tom opowiadań okupacyjnych. Część z nich weszła do tej książki, jest jej zasadniczym trzonem. Przeglądając obecnie maszynopisy zdałem sobie zupełnie jasno sprawę z tego, że pisząc każde z tych opowiadań nie miałem żadnej sprecyzowanej koncepcji ideologicznej, nie szukałem świadomie żadnej syntezy. Pisałem tak, jak się wspomina: bez planu – po prostu o tym, co człowieka nurtuje i niepokoi, co mu wewnątrz doskwiera i domaga się jakiegoś „potraktowania”. Zawsze podejrzewałem, że pisarz przypomina pewien gatunek morskiego małża, który w perłową otoczkę ubiera ziarnko piasku sprawiające mu ból. Proszę wybaczyć mi to porównanie i traktować je jak najbardziej metaforycznie. Nie twierdzę bynajmniej, że nowelki moje są perłami. Wskazuję jedynie na pewną osobliwą cechę, charakteryzującą moim zdaniem proces twórczy. Ale rzeczą jeszcze bardziej osobliwą jest, że z takich na pół instynktownych odruchów samoobrony powstaje jednak jakaś ciągłość, świadectwo postawy, wyraz, którym na różne sposoby chce się powiedzieć coś jednorodnego, własnego, coś, co jest określonym stanowiskiem w nieustającej dyskusji o życiu i losie człowieka.

Tak oto, mimo całej przypadkowości tego zbioru, mimo dorywczego i fragmentarycznego charakteru jego dydaktyki, znajduję w nim coś na kształt tezy. Lecz i tym razem nie mówię tego na obronę własnej skóry. Brnąc zuchwale w moim uzurpatorskim przedsięwzięciu pragnę wstawić się za tego rodzaju „tezami organicznymi”, niezamkniętymi w żaden wyrazisty aforyzm, a wynikającymi z samej wrażliwości pisarza, z właściwego mu sposobu reagowania na rzeczywistość. Sprawą uderzającą mnie w moich opowiadaniach okupacyjnych, jako rzecz najmniej przypadkowa, jest pewien brak, którego wytknięcie uznałbym za całkowicie uzasadnione. Jest to brak hitlerowskiego zła pokazanego wprost – na gorącym uczynku. Nie wynika to oczywiście stąd, abym go nie dostrzegał. W każdym poszczególnym wypadku było ono przyczyną pisarskiej reakcji, nigdzie jednak nie stało się bezpośrednim tematem. Jak czarna, burzowa chmura stanowi tło, na którym z niezwykłą ostrością ujawniają się barwy znanego nam krajobrazu, tak owo zło ukazywało nas samych i nasze sprawy w odkrywczym i groźnym świetle.

Pisząc te opowiadania na dużej przestrzeni czasu, nie bardzo zdawałem sobie sprawę z tego, że ulegam wciąż tej samej fascynacji. Stwierdziwszy to teraz, doznałem w pierwszej chwili rodzaju wstrząsu. Właśnie ów wstrząs był dla mnie najsilniejszą ewokacją mojej okupacyjnej prawdy. Kiedy przypominam sobie przeżycia tamtych czasów, widzę, że zawsze najbardziej przejmowało mnie zło objawiające się wśród nas samych. Ilekroć jakaś ówczesna sprawa stawała przede mną jako temat, ilekroć przybierała formę problemu i zaczynała męczyć póty, aż nie było już innej ucieczki jak kartka papieru i pióro, zawsze konflikt rozgrywał się po tej stronie frontu. To dlatego, że prawdziwe niebezpieczeństwa tryumfującej brutalności, cynizmu, tchórzostwa i nihilizmu sięgających po władzę nad światem uświadamiałem sobie dopiero wówczas w całej pełni, gdy dostrzegałem je w sobie, we współtowarzyszach walki, w sercach ofiar i obrońców. Wtedy też rozumiałem najlepiej, że zbrodnia nie jest czymś, co przychodzi z zewnątrz i może być przezwyciężone doraźnie, ale że stanowi aktualną możliwość, o której nie wolno zapominać ani na chwilę. Cały mój stosunek do faszyzmu i do wojny skrystalizował się na tej zasadzie. Na zasadzie niedającej się zagłuszyć obawy, że grozi nam nie tylko fizyczna porażka, ale i zarażenie, że nawet w zwycięstwie możemy okazać się nie dość odporni.

Styl rodzi się z tego, co pisarz ma do powiedzenia. Nie kadencja zdań i nie metaforyka decydują o nim w ostatniej instancji, ale wrażliwość i postawa pisarza ujawniająca się w specyfice jego problemów i konfliktów, w typowości jego postaci.

Z poczuciem winy chylę głowę przed surowością krytyków. Moi bohaterowie nie są pozytywni, ich poczynania nie są krzepiące. Interesuje mnie ludzka słabość, pogranicze moralnego upadku, rezygnacji, oportunizmu. Moje pole widzenia jest wąskie. Nie obejmuje – przynajmniej w tych opowiadaniach – tak bardzo dla nas doniosłych zagadnień społecznych i politycznych. Ogranicza się do spraw indywidualnych. Wcale się tym nie szczycę. Jak najdalszy też jestem od spekulowania na znużeniu czytelników „modnymi” tematami. Ale wydobywając z szuflady te dawne historie, nie czynię tego wyłącznie dla wydania jeszcze jednej książki. Jak każdy autor żywię w sercu nadzieję, że to się komuś na coś przyda. Że sprawy, które mnie trapią, są, niestety, wspólnym dziedzictwem ludzi. I że nawet w swej niepełności i niedookreśloności pobudzić mogą ową wewnętrzną czujność, tak skutecznie tłumioną przez rutynę codziennego bezpiecznego życia.

J. J. S.

1956


Wszarz

Sierżant Skrzetuski zameldował powrót od fotografa. Wyglądał jak opryszek z amatorskiego przedstawienia. Cyklistówka i jakiś niedorzeczny szalik. Tylko spod kożucha wystawały buty wojskowe i między rozchylonymi połami prześwitywało sukno bryczesów. Jego ludzie rozchodzili się do kwater. Przez niskie okienko bunkra widać było ich nogi znikające wśród świerczków zagajnika. Porucznik nie przejął się wiadomością o podejrzanym żebraku, który tkwił uparcie naprzeciw chałupy fotografa.

– Pytałem się ludzi we wsi, nikt go nie zna – powiedział Skrzetuski z ważną miną. Porucznik składał spokojnie parabellum, którego świeżo naoliwione części lśniły przed nim na stole.

– Poleciłem Szarakowi, żeby miał oko na dziada – dodał Skrzetuski. Czekał jeszcze chwilę, a potem zasalutował do swojej głupiej cyklistówki i wzruszając ramionami wyszedł.

Sierżant Hieronim przerwał stemplowanie szarych blankietów.

– Czas jemu na melinę, panie poruczniku – zaśpiewał miękkim, wołyńskim głosem. – Ot, stary partyzant; gieroj. Teraz byle dziada zobaczy, już pełne portki. Zrobię ja jemu kenkartę, sam Frank nie pozna.

Porucznik docisnął magazynek, położył delikatnie pistolet na sosnowym stole. Ziewnął szeroko. – Lepiej za dużo ostrożności niż za mało. – Przeciągnął się, wstrząsnął. – Zimno tu czegoś. Od tej wody pod podłogą ciągnie, cholera!  – Zerknął w kąt koło wejścia. – I piec czarny...

Hieronim odwrócił się na taborecie, bystre, niebieskie oczy utkwił w ciemnej wnęce dolnej pryczy. – W piecu zgasło – rzekł tonem rozkazującym.

Kupa szarych koców poruszyła się leniwie. – Mnie ciepło – mruknął zaspany chłopięcy głos.

Hieronim trzepnął pięścią w kolano. – Och, żeby ciebie diabli wzięli! Ciepło jemu! – Porozumiewawczo kiwnął głową do porucznika. – Rozpuścił się gówniarz, jak Boga kocham.

– Te, Hieronim, daj se spokój z gówniarzami, radzę ci. Dziś nie opłaci ci się ze mną zaczynać.

Hieronim znów kiwnął głową w bok i uśmiechnął się z ubolewaniem: do czego to doszło!

– Tobie też na melinę, Zbirek – powiedział. – Nerwy grają.

– W dupie mam twoją melinę.

– To czort cię bierz, zimuj w lesie.

– W dupie mam twój las! – głos z pryczy stawał się coraz bardziej piskliwy.

Porucznik szurnął nogami pod stołem.

– Kapralu Zbirek...

– Bo mnie denerwuje, panie poruczniku.

Hieronim przybrał ton surowy i stanowczy: – Więc jak ma być? Pewnie ja pójdę po drzewo albo może pan porucznik. Jesteś najmłodszy czy nie jesteś?

– Taak, najmłodszy... – rzekł Zbirek z ironią. Wylazł już ze swego barłogu. Niekształtna, żabia figurka, po żabiemu otyła. Pękaty kadłub i cienkie nogi. Nalana, blada twarz przekarmionego dziecka, usta zacięte krnąbrnie.

Porucznik spuścił wzrok pod jego spojrzeniem, rogiem chustki wydłubywał coś pilnie spod języczka spustu.

Strzeliły tarcicowe drzwi. Trochę sosnowego łupieżu posypało się z niekorowanych belek powały.

– No, proszę, panie poruczniku – powiedział Hieronim, kiedy na stopniach włazu umilkły niechętne kroki. – Za długo, za długo tego lasu. To tak ze starymi partyzantami. Najmłodszy z nas, prawda, a jednak, panie poruczniku: najstarszy. Z pierwszej dziesiątki. Od samego początku grupy...

Porucznik poruszył się niecierpliwie, ale nie odezwał się ani słowem.

– Ja go rozumiem – podjął po chwili Hieronim, nie zrażony. – Złości mnie on czasem, cholernik. Ot, szczeniactwo takie! Ale rozumiem. Przyjaciel mój jak by nie było, znam ja jego na wylot. – Przybił parę pieczątek, pokręcił głową. – Trzecia zima w lesie, czternaście razy ranny, i to wszystko na te osiemnaście czy dziewiętnaście lat. Inny w tym wieku jeszcze u mamy.

– Ot, wczoraj – przypomniał sobie. – Braliśmy tę mąkę w Nadolniku we młynie. Przygadał tam sobie dziewczynę, poszedł z nią na strych, na siano. Nie minęło dziesięć minut, patrzę, złazi mój Zbirek. – Zachichotał krótko, bez wesołości. – Czerwony taki, łzy w oczach, głowę odwraca. „Cóż, Zbirek”, mówię, „nie udało się i teraz”. A on, panie poruczniku, jak nie skoczy! Kaburę odpina, już by mnie strzelał. Musiałem mu łapę wykręcić. To z tego dzisiaj te grymasy. Widział pan, jak on patrzy, panie poruczniku? Zabić! Zabić chce choćby kolegę. Kto jemu winien, że go tak paskudnie trafiło? – Hieronim pogładził w zadumie koniec spiczastego nosa. – Ale i on nie winien – rzekł jakby ze zdziwieniem. – Ot, trudno jemu pogodzić się z tym. Inny, starszy, dałby se może spokój, a tego nadzieja kusi. A nuż naprawi się coś samo... No, bo co taki z życia miał? Niech pan powie, panie poruczniku. Nawet tymi swoimi ranami nie pochwali się, bo zawsze ktoś uśmiechnie się za plecami: „żabi ogier”. Ja mu dlatego i pobłażam. Jakby mi inny tak grymasił, tak się stawiał, to jak słowo daję...

Znów strzeliły drzwi, kopnięte gniewnie. Wionęło chłodem, cierpkim zapachem sośniny i butwiejących liści. Zbirek zwalił z rumorem naręcze szczap pod ścianę, ukląkł ciężko przed piecykiem.

– Rozdmuchaj – powiedział Hieronim – żaru jeszcze dosyć.

– Nie musisz mnie uczyć – warknął Zbirek. Porucznik zapatrzył się w okienko, jakby skrawek zdeptanej darni i kilka niskich chojaczków stanowiły widok godny uwagi.

– Ilu jeszcze do fotografii? – zapytał po chwili nie odrywając oczu od szybki.

– Ostatnich pięciu – rzekł Hieronim. – Pójdą z Głośnym.

– Głośny na służbie?

– Tak jest. Do południa.

Milczeli długo. Zbirek chrobotał polanami w żelaznym piecu. Te odgłosy były pełne urazy. Coś chlupnęło pod podłogą. Zapiszczał szczur. Porucznik westchnął. – Niech mi pan da tytoń, podzielę.

Hieronim wstał, z półki nad pryczami wygrzebał mały, pękaty woreczek, rzucił na stół. Pacnęło miękko.

– Zupełnie mokry.

– Niech pan powącha, panie poruczniku. Śmierdzi jak zaraza.

– Aha. Amoniakiem czy czymś...

– Ja wiem czym. Jszczą dranie do tego. Żeby było mocniejsze i większa waga. Cholerne świnie!

Porucznik rozwiązał z obrzydzeniem tasiemkę, wysypał na deski zawartość. Wyglądała jak kupka ciemnego nawozu. Pociągnąłem nosem. – Cóż? Na bezpticzu... – Sięgnął po wbity między belki bagnet i jego końcem zaczął oddzielać porcje.

*

– Nic nowego nie wymyśliłeś, bracie – fuknął Hieronim. – Każdy, ilu was jest, to samo: bibułki, bibułki... Nie mam. Jakbym miał, tobyś dostał. Sam w gazecie kręcę. Radź se, jak umiesz. Liścia urwij, o!

Jarząbek mruknął coś pod nosem, zgarnął ze stołu garsteczkę tytoniowej mierzwy. W drzwiach zderzył się z Głośnym. Plutonowy Głośny miał biało-czerwoną opaskę służbowego na ramieniu, ruszał się sprężyście. Na baczność przed porucznikiem wyszczekał formułę meldunku i wiadomość, że Szarak przyszedł w ważnej sprawie.

Zabłocone gumiaki Szaraka przestępowały w miejscu za szybą.

– Dajcie go tu – rzekł porucznik.

Szarak położył na taborecie zieloną czapkę o przepoconym denku, rozpiął łatany kabat, rękę każdemu uścisnął. Potem usiadł na pierwszej z brzegu pryczy wyciągając przed siebie sztywną nogę; o kolano drugiej oparł laskę. Miała rączkę z kozłowego rogu. Garścią zebrał wilgoć z wąsów, chuchnął w dłonie, zatarł je z chrzęstem.

– Ciepło u was – rzekł. – Dziś rano był przymrozek. Widzi mi się: ciężka zima idzie.

Z wewnętrznej kieszeni bluzy wydobył blaszane pudełko z tytoniem, częstował. Na wierzchu leżał zeszycik cienkiej bibułki. Kręcili zadowoleni, tylko Zbirek odmówił. Mościł się z powrotem w swoim gnieździe z koców.

– Skąd pan ma taką fajną bibułkę, panie Szarak?

– Dawali na przydział w nadleśnictwie. Jeszcze tam coś mają w magazynie.

– Słowo daję, panie poruczniku, warto by zrobić ten magazyn – zapalił się Hieronim.

– Nie, teraz nie róbcie – rzekł Szarak. – Ściągnęli wczoraj batalion żandarmerii do miasta. Ja wam wykombinuję po cichu ze dwa kartony.

– Szykują coś? – zapytał porucznik.

Szarak skrzywił się, rozłożył ręce.

– Na to wygląda. Szpiclują po lesie. Właśnie o tym miałem mówić.

– No? Gadaj pan.

– Skrzetuski meldował panu o tym żebraku, panie poruczniku?

– Mówił coś. Myślałem, że mu się wydaje.

Szarak pokręcił głową.

– Podejrzany gość. Od trzech dni tu się plącze. Wczoraj widziałem go na przesiece koło waszej grobli. Jak mnie zobaczył, udał, że grzybów szuka. O tej porze!

– E, może głupi jaki...

– Oho ho, panie poruczniku! Głupi – niegłupi, swój rozum ma. Już on dobrze przewąchał. Kiedy wasi idą do Bentkowskiego fotografować się, ten już stoi pod kapliczką. Nie spóźni się o minutę. Zobaczy pan dzisiaj...

Głośny poderwał się z taboretu, uderzył dłonią w stół. – Panie poruczniku, mam pomysł! Ja go ale wypróbuję, pierona. – Oczy zabłysły mu w zmiętej, szarej twarzy.

– Ja przeca idę z chłopakami do Bentkowskiego po obiedzie. Odziejemy te żandarmskie anzugi, co je mamy – będziemy widzieć, co zrobi.

Szarak aż tupnął zdrową nogą w podłogę. – Dobrze mówi, jak Boga kocham!

– Ot, co głowa, to i rozum – pochwalił Hieronim. – Tak, to jest dobre, panie poruczniku. Głośny potrafi szkopa odstawiać aż miło, a tamci inni mogą się wcale nie odzywać; tylko „jawol” i „befel”, czy jak tam trzeba. Oj dobre to, dobre... – roześmiał się. Nawet Zbirek zawtórował ze swego kąta.

– Tak, to jest dobre – przyznał porucznik. – Tylko musi pan uprzedzić wieś, panie Szarak, o tych żandarmach, żeby nie było jakiej draki.

– Rozumie się, może pan być spokojny, panie poruczniku.

– A pan zamelduje mi się z ludźmi przed wyjściem, Głośny, chcę was obejrzeć.

Szarak dźwignął się ciężko. Wsparty na lasce wyciągał rękę na pożegnanie.

– A może tamten już odszedł – zaniepokoił się porucznik. – Jeżeli naprawdę szpiclował, możemy mieć kram.

Szarak fuknął przez wąsy, uśmiechnął się chytrze. – To mnie pan jeszcze nie zna. Do wsi wejdzie każdy obcy, ale wyjdzie tylko ten, komu ja pozwolę! – Zamaszyście włożył czapkę, pociągnął w dół daszek, jakby zamykał przyłbicę, jego ciemna poorana twarz przybrała wyraz strażackiej srogości.

Kiedy obaj z Głośnym wyszli, porucznik przełamał parabelkę, pod chłodny blask słońca przezierał lufę.

Hieronim zebrał blankiety, drobnymi uderzeniami dłoni równał jak talią kart. – Jeszcze tych parę fotografii – rzekł – i gotowe. Mogą chłopaki iść w świat. Ilu ich wróci? – zadumał się. – A może już nie trzeba będzie. Jak pan myśli, panie poruczniku?

Przez chwilę daremnie czekał odpowiedzi, potem, żądny rozmowy, zwrócił się do Zbirka. – Namyśl się, bracie, ostatnia okazja. Potem zamykam urząd i przepadło. No jak, idziesz na melinę czy nie?

– A odczepże się, do cholery! Przyssał się jak pijawka. Mówiłem ci już raz...

Zaczęli się kłócić nie wiadomo o co, każde słowo wzmagało zajadłość i rozżalenie Zbirka.

Porucznik wstał, dociągnął pasa. – Pójdę zobaczyć, co z obiadem.

*

Przytupywali z podniecenia, nie mogli ustać na miejscu. Nawet twarz Głośnego nabrała kolorów pod ciężkim, zielonym hełmem. Nadzieja wypinał brzuch. Pawi płaszcz z musztardowymi wypustkami narzucał mu postawę. Skrzetuski uwalił się łokciami na stół, kożuchem zamiatał podłogę. Gadali wszyscy naraz, ale Skrzetuski zagłuszał ich swym basem.

– Taki wszarz, panie poruczniku! Jak nic byłby mnie obdarł ze skóry. A ta jego głupia mina, kiedy zobaczył, że się kiwnął!

Wśród śmiechu Głośny jeszcze raz forsował swoją historię: – Ledwo my podeśli pod chałupę Bentkowskiego, ten wyłazi zza płotu i prosto do mnie.

– Jak Boga kocham – potwierdził Nadzieja. – A jak się uśmiechał, sukinsyn. Jak do narzeczonej.

– Prosto do mnie, panie poruczniku. Brzydźki taki pieron, obdarty, zarośnięty na pysku... Mruży ślipie i pado: „Herr Leutnant, banditen”. Pytam się go po niemiecku, ale on nie rozumie, tylko furt „banditen”, „banditen” i pokazuje na dom Bentkowskiego. Ja do chłopaków: „Vorsicht, deckt euch”, i pokazuję, żeby się skryli w rowie, a sam wyciągam spluwę i po polsku do dziada, ale tak, jakbym nie poradził czysto. A on do mnie: „Teroz nie, ale oni tu zarozki przyjdą. Przebrani – mówi – przychodzą za cywilów. Fotografirują się u onego. Jak doczkacie chwilę, to ich chycicie”. To ja się go pytam, czy wie, kaj mieszkają, a on pado, że wie, w takich, pado, jamach w lesie, za bagnem, ale boi się wieść nas ku nim.

– Ot cholernik! – Hieronim aż ręce zatarł z podziwu. – A pan myślał, że głupi, panie poruczniku.

– I jeszcze chciał na nas drań zarobić – wtrącił Nadzieja.

– Doczkajżeż. Ja mu gadom, że my się nie boimy, bo nas tu zarozki więcej przyjdzie i żeby nas prowadził, a on na to: co będzie z tego miał? Obiecałem mu, że mu każę wypłacić pięćset złotych we stützpunkcie we Włoszczowej, to ci się zaczyna targować ze mną, że mało, że za takie coś należy się najmniej tysiąc. Jeszcze chciał kwit na rękę.

– Bylibymy mu wystawili, ale żaden nie miał papieru przy sobie.

– Doczkajżeż. Więc ja go obferfluchtowałem, panie poruczniku, ale widzę, że nie pójdzie, no to wyciągam zegarek i padom: „To jest twoja premia ode mnie, jak nam rychtyk dobrze pokażesz”. Aż mu się w oczach zaświeciło.

– Jeszcze się prosił, żeby mu do ucha przyłożyć, czy aby chodzi – uzupełnił Nadzieja.

– I mój kożuch sobie zamówił – dodał Skrzetuski.

– No, no: jeszcze mu się widziało nie dosyć i pado, że jeden bandit ma taki fajnisty kożuch, a i buty, cholewiaki, też by mu się zdały na zimę. Tom mu powiedział, że z bandytów może se wziąć, co chce. Wtedy się zgodził i wiedzie nas. Ale jak! Prościutko ku przesiece, ani się nie namyśli. Przykludził nas w te olszynki nad bagnem i tu halt. Pado, że dalej nie pójdzie, bo tukej już niebezpiecznie, bo zarozki za groblą w krzakach bandyty mają strażników, co ich pilnują. A wszystko gizd wiedział! O której się zmieniają i że niżej jest jeszcze jedno przejście. Zostawiłem go z Nadzieją, a my, reszta, na groblę. Dla pucu czołgalimy się i skradali, póki szło nas zobaczyć z olszynek. A potem przy placówce ja: Hände hoch! Na cały pysk, tak coby słyszał, pieron...

– My, panie poruczniku, siedzieliśmy z Bimbrem po tej stronie w młodniaku i daliśmy się wziąć do niewoli...

– Ale heca! Nie macie pojęcia. Żebyście widzieli, jak sierżant jeńca zgrywał. Jak się trząsł, jak się oglądał! Bimber też był dobry. A Głośny se użył. Kopnął nawet sierżanta w tyłek.

– No co? Co se miałem żałować. Aby raz okazja nakopać mu do galot.

– Niech cię cholera weźmie, ja to sobie jeszcze odbiję.

– A ten wszarz, panie poruczniku – Nadzieja z trudem przekrzykiwał śmiechy – jak tylko z daleka zobaczył ich na grobli, zaraz mówi: „Kożuch, kożuch, ten sam”, i ręce zaciera, sukinsyn.

– Ot, cholernik! – powtórzył Hieronim.

– To jeszcze nic. Słuchajcie dalej. Ino my tych jeńców przykludzili, zarozki se kazał ten kożuch dać. Musielimy Skrzetuskiego trzymać z całej siły, wyrywał się, pieron, jakby naprowda.

– No pewnie! Przyjemnie to: mój kożuch na te dziadowskie wszy?

– Dalimy mu ten kożuch, Skrzetuskiemu i Bimbrowi ręce związali pasami, a ten już się odział i po butach poziera. Uwidziały mu się Bimbrowe saperki i wnetki sam biere się do ściągania. Nic nie gada, ino ciągnie. Bimber zyza postawił, mało my nie pukli od śmiechu. Tylko Skrzetuski nic po sobie nie pokazał. A ja, panie poruczniku, wziąłem karabin od Jarząbka, rozładowałem na boku i daję onemu. Terozki mosz ich zabić – padom...

W bunkrze zrobiło się nagle cicho.

– Myśli pan, że mi odpowiedział: „nie”? Kaj tam! Ino tyle, że nie poredzi strzelać. Tom mu pokazał rychtyk, jak się z tym robi, a on wziął luśnię, ale jeszcze się pyta, czy gacie z zabitych też bydą dla niego. A potem spokojniućko przykłada do ramienia i mierzy w Skrzetuskiego.

– Tak, panie poruczniku – Skrzetuski wyprostował się, ściągnął gęste brwi, twarz jego stała się solenna. – Mierzył do mnie z największym spokojem...

Przez chwilę milczeli wszyscy. Zbirek wylazł ze swego barłogu, stał jak urzeczony naprzeciw Skrzetuskiego, oczy mu błyszczały. Nikt się nie ruszał, tylko porucznik, który także podniósł się z taboretu, przesuwał rytmicznie ciężar ciała z pięt na palce i z powrotem, tak że woda chlupotała cicho pod deskami podłogi.

– Mierzył do mnie, panie poruczniku, żeby mnie zabić. Słowo daję, że mróz mi przeszedł po plecach, chociaż wiedziałem, że nie nabite. Ale trzeba było widzieć! Takie próchno, taki łachman, dziadyga nad grobem. Siwy pysk cały w kudłach i oczki maleńkie, szare, można by powiedzieć: poczciwe. I ani mrugnie. Mierzy w samo serce... Dopiero Głośny...

– Ja, panie poruczniku. Nie szło już tego strzymać dłużej. Wyrwałem mu ten gwer i trzask go w mordę. Nic nie rzekł. Siadnął se, nos utarł, poziera po nas jak głupi.

– A my z Bimbrem już rozwiązani. Podchodzę do niego, mówię: Ty draniu sakramencki, polskiego żołnierza chciałeś strzelać? Wie pan, co mi odpowiedział? Że lejtnant mu kazał.

– O jasna cholera! – Hieronim w stół grzmotnął pięścią. Uśmiechnął się zaciskając zęby – o jasna cholera!

– To nieprawdopodobne – powiedział porucznik.

– Niech się pan spyta Głośnego, niech się pan spyta Nadziei. Tak było, jak Boga kocham!

Nadzieja zarżał nagle hałaśliwym śmiechem. – Ale miał minę! Zupełnie zdurniał. Co się dzieje? Tu szkopy, tu partyzanty, przed chwilą mieli się zabijać, teraz sztama...

– Tu dają, tu odbierają – dorzucił Skrzetuski.

– Raz każą strzelać, raz w mordę biją – przekrzykiwał ich Głośny. – Prawdziwy cyrkus! – Znów śmieli się bijąc dłońmi o kolana, zanosząc się aż do kaszlu.

Hieronim podsunął się do porucznika z tyłu, pociągnął za rękaw: – No to... – pokazał kciukiem w dół. – Jama?

Na płaskich policzkach oficera leżał rdzawy blask. Twarz wydawała się usztywniona świetlistym werniksem. Wargi poruszyły się w niej, jakby kierowane jakimś mechanizmem wydzielonym z całości. – Tak – powiedział – nie ma się co bawić!

Zbirek postąpił naprzód, stanął w ukośnej smudze. – Panie poruczniku, proszę pozwolić mnie. – Wyprężony czekał na odpowiedź.

Maska pochyliła się nieznacznie. Blask objął wydęte czoło, oczy zapadły w cień.

– Czemu? – zapytał porucznik.

– Proszę mi pozwolić – powtórzył kapral Zbirek wysokim, natarczywym głosem.

– Niech mu pan pozwoli – rzekł Hieronim.

Porucznik wzruszył ramionami – dobrze.

Tamci wychodzili już z bunkra. Zbirek trwał nadal w służbistej postawie.

– Panie poruczniku, nie pożyczyłby mi pan swojej parabelki?

Oficer nie odwracając się sięgnął na stół, posunął pistolet ku skrajowi, ale w ostatniej chwili, uprzedzając ruch Zbirka, przykrył go dłonią.

– Ma pan swój własny nagan.

*

Wszyscy patrzą w schylony grzbiet, okryty pozieleniałym kabatem. Stary pracuje bez pośpiechu, stęka przydeptując łopatę, chociaż grunt nie jest tu ciężki. Szpadel odrzuca próchnicę, zbutwiałe korzonki, szary leśny piasek. Jest cicho. Listopadowe słońce nabrało barw w przedwieczornym pochyleniu, zapaliło pnie sosen żywiczną łuną. Tym dotkliwszy wydaje się chłód. Z ust ulatuje przeźroczysta mgiełka.

Stary przerywa co chwila, opiera się na stylisku, zdziwionym spojrzeniem wodzi dokoła. Jego oczki, ledwie widoczne spod nawisłych, siwych brwi, nie wydają się zalęknione. Tli w nich raczej odblask życzliwego uśmiechu. Można by przypuszczać: dziadkowi pochlebia, że jest ośrodkiem tego milczącego zainteresowania. Nikt już na niego nie krzyczy, nikt niczego nie ofiarowuje ani nie odbiera. Stoją w zgodnej gromadzie zieloni żandarmi i „bandyci” w rozmaitych przyodziewkach, w miękkich rogatywkach, kurtkach, kożuszkach, płaszczach wojskowych, z bronią i bez broni. Pogapi się na nich trochę, zerknie ku grobli, skąd nadchodzą jeszcze nowi, skacząc niezgrabnie z belki na belkę, potem machnie parę razy łopatą i znów odpoczywa.

Miejsce tu jest ustronne. Pas bagiennych łąk zatacza szeroką pętlę. Środkiem wije się kręto błyszcząca żyła wody. Opasany nią półwysep jeży się ciemną szczeciną świerkowego zagajnika, z którego wyrasta wąziutka sina smużka – dym obozowej kuchni. Z tej strony teren wznosi się nieznacznie ponad kotlinę mokradła. Na brzegu kępa olch o nietkniętej jeszcze zieleni, później anemiczne brzózki, sypiące złotym liściem, grabina i dębowa młódź, a wyżej wielkie sosny, stojące z rzadka, lecz zagęszczające się dalej w tło lasu, gdzie już zbiera się mrok. Górą niebo jest przeźroczyste, lekkie i chłodne od rozrzedzonego blasku. Pogodna cisza tego wieczoru działa kojąco. Dziadek nie spieszy się. Wykopał dołek sięgający mu najwyżej do pół łydki, a teraz trafił na jakiś grubszy korzeń i bezradnie opukuje go łopatą.

– W ten sposób będziemy się bawić do nocy – mówi sierżant Skrzetuski. – Chłopcy, pomóżcie mu który.

Stary niechętnie oddaje szpadel Wąsowi. Mruczy i ociąga się, ale wkrótce daje za wygraną i odszedłszy parę kroków siada na ziemi. Powolnymi ruchami szpera po kieszeniach, szuka czegoś, wygrzebuje jakieś paprochy i śmieci, rozsypuje dokoła sztywnymi palcami. Zbirek zbliżył się do niego, stanął z boku pod drzewem, obserwuje bacznie; ale dziadek nie zwraca na niego uwagi. Zaniechawszy swych poszukiwań zsunął kapelusz na czoło, bo światło zachodu razi go w oczy, i spod wymiętego filcu przygląda się pracy Wąsa.

Strzelec Wąs jest krępym parobkiem o krótkim karku i ciężkiej, kulistej głowie. Na robocie się zna. Wystarczyły dwa szybkie uderzenia i korzeń odskakuje jak żywy. Teraz kopanie idzie już łatwo. Wąs zdjął płaszcz, śmiga rydlem z regularnością maszyny. Aż świszcze odrzucany piasek, a stal błyska krwawym odbiciem zorzy. Wokół podnosi się szmer uznania. Twarz Wąsa nabiega krwią, zaczyna lśnić, strzelec jednak nie zwalnia tempa. Dół kryje go już powyżej kolan. Lecz teraz ostrze łopaty wchodzi w grunt z nowym odgłosem: szoruje miękko, cmoka przy podrywaniu. Piasek przestał się sypać – spada na ziemię mokrymi poduchami. Wąs prostuje plecy: – Woda – mówi.

Nagle dziadek podnosi się, człapie nad brzeg dołu i zagląda ciekawie do wnętrza. Jest wyraźnie niezadowolony. Kręci głową, czochra w zadumie pożółkłe kudły. Potem odwraca się niespodziewanie, rusza przed siebie, jakby po prostu odchodził.

– Stój! – piszczy Zbirek sięgając pośpiesznie do pasa. Lufy karabinów podnoszą się czujnie, jeden z „żandarmów” zabiega już łukiem od tyłu. Stary przystaje, ogląda się, uspokajająco kiwa ręką. – Mokro – mówi swoim chrypiącym, rozbitym głosem.

– To co, że mokro? – woła gniewnie Skrzetuski. – Dla was to już bez znaczenia. Chodźcie no tu!

– Zara – chrypi dziadek, wcale nie przestraszony krzykiem. Schylił się, zgarnia coś powoli. – Jak mokro, to niedobrze – mamrocze zrzędnie. – Sucho ma być.

Nikt nie rozumie sensu jego czynności. Obstąpili go, patrzą w osłupiałym milczeniu. A on grabi pazurami, stęka, szeleści wśród poszycia. Wreszcie podnosi się z pełnym naręczem zwiędłych liści i drobnego chrustu, wraca nad dół, sypie ten ładunek do środka. Nie przeszkadzają mu. Obraca jeszcze ze dwa, trzy razy, potem sam włazi do jamy, znika w niej. Pochylają się, stłoczeni ciasno wokół. Stary leży na dnie, mości się na kwaśno pachnącej podściółce, ręce podkłada pod głowę. Wygląda jak kukła z brudnych szmat.

Ktoś zachłystuje się pierwszy i raptem wszyscy wybuchają śmiechem. Kukła nieruchomieje, patrzy niedowierzająco w górę ku tym hałaśliwym twarzom. Po chwili wokół małych oczu zbierają się zmarszczki, w niechlujnym zaroście rozwiera się szrama ust, wargi odsłaniają kilka zielonkawych pieńków. Jakby bezbronny wobec wesołości tych ludzi, dziadek uśmiecha się także. Tylko sierżant Hieronim nie daje się w to wciągnąć.

– Dość! – mówi cierpkim, rozkazującym tonem. – Wyłaźcie no z tej dziury. Dość błaznowania.

Żołnierze milkną zawstydzeni, odstępują, a stary gramoli się na brzeg dołu. Trochę liści i patyków przylgnęło do nędznego przyodziewku, a nawet zaplątało się w zmierzwiony gąszcz brody. Kapelusz, przetłuszczony i wytarty na czubku od proszalnego trzymania, zjechał na bok, co dodaje postaci jakiejś groteskowo-ponurej fantazji.

– Czy wiecie, dlaczego tak ma z wami być? – pyta Hieronim tym samym cierpkim głosem.

W twarzy żebraka po raz pierwszy pojawia się niepokój. Szybkim, umykającym spojrzeniem strzela to tu, to tam, jakby szukał drogi ratunku. Milczy.

– Prowadziliście Niemców do naszego obozu?

Tamten z nieoczekiwaną skwapliwością przytakuje skinieniem głowy.

– Chcieliście zastrzelić tego sierżanta?

Teraz stary namyśla się chwilę. Patrzy najpierw na Skrzetuskiego, którego pokazuje mu Hieronim, potem jego oczy zatrzymują się na Głośnym i pojawia się w nich jak gdyby błysk ulgi.

– Pan lejtnant kazał – mówi.

– I bylibyście go zabili?

– Nie dał mi.

Hieronim ogląda się bezradnie na towarzyszy. – No tak – mruczy – to wystarczy...

Z tłumu wysuwa się Zbirek. Ręce schowane ma za plecami, kołysze się lekko na rozstawionych nogach; wygląda bardziej żabio niż zazwyczaj.

– Słuchajcie no, dziadku – mówi – macie wy może córkę?

Stary mruga zdziwiony. – Mam – przyznaje.

– Fajna dziewucha?

– Ee, dość ta... – mruczy niechętnie.

– Puścilibyście mnie ku niej?

Hieronim szarpie gwałtownie Zbirka za ramię. – Nie wygłupiaj się!

– Bo co? Nie można sobie pożartować?

– Nie – mówi Hieronim twardo.

Zbirek ma ochotę się kłócić, ale spojrzawszy w oczy Hieronima przełyka ślinę i rezygnuje.

– Przeżegnajcie się – rozkazuje Hieronim żebrakowi. Ale nim brudna, drżąca dłoń dosięga czoła, Skrzetuski przerywa swym głębokim basem.

– Chwileczkę. Może macie jeszcze jakieś życzenie?

Stary kończy powoli niezdarny znak krzyża, coś tam mamrocze sam do siebie; nie odpowiada, nie rozumie.

– Może byście co chcieli – powtarza Skrzetuski głośniej.

Tamten gapi się na niego w milczeniu, potem zaczyna jeszcze raz gmerać po kieszeniach.

– Kurzyć chce – mówi ktoś domyślnie.

Dziad kiwa głową. – No!

Kilku naraz już jest przy nim. Podają mu: ten mieszek, tamten pudełko. Stary bierze od Wąsa dużą szczyptę ciemnego, wilgotnego tytoniu, bezradnie trzyma ją w otwartej garści. Drugą ręką dalej myszkuje po kieszeniach.

– Macie który bibułkę? – pyta Skrzetuski.

Teraz wszyscy przeszukują kieszenie, ale nikt bibułki nie ma. Dopiero Hieronim wpada na pomysł: wyjmuje z portmonetki wymiętą złotówkę i podaje dziadkowi. Ten bierze, odruchowo zgina w podłużne korytko, uklepuje w nim tytoń, starannie zwija kciukami gruby wałek. Ale robi to coraz wolniej, z wzrastającym namysłem, a kiedy odstaje już tylko brzeżek do przylizania, zatrzymuje się całkiem i duma, wpatrzony w nie dokończonego papierosa.

– No, dziadku – mówi łagodnie Skrzetuski – ciemno się robi.

Tamten nie słyszy. Naprzeciw tych wszystkich wpatrzonych weń ludzi jest zupełnie sam w swej zadumanej niepewności.

Z westchnieniem rozkręca papierosa, wysypany tytoń mocno zaciska w lewej pięści, złotówkę składa na pół i chowa ją pieczołowicie. Ma tam jakąś skrytkę pod podszewką kubraka, do której trudno mu trafić. Grzebie się długo w zakamarkach swego odzienia, pochyliwszy głowę i zgarbiwszy grzbiet.

Hieronim lekko dotyka Zbirkowego łokcia, a kapral Zbirek zwolnionym, płynnym ruchem wyciąga prawą rękę zza pleców.

*

– Jak to się długo pieprzą – zrzędził Biskaj. – Będę musiał kolację po ciemku wydawać. Co to tyle barłożyć? Trzask-prask i załatwione!

Stali na małym pagórku, stanowiącym dach magazynu, wśród świerczków, które sięgały im piersi. Było stąd widać korony wielkich sosen po tamtej stronie bagna, oblane jeszcze na szczytach ostatnim, wietrzejącym odblaskiem zorzy. Od dołu podchodziła rozcieńczona, szarawa mgła, ciągnęło od niej wodnistym chłodem.

– To z tych nudów, panie poruczniku – rozważał Biskaj. – Z byle czego robią sobie zabawę. Ja się nawet nie dziwię. Nudno tu, jak jasne kule. No nie? Takie życie...

Za groblą stuknął pusto strzał; i jeszcze drugi.

Spojrzeli na siebie. Biskaj zatarł zgrabiałe ręce. – No, idę podhajcować, żeby mi wiara nie pyskowała jak kiedyś. – Zbiegł między krzaki, czarnymi krokami pokreślił wąską wstążeczkę żółtego blasku przed oknem bunkra pierwszej drużyny, znikł wśród kępy drzew otaczających kuchnię.

Porucznik został sam. Wtulił głowę w podniesiony kołnierz skórzanej kurtki. Czekał. Od grobli słychać już było głosy, trzask deptanego suszu i szelest rozsuwanych gałęzi. Na stygnącym niebie pojawiały się pierwsze blade gwiazdy. Głosy zbliżały się szybko. Można już było rozróżnić, który do kogo należy, chociaż nie rozumiało się słów. Milczący obóz też ożył. Ci co pozostali, wychodzili teraz ze swych podziemnych schronów i niewyraźnymi cieniami snuli się wśród zarośli.

Nagle tuż blisko, na ścieżce, odezwał się Hieronim.

– Z ciebie jednak jest kupa drania, Zbirek!

Było w tym stwierdzeniu więcej podziwu niż nagany, toteż Zbirek odpowiedział tonem chełpliwym: – Dziś, bracie, miałem smak na coś takiego. Czułem, że urwę się, jak kogo nie kropnę. Przyjdzie czasem taka chwila... – dreszczyk chłodu ukłuł ostatnie słowa, pchnął w piszczące tremolo.

– Ale złociaka zaoszczędził – powiedział ktoś i zaśmiał się.

Porucznik zszedł ku nim. Wychodzili z zagajnika całą gromadą. Ci z bunkrów zastępowali im drogę. Pod magazynem zgęstniał tłum, burczał zduszony gwar. Opowiadali: o legowisku z liści, o Zbirku, o tym ostatnim papierosie.

– Przynieśliście jego papiery? – zapytał porucznik.

– Tak jest – odparł Hieronim – zabrałem mu kenkartę.

– To dobrze. Trzeba będzie zrobić protokół dla okręgu.

Z zagajnika wynurzył się jeszcze jeden cień: Wąs z łopatą na ramieniu. – Załatwione – rzekł.

– Panie sierżancie Skrzetuski, proszę zarządzić przygotowanie do kolacji. – Porucznik skierował się do swego bunkra. Hieronim wyprzedził go, zapalał lampę naftową. Na stole leżała szara kenkarta o pozacieranymi druku, o rogach zaokrąglonych i miękkich jak bibuła. Tak była wytłuszczona, że okładki zlepiły się ze sobą, trzeba je było rozdzielać paznokciem. Porucznik długą chwilę przyglądał się fotografii. Szeroka twarz, mięsiste nozdrza, małe oczka zapadnięte głęboko i zmrużone, jakby raził je okrutny i niezrozumiały blask świata. Mogło się wydawać, że cała ta głowa zarośnięta kiedyś była długą sierścią, która wytarła się tylko ze starości na miejscach wypukłych, na ciemieniu, czole i policzkach, błyszczących teraz wśród szarych kłaków.

– „Alojzy Szynalik – przeczytał porucznik głośno. – Bez zawodu. Urodzony w Gidlach, 1878 rok”. Nawet nie taki stary – rzekł. – Sześćdziesiąt sześć lat... a wygląda...

– Ot, dziadowski już taki wygląd – wyjaśnił Hieronim. – Dziad, panie poruczniku, wszarz typowy.

Porucznik usiadł, przyglądając się nadal kenkarcie, pochylonej w dwóch palcach ku światłu. Jego spojrzenie miało szczególnie baczny wyraz, jakby tych kilka suchych informacji o człowieku kryło w sobie Bóg wie jak fascynującą historię.

– Różnych ja już widziałem – podjął sierżant – ale takiego paskudnego jak ten, to jeszcze nigdy. Taki drań, panie poruczniku, taki szmaciarz! Ot, żeby mnie kto opowiedział, nie uwierzyłbym ja jemu. – Pokiwał głową. – Nad grobem już, psiakrew, śmierć mu na karku siedzi, a temu parszywej złotówki żal zrobiło się. Człowiek, cholera! Człowiek...

Porucznik drgnął, niecierpliwym ruchem odwrócił się, czas jakiś patrzył na Hieronima ze zmarszczoną brwią, nieprzychylnie.

– Tak – powiedział z surowym naciskiem, odnoszącym się nie wiadomo do czego. Wstał, z rękami w kieszeniach zaczął spacerować tam i z powrotem po uginających się deskach. Woda pod podłogą pochlupywała rytmicznie do wtóru jego krokom.

– Niech pan otworzy maszynę – rzekł wreszcie – może zdążymy jeszcze przed kolacją napisać raport o tym biedaku... o tym wszarzu...

Przystanął i podczas gdy Hieronim zdejmował wieko z maszyny, dumał nad czymś z pochyloną głową.

– Źle się stało – rzekł nagle. – Źle się stało z tym Zbirkiem. Nie powinienem mu był pozwolić.

Palce Hieronima spoczywały już wyczekująco na klawiaturze. Uśmiechnął się. – Nic nie szkodzi, panie poruczniku. Byłby nam życie zatruł na tydzień. Ja go znam.

– Niech pan pisze!

„M. p. Kompanii »Akacja«, dnia 18 listopada 1944 r. Na ręce dowódcy batalionu »Las«, do wiadomości Komendanta Okręgu.

W dniu dzisiejszym rozstrzelany został żebrak Alojzy Szynalik, urodzony w Gidlach w roku 1878, jako niebezpieczny konfident żandarmerii. Dowody winy:”

Maszyna pluskała szybko i metalicznie, zatrzeszczał przesuwany wałek. – „Dowody winy...” – powtórzył Hieronim.

– Tak. Dowody winy...

Na stopniach włazu rozległo się wesołe gwizdanie. Wszedł Zbirek. – No, dawać miski, panowie. Przyniosę wam kolację, znajcie moje dobre serce.

Hieronim mrugnął na porucznika. A potem, zwracając się do kaprala: – No co, humor jest? Ulżyło?

Zbirek roześmiał się. – Jakbyś zgadł! – Sięgnął na półkę po fajansowe miski.

– Kapralu Zbirek – porucznik dotknął końcami palców jego ramienia – jutro pójdzie się pan sfotografować. Mamy jeszcze jeden blankiet wolny. Przyda się panu melina...

Chłopak zamrugał zdziwiony. – E, panie poruczniku, mam czas...

– Tak pan myśli? – Porucznik odstąpił o krok, z roztargnieniem spojrzał w czarną taflę szyby. – Pójdzie pan na melinę – powtórzył bezbarwnie.


Dwie jesienie

Świergot gwizdka przewiercił noc jak błysk elektrycznej iskry, ale wiatr rozmiótł ostatnie jego drgnienia i zrobiło się jeszcze ciemniej. Ktoś zawołał stłumionym głosem, w którym więcej było bezradności jak gniewu. Potem dało się słyszeć ostrożne człapanie. Błoto cmokało u podeszew butów, od czasu do czasu kałuża rozpryskiwała się zimnym chlupotem. Zatrzymali się po drugiej stronie sztachet i słychać było, jak naradzają się w swej ciężkiej mowie prześladowców. Wilk nie rozumiał słów, ale z brzmienia urywanych, niezdecydowanych pomruków wywnioskował, że stracili trop. Nie miał czasu na uczucia; rozumiał tylko, jasno i obiektywnie, że najprostszą rzeczą jest wejść w podwórze i z latarką w ręku przetrząsnąć jego zakamarki. Dłonią, zanurzoną w kieszeni płaszcza, ściskał mocno rewolwer, zupełnie pewien, że to będzie koniec.

Zdziwił się, kiedy ruszyli dalej. Ich kroki oddalały się mozolnie przez placyk, ku ruinie, której niewyraźny zarys majaczył na tle wodnistej czerni nieba. Nie poczuł nawet ulgi; tylko chęć trwania nadal w bezruchu w tym ciemnym kącie między nie tynkowanym murem kamieniczki a ścianą jakiejś drewutni, skąd ciągnęło surową wonią obierzyn, moczu i butwiejących desek. Znieczulające upojenie, w którym znajdował się dotychczas, zaczęło go opuszczać. Napięcie tajało, mięśnie rozluźniały się, pod mokry płaszcz przenikał ziąb. Wtulił głowę w ramiona, skurczył się, pragnąc osłonić w sobie wątły płomyczek ciepła, ulatniającego się z każdym oddechem. Był zmęczony, a zmęczenie to wydawało mu się rozległe jak noc. Nie do przebrnięcia. Coś mokrego i chłodnego otarło mu się o policzek wiotkim trzepotem. Jesienny liść przywiany z daleka. Powietrze musiało być pełne takich wirujących zwiędłych liści, nie mogących znaleźć spoczynku. Ta myśl wydobyła na jaw wspomnienie, które zaczaiło się w nim już dobrą chwilę temu, jeszcze zanim tamci przystanęli u płotu. Wilk. Wspomnienie miało swoją nazwę i mieściło się w niej wraz z całym swym aromatem, niepokojem, z przejmującym urokiem jednego z owych objawień dzieciństwa, których nie zapomina się nigdy. Teraz wydało mu się, że żył nim nieustannie i że pseudonim swój – tak na pozór banalny – musiał wybrać z konieczności, aby raz jeszcze odegrać tamto misterium.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.