Buda na karczunku - Klemens Szaniawski - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 200 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Buda na karczunku - Klemens Szaniawski

Powieść Klemensa Szaniawski z 1897 roku. Klemens Szaniawski (1849–1898), powszechnie znany jako Klemens Junosza, to powieściopisarz, nowelista i felietonista polski. Uczył się u pijarów w Łukowie, następnie w Siedlcach, ale ze względu na trudną sytuację materialną szkoły nie ukończył. Kilka lat pracował w izbie obrachunkowej w Lublinie. Potem zamieszkał w Warszawie, gdzie zajął się pracą literacką i dziennikarstwem. Pracował w redakcjach „Echa”, „Wieku”, „Wędrowca” oraz „Biblioteki Dzieł Wyborowych”. Publikował także w „Gazecie Lubelskiej” i „Kalendarzu Lubelskim”. Literacko zadebiutował w czasopiśmie „Kolce” w 1874 roku. Zwykle pisywał małe formy prozatorskie: nowele, opowiadania, obrazki, szkice. Chętnie i trafnie opisywał środowiska chłopskie, drobnoszlacheckie, ale także mieszczan i Żydów warszawskich i lubelskich. Spośród jego utworów można wymienić: „Rola” (1884), „Pan sędzia” (1887), „Cud na kirkucie” (1888), „Szpada Hamleta” (1894), „Obrazki szare” (1890), „Fotografie wioskowe” (1895), „Na zgliszczach” (1898), „Dworek przy cmentarzu” (1900). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Buda na karczunku - Klemens Szaniawski

Fragment ebooka Buda na karczunku - Klemens Szaniawski




Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I
  2. ROZDZIAŁ II
  3. ROZDZIAŁ III
  4. ROZDZIAŁ IV
  5. ROZDZIAŁ V
  6. ROZDZIAŁ VI
  7. ROZDZIAŁ VII
  8. ROZDZIAŁ VIII
  9. ROZDZIAŁ IX
  10. ROZDZIAŁ X
  11. ROZDZIAŁ XI
  12. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

Droga szła pod górę, ciężka i piaszczysta; koń stąpał powoli; z leniwie obracających się kół spadał drobny piasek.

Nad koniem unosiło się mnóstwo much, żądnych jego krwi, daremnie wstrząsał łbem, oganiał się ogonem, na białej sierści coraz przybywała smuga czerwona. Chłop usiłował odpędzić krwiożercze owady kłonicą, ale próżna robota: coraz nowe zastępy rzucały się na konia.

Po obu stronach drogi ciągnął się las, przerzedzony dosyć, zachodzące słońce napełniało go promieniami rzucanymi z ukosa, złocąc paprocie, trawę, mech, różnobarwne kwiatki leśne, czerwone poziomki. Drobne ptaszęta świegotały wśród gałęzi, dzięcioł twardym dziobem kuł sosnę.

Gorąco było, pomimo że dzień już się kończył, duszno – chłop zdjął z siebie sukmanę, a jego starozakonny towarzysz rozpiął kamizelkę, trzeci podróżny, w białym kitlu płóciennym, obojętnie palił fajkę i rozglądał się dokoła.

– Ciężka droga – rzekł chłop, zsuwając się z wozu – trzeba koniowi ulżyć.

– Czekajcie, ja też zlezę – odezwał się Żyd – nogi mi zdrętwiały od siedzenia, pić mi się chce bardzo. Nie ma tu gdzie blisko wody?

– Skądże by tu być mogła. Za górą będzie.

– A ile jeszcze tej góry?

– Pierwszyzna wam tędy jechać?

– Na moje sumienie, nigdy tu jeszcze nie byłem.

– Dziwna rzecz.

– Nie trafiło się. Ja mieszkam w miasteczku o cztery mile stąd, chodzę po wsiach, ale nie w tej okolicy. Pierwszy raz dziś wypadł mi tu interes, przysiadłem się do was i trochę jadę. Nie dziwujcie się, że pytam.

– A dokądże wy dążycie?

– Do Jastrzębia. Znacie wieś Jastrząb?

– Znam, znam. Dwie mile drogi jeszcze.

– Przecie podwieziecie mnie?

– Nie, ja zaraz za górą stanę, tam pan Sinic wysiądzie, a ja z powrotem do domu.

– Pan jest pan Szulc? – zapytał żydek jadącego.

– Jo.

– Pan Niemiec jest?

– Jo.

– Pewnie kolonista?

– Ne.

– Młynarz?

– Ne...

– E! – wtrącił chłop – jakże to wy, żydku, po świecie chodzicie, po jarmarkach bywacie, a nie wiadomo wam, kto jest pan Szulc. Cieśla to znaczny, w zeszłym roku stodole w Żabimbrodzie na folwarku stawiał.

– Kościoła też – bąknął Niemiec.

– Toć pamiętam, robiłem i ja przy panu Szulcu i mogę przyświadczyć, jako majster jest odpowiedzialny, porządny majster.

– Jo, jo...

– Kto to nie jest majster? – rzekł Żyd – każdy ma swoje majsterstwo...

Chłop spojrzał na swego towarzysza z wyrazem powątpiewania. Chudy, mały żydzina, bynajmniej nie miał powierzchowności rzemieślnika, twarz jego blada, o wystających kościach policzkowych, pierś wąska, ręce drobne, świadczyły, że ich właściciel nie mógłby podżwignąć młota ani topora.

– Co się tak patrzycie?

– Ano, myślę sobie, jakie to wasze majsterstwo. Juści chybaście nie cieśla, nie kowal, nie stolarz...

– Nawet nie krawiec – dodał Żyd.

– Tedy jakże?

– Ja jestem taki sobie majster, bez warsztatu, ale nicch no mi wpadnie trochę pieniędzy do ręki, to obaczycie, jaki ja będę mechanik; niech się wszystkie majstry schowają.

Niemiec roześmiał się.

– Jo, jo!... – rzekł. – Pieniądz jest ładny instrument.

– Juści prawda – dorzucił chłop – pieniądz dobra rzecz.

– Wy się na tym nie znacie, gospodarzu.

– Dlaczego?

– Bo tak jest. Gospodarz, jak nazbiera pieniędzy, to je zaraz w ziemię zakopie.

– A no, juści, ma trzymać na wierzchu, dla złodzieja?

– Wcale nie trzeba trzymać. Pieniądze nie lubią trzymania, one są jak ptaszki, im trzeba fruwać po świecie.

– Któż to was tak nauczył?

– Mądrzy ludzie, bardzo mądrzy ludzie, alboż u was ich brak? W naszym miasteczku jest dużo uczonych, takich uczonych, co ich każde słowo ma swoją wagę i znaczenie. Oni mają mądrość od ojców, a tamci ojcowie znów od swoich, to jest wypraktywana nauka. Oj, gospodarzu, wy mnie nie znacie...

– Zdaje mi się, żem was już kiedyś widział, tylko nie mogę sobie przypomnieć, gdzie...

– Pewnie na jakim jarmarku.

– A toć właśnie! Teraz już wiem. Temu będzie trzy roki, kupiliście ode mnie pół korca grochu i daliście mi dwie złe dziesiątki.

– Fe, to nie może być. U mnie się to nigdy nie praktykuje.

– Nie trzeba się zapierać, bo ja pretensji nie mam do was.

– Kto by mógł mieć pretensje?

– Ja nie mam, bo zaraz kupiłem od waszego brata czapkę i te dwie dziesiątki...

– Daliście memu bratu?

– Ano, myślałem sobie: niech ta przy jednej familii zostaną...

– Jo... to dobra jest – rzekł Niemiec.

– Takim sposobem, gospodarzu – odezwał się Żyd – wy pewnie wiecie, że ja się nazywam Icek Ufnal.

– Ano, teraz wiem.

A wy skąd jesteście?

– Ze wsi Grzędy...

– Jak was nazywają?

– Mikołaj Dąbek.

– – Ja teraz widzę, że my się dobrze znamy. Pewnie nieraz spotykaliśmy się na jarmarkach, na targach. Ja bardzo kontent jestem, żem znalazł starego znajomego, my się jeszcze nieraz spotkamy...

– Dlaczego nie. Powiadają, że góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem często...

– A żydek z gospodarzem jeszcze częściej...

Na górze ukazała się bryczka parokonna, po pochyłości konie biegły szybko; Niemca, chłopa i Żyda zasłonił tuman kurzawy.

– Będziesz ty po śmierci chodził po bagnach i cmentarzach – mruknął chłop, patrząc na oddalającą się bryczkę.

– Co wy gadacie, Mikołaju – spytał Icek.

– Mówię, że będzie chodził.

– Jakim sposobem on może chodzić po śmierci?

– Takie jego prawo. Nie wiecie chyba, Icku, że to omentra... Mało to taki za żywota nie domierzy?

– Nu, niech go diabli wezmą.

– Nie wezmą, bo musi chodzić i domierzać... Ja wiem, skąd on jedzie, on tu za górą kolonie mierzył, grunt, który szlachta kupiła...

Wóz znalazł się na najwyższym punkcie wzgórza, dalej droga była lżejsza, twardsza, po łagodnej pochyłości ciągnęła się ku polom i łąkom rozrzuconym w nizinie.

Słońce zaszło już za las, niebo mieniło się barwami złota, seledynu, purpury, z łąk dolatywał aromatyczny zapach skoszonego siana, wiatr zaczął wiać od rzeki i niósł chłód, tak bardzo upragniony po całodziennym skwarze i spiekocie. Na szerokiej przestrzeni pod lasem, wśród pni niewykarczowanych, bieliły się świeżo obrobione belki, czerwieniły cegły, gdzieniegdzie wznosiły się żurawie tylko co wykopanych studzien, szałasy sklecone naprędce z desek i gałęzi, widać było kilka grubych klonów na wysokich kozłach.

Ludzie mijali się wśród tego obozowiska, krowy kołatały klekotkami, kilkanaście koni spętanych pasło się na ugorze.

Tu i ówdzie rozpalone ogniska płonęły, a nad nimi białe słupy dymu wznosiły się ku górze. Słychać było oddalony gwar, śmiech goniących się dzieci i donośny dźwięczny głos dziewczyny, śpiewającej o ptaszku krogulaszku, co wysoko lata.

Icek przypatrywał się bacznie temu widokowi i nie mógł zrozumieć, co się w dolinie dzieje.

– To Cygany? – zapytał chłopa i nie czekając odpowiedzi, dodał: – Skąd się wzięło tyle tego łajdactwa? Tfy! Ja nie rozumiem, dlaczego nie zabronią im chodzić po świecie.

– Nie lubicie Cyganów?

– Niech oni zginą! Czy mało złego zrobili dawnym Żydom w Egipcie?

– Cygani?

– No, przecież to jedno pokolenie, to dzieci tamtych dawnych Cyganów. Oni kazali Żydom deptać glinę, robić cegłę, budować wielkie domy... a teraz co? Teraz żydki są bardzo porządni ludzie, kupcy, obywatele, szynkarze, a Cygani włóczą się po świecie, konie kradną albo w kryminałach siedzą. Niech oni wszyscy siedzą!

– Może to być, Icku, i prawda, co wy powiadacie – rzekł Mikołaj – ale owe ognie, co się tam palą, one szałasy, ono obozowisko – nie cygańskie jest.

– A czyje?

– Koloniści to wszystko, szlachta, grunt kupili, prócz tego po wyciętym lesie nowiny beda darli, a teraz oto siedziby sobie fundują.

– Nową wieś?

– Juści, że nie co. Sami robią i majstrów zwożą. Właśnie pan Szulc do nich jedzie, jako cieśla. – Będzie tam roboty niemało. Kilkanaście domów ma stanąć, a prócz tego stodoły, obory, chlewy, wszystko, co potrzeba... Majstry zarobią dużo pieniędzy.

– Jakie majstry– zapytał Icek. – Toć wiadomo, jak przy budowie: cieśle, mularze, zduny, kowale, stolarze. No ale, mój żydku, bywajcie zdrowi. Nam droga do onych ogni, na lewo, wam zaś do Jastrzębia – wprost przed się. A z wami jadę.

– A po co?

– Po co? Ciekawy jestem. Ja w moim życiu widziałem już dużo różnych wsi, bardzo dużo, ale to wszystko były stare, takie, co od dawna już są, ale nigdy nie miałem zdarzenia być świadkiem, jak się robi wieś z nowości. Niech raz zobaczę, co wam to przeszkadza?

– Jak chcecie.

– Przy tym ja właśnie teraz przypomniałem sobie, że też jestem majstrem.

– Oho! majster od geld! – wtrącił Niemiec.

– Nie, nie, panie Szulc, prawdziwy majster od roboty.

– Toć samiście mówili, żeście nawet nie krawiec...

– Zapomniałem, że mam fach, śliczny fach, właśnie do budowania. Jeżeli ja nie przyłożę ręki do domu, to taki dom wcale nie będzie dom.

– Cóż to za fach?

– Ja jestem... szklarz!

Niemiec śmiechem wybuchnął.

– Majster, majster! – rzekł – aber gdzie pan Icek praktykował?

– Dziwne pytanie. Gdzie szklarz ma praktykować? – przy oknie. Pan Szulc myśli, że ja nie widziałem szyby ani lufcika, że nie znam kitu, że nie wiem nic o diamencie... Nieboszczyk mój dziadzio szklarzem był, wujaszek też potrafił lufcik zreperować, mój szwagier tylko tym się trudni. W całej naszej familii taka zdolność jest, mały bachurek to już bębni palcem po szybie, bo wie, że jeżeli kiedy weźmie się do majsterstwa, to na pewno będzie szklarzem.

– A ile się teraz płaci skrzynka szkło? – zapytał cieśla.

– Rozmaicie, jak można wytargować, czasem drożej, czasem taniej, jak do skrzynki. Różne szkło bywa.

– Ile zapłacił Icek ostatni skrzynka?

– Ach, pan chce, żebym ja to miał pamiętać. Zapisane jest u mnie w książce, ale ja nie mam jej z sobą, ona w domu. Zresztą ja sam tego szkła nie kupowałem.

– A kto?

– Moja żona. Oj, to jest jedyna kobieta do szkła! Jej ojciec też wielki znawca był na szkło.

– Szklarz?

– Nie, szynkarz. Alboż to nie szklarstwo? Szklarstwo, tylko wilgotne trochę, dobry fach.

Wóz toczył się szybko po pochyłości, koń, niedręczony już przez muchy, biegł raźno, może go nęcił zapach świeżo skoszonego siana i nadzieja odpoczynku po ciężkiej drodze i dniu upalnym, dość, że Mikołaj musiał pilnie trzymać za lejce, aby tamować pośpiech.

– A ty nie leć, zatracony! – wołał – nie pali się, nie pilno...

Ickowi było bardzo pilno. Czuł on geszeft w powietrzu, nęciło go miejsce nowe, świeże, zapewne jeszcze niezajęte.

Zamówi się jako szklarz do roboty, podejmie wstawienia szyb we wszystkich nowych domach. Wprawdzie szklarzem nie jest, w życiu swoim ani jednej szyby nie wstawił, ale ma rzeczywiście szwagra szklarza. Cóż łatwiejszego, jak zawiązać wspólkę, sprowadzić tego fachowca – niech robi, niech kituje, niech zarobi. Icek weźmie tylko porękawiczne, faktorne. Jego szyby nie nęcą, on chce w tej nowej wsi być... chce być tylko Żydem. Żyd w każdej wsi potrzebny, idzie o to, aby się zaczepić. Icek zaczepi się, osiedli, zasiedzi mocno, a potem nie wpuści już nikogo, będzie mógł powiedzieć do każdego intruza:

– Idź do diabła, ja tu jestem od początku samego, od założenia. Czy można mieć lepsze prawa?

Po wąskiej, świeżo wyrobionej drożynie, pełnej korzeni i piasków, stoczył się wóz na koczowisko nowych osiedleńców.

Wnet obstąpili go ludzie z szałasów.

Mężczyźni, kobiety, dzieci, wszyscy słowem, zgromadzili się, ciekawi, kto przybył.

– Niech będzie pochwalony!... – rzekł Mikołaj.

– Na wieki! – odpowiedziało kilkadziesiąt głosów. – A, to pan Szulc!

– Pan Szulc! Witamy, witamy!

– Jo, ja Szulc – odrzekł Niemiec, z wozu schodząc – Gdzie pan Wincenty?

– Zaraz nadejdzie. O, idzie już! Zbliżył się do Niemca człowiek wysoki, poważny, z białymi wąsami i takąż głowa.

– Pan Wincenty?

– Jestem, jestem. Dobrze żeście przyjechali, panie Szulc, zaraz możemy zacząć mowę... o robocie.

– O pan Wincenty, ne, ne! Ja aber nie kot, żebym po nocy widział. Jutro jak świt robota, a teraz...

– Cóż teraz?

– Ja miał swój sznaps i swoja wurst, pan kazał gotować kartofel, ja zaraz jeść i spać.

– Schowajcie sobie, panie majstrze, wasz sznaps i co tam powiadacie, skoro jesteście u nas, nasze będziecie pili i jedli, taki tu obyczaj się praktykuje.

– No, gut...

– I wy, gospodarzu – rzekł zwracając się do Dąbka – nie powrócicie głodni... Puśćcie konia na ugór, do naszych, chłopcy go dopilnują, a wy się posilicie. Nie mamy jeszcze domów ani kominów, ale w garnek jest co wsypać, a baby i na dworze, przy ognisku uważą.

Chłop rzekł:

– Dziękuję, a przy tym życzę państwu na nowej posiedzialności: Szczęść Boże! – niech się chleb rodzi, dobytek mnoży, żyjcie sobie na tym miejscu we zdrowiu i szczęśliwości...

– Bóg zapłać za dobre słowo.

Icek wnet się odezwał:

– Państwo myślą, że ja nie winszuję? Ja też winszuję: niech państwo mają dużo pieniędzy – to najlepszy interes jest.

– Dziękujemy! A ty, żydku, co za jeden jesteś i czego żądasz?

– Ja jestem Icek Ufnal...

– No?...

– Trochę szklarz...

– To dobrze, szklarza nam trzeba. – Ja to wiedziałem...

– Ano, gdzie dom, tam i okna potrzebne.

– Ja mogę, choćby zaraz.

– Powoli, do jutra, pogadamy... Będziesz nocował?

– Ojej!...

– Ale czym cię pożywić?

– O co kłopot? Chleb mam swój, a jeżeli państwo dacie kieliszek gorzałki, to będzie bardzo fajna kolacja.

– Dobrze.

– Jutro o tym szkle?

– Jutro... Teraz noc krótka, a snu potrzeba.

Przed największym szałasem, na dwóch beczkach położono deskę i na tym improwizowanym stole zastawiono jedzenie. Zasiadła przy nim rodzina Wincentego, Szulc, zaproszono też Mikołaja.

Rozmowa nie szła, wszyscy byli senni.

Icek między szałasami myszkował, usiłując wybadywać, stosunek jakiś zawiązać, ale zbywano go krótko. Po całodziennej ciężkiej pracy ochoty do gawędy nie ma, oczy się kleją, głowy szukają oparcia, wyczerpanie i znużenie robi swoje, organizm domaga się snu.

Ledwie przed największym szałasem naczynia ze stołu sprzątnięto, rozległ się dźwięczny, srebrzysty głos kobiecy i zaintonował „Wszystkie nasze dzienne sprawy”... Z głosem tym połączyły się grube basy i tenory mężczyzn, soprany kobiet, piskliwe dyszkanty dzieci i zabrzmiał chór uroczysty, poważny, rozlegał się nad łąkami, po rosie, powtarzał echem w pobliskim lesie...

W chwilę później nastała cisza; z łąk zaczęły się podnosić białawe opary, na niebie mrugały gwiazdy, w dolinie czerwieniły się pogasające ogniska...