Brudne sekrety pokojówek - Monika Lipińska - ebook
Wydawca: Goneta Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 136 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Brudne sekrety pokojówek - Monika Lipińska

Opowiadanie obyczajowe oparte na historiach zasłyszanych od prawdziwych pokojówek, pracujących w hotelu na południu Europy. Każda młoda dziewczyna ma marzenia, do spełnienia których dąży uparcie. Nie inaczej jest z bohaterką niniejszego opowiadania, Karoliną. Zdecydowała, że zarobi na wakacjach pracą pokojówki, ale nie tam gdzieś w polskim kurorcie. Poszukała agencji rekrutującej personel w Polsce do hoteli na Cyprze. Marzenie wielu Polaków — słońce, ciepłe morze, plaża… Przecież w przerwach w pracy można na pewno skorzystać z tych dobrodziejstw, czyli połączyć przyjemne z pożytecznym. Czy aby na pewno?

Karolina zderza się z realiami życia daleko od rodziny, gdzie o pomoc ciężko, trzeba samemu bronić się wśród obcych ludzi. Na pewno w tej chwili nie pojechałaby ani na Cypr, ani do żadnego ośrodka turystycznego na południu Europy — zwłaszcza w sezonie letnim, a już na pewno nie do hotelu. Dlaczego? O tym jest niniejsza książka.

 

Dla Karoliny ta przygoda, na szczęście, zakończyła się szczęśliwie.

Opinie o ebooku Brudne sekrety pokojówek - Monika Lipińska

Fragment ebooka Brudne sekrety pokojówek - Monika Lipińska





 

Od redakcji:

Opowiadanie obyczajowe oparte na historiach zasłyszanych od prawdziwych pokojówek, pracujących w hotelu na południu Europy. Każda młoda dziewczyna ma marzenia, do spełnienia których dąży uparcie. Nie inaczej jest z bohaterką niniejszego opowiadania, Karoliną. Zdecydowała, że zarobi na wakacjach pracą pokojówki, ale nie tam gdzieś w polskim kurorcie. Poszukała agencji rekrutującej personel w Polsce do hoteli na Cyprze. Marzenie wielu Polaków — słońce, ciepłe morze, plaża… Przecież w przerwach w pracy można na pewno skorzystać z tych dobrodziejstw, czyli połączyć przyjemne z pożytecznym. Czy aby na pewno?

Karolina zderza się z realiami życia daleko od rodziny, gdzie o pomoc ciężko, trzeba samemu bronić się wśród obcych ludzi. Na pewno w tej chwili nie pojechałaby ani na Cypr, ani do żadnego ośrodka turystycznego na południu Europy — zwłaszcza w sezonie letnim, a już na pewno nie do hotelu. Dlaczego? O tym jest niniejsza książka.

Dla Karoliny ta przygoda, na szczęście, zakończyła się szczęśliwie.

 

 


Wstęp

 

Powiedzmy sobie szczerze — pokojówka to nie powód do dumy. Prowokuje dwa najczęściej występujące skojarzenia — młodej pindy w krótkiej, czarnej sukience z frywolnym, białym fartuszkiem i miotełką z pawich piór. Modelowy typ francuskiej pokojówki. Drugi jest o wiele mniej apetyczny — dojrzała, przysadzista kobieta ubrana w bezkształtny, pasiasty worek i ortopedyczne buty. Jej atrybutem i narzędziem pracy jest szczota i wiadro, względnie ekstra mocny płyn do czyszczenia toalet. Ten drugi typ jest rzadziej omawiany i niemal niezauważalny dla tej większości społeczeństwa, nawykłego do pieprznych dowcipów o francuskich femme de chambre.

Nigdy nie zastanawiałam się nad specyfiką pracy polegającej głównie na ścieraniu kurzu i segregowaniu ręczników. W moim mniemaniu, oczywiście. Nigdy mnie to specjalnie nie interesowało. Moje jedyne — bardzo pośrednie — zetknięcie z tym zawodem to luźna relacja koleżanki pracującej w jednym z hoteli na Malcie. Przyznawała wprawdzie, że jest ciężko, a szefowe to wredne babska, ale ostatecznie wykonywała tę pracę. No tak, czy nie? Uznałam zatem jej relacje jako nieco przesadzone. Nie mogło być jakoś super ciężko. Tysiące kobiet wykonuje podobną pracę w swoich domach i żadna nie robi z tego specjalnego halo. Tym właśnie sugerowałam się, decydując na wakacyjną pracę pokojówki w jednym z ogromnych hoteli na Cyprze.

Minęło kilka dobrych lat zanim zdecydowałam się o tym opowiedzieć. Zrobiłam to zarówno dla wszystkich kobiet nie zdających sobie sprawy ze specyfiki tego wątpliwej urody zajęcia, jak i dla turystów nieświadomych morderczej roboty wykonywanej w zaciszu ich hotelowych pokoi.

Moje przesłanie dla tych pierwszych jest krótkie i treściwe: „Dziewczyny! Nie idźcie tą drogą!”.

Do drugich apeluję zaś z całego serca, duszy i umysłu: „Napiwki!”. Mała rzecz, a cieszy. Oczywiście, im większa, tym przyjemniejsza. W przeciwieństwie do brudu, jaki potraficie zostawiać w pokojach.

 

 


Rozdział 1

 

Na rozmowę z potencjalnym pracodawcą musiałam powlec się do stolicy. Bite siedem godzin w podróży, po których wysiadłam z pociągu wymięta i zmaltretowana. Ze względów praktycznych zobowiązana byłam podróżować w eleganckiej, czarnej spódnicy i białej, koszulowej bluzce. O dwunastej w południe wyglądały one o wiele gorzej niż o piątej rano, gdy na wpół śpiąca, drżącymi rękoma wciągałam je na grzbiet. Rajstopy szczęśliwie przetrwały bez szwanku, czego nie można powiedzieć o lekkim makijażu, z którego pozostały smętne resztki. Przekonałam się o tym spoglądając z rozpaczą w zapyziałe lustro toalety dworcowej, w której można było odświeżyć się i uczesać za jedyne trzy złote. Kwota nieco wygórowana, zważywszy na nieciekawy wygląd owego przybytku, mogącego konkurować z niechlujnymi kiblami gdzieś na krańcach świata.

Uczesałam się, zbierając potargane włosy w koński ogon. Przypudrowałam obficie bladą twarz ze szczególnym uwzględnieniem granatowych worów pod oczyma . Pociągnęłam rzęsy tuszem, niezbyt przekonana co do słuszności tego pomysłu, ale nieumalowana nie mogłam pokazać się ludziom, od których zależało moje „być albo nie być”. Przynajmniej na cztery miesiące słonecznych wakacji. Bo mimo wszelkich obiekcji, wynikających z poczytania rozmaitych opinii, byłam pewna, że spędzę dwa miesiące w pięknym, ciepłym kraju, pracując jako pokojówka w przerwach między plażowaniem i pławieniem się w morzu.

Poplątane, warszawskie ulice doprowadziły mnie na krańce rozpaczy. Przejścia podziemne i chaos tam panujący wydawały się prowadzić wszędzie, tylko nie na miejsce przeznaczenia. Byłam umówiona na godzinę pierwszą i panika przed spóźnieniem zaczęła narastać w miarę upływu czasu i z racji wielości ulic, jakie musiałam pokonać. Pytanie ludzi okazywało się tylko częściowo dobrym pomysłem. Wielu z nich nie wiedziało absolutnie niczego. Byłam wkurzona oraz maksymalnie zestresowana i… gotowa do wyjazdu z tego miasta, którego nie znają nawet jego mieszkańcy. Zanim jednak zdołałam wprowadzić w czyn zamierzenia, pojawił się mój wybawiciel — wyluzowany facet odziany w czarne, skórzane spodnie i takąż kurtkę. Zapytany o drogę na ulicę X, bez zbędnego gadania wytłumaczył jak trafić nie tylko na nią , ale również do interesującego mnie budynku. Na szczęście, miejsce znajdowało się stosunkowo blisko i po dziesięciu minutach dobrnęłam do oszklonej kamienicy o dużych, również szklanych, drzwiach. Zaraz za nimi czatował siwowłosy portier. Zagadnięty, polecił mi udać się na drugie piętro i forsować wejście numer osiem. Tak też zrobiłam, wdrapując się na górę i sięgając do klamki właściwych drzwi z zamierającym sercem i gardłem wyschniętym jak pustynia Goa. W tym właśnie momencie, najgorszym z możliwych, przyszło mi do głowy, że mój angielski niekoniecznie musi okazać się taki komunikatywny, za jaki go uważałam. W każdym razie nie miałam okazji potrenować go w innych sytuacjach niż szlajanie się po Europie w ramach wakacyjnych podróży oraz lekcji szkolnych i pozaszkolnych. Maturę zdałam na cztery, ale nie było to specjalnym osiągnięciem. Na myśl o konwersowaniu z Cypryjczykami, miałam ochotę odwrócić się na pięcie i teleportować z tego miejsca. Jednak, jak to mówią, słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Przejechałam szmat drogi, nierozsądnie byłoby poddać się bez walki. A tak, nawet jeśli się nie uda, nie będę miała wyrzutów sumienia, że nie spróbowałam chociaż. Ostatecznie — zrobiłam wszystko, żeby dostać pracę. Z tą uspokajającą myślą nacisnęłam klamkę i wdarłam się do środka. Do centrum chaosu, mówiąc precyzyjnie.

Ludzie... Pełno młodych ludzi, zapełniających długie, wąskie pomieszczenie z czerwonymi, plastykowymi krzesłami ustawionymi pod ścianami i niezliczonymi, zdawało się, parami brązowych drzwi. Zdążyłam zauważyć elegancko ubrane dziewczyny, które robiły wrażenie absolutnie pewnych siebie. Najwyraźniej doskonale radziły sobie nie tylko z angielskim, ale także greckim, a może i arabskim. Było też kilku zblazowanych kolesi odzianych z szeroko pojętą swobodną elegancją, co oznaczało w tym wypadku dżinsy oraz czarne i granatowe marynarki. W tym zalewie czarno-biało-granatowych kombinacji, jak rodzynki w białym cieście, wyróżniali się nonkonformiści — dwie laski w dżinsach i obcisłych pstrokatych bluzkach (jedna do tego w srebrzystej kurteczce) oraz gostek w zielonych spodniach i szarozielonym polo. Chyba nie znali zasady dobierania ubioru adekwatnie do okazji. No cóż, przynajmniej odpadną z konkurencji.

Pani na rozmowę?

Przede mną stała wysoka, ubrana w czarny garnitur, dziewczyna. Wyglądało na to, że nie muszę martwić się jak, co i gdzie. Odetchnęłam z ulgą.

— Byłam umówiona na trzynastą — powiedziałam, zaciskając dłonie w pięści, żeby powstrzymać ich drżenie. — Staram się o stanowisko pokojówki.

— Oczywiście— uśmiechnęła się. — Proszę do biura. Załatwimy formalności.

W biurze — przestronnym pokoju z niezliczonymi biurkami — pracownicy agencji w ekspresowym tempie załatwiali rzesze interesantów, czyli potencjalnych pracowników cypryjskiego bossa. Dziewczyna szybko podsunęła mi do podpisania umowę z agencją, umożliwiającą mi rozmowę z Cypryjczykami oraz deklarację zakupienia biletu na Cypr wyłącznie za ich pośrednictwem. Podpisałam. Bo jakie miałam wyjście?

Na rozmowie będzie tłumaczka — powiedziała dziewczyna, zanim zdążyłam wyjawić jej lęki w związku z używaniem żywego angielskiego — Proszę się nie martwić. Oni potrzebują pokojówek. Ma pani duże szanse.

Nawet bez doświadczenia? — upewniłam się.

Pokiwała głową z entuzjastycznym pospiechem.

— Jeśli jest pani zdrowa i sprawna, da sobie pani radę. Proszę być dobrej myśli. Dobrze, proszę usiąść. Zostanie pani wywołana po nazwisku.

Niczym u lekarza.

Usiadłam na wolnym krześle na końcu korytarza, starając się nie słuchać krzyżujących się mniej lub bardziej optymistycznych prognoz dotyczących możliwości upragnionego wyjazdu. Miałam wrażenie, że wszyscy, bez wyjątku, są lepiej ubrani, lepiej przygotowani i robiący lepsze wrażenie ode mnie. Pokój przesłuchań znajdował się mniej więcej pośrodku długiego rzędu krzeseł. Co jakiś czas wyłaniała się z niego promiennie uśmiechnięta twarz szczęśliwca, który dostąpił wtajemniczenia, stając oko w oko z Wielkim Szefem. Inni rzucali na niego trwożliwe spojrzenia. Nie obyło się też bez próśb uchylenia rąbka tajemnicy. O co pytali? Co mówili? Jak wyglądali? Normalnie — istna matura. Ojejku!

Czas mijał. Drzwi otwierały się i zamykały, i wreszcie zdałam sobie sprawę, że minęła pierwsza, w związku z czym muszę utrzymać skupioną uwagę. W każdej chwili mogło paść moje nazwisko.

Padło o wiele szybciej, aniżeli się spodziewałam. Najpierw miałam ochotę poprosić o pół godziny zwłoki, żebym mogła się psychicznie przygotować. Ale to byłby skrajny nieprofesjonalizm. Rada nierada wstałam z krzesła i powlokłam się na miejsce kaźni, starając się ustać na gumowych nogach. Ostatkiem przytomności poprawiłam spódnicę i wkroczyłam do pokoju, a pracownica agencji zamknęła za mną drzwi, odcinając mi w ten sposób drogę ucieczki.

Porównanie z maturą było trafne. Za długim, nakrytym, białym obrusem stole, siedziało trzech odzianych w garnitury facetów. W przeciwieństwie jednak do moich nauczycieli, bladych, ponurych i znudzonych, ci tutaj byli ogorzali, uśmiechnięci i zainteresowani moją skromną osobą. Takie przynajmniej sprawiali wrażenie.

Hello, Karolina — zaczął najgrubszy i najbardziej kędzierzawy, i zapewne najważniejszy, bo zajmował centralne miejsce. — How are you?

Very well, thank you1 — wymamrotałam, kątem oka rejestrując zadowolone spojrzenie dziewczyny z agencji, pełniącej zapewne rolę tłumacza.

Dałabym głowę, że za każdego zwerbowanego pracownika agencja dostaje odpowiednią prowizję. W ich interesie jest zatem wypchnięcie na Cypr jak największej liczby ludzi. To mnie pokrzepiło i uspokoiło. Podobnie jak świadomość, że przed rozmową wbiłam sobie do głowy wszelkie możliwe określenia przydatne w pracy pokojówki, od standardowych: „to clean, to sweep, to change the towels2” po określenia każdego przedmiotu wykorzystywanego w tej pracy. Na kolesiach zrobiło to odpowiednie wrażenie.

But you know, that this is very hard work?3

Pokiwałam głową z pewną dozą entuzjazmu. Jasne, że wiem i jestem gotowa na ciężką pracę. Jakżeby inaczej?

Okey, Karolina. Can you sign this paper?4

„Paper” okazał się umową o pracę podpisaną na firmowym papierze z wielkim logo hotelu na środku. Byłabym zachwycona, gdybym nie wiedziała z relacji osób przede mną, że każdy otrzymał taki papier do podpisania. Absolutnie nie świadczyło to jeszcze o podjęciu pracy. Decyzja miała zostać powzięta po przesłuchaniu wszystkich kandydatów i ogłoszona dwa tygodnie później. Pracownicy agencji mieli skontaktować się z każdym i przedstawić wynik rekrutacji. Szczęśliwi wybrańcy, przyszli eksploratorzy tajemniczej krainy na pograniczy Azji i Europy, otrzymają odpowiednie instrukcje co do zakupu biletu oraz terminu lotu.

Przyjęłam te wszystkie informacje z uśmiechem przyczepionym do ust. Jak wszystkie inne rozmowy, ta też sprowadzała się do standardowego: „Proszę czekać na informację”.

Thank You5 — powiedziałam pod adresem facetów w czerni. — Efharisto yiasu6.

To ostatnie rzuciłam z bijącym sercem. W zdenerwowaniu mogłam pomylić tych kilka podstawowych zwrotów po grecku, które wbiłam sobie do głowy. Rozjaśnili się w uśmiechach na dźwięk ojczystej mowy, wyglądało więc na to jednak, że podziękowałam im i pożegnałam jak należy.

— Yiasu, Karolina7 — odpowiedział główny manager hotelowego HR. — See you soon8.

Zabrzmiało to obiecująco, ale postanowiłam nie nakręcać się niepotrzebnie i nie robić sobie nadziei. Nie miałam zresztą siły. Dziesięciominutowa rozmowa zmęczyła mnie niczym całodniowa szychta w kopalni. Teraz, gdy było już po wszystkim, pragnęłam jedynie opuścić to miejsce i znaleźć się z powrotem w domu. Do tego brakowało jednak sporo czasu. Co najmniej dziesięć godzin, zależnie od tego, który pociąg zdołam złapać.

Westchnęłam głęboko, odpowiedziałam na kilka tych samych formułek, powtarzanych do znudzenia przez zestresowanych osobników wchodzących po mnie, złapałam kurtkę i wyleciałam za drzwi, jakby mnie ktoś gonił. Z ulgą wyszłam na świeże, zimowe powietrze. Luty był w tym roku wyjątkowo ostry i jedyne co pozwoliło mi przeżyć bez szaleństwa ciemne, zimne dni była świadomość słonecznego lata. Zwłaszcza od kiedy zostałam zakwalifikowana na rozmowę w Warszawie. Cypryjskie wakacje miały rozpocząć się już w kwietniu, bo wówczas zaczynał się sezon hotelowy na tej odległej wyspie, o której do niedawna nie miałam większego pojęcia. Teraz stała się celem iście życiowym. Praca pokojówki miała być kamieniem milowym mojej nudnej do tej pory, pozbawionej celu, egzystencji absolwentki liceum bez szans na pracę oraz studia. Emigracja była jedynym sensownym rozwiązaniem, ale Anglia, Holandia i Niemcy były zalane przez kilka emigracyjnych fal Polaków. I do tego takie banalne. Co innego wyspa, na której Afrodyta wyłoniła się z morza. Innymi słowy — ziemski raj. Nic dziwnego, że dążyłam do niego ze wszystkich sił, gotowa na wszelkie możliwe poświęcenia. I wierzyłam, że mi się uda.

E-mail z agencji nadszedł półtora tygodnia później. Przez ten czas robiłam wszystko, by nie myśleć o tym, że waży się mój los. Codzienna szara egzystencja, dyskusje z rodzicami, praca hostessy w markecie, włóczenie się po ulicach, czytanie motywujących poradników służyło odwróceniu uwagi od pewnej, odległej wyspy. Nie zmienia to faktu, że z drżeniem serca odbierałam każdy telefon i otwierałam pocztę. Udawałam sama przed sobą, że nie zależy mi na oderwaniu się od szarej egzystencji na rzecz niepewnej przyszłości na Cyprze.

Akurat w Walentynki nadeszła wiadomość. Wcale nie była krótka i lakoniczna. Wręcz przeciwnie, ozdobiona nadmiarem wykrzykników i podkreśleń, między którymi na pierwszy rzut oka wysuwał się czerwony nagłówek: „GRATULUJEMY!” — niczym ogłoszenie nagrody w sobotniej kumulacji Lotto. Agencja cieszyła się razem ze mną, że przypadłam do gustu przedstawicielom hotelu i już niebawem, za niecałe dwa miesiące, wyjadę na Cypr, aby dołączyć do ekipy „Resort Beach”. Cóż, cieszyłam się równie mocno, chociaż w pierwszym momencie byłam oszołomiona. Gdyby ktoś w tym momencie wniknął w mój umysł, odnalazłby tam — i owszem — gejzer radości, ale także lepką woń strachu. Inna sprawa, że do momentu nieotrzymania kopii umowy, którą podpisałam podczas rozmowy, wyprawa na Cypr wydawała mi się równie realna co lot w kosmos. Ale teraz wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Kolejny, już mniej entuzjastyczny e-mail z agencji zawierał sporo załączników — kopię umowy z hotelem, kopię umowy z agencją (jak się okazało nie ponosi żadnej odpowiedzialności za mój pobyt na Cyprze, co jakoś umknęło mi w momencie jej podpisywania), deklarację wpłaty tysiąca czterystu złotych na konto biura podróży organizującego bilety. Pominąwszy fakt, że tysiąc czterysta za lot w jedną stronę było sumą dosyć wygórowaną, to jak się można było spodziewać biuro podróży należało do żony właściciela agencji. Nie ma to jak zgrabnie obejść przepis niepobierania opłaty za pośrednictwo pracy. Ale innego wyjścia nie było. Musiałam kupić bilet właśnie tam, albo — zrezygnować z podróży.

Rodzice kręcili nosem na Cypr, kupno biletu po cenie równej tygodniowym wakacjom na Krecie i na zarobki rzędu pięciuset euro. Tyle mniej więcej moja siostra inkasowała za tydzień pracy w podrzędnym, angielskim biurze. Ale ona miała szczęście załapać się do pierwszej fali Polaków jadących na Wyspy w chwili, gdy praca leżała na ulicy i należało tylko wyciągnąć rękę. Ja nie miałam tyle fartu. Cieszyłam się jednak, że przetarła szlaki i udowodniła starym, że emigracja to całkiem dobra sprawa.

Skoro musisz, to jedź — powiedzieli, gdy pokazałam im wszystkie informacje o planowanym terminie lotu wyznaczonego na szóstego kwietnia. — Ostatecznie to tylko cztery miesiące.

— Właśnie — pokiwałam głową i zwiałam do pokoju, żeby nie patrzeć im w oczy.

Umowa była podpisana na sześć miesięcy bowiem żaden pracodawca nie zatrudniłby mnie na okres wakacji. Nie pracowałam de facto, nie studiowałam, więc też nikt nie miał powodów podejrzewać mnie o chęć ucieczki w szczycie sezonu. Owe cztery miesiące dawałam sobie sama, przekonana, że mogę zerwać umowę i wrócić, jeśli coś będzie nie po mojej myśli. Ostatecznie nie podpisałam cyrografu, tak czy nie?

Formalności załatwiłam w tempie ekspresowym. Rodzice dołożyli siedem stów do biletu, za co byłam im cholernie wdzięczna, bo praca hostessy nie należała do szczególnie lukratywnych. A musiałam zaopatrzyć się w kilka nowych, letnich ciuchów i ze dwa stroje kąpielowe. Jak na złość zleceń było coraz mniej. Zaciskałam zęby za każdym razem, gdy sprawdzałam stan konta i z coraz większą niechęcią słuchałam telewizyjnych wiadomości. Informacje o kryzysie gospodarczym napływały z każdej strony nieubłaganie i natrętnie. Gdyby nie perspektywa wyjazdu do raju, chyba założyłabym stryczek na szyję. Na szczęście, termin lotu zbliżał się wielkimi krokami. Poświęcałam ten czas na szlifowanie angielskiego i przeglądanie map i przewodników po Cyprze. Obiecałam sobie solidnie pozwiedzać, co nie powinno być trudne, bo hotel „Resort Beach” znajdował się na przedmieściach Limassol, wielkiego portowego miasta, które — z tego, co o nim pisano — było porównywalne z francuską Niceą. Czy mogłam pragnąć czegoś więcej?

Słowo „Limassol” było jak melodia, którą powtarzałam w myśli za każdym razem, gdy spotykałam wyjątkowo szarego, zmęczonego życiem człowieka, gdy stałam w długaśnej kolejce w hipermarkecie, gdy informacje o problemach finansowych zdawały się przytłaczać wszystko inne. Mnie to już nie dotyczyło. Współczułam jedynie znajomym i nieznajomym pozostającym w tym szarym, smętnym kraju, podczas gdy na mnie czekało pachnące wiatrem i oliwkami Limassol.

 

* * *


Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.