Brudna gra - Nikodem Pałasz - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 581 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 17 godz. 28 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Brudna gra - Nikodem Pałasz

Gwiazda światowego sportu, triumfator Wimbledonu, polski tenisista Artur Malewicz zostaje zamordowany w swoim ekskluzywnym apartamencie. Zabójstwo ma miejsce dzień po ostatnim turnieju sezonu – World Championships w Londynie, który Polak wygrał w mistrzowskim stylu.

Dochodzenie w sprawie zabójstwa Malewicza prowadzi inspektor Wiktor Wolski, były amatorski mistrz Polski w boksie, historyk sztuki i niedoszły filolog. Porzucił uniwersytet, by wstępując do policji, rozwikłać zagadkę morderstwa swojego ojca.

Wolski wnika w mroczny świat zawodowego tenisa. Płatny seks, doping, ustawianie meczów. Tu wszystko jest możliwe i każdy wydaje się podejrzany... Okazuje się, że nawet inspektor Wiktor Wolski, w imię wyższych celów, musi czasem rezygnować ze swoich zasad.

Opinie o ebooku Brudna gra - Nikodem Pałasz

Fragment ebooka Brudna gra - Nikodem Pałasz














NIKODEM PAŁASZ

BRUDNA
GRA


Projekt okładki: Agencja Interaktywna Studio Kreacji

(studio-kreacji.pl)

Redakcja: Marianna Zielińska

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Maria Śleszyńska

Zdjęcia na okładce:

© ghoststone/istockphoto

© lifeonwhite/Depositphotos

© Nightcom/Depositphotos

© by Nikodem Pałasz

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2014

Wszelkie podobieństwo do realnych osób i wydarzeń jest

przypadkowe i niezamierzone. Opisane osoby i wydarzenia

są fikcją i wytworem wyobraźni autora.

ISBN 978-83-7758-658-7

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I


Dla D. B. L.


Człowiek powinien mieć dwa życia. Jedno dla siebie, drugie dla innych.

Italo Svevo, Jedno życie,

przeł. Z. Ernstowa

A we mnie samym wilki dwa,

oblicze dobra, oblicze zła

walczą ze sobą nieustannie,

wygrywa ten, którego karmię.

Luxtorpeda, Wilki dwa


Bohaterowie

Świat tenisa:

Artur Malewicz – gwiazda tenisa, triumfator Wimbledonu, były numer jeden na świecie

Piotr Grabek – przyjaciel Artura Malewicza

Max Lubov – menedżer Artura Malewicza

Stefan Goszczanin – pierwszy trener Artura Malewicza

Dawid Baudouin – tenisista, deblowy partner Artura Malewicza

Olaf Ciszowski – były fizjoterapeuta Artura Malewicza

Remigiusz Kopeć – prezes Polskiej Federacji Tenisa Ziemnego

Andrzej Starkiewicz – wiceprezes Polskiej Federacji Tenisa Ziemnego

Robert Mościcki – współpracownik PFTZ, lekarz reprezentacji Polski w tenisie

Emil Reluga – właściciel magazynu i redaktor naczelny „tenisLife”

Policja:

Wiktor Wolski – młodszy inspektor, szef Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw

Marek Janik – podkomisarz w Wydziale do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw

Agnieszka Stańczyk – aspirant sztabowy w Wydziale do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw

Dominik Papież vel Domino – aspirant sztabowy w Wydziale do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw

Jan Morawiec – szef Komendy Stołecznej Policji

John Edwards – Europol

Eryk Zaleski – patomorfolog

Politycy:

Adam Kownacki – minister spraw wewnętrznych

Janusz Łabędź – minister w Kancelarii Premiera

Aldona Nowak-Piotrowska – minister w Urzędzie do Spraw Sportu

Inni:

Jerzy Malewicz – ojciec Artura Malewicza

Joanna Frankel-Malewicz – matka Artura Malewicza

Jan Grabek – milioner, ojciec Piotra Grabka

Lena Nowicka – dziennikarka śledcza

Róża Borska – szefowa agencji towarzyskiej

Monika Ostrowska – kochanka Artura Malewicza

Martyna Wiechlina – kochanka Artura Malewicza

Anna Rostovska – narzeczona Piotra Grabka

Alicja Struga – szefowa marketingu Europe Premium Hotels

Profesor Klemens Sołomerecki – przyjaciel Wiktora Wolskiego


 

– Szczęście.

– Słucham?

– Pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi panu na myśl? – zapytał terapeuta.

– Nie wiem… – Wolski wiercił się na fotelu. – To bez sensu.

– Kiedy mówię: szczęście, co ma pan przed oczami?

Wolski milczał przez chwilę, a potem zaczął mówić:

– Idziemy z Klaudią, moją żoną, i dziećmi na spacer. Jesteśmy w Bieszczadach, pchamy przed sobą wózki. Ona pcha wózek z Kacperkiem, ja z Natalką. Rozmawiamy o remoncie mieszkania. Czeka nas mnóstwo pracy. Wyburzymy jedną ścianę, przebudujemy wyjście na taras, odnowimy kuchnię. Nienawidzę użerać się z robotnikami…


Prolog

Kolejna szalona noc w jego życiu dobiegała końca. Londyńskie słońce budziło świat do życia. Jakby w zwolnionym tempie za oknami Marriott Hotel County Hall pojawiał się poranek. Tamiza szumiała spokojnie, a może to był szum w jego głowie. Po takiej imprezie mogło szumieć. Nie pamiętał, ile wypił drinków, ile wypalił skrętów. Ale to nieważne. Zasłużył na to. I zasłużył na nią.

Spojrzał na jej nagie ciało. Leżała obok, piersi falowały w rytm oddechów. Piękny widok. Najpiękniejszy, przyznał w myślach. Zamknął oczy. Spokojnie, spokojnie. Jak to było? Najpierw kilka toastów w O2 Arena, potem impreza w Automat Club, później w domu… czyżby McCartneya? Eltona Johna? Spokojnie. W głowie zaczęły mu wirować obrazy sprzed kilku godzin. Londyn nocą był dla niego taki sam jak nocny Paryż czy Amsterdam – pijany. Pojawiły się strzępki wspomnień z imprezy: kłębiące się wokół niego kobiety, obściskujący go mężczyźni, taniec, whisky, samochody, szampan. Przypomniał sobie chwilę, w której ją zobaczył. Przeszła obok, piękna jak bogini. W życiu nie widział takiego zjawiska. Nie zauważyła go albo udała, że nie zauważa. Potem długo grała komedię, że go nie rozpoznaje. Był zachwycony, kiedy dowiedział się, że jest Polką. Tańczyli, pili, trochę palili, tańczyli, znowu pili. I tak w kółko przez całą noc. Przynajmniej dopóki nie urwał mu się film. Tak do końca się nie urwał, coś tam pamiętał. Przyszli do pokoju, całowali się, był szampan.

Przez chwilę miał wrażenie, że przestała oddychać. Poczuł przypływ paniki, przyłożył ucho do jej piersi. Oddychała, poruszyła się. Chyba powiedziała coś przez sen czy jęknęła. Nie mógł jej zrozumieć. Która to może być godzina? Opuścił nogi na podłogę. Wstał. Pokój zawirował, ale po chwili się uspokoił.

Rozejrzał się. Westminster Suite, ekskluzywny apartament – sześćset pięćdziesiąt funtów za noc – mieszczący się w starym londyńskim hotelu, jednym z najelegantszych w mieście, nie wyglądał najlepiej. Wszędzie walały się porozrzucane ubrania: smoking w nieładzie na fotelu, buty na stole, koszula na telewizorze, sukienka na lampce nocnej. Jego wzrok przykuł stanik zwisający z oparcia fotela. Na podłodze, obok dużej ciemnej plamy, leżały dwie puste – albo prawie puste – butelki Dom Pérignon 1949 Vintage po tysiąc pięćset funtów każda. Na biurku dostrzegł opróżnioną do połowy butelkę Johnniego Walkera Blue Label i szpilki dziewczyny. Nie mam kaca, to dobrze. Jeszcze jestem pijany. To dobrze.

Podszedł do lustra. Piękna gęba. Gęba mistrza, pomyślał.

– Jesteś mistrzem – powiedział po cichu. – Jesteś, kurwa, mistrzem świata. A reszta to chuj.

Wszedł do łazienki, włożył szlafrok, na chwiejących się nogach stanął nad sedesem i zaczął sikać. Spojrzał w dół. Bladożółty łuk kończył swój bieg w czeluściach ogromnego srebrnego pucharu.

– O kurwa, ale wali – wysapał. – Ktoś tam narzygał czy co…?

Nachylił się. Jego puchar w kiblu?

– Kto to, kurwa, tu wrzucił?! – krzyknął.

Nikt mu nie odpowiedział. Wyjął puchar z sedesu i wstawił pod prysznic. Odkręcił kurek. Strumienie wody zmywały wymiociny z napisu „World Champion”.

Janko Tomjanović – Artur Malewicz 6:7, 6:1, 5:3

Cisza na trybunach go przeraża. Pierdolić to, myśli. Wszystko pierdolić. Nie wygram tego finału, chuj z wami. Spakuję się i spierdalam do Polski. Za godzinę będę sobie spokojnie siedział w macdosie i wpierdalał big maca. Jutro polecę tym porannym lotem o ósmej czterdzieści. Goodbye, London! Oby jak najszybciej być w domu.

Jego rozmyślania przerywa potężny serwis aktualnego numeru jeden na świecie. Odpowiada mu z bekhendu niemal bez zastanowienia. Linia. „Deuce”, rozlega się w hali głos sędziego. I burza braw. Linia? – dziwi się w duchu. Już myślał, że będzie w szatni, a tu linia i równowaga. Kurwa, ile ta męka będzie jeszcze trwać? Trzecia piłka meczowa obroniona. Ileż można?

Następny serwis Tomjanovicia trafia w siatkę. Drugi serwis i as. Palec wskazujący Artura wędruje do góry. To jest silniejsze od niego, jakaś iskra nadziei tląca się nawet w najgorszej sytuacji. „Mister Malewicz asked for a challenge”. Gwar na trybunach, Tomjanović patrzy na sędziego, rozkłada ręce, robi zdziwioną minę. To jego stary numer: gra na emocjach. Kibiców, sędziego, rywala. Fani Serba wiwatują. Jest o dwie piłki od swojego kolejnego triumfu w World Championships. A może nawet o jedną piłkę? – zastanawia się Artur. Już widzi te nagłówki: „Tak jak Fibak wieki temu, znów Polak był przed szansą na zwycięstwo w finale tej ważnej imprezy. I znowu porażka. Polacy ciągle przegrywają”. Wielki ekran zawieszony pod dachem O2 Arena pulsuje białym i niebieskim światłem. Wszyscy obecni w hali podnoszą głowy i patrzą, jak komputerowa symulacja decyduje o losach meczu. O życiu i śmierci tenisowych gladiatorów. Aut. Jęk zawodu. Sędzia ogłasza wyrok: „Advantage Mister Malewicz. Mister Malewicz one challenge remaining”.

Kolejny serwis Serba, krótka wymiana i Tomjanović trafia w siatkę. Artur dostaje gema w prezencie. Od Tomjanovicia, a może od losu. Jest młody, ale zbyt doświadczony, by nie wiedzieć, że takich prezentów się nie marnuje. Wygrywa gładko swoje podanie. Return w siatkę i trzy asy. Jak by powiedział znany komentator: „Mecz zaczyna się od początku”.

Weszła do łazienki, kiedy brał prysznic. Odsunęła drzwi kabiny.

– Mam coś dla ciebie – wymruczała i wcisnęła się obok niego. Zrobiło się ciasno. Ciepła, prawie gorąca woda spływała po ich ciałach. Budzili się do życia. W ręce trzymała Johnniego Walkera Blue Label. – Proszę – rzuciła i zaczęła wlewać mu whisky do ust.

Zabrał jej butelkę i zrobił to samo. Wypili pół flaszki, podając ją sobie w przerwach między pocałunkami. Dawno nikt nie zrobił na nim takiego wrażenia jak ona. A może nigdy? Normalnie już dawno by ją wyprosił z pokoju hotelowego. W miarę taktownie, ale stanowczo – gdyby była zwykłą dziewczyną poznaną poprzedniego wieczoru. Gdyby była dziwką, po prostu kazałby się jej wynosić. Od czasu afery w Sztokholmie nie brał już dziwek do hoteli, w których nocował podczas turniejów.

– Impreza się nie kończy. Lecimy do Polski – rzucił.

– Kiedy?

– Teraz, zaraz. Do Warszawy. Polecimy prywatnym samolotem Piotra.

– Super. Ale poczekaj, muszę skoczyć do domu po rzeczy. Jakoś się ogarnąć…

– Nie ma sprawy. Zaraz do niego zadzwonię i dowiem się, o której możemy startować. Samolot mamy do dyspozycji. Poczeka na nas. – Zaśmiał się.

– Pewnie, Art. Na mistrza każdy samolot poczeka.

– Ha, ha, jasne, że każdy…

– Załatwić jakiś towar?

– Nie, skołujemy coś na miejscu. Zresztą mnie już trawy wystarczy, zostanę na razie przy whisky i szampanie.

– Myślałam o czymś mocniejszym.

– Wszystko załatwimy w Warszawie… Spokojnie.

Wyszli spod prysznica. Włożyli miękkie hotelowe szlafroki. Artur wyjął z lodówki wytrawnego szampana Drappier Carte d’Or Brut. Zadzwonił do room service i zamówił sok ze świeżych pomarańczy. Gdy go dostarczono, nalał szampana do wysokich kieliszków i dodał soku w proporcjach jeden do jednego. Podał jej kieliszek. Usiedli na kanapie w drugim pokoju.

– To Buck’s Fizz w moim wykonaniu. Spróbuj. Sok pomarańczowy i wytrawny szampan.

Zamoczyła usta i opadła na miękkie oparcie kanapy.

– Pyszne.

Szybko wypili drinka. Zrobił następnego.

– Co jeszcze potrafisz? Grasz w tenisa, robisz świetne drinki. Jakieś inne ukryte talenty?

– Chyba nie. – Udał, że się zastanawia. – Może jeszcze mam smykałkę do prowadzenia samochodu.

– Większość facetów tak myśli – wypaliła. – A pewnie prowadzisz jak stary dziadek w kapeluszu.

Zaczęli się śmiać.

– Gdzie moje telefony? Nie widziałaś moich telefonów?

– Co prawda, znamy się krótko, ale nie musisz od razu posądzać mnie o kradzież twoich komórek. – Uśmiechnęła się. – Żartowałam.

– No tak…

– Gdzieś je tu kładłeś wczoraj. Chyba coś nagrywałeś, pamiętasz?

– Nie, niewiele pamiętam.

– Ale to pamiętasz. – Rozchyliła szlafrok.

– Słabo… Musisz mi odświeżyć pamięć.

– Chętnie. – Nachyliła się do niego.

Złapał ją za piersi i pocałował.

– Najpierw znajdź moje telefony. Kiedy nie wiem, gdzie są, robię się nerwowy.

Zadzwonił telefon na biurku. Art szybko wstał, aż zakręciło mu się w głowie. Podniósł słuchawkę.

– Tak?

– Żyjesz, Art?

– Żyję, zawsze żyję. Ale ty chyba nie bardzo?

– O mnie się nie martw.

– Jakie plany?

– To, co ustaliliśmy wczoraj, jest nadal aktualne. To znaczy to, co ustaliliśmy, zanim wróciliście do hotelu. Chyba że coś się zmieniło? Ślub w City Hall i wesele w Buckingham? Pippa nie będzie szczęśliwa z tego powodu. – Usłyszał w słuchawce rechot Piotra. Popatrzył ukradkiem na dziewczynę. Nie zauważyła tego spojrzenia. Przynajmniej taką miał nadzieję. Zawsze starał się być taktowny wobec kobiet, nawet tych poznawanych w barach czy klubach.

Party goes on! – rzucił do słuchawki. – Monika chce na chwilę wpaść do domu po jakieś rzeczy. O której lecimy?

– O czwartej. Macie czas do drugiej.

– A w Warszawie?

– Już wszystko zleciłem komu trzeba… Dobra logistyka to podstawa. Zarezerwujemy dwa apartamenty w Hiltonie. Wszystko będzie gotowe na świętowania ciąg dalszy.

– Żeby tylko media się nie dowiedziały, paparazzi i inne dupki.

– Załatwione. Jak zawsze.

– No i cool!

Rozłączyli się i od razu zobaczył swoje telefony. Oba leżały na parapecie. Samsung Galaxy S III zdobiony kryształami Swarovskiego przez Amosu Couture, wart dwa tysiące funtów, oraz tani model Samsunga – Ace Hugo Boss – za niecałe trzysta funtów. Były wyłączone. Włączył je. Po chwili pokazały się informacje, na które czekał. Popatrzył na galaxy.

– Mam dwieście sześćdziesiąt dziewięć SMS-ów i sto czterdzieści sześć nieodebranych połączeń – powiedział. – Potrzebuję pięciu minut. – Wziął do ręki telefon i wybrał numer.

– Jestem.

– No, do kurwy nędzy, ja pierdolę! Czy ty naprawdę na łeb upadłeś?

– Słuchaj, Max.

Fuck!

– Max.

Are you crazy?

– Okej, Max.

– Nie okej, nie ma okej. Żadnego okej. Posłuchaj, kurwa, posłuchaj mnie! Prezes Samsunga przylatuje z Korei, kurwa, do ciebie, kurwa! – krzyczał Max. – Wszystko gotowe, siedzimy w knajpie, miałeś, kurwa, być na kolacji, tak? Na godzinę miałeś wpaść, tak? Pierdolę Nike, mamy kontrakt jeszcze trzy lata, chuj z nimi. Ich szef też czekał na ciebie dwie godziny, nie doczekał się, byliśmy umówieni, nie pamiętasz? Ale chuj z Nike. Fuck them. Samsung, kurwa, poleciał se z powrotem do Seulu, kurwa! Bye, bye. Za trzy miesiące kończy się kontrakt, nic nie jest dogadane. Zwlekali aż do dziś, do tego pierdolonego finału. A ty sobie jaja robisz? Are you fucking nuts?

– Max, daj coś powiedzieć…

– Będzie chuj z kontraktem. A czytałeś umowę? Umów nie czytasz, ale ci przypomnę. Mamy zakaz konkurencji na rok. I ni chuja! Będziesz dzwonił, kurwa, z budki telefonicznej.

– Dobra, nie tragizuj. Popełniłem błąd, wiem, za błędy trzeba płacić. I zapłacę.

– Art, ja nie mam siły. Ręce mi opadają. Byliśmy umówieni na te sześć wywiadów. Na mur-beton. Nie na dwadzieścia sześć, ale na sześć. Tylko sześć… BBC, Sky, CNN. Kurwa, tak się nie da pracować. Zachlałeś? Gdzie zachlałeś?

– Wyszło, jak wyszło, nie żałuję. Trudno. Szkoda Koreańca, ale nic straconego. Nie oni, to Sony, zresztą jaki ja mam od nich bonus za zwycięstwo w World Championships?

– Sto tysięcy.

– Dolarów?

– Funtów. Nawet nie wie, kurwa, w jakiej walucie mu płacą – syknął Max.

– No i dobra. Musiałem się odstresować. Czasami chcę mieć coś dla siebie, chyba to rozumiesz.

– Już nie mam siły, Art. Sorry, ale… – Max zamilkł na chwilę. – Słuchaj…

– Co jest, Max?

– Odchodzę. Sorry.

– Jak odchodzisz? Gdzie? – zapytał, nie do końca rozumiejąc, co Max próbuje mu powiedzieć. Max Lubov był najlepszym menedżerem, z jakim kiedykolwiek współpracował. Był twardy i nieustępliwy, co Art szczególnie w nim cenił. I aż do tej chwili okazywał anielską cierpliwość.

– Rezygnuję, po prostu muszę odpocząć, zastanowić się nad przyszłością. Rozstańmy się jak przyjaciele. Zrobię ci jeszcze jedną konferencję prasową. Oby jak najszybciej. No i tyle.

– Rozumiem – Art mruknął po dłużej pauzie. – Rozumiem. W porządku. Pogadamy o tym jeszcze.

– Kiedy chcesz zrobić konferencję? Najlepiej jutro w Warszawie. Dasz radę?

– Poczekajmy z tymi mediami chwilę. Daj mi trzy, cztery dni. W piątek zróbmy.

– Znasz moje zdanie. Konferencja prasowa pięć dni po finale jest jak kotlet schabowy z Biedronki odgrzewany w mikrofali tydzień po terminie ważności.

– Wiem, ale tym razem się nie ugnę. Załatwiaj wszystko na piątek. Do tego czasu żadnych wywiadów. Żadnych.

– To kretynizm, ale okej. Your last wish. Zdzwonimy się w czwartek. Cześć.

– Cześć. Słuchaj, Max… – zaczął, ale nie zdążył już nic więcej powiedzieć, bo Lubov się rozłączył.

Monika nie bardzo wiedziała, jak ma się zachować. Stała w części sypialnianej przy oknie. Starała się nie słuchać. Starała się udawać przed Artem, że nie słucha. Patrzyła na Tamizę, Big Bena. Napawała się tym widokiem. Pierwszy raz w życiu spała w takim hotelu. A Marriott Hotel County Hall robił wrażenie. Zewsząd spoglądały na nią setki lat historii imperium brytyjskiego. Ten hotel przytłaczał ją i pociągał zarazem. A może to raczej ekskluzywne życie ją pociągało. Zdawała sobie sprawę, że ta impreza potrwa jeszcze dzień, góra dwa i koniec. Fajna zabawa, raz się żyje. Ale morze wódki i noc spędzona ze znanym tenisistą, o którym zresztą wcześniej niewiele słyszała, nie zmienią jej życia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. A może zmienią?

Artur odłożył słuchawkę i ruszył ku Monice, która gapiła się przez okno. Usłyszawszy jego kroki, odwróciła się do niego. Patrzył na nią i milczał. Pozwoliła, żeby szlafrok zsunął się jej z ramion i opadł bezszelestnie na podłogę.

– Przepraszam, nie chciałam podsłuchiwać. Masz jakieś kłopoty? Mogę w czymś ci pomóc? – zapytała.

– Nic takiego. Już o tym zapomniałem – zapewnił ją. – Są poważniejsze problemy na świecie. – Uśmiechnął się delikatnie. Na przykład takie: przelecieć cię na łóżku czy na podłodze, dodał w myślach i zbliżył się do niej na odległość oddechu.

Janko Tomjanović – Artur Malewicz 6:7, 6:1, 5:5

Artur czuje, że gra jak natchniony. Każde uderzenie jest precyzyjne. Tnie powietrze z forhendu jak samurajskim mieczem. Piłki roztrzaskują się na liniach, bezradny Tomjanović dyszy ze złości po każdej wymianie. O takiej grze mówił w wywiadach: „Zagrałem magię. Sam nie wiem, skąd to potrafię”. Do tej pory zagrał trzy takie mecze: w ćwierćfinale Australian Open w zeszłym roku, w finale turnieju w Miami w tym roku i w ćwierćfinale Wimbledonu trzy lata temu. Każdy z nich wygrał, broniąc wcześniej po kilka piłek meczowych. W każdym wychodził z nieprawdopodobnych opresji. W każdym ratowały go słynne pociski. I w każdym pokonał ówczesny numer jeden. To po wygranym z Ferenderem ćwierćfinale Wimbledonu trzy lata temu zyskał w mediach przydomek „Pocisk”, „Bullet”.

Od razu spodobało mu się to przezwisko. Na swojej stronie internetowej nazywał się od tamtego czasu Artur „Bullet” Malewicz. Pseudonim „Bullet” tak go zainspirował, że obejrzał nawet film Bullet z Mickeyem Rourkiem, Tupakiem i Adrienem Brodym. Ale nie znalazł w historii Butcha „Bulleta” Steina, granego przez Rourke’a, analogii do swojego życia. Tak mu się przynajmniej wtedy wydawało.

Teraz forhendowe pociski rozstrzeliwują Tomjanovicia. W końcu Serb wali rakietą w kort. Złamana. Kolejny gem dla Arta. Wie, że na ekranach telewizorów na całym świecie pojawia się w tej chwili jego twarz i podpis: Serving for the Championship. Do końca, do końca, szumi mu w głowie. Grasz do końca. Za wszelką cenę musi utrzymać maksymalną koncentrację. Gem zaczyna się znakomicie. Pierwszy serwis i as. Piętnaście–zero. Trzy dobre piłki i wygra ten finał. „Do końca. Do końca”, zaczyna cicho szeptać, a właściwie burczeć pod nosem. Kolejny serwis, siatka. Drugi – liftowany, trudny do odbioru, z wysokim kozłem. Janko odpowiada idealnym returnem, ale nogi Artura są dziś szybkie. Szybkie jak nigdy. Biega do każdej piłki. Janko atakuje po linii, nic z tego, on już tam jest. Janko po krosie, Artur dopada do piłki i wystrzeliwuje z forhendu kolejny pocisk. Piłka trafia jakieś pięć centymetrów przed linią. Serb nawet się nie rusza. Zostaje na środku i spogląda na sędziego. Ale tam nie ma ratunku. Trzydzieści–zero.

Artur wyciera twarz ręcznikiem, bierze kilka głębszych oddechów. Ustawia się do serwisu i potrząsa ramionami, jakby chciał zrzucić z nich niewidzialny ciężar. Wyrzucający serwis osiąga prędkość dwustu piętnastu kilometrów na godzinę. Serb rewanżuje się błyskawicznym returnem. Artur może jedynie odprowadzić piłkę wzrokiem. „Brawo”, mówi i klaszcze kilka razy, uderzając dłonią w struny rakiety trzymanej nad głową.

Publiczność w hali O2 szaleje. Za to kochają go kibice tenisa na całym świecie. I sponsorzy. Zawsze honorowy, nieskazitelny, choć pełen emocji. Nie raz i nie dwa płakał po wygranym czy przegranym meczu na oczach kamer. Nie raz i nie dwa potrafił takim symbolicznym aplauzem nagrodzić przeciwnika za piękne zagranie.

Trzydzieści–piętnaście. Znowu serwuje, Tomjanović odpowiada, grają spokojnie. Długa wymiana. Obaj mają świadomość, że to może być najważniejsza wymiana meczu. „W takich chwilach nie ryzykuj. Czekaj na błąd przeciwnika”, zawsze mówił mu trener. „Ryzyko jest okej, ale wtedy, gdy masz kontrolę nad sytuacją albo kiedy nie masz już nic do stracenia. Nie ryzykuj przy najważniejszej piłce”.

Zaryzykował. Serb spodziewał się kolejnego strzału z bekhendu, ale on wytrzymał do ostatniej chwili i zagrał mu delikatny skrót. Tomjanović rusza do piłki, a ta spokojnie leci i leci, aż wreszcie odbija się tuż za siatką. Janko zgarnia piłkę rakietą i jakimś cudem przerzuca na drugą stronę. To nie mogło być precyzyjne zagranie. Nie po takim skrócie. Artur cierpliwie czeka na piłkę i gra woleja na środek kortu przeciwnika. Serb zrywa się jeszcze do biegu, ale bardziej po to, żeby zrobić dobre wrażenie, niż powalczyć o punkt. Nic nie może już zrobić. Czterdzieści –piętnaście. Pierwsza piłka meczowa.

W głowie pustka. Po długiej wymianie Serb podejmuje ostatnią szaleńczą próbę odwrócenia losów tego meczu i biegnie do siatki. Art próbuje go przelobować, co kończy się efektownym smeczem rywala. Czterdzieści–trzydzieści. Druga piłka meczowa. Artur zaczyna swój rytuał. Idzie po ręcznik do tego samego chłopaka, drapie się w nos, ociera niewidzialny pot z czoła. Potrząsa ramionami, bierze głębszy oddech. Trzy razy odbija piłkę od ziemi, wyrzuca ją w górę i uderza. Trzy sekundy później w hali rozlegają się słowa sędziego: „Gem, set and match Malewicz”. Skończył się długi sezon, zaczynają się owacje na stojąco i niekończąca się impreza.

Wtuliła się w niego. Niezręczna cisza. Co teraz? – pomyślała. Przed piętnastoma minutami zasypywała go pocałunkami, drapała, gryzła, aż krzyczał z rozkoszy. A wcześniej to ona wyła i piszczała, kiedy w nią wchodził, kiedy ją ściskał. Mocno, chwilami za mocno, ale to było przyjemne. Podobało się jej. Co teraz? Czuła zawroty głowy. Nie zdążyła do końca wytrzeźwieć, a już znowu zaczynała być pijana. Lot do Polski, do Warszawy. Po co? Czy to zaproszenie było wciąż aktualne? Może za chwilę okaże się, że zmienił zdanie. Poranny seks po pijaku, a teraz powie, że przeprasza, ale plany się zmieniły. No dobra, nic takiego się przecież nie stanie. Zabawiła się i tyle.

Takie noce zdarzały się jej, odkąd zamieszkała w Londynie. Z Polakami, z Anglikami. Nigdy nie robiła sobie nadziei, nie miała złudzeń. Rano starała się zachowywać z klasą. Podobała się Anglikom, miała wiele propozycji płatnego seksu, wszystkie kategorycznie odrzucała. Zdarzały się nawet oferty matrymonialne. Nie traktowała ich poważnie. Nie szukała faceta na stałe, a już na pewno nie chciała się zakochać. Musiała być niezależna, żeby w odpowiednim momencie wrócić do Polski bez żadnych sentymentów. Odciąć się od tej londyńskiej historii bez emocji. Jeśli już miała iść z kimś do łóżka, to wolała przypadkowe znajomości. Takie jak ta z Arturem. Nie poleci tym samolotem do Polski. Powie, że musi zabrać coś z domu, i zniknie.

– Zamówić coś do jedzenia?

– Nie, dzięki – odpowiedziała szybko, wyrwana z rozmyślań.

– Nie jesteś głodna?

– Jestem, jestem. Przepraszam, zamyśliłam się. – Spojrzała na niego.

– Na co masz ochotę? Czegoś nie jesz, bo nie możesz, coś jesz, bo musisz?

– Oprócz drobiu jem wszystko.

– Zobaczmy. – Wziął ze stolika menu. Zaczęli je wspólnie studiować. – A może zamiast… – zaczął. – Może zjemy coś, a potem… Pomyślałem sobie, że szkoda czasu, żebyś jeździła do domu po rzeczy. Jeżeli czegoś potrzebujesz, to wybierzmy się razem na zakupy. A potem pojedziemy na lotnisko. Mam co świętować, chciałbym sprawić ci jakąś przyjemność, no wiesz. Przepraszam, nie pomyśl sobie, że…

– Nic sobie nie pomyślałam. Jeszcze.

– To dobrze. To znaczy chyba rozumiesz…

Musiała przyznać, że bardzo się starał, by propozycja wypadła naturalnie, choć z zakłopotanego spojrzenia, jakim ją obrzucił, wywnioskowała, że nie do końca jest zadowolony z tego, jak to rozegrał. Postanowiła zbytnio się nad nim nie znęcać.

– Ale ja naprawdę nie mam się w co ubrać. – Uśmiechnęła się. – Dziś wieczorem kolejna impreza, a ja mam tylko tę sukienkę, którą miałam na sobie wczoraj. O innych rzeczach nie wspomnę.

– No tak. No właśnie o tym mówię. Zrobimy takie zakupy, że wszystko będziesz miała. Zgoda?

– Zgoda – odparła. Będę tego żałować, dodała w myślach.

Artur zabrał ją na zakupy do Harrodsa. Kupował wszystko, co jej się spodobało. Ledwo zdążyli na samolot, który co prawda mógł na nich czekać, ale na nikogo nie czeka się w nieskończoność.

Na pokładzie rozpoczęła się kolejna impreza. Szampan, whisky, koniak. Prosto z lotniska pojechali do Hiltona. Wszyscy byli pijani, poza tymi, jak oceniła Monika, którzy udawali, że są pijani. Większość pijanych udawała, że jest trzeźwa, do momentu kiedy znaleźli się w hotelu.


Część pierwsza
ŚLEDZTWO


Poniedziałek, 22.15

Profesor nalał hennessy do kryształowych kieliszków.

– Pamiętasz te kieliszki? – zapytał Wiktora, który przez chwilę zastanawiał się, czy staruszek bardziej przypomina E.T., czy Mistrza Yodę.

– Tak.

– Siadaliśmy tu z twoim tatą, tak jak my dziś siedzimy, i sączyliśmy sobie koniaczek, czasami do rana. – Profesor popadł w zadumę.

Wiktor rozejrzał się po pokoju, w którym czas od dawna stał w miejscu. Gdyby wziąć pod uwagę tylko meble, można by pomyśleć, że zatrzymał się tu sto lat temu. Uśmiechnął się na tę myśl. O tym, że cywilizacja dotarła jednak i tutaj, świadczyło kilka drobnych szczegółów. MacBook leżący na biedermeierowskim biurku projektu Josefa Danhausera, pięćdziesięciocalowy telewizor wiszący na ścianie obok zdjęć miedziorytów Friedricha Gottloba Endlera oraz oryginalnych monorytów Władysława Lama i akwafort Piranesiego. Miniwieża Philips stojąca na intarsjowanej sekreterze z połowy osiemnastego wieku, iPod leżący obok srebrzonej secesyjnej żardyniery od Norblina i stylizowanego na empire świecznika z tysiąc dziewięćset dziesiątego roku. Dziś też posiedzimy do rana, pomyślał.

– A jak tam nasz brooklands? – odezwał się po chwili profesor.

Wiktor się uśmiechnął. Jednak E.T. Za małe uszy na Yodę.

– Dziękuję, dobrze – odparł.

– Sprawuje się staruszek?

– Bez zarzutu. Żyleta. W końcu dbają o niego mechanicy policyjni.

– Dasz się przejechać? – zapytał profesor z błagalną miną.

Parsknęli śmiechem niemal jednocześnie.

– Kiedy tylko pan zechce, profesorze.

– Może w przyszłym tygodniu?

– Stoi tu, na ulicy, gdyby profesor chciał zerknąć i sprawdzić organoleptycznie.

– A pewnie.

Staruszek wstał i podszedł do okna. Przez kilka minut rozkoszował się „najpiękniejszym widokiem świata”, jak zawsze mawiał. Brooklands był jedną z dwóch słabości profesora. Drugą – dobry koniak. Może znalazłyby się inne, ale Wiktor o nich nie wiedział.

– Żadna, nawet najpiękniejsza kobieta, nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak ten brooklands, kiedyśmy go z twoim ojcem zobaczyli na jednej z ulic w Manchesterze. No, chyba że rozebrana kobieta.

– Nie było łatwo go zdobyć, co? – Wolski znał historię swojego samochodu na pamięć, ale pozwolił profesorowi oderwać się na chwilę od rzeczywistości. Lubił słuchać tej opowieści, za każdym razem różniącej się detalami od poprzedniej. Przypominała mu inne czasy. Te lepsze.

– To był rok dziewięćdziesiąty. Luty. Któryś tam nasz wyjazd zagraniczny na jakieś nudne sympozjum w Manchesterze. Idziemy sobie spokojnie Oxford Road, spacerkiem, bo do wykładu zostało dobre czterdzieści minut. Patrzymy, a tu podjeżdża ten potwór, staje. Ford capri 280 brooklands. No i wysiada z niego nie kto inny, jak sam Mark Hugse.

– Ten Hugse? – zapytał Wiktor, uśmiechając się w duchu.

– Tak, tak. Ten! Gwiazda Manchesteru we własnej osobie! Jak wiesz, byliśmy z twoim ojcem fanami piłki i na każdym wyjeździe staraliśmy się tak ustawić sobie plan zajęć, żeby mieć czas obejrzeć jakiś mecz. No a Manchester?! Uwielbialiśmy ich. Jakaś stara ciotka Hugse’a, daleka ciotka, była z pochodzenia Polką. Pamiętasz Arka Malińskiego?

– Nie bardzo.

– Kiedy wybuchł stan wojenny, Arek był akurat na Wyspach, a konkretnie w Walii, we Wrexham. To miasto, z którego pochodzi Hugse. Przygarnęła go, tego Arka, jakaś walijska rodzina. Jak się później okazało, była to rodzina Hugse’a.

– Niebywałe! – zakrzyknął Wiktor, wiedząc, że takiej właśnie reakcji spodziewa się po nim profesor.

– Tak! No to podchodzimy do Hugse’a z pozdrowieniami od ciotki z Wrexham. On staje jak wryty i patrzy na nas. Tak się niefortunnie złożyło, że ciotka miesiąc wcześniej zmarła. Nie wiedzieliśmy o tym, no bo skąd.

– Dobrze, że nie dostaliście w gębę.

– Ryzyko zawsze jest. Wyjaśniamy, że jesteśmy Polakami i że nasz przyjaciel mieszkał u jego ciotki podczas stanu wojennego. W pięć minut opowiedzieliśmy mu wszystko. No i po tych kilku minutach nerwowej opowieści… Nerwowej, bo faktycznie miał taki wyraz twarzy, jakby się zastanawiał, czy nam przywalić, czy rzucić funciaka na wino, padliśmy sobie w ramiona. To był dziewięćdziesiąty rok, inne czasy, Wiktorku. Oni jeszcze kojarzyli Wschód z komunizmem. Gdy się mówiło „stan wojenny”, to zawsze robiło wrażenie. Zresztą ta walijska rodzina niemal zaadoptowała tego Arka. Mieszkał u nich chyba ze trzy lata. A skoro my byliśmy przyjaciółmi przyjaciela jego ciotki, to tak jakbyśmy byli jego przyjaciółmi. Ach, ci Walijczycy… serce na dłoni. Zaprosił nas na trening, do domu i oczywiście na niedzielny mecz. Niejedna pinta później poszła.

– A samochód?

– Siedzieliśmy ostatniego wieczoru u niego w domu i nagle pyta, jak może nam pomóc. Spojrzeliśmy z Heńkiem na siebie i niemal w tej samej chwili wypaliliśmy: „Sprzedaj nam to capri!”. Oczywiście nie mieliśmy przy sobie za dużo pieniędzy, wtedy funt był dla Polaka tyle wart, że jak się piwo w pubie zamawiało, to głowa bolała już przed wypiciem. A on na to: „Kochani! Sprzedaj? Jakie sprzedaj?”. W wolnym tłumaczeniu, oczywiście. „Ja mam pięć samochodów, tym jeżdżę po bułki, a właściwie to wyciągam go raz na miesiąc. Dostałem od jakiegoś dilera, nawet nie pamiętam od którego. Stary jest, ma już ze cztery lata. Chętnie go wam oddam”. I tak wróciliśmy wtedy z Anglii fordem. Trochę nas to jednak kosztowało, a ile potem formalności. No, ale warto było. Co to za maszyna. Dwa i osiem litra, sto sześćdziesiąt koni, silnik V6. I ta muzyka wydobywająca się spod maski, kiedy przekręcisz kluczyk. Piękne czasy.

– Faktycznie. Pamiętam, jak przyjechaliście nim z ojcem. Miałem wtedy dziewiętnaście lat. Robił wrażenie. Gdy pierwszy raz usiadłem za kierownicą, poczułem się jak Steve McQueen. – Wiktor się zaśmiał.

– McQueen jeździł w Bullitcie mustangiem.

– Profesorze – jęknął Wiktor i spojrzał na przyjaciela z wyrzutem.

Zadzwoniła jego komórka. Spojrzał na ekran iPhone’a. Cztery drukowane litery układały się w słowo klucz: „SZEF”. Wiktor już wiedział, że ma spierdolony wieczór.

– Przepraszam – powiedział do profesora. – No – burknął do telefonu.

– Przyjeżdżaj na Nowaka-Ostoi dwanaście. Tylko szybko.

– Gdzie to?

– Ekskluzywne osiedle Blue Heaven. Dwa kilometry za Miasteczkiem Wilanów, w kierunku na Powsin.

– Co jest? Konkret jakiś.

– Nowaka-Ostoi dwanaście! Tylko szybko. Weź ekipę. – „SZEF” się rozłączył.

– Weź ekipę! A co to, SWAT jakiś jesteśmy? Naoglądał się seriali – wymamrotał Wiktor. – Przepraszam. Będę musiał lecieć.

Profesor skinął głową. Popatrzyli z wyrzutem na butelkę hennessy, opróżnioną do połowy.

– Cholera, muszę wziąć taryfę. Nie planowałem dziś roboty.

Zadzwonił po taksówkę, a potem wybrał pierwszy kontakt z ulubionych.

– Cześć, Aga, wieczór w pracy – powiedział, zanim jeszcze usłyszał w telefonie jej głos.

– Tu Robert, Agusia jest zajęta. Zaraz oddzwoni.

– Zaraz to ma być na ulicy Nowaka-Ostoi dwanaście. Jak oddzwoni, to straci pracę. A teraz, wiadomo, bezrobocie i kryzys. W policji praca pewna, pensja co miesiąc. Za dziesięć minut na Nowaka-Ostoi dwanaście. Zapamiętałeś? I nie baw się jej telefonem, bo wybuchnie. – Wiktor się rozłączył.

Uściskał się z profesorem, włożył kurtkę i wyszedł. Schodząc, sprawdził w telefonie lokalizację. Taksówka już czekała.

– Dobry wieczór. Na Norweską poproszę.

– Dobry, dobry.

– Właściwie to piękny wieczór.

– A Norweska to będzie… Bo jakoś mi się nie kojarzy.

– Nie ma pan nawigacji?

– Jeszcze się nie dorobiłem.

– Dwa kilometry za Miasteczkiem Wilanów, na Powsin.

– Jaki numerek?

– Pan jedzie, powiem, gdzie stanąć.

– Przez centrum jechać czy Wisłostradą?

– Wisłostradą.

Jechali pustymi ulicami Warszawy. Wiktor spojrzał na deskę rozdzielczą wysłużonego mercedesa e-klasse. Pewnie zrobił dwieście tysięcy, jeszcze zanim wyjechał z Berlina. Ale zegar działał. Było wpół do jedenastej. Kierowca manewrował znanymi tylko sobie skrótami.

– O, widzi pan ten słup? – zapytał taksówkarz.

– Co? Słucham? Jaki słup? – Pytanie wyrwało go z zamyślenia.

– Ten. O, tutaj, po prawej stronie.

Kierowca zwolnił. Wiktor popatrzył na kilka zniczy stojących pod latarnią. Ogniki ledwo się tliły, choć wciąż można było dostrzec żar. Zaraz pewnie zgasną, pomyślał.

– Szkoda chłopaka – rzucił taksówkarz. – Znam jego rodziców, poczciwi ludzie. Matka była przeciwna, jak chciał se kupić motor. Ale uparty był. Niejeden motocyklista ma w Warszawie grób na ulicy. I nic do nich nie trafia.

Na słupie miał dom i grób, skwitował w duchu Wiktor.

Wyskoczyli na Wisłostradę. Wolski czuł w ustach smak koniaku od profesora. Zamyślił się, bezwiednie patrząc na obrazy, które migały za oknem mercedesa. Zobaczył siebie jako dziesięciolatka biegającego z matką po skarpie niedaleko Nowego Miasta. Miał wrażenie, że jedzie maluchem ojca po kocich łbach na podjeździe z Wisłostrady do tunelu pod Starym Miastem. Widział dziadka, który zabierał go nad Wisłę i opowiadał o pomniku sapera. Monstrualna twarz wojaka wydawała mu się wtedy magiczna. Zawsze podziwiał jego wielkie dłonie rozbrajające minę. Przemknęli obok starego stadionu Legii, na którym oglądał z ojcem jeden z ostatnich meczów Zibiego w polskiej lidze. W niecałe dwadzieścia minut dotarli do Wilanowa. Po kolejnych dwóch wjechali na teren osiedla Blue Heaven. Wiktor wysiadł na Norweskiej. Jak na listopad noc była całkiem ciepła. Przeszedł jakieś pięćset metrów i stanął. Spojrzał w górę, wysoko. Niebo było bezchmurne, pełne gwiazd. Wziął głęboki oddech. Rytuał skończony, wchodzimy w światła sceny, pomyślał.

Kiedy skręcił w Nowaka-Ostoi, zobaczył coś, co przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Kilka rządówek zatarasowało ulicę. Wszędzie „borowiki” i nieumundurowani funkcjonariusze. Widział już różne rzeczy, ale dziś się tego nie spodziewał. Podszedł bliżej i wyjął legitymację.

– Chwila – burknął gburowaty typek i stęknął do niewidocznej słuchawki: – Wolski. Wiktor Wolski… Jasne. – Spojrzał na Wiktora. – Dwie minuty.

– Mamy dwie minuty? Świetnie. W dwie minuty to ja wypijam herbatę. Pan pozwoli, że skoczę tu obok. Widziałem małą kawiarenkę, czynna jeszcze. Jak pana wyleją, to może znajdzie pan tam pracę na zmywaku albo w ochronie. Zapytam przy okazji. – Wiktor odwrócił się i zaczął iść.

– Zaraz, zaraz, proszę pana! – zawołał gburowaty.

Wiktor odwrócił się powoli. W tym momencie podeszła do nich Agnieszka.

– Cześć, Wiktor! – przywitała się chłodno. Za chłodno jak na ciepły listopadowy wieczór, pomyślał. – Pan Wolski pójdzie ze mną – rzuciła do gburowatego.

– O co tu chodzi? – zapytał, kiedy zrobili parę kroków. – BOR, ABW, wywiad? Co jest?

– Najpierw to cię muszę, szefie, chyba, hmm, opie… ochrzanić.

– Chciałaś powiedzieć: opierdolić? – Popatrzył na nią i uśmiechnął się pod nosem. Poczuł na twarzy delikatny powiew wiatru. Jej długie rude włosy nocą… – Przemknęło mu przez głowę i wzdrygnął się na samą myśl o krwi.

– Wiem, co chciałam powiedzieć. Dlaczego nastraszyłeś Roberta?

– A kto to jest Robert?

– Przestań.

– A! Ten męski głos w twoim telefonie…

– Dlaczego mówisz takie rzeczy?

– Dlaczego dajesz służbowy telefon takim dupkom?

– Skąd wiesz, że to dupek? Jak możesz tak mówić? Mam teraz przez ciebie duży problem. Nie mogę… – Urwała. Widział, że aż kipi ze złości.

– Nie wiedział, że pracujesz w policji?

– Nie wiedział – wysyczała przez zaciśnięte zęby. – Kiedyś cię zamorduję.

– I będzie to zbrodnia doskonała, bo poza mną w tym mieście nikt nie łapie morderców.

– Cześć, szefie – przerwał im rozmowę Marek, wyciągając rękę do Wiktora. Udawał, że nie zauważa rozdrażnienia Agnieszki, choć na pewno tego nie przeoczył. Uścisnęli sobie dłonie.

– Cześć. Niezły wieczór, co? – zaczął Wiktor.

– E tam. Nie pierwszy i nie ostatni.

– Wieczór z PlayStation? SMS przerwał ci finał Ligi Mistrzów? – rzuciła Aga.

– Nie, do finału jeszcze nie doszedłem. Teraz jestem w połowie sezonu. Ściągnąłem do Manchesteru City Messiego i Szczęsnego. Negocjuję z Lewandowskim. Mam taką drużynkę, że szok. Byłem w trakcie pierwszej połowy derbów z United. Po golu Beckhama prowadziliśmy jeden do zera.

– Sprowadziłeś tego emeryta do City? Pogięło cię?

– Ej, dzieciaki! Czekają na nas – wtrąciła się Agnieszka.

– Czekają, idziemy – powiedział Marek. – Potem wam opowiem resztę.

– Nam opowie – syknęła pod nosem Aga.

– Kto czeka, jeśli można wiedzieć? – zapytał Wiktor.

– Sama góra gór. Szef gada, my zostajemy. Taki rozkaz – poinformował Marek, wskazując wielkiego czarnego vana.

– Rozkaz – powtórzył Wiktor, kierując się w stronę wozu. Rządówka? W środku siedziało trzech mężczyzn i jedna kobieta. Zapowiada się ciekawie, przeszło mu przez głowę.

– O, jest pan inspektor – powiedział na powitanie SZEF.

– Dobry wieczór państwu. Prawda, że ciepły dziś wieczór? W końcu noc listopadowa – wypalił Wiktor.

– Widzę, że pan inspektor w świetnym humorze.

– Tak mi się skojarzyło, panie ministrze. Kojarzenie faktów to ważna umiejętność w moim fachu.

– Przedstawię państwa – zaczął SZEF. – Wiktor Wolski, młodszy inspektor, Wydział do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw. Pan minister spraw wewnętrznych Adam Kownacki, akurat panowie się znają. Pani Aldona Nowak-Piotrowska, minister w Urzędzie do Spraw Sportu.

– Miło mi, my się nie znamy – powiedział Wiktor, uśmiechając się do niej. Podali sobie ręce. Miała delikatny uścisk dłoni. Miła w dotyku, pomyślał.

– Oraz pan Janusz Łabędź, minister w Kancelarii Premiera.

– Czołem – szepnął Łabędź do Wiktora.

– Dobry wieczór – odparł Wiktor i bardzo mocno uścisnął spoconą dłoń Łabędzia. Czołem? Na pewno był w harcerstwie.

– Dobra, dziękujemy panu nadinspektorowi Morawcowi za miły wstęp i po tych uprzejmościach przejdźmy do rzeczy – zaczął Kownacki. – Powiem wprost. Tkwimy po uszy w gównie, pani wybaczy mój francuski.

– Jestem przyzwyczajona – mruknęła Nowak-Piotrowska. Jej odpowiedź spodobała się Wiktorowi. Ponownie się do niej uśmiechnął. Uśmiech pozostał nieodwzajemniony.

– Czegoś takiego jeszcze w Polsce nie było. Takiego morderstwa.

– Jeśli to morderstwo – zauważył Wiktor.

– Pan to ustali. Ale jak ktoś dostaje w łeb pucharem, to raczej sam się nie zaje… przepraszam, sam się nie uderzył nim w głowę.

– Nie byłem jeszcze na miejscu zbrodni, nic nie wiem – odparł Wiktor. – To ktoś znany?

– Bardzo znany. Artur Malewicz. Wielki Polak!

Wiktor w pierwszej chwili nie mógł sobie przypomnieć, skąd zna to nazwisko. Malewicz, Malewicz?

– To rodzina tego malarza? – zapytał. – Ale on był Rosjaninem, z tego co pamiętam. Ten słynny Malewicz. Co prawda pochodzenia polskiego, ale jednak Rosjanin.

– Nie wiem, czyja to rodzina, pan to ustali w toku śledztwa.

– Trzecia rakieta świata – dodała pani minister.

Kosmonauta, kurwa? – zaklął w duchu Wiktor. No nie, tego tylko brakowało. Trzeba było nie patrzeć w gwiazdy.

– Hermaszewskiego to znam – odezwał się na głos.

– Wolski! – syknął nadinspektor Morawiec.

– Wielki Polak i wielki sportowiec. Symbol naszego kraju – dodał – Łabędź. – To tak, jakbyśmy stracili Wałęsę albo…

Wiktor już chciał powiedzieć, że może Chopina, ale jego już dawno straciliśmy. Skojarzył wreszcie TEGO Malewicza. To dlatego była tu minister z Urzędu do Spraw Sportu.

– Pan premier był wielkim fanem talentu świętej pamięci Malewicza – ciągnął Łabędź. – Jest szczególnie zainteresowany tą sprawą. Powiedzmy sobie szczerze: Malewicz rozsławił nasz kraj w świecie, był naszą dumą. A skończył tak tragicznie i tak młodo.

– Nasz polski Ikar wzleciał do gwiazd, a potem bezlitośnie zrzucono go z firmamentu – powiedział z żalem Wolski.

– Tak, to smutne. Jesteśmy tu, żeby ustalić priorytety – włączył się Kownacki. – Sprawa jest najwyższej wagi państwowej! Co przed chwilą zaznaczył pan minister. Zajmuje się tym tylko stołeczna i koniec. Nie chcę, żeby przy sprawie kręciły się służby. Ma pan, inspektorze, moje pełne wsparcie i w razie potrzeby wsparcie Kancelarii. O przebiegu śledztwa raportuje pan do mnie, do pana ministra Łabędzia oraz, oczywiście, do pana nadinspektora. Pani minister jest do pana dyspozycji, jeżeli będzie taka potrzeba.

– Na pewno będzie – rzucił Wolski.

– Nie muszę dodawać, że sprawa ma wymiar międzynarodowy. Trzeba bardzo uważać – wtrącił Łabędź.

– Na co? – zapytał Wiktor.

– Na wszystko – odparł Kownacki. – Media jeszcze nic nie wiedzą. Ale przeciek może się zdarzyć w każdej chwili. Zaraz zaroi się tu od tych cholernych sensatów i dziennikarzyn. Postaramy się to utrzymać w tajemnicy tak długo, jak się da. Ma pan półtorej, maksymalnie dwie godziny, zanim sprawa wyjdzie na jaw. Do roboty, panie inspektorze.

Wolski wysiadł z samochodu i podszedł do czekających w pobliżu Agnieszki i Marka.

– I jak? – zapytał Marek.

– Grubo – odparł Wiktor.

Usłyszał jakieś zamieszanie obok jednego z rządowych samochodów tarasujących ulicę.

– A to co? – zapytał sam siebie.

Jakiś grubas, wyglądający, jakby przed chwilą urwał się z Oktoberfest i w pośpiechu zmienił bawarski tracht na garnitur, energicznie wymachiwał rękami i podniesionym głosem próbował tłumaczyć coś funkcjonariuszom w cywilu. Wiktor podszedł do nich i machnął legitymacją.

– Policja, co się tutaj dzieje?

– No, wreszcie ktoś kompetentny – dyszał grubas. – Panie komisarzu, nie chcą mnie przepuścić. Jestem prezesem Polskiej Federacji Tenisa Ziemnego, tutaj mieszka mój przyjaciel, nasz reprezentant Artur Malewicz. Chcę wiedzieć, co się stało.

– Proszę ze mną – powiedział Wolski. – Ten pan może wejść – zwrócił się do funkcjonariusza.

– Dziękuję. Wreszcie ktoś kompetentny, wreszcie.

– Wiktor Wolski.

– Miło mi. Remigiusz Kopeć, prezes Polskiej Federacji Tenisa Ziemnego.

– Przepraszam za pytanie, nie znam się za bardzo na sporcie. Skoro pan reprezentuje Polską Federację Tenisa Ziemnego, to znaczy, że jest jeszcze jakiś inny rodzaj tenisa? Wodny? – zapytał Wiktor.

Kopeć spojrzał na niego zdziwiony.

– Tenis stołowy. Inaczej ping-pong – odparł.

– A! Jasne. Stołowy i ziemny. Dobre. Rywalizujecie ze sobą jakoś?

– Słucham?

– Stołowy, ziemny… No na pewno jakoś rywalizujecie. Nie?

– Ale jak?

– A kometka zalicza się do ziemnego czy stołowego?

– Badminton to badminton. Zupełnie inna dyscyplina. A kim pan właściwie jest, panie Wolski? – Kopeć był lekko poirytowany.

– Inspektor Wolski, komenda stołeczna policji. Przysłano mnie tu, ale w zasadzie to sam nie bardzo jeszcze wiem, o co chodzi.

– Dziwne. Tutaj się chyba coś wydarzyło? Czy wie pan, co się stało z Malewiczem?

– A co się miało stać?

– No… nie wiem dokładnie. To znaczy nic nie wiem.

– Zawiadomił pan media?

– Ja? – spytał coraz bardziej poirytowany Kopeć. – Niby dlaczego?

– Jak się coś dzieje ważnego, to chyba robi się konferencje prasowe, brunche czy coś takiego? Każdy robi, PZPN robi. Wy nie robicie?

– Robimy, ale to musi być specjalna okazja. Wie pan, jakieś wydarzenie.

– A nie ma?

– Rozumiem, że ma pan na myśli niedzielne zwycięstwo Malewicza w World Championships?

– Może. Kim był dla pana Malewicz?

– No wie pan…? Przyjacielem, no, dobrym znajomym. Można też powiedzieć, że współpracownikiem. Reprezentował federację, reprezentował Polskę w Pucharze Davisa. To mistrz Wimbledonu, najwybitniejszy polski tenisista, a federacja wspierała go na początku kariery. Ale zaraz, czy to jest przesłuchanie?

– Skądże znowu. O, jest mój szef. – Wiktor wskazał na Marka. – Panie Marku, uwolniłem pana prezesa.

– Uwolniłem? – prychnął zirytowany Kopeć.

– Z rąk naszych bezdusznych służbistów. Może pan zaprowadzić pana prezesa do ministra. – Wolski mrugnął do Marka i skinął głową w stronę rządowego vana, z którego wysiadł kilka minut wcześniej. – A my z koleżanką aspirant poczekamy na pana na górze. Nie zaczniemy bez pana.

– A czego państwo nie zaczniecie? – dopytywał się Kopeć.

– Pan wybaczy, prezesie, to już nie pańska rzecz. Zapraszam na spotkanie. – Marek wskazał Kopciowi vana.

Po pięciu minutach spotkali się przed drzwiami mieszkania Malewicza.


Pierwszy dzień śledztwa,
wtorek, 1.40

1

– Kawa! – krzyknęła Aga od drzwi.

– Dopiero weszliśmy, już gotuję wodę! – odkrzyknął Wiktor z kuchni.

Słyszał, jak dziewczyna zdejmuje płaszcz, a potem robi kilka kroków do dużego pokoju, gdzie już siedział Marek. Kiedy do nich dołączył, rozglądała się z niesmakiem dookoła.

– Kiedy szef ostatni raz tu sprzątał?

Wiktor stanął naprzeciwko niej z kubkiem w dłoni.

– Będziesz mi przysrywać cały wieczór?

– Dlaczego od razu przysrywać? – zapytała. – Grzecznie pytam.

– Sprzątam w soboty, a dziś jest dopiero poniedziałek. Więc, jak sobie obliczysz w pamięci, mam jeszcze pięć dni do następnego sprzątania.

– Obliczyłam w pamięci, że minęły dwa od ostatniego niby-sprzątania. Nie sądziłam, że mieszkanie może tak wyglądać w dwa dni po sprzątaniu.

– Nie planowałem waszej wizyty. – Wiktor wrócił do kuchni, ale zaraz się z niej wychylił. – Skoro już jesteście, to mogę wam zaproponować jajecznicę. Do tej kawy.

– Ja chętnie – powiedział Marek. – Jajecznica o drugiej w nocy zawsze mile widziana.

– Na cebuli?

– Jasne!

– Z kiełbasą?

– Wiadomo! – rzucił Marek.

– Dobra. Pomóc ci? – zapytała Aga.

– Zrobię kawę, pokroję cebulę i kiełbasę, a ty możesz to wszystko usmażyć, jeśli chcesz.

– Chcę – powiedziała Aga i ruszyła do kuchni.

Po chwili na progu zjawił się też Marek.

– Pomóc wam?

– Dzięki, ale dwoje wystarczy – odparł Wiktor i podał mu kubek kawy.

– To ogarnę trochę w pokoju, na stole – zaoferował się Marek i wyszedł z kuchni.

Wiktor sprawnie posiekał cebulę, a kiełbasę pokroił z precyzją najlepszego chirurga. Masło skwierczało na patelni. Teraz do gry weszła Aga, a on usiadł spokojnie na ławce rezerwowych. Przyglądał się jej wprawnym dłoniom. Rude włosy nocą, majaczyło mu w głowie. Aga wrzuciła cebulę i przemieszała ją. Potem dodała kiełbasę. Po chwili po mieszkaniu rozszedł się zapach najlepszej w mieście nocnej jajecznicy na kiełbasie. Wiktor poczuł głód. Wrzucił pieczywo do tostera.

Kilka minut później siedzieli przy stole.

– Słuchajcie, to właściwie jest śniadanie – stwierdził Marek, przełykając kolejny kęs chleba tostowego. – Kawa, jajecznica

– Tak. Parząc na porę, bardzo wczesne śniadanie – zgodziła się Aga.

– Skoro jest pierwsze śniadanie, potem drugie śniadanie, to w takim razie jemy teraz przedśniadanie – orzekł Wiktor.

– A to co? – zapytała Aga.

W mieszkaniu słychać było stłumiony stukot. Aga i Marek przestali jeść. Wiktor kontynuował przedśniadanie.

– Rury? – zapytał Marek.

– Tak. Codziennie w nocy ten idiota wali w rury.

– Jaki idiota?

– Nie wiem. Sąsiad. Chyba z góry. Albo z dołu.

– Co noc? Wstaje i wali w rury?

– Tak, ale przeważnie tego nie słyszę, bo śpię.

– I nic z tym nie zrobisz? – zdziwiła się Aga.

– A co? Mam wpaść do niego z antyterrorystami i zagrozić, że jak nie przestanie, to go zapuszkuję?

– Wystarczy kulturalnie poprosić. Znasz taką formę? – zapytała.

– To stara żoliborska kamienica. Nieremontowana od co najmniej dwunastu lat. Równie dobrze może być tak, że jak ktoś coś włączy na którymś tam piętrze, to tu się odzywa. To moja wersja, że sąsiad wali w rury. Tak naprawdę chyba nikt dokładnie nie wie, gdzie tu co jest przerdzewiałe i co od czego trzeszczy.

– Ładna ta kamienica, ale faktycznie przydałby się remont. U ciebie w mieszkaniu też. – Aga popatrzyła na Wiktora.

– Chcesz, to ci pomogę, powiedz tylko kiedy – rzucił Marek.

– Wchodzę w to, mogę malować ściany – dodała Aga.

– Dzięki. Doceniam wasze chęci, ale na razie jeszcze nie chcę tu nic zmieniać. Mam sentyment do tego mieszkania. Skrzypiąca podłoga, nieszczelne okna, cieknący kran. Dobrze się tu czuję. – Wiktor uśmiechnął się i puścił oko do Marka.

– Stare meble – wtrąciła z przekąsem Aga.

– To antyki! Po mojej babci, jeśli chcesz wiedzieć. Zresztą tak jak całe mieszkanie. Meble przetrwały powstanie i jeszcze mnie przetrwają. Obawiam się jednak, że waszego remontu mogłyby nie przetrwać. Ta komoda obok ciebie ma sto pięćdziesiąt lat. Tak jak stół, przy którym siedzimy.

– O Boże! – krzyknął Marek. – Nie założyłem plastikowych worków na buty przed wejściem. A może masz filcowe kapcie?

– Dobra, dobra, koniec żartów, do roboty – zarządził Wiktor.

– Do roboty – powtórzył Marek.

– Marek – zaczął Wiktor. – Jak się zachowywał Kopeć, kiedy go prowadziłeś do vana?

– Pytał, kto na niego czeka. Gdy zapukałem w okno i otworzyli drzwi, Kownacki go nie poznał. Nadinspektor też nie. Wyglądali na mocno zdziwionych. Pani minister najmniej, właściwie w ogóle nie wyglądała na zdziwioną. Powiedziała tylko: „O, pan prezes”. Kopeć się przedstawił. Zaprosili go do środka i tyle.

– Pani minister gra tu jakąś rolę. Zobaczymy. – Wiktor się zamyślił. Wypił łyk kawy.

– Dziwny typ z tego prezesa Kopcia. – Aga się skrzywiła. – Jest jakiś taki… Nie wiem, jak to powiedzieć. Fizycznie odrażający.

Wiktor zerknął na nią nieco zdziwiony, a potem spojrzał na Marka, który też wyglądał na zaskoczonego jej stwierdzeniem.

– Pogadamy z nim? – spytał Marek.

– Po kolei. Co się wydarzyło?

– Przestępstwo umyślne, szefie – odparł Marek.

– Zabójstwo – dodała Aga.

– Okej. Gdzie?

– Moim zdaniem u niego w mieszkaniu. Nie sądzę, żeby ktoś przenosił ciało z innego miejsca. Nic na to nie wskazuje. Choć oczywiście z ostateczną oceną warto poczekać na wynik wszystkich ekspertyz – podsumowała Aga.

– Kiedy? – zapytał Wiktor.

– Wygląda na to, że jakąś godzinę przed przybyciem matki Malewicza – odparł Marek. – No, ale czekamy na opinię medyka sądowego.

– Jak dokonano przestępstwa?

– Zero śladów włamania – zaczęła Aga. – Malewicz musiał znać napastnika. Witają się w przedpokoju, przechodzą do pokoju. W pokoju jest więcej śladów. Krew na dywanie, na kanapie, odciski palców, butów. Myślę, że to się wydarzyło właśnie tam. Kłótnia. Impuls. Napastnik porywa to, co ma pod ręką. Uderza Malewicza w głowę. Ten upada na kanapę. Morderca wpada w panikę. Nachyla się nad nim i uderza go jeszcze dwa razy. Gdy dociera do niego, co się stało, zaczyna planować. Chce upozorować rabunek. Idzie do drugiego pokoju. Przeszukuje szuflady. Bierze zegarki, telefony, tablet, żeby to wyglądało na kradzież. Ale nie szuka na ślepo. Musiał wcześniej wiedzieć, gdzie Malewicz trzyma zegarki. Musiał już kiedyś u niego być. Szybko zgarnia to wszystko, wyciera odciski palców i ucieka. Dlatego był tam bardzo krótko. I dlatego matka Malewicza miała szczęście, że na niego nie wpadła. Obstawiam, że Malewicz znał zabójcę.

– Albo inaczej – powiedział Marek. – Ślady butów sugerują, że to facet. Dzwoni do drzwi. Malewicz otwiera. Nie znają się. Tamten o coś prosi. Malewicz idzie do pokoju. Tamten wchodzi za nim. Widzi puchary, trofea. Bierze kryształowy puchar i wali go. Z zimną krwią. Uderza, żeby zabić. Dlatego, kiedy Malewicz leży nieprzytomny, poprawia dwa, trzy razy. Potem spokojnie przeszukuje mieszkanie. Ale coś go płoszy. Szybko chwyta to, co znalazł, i ucieka.

– A ciuchy na podłodze w przedpokoju?

– Według mnie ta sterta rzeczy potwierdza moją teorię – oświadczyła Aga. – W przedpokoju stała sportowa torba Malewicza. Sprawca wyrzucił jej zawartość na podłogę, żeby mieć gdzie schować fanty. Nie miał nic ze sobą, bo nie przyszedł go okraść ani zabić.

– Albo wziął torbę, bo miała jakieś znaczenie – podrzucił Marek. – Dla niego. A może były na niej ślady krwi? Albo jakieś inne ślady. Albo w środku było coś, co należało do sprawcy. Części garderoby? Nie miał czasu szperać w torbie. Wyrzucił z niej wszystko na podłogę. Znalazł coś, co do niego należało, zabrał to i przy okazji torbę. Może, uderzając Malewicza, skaleczył się. A potem, gdy przeszukiwał torbę, zostawił na niej ślady krwi, więc chciał usunąć dowód.

– Musimy więc dokładnie przebadać te rzeczy z przedpokoju – podsumował Wolski i rzucił kolejne pytanie: – Jak morderca dostał się na klatkę? Są kamery. Wideodomofon.

– Dlatego uważam, że się znali – odparła Aga.

– Wejdę do każdej klatki z domofonem w dwie minuty – wtrącił Marek.

– Wideodomofon. Dziewiąta wieczorem. Na listonosza nie da rady – zaprotestowała.

– Wejdę o dziewiątej wieczorem do każdego bloku z domofonem i wideodomofonem.

Aga rzuciła mu ironiczne spojrzenie.

– A ty co, Spiderman jesteś?

– Dobra, spokój. Dlaczego popełniono przestępstwo? – spytał Wolski. – Aga, twierdzisz, że upozorowano rabunek. Marek?

– Zabójstwo na tle rabunkowym.

– Okej. No to ostatnie pytanie… Kto dokonał przestępstwa? – zapytał Wiktor.

– Właśnie – rzuciła Aga.

– Musimy ustalić, co dokładnie robił Malewicz przez ostatnie czterdzieści osiem godzin – zaczął Wiktor. – A konkretnie od tego niedzielnego zwycięstwa. Od momentu, kiedy zszedł z kortu. Aga! Billingi! Żadnej komórki nie znaleźliśmy, może jednak uda się ją namierzyć. Tabletu też nie ani laptopa. Wszystkiego dowiesz się od operatora. Marek, rano zlecasz sprawę IT, a w południe dzwonisz do nich sprawdzić, co wyciągnęli z jego poczty. Stwórz dossier Malewicza. Wszystko. Dużo tego będzie, ale trudno. Poczytamy. Aga, ustal, gdzie Kopeć będzie jutro… to znaczy dzisiaj po południu, odwiedzimy go we dwoje.

– Monitoring mediów? – zapytała Aga.

– Tak. Dokładny monitoring od teraz. Prasa, internet, telewizja. Lokalne, ogólnopolskie, wszystko. Niech spływa codziennie. Nie co dwa dni! Łukasz ma to analizować i zdawać mi codziennie krótki raport z całego dnia o siedemnastej. Marek, ustalisz, kto pierwszy podał informację o morderstwie i skąd się dowiedział.

– Dobra.

– Aga. Zanim będziemy mieli pełny raport z sekcji, poproś Leszka o analizę krwi. Ma ją przynieść do mnie. Tylko do mnie. Przynieść. Nie przysłać e-mailem. Jeżeli wykryje alkohol, narkotyki czy inną chemię, nikt nie może się o tym dowiedzieć przede mną. Łącznie z tobą, Aga.

– Okej.

– Marek, sąsiedzi! Wyślij jakiegoś aspiranta. Do wszystkich z bloku Malewicza. Niech pyta. Standardowo. Najpóźniej pojutrze ma łazić po osiedlu ze zdjęciami i węszyć. Sklepy, kioski, warzywniaki, gabinety kosmetyczne. Wszystkie punkty usługowe na całym osiedlu.

– Jasne. Czyje zdjęcia?

– Ustalimy to, kiedy nam przedstawisz dossier Malewicza. Pewnie trenera, masażysty, jakiegoś kumpla. Na pewno zdjęcie prezesa Kopcia. Co do reszty, myślę, że będziemy wiedzieli jutro. Po południu zajrzyj do techników, może już coś będą mieli. Może odciski palców pasują do jakichś z bazy, może trafimy z DNA.

– Jasne. A jak trafimy z DNA, to do końca roku będę wam robił kanapki do pracy – skwitował ze śmiechem Marek.

– Przyjmuję zakład, chociaż wiem, że szansa jedna na milion. – Aga przewróciła oczami. – Taki zakład to lipa.

– I powtarzam to, co mówiłem podczas oględzin: chcę mieć wszystkie odciski z tych jego trofeów – powiedział Wiktor. – Puchary, patery, kryształowe i szklane badziewia. Wszystkie odciski!

– Z tych stojących obok tego, które zginęło i którym prawdopodobnie dostał w łeb? – zapytał Marek.

– Tak, właśnie.

– A te z gabloty w drugim pokoju?

– Wszystkie. Z gabloty też.

– Dobra.

– Upewnij się, że zdjęli odciski z wszystkich pucharów. Jeżeli nie, to jutro mają wrócić do tego mieszkania i to zrobić.

– Tak jest!

– Na dziś tyle – powiedział Wiktor.

– Już? – zapytała Aga.

– Już. Jutro rano w firmie omówimy resztę. Jedźcie do domów.

Chwilę trwało, zanim się pozbierali, ale w końcu został sam. Spojrzał na pozostałości po przedśniadaniu. Nie chciało mu się tego sprzątać. Poszedł do łazienki. Niebieska lampka nad lustrem oświetlała błękitne kafelki pokryte wzorami przypominającymi rozgwiazdy, muszle i kraby mutanty. Niebieska kotara nad wanną osłaniała część prysznicową. Choroby morskiej można się nabawić w tej łazience, skwitował w duchu. Kostka glicerynowego mydła spoczywająca spokojnie na granatowej gąbce, która leżała na skraju wanny, przypominała o konieczności – przynajmniej częściowego – umycia się przed snem.

Zdjął koszulę i rzucił na pralkę. Odkręcił kran. Ochlapał pachy i twarz ciepłą wodą. Umył zęby. Ablucje na dziś skończone. Rano się wykąpię, zdecydował w myślach. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Przeczesał ręką włosy. Nie. Nie wyglądał na swoje lata. Dałby sobie maksymalnie trzydzieści pięć. Może sześć. Prawie żadnych zmarszczek. No dobra, trochę wokół oczu. Śniada zdrowa cera. Intensywnie zielone oczy. Zielone! Ale nie takie wyblakłe, jak u Morawca. Ten to ma niby zielone, tyle że ta zieleń taka, jakby mu kot w nią naszczał. Prawie nie miał siwych włosów. Klasyczny jasny blond. Jak z reklamy farby do włosów. Mógłby reklamować jakąś dla facetów: „Wystrzelaj sobie wszystkie siwe włosy. Poleca Wiktor Wolski. Komenda Stołeczna Policji. Kampania społeczna na rzecz przeciwdziałania depresji wśród siwych i łysych współfinansowana przez Ministerstwo Zdrowia”. Dobra. Spadam, pomyślał. Po chwili rzucił się na łóżko. Po pięciu minutach ogarnął go sen. Sen sprawiedliwego policjanta.

2

Dochodziła czternasta. Siedzieli w małej salce numer siedemdziesiąt dwa na drugim piętrze Pałacu Mostowskich. Klimatyzacja nie działała, ale w końcu po co komu klimatyzacja w listopadzie? – skomentował w duchu Wiktor. Niewygodne oparcie krzesła wpijało mu się w plecy.

Marek otworzył laptopa. Z niewiadomych przyczyn miał dziś na sobie ciemnogranatowy garnitur, czarną koszulę i czarny krawat.

– A ty dziś na pogrzeb idziesz? – zagadnęła go Aga.

– O co ci chodzi? – rzucił w jej kierunku Marek.

– Popatrz na szefa. Zawsze ten sam luz z klasą. – Aga mrugnęła do Wolskiego. – Czarne pięćsetjedynki, skórzana marynarka. Co prawda, gdyby włożył do tego kowbojki, to można by pomyśleć, że gdzieś tu kręcą film z Eastwoodem.

– Ale nie włożył – zauważył Wiktor.

– Więc mamy luz z klasą. A ty? – Aga spojrzała na Marka.

– Pomyliłaś profesję. Powinnaś zostać modelką – odgryzł się.

– Modystką – wtrącił Wiktor z uśmiechem. – Albo szafiarką.

– Dzięki – mruknęła.

Wolski odwrócił się do Marka.

– A tak serio, masz jakąś uroczystość?

– Nie. Po prostu – zaczął Marek – pomyślałem sobie, że śledztwo będziemy prowadzić w zamożnym środowisku, tenis, milionerzy, to trzeba jakoś wyglądać. A co?

– Brawo! Kamuflaż! – krzyknął Wiktor. – A ty, Aga, zamiast nabijać się ze współpracowników, sama powinnaś o tym pomyśleć.

– Żebyście się nie zdziwili.

– Dobra, młody, zaczynaj – poprosił Wiktor.

– Artur Alan Malewicz, pseudonim Pocisk, a właściwie „Bullet”.

– Kabotyn! Sam sobie wymyślił to przezwisko? – parsknęła Aga.

– Pseudonim. Poczekaj, po kolei – odparł Marek. – Urodził się dwudziestego szóstego maja tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku w Zawierciu…

Wiktor słuchał, ale co chwilę się wyłączał. Jak na razie nie było nic, na co można by zwrócić uwagę. Młodość w Zawierciu, podstawówka, pierwsze treningi, pierwsze zwycięstwa, medale mistrzostw Polski, Europy. Marek mówił dalej:

– Pierwszy poważny sukces odniósł w wieku szesnastu lat, kiedy awansował do finału seniorskiego turnieju Poznań Porsche Open. Przegrał z niewiele starszym od niego Hiszpanem Miguelem Ferrerem, późniejszym triumfatorem wielu turniejów najwyższej rangi i finalistą Roland Garros. Podczas tego turnieju doszło do konfliktu pomiędzy Malewiczem a jego ówczesnym trenerem Stefanem Goszczaninem. Przestali ze sobą pracować. Goszczanin ma dziś siedemdziesiąt jeden lat, mieszka w Katowicach.

– Czekaj. Ten Goszczanin. Co o nim mamy? Coś o tym konflikcie?

– Niewiele, wszystko już powiedziałem. Żadnych szczegółów o konflikcie. To było osiem lat temu, w necie nic nie znaleźliśmy. W naszych zasobach też.

– Ustalcie adres tego Goszczanina i pojedziemy do niego z wizytą. Jutro pojedziemy. Ja i Aga. Mów dalej.

– Po rozstaniu z Goszczaninem Malewicz wyjechał do Hiszpanii do akademii Juana Manuela Horatia, byłego znanego zawodnika. – Marek wpatrywał się w ekran laptopa. – Mieszkał tam blisko dziewiętnaście miesięcy i stamtąd jeździł na różne turnieje. W Polsce był w tym okresie tylko kilka razy. Pogorszeniu uległy jego relacje z ojcem, który po rozwodzie z matką Malewicza przeszedł załamanie nerwowe. Wyjazd, od strony finansowej, umożliwił mu Jan Grabek.

– Ten Grabek? – wtrąciła Aga.

– Tak, ten Grabek. Od lat w pierwszej dwudziestce najbogatszych Europejczyków.

– No to porozmawiamy sobie z panem Grabkiem – zawyrokował Wiktor.

– A teraz ciekawostka – rzucił Marek. – Pobyt Malewicza w akademii Horatia kosztował Grabka trzysta tysięcy dolarów. Nie tyle samego Grabka, ile Grabex Fashion Group. Powiedzmy, że na jedno wychodzi. Później wspierał Malewicza, mniej więcej do dwudziestego pierwszego roku życia. W sumie wydał na niego milion dolarów.

– O, proszę. Dobrze zainwestowane pieniądze – stwierdziła Aga.

– Co ciekawe, połowa z tych trzystu tysięcy została przelana bezpośrednio na konto akademii, a druga połowa trafiła do Malewicza przez Polską Federację Tenisa Ziemnego. Do realizacji tego projektu PFTZ stworzyła coś jakby drużynę. Nazywało się to Grabex Club Poland. Do klubu zakwalifikowano jeszcze kilkoro zawodników i zawodniczek. Byli to: Maciej Tarnowski, Dawid Baudouin, Marcin Kochanek oraz – uwaga – Piotr Grabek, a z dziewczyn: Magda Pogoda, Anna Rachoń i Monika Benoit. Na resztę klubu Grabex przeznaczał na początku pięćdziesiąt tysięcy dolarów rocznie. Później, z roku na rok, wsparcie finansowe rosło.

– Ile Grabek na to wydał? Na ten klub – zapytał Wiktor.

– Projekt trwał niecałe pięć lat. W sumie Grabex wydał na to około sześciuset tysięcy dolarów.

– Grabek wpakował milion sześćset tysięcy dolarów w tenis? – Aga pokręciła głową z niedowierzaniem. – I co z tego miał? To z powodu syna?

– Jego syn szybko skończył karierę – odparł Marek. – Kontuzja. Praktycznie wypadł z klubu, zanim na dobre do niego wszedł.

– Może po prostu kocha tenis – zauważył Wiktor.

– Za taką kasę to i mnie mógłby pokochać – odparła Aga i odrzuciła na plecy długie pukle rudych włosów.

Wiktor spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Żart – dodała po chwili. – Nic dziś nie łapiecie.

– Po zakończeniu szkolenia w akademii – kontynuował Marek – Malewicz szybko awansował do czołowej setki rankingu najlepszych tenisistów. Dzięki pieniądzom Grabka grał w wielu turniejach, jeździł po świecie. Ale niczego wielkiego nie zwojował. Aż do tego pamiętnego Wimbledonu.

– Zależy dla kogo pamiętnego. Ja nic nie pamiętam – mruknęła Aga.

– Ostatnie trzy lata to, można powiedzieć, pasmo nieustających sukcesów Malewicza. Zrobiło się o nim głośno na całym świecie, kiedy trzy lata temu pokonał Ferendera w ćwierćfinale Wimbledonu. – Marek spojrzał na Agę. – Jego pięciosetowy mecz z legendą tenisa przeszedł do historii jako jeden z najbardziej zaciętych i najpiękniejszych. Historycy Wimbledonu umieścili go na trzecim miejscu wśród legendarnych pojedynków tego turnieju.

– Zajebiście – skomentował Wiktor. – I co dalej?

– Wygrał finał i od tego momentu jego kariera znacznie przyspieszyła. I finanse też ruszyły do przodu. Tamten sezon zakończył na dziesiątym miejscu na świecie. Teraz ostatnie dwa lata.

– Tylko nie zasypuj nas wynikami meczów w postaci miliona cyferek – zastrzegła Aga.

– Spoko. W ciągu ostatnich dwudziestu czterech miesięcy wygrał szesnaście turniejów, same duże i prestiżowe, do tego dziesięć razy był w finałach, z czego trzy razy w finałach Wielkiego Szlema. Ale turnieju wielkoszlemowego już w singlu nie wygrał. W deblu wygrał US Open i Roland Garros. Przez sześć tygodni, od połowy lutego do końca marca tego roku, był numerem jeden na świecie. Pokonał wszystkich zawodników z czołowej dwudziestki rankingu. Przegrywał rzadko. Ale znalazłem taką zależność. Przegrywał albo z zawodnikiem z pierwszej dziesiątki, albo z totalnym kelnerem.

– Jakieś przykłady? – wtrącił Wiktor.

– Proszę bardzo: w ubiegłym roku w Rzymie przegrał mecz drugiej rundy z mało znanym Włochem Grazzinim, który w rankingu był dziewięćdziesiąty siódmy. Tłumaczył się kontuzją barku, której doznał w pierwszym secie. Inny taki mecz to porażka w pierwszej rundzie turnieju w Rotterdamie ze słabym Filipińczykiem, który miał wtedy ranking dziewięćdziesiąty dziewiąty, najwyższy w karierze.

– Wrócimy do tego.

– W ciągu tych dwóch lat Malewicz zarobił tylko na korcie ponad piętnaście milionów dolarów. Z kontraktów reklamowych otrzymywał rocznie od dziesięciu do dwunastu milionów dolarów.

– Niezły spadek ktoś dostanie – rzuciła Aga.

– Teraz trochę o jego nieruchomościach. W Warszawie ma, przepraszam, miał dwa mieszkania. Jedno widzieliśmy. Poza tym dom w Konstancinie wart około czterech milionów złotych. – Marek zmrużył oczy i wpatrywał się ekran. – W Gdańsku miał mieszkanie, w Sopocie miał, w Krakowie dwa mieszkania. Oprócz tego dziesięć hektarów ziemi na Mazurach. To tyle, jeśli chodzi o Polskę. Poza Polską dom na Lazurowym Wybrzeżu, dom w Marbelli, apartament w Nowym Jorku. Samochody…

– Nieważne. Pomiń te samochody – wszedł mu w słowo Wiktor.

– Dobra. Sponsorzy Malewicza to Nike, Samsung, AirChina, Hugo Boss, Rolex, BMW, Boston Financial Securities. Niedawno podpisał kontrakt z Chanel. A do tego ma umowy lokalne z polskimi firmami. Cisowianka Perlage, Apart, Alma, Lotto. Jego, że tak powiem, sprawami zajmuje się międzynarodowa agencja One Million Stars z Nowego Jorku. Mają takie gwiazdy jak Roggi Ferender, Cristi Rinaldo, Kith Bryante, Triger Weeds, John McEnree czy – uwaga – Hidi Kloom!

– Niesamowite. Ciekawe, czy się spotykali z Hidi na korytarzach tej agencji – wystrzeliła Aga.

– Nie wiem, pewnie tak. A co, zazdrościsz jemu czy jej? – spytał Marek

– Zazdroszczę tobie, że miałeś tak prostą robotę – warknęła.

– Co wiemy o jego najbliższym otoczeniu? – zmienił temat Wiktor.

– Jego menedżerem jest kanadyjski Żyd polskiego pochodzenia Max Lubov. Mówi płynnie po polsku. Ma bliską rodzinę w Łodzi, którą często odwiedza. Procesują się z miastem o zwrot jakiejś kamienicy. Jedną kamienicę na Piotrkowskiej już odzyskali.

– Spotkamy się z nim.

– Lubov mieszka w Londynie.

– Przyjedzie na pogrzeb, to się spotkamy – stwierdził Wiktor.

– A jak nie przyjedzie? – zapytała Aga.

– Postaramy się, żeby przyjechał. Czy ten Lubov jest gejem?

– No, tego, szefie, nie udało mi się dowiedzieć. Ma żonę, ale jak wiadomo to o niczym nie świadczy – odparł zmieszany Marek.

– Kochankę ma? Na pewno ma.

– Nie mam pojęcia.

– Dobra, sam się dowiem. Kto jeszcze?

– Oprócz menedżera jego team tworzy kilka osób. Trener John LeMarr, Amerykanin. Sparingpartner Pavel Pospichal, Czech. Trener przygotowania ogólnego Michael Patrick, Amerykanin. Fizjoterapeuta Arek Kubicki, Polak. Lekarz Dimas Jimenez, Hiszpan.

– Sporo ich – rzuciła Aga.

– Udało mi się ustalić, że skład tego teamu często się zmienia. Co prawda, z trenerami LeMarrem i Patrickiem Malewicz współpracował od trzech lat, ale resztę wymieniał praktycznie co sezon.

– Dużo tego jeszcze? – Aga poprawiła się na krześle.

– Nie. Teraz o kasie. Miał trochę akcji różnych spółek. Polskich, zagranicznych. Tutaj jest wykaz. – Marek podał Wiktorowi i Agnieszce po jednej kartce. – W zeszłym roku stracił na akcjach paru amerykańskich spółek notowanych na Wall Street. Prawdopodobnie utopił około miliona dolarów. Umoczył też w funduszach, jakieś pół miliona. Co ciekawe, nie ma akcji żadnej ze spółek Grabka.

– Temu akurat się nie dziwię – oświadczyła Aga. – Za duże ryzyko.

– Wiemy coś na temat testamentu? Kto co dziedziczy? – zapytał Wiktor.

– Nie ma pewności, testament jest chyba w kancelarii jego matki.

– Czyli nic nie wiemy o testamencie. Dobrze. To znaczy niedobrze. Ale to nic. Będzie dobrze. Wróćmy do paru kwestii. Kobiety albo mężczyźni w życiu denata?

– Kobiety. Wiemy niewiele. O wcześniejszym okresie nic. A w ciągu ostatnich dwóch lat przez pół roku był w związku z francuską modelką Amélie Vigneron, a przez kilka miesięcy spotykał się z czeską tenisistką Petrą C¶echovą. I tyle.

– Co wiemy o relacjach z ojcem? – drążył Wiktor.

– Tak jak mówiłem, rodzice Malewicza się rozwiedli. Niedługo potem ojciec, Jerzy Malewicz, przeżył załamanie nerwowe, trafił do szpitala psychiatrycznego.

– Na długo?

– Na dwa lata. W tamtym okresie matka z młodym Malewiczem przenieśli się do Warszawy. Otworzyła tutaj kancelarię.

– Dwa lata! To niezłe załamanie – powiedział Wiktor.

– Jakaś gazeta próbowała analizować tę sytuację między ojcem a synem, ale powstał tylko nędzny artykulik o niczym. Autor stawia tezę, że pokłócili się o kontrolę nad kasą, która miała przypłynąć od Grabka.

– Adres ojca. Do tego informacje, gdzie bywa, co robi w wolnych chwilach, co robi, kiedy jest zajęty, gdzie je, gdzie śpi, gdzie sra, z kim się parzy. Wszystko.

– Będzie.

– A relacje z matką?

– Bardzo bliskie. Matka, Joanna Frankel-Malewicz, jest prawnikiem. Jej kancelaria zarządza nieruchomościami Malewicza w Polsce.

– Coś jeszcze? – zapytała Aga. – Bo zrobiłam się głodna i chętnie…

– Najlepsze zostawiłem na koniec.

– O, proszę. – Wiktor się uśmiechnął. – Będzie suspens. Chodźmy na kawę.

3

Wypili lurę z automatu i wrócili do sali.

– Sprawdziłem wszystkich, którzy pracowali z Malewiczem przez ostatnie cztery lata.

– Brawo! – Aga klasnęła kilka razy teatralnie. – Nasz tytan pracy w akcji.

– No to dawaj – ponaglił Wiktor.

– W ciągu ostatnich czterech lat przez jego team przewinęło się czternaście osób. Po sezonie, w którym były te nieudane dla niego International Summer Games, wymienił cały skład z wyjątkiem fizjoterapeuty Olafa Ciszowskiego.

– Gdzie mieszka ten Ciszowski? – zapytał Wiktor.

– W Warszawie, na Woli.

– Okej. Dawaj dalej.

– Wtedy pojawili się dwaj trenerzy, którzy zostali do dziś. Czyli LeMarr, były tenisista, i Patrick od przygotowania ogólnego.

– Pewnie są nieosiągalni, co, Sherlocku? – zapytała Aga.

– Na stałe mieszkają na Florydzie. W…

Welcome to Miami, bienvenido a Miami. – Aga zanuciła przebój Willa Smitha.

– Tak, w Miami – potwierdził Marek.

– No cóż, raczej się tam nie wybierzemy – zauważył Wiktor. – Chcę pogadać z tym LeMarrem. Pogadać! Nie przesłuchiwać. Aga, załatw to, porozmawiamy przez Skype’a.

Yes, sir!

– Prześlę wam e-mailem listę pozostałych członków teamu. Ale co znalazłem…

– Aż drżę z niecierpliwości – rzuciła Aga.

Marek popatrzył na nią z politowaniem i pokręcił głową.

– Olaf Ciszowski zakończył współpracę z Malewiczem, czy raczej Malewicz z Ciszowskim, dwa lata temu. Wcześniej nasz gwiazdor kilka razy wypowiadał się w mediach o swoim fizjoterapeucie w samych superlatywach. Mam trzy wywiady, w których go chwali. Ale jakiś czas po rozstaniu Ciszowski udzielił wywiadu „Naszej Rzeczywistości”. Niezbyt pochlebnie wyrażał się o Malewiczu. Mówił niejasno, pozostawiając wiele niedopowiedzeń. Wywiad robiła Lena Nowicka.

– Lena Nowicka… Jakie to niedopowiedzenia? – zapytał Wiktor.

– Sami zobaczcie. – Marek podsunął im kserokopie wywiadu.

Wolski przebiegł wzrokiem odbitkę:

– Pracowaliście razem trzy lata, od kogo wyszła ta decyzja o zakończeniu współpracy? Czy Malewicz po prostu wywalił pana z drużyny?

– Nie wywalił mnie. Kim on jest, żeby mnie wywalać?

– Ale nie układało się wam ostatnio? Zgadłam?

– Podchodzę do swoich obowiązków profesjonalnie. Nie mieszam spraw prywatnych z pracą.

– Czyli był jakiś konflikt na tle prywatnym? Pozasportowym?

– Nie będę tego komentował.

– Kiedy zaczęliście współpracować?

– Kilka miesięcy przed International Summer Games.

– No i po tamtym nieudanym turnieju Malewicz wymienił wokół siebie wszystkich oprócz pana. Dlaczego?

– Jego proszę pytać. Ja mogę mówić tylko za siebie. Jestem dobrym fachowcem, najlepszym, z jakim do tej pory Malewicz współpracował. Tego, co dobre, się nie zmienia.

– Sugeruje pan, że jego były trener, lekarz i sparingpartner byli do niczego?

– Proszę spojrzeć na wyniki. W rok po tamtych fatalnych Summer Games Malewicz wygrał Wimbledon i zaczął się najlepszy okres w jego karierze. Wnioski nasuwają się same.

– W pana wypowiedziach czuję żal, gorycz. A może poszło o pieniądze?

– Pieniądze zmienią każdego. Powodują, że ludzie przestają przestrzegać umów, zapominają o danym komuś słowie, zaczynają myśleć egoistycznie. Kasa zmienia ludzi. Tyle mam na ten temat do powiedzenia.

Pierwsza odezwała się Aga:

– No dobra, może i się pokłócili. – Wzruszyła ramionami. – To ta twoja sensacja?

– Poczekaj. Niedługo potem Ciszowski wszystko odszczekał.

– Tak? – rzuciła Aga.

– Gdzie? – zapytał Wiktor.

– W kilku miejscach, między innymi w magazynie „tenisLife”, na portalach tennispassion.com.pl czy na tylko-sport.eu. Tłumaczył, że tamten wywiad w NR-ce nie był autoryzowany, że dziennikarka źle go zrozumiała. I tak dalej.

– To faktycznie daje do myślenia. Namierzamy go – zadecydował Wiktor. – A jak tam technicy? Czy przekazali już jakieś informacje? Te rzeczy z przedpokoju, które mogły wypaść z jego torby?

– Badają, jeszcze nic nie znaleźli – odparł Marek.

– Niech się pospieszą. Odciski palców?

– Nie pasują do żadnych z bazy – poinformowała Aga.

– Kiedy wyniki sekcji?

– Do wieczora będą – zapewniła. – Jest tylko ta analiza krwi, którą ci rano dałam.

– E-maile?

Dziewczyna pokręciła głową.

– Informatycy uwijają się jak w ukropie, ale jeszcze nic.

– Okej. – Wolski machnął ręką. – Na początek porozmawiamy sobie z tym Ciszowskim, z prezesem Kopciem, trenerem Goszczaninem, ojcem denata i Piotrem Grabkiem. Do dzieła!

– A stary Grabek? – zapytała Aga.

– Później, później. „Wszystko ma swoją kolej, miejsce i czas”. – Wolski popatrzył na Agę. – Gogol.

Biel koperty raziła go w oczy. A może raczej jej zawartość. Siedział przy biurku i wpatrywał się w prostokąt, w którego lewym rogu widniało logo Komendy Stołecznej Policji. Syrenka – dumnie wpatrzona w prawo, z uniesionym nad głowę mieczem. Właściwie to ona patrzy w lewo. To znaczy w swoje prawo, ale na kopercie w lewo. Czyli w którą stronę patrzy? – zastanowił się Wiktor. Z tą syrenką jest jak z prawem. Jedni patrzą tak, a drudzy na to samo inaczej. A jak pan minister Kownacki spojrzy na zawartość tej koperty?

Aga przyniosła mu zaklejoną kopertę z samego rana. Później rozmawiał z Leszkiem przez telefon. „Chemik” zdradził Wiktorowi kilka faktów, które tylko potwierdziły jego przypuszczenia dotyczące sportu zawodowego: szambo.

4

Wiktor włączył laptopa. Wszedł do internetu i wstukał w wyszukiwarce: „John LeMarr”. Kliknął na trzeci link od góry.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.