Broniewski w potrzasku uczuć - Dariusz Pachocki - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 198 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Broniewski w potrzasku uczuć - Dariusz Pachocki

Broniewski: kochanek, egoista, mięczak.

Broniewski w potrzasku uczuć to historia romansu Władysława Broniewskiego i Ireny Helman. Zachowane listy kochanków opowiadają po latach ich własnymi słowami o płomiennym uczuciu, ale także o codziennym życiu. Pożółkłe karty zdradzają nieznany dotąd bliżej fragment biografii poety. Zarówno Broniewski, jak i Irena Helman pisali emocjonalnie, wplatając w wyznania miłosne opisy wszystkiego, co ich wówczas dotykało, interesowało. Dostajemy relację z niemal każdego tygodnia.

Z pewnością ciekawe dla Czytelnika będą informacje dotyczące wyjazdu Broniewskiego do ZSRR czy też próby wyjaśnienia i usprawiedliwienia się przed kochanką ze swoich komunistycznych sympatii. Inne interesująco zarysowane wątki tej korespondencji to proza życia poety łączącego pracę twórczą z pogonią za zarobkiem, jego zawiłe relacje z żoną Janiną, czy pokazana w nowym kontekście słabość pisarza do córki Anki.

Niezwykle interesująca jest także fabuła tworząca tło dla tego romansu. Dość drobiazgowo opisany został pojedynek Broniewskiego z bratem Ireny Helman. Zdarzenie obfitowało w dramatyczne zwroty akcji, a pozostałością po pojedynku jest pęczek włosów Broniewskiego, który został odcięty szablą przez brata kochanki.

Opinie o ebooku Broniewski w potrzasku uczuć - Dariusz Pachocki

Fragment ebooka Broniewski w potrzasku uczuć - Dariusz Pachocki









Broniewski:
kochanek, egoista, mięczak


Irena

Przyszli korespondenci pierwszy raz spotkali się w 1933 roku. Irena Helman miała wówczas 22 lata i była studentką prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Jej akta osobowe przetrwały wojnę i są przechowywane w uniwersyteckim archiwum. Dzięki nim możemy uzupełnić naszą wiedzę o dodatkowe informacje związane z nią i jej rodziną. Warto byłoby zacząć od brzmienia nazwiska, gdyż pojawia się ono w dwu wariantach: Helman lub Hellman. Ona sama różnego typu podania podpisywała na dwa sposoby. Kwestię w jakimś stopniu może rozstrzygnąć świadectwo dojrzałości (z 31 maja 1930 r.), na którym występuje jako Irena Elza Helman urodzona 23 maja 1911 roku w Warszawie. W wieku dziewiętnastu lat – 10 września 1930 roku – złożyła podanie do rektora Uniwersytetu Warszawskiego z prośbą o przyjęcie na Wydział Prawa, a decyzją z 23 października 1930 roku została immatrykulowana. Nie zachowały się dowody, które potwierdzałyby, że studia podjęła. W następnym roku jej dokumenty trafiły ponownie na Wydział Prawa. Jednym z nich jest własnoręcznie napisany przez nią życiorys, datowany na 20 października 1931 roku. Ze względu na okoliczności warto przywołać go w całości:

Urodziłam się w Warszawie 23 maja 1911 r. Wyznania jestem mojżeszowego. Podczas wojny Rodzice moi wyjechali do Moskwy, gdzie przebywaliśmy do 1923 r. W 1920 r. podczas wojny bolszewickiej Ojciec mój jako polski poddany podlegał prześladowaniom ze strony władz – więziony był w Czerezwyczaju przez półtora roku. Po powrocie do kraju zastaliśmy cały nasz osobisty majątek w ruinie i Ojciec mój schorowany po więzieniu musiał się na stare lata na powrót jąć pracy. Doprowadziło go to do ciężkiej choroby sercowej i następnie zgonu, który nastąpił 17 grudnia 1930 r. W międzyczasie ukończyłam gimnazjum (31 maja 1930 r.) i wstąpiłam na Wydział Prawny U. W. Po zgonie Ojca mojego wskutek b. ciężkich warunków materialnych, w jakich się znalazłam, musiałam Warszawę opuścić, gdzie pracowałam w charakterze wychowawczyni-nauczycielki do 27 września 1931 r. Obecnie pracuję w charakterze korespondentki pism prowincjonalnych.

Anka Broniewska (połowa lat 30.)

Przyjęcie na uniwersytet poświadcza decyzja dziekana z 10 listopada 1931 roku, zobowiązująca ją jednocześnie do przedłożenia przed immatrykulacją „świadectwa moralności”. Choć tym razem podjęła studia, sprawy nie układały się pomyślnie. Od samego początku Helman borykała się z problemami zdrowotnymi i finansowymi. Sytuację obrazują różnego typu pisma, zaświadczenia i prośby kierowane do władz uczelni. Jedno z podań mówi o ciężkiej chorobie, która przykuła ją do łóżka na dwa miesiące. W archiwum znajdziemy także dokumenty, które poświadczają jej trudną sytuację mieszkaniową. Wiele wskazuje na to, że w kwietniu 1932 roku całej rodzinie groziła eksmisja. Sąd grodzki wzywał w tej sprawie Anatola Helmana – brata Ireny – który po śmierci ojca przejął obowiązki głowy rodziny. Trzy tygodnie wcześniej przeszedł on operację, po której przez kilka dni pozostawał w szpitalu. Helman był wówczas studentem Politechniki Warszawskiej (Wydział Architektury). Wszystkie te nieszczęśliwe zdarzenia spiętrzyły się i musiały spowodować pogorszenie ogólnej kondycji Ireny. Dlatego też w maju 1932 roku złożyła podanie z prośbą o udzielenie jej urlopu zdrowotnego i przeniesienie egzaminów na „termin powakacyjny”. Lekarz w zaświadczeniu sugerował komisji, że studentce potrzebny jest kilkumiesięczny urlop „zarówno fizyczny, jak i umysłowy”. Sama zainteresowana, w podaniu do przewodniczącego Komisji Egzaminacyjnej z prośbą o przeniesienie egzaminów informowała, że jej choroba pochłonęła zaoszczędzone latem „i zgromadzone ciężką pracą” pieniądze. Ponadto, wciągnęła ją w długi, które powiększyły się w czasie, gdy brat przechodził ciężką operację. W piśmie tym znajdziemy także relację dotyczącą aktualnej sytuacji materialnej całej rodziny:

Obecnie wytoczyliśmy proces o zobowiązania należne zmarłemu w grudniu 1930 r. Ojcu mojemu i spodziewałam się, że przed ostatecznym terminem zdążę wnieść czesne i opłatę egzaminacyjną – w dniu dzisiejszym jednakże, dowiedziałam się, że wyrok zapadł dla nas względnie niepomyślnie, stronie przeciwnej bowiem pozostawiono możność wystąpienia z apelacją, co naturalnie całą rzecz przeciąga.

Dalej czytamy, że jedynym źródłem utrzymania Helman jest praca dorywcza, która nie wystarcza na utrzymanie trojga osób – matki, jej i brata, który po operacji nie był zdolny do podjęcia pracy. W cytowanym piśmie pojawiają się także informacje na temat przerwania podjętych rok wcześniej studiów: „z powodów zarobkowych przez szereg miesięcy pracowałam na wsi w nader ciężkich warunkach […] studiowanie w roku bieżącym było dla mnie połączone z wielkimi trudnościami – byłoby więc dla mnie klęską, gdyby rok obecny również przepadł”[1]. Podanie zostało rozpatrzone pozytywnie.

Końcówka 1932 roku przyniosła dobre wieści. Na karcie egzaminacyjnej pojawiły się wpisy poświadczające złożenie przez nią egzaminów z wynikiem pozytywnym. Ostatni wpis na karcie pochodzi z 27 grudnia 1932 roku. Po tym czasie Irena Helman prawdopodobnie znów wyjechała na prowincję i pracowała w charakterze nauczycielki w Śródborowie. Właśnie tam poznała Władysława Broniewskiego. Ich korespondencja zaczęła się prawdopodobnie równolegle z romansem. W połowie marca 1933 roku Broniewski pisał:

Śliczna Irenko!

Co to będzie? Ponosi i roznosi mnie! Przedwczoraj w Śródborowie razem wymyśliliśmy wiosnę i pewnie od tego zginiemy. Niebo jest takie głupio-niebieściutkie, że chyba i umrzeć pod niem nie żal. Zresztą, po co umierać? Czyż nie lepiej zajmować się wiosenną gramatyką: ja kocham, ty kochasz, on kocha itd.

Pisząc te słowa poeta miał trzydzieści sześć lat, a jego adresatka dwadzieścia dwa. Dalsze zdania tego samego listu pokazują, iż nie bronił się on przed nowym uczuciem:

Ty jesteś moje wiosenne szczęście śliczne jak sama wiosna. Całkiem kręci mi się w głowie z miłości. Co tu zrobić? poradź, pomóż!

Czy masz jeszcze te listki, które Ci wpiąłem pod beret? Robię się sentymentalny i dziecinny – widzisz, to są niezawodne oznaki tego, co Ci mówiłem tyle razy i ciągle chcę powtarzać.

Listy do młodej studentki odsłaniają zupełnie inną stronę osobowości Broniewskiego niż ta, którą objawił walcząc w legionach czy będąc przesłuchiwanym przez śledczych na Łubiance. W korespondencji tej ujawnia się Broniewski sentymentalny. Sielankę przerwała żona, która dowiedziała się o całej sprawie:

Wyjeżdżam na parę tygodni do rodzinnego domu, choć tam także nie zdobędę nowego zawodu, ani możliwości pracy w poprzednim. Za każdym powrotem, jakże bezcelowym, do opustoszałego mieszkania przyjaciele z ostrożnościami, ze współczuciem napomykają mi, że rysuje się na horyzoncie pewna sprawa, o której zazwyczaj żona (lecz i mąż także) dowiadują się ponoć ostatni. Kryzys małżeński wchodzi w drugą fazę: „Władka widuje się z pewną dziewczyną. Podobno studentka”[2].

Wiele wskazuje na to, że uzyskała tę informację od osoby postronnej. Co więcej, kiedy już sprawa wyszła na jaw, sam Broniewski nie miał odwagi powiedzieć jej o wszystkim osobiście:

Mnie wówczas wystarczyło, że Władek mi powiedział sam, a raczej napisał, pełen rozterki, o swym zarysowującym się uczuciu, prosząc mnie tylko o cierpliwość, bowiem sam nie wie, czy i jak się to nowe uczucie rozwinie. Cierpliwość. Cóż, nazwijmy to cierpliwością. Nie stać mnie jednak było na nią. Licho wie, czy słusznie nalegałam na niego, żeby wziął za tę dziewczynę pełną odpowiedzialność, żeby się z nią związał także oficjalnie. Miało się te gesty…[3]


W matni uczuć

Broniewski pozostawał niezdecydowany. Zdawał sobie sprawę z tego, że związek z Ireną Helman i wyprowadzenie się z domu oderwie go od uwielbianej córki i poważnie ograniczy ich kontakty. W liście z 24 marca 1933 r. czytamy:

Powiem teraz tylko tyle, że jestem między młotem a kowadłem, między dwiema wykluczającemi się wzajemnie możliwościami, z których każda jest dla mnie ważna i droga, i które chciałbym jakoś pogodzić. Jeżeli to się nie da zrobić, będę przeżywać dramat wewnętrzny jeżeli nie tragedię. A tu ani z nikim pogadać o tem nie mogę, ani samemu rozstrzygnąć, bo każde rozstrzygnięcie byłoby okrutnem wyrzeczeniem się, jeżeli nie podłością…

Sytuację komplikuje fakt, że adresatka poety chciałaby się ujawnić. W liście z 22 marca Broniewski stara się jej to wyperswadować:

Osobiste przedmioty Władysława Broniewskiego.

Jesteś w stosunku do życia zaborcza, zdobywasz świat z jakąś wewnętrzną pasją i ładnie to robisz. Czemuż miłość ma tu być ciężarem: troską zamiast najlepszą podnietą, otuchą, radością? Wydaje mi się, że tkwi w Tobie jakiś przesąd o konieczności ujawnienia i ustabilizowania tego, co masz dla mnie? A czy pomyślałaś o możliwościach naprawdę dramatycznych konsekwencji jakiegoś fałszywego kroku? Ja np. czuję w sobie teraz radość dzięki Tobie, nie czuję wobec nikogo winy, ale wiem, że gdybym w jakiś sposób stał się powodem cierpienia innych, szczęście moje byłoby tem zatrute. Ty może tak samo.

Poeta jest zdania, że po pewnym czasie sprawy same się należycie poukładają. Jednak nie wszystko idzie po jego myśli. W liście z 29 marca 1933 roku Janina pisała:

Nie tylko, że wrócić nie mogę, ale nawet pisać. Nie mamy wspólnego języka. Dopóki nie zrozumiesz, że naprawdę nie można mnie traktować jak idiotkę przez całe życie (zarówno pierwszy, jak i drugi list jest tego dowodem) – nie spodziewaj się ode mnie odpowiedzi.

Jeśli zaś uważasz obecne postępowanie tylko jako demonstrację, przeżycia zaś bardzo bolesne, kiedy obraziłeś moje najżywsze uczucia dla Ciebie – dąsami, czy możemy w ogóle z sobą mówić?

W międzyczasie o wszystkim dowiedziała się rodzina Helmanówny. Jej matka[4] postanowiła sprawnie zareagować. Wiemy o tym z relacji Janiny:

I w takim to stanie rzeczy moralno-materialnym zjawiła się nieoczekiwanie pewnego dnia w tym moim-nie-moim pokoiku bardzo zmieszana Świekra w towarzystwie nie znanej mi, starszej także pani. Ta już była wyraźnie bardzo podekscytowana, wysławiała się gniewnie, mocno zaciągając z rosyjska. Awantura była bardzo jakby gdzieś z XIX wieku, lecz owa starsza pani miała swoje powody. Wdowa po kupcu „pierwszej gildy” z carskiej jeszcze Rosji, nienawidząca bolszewików, wychowana wśród żydowskiej finansjery, lecz w kręgu samowara, co ani trochę nie wadziło w zachowaniu wierności obyczajom przodków talmudycznych – znalazła się w obliczu katastrofy rodzinnej. Więc zacząwszy od wizyty u matki Władka teraz już i wobec mnie zgłasza swój protest: za nic się nie godzi na ten skandaliczny „romans”, nie tylko z gojem, lecz i bolszewikiem na dokładkę. I to ja, ślubna żona, mam się stać jej naturalnym sprzymierzeńcem[5].

Matka Ireny była zdziwiona, kiedy okazało się, że Janina nie ma zamiaru czynić swemu mężowi przeszkód:

I w ten dyskurs wpada nieszczęsny, najbardziej zainteresowany delikwent. Bodaj pierwszy raz zetknął się z mentalnością ewentualnej i przyszłej teściowej. Dawka to chyba bardzo mocna jak na początek. Ma przeciw sobie dwie już starsze panie i mnie również. Starsze panie są przeciw temu nowemu związkowi, a ja jak najbardziej zasadniczo – za.

I po dziś dzień nie umiałabym powiedzieć, dlaczego zwyciężyły dwie starsze panie. Delikwent lekkomyślnie składa niedoszłej teściowej solenną obietnicę, że więcej się nie zobaczy z młodą osobą, przebywającą w Kazimierzu nad Wisłą, skąd, nawiasem mówiąc, tylko co wrócił[6].

Broniewski starał się dochować obietnicy danej nestorce rodu, w związku z tym wynajdywał różne przeszkody, które opóźniały jego przyjazd do Kazimierza. Tak tłumaczył się Irenie:

Pech mnie prześladuje z tym wyjazdem do Kazimierza. W sobotę o dwunastej szedłem do domu i niestety, wstąpiłem na chwilę do „Nowej Gospody”, tam spotkałem znajomego, z którym rozstałem się rano w „Adrii”. Budzik postawiłem sobie nad głową, i mimo to nie obudziłem się. Oczywiście jestem winowajcą, miej jedynie wzgląd na to, że się przyznałem szczerze. Chcę przyjechać do Ciebie we środę – ruiny zamku.

Jeszcze bardziej może dziwić fakt, że – po rozmowie małżonków – to Janina pojechała, w imieniu męża, rozmówić się z Helmanówną:

I wzięłam na siebie wyjazd do Kazimierza, trudną z początku rozmowę, bo nietypową w takich okolicznościach, przywiozłam niedoszłą ofiarę sądu familijnego, po nocy spędzonej w moim pokoju u Sławków, pod skrzydła matki. W domu, bodaj przy Królewskiej, wśród kupieckich mahoni odbyła się scena może i wzruszająca, lecz trącąca nieco melodramatem. Matka wyraziła mi wdzięczność, może i szczerze, córka również, choć to raczej nienaturalne.

Po pewnym czasie żonę Broniewskiego znowu odwiedziła matka Ireny, tym razem wspierana przez jej brata:

Student politechniki, zupełnie przyjemne chłopczysko, zmieszany swą misją i niepewny mojej reakcji. Szczerze stroskany losami siostry i cierpieniami matki nie pogodzonej z takim obrotem rzeczy.

Cóż mi pozostało, jeśli nie konsekwentnie zapewnić go, że nadal nie stawiam żadnych przeszkód młodej parze, a przeciwnie życzę obojgu szczęścia i wyprowadzam się z tego niepotrzebnie, jak się okazało, wspólnego mieszkania?[7]

Broniewski starał się raczej ukrywać charakter swych relacji z Ireną Helman, do czego i ją przekonywał. Jednak wiadomość o romansie zataczała coraz szersze kręgi. W sierpniu 1933 roku otrzymał list od teściowej, która dowiedziała się o wszystkim od córki. List Jadwigi Weissenberg do Broniewskiego świadczy o tym, że Janina nową sytuację przyjęła z dużo mniejszym spokojem, niżeli wynikałoby to z jej późniejszych relacji. Czytamy w nim:

Janka wyjechała dziś rano do Warszawy, ale w takim usposobieniu, że jestem zmuszona pisać do Ciebie. Z chwilą, kiedy chodzi o nieszczęście dziecka nie ma dla mnie niedyskrecji. Wiem od Niej wszystko i rozumiem, że inaczej postąpić nie mogła, bo taka sytuacja była dłużej niemożliwa. Co o tym myślę i jak trudno mi się z tem wszystkiem pogodzić – to mniejsza. Ale chodzi o los, przez nas wszystkich kochanego dziecka. Zrobię wszystko, co będę mogła, żeby Wam ulżyć, czy pomóc. Anusia, jak zwykle przy wszystkich zmianach, została u mnie, gdzie Jej w obecnej, tak ciężkiej dla Was obojga chwili, jest najlepiej, bo dla mnie jest przecież Ona wszystkiem, i możesz Ją w każdej chwili odwiedzić[8].

W tym samym liście teściowa Broniewskiego przyznała, iż ciężko jej patrzeć na całą tę trudną sytuację także z tego powodu, że jej córka przeżywa jakby jej własną historię małżeńską. Sądzi, że w Janinie nastąpił „bolesny przełom” i niczego nie da się odwrócić. Dlatego też prosi zięcia, by pozwolił żonie odejść i zacząć życie od nowa. Deklarowała także swoją pomoc, na koniec dodając:

Nie zrozum mnie źle, ani tego listu, ani moich intencji, ale wybacz przygnębionej matce, bo nie wiem na razie nawet adresu Janki. Takie już jest życie. Życzliwa matka.

Z treści kolejnego listu, który Broniewski otrzymał od Weissenbergowej wiemy, że wszedł z nią w korespondencyjny dialog. Tym razem teściowa, choć życzliwa, pewne kwestie przedstawiła jasno, oceniając postępowanie Broniewskiego dość jednoznacznie:

Widzę więc, że się wytworzyła ciężka sytuacja, na którą nie mogę mieć wpływu, cierpię nad tym niewymownie, i żal mi Was obojga zarówno, ale Ty widzę bierzesz te sprawy z innej strony, że tak powiem egoistycznej, i chcesz je tak przeprowadzić, że Ona się powinna na wszystko zgodzić, co nie jest zgodne z Nią i jej wymaganiami, i potrzebami serdecznemi, a choćby nawet ambicją, czego nie można nazwać przecież wadą[9].

Broniewski – mimo wszystko – prosił teściową o wstawiennictwo. Miała ona przekonać córkę, by przez jakiś czas nie podejmowała drastycznych kroków. Jednak żądał zbyt wiele:

Jesteś widocznie wyczerpany nerwowo, i też dosyć niewyrozumiały dla Janusi, bo jakbyś inaczej mógł żądać, aby Ona, widocznie kochająca żona, mogła się zgodzić na takie pół życie, przy Twoich osobistych sprawach, które Cię widocznie tak zaabsorbowały i uwiązały, że przewyższyły uczucia, o których piszesz do Janusi.

Władysław i Janina Broniewscy
z córką Anką nad Morskim Okiem (1933 r.)


Muzy Broniewskiego

Poecie bardzo zależało na załagodzeniu sprawy z żoną. Nie było to łatwe zadanie, gdyż niewątpliwie miała ona w pamięci historię z okresu ich narzeczeństwa. Pomiędzy czasem poznania – w 1924 roku – a ślubem – w 1926 roku – poeta zasypywał przyszłą żonę miłosnymi czułostkami, rozdzierały go porywy nowego uczucia: „Spać nie mogę, włóczę się po mieszkaniu, pokładam na różnych meblach i ciągle, ciągle myślę o Tobie”. Janina była dużo bardziej powściągliwa w wyrażaniu uczuć, które wolno, choć sukcesywnie pączkowały. I oto na kilka miesięcy przed ślubem, wiosną 1926 roku Broniewski „wdał się w romans z Wandą Sz., przypadkowo poznaną krakowianką”[10]. Być może romans ten nie wyszedłby na jaw, gdyby nie fakt, że kochanka poety zaszła w ciążę. Poeta, kiedy tylko się o tym dowiedział, poinformował o wszystkim Janinę. Zapewniał ją, że krakowska znajomość nie ma dlań znaczenia i że zażądał od kochanki usunięcia ciąży. Jednak miała ona inne plany, gdyż chciała to dziecko urodzić. Broniewski starał się ją od tego odwieść:

Co poczniesz z dzieckiem, które chcesz mieć? Co na to powie twoja rodzina, znajomi? Czy zdajesz sobie sprawę, że to dziecko, które teraz w imaginacji tak kochasz, później może być Ci kulą u nogi i być przez Ciebie przeklęte, a i ono może Ciebie przekląć. Takie dzieci nie są szczęśliwe. […] Ty musisz to dziecko zniszczyć, póki czas. Zrobisz to, jeśli mnie kochasz[11].

Równolegle zabiegał o to, by załagodzić sprawę z narzeczoną. Żalił się, że kobieta nie chce usunąć ciąży: „Nie chce likwidować tego, co wiesz […] odgraża się, że do Poronina nie pojedzie”[12]. Broniewski nie widział lub nie chciał widzieć niestosowności swego zachowania. Omawiał swe sprawy z przyszłą żoną, jak z kolegą od kieliszka. Mimo wszystko Janina dała się przebłagać i ślub odbył się 28 listopada 1926 roku w kościele ewangelicko-augsburskim[13]. Młoda małżonka szybko zaczęła jednak odnosić wrażenie, że poeta nudzi się w jej towarzystwie. Zaczęło się to ujawniać już podczas ich „miesiąca miodowego”, który spędzali w Kaliszu (mieszkała tam teściowa Broniewskiego). Poeta przestał być radosny i miły, chciał jak najszybciej wrócić do stolicy. Wspólne mieszkanie przyniosło rozczarowanie. Mieli różne dobowe rytmy: „Po południu, kiedy on wyspany, wyświeżony i pachnący ulubioną lawendą wyruszał na dyżur do «Wiadomości Literackich» (a potem na eskapadę), ona siadała do poprawiania zeszytów albo szła do szkoły na wywiadówkę”[14]. Kolejny raz, we właściwy sobie sposób poeta przekonywał żonę, że wkrótce przestaną się kłócić, gdyż żyją jak stróż nocny z praczką: „Nie widują się to i pełna harmonia”[15]. Trzy lata później urodziła się im ukochana córka Broniewskiego – Joanna. Nazywał ją pieszczotliwie – „córką-bzdurką” i nie widział poza nią świata[16]. Wraz z dzieckiem przyszły jednak nowe obowiązki i kłopoty, które jeszcze bardziej sprowadzały go na ziemię. W takim kontekście rozpoczął się jego kolejny romans, z Ireną Helman, w objęcia którego wszedł z dużym zaangażowaniem i autotroską. Tym razem dużo trudniej było obłaskawić żonę, tym bardziej, że Broniewski unikał podjęcia konkretnych decyzji. Nie chciał rezygnować z nowej miłości, ale także nie chciał rozwodu, który wiązałby się z wyprowadzką z domu. Byłoby to równoznaczne z poważnym ograniczeniem kontaktów z najukochańszą córką, a tego chciał uniknąć. Starał się więc utrzymać patową sytuację najdłużej, jak to tylko było możliwe. Próbując zadowolić wszystkie strony konfliktu, nie zadowalał żadnej z nich. W związku z tym, iż obiecał rodzinie Ireny nie widywać się z nią obrał sobie za pośrednika własną żonę. Posłał ją z misją do Kazimierza Dolnego, gdzie przebywał obiekt jego uczuć. Taki ruch miał go usprawiedliwić w oczach wszystkich. Przed matką Ireny – której pokazał w ten sposób, że nie łamie obietnicy; przed żoną – że unika kontaktów i nie ma przed nią tajemnic, i wreszcie przed samą zainteresowaną – że się stara, ale trudności się piętrzą. W liście z 31 sierpnia 1933 roku pisał:

Władysław i Janina Broniewscy z córką Anką (1930 r.)

Mógłbym albo, zrywając z całym światem, pozostać z Tobą w dotychczasowych stosunkach, albo przestać się widywać. Szereg przyczyn zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych zmusza mnie do wybrania tego drugiego. Wierz mi, kocham Cię, i to wszystko cośmy przeżyli wspólnie nie jest dla mnie przejściowym epizodem, który mógłbym wewnętrznie zlekceważyć. Wytłumaczy Ci wiele Jaśka, która jedzie do Ciebie nie w charakterze mojej żony, ale – przyjaciela. Chciałbym, żebyś ją przyjęła z pełnem zaufaniem i – jeżeli możesz – przyjaźnie. Całuję Twoje ręce.

Przekonywał, że wybrał na pośredniczkę żonę, gdyż darzył ją pełnym zaufaniem. Ponadto prosił Helmanównę, by napisała do niego kilka słów i przekazała Jaśce.

Wiele wskazuje na to, że żona kolejny raz dała Broniewskiemu szansę poprawy. Nastąpiła zgoda, czego wyraźnym śladem była też przerwa w korespondencji z Helmanówną. Broniewski zabrał rodzinę do Zakopanego. Na efekty tego pojednania nie trzeba było długo czekać, ale w liście 17 listopada 1933 roku poeta pisał znowu do Ireny:

Widzisz, to się nazywa pomyślne rozwiązanie kompleksu, który zaczął się na nowo po Kazimierzu, a skończył dopiero teraz. Bo muszę Ci powiedzieć, że ten krótki po-kazimierzowski okres mojego pojednania z żoną wydał pewne owoce, które w ubiegły piątek zostały zlikwidowane[17]. Jaśka leżała trzy dni i teraz nie tylko nie ma zagadnienia, co z tem począć, ale i prawie cała jej histeria po tem zabiegu znikła. Jestem więc wolny jeśli chodzi o stronę wewnętrzną tych spraw, jeśli chodzi o to poczucie wyrządzanej krzywdy, które mi tak dokuczało. Pozostają nadal formalności i sprawa pieniędzy potrzebnych nam do życia. Ale teraz, kiedy największy kamień z serca spadł, i z tem pójdzie łatwiej.

Kilka dni później wysłał kolejny list, w którym znów nawiązał do sygnalizowanej poprzednio sprawy:

Po cóż Ci pisałem o epizodzie likwidacyjnym tych spraw, które faktycznie przecież skończyły się dawno, które nie miały innego znaczenia prócz negatywnego, i teraz kiedy jest tak szczęśliwie po wszystkiem, Ciebie to jeszcze boli jak miejsce po wyrwanym zębie. I ten „żalik”, to może z powodu odrobiny rozczarowania, że nie cieszysz się tak jak ja, że opadły Cię jakieś smętne refleksje.

(Warszawa, 20 XI 1933 r.)


Pojedynek

Chęć zadowolenia wszystkich stron konfliktu była katalizatorem problemów i komplikacji. W listach do Ireny poeta nie ukrywał, że spodziewa się wszystkiego „włącznie z rzeczami najgorszemi”. Wydawało mu się, że ich plany „połączenia się” wzbudziły w jej rodzinie oburzenie i wstręt między innymi dlatego, że z ich perspektywy Broniewski był „człowiekiem nikczemnym i do tego «gojem»”. Sądził, że matka przeżywała z tego właśnie powodu „wstrząśnienia nerwowe”, które udzieliły się także bratu Ireny. Ten nie wierzył w czyste intencje poety i wyzwał go na pojedynek. Zdarzenie to przywołał w swym wspomnieniu Andrzej Kazimierz Olszewski, którego matka, Wanda Olszewska, podczas niemieckiej okupacji ukrywała Irenę Helman we własnym mieszkaniu:

O tą Irenę Hellman co Broniewski, jak to się mówi, ją podrywał czy coś takiego. A wtedy spojrzenie na kobietę bardziej łakome mogło zakończyć się pojedynkiem. Całe szczęście, te czasy minęły, te molestowania to biznesy są tylko. Na pojedynek go wezwał Hellman i ojciec miał być sekundantem w tym pojedynku. Kupił sobie, mam na półce w tamtym pokoju, Kodeks postępowania honorowego pułkownika Boziewicza, gdzie można pękać ze śmiechu, te pojęcia honoru wtedy, honor to jest święta rzecz, ale to były po prostu humory. Na przykład nie można się było z drukarzem pojedynkować, bo drukarz nie miał praw honorowych na przykład. To można czytać dla rozrywki. Ojciec [Czesław Olszewski – D. P.] na ten pojedynek, zdaje się, poszedł i tak się zaczął śmiać, że mu poważnie podziękowali, że nie może być śmiejący się sekundant, i zrezygnował z tego. Ale to jest fakt autentyczny z tym pojedynkiem Władysława Broniewskiego z panem Tolo Helmanem o Irenę Helman[18].

W liście z 17 października 1933 roku Broniewski relacjonował kochance sprawy związane z pojedynkiem, który odbył się poprzedniego wieczoru. Zwracał uwagę na to, że nie chciał zrobić krzywdy młodemu Helmanowi, ale nie miał zamiaru puścić zniewagi płazem:

póki żyję w tym kraju, nie zamierzając zerwać z nim na stałe, muszę się liczyć z panującą tu obyczajowością i zająć stanowisko takie, które by nakazywało innym szacunek dla mnie. Inaczej nie mógłbym tu żyć – po prostu nie wytrzymałbym psychicznie nacisku.

Już sam początek cytowanego listu brzmiał intrygująco, choć także nieco melodramatycznie:

Zanim zaczniesz czytać ten list, uważaj: włożyłem do koperty kilka moich własnych włosów[19], które Twój brat uciął mi z głowy szablą. No, list rozpoczęty groźnie. A teraz słuchaj, a właściwie czytaj.

Dzięki dokładnej relacji, którą Broniewski chciał być zdać Irenie, znamy przebieg zdarzenia. Wiemy że – jako stronie obrażonej – przysługiwało mu prawu wyboru broni. Broniewski najpierw zdecydował się na pistolety, jednak jeden ze świadków zwrócił uwagę na to, że mogą one „pociągnąć za sobą zanadto tragiczny rezultat w stosunku do tła konfliktu i zaproponował lekkie szable”. Broniewski zgodził się na takie rozwiązanie, jednak to:

pociągnęło za sobą niezręczną przeszło zwłokę, ze względu na żądanie – uzasadnione przepisami – udzielenia czasu na naukę fechtunku. Nb. nauka ta i mnie była potrzebna, bo przecież na wojnie szabli się nie używa.

Z tego powodu Broniewski jeździł dwa razy w tygodniu na Bielany, gdzie w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego[20] uczono go fechtunku.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com