bractwo_swiatla.mobi - Mateusz A. Burczyk - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 173 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka bractwo_swiatla.mobi - Mateusz A. Burczyk

Czy odważysz się dobyć miecza, zasłonić swe lico kapturem i zmierzyć się z przeznaczeniem?

Bractwo Światła i Insygnia Skrytobójców porywa nas w epicką podróż po świecie rozdartym wojnami, gdzie magia używana jest w nie do końca słusznych celach, a krew, jak i dobre trunki, leje się tu strumieniami. Zawiłe wątki polityczne i wartka akcja nie pozwalają odpocząć nawet na chwilę..

Powieść obrazuje dwie przeplatane historie: prologi ukazujące misje Skrytobójcy, za pomocą których odkrywamy dalsze elementy fabularnej układanki oraz trzon, który opowiada o życiu syna cienia Vincenzo Morrtis. Kim jest ta zagadkowa postać i jaki wpływ mają na jej istnienie Insygnia Skrytobójców, dowiecie się na kartach powieści.

Jeżeli interesuje Cię nieliniowa fabuła, cenisz sobie nieszablonowość i pełnokrwistą fantastykę, ta pozycja jest dla Ciebie.

Pamiętaj: walcz albo giń!!!!!

Zanim zaświtał dzień, Skrytobójca dotarł do osobliwego miejsca. Na rozległym płaskowyżu tęczowe warstwy skał nachodziły na siebie nieśmiało. Ziemia w kilku miejscach rozerwana była przez bulgoczące gorące źródła. W powietrzu dało się usłyszeć odgłosy podziemnych łoskotów i parę syczącą na górskich zboczach. Wszechobecna woń siarkowych oparów dodawała temu miejscu tajemniczości. Szedł powoli z opuszczonym kapturem. Był sam, bo musiał polubić i lubił ten stan rzeczy. W jego profesji nie było miejsca na przyjaźń.

[...]

„Ujrzałem wielkie trzęsienie ziemi, słońce stało się czarne, księżyc stał się jak krew. Nastąpiły błyskawice. Powstał kryształ zanurzony w tęczowym eliksirze. Godny króla i godny Skrytobójcy. Zrodzony w łożu boleści, alchemii i krwi. Biada nam, tym, którzy z nim cudzołożą, biada temu brzemieniu nałożonemu na jego stwórcę. Splamiłem swe szaty, swe imię i honor. Wszystko z chęci władzy i nieskończonej wiedzy. Ogień oczyszczenia zrodzony z sinego proszku rozerwał go na trzy symbole: cienia, mądrości i krwi. Nie uda się ich zwalczyć, gdy będą razem. Tkwi w nich przekleństwo kłamców i śmierci. Pokonałem śmierć, aby ją dobrze poznać, ale zrodziłem w sobie otchłań i pustkę. Złudnym szczęśliwcem ich posiadacz będzie nazywany. Przyjdzie jednak czas, gdy nie będzie wyboru, trzeba będzie posiąść sekret śmierci i nieśmiertelności…”.

Opinie o ebooku bractwo_swiatla.mobi - Mateusz A. Burczyk

Fragment ebooka bractwo_swiatla.mobi - Mateusz A. Burczyk





Strona redakcyjna


Prolog

Gdy legendarna pieczęć, strzegąca Bramy Śmierci,
zostanie złamana,
Z najodleglejszych czeluści krainy cierpienia
zło zostanie zwolnione.
I wyjdzie ze swą armią liczną jak piasek morski,
By zasiać nienawiść i zgasić płomień nadziei,
tlący się w każdym sercu.
Kajdany niewoli zatrzasną się na rękach
zniewolonego ludu
I już nigdy najmniejszy promień światła
nie przełamie mroków ciemności.
Nadzieja umrze ostatnia, gdy ostatni sprawiedliwy
straci koronę.

Przepowiednia Sihra

Zapadła noc. Mroczna i przytłaczająca ciemność pokryła okolicę niczym poranna mgła. Widoczność wynosiła zaledwie kilka kroków. Dwie zakapturzone postacie stały w ciszy nad grobem Avrama Vogla. Ich blade dłonie nerwowo zaciskały kostury. Ich ciała przeszywał dreszcz niepokoju, znali bowiem powagę zadania, którym byli obarczeni. Nad bagnami wyrastał kamienny sarkofag zwieńczony stosem kryształowych czaszek. Ozdobiony był runami tworzącymi napis: „Ten, który zatrzymał śmierć i zakrzywił przestrzeń”.

Ciszę przerwał jeden z Magów:

– Przybyliśmy po infinitium, fioletowy proszek będący katalizatorem eliksiru ekwinokcjum. Specyfik ma dosyć dziwne właściwości. Wyobraź sobie, że w ciele każdej istoty żywej, między komórkami płynie światło podtrzymujące nić naszego życia. Nazywamy to aurą. Infinitium, główny składnik eliksiru, jest jego nadprzewodnikiem, oznacza to, że nieustannie przewodzi światło.

– Przecież nie zjemy tego proszku.

– Głupcze, sam składnik jest bezużyteczny. Dopiero w połączeniu z innymi komponentami oraz przyrządzony przez zdolnego alchemika zyskuje na wartości.

– Słyszałem, że przepis obwarowany jest klątwą.

– Przemilczę to, bo nie mam ochoty przemierzać jałowych pustkowi twojego umysłu. Główną właściwością mikstury jest amplifikacja, proces olbrzymiego zwiększenia komórek, także w korze mózgowej. Nie wiadomo jednak, z jakich dokładnie komponentów się składa i jaki ma wpływ na przyjmującego. Legendy głoszą, że Avram testował na sobie jego właściwości. W skrypcie pisał o używaniu magii bez kostura, widzeniu w ciemności, nieskończonej percepcji, a nawet odporności na trucizny. W innym skrypcie czytamy o mitycznym łamaczu czarów.

– Nocą tylko kota płoną oczy.

– Myślisz, że jesteś zabawny. – Uczniowi uśmiech zszedł z twarzy.

– Mistrzu, to po prostu niebywałe.

– Choć niepojęte, może być prawdziwe. Jeżeli tak jest, Avram musiał zabrać tę tajemnicę do grobu. Ale wydaje mi się to nazbyt oczywiste.

– Trzeba otworzyć grób i poszukać jakiejś wskazówki.

– Doskonale, zatem do dzieła, uczniu.

Podeszli bliżej grobowca i zaczęli nieśmiało szukać jakiegoś ruchomego elementu, który naruszyłby kurhan. Trochę nieufnie dotykali grób z góry na dół, co chwila rozglądając się wokoło. Nie chcieli być zauważeni. Niestety plany Magów rozwiały dwa zimne ostrza, które szybko i cicho wbiły się w ich plecy. Świat powoli wygasał przed ich oczami. Nie czuli bólu, gdyż trucizna, którą nasączona była broń, przyspieszyła niechybny koniec. Skrytobójca zjawił się z zaświatów nicości niczym bóg śmierci i jednym sprawnym posunięciem pozbawił ich życia. Legli na ziemię, wypuszczając z rąk kostury. Zabójca bez zbędnych ceremoniałów spopielił ich ciała łatwopalną substancją.

Zastanowiło go, czego Nekromanci mogli szukać nad grobem Vogla. Po co chcieli naruszyć jego święty spoczynek? Postanowił, że należy powiadomić o tym Bractwo Światła.

Bez wahania ruszył w drogę, a jego peleryna, zakrywająca lewą część ciała, uniosła się delikatnie na wietrze. Pośród delikatnego szumu drzew nieśmiało wynurzył się księżyc, który oświetlił mu drogę.

***

Ze wschodu zerwał się delikatny wiatr, lekko chłodzący maszerującego Tyrga. Głowę Wojownika zdobił czarny, garnkowy hełm, zakończony wielkimi złotymi rogami pnącymi się ku niebu. Jego ciało pokrywała atramentowa, płytowa zbroja z charakterystycznym złotym konturem, a także wielkim pasem wykonanym z tego kruszcu. Plecy kryła mu wielka, migdałowa tarcza, spod której wynurzały się obustronne ostrza ogromnego topora, pamiętającego zapach i smak krwi swoich wrogów. Na piersiach, jak i na środku tarczy, widniał złocisty wizerunek sześciopromiennego słońca, symbolizującego przynależność do starożytnego Bractwa Światła, skupiającego strażników pieczęci.

O sile i wytrwałości Tyrga krążyły legendy, mówiono, że potrafi łamać podkowy i jednym ciosem ucinać łby rozwścieczonym bykom. Niektórzy posuwali się nawet dalej w swych opowieściach i dawali mu siłę kilkunastu Wojowników.

Bohater od kilkudziesięciu godzin, dzień i noc, bez wytchnienia przemierzał pokryte lasami wysokie, ostre góry, więc malownicza okolica przestała robić na nim jakiekolwiek wrażenie. Szczerze mówiąc, miał jej dosyć. Gdy wszedł na kolejny szczyt, zobaczył głęboką dolinę, pośrodku której znajdował się wysoki, porośnięty trawą płaskowyż. Na nim Tyrg dostrzegł złotą wieżę, odcinającą się na tle błękitnego nieba niczym promienista korona na głowie dostojnego władcy. Dookoła niej znajdowało się pięć różnobarwnych kolumn, nawiązujących do poszczególnych krain Wszechziemi.

Wojownik złapał oddech, ze skórzanej sakwy przywiązanej do pasa wyjął kawał suszonego mięsa i przegryzł je ze smakiem. Warto wiedzieć, że przedstawiciele tej rasy odznaczali się nieprawdopodobną wytrzymałością, dzięki czemu mogli długo obywać się bez wody i strawy, a sen na gołej ziemi był dla nich codziennością. Kiedy skończył posiłek, udał się stromym zboczem w dół, aby dostać się na most prowadzący wprost pod piękną budowlę. Nikt chyba nie mógłby pozostać obojętnym wobec potęgi piękna eksyndorskiej wieży. Wojownik zauważył, iż każda z kolumn pośrodku ozdobiona jest tarczą przedstawiającą herb danej nacji. I tak: na czerwonej kolumnie, odnoszącej się do państwa Wojowników, wisiała biało-rubinowa tarcza, na której widniał obosieczny topór. Najstarsza z nacji, Magowie, do której Wojownicy nie pałali sympatią, miała złotą kolumnę ozdobioną czteropolową szachownicą. Dwa pola na pierwszej przekątnej były złote bez żadnego wizerunku, zaś dwa przeciwległe zdobiła piramida na fioletowym tle. Nivelthańczycy mieli marmurowe godło, na którym widniał wizerunek trójlistnej koniczyny. Herb Ludzi był biało-czarny i przedstawiał cztery trójkąty, wewnątrz jednego z nich namalowana była ostroga. Ostatnia zaś, niebieska kolumna należała do Wodnych Zabójców. Ich znak był błękitny, a w środku uwięziono srebrne koło.

Przy samej świętej wieży stał złoty portal prowadzący do stolicy, wewnątrz którego tęczowy kształt powiewał niczym maszt na silnym wietrze.

Tyrg zdjął hełm, ukazując trupio bladą, łysą głowę. Jego brązowe oczy zdawały się tlić. Po czym ujął hełm lewą ręką i wtopił się w przejście. W okamgnieniu wkroczył do podziemnego miasta, którego nie odwiedzał od kilkunastu lat. Jego oczom ukazała się potężna brama wykonana z materiału łudząco przypominającego zielony bursztyn, ozdobiona trójkątnym sterczynowym szczytem, wypełnionym ostrołukowymi blendami. W przylegającym do niej murze widniały wąskie otwory obronne, wewnątrz których można było dostrzec odzianych w lekkie skórzane zbroje łuczników i kuszników. Ich strzały nasączone były śmiercionośnym jadem. Już lekkie zamoczenie grotu strzały w owym specyfiku powodowało konanie w okropnych męczarniach.

W środku okutego metalem wejścia znajdowały się przytwierdzone do drzewca flagi, przedstawiające świętą wieżę na srebrzystym tle. Od bramy rozciągały się marmurowe ganki obronne okalające całą stolicę. Wrota były już otwarte, a tuż za nimi czekała na niego pokaźna delegacja strażników, w skład których wchodził kwiat Wojowników i Rycerzy. Członkowie oddziału odziani byli w lśniące zbroje przepasane złotymi płaszczami, prezentującymi się wspaniale w owym połączeniu. Strażnicy pozdrowili go pokłonem, a on w milczeniu odwzajemnił powitanie. Niestety wśród nich nie natknął się na nadludzko silnych Tighów, pradawnych sprzymierzeńców z czasów Mrocznej Wojny. Mówiono, że posturą przypominają oni wilkołaki, a ich łapy wyposażone są w stalowe, wysuwane na kilkanaście centymetrów pazury, którymi rozszarpują wroga.

Widok ludzi ucieszył Tyrga, który podczas swej długiej wędrówki nie spotkał ani żywego ducha. Szedł powoli, przeciskając się przez wąskie uliczki między domostwami zbudowanymi z doskonale dopasowanych bloków granitowych, zamykanych prostymi kamiennymi sklepieniami. Po wyjściu z tego labiryntu Tyrg ujrzał bogate w zieleń parki i skwery, gdzieniegdzie ozdobione kwiatowymi dywanami, przedstawiającymi różne pobudzające wyobraźnię motywy geometryczne. Miasto tętniło życiem, a Eksyndorczycy kłaniali się wielkiemu Wojownikowi w ciszy. Odpowiadał na pozdrowienia, ale nie poznawał tych ludzi. Być może minęło zbyt wiele czasu od ostatniego pobytu w stolicy.

Na skraju osady dostrzegł stajnie i magazyny, za którymi rozciągały się obszary uprawne. Po drugiej stronie podziemnego miasta Tyrg ujrzał skarbiec, niewątpliwie najciekawszy obiekt stolicy, w którym znajdowały się nie tylko kosztowności, ale także tajemnicze skrypty i czarodziejskie przedmioty strzeżone przez Tighów. Niezwykłość tego podziemnego miasta zaczęła fascynować Wojownika.

Dopiero teraz, po tylu dniach i godzinach drogi, zaczął odczuwać trudy tego marszu. Zanim ciemność rozpostarła swój płaszcz nad miastem świętej wieży, dotarł do celu swojej podróży – małej kamiennej chatki należącej do jego siostry Pawati. Dom znajdował się na obrzeżach stolicy, graniczących z lasem.

Przed izbą zobaczył drobną, odzianą w błękitną suknię szatynkę, biegnącą w jego stronę.

– Witaj, bracie! – krzyknęła, rzucając się na szyję Wojownikowi.

– Kochana siostro, ile to już lat minęło od naszego ostatniego spotkania? Widzę, że wiele się u ciebie zmieniło – spojrzał na brzuch siostry.

– Jestem szczęśliwa, widząc cię całego i zdrowego. Jak widzisz, noszę pod swym sercem dziecko... Ale nie stójmy na dworze. Wejdźmy do środka, na pewno jesteś głodny i zmęczony. Zapraszam.

Tyrg wszedł do skromnej izdebki i od progu zakłuło go w sercu. „Jak moja ukochana siostra może mieszkać w takich warunkach?”, pomyślał. Postanowił jednak nic nie mówić, aby nie robić jej przykrości.

Wojownik udał się do pokoju gościnnego, przymknął drzwi, zdjął zbroję i ułożył wszystko na krześle obok posłania. Tarczę i topór oparł o ścianę, pozostał jedynie w skórzanym odzieniu. Po czym wodzony wspaniałym zapachem udał się do głównego pokoju.

– Jaki apetyczny zapach! – pochwalił zupę siostry, zajmując miejsce przy stole.

Po chwili Pawati usiadła na wprost niego. Pośrodku drewnianego stolika postawiła glinianą wazę z potrawą i dwa talerze.

– Może to nie jest zbyt wiele, ale nic innego nie mam – odrzekła smutna.

– Wszystko, co ugotujesz, jest wspaniałe! – Tyrg postanowił nie psuć kolacji, dlatego zdecydował nazajutrz dowiedzieć się, kto jest ojcem dziecka i dlaczego nie ma go teraz z nimi, dlaczego nie zapewnił lepszych warunków swojej rodzinie.

– Te dni ciszy, które nas dzieliły, przepowiadały mi złe obrazy – powiedziała Pawati.

– Jesteśmy tu i to się liczy.

Wieczerza mijała w miłej atmosferze – głównie Tyrg opowiadał o swoich ostatnich dokonaniach. Gdy poczuł znużenie, podziękował za wszystko i udał się do pokoju dla gości. Pawati krzątała się jeszcze trochę w kuchni, sprzątając po posiłku. Zapadła noc. Świetliste szpony błyskawic rozdzierały niebo zasnute czarnymi chmurami, a całą stolicę ogarniał huk pomiędzy wyładowaniami.

Tyrg usłyszał dziwny jęk wydawany przez Pawati. Natychmiast zerwał się z łóżka i pobiegł do pokoju siostry. Kiedy wszedł do pomieszczenia, ujrzał ją leżącą na podłodze i zwijającą się z bólu. Zrozumiał, że zaczął się poród.

– Biegnę po medyka! – oznajmił.

– Szybko, ty mi tu nie pomożesz, szybko... – odpowiedziała z trudem Pawati.

Tyrg biegł co sił w nogach, nie zważając na strugi deszczu spływające po całym jego ciele. W końcu ujrzał dom medyka, na drzwiach którego znajdowała się kamienna płaskorzeźba przedstawiająca nosze. Bez wahania zaczął pukać z taką siłą, że omal nie wyważył drzwi.

Z izby wyłonił się zaspany staruszek, odziany w białą koszulę i skórzane spodnie. Widać było, że ubierał się w pośpiechu.

– Co się stało? – zapytał.

– Moja siostra rodzi, potrzebuję pomocy!

– Chodźmy jak najszybciej! – Cofnął się jeszcze po medykamenty i pobiegł w ślad za Wojownikiem.

***

Tyrg czekał w swoim pokoju, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Nagle wkroczył spocony i wyraźnie zmartwiony medyk.

– Musisz porozmawiać z siostrą.

– Ale co się stało?

– W czasie porodu nastąpiły komplikacje. Twoja siostra nie przeżyje dzisiejszej nocy.

– Co?! – wykrzyknął zrozpaczony Tyrg.

– Uspokój się i posłuchaj, idź z nią porozmawiać, siostra wie o nadchodzącej śmierci.

– Nawet tak nie mów, bo cię zabiję.

– To może być wasza ostatnia rozmowa... – starzec nie zdążył dokończyć, a Tyrg już stał przy łożu Pawati, trzymającej w ramionach małe zawiniątko. Starał się ukryć swe łzy, klęknął tuż obok niej, złapał ją za rękę i rzekł:

– Jaki piękny chłopak, ma twoje dobre oczy.

– Bracie, wiem, że są to moje ostatnie chwile na tym świecie.

– Nie mów tak.

– Tyrg, daj mi dokończyć.

– Przepraszam.

– To jest Vincenzo – pokazała zawiniątko. – Proszę, zajmij się nim i odchowaj na dobrego człowieka.

Widać było, że każde słowo sprawia jej dotkliwy ból.

– Na poddaszu – kontynuowała – znajduje się testament od jego ojca. Proszę, przekaż mu go, gdy nadejdzie odpowiedni czas. Wiem, że nie umieram na próżno, umieram dla wielkiej sprawy – pogłaskała nieświadomego synka, a z jej pięknych, zielonych oczu popłynęła srebrna łza.

– Pawati, proszę, nie odchodź.

– To nie zależy ode mnie. Kocham cię, bracie.

– Pawati – wyjąkał.

Po tych słowach jej oczy się zamknęły, a na twarzy pozostał uśmiech, jakby pogrążyła się w spokojnym, długim śnie.

Tyrg poczuł duszący ścisk w gardle, ale także wielką złość na siebie, że pozwolił, aby do tego doszło. Postanowił jak najlepiej wypełnić obietnicę złożoną siostrze. Wziął chłopca na ręce. Zawołał medyka, przekazał mu dziecko i poprosił, aby jego żona zaopiekowała się Vincenzem, bo on musi zająć się sprawami pogrzebu. Starzec skinął głową potwierdzająco i zabrał chłopca do siebie. Wojownik jeszcze długo stał nad łożem i nie mógł pogodzić się ze stratą.

O pierwszym brzasku Tyrg postanowił udać się do kanclerza Wielkiej Rady Wszechziemi. Odział się w zbroję, nawet nie jadł, postanowił rychło spotkać się z Ottisem. Spodziewał się, że Starożytny jest w znajdującej się parę minut drogi stąd komnacie wybranych, zwanej przez członków Salą Narad.

Za jego rządów bywało różnie. Lata rozkwitu krainy ciągnęły się od zeszłej dekady. Spowodowane było to uchwaleniem karty pokoju gwarantującej spokój pomiędzy tak różnorodnymi krainami. Nie wtrącał się jednak w wewnętrzne zróżnicowanie struktur poszczególnych nacji. Nie dałby rady tego ogarnąć. Państwo Ludzi po królobójstwie rozdarła wojna, tworząc miasta-państwa. Na dodatek rolnicy strajkowali wobec złego traktowania. Pseudopolitycy podburzali lud, wysypywali zboża na trakty, na szczęście ich ambicje zwykle kończyły się na szubienicy. Handel w całej krainie kwitł, różne złoża i materiały wpływały korzystnie na współżycie nacji. Wewnątrz krainy nawiązywano pakty, dlatego niektórzy kochali się jak bracia, na przykład zupełnie odmienni Czarodzieje i Nivelthańczycy. Niektórzy zaś nienawidzili się jak najwięksi wrogowie, przykładowo Wodni Zabójcy byli istotami zabijającymi wszystkich dla własnych korzyści. Wojownicy trzymali się trochę na uboczu, wierni władzy Odena. Widmo stagnacji i wojny niczym uśpiony wulkan graniczyło ze Wszechziemią w Księstwie Mroku. Nic nie było jednak oczywiste, gdyż nic nie jest tylko czarne i białe, są odcienie szarości.

Tyrg poruszał się powoli, zmęczony długą wędrówką. Z daleka ujrzał Platynowego Smoka, strażnika komnaty. Stwór był uzbrojony w łuski grubsze niż u innych smoków, odporne na działanie wszystkich żywiołów, a także na niektóre czary. Jaszczur był bardzo zwinny, chociaż pozbawiony skrzydeł. Miał mocne kończyny i twarde jak stal pazury. Jego kły potrafiły skruszyć przeciwnika w pełnym uzbrojeniu, a machnięcie kolczastym ogonem mogło wyrządzić spore straty wśród oddziałów wroga. Najgroźniejszą bronią gada był trujący gaz, którym zionął, powoli, lecz bardzo skutecznie zabijając swe ofiary.

Obok smoka stał uzbrojony strażnik, który prostując się, rzekł:

– Witaj, Tyrgu. Ottis już czeka na ciebie. Proszę, idź schodami na samą górę i udaj się do brylantowych drzwi.

Tyrg wysłuchał instrukcji żołnierza, po czym skłonił się w podzięce. Jego oczom ukazały się ogromne, wykonane z granitu schody, przylegające do okrągłych ścian budynku.

Po długiej wspinaczce znalazł się przed wejściem do Sali Narad. Kiedy otworzył drzwi, ujrzał sześciokątny stół, wokół którego stały ręcznie rzeźbione krzesła. Stół niczym obrusem nakryty był mapą całej Wszechziemi. Dwa razy w roku odbywały się tutaj narady przedstawicieli każdej z krain. Dziś jednak przy stole zasiadał tylko kanclerz, jeden z dwóch starożytnych władców, którzy przeżyli mroczną batalię, ustalającą dzisiejsze granice. Był on mężczyzną dobrze zbudowanym, a na jego twarzy widniały znaki czasu. Miał siwe włosy i długą do pasa brodę splecioną w warkocz. Odziany był w purpurowy płaszcz, w ręku dzierżył szmaragdowe berło ze złotym wierzchołkiem w kształcie łba smoka.

– Usiądź, proszę, Tyrgu.

Wojownik zajął miejsce naprzeciw Ottisa.

– Wiem, co się stało, szlachetny Tyrgu. Tu, w Eksyndorze, wieści, a szczególnie te złe, rozchodzą się bardzo, bardzo szybko. Nie martw się, już zleciłem przygotowania skromnej ceremonii pogrzebowej.

– Dziękuję, panie, wiesz pewnie też o moim siostrzeńcu Vincenzie... Co ja mam z nim zrobić? Przecież nie umiem zajmować się dziećmi.

– Wiem, przyjacielu. Posłuchaj, żadna mądrość, którą możemy nabyć na ziemi, nie da nam tego, co słowo i spojrzenie matki. Dlatego chłopak powinien mieć rodzinę, dzieciństwo. Oczywiście nie ma wątpliwości, że jego miejsce jest wśród Wojowników, więc najlepiej byłoby oddać go...

– Oddać? – wtrącił Tyrg.

– Poczekaj, daj mi skończyć.

– Wybacz, panie.

– Otóż król Oden i królowa Rube, władcy Wojowników, już od wielu lat bezskutecznie starają się o potomstwo. Myślę, że z chęcią przygarnęliby Vincenza. Miałby tam wymarzone warunki do rozwoju i poczucie bezpieczeństwa, a po uzyskaniu wieku inicjacji poznałby prawdę o swym pochodzeniu, o tobie. Co ty o tym sądzisz?

– To brzmi dosyć znajomo. Sierota wychowywana na zamku – odparł ironicznie Tyrg. – Gdzieś już to słyszałem. Może i masz rację – dodał. – Tylko czy król się zgodzi?

– Nie trap się tym, zostaw to mnie. Za chwilę wyślę gońca do Axeborgu. Po pogrzebie dam wam jedną z łodzi z mojej floty wraz z ochroną, którą udacie się do państwa Wojowników. Teraz pójdź do domu siostry i wydaj zwłoki orszakowi pogrzebowemu. Musimy bowiem zgodnie z tradycją namaścić jej ciało wonnymi olejkami, a następnie pochować.

– Niech tak się stanie – odpowiedział członek Bractwa Światła.

***

Tyrg siedział smutny na swym posłaniu i powoli się pakował. W powietrzu unosił się zapach jego siostry. Wydawało mu się, że Pawati ciągle przy nim jest. W każdym zakamarku słyszał jej śmiech. Wiedział, że przed chwilą pożegnał ją na zawsze, ale nie chciał się pogodzić z tym faktem. Otarł twarz i przypomniał sobie o ostatniej prośbie siostry. Powoli wstał z łóżka i po drabinie wszedł na poddasze. Już od pierwszej chwili widać było, że nikt tu dawno nie zaglądał. Było ciemno i nieprzyjemnie. Wojownik dostrzegł w kącie zakurzony tobołek. Bez wahania odsłonił materiał i ujrzał amulet w kształcie małej piramidki, jakby talizman. Wyglądał jak element tajemniczej układanki. Ta mała, pozornie nieistotna rzecz jeszcze bardziej roznieciła chęć poznania ojca małego Vincenza.

***

Płynęli kilka godzin łodzią z wyrzeźbioną smoczą głową na dziobie i ogonem na rufie. Statek mógł pomieścić nawet kilkadziesiąt osób. Na środku statku znajdował się wielki maszt z purpurowym żaglem i flagą, na której widniał wizerunek Platynowego Smoka.

Dwunastoosobowy oddział łuczników wiosłował szybko, ale rytmicznie.

Wiatr i pogoda sprzyjały, dlatego wkrótce przybysze dobili do ogromnej bramy krainy Wojów...


KSIĘGA PIERWSZA: AXEBORG
SYMBOLE CIENIA, MĄDROŚCI I KRWI

Zanim zaświtał dzień, Skrytobójca dotarł do osobliwego miejsca. Na rozległym płaskowyżu tęczowe warstwy skał nachodziły na siebie nieśmiało. Ziemia w kilku miejscach rozerwana była przez bulgoczące gorące źródła. W powietrzu dało się usłyszeć odgłosy podziemnych łoskotów i parę syczącą na górskich zboczach. Wszechobecna woń siarkowych oparów dodawała temu miejscu tajemniczości. Szedł powoli z opuszczonym kapturem. Był sam, bo musiał polubić i lubił ten stan rzeczy. W jego profesji nie było miejsca na przyjaźń.

Z każdym jego krokiem chłodna szarość z wolna wypierała mrok. Czas zdawał się nie płynąć. Jego myśli skupione były na poszukiwaniu celu. Po prawej stronie strome smugi światła trysnęły na ruiny osamotnionej wieży. Lekko pochylona budowla wyglądała na bardzo wiekową. Wokoło nie było widać ani żywego ducha. Bez zbytniego namysłu począł się wspinać po jej południowej części. Przeskakując i chwytając się poszczerbionych cegieł, dotarł na sam szczyt. Nie była to nazbyt trudna wspinaczka, ale nie o wyzwanie tutaj chodziło. „Odnalezienie kolejnej wskazówki” – taki był cel misji powierzonej mu, po zdaniu relacji o Nekromantach, przez Bractwo Światła. Rozejrzał się dookoła i na posadzce w rogu dojrzał jakiś zamazany znak. Pochylił się i ręką odgarnął grubą warstwę kurzu. Okrągłe kamienne pokrętło, zdobione znakami, stanowiło jakby szyfr do rozwiązania zagadki. Powoli przekręcił je w prawą stronę, ale nic się nie stało. Postanowił próbować dalej, ale szło mu mozolnie. Czyżby mechanizm był tak stary, że stał się całkowicie bezużyteczny? Czy przemierzył tak długą drogę, aby odejść z niczym? Zniechęcony usiadł na podłodze. Przecież nie może być to tak oczywiste, każdy mógłby znaleźć kolejny trop. Co ma zrobić? Z nerwów zaciskał dłoń tak mocno, że krew przestała dopływać mu do ręki. W końcu, czując ból, przerwał, wyjął menażkę z wodą i napił się dość niechlujnie, rozlewając ciecz na posadzkę. Ku jego zdziwieniu podłoga zaczęła zmieniać kolor. Zachęcony rozlał wodę wokół pokrętła. Wykonał sekwencję zgodnie z odkrytą wskazówką. Podłoga lekko drgnęła, a z przeciwległego muru wynurzyła się cegła w kształcie czaszki. Bez wahania wyjął ją, a przed jego oczyma pojawiła się skrytka, z której wypadły trzy pożółkłe, zabezpieczone pieczęcią pergaminy. Zabójca schował je za pazuchę i pokonując ponownie strome ściany wieży, dotarł na ziemię. Idąc, z ciekawości otworzył pierwszy z pergaminów, ale nie rozumiał ani słowa z zawartych w nim znaków. Drugi wolumen skrywał w sobie szkice łańcuchów chemicznych, zapisy reakcji, rysunki broni oraz dziwne istoty, jakby nie z tego świata. Ostatni pergamin zawierał niekompletną mapę i krótki, ale dosadny tekst:

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.