Wydawca: Akurat Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 742 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bot - Max Kidruk

Tymur Korszak, młody i zdolny programista pracujący w firmie produkującej gry komputerowe, specjalizujący się w tworzeniu Botów, pewnego dnia otrzymuje dziwne zlecenie – musi naprawić usterkę w botach, które skonstruował parę lat wcześniej dla tajemniczego klienta z Ameryki Południowej. W grę wchodzą olbrzymie pieniądze. Po krótkim namyśle chłopak udaje się w podróż do Chile. Jego nowym tymczasowym miejscem pracy okazuje się dziwne laboratorium na pustyni Atakama. Budowla jest pilnie strzeżona, otacza ją ogrodzenie pod napięciem.

 

Działająca tam ekipa pod kierownictwem genialnego nanotechnologa-wizjonera, Japończyka Keitaro Roka, stworzyła istoty do złudzenia przypominające 12-letnich chłopców, zdolne wytrzymać ekstremalne warunki i działać według wytycznych. Boty są nieustannie poddawane ciągłym badaniom i testom, jednak przed kilkunastoma dniami wydarzyło się coś, co postawiło cały zespół w stan pełnej gotowości bojowej – spora grupa „malców” (tak ich nazywa narrator) uciekła i zaczęła zagrażać bezpieczeństwu miejscowej ludności, a także pracowników NGF Lab. Zadanie młodego programisty jest nieskomplikowane: sprowadzić boty z powrotem. I odkryć przyczyny, dla których odważyły się na taki krok…

Opinie o ebooku Bot - Max Kidruk

Fragment ebooka Bot - Max Kidruk

Tytuł oryginału: Bot

Projekt okładki: Irina Pozniak

Redakcja: Jacek Ring

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Dorota Wojciechowska, Renata Kuk

Copyright © Maksym Kidruk, 2012

Copyright © Book Club „Family Leisure Club”, 2012

Copyright © Hemiro Ltd., 2012

All rights reserved.

For the cover illustration © Emilis Baltrusaitis

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Julia Celer

ISBN 978-83-7758-830-7

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2014

Wydanie I

PRZEDMOWA

W tamte lipcowe gorące dni w Kijowie panował tak nieznośny upał, że wydawało się, jakby słońce postawiło sobie za cel rozpuszczenie marmurowych schodów i kolumn Domu Ukraińskiego. Na każdego z uczestników wiecu, którzy zebrali się na placu Europejskim, by zaprotestować przeciwko „prawu językowemu”, przypadał jeden żołnierz specnazu. Demonstranci szukali odrobiny cienia i z wyrozumiałością ustępowali sobie wzajemnie miejsca. Na placu zebrali się ci, którzy doskonale rozumieli jedno języka nie da się zniszczyć jednym aktem prawnym czy ustawą, jeżeli będzie w nim rozmawiał, pisał, drukował książki, wiecował, wyznawał miłość, przeklinał i śpiewał cały naród.

Właśnie tam podszedł do mnie chudziutki chłopak i przedstawił się jako ukraiński pisarz. Jego nazwisko nie było mi obce, słyszałam już o nim przy okazji konkursów literackich, a także od zawziętych mieszkańców Kirowogradu, którzy opowiadali o swojej aktywnej młodzieży. Maksym Kidruk autor tej książki poprosił mnie o przeczytanie swojego ostatniego utworu. „Od razu, tu i teraz?” zażartowałam. „Nie, książka jeszcze jest w drukarni, prześlę pani wersję elektroniczną, proszę przeczytać w miarę możliwości”. Obiecałam, ale coś zawsze stało na przeszkodzie: praca, internet, jacyś ludzie. Wreszcie, po kolejnym e-mailu od Maksyma, wzięłam się do czytania.

Drogi Czytelniku, powiem prawdę: fantasy i powieść przygodowa to nie moje ulubione gatunki, co więcej, nigdy w życiu nie zagrałam w żadną grę komputerową, obserwowałam jedynie, jak skupione były na strzelankach moje dzieci, które starałam się bezskutecznie oderwać od kompa. W książce Kidruka zafascynowało mnie coś innego: świetny język i niebanalna fabuła. I jeszcze jeden, niezwykle interesujący aspekt programiści szturmem zdobywają główne pozycje wśród bohaterów powieściowych. Obecnie zarówno w dziełach koryfeuszy literatury ukraińskiej, jak i w książkach młodych autorów można znaleźć bohatera, który znaczącą część swego życia spędza w internecie i doskonale się orientuje w najbardziej skomplikowanych programach komputerowych. Nareszcie Ukraina kojarzy się w świecie nie tylko ze wspaniałymi sportowcami, lecz również z wysokiej klasy programistami, o których biją się największe koncerny międzynarodowe.

Oddając w moje ręce swojego Bota, Maksym zrobił mi cały wykład na temat technothrillerów. Z wielkim entuzjazmem opowiadał o hybrydzie połączeniu thrillera szpiegowskiego, powieści wojennej oraz gatunku science fiction. W technothrillerach można znaleźć szczegółowe opisy badań naukowych czy nowinki techniczne, dlatego w tego rodzaju książkach gustują zarówno miłośnicy literatury pięknej, jak i amatorzy literatury popularnonaukowej. W podobnym stylu pisał Michael Crichton jego słynny Park Jurajski to także technothriller. Tom Clancy i Dan Brown to uznani przedstawiciele gatunku (dwie pierwsze powieści Browna stuprocentowymi technothrillerami).

Maksym Kidruk pretenduje do miana pierwszego pisarza ukraińskiego, który specjalizuje się w tym modnym gatunku, prezentując Bota jako pierwszy ojczysty technothriller. Myślę, że warto pomóc naszemu technofantaście: na dobry początek kupić i przeczytać jego nową powieść! Tak więc, drogi Czytelniku, przygotuj się do lektury Bota. Maksym gotów jest obiecać, że w Twoich snach przyjdzie do Ciebie grupa jasnowłosych chłopców, podobnych do siebie jak dwie krople wody. Życzę wspaniałych wrażeń!

Iryna Geraszczenko, poseł Rady Najwyższej Ukrainy

Hryhoryjowi Mirosznyczence,
a może lepiej powiedzieć Gregu Miro,
który wie, że pieniądze to śmieci,
i który podarował mi przygodę w Angoli…

BOT, -a; lm -y

(ang. bot, skrót od ang. robot automat, robot) program, który naśladuje zachowania człowieka, nierzadko wyposażony w elementy sztucznej inteligencji. Wykorzystywany jest do sterowania przeciwnikami w grach komputerowych bądź jako klon „żywego” użytkownika na czatach i forach internetowych. Działa przez te same interfejsy co zwykły użytkownik. Boty używane tam, gdzie potrzebna jest lepsza niż u człowieka reakcja, gdzie przy rutynowych zadaniach wymagana jest absolutna skuteczność, a także w celu całkowitego naśladowania i kopiowania ludzkich zachowań.

Chociaż osiągnięcia w dziedzinie badań nad ludzkim mózgiem już znaczące, bardzo dużo aspektów jego pracy nadal pozostaje tajemnicą. Funkcjonowanie oddzielnych komórek dogłębnie przeanalizowano, opisano i wytłumaczono, ale pojmowanie tego, jakim sposobem w rezultacie współdziałania miliardów neuronów nasz mózg działa jak jedna spójna całość, dostępne jest w bardzo dużym uproszczeniu i wymaga dalszych wnikliwych badań.

„Bóg karze nas za to, czego nie umiemy sobie wyobrazić…”

Stephen King Ręka mistrza

Spis treści

EPIZODY: POCZĄTEK…

I

II

III

IV

V

VI

ZAPROSZENIE

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

PRZYBYCIE

XV

XVI

XVII

XVIII

XIX

XX

XXI

XXII

NOWE POKOLENIE

XXIII

XXIV

XXV

XXVI

XXVII

XXVIII

TECHNOSYNAPSA

XXIX

XXX

XXXI

XXXII

XXXIII

XXXIV

XXXV

XXXVI

XXXVII

XXXVIII

XXXIX

ŚLEPY ZAUŁEK

XL

XLI

XLII

XLIII

XLIV

XLV

XLVI

XLVII

TRZYDZIEŚCI DZIEWIĘĆ MASEK PRZECIWGAZOWYCH I… ALDOSTERON

XLVIII

XLIX

L

LI

LII

DOLINA ŚMIERCI

LIII

LIV

LV

LVI

LVII

LVIII

LIX

LX

LXI

LXII

LXIII

POBOJOWISKO W PURITAMIE

LXIV

LXV

LXVI

LXVII

LXVIII

LXIX

LXX

LXXI

LXXII

LXXIII

LXXIV

LXXV

ONO

LXXVI

LXXVII

LXXVIII

LXXIX

LXXX

LXXXI

LXXXII

LXXXIII

LXXXIV

LXXXV

LXXXVI

FRAKTALNE OPĘTANIE

LXXXVII

LXXXVIII

LXXXIX

XC

XCI

XCII

XCIII

XCIV

XCV

XCVI

XCVII

XCVIII

WĘŻE ZACZYNAJĄ KĄSAĆ

XCIX

C

CI

CII

CIII

CIV

CV

CVI

CVII

CVIII

CIX

PIEKŁO EL TATIO

CX

CXI

CXII

CXIII

CXIV

CXV

CXVI

CXVII

CXVIII

CXIX

CXX

CXXI

CXXII

CXXIII

CXXIV

CXXV

KONIEC…?

CXXVI

CXXVII

CXXVIII

CXXIX

CXXX

CXXXI

Posłowie autora

DODATEK A

Zbiór Mandelbrota

DODATEK B

Porównywalne rozmiary samolotów opisanych w książce

Przypisy

EPIZODY: POCZĄTEK…

I

Wtorek, 4 sierpnia, 17.23 (UTC[1] –4)
Droga San Pedro–Calama
Pustynia Atakama, Chile

Jay-D nie był jedynym, który dał się oszukać ich dziecięcemu wyglądowi…

Długie cienie kładły się na suchej ziemi. Zachodzące słońce rozjaśniało swym nikłym blaskiem przednią szybę, wypełniając wnętrze range rovera złotawym światłem.

Rozbita, kompletnie rozjeżdżona droga ukazywała się spod maski pojazdu i to znikając, to znowu wynurzając się z piasku, biegła w kierunku północno-zachodnim. Wzdłuż drogi rozpościerały się wyschnięte łupki i w połowie przysypane piachem wapienne skały Atakamy, najbardziej suchej pustyni na ziemi. Daleko z tyłu za range roverem wznosiły się gołe grzbiety Andów, wśród których, jak narośl na ciele łuskowca, wystawał Licancabur, sześciokilometrowy krater wygasłego wulkanu. Błękit nieba zalewał wszystko dokoła tak, że nawet góry w oddali miały fioletowy odcień.

Srebrzysty samochód terenowy dzielnie pokonywał trasę do Calamy[2], jedynego zamieszkanego miejsca w promieniu dwustu kilometrów od San Pedro, jakie miało prawo (wątpliwe, mówiąc szczerze) nazywać się miastem[3]. Oprócz Autostrady Panamerykańskiej i kopalni miedzi niedaleko Antofagasty[4] na północy Chile niewiele jest miejsc, których dotknęła ręka cywilizacji.

Jay-D Richardson, czterdziestopięcioletni kardiochirurg z Auckland, przesunął fotel do tyłu, pochylił oparcie i rozprostował zmęczone nogi. Spędził w San Pedro cały weekend, jeżdżąc po okolicy. Stateczny Chilijczyk Flavio zdążył pokazać mu wiele ciekawych rzeczy: Dolinę Księżycową, laguny Chaxa i Barros Negros oraz Miscanti miejsce, gdzie odpoczywają flamingi andyjskie[5]. Richardson splótł ręce za głową i pomyślał, że nie miałby nic przeciwko pozostaniu w San Pedro. Choćby na jeden dzień. Gdyby mógł, to nawet i na cały tydzień. W pewnym momencie wręcz pożałował, że w Calamie czeka na niego Frank.

Frank Di’Anno, przyjaciel Jaya-D z college’u, znalazł się w tej głuszy nie bez powodu. W odróżnieniu od Richardsona, który rozkoszował się urlopem, Di’Anno przyjechał do Calamy służbowo. Frank już czwarty rok pracował w australijskiej firmie produkującej sprzęt medyczny. Miał pomóc w zainstalowaniu MRI, aparatu do obrazowania metodą rezonansu magnetycznego, w który został wyposażony tutejszy szpital. „Szaleńczy projekt” tak oceniał Frank cel wyjazdu. Jakiemuś urzędasowi z chilijskiego Ministerstwa Zdrowia przyśniło się, że w Calamie niezbędny jest MRI. Jak gdyby Indianie mieszkający na pustyni mieli daleko do Antofagasty czy Iquique[6]. To, że dziewięćdziesiąt procent z nich w ogóle nie wie, co to jest tomografia, a dziewięćdziesiąt pięć procent nigdy w życiu nie potrzebowało tomografu, nikogo nie interesowało. Skoro zapłacili, Di’Anno musiał pojechać, by pomóc tubylcom oswoić się z tym nowym sprzętem.

Kiedy jeden dowiedział się o planach drugiego, przyjaciele ustalili, że spotkają się w Calamie na piwie. Pod warunkiem że w takim nędznym miasteczku w sercu Atakamy znajdzie się piwo…

Co to takiego? zapytał nagle Jay-D, osłaniając dłonią oczy przed słońcem.

Gdzie, proszę pana?

Tam, przed nami. Mężczyzna wskazał palcem obiekt. Na lewo od drogi.

Flavio uważnie zlustrował lewe pobocze. Przez pierwsze sekundy nie widział niczego, co byłoby warte jego uwagi, nagle w odległości kilkuset metrów zobaczył coś, na widok czego serce najpierw podskoczyło mu do gardła, a potem zrobiło się ciężkie jak odważnik i przesunęło się o parę centymetrów w dół. Stary Indianin wcisnął hamulec do dechy i zatrzymał samochód.

Czyś ty zwariował? zirytował się lekarz. O mało nie wybiłem łbem szyby!

Chilijczyk nie odpowiedział, nie spuszczając oczu z samotnej postaci tkwiącej na poboczu drogi.

To chyba człowiek powiedział Richardson.

Ja… nie… jestem pewien, señor. Skrzypiący głos starego Indianina dziwnie zabrzmiał.

Mówię ci, że to chłopiec. Mam lepszy wzrok.

W oddali widniała barczysta postać.

Ale od kiedy to na Atakamie mieszkają takie białe małolaty, co? próbował żartować Jay-D.

Chilijczyk ponownie zignorował pytanie. Richardson zmrużył oczy.

Dziwne, smarkacz jest zupełnie goły. W oślepiających promieniach słońca Jay-D nie zauważył szarych atłasowych kąpielówek chłopca. E-m-m… Skąd on się tu wziął?

Señor, to nie jest człowiek oświadczył nagle Flavio.

A kto?

Diabeł.

Co takiego? Lekarz był zdegustowany. Flavio, ty…

Dwa dni temu widziano go na pustyni na północ od San Pedro.

Jaki diabeł, do cholery? prychnął Jay-D. Co za głupie zabobony!

Siwowłosy Chilijczyk wrzucił pierwszy bieg i mocno wcisnął pedał gazu. Silnik zawył i range rover pomknął do przodu.

Jay-D pogrążył się w myślach. W miarę jak się zbliżali do samotnej sylwetki, lekarza ogarniał niepokój. Chłopak o białej skórze stał jak słup sam jeden pośród bezkresu martwej Atakamy, ale przy tym ani nie krzyczał, ani nie biegł w stronę samochodu. W ogóle nic nie robił. Stał tylko i patrzył. Takie zachowanie mogłoby zdziwić nawet w pobliżu cywilizowanej osady gdzieś w Nowej Zelandii. W samym środku pustyni Atakama natomiast wywoływało ukłucia w okolicy żołądka.

Auto z dużą prędkością minęło samotną postać, wzbijając tumany kurzu oraz drobne okruchy skalne. I nic się nie wydarzyło. Zupełnie nic. Samochód oddalał się. Chłopiec tylko patrzył za nim, lekko przechyliwszy głowę.

Richardson oparł rękę na siedzeniu i obejrzał się.

To miraż, nic więcej podsumował głucho, dziwiąc się, że od razu na to nie wpadł. Zwykła fatamorgana. Jakiś dzieciak stoi pośrodku plaży na wybrzeżu oceanicznym, a my obserwujemy jego odbicie.

Pan się myli, señor… wyszeptał Flavio.

Ukośne promienie słońca wyraźnie oświetlały postać chłopczyka. Jay-D zauważył wreszcie sportowe kąpielówki i oczy… oczy, które patrzyły wprost na niego.

Nagle w głowie kardiochirurga otworzyła się jakaś klapka. Przez jedną albo dwie sekundy nie mógł uchwycić myśli. Elementy tego, co zaobserwował, nie układały się w ogólny obraz, uparcie nie znajdowały miejsca w jego logicznym umyśle. Lekarz zamyślił się, czoło mu się zmarszczyło, lecz nie umiał powiedzieć, co przegapił, w czym się pomylił.

I raptem do niego dotarło: wzięta za miraż postać odwróciła się, przechyliła głowę i patrzyła na nich! Obserwowała ich pojazd! nagle pojął; ta świadomość przyszła tak szybko, że cały zdrętwiał. Ręce i plecy pokryły się gęsią skórką. Chłopiec nie był mirażem ani zjawą. Przecież widmo nie reaguje na to, co się dzieje wokół.

Do Jaya-D jeszcze nie do końca docierało, co właśnie sobie uzmysłowił, gdy Flavio powiedział:

To nie jest zjawa. Trzymając się kurczowo kierownicy, stary Indianin ze strachem zerkał w boczne lusterko. Na Atakamie nie ma miraży, señor

Nie było wątpliwości: pośrodku pustyni stało prawdziwe dziecko.

Zatrzymaj się! polecił Jay-D.

Señor, błagam, nie…

Natychmiast zatrzymaj auto!

Flavio niechętnie wcisnął hamulec, terenówka stanęła w miejscu.

Señor, pan nie rozumie, co czyni wybełkotał kierowca. To diabeł, widziano go jednocześnie w kilku miejscach…

Stary głupcze, co ty bredzisz? rozzłościł się kardiochirurg. To jest dziecko! Mały człowiek, tak samo prawdziwy jak ty i ja. Nie możemy tak po prostu zostawić go na pustyni. Jay-D zająknął się, ucieszony tym, co właśnie przyszło mu do głowy. Skąd wiesz, może gdzieś niedaleko uległ katastrofie samolot pasażerski, a ten mały jest jedynym, który ocalał… Tak, właśnie tak, jest kontuzjowany i dlatego tak dziwnie się zachowuje.

Nowozelandczyk odpiął pas, wyszedł z samochodu i okrążył go.

Wzbite przez pojazd tumany kurzu przerzedziły się; pył powoli opadał na ziemię z ledwo słyszalnym szelestem. Chłopczyk stał jak poprzednio niedaleko drogi i obserwował ich samochód. Od Richardsona dzieliło go kilkaset metrów. Sylwetka malca rzucała długi geometryczny cień, który kładł się za nim na ziemi.

Jay-D podniósł prawą rękę i pomachał nią.

Chłopak momentalnie zareagował także pomachał w odpowiedzi. I też prawą ręką.

Richardson uśmiechnął się triumfalnie, rugając w duchu starego Indianina. Ruszył do przodu w kierunku chłopca, machając rękami. Gdy tylko zrobił pierwszy krok, malec również drgnął i zaczął iść ku niemu… i tak samo machał rękami.

W miarę jak się zbliżał, Jay-D musiał w duchu przyznać, że jego altruizm gdzieś się ulotnił. Po plecach przeszły mu ciarki. Coś, u diabła, było nie tak. Coś było nie w porządku z tym dzieciakiem, ale nie mógł zrozumieć, co to właściwie było Atakama plątała myśli. Lekarz nie cierpiał na agorafobię, lecz uświadomienie sobie tego, że w razie jakiegokolwiek zagrożenia nie ma dokąd uciec (nie dlatego, że rzeczywiście nie było dokąd uciekać cała pustynia jest twoja, biegnij, dokąd tylko chcesz ale dlatego, że uciekanie nie miało sensu: w promieniu dziesiątków kilometrów nie było żadnej kryjówki, w której można by się było schować), powodowało przyspieszone bicie serca.

Mimo to Jay-D nie zwolnił tempa marszu, coraz bardziej oddalając się od samochodu.

Chłopiec miał bardzo ładną sylwetkę: szeroką klatkę piersiową, silne nogi, umięśniony brzuch. Można byłoby uznać za doskonałą, gdyby nie głowa. Wydawała się nieproporcjonalna w stosunku do reszty ciała z powodu przesadnie wypukłej górnej części czaszki. W zasadzie nie było w tym nic nadzwyczajnego, jednak ta niewielka dysproporcja rzucała się w oczy.

Kiedy odległość między nimi zmniejszyła się do stu kroków, Richardsona przeniknął dreszcz niepokoju. Na ciele małego nie było żadnych obrażeń ani ran czy śladów sadzy, słowem niczego, co by świadczyło o jakiejś katastrofie lotniczej. Smarkacz był czyściutki jak aniołek i wcale nie przypominał kogoś, komu udało się wydostać z płonącego samolotu.

Jeszcze kilka kroków i Richardson mógł przyjrzeć się z bliska twarzy „malca”. To, co ujrzał, wryło mu się w pamięć i pozostało w niej na zawsze. Zastygłe, nieruchome rysy chłopca przypominały maskę. Pod marmurowym czołem z pewnością nie kryły się dziecięce oczy, wydobywało się z nich coś ciemnego. Źrenice skrzyły się wilgotnym błękitem, ale białka oczu… białka nie były po prostu zaczerwienione, nie, one były wypełnione purpurową krwią.

Lekarz nieoczekiwanie uświadomił sobie, że zbliża się do niego nie mały chłopczyk, lecz coś nieznanego i obcego, co tylko z wyglądu przypomina niewinne dziecko.

W mgnieniu oka świat przewrócił mu się do góry nogami. Przerażenie już nie wątpliwość czy niepokój, lecz rzeczywiste przerażenie ogarnęło Jaya-D; poczuł się tak, jak gdyby jego ciało poraził silny ładunek elektryczny. Zaszczękał zębami i zatrzymał się.

Jednocześnie zatrzymała się i ta istota… I tak samo jak on zaszczękała zębami.

Gdy dzieliło ich ze dwadzieścia metrów, zapanowała martwa cisza.

Do you need help?[7] przemówił lekarz, ledwie pokonując narastającą panikę i nagłą chęć znalezienia się jak najdalej stąd. Jego zdrowy rozsądek z całych sił czepiał się ostatniej rozpaczliwej myśli, że mimo wszystko stoi przed nim ludzka istota. Gdyby chłopak nie rozumiał angielskiego, Jay-D na wszelki wypadek powtórzył to samo po hiszpańsku, starannie wymawiając każde słowo: Necesita ayuda?[8]

Istota milczała, chociaż kiedy kardiochirurg mówił, chłopiec wykrzywiał i rozciągał usta, jakby próbował odpowiedzieć na pytanie.

Jay-D poczuł, jak przerażenie ściska kleszczami jego krtań. W skroniach z ogromną siłą pulsowała krew. Głęboko odetchnął i ponowił próbę. Ostatnią. Jąkając się, wybełkotał:

Czy u ciebie wszystko w porządku? Myślałem po prostu… możemy pomóc… podrzucić cię do…

I oto znów to samo! Biały chłopak bezgłośnie poruszył ustami. Zaciągnięte krwawą błoną białka oczu były wlepione w lekarza. Wydawało się, że dzieciak próbuje coś mówić, ale z jego ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Wyglądało to tak niesamowicie, że Jay-D cofnął się o kilka kroków.

Dziwna istota natychmiast poszła w jego ślady też przemieściła się do tyłu na taką samą odległość.

Lekarz przełknął ślinę. Suchy wiatr muskał ich sylwetki. Od wschodu, od strony Andów, nasuwał się zmierzch, przykrywając popielatym całunem martwą ziemię. W głowie Richardsona zrodziła się pewność: On powtarza moje czynności! Porusza się tak samo jak ja i stara się mówić, kiedy ja do niego mówię. W tym spostrzeżeniu nie było jednak nic zabawnego.

Pieprzyć to wszystko! Mężczyzna odwrócił się na pięcie i wysoko podnosząc nogi, pognał do auta. Biegł, przyciskając dłoń do piersi i walcząc z ciemnymi kołami, jakie wirowały mu przed oczami, oraz chęcią zerknięcia do tyłu, żeby się przekonać, czy ten z pustyni go nie goni.

Od samochodu dzieliło go kilka kroków, gdy nagle natrafił stopą na głęboki dół, stracił równowagę i z krzykiem upadł na twarz. Drżąc na całym ciele i przeklinając siebie za nieostrożność, Jay-D podciągnął kolana, podniósł się i… obejrzał za siebie. Chłopiec stał w tym samym miejscu. Wlepiał w Richardsona spojrzenie krwawych oczu.

Nie oglądając się więcej, łykając jak ryba suche pustynne powietrze, lekarz pobiegł do przodu.

Señor, to pan? Niech señor powie, że pan to pan! wrzasnął Flavio, kiedy Jay-D, czerwony jak gotowany rak, z niewyobrażalnie wytrzeszczonymi oczami, klapnął na siedzenie. Nie zamienił się pan z nim na ciała?

Natychmiast uruchamiaj silnik, stary głupcze! wrzasnął lekarz, ścierając dłonią krew z podrapanego policzka. I nie pleć głupstw! Jaka zamiana ciał, do cholery?! Ruchy, Flavio!

Przecież mówiłem…

Nie pieprz!!! Zapalaj! Wynośmy się stąd!

Tak, señor… Rozkaz, señor

Ciągnąc za sobą tren z kurzu, range rover szarpnął i pognał na zachód.

W tym samym momencie krawędź dysku słonecznego dotknęła linii horyzontu.

II

Wtorek, 4 sierpnia, 17.56 (UTC –4)
73. km drogi nr 25 Carmen Alto–Calama
Pustynia Atakama

Tacito Rejes zaciągał się papierosem i śpiewał, trzymając kierownicę jedną ręką. Jego ciężarówka sędziwy mercedes o wypukłych reflektorach mknęła na północ.

Ryczała muzyka. W magnetofonie tkwiła mocno zużyta kaseta z porywającymi piosenkami brazylijskiego zespołu Banda Calypso. W jakiś niewiarygodny sposób, wyławiając melodię spomiędzy warkotu silnika, szelestu skrzyni biegów oraz szumu głośników, Tacito wtórował solistce. Chociaż nie znał portugalskiego, podśpiewywał razem z nią, starannie powtarzając dźwięki, które wychwytywał z czarnych siatkowych pokryw głośników.

Tacito Rejes był nietuzinkową postacią. Jego matka pochodziła z plemienia Mapuche[9], a ojciec był Melanezyjczykiem, który wyemigrował do Antofagasty z dalekiego Tonga[10]. Po swojej matce Tacito odziedziczył szczupłą sylwetkę, a po ojcu czarną, błyszczącą, jakby naoliwioną skórę. Gdy skończył siedem lat, jego ojciec dał drapaka do Boliwii z powodu jakichś niezałatwionych spraw z chilijskimi stróżami porządku. Prysnął skutecznie, jak na dorosłego przystało, i od tamtego czasu nikt go więcej nie widział. Matka musiała walczyć z losem samotnie, wychowując synka.

W ciągu dwudziestu czterech lat swojego życia Tacito zdążył dwa razy uciec z domu, trzy razy trafić do więzienia (głównie za drobne chuligańskie wybryki oraz zażywanie narkotyków), zarobić swój pierwszy milion peso, z powodzeniem przepuścić kasę na automatach do gry w Santiago de Chile, dwukrotnie się ożenić i jeden raz rozwieść. Obecnie młody mężczyzna kupował w Antofagaście, stolicy regionu, towary przemysłowe i żywność, aby potem odsprzedawać je w Calamie. Tego dnia skrzynia jego ciężarówki była wypełniona naczyniami kuchennymi, sprzętem rolniczym, sadzonkami, świeżymi warzywami i różnymi drobiazgami przydatnymi w gospodarstwie domowym.

Miał słabość do marihuany, ale nie chwalił się tym. Uczucie niesamowitej euforii połączone z totalnym tumiwisizmem, które wypełniało całe ciało po zajaraniu skręta, za każdym razem przenosiło go do innego świata, do równoległej rzeczywistości, gdzie nie istniały ból, smutek i rozpacz, nie było bezczelnych właścicieli mieszkań ani okrutnych, tępych gliniarzy, było natomiast wiele radosnych chwil oraz historii tak śmiesznych, że boki zrywać.

Jednocześnie Tacito wstydził się tej słabości. Jedną z niewielu rzeczy, jakie pani Rejes przez dwadzieścia lat działalności wychowawczej potrafiła wbić swojemu synowi do głowy, była wiedza o tym, że narkotyki to samo zło. „Wszyscy narkomani powtarzała stateczna señora to skończeni ludzie, nędzne małpy z biletem do piekła w jedną stronę, gdzie będą cierpieć męki i żreć łajno. Nie ma nikogo gorszego od nich… No, może pomijając adwentystów i świadków Jehowy”. Chłopak nie wiedział, czy tego, kto pali tylko trawkę, należy traktować jak prawdziwego, pełnowartościowego narkomana. I to gryzło go jeszcze bardziej.

Pustynna droga między Carmen Alto a Calamą była chyba jedynym miejscem, gdzie Tacito mógł w spokoju zajarać skręta, a może nawet dwa z rzędu. Policja tu się nie zapuszczała, omijała to odludzie od stworzenia świata. Bardzo rzadko zdarzało się, by z przeciwka jechały jakieś auta, a nawet jeśli, widać je było już z daleka. Jak gdyby nigdy nic trzymaj kierownicę i wciskaj gaz.

Skręt się dopalił. Siny dym wypełnił wnętrze kabiny. Rejes przestał śpiewać i skupił się na obserwowaniu lusterka wstecznego, które zaczęło jakoś dziwnie drgać. Nigdy w życiu nie widział jeszcze, aby lusterko tak śmiesznie się zachowywało. Chwilę później młody Chilijczyk rechotał tak, że z oczu pociekły mu łzy.

Mój Boże! Ja pieprzę, zaraz się rozpłaczę! Popatrzcie no tylko…! Lusterko! Ha, ha, ha! Ryczał ze śmiechu, klepiąc dłońmi koło kierownicy. No nie… nie mogę! Lus-ter-ko! Ha, ha, ha!

Nie przestając rżeć, Tacito spojrzał na drogę i zauważył chłopca. Przyjrzał mu się uważnie faktycznie, jakiś gówniarz. Niby jeszcze dziecko, ale jakieś takie wysokie i umięśnione. Sportowiec czy co? Chłopak był goły, jeżeli nie liczyć szarawoczarnych sportowych kąpielówek.

Tacito potrząsnął z niedowierzaniem głową. Zjawa nie znikała. No pewnie że nie, dopiero co najarał się marychy po uszy. Jednakże Rejes nie był na tyle naćpany, żeby nie połapać się, pędzi prosto na dzieciaka. I zdołałby zahamować lub chociaż próbowałby go wyminąć, gdyby nie rażąca nielogiczność, wręcz absurdalność tego obrazka.

Biały chłopiec w samych majtkach pośrodku pustyni, sto kilometrów od najbliższej osady rozumował Chilijczyk to przywidzenie. Herezja jakaś. Do ciężkiej cholery, to nie może być prawda! Jeszcze mniej sensu miało zachowanie małego. Jakakolwiek realna istota, na którą szarżowałaby wielotonowa ciężarówka, przynajmniej starałaby się jak najszybciej uciec z drogi. I w żadnym wypadku nie sterczałaby w jednym miejscu. Właśnie dlatego Tacito Rejes pochopnie pomyślał, że ma halucynacje jakieś chore urojenia, wywołane paleniem tego diabelskiego zielska. Jako że coś takiego zdarzyło mu się po raz pierwszy w życiu, omal nie narobił w spodnie, po czym wrzasnął piskliwie jak dziewczyna:

Aaaaa! I nacisnął pedał gazu…

Potężne uderzenie otrzeźwiło go. Puścił kierownicę; silnik zacharczał i zadławił się. Samochodem zarzuciło w prawo, na dziewiczą pustynię.

Ciężarówka zresztą szybko się zatrzymała, próbując wspiąć się na pobliski pagórek. Na boki posypały się ze szmerem kamyczki. Potem nastała cisza. Po ogłuszającej muzyce i ryku silnika cisza ta sparaliżowała Tacita. Gdyby nie ogromny strach, jaki odczuwał, pomyślałby, że już wykitował.

Przez kilka sekund przypatrywał się skołowanym wzrokiem pajęczynie pęknięć w lewym dolnym rogu przedniej szyby, po czym drżącymi rękami uruchomił silnik i włączył światła. Ze wschodu nieubłaganie zbliżała się noc; nie wiadomo, dlaczego młodemu mężczyźnie wyjątkowo nie chciało się zostawać sam na sam w całkowitych ciemnościach z tym, co potrącił. Wibrowanie pracującego silnika nie uspokajało, ale przynajmniej reflektor zadziałał. Co prawda tylko jeden, prawy.

Chilijczyk wypadł z kabiny. Nogi miał jak z waty, ledwo więc dobrnął do drogi. Z lewej strony, niedaleko miejsca, gdzie się zatrzymał, pośród odłamków szkła, fragmentów metalowej kraty chłodnicy oraz burych plam krwi leżał chłopczyk o płowych włosach. Tacito, szlochając, podszedł do niego.

Biały! Przyklęknął. Niech to jasny szlag trafi, grzmotnąłem białego wyrostka!

Przytrzymując głowę chłopca jedną ręką, mężczyzna patrzył oszołomiony na skórę zachlapaną krwią, zmierzwione włosy i nieruchome wytrzeszczone oczy, których martwe spojrzenie wbijało się w niebo. Z licznych ran na wypukłej klatce piersiowej i brzuchu małego sączyła się krew.

Rejes raptem uświadomił sobie, że znów pójdzie siedzieć. I tym razem na długo.

On jest biały… szeptał przerażony pechowy kierowca, gładząc palcami jasne kosmyki. Niech to diabli porwą, biały! Tak bardzo biały, że aż… nagłe podejrzenie ukłuło go w samo serce …to turysta! Nietutejszy! I wówczas naprawdę spanikował: O rany, rozjechałem turystę!!

Stuknąć białego wędrowca, i to w rejonie, gdzie turystyka dopiero kiełkuje… Przecież za taki czyn jego nie tylko wsadzą. Spalą żywcem, zlinczują, poćwiartują, a resztki rzucą na pożarcie pustynnym lisom.

Tacito wyciągnął szyję i obejrzał się. Słońce zaszło już za piaszczyste pagórki na zachodzie. Droga była całkiem pusta, w żadnym kierunku nic nie jechało. Chrzęścił jedynie niesiony wiatrem piasek i z rzadka wzdychała spękana ziemia, witając nocny chłód. Wokół ani żywej duszy. Ohydna i śliska jak dżdżownica myśl wpełzła do mózgu handlarza. Odciągnąć go na trzysta metrów od drogi. Ciała, do jasnej cholery, będą szukali, ale pustynia umie zachowywać tajemnice.

Chilijczyk rozejrzał się ukradkiem jeszcze raz. Nikogo, po horyzont.

Tacito Rejes szybko się nachylił, chwycił martwego chłopaka pod pachy i pociągnął w głąb pustyni, na zachód od drogi. Ofiara okazała się potwornie ciężka. Dobrze wytrenowane mięśnie cięższe od galaretowatego tłuszczu. Po minucie mężczyzna tak się zasapał, że pociemniało mu w oczach.

Ale wieprz! zaklął, ocierając pot z czoła. Jakby był odlany z ołowiu.

Przez kilka chwil starał się złapać oddech, siedząc w kucki, po czym powlókł ciało jeszcze dalej, od czasu do czasu uważnie zerkając na boki.

Mój Boże, żeby tylko nikt tędy nie jechał. Ręce Tacita drżały jak u neurastenika. Boże, błagam, spraw, by nikt się nie zjawił na tej drodze.

Ciemności gęstniały, a dźwięki stawały się coraz wyraźniejsze. Samochód zniknął za pagórkiem, lecz warkot silnika pracującego na jałowym biegu oraz przyćmione światło reflektora zdradzały położenie auta.

Odciągnąwszy chłopaczka na dostateczną odległość, Tacito zatrzymał się, by chwilę odsapnąć. Ręce i szorty młodego mężczyzny poczerniały od krwi. Nie szkodzi, w domu zrobi z tym porządek.

Uspokoił się (na tyle, na ile było to możliwe w takiej sytuacji) i zaczął się zbierać do odjazdu.

Wybacz, mały rzucił Tacito na odchodnym. Nie chciałem. Po prostu… tak wyszło.

Nagle chłopiec się poruszył. Chilijczyk jęknął i omal nie narobił w spodnie (po raz drugi tego wieczoru a niech go!), lecz od razu się połapał, że martwi przecież nie mogą się ruszać. A to oznaczało, że malec były żywy! Po chwili blondynek szarpnął się ponownie i wydał z siebie żałosny jęk. Rany na jego brzuchu zaczęły krwawić.

Mały durniu! zaczął wrzeszczeć Tacito. Nie zdechłeś! Po czym wzniósł ręce i krzyknął w ciemności, zwracając się do Boga, którego dopiero co tak gorąco prosił, by nie dopuścił do pojawienia się niechcianych świadków: Popatrz no tylko, on nie skonał, sukinsyn! Madafaka!

Chłopiec otworzył usta i bezdźwięcznie poruszył wargami. Jego oczy ożyły. Po jakimś czasie zogniskowały się nareszcie na twarzy Rejesa. Źrenice zwęziły się, a nabrzmiałe białka zasnuły czernią. „Malec” gapił się na Chilijczyka z wściekłością zupełnie niespotykaną u dwunastolatka, który przed chwilą o mały włos nie został rozwalcowany na asfalcie. Z oczu wyzierało mu coś jak nie z tego świata, coś nieludzkiego, co powodowało, że od jednego spojrzenia mężczyznę przeniknął dreszcz. Jednakże słońce już zaszło, chłodnawe ciemności zalewały teraz całą przestrzeń, a w mroku Tacito Rejes nie mógł się przyjrzeć twarzy potrąconego dziecka.

Cholera, i co ja mam teraz z tobą zrobić? Zdenerwowany Chilijczyk chwycił się za głowę. Byłoby najlepiej, gdybyś zdechł, słowo honoru!

Przymilny wewnętrzny głos podstępnie zaszeptał: Zostaw go… Porzuć tego wyrodka… A umrze.

Handlarz przygryzł wargę i zadzierając głowę, utkwił wzrok w próżni nad sobą, gdzie stopniowo, jedna po drugiej, włączały się obojętne na wszystko światełka gwiazd jedyni świadkowie przestępstwa.

Tacito był kupcem, ale też złodziejaszkiem i awanturnikiem. Możliwe, że kiedyś skończy jako narkoman, taka „nędzna małpa z biletem do piekła w jedną stronę”. Ale Tacito Rejes nie był mordercą i nie miał zamiaru nim zostać. Chociaż nikt go tego nie uczył, Chilijczyk dobrze wiedział, że bycie mordercą jest jeszcze gorsze niż bycie ćpunem. Gorsze niż bycie adwentystą czy świadkiem Jehowy.

Byłoby jednak lepiej, gdybyś zdechł! wycedził kierowca, usiadł w kucki, ostrożnie podniósł białego znajdę i powlókł go z powrotem.

Chłopiec charczał i zaciskał zęby. Tacito wyczuwał drganie jego mięśni.

Zasraniec… Diabelski gringo… Wstrętny prosiak o białym ryju… Po raz pierwszy w życiu zobaczył ciężarówkę czy co? sarkał handlarz. Ty, widzę, jakiś bokser jesteś, co? A może zapaśnik… I przestań mi tu krwawić! Natychmiast! Przestań… Do kogo ja mówię?!

W końcu zaciągnął chłopaka do kabiny samochodu. Najpierw położył go na siedzeniu kierowcy, a potem wepchnął głębiej do środka i jako tako przymocował pasem bezpieczeństwa. Sam usiadł za kierownicą.

Wiem, mały, mamuśka nie byłaby zachwycona. Drżącymi rękami Tacito robił skręta. Zgadzam się, że to tak jakoś gównianie: w wieku dziesięciu lat przez całą drogę jarać trawę… Chilijczyk przytrzymał papierosa zębami, zapalił go i przewracając oczami, głęboko się zaciągnął. Ale wybacz mi, mały. Nie mogę bez dopingu gnać prawie sto pięćdziesiąt na godzinę po takiej, niech szlag trafi, „magistrali”.

Następnie zwolnił hamulec ręczny i ruszył, powtarzając przez zaciśnięte zęby jak mantrę:

Tylko nie umieraj, proszę… Gówniarzu, tylko nie wyciągnij kopyt…

Zapadły całkowite ciemności. Zegar wskazywał 18.23.

III

Wtorek, 4 sierpnia, 19.38 (UTC –4)
Calama, Chile

Jay-D Richardson i Frank Di’Anno popijali dżin z tonikiem na tarasie hotelu. Oprócz nich w barze nie było nikogo. Wieczór był nad podziw cichy i spokojny.

Doktorze Di’Anno! zawołał barman, pochyliwszy się nad ladą.

Frank odwrócił głowę.

Tak, amigo? Uśmiech nie schodził z jego twarzy.

Telefon do pana.

Di’Anno nachmurzył się.

To z kliniki.

Skąd taka pewność? zapytał Jay-D.

A komu jeszcze w tej dziurze będzie potrzebny australijski inżynier o wpół do ósmej wieczorem? Pewne eskulapi coś narozrabiali.

Australijczyk niechętnie podszedł do telefonu. Podniósł słuchawkę, przyłożył do ucha i bardzo długo słuchał, kilka razy wtrącając krótkie odpowiedzi. Niezadowolenie stopniowo ustępowało miejsca zaskoczeniu.

Po skończonej rozmowie Frank szybko wrócił do stołu.

Wiesz co, stary, będę musiał pognać do kliniki.

Czy coś się stało z urządzeniem?

Nie, nie, z tomografem wszystko w porządku, ale… do szpitala przywieźli chłopaka. Ktoś z miejscowych potrącił go pośrodku pustyni. Nikt nie wie, skąd się ten mały wziął. I lekarze… wiesz, oni chcą, żebym przyjechał i go obejrzał.

Biały chłopak? rzucił jakby mimochodem Jay-D, czując chłód pod łopatkami.

Co powiedziałeś?

Zapytałem, czy to biały chłopiec.

Tak odrzekł Di’Anno i gwałtownie odwrócił głowę. Niech cię diabli, a skąd o tym wiesz? Przecież tego nie mówiłem.

Słuchaj, jadę z tobą powiedział Nowozelandczyk.

IV

Wtorek, 4 sierpnia, 20.14 (UTC –4)
Centralny szpital kliniczny w Calamie

To on oznajmił Jay-D.

Jesteś pewien?

Tak, nie mam wątpliwości. Widziałem go na pustyni na drodze z San Pedro. Już wtedy zachowywał się podejrzanie. Nie dziwię się, że smarkacz wlazł komuś pod koła.

Czy już wtedy był w samych majtkach?

Aha. Richardson kiwnął głową.

Dlaczego go nie zabrałeś? Di’Anno zerknął spode łba na swojego rozmówcę.

Chciałem. Ale mówię przecież, on wyglądał tak, jakby postradał rozum. Wiesz… chłopak mnie przestraszył… Diabelnie mnie przestraszył.

Przestraszył? Frank wytrzeszczył oczy. Jak, do cholery, mam to rozumieć?

Jak chcesz. Jay-D machnął ręką. Myślałem, że zobaczyłem upiora czy diabła jakiegoś. On mnie naśladował.

Frank Di’Anno wsadził ręce do kieszeni fartucha. Na myśl nie przychodziło mu nic, co mógłby nawyczyniać dziesięcioletni smarkacz, żeby wystraszyć czterdziestopięcioletniego lekarza. Chłopiec leżał nieprzytomny i Di’Anno (na szczęście czy na nieszczęście) nie widział jego oczu.

Do lekarza tymczasem podszedł lekarz dyżurny kliniki, poważnie wyglądający niemłody już Chilijczyk z zapadniętymi policzkami i orlim nosem. To on przyjął poszkodowanego.

Trochę go zbadaliśmy rzekł. Zrobiliśmy mu rentgen.

No i jak? zainteresował się Frank.

Złamanie sześciu żeber i obojczyka, przemieszczenie kręgów szyjnych, rozległe pęknięcie miednicy, ale kręgosłup, na szczęście, cały. „Malec” stracił wiele krwi, choć, zdaje się, krwotoku wewnętrznego nie ma… Podejrzewamy silne wstrząśnienie mózgu; pacjent kilka razy dochodził do siebie, nie potrafił jednak nic powiedzieć, zupełnie nic, tylko chrypiał i… w tej chwili lekarz zaczął błądzić gdzieś spojrzeniem …szczerzył zęby.

Może z bólu.

Szczupły Chilijczyk zastanawiał się przez chwilę.

Nie wydaje mi się… Według mnie to… ze złości…

Czy coś jeszcze?

Nie, na razie nie.

Gładko się z tego wywinął zauważył Di’Anno.

Jay-D Richardson stał ze skrzyżowanymi na piersiach rękami obok swojego przyjaciela i nie spuszczał wzroku z szyby, przez którą widać było oddział reanimacyjny.

To fakt. Smarkacz, choć młody, ma mocną i proporcjonalną budowę. Mięśnie jak u dorosłego silnego mężczyzny. Inny na jego miejscu od takiego uderzenia po prostu rozpadłby się na kawałki.

Należy dokończyć badania. Zobaczymy, co z jego głową. Może w środku została tylko galareta i nasze zabiegi na nic się zdadzą wymamrotał Frank i zwrócił się do lekarza dyżurnego: Zatrzymaliście krwotok?

Łatwo poszło.

Wspaniale. Spodziewam się, że tomograf jest przygotowany.

Tak, mister Di’Anno. Właśnie dzisiaj po obiedzie zakończyli jego instalowanie.

Więc jednocześnie sprawdzimy i sprzęt. Amigo, niech siostrzyczki przygotują pacjenta i uruchamiają urządzenie.

Chilijczyk skinął głową i popędził do gabinetu ordynatora.

Po pół minucie stół operacyjny z nieprzytomnym chłopcem został przewieziony do pracowni RM (rezonansu magnetycznego). Australijczyk i Nowozelandczyk po raz kolejny obejrzeli przypominające płaskorzeźbę ciało, gdy łóżko przejeżdżało obok nich. Kilka niewielkich siniaków, powierzchowne rany i zadrapania nic więcej. Po umyciu chłopak ani trochę nie wyglądał na kogoś, kto trafił pod koła ciężarówki.

Co o tym myślisz? zapytał cicho Jay-D.

To dziwne, że po zderzeniu z mercedesem chłopak wygląda lepiej niż ten mercedes. Di’Anno uśmiechnął się pod nosem.

Ja nie o tym. Richardson nie był w nastroju do żartów. Co ten mały robił na pustyni?

W sali z tomografem komputerowym zapaliło się światło. Drzwi były otwarte, po ścianie korytarza i po podłodze ślizgały się niewyraźne cienie to personel medyczny umieszczał chłopaka w tomografie.

Frank wzruszył ramionami.

Nie wiem… Może odłączył się od grupy turystów.

Stary, jacy znów turyści? To Atakama! Uważasz, że San Pedro jest właściwym miejscem do odpoczynku w rodzinnym gronie? Tutaj nie docierają nawet wytrawni wędrowcy!

No nie wiem… powtórzył Australijczyk.

Z sali dochodziły niewyraźne głosy. Słychać było trzask włączników, po czym rozległo się rytmiczne buczenie tomograf zaczął pracować. Richardson i Di’Anno ruszyli w kierunku niedomkniętych drzwi.

Zawiadomiłeś policję? Jay-D nie mógł się powstrzymać od pytania. Jestem przekonany, że ktoś go szuka.

Nie moja sprawa. Chilijczycy sami sobie poradzą.

Wiesz, ten chłopiec wydaje mi się po prostu dziwny. Cudak jakiś.

Nie rozumiem, co w nim znalazłeś takiego dzi…

Gdy od drzwi dzieliło ich kilka kroków, z pracowni dobiegł jakiś stłumiony dźwięk. Nader niezwykły dźwięk, który Jay-D Richardson zapamięta pewnie na całe życie. Jakby ktoś z dość dużej wysokości (nie mniejszej niż trzy albo cztery metry) upuścił arbuz. Wyimaginowany pasiasty owoc walnął z charakterystycznym odgłosem na terakotę, pękł i rozleciał się na kawałki. Tyle że i Richardson, i Di’Anno dobrze wiedzieli, że za tymi drzwiami żadnych arbuzów nie było.

Naprawdę jednak przestraszył ich nie sam dźwięk, lecz to, co mu towarzyszyło. Najpierw na piętrze mignęło światło. Następnie tomograf ostro zapiszczał i kilka razy gwizdnął. W pewnym momencie dźwięk zaczął cichnąć, zamarł całkowicie. Zapadła cisza jak w grobowcu.

Lekarze szybko pobiegli do pracowni.

Co się stało? krzyknął Di’Anno, omal nie wyważając w biegu drzwi. Qué pasó?!

No lo sé… No lo sé, señor[11] wymamrotał chilijski lekarz.

Większą część sali zajmowało podobne do beczki urządzenie. Richardsonowi przypominało balię do zbierania deszczówki, jaką widział w klasztorach w Meteorach[12] podczas ubiegłorocznego wyjazdu do Grecji. Zewnętrzna powierzchnia przewróconej na bok „beczki” była matowa w kolorze kakaowym. Z górnej części wyprowadzony był prostokątny kanał wentylacyjny, który ciągnął się ku górze i znikał w suficie. Pośrodku głównej części urządzenia zwanej gantrą widniał okrągły otwór o gładkich krawędziach, na pierwszy rzut oka chyba trochę za mały dla człowieka. Jego wewnętrzna powierzchnia była lśniąca i gładka, na brzegach pomarańczowa, w środku sterylnie biała. Przed otworem stało wąskie łóżko, skąd pacjenta wsuwano do aparatury. Do wnętrza tomografu od centralnego panelu sterowania ciągnęło się mnóstwo rurek i przewodów. Wszystko to wyglądało bardzo nowocześnie.

Kiedy lekarze obcokrajowcy wbiegli do sali, dziwny pacjent wysuwał się właśnie z brzucha maszyny. Na razie widać było tylko jego nogi. Niby nic nadzwyczajnego, chociaż… Kątem oka Richardson zauważył bladoróżowy lepki płyn, który skapywał na podłogę z lewej strony otworu.

Po sekundzie całe ciało chłopca wyłoniło się z otworu. Jedna z sióstr straciła przytomność; zwaliła się na podłogę, nienaturalnie zadarłszy głowę i rozrzuciwszy ramiona na boki. Druga zapiszczała i przemknąwszy obok lekarzy, wybiegła z pomieszczenia. Jej histeryczny wrzask, zbliżony do dźwięku syreny, jeszcze długo dobiegał z korytarza. Frank Di’Anno zszarzał jak wysuszona słońcem pustynna ziemia. I nie bez powodu głowa chłopca zniknęła. Rozpłynęła się bez śladu. Z zakrwawionej górnej części tułowia, gdzie kiedyś była szyja, bez przerwy sączyła się krew.

Gdzie jest głowa?! ryknął Di’Anno, tak jakby liczył na to, że któraś z sióstr schowała pod połą fartucha. W pierwszej chwili Australijczyk wyglądał jak zakłopotane dziecko, jak bohater Disneyowskiego filmu animowanego, którego podstępne łotry przechytrzyły za pomocą czarnej magii. Gdzie ona jest?

Frank zgiął się wpół nad ciałem i zajrzał do środka tomografu. Głowy nie było.

Ożeż kurwa zaklął. Gdzie się podziała jego głowa?!

Chilijski lekarz dyżurny, żółty na twarzy, zrobił niepewny krok do przodu.

Ja nie wiem, señor. My tylko umieściliśmy chłopca w środku i włączyliśmy urządzenie… Wszystko zgodnie z instrukcją. A potem ten głuchy trzask i…

Co mi tu pan opowiada?! zapiszczał histerycznie Australijczyk. Idioci! To jest tomograf, a nie gilotyna!!! Co zrobiliście z pacjentem?

Nic nie zrobiliśmy! Pożółkły Chilijczyk też zaczął krzyczeć. Ja tylko uruchomiłem aparaturę…

Frank chwycił się za głowę i jęcząc, i narzekając, oparł się o tomograf.

Stary, co o tym myślisz?

Nowozelandczyk chciał jakoś wesprzeć kolegę, ale w jego głowie kołatało się jedno, jedyne głupie zdanie: „Chłopie, jeszcze nigdy w życiu nie widziałem tak paskudnego efektu badania rezonansem magnetycznym”. Jay-D pomyślał, że prawdopodobnie teraz najlepiej będzie milczeć.

Richardson zajrzał do wnętrza urządzenia. Ścianki były czyste, tylko w głębi białego plastikowego tunelu, w miejscu gdzie wcześniej leżała głowa, wykładzina była zabryzgana mózgiem. Wszystko wymieszane z włosami i krwią. Niżej widniała jakaś rzecz, podobna do podkowy.

Myślę, że to jego żuchwa. Kardiochirurg wydostał się na zewnątrz. I… eee… kręgi szyjne… jeżeli się nie mylę.

Frank Di’Anno poderwał się.

Kretyni! Przeklęci bezmózdzy Latynosi! wrzeszczał. Stary, coś takiego… coś takiego może się zdarzyć, pod warunkiem że do komory dostanie się metal… jakikolwiek metalowy przedmiot w… może aparat słuchowy lub… no nie wiem co jeszcze…

Odepchnąwszy Richardsona, Di’Anno wpełzł do środka. Wił się, sapał, odsuwał nogami pozbawione głowy ciało, wreszcie cały zniknął w rurze tomografu. Przez półtorej minuty nie wydobywał się stamtąd ani jeden dźwięk. Australijczyk wrócił o wiele spokojniejszy, ale wyraźnie stropiony. I od stóp do głów wymazany krwią jak wampir po śniadaniu, na które podano mięsiwa.

I co? zapytał Nowozelandczyk.

Nic wychrypiał Frank. Tam jest wszystko, co ma być: rozdrobnione kości czaszki, zęby, kawałki twarzy, części mózgu, włosy i krew. Ale żadnego metalu… Żadnego uszkodzenia czy zadrapania na wykładzinie… Diabelstwo jakieś, Jay-D, absolutnie nic nie rozumiem…

Lekarz dyżurny stanął tak, aby uniemożliwić komukolwiek wyjście z pracowni.

Mister Di’Anno, musi pan tu zostać, dopóki nie przyjedzie policja oznajmił chłodno. A pana prosiłbym, żeby się pan w to nie mieszał.

Jay-D nie oponował. Zaczął się cofać, przenosząc wzrok z bezgłowego chłopca na swojego kolegę i z powrotem.

Trzymaj się, stary. Kiwnął głową na pożegnanie i wybiegł na korytarz.

V

Po wyjściu z pracowni Jay-D zaczął się zastanawiać. Będąc lekarzem, rozumiał, że bez względu na to, co się wydarzyło w ciągu kilku sekund od uruchomienia tomografu, nie było to spowodowane niesprawnością urządzenia. Pole magnetyczne o natężeniu trzech tesli jest potężne, ale całkiem bezpieczne. Metalowe przedmioty, które trafią w takie pole, będą się zachowywały jak pociski armatnie. Szkopuł w tym, że on sam też obejrzał urządzenie i żadnych metalowych elementów tam nie znalazł.

Nowozelandczyk podjął stanowczą decyzję: musi dojść prawdy. Przynajmniej spróbować.

Korzystając z zamieszania, poszedł na drugie piętro. Szybko zorientował się w rozkładzie pokoi na korytarzu, otworzył odpowiednie drzwi i wpadł do gabinetu rentgenoskopii. Miał nadzieję, że w pracowni nikogo nie zastanie, lecz się pomylił: za biurkiem siedziała młodziutka pielęgniarka o zgrabnych, długich do samej szyi nóżkach. Jak z okładki żurnala przemknęło mu przez myśl.

Dziewczyna podniosła na mężczyznę ciemne oczy.

W czym mogę panu pomóc? zapytała.

Jay-D stropił się.

Hm, hm… señorita… Czy… mm… Czy mówi pani po angielsku?

Tak, trochę.

Nowozelandczyk zawahał się, przestępując z nogi na nogę.

Pan pewnie czegoś potrzebuje. Siostra uśmiechnęła się zachęcająco.

Przepraszam, że tak… no, wtargnąłem… Richardson westchnął. Nie mógł sklecić zdania. Jestem lekarzem. Poproszono mnie, bym pomógł w… w… sprawie przywiezionego niedawno białego chłopca. Chyba turysty, którego… Potrącił go samochód…

Jay-D znowu się zająknął. Chilijka kiwnęła głową.

I?

Zrobili mu rentgen. Chciałbym obejrzeć zdjęcia rzucił zdecydowanie, bez ogródek.

Dziewczyna zastanawiała się, śmiesznie marszcząc nosek. W zasadzie powinna odmówić. Ten człowiek nie należał do personelu szpitala, poza tym grubaska z recepcji już do niej zatelefonowała i opowiedziała, że temu jasnowłosemu dzieciakowi, którego przywiózł z pustyni jakiś ćpun, któryś z białych konowałów urwał głowę. Na szczęście do siostrzyczki na razie nie dotarło, że konował urwał głowę w sensie dosłownym, poza tym Jay-D jej się spodobał; jego zakłopotanie złożyła na karb własnego oszałamiającego wyglądu. Uśmiechnęła się kokieteryjnie i przesunęła na brzeg stołu kilka zdjęć rentgenowskich.

Ale tylko obejrzeć szepnęła jak spiskowiec.

Zgoda. Jay-D rzucił się na odbitki.

Chłopiec został prześwietlony od stóp do głów: zrobiono mu zdjęcia głowy, klatki piersiowej, miednicy, kości rąk i nóg. Richardson brał po kolei szaro-czarne zdjęcia rentgenowskie, podnosił je i uważnie oglądał w żółtawym świetle starych lamp. Ze szczególną uwagą przyglądał się zdjęciu głowy. Wielkie klisze drgały w jego rękach. Gdy po raz trzeci przyjrzał się rentgenogramowi czaszki, przekonał się, że chłopak był „czysty”. Nie miał metalowych implantów ani w ciele, ani co najważniejsze w głowie. To nie był diabeł czy przybysz z innej planety, żaden cyborg czy robot w ludzkiej skórze. On był rzeczywisty. Zwykły smarkacz. Nie biorąc pod uwagę złamań, do których doszło w wyniku wypadku drogowego, wyglądał na całkiem normalnego dzieciaka.

Nie podziękowawszy pielęgniarce, Jay-D wypadł z gabinetu. Zbiegł po schodach na parter. Policji jeszcze nie było. Kierując się do wyjścia, kardiochirurg kątem oka zauważył czarnego jak Nubijczyk kierowcę i domyślił się, że to właśnie on przywiózł chłopca z pustyni. Tacito Rejes, już trzeźwy, siedział na rozkładanym krześle w rogu izby przyjęć, pod ogromną mapą północnej części Chile.

Usłyszawszy kroki, kierowca podniósł wzrok.

Señor… wychrypiał, chwytając lekarza za rękaw fartucha. Señor… jak tam mały? Czy wszystko z nim w porządku? On nie umrze?

Po ciemnych policzkach rozpełzły się brudnawe smugi od łez.

Jay-D Richardson nie wiedział, co odpowiedzieć. Miał mu oznajmić, że chłopcu z jakiegoś zasranego powodu urwało głowę? Rozumiał, że byłyby to wierutne brednie. Coś takiego może się zdarzyć w tanim filmie grozy, powieści fantastycznonaukowej czy w jakiejś innej rzeczywistości, ale nie na planecie Ziemia, gdzie wszystko jest podporządkowane niezmiennym prawom fizyki. Jay-D bezwstydnie skłamał:

On… eee… jest okej… Wszystko z nim będzie w porządku…

Bogu niech będą dzięki. Tacito zaszlochał, ukazując brudnożółte zęby.

Nowozelandczyk rozejrzał się, uwolnił rękę i udał się w kierunku podświetlonej tabliczki: SALIDA (WYJŚCIE). Na ulicy postał chwilę, oczy przyzwyczaiły się do ciemności, po czym, odnalazłszy wzrokiem niewyraźną bryłę mercedesa, która rysowała się tuż obok wejścia do szpitala, podszedł do ciężarówki.

Przyświecając sobie latarką w komórce, lekarz obejrzał pojazd, którego skrzynia ładunkowa była obciągnięta brezentową plandeką. Zbadał najpierw miejsce uderzenia: dolną część przedniej szyby, roztrzaskany w drobne kawałki reflektor, wgięty zderzak. Zajrzał pod spód, do kabiny, obejrzał koła, przyjrzał się, na ile to było możliwe, przedniej osi… Nic. Richardson sam nie wiedział, czego szuka. Po prostu badał samochód, który potrącił dziwną istotę z pustyni.

Lekarz zaczął okrążać pojazd, oświetlając burty skrzyni. Na próżno. Kiedy dotarł na tył wozu, podniósł brzeg grubego brezentu i tracąc nadzieję na to, że znajdzie cokolwiek, zajrzał w głąb skrzyni ładunkowej. Stały tam w równych rzędach duże kartonowe pudła i nieco mniejsze drewniane skrzynki, na których leżały nieprzezroczyste torebki z folii z napisem „D&S[13]”. Były czyste i nowe, prosto z supermarketu.

Jaya-D tknęło bezpodstawne podejrzenie. Tak samo jak wtedy na pustyni, gdy po raz pierwszy zauważył chłopca, a podświadomość podsunęła mu myśl, że to nie miraż, przy czym doszedł do takiego wniosku dużo wcześniej, niż zdołał to sobie uzmysłowić. Znowu coś nie pasowało do ogólnego obrazu. Mało zauważalny element ostatni fragment układanki zupełnie nie przystawał do całej historii. Historii, która w tej właśnie chwili zarysowała się w jego głowie.

Richardson schował telefon do tylnej kieszeni dżinsów, przecisnął się pod plandeką i znalazł się w środku. Wyjął z powrotem komórkę i skierował jasny promień latarki na paczuszki. Wewnątrz nich znajdowały się niewielkie narzędzia służące do drobnych napraw: młotki, automatyczne śrubokręty, szczypce płaskie, nożyce do metalu. Wszystko nowe, w plastikowych opakowaniach, ze starannie usuniętymi cenami. Obejrzawszy też pudełka, zorientował się, że skrzynia zawalona jest towarami kupionymi w dużym supermarkecie…

Gubił się w myślach: Jaki supermarket? Na wschód od Calamy nie ma żadnego dużego sklepu do granicy z Boliwią… Skąd w takim razie wzięły się te pakunki? Nie może ich tu być, chyba że… chyba że… Myśl broniła się przed ujawnieniem, wiła się jak wąż, próbując dać nura i skryć się w otchłani świadomości.

Skąd przyjechała ta ciężarówka?

Pytanie wynurzyło się nie wiadomo skąd. Tak jakby ktoś wyszeptał je do ucha. Lekarz postanowił otworzyć jedno z opakowań. Bardzo szybko odkrył coś, czego chyba podświadomie szukał. Na dole, pod nazwą supermarketu, drobnymi literkami był napisany adres: numer domu, nazwa ulicy i… miasto.

„Antofagasta” przeczytał Jay-D. Szczęka mu opadła… Richardson nie był znawcą geografii północnego Chile, ale znał ten region na tyle dobrze, by zdać sobie sprawę, że samochód nie przyjechał ze wschodu kraju. I to było niedobre. Bardzo niedobre.

Mężczyzna zeskoczył ze skrzyni na ziemię i pobiegł z powrotem do szpitala. Serce mu waliło jak maszyna do stenotypii pod palcami stenografistki. Szczupły kierowca ciężarówki wciąż siedział na tym samym miejscu.

Posłuchaj, przyjacielu… Jak się nazywasz? zapytał zdyszany lekarz.

Tacito… Tacito Rejes, señor. Handlarz z trudem radził sobie z angielskim.

Chcę cię o coś zapytać.

Tacito podniósł się skwapliwie. Jego usta drżały. Mętne oczka wypełniły się łzami.

Ja nie pójdę siedzieć, señor? zabełkotał. Jeżeli mały nie umrze, nic mi nie będzie, prawda? Przecież go przywiozłem…

Jay-D przerwał Chilijczykowi niecierpliwym gestem.

Nikt cię o nic nie obwinia. To był nieszczęśliwy wypadek. Nowozelandczyk znów kłamał, ledwo powstrzymując zniecierpliwienie. Mnie interesuje coś innego. Proszę cię, pokaż mi miejsce, gdzie się znajdowałeś, kiedy… hm… zauważyłeś tego chłopca.

Nowozelandczyk wskazał na mapę. Chilijczyk w skupieniu podrapał się w potylicę.

No… nie wiem.

Tak mniej więcej. Jay-D podniósł głos.

Mężczyźni przysunęli się do mapy.

To było tutaj, señor… Tacito pokazał odcinek drogi.

Lekarz poczuł, jak włosy stają mu dęba na głowie i jeżą się jak szczecina na karku wilka, a po ciele przechodzi dreszcz. Nie zapytał po raz drugi, czy Tacito jest przekonany, że wskazane na mapie miejsce na pewno jest tym, w którym nastąpiło zderzenie. Nie miało to żadnego znaczenia.

Jechałeś z Antofagasty połykając słowa ze zdenerwowania, uściślił Richardson.

Tak, señor. Skąd jeszcze mógłbym wlec tego mojego rzęcha?

Kardiochirurg pobladł, czując, jak nieopisany strach ściska mu serce. To nie element układanki, który nie pasował do obrazka. To obrazek, który rozlatywał się z powodu jednego nieprawidłowego elementu.

K-k-kiedy… kiedy to się stało?

Co mianowicie? z zakłopotaniem zapytał kierowca.

Kiedy natknąłeś się na tego gnojka?! ryknął Jay-D. Godzina, czas!

Ma pan na myśli białego chłopca?

Tak!

Tacito podniósł oczy, przypominając sobie kolejność wydarzeń tego wieczoru.

Tuż po zachodzie słońca, kilka minut przed szóstą. Trzydzieści minut po tym, jak minąłem Carmen Alto.

Nowozelandczyk rozdziawił usta. On widział malca pół godziny wcześniej.

To niemożliwe…

Co jest niemożliwe, señor?

Richardson go nie słyszał. Pogrążył się w myślach. Mógł umotywować wszystko: dziwne zachowanie chłopca, niepojęty fakt jego obecności pośrodku pustyni, a nawet zamienioną w farsz głowę. Dla wszystkiego można było znaleźć rozsądne, mniej więcej prawdopodobne wytłumaczenie. Jednakże tego, co dopiero teraz uświadomił sobie, nie dawało się ani objaśnić, ani przyjąć do wiadomości. Tacito pokazał palcem inną drogę: Flavio i on jechali do Calamy ze wschodu, z San Pedro, tymczasem Tacito Rejes pędził swoją ciężarówką z południowego zachodu, z Antofagasty przez Carmen Alto.

Ale nie to było najważniejsze.

Nowozelandczyk opuścił wzrok i popatrzył na skalę umieszczoną w prawym dolnym rogu mapy. Podniósł dłoń, dotknął kciukiem punktu pośrodku drogi Carmen Alto–Calama na południe od miasta, tam, gdzie Rejes potrącił chłopca, a wskazujący palec odchylił na wschód i przytknął w miejscu, gdzie on i stary Indianin Flavio natrafili na białego smarkacza. Po czym cofnął rękę i nie zmieniając położenia rozcapierzonych palców, oszacował odległość, porównując ze skalą. Odstęp między punktami według skali mapy wynosił sto–sto dwadzieścia kilometrów w linii prostej. Linii prowadzącej przez nieprzebyte obszary usiane skałami, pocięte rozpadlinami i niemal w całości pokryte wydmami.

Jay-D bezradnie wytrzeszczał oczy na mapę. I co my tu mamy? Najpierw on napotyka przedziwnego chłopaka, którego pół godziny później Tacito Rejes potrąca w zupełnie innym zakątku Atakamy. Ten smarkacz nie mógł ot tak się powielić, co oznacza, że musiał przemknąć przez dziewiczą pustynię z prędkością co najmniej dwustu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Żadne stworzenie nie porusza się tak szybko.

Lekarz wytoczył się jak pijany na ulicę i powlókł do hotelu. W głowie huczało mu niczym w ulu zasiedlonym przez rozdrażniony pszczeli rój. Ramiona drżały, a serce zatrzymywało się z powodu najmniejszego szmeru, jaki dochodził z ogarniętych ciemnościami zaułków. Wszędzie majaczyły mu tajemnicze i złowrogie sylwetki białych chłopców. Richardson nie wierzył w duchy, teleportację, czarne dziury, zakrzywienie czasoprzestrzeni czy inne tego typu brednie, dlatego też opierał się strachowi, starając się zaakceptować fakty i usiłując znaleźć możliwą do przyjęcia odpowiedź.

Tuż przy samym hotelu kardiochirurg potknął się o niewysoki krawężnik i niemal grzmotnął na ziemię, ale podparł się dłońmi o popękany asfalt. W tym samym momencie coś jakby przemknęło mu przed oczami. Kiedy się wyprostował, zamarł. Przestraszył się, że myśl mu się wymknie, zanim zdoła doprecyzować. Na szczęście nic takiego się nie stało.

Chłopcy… wymamrotał. Nie chłopiec, tylko chłopcy…

I oto Jay-D Richardson, czterdziestopięcioletni kardiochirurg, który tak naprawdę miał bardzo mało wspólnego z dotychczasowymi zajściami ani nie brał bezpośredniego udziału w aktualnych wydarzeniach, który za kilka godzin wyruszy z powrotem do Auckland, dzięki czemu szczęśliwie uniknie wielu paskudnych zdarzeń, jakie rozegrają się w bezludnych trzewiach Atakamy, był tym pierwszym, który wyciągnął (jak na razie) jedyny logiczny wniosek z tej historii: Czyli było ich co najmniej dwóch.

VI

Frank Di’Anno, który planował spędzić na północy Chile najwyżej pięć dni, został tam długie trzy tygodnie. Niestety, był zmuszony zamienić wygodny pokój hotelowy w Calamie na ponure wnętrze celi aresztu śledczego w Santiago.

Tymczasem ani liczne wyczerpujące przesłuchania Di’Anno i Rejesa, ani dokładne sprawdzenie tomografu komputerowego nie przyniosły żadnych rezultatów. Urządzenie okazało się w pełni sprawne i działało jak szwajcarski zegarek. Niezależny ekspert potwierdził opinię Australijczyka, że incydent, do jakiego doszło w klinice w Calamie, byłby możliwy tylko wtedy, gdyby wewnątrz czaszki tego białego biedaka umieszczono metalowe płytki, które pod wpływem pola magnetycznego rozerwałyby mu głowę. Jednakże płytek metalowych nie było, a nowe, coraz to inne badania ciała niczego istotnego nie wniosły. We krwi małego wykryto co prawda cały zestaw hormonalnych sterydów, w tym aldosteron[14], i to było dziwne, ale w żadnym wypadku nie tłumaczyło, jakim cudem głowa młodego pacjenta pękła jak przejrzała morela. Pod każdym innym względem to był zwyczajny dwunastolatek.

Jeszcze dziwniej wyglądała sprawa ustalenia jego tożsamości. Nikt go nie szukał. Ani przed zajściem, ani po nim nikt nie zgłosił się na policję w sprawie zniknięcia białego chłopca, żadna rodzina turystów nie zgubiła dzieciaka podczas wypoczynku w Chile, do Ministerstwa Spraw Zagranicznych nie wpłynęły żadne noty z ambasad obcych państw. Nie pomogły także skrupulatne poszukiwania w należącej do urzędu celnego bazie danych obcokrajowców przybyłych do kraju w ciągu ostatniego pół roku. Formalnie smarkacz po prostu nie istniał.

Śledztwo utknęło w martwym punkcie.

A poza tym… Nikt nie chciał mieć jeszcze większych problemów. Pewnego dnia ciało chłopca odwieziono z powrotem na Atakamę i pogrzebano na pustkowiu za Calamą. Akta sprawy kryminalnej spalono (w sensie dosłownym), a Frankowi Di’Anno kazano się wynosić (dla pewności przystawiając mu w paszporcie jaskrawoczerwoną pieczątkę „DEPORTOWANY”). Nie omieszkał wykonać tego z niekłamaną radością.

Nikt nie mógł przewidzieć, że dziwne zdarzenie na pustyni to dopiero początek prawdziwych kłopotów…

ZAPROSZENIE

VII

Czwartek, 13 sierpnia, 10.05 (UTC +2) Wydział Gaming AI[15] firmy Time-To-Play Technologies Kijów, Ukraina

Tymur Korszak skończył przeglądanie poczty, gdy brzęknął telefon stojący na stole.

Chłopak podniósł słuchawkę.

– Słucham.

– Tymurze! – Suchy głos szefa sprawił, że Korczak odruchowo wstał. – Nie jesteś zajęty?

– Nie… Na razie nie… – Tymur nachmurzył się. Poranne telefony od kierownictwa z reguły nie wróżyły nic dobrego.

Szef zrobił dziwnie długą pauzę, po czym powiedział bezbarwnym tonem:

– To bierz dupę w troki i szoruj do mnie do gabinetu. Trzeba pogadać.

Chłopak się skrzywił. Jeżeli dyrektor do spraw badań zaprasza cię z samego rana do swojego gabinetu, z pewnością możesz oczekiwać samych nieprzyjemności. Taki telefon oznacza albo ekstrapilne zadanie z gatunku „zesraj-się-zde-chnij-ale-zrób”, gdy żądają od ciebie po dziesięć tysięcy linijek kodu dziennie, albo nadprogramową zjebkę (z reguły dlatego, że jakiś megazaawansowany „pieprzony użytkownik” zamęczył w ciągu minionej doby wszystkich chłopaków z helpdesku. A najczęściej i jedno, i drugie).

– Już idę – mruknął Tymur i odłożył słuchawkę; było jasne, że są szanse, by dzień, który się tak wspaniale rozpoczął, zepsuł się nad wyraz szybko. Kiedy pogrążony w myślach przygładzał dłońmi nastroszone nieposłuszne włosy, znad najbliższej przegródki, które oddzielały poszczególne stanowiska pracy, wynurzyła się wielka głowa Jarka osadzona na grubej krótkiej szyi.

– Co, gruby Madafaka prosi na dywanik? – zapytała głowa, kończąc przeżuwanie porannego pączka. Oficjalnie do dyrektora odpowiedzialnego za sprawy rozwoju strategicznego i badań (w skrócie dyrektor ds. RSB) zwracano się Dmytro Witaliowycz. Jednakże niecodzienne nazwisko szefa – Puzaty – jak również paskudny i kłótliwy charakter, ciężki jak humor niedźwiedzia, którego obudzono o dwa miesiące za wcześnie ze snu zimowego, nie pozostawiały dyrektorowi żadnych szans. Poza plecami podwładni drwili z niego, wymyślając coraz mniej sympatyczne przezwiska.

Tymur z ociąganiem kiwnął głową.

– Będzie bił? – spytał kolega z nadzieją w głosie, nie ukrywając sarkazmu.

– Nie wiem.

– Ale za co? – nie odpuszczał Jarosław.

Tymur zamyślił się. Chyba ostatnimi czasy niczego nie spartaczyli.

– Nie wiem, człowieku…

– Czyli na pewno „za zaszłości” – oznajmił autorytatywnie Jarek.

Otrzymywanie opieprzu „za zaszłości” było szczególnie przykre. To skutkowało zazwyczaj dłubaniem w przestarzałych kodach programowych, które później nie wiadomo kto naprawiał i przerabiał, ponownym badaniem koncepcji modułu, a może i całego programu, wyszukiwaniem dodatkowych plików z funkcjami i klasami, które najprawdopodobniej już od dawna nie są wykorzystywane.

– Do bani – wymamrotał Tymur. – Dobrze, pójdę, bo zacznie wrzeszczeć.

– Powodzenia. – Właściciel głowy mrugnął złośliwie i znikł za przegródką.

Tymur przełączył komputer w tryb uśpienia. W czarnej czeluści ekranu odbiła się jego twarz – ładny owal o regularnych rysach nieco popsuty odstającymi uszami, twarz, w której spokojnie pobłyskiwały jasnoszare, niemal bezbarwne oczy. Wysoki, o szerokiej klatce piersiowej, nie wyglądał jak zawodowy programista charakteryzujący się na ogół dyżurnym tygodniowym zarostem, oponkami wokół brzucha i zgarbionymi plecami.

Korszak odjechał od stołu wraz z fotelem, wstał i powlókł się do szefa.

VIII

Pokonując schody na drugie piętro, gdzie mieściły się gabinety analityków i dyrekcji, chłopak rozmyślał nad tym, co mogło być przyczyną tego porannego wezwania.

Firma Time-To-Play Technologies wyrobiła sobie markę dzięki gaming environment, czyli środowisku gry. Specjaliści z TTP Technologies przez lata opracowywali matematyczne modele wiatru, trawy, krzaków, drzew, oddzielnych listków, przydrożnych kamieni, a nawet kurzu i algorytmy ich współdziałania. Dzięki stałej współpracy matematyków, fizyków, grafików 3D oraz programistów komputerowych firmie udało się stworzyć podobieństwo realnego świata, niemal jego wierną kopię. Nie chodziło tylko o wizualizację. W grach wyprodukowanych przez TTP Technologies pada „prawdziwy” deszcz, bez przerwy wieje wiatr, słońce kryje się za chmurami lub wygląda zza nich, przy czym zjawiska te nie są zaprogramowane na konkretną godzinę, pojawiają się wtedy co w naturze.

Tymur specjalizował się w botach. Jego zadanie polegało na tym, aby mieszkaniec takiego doskonałego wirtualnego świata zachowywał się realistycznie. Z uwagi na tak wielką różnorodność zjawisk i zdarzeń w środowisku gry (w programowaniu nazywa się je „strumieniami”) niełatwo jest nauczyć boty optymalnie wybierać drogę (omijać mokre czy porośnięte bujną roślinnością miejsca), chować się (z uwzględnieniem aktualnej możliwości obserwacji), bezbłędnie identyfikować „żywe” obiekty (inne boty lub innych graczy) w środowisku, gdzie praktycznie wszystko się rusza, i przy tym nie zapominać o najważniejszym – atakować albo bronić gracza, jedyną naprawdę myślącą istotę w świecie gier. Nigdy nie wiesz, w jakim miejscu i czasie strumienie przetną się ze sobą.

Wkrótce po tym, jak koncepcje sztucznej inteligencji zaimplementowano w grach i w związku z tym wprowadzono je do jądra, zaczęły się problemy. Jak się okazało, umieszczenie botów w nowym modelu stanowiło jedynie połowę sukcesu. Znacznie trudniejsze było zniechęcenie ich do realizowania nieodpowiednich działań w tak skomplikowanej rzeczywistości. Trzeba było oduczyć żołnierzy rozstrzeliwania kupek opadłych liści, które przypadkowy poryw wiatru zrywał od czasu do czasu z drzew i rozwiewał po trójwymiarowej planszy, biegania zygzakiem po to, by omijać kałuże, gdy do celu pozostaje kilka kroków, a także innych nieracjonalnych zachowań.

Tak więc stworzone przez Tymura boty nie tylko przemieszczały się po planszy, strzelały czy uchylały się przed kulami, lecz także współdziałały ze środowiskiem. Analizowały wirtualny świat. I dzięki temu gra nie miała sobie równych. Niezależnie od tego, ile razy gracz pokonywałby ten sam poziom, nigdy mu się nie uda poprowadzić akcji w identyczny sposób.

Światowa premiera pierwszej części FPS[16] Stalker porządnie wstrząsnęła światowym przemysłem gier komputerowych. Tylko w USA sprzedano ponad dwa miliony egzemplarzy, a zysk firmy wyniósł czternaście milionów dolarów. Przyczyna takiego sukcesu tkwiła nie tylko w mistrzowskim przedstawieniu i spójności środowiska gry. Wielbicieli strzelanek podbiły postacie, które jakościowo odróżniały się od prymitywnych botów w takich grach, jak DOOM 3, Half-life 2 czy nawet Unreal II: Awakening. Nowe boty były na tyle realistyczne, że niekiedy wydawały się… żywymi istotami. W ciągu dwóch lat nieznana nikomu ukraińska firma bardzo się umocniła na rynku, zdobyła furę zamówień i nawet zaczęła kształtować trendy w przemyśle gier komputerowych. I należało to zawdzięczać przede wszystkim Tymurowi.

Idąc korytarzem, chłopak zastanawiał się, co mogło spowodować niezadowolenie szefa. Czwarty dodatek do Stalkera ukazał się na rynku pół roku temu. Owszem, były w nim bugi[17], ale dotyczyły wyłącznie fabuły gry i tekstur na poszczególnych obiektach 3D. Jego boty nie mogły mieć z tym nic wspólnego. Nowe pokolenie żołnierzy, nad którym pracował obecnie, znajdowało się na etapie szkiców koncepcyjnych. Boże, spraw, żeby w ciągu dwóch lat boty te zostały przekazane do testerów.

A więc jeżeli mi się dostanie, to na pewno z powodu jakichś starych spraw – doszedł do wniosku programista, stając przed drzwiami dyrektora ds. RSB. Zatrzymał się na chwilę, nasłuchując. Zza drzwi dolatywały ściszone głosy. Gruby Madafaka nie był sam, mówił do kogoś po angielsku.

Tymur wciągnął w płuca powietrze i zapukał.

– Wejść – dało się słyszeć przez drzwi.

Chłopak przekroczył próg z beztroską miną.

– O, Tymur! Witam, witam! Wejdź… Siadaj. – Dyrektor zaproponował mu gestem jedno z krzeseł.

Puzaty był tęgim, krępym facetem o całkowicie łysej głowie, pasującym do nazwiska brzuchu wylewającym się ze spodni i wydatnej, masywnej szczęce. Odwróciwszy się do swego gościa, smagłego cudzoziemca w modnym gogusiowatym garniturze, który siedział rozparty na skórzanej kanapie po drugiej stronie stołu, gdzie gospodarz podejmował gości, Puzaty przemówił po angielsku z potwornym akcentem:

Here is that guy. – I wskazał na Tymura.

Młody mężczyzna odpowiedział na powitanie i usiadł na krześle; domyślał się, że ci dwaj właśnie o nim rozmawiali.

Okay… I see… – wolno odpowiedział nieznajomy. – He’s so young.

Only twenty seven.

That’s… strange[18].

Gość siedział z nogą założoną na nogę i bezceremonialnie przyglądał się Tymurowi. Z jego ciemnych oczu wiało chłodem, a równocześnie… niepojętą beznadziejnością. Chłopak nagle zrozumiał, że opieprzu nie będzie. Jednak myśl ta nie przyniosła mu ulgi.

– To jest Oscar Steirmann. – Dyrektor przedstawił nieznajomego. Steirmann był Chilijczykiem o żydowskich korzeniach.

– Tymur Korszak. – Chłopak powściągliwie skinął głową.

Nice to meet you, Tymur[19]. – W głosie Oscara wyczuwało się nieznaczny akcent hiszpański. I żadnej nutki szacunku.

– Pamiętasz zlecenie, jakie dostaliśmy trzy lata temu od General Genetics? – Puzaty poruszył się niespokojnie na krześle i przeszedł na ukraiński. – To ci dziwacy, którzy zamówili tylko kod.

Tymur nie musiał zbytnio wysilać pamięci, by przypomnieć sobie ten cudaczny projekt. Najbardziej niezwykłe, ale jednocześnie chyba najłatwiejsze zadanie w całej jego karierze w TTP Technologies. Firma General Genetics, która niby opracowywała komputerową fabularną grę akcji (action game), złożyła zamówienie na boty przeznaczone do działania w grupie – w jednym wielkim roju – ale (!) nie określiła właściwie przy tym żadnych danych wyjściowych ani nie zdefiniowała środowiska, w którym miała się rozgrywać akcja gry. Zleceniodawcy potrzebny był tylko surowy kod.

– Szefie, musi pan zrozumieć. – Tymur schylił się do przełożonego i powiedział ściszonym głosem: – Nie kompilowałem tego kodu. To było nie do pomyślenia! Nie mogę przecież wziąć i skompilować oddzielnej procedury lub wyrwanej z kontekstu klasy. Nie mieliśmy żadnych szans przetestować naszych rozwiązań w realistycznej grze. Więc jeżeli u nich…

– Uspokój się – przerwał mu szef. – Doskonale pamiętam to dziwaczne zlecenie. Do ciebie nikt nie ma żadnych pretensji. Akurat odwrotnie, w tej sytuacji jestem całkowicie po twojej stronie.

– W takim razie nie rozumiem, w czym jest problem. I dlaczego zreflektowali się właśnie teraz? Przecież minęły trzy lata!

Puzaty wzruszył ramionami.

– Porozmawiaj z tym picusiem. Ja niczego się od niego nie dowiedziałem. Chce gadać tylko z autorem, czyli z tobą.

– O czym?

– O tym, co go martwi… I nie denerwuj się. – Oczy Puzatego chytrze błysnęły. – Mam nadzieję, że uda nam się wycisnąć z niego trochę grosza.

Tymur wyprostował się na krześle i spróbował się uśmiechnąć.

Hi, Oscar – przywitał się po raz drugi i rzeczowo przemówił po angielsku: – To ja tworzyłem kody na wasze zamówienie trzy lata temu.

– No tak. Wiem już o tym.

– Czy coś jest u was nie w porządku?

– U mnie wszystko wspaniale. – Gdy Steirmann mówił, jego twarz niemal nie wyrażała żadnych emocji, tak jakby zamiast skóry miał gumową maskę. – Ale pańskie boty… z nimi zaczęły się problemy.

– Proszę tego nie potraktować jak banalnej wymówki, lecz nie ma w tym mojej winy. – Wyniosłość wyelegantowanego gościa nieco drażniła Tymura. – Przypomnijcie sobie wasze warunki techniczne. Przecież ich nie było! Czułem się jak cieśla, którego zmuszono do strugania ram okiennych i nie podano mu wcześniej wymiarów okna.

– To było konieczne – powiedział Oscar.

– Wasze prawo! Ale co ja mam teraz zrobić? Minęły aż trzy lata. Nie daliście nawet znać, czy byliście zadowoleni z projektu. Moje boty potrzebują specyficznej przestrzeni wirtualnej, niezbędnej dla gry. Całkiem możliwe, że okazały się za skomplikowane dla waszego matematycznego jądra.

– Skomplikowane? – powtórzył gość, dziwnie się uśmiechając. – O nie. One były wspaniałe. Idealne! Analizowały wszystko, co się działo, różne zdarzenia, podejmowały decyzje, współpracowały ze sobą, wykonując każde zadanie jak prawdziwa drużyna… Dla nas to było najważniejsze.

Tymur w żaden sposób nie mógł się zorientować, dlaczego Steirmann mówi o wirtualnych żołnierzach w czasie przeszłym. Brzmiało to tak, jakby opowiadał o żywych ludziach. I to było bardzo dziwne.

– I co się stało? Czy ktoś nabroił, optymalizując kod?

Oscar mocno zacisnął usta, aż na dolnej szczęce zadrgały mu mięśnie, i wytężył wzrok, patrząc w kierunku okna. Kiedy odwrócił twarz, Tymur zdążył (już po raz drugi) dostrzec we wzroku gościa wątpliwości i przygnębienie oraz jeszcze coś takiego, czego zupełnie nie spodziewał się ujrzeć w oczach nadętego elegancika zza oceanu… Niekontrolowany strach? Panikę? Po chwili Steirmann wziął się w garść, mimo to nie odpowiedział na pytanie programisty.

– Pozwólcie, panowie, że powiem kilka słów – wtrącił się dyrektor. – Zmieniamy obecnie koncepcję budowy świata. – Mówił oczywiście o wirtualnym środowisku gry, trójwymiarowej planszy, ale jego wypowiedź mimo wszystko zabrzmiała obrazoburczo i patetycznie. Wyglądał jak Zeus na Olimpie. W najgorszym, jeżeli można tak powiedzieć, znaczeniu tego słowa. – Zamiast opisywać zachowanie poszczególnych obiektów, takich jak drzewa, chmury, strumyki czy jeziora, przechodzimy do programowania aspektowego. Jeśli wcześniej chmura była tylko modelem 3D, który zmieniał kształt, rozmiar, kolor oraz przezroczystość w zależności od stopnia wilgotności, poruszał się w określonym kierunku, z rzadka zlewając się z innymi obiektami modelowanymi w ten sam sposób, to obecnie jest to ogromne skupisko: sieć lub chmara maleńkich agentów, będących nosicielami całego zestawu funkcji niezbędnych do współdziałania z innymi agentami. Taki agent-kropla może „wyparować”, „skroplić się”, „skrystalizować się” w zależności od warunków zewnętrznych, a także od stanu sąsiadujących z nim agentów. – Bez względu na swój paskudny charakter dyrektor ds. badań firmy TTP Technologies był wybitnym specjalistą. – Proszę sobie wyobrazić – kontynuował – jak rozgrzana chmara-rój trafia w strefę chłodnego powietrza. Agenci usytuowani na powierzchni szybko stygną i przechodzą w ciekły stan skupienia, wówczas w świecie gry pada deszcz. Podczas skraplania się z agenta-kropli wydzielana jest energia w postaci ciepła. Jeżeli powietrze dość szybko się nagrzewa, deszcz ustaje, a chmura, która straciła część agentów, przemieszcza się dalej. Jeżeli nadal napływa chłodne powietrze, położeni wewnątrz chmury agenci-krople także zaczną się skraplać, a ulewa nie skończy się, póki chmura się nie wyczerpie. Kiedy agenci spadną na ziemię, będą tworzyli kałuże, strumyki albo jeziora, dopóki nie wyparują po raz kolejny. Taki oto nieprzerwany proces jest możliwy dzięki naszemu oprogramowaniu!

Dyrektor zerknął z zaciekawieniem na gościa. Oscar Steirmann pozostał niewzruszony. Jego spokój graniczył z obojętnością. Dmytro Puzaty kontynuował:

– Wiadomo, że na początkowym etapie opisanie i wyregulowanie agentów zajmuje kupę czasu, ale summa summarum ogromnie się opłaca. Programowanie aspektowe eliminuje wiele ograniczeń ze środowiska wirtualnego świata gry. Dziś wystarczy tylko stworzyć planszę, wprowadzić na scenę agentów, odpowiedniki wody, powietrza oraz materii organicznej, zadać im wyjściowe warunki i włączyć słońce. W rezultacie otrzymamy nie sceny z gry, tylko unikatowy i niepowtarzalny wirtualny świat! – Chcąc jakby podkreślić ostatnie słowa, szef zamachał rękami. – A propos, Tymur pracuje obecnie nad tym, aby postacie z gry… hm… czuły się komfortowo w nowym świecie. Poprzedniego pokolenia botów nie da się tu wykorzystać… One się gubią, głupieją… słowem, nie są do niczego potrzebne.

Tymur kiwnął potakująco głową.

– Dlatego może będzie lepiej, jeśli zamiast modyfikować przestarzałe kody, które stwarzają problemy, spróbujemy rozstrzygnąć kwestię za pomocą…

– Nie – przerwał Puzatemu Oscar Steirmann. – Nie potrzeba żadnych nowych rozwiązań. My chcemy, by osoba, która trzy lata temu stworzyła kody wyjściowe dla botów, teraz rozwiązała parę problemów. Rozumie mnie pan? Dla botów. Kropka.

Ani Tymur, ani jego szef nie domyślali się, że ich gość (który nie był profesjonalnym programistą) wie na ten temat nie mniej niż oni i jest w stanie dosyć sporo opowiedzieć. W szczególności o objawach zewnętrznych i ich skutkach. Chociaż wówczas nie miało to już znaczenia.

Słowa Chilijczyka uraziły Puzatego. Dyrektor wydął nozdrza i nachmurzył się.

– Co to dokładnie za problemy? – prychnął.

– Nie jestem specjalistą, dlatego nie mogę niestety przekazać wszystkich szczegółów. – Dandys uchylił się od odpowiedzi. – Jednak wasze boty zachowują się nie tak, jak byśmy chcieli.

– Co pan przez to rozumie?! – wybuchnął dyrektor, zapominając o cierpliwości i opanowaniu, które były niezbędne w rozmowach z klientami. – Czy one biegają nago po planszy i obrzucają się nawzajem własnymi odchodami, zamiast zgodnie ze scenariuszem atakować gracza?

Tymur przygryzł dolną wargę. Nie dlatego, że mu się nie spodobała riposta przełożonego. Po prostu tak się z klientem nie rozmawia.

Steirmann zignorował ten niezbyt stosowny żart. W gabinecie zapadła kłopotliwa cisza.

– Może ma pan nagranie przebiegu jakiejkolwiek misji, gdzie wykorzystano mój kod? – zapytał Tymur (poszukiwanie bugów zaczyna się od przeglądania filmików nagranych przez testerów). – To mogłoby rzeczywiście pomóc. – Coraz bardziej dziwiła go cała ta sytuacja. Po co się fatygować cholera wie z jak daleka, jeżeli takie wątpliwości można omówić w e-mailu lub na Skypie?

Po raz pierwszy od początku rozmowy obcokrajowiec się zawahał.

– Panowie nie rozumieją. – Krzaczaste brwi Oscara podniosły się, mężczyzna pochylił się ku przodowi. – Żeby się zorientować, trzeba być tam, na miejscu, dlatego właśnie przyleciałem na Ukrainę… Dlatego potrzebuję cię, Tymurze.

Chłopak i jego szef spojrzeli po sobie.

– Czy dobrze pana zrozumiałem? Chce pan zabrać Tymura ze sobą?

– Tak, chcemy „wydzierżawić” waszego specjalistę. Inaczej nic z tego nie będzie.

Takiego obrotu sprawy nikt nie oczekiwał. Jeszcze nigdy nikt nie przyjeżdżał do TTP Technologies, by „wypożyczyć” ich fachowca i opłacić jego delegację. To trąciło myszką, było jakieś staroświeckie, jak w średniowieczu – przysłać umyślnego, by wypożyczył mistrza do wykonania trudnego zadania. Nonsens! Po co delegować kogoś za dziewiątą górę, za dziesiątą rzekę na konsultacje, kiedy równie dobrze można omówić wszystko za pomocą e-maili?

Dyrektor się zamyślił.

– Jesteśmy gotowi hojnie zapłacić – dodał człowiek w garniturze.

– My, czyli kto? – palnął Tymur. Trzy lata temu, gdy powierzono mu projekt, który firma TTP Technologies potraktowała jako coś niezbyt poważnego, zleceniodawcą był General Genetics, jednak umowę podpisywała osoba fizyczna, a to oznaczało, że z prawnego punktu widzenia mogła nie mieć żadnego związku ze wspomnianą spółką. Za wykonywaną pracę płacili regularnie, zawsze z góry, przy czym pieniądze przesyłane były nie z USA, lecz z jakiegoś południowoamerykańskiego państwa (Tymur wysilał pamięć, ale nie mógł sobie przypomnieć z jakiego).

– Centrum eksperymentalne NGF-Lab – usłyszał w odpowiedzi. – Jest to… hm… placówka naukowa, która prowadzi badania na zamówienie różnych niezależnych fundacji oraz… khm… osób prywatnych. Inwestycje przeważnie amerykańskie i japońskie.

– NGF-Lab? – powtórzył Dmytro Witaliowycz.

– Tak.

Puzaty zerknął z ukosa na brzeg stołu, gdzie leżała wizytówka Oscara Steirmanna. Widniało na niej logo innej firmy – General Genetics.

– I dokąd trzeba lecieć? – spytał Tymur.

Na twarzy Steirmanna nie drgnął żaden mięsień. Tylko skóra wokół oczu się napięła, a źrenice zmieniły kolor – z piwnych stały się całkiem czarne, jak dno bardzo głębokiej ponurej studni. Chilijczyk, nawet nie mrugnąwszy okiem, odpowiedział:

– Laboratorium znajduje się na pustyni Atakama. To na północy Chile.

– Gdzie?! – Puzaty otworzył ze zdumienia usta.

– Chile, Ameryka Południowa.

Dyrektor przypomniał sobie, że trzy lata temu pieniądze przychodziły z ABN AMOR Bank Chile, ale nawet przez myśl mu nie przeszło, że ośrodek badawczy znajduje się na pustyni. W tym momencie ostatecznie pojął, że spółka General Genetics czy NGF-Lab, czy jak to się tam nazywa, produkuje wszystko, tylko nie komputerowe strzelanki… Puzaty zerknął na Tymura. Ten pokiwał głową na boki i wyszeptał bezgłośnie: Fuck it![20].

– Jaka, do diabła, pustynia, amigo? – Puzaty porzucił wszelkie konwenanse.

– Długo by trzeba wyjaśniać.

– Szanowny panie, może jednak wystarczy tej gry w ciuciubabkę? Przecież nie wydobywacie tam kruszywa!

– Nie wydobywamy – bez wahania odpowiedział Chilijczyk, skupiając spojrzenie na twarzy rozmówcy. – Ale koniecznie potrzebujemy człowieka, który trzy lata temu wygenerował kod.

Dmytro Witaliowycz starał się w myślach odszukać przykłady branż, w których można byłoby użyć algorytmów gaming AI, stosowanych w grach. Systemy sztucznej inteligencji? Bzdury! Upodabniać sztuczną inteligencję w grach do sztucznego intelektu to tak, jakby umieścić na jednym poziomie złożoności technologicznej czajnik elektryczny i rakietę balistyczną. Mimo ponaddwudziestoletniego stażu pracy i doświadczeń z różnorodnymi programami Puzaty nie miał zielonego pojęcia, gdzie jeszcze oprócz gier komputerowych można zastosować algorytmy sterowania botami.

– Panie Steirmann – wymamrotał oficjalnym tonem, szarpiąc krawat – w umowie nie uwzględniono debugowania. Zamawialiście oddzielne klasy i procedury, a nie gotowy produkt, dlatego my nie…

– Piętnaście tysięcy za tydzień pracy, Tymurze. – Oscar nie patrzył nawet na dyrektora. – Plus dwadzieścia tysięcy premii po jej zakończeniu, jeżeli oczywiście sprostasz zadaniu – wyrecytował Chilijczyk i dodał: – Mam na myśli dolary.

Łysy dyrektor zakaszlał. Omal nie udławił się własnym językiem. Tymur był nie mniej zszokowany. Wymieniona kwota sięgała wysokości wynagrodzenia topowych menedżerów Microsoftu lub Google.

– A ile tygodni? – spytał na bezdechu.

– Osiem. Może trochę więcej… Dziesięć. – Oscar położył na stole jakieś papiery. – Tu jest umowa. W niej wszystko jest ujęte. Wiza już na ciebie czeka. Potrzebny mi tylko twój paszport.

Tymur przestał się wahać.

– Niestety, muszę odmówić… We wrześniu biorę ślub. – Odwrócił się do swojego szefa. – Lada chwila miałem prosić pana o urlop.

Dmytro Puzaty odetchnął z ulgą. Bodaj po raz pierwszy w życiu był szczęśliwy z powodu tego, że jego podwładny wykręca się od pracy.

– Możesz uważać, że już go masz.

Kąciki ust cudzoziemca podniosły się, co pewnie miało oznaczać uśmiech; nie zmieniając tonu, stwierdził dobitnie:

– Dwadzieścia tysięcy tygodniowo. Pięćdziesiąt tysięcy nagrody. Prócz tego NGF-Lab zapłaci każdą kwotę firmie TTP Technologies za to, by Tymur dostał delegację.

Dyrektor do spraw rozwoju strategicznego i badań o mało nie spadł z krzesła.

Co najmniej sto sześćdziesiąt kawałków – policzył szybko w myślach Tymur. To niezłe mieszkanko w Kijowie! I to w ciągu jakichś dwóch miesięcy… Ta propozycja przyprawiała o zawrót głowy.

– Ja… mm… muszę omówić jeszcze sprawę z narzeczoną… – wymamrotał z zażenowaniem po długim namyśle.

– Czekam na odpowiedź do jutra rano. Nie później.

– Tak szybko…

– Nie mam wyboru.

– Okej. Ale nawet jeżeli się zgodzę – rzekł Korszak, ważąc każde słowo – musi pan zrozumieć, że trudno będzie przywrócić kod.

– Dlaczego? – zapytał Steirmann, a Tymur pomyślał, że gość nie ma nic wspólnego z programowaniem.

– Powiedział pan, że nasze boty zachowują się nie całkiem tak, jak byście tego chcieli.

– Owszem.

– Żeby to określić, musieliście skompilować mój kod i uruchomić go.

Oscar przytaknął.

– Nie mogliście skompilować kodu, nie adaptując go do ciała głównego programu – rozwijał swoją myśl chłopak. – Ja pisałem tylko oddzielne fragmenty, przy czym nie biblioteki DLL[21], lecz oddzielne klasy i procedury. Innymi słowy, utworzony kod należało dopracowywać… no, dopasowywać do podstawowego modułu gry.

– Jasne. Nasi programiści dali sobie radę. Co dalej?

– Będę musiał zorientować się w ich poprawkach, potem poszperać w waszym kodzie i porównać, jak jest skorelowany z tym moim. Chodzi o to, że wasz problem może nie dać się rozwiązać… w żaden sposób.

Twarz Chilijczyka pozostawała niewzruszona, za to palce prawej ręki nerwowo bawiły się spinką w mankiecie lewego rękawa.

– Rozwiązanie istnieje – oznajmił Steirmann. – Osobiście nie mam co do tego wątpliwości. Przecież na początku wszystko działało bardzo dobrze.

– A potem zaczęło działać źle? – mruknął sarkastycznie Tymur. – Kod programu to nie element ze stali, który może się odkształcić lub zużyć. Funkcjonuje albo nie.

– Nie mówiłem: „źle”. Powiedziałem: „nie tak jak trzeba”.

Ostatnie wyrażenie powinno było obudzić czujność programisty. Ale kwota w wysokości stu sześćdziesięciu tysięcy dolarów go oszołomiła. Po dłuższej pauzie chłopak przemówił:

– Dobrze… Pomyślę. – W głowie mu huczało, jakby ktoś zdzielił go patelnią.

– Musi pan odpowiedzieć do jutra rano – oświadczył po raz drugi Oscar. Zabrzmiało to jak ultimatum.

Naprawdę grunt im się pali pod nogami – zanotował w pamięci Tymur.

– Wieczorem zatelefonuję do Dmytra Witaliowycza i przekażę swoją decyzję.

– Wspaniale. Będę czekał – chłodno wycedził Chilijczyk.

Tymur podniósł się.

– Na pewno tego chcesz? – Puzaty zaczął mówić po ukraińsku. – Jesteś gotów odwołać ślub? Na miejscu narzeczonej odciąłbym ci jaja.

– Nie wiem. – Chłopak wzruszył ramionami. Był w rozterce. Myśli kłębiły mu się w głowie jak w kotle. – Taka forsa. Trzeba wszystko przetrawić.

Wychodząc z gabinetu, Tymur po raz ostatni zerknął na szefa. Puzaty zrozumiał wszystko bez słów i twierdząco skinął głową.

– Nie przejmuj się – powiedział stanowczo – natychmiast wydam polecenie. Dziewczyny z działu prawnego przejrzą jeszcze raz kontrakt i jeśli znajdą tam chociaż jeden punkt, na podstawie którego oni mogą ciebie oskarżyć lub nie zapłacić ci szmalu, wyślę tego dupka do diabła.

– Dziękuję.

– A teraz spadaj stąd. I myśl. Ale nie, lepiej nie myśl, tylko poradź się przyszłej małżonki. Wbiłeś to sobie do głowy, młokosie?

– Tak, szefie.

Tymur zamknął za sobą drzwi.

IX

Spotkanie się przeciągnęło. Gdy Tymur wracał na swoje miejsce pracy i mijał biurka kolegów, ci oglądali się za nim z zainteresowaniem.

– No i co tam? – nie wytrzymał Jarek, drapiąc się po głowie ze zniecierpliwienia. – Znęcali się nad tobą? Powiedziałeś coś?

Tymur z rozpędu klapnął na krzesło i nastroszył włosy typowym dla siebie gestem.

– Chyba kroi mi się delegacja…

– Dokąd?

– Na razie to nic pewnego. Możliwe, że do Chile.

Jarek gwizdnął.

– Ho, ho, ho… A po cholerę aż tam?

– Sam nie wiem. – Tymur machnął ręką.

– I na długo?

– Na jakieś dwa miesiące.

Jarosław gwizdnął po raz drugi, ale tym razem znacznie głośniej.

– A co powie twoja Alina? Przecież wy… – Kolega otworzył usta, lecz Tymur natychmiast powstrzymał jego kolejne upierdliwe pytanie. Nie podnosząc głowy znad monitora, wystawił palec wskazujący i podetknął Jarkowi prosto pod twarz.

– Spadaj, koleś.

– Już, już. Przecież ja tylko tak… Zrozumiałem… – zaburczał Jarek, przybierając cierpiętniczą minę. – Po prostu… naprawdę jestem ciekaw.

Tymur w tym czasie otworzył przeglądarkę internetową. W pasku adresu wpisał „NGF-Lab” i rozpoczął poszukiwania. Żadnych sensownych wyników. Usunął zatem słowo „Lab” i z trudem tłumiąc rozdrażnienie, nacisnął palcem klawisz Enter. W przeglądarce wyskoczyło mnóstwo linków do jakiegoś Nerve Growth Factor (czynnik wzrostu nerwów – proteiny ważne dla wzrostu, dla podtrzymania oraz utrzymania przy życiu konkretnych neuronów… bla, bla, bla), do National Golf Foundation (Narodowej Fundacji Golfa) oraz ogromnej ilości innych bzdur, które nie miały żadnego związku ani z programowaniem, ani z grami komputerowymi.

Skrótowiec NGF musiał oznaczać coś innego. I Tymur pożałował, że nie zapytał o to od razu. Bo to miało znaczenie.

X

W drodze do domu, przebijając się przez korki w leciwym chevrolecie lacetti, Tymur marszczył czoło i rozmyślał nad tym, jak zareaguje jego narzeczona na wieść o zmianie terminu ślubu. Alina była normalną dziewczyną. Normalną w tym sensie, że w ciągu dziesięciu lat ich znajomości Tymur ani razu nie słyszał i nie widział, żeby wszczęła awanturę albo wpadła w histerię. Natomiast ich stosunki nie były do końca normalne.

Tymur i Alina byli rówieśnikami. Oboje studiowali na Politechnice Kijowskiej, tyle że na różnych wydziałach: chłopak był studentem energetyki cieplnej, a dziewczyna zdobywała wiedzę na wydziale zarządzania i marketingu.

Jak więc się stało, że po jakimś czasie Tymur przekwalifikował się z inżyniera na twórcę gier? Już po pierwszej sesji chłopak się zorientował, że taki poziom nauczania (większość „profesorów” zaglądała po raz ostatni do publikacji naukowych jeszcze za czasów Gorbaczowa) oraz łapówkarstwo, które jak rdza przegryzło już na wskroś wszystkie katedry (dwadzieścia osób z grupy otwarcie, nie kryjąc się, płaciło za zaliczenia i prace semestralne), nie pomogą mu rozwinąć skrzydeł, w związku z czym nie ma czego szukać na wydziale energetyki. Na drugim roku zaczął więc samodzielnie uczyć się programowania. Najpierw pożyczał konspekty od kolegi z wydziału informatyki i techniki obliczeniowej, następnie zasiadł do studiowania specjalistycznej literatury. Delphi 7, C++, Visual C++, MFC i wreszcie OpenGL. Taka wiedza pozwoliła mu bez problemu przejść okres próbny w firmie TTP Technologies.

Poznali się przypadkowo, na pierwszym roku, podczas jednego z międzywydziałowych wieczorków. Alina miała wspaniałą sylwetkę: płaski brzuch, kształtne nogi i jędrne pośladki, od których nie można było oderwać wzroku. Niebieskooka brunetka – rzadki typ urody – cieszyła się niezmiennym powodzeniem u chłopców. Uganiało się za nią z wywieszonymi językami pół wydziału i jeszcze tabun starszych panów – niemal każdy, kto ją znał lub chociaż raz widział z bliska. Tymur wówczas niczym nadzwyczajnym się nie wyróżniał. Wyglądał… no… jak wszyscy. Ale miłość, wiadomo, jest ślepa. Bardzo ślepa. Czasami nie do zniesienia. Królowa zarządzania i marketingu „zachorowała” na niechlujnego, acz zabawnego przyszłego inżyniera, zbzikowanego na punkcie modelowania 3D, programowania oraz gier komputerowych, który nigdy się nie czesał, nosił sportowe bluzy, wytarte dżinsy i znoszone chińskie trampki.

Prawie cztery lata Alina na wszelkie możliwe sposoby przesyłała Tymurowi sygnały, że chce się z nim spotykać. Chłopak reagował jak niedźwiedź na ukąszenia komarów, tym samym rozpalając dziewczynę jeszcze bardziej. Na trzecim roku student zachwycił się problemem sztucznej inteligencji i praktycznie stracił kontakt z rzeczywistością (programiści to zrozumieją). Na poważnie coś zaczęło się między nimi dziać dopiero na ostatnim roku studiów.

Rok po otrzymaniu dyplomów Alina dała Tymurowi do zrozumienia, że nie miałaby nic przeciwko temu, by razem zamieszkali. Chłopak się wahał. Nie żeby był temu przeciwny. Ale wiadomo, to jest odpowiedzialność i w ogóle – po co się spieszyć… Pewnego wieczoru Alina, zmęczona czekaniem, porządnie go wybzykała i postawiła mu ultimatum: albo zamieszkają razem, albo ona odchodzi. Tymur się poddał i młodzi wynajęli jednopokojowe mieszkanie niedaleko stacji metra Szulawska.

Przez kolejne trzy lata było cudownie. Po prostu perfekcyjnie. Dopóki Alina nie zadecydowała, że nadszedł czas, aby ich związek przeszedł na kolejny, najwyższy poziom. I tu się zaczęły problemy. Tymur wszystko doskonale rozumiał, ale uparcie odmawiał oświadczyn. Nie pomagały ani aluzje, ani groźby zerwania związku, ani nawet mediacje ze strony przyjaciół. Na uczelni Alina otrzymywała propozycje zamążpójścia z częstotliwością dwa–trzy razy na semestr. Los otwarcie z niej zakpił, podsuwając jej jako obiekt uczuć głupca, który używał słowa „kocham” wyłącznie w stosunku do gier komputerowych, heavy metalu i piwa Paulaner.

Niebieskooka czarnulka nie odpuszczała, metodycznie podkopując kawalerski fundament egzystencji swojego chłopaka. Działała nienatarczywie, rozważnie i mądrze, tak jak działają rozsądne kobiety. Problem jednak polegał na tym, że Tymur nie był rozsądnym mężczyzną. Był programistą.

Nie warto pisać, ile wycierpiała Alina, zanim Tymur skapitulował. Dwa miesiące temu, w czerwcu, po sześciu i pół roku od dnia, w którym oficjalnie zostali parą, a po dziesięciu latach od ich pierwszego spotkania, chłopak wreszcie pękł i poprosił ją o rękę. Niezgrabnie, nieskomplikowanie, koślawo – ale się jednak oświadczył. Dziewczyna nie protestowała. Wiadomo: nikczemnik zawsze pozostanie nikczemnikiem, nawet gdy się pięknie oświadczy. Tę fundamentalną prawdę zmodyfikowała na własny użytek: przystojny chłopak pozostanie przystojnym chłopakiem, nawet jeśli tak się oświadczy, jak gdyby zrobił kupę pośrodku restauracji. Termin ślubu został wyznaczony na początek września.

I teraz, żółwim tempem wlokąc się do domu, Tymur łamał sobie głowę nad tym, jak powiedzieć Alinie, że wszystko się odwlecze…

W kieszeni zawibrowała komórka. Chłopak wyciągnął telefon. Dzwonił Puzaty.

– Słucham, szefie.

– Właśnie rozmawiałem z dziewczynami z działu prawnego.

– I co?

– Umowa jest w porządku. To żadne oszustwo.

W tym momencie Tymur zrozumiał, jaką da odpowiedź Steirmannowi. Nawet jeśli Alina miałaby wylać mu na głowę garnek z jego ulubionym grzybowym kremem, powie „tak”.

– To wspaniale.

– Czuję po głosie, że skłaniasz się ku odpowiedzi twierdzącej.

– No, jeszcze nie… ale… tak, w zasadzie tak.

– Twoja sprawa, lecz mam kilka zastrzeżeń – powiedział Dmytro Witaliowycz po chwili namysłu.

– Mm?

– Po pierwsze, ten wypomadowany elegancik telefonował już dwa razy i pytał, czy zdecydowałeś się na wyjazd. Nie zdziwię się, gdy zadzwoni w środku nocy… Nie podoba mi się to. Ten typek za bardzo się gorączkuje. Jak mysz w pułapce.

Tymur nie odpowiedział. Z roztargnieniem błądził spojrzeniem po samochodach, podobnych do błyszczących żuków uwięzionych w pudełku od zapałek, które jak i on przemieszczały się i przepychały w korku.

– Po drugie, w umowie jest punkt o zachowaniu poufności. Do śmierci nie będziesz mógł ujawnić, nad czym pracowałeś oraz co zobaczyłeś bądź usłyszałeś w tamtym laboratorium.

– Nie przypuszczam, żeby były z tym jakieś problemy.

– A ja uważam, że się mylisz. Przeczytaj jeszcze raz umowę. W razie wyjawienia jakiejkolwiek tajemnicy: państwowej, naukowej czy produkcyjnej grozi ci grzywna od dwóch do dziesięciu milionów dolarów.

– Oo…

– Ostro, co? Tymurze, pozwól, że zapytam: masz od dwóch do dziesięciu milionów baksów?

– Eee… nie mam.

– Tak myślałem. Trochę dłużej niż ty kręcę się w tym biznesie, dlatego muszę cię przestrzec, co oznacza taka wydumana kwota odszkodowania.

– Co?

– Nikt nie pozwie cię do sądu, chłopaku. Jeżeli chlapniesz ozorem, to cię po prostu zlikwidują.

Tymur mocno wcisnął hamulec. Lacetti zapiszczał, jego maska pochyliła się do przodu i auto zastygło w bezruchu. Z tyłu dało się słyszeć oburzone wycie całego sznura samochodów.

– I po trzecie, po prostu nie chcę, żebyś tam jechał.

– Złe przeczucia?

Dyrektor prychnął.

– Czy ja wyglądam na kogoś, kto zdaje się na przeczucia?

– No, nie…

– Słuchaj, Tymurze, oczywiście pierwszorzędny z ciebie spec, ale, z całym szacunkiem, nie jesteś wart dwustu tysięcy baksów. Jeżeli proponują ci takie pieniądze, to nie za twoją pracę, za tym kryje się coś innego. I radzę się dowiedzieć, co mianowicie, i to zanim się znajdziesz w jakiejś dziurze pośrodku chilijskiej pustyni. Pomyśl o tym…

XI

– Kochanie, jestem! – krzyknął Tymur od progu. Jego głos zabrzmiał tak jak u stuletniej papugi.

Alina, okryta ręcznikiem frotté, wyjrzała z łazienki. Opalone plecy i mokre włosy dziewczyny połyskiwały i parowały.

– Jakoś dzisiaj wcześnie! – Uśmiechnęła się, podskoczyła i cmoknęła chłopaka w usta. – Czy ja się przesłyszałam, czy naprawdę powiedziałeś do mnie „kochanie”?

Tymur głupawo się skrzywił.

– Ja… eee… tutaj… no… tutaj taka sprawa się zarysowała.

– Sprawa się zarysowała? – Alina zachichotała. – Och, te twoje programistyczne słówka…

– To nie…

– Rozbieraj się. – Przytrzymując łokciami ręcznik, dziewczyna zaczęła rozpinać guziki jego koszuli. – I właź pod prysznic. – Ręcznik opadł i obnażył jej gładkie piersi. – Kolacja niedługo będzie gotowa.

Zwykle w takich momentach Tymur odczuwał pożądanie. W miarę upływu czasu jego pociąg do Aliny tylko się wzmagał. Jednak tym razem nie czuł nic prócz gnębiącego niepokoju w okolicach serca.

Chłopak zdjął buty, objął swoją narzeczoną, po czym szybko się odsunął i prześlizgnął do pokoju.

– Muszę ci o czymś powiedzieć – oznajmił. Szczerze mówiąc, wcale nie chciał tego robić, ale rozumiał, że tej rozmowy nie da się uniknąć.

Mimo ostrego głosu dziewczyna nie przyjęła jego słów na serio.

– Zaproponowano mi pracę – rzekł Tymur.

– Niesamowicie! Awans? Odchodzisz z TTP?

– Niezupełnie. Odezwał się jeden z byłych zleceniodawców. Chcą, żebym popracował bezpośrednio dla nich. Przez jakiś czas.

– Nie przerywając pracy w firmie?

Tymur poczuł, jak gorąco, które dotychczas odczuwał w piersi, zalewa mu szyję i policzki.

– Nie będę na razie pracował w TTP.

– Czyli będziesz musiał wziąć bezpłatny urlop?

– Aha.

– I co postanowiłeś?

– Zgodziłem się.

– Uuu… – Dziewczyna pokiwała głową. – Dobrze. Czy to rzeczywiście taka atrakcyjna propozycja?

Kurwa, jak ja mam jej to powiedzieć? Dotychczas zdołał zakomunikować wszystko oprócz najważniejszego.

– Tak. Chociaż są dwa niecodzienne warunki, o których musisz wiedzieć – Tymur potarł palcami oczy – które musisz zrozumieć.

– Co mianowicie? – Alina obracała drewnianą łopatką mięso na patelni.

– Po pierwsze, nie wiem do tej pory, nad czym będę pracował. Zleceniodawca jest jakiś dziwny. Przy tym obiecują zapłacić… dwieście tysięcy… dolarów. Jeżeli projekt zakończy się powodzeniem.

– A jeżeli się nie zakończy?

– Wówczas tylko sto sześćdziesiąt tysięcy.

Alina oderwała się od patelni i spojrzała na Tymura. Może i była roztrzepana, ale na pewno nie głupia. Zdarzały się chwile, gdy on czuł się przy niej głąbem. Tak jak na przykład teraz.

– No więc jaki jest ten drugi warunek, który muszę poznać i zrozumieć? – Niebieskie oczy obserwowały każdy mięsień twarzy chłopaka.

Język mu zdrętwiał.

– Umowa jest na dwa miesiące, ale… firma mieści się w Chile… i dlatego… muszę jechać właśnie tam.

Dziewczyna zacisnęła usta. Mięso pomału przypalało się na patelni, wypełniając ciasną kuchenkę charakterystycznym gorzkim zapachem.

– Czy chodzi o to Chile, o którym myślę? – spytała lodowatym tonem.

– Chyba tak.

– Czy ja dobrze zrozumiałam: ty już przyjąłeś propozycję i jedziesz do Ameryki Południowej?

– Tak.

Po chwili milczenia padło jeszcze jedno pytanie:

– Na dwa miesiące?

Tymur zagryzł usta.

– Aha. Wylatuję jutro z samego rana.

– Czy ciebie, kurwa, pojebało? – W Alinę jakby wstąpił diabeł. Jej oczy miotały błyskawice.

– To są tylko dwa miesiące.

– Jakie, do kurwy nędzy, dwa miesiące? Przecież we wrześniu bierzemy ślub!!

Jej szyja i policzki zaczęły się pokrywać czerwonymi plamami.

– Rozumiem, ale… – Tymur starał się jakoś bronić.

– Co ty rozumiesz?! Jak mogłeś nie skonsultować tego ze mną?! – Nagle dziewczyna zbladła. – Tymur, czy ty mnie rzucasz?

– Oho, zaczyna się… Nie gadaj głupstw! – Machnął ręką. – Na początku nie chciałem jechać. Ale pomyśl sama: dwieście tysięcy dolców! Będziemy mogli kupić sobie mieszkanie.

– Pomyśl? A czy ty myślałeś?! Co ja powiem rodzicom? Co powiem wszystkim, których zaprosiliśmy? Przepraszamy, ślubu nie będzie, bo kandydat na męża pojechał zarabiać na chleb do Chile?! – Dziewczyna z wściekłości zacisnęła pięści. – Wiedziałam, że tak będzie! Ja… ja…

– Przestań, przełożymy ślub na koniec października.

– Nie wierzę ci! Ty… ty… Jak możesz?!

Tymur rozłożył ręce.

– A ty znów swoje…

– Nie wierzę! Nie wierzę ci! W październiku znowu pojawi się jakaś praca, jakiś kolejny kontrakt. Tym razem półmilionowy. I znowu wywieje cię nie wiadomo dokąd!!

Alina przestała nad sobą panować. Cisnęła łopatkę do zlewu i wypadła z kuchni. Tymur nie poszedł za nią. Postanowił dać jej trochę czasu. Niech się uspokoi, przemyśli wszystko. Za godzinę znowu spróbuje z nią porozmawiać.

Nie chciało mu się jeść, mięso pozostało nietknięte. Chłopak przyniósł z pokoju laptopa i usadowił się w kuchni. Miał w zwyczaju każdego wieczoru przeglądać wiadomości, czytać najnowsze dowcipy i szukać demotywatorów w internecie. Przy komputerze odpoczywał od pracy na komputerze.

Ale gdy tylko podniósł klapę, światło w całym budynku zamigotało i zgasło. Komputer mógł pociągnąć jeszcze dwie lub trzy godziny, natomiast domowy router bez zasilania padł od razu. Dostępu do sieci nie było. Narzekając w myślach na taką złośliwość losu, Tymur zamknął swój HP, oparł się plecami o ścianę i splótłszy ręce na piersiach, pogrążył się w myślach.

XII

Wszystko mogło potoczyć się inaczej… Tymur nigdy by się nie zgodził na tę delegację, gdyby tamtego wieczoru w budynku pod numerem dwadzieścia cztery mieszkania dziewięć, przy ulicy W. Hetmana nie wyłączyli prądu. Pewnie przestałby nawet myśleć o tych obiecanych stu sześćdziesięciu tysiącach dolarów oraz o nagrodzie. Gdyby też Oscar Steirmann nie spieszył się tak z odlotem i został chociaż jeden dzień dłużej, chłopak pewnie posłałby do wszystkich diabłów i NGF-Lab, i jego wysłannika. Gdyby jeszcze nie zatrzymało go nazajutrz rano pakowanie torby, przyszedłby do pracy wcześniej… przynajmniej na godzinę przed tym, nim Chilijczyk powiózł go na lotnisko.

Los. Fatum. Kismet. Nazywajcie to, jak chcecie. Było mnóstwo „gdyby”, dzięki którym podróż mogłaby nie dojść do skutku. Żadne z tych „gdyby” jednak nie zadziałało. A wszystko sprowadzało się do jednego: Tymur powinien był sprawdzić pocztę.

Akurat w tym samym momencie, kiedy w kilku stareńkich wielopiętrowych budynkach, które tuliły się do siebie przy ulicy W. Hetmana obok mostu Industrialnego, wyłączyli prąd, na pocztę Korszaka przyszedł e-mail od niejakiej Natali Hort. Nie znał tej kobiety. Ona też go nie znała. Co więcej, nigdy w przyszłości nie będzie im dane się spotkać i porozmawiać. Mimo to list był adresowany właśnie do Tymura.

Od: Natalie1976

Do: Tym_the_Botfucker

Temat: Ostrzeżenie!

Bez względu na to, ile zaproponują, niech się pan nie zgadza na pracę w Chile.

Bo pan pożałuje… Ja JUŻ pożałowałam…

Mąż Natali, trzydziestopięcioletni Wadim Hort, też był programistą. Tak jak i Tymur niezwykle utalentowanym. Przez pewien czas pracował w Moskwie w firmie MYCON, która specjalizowała się w opracowywaniu inżynieryjnych systemów projektowania (CAD[22]) i zarabiał po czterdzieści tysięcy zielonych rocznie. Dwa lata temu Hort się zwolnił i wrócił do Kijowa, gdzie nikogo się nie radząc, podpisał podejrzany kontrakt z jeszcze bardziej podejrzaną, nikomu nieznaną spółką General Genetics. Po czym wyjechał na rok do pracy gdzieś do Ameryki Południowej. Miejsca swojego pobytu Wadim nie zdradził nikomu i nigdy się też nikomu nie zwierzał z tego, nad czym pracuje. Natala dopiero kilka miesięcy po wyjeździe męża dowiedziała się, gdzie dokładnie on się znajduje.

Kontrakt Horta był ważny przez dwanaście miesięcy. W tym czasie Wadim rozmawiał z Natalą na Skypie nie więcej niż dziesięć razy i nie częściej niż raz w tygodniu wysyłał żonie e-maile, w których pisał o wszystkim oprócz pracy. Po roku przyleciał na Ukrainę blady, chudy i zmęczony, ale z błyskiem gorączkowego podniecenia w oczach. Spędził w Kijowie „całe” trzy dni, po czym wytłumaczywszy Natali, że umowa jeszcze nie wygasła, udał się z powrotem do Ameryki Południowej.

Za obopólną zgodą umowa została przedłużona o osiem miesięcy…