Bomba. Alfabet polskiego szołbiznesu - Karolina Korwin-Piotrowska - ebook
Wydawca: The Facto Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Bomba. Alfabet polskiego szołbiznesu ebook

Karolina Korwin-Piotrowska

2.13265306122449 (98)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 398 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 11 godz. 17 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bomba. Alfabet polskiego szołbiznesu - Karolina Korwin-Piotrowska

"Bomba" to subiektywny portret ludzi i zjawisk znanych pod wspólną nazwą "polski szołbiznes". Korwin-Piotrowska błyskotliwie punktuje pustkę i bufonowatość polskich celebrytów, ale też docenia rangę wielu artystów. Nie wali na ślepo, ale jeśli już bije, to boleśnie. Wielu osobom bardzo zależało, żeby "Bomba" nie powstała, ale ona już jest i tyka... Kto się powinien zacząć bać?

Opinie o ebooku Bomba. Alfabet polskiego szołbiznesu - Karolina Korwin-Piotrowska

Cytaty z ebooka Bomba. Alfabet polskiego szołbiznesu - Karolina Korwin-Piotrowska

masakry, kiedy niemal w jednym czasie zagrała w „Kochankach z Marony”, „Francuskim numerze” oraz serialach „Oficer”, „Oficerowie” i „Tajemnica twierdzy szyfrów”. Pojawiło się sporo artykułów w prasie, kilka modowych sesji, bo taką dziewczynę bardzo dobrze się

Fragment ebooka Bomba. Alfabet polskiego szołbiznesu - Karolina Korwin-Piotrowska

Ka­ro­li­na Kor­wi­na Piotrowska

BOM­BA
CZY­LI
AL­FA­BET
POL­SKIE­GO
SZOŁBIZNESU

War­sza­wa 2013

Spis treści

  • Dedykacja
  • A
  • B
  • C
  • D
  • F
  • G
  • H
  • I
  • J
  • K
  • L
  • Ł
  • M
  • N
  • O
  • P
  • R
  • S
  • T
  • U
  • W
  • Z
  • Ż
  • SUBIEKTYWNE KALENDARIUM 1989-2012

Pro­jekt okładki:

To­masz Feliga

Zdję­cia wy­ko­rzy­sta­ne na okładce:

Ka­mi­la Suchożebrska

Fo­to­gra­fia Ka­ro­li­ny Kor­win Pio­trow­skiej jako ba­let­ni­cy
po­cho­dzi z ar­chi­wum ro­dzin­ne­go autorki.

Re­dak­cja, ko­rek­ta i łamanie:

Aga­ta Mo­ścic­ka
Bar­ba­ra Paw­li­kow­ska
Ber­na­de­ta Lekacz

ISBN 978-83-61808-26-8

Co­py­ri­ght by Ka­ro­li­na Kor­win Pio­trow­ska 2013

Co­py­ri­ght by The Fac­to 2013

Wydawca:

The Fac­to Sp. z o.o.

ul. Skier­nie­wic­ka 21/53, 01-230 Warszawa

www.thefacto.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

To ja w wie­ku oko­ło sze­ściu lat. Za­wsze cią­gnę­ło mnie do szołbiznesu.

Ma­mie i Ta­cie dedykuję.

Bar­dzo Was kocham.

Oto co­ście narobili.

Mam na­dzie­ję, że było warto.

DRO­GI CZYTELNIKU!

Je­śli to czy­tasz, zna­czy je­steś ko­za­kiem. Po pierw­sze wi­taj! Miło mi cho­ler­nie, że na świe­cie jest jesz­cze ktoś rów­nie po­krę­co­ny jak ja. Cie­szę się, że śmie­cio­we je­dze­nie, dziu­ra ozo­no­wa, mi­sie żel­ki, „Fa­mi­lia­da” i wszech­ogar­nia­ją­cy wle­wa­ją­cy się wszyst­ki­mi otwo­ra­mi cia­ła kre­ty­nizm nie zdo­ła­ły wy­ka­stro­wać wszyst­kich z jaj, ro­zu­mu i po­czu­cia humoru.

Uprze­dzam: je­śli to czy­tasz, mu­sisz być przy­go­to­wa­ny na nie­złą jaz­dę. My­śla­łeś, że coś wiesz o mnie i o mo­ich po­glą­dach? Bie­da­ku, da­wa­łeś się wkrę­cić jak dziec­ko. Je­stem jesz­cze gor­sza, niż my­śla­łeś. Wer­sja nie­cen­zu­ro­wa­na mnie, któ­rą trzy­masz w ręku, może być po­nad Two­je siły i poj­mo­wa­nie ro­zu­mo­we. Je­śli więc te­raz masz ocho­tę rzu­cić książ­ką w kąt z okrzy­kiem: „Głu­pia pin­da!”, ewen­tu­al­nie: „Pie­przo­na kro­wa!” albo użyć mod­ne­go ostat­nio w nie­któ­rych krę­gach okre­śle­nia: „Mor­da jak u ogra”, zro­zu­miem. Mało tego. To może być ostat­nia chwi­la, aby to zrobić…

Gotowy?

Za­cznij­my od in­for­ma­cji bar­dzo oso­bi­stej i opi­su pew­nej sy­tu­acji, któ­ra po­mo­że zro­zu­mieć wie­le. A więc… Mia­łam nie­speł­na sześć lat, kie­dy moja bied­na mat­ka, ma­jąc dość wy­szcze­ka­ne­go i oczy­ta­ne­go ba­cho­ra, po­sta­no­wi­ła iść ze mną do psy­cho­lo­ga i za­się­gnąć rady w kwe­stii po­sła­nia mnie do szko­ły. Umia­łam pi­sać, li­czyć, mno­ży­łam i dzie­li­łam. Nie, nie by­łam ge­niu­szem. Ro­bi­łam to wszyst­ko z nu­dów. Czy­tać na­uczy­łam się z ba­jek Tu­wi­ma i szyl­dów skle­po­wych, a li­czyć z te­le­wi­zji. Pew­nie gdy­bym wie­dzia­ła, że jest coś ta­kie­go jak „En­cy­klo­pe­dia Bri­tan­ni­ca”, na­uczy­ła­bym się jej na pa­mięć. Tak dla jaj. Może na­wet le­piej, że o tym nie wie­dzia­łam. Psy­chia­tryk mu­ro­wa­ny. Na ra­zie zna­łam na pa­mięć Ma­ry­się i kra­sno­lud­ki oraz Kró­la Ma­ciu­sia Pierw­sze­go, czy­ta­łam „Ko­bie­tę i Ży­cie” (był taki ty­go­dnik i miał ład­ne zdję­cia) i uwiel­bia­łam Fi­lut­ka z „Prze­kro­ju”. Oglą­da­łam też te­le­wi­zję, mo­imi ido­la­mi byli bo­ha­te­ro­wie se­ria­li „Bo­nan­za” i „Świę­ty”. Pew­nie nie wszy­scy wie­dzą, ale kie­dyś były dwa ka­na­ły te­le­wi­zji, oba nud­ne, ale jak się nie ma nic in­ne­go… Cza­sem my­ślę, że gdy­bym bar­dziej po­szła dro­gą Świę­te­go niż sie­rot­ki Ma­ry­si, by­ła­bym może dzi­siaj bo­ha­ter­ką kro­nik kry­mi­nal­nych, a nie Pu­del­ka. Choć te­raz i kry­mi­na­li­ści zo­sta­ją gwiaz­da­mi po­pkul­tu­ry, więc kto wie.

Z mo­imi ów­cze­sny­mi zdol­no­ścia­mi pew­nie po­ka­za­li­by mnie dzi­siaj w śnia­da­niów­ce jako ge­nial­ne dziec­ko, może wy­gra­ła­bym „Mam ta­lent!”, a tak wy­lą­do­wa­łam na ko­zet­ce u psy­cho­lo­ga w wie­ku sze­ściu lat.

Życie.

To była zima. Sty­czeń, kil­ka dni po mo­ich uro­dzi­nach. U pani psy­cho­log pod­czas dwóch wi­zyt było miło i ko­lo­ro­wo. Pani się ład­nie uśmie­cha­ła, choć głu­pio. Po­ka­zy­wa­ła kloc­ki, ob­raz­ki, re­bu­sy i ukła­dan­ki. Cały czas mnie ob­ser­wo­wa­ła, a ja uda­wa­łam, że je­stem miła. Sta­ra­łam się bar­dzo, aby do­brze wy­paść, i grzecz­nie od­po­wia­da­łam na py­ta­nia. In­stynk­tow­nie czu­łam bo­wiem, że od tego, co po­wiem i zro­bię, wie­le za­le­ży. By­łam cwa­na albo tak mi się wy­da­wa­ło. Mię­dzy in­ny­mi za­py­ta­na o ulu­bio­ne ko­le­żan­ki po­da­łam Agat­kę z wa­ka­cji na wsi, z któ­rą ba­wi­łam się na cmen­ta­rzu, co opo­wie­dzia­łam ze szcze­gó­ła­mi, oraz mo­je­go psa. A ra­czej sukę rasy pu­del kró­lew­ski, u któ­rej na po­sła­niu lu­bi­łam spać. Za­py­ta­na, czy czę­sto z nią roz­ma­wiam, oczy­wi­ście po­twier­dzi­łam i do­da­łam, że dużo się ra­zem ba­wi­my. Uczo­no mnie, że nie na­le­ży kła­mać. U ob­cych by­łam za­wsze mi­łym, świet­nie wy­cho­wa­nym dziec­kiem, o któ­rym inni mó­wi­li: „Jaka to miła dziew­czyn­ka!”, a moja ro­dzi­ciel­ka kom­bi­no­wa­ła, jak zro­bić, by wer­sja „u lu­dzi” prze­kła­da­ła się na wer­sję do­mo­wą, bo ta dru­ga była nie do zniesienia.

Moja bied­na mat­ka, z jed­nej stro­ny, mia­ła już dość ga­da­ją­ce­go non stop dzie­cia­ka i chy­ba na­wet tro­chę cie­szy­ła się, że po­zbę­dzie się mnie z domu wcze­śniej. Z dru­giej stro­ny jed­nak, mar­twi­ła się, bo wie­dzia­ła, że szko­ła może być dla mnie trau­ma­tycz­nym do­świad­cze­niem. Nie ze wzglę­du na na­ukę, bo ist­nia­ło re­al­ne praw­do­po­do­bień­stwo, że z nu­dów na­uczę się tego, co trze­ba, i ra­czej wsty­du ro­dzi­nie nie przy­nio­sę. Cho­dzi­ło o po­wta­rzal­ność pew­nych czyn­no­ści. Ru­ty­nę. Na­rzu­ce­nie mi cze­go­kol­wiek było nie­moż­li­we. Du­po­go­dzi­ny na lek­cjach? To może się oka­zać niewykonalne.

Pani psy­cho­log nie była za­do­wo­lo­na. Jej oce­na była ostra. Uzna­ła, że będę mia­ła ogrom­ne pro­ble­my w szko­le. I póź­niej też. Zo­ba­czy­ła we mnie by­stre­go ob­ser­wa­to­ra, ale ta­kie­go, któ­ry lubi sie­dzieć z boku i na pod­sta­wie wnio­sków z ob­ser­wa­cji do­bie­ra ko­le­żan­ki, z któ­ry­mi się bawi, gry, w któ­re gra, i książ­ki, któ­re czy­ta. Do­strze­gła, że ni­cze­go nie dam so­bie na­rzu­cić. Uzna­ła, że je­stem zbyt do­ro­sła jak na swój wiek i wy­ra­stam na skraj­ną in­dy­wi­du­alist­kę. Mogę więc nie za­funk­cjo­no­wać zbyt do­brze w gru­pie. Moja przy­szłość ry­so­wa­ła się w czar­nych bar­wach, bo­wiem mia­ło się oka­zać, że będę aspo­łecz­na. Ale ge­ne­ral­nie jest git, bo je­stem zdol­nym dziec­kiem i mogę iść od razu do trze­ciej kla­sy. Czy­li aspo­łecz­na psy­cho­pat­ka, ale za to ge­niusz. Grunt to na­uka. Brawo.

Nie wiem, czy mat­ka się po­ry­cza­ła, czy nie. Ra­czej była twar­dziel­ką. Jej je­dy­ne dziec­ko wy­ra­sta­ło na co praw­da in­te­li­gent­ne­go, ale aspo­łecz­ne­go ob­ser­wa­to­ra ota­cza­ją­ce­go świa­ta, bez wiel­kiej przy­szło­ści, bo tacy zwy­kle źle koń­czą. I do tego naj­le­piej do­ga­du­ją się z psem. Całe jed­nak szczę­ście, że nie za­uwa­żo­no u mnie in­stynk­tu psy­cho­pa­tycz­ne­go mor­der­cy. To były lata sie­dem­dzie­sią­te. Z ta­kich jak ja dziew­czy­nek w war­ko­czy­kach i ha­fto­wa­nych swe­ter­kach (tak, mia­łam taki, nie­bie­ski w ha­fto­wa­ne ko­lo­ro­we kwiat­ki) wy­ra­sta­ły ele­men­ty wywrotowe.

Za­miast do szko­ły po­szły­śmy z mamą na wy­żer­kę, któ­rą pa­mię­tam do dziś. Do ka­wiar­ni w Ho­te­lu Eu­ro­pej­skim na tor­cik W-Z i coca-colę.

Uwiel­bia­łam ka­wiar­nię, star­sze­go pana w szat­ni, u któ­re­go mama ku­po­wa­ła marl­bo­ro albo gi­ta­ne­sy i któ­ry po­da­wał mi płasz­czyk jak do­ro­słej. Do dziś pa­mię­tam wiel­kie lu­stro, cha­rak­te­ry­stycz­ne ob­ru­sy i kel­ner­ki w far­tusz­kach. Czu­łam się tam jak kró­lew­na. No i te sma­ko­ły­ki. To był kul­to­wy, bo wy­łącz­nie od świę­ta po­si­łek mo­je­go dzie­ciń­stwa, któ­re­go smak pa­mię­tam do dziś. Za­wsze ko­ja­rzył mi się z czymś szcze­gól­nym. Pew­nie dla­te­go pa­mię­tam ten dzień. Bo była cola, ko­niecz­nie z rur­ką do pusz­cza­nia bą­bel­ków, i naj­lep­sze na świe­cie ciast­ko. Na co dzień su­ro­wo za­bro­nio­ne, dla­te­go tak za­wsze wy­cze­ki­wa­ne i wy­ma­rzo­ne. Pa­ła­szo­wa­łam słod­ko­ści nie­świa­do­ma ni­cze­go, od­stro­jo­na na wi­zy­tę na ko­zet­ce, za­do­wo­lo­na po zro­bie­niu ca­łej masy ko­lo­ro­wa­nek i te­stów, a moja mat­ka, pi­jąc ko­niak i pa­ląc pa­pie­ro­sa (tak, kie­dyś moż­na było wszę­dzie pić, pa­lić i pa­lo­no oraz pito przy dzie­ciach, co nie ro­bi­ło z ni­ko­go złe­go ro­dzi­ca, mor­der­cy i cho­le­ra wie kogo jesz­cze), pa­trzy­ła na mnie uważ­nie znad kłę­bów dymu. Pa­mię­tam py­ta­nie, któ­re za­da­ła: „Kim ty chcesz zo­stać?”. Czu­jąc w ustach nie­biań­ski smak i bę­dąc dzię­ki temu na zu­peł­nie nie­zna­nych do tej pory wy­ży­nach od­czu­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści, od­po­wie­dzia­łam do­bit­nie: „Jak to kim? Pisarką!”.

To pro­ste. Pi­sarz nie cho­dził co­dzien­nie do nud­nej pra­cy. Sie­dział w domu, pił kaw­kę i pi­sał, a w cza­sie wol­nym cho­dził do te­atru, ka­wiar­ni i czy­tał książ­ki. Ży­cie ide­al­ne. Opo­wia­da­no, że tak pra­co­wał przed woj­ną mój dzia­dek, któ­ry dużo pi­sał i był dzien­ni­ka­rzem, tak pra­co­wał rów­nież au­tor mo­ich ulu­bio­nych ba­jek, Ju­lian Tu­wim. Pod­skór­nie czu­łam, co chcę ro­bić w ży­ciu. Ma być przy­jem­nie, za­baw­nie, w do­bry to­wa­rzy­stwie, a resz­ta zro­bi się sama. Mia­łam sześć lat. Mia­łam pra­wo ma­rzyć i być na­iw­na… Cho­ciaż, mó­wiąc praw­dę, spo­ro z tego się spełniło.

Kie­dy mój oj­ciec do­wie­dział się, że jego cór­ka wy­ra­sta na in­te­li­gent­ną, ale cho­ro­bli­wie in­dy­wi­du­al­ną dziew­czyn­kę, któ­ra za dużo gada, po­wie­dział tyl­ko: „Prze­cież to moje dziec­ko. Nie mo­gło być in­a­czej”. Jego dru­gie imię brzmia­ło „la­ko­nicz­ność”, gdy­by się ktoś py­tał. Wer­sję o zo­sta­niu pi­sar­ką przy­jął spo­koj­nie. Choć wo­lał­by, gdy­bym zo­sta­ła prawnikiem.

Je­sie­nią po­szłam do szko­ły. Do pierw­szej kla­sy. Prze­po­wied­nie pani psy­cho­log i oba­wy mo­jej mat­ki po­twier­dzi­ły się. Szko­łę znie­na­wi­dzi­łam już dru­gie­go dnia (pierw­sze­go było uro­czy­ste roz­po­czę­cie roku szkol­ne­go, ale dru­gie­go ka­za­li mi za­ło­żyć tar­czę i od­pa­dłam) i stan ten trwał do ma­tu­ry. Je­stem bar­dzo sta­ła w uczu­ciach. Za­py­taj­cie o to mo­ich by­łych chło­pa­ków. Po­twier­dzą. Ro­bi­łam, co chcia­łam i kie­dy chcia­łam. Ga­da­łam na lek­cjach, ry­so­wa­łam, nu­dzi­łam się nie­mi­ło­sier­nie i na­uczy­łam się mó­wić „kur­wa mać” i „pier­do­lić” oraz „je­ba­ny”. Gdy nie da­wa­łam rady, pró­bo­wa­łam iść do domu. Bez­sku­tecz­nie. Do dziś śnią mi się po no­cach re­kor­do­we ilo­ści uwag w dzien­nicz­ku ucznia o tre­ści: „Wy­cho­dzę z kla­sy bez po­zwo­le­nia pani”. Nikt nie do­pi­sał: „bo mi nud­no”. Szkoda.

Ten oby­cza­jo­wo-au­to­bio­gra­ficz­ny ob­ra­zek nie zna­lazł się tu­taj bez po­wo­du. Skłon­ność do ob­ser­wa­cji świa­ta na­si­la­ła się u mnie. Ob­ser­wo­wa­nie, a po­tem oce­nia­nie ota­cza­ją­ce­go mnie świa­ta, szcze­gól­nie kie­dy prze­czy­ta­łam coś wię­cej niż „Ku­bu­sia Pu­chat­ka„ i obej­rza­łam coś wię­cej niż „Gwiezd­ne woj­ny”, na­si­la­ło się. Lu­bi­łam to co­raz bar­dziej, spra­wia­ło mi to nie­przy­zwo­itą przy­jem­ność, a że jako dziec­ko uzna­łam, war­to, aby w ży­ciu było przede wszyst­kim przy­jem­nie, więc… ro­bi­łam rze­czy przy­jem­ne, a po­nie­waż znaj­do­wa­łam za­wsze odbiorców…

Do­sta­tecz­nie wcze­śnie prze­czy­ta­łam parę waż­nych ksią­żek i obej­rza­łam kil­ka fil­mów, o któ­rych mogę po­wie­dzieć z per­spek­ty­wy oso­by do­ro­słej, że zmie­ni­ły moje ży­cie i dzię­ki nim funk­cjo­nu­ję. To jest po­wieść Jo­an­ny Chmie­lew­skiej „Le­sio”, „Dzien­nik 1954” Tyr­man­da i fil­my „Ży­wot Bria­na” oraz „Sens ży­cia we­dług Mon­ty Py­tho­na”. Tak, wiem, wi­dzę te miny… Jak to? Prze­cież jako ga­ze­to­wa „in­te­lek­tu­alist­ka” po­win­nam po­dać co naj­mniej „Nad Nie­mnem”, „Si­łacz­kę”, obo­wiąz­ko­wo Mi­ło­sza, Szym­bor­ską, na do­da­tek po­ezje Jana Paw­ła II, okra­sza­jąc to ki­nem nie­za­leż­nym z Pa­pui-No­wej Gwi­nei i Ghany.

Sor­ry. Bę­dzie tak, jak ja chcę.

Wreszcie.

To, co czy­tasz i mam na­dzie­ję do­czy­tasz do koń­ca, to je­dy­ny w swo­im ro­dza­ju wy­twór pra­cy mo­ich ko­mó­rek mó­zgu (mam mózg i nie boję się go uży­wać), do­wód na moją me­ga­lo­ma­nię (ją też mam, jak każ­dy) i nie­po­ha­mo­wa­ne par­cie na szkło okra­szo­ne dzie­dzicz­nym cy­ni­zmem i abs­trak­cyj­nym po­czu­ciem hu­mo­ru. Na wła­sny te­mat i na te­mat innych.

Już wi­dzę Two­ją minę… Jak to? Par­cie? Ano tak. Każ­dy, kto pra­cu­je w me­diach i pew­ne­go dnia sia­da przed mi­kro­fo­nem, ka­me­rą albo kla­wia­tu­rą kom­pu­te­ra, jest bez­czel­nym me­ga­lo­ma­nem z par­ciem na szkło. Ko­cha ro­bo­tę i ni­cze­go in­ne­go poza tym nie umie. Albo umie nie­wie­le. I wszy­scy, któ­rzy mó­wią in­a­czej, bez­czel­nie do­ra­bia­jąc ide­olo­gię do by­cia na świecz­ni­ku, łżą. Jak psy. Oczy­wi­ście, by­wa­ją wznio­słe mo­men­ty, kie­dy na­praw­dę my­śli­my, że je­ste­śmy jak Bat­man po­łą­czo­ny z Wo­ło­dy­jow­skim, Mac­Gy­ve­rem i Iron Ma­nem, po­ma­ga­ją­cy ludz­ko­ści, eko­sys­te­mo­wi, i że wal­czy­my o po­kój na świe­cie i przy­jaźń mię­dzy na­ro­da­mi oraz o to, aby lu­dzie sprzą­ta­li po swo­ich psach. Je­śli na do­da­tek je­ste­śmy Po­la­ka­mi, oczy­wi­ście dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę mo­dli­my się i my­śli­my o Pol­sce, o Mat­ce Bo­skiej i o tym, jak bar­dziej jesz­cze ko­chać ten kraj i jego miesz­kań­ców, bo in­a­czej nie wy­pa­da. Gu­zik praw­da. I tak cho­dzi o to, aby inni dali się na­brać, a my i tak wie­my i ro­bi­my swo­je. Chwa­li­my się sobą jak naj­lep­si pia­row­cy i sprze­da­je­my sie­bie tro­chę jak do­bry al­fons swój naj­lep­szy to­war. Taka jest praw­da, któ­ra wca­le nie jest bo­le­sna, bo bywa dość czę­sto bar­dzo miło. I do tego jesz­cze na­rzu­ca­my in­nym swo­ją wi­zję świa­ta tak sku­tecz­nie, że zda­rza się, że wi­dzi­cie świat na­szy­mi ocza­mi. Zdzi­wio­ny? Opo­wiem Ci, Czy­tel­ni­ku, o tym wła­śnie świe­cie. Mo­imi wła­sny­mi słowami.

Od po­nad trzech lat je­stem pew­na, że mu­szę zro­bić coś do­kład­nie tak, jak JA chcę. Bez na­ci­sków, cen­zu­ry, au­to­cen­zu­ry i do­brych rad nie­ko­niecz­nie mą­drych cioć i wuj­ków, i tak zwa­nych przy­ja­ciół. Mia­łam or­ga­nicz­nie dość ota­cza­ją­cej mnie rze­czy­wi­sto­ści pry­wat­nej, me­dial­nej, men­tal­nej i za­wo­do­wej. Mo­głam ko­goś za­bić albo za­cząć pi­sać. Nie lu­bię za­mknię­cia, cela wię­zien­na ra­czej nie dla mnie, więc pi­szę. Ta książ­ka to efekt pod­ję­cia po­waż­nej de­cy­zji. Tak­że tej o spo­rym od­kry­ciu się i odar­ciu z ta­jem­nic. Ale na mo­ich warunkach.

Trzy­masz w reku swo­iste pod­su­mo­wa­nie mo­ich ostat­nich dwu­dzie­stu lat. tu lu­dzie, zja­wi­ska i wy­da­rze­nia, któ­re przez to, że zaj­mu­ję się tym, a nie in­nym, wpły­nę­ły na mnie, wku­rzy­ły mnie, zachwyciły.

Na­wet nie wiesz, Dro­gi Czy­tel­ni­ku, jak się de­ner­wu­ję, choć jak już wiesz, na ko­zet­ce wy­lą­do­wa­łam wcze­śnie, więc emo­cjo­nal­ne jaz­dy dla mnie jak kasz­ka z mle­kiem. Tak, to pach­nie tro­chę jak emo­cjo­nal­ny szan­taż, ale nie bój się. Nie ma sensu.

Wpa­dłeś i tak.

Już trzy­mam Cię sta­lo­wym uchwy­tem za jaja.

Choć jesz­cze o tym nie wiesz.

O KA­RO­LI­NIE KOR­WIN PIO­TROW­SKIEJ POWIEDZIELI…

Jej ata­ki na po­dob­nie smut­nym po­zio­mie do­ty­czą nie tyl­ko mnie, ale i wie­lu in­nych osób. (…) Ta­kim po­stę­po­wa­niem wy­da­je ona opi­nię przede wszyst­kim sama o so­bie. Z przy­kro­ścią więc mu­szę zgo­dzić się z opi­nią więk­szo­ści, jest to ko­bie­ta głę­bo­ko nie­szczę­śli­wa, z ogrom­nym pro­ble­mem nie­na­wi­ści do ludzi.

Ka­ta­rzy­na Skrzy­nec­ka („Dzien­nik”, wrze­sień 2009 r.)

Pro­szę o nie­cy­to­wa­nie Ka­ro­li­ny Kor­win Pio­trow­skiej, bo to dla mnie jest na tyle ne­ga­tyw­na po­stać w me­diach i tak nie­życz­li­wa lu­dziom, że nie chcia­ła­bym w ogó­le na te­mat tej oso­by roz­ma­wiać, bo nic do­bre­go nie mo­gła­bym po­wie­dzieć. Ona nie jest żad­nym au­to­ry­te­tem i nig­dy w ży­ciu nie będzie.

Ka­ta­rzy­na Skrzy­nec­ka („Su­per Express”, 4 sierp­nia 2012 r.)

Aku­rat Ka­ro­li­na od lat wy­ko­rzy­stu­je fakt, że kom­plet­nie igno­ru­ję i lek­ce­wa­żę jej że­nu­ją­ce pró­by wy­szy­dza­nia i znie­sła­wie­nia mnie lub nas na ła­mach me­diów. Ta­kie oso­by okre­ślam jako cięż­ko cho­re na nie­na­wiść do lu­dzi. Ten za­lew jadu na umysł musi chy­ba strasz­nie bo­leć. Roz­ma­ici uja­da­cze niech tam so­bie brzę­czą, co chcą, a my je­ste­śmy za­ję­ci śpie­wa­niem tur­li-laj, tur­li-laj i za­ba­wą w no­ski. To o wie­le ciekawsze.

Ka­ta­rzy­na Skrzy­nec­ka („Viva!”, ma­rzec 2012 r.)

Ro­zu­miem, że jej syl­wet­ka na­rzu­ca pew­ne ogra­ni­cze­nia, ale nie jest to po­wód, aby z ko­lei na­rzu­cać na sie­bie ta­kie wstręt­ne ciu­chy. Ka­ro­li­na nie ma za grosz sty­lu, na­wet tego złe­go. Od­da­ła się w ręce spe­cja­li­stów i wy­szło jesz­cze go­rzej, niż było: wło­sy na do­ni­cę, nos na kwin­tę i wiecz­nie skwa­szo­na mina.

Ka­ro­li­na Ma­li­now­ska („Par­ty”, 23 stycz­nia 2012 r.)

To jest nikt. To jest oso­ba, któ­ra jest psy­chicz­nie cho­ra. Nikt nor­mal­ny nie ob­rzu­ca blu­zga­mi in­nych. Ja my­ślę, że ta pani po­win­na po pro­stu się le­czyć. Nas to nie in­te­re­su­je, co ona mówi, na­wet nie chcę wie­dzieć. Ciem­na stro­na te­le­wi­zji to nie tacy lu­dzie, bo taka oso­ba w ogó­le nie po­win­na pra­co­wać w me­diach i nie wiem, kto w ogó­le jej daje moż­li­wość wy­po­wia­da­nia się, to już jest smut­ne, że ktoś jej daje moż­li­wość wy­po­wia­da­nia się na te­mat in­nych osób, któ­rych ona kom­plet­nie nie zna.

Pau­li­na Smaszcz-Ku­rza­jew­ska (ce­le­bry­ci.wp.pl, 27 paź­dzier­ni­ka 2012 r.)

Pra­sa szum­nie do­nio­sła: „Dra­mat Ka­ro­li­ny Kor­win Pio­trow­skiej”. Wez­bra­ły we mnie naj­gor­sze lęki o ży­cie jej albo jej bli­skich, a tu na­gle czy­tam da­lej: „Musi schud­nąć do pro­gra­mu”. Nie­praw­da. Każ­dy, kto wi­dział uczest­nicz­ki „Top Mo­del”, wie, że nie musi.

Kuba Wo­je­wódz­ki („Po­li­ty­ka”, 21 czerw­ca 2011 r.)

To może być hit. Ma­riusz Ka­ła­ma­ga, nie­sfor­ny li­der for­ma­cji Łow­cy. B, po­pro­wa­dzi wła­sny pro­gram (…) „Nie rób tego w domu”, a Ma­riusz bę­dzie go­to­wał jaj­ka w kli­ma­ty­za­cji czy fa­jer­wer­ki w mi­kro­fa­lów­ce. Pa­tro­nem show jest Straż Po­żar­na. Pró­by do wi­do­wi­ska od­by­wa­ły się wcze­śniej w do­mach Szy­mo­na Ma­jew­skie­go i Ka­ro­li­ny Kor­win Piotrowskiej.

Kuba Wo­je­wódz­ki („Po­li­ty­ka”, 27 lu­te­go 2012 r.)

Bę­dzie­my tę­sk­nić za Ka­ro­li­ną. Był to ostat­ni wol­ny czło­wiek w tym pro­gra­mie. Ab­so­lut­nie wol­ny za­rów­no od sło­wa „top”, jak i „model”.

Kuba Wo­je­wódz­ki („Po­li­ty­ka”, 23 maja 2012 r.)

W me­diach, tak jak i wszę­dzie, lu­dzie, któ­rzy naj­pierw mó­wią lub pi­szą, a do­pie­ro póź­niej my­ślą. Coś ta­kie­go re­gu­lar­nie zda­rza się mię­dzy in­ny­mi Ka­ro­li­nie Kor­win Pio­trow­skiej czy też mał­żeń­stwu Ja­nia­ków… Nikt nie może zmu­sić dzien­ni­kar­ki do tego, żeby my­śla­ła o tym, co pi­sze lub mówi.

To­masz Kam­mel („Viva!”, 12 li­sto­pa­da 2009 r.)

Dzi­wi mnie, że ko­bie­ta, któ­ra jest bar­dzo wy­kształ­co­na, bie­rze udział w ta­kiej szmi­rze. Mało tego sta­ra się wy­ka­zać w ja­kiś spo­sób! Być może dla­te­go, że wy­glą­da jak Har­ry Pot­ter. Być może dla­te­go, że jest męż­czy­zną. Nie wiem, jest to przy­kre i ża­ło­sne. Dla mnie, Ka­ro­li­no, je­steś ścierwem.

Mi­chał Wi­śniew­ski (mwi­sniew­ski.blog.onet.pl, 23 sierp­nia 2007 r.)

No, cóż miał­bym po­wie­dzieć Ba­bie, któ­ra już zdo­by­ła nie­gdyś za­szczyt­ny ty­tuł „Ścier­wa Roku”. Mu­sia­ła być okrop­nie sfru­stro­wa­na po stra­cie pra­cy za­rów­no w Ple­ja­da.pl, jak i „Top Mo­del”. Nikt jej nie chce. A to boli, więc trze­ba się do­war­to­ścio­wać wy­le­wa­niem żół­ci. Po ca­ło­ści. I tak dy­plo­ma­tycz­nie, po­zwo­li­cie ko­cha­ni, że przy­znam, że chciał­bym jej przy­znać ty­tuł „Głu­pia Cipa Roku”, ale ze wzglę­du na względ­ną kul­tu­rę oso­bi­stą tego nie zrobię.

Mi­chał Wi­śniew­ski (blog, sty­czeń 2012 r.)

Ko­cha­ni, „Ka­ro­li­na z Piotr­ko­wa” ma syn­drom tak zwa­nej naj­brzyd­szej dziew­czy­ny w kla­sie ro­zu­mie­cie, co mam na my­śli. Wy­star­to­wa­ła w dzien­ni­kar­stwie mniej wię­cej rów­no­le­gle z pa­nią Olej­nik, a zo­bacz­cie, kim sta­ła się pani Olej­nik, a gdzie jest „Ka­rol­cia”. Zo­bacz­cie, jak za­wiść brzyd­ko się sta­rze­je. Nie­uro­dzi­wa, bez part­ne­ra ży­cio­we­go, bez dziec­ka. Jest agre­syw­na, bo chce być wi­docz­na. Nig­dy nie bę­dzie au­to­ry­te­tem. My już to wie­my. Ona jesz­cze nie…

Edy­ta Gór­niak (Fa­ce­bo­ok, li­sto­pad 2012 r.)

…o Kor­win Pio­trow­skiej i Ro­ber­cie Ko­zy­rze mogę bez żad­nych wąt­pli­wo­ści po­wie­dzieć: CHAM­STWO. (…) To, co mnie WQUR­WI­ŁO w tym ar­ty­ku­le to, że bro­nią jej hie­ny pol­skiej ma­ło­mia­stecz­ko­wo­ści. Obrzy­dli­wa w swo­ich wy­po­wie­dziach, przez co i zde­wa­lu­owa­na Kor­win Coś Tam i Były Ry­cerz Na Bia­łym Ko­niu Sir Ro­bert Ko­zy­ra. Wy­da­je im się, że au­to­ry­te­ta­mi w tej za­sra­nej za­wi­ścią Pol­sce, a w rze­czy­wi­sto­ści ni­kim. Kupą gów­na z prze­wa­gą kupy co naj­wy­żej. Ona wy­glą­da jak „Wyjdź Stąd” i to nie tyl­ko przez swo­je zgryź­li­we i nie­praw­dzi­we wy­po­wie­dzi, a On ubra­ny w pod­ra­bia­ną Pra­dę tłam­sił przez lata zdol­nych tego kra­ju w Ze­tce, aby tyl­ko nic nie osią­gnę­li. Zero w sensie.

Mi­chał Wi­śniew­ski (Fa­ce­bo­ok, sty­czeń 2013 r.)

A

ADAM­CZYK PIOTR

Wy­bit­ny ak­tor i bar­dzo faj­ny fa­cet. Mistrz dub­bin­gu, pa­tel­ni i opo­wia­da­nia dow­ci­pów, po któ­rych mię­śnie brzu­cha bolą mie­siąc. Ostat­nio tro­chę w za­wo­do­wym i pry­wat­nym doł­ku. A wiel­ka szko­da. On, któ­ry nig­dy nie ujaw­niał szcze­gó­łów swe­go ży­cia pry­wat­ne­go, na­gle pod­ku­szo­ny przez ko­goś bar­dzo spryt­ne­go i źle mu ży­czą­ce­go zde­cy­do­wał się na ślub­ną se­sję i okład­kę w ko­lo­ro­wej ga­ze­cie. Był to dra­mat na ca­łej li­nii, tym więk­szy, że Pio­trek tego nig­dy wcze­śniej ro­bić nie mu­siał. Bo jak ma się taki ta­lent, to się nie musi. Po pro­stu. A że zbie­gło się to z ewi­dent­nym prze­sy­tem jego oso­bą w me­diach, bo peł­no go było w te­le­wi­zjach wszel­kich, se­ria­lach i kro­ni­kach to­wa­rzy­skich, efekt był ła­twy do prze­wi­dze­nia. Me­dia dają mu po­pa­lić, jemu i jego żo­nie. Do tego su­per­ról ja­koś nie ma, wręcz prze­ciw­nie, ra­czej ostat­nio same bo­le­sne wto­py, a więc pa­pa­raz­zi śle­dzą go jak ja­kieś yeti, co na pew­no nie jest miłe. To się na­zy­wa, pro­szę Pań­stwa, zły ti­ming na ca­łej linii.

A ak­tor to, jak na­pi­sa­łam, przed­ni. Uszedł z ży­ciem i z wiel­ką kla­są po za­gra­niu ról Jana Paw­ła II czy Cho­pi­na. Każ­dy inny pod­dał­by się, ale nie on. Z epi­zo­du w mdłym fil­mie „Li­sty do M.” robi sma­ko­wi­tą pe­reł­kę. Jest prze­cud­ną Żab­cią w „Prze­pi­sie na ży­cie”, me­ga­su­kin­sy­nem w „Cza­sie ho­no­ru”, słod­kim dup­kiem w „Te­sto­ste­ro­nie” i cu­dow­nym kryp­to­ge­jem w „Lej­dis”. Ge­nial­nie ra­tu­je nie­uda­ne­go „Na­zna­czo­ne­go” i rów­nie nie­uda­ny „Świę­ty in­te­res”. Na­wet w ma­nie­rycz­nym „Han­sie Klos­sie” jest smacz­ny. Ale niech mi ktoś po­wie, dla­cze­go za­grał w czymś tak złym, jak „Bi­twa pod Wied­niem”, „Och, Ka­rol 2” czy kosz­mar­ne i uwła­cza­ją­ce jego ta­len­to­wi „Śnia­da­nie do łóż­ka”? Na­praw­dę, kie­dy oglą­da­łam „Och, Ka­rol 2”, chcia­ło mi się pła­kać… i po­my­śla­łam, że by­ło­by strasz­nie, gdy­by on po­szedł dro­gą, dro­gą wy­bo­ru fa­tal­nych ról pod pu­blicz­kę i dla kasy oraz mar­nej sła­wy. Bar­dzo Piotr­ka lu­bię i ce­nię. On nig­dy nie aspi­ro­wał do by­cia bo­ha­te­rem ta­niej sen­sa­cji i ta­blo­idów. Jego am­bi­cje były gdzie in­dziej. Ma, co praw­da, rękę do lan­so­wa­nia ko­biet u swo­je­go boku wie coś o tym Anna Czar­to­ry­ska (→ Czar­to­ry­ska Anna), po­dob­no lan­su­je te­raz swo­ją żonę Kate Rozz, ale to nie po­win­no za­mą­cić mu ka­rie­ry. Oby wy­szedł na pro­stą. Za­słu­gu­je na to.

AGENCI

W Pol­sce wiel­ka ście­ma. Teo­re­tycz­nie i ostro się rzą­dzą, w prak­ty­ce w prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści trak­tu­ją swych pod­opiecz­nych jak ban­ko­ma­ty. Mają przy­no­sić do­cho­dy, re­gu­lar­nie i za każ­dą cenę. Na pol­skim ryn­ku nie­wie­lu jest agen­tów z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, zna­ją­cych się na swo­jej pra­cy, sza­nu­ją­cych swe­go klien­ta, któ­ry cza­sa­mi wy­ma­ga spe­cjal­nej tro­ski, pla­nu­ją­cych ka­rie­ry tych, u któ­rych na pro­cen­cie. Tacy spe­cja­li­ści cza­sem każą się za­mknąć, znik­nąć, za­milk­nąć. Albo wy­sy­ła­ją na de­toks czy te­ra­pię. Trak­tu­ją swo­ich klien­tów po ludz­ku, po pro­stu. Więk­szość z agen­tów to ży­cio­we i za­wo­do­we nie­zda­ry z kom­plek­sa­mi i ogrom­nym ape­ty­tem na wię­cej i wię­cej. Zmo­rą byłe fan­ki ar­ty­stów, któ­re zo­sta­ją ich agent­ka­mi. Nie umie­ją nic, ko­cha­ją śle­po i głu­pio, a wsty­du po­tra­fią na­ro­bić na cały kraj. Trze­ba też uwa­żać na ży­cio­wych part­ne­rów, któ­rzy zo­sta­ją agen­ta­mi, bo­wiem w więk­szo­ści to nie dzia­ła i jest pod­szy­te nie­zdro­wy­mi emo­cja­mi. Za­sa­da gdzie ra­bo­ta­jesz, tam bzy­ka­jesz, nie­ste­ty, dla ta­kich związ­ków się spraw­dza i tych, któ­rzy usi­łu­ją coś za­ła­twić, sta­wia w kiep­skiej sy­tu­acji. No, może z wy­jąt­kiem Ja­nu­sza Ga­jo­sa (→ Ga­jos Ja­nusz) i Ro­ber­ta Gaw­liń­skie­go. Ale ich wspa­nia­łe żony to wy­jąt­ki po­twier­dza­ją­ce smut­ną regułę.

Agent z praw­dzi­we­go zda­rze­nia nie do­pusz­cza do me­dial­nych wpa­dek, a je­śli są, bo mają pra­wo się zda­rzyć, na­tych­miast gasi sy­tu­ację. I nie­ko­niecz­nie po­le­ga to na stra­sze­niu praw­ni­ka­mi, bo taka tak­ty­ka na ni­ko­go nie dzia­ła. Gwiaz­da nie musi być in­te­lek­tu­ali­stą z wy­czu­ciem sty­lu i do tego do­brze wy­cho­wa­nym. Agent bie­rze pie­nią­dze za to, aby jej wszel­kie bra­ki tu­szo­wać i ra­to­wać z opre­sji, oraz za pla­no­wa­nie jej ka­rie­ry. Ko­nia z rzę­dem temu, kto znaj­dzie w Pol­sce agen­ta, czy to z dzia­łu mu­zy­ka, ak­tor­stwo czy es­tra­da, któ­ry jest w sta­nie po­wie­dzieć, co jego pod­opiecz­ny bę­dzie ro­bił za rok, dwa lata i ja­kie pla­ny jego roz­wo­ju. Wol­na ame­ry­kan­ka, czy­li wol­ne żar­ty. Świet­ną agent­ką, wy­bit­ną spe­cja­list­ką od ga­sze­nia me­dial­nych po­ża­rów i nie­po­ka­zy­wa­nia pu­blicz­nie licz­nych wpa­dek swych pod­opiecz­nych była Maja Sa­blew­ska (→ Sa­blew­ska Maja). Naj­lep­szy­mi agen­ta­mi ci zwią­za­ni la­ta­mi z jed­nym ar­ty­stą, znacz­nie czę­ściej spo­ty­ka­ni w świe­cie mu­zy­ki niż ak­tor­skim, na przy­kład agen­ci Kay­ah, Agniesz­ki Chy­liń­skiej (→ Chy­liń­ska Agniesz­ka), ze­spo­łu Hey, Anny Ma­rii Jo­pek (→ Jo­pek Anna Ma­ria) czy T.Love. Na pew­no naj­lep­szy, je­śli cho­dzi o tak zwa­ne ke­szo­wa­nie po­pu­lar­no­ści, jest Fi­lip Mec­ner. To agent mię­dzy in­ny­mi Anny Mu­chy (→ Mu­cha Anna), któ­ra jest ży­wym słu­pem reklamowym.

Ostat­nio pra­ca tak zwa­ne­go agen­ta, jak za­uwa­ży­łam, czę­sto ogra­ni­cza się do za­ła­twia­nia w me­diach usta­wek z pa­pa­raz­zi­mi, za­pro­szeń na za­ku­py z ra­ba­ta­mi czy ukła­dów z fir­ma­mi na za­sa­dzie bar­te­ru albo pół­bar­te­ru, czy­li my to­bie, dro­ga gwiaz­do, damy su­kien­kę, me­ble dla dziec­ka, wy­praw­kę, to­reb­kę albo ze­ga­rek, może ja­kaś ka­ska na­wet na kon­to wpły­nie, a ty nam ma­te­riał w ga­ze­cie, ślub, wi­zy­tę w myj­ni sa­mo­cho­do­wej, w ga­bi­ne­cie ko­sme­tycz­nym, baby shower, zdję­cie w kro­ni­ce to­wa­rzy­skiej. Jed­nak kie­dy zda­rza się ja­kaś wpad­ka, agent od fak­tur ze świn­ką skar­bon­ką za­miast mó­zgu jest kom­plet­nie bez­rad­ny w ze­tknię­ciu z me­dia­mi. Ostat­nią agent­ką, któ­ra wal­czy­ła jak lwi­ca o piar, role i staw­ki dla swych ak­to­rów, była nie­gdyś bar­dzo kon­tro­wer­syj­na, ale za to nie­zwy­kle sku­tecz­na Lu­cy­na Ko­bie­rzyc­ka. Dziś ta­kich agen­tów już nie ma.

Je­śli ar­ty­sta ob­da­rzo­ny jest ta­len­tem i in­te­li­gen­cją (→ in­te­li­gen­cja), w Pol­sce agen­ta nie po­trze­bu­je. Le­piej wy­da­wać pie­nią­dze na do­bre­go praw­ni­ka, któ­ry wie, jak czy­tać i ne­go­cjo­wać umo­wy. Znam kil­ku­na­stu ak­to­rów, któ­rzy tak funk­cjo­nu­ją i bar­dzo to so­bie chwalą.

AN­DRUS ARTUR

Udo­wad­nia, że moż­na za­ra­biać w Pol­sce, nie bę­dąc pu­stym kre­ty­nem, nie bie­ga­jąc po im­pre­zach dla eks­hi­bi­cjo­ni­stów i nie ma­jąc sztucz­nych cyc­ków, bo­wiem jego pły­ta „My­śli­wiec­ka” była naj­chęt­niej ku­po­wa­na w 2012 roku. Pły­ta ta zy­ska­ła sta­tus po­dwój­nej pla­ty­ny, o czym lan­so­wa­ne na­chal­nie na okład­kach i w me­diach pseu­do­gwiaz­dy ma­ją­ce pro­blem ze zło­że­niem pro­ste­go zda­nia mogą je­dy­nie po­ma­rzyć. „Pi­łem w Spa­le, spa­łem w Pile”, „Glan­ki i pa­cyf­ki” albo „Kró­lo­wa nad­bał­tyc­kich raf” to au­ten­tycz­ne hity i wie­le wska­zu­je na to, że hity na lata, bo ta­kie pio­sen­ki się nie starzeją.

Ab­sol­went Wy­dzia­łu Dzien­ni­kar­stwa na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim, dzien­ni­karz i sa­ty­ryk od za­wsze, czy­li od 1994 roku, zwią­za­ny z ra­dio­wą Trój­ką. Czło­wiek wy­bit­nie in­te­li­gent­ny i oczy­ta­ny, do tego me­ga­dow­cip­ny, choć nie cham­ski, co ostat­nio zbyt czę­ste. Spo­tka­łam go kie­dyś w pra­cy z oka­zji wy­wia­du do pro­gra­mu, któ­ry ro­bi­łam, i to było, przy­najm­niej dla mnie, cu­dow­ne spo­tka­nie z cie­ka­wym czło­wie­kiem, któ­re­go wie­dza mi za­im­po­no­wa­ła. Jest on bo­wiem znaw­cą hi­sto­rii pol­skie­go ka­ba­re­tu i au­ten­tycz­nym mi­strzem mowy polskiej.

Ma zdol­no­ści ak­tor­skie jego Jo­na­than Owens ze „Spad­ko­bier­ców” to rola na mia­rę chę­ci i moż­li­wo­ści. Po­ga­dać też mą­drze po­tra­fi, o czym świad­czy książ­ka „Każ­dy szczyt ma swój Czu­ba­szek” prze­za­baw­na i in­te­li­gent­na roz­mo­wa z Ma­rią Czu­ba­szek (→ Czu­ba­szek Ma­ria), z któ­rą łą­czy go in­te­lek­tu­al­ny i burz­li­wy ro­mans z wyż­szych sfer. Ta książ­ka też była be­st­se­le­rem, udo­wad­nia­jąc czar­no na bia­łym, że nie wszy­scy Po­la­cy to bez­mó­zgi. Ar­tur An­drus wzbu­dza we mnie na­dzie­ję na to, że czło­wiek bez kar­pich ust i wy­pra­so­wa­nej twa­rzy, za to umie­jęt­nie uży­wa­ją­cy swe­go mó­zgu i in­te­li­gen­cji (→ in­te­li­gen­cja) oraz dow­ci­pu może być praw­dzi­wą i sza­no­wa­ną gwiaz­dą w Polsce.

Wię­cej takich.

APARTAMENT

Pol­skie gwiaz­dy bez wzglę­du na stan kon­ta i sta­tus za­wo­do­wy nie miesz­ka­ją już w zwy­kłych, sza­racz­ko­wych miesz­ka­niach, nie daj Bóg w blo­kach z wiel­kiej pły­ty, ob­skur­nych ka­wa­ler­kach, tyl­ko w apar­ta­men­tach. Po­każ mi swój apar­ta­ment, a po­wiem ci, kim je­steś. Ja nie miesz­kam w apar­ta­men­cie, na co je­den mój były ko­le­ga z pra­cy za­re­ago­wał z nie­ukry­wa­nym obrzy­dze­niem, mó­wiąc: „No wiesz, my­śla­łem, że cho­ciaż miesz­kasz w ja­kimś czy­stym no­wym domu z por­tie­rem”. No, nie miesz­kam. I nie je­ste­śmy już na szczę­ście kolegami.

W kil­ku pro­gra­mach te­le­wi­zyj­nych gwiaz­dy po­ka­zy­wa­ły swo­je apar­ta­men­ty. Wy­pas był mak­sy­mal­ny. Obo­wiąz­ko­wo urzą­dzo­ne przez ar­chi­tek­tów wnętrz, bo sa­me­mu la­tać po IKEI albo wy­bie­rać ka­fel­ki to ob­ciach. Obo­wiąz­ko­wa jest gar­de­ro­ba, a w niej obo­wiąz­ko­we mar­ko­we to­reb­ki, naj­le­piej Lo­uis Vu­it­ton albo Dior, i szpil­ki Lo­ubo­utin w ilo­ściach hur­to­wych, bo po tym po­znasz gwiaz­dę. No­wo­cze­sne kuch­nie, w ki­bel­kach ład­ne ka­fel­ki i ja­cuz­zi, obo­wiąz­ko­we, jak w hol­ly­wo­odz­kich re­zy­den­cjach, wiel­kie i wy­god­ne ka­na­py w sa­lo­nach i zwy­cza­jo­wo bar­dzo mało (albo wca­le, bo się pew­nie ku­rzy, a każ­dy lata te­raz prze­cież z bia­łą rę­ka­wicz­ką i spraw­dza) ga­zet czy kom­plet­nej in­te­lek­tu­al­nej eks­tra­wa­gan­cji, czy­li ksią­żek. Za to w każ­dym miesz­ka­niu był wiel­ki pla­zmo­wy te­le­wi­zor. Albo i dwa.

B

B

BAAR KA­MIL­LA

Anar­chist­ka o hip­no­ty­zu­ją­cym gło­sie ob­da­rzo­na wiel­kim ta­len­tem. Drob­na, kru­cha, wy­ra­zi­sta. Trud­na w ob­słu­dze, bo wie, cze­go chce. Nie jest ty­pem front­man­ki go­to­wej na wszyst­ko, by za­ist­nieć.

Zo­ba­czy­łam ją po raz pierw­szy w 2002 roku w sztu­ce Te­atru Te­le­wi­zji pod ty­tu­łem „Oszu­ści”. Była świet­na. Mam nie­do­syt Ka­mil­li, chcia­ło­by się jej wię­cej w fil­mach i se­ria­lach. Oba­wiam się je­dy­nie, że jej szla­chet­na, in­te­li­genc­ka i nie­współ­cze­sna uro­da może stać na prze­szko­dzie. Ta­kie jak ona nie zma­sa­kru­ją so­bie twa­rzy ko­la­ge­nem, aby za­ist­nieć i zro­bić ka­rie­rę, tyl­ko za­py­ta­ją, dla­cze­go, czym sku­tecz­nie wku­rzą de­cy­den­tów przy­zwy­cza­jo­nych do tego, że gwiaz­da dla kasy zro­bi wszyst­ko, nie py­ta­jąc o nic, tyl­ko o stan kon­ta. Baar my­śli i nie boi się tego po­ka­zać. To szla­chet­ne. Ale może prze­szko­dzić w wiel­kiej ka­rie­rze, na któ­rą ona za­słu­gu­je. Wiem, że kil­ka razy prze­gra­ła ze spryt­niej­szy­mi, choć nie­ko­niecz­nie lep­szy­mi i zdol­niej­szy­mi od niej ko­le­żan­ka­mi, któ­re dla roli i ka­rie­ry są go­to­we na wszyst­ko i na­wet wię­cej. Ak­tor­stwo to pięk­ny i kosz­mar­ny za­wód. Ona go ko­cha, co po­ka­za­ła, choć­by czy­ta­jąc pięk­nie po­ezję dla ma­ga­zy­nu „Żur­nal”, któ­ry ro­bię. Nie za­py­ta­ła nig­dy: „za ile”, bo wszy­scy pra­cu­je­my tam za dar­mo, ale „czy do­brze wy­szło”. To świet­nie ro­ku­je na przy­szłość.

BAR­TO­SIE­WICZ EDY­TA

Po­wiem tyl­ko tyle jak stu­pro­cen­to­wy Ko­zio­ro­żec do stu­pro­cen­to­we­go Ko­zio­roż­ca: Edy­ta, weź wresz­cie na­graj do ja­snej cho­le­ry tę pły­tę i skończ z tym ściem­nia­niem, bo ci nogi z dupy po­wy­ry­wam. Mam do­syć cze­ka­nia. Ile moż­na słu­chać „Ostat­nie­go”? No, ile? Uwiel­biam two­ją mu­zy­kę. Wiesz o tym, mó­wi­łam ci to wie­le razy. Wzra­sta­łam z nią, śpie­wa­łaś moje sło­wa, by­łaś w mo­jej gło­wie i wą­tro­bie; ta mu­zy­ka to był głos na­sze­go me­ga­po­pie­przo­ne­go po­ko­le­nia, któ­re wcho­dzi­ło na­iw­nie w zu­peł­nie nowy świat i pła­ci­ło za to strasz­ną cenę. I do­kład­nie wiesz, co mam na my­śli. Ta mu­zy­ka była w moim krwio­bie­gu przez lata i wie­le wska­zu­je, że z nią w ser­cu umrę. Ale jak cze­goś no­we­go nie na­grasz, prze­rzu­cę się na ze­spół › Week­end i za­cznę nu­cić „Gan­gnam Sty­le”.

Nie leć w kul­ki, tyl­ko leć do stu­dia. Over.

BED­NA­REK KA­MIL

Oto gwiaz­da no­wej ge­ne­ra­cji, któ­ra na oczach mi­lio­nów wi­dzów z suk­ce­sem wy­dup­czy­ła sys­tem. Po­szedł w 2010 roku do trze­ciej edy­cji „Mam ta­lent!”, za­bły­snął i zo­stał gwiaz­dą, bo po­sta­wił wszyst­ko na jed­ną kar­tę. Pro­ste? Bar­dzo, ale trze­ba mieć tak jak Bed­na­rek ta­lent, go­to­wy ma­te­riał na pły­tę, świa­do­mość mu­zycz­ną i świet­ny ze­spół. Wte­dy się uda­je. Grze­chem wie­lu bar­dzo uzdol­nio­nych lu­dzi idą­cych do ta­lent show jest brak mu­zycz­nej świa­do­mo­ści i gu­stu. Oni nie wie­dzą, co chcą śpie­wać, a co­ve­rów nikt o zdro­wych zmy­słach im nie wyda. Wi­dzi­my w te­le­wi­zji dzie­wu­się, któ­ra ład­nie śpie­wa, i w dzie­wię­ciu przy­pad­kach na dzie­sięć mo­że­my być nie­ste­ty pew­ni, że da­lej niż na sce­nę da­ne­go pro­gra­mu typu ta­lent show nie zaj­dzie. Nie dla­te­go, że nie jest zdol­na. Nie, ona czę­sto ma ogrom­ny ta­lent. Nie zro­bi nic wię­cej dla­te­go, że nie ma po­ję­cia, co chce śpie­wać, co jej – mó­wiąc ba­nal­nie – w du­szy gra. Opo­wia­da­li mi lu­dzie z wy­twór­ni i agen­ci (› agen­ci), co się dzie­je na spo­tka­niach ze zdol­ny­mi ludź­mi z ta­kich te­le­wi­zyj­nych show. Zwy­kle – en­cy­klo­pe­dycz­na ma­sa­kra. Oni chcą być sław­ni, chcą wy­lą­do­wać na ka­na­pie w „Dzień Do­bry TVN” czy u Wo­je­wódz­kie­go (› Wo­je­wódz­ki Kuba), za­ra­biać szmal, żeby im ko­le­żan­ki i ko­le­dzy za­zdro­ści­li. A ja­kiś re­per­tu­ar? Pio­sen­ki? No, ja­koś się znaj­dzie. Nie­ste­ty, ra­czej się nie znaj­du­je i ta­lent lą­du­je w ko­szu za­po­mnie­nia. Ta­kie są re­alia. Ci lu­dzie, choć zdol­ni, ma­ją­cy czę­sto fe­no­me­nal­ne gło­sy, nie wie­dzą, co da­lej.

Bed­na­rek był spryt­ny i świa­do­my. Już w li­sto­pa­dzie 2010 roku wy­dał ze swo­im ze­spo­łem Star Gu­ard Muf­fin pły­tę „Sza­nuj” i był to gi­gan­tycz­ny suk­ces. Taki, na jaki wy­ja­da­cze sce­ny mu­zycz­nej w Pol­sce cze­ka­ją czę­sto la­ta­mi. A on, spry­ciu­lek, to zro­bił. Na oczach wszyst­kich po­ka­zał, jak po­win­no się wy­ko­rzy­sty­wać nada­rza­ją­ce się oka­zje. Za to wiel­kie bra­wo!

Dzi­siaj jest jed­ną z naj­cie­kaw­szych po­sta­ci pol­skiej sce­ny mu­zycz­nej. Ma swój świat i swo­ją mu­zy­kę, ma też wier­nych fa­nów, któ­rych bar­dzo sza­nu­je. Za­ra­bia re­al­ne pie­nią­dze, sprze­da­je pły­ty i kon­cer­ty. To gwiaz­da przy­szło­ści.

BLO­GER­KI MO­DO­WE (SZA­FIAR­KI, SZAT­NIAR­KI)

Nie­do­szłe mo­de­lecz­ki, ob­se­syj­ne fan­ki mody i ciu­chów ma­rzą­ce o ka­rie­rze zna­la­zły wresz­cie ka­nał do za­ist­nie­nia i za­ra­bia­nia nie­złych pie­nię­dzy. Blo­gi mo­do­we za­la­ły pol­ski in­ter­net ni­czym epi­de­mia świń­skiej gry­py, a ich au­tor­ki po­wo­li wy­ra­sta­ją na ce­le­bryt­ki peł­ną gębą i po­zu­ją na ścian­kach na im­pre­zach, a nie­któ­re, choć nie za bar­dzo umie­ją się wy­po­wia­dać, oce­nia­ją styl in­nych. Peł­ny od­lot.

Naj­bar­dziej wpły­wo­wym blo­ge­rem świa­ta, gwiaz­dą, któ­ra dzię­ki blo­go­wi za­ra­bia spo­re pie­nią­dze i jest au­to­ry­te­tem dla in­nych, jest słyn­ny Scott Schu­man, au­tor blo­ga The Sar­to­ria­list. Pro­wa­dzo­ny od 2005 roku blog to głów­nie zdję­cia lu­dzi z ca­łe­go świa­ta ubra­nych ory­gi­nal­nie, cie­ka­wie, mod­nie albo i nie. Moż­na tam tra­fić bez wzglę­du na stan kon­ta, wiek, po­cho­dze­nie, wy­ko­ny­wa­ny za­wód. The Sar­to­ria­list jak nikt inny po­ka­zu­je modę ulicz­ną, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że wiel­kie mar­ki, domy mody mogą so­bie ro­bić, co chcą, li­czy się to, co za­ło­żą na sie­bie lu­dzie, że moda uli­cy rzą­dzi. Schu­man przez swój blog wpły­wa na ry­nek świa­to­wej mody. Współ­pra­co­wał z ta­ki­mi fir­ma­mi, jak GAP, Kiehl’s, Ne­spres­so, DKNY Je­ans, Gant, OVS, Cra­te & Bar­rel. Jego blog od­wie­dza mie­sięcz­nie czter­na­ście mi­lio­nów lu­dzi, rocz­nie za­ra­bia oko­ło mi­lio­na do­la­rów.

Inne waż­ne na­zwi­ska świa­to­wej mo­do­wej blo­gos­fe­ry to Ga­ran­ce Doré, au­tor­ka hi­to­we­go blo­ga, któ­ry dzien­nie od­wie­dza sie­dem­dzie­siąt ty­się­cy lu­dzi, świet­na ilu­stra­tor­ka, fo­to­graf­ka, pry­wat­nie dziew­czy­na Scot­ta Schu­ma­na współ­pra­cu­ją­ca mię­dzy in­ny­mi z fir­mą GAP; Bry­an Grey Yam­bao (www.bry­an­boy.com), zwy­kły chło­pak z Fi­li­pin, je­den z naj­bar­dziej kon­tro­wer­syj­nych blo­ge­rów, po­stać ty­leż ko­cha­na, co znie­na­wi­dzo­na, na sa­mym Twit­te­rze jego pro­fil śle­dzi czte­ry­sta ty­się­cy lu­dzi, wy­stą­pił w ame­ry­kań­skiej edy­cji „Top Mo­del”; Emi­ly Schu­man (www.cup­ca­ke­sand­ca­sh­me­re.com) po­cho­dzi z Los An­ge­les, uwiel­bia do it your­self, czy­li DIY, pod­pi­sa­ła kon­trakt z Es­tée Lau­der i w 2012 roku wy­da­ła książ­kę „Cup­ca­kes and Ca­sh­me­re: A Gu­ide for De­fi­ning Your Sty­le, Re­inven­ting Your Spa­ce, and En­ter­ta­ining with Ease”.

Szał na blo­ge­rów w wie­ku na­sto­let­nim na świe­cie roz­po­czę­ła nie­ja­ka Tavi Ge­vin­son, rocz­nik 1996, au­tor­ka blo­ga Sty­le Ro­okie. Mia­ła je­de­na­ście lat, trzy­dzie­ści ty­się­cy wejść na blo­ga dzien­nie i wy­wo­ła­ła szok w świe­cie mody, na zdję­ciach na swo­im blo­gu po­zu­jąc w su­per mod­nych ciu­chach, faj­nych ze­sta­wach, po­ka­zu­jąc, że do­ro­sła moda jest dla dzie­cia­ków i dzie­cia­ki się nią ba­wią le­piej niż do­ro­śli. Lu­bią­cy wszel­kie ory­gi­nal­no­ści, nie mó­wiąc o wy­na­tu­rze­niach, świat mody za­fa­scy­no­wa­ny cu­dow­nym dziec­kiem szyb­ko za­pro­sił ją na fa­shion week do Pa­ry­ża i No­we­go Jor­ku, pi­sa­ła tek­sty na stro­ny „Har­per’s Ba­za­ar” i „Bar­neys”. Obec­nie jest na­czel­ną Ro­okie Ma­ga­zi­ne i od dwóch lat jest na pu­bli­ko­wa­nej przez „For­bes” li­ście naj­waż­niej­szych w me­diach osób przed trzy­dzie­stym ro­kiem ży­cia. Moż­na o niej pi­sać, że za wcze­śnie do­ro­sła, że jest po­prze­bie­ra­na, ale nie moż­na od­mó­wić jej kre­atyw­no­ści oraz wie­dzy.

W Pol­sce w więk­szo­ści przy­pad­ków pro­wa­dze­nie blo­ga po­le­ga na tym, że dana blo­ger­ka fo­to­gra­fu­je się w sko­pio­wa­nych z ma­ga­zy­nów mo­do­wych po­zach i co­raz to no­wych ciu­chach, bu­tach i do­dat­kach, obo­wiąz­ko­wo ro­biąc opis po an­giel­sku, bo jak wie­my, an­giel­ski jest cool i za chwi­lę za­pew­ne na­sza sza­fiar­ka zro­bi ka­rie­rę za­gra­nicz­ną. Zdję­cia jak zdję­cia są róż­ne, nie mnie oce­niać, czę­ściej jed­nak wy­glą­da­ją ta­nio niż do­brze. Jed­nak kie­dy przej­dzie­my do czy­ta­nia prób li­te­rac­kich, krew sama mro­zi się w ży­łach, a na czo­ło wy­stę­pu­je krwa­wy pot, bo ta­kie­go kosz­mar­ne­go ba­na­łu i nie­jed­no­krot­nie umy­sło­we­go dna ze świe­cą szu­kać. „Bra­vo Girl” i wy­nu­rze­nia o tym, czy zaj­dzie się w cią­żę przez do­tyk, to przy tym Hen­ryk Sien­kie­wicz. Błę­dy sty­li­stycz­ne, brak wie­dzy ogól­nej, o hi­sto­rii mody czy sztu­ki na­wet nie wspo­mnę, brak lo­gi­ki i wszech­obec­ne prze­ko­na­nie o swej ab­so­lut­nej za­je­bi­sto­ści. Bo jak się za­ło­ży mię­to­we ga­cie z Zary i neo­no­wą bluz­kę w ohyd­ny wzo­rek z Top Sho­pu, jest się z za­ło­że­nia za­je­bi­stym. Naj­faj­niej­sze są ich „wy­wia­dy” z ludź­mi ze świa­ta mody, czy­li wal­ka z mar­twą ma­te­rią mó­zgu au­to­ra/au­tor­ki. Moż­na od tego paść tru­pem na miej­scu. To po pro­stu kwin­te­sen­cja głu­po­ty i men­tal­ne­go ona­ni­zmu au­to­rów. Ra­dzę nie czy­tać.

Nie­któ­re blo­ger­ki i blo­ge­rzy wy­stę­pu­ją w me­diach w roli eks­per­tów. To ewi­dent­ny do­wód na to, że nie ma w Pol­sce wie­lu osób, któ­re co­kol­wiek mogą o mo­dzie po­wie­dzieć, więc się bie­rze dziew­czy­ni­ny i robi z nich eks­pert­ki. Moda jest mod­na mimo kry­zy­su, trze­ba czymś albo ra­czej kimś „szyć”. Wte­dy nie­ste­ty jak na dło­ni wi­dać, kto ma tyl­ko par­cie, a kto jesz­cze co­kol­wiek wię­cej. Ład­ne ciu­chy, zwy­kle Zara, H&M i szma­tek­sy, nie wy­star­czą do zro­bie­nia ka­rie­ry w me­diach bez ośmie­sza­nia się. Dziew­cząt­ka (chłop­cy też są) mają cho­ro­bli­we par­cie na szkło, go­rzej z umie­jęt­no­ścią opi­sa­nia zja­wisk. Nie wiem, kto im dał ma­tu­ry, a nie­któ­rzy po­dob­no na­wet coś stu­diu­ją. Cóż, cuda się zda­rza­ją. Do­dat­ko­wo – o czym pi­sze się i mówi co­raz gło­śniej – więk­szość blo­gów to or­dy­nar­ne słu­py re­kla­mo­we firm odzie­żo­wych, ko­sme­tycz­nych, obuw­ni­czych ma­ją­ce z modą tyle wspól­ne­go, co ja z ba­le­tem, czy­li nic. Ale na tych blo­gach – dzię­ki po­zo­wa­niu w ubra­niach i bu­tach pew­nych firm, sma­ro­wa­niu się okre­ślo­ny­mi kre­ma­mi, je­dze­niu kon­kret­nych po­traw i uży­wa­niu wła­ści­wych kro­pli do oczu, bal­sa­mu do cia­ła czy szam­po­nu albo i garn­ka lub to­ste­ra – za­ra­bia się spo­re pie­nią­dze. Nie są to wpły­wy re­gu­lar­ne, ale prze­kra­cza­ją śred­nią kra­jo­wą.

W za­le­wie men­tal­ne­go ście­ku moż­na jed­nak od­kryć pe­reł­ki. Parę dziew­czyn zna się na tym, o czym pi­sze, zna modę, sztu­kę, po­ru­sza się do­brze w po­pkul­tu­rze, czy­ta za­gra­nicz­ne me­dia pi­szą­ce o mo­dzie, bywa nie tyl­ko na łódz­kich „fe­szyn łi­kach” i umie skła­dać zda­nia za­rów­no pro­ste, jak i wie­lo­krot­nie zło­żo­ne, a przed ka­me­rą też wy­pa­da nie­źle.

Nie­któ­re blo­gi są za­uwa­ża­ne przez wiel­ki mo­do­wy świat. Tak było z Maff, Ju­lią Ku­czyń­ską, któ­ra jest chy­ba naj­le­piej za­ra­bia­ją­cą i naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­ną pol­ską blo­ger­ką mo­do­wą (ma dwie fir­my), Ra­sp­ber­ry and Red czy za­baw­ną Jes­sy Mer­ce­des, któ­ra ob­se­syj­nie tro­pi pod­rób­ki zna­nych ma­rek, bę­dąc po­stra­chem nie­któ­rych na­szych ce­le­bry­tek.

Moje ulu­bio­ne blo­gi, oce­nia­ne głów­nie ze wzglę­du na to, jak są pi­sa­ne, a nie tyl­ko ze wzglę­du na ład­ne fot­ki, to Ra­sp­ber­ry and Red two­rzo­ny przez skrom­ną, ale bar­dzo kre­atyw­ną, ory­gi­nal­ną i już od­kry­wa­ną przez za­gra­nicz­ne me­dia dziew­czy­nę z Kra­ko­wa, We­ro­ni­kę; cie­ka­wy jest rów­nież blog Ali­ce Po­int – Ali­cji Zie­la­sko, któ­ra była jed­ną z pierw­szych roz­po­zna­wal­nych blo­ge­rek, jeź­dzi na świa­to­we po­ka­zy mody, jest am­ba­sa­dor­ką mar­ki Na­sty Gal; do­bra jest tak­że Jo­an­na Glo­ga­za, jej sty­le­dig­ger.blog­spot.com po­świę­co­ny zo­stał nie tyl­ko mo­dzie, ale i książ­kom, fil­mom, jest to do­bry laj­fstaj­lo­wy blog; obłęd­nie ory­gi­nal­na i za­baw­na przy tym jest Ma­ca­de­mian Girl, czy­li Ta­ma­ra Gon­za­les Pe­rea ze Szcze­ci­na po­ka­zu­ją­ca, że Pol­ska nie musi być sza­ra, ale w od­cie­niach upal­ne­go hisz­pań­skie­go lata; kla­są samą w so­bie jest Ka­sia Tusk z Make Life Easier, dla wie­lu zbyt za­cho­waw­cza i sztyw­na, ale dla mnie to przy­szła Mar­tha Ste­wart, choć po­win­na po­pra­co­wać nad tek­sta­mi, zdję­cia i same sty­li­za­cje ma świet­ne. Co bę­dzie z tymi blo­ger­ka­mi za rok, dwa, czas po­ka­że.

W Pol­sce naj­le­piej, naj­bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nie pi­sa­ne i ma­ją­ce naj­więk­sze zna­cze­nie opi­nio­twór­cze (bez la­ta­nia po ścian­kach) są moim zda­niem: blog Gosi Boy (www.go­sia­boy.com), by­łej re­dak­tor na­czel­nej por­ta­lu ki­mo­no.pl, je­den z nie­wie­lu bez­kom­pro­mi­so­wych blo­gów o mo­dzie i sty­lu, bez po­li­tycz­nej po­praw­no­ści, coś dla spra­gnio­nych praw­dy, a nie rze­czy­wi­sto­ści ze spon­so­ro­wa­nych ar­ty­ku­łów w ga­ze­tach; blog Ha­rel o mo­dzie su­biek­tyw­nie (www.ha­rel­blog.pl), pi­sa­ny z wie­dzą, za­an­ga­żo­wa­niem i bez wcho­dze­nia wszyst­kim, na­wet nie­zdol­nym, ale za to lan­so­wa­nym pro­jek­tan­tom, w tył­ki; bar­dzo lu­bię i za­wsze czy­tam ostre­go jak brzy­twa, za­baw­ne­go i me­ry­to­rycz­ne­go Mi­cha­ła Za­czyń­skie­go (mi­chal­za­czyn­ski.word­press.com); poza kon­ku­ren­cją jest nie­zrów­na­na po­grom­czy­ni mo­do­wej ciem­no­ty i ce­le­bryc­kiej głu­po­ty, czy­li Do­ro­ta Wró­blew­ska (› Wró­blew­ska Do­ro­ta) (do­ro­taw­ro­blew­ska­blog.pl). Naj­lep­szym obok wy­mie­nio­nych blo­giem o mo­dzie, sty­lu i kul­tu­rze jest www.fre­esty­le­vo­gu­ing.com. Pro­wa­dzi go To­biasz Ku­ja­wa, któ­ry ma świet­ny styl, wie­dzę, sie­dzi w te­ma­cie po koń­ców­ki wło­sów i to się czu­je, a poza tym jest wy­raź­nie bez­u­kła­do­wy, chy­ba nie­umo­czo­ny w żad­nym to­wa­rzy­sko-łóż­ko­wo-al­ko­ho­lo­wo-biz­ne­so­wym ukła­dzie. Szko­da, że pi­sa­nie blo­ga za­wie­si­ła uwiel­bia­na prze­ze mnie Ali­cja Ko­wal­ska, dziew­czy­na, któ­ra je­śli do Pol­ski wej­dzie „Vo­gue”, po­win­na na­tych­miast zo­stać jego na­czel­ną, choć jest poza mo­do­wy­mi i me­dial­ny­mi ukła­da­mi, a to w ka­rie­rze w pra­sie nie po­ma­ga. Może wró­ci do blo­go­wa­nia.

Au­to­rzy naj­lep­szych blo­gów to nie są am­bit­ne i lu­bią­ce ciusz­ki oraz lans na­sto­let­nie pa­nien­ki, to lu­dzie z wie­dzą i do­świad­cze­niem. Jako od­po­wiedź na za­lew blo­gos­fe­ry mo­do­wej po­wsta­ło wie­le al­ter­na­tyw. Moja ulu­bio­na to ar­cy­zło­śli­wa i in­te­li­gent­na, ro­bio­na w Kra­ko­wie stro­na nie­mod­ne­pol­ki.blog­spot.com oraz fa­ce­bo­oko­wa Beka z Sza­fia­rek.

Naj­słyn­niej­szą, moc­no ostat­nio lan­so­wa­ną sza­fiar­ką z prze­raź­li­wy­mi am­bi­cja­mi na by­cie pio­sen­kar­ką i ce­le­bryt­ką peł­ną gębą jest nie­ja­ka Ho­ney, czy­li Ho­no­ra­ta Skar­bek (› Ho­ney/Ho­no­ra­ta Skar­bek).

BO­HO­SIE­WICZ SO­NIA

Jed­na z lep­szych ak­to­rek swe­go po­ko­le­nia i zdu­mie­wa­ją­co nor­mal­na jak na suk­ces, któ­ry jest jej udzia­łem. Do tego, co u ak­to­rek jest rzad­ko­ścią, in­te­li­gent­na i wy­ga­da­na be­stia. Do­brze śpie­wa. Lubi ry­zy­ko­wać – była pierw­szą se­ria­lo­wą les­bij­ką w „39 i pół” i Pol­ska ja­koś to prze­ży­ła, bo Bo­ho­sie­wicz ani se­kun­dy nie szar­żo­wa­ła i nie la­ta­ła jak na­wie­dzo­na z tę­czo­wą fla­gą. Jej Na­ta­sza z „Woj­ny pol­sko-ru­skiej” po­ra­ża­ła cham­stwem i pro­stac­twem tak jak funk­cjo­na­riusz­ka SB z fil­mu „80 mi­lio­nów”. Han­na Kon­do­le­wicz z „Ob­ła­wy” to ko­bie­ta z ta­jem­ni­cą i nie­okieł­zna­nym li­bi­do. Od 2007 roku i roli w fil­mie „Re­zer­wat” w czo­łów­ce ak­to­rów. Co cie­ka­we, bez skan­da­li, opo­wia­da­nia głu­pot i eks­hi­bi­cjo­ni­zmu. Ktoś wie, jak wy­glą­da­ją jej › dzie­ci? Była se­syj­ka w „Vi­vie!” pod ty­tu­łem ja, mój mąż, na­sza ka­na­pa i dzie­ci oraz pies? Była ja­kaś re­la­cja ze ślu­bu? Albo z ran­dek? Gu­zik. Bo­ho­sie­wicz ma kla­sę i kul­tu­rę w tym, jak sprze­da­je sie­bie w me­diach. Bo ak­tor­stwo to sprze­da­wa­nie sie­bie. Ona to umie.

Mam jed­nak cza­sem pro­blem z tym, ja­kie role wy­bie­ra. Ro­zu­miem, że trze­ba pła­cić ra­chun­ki, ale niech mi ktoś wy­tłu­ma­czy, po jaką cho­le­rę był jej de­bil­ny film pod ty­tu­łem „Kac Wawa”? Albo że­nu­ją­ca i ob­ra­ża­ją­ca ją jako ak­tor­kę „Woj­na żeń­sko-mę­ska”? Jest jesz­cze kosz­ma­rek w fil­mie „Po­dej­rza­ni za­ko­cha­ni”… So­nia, WHY?

No i ta twarz… Coś przy niej chy­ba maj­stro­wa­ła (› bo­toks) i za wcze­śnie wy­szła z tym do lu­dzi, bo jej usta, za­iste, na­gle zmie­ni­ły się i nie była to zmia­na na ko­rzyść. W „Ob­ła­wie” tro­chę za bar­dzo sku­pia­ją uwa­gę wi­dza. Ja oczu ode­rwać nie mo­głam. No chy­ba że to kwe­stia cu­dow­nej nie­in­wa­zyj­nej die­ty, od któ­rej puch­ną usta i po­licz­ki… W ta­kim ra­zie ja taką die­tę też po­pro­szę.

Ale nogi ma obłęd­ne.

BO­TOKS

Tru­ci­zna usztyw­nia­ją­ca mię­śnie i da­ją­ca złu­dze­nie wiecz­nej mło­do­ści, ewen­tu­al­nie pla­sti­ko­wej lal­ki albo egip­skiej mu­mii w za­leż­no­ści od tego, co kto lubi mieć w twa­rzy. Ofi­cjal­nie uży­wa go tyl­ko ja­kieś dzie­sięć osób. Nie­ofi­cjal­nie – i aby to stwier­dzić, wy­star­czy po­rów­nać zdję­cia sprzed kil­ku lat i współ­cze­sne – nie­mal wszy­scy. Ofi­cjal­nie jest to wy­nik diet zmie­nia­ją­cych rysy twa­rzy; rze­ko­mo woda też wy­gła­dza skó­rę (ale chy­ba tyl­ko ta z Li­che­nia), nie mó­wiąc o we­ge­ta­riań­skiej die­cie, soku z mar­chwi, jo­dze i spa­ce­rach z psem. Seks też po­dob­no od­mła­dza, czy­li wy­ni­ka z tego, że więk­szość na­szych ce­le­bry­tów to sek­so­ho­li­cy albo zbo­czeń­cy – tak ma­so­wo młod­nie­ją. Nie­ofi­cjal­nie – je­śli ktoś chce wie­dzieć, kto i co so­bie robi, musi stu­dio­wać kro­ni­ki to­wa­rzy­skie w ga­ze­tach. Tam jest czar­no na bia­łym cała praw­da o wiecz­nej mło­do­ści pol­skie­go szoł­biz­ne­su. Wy­star­czy zo­ba­czyć, kto cho­dzi i z uśmie­chem po­zu­je na even­tach w licz­nych ob­fo­to­gra­fo­wa­nych kli­ni­kach me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej, i już wia­do­mo, kto i gdzie, choć ofi­cjal­nie nikt tego prze­cież nie robi i wszy­scy żyją w zgo­dzie z na­tu­rą, pie­kąc or­ki­szo­wy chleb i sa­dząc na bal­ko­nie mar­chew. Za każ­dy taki uśmiech – je­den za­bieg albo i dwa. Wiem, bo mi też wie­le razy to pro­po­no­wa­no. Ale jak będę chcia­ła so­bie coś zro­bić, wolę dla kom­for­tu psy­chicz­ne­go za­pła­cić. Na ra­zie mnie nie stać. Może za­ro­bię na li­fting na tej książ­ce…

Ce­le­bryt­kom i ce­le­bry­tom ma­so­wo ro­sną więc usta (tak zwa­ny efekt kar­pia lub mrów­ko­ja­da), puch­ną po­licz­ki (tak zwa­ny efekt cho­mi­ka po­wsta­ją­cy w wy­ni­ku pod­nie­sie­nia ko­ści po­licz­ko­wych i żu­chwy), pod­no­szą się po­wie­ki (efekt pod ty­tu­łem „ktoś wsa­dził mi coś w od­byt i nie wiem, jak to wy­jąć, a chcia­ła­bym usiąść” – za­bieg nie­mal nie­zbęd­ny po tak zwa­ny efek­cie eski­mo­skie­go cho­mi­ka, po któ­rym trud­no zo­ba­czyć co­kol­wiek, bo oczy ro­bią się jak u Azja­ty, czy­li małe).

Opo­wia­da­no mi nie­daw­no, że › Doda swo­je na­gle wy­dat­ne ko­ści po­licz­ko­we uspra­wie­dli­wia pu­blicz­nie tym, że tak bar­dzo chcia­ła je mieć, tak so­bie to wmó­wi­ła, że się samo zro­bi­ło. Czy­li siła woli w celu osią­gnię­cia pięk­na jest ogrom­na. Jej się sama zro­bi­ła nie­mal cała nowa twarz. Po­dob­no nie­któ­re gwiaz­dy sa­lo­nów już się nie śmie­ją, bo kie­dy się śmie­ją, koń­czą w to­a­le­cie, a to nie jest miła wi­zy­ta, szcze­gól­nie kie­dy trze­ba szyb­ko zdjąć uci­ska­ją­ce i mo­de­lu­ją­ce majt­ki. Kie­dy oglą­da się zdję­cia z im­prez, wi­dać szo­ku­ją­cy efekt kse­ro – wszyst­kie ce­le­bryt­ki za­czy­na­ją nie­po­ko­ją­co upo­dab­niać się do sie­bie i wy­glą­da­ją jak ko­lo­nia la­lek Bar­bie albo klo­ny pa­cjen­tów dok­to­ra Fran­ken­ste­ina po wzię­ciu za du­żej ilo­ści am­fe­ta­mi­ny. Iden­tycz­ne spuch­nię­te usta, krą­głe po­licz­ki, pro­ste no­ski jak ze sztan­cy, sze­ro­ko otwar­te oczy i czo­ła, na któ­rych moż­na sta­wiać kie­lisz­ki, tak są gład­kie. Po­dob­no sami mę­żo­wie już ich nie roz­róż­nia­ją, chy­ba że po gło­sie albo li­niach pa­pi­lar­nych.

Uwiel­biam pa­trzeć na dzien­ni­kar­ki in­for­ma­cyj­ne, któ­re bez wzglę­du na to, z ja­kiej są sta­cji, są iden­tycz­ne – u wszyst­kich je­dy­ną ru­cho­mą czę­ścią twa­rzy są gał­ki oczne.

Za­py­ta­ne, czy coś maj­stru­ją przy twa­rzy czy in­nych czę­ściach cia­ła, gwiaz­dy od­po­wia­da­ją wy­mi­ja­ją­co. To­masz Ja­cy­ków (› Ja­cy­ków To­masz) robi so­bie wszyst­ko, jak leci, i ko­cha o tym opo­wia­dać, tym bar­dziej że za to opo­wia­da­nie i wci­ska­nie, gdzie się da, na­zwi­ska do­bro­dziej­ki le­kar­ki ma ko­lej­ne dar­mo­we za­bie­gi albo ra­bat. Krzysz­tof Ibisz (› Ibisz Krzysz­tof), któ­re­go po­dej­rze­wa­no, że w swej pa­sji od­mła­dza­nia się za­cznie za­pra­szać lu­dzi na wła­sne pęp­ko­we, bo wy­glą­da już mło­dziej od swych ma­ło­let­nich › dzie­ci, nadal nie ko­men­tu­je zmian w apa­ry­cji. I po­wo­li się sta­rze­je. Po wiel­kich bó­lach do po­pra­wia­nia ust przy­zna­ły się Maja Sa­blew­ska (› Sa­blew­ska Maja) i Iwo­na Wę­grow­ska. Mod­nie jest ma­sko­wać zro­bie­nie ust jed­no­cze­snym za­ło­że­niem apa­ra­tu na zęby. Że niby war­gi puch­ną, bo ma się me­tal w ustach. Jak ktoś ma pro­ble­my ze wzro­kiem i nie ma w domu in­ter­ne­tu, może się na­brać.

Biust zro­bi­ły so­bie Man­da­ry­na (po­dob­no wy­da­ła po dzie­sięć ty­się­cy zło­tych za sztu­kę) i Iwo­na Wę­grow­ska (trud­no było tego nie za­uwa­żyć – wy­le­wał się ze­wsząd). Doda biu­stu nie zro­bi­ła, tyl­ko „Ra­dzio ma­so­wał”. Grunt to mąż o cu­dow­nym do­ty­ku. Ona po­dob­no w ogó­le ni­cze­go nie ro­bi­ła, a chi­rur­ga, któ­ry w pro­gra­mie „Na ję­zy­kach” czar­nym fla­ma­strem do­kład­nie za­zna­czył na jej zdję­ciu, co zmie­ni­ła (a było tego spo­ro, co na­wet go­łym okiem wi­dać, gdy po­rów­na­my jej fo­to­gra­fie sprzed kil­ku lat i obec­ne – dość szo­ku­ją­ce do­zna­nie), chce po­dać do sądu… Bę­dzie naj­za­baw­niej­szy pro­ces stu­le­cia. Krą­żą opo­wie­ści o tym, jak wie­le uczest­ni­czek „Tań­ca z gwiaz­da­mi” (› „Ta­niec z gwiaz­da­mi”) ro­bi­ło so­bie od­sy­sa­nie tłusz­czu z ple­ców , bo nie wy­pa­da­ło stra­szyć mi­lio­nów wi­dzów wał­ka­mi tłusz­czy­ku od tyłu. Od­sy­sa się tłuszcz z brzu­cha i ud – to po­dob­no za­bieg tak po­wszech­ny jak bo­toks. Ostat­nio Edy­ta Gór­niak (› Gór­niak Edy­ta) uzna­ła za sto­sow­ne przy­znać się do po­pra­wie­nia ust. Trud­no, żeby tego nie zro­bi­ła – jej usta to od lat in­dy­wi­du­al­ny byt, mają już swój nu­mer PE­SEL i pierw­sze wcho­dzą do po­ko­ju, a do­pie­ro po nich ona. Uza­sad­ni­ła to tym, że była smut­na. Aż strach my­śleć, co robi, gdy jest we­so­ła.

Wierz­cie lub nie, ale zo­ba­cze­nie nie­któ­rych zna­nych osób z bli­ska i bez ta­pe­ty skut­ku­je de­pre­sją i mo­cze­nia­mi noc­ny­mi. Niby wi­dzie­li­śmy już wszyst­ko i je­ste­śmy przy­go­to­wa­ni na wszyst­ko, ale są rze­czy, któ­rych nie wy­my­śli­li­by se­ryj­ni mor­der­cy.

BRA­CIA FIGO FA­GOT

Je­stem pod wra­że­niem. Ogrom­nym. Śpie­wam ich pio­sen­ki i dla­te­go tu­taj są. Daw­no nie było w pol­skiej sa­ty­rze, ka­ba­re­cie cze­goś TA­KIE­GO. To rze­ko­mo „di­sco polo dla in­te­li­gen­ta”, a w rze­czy­wi­sto­ści po­wiew świe­żo­ści, cze­goś na­praw­dę za­baw­ne­go. Bra­cia Figo Fa­got to dla mnie al­ter­na­ty­wa, kwin­te­sen­cja kon­te­sta­cji ota­cza­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści, któ­rą je­śli jej zmie­nić nie moż­na, moż­na cho­ciaż ob­śmiać, za­ata­ko­wać jej wła­sną bro­nią. Ki­czem w kicz. To dzia­ła. Są też tacy, któ­rzy uwa­ża­ją, że Bra­cia Figo Fa­got to ze­spół pun­ko­wy. Jak zwał, tak zwał, we­dług mnie – re­we­la­cja, hit nie tyl­ko se­zo­nu, ale na lata. I do­wód na to, że moż­na być zna­nym, na­gry­wać pły­ty, sprze­da­wać je oraz tra­sy kon­cer­to­we i nie lan­so­wać się na im­pre­zach.

Bra­cia Figo Fa­got to Bar­tosz Wa­la­szek i Piotr Po­łać. Wzię­li się z se­ria­lu ko­me­dio­we­go „Ka­li­ber 200 volt” po­ka­zy­wa­ne­go w sta­cji Re­bel TV. Tam w każ­dym od­cin­ku ro­bio­no te­le­dysk w ma­nie­rze di­sco polo ze wszyst­kim tym, co nam się z owym ga­tun­kiem mu­zycz­nym ko­ja­rzy. Czy­li pa­no­wie ru­basz­ni w sty­lu wie­śniac­kie­go ma­cho, tekst pro­sty o mi­ło­ści, bez ob­cia­chu, jak trze­ba, to z wy­ra­za­mi. No i mu­zy­ka – kla­sycz­ne umpa-umpa, ba­nal­ne do bólu, ale nóż­ki same cho­dzą, choć trosz­kę wstyd. Ale kto nie lubi skocz­nych pio­se­nek o mi­ło­ści, no, kto?

Ze­spół za­de­biu­to­wał w 2011 roku na IV Fe­sti­wa­lu Twór­czo­ści Że­nu­ją­cej Za­cie­ra­lia, ale fak­tycz­nie po­wstał w roku 2012. I od razu z siłą wo­do­spa­du z re­klam ta­ble­tek do pro­tez zdo­był pu­blicz­ność. Mnie też.

W maju 2012 roku wy­da­no ich pierw­szą pły­tę – „Na bo­ga­to­ści”. Wy­daw­ca był ten sam, co Kul­tu i Ka­zi­ka. To wca­le nie jaja, to real. Bar­dzo szyb­ko ta świet­na pły­ta do­tar­ła do siód­me­go miej­sca na li­ście naj­chęt­niej ku­po­wa­nych płyt w Pol­sce. Wy­nik, o ja­kim bo­ha­ter­ki pla­sti­ko­wych okła­dek mogą je­dy­nie ma­rzyć. Daje do my­śle­nia…

„O Boże, Boże, Bo­żen­ko, zdra­dzi­łaś mnie z Cy­ga­nem…” to szla­gwort, któ­ry łazi za mną od roku. Kto nie wi­dział „Bo­żen­ki”, ten cie­nias. Niech to nad­ro­bi. Ale niech nie bie­rze wszyst­kie­go na po­waż­nie, bo ten ze­spół, jego ge­nial­na sty­li­sty­ka to wiel­ki test na dy­stans i na­sze › po­czu­cie hu­mo­ru. Trze­ba też ko­niecz­nie po­słu­chać, a jesz­cze le­piej – zo­ba­czyć te­le­dysk do pio­sen­ki „Zo­bacz dziw­ko, co na­ro­bi­łaś”. Bra­ciom part­ne­ru­je tam nie­ja­ki Szte­fan Wons, czy­li Cze­sław Mo­zil (› Mo­zil Cze­sław). Wy­stą­pi on go­ścin­nie na pły­cie ze­spo­łu, któ­ra ma się uka­zać w 2013 roku.

Rok 2013 może być ich. Ży­czę im tego bar­dzo. › Doda, Gór­niak (› Gór­niak Edy­ta) i inne wy­dmusz­ki po­win­ny za­cząć się bać. Po­ko­na ich ktoś sto razy lep­szy, ład­niej­szy i bar­dziej sek­sow­ny od nich. Idzie nowa era.

Roz­ma­rzy­łam się…

BRAU­NEK MAŁ­GO­RZA­TA

Gwiaz­da ab­so­lut­na. Gdy­by urok oso­bi­sty moż­na bu­tel­ko­wać i sprze­da­wać, ona by­ła­by mi­liar­der­ką. Uśmiech wart mi­lio­ny i hip­no­ty­zu­ją­ca twarz. Naj­lep­sza am­ba­sa­dor­ka bud­dy­zmu w Pol­sce. Gra­ła u An­drze­ja Waj­dy, An­drze­ja Żu­ław­skie­go, Wi­tol­da Lesz­czyń­skie­go czy Je­rze­go Hof­f­ma­na. Kie­dy oka­za­ło się, że ma za­grać Oleń­kę w „Po­to­pie”, w Pol­sce o mało nie do­szło do krwa­wych za­mie­szek. Tak, kie­dyś u nas na­praw­dę ko­cha­ło się fil­my i ak­to­rów… U szczy­tu ka­rie­ry, w 1978 roku, po za­gra­niu w fil­mie „Wej­ście w nurt” prze­rwa­ła ka­rie­rę. Trze­ba było mieć na­praw­dę sil­ny cha­rak­ter i mo­ty­wa­cję, żeby po­wie­dzieć so­bie: „już mnie to nie bawi”. I nie ba­wi­ło jej to aż do roku 2004 i do ge­nial­nej roli w fil­mie „Tu­li­pa­ny” Jac­ka Bor­cu­cha. To był wy­ma­rzo­ny po­wrót na wiel­ki ekran, na­gro­dzo­ny mię­dzy in­ny­mi Or­łem. Jej zmy­sło­wy mi­ło­sny duet z Ja­nem No­wic­kim wart jest każ­dych pie­nię­dzy i nie spo­sób się w tej pa­rze nie za­ko­chać. A sce­na, kie­dy idą ze sobą, wresz­cie, do łóż­ka… cudo! Wi­dzia­łam ten film z dzie­sięć razy, za­wsze z po­dob­nym uczu­ciem za­chwy­tu. Te­raz Brau­nek z suk­ce­sem cza­ru­je wi­dzów w se­ria­lu „Ży­cie nad roz­le­wi­skiem”.

Jej ży­cie to te­mat na film albo i se­rial, ale taki pew­nie nig­dy nie po­wsta­nie, bo Brau­nek, je­śli już o so­bie mówi, to z dy­stan­sem i kul­tu­rą oraz sza­cun­kiem mię­dzy in­ny­mi do by­łych part­ne­rów ży­cio­wych. Mia­ła trzech mę­żów, ma dwo­je uda­nych › dzie­ci i tyle o niej wie­my. Re­kla­mu­je kre­my prze­ciw­zmarszcz­ko­we tak sku­tecz­nie, że chce się je jeść łyż­ką, jest we­ge­ta­rian­ką i wal­czy o pra­wa zwie­rząt. W cza­sach po­prze­bie­ra­nych w cu­dze ciu­chy gwiazd ona ubie­ra się nor­mal­nie. Nor­mal­ność to w ogó­le jej znak roz­po­znaw­czy.

Jest ży­wym do­wo­dem na to, że nie trze­ba przy­po­mi­nać lal­ki z sex sho­pu, żeby zro­bić ka­rie­rę, oraz na to, że kla­sa sprze­da­je się naj­le­piej. I brak sztucz­nej na­pin­ki. Bo to jed­na z naj­nor­mal­niej­szych i naj­bar­dziej wy­lu­zo­wa­nych osób, ja­kie dane mi było po­znać. Ro­bi­łam z nią kie­dyś wy­wiad i po­my­śla­łam so­bie wte­dy, że gdy­bym była fa­ce­tem, to wy­sy­ła­ła­bym jej co ty­dzień bu­kiet kwia­tów. Ot tak. Bo jest tego war­ta.

BROD­KA MO­NI­KA

Ar­ty­stycz­ny gej­zer naj­wyż­szej kla­sy. W ma­łym cie­le wiel­ki duch i me­ga­ta­lent oraz nie­zły cha­rak­te­rek. Zo­ba­czy­łam ją po raz pierw­szy w „Ido­lu”. Sta­ła na sce­nie mała i har­da. Bar­dzo uro­dzi­wa. I zdol­na. BAR­DZO zdol­na. Dzi­siaj to ka­wał sa­mo­dziel­nie my­ślą­cej ar­tyst­ki peł­ną gębą. Brod­ka wie­le osób wkur­wia, i to strasz­nie. Mo­że­cie na­słu­chać się o niej nie­sa­mo­wi­tych opo­wie­ści. Nic dziw­ne­go – jak ktoś ma swo­je zda­nie, musi być albo nie­speł­na ro­zu­mu, albo nie­nor­mal­ny, ewen­tu­al­nie – mieć par­szy­wy cha­rak­ter. Ja ro­zu­miem to, że Brod­ka bez­kom­pro­mi­so­wo wal­czy o swo­je. Sama ucho­dzę za taką, co ma par­szy­wy cha­rak­ter i jest nie­nor­mal­na.

Brod­ka nie jest głu­pia. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści swo­ich ko­le­ża­nek po fa­chu nie my­śli tyl­ko o ka­sie, a na przy­kład – czy­ta umo­wy, za­nim je pod­pi­sze, i twar­do ne­go­cju­je. Sama wi­dzia­łam, jak skru­pu­lat­nie wy­kre­śla z umów pola eks­plo­ata­cji na­gra­ne­go z nią ma­te­ria­łu, co po­wo­do­wa­ło u pro­du­cen­tów my­śli co naj­mniej mor­der­cze. Nic dziw­ne­go, że w nie­któ­rych krę­gach może mieć fa­tal­ną opi­nię. To tyl­ko po­twier­dza, jak wiel­ki suk­ces od­nio­sła. Wie, co, kie­dy i do kogo mówi. To jed­na z nie­wie­lu osób w pol­skim szoł­biz­ne­sie, któ­ra w me­diach nie opo­wia­da bred­ni, nie jest wy­kre­owa­nym od po­cząt­ku do koń­ca sztucz­nym two­rem ga­da­ją­cym jak ro­bot tyl­ko to, co mu każą. Żad­na z niej ma­zo­wiec­ka Whit­ney Ho­uston czy pro­win­cjo­nal­na Lady Gaga. Nie jest też me­dial­ną dziw­ką, któ­ra w imię ra­ba­tu na to­reb­kę albo buty, za­ra­bia­nia na ko­lej­ne głu­po­ty i ro­bie­nia ka­rie­ry sprze­da wszyst­ko łącz­nie z wy­dzie­li­na­mi. Brod­ka sprze­da­je mu­zy­kę i sie­bie po­przez to. W spro­sty­tu­owa­nym i sztucz­nym świe­cie bez za­sad to rzad­kość. Sza­nu­ję ją za to. Pu­blicz­ność też, o czym świad­czy fakt, że na­wet w cza­sach kry­zy­su nadal ku­pu­je jej pły­ty. To się na­zy­wa suk­ces.

BRO­DZIK JO­AN­NA