Bóg nie jest samotny. Trójca Święta w życiu chrześcijan - Bezançon, Jean-Noël - ebook
Wydawca: Święty Wojciech Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2009

Bóg nie jest samotny. Trójca Święta w życiu chrześcijan ebook

Bezançon, Jean-Noël

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 219 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bóg nie jest samotny. Trójca Święta w życiu chrześcijan - Bezançon, Jean-Noël

Wiara w Trójcę Świętą wyróżnia chrześcijan. Począwszy od znaku krzyża, objawia się w ich sposobie przeżywania chrztu, Eucharystii, w sztuce religijnej, ikonografii, a także poprzez poszukiwanie jedności w małżeństwie, rodzinie, społeczeństwie, Kościele.
Objawienie Trójcy Świętej - fakt, że Bóg nie jest samotny - utwierdza człowieka w przekonaniu, że prawdziwe istnienie wyklucza życie tylko dla siebie, lecz oznacza otwarcie: wyjście z siebie, by znaleźć się w drugim i z drugim.

Opinie o ebooku Bóg nie jest samotny. Trójca Święta w życiu chrześcijan - Bezançon, Jean-Noël

Fragment ebooka Bóg nie jest samotny. Trójca Święta w życiu chrześcijan - Bezançon, Jean-Noël







Nie wierzymy w Boga jedynego, który miałby być samotny.

Wyznanie wiary
przypisywane papieżowi Damazemu

Chrześcijanin, który kocha, raduje się tym, że Bóg jest Ojcem i że jest Ojcem na skutek miłowania.

Nie cieszyłby się tym, gdyby nie czuł współbrzmienia pomiędzy tą tajemnicą a swoim własnym sercem.

Mówi sobie: Bóg jest miłością, czy mógłby być samotny?

François-Xavier Durwell

Stwierdzenie, że Bóg nie jest samotny ma nam natychmiast uświadomić, że życie Boga podąża w kierunku Drugiego, że życie Boga to miłosierdzie. (…) Boskie życie objawia się więc całkowicie skoncentrowane, wyrażone w tym wzajemnym dawaniu się Ojca Synowi i Syna Ojcu w jedności Ducha Świętego.

Maurice Zundel

I tak, objawienie Trójcy Świętej dalekie jest od intelektualnej udręki, jaką miałoby sobie narzucić chrześcijaństwo, które – ostatecznie – mogłoby się bez Niej obyć; przeciwnie, jest najwyższym objawieniem, do którego przystępujemy jako chrześcijanie i którego konsekwencje spływają na całą naszą egzystencję.

Jean Daniélou


Preambuła: „W imię Ojca…”

Zosia ma trzy lata. Pewnego razu wchodzi do kościoła. Stoi przed swoją mamą, jest ujęta ciszą i oczarowana blaskiem świec płonących niczym gorejący krzew. Mama bierze jej prawą rękę i dotyka nią jej czoła, serca i obu ramion, szepcząc dziewczynce do ucha: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Inicjacja. Zosia wchodzi w świat dorosłych. Wchodzi w tajemnicę.

Rebus?

Dla wielu chrześcijan Trójca Święta jest enigmą, rebusem, jakimś rodzajem szarady: „Pierwsze.... drugie.... trzecie… i całość....”, albo dziwactwem, które można uznać jedynie wyrzekłszy się własnej inteligencji. To tak jakby powiedzieć, że trzy równa się jeden, rodzaj kwadratowego koła: „Nie trzeba starać się zrozumieć”. Niektórych zresztą kusi, by obyć się bez Trójcy Świętej i zadowolić się „wierzeniem w Boga”, a ten rodzaj intelektualnych akrobacji pozostawić teologom. „Zresztą, co to wnosi? Czemu to służy?”. Dziś niewielu katechetów podejmuje się wyjaśnić dzieciom tajemnicę Trójcy Świętej, albo czynią to w sposób tak abstrakcyjny, że trudno dojrzeć w tym jakieś powiązanie z Ewangelią i chrześcijańskim życiem.

To prawda, że słowo „Trójca Święta” nie znajduje się w Biblii – ani w Starym Testamencie, ani w Ewangeliach, ani nawet w listach św. Pawła. Paweł czy Jan nie uciekają się do tego rodzaju abstrakcji – mówią po prostu o Ojcu, Synu i Duchu Świętym. Wydaje się, że to dopiero na końcu II wieku po raz pierwszy pewien grecki ojciec, Teofil z Antiochii, wypowiada się o „Świętej Triadzie”. Można by niemalże użyć tłumaczenia – „Święte Trio”. Mniej więcej w tej samej epoce wśród łacinników Tertulian mówi o „Trinitas”, używając słowa, które sugeruje liczbę mnogą (Tri) i jedność (unitas) zarazem.

Doświadczana na długo przed Jej nazwaniem

Nie znaczy to, że Trójca Święta jest późnym i dziwnym wymysłem biskupów czy teologów, uzupełnieniem, o którym mielibyśmy dziś pokusę zapomnieć, by powrócić do ewangelicznej prostoty i nie komplikować sobie dodatkowo dialogu z innymi wierzącymi, z żydami czy muzułmanami. W rzeczywistości, to wyrażenie, pozornie abstrakcyjne, jest jedynie wyjaśnieniem tego, w co chrześcijanie od zawsze wierzyli i czego zawsze doświadczali. W swoich wyznaniach wiary, jak i w swoich modlitwach zawsze stawiali na tym samym poziomie, w absolutnej równości, Ojca, Syna i Ducha Świętego. Zawsze wyznawali zarówno rozróżnienie pomiędzy Trzema, jak i Ich doskonałą komunię. Zatem „Trójca Święta” jest jedynie formą nazwania zadziwiającego odkrycia, którego dokonują chrześcijanie, kiedy znajdują czas na przyjrzenie się własnej modlitwie, liturgii i sakramentom.

Od tego czasu Trójca Święta nie jest rozdziałem, który się podłącza do teologii czy katechezy, ale staje się kluczem do całego życia chrześcijańskiego. Istnieje jak gdyby zjawisko „już bycia” (déja la) Trójcy Świętej w modlitwie i w życiu chrześcijan, bardziej pierwotne i głębokie niż wszystkie niekiedy godne podziwu teorie i spekulacje, jakie zostały wypracowane przez tradycję chrześcijańską na temat tajemnicy trynitarnej. Poniższe rozdziały, czerpiąc właśnie z tego wspólnego wszystkim chrześcijańskim Kościołom dziedzictwa, pragną dać pewien tego szkic. W modlitwie chrześcijan, w ich sposobie przeżywania chrztu, Eucharystii, w sztuce religijnej, ikonografii, a także poprzez poszukiwanie jedności w małżeństwie, rodzinie, społeczeństwie, Kościołach, Trójca Święta wyraźnie objawia się jako ta, która buduje życie i wiarę wyznawców Jezusa. Począwszy od znaku krzyża, który przed chwilą uczyniła Zosia, wchodząc do kościoła.

Od stóp do głów przyodziać się w Chrystusa

Jaki wobec tego sens nadają chrześcijanie temu gestowi, który przychodzi do nich z głębi wieków i który czynią tak często, że aż czasem niemal mechanicznie?

Znak krzyża najczęściej podkreśla wejście w modlitwę, jest niczym uwertura, rodzaj kodu dostępu. Wydaje się, że wprowadza on nawet zerwanie z codziennymi zajęciami – na zasadzie nawiasu, który otwiera się i zamyka w środku zdania. Czy modlitwa byłaby więc takim nawiasem, który otwieramy i zamykamy pośrodku życia? Znak krzyża zamyka również modlitwę, tak jak zamyka się kopertę i pisze się na niej adres. Czy to adres Boga właśnie wypowiadamy z przeznaczeniem dla uszu tajemniczego listonosza zobowiązanego do dostarczenia modlitwy do jej Odbiorcy?

Czy ów znak krzyża nie jest już sam w sobie modlitwą? Nie ma dla chrześcijanina piękniejszej modlitwy nad tę, gdy znaczy się krzyżem Jezusa, powtarzając powoli i świadomie imię Ojca, Syna i Ducha, imię Trzech, których czci. Kreślić na sobie krzyż Jezusa, zwracając się ku Bogu, to mówić Mu, że oto jesteśmy, że w Jego oczach chcemy być tylko jednymi z tych, których Jezus do końca umiłował. Nie chcemy innej tożsamości nad tę. Nie mamy innych godności, które moglibyśmy przed Bogiem zaprezentować. My, którzy nie umiemy się modlić, my, którzy nie potrafimy kochać, decydujemy się na to, by stanąć przed Bogiem odziani od stóp do głów w ów niezaprzeczalny znak miłości do końca przeżytej. Poprzez znak krzyża przyodziewamy się w Jezusa, nakrywamy się Jego miłością, by zwrócić się do Ojca, silni jedynie słowem, które nam, tak jak swemu umiłowanemu Synowi, co chwilę powtarza : „Jesteś moim dzieckiem, w którym pokładam całą moją miłość”.

Streszczenie całej wiary

Tak więc dziecko, nawet jeśli zdarzy mu się kaleczyć słowa czy zrobić wszystko na odwrót, już jako malutkie zna znak krzyża, na długo zanim usłyszy słowo „Trójca Święta”. A jeśli później zdoła się pokazać mu sens tego gestu, bez wątpienia będzie to przekazanie mu istoty wiary chrześcijańskiej.

Opowiada się, że w zeszłym wieku, w diecezji Puy pewien wikariusz generalny egzaminował młodziutkiego chłopca, który pragnął zostać księdzem. Jego Ekscelencja „Wielki Wikariusz” sprawdzając wiedzę religijną dziecka, prosi go więc o jej streszczenie. Dziecko poważnie kreśli znak krzyża, powtarzając powoli stosowne słowa. Po czym milknie. „Czy to wszystko?” – niepokoi się prałat. „To wszystko” – odpowiada dziecko. Istotnie, to wszystko – cała wiara, liturgia, życie chrześcijańskie. Ale jedynie dziecko mogło to odgadnąć.

Jedyna oryginalność chrześcijaństwa

Przez długi czas w naszych krajach chrześcijanie uważali się za jedynych wierzących w Boga. Nazywać siebie wierzącym znaczyło określać się jako chrześcijanin. I oto dziś chrześcijanie są zaproszeni, by w dialogu z innymi wierzącymi na nowo i dokładniej zdefiniować swoją tożsamość, swoją wyjątkowość. A tą wyjątkowością może być jedynie Trójca Święta. W IV wieku Bazyli z Cezarei pisał: „Wiele rzeczy wyróżnia chrystianizm od błędu Greków i niewiedzy Żydów. Co do mnie, uważam, że w Ewangelii naszego zbawienia nie ma ważniejszego dogmatu niż wiara w Ojca i Syna”1.

Jedynie Bóg jest Bogiem, ale Bóg nie jest sam. Bóg nie jest samotny, zazdrośnie zamknięty w swojej egzystencji. Nie tylko dlatego, że nas stworzył, byśmy żyli w Jego obecności i że mamy zawsze sobie powtarzać, że jest dla nas jednocześnie ojcem, matką i uważnym małżonkiem, ale przede wszystkim dlatego, że od zawsze, jak mówi nam św. Jan, „Bóg jest miłością” (1 J 4,8)2. Od zawsze Jego miłość wyraża się i oddaje Temu Innemu, który stoi obok Niego, a którego, z braku lepszego określenia, nazywamy Jego Synem. Obydwaj dzielą wszystko z Trzecim, którego nazywamy Duchem. I tak, zanim jeszcze pojawią się mężczyźni i kobiety, by zachwycić się tą prawdą i spróbować w jakimś stopniu jej doświadczyć, Bóg jest – poprzez przyrodę, darowane życie, dzielenie się, relację, komunikowanie się, pragnienie komunii. Właśnie owo otwarcie się pozwala człowiekowi zrozumieć siebie samego jako owoc miłości i pozwala mu poznać, do czego jest powołany – do komunii z innymi i z tym Innym, który chce być mu bliski.

Chrześcijanie, nawet jeśli nieczęsto o tym myślą, nigdy nie przestali żyć tą prawdą. Ona wpływa na ich modlitwę. Wystarczy więc, by do tej prawdy powrócili jak do źródła, a na nowo odkryją i uzmysłowią sobie to trynitarne objawienie. Wszystko zostało już powiedziane w najmniejszym znaku krzyża. Pod warunkiem, że przestanie być mechaniczny.

Krzyż mówi o Trójcy Świętej

Być może nie dość wyraźnie odnotowaliśmy zaskakujący związek pomiędzy tym gestem kreślenia znaku krzyża Chrystusa a słowami, które mu towarzyszą niczym wspomnienie chrztu: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Ten związek, który nie wypływa sam z siebie, zdaje się sięgać II wieku. Dotąd istniał tylko znak krzyża jako znak przynależności do chrześcijan, ale bez związku z tymi słowami mającymi trynitarny wydźwięk.

Tymczasem ów związek jest sam w sobie głęboko znamienny. To tak jakby krzyż Chrystusa był dla chrześcijanina miejscem, gdzie może on tę tajemnicę Boga zobaczyć. Znak krzyża, opromieniony słowami towarzyszącymi naszemu chrztowi, staje się dla nas prawdziwym objawieniem się Trójcy Świętej.

W rzeczywistości krzyż mówi nam najpierw, kim jest Jezus, Syn, który oddaje się w ręce Ojca. Zapraszając nas do otwarcia się na świat, który nam daje do kochania, Jezus pozwala nam być w łączności z Jego Osobą i misją. Krzyż mówi nam również, kim jest Ojciec, Ten którego całkowicie oddany Mu Jezus jest doskonałą ikoną, Ten, który w Jezusie miłuje aż do końca. Już wplątani, wchłonięci, wciągnięci w dynamizm tego daru i tej komunii możemy zobaczyć, kim jest Duch, łączność miłości ukrzyżowanej, wylanie Ojca i Syna, Jednego wobec Drugiego oraz Jednego i Drugiego razem na nas.

Tak więc, to, co nazywamy w sposób bez wątpienia zbyt abstrakcyjny Trójcą Świętą, jest tą Trój-jednością Ojca, Syna i Ducha. To nasz sposób „wyartykułowania”, z braku czegoś lepszego, doskonałej jedności tych Trzech, Ich unikatowej miłości, takiej, jaka objawia się na krzyżu Chrystusa: miłości, która Ich z sobą wiąże w doskonałej jedności i która otwiera Ich razem na nas w nieustannie oferowanej komunii.


1

„Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam”

Człowiek, istota ludzka, to najpierw ogromne pragnienie komunii, nigdy niezaspokojone. Bóg również, Bóg najpierw. Właśnie tu człowiek jest obrazem Boga. „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam” – mówi Bóg na pierwszych stronach Biblii (Rdz 1,26), używając tej niezwykle interesującej liczby mnogiej, w czym pierwsze wspólnoty chrześcijan lubiły dopatrywać się obrazu Trójcy Świętej. I zaraz po tych słowach następuje realizacja, również w liczbie mnogiej: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę” (Rdz 1,27).

Uczynieni przez Boga, podobni Bogu, dla komunii. Stworzeni od razu w kilku, ażeby również człowiek nie stał się samotną jedynością, ale miłością i komunią. Możemy sobie wyobrazić, że gdyby Bóg był sam, stworzyłby unikatowy prototyp, w którym by się kontemplował na sposób narcystyczny, tak jak zaborczy ojciec przypisuje własne marzenia swojemu dziecku. Nie jest to ten przypadek, ponieważ Bóg nie byłby Bogiem, gdyby był samotny, a człowiek nie byłby człowiekiem, gdyby był sam: „Nie jest dobrze, żeby mężczyzna3 był sam” (Rdz 2,18), „stworzył mężczyznę i niewiastę” (Rdz 1,27). Człowiek jest prawdziwym człowiekiem tylko wtedy, gdy pozostaje w relacji. Bo Bóg jest relacją.

Stworzony do komunikowania

Z pewnością nie zaprzeczy temu współczesny człowiek, ten, który zdaje się istnieć tylko poprzez, dla i w komunikowaniu się. Jaki sens nadać nieokiełznanemu pragnieniu informacji i konfrontacji tych mężczyzn i tych kobiet, którzy porzucają wsie, by skupiać się w ogromnych megapoliach, którzy przebywają tysiące kilometrów dla kontraktu handlowego czy na spotkanie rodzinne, którzy zatrzymują się nagle na ulicy, gdy zadzwoni telefon w ich kieszeni, którzy zasiadają do posiłków z oczami przykutymi do ekranu odtwarzającego z lekkim opóźnieniem masakry z całego świata; tych internautów, tych wiecznie skaczących po kanałach telewizyjnych? Czy to bulimia komunikacji? Ułomność świata wewnętrznego, nieumiejętność przebywania w swoich pokojach, jak powiedziałby Pascal? Czy może nieprzerwana pogoń za komunią?

Paradoksalnie, w świecie, gdzie wykształca się i wciąż bardziej organizuje zbiorowość, gdzie nie przestaje ona wkraczać we wszystkie dziedziny życia, a wszystko zmierza do tego, by stać się wspólnotowe – od życia religijnego jednostek począwszy, a na państwowych regułach życia ekonomicznego skończywszy – człowiek nigdy nie był bardziej sam. Przynajmniej na Zachodzie. Uczuciowa samotność staje się pierwszym problemem w wychowaniu dzieci. Za wieloma szkolnymi porażkami, a nawet za rozregulowaniem zdrowia kryje się często trudność w kontrolowaniu swoich relacji z otoczeniem, rodziną czy tym, co ją zastępuje, i kolegami. Kiedy dziecko w wieku szkolnym, pomiędzy ósmym a dwunastym rokiem życia, ma okazję opowiedzieć o swoich najskrytszych pragnieniach, powraca u niego nieustannie podwójne marzenie: być z moimi prawdziwymi rodzicami i mieć prawdziwych przyjaciół, przy czym to drugie jest silniejsze, ponieważ co do pierwszego nie ma czasem nadziei.

Kryzys rodziny?

W tym właśnie kontekście należy patrzeć na to, co niektórzy nazywają kryzysem rodziny. Potwierdzają to cyfry. We Francji w latach 1972-1993 przeszliśmy od 417 000 ślubów na rok do 254 000. Jeden ślub na trzy, jeden na dwa w regionie paryskim, kończą się rozwodem. Jedno dziecko na troje rodzi się poza małżeństwem. Dwa miliony dzieci nie widuje nigdy swojego ojca.

Ale, kuriozalnie, wygląda jednak na to, że owe rodzinne przetasowania, tak widoczne we współczesnych zachowaniach społecznych, nie wpływają zbytnio na dokonywanie się zmian w podstawowych wartościach. W czasach, gdzie zacierają się punkty odniesienia, gdzie nikt nie może przewidzieć, gdzie będzie mieszkał za dziesięć lat ani jaką pracę znajdzie, wszystkie sondaże wskazują na rodzinę jako wartość najwyższą. Z przyczyn ekonomicznych młodzi są zmuszeni pozostawać w niej kilka lat dłużej. A kiedy zaczynają mówić o przyszłości, ma się wrażenie, że nigdy jeszcze nie wyrażali tyle nadziei, niekiedy marzeń, pokładanych w stałości związku, wiernej miłości, radości macierzyństwa i ojcostwa. W ich młodym wieku, to nie PACS4 skłania ich do tych marzeń!

Ich zapatrywania co do rodziny zdają się być tym silniejsze, im więcej doświadczyli w niej perturbacji. Wielu katechetów waha się, czy mówić dzieciom o ojcostwie Boga, zadając sobie pytanie, do czego mogłyby to odnieść w swoim życiu. To prawda, że mówienie dzieciom, które widują swoich ojców w najlepszym wypadku raz na dwa weekendy i przez kilka dni podczas wakacji, dzieciom, którym powtarza się, że ojciec je zostawił, gdy były malutkie – że Bóg kocha nas jak ojciec – podobnie jak mówienie im o macierzyństwie Boga, podczas gdy są świadkami kolejnych „aktów wierności” własnych matek, może wydawać się zupełnie nieodpowiednie. Narażamy się na niezrozumienie, czy nawet na gwałtowne reakcje niektórych dzieci. Tymczasem wydaje się, że zawsze można odnieść się nie do nabytego już doświadczenia, ale do nadziei, którą w sobie noszą i która najczęściej pozostaje w nich nienaruszona. Ryzykowne jest powiedzieć dziecku, że Bóg kocha je tak jak kochają je ojciec czy matka. Niekoniecznie dlatego, że nie jest kochane, ale dlatego, że wiele zdarzeń, nieobecności, milczenia, mogą mu kazać tak myśleć. Pozostaje jednak jeszcze możliwość powiedzenia mu, że Bóg kocha je tak jak ono będzie w przyszłości kochało swoje dzieci. Nawet dzieci bardzo przez życie zranione, w wielu przypadkach zwłaszcza one, być może w wyniku reakcji czy kompensacji noszą w sobie wyidealizowany obraz ojca czy matki. I tu właśnie znajduje się prawdziwe odniesienie, dzięki któremu można zaryzykować kilka słów o Bogu.

Małżeństwo niedoceniane czy przeceniane?

To samo można powiedzieć o związku małżeńskim, który trudno przemilczeć, jeśli chce się nakreślić katechezę o przymierzu Boga z ludźmi. Kiedy nadarza się okazja wymiany zdań ze studentami czy maturzystami na temat życia uczuciowego, małżeństwa czy wspólnego mieszkania, w ich ekstremalnej wolności wypowiedzi i swobodzie mówienia o kwestiach delikatnych znaleźć można wszystko, tylko nie pogardę dla związku małżeńskiego. Stałość, trwałość, wierność – te słowa wciąż powracają, a słowo „miłość” wciąż rymuje się z „zawsze”, jak w dawnych piosenkach. Nawet jeśli młodzi coraz wcześniej zaczynają życie we dwoje lub planują to zrobić jak tylko ich sytuacja ekonomiczna im na to pozwoli, to prawie zawsze wiąże się to z założeniem, że ich związek będzie trwały: „Zrobimy wszystko, żeby to trwało”. Nie interesuje ich „przeskakiwanie z kwiatka na kwiatek” czy „zaliczenie” tu i teraz. Większość młodych jest daleka od takiej „seksualnej włóczęgi”, o którą się ich czasem oskarża, a która była raczej udziałem innego pokolenia.

To prawda, że jeżeli młodzi coraz wcześniej rozpoczynają wspólne życie, to ślub, cywilny czy kościelny, zawierają coraz później lub coraz rzadziej. Ale kiedy mówią o odłożeniu ślubu na później czy obejściu się bezeń, to, paradoksalnie, mówią to w nadziei czy złudzeniu, że to bardziej utrwali ich wspólne życie. W tym miejscu statystyki jasno im przeczą: „Jest dowiedzione – pisze Évelyne Sullerot w swojej bardzo pouczającej książce, Le Grand Remue-Ménage5 – że wspólnie mieszkające pary są mniej trwałe niż pary małżeńskie”. Ale oni wyraźnie deklarują coś przeciwnego: brak formalnego zaangażowania wydaje im się warunkiem miłości wciąż odnawianej, nieustannie wymaganej, gdy nie ma instytucji, która by ich w tym zastąpiła. Przeraża ich myśl, że jakiś kontrakt mógłby zastąpić ich uczucia. A uczucia należy wzbudzać każdego dnia. By razem zachować inicjatywę we wspólnym życiu, odrzucają przejście na automatyczne pilotowanie – pozostają przy ręcznym i prowadzą na okaziciela. Paradoksalnie, jeśli wielu z nich się nie pobiera, to nie po to, by móc odejść, ale by zobowiązać się do tego, że zrobią wszystko, by pozostać.

Można by wręcz wysunąć hipotezę, że owo „nie-małżeństwo” czy odkładanie ślubu opiera się bardzo często nie na dewaloryzacji, ale przeciwnie, na przecenianiu małżeństwa. Młodzi mają o nim takie wyobrażenie, stwarzają sobie taki jego ideał, że w ich ocenie sami jeszcze do tego punktu nie dotarli. Są zawsze pełni szacunku, często i pełni podziwu, nie bez małej dozy zazdrości, wobec przyjaciół, którzy zdecydowali się na przekroczenie tego progu – pod warunkiem, że uznają to za prawdziwy ich wybór. W rozmowach, jakie następują podczas przyjęcia po uroczystości ślubnej, z ust młodych można często usłyszeć te same wypowiedzi, które pojawiają się, gdy jedno czy drugie wstępuje do zakonu: „To piękne, jestem pod wrażeniem, ale nie widzę siebie podejmującego podobną decyzję!”. To prawda, są świadkami tylu porażek wokół nich, w małżeństwie ich rodziców, starszego rodzeństwa, czy też przyjaciół, którzy rozchodzą się po dwóch czy trzech latach od ślubu, że ich ostrożność wydaje im się rozsądniejsza niż wyraźna nieświadomość tych, którzy ich poprzedzili.

Odrzucenie konfliktu

Młodzi boją się nie tyle zerwania, co przede wszystkim konfliktu. Często zresztą wobec znaczenia przypisywanego uczuciom i nawet ze względu na tę ogromną uczuciową inwestycję w związek, już najmniejszy konflikt jawi im się jako zerwanie, do tego stopnia, że niechybnie do niego prowadzi. Ponieważ związek został wymarzony jako taki, w którym nie ma miejsca na jakiekolwiek oddalenie, a może nawet różnicę, najmniejsze niedociągnięcie jest odczuwane jako rysa.

Tak jest już na długo przed wspólnym życiem. W świecie, gdzie trudno się żyje, gdzie coraz mniej pewna jest przyszłość zawodowa, młodych w sposób naturalny prowadzi się do coraz wcześniejszego przeżywania silnych uczuciowo znajomości, które szybko zajmują pierwsze miejsce w ich życiu. Tak jest z przyjaźniami z dzieciństwa, po których następują coraz bardziej przedwczesne i kruche oczywiście doświadczenia miłosne, pozostawiające ich niekiedy głęboko zranionymi. To jedna z przyczyn wzrostu liczby samobójstw wśród nastolatków.

To gorączkowe poszukiwanie drugiego jest bardzo często nieświadomym poszukiwaniem rodzica, którego brakuje, nieobecnego lub tymczasowego ojca czy matki. Może to być poszukiwanie samego siebie, gdzie oczekuje się od drugiej osoby, że będzie naszym zwierciadłem, przyjacielem tej samej płci lub takim, który niczym się od nas nie różni. Możemy spotkać takie „uniseksualne” młode pary, które ubrane od stóp do głów w identyczny sposób, mają te same upodobania muzyczne, te same rozrywki, analogiczną lub tę samą katorżniczą pracę i które za przyjaciół mają tylko wspólnych znajomych, czasami z paczki sobie podobnych. Dla takich par, zbudowanych na pewnego rodzaju klonowaniu, najmniejsze nieporozumienie, różnica upodobań, opinii, zachowania, reakcji może być odczuwana jedynie jako prowadząca do katastrofy skaza.

Przestrzeń do istnienia

Właśnie to marzenie stopienia się w jedno kochanków stanowi problem, a dojrzałe wyzbycie się tego typu złudzeń jest jedną z możliwych dróg prowadzących do odkrycia drugiego, a więc również do odkrycia Boga. Kochać siebie samego w drugim – to doświadczenie może strasznie zamykać. Wiele zresztą par ma tego świadomość, odkrywając, że jedynie ustalony dystans pozwala każdemu być sobą i wzbogacać się związkiem, który, daleki od znoszenia odmienności, promuje ją. „Trzeba być trochę podobnym, żeby się rozumieć i trochę odmiennym, żeby się kochać”, napisali niedawno Ghislaine i Louis w swojej księdze ślubnej.

To nie przypadek, że tak często na uroczystościach ślubnych słyszymy słowa Khalila Gibrana demaskującego w poetyckim obrazie pokusę, jaką niesie z sobą miłość doprowadzająca do fuzji, spajająca bez reszty w jedno:

„Urodziliście się razem i razem będziecie na wieki (…)
Lecz niech będzie przestrzeń w waszej wspólnocie
I niech wiatry z niebios tańczą między wami (…)
I stójcie obok siebie, lecz niezbyt blisko siebie
Albowiem kolumny świątyni stoją oddzielnie,
A dąb i cyprys nie rosną jeden w cieniu drugiego”6.

Absolutne podobieństwo jest sterylne. Jedynie wymiana jest twórcza. Odmienność jest konieczna, by zaistniała komunia. Zachwyt zakłada różnicę. Narcyz chcąc objąć swój fascynujący obraz w tafli wody, może jedynie się utopić.

Otworzyć się na drugiego

W obecności kobiety, która właśnie została przez Boga stworzona i jemu dana, nie jako służąca, ale jako współtowarzyszka i partnerka, mężczyzna budzi się do słowa. Pierwsze ludzkie słowa rodzą się z tej konfrontacji: „Ta dopiero jest kością z mojej kości i ciałem z mego ciała” (Rdz 2,23). Uznana jako taka sama, a zarazem inna, podobna, ale nieidentyczna, kobieta uczłowiecza mężczyznę, otwierając go, poprzez przyjęcie tej odmienności, na zachwyt. Człowiek staje się człowiekiem przez podziw, który [pozwala] mu przekroczyć siebie, by otworzyć się na drugiego, na relację, na komunię. Zwierzęcy krzyk staje się wreszcie ludzkim słowem, niemalże modlitwą.

Podobnie jest ze słowem Boga, Jego słowem stwórczym, które zaprasza do życia. Bóg nie wytwarza – byłoby to „sporządzaniem” świata, który jest mu obcy. Bóg nie odtwarza – bylibyśmy powtórzeniem Jego samego. Bóg stwarza – On, który jest wszystkim, otwiera przestrzeń, w której może się narodzić to, co nie jest Nim. Stworzenie nie jest Stworzycielem. Nie jest też Jego przedłużeniem, emanacją. Jest inne niż On. Bóg promuje inność. Odnajduje radość w powoływaniu do istnienia, wywoływaniu niejako naprzeciw siebie współtowarzysza, który może być z Niego i z Nim, nie będąc Nim.

Już samo stworzenie, świat, odbicie Boga nie będące Bogiem, sugeruje nam, że Bóg nie jest zamknięty, że jest zdolny do inności, że jest w Nim jednocześnie i podobieństwo, i odmienność, że nie tylko w Jego dziele, ale i w samym Jego jestestwie jest On miłością i relacją. Już samo przyjrzenie się stworzeniu mogłoby nam pokazać Trójcę Świętą: zachwyt nad dziełem stworzenia, nad tą hojnością, rozrzutnością Boga, który powołuje przed swoje oblicze kogoś innego niż On sam, by wejść z nim w relację – to pozwala nam zgadywać, że Bóg nie jest samotny. Bóg chciał stworzenia tylko po to, by stał się człowiek. Bóg pragnął człowieka jedynie po to, by się z nim związać Przymierzem. A to Przymierze prowadzi nas do objawienia się Boga, który sam jest jedynie relacją.

Nie możemy bowiem powiedzieć, że Bóg potrzebował tego Przymierza, że potrzebował ludzi, by uzewnętrznić swoje bogactwo, swoje pragnienie drugiego, ponieważ objawienie o Trójcy Świętej mówi nam o odwiecznej miłości Ojca, Syna i Ducha. Ale ta odwieczna miłość, ta pełnia relacji, którymi Bóg żyje, którymi Bóg jest, od zawsze wyrażały się przez pewnego rodzaju eskalację bogactwa w dziele stworzenia, które znalazło swoje wypełnienie dopiero wtedy, kiedy Syn, wieczna ekspresja miłości Ojca, odblask Jego jestestwa, mógł przyjąć ciało. W ten sposób Stworzenie i Wcielenie, które są głęboko z sobą związane, ponieważ Stworzenie znajduje swój sens i swoje dopełnienie we Wcieleniu, są podobne do rozpostarcia, wylania na nas miłości trynitarnej. Stworzenie, Wcielenie, Trójca Święta są w rzeczywistości jedną i tą samą tajemnicą, promienną rzeczywistością Boga, który cały jest miłością i pragnieniem komunii – w Nim samym od wieków i dla nas, od kiedy zapragnął, byśmy zaistnieli.

Na początku jest relacja

Często myślimy, że tym, co charakteryzuje Boga, jest bycie. I jest to naprawdę prawdziwe. Bóg jest tym, który jest, który istnieje. Jest, w czasie teraźniejszym. Wiekuisty, zawsze był i zawsze będzie. Istnieje sam z siebie. Nic ani nikt nie sprawia, że jest. Bycie można by nawet uznać za jedną z Jego definicji. I wielu właśnie przez pryzmat tego quasi-filozoficznego stwierdzenia odczytywało objawienie się Boga Mojżeszowi. Odpowiedź Boga na pytanie „Jakie jest Twoje imię?” jest więc tłumaczona jako: „Jestem, który jestem” (Wj 3,14). W ten sposób Bóg przeciwstawia siebie wszystkim niepewnym i nieistniejącym bóstwom, a także wszystkim istotom, które czerpią swoje istnienie z innych. Bóg jest, w sensie absolutnym. Cały jest bytem.

Objawienie się Boga w Jezusie nie przeczy temu stwierdzeniu, a nawet idzie dalej, ukazując, że Bóg istnieje tylko jako byt w relacji. Wielką nowością chrześcijaństwa jest to, że boskość nie istnieje inaczej jak tylko komunikowana, dzielona. Bóg jest relacją. Kiedy Maurice Zundel, szwajcarski duchowny, przyjaciel Pawła VI, głosił słowo o Trójcy Świętej, lubił powtarzać to twierdzenie filozofa Gastona Bachelarda: „Na początku jest relacja”. Boskość nie zamyka Boga w Jego samowystarczalności, samotności. Bóg od razu jest Ojcem, zawsze był Ojcem i jedynie jest Ojcem. Podobnie jak zawsze był źródłem Ducha. To nie tak, jakby pewnego dnia stał się Ojcem; w tym przypadku, byłby Bogiem zanim stałby się Ojcem i ta relacja byłaby niejako dodana. Nie, Jego stosunek do Syna i do Ducha jest tym, co Go ustanawia: nie posiada niczego i jest niczym, jeśli do Nich się nie odnosi. Bóg jest dzieleniem się, „Bóg jest miłością”, mówi św. Jan (1 J 4,8).

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com