Blondynka w Kambodży - Beata Pawlikowska - ebook
Wydawca: G+J RBA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 54 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 1 godz. 31 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Blondynka w Kambodży - Beata Pawlikowska

Seria książek przygodowych znanej podróżniczki i pisarki, Beaty Pawlikowskiej. Najbardziej niezwykłe zakątki świata, zaskakujące obserwacje, zabawne rysunki i kolorowe fotografie. Na Wyspie Wielkanocnej polinezyjski mistrz zrobił mi nowy tatuaż. Na Zanzibarze odkryłam tajemnicę szczęścia. W Himalajach spotkało mnie przeznaczenie, a w Tybecie zrozumiałam sens życia po życiu. W Peru piłam herbatę z koki, w Brazylii ścigałam pająki, a na Sri Lance buddyjski mnich odprawił nade mną rytuał z wachlarzem. W Tanzanii leciałam spadającym balonem, a w Indiach spotkałam białego szczura. W Kambodży dowiedziałam się, że mam na imię Mały Wiatr, w Meksyku jadłam pieczone świerszcze, a w Amazonii tropiłam jaguara…

Opinie o ebooku Blondynka w Kambodży - Beata Pawlikowska

Fragment ebooka Blondynka w Kambodży - Beata Pawlikowska





Informacje o książce


Mapa


Mister Snake

Moje serce biło w rytmie na trzy. Nie była to wesoła samba ani egzotyczny fokstrot. W zabójczo ponurej ciszy słyszałam szuranie po deskach i dziki taniec mojego serca, które podskakiwało w rytm melodii składającej się z trzech nut, z których każda była bardziej przerażająca, a brzmiały one tak: wąż, wąż, wąż!

Otworzyłam szeroko oczy, w dziwnej nadziei, że może dzięki temu zauważę coś, na co nie zwróciłam uwagi wcześniej, jakiś drobiazg, choćby kaganiec na pysku węża, a może wąż okaże się dżdżownicą, która wypełzła na pomost w poszukiwaniu wilgoci, a może odkryję z ulgą, że ten długi, cętkowany wąż o przenikliwym spojrzeniu jest tylko gumową zabawką i fatamorganą stworzoną przez obłoczki mgły nad jeziorem. Niestety. Im bardziej otwierałam oczy, tym lepiej widziałam prawdę.

Siedziałam na pomoście gdzieś pośrodku jeziora Tonle Sap w Kambodży, a po deskach sunął w moją stronę wielki, gładki i bez wątpienia niezwykle żywy WĄŻ. Co robić?! Uciekać do wody? Atakować? Udawać, że jestem kawałkiem drewna przez przypadek przyczepionym do pomostu?

Zresztą, co ja wiem o azjatyckich wężach?! Spojrzeliśmy sobie w oczy, a wąż dodatkowo polizał powietrze językiem. Sprawdzał gdzie jestem. Węże mają wprawdzie zwykle dość dobry wzrok, ale natura dodała im w prezencie trzecie oko, które choć wygląda jak rozwidlony język, jest w istocie komputerem, który ogląda rzeczywistość dotykając cząsteczek powietrza, wody i ziemi, analizując ich skład chemiczny i wyciągając z tych danych wnioski dotyczące wielkości ofiary, jej położenia, przemieszczania się, przydatności do spożycia, a nawet stanu emocjonalnego.

– I co ze mnie wyczytałeś, Mister Snake?... – pomyślałam ostatkiem trzeźwych myśli, przypominając sobie opowieści o tym, że wąż potrafi zahipnotyzować wzrokiem mysz, żeby nie uciekła mu z kolacji.

Ten wąż? – spojrzałam na niego z powątpiewaniem. Miał wprawdzie ze trzy metry długości i był spasiony na tłustych azjatyckich szczurach, ale sądząc po wzorkach na skórze, nie pochodził z rodziny węży jadowitych, a jego siostry, ciotki i kuzynki nie należały do mafii zabójczych kobr, czyhających gdzieś w pobliżu. Mogły co najwyżej polować na pchły w ogonie zdechłego słonia.

Wąż zatrzymał się na chwilę i poruszył niespokojnie głową. Zwierzęta potrafi ą z daleka wyczuwać nastrój i charakter osobników spotykanych na swojej drodze, nawet jeśli tym osobnikiem jest blondynka z egzotycznie dalekiego kraju. Pewnie się zorientował, że nie trzęsę się ze strachu jak listek na baobabie, tylko podejmuję wyzwanie i też wlepiam się w jego ślepia. – I co teraz, Mister Snake? – pomyślałam z satysfakcją, próbując skłonić go wzrokiem do natychmiastowego odwrotu. Wąż wyraźnie się zawahał.

– Ssssssssmykaj sssssssssstąd – rozkazałam mu w myślach, a wąż niespodziewanie wykonał ślizg wstecz.

Z tego co wiem, jedynie kolibry potrafi ą fruwać do tyłu. Nie słyszałam też nigdy o wężu, który potrafi łby pełzać wstecz. Zagadka natury. Albo podstępny blef, którym wężowa rodzina próbuje mnie zwabić do pułapki. Rzuciłam mu kolejne rozkazujące spojrzenie, a wąż znów wślizgnął się z powrotem w swoje ślady, cofając się o co najmniej pół metra. Było to zjawisko tak zaskakujące, że najpierw wyciągnęłam szyję jak żyrafa, a potem mimo woli zrobiłam kilka kroków w jego kierunku. Wąż ani drgnął, natomiast na jego ogonie pojawiła się fatamorgana w postaci szeroko uśmiechniętej twarzy o skośnych oczach.

Dżiumrip suo – zagadnęła mnie wesoło, jak gdyby jedyną fatamorganą w tym idyllicznym obrazku była nie ona, tylko rozciągający się przed nią wąż.

Ciarapsuła [1] – odpowiedziałam grzecznie, starając się brzmieć możliwie najbardziej niewyraźnie. Jeśli tubylec wita cię uśmiechem i słowami nawet najbardziej niezrozumiałego powitania, mądrze jest odpowiedzieć dokładnie tym samym – w miarę możliwości, oczywiście. Moja znajomość języka khmerskiego została nagrodzona. Wąż zniknął. Kobieta stojąca w łódce pod pomostem jednym zwinnym gestem nawinęła sobie węża na nadgarstek i szybkim ruchem umieściła go w koszu.

Wymieniłyśmy uśmiechy. Pomyślałam, że to całkiem dobry moment, żeby wycofać się na z góry upatrzone pozycje i już przystąpiłam do czynu, gdy nagle zorientowałam się, że jestem otoczona. Dookoła ze wszystkich stron nacierała flotylla małych łódek. Z pośpieszną niecierpliwością pruły przez drobne fale jeziora, zbliżając się jak armia fruwających żelaznych pocisków z Gwiezdnych Wojen. Najdziwniejsze jednak było to, że kapitanami tej morskiej dywizji były dzieci. Ubrane w okrągłe, szpiczaste czapki chroniące przed słońcem i rzucające na twarz lekko złowróżbny cień. Armia najwyraźniej została zorganizowana w naprędce, a dołączyli też do niej młodociani partyzanci, bo jedna z dziewczynek z braku łódki wsiadła do beczki i mocno trzymając w rękach wiosło, dopływała właśnie do pomostu.

Wiele słyszałam o Kambodży. O tajemniczych ruinach Angkor Wat połkniętych przez dżunglę, o imperium starożytnych Khmerów i o współczesnych Czerwonych Khmerach, którzy zabijali ludzi w okularach, uważając ich za wykształconych szpiegów obcych mocarstw. Nie spodziewałam się jednak, że w ciągu pierwszych kilkunastu godzin przyjdzie mi się zmierzyć z atakiem węża i morskiej floty kambodżańskich dzieci.

Podniosłam aparat fotograficzny. To zwykle działa odstraszająco. Kiedy ktoś widzi wycelowany w siebie obiektyw, najczęściej instynktownie się peszy i odwraca. Niestety. Działo się tu coś dziwnego. Dzieci rozświetliły się jak latarnie, a na ich opalonych twarzach zakwitły szerokie uśmiechy. Korzystałam z tej rzadkiej sposobności, żeby fotografować je z bliska i z daleka, gdy nagle usłyszałam wołanie. Z tyłu pod pomostem w łódce wciąż stała radosna Kambodżanka w stożkowym kapeluszu, ta sama, która porwała Mister Snake’a. Teraz równie szybkim gestem wydobyła z czeluści zawiniątek małego chłopca i posadziła go na deskach.

Zrozumiałam, że on także ma zostać sfotografowany, co widocznie sprawiało tubylcom ogromną przyjemność. Zrobiłam mu kilka zdjęć, ale kobieta zmarszczyła z namysłem brwi, jak gdyby próbowała sobie coś przypomnieć, a kiedy opuściłam aparat, nagle sięgnęła z powrotem do łodzi i triumfalnym ruchem wyjęła węża, którego okręciła na szyi swojego synka jak żywy szalik.

Rozległo się beztrosko wesołe chichotanie otaczających nas dzieci w łódkach, beczkach i na tratwach.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com