Blask trawy pampasowej - Karolina Janowska - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 697 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Blask trawy pampasowej - Karolina Janowska

Po rozpadzie związku Natalia usiłuje ułożyć sobie życie na nowo. Wychodzi za mąż i całkowicie poświęca się pracy oraz domowi, ale po kilku latach dochodzi do wniosku, że jest rozczarowana i zmęczona małżeństwem z człowiekiem, który stanowi całkowite jej przeciwieństwo. Gdy jej mąż nieoczekiwanie oznajmia, że wyjeżdża za granicę w celach zarobkowych i zostawia pod opieką żony szesnastoletnią siostrzenicę, monotonne życie Natalii wywraca się do góry nogami. Musi poradzić sobie ze zbuntowaną nastolatką i z jej dylematami wynikającymi z trudnego wieku dojrzewania. Jednak problemy Natalii zaczynają się dopiero wówczas, gdy któregoś wieczoru do jej drzwi zapuka dawny narzeczony, z którym rozstała się w przykrych okolicznościach, a którego wbrew samej sobie cały czas skrycie darzy nieszczęśliwą miłością.

Opinie o ebooku Blask trawy pampasowej - Karolina Janowska

Fragment ebooka Blask trawy pampasowej - Karolina Janowska







Strona redakcyjna


Prolog

Wrzesień 2009

Pranie było powieszone, kuchnia umyta, podłoga zamieciona, a kolacja dla Ani przygotowana. W związku z wykonaną porcją domowej roboty Natalia stwierdziła, że z czystym sumieniem może udać się na fitness i tym samym zakończyć tydzień. Był piątek, a zatem najcudowniejszy dzień tygodnia, tym bardziej że jutro nie trzeba było wstawać rano. Natalia usiadła na kanapie z kubkiem herbaty i rozejrzała się po pokoju. Boże, jak ona nienawidziła tego miejsca. Było to pomieszczenie gospodarcze zaadaptowane na mieszkanie, które wy­­najęli półtora roku temu z braku innej opcji, ale teraz ­Natalia chętnie by się stąd wyniosła, i to dosłownie gdziekolwiek. Może jak Marek wróci z Norwegii...

„Marzenia” – pomyślała.

Natalia dopiła herbatę i zaczęła przygotowywać się do wyjścia. Zajęcia fitness odbywały się w hali MOSIR-u trzy razy w tygodniu o dwudziestej. Natalia uwielbiała na nie chodzić, zapewniały jej przynajmniej odrobinę relaksu. „To śmieszne” – myślała – „żeby w wieku dwudziestu siedmiu lat czuć się jak wiekowa staruszka”. Teraz, gdy Marka nie było od tygodnia, zaczęła powoli dochodzić do siebie i przypominać sobie, jak to było, zanim wyszła za mąż, ale z drugiej strony była Ania, siostrzenica Marka, która swoją obecnością ­wcale nie zmieniała życia Natalii na lepsze.

Był wrzesień, a więc nie zrobiło się jeszcze zimno, ale Natalia, przebierając się w sportowy strój, stwierdziła, że niedługo trzeba będzie kupić drzewo i zacząć palić w piecu. Tego też nie znosiła, a był to warunek konieczny do przetrwania w przeklętym domku gospodarczym. Że też ludzie muszą w dwudziestym pierwszym wieku mieszkać w takich ruderach!

Jej rozmyślania przerwało pukanie do drzwi.

„No, pewnie Anka wraca od swoich koleżanek” – pomyślała. Szczerze mówiąc, nie miała pojęcia, gdzie ta dziewczyna się włóczy całymi dniami po szkole. Ona w wieku szesnastu lat przynajmniej informowała rodziców, dokąd się wybiera, a poza tym miała limit i najpóźniej o dziesiątej musiała być w domu. Obecnie młodzież guzik sobie robiła z tego typu zasad.

Natalia otworzyła drzwi i zamarła.

– Cześć – odezwał się stojący w nich mężczyzna. – Dawno się nie widzieliśmy.

Patrzyła na niego niepewnie, nie wiedząc, czy aby nie śni koszmaru. W progu stał nie kto inny, tylko jej niegdysiejszy narzeczony, niedoszły mąż, z którym zerwała ­cztery lata wcześniej. Serce Natalii biło jak oszalałe, a świat nagle zawirował przed oczami. Przypomniała sobie pieśń patograficzną Safony, którą notabene zdawała w oryginale na studiach, i przez mgnienie oka przebiegło jej przez myśl, że poetka genialnie odmalowała stan wielkich emocji. Natalia czuła suchość w ustach, nie mogła dobyć głosu i odniosła wrażenie, że robi się sina na twarzy. Nigdy w życiu nie spodziewałaby się ­czegoś takiego.

– Adam, co ty tu robisz? – wykrztusiła wreszcie głosem, któ­­rego nie poznawała.

Patrzył na nią błękitnymi jak niebo oczami i uśmiechał się tak samo jak osiem lat temu, kiedy otworzyła mu drzwi po raz pierwszy.

– Czekam, aż mnie zaprosisz do środka – odparł lekko. – Mogę wejść?


Rozdział 1

Małżeństwo Natalii i Marka należało do związków burzliwych, w których nie ma mowy o zgraniu charakterów ani o długoletniej poprzedzającej je więzi. Tej ostatniej nie było, bo nie starczyło czasu. Charaktery zaś mieli całkowicie różne, inne osobowości, inne zainteresowania i inne temperamenty, jakkolwiek oboje byli wybuchowi.

No, w zasadzie zależało to od sytuacji.

Marek był typem choleryka, perfekcjonisty, który dostrzegał błędy innych, ale swoich nie widział. Drażnił go fakt, że pracował jako stolarz, chociaż skończył studia matematyczne. Po magisterce nie znalazł pracy, a ponieważ jego ojciec miał zakład stolarski, w którym chłopak za lat szczenięcych pracował dorywczo, nie miał większych problemów ze znalezieniem pracy w tej branży. No tak, ale to uwłaczało jego godności. Jakoś nie pomyślał, że mógłby sobie poszukać innej pracy.

Natalia była sangwinikiem o predyspozycjach interpersonalnych. Otwarta i gadatliwa, łatwo nawiązywała kontakty z ludźmi i lubiła to. Skończyła filologię klasyczną, ale tutaj też dała się odczuć reforma oświaty z 2001 roku i Natalia pracy w zawodzie nie znalazła, nie licząc dwóch lat dorywczej pracy w liceum jako nauczyciel łaciny za śmieszną pensję, czy raczej jedną trzecią pensji. Dlatego uznała to za dar niebios, że znalazła pracę w marketingu, gdzie do jej głównych zadań należało pozyskiwanie klientów.

Gdyby tylko zarabiała więcej! Ale państwowa firma nie oferowała pracownikom kokosów, na co liczył jej małżonek, toteż sytuacja materialna była taka sobie. Sprawy nie poprawiał fakt, że Marek palił jak smok i że miesięcznie jedna trzecia wypłaty Natalii szła na papierosy. Oczywiście on uważał, że mu się to należy, podobnie jak inne drobne przyjemności, ale gdy ona kupiła nie daj Boże książkę, urządzał jej awanturę, że wywala pieniądze w błoto.

Czasami Natalia zastanawiała się, po jaką cholerę za niego wychodziła, ale w głębi ducha znała odpowiedź. Tyle że niekoniecznie chciała się do niej przyznawać.

Marek był przystojnym facetem, wysokim, dobrze zbudowanym, miał gęste, ciemne włosy i piwne oczy, symetryczną twarz, ładne, pełne usta i duże, białe zęby, szerokie ramiona i duże dłonie, przyciągał wzrok. O tym, że jest dobry w łóżku, Natalia przekonała się dość szybko. To, że łóżko nie jest w związku najważniejsze, stwierdziła znacznie później.

Ona sama nie należała do brzydkich. Od lat uprawiała sport, grała w koszykówkę, pływała i chodziła na fitness, miała więc wyrzeźbioną sylwetkę. Ciemnoblond włosy nosiła krótko obcięte, jakkolwiek co miesiąc, gdy wracała od fryzjera, musiała wysłuchać tyrady Marka na temat chłopięcych fryzur. Jednak takie uczesanie podkreślało owal jej twarzy i powiększało zielone oczy w brązowej oprawie. Była wysoka, zgrabna i ładnie zbudowana, więc Markowi też wpadła w oko w barze, w którym się poznali.

Potem był okres zakochania, kiedy to postanowili, nie bacząc na nic, wziąć ślub. Oczywiście za szybko. Ludzie nie po­­winni decydować się na taki krok miesiąc po poznaniu, ale oni tak właśnie zrobili i docieranie się zostawili na później. Za­częło się pół roku po ślubie, kiedy to wyszło na jaw, jak bardzo się różnią i nad iloma kwestiami muszą razem popra­­cować.

Nie chodziło o to, że nie łączyła ich miłość, raczej o to, że dzieliło wychowanie, spojrzenie na świat i podejście do wielu spraw. Natalia nie wyobrażała sobie dnia bez spędzenia chociaż godziny na świeżym powietrzu, ale bezskutecznie namawiała męża na przejażdżkę na rowerze lub spacer. Marek należał do ludzi, którzy po pracy lubili usiąść przed ekranem lub monitorem i tak się relaksować. Z kolei on nie mógł się doprosić żony, żeby obejrzała z nim film wieczorem, zamiast iść na ­głupi fitness. Niby drobiazgi, ale gdy nazbierało się ich za dużo, okazywały się kłopotliwe.

Najgorsze jednak było przeświadczenie Marka, że kobieta powinna wykonywać w domu wszystkie obowiązki. Sprawy kuchni, sprzątanie, śmieci, a nawet palenie w piecu, odkąd wynieśli się do obecnego mieszkania, spadły na Natalię. Dodatkowo zajmowała się pisaniem prac magisterskich, żeby dorobić do nędznej pensji. Marek uważał to za zupełnie normalne. Czasami w sobotę Natalia nie była w stanie podnieść się z łóżka ze zmęczenia, ale pocieszała się, że inne kobiety mają dzieci i harują dziesięć razy ciężej od niej. Jednak w innych momentach zastanawiała się, dlaczego tak musi być i czemu ona ma robić za służącą we własnym domu.

Bywały jednak chwile, kiedy między nimi panowała harmonia, kiedy nie dochodziło do kłótni i sprzeczek i gdy spę­­dzali razem czas w poczuciu szczęścia i miłości. Marek nie był potworem, naprawdę kochał swoją żonę, ale nie potrafił się zmienić, a Natalia na zbyt dużo mu pozwalała i prawdę powiedziawszy, sama na siebie kręciła bat.

Między Bogiem a prawdą należy jednak powiedzieć, że była tym małżeństwem rozczarowana, bo żyjąc w świecie książek, zdążyła wyrobić sobie pogląd, że po ślubie powinno być cudownie, a życie nakreślało jej zupełnie inny scenariusz. Gdy pewnego razu napomknęła o tym koleżance z pracy, ta roześmiała się tylko. Była to kobieta z trzydziestoletnim stażem, mądra życiowo i znająca różne problemy z autopsji. Obie przyjaźniły się od początku bytności dziewczyny w firmie.

– Natalia, zauważ, że większość filmów i książek kończy się ślubem – powiedziała. – A wiesz czemu? Bo gdyby się zaczynały od ołtarza, to żadna z nas by za mąż nie wyszła.

Marna to była pociecha, ale zawsze jakaś. Mimo to Natalia w głębi duszy od jakiegoś czasu czuła narastającą chęć zmiany i zastanawiała się, czy odejście od męża na jakiś czas nie byłoby dobrym rozwiązaniem.

Jednak zanim zdecydowała się na cokolwiek, Marek wrócił do domu z informacją, że trafiła mu się fucha w Norwegii.

Natalia chlapnęła zupą na podłogę.

– Co ty opowiadasz? – wykrztusiła. – Jak to w Norwegii?

Marek zapalił papierosa i patrzył na nią spokojnie, chociaż przeczuwał, że zbiera się na awanturę.

– No bo mój szwagier tam siedzi, Krzychu, to wiesz – za­­czął. – No i jego kolega wraca do Polski, więc tam się zwalnia miejsce. Krzychu do mnie zadzwonił i powiedział, że gadał z szefem i że ja mogę jechać. Moja siostra też jedzie razem ze mną.

– Kinga? I co, ona tam będzie robić stolarkę? – zakpiła Natalia.

– Nie, będzie się opiekować jakimiś dziadkami – odparł. – Słuchaj, skarbie, to nie jest zły pomysł. Jak mi się uda zarobić ładne pieniądze, to wyniesiemy się stąd w cholerę, kupimy mieszkanie. Nie chcesz?

Oczywiście, że Natalia chciała, ale według jej opinii taka perspektywa niekoniecznie musiała się wiązać z wyjazdem Marka za granicę.

– A kiedy chcesz jechać? – zapytała.

– Za dwa tygodnie.

Natalia pokiwała głową i spojrzała na kalendarz. Była połowa sierpnia, czyli Marek miałby jechać we wrześniu. Naraz popatrzyła na niego ze zdumieniem.

– Ty, a kto zostanie z Anką? – zapytała. – Co, Kinga ją też bierze do Norwegii?

Siostrzenica Marka miała szesnaście lat. Według Natalii najlepiej byłoby nie brać pod dach szesnastolatki.

– Widzisz, tu jest problem – stwierdził Marek. – Ale doszliśmy z Kingą do wniosku, że ty byś mogła ją tu zatrzymać.

– Co? – Natalia omal się nie udławiła. – Jak to zatrzymać?

– No, ona by mogła mieszkać u ciebie na ten czas, jak my bę­­­dziemy w Norwegii.

– To znaczy jak długo? Bo raczej na tydzień się tam nie wy­­­bierasz...

Marek pokręcił głową.

– Nie, no pewnie wrócę na Gwiazdkę, a potem dalej pojadę.

– I co, ja mam robić za niańkę do wakacji? Marek, czy ci rozum odjęło? Mowy nie ma!

– Kochanie, przestań wymyślać. Przecież to moja siostrzenica.

– Guzik mnie to obchodzi. Niech się twoja matka nią zajmie. Kinga jest nienormalna, żeby wyjeżdżać za granicę i zostawiać dzieciaka samego.

– No przecież nie samego, tylko z tobą.

– Marek! – krzyknęła Natalia. – Czy ty nie rozumiesz po polsku? Ja nie mam zamiaru brać tu twojej siostrzenicy. Nawet mnie o to nie proś.

– Nie mam zamiaru. My już to uzgodniliśmy, Ania się wprowadza za dwa tygodnie, jak będziemy wyjeżdżać.

Natalia czuła, że lada moment eksploduje. Miała ochotę wylać mężowi garnek gorącej zupy na głowę, ale zamiast tego trzasnęła chochlą o blat stołu i wyszła z kuchni.

– Gdzie idziesz? – zawołał za nią Marek.

– Nic ci do tego – warknęła. – Daj mi święty spokój. Ty i twoja głupia siostra!

Po tych słowach włożyła buty, a wychodząc, trzasnęła za sobą z całej siły drzwiami. Nie miała siły kłócić się z nim na temat Kingi i Ani, bo wiedziała, że w tym przypadku on i tak przeforsuje swoją wolę. Rodzina była dla niego święta, a Natalia najwyraźniej do rodziny się nie zaliczała. Ona była tylko żoną.

– Niech to szlag – mamrotała przez zaciśnięte zęby. – Rozwiodę się z tobą, żebyś wiedział, ty kanalio. Pożałujesz, że mnie traktujesz w taki sposób.

Idąc przed siebie ulicami miasta, po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać, co by było, gdyby faktycznie zrobiła tak, jak pomyślała.

Wieczorem Marek siedział przed telewizorem, ale spod oka obserwował swoją żonę, która krzątała się po kuchni, przygotowywała kanapki do pracy na jutro, robiła herbatę i nuciła pod nosem. Czuł się urażony, że nie akceptuje jego rodziny. W zasadzie od zawsze tak było, bo Natalia, jako jedynaczka, zupełnie nie rozumiała uczuć i więzi między rodzeństwem. „Do licha” – myślał – „ona nie ma kompletnie uczuć, jest zimna jak bryła lodu”. Czemu na początku wydawało mu się, że ożenił się z wulkanem, a teraz odnosi wrażenie, iż jego żona jest chłodna i wyprana z emocji?

Nic bardziej dalszego od prawdy, ale faktem było, że impulsywna z natury Natalia od jakiegoś czasu faktycznie chodziła ubrana w maskę chłodu i obojętności. Prawda była natomiast taka, że ona po prostu odczuwała głębokie zmęczenie, ­rozczarowanie i narastającą frustrację, która pchała ją do podejmowania nieprzemyślanych decyzji. Czuła, że szamocze się jak ryba w sieci, ale za nic nie mogła sobie poradzić z sytuacją, która od jakiegoś czasu ją przerastała. Marek nie skupiał się na humorach i samopoczuciu żony, on jedynie rejestrował zmiany, jakie w niej zachodziły, i zastanawiał się, dlaczego ona nie może sobie odpuścić. Chyba zapomniał, że w dużej części przyczyniał się do jej takiego, a nie innego zachowania.

Patrząc na swoją żonę, rejestrował też zmiany, jakie zaszły w jej wyglądzie. Nie była, broń Boże, brzydka, ale ostatnimi czasy chodziła zaniedbana, zabiegana, z włosami wiecznie obciętymi na chłopaka, bo nie miała czasu się nimi zająć, bez makijażu, w dżinsach i bluzach od dresu, w adidasach zamiast szpilek. Kiedy ją poznał, była zadbaną, atrakcyjną, wysportowaną dwudziestoczterolatką. Teraz wydawało się, że własny wygląd, poza formą i sprawnością ciała, przestał ją obchodzić. Marek zupełnie tego nie rozumiał. Interesowały ją jedynie książki, natomiast nie poświęcała w ogóle uwagi nowym trendom w modzie, ciuchom, przechodziła obojętnie obok wystaw w sklepach; to on musiał ją na siłę ciągnąć do centrum handlowego, żeby sobie coś kupiła. Co z tego, że w jej szafie wisiała cała masa ładnych, modnych ubrań, skoro ona wiecznie łaziła w dwóch parach dżinsów i czterech koszulkach na krzyż?

Praktycznie nigdy nie widział jej bez książki w ręku, no, chyba że akurat była w kuchni albo wychodziła na fitness, albo pisała jakąś pracę magisterską, ale wtedy przecież też ślęczała nad książkami.

Marek uważał, że jego żona przestała być atrakcyjna. Żony albo dziewczyny jego kumpli z pracy prezentowały się zupełnie inaczej. To nic, że nie miały magistra przed nazwiskiem, że nie znały trzech języków obcych i dwóch starożytnych, nic to, że liczyły się dla nich jedynie zakupy, seks i plotki – przynajmniej wyglądały jak kobiety, a nie jak licealistki.

Tymczasem Natalia na takie rzeczy jak moda po prostu kompletnie nie zwracała uwagi. Jej światem były książki i konie. Wkładała na siebie cokolwiek, byle było czyste i wygodne; nie dbała ani o makijaż, ani o kobiecą fryzurę. Uważała, że krótkie włosy są znacznie wygodniejsze, nawet jeśli jej własny małżonek pragnął mieć w domu kopię Shakiry.

– Kochanie? – odezwał się ze swego miejsca na kanapie.

– No? – Natalia wyłoniła się z kuchni z nożem do chleba w dłoni.

Nie cierpiała tego – wołał ją, gdy akurat coś robiła. Jej zdaniem równie dobrze mógł przyjść do niej i powiedzieć, o co chodzi.

– Słuchaj, możesz się nie wściekać o to, że Ania przyjdzie tu mieszkać?

Natalia przymknęła oczy.

– Nie wściekam się – skłamała. – Ale mógłbyś być tak uprzejmy i chociaż przedyskutować sprawę ze mną. Ostatecznie jestem twoją żoną.

„A nie służącą” – dokończyła w myślach.

Marek zapalił papierosa i przekręcił się na kanapie.

– Słuchaj, nie miałem kiedy ci o tym powiedzieć. Przecież Ania to moja siostrzenica, a nie ktoś obcy. Nie rozumiem, o co się złościsz. Ona ma szesnaście lat, a nie pięć, nie musisz być jej niańką.

– To nie o to chodzi – odparła Natalia, siląc się na spokój. – Po prostu ty i Kinga mogliście mnie najpierw powiadomić o swoich ambitnych planach, a nie robić, co wam się podoba. A jeśli ja nie chcę tu Ani u siebie, kiedy cię nie będzie?

– Jak ty możesz nie lubić mojej rodziny? Oni za tobą przepadają, a ty jesteś taka samolubna.

– Kurde, a ty swoje. Mówię ci, że nie chodzi mi o twoją rodzinę, tylko o sposób, w jaki mi to powiedziałeś.

Marek zrozumiał, że jeszcze moment, a dojdzie do awantury. Za nic nie chciał się wkurzać w czwartkowy wieczór, kiedy miał przed sobą perspektywę jeszcze tylko jednego porannego wstawania do pracy. Był zmęczony, zrobili dzisiaj dwie komody i jeden montaż, dosłownie padał z nóg; nie miał ochoty jeszcze kłócić się z Natalią.

– Dobra, już dobra – mruknął. – Chodź do mnie i zapomnijmy o sprawie.

Natalia w pierwszym odruchu miała ochotę rzucić w niego nożem. Czy ona była jakąś gówniarą, na którą najpierw się ­krzyczy, a potem przytula? Zasada dobrego pieska? „Dobry piesek, pan da kosteczkę i pogłaszcze”, czyli w wolnym tłumaczeniu: „Kochanie, dogodzę ci w łóżku, ale bądź grzeczna i rób, co każę”.

„Do diabła”.

– Robię kanapki – odparła.

Była zmęczona, nie miała ochoty na przytulanki.

– Ale nie jesteś zła? – upewnił się Marek.

– Nie – mruknęła.

„Nie, bo ty, kochanie, nie życzysz sobie, żebym była. Twoja maskotka ma mieć dobry humor. Nie, do diabła, co się dzieje?”. Dlaczego tak myślała? Dlaczego od jakiegoś czasu coś się między nimi psuło, a ona nie umiała powiedzieć, co konkretnie jest nie tak? Cholera, z Adamem zawsze wiedziała, o co chodzi, i w gruncie rzeczy było im razem dobrze.

„Nie, do tego wracać nie będziemy. Koniec, zamknięty rozdział”.

Z Ernestem też było fajnie. Nie łączyło ich nic poza seksem. Taki przyjaciel od łóżka. To znaczy ona trochę się w nim podkochiwała, bo on ze swymi długimi, czarnymi włosami, ciemnymi oczami, łagodnymi rysami twarzy i zmysłowym, niskim głosem rozsiewał wokół siebie czar romantyzmu. Całował cudownie. Kochał się jeszcze lepiej. Ale on miał złamane serce, ona też, więc traktowali się wzajemnie jak balsam na najgorsze rany. No cóż, było pięknie, ale rozstali się bez żalu.

Krzysztof z Zielonej Góry. Tak, wakacyjna namiętność, dwa tygodnie szwendania się po gdyńskiej plaży, trzymania za ręce, patrzenia w oczy, romantycznych pocałunków, kolacji w Zielonej Tawernie na Skwerze Kościuszki, no i ten seks, to zespolenie, to dopasowanie i ten wspólny język. Ale on wyjechał, wakacje się skończyły, a kiedy Krzysztof zdecydował się do niej zadzwonić w grudniu, ona od tygodnia była mężatką.

Tak, z Markiem poszło błyskawicznie. Poznali się we wrześniu, a w listopadzie byli już w urzędzie. Przez pierwsze dwa miesiące nie wychodzili z łóżka, a Natalia po raz pierwszy od zerwania z Adamem miała poczucie, że jest zakochana i że jest jej cudownie. Pamiętała ten ranek, kiedy obudziła się obok niego jako świeżo poślubiona żona z obrączką na ­palcu. Miała wrażenie, że wreszcie czegoś dokonała poza obroną pracy magisterskiej i ukończeniem uczelni z wynikiem bardzo dobrym. Wyszła za mąż. W wieku lat dwudziestu czterech, z głową napchaną romantycznymi frazesami, świeżo wyleczona z bólu rozstania, wyobrażała sobie, że małżeństwo to związek dwojga zakochanych w sobie, rozumiejących się bez słów ludzi.

Nie wzięła pod uwagę tego, że życie daje porządne cięgi za nieprzemyślane i spontaniczne decyzje. Powinna była już wiedzieć, że należy niczego nie robić pod wpływem emocji, a jednak popełniła drugi raz ten sam błąd. Wiedziona nagłym uczuciem zdecydowała się na coś, czego nie przemyślała, nad czym się nie zastanowiła, a zamiast wybrać drogę rozważną, ona rzuciła się jak zwykle głową naprzód.

Nie, no kochała Marka, oczywiście, że tak. Nawet teraz, kiedy była nim tak serdecznie zmęczona, kiedy jej rozum podpowiadał, że nie są dla siebie stworzeni, że żyją w dwóch różnych światach, że pojmują życie inaczej i że on zamierza ją sobie przerobić według własnego światopoglądu i ideału kobiety. On nie chciał żony z intelektem, nie chciał marzycielki i pisarki, która tworzy dzieła do szuflady albo pisze prace magisterskie. Nie, on chciał damy, lady, kobiety sukcesu, pani manager, która będzie paradować w dwuczęściowych kostiumach, w wieku lat dwudziestu kilku zacznie się nosić jak czterdziestolatka. Chciał żony z wiedzą, doświadczeniem i rozumem takowej, ale z młodym i powabnym ciałem. Dostał natomiast dziewczynę, która chciała się realizować na polu naukowym, zrobić doktorat z filologii klasycznej albo historii Rzymu, kochała nade wszystko literaturę, uprawiała sport i miała w nosie bycie damą.

Natalia nie dbała o to, czy szklanki są domyte, bo jej umysł zaprzątało tysiące innych spraw. Niczym roztargniony profesor koncentrowała swoją uwagę na rzeczach nieistotnych i niepraktycznych z punktu widzenia gospodyni domowej, toteż nigdy nie dostrzegała takich niuansów, na które właśnie chorobliwie zwracał uwagę Marek. Jego złościło, kiedy talerze i szklanki nie były wyszorowane na błysk, a gary wypucowane, czy kiedy na wyprasowanej koszuli pojawiła się zakładka. Natomiast Natalię, która kompletnie nie zwracała uwagi na takie bzdury, denerwowało to, że on jej je wypomina.

Marek przychodził z pracy do domu, żeby odpocząć. Natalia wracała, żeby przebrać się do drugiej pracy. Gotowanie, sprzątanie, zmywanie, palenie w piecu (jesienią i zimą), herbata, fitness albo raz w tygodniu jazda konna, prysznic, kanapki do pracy i spać. Taki był jej rozkład jazdy. Do tego dochodziło pisanie prac magisterskich albo w tak wyjątkowych wolnych chwilach czytanie książki. W weekendy obowiązkowo włoski i niemiecki, ale na nic więcej już nie starczało czasu, bo soboty zarezerwowane były dla mamy i psa, za którym niezmiennie tęskniła. Marek nie lubił zwierząt i nie mógł znieść nawet kota, zajmującego ten lokal już wcześniej. Natalia tęskniła za labradorem, którego zostawiła u rodziców.

Mimo wszystko kochała go, jakkolwiek coraz częściej zastanawiała się nad pojęciem miłości toksycznej i toksycznego związku. Czasami ta jej miłość ocierała się o głęboką nienawiść, ale nawet gdy rok temu pokłócili się do tego stopnia, że Natalia chciała się wyprowadzać, została, bo doszła do wniosku, że jednak mimo wszystko w jakiś tam sposób kocha Marka i nie chce go stracić.

Idiotyzm. Teraz miała za swoje, kiedy wykańczał ją psychicznie.

Siostrzenica, dobre sobie!

– Miau, miau – wyrwał ją z zamyślenia Gacek, który, wybity z wieczornej drzemki, wkroczył do kuchni i ocierał się o jej nogi, dopraszając jedzenia.

Natalia wzięła kota na ręce i przytuliła.

– Moje kociątko – mruczała. – Mój śliczny Gacuś. Pańcia da zaraz jedzonka, co? Wiecznie głodny mój kiciuś jest, tak?

– Gadasz z tym kotem jak z dzieckiem – odezwał się Marek oskarżycielskim tonem. – To jest tylko kot, zapchlony sierściuch, a ty go przytulasz i całujesz.

– Co ten pan wygaduje za brednie, nie? – odezwała się Natalia do kota. – Nie słuchaj go.

Dała zwierzakowi karmy. Zawinęła kanapki w papier śniadaniowy, po czym włożyła Markowi do torby. Kiedy zaparzyła dwie herbaty, zamiotła podłogę w kuchni i umyła się w łazience, wzięła książkę i udała się na kanapę, gdzie jej mąż palił trzeciego już papierosa.

– Co w telewizji? – zainteresowała się.

– Nic, dzisiaj czwartek – odparł Marek, który przeskakiwał z kanału na kanał. Natalia dostawała od tego torsji. – Ale zawsze można zrobić coś innego, nie, kochanie?

– Co na przykład? – zapytała, chociaż dobrze znała odpowiedź. – Możesz mi zrobić masaż stóp.

Była zmęczona i nie bardzo miała ochotę na seks, ale wiedziała, że skoro Marek raz się zapalił do tego pomysłu, to już nie ustąpi. Faktycznie, zaczął masować jej stopy, ale po chwili stwierdził, że nie ma to większego sensu, i przystąpił do bardziej zaawansowanych działań. Natalia z cichym westchnieniem poddała się jego zabiegom, wiedząc, że prędzej czy później znowu ją rozpali i sprawi, że podda się ruchom jego rąk. Tak, seks – to ich akurat wyjątkowo dobrze łączyło.

– Wiesz co? – zagadnął ją, kiedy leżeli już objęci, zmęczeni i na ten wieczór pojednani.

– Co? – wymamrotała Natalia w jego ramię, tłumiąc ziewnięcie.

– Kocham cię – powiedział Marek i pocałował ją we włosy.

Wtuliła się w niego mocniej, wdychając dobrze znany za­­­pach jego skóry. W tej chwili nie miała ochoty bawić się w potyczki słowne.

– Ja ciebie też – odparła, nie zastanawiając się nad sensem i prawdziwością swej deklaracji.

Zasnęła, zanim zdążyła pomyśleć, co tak w zasadzie czuje.

W piątki po południu Natalia jechała z pracy prosto do stadniny koni w Redzie. Stajnia Pegaz oferowała naukę od podstaw i właśnie tam dziewczyna zaczynała od lonży. Teraz, po niemal roku, dosiadała koni jak wprawna amazonka, uważając, że to jeden z najlepszych sposobów spędzania wolnego czasu. Kiedy zaczynała naukę, ból wewnętrznej strony ud był koszmarny, chociaż wcześniej chodziła na fitness. Teraz miała tak wyrobione mięśnie nóg, że bez najmniejszego trudu dociskała je do końskich boków i sterowała koniem. Na początku czuła się jak ostatnia idiotka, ale udało jej się oswoić ze zwierzętami i z instruktorami, którzy posługiwali się „końskim” językiem.

Tego dnia wzięła konia na godzinę w teren. Dostała klacz o imieniu Sepia, na której odbywała pierwsze nauki pod okiem instruktora. Miała zamiar udać się lasami aż do Wejherowa i z powrotem, licząc na to, że przejdzie jej zły humor. Puściła się więc galopem po leśnym trakcie, czując, jak powoli uchodzi z niej napięcie. Kiedy dojechała do Wejherowa, śmiała się już pełną gębą, a jej wczorajszy zgrzyt z mężem poszedł prawie całkowicie w niepamięć.

Poklepała Sepię po wilgotnym od potu karku i już miała za­wracać, gdy wtem pewien szczegół przyciągnął jej wzrok. Granatowy passat kombi zaparkowany przed sklepem, z charakterystyczną rejestracją i dwiema antenami radiowymi na dachu.

Tylko jeden samochód w Trójmieście miał dwie anteny na dachu.

W zasadzie mieszkańcy tego osiedla położonego tuż przy lesie byli przyzwyczajeni do widoku jeźdźców ze Stajni Pegaz, ale jednak za każdym razem pojawienie się konia na terenach praktycznie już zabudowanych wzbudzało zainteresowanie. Natalia usiłowała manewrować koniem, do którego oczywiście podbiegły zainteresowane dzieci, ponieważ chciała jak najszybciej oddalić się z tego miejsca. Na próżno. Dzieciaki podchodziły i pytały, czy mogą pogłaskać konia, który coraz bardziej się płoszył. Sepia tańczyła niespokojnie i Natalia musiała używać coraz większej siły, żeby ją utrzymać w miejscu.

Wreszcie dzieci odeszły, ale w momencie, kiedy ona chciała skierować konia w drogę powrotną, ze sklepu wyłonił się właściciel auta. Wysoki, przystojny, o krótkich, ciemnych włosach, wąskich niebieskich oczach i pociągającej twarzy. Wyszedł ze sklepu i oczywiście dostrzegł konia i Natalię.

Adam.

Natalii krew odpłynęła z twarzy – jak zawsze, kiedy na niego przypadkowo wpadła. Zdarzyło się to dwa razy, zawsze na mieście, ale raz wymienili kilka zdań, grzecznych, uprzejmych, po których ona potem nie mogła się uspokoić. Rok temu odnalazł ją na naszej klasie i zdobył jej telefon, potem wysłał jej kilka SMS-sów, na tym się skończyło. To były standardowe pytania, co słychać, ale Natalia natychmiast je skasowała.

Do diabła, że też ona musiała go tu spotkać. Serce biło jej jak oszalałe, podczas gdy on, najwyraźniej zdumiony, podszedł bliżej.

– Cześć – odezwał się. – Nie poznałem cię. Ten koń gryzie albo co?

– Ma wędzidło w pysku, więc raczej nic ci nie zrobi – odparła Natalia nerwowym głosem. – Cześć.

– Nie wiedziałem, że jeździsz konno – powiedział z uznaniem. – No, no, kto by się spodziewał.

Jego wąskie oczy dokładnie omiatały jej postać siedzącą w dość niedbałej pozie, z nogami w strzemionach, z ręką trzymającą wodze, a drugą przerzuconą przez siodło. Natalia czuła, że jeszcze sekunda i odjedzie stąd w dzikim galopie, ale tego nie zrobiła.

– No raczej nie miałeś się od kogo dowiedzieć – stwierdziła. – Co tam słychać? Jak tam żona?

– A dobrze, dzięki – mruknął. – Wszystko w porządku, a u ciebie?

– Też w porządku.

Zabrakło słów. A może było ich za dużo. Oni, którzy kiedyś nie mogli się nagadać, którzy spędzali całe godziny na rozmowach, patrzyli na siebie w milczeniu. On myślał o tym, jakie ona ma fantastyczne ciało, ona myślała o tym, że on się w ogóle nie zmienił przez te cztery lata. On przypominał sobie, co ro­­bili razem, ona zastanawiała się, co mogliby zrobić.

– Muszę jechać – odezwała się nagle. – Mam zapłacone za pół godziny.

Adam podszedł bliżej. Natalia instynktownie cofnęła klacz.

– Zadzwoń kiedyś – poprosił. – Pogadamy.

– Okej. – Uśmiechnęła się, dobrze wiedząc, że nie zadzwoni. – To pa.

– Pa – odparł, ale kiedy ona odjeżdżała, stał zamyślony przed samochodem, który kiedyś kupili razem i razem wybierali. Miał uczucie dziwnego déja vu, ale nie było to wcale nieprzyjemne.

Natalia gnała konia, jakby się bała, że on ruszy za nią przez leśny trakt. „Do diabła” – myślała ze złością. „Dlaczego za każdym razem, jak o nim zapomnę, on wyskakuje mi jak diabeł z pudełka? Już trzeci raz. Po co to?”.

Przystanęła. Nie ma co się oszukiwać, on nie pojedzie za nią. To już skończone, i to wyłącznie z jej winy. Gdyby wtedy nie była taka głupia! On ma żonę, mieszkanie, firmę i inne sprawy na głowie, a ona jak idiotka ciągle sobie o nim przypomina. Tak naprawdę doskonale wiedziała, dlaczego tak szybko zdecydowała się wyjść za Marka. Żeby nie myśleć o tamtym, żeby zachłysnąć się własnym zakochaniem, żeby czuć się chcianą i pożądaną po tym, co sama zrobiła ze swoim życiem.

Tak, żeby jeszcze to on ją rzucił, mogłaby popłakać przez parę miesięcy, po czym wziąć się w garść. Ale prawda była taka, że to ona z nim zerwała pod wpływem złych podszeptów matki i najlepszej, jak się jej wtedy zdawało, przyjaciółki, które orzekły, że Adam nie jest najlepszym dla niej kandydatem na męża.

Po czterech latach od rozstania i trzech latach małżeństwa Natalia nadal miała w pamięci tamtą chwilę i wiedziała, że nigdy nie zdoła jej wymazać sprzed oczu. Nigdy, choćby nie wiadomo jak się starała. On powracał do niej w snach przepojonych bólem, erotyzmem i smutkiem, po czym budziła się w ramionach (albo i nie) Marka i na nowo uczyła się funkcjonować normalnie.

No cóż, zmarnowała swoją szansę na własne życzenie, więc sama powinna się uporać z problemem.

No i usiłowała, oczywiście, że tak. Bywało, że zapominała o nim na całe miesiące, bo miała inne sprawy na głowie i po prostu nie starczało czasu na nic innego. Rzucała się w wir zajęć, pisała te cholerne magisterki, chodziła na basen, fitness i konie, uczyła się języków obcych, wszystko, żeby tylko o nim nie pamiętać.

Miłość do Marka? Ona była inna, to już nie było tamto szaleństwo, tamta namiętność, która pomimo upływu czasu i mądrych obserwacji psychologów ani myślała wygasnąć. Prawda była taka, że nawet teraz, po latach, na widok Adama, cokolwiek postarzałego, jako że był od niej starszy o sześć lat, cokolwiek zmienionego i cokolwiek mniej przystojnego niż kiedyś, serce pompowało jej krew do głowy, kolana słabły, w głowie wirowało, a w gardle zasychało.

Marek – owszem, przystojny, elegancki, dobry w łóżku, ale jakoś puls Natalii nie przyspieszał gwałtownie w związku z jego obecnością.

„Dobra, skończmy z tym” – pomyślała zrezygnowana. To jest bez sensu, nie ma po co w ogóle do pewnych spraw wracać. Ale humor pogorszył się jej gwałtownie, a uśmiech spełzł z twarzy, kiedy oddawała Sepię instruktorowi. Z niezwykłą zaciętością odpaliła swój skuter i ruszyła z pełną prędkością do domu. Fakt, że prędkość maszyny nie przekraczała pięćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę, dzisiaj wyjątkowo ją drażnił. Jechała tak, jakby chciała uciec od siebie samej i przestać myśleć. Dobrze wiedziała, że resztę popołudnia spędzi na rozmyślaniu, że każdy dźwięk będzie go jej przypominał. Tak było całą smętną jesień po tym, jak go zostawiła.

Nie, nie chciała do tego wracać.

Z pewnym smutkiem pomyślała, że szykuje jej się kolejna taka jesień, jako że Marek jedzie do Norwegii, a ona zostanie sama. No, z Anią, ale mała się praktycznie nie liczy. Siostrzenica męża to nie mąż, na szczęście. Nie będzie musiała nawet z nią rozmawiać, jeśli nie będzie mieć na to ochoty. No cóż, sam fakt, że ona się zjawi, był denerwujący, ale trudno, skoro Marek się uparł, to nie było większego sensu się z nim spierać.

Marek, rzecz jasna, natychmiast zauważył jej smutek. Wbrew pozorom był dobrym obserwatorem i dostrzegał każdą zmianę humoru żony, nawet zmianę koloru włosów. Myślał, oczywiście, że to z powodu jego wyjazdu, więc nie pytał o nic więcej. Stwierdził też, że rozłąka dobrze im obojgu zrobi, bo od jakiegoś czasu najwyraźniej nie potrafią się dogadać. No i po co Natalii konie? Nie miała na co pieniędzy wydawać? Trzydzieści złotych w tygodniu, to przecież wychodziło aż sto dwadzieścia na miesiąc! Na głupie konie! Jakoś nie policzył, że jego papierosy wynosiły dwa razy tyle, o ile nie więcej.

W końcu, nie mogąc znieść jej smutku, podszedł do niej i wziął w ramiona, kiedy zrezygnowana siedziała na kanapie w dużym pokoju. Natalia odwzajemniła jego uścisk, ale gdy tak siedziała w ramionach męża, czuła zamiast ulgi dominujący smutek i zastanawiała się, czy kiedykolwiek zazna jego ukojenia.


Rozdział 2

Adam zapakował sprzęt do samochodu, zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko dymem. Spojrzał na swoje zniszczone ręce, których, prawdę mówiąc, nigdy nie oszczędzał. Cholerna robota kiedyś go wykończy. W wieku lat trzydziestu trzech wyglądał jak facet dobiegający czterdziestki, był zaniedbany z powodu braku czasu. Naprawdę z tego powodu, bo żona dbała o niego i dogadzała mu, jak tylko potrafiła.

„Tak” – uśmiechnął się do siebie. Jego żona, Dorota, stanowiła przeciwieństwo Natalii. Była całkowicie różna, miała inny temperament i chyba to na dobry początek zadecydowało, że zaczął się z nią spotykać, po tym jak Natalia wbiła mu nóż w serce. Pół roku zbierał się po tym, jak Natalia oznajmiła mu, że już go nie chce, bo poznała innego faceta. No i poznała, rzeczywiście. Dziada starszego od niej o dwadzieścia lat, pieprzonego mafiosa, który diabli wiedzą, skąd się wziął. Przyłaził do niej na korepetycje i Adam już wtedy widział błysk fascynacji w oczach swojej narzeczonej. Ale był głupi, że wtedy nic nie zrobił. Trzeba było sprać tamtemu mordę albo zabrać Natalię gdzieś daleko, a najlepiej wtedy się z nią żenić, a nie odkładać ślub na grudzień. Swoją drogą dziwne, że ona tak parła do tego ślubu, jakby się bała, że Adam jej ucieknie, po czym pół roku przed faktem zwiała z jakimś starym prykiem.

Tak jej się chciało? Przecież w łóżku byli zgrani.

No nic, stare dzieje, nie warto było do tego wracać.

Ale to przecież przez nią nie potrafił tak naprawdę ułożyć sobie życia na nowo. Miał żonę, okej, ładną, zgrabną, mądrą, spokojną, zakochaną w nim, łagodną, dogadującą się z jego rodzicami, po prostu ideał. No i była o wiele ładniejsza od Natalii, której rysy twarzy wydawały się zbyt ostre i zbyt surowe, by nazwać je atrakcyjnymi. Jego dawna narzeczona miała świetne ciało, ale twarz przeciętną, a może raczej nieprzeciętną, ale niezbyt interesującą.

Za to jej temperament... Aż krew się gotowała. Była ciągle rozpalona, mogła uprawiać seks o każdej porze, ciągle, bez przerwy, oprócz dni, kiedy miała okres, w każdej pozycji i w każdy sposób. Nie było dla niej ograniczeń. Klasycznie? Okej. Od tyłu? Jak najbardziej. Analnie? Żaden problem, jeszcze się napraszała. Po francusku? Obowiązkowo przed każdym numerkiem. Pod tym względem była wspaniała, cudowna, boska – przerobili chyba całą Kamasutrę. Ile razy będąc u niego, przy niedomkniętych drzwiach, z tym swoim diabelskim błyskiem w oku ściągała mu szybko spodnie i robiła to w taki sposób, że kończył, zanim zdążył się zorientować, w czym rzecz... A ona oblizywała usta i jak gdyby nigdy nic szła do kuchni pogadać z jego matką.

Boże, chodził jak w gorączce. Nawet gdy kończył pracę po dwunastu godzinach i przyjeżdżał do niej, potrafiła go w trzy sekundy postawić na baczność. Miała cudowne dłonie, niesamowite usta, boskie piersi, cudne biodra, no i ten tyłeczek, żeby nie wspominać o innych walorach. Uwielbiał ją. A ona jego.

Ale charakter miała trudny. Bywała zamknięta w sobie, nie ujawniała swoich problemów, czasem nie sposób było się z nią dogadać. Kiedy dyskutowali na jakiś temat, który jej nie odpowiadał, zacinała się i uparcie milczała, aż on musiał zachodzić w głowę, co jej się w myślach tłucze. Nie cierpiały się obie z jego siostrą. Ela była zazdrosna o fakt, że jego matka lubiła Natalię za jej otwartość i bezpośredniość, a Natalia nie znosiła Eli za to, że wtrącała się w ich sprawy. Ela zawsze musiała być w centrum zainteresowania. Musiała skupiać na sobie uwagę wszystkich. Natalia była nią zmęczona, ale Adam nigdy tego nie dostrzegał.

Czy może dostrzegał, ale się nie wtrącał – i to był błąd.

Tak, Natalia była otwarta do momentu, kiedy się jej nie na­­s­­tąpiło na odcisk. Wtedy atakowała, stawała się ostra i nieprzyjemna jak jeż, który wysuwa kolce. Taki miała charakter i nie potrafił tego zmienić. No i jeszcze jedna rzecz. Natalia pisała, miała pasję, której on do końca nie rozumiał, bo jego książki nie pociągały. Ale kiedy ona wpadała w ten swój nastrój, kiedy oczy zachodziły jej mgłą, była niedostępna dla nikogo i żyła wtedy we własnym świecie jak jakaś natchniona muza. Gdy kończyła kolejną książkę, chowała ją do szuflady, po czym zaczynała następną.

Ale kochała go. O Boże, przecież widział, czuł jej miłość każdym nerwem. I on też ją kochał, uwielbiał, nie wyobrażał sobie życia bez niej. Z całym jej zestawem wad, z jej zmiennością nastrojów, z jej nienasyconym temperamentem (zwłaszcza z nim), z jej naiwnością, ufnością wobec ludzi i gadatliwością. Kochał ją i ona jego, więc jakim prawem odebrała mu swoją miłość i odeszła tak nagle, bez wyjaśnień, w biały, piękny majowy dzień?

Wtedy ją znienawidził. Wydawało mu się, że spadł w jakąś czarną otchłań i nigdy się z niej nie wydostanie. Robił to po­­woli, pił na umór przez cały miesiąc, praktycznie nie wychodził z domu ani nie wracał trzeźwy. Potem spotkał się z nią i jak idiota, zamiast się pogodzić, odepchnął ją. To ona przyszła do niego po miesiącu z płaczem. To ona chciała się spotkać. Wyznała mu wtedy na Skwerze, że go kocha, że popełniła karygodny błąd, że to, co zrobiła, to był zew szaleństwa, że ona tego żałuje, że chce do niego wrócić, że nie umie żyć bez niego. Że nie spała z tamtym, że to była chwilowa, głupia fascynacja, podszept nawet nie serca, bo czegoś innego, że to było ulotne i niepotrzebne i że tylko jego, Adama, kocha i nigdy nie przestała, ani na chwilę.

Chryste, jaką on miał ochotę ją wtedy przytulić! Płakała otwarcie na tamtej ławce, słowa wydobywały się z jej ust, przeplatane łkaniem i płaczem, a w oczach tliła się nadzieja, że jeszcze nie jest za późno, że mogą być razem, bo przecież nic się nie stało. Ale on, któremu matka już namąciła w głowie, oczywiście musiał unieść się dumą i ją odtrącić. Powiedział jej, że nie wyobraża sobie już życia z nią, bo jej nie ufa, bo coś nieodwracalnie pękło, bo po prostu już nie.

Ból i szok w jej oczach były straszne. Miał nadzieję, że zacz­­nie go prosić i błagać, jak on miesiąc wcześniej błagał ją, ale Natalia przełknęła gorycz i z całą świadomością, że to już koniec, wyciągnęła do niego rękę i życzyła mu szczęścia.

I odeszła.

On pojechał do garażu i przeklinał na czym świat stoi. Oczywiście urżnął się w tym garażu, bo na trzeźwo nie mógł przeanalizować sytuacji. Potem chwycił za telefon i zadzwonił do niej. Z nieludzkim płaczem powiedział, że ją kocha i że jego życie bez niej jest puste i bez sensu. Ona też płakała, zaklinała, że go kocha i że jutro się spotkają i zaczną od nowa.

Ale nie zaczęli. Jego matka i jej matka stwierdziły, że wiedzą lepiej. Matka Natalii zagroziła, że wyrzuci ją z domu, jeśli pójdzie się z nim spotkać. Matka Adama zagroziła, że odbierze mu mieszkanie, jeśli wróci do „tej latawicy”. I tak życie potoczyło się innym torem, zmieniło, nigdy już nie było takie samo.

Czy cierpiał? Och, naturalnie, że tak. Ale w lipcu poznał Dorotę i stwierdził, że nie ma co pogrążać się w smutku i cierpieniu, tylko brać się za kolejną dziewczynę. Trzeba topić smutki między nogami kobiety, a nie w butelce. I tak też robił. Ponieważ Dorota nie odpowiadała mu pod względem temperamentu, a on sam nauczony był najgorszych bezeceństw, szybko zrozumiał, że potrzeba mu więcej niż jednej pocieszycielki. Tak, Natalia to był chodzący wulkan, demon seksu, a Dorota zadowalała się jednym razem. Jeden raz z Natalią? To było dobre na początek. Na rozgrzewkę. Ale pomimo to właśnie z nią chciał się ożenić. Dlaczego? Bo tak wypadało, bo miał dwadzieścia dziewięć lat i przyszedł czas na myślenie o ożenku.

Dwa lata później stanęli na ślubnym kobiercu. Tak, pierwsze dwa miesiące były idealne, potem on stwierdził, że to mu nie wystarcza. Małżeństwo prawdopodobnie nie przetrwałoby roku, gdyby w porę nie stwierdził, że trzeba w nim zrobić porządek. Oczywiście zdradził żonę nie raz i nie drugi. Znalazł sobie dwudziestoletnią kochankę o temperamencie zbliżonym do Natalii i łudził się, że jest dobrze. Trochę się w tej małolacie zakochał, po trochu kochał Dorotę, na co dzień był układnym mężem, podczas gdy dwa razy w tygodniu jeździł pieprzyć tamtą. Oczywiście młoda zakochała się w nim bez pamięci, bo młode dziewczyny myślą inną częścią ciała. Natalia też zapałała do niego miłością, jak ją kilka razy porządnie przeleciał. Dlatego nie myślał o tym aż do dnia, w którym stwierdził, że zaczyna się do swej kochanki przywiązywać.

Wtedy uznał, że koniec z podchodami i wyznał żonie prawdę. Spodziewał się, że Dorota od niego odejdzie. I naprawdę było blisko. To on pojechał prosić ją, by została. Nauczony bolesnym doświadczeniem z Natalią, nie chciał powtarzać sytuacji sprzed dwóch lat. Po co wtedy unosił się dumą i zranioną godnością? Teraz wiedział lepiej, co robić. A że nie przestał zdradzać żony, to zupełnie inna historia.

Oczywiście gdyby był z Natalią, zdrada nigdy w życiu by mu na myśl nie przyszła.

Nie, nie kochał jej już. Wcale jej nie kochał.

Nie myślał o niej.

To znaczy czasami myślał. Czasami, gdy wypił w garażu dwa piwa, przypominała mu się ona. Jej oczy pełne miłości, jej czułe dłonie, jej głos, jej usta, jej zapraszające uda, jej gibkie biodra i cała reszta. Kochał ją wtedy czy pożądał jej? Nie, nieważne.

Ale gdy spotkał ją na ulicy zupełnie przypadkiem, serce na moment w nim zamarło. Natalia szła z torbą zakupów swoim długim, żołnierskim krokiem, bo nigdy nie nauczyła się chodzić jak dama. Miała krótko obcięte włosy, podkrążone oczy, bladą cerę i była wyraźnie przepracowana i zmęczona. No tak, ale ona zawsze angażowała się całą sobą we wszystko, nie robiła nic na pół gwizdka. Na moment poczuł żal, że jest taka zmęczona i zbiedzona.

Oczywiście nie wytrzymał i podszedł do niej. Jakie było jego zdziwienie, gdy ujrzał na jej palcu obrączkę. Był rok 2007, zerwali dwa lata wcześniej, a ona już była mężatką? No, szybko jej poszło. Jakoś nie skojarzył faktu, że on sam żenił się w lipcu tego roku. Dowiedział się, że wyszła za mąż w listopadzie 2006 roku, czyli rok i sześć miesięcy po tym, jak kopnęła go w dupę. Wtedy zaczął się zastanawiać, czy nie chciała za niego wyjść tylko po to, żeby uciec z domu rodziców.

Zresztą nieważne. On w każdym razie ożenił się krótko potem z Dorotą, zaczął wyprawiać swoje dziwne machlojki i przeżywał osobiste problemy. Zapomniał o istnieniu Natalii na całe dwa lata, aż do momentu, w którym zobaczył ją siedzącą na koniu, smukłą i zgrabną, ale niepromieniującą już tą dawną energią i szczęściem. To była inna kobieta, coś się w niej załamało, coś zmieniło, jakby nigdy nie podniosła się po tym ciosie, jaki zadała sobie własną ręką.

Gdy wracał do domu, do żony, jego myśli krążyły wokół Natalii. Nieoczekiwanie dla samego siebie poczuł przemożną ochotę, żeby się z nią jeszcze raz spotkać. Sam nie wiedział po co, a może właśnie wiedział, ale nie chciał się do tego przyznać. Wiedział jednak, że skoro raz nabrał ochoty na tę dziewczynę, to nie odpuści, dopóki się z nią nie spotka i nie pójdą do łóżka.

Tak naprawdę kierowały nim o wiele głębsze i mroczniejsze motywy, ale o tym Adam nie miał pojęcia, kiedy wracał do domu w ciepły sierpniowy wieczór.

Natalia wracała do domu wściekła i w takim też nastroju pozostawała przez resztę dnia. Do diabła, za każdym razem, kiedy już jej się wydawało, że jest okej, musiała wracać do punktu wyjścia. Rzecz jasna, Marek widział jej zły humor i wieczorem, kiedy wieszała pranie w ogrodzie, nie wytrzymał w końcu i podszedł do niej.

– O co chodzi? – zapytał. – Problem w tym, że wyjeżdżam?

Miała ochotę odwrócić się i walnąć go miską w łeb za głupie pytania, ale wiedziała, że nic to nie da. Marek nie miał pojęcia o jej rozterkach i broń Boże, żeby się dowiedział. Jeszcze by tego brakowało. Dlatego Natalia uśmiechnęła się blado i odparła, że miała zły dzień w pracy.

– Nie powiem, że mi się uśmiecha twój wyjazd – przyznała. – Ale trudno, jakoś przeżyję. Mam tylko nadzieję, że znajdziesz tam chwilę, żeby pogadać ze mną na necie.

– Zwariowałaś? – oburzył się Marek i zapalił papierosa. – No pewnie, że będę na necie codziennie.

„Jasne” – pomyślała Natalia z goryczą.

– Zamówiłeś już drzewo? – zmieniła temat. – Byłabym ci wdzięczna, gdybyś raczył to zrobić, zanim pojedziesz do Norwegii.

Wiedziała, co mówi. Zarówno drzewo na opał, jak i węgiel były utrapieniem. Należało zamawiać je możliwie jak najszybciej, póki ceny nie zaczęły rosnąć. Natalia dziękowała Bogu, że w tym roku ceny węgla spadły o dwieście złotych na tonie, bo rok temu wydali na niego majątek, a jeszcze trzeba było kupić rozpałkę i drzewo. Zamawianie to było jedno, a wrzucanie drewnianych klocków do piwnicy – drugie. Nie daj Boże, jak padał wtedy deszcz, bo cały opał mókł i nie sposób potem było go rozpalić w piecu. Inna sprawa była taka, że właścicielka posesji nie życzyła sobie, żeby węgiel albo drzewo długo zalegało na jej w końcu podwórku, wskutek czego Natalia i Marek mieli do dyspozycji często zaledwie godzinę na przeładowanie pół tony węgla albo dwustu pięćdziesięciu metrów pociętego drzewa.

Teraz była przekonana, że Marek pojedzie do Norwegii i nie pomyśli wcale o tym, żeby zamówić cokolwiek, bo jego sprawy były najważniejsze. Natalia westchnęła i spojrzała na jabłoń, która wręcz uginała się od ciężaru jabłek. Lato się kończyło, nadciągała jesień, dni były coraz krótsze, noce ciemne, a ona z obawą myślała o nieuchronnie nadchodzącej zimie. W przyszłym roku chciałaby móc się wyprowadzić do mieszkania w bloku, byle już dłużej nie mieszkać w domku, ani tym bardziej w budynku gospodarczym, ale wiedziała, że dopóki Marek nie wróci ze swojego kontraktu, ona nie będzie mogła się ruszyć z tej rudery.

Stała zamyślona. Marek dopalił papierosa i wszedł do domu. Natalia zaś grzeszyła, robiąc to, czego nie powinna, czyli zastanawiając się, jakie byłoby jej życie z Adamem. Czy musiałaby mieszkać w domku gospodarczym? To znaczy gdyby jednak sprzeciwili się rodzicom. Czy musieliby wynajmować mieszkanie? Palić w piecu? Tachać tony węgla? Była przekonana, że gdyby do tego doszło, to Adam wziąłby na siebie te przykre obowiązki, których Marek niechętnie się podejmował. Noszenie węgla do piwnicy było dla niego upokarzające, ale kiedy zajmowała się tym Natalia, nie widział w tym nic uwłaczającego.

– Wszyscy to robią – powtarzał ze swojego miejsca na kanapie.

– Wszyscy? – warczała wtedy Natalia. – Twoja siostra też nosi węgiel do piwnicy, a jej mąż na kanapie pije piwo?

Palenie w koszmarnym piecu było pierwszą czynnością, którą musiała wykonać po przyjściu do domu. Zimą, jeżeli była sroga, temperatura w pomieszczeniu spadała do piętnastu stopni Celsjusza, a wtedy Natalia nie miała wyjścia – musiała szybko lecieć do piwnicy i brać się za rozpalanie ognia. Gorzej, jeśli nie chciał się rozpalić. Natalia musiała najpierw wygrzebać stary popiół i zamieść go do metalowych kubłów, potem zmieść podłogę, żeby nic się nie zaprószyło, następnie włożyć do pieca podpałkę i podpalić. Palenie węglem było o tyle uciążliwe, że należało najpierw rozgrzać piec do odpowiedniej temperatury, dlatego najczęściej musiała odbywać dwa albo trzy spacery do piwnicy, jednocześnie gotując i sprzątając.

Lato było pod tym względem dobre, ale miało jeden zasadniczy minus. Latem nie było ciepłej wody. Jeżeli sobie nie na­­g­­­rzali wody w bojlerze za pomocą pieca, musieli kąpać się w zimnej. Co prawda latem nie stanowiło to aż tak wielkiego problemu jak zimą, kiedy lodowata woda w kranie hamowała przepływ krwi w żyłach.

Nie, zdecydowanie należało wiosną opuścić to miejsce.

Gdyby to zależało od Natalii, na czas nieobecności Marka wróciłaby do rodziców, ale on ją uraczył wizytą swej siostrzenicy. Do diabła, jak ona sobie da radę z szesnastoletnią smarkulą?

Natalia rozwiesiła pranie do końca i usiadła na schodach. To był najlepszy moment dnia, poza położeniem się do łóżka, kiedy tak sobie siedziała i patrzyła na zachód słońca. Co prawda nie widziała zbyt wiele, bo domy i płoty skutecznie zasłaniały jej widok. Gacek przyszedł nie wiadomo skąd i wskoczył jej na kolana. Za nim przyszła czarna kotka sąsiadów, Zuzia, jak zwykle w ciąży. Natalia przez dobrą chwilę głaskała oba koty, zanim z westchnieniem weszła do domu, by dokonać reszty swoich obowiązków na ten dzień.

– Jesteś jakiś roztargniony dzisiaj – zauważyła Dorota. – O czym tak myślisz?

– O niczym. – Adam zgasił papierosa i niecierpliwie przeskakiwał z kanału na kanał. Miał ochotę iść do garażu, napić się piwa i pomyśleć. W garażu mógł zająć ręce robotą, a po części zaprząc do niej również głowę.

– A może powinnam zapytać, o kim myślisz? – zapytała żona ponownie.

Adam spojrzał jej w oczy i dostrzegł narastającą złość. Powinien mieć wyrzuty sumienia, ale jedyne, co poczuł, to irytacja. Czego ona się znowu czepia? Przecież jej tym razem nie zdradził. Od pół roku nie miał kochanki, rozstał się z tamtą, kiedy tylko zauważył jej fascynację swoją osobą.

– Oj, mała, nie zaczynaj znowu – mruknął. – Nie wracajmy do pewnych tematów, dobrze?

Rozgryzła go jak zwykle. Doskonale wiedziała, kiedy myślał nie o niej. Tak naprawdę musiała żyć w ciągłej niepewności, aż było mu jej żal. Gdyby ona wiedziała, co on robił wieczorami w samochodzie albo w mieszkaniach tych wszystkich panienek, które zaliczał w ramach pracy! Na szczęście nie miała o tym pojęcia, bo tym razem był zbyt mądry, by się odsłaniać i tłumaczyć. Zdradzał ją, bo miał na to ochotę. To było jak hazard, wciągało coraz bardziej i bardziej.

Ale dzisiaj myślał o NIEJ. Znowu wróciło do niego wspomnienie Natalii, na wpół odrzucone, bo z reguły nie chciał o niej pamiętać. Za bardzo go to bolało, a poza tym szkoda życia na rozpamiętywanie pewnych rzeczy. Zraniła go, zdradziła i na tym poprzestańmy.

Do diabła, ale jej ciało! Miała tak fantastycznie wyrobione ciało, że Adam, stojąc oparty o samochód, czuł ogień w kościach. Niech ją licho, zawsze z niej była niezła dupa, ale teraz przechodziła samą siebie. Gdyby tylko nie ścinała włosów na chłopaka i gdyby nałożyła na twarz trochę makijażu, byłaby niemal piękna. No cóż, rozumiał, że do konnej jazdy nie malowała oczu, to by był dopiero idiotyzm.

O czym to on myślał? Aha, jakie Natalia ma wspaniałe ciało. W wieku lat dwudziestu siedmiu wyglądała lepiej niż jako dwudziestolatka. Jak to było możliwe? Adam pamiętał, że siedem lat temu Natalia była dość zakompleksioną osobą, która wiecznie wmawiała sobie braki w urodzie. No cóż, może z niej nie była miss świata, ale z drugiej strony niejedna dziewczyna chciałaby mieć taką figurę i takie ciało jak ona. Twarz niekoniecznie, bo Natalia miała dość ostre rysy, chociaż była na swój sposób ładna. Ale ciało!

Nieświadomie przyciągnął Dorotę do siebie i pocałował. Tak, Natalia całowała z takim żarem, że aż go wbijało w siedzenie, a gdy stał, kolana się pod nim uginały. Dorota nie miała w sobie ani połowy tej namiętności, jaka cechowała Natalię. Dorota była uosobieniem spokoju i ciepła, Natalia była gorąca, ale niezrównoważona, w jednej chwili miła, w następnej wściekła.

– O co ci chodzi? – zapytała Dorota i odsunęła się. – Znowu kombinujesz, Adam?

Adam ocknął się. Jego miła, grzeczna żona patrzyła na niego z wyrzutem. Adam pomyślał, że Dorota jest bardzo kobieca, jest uosobieniem kobiecości w stopniu, w jakim Natalia nigdy nie była. Natalia wychowywała się z pięcioma kuzynami i uważała, że jeśli chce zostać zaakceptowana przez chłopaków, musi im dorównywać na każdym polu, dlatego zachowywała się jak chłopak. Sama mu to kiedyś powiedziała. Dorota miała dwóch braci, ale udało jej się zachować dziewczęcość. To Adama w niej pociągało, tak jak pociągała go androginiczność Natalii. Do diabła, ona nawet w łóżku zachowywała się jak chłopak, jeśli chodzi o brak zahamowań. Mówiła mu zawsze, jak chce i czego chce; nieraz szokowała w taki sposób, że biedny Adam robił się czerwony ze wstydu.

Naturalnie potem wstyd mu przeszedł i polubił to wyuzda­nie i brak hamulców.

– Kochanie, nie kombinuję nic – odparł zmęczonym głosem. – Zastanawiałem się tylko, czy nie pójść do garażu i nie popracować trochę.

Dorota odsunęła się od niego. „A więc jednak coś go gryzie, skoro mówi o pracy w garażu”. Wstała niechętnie z kanapy i poszła do kuchni. Po jakimś czasie Adam przebrał się w roboczy strój i wyszedł z domu. Dorota westchnęła ciężko.

Natalia patrzyła, jak samolot kołuje na pasie startowym, by za chwilę przyspieszyć i oderwać się od ziemi. Zazdrościła Markowi, bo sama uwielbiała latać. Czasem zastanawiała się, czy przypadkiem nie minęła się z powołaniem, bo mogła zostać stewardessą i pracować w liniach lotniczych. No cóż, te osiem lat temu nie zastanawiała się zapewne nad takimi opcjami przyszłości, zafascynowana antykiem i skupiona na filologii klasycznej.

Z pewną irytacją uświadomiła sobie obecność Ani, która stała obok i żuła gumę z takim wyrazem twarzy, jakby wszystko i wszyscy dookoła ją nudzili. Ania miała szesnaście lat, w tym roku zaczynała naukę w liceum, ale czasem zachowywała się tak, jakby już posiadła całą mądrość świata. Ania była dość niska, ale za to proporcjonalnie zbudowana, miała ciemną karnację, wielkie, piwne oczy i ciemnobrązowe włosy, układające się w loki. Jej twarz stanowiła uosobienie niewinności, ale Natalia zdążyła już swoje zauważyć. Ania nie należała do aniołków, miała raczej ciężki charakter samotnej jedynaczki, której matka była wiecznie zajęta pracą. No cóż, takich dzieci było obecnie coraz więcej i Natalia dochodziła do wniosku, że świat staje na głowie.

Po prawdzie w późnych latach komunizmu i w trudnych latach dziewięćdziesiątych nie dało się rozpuścić dzieciaka z powodu braku możliwości ku temu. Nie było wtedy takich udoskonaleń jak obecnie, nie było McDonald’sów, KFC, Multikina, a drogie zabawki można było nabyć w Peweksie za dolary. Natalia pamiętała doskonale, jak nudziła mamę o lalce Barbie, którą w końcu dostała, sama ją sobie wybrała, kiedy poszły do Peweksu. Ale taka Ania anno 1993 chowana była już w czasach dobrobytu, w epoce Viva Polska, gimnazjów, bezstresowego wychowania i samowoli.

Natalia rozumiała doskonale potrzebę młodzieńczego buntu i ukazania siebie, bo sama też się buntowała. Ale ona niekoniecznie musiała chodzić na imprezy, na które nastolatki wpuszczano pod pewnymi warunkami, o jakich ona wolała nie wiedzieć, podczas gdy bunt Ani wyrażał się właśnie w taki sposób.

No cóż, musiała trzymać małą u siebie i modlić się, żeby przynajmniej nie okazywały sobie wrogości. Ania była zawsze dość miła, ilekroć przyjeżdżali z wizytą do siostry Marka, ale nie wiadomo, jak to będzie pod wspólnym dachem.

– Dobra, polecieli – odezwała się Ania nieoczekiwanie. Miała dość niski i zachrypnięty głos, który nie bardzo pasował do jej niewinnej buzi. – Nie będziemy tu chyba dalej sterczeć? Ja mam jutro szkołę.

Natalia kiwnęła jedynie głową. Marek i jego siostra Kinga byli tak zaaferowani na lotnisku podczas odprawy, że ona sama nie miała okazji z nim w ogóle porozmawiać. Kinga za to miała tysiąc dobrych matczynych rad, jak się zajmować jej córką, co Ania kwitowała pełnym kpiny uśmiechem i przyglądała się swoim pomalowanym na czerwono paznokciom.

Tak, wiedziała doskonale, że trzy posiłki dziennie i śniadanie do szkoły, ale podejrzewała, że młoda ma gdzieś śniadanie i woli się pożywiać chipsami i batonikami, tak jak większość nastolatek, i że nie ma ochoty na wartościową herbatę, skoro może napić się coli albo innego świństwa. No cóż, Natalia też piła pepsi litrami i to był jej problem, więc słuchała szwagierki jednym uchem, koncentrując swą uwagę na siostrzenicy męża.

– Dobra, to idziemy – zgodziła się.

Opuściły terminal lotniska w Rębiechowie i skierowały się do samochodu Marka. Natalia siadała za kierownicą z pewną obawą, bo o ile miała prawo jazdy i doskonale sobie radziła z motorami i skuterami, o tyle nie czuła się pewnie w aucie – za dużo w nim było wszystkiego. Denerwowała ją skrzynia biegów, bo Marek już dawno powinien ją wymienić, albo, co lepsze, pozbyć się tego grata i kupić lepszy model, ale oczywiście nie było na to pieniędzy. No cóż, może jak wróci z Norwegii...

Bez słowa jechały obwodnicą. Z Rębiechowa do Rumi mogły dostać się w ten sposób w mniej więcej pół godziny, podczas gdy jazda autobusem zajęłaby ponad godzinę. Ania wetknęła sobie w uszy słuchawki i najwidoczniej nie miała ochoty na rozmowę. Właściwie Natalia się jej nie dziwiła. Matka pojechała do pracy w obcym kraju, ojciec już od dawna tam przebywał, a ją oddano jak niepotrzebny balast ciotce, która od biedy mogłaby być jej siostrą – tak niewielka różnica wieku je dzieliła.

Na szczęście o tej porze dnia obwodnica nie była pełna, nie było korka, więc w miarę szybko zajechały do domu. Natalia wydobyła z bagażnika walizkę Ani i bez trudu zarzuciła ją sobie na ramię. Dziewczyna na ten widok zrobiła nieco zdziwioną minę i wyjęła słuchawki z uszu.

– A ty co, ćwiczysz kulturystykę? – zapytała niezbyt taktownie.

– Nie, ale jak za tydzień zamówię tonę węgla i dwieście metrów drzewa, to zrozumiesz, w czym rzecz – odparła Natalia.

Ania z pewnym niesmakiem spoglądała na budynek gospodarczy, w którym miała zamieszkać. Było wszystkiego może ze trzydzieści metrów, podzielonych na dwa pokoje, kuchnię, łazienkę i przedpokój. Mniejszy pokój wychodził na południe, kuchnia na wschód, a duży pokój, o ile można go było określić tym mianem, na zachód. Jednak ponieważ dom znajdował się na parterze, a na dodatek z dwóch stron sąsiadował z innymi budynkami, pokój ten zawsze był ciemny i chłodny, nawet w najgorsze letnie upały.

W dużym pokoju królowała olbrzymia rogówka, mieścił się w nim też segment i stół, ale nic poza tym. Segment zapełniony był literaturą. Ania jeszcze nigdy nie widziała tylu książek w jednym miejscu, nie licząc biblioteki, rzecz jasna. Mały pokój miał do dyspozycji kanapę, stół, biurko z komputerem i oczywiście półki z książkami. Wszędzie książki.

Stała tak w progu małego pokoju i miała ochotę wyć z wściekłości. Trzy miesiące w tej ruderze! Jak ona to zniesie? Łazienka zdaniem Ani była jedną tragedią, bo nie było nawet kabiny, tylko wydzielona przestrzeń pod natryskiem. Jak ludzie mogli tu mieszkać?

Dopiero na widok Gacka oprzytomniała. Wzięła kota na ręce, a ten od razu zaczął mruczeć. Oczywiście Ania stwierdziła, że kot ją lubi, bo nie wiedziała, że Gacek mruczał niezależnie od tego, kto akurat go głaskał.

– Okropnie tu – stwierdziła.

– Przywykniesz – odparła Natalia sucho. – Nie ma się co roztkliwiać, rozpakuj się, a ja zrobię kolację.

– A potem co? – chciała wiedzieć dziewczyna. – Dopiero siódma.

– To zależy, co byś chciała – powiedziała ciotka. – Możesz robić, co ci się żywnie podoba, masz tu klucze Marka, ja mam trochę roboty na laptopie, ale ciebie nie będę przecież trzymać na łańcuchu.

Ania pomyślała, że to cokolwiek dziwnie brzmi z tą robotą na laptopie, ale nie skomentowała wypowiedzi ciotki. Posłusznie, nie mając chwilowo nic innego do zrobienia, ­rozpakowała rzeczy i poukładała w szafie, a potem zjadła razem z Natalią kanapki, jednak w duchu zastanawiała się, jak ona przeżyje w tej atmosferze do grudnia.

A to był dopiero wrzesień!

Po ostatnim spotkaniu w sierpniu przed trzema tygodniami Adam chodził jak w malignie. Oczywiście funkcjonował normalnie na co dzień, bo innego wyjścia raczej nie było. Pracował, rozmawiał z ludźmi, kochał się z żoną dwa razy w tygodniu, dwa razy w tygodniu chodził na piwo z kolegami, niby takie normalne życie, ale dręczyła go gorączka, nie mógł się na niczym porządnie skupić. Przed oczami wciąż pojawiał mu się obraz Natalii na koniu.

Na koniu, Matko Boska, jakby mało było tego, że ją zobaczył, to jeszcze siedzącą okrakiem na koniu!

Oczywiście to wystarczyło, by go od razu podniecić, chociaż uświadomił to sobie poniewczasie. Docierało to do niego dzień po dniu, godzina po godzinie, kiedy na pozór nie myślał ani o niej, ani o tym, co się wydarzyło, a już na pewno nie o tym, co mogło się wydarzyć. Przez trzy lata konsekwentnie unikał myśli o niej, bo po prostu tego nie chciał, ale teraz myśli samoistnie wdzierały mu się do mózgu, jak niekontrolowane przenikały świadomość i nachodziły go w najmniej oczekiwanych momentach.

Wciąż i wciąż od nowa przypominał sobie wyraz jej oczu wtedy na Skwerze. Nic go to nie obchodziło, wmawiał sobie, nie kochał jej, dobrze zrobił, że zdecydował się nie dawać jej szansy po tym, jak go śmiertelnie zraniła, ale w takim razie dlaczego nagle zaczął o niej myśleć?

Zresztą myśleć to jeszcze nic. Z każdym dniem dobitniej uświadamiał sobie, że zaczyna za nią tęsknić. No to dopiero była głupota. On, dorosły facet, rozsądny, no, powiedzmy, że w stopniu wystarczającym, żonaty, poważny, daje się ponosić takim fanaberiom.

Dorota coś czuła, bo przez te trzy tygodnie stała się cicha, zamknięta w sobie i unikała seksu. To dodatkowo drażniło Adama, który był pod tym względem strasznie rozbestwiony. Oczywiście to była zasługa Natalii, która tak go ­wyszkoliła, że dwa razy dziennie mu nie wystarczało i wiecznie chciał więcej i więcej. W końcu doszło do tego, że zaczął jej pożądać we dnie i w nocy i nie mógł się uwolnić od myśli o niej.

Sierpień przeszedł we wrzesień, ale upały nadal panowały straszliwe, a wraz z nimi potęgowała się gorączka we krwi Adama. Gdyby tak dowiedział się, gdzie Natalia mieszka!

Ale przecież wiedział, gdzie pracuje. Jeżeli udałoby mu się ją wyśledzić, to byłoby super.

Tylko po co?

O tak, doskonale wiedział, po co miałby to robić. Tyle tylko, że faktyczny cel swoich poczynań ukrywał nawet przed samym sobą.

Któregoś dnia zaparkował samochód pod jej zakładem pracy i czekał, aż wyjdzie. Natalia pokazała się piętnaście po trzeciej i na szczęście była zbyt zagadana z koleżanką, by go zauważyć. Odpalił i ruszył za nią, starając się jechać na tyle powoli, by jej nie zgubić, ale na tyle szybko, by nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Kiedy stwierdził, że dziewczyna idzie na autobus, zaparkował pospiesznie na pierwszym postoju i czekał. Natalia z książką w ręku, bo jakżeby inaczej, wsiadła do autobusu i odjechała, a Adam niezwłocznie ruszył za nim i pilnował, by nie zgubić się w popołudniowym korku na estakadzie. Oczywiście stracił w ten sposób prawie godzinę, ale koniec końców udało mu się dotrzeć do Rumi i na ulicy Gdańskiej ujrzeć, jak dziewczyna wysiada z autobusu. Poszła do sklepu po zakupy, wobec czego on miał okazję zaparkować samochód na pobliskim parkingu i zapalić papierosa, a następnie tak ustawić auto, by móc szybko za nią ruszyć. Wiedział, że to głupota, idiotyzm po prostu, ale nie mógł się oprzeć pokusie. W ten sposób wytropił jej miejsce zamieszkania, przy czym ona pozostała do końca w błogiej nieświadomości, zatopiona w swoich myślach i w muzyce z mp4.

Jednak musiały minąć dwa kolejne tygodnie, by zdecydował się złożyć jej wizytę. Wahał się jak kobieta w ciąży, jednego dnia decydował się na odwiedziny, drugiego stwierdzał, że to do niczego nie prowadzi. Wreszcie, już w połowie września, uznał, że nie ma co odwlekać tego kroku, bo inaczej oszaleje. Kiedy siadał za kółko, czuł szalone bicie serca. Sam nie wiedział, jak to się stało, że zajechał pod jej dom i że brama była otwarta – wystarczyło wejść za ogrodzenie, a potem zapukać do drzwi. Te dwie minuty czekania wydały mu się najdłuższymi w całym życiu.


Rozdział 3

Ania nie była bynajmniej zachwycona, kiedy wstawała rano do szkoły. Zwykle jej mama dawno już była w pracy albo odsypiała nockę, więc córka musiała sama o siebie dbać. W zasadzie przywykła i do tego, i do samotności codziennych poranków w cichej kuchni. Jesienią i zimą było najgorzej, bo na dworze panowały egipskie ciemności. Wtedy tęskniła za kimś, z kim mogłaby wypić rano herbatę. Nie lubiła też jeść samotnie śniadania, ale po kilku latach po prostu do tego przywykła. Dlatego dziwnie się czuła, przebywając u ciotki, która codziennie rano wstawała z nią, robiła jej śniadanie, a co lepsze, przygotowywała kanapki do szkoły.

Pierwszego dnia Ania stwierdziła, że to obciach, i wyrzuciła drugie śniadanie do śmietnika. Nie chciała przyznać się w liceum, że szesnastoletniej, a więc w jej mniemaniu dorosłej kobiecie ciotka robi kanapki. Ale kiedy około południa zgłodniała i zmuszona była kupić sobie drożdżówkę w szkolnym sklepiku, z nostalgią pomyślała o jedzeniu od Natalii.

Ostatecznie ciotka nie była zła. Miała swoje jazdy, jak to określała Ania, ale ogólnie rzecz biorąc, wydawała się w porządku. Może tylko była za cicha. Siedziała non stop z nosem w książkach albo uczyła się języków, albo leciała na swój fitness, tak że dla Ani też nie miała za dużo czasu. Ale w międzyczasie wracała do domu z siatami zakupów i nigdy nie prosiła o pomoc. Sprzątała mieszkanie samodzielnie, nie żądała od Ani nawet wyrzucania śmieci, chociaż doprawdy miała blisko, wystarczyło przejść przez podwórko. Kiedy zaś przywieziono ­drzewo na opał, Natalia nie tylko sama wszystko wrzuciła do piwnicy, ale jeszcze ułożyła w stos, mimo że, jak wyznała wieczorem Ani, cierpiała na arachnofobię i dostawała torsji na widok pająka, a w piwnicy była ich cała masa.

Ania była też w szoku, gdy zobaczyła ciotkę rąbiącą drwa na opał, bo przywiezione drewniane klocki były naturalnie zbyt duże, by wsadzać je do pieca. Ta dziewczyna umiała zrobić wszystko: porąbać drzewo, napalić w piecu, doglądać ognia i utrzymać go przez cały dzień, przytachać tonę węgla z podwórka, ugotować obiad, sprzątnąć, zrobić zakupy, pójść na fitness i jeszcze uczyć się języków, a w międzyczasie napisać parę stron pracy magisterskiej, a także wymienić olej w skuterze, co przechodziło możliwości umysłowe nastolatki. I wszystko to w ciszy, bez narzekania i bez jednego stęknięcia. Jedyne, czego Natalia nienawidziła i co było widoczne na jej twarzy, to sprzątanie łazienki, w której paskudna wilgoć osadzała się w postaci czarnych smug na białych fugach.

„I jeszcze to coś w jej oczach” – myślała Ania, idąc do szkoły pod koniec pierwszego tygodnia we wrześniu. Oczy Natalii przybierały momentami wyraz zupełnie nieobecny, jakby znajdowała się gdzieś poza światem, w jakiejś innej rzeczywistości. A po chwili wracała do realizmu dnia codziennego i brała ścierkę, czy co tam jej wpadło pod rękę, jakby chciała uciec od marzeń.

Któregoś dnia Ania zrozumiała wszystko, gdy podpatrzyła Natalię siedzącą przed laptopem i klepiącą znacznie szybciej niż podczas pisania prac magisterskich. Ciotka pisała powieść. To dlatego jej wzrok był czasem tak zagadkowy. Nic dziwnego, skoro oddawała się sztuce, przenosiła do świata obcego zwykłym zjadaczom chleba. „Jak, u licha, wujek Marek znalazł tę dziewczynę” – zastanawiała się Ania, ubierając się do szkoły w mglisty i ponury poranek.

Wrzesień tego roku należał do przyjemnych. Natalia zaraz na początku miesiąca znalazła w altanie malutkie, czarne kociątko, ani chybi podrzucone przez Zuzię, i razem z Anią zaadoptowały kociaka. Karmiły go na zmianę z butelki. Mały kociak, imieniem Lew, sypiał w pralce owinięty w koc, kiedy tylko udało im się go uśpić. Teraz więc Ania poleciała czym prędzej do kuchni, by się upewnić, że maluchowi niczego nie brakuje. Ku ich bezbrzeżnemu zdumieniu Zuzia przypomniała sobie po kilku dniach o swoich powinnościach względem małej kici i przychodziła karmić berbecia parę razy dziennie, myła go i wylegiwała się z nim na kanapie, okazując przy tym anielską cierpliwość, ale rano Ania każdorazowo sprawdzała, czy kociak śpi.

Tym razem też spał i Ania wiedziała, że nie obudzi się do po­­południa, kiedy to Natalia wpuści Zuzię do domu. Gacek obraził się i początkowo chciał małego kotka zjeść, ale później tylko prychał urażony, ilekroć napotykał intruza na swej drodze. Ania uważała, że Lew ma jakieś trzy tygodnie, bo otwierał zaropiałe oczy i miauczał, robił też chwiejne kroki na swoich króciutkich łapkach. Kontakt z kociakiem dawał dziewczynie poczucie bezpieczeństwa, chociaż nie umiała powiedzieć, czemu tak się dzieje.

– Pospiesz się, bo ci autobus zwieje – ponagliła ją Natalia wychodząca z łazienki.

Rano ciotka Ani przedstawiała sobą obraz nędzy i rozpaczy, kiedy jej krótkie ciemnoblond włosy sterczały na wszystkie strony. Oczy miała podpuchnięte i ogólnie rzecz biorąc, w ten czwartkowy ranek wyglądała jak z krzyża zdjęta.

– Boże, ja mam dosyć tej zapadłej dziury – westchnęła nastolatka. – Chcę wracać do Gdańska.

– Jeszcze trochę, nie przejmuj się – odparła Natalia, ziewając szeroko. – O matko, jak mi się nie chce dzisiaj do roboty iść.

– Jutro weekend – zauważyła Ania, głaszcząc Lwa jednym palcem. Maluch mruczał rozkosznie, ale dziewczyna wiedziała, że jak tylko odłoży kociaka do pralki, ten zacznie miauczeć.

– Ty się tak nie podniecaj – ostudziła ją ciotka. – Do weekendu zostało szesnaście godzin tygodnia roboczego. Dobra, laska, zrobiłam ci kanapki. Ile chcesz forsy na dzisiaj?

Ania czuła się jak ostatnia idiotka, kiedy musiała brać od Na­­talii pieniądze. Zwykle prosiła o dwadzieścia złotych, choć chciałaby mieć w portfelu stówę, ale wiedziała, że Natalii się nie przelewa po kupnie węgla i drzewa. Dwie dychy i tak stanowiły wyłom w budżecie, ale z drugiej strony nie było Marka, który palił nałogowo półtorej paczki fajek dziennie.

Odłożyła miauczącego Lwa z powrotem do pralki, po czym wróciła do swojego pokoju, żeby dokończyć ubieranie. Z zaz­­drością rzuciła okiem na wyćwiczone ciało Natalii; uznała, że sama nie wygląda najlepiej. Miała jednak szesnaście lat i wszelkie tego oznaki w postaci chudego jak u źrebaka ciała, które jeszcze nie nabrało pełnych kobiecych kształtów, takich jak u ciotki. Z drugiej strony Natalię szlag trafiał, kiedy patrzyła na chudą Anię, bo sama uważała, że waży dziesięć kilogramów za dużo, co było kompletną bzdurą Nie potrafiła pogodzić się z faktem, że ciało kobiety po dwudziestym piątym roku życia nie przypomina ciała szesnastoletniej panienki.

Ania z ponurą miną schowała forsę do portfela, po czym wciągnęła obcisłe dżinsy i koszulkę. Ciemne włosy związała w koński ogon, a na rzęsy nałożyła tusz. Miała szczery zamiar zrobić sobie mocniejszy makijaż, ale wiedziała, że Natalia, była nauczycielka, wścieknie się, więc tylko maznęła usta błyszczykiem, a cienie do powiek i puder schowała do torby. Wymaluje się w szkole, będzie na to czas. Przecież nie pokaże się w budzie jak ostatnia łajza, musi wyglądać!

Na szczęście Natalia siedziała w łazience i pewnie się ubierała, kiedy Ania opuściła przydzielony jej pokój. Myślała z pewnym zdumieniem, że po pierwszym dniu buntu jej relacje z Natalią układały się poprawnie. Nie wrzeszczały na siebie, w zasadzie Natalia żyła w tym swoim drugim świecie, a Ania powoli zaczynała się dziwić, jak Marek to wytrzymuje. Nie żeby ciotka była jakaś okropna, ale on raczej lubił dziewczyny innego pokroju, a nie typy w stylu Natalii. Wykształciuchy, jak to się teraz mówiło. Kiedyś słyszała, jak jej mama rozmawiała z ojcem na temat żony swego brata. Wtedy padło to słowo. W ogóle rodzina uważała, że Natalia jest miła i fajna, i bardzo spontaniczna, ale dziwna. „Dziwna” – to określenie padało często, ilekroć ktoś wspomniał żonę Marka.

Ale ona przecież nie musiała sobie zaprzątać głowy ciotką. Co ją to obchodziło? W końcu posiedzi w jej domu tylko do Świąt, a potem wróci do siebie. Miała nadzieję, że matka faktycznie wróci z Norwegii, jak obiecała, bo Ania, mieszkając w Rumi, miała bardzo utrudnione życie. Aby dojechać do Gdańska na ósmą, musiała wstawać o szóstej i lecieć najpierw na autobus, przesiadać się w Redłowie na pociąg, a potem jechać pół godziny na Zaspę, gdzie było jej liceum. No, ale trudno, matka poświęciła ją w imię swych dalekosiężnych planów, co Ania uważała za osobistą zniewagę, na którą nie potrafiła znaleźć remedium.

Czując niechęć do całego świata, wyszła z domu i powlokła się na przystanek autobusowy, choć miała ochotę wrócić do łóżka i siedzieć z Lwem na kolanach, bo tuląc do siebie kociaka, czuła, że pojawił się ktoś, komu jest niezbędna i potrzebna.

W szkole oczywiście było okropnie, a to dlatego, że wszystkie lekcje były paskudne. Ania nie rozumiała, jak można jednego dnia wlepić uczniom matmę, chemię, fizykę, dwie godziny polskiego, łacinę, a na koniec jeszcze angielski. Co za katorga, jeszcze do tego matematyka o ósmej rano, a zaraz potem fizyka. Ania nie miała umysłu ścisłego, nienawidziła matmy, jakkolwiek całkiem nieźle sobie z nią radziła. Ale w połączeniu z wektorami i tablicą Mendelejewa była to mieszanka iście wybuchowa.

I do tego łacina! No co ją podkusiło, żeby iść do klasy klasycznej z łaciną i greką? Chyba musiała upaść na głowę albo chciała zaimponować własnej matce (no bo nie koleżankom w gimnazjum), jaka to ona jest mądra i lotna. No cóż, jak na razie nie przerobili jeszcze zbyt wiele, poznali raptem alfabet i zasady pisowni, więc Ania nieco się nudziła. Ale i tak największe nudy były na polskim, jako że tego dnia przerabiali gramatykę, a to oznaczało ziewanie przez pół lekcji.

Nie rozumiała, dlaczego nauczyciele w pierwszym tygodniu liceum robią powtórki z gimnazjum. Przecież to była jawna głupota.

– Może i tak, ale nie jesteś ministrem edukacji – stwierdziła Natalia przy obiedzie, kiedy Ania się na to poskarżyła. – Ja tam nie robiłam żadnych głupich powtórek, szkoda mi było czasu.

– Ach tak, a czego uczyłaś, jeśli można zapytać? – zapytała dziewczyna.

– Łaciny – padła lakoniczna odpowiedź.

Dlatego siedząc na polskim razem z nowo poznaną koleżanką Pauliną, Ania tłumiła ziewanie, ale minę miała markotną przez wszystkie lekcje. Sąsiadka z ławki to dostrzegła.

– Co ty jesteś taka zdołowana dzisiaj? – zapytała.

– A, nic – mruknęła Ania. – Tak se myślę.

– Że co? – drążyła Paulina.

– A że nie mam forsy – westchnęła druga z dziewcząt.

Koleżanka rzuciła jej badawcze spojrzenie. Była to dość ładna dziewczyna o długich blond włosach i brązowych oczach, które podkreślała aż za mocno. W ogóle dość mocno się malowała i Ania zaczęła się zastanawiać, czy jej rodzice się nie wściekają. Ostatecznie doszła do wniosku, że jej własna matka też niewiele dostrzegała w jej wyglądzie, bo dopóki miała względny spokój, w ogóle nie interesowała się tym, co robi jej córka.

– A pewnie chciałabyś mieć więcej szmalu, co? – zapytała Paulina po dobrej chwili.

– A kto by nie chciał? – mruknęła smętnie Ania. – Tylko skąd wytrzasnąć?

– A matka ci nie może dać?

– Siedzi w Norwegii, więc nie może. Ja teraz mieszkam u ciotki.

Nauczycielka zerknęła w ich stronę, więc obie szybko umilkły. Paulina stukała ołówkiem w blat biurka. Oczywiście Ania od razu zauważyła, że jej sąsiadka z ławki musi mieć bogatych rodziców. Jej ciuchy pochodziły z najnowszej jesiennej kolekcji, a jej komórka też była ostatnim krzykiem mody. To Anię peszyło, bo chciała dobrze wyglądać, ale stare dżinsy i zwykła bawełniana koszulka, które miała na sobie, pewnie na nikim nie robiły wrażenia.

Nie przyszło jej do głowy, że oceniając samą siebie, powinna brać pod uwagę raczej osobowość niż markę ciuchów, ale ponieważ wychowywały ją MTV, Viva i VH1, a nie matka, jej tok myślenia był oczywisty i konsumpcyjny. Byt określa świadomość – to przesłanie, w nieco zmienionej formie, lansowały obecnie media i programy dla młodzieży, toteż Ania pozwalała sobie robić wodę z mózgu i dziwiła się, dlaczego Natalia, jeśli nie ubiera się elegancko do pracy, to łazi w zwykłych dżinsach i w zwykłych T-shirtach. No i jak można sobie ścinać włosy tak drastycznie, jak to robiła ciotka? Przecież trzeba być kobietą, a wedle opinii Ani kobiecość wyrażała się między innymi w długich włosach.

– Wiesz, żeby mieć kasę, to trzeba mieć sponsora – uświadomiła ją na przerwie Paulina.

Stały w holu. Paulina z politowaniem patrzyła na schludnie zawinięte w papier śniadaniowy kanapki Ani. Ona sama jadła kupionego w pobliskim McDonaldzie hamburgera i uważała, że jedzenie drugiego śniadania robionego w domu to ostatnie dno.

– Co to znaczy sponsora? – zapytała Ania, przełykając kęs bułki z żywiecką.

– No, gościa, który ci funduje wszystko – odparła Paulina. – No wiesz, daje ci kasę na ciuchy, na buty, kupuje ci komórkę i takie tam.

– Masz na myśli, że trzeba poderwać sobie chłopaka? – do­­­pytywała się Ania.

– E tam, chłopaka! – prychnęła jej koleżanka. – Może takiego siusiumajtka jak tutaj? Kobieto, w jakim świecie ty żyjesz? Ty chcesz skończyć jak twoja stara? Tłuc się po Norwegiach i Bóg wie gdzie? Nowoczesna kobieta wie, jak o siebie zadbać. Trzeba mieć look i zdobyć sponsora, a najlepiej kilku, żeby mieć wiele źródeł dochodów.

Ania nadal nic nie rozumiała, ale najwidoczniej Paulina nie chciała jej za dużo naraz wyjaśniać, bo wzruszyła tylko ramionami i dalej jadła swojego hamburgera.

Prawdę powiedziawszy, czuła się w nowej szkole zagubiona. Była jedynaczką, a rodzice nie poświęcali jej za dużo czasu, toteż rosła samopas jak dzika roślina. Oczywiście w podstawówce i w gimnazjum miała koleżanki, ale trend mody i lansu rozpoczął się na dobre, kiedy ona w zasadzie kończyła gimnazjum. Teraz w szkole widziała na własne oczy, że dziewczyny ubrane modnie, pewne siebie i zadbane (to znaczy wymalowane) cieszyły się powodzeniem wśród chłopaków i akceptacją koleżanek. Natomiast szare myszki, poubierane biednie, nie miały najmniejszych szans na zaistnienie w szkolnych kręgach.

Rzecz jasna, taki stan rzeczy trwał w liceum nieprzerwanie od co najmniej dekady, ale w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku nasilił się do granic absurdu. Kiedy Natalia chodziła do ogólniaka, tendencja ta stawała się silniejsza z każdym rokiem, ale mimo wszystko wytapetowane uczennice w minispódniczkach należały do rzadkości. Żadnej szanującej się nastolatce nie przyszłoby też do głowy, żeby zjawić się na lekcji z dekoltem do pasa i kolczykiem w pępku, ale teraz było to normą obyczajową w polskich szkołach. Uroda, pieniądze i wygląd stanowiły najważniejsze kryteria doboru przyjaciół. No i oczywiście należało być idiotą, bo nie wypadało uchodzić za kujona. Dlatego uczniowie prześcigali się w otrzymywaniu złych ocen, czymś nienormalnym i niepożądanym były dobre wyniki. Ania, świeży szkolny nabytek, nie miała szansy się o tym wiedzieć, ale traf chciał, że znalazła bardzo oddaną nauczycielkę w osobie Pauliny.

– Słuchaj, przyjedź w sobotę do Galerii Bałtyckiej – usłyszała od koleżanki. – Spotkamy się z dziewczynami z pierwszej C, to ci powiemy, o co kaman.

Ania wyraźnie się zmieszała.

– Ty, ale ja nie mam forsy – przyznała z pewnym wstydem. – A nie mogę prosić ciotki o szmal, ona sama nie ma za dużo.

– To jej zwiń z portfela pięć dyszek, a jak nie będziesz miała, to ja ci postawię – odparła Paulina niefrasobliwym tonem. – Oj, przecież się nie skapnie – dodała, widząc zdumienie na twarzy. – Ile razy ja tak robiłam i moja stara nigdy się nie zorientowała, że jej coś podwędziłam.

Ania nic nie odpowiedziała, poczuła się tylko głupio na myśl, że jest biedna i nie może nawet jechać do centrum handlowego, żeby spotkać się z kumpelami, które najwyraźniej świetnie sobie radziły. Sponsor, dobre sobie. A skąd ona ma takowego wytrzasnąć?

– Dobra – powiedziała wreszcie. – O której mam być w Gdańsku?

Do domu wracała w dość podłym nastroju, sama nie wiedziała dlaczego. Czy to chodziło o to, że miała jakoś zdobyć kasę (wstydziła się prosić koleżanki, żeby fundowały jej cokolwiek), czy to dlatego, że rozmowa z Pauliną uświadomiła jej, jaka jest w gruncie rzeczy uboga? Rozumiała, oczywiście, że całe społeczeństwo cierpi biedę, z wyjątkiem polityków, gwiazd kina, prezesów i innych oszołomów, ale czy ona musiała się godzić na brak kasy i poniżenie? Wystarczyło spojrzeć na Natalię, kiedy myślała, że jej nikt nie widzi, na zacięcie na jej twarzy, na zmarszczki w kącikach ust, których w jej wieku kobieta nie powinna mieć, na spracowane ręce, wychudzone przedramiona. I to milczenie... Ania widziała, bo była bystrą dziewczyną, że ciotka jest silna psychicznie i twarda, że ta jej marzycielskość ujawnia się tylko momentami, kiedy Natalia musiała wyrzucić z siebie nadmiar emocji, ale tak naprawdę życie wyrzeźbiło ją jak skałę, jak posąg, twardą i nieugiętą. Czy ona, Ania, też musiała mieć takie życie? A jeżeli tak, to za jakie grzechy?

„Zdecydowanie nie” – myślała, tłukąc się pociągiem do Rumi.

Dwa siedzenia dalej jakiś chłopak co i raz przyglądał się jej ukradkiem, kiedy myślał, że nie widziała. Oczywiście Ania ignorowała go i trzymała nos w Harrym Potterze, a w uszach miała słuchawki, ale nie mogła się powstrzymać od zerkania w jego stronę. Chyba już go gdzieś widziała, pewnie w szkole, może chodził do trzeciej klasy, ale nie była pewna.

No tak, Paulina określała takich mianem siusiumajtków, szczylów i gówniarzy, chociaż sama miała raptem lat szesnaście. Uważała, że prawdziwy mężczyzna to facet około trzydziestki, ustawiony i na odpowiednim poziomie.

– No bo co taki dzieciuch może dać prawdziwej kobiecie? – prychała jak kotka, wydymając górną wargę.

Ania, jadąc kolejką do domu, analizowała w myślach słowa koleżanki. Nigdy za bardzo nie interesowała się chłopakami. No, oczywiście pierwszy pocałunek musiała zaliczyć obowiązkowo w ostatniej klasie gimnazjum, ale i tak uważała, że to strasznie późno. Obciach, jej koleżanki całowały się z chłopakami jeszcze w podstawówce. Ale poza tym nie zależało jej tak bardzo na tym, żeby mieć chłopaka, raczej chciała wypaść dobrze w oczach rówieśników, więc chodziła z tym czy z tamtym miesiąc albo dwa, po czym rzucała go i rozglądała się za następnymi ofiarami. A że była ładna, chętnych na obściskiwanie, ślinienie i chodzenie za rękę nie brakowało. Dalej Ania się nie posuwała, chociaż jednemu pozwoliła na więcej.

W wieku lat szesnastu bała się po prostu iść na całość. Seks jej nie pociągał, miewała całkiem inne wyobrażenia o związkach z chłopakami, ale ponieważ jej koleżanki były takie doświadczone w tych sprawach (albo na takie się kreowały), to przecież Ania nie mogła okazać się ignorantką.

Ale ona uważała trzydziestolatków za staruchów, ją pocią­­gali osobnicy w wieku około osiemnastu-dwudziestu lat i wy­­­dawało jej się, że ci już są bardzo dojrzali i doświadczeni.

Sąsiad z naprzeciwka dalej strzelał do niej oczami i w końcu Ania dała sobie chwilkę, żeby przyjrzeć mu się dokładniej. Musiał być wysoki, sądząc po długości nóg rozwalonych pod sąsiednie siedzenie, szczupły, ale widać było, że siłownia nie jest mu obca. Miał ciemnoblond włosy, tu i ówdzie rozjaśnione od słońca, na nieco pociągłej twarzy wyraźnie zaznaczały się kości policzkowe, miał ładne usta, prosty nos, w ogóle rysy twarzy były harmonijne, a oczy połyskiwały błękitem i zielenią.

Fajny był. Ania uświadomiła sobie, że chłopak całkiem otwarcie odwzajemnia jej spojrzenie, więc czym prędzej zanurkowała w Harrym Potterze, udając, że jest całkowicie pochłonięta lekturą.

Ale on najwidoczniej stwierdził, że jedno spojrzenie jest wy­­starczającym odzewem, bo wstał, prostując się na całą długość (faktycznie był wysoki), i bez większego skrępowania usiadł naprzeciwko Ani.

– Cześć – odezwał się.

Poczuła irytację, że przeszkadza jej w lekturze, a także nagłe podniecenie na myśl, że taki fajny chłopak się do niej dosiadł. Wyciągnęła słuchawki z uszu.

– Cześć – odpowiedziała niepewnie.

– Ty jesteś z pierwszej A, co? – zagadnął. – Widziałem cię na przerwie.

– Aha, no i co z tego? Coś nie tak?

– Nie, no, zastanawiałem się, jak się nazywasz.

– Ania.

– Miło mi, Daniel – powiedział i wyciągnął rękę, którą Ania ujęła.

Jego dłoń była silna i mocna. Anię przeszyło coś, co jeszcze nie było dreszczem, ale mogło stanowić jego zapowiedź.

– Mieszkasz w Gdyni? – indagował.

Ania, widząc, że zanosi się na dłuższą rozmowę, wyłączyła mp3 i schowała do kieszeni. Sama nie wiedziała, czy chce rozmawiać z tym chłopakiem, czy nie. Ostatecznie chodzenie z kimś nie było żadną wielką aferą, więc czemu nagle spociły jej się dłonie? Może dlatego, że on był starszy o dwa lata i taki przystojny?

– W zasadzie to mieszkam w Gdańsku – odparła. – Ale moi rodzice wyjechali do Norwegii i teraz siedzę u ciotki w Rumi.

– Aha – mruknął. – Ja mieszkam w Gdyni.

– To będziesz musiał zaraz wysiadać – zauważyła Ania trzeźwo.

– W Chyloni, jadę na basen – dorzucił. – Jeszcze kawałek.

No tak, byli dopiero w Sopocie. Ania nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Zwykle nie miała problemu z rozmową z chłopakami, zwłaszcza jeśli okazywali się tępakami, którzy tylko chcieli się całować albo gadali o telefonach, samochodach i innych głupotach.

– Co czytasz? – zainteresował się jej nowy kolega.

– Ja? Harry’ego Pottera – odparła, czując, że się rumieni. – Nie wzięłam za dużo książek z domu, więc czytam to, co ciotka ma na półce.

– Hej, dziewczyno, wyluzuj – zaśmiał się Daniel. – Ja też to czytałem. Wszyscy zresztą, nie ty jedna. Która część?

– Piąta, sam widzisz.

– No, no, piąta jest trochę przydługa, jakby ją babka męczyła pół roku – zauważył. – Ale mi się nie podobała ostatnia część. Tak to wyglądało, jakby już miała dosyć i chciała jak najszybciej zakończyć serię.

– Też to zauważyłeś? – ożywiła się Ania. – I kończy się tak, jakby ktoś urwał fabułę.

Umilkła i zapatrzyła się w okno, gdzie lato powoli przegrywało z jesienią. Niebo było szare i zasnute chmurami, z których siąpiła mżawka. No cudnie, to się nazywa pogoda podnosząca na duchu.

Daniel obserwował ją z dziwnym wyrazem twarzy, jakby zrobiła na nim pozytywne wrażenie. Pewnie się nie spodziewał, że dziewczyna w wieku Ani może czytać książki. Przez moment siedzieli w milczeniu, jakby słowa gdzieś się zapodziały.

– A jeszcze coś czytasz? – zapytał Daniel po chwili.

Uśmiechnęła się pod nosem.

– Teraz nie wypada czytać, co nie? – zaśmiała się. – Jak ktoś czyta, to znaczy, że jest kujon.

– Wiesz co, ja to olewam. – Wzruszył ramionami Daniel. – Co to kogo obchodzi, co robię i co czytam? Mój brat jest na piątym roku prawa i mówi, że tylko ignoranci nie czytają książek.

– Twój brat studiuje? – Ania znowu się ożywiła. – Też byś chciał iść na studia? No tak, ty zaraz skończysz szkołę.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.