Błąd w sztuce. Kryminalna Piła - zbiorowy - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Błąd w sztuce. Kryminalna Piła ebook

zbiorowy

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opinie o ebooku Błąd w sztuce. Kryminalna Piła - zbiorowy

Fragment ebooka Błąd w sztuce. Kryminalna Piła - zbiorowy




Strona redakcyjna


KAŻDY SIĘ MOŻE POMYLIĆ
Ryszard Ćwirlej

Od rana padał deszcz. Grube krople wody spadały z pluskiem w wielkie kałuże, które tworzyły się na ulicach, bo studzienki kanalizacyjne jak zwykle nie były w stanie poradzić sobie z jej nadmiarem. Przy krawężnikach tworzyły się więc prawdziwe potoki, spływające wartko ku utrapieniu przechodniów i uciesze kierowców, którzy z radością wjeżdżali w nie, opryskując zgromadzonych na przystankach ludzi. Jesień w tym roku przyszła nadspodziewanie szybko. Lato skończyło się definitywnie w ostatnim tygodniu sierpnia.

Zrobiło się zimno i zaczęła się prawdziwa jesienna plucha. Optymiści mówili, że może jeszcze przyjdzie ta złota polska jesień. Ale zaczynał się już październik, a słońce cały czas kryło się za chmurami. Byli jednak tacy, którym ta paskudna pogoda wcale nie przeszkadzała. Wędkarze mówią, że ryba najlepiej bierze w czasie deszczu. Marian Konieczny wędkował już chyba pięćdziesiąt lat i wiedział doskonale, że to tylko część prawdy. Owszem, biorą w deszczu, ale nie wszystkie i nie wszędzie. Trzeba jeszcze wiedzieć, dokąd pojechać, dobrać odpowiednią przynętę, no i mieć takie swoje upatrzone miejsce.

Tego dnia nad własnym, wybranym już jakieś dziesięć lat temu łowiskiem nad jeziorem Płotki Konieczny był o piątej rano. Przesiedział tam prawie pięć godzin, ale efekt był więcej niż zadowalający. Złowił dwa ponadkilogramowe leszcze i na dodatek jeszcze ogromnego szczupaka, którego złapał na żywca. Szczupak mógł mieć z sześć kilo. Gdy wyciągnął go z wody po półgodzinnej walce, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Ryba była naprawdę wielka. Od razu zrobił zdjęcie swoją komórką, żeby koledzy mogli zobaczyć, jakiego potwora pokonał, bo inaczej mogliby mu nie uwierzyć. A tak, proszę, dowód jest, czarno na białym, a właściwie na kolorowo, zapisany w telefonie. Takie to czasy, myślał Marian, że wszystko teraz można utrwalić fotograficznie, nawet jak się do tego fotografowania nie ma smykałki. A on nie miał, ale i mieć nie musiał, bo wystarczyło tylko nacisnąć odpowiednie przyciski i już ryba wskakiwała do pamięci telefonu.

Jego dwudziestoletni mały fiat zjechał z mostu, zostawiając z tyłu po lewej ogromny hotel Rodło, który wyrósł w latach siedemdziesiątych na miejscu zburzonego kościoła Świętych Janów, minął rondo, plac Zwycięstwa z pierwszym pilskim wieżowcem i długim blokiem, który kiedyś nazywano „akwarium”, bo mieszkały tam same „grube ryby”, a potem skręcił w prawo na Budowlanych. Gdy wjeżdżał w Kujawską, dostrzegł kątem oka swojego sąsiada Wiecha Karolaka, który mieszkał piętro niżej, w mieszkaniu tuż pod jego M-4. Wiechu wchodził właśnie do pubu, który niedawno otwarto w jednym z nowych pawilonów wybudowanych na pustym placu przed starą piekarnią.

Ten to ma ale dobrze, pomyślał Marian. Zaraz se siądzie w ciepłej knajpce i wypije piwko, a do tego pewnie jeszcze jakąś seteczkę albo i dwie. Dobrze ma chłop z tą swoją starą, że ona mu nic nie gada, jak się napije. Bo ta moja cholera to zaraz zaczęłaby ujadać, że znowu czuć ode mnie gorzołę, jakbym co wypił. Życie jest jednak mocno niesprawiedliwe.

Maluch skręcił w lewo, wjechał w osiedle i zatrzymał się pod drugim dziesięciopiętrowym wieżowcem. Mimo że do rzeki miał całkiem blisko – Gwda przecinała centrum miasta w odległości jakichś pięciuset metrów od jego bloku – nie chodził tu nigdy wędkować. Śmiał się nawet w duchu z tych niedzielnych wędkarzy, którzy przychodzili nad rzekę moczyć kije.

– Tu nie ma porządnej ryby – tłumaczył kiedyś sąsiadowi Karolakowi, który zapytał go o to, czemu jeździ gdzieś za Piłę, zamiast spacerkiem nad rzekę. – Kiedyś nie było ryb, bo Gwda to był wielki ściek. Teraz jest czystsza woda, ale ryba nie jest głupia. Co miałaby tu w mieście robić? A tam, na Płotkach, cisza, spokój, to i ryba lepsza i smaczniejsza.

Zaparkował malucha pod swoją klatką schodową. Spojrzał na wędki, podbierak i siatkę z rybami. Leszcze nie dawały już oznak życia, za to szczupak cały czas walczył, prężył się i machał ogonem. Popatrzył na swoją zdobycz, potem na swój blok, a w końcu na te jednopiętrowe pawilony przy ulicy Piekarskiej. W jednym z nich, tam w pubie, siedział sobie Karolak i sączył piwo. Popatrzył na zegarek. Dochodziła jedenasta. No, w końcu było jeszcze wcześnie. Do domu zawsze zdąży wrócić, a w knajpie tyle ciekawego się dzieje. No i jeszcze ten Karolak, co sobie spokojnie siedzi i niczym się nie martwi. A co tam, zostawi ryby w samochodzie i pójdzie powiedzieć Karolakowi, co dziś schwytał. Opowie mu i wypije sobie jedno piwko, a potem wróci do chaty. W końcu kto mu zabroni?

Zamknął samochód i ruszył szybkim krokiem w kierunku knajpki, nie oglądając się za siebie, żeby przypadkiem nie natknąć się na spojrzenie żony, która mogła obserwować go z okna.

– Czołem! – powiedział, podchodząc do stolika, przy którym siedział sąsiad. Karolak podniósł wzrok znad szklanki z piwem i uśmiechnął się niewyraźnie.

– Siadaj – wskazał krzesło naprzeciwko.

– Zaraz, tylko se piwo przyniosę – odpowiedział Marian i poszedł w kierunku baru. Pani Monika, młoda, może dwudziestoletnia barmanka, nie czekając na zamówienie, podała mu pokal z piwem. Zapłacił trzy złote i wrócił do stolika. – Coś taki markotny? – zapytał, widząc dziwną minę Karolaka. Od razu spostrzegł, że jest z nim coś nie tak. Znali się w końcu już prawie trzydzieści lat, to jest od chwili, kiedy obaj wprowadzili się do swoich mieszkań, więc Marian od razu zauważył, że sąsiad jest w nie najlepszym humorze. Wtedy, w połowie lat siedemdziesiątych, jak Piła została miastem wojewódzkim, Marian dostał przydział na mieszkanie w wieżowcu przy XXX-lecia LWP od Rady Zakładowej Polamu, czyli fabryki żarówek, w której pracował jako brygadzista. Wiechu, który był ślusarzem w ZNTK, też miał mieszkanie z przydziału. Poznali się w dzień przeprowadzki. Szybko się zaprzyjaźnili, tym bardziej że mieli podobne zainteresowania. Wiechu co prawda nie łowił ryb, ale podobnie jak Marian lubił wypić po pracy. Wkrótce okazało się też, że obaj mają niezłą smykałkę do prac stolarskich. Wyszło to przez przypadek, gdy Marian załatwił skądś listwy boazeryjne i wspólnie wyłożyli tymi listwami przedpokój w jego mieszkaniu. Udało się całkiem nieźle, więc kolejna partia drewna poszła na przedpokój w mieszkaniu Wiecha. Później były kolejne mieszkania znajomych i znajomych znajomych. W ten sposób przez kilka ładnych lat dorabiali sobie po godzinach.

– E tam – machnął ręką Karolak. – Takie tam pierdoły.

– Co?

– No pierdoły, nic nadzwyczajnego. Nie ma o czym gadać.

– No przecież widzę, że jesteś jakiś nie w tym, no, sosie własnym, co zawsze.

Wiechu pokręcił głową z rezygnacją, upił spory łyk piwa, a potem spojrzał na sąsiada.

– A bo to przez moją starą, kurna. Cholera jedna gitarę zawraca i tyle. Ciągle to, ciągle tamto i siamto. Nadaje tylko i wciąż słucha tego cholernego radia. A potem mi gada, co ten ksiądz tam powiedział. Gadam ci, kurna, że jej się na starość pomieszało w tej durnej głowie.

– No to ciężka sprawa – przyznał Marian, pociągając piwo. Nie wiedział, że kolega ma takie problemy ze swoją kobietą. Wydawała się taka miła, sympatyczna i nikt nie przypuszczałby nawet, że ta cicha i uśmiechnięta pani może w domu zamieniać się w takiego potwora, który radiem terroryzuje męża. – Zabierz jej radio – powiedział, bo tylko takie rozwiązanie przyszło mu do głowy.

– Coś ty, Marian, to tak się nie da zrobić! Już raz jej zepsułem to radyjko, to zaniosła zaraz do ZUTR-u i oni jej naprawili je na poczekaniu. Rozumiesz? Mają tam miesięczne terminy, a jej zrobili od ręki, bo powiedziała, że nie wyjdzie od nich bez działającego radia, i tyle. Bo musi jeszcze dziś słuchać audycji wieczornej. No to zrobili, żeby się cholery pozbyć.

– Trudna sprawa.

– Trudna? Ja ci powiem, że ja normalnie mam przesrane. Ty wiesz, co ona do mnie powiedziała dzisiaj? Powiada, kurna, że ciężkie czasy, że wszystko drogie, że jej i moja emerytura ledwie na życie wystarczają, kurna, i na dodatek jeszcze, że musi co miesiąc wysyłać stówę na radio. No to mnie szczena jak kopara opadła, no a potem to cholera mnie wzięła. Normalnie wyszłem z nerw, bo ta cholera zamiast na co innego, daje na to pieprzone radio.

– Stówę? Co miesiąc? – nie mógł uwierzyć Marian.

– Dokładnie tak, i to już od trzech lat daje, a mi nic nie powiedziała. Dopiero teraz się wygadała.

– No to już ze trzy tysiące im musiała posłać – porachował szybko Marian. – Jezus Maria, trzy tysiaki na księdza dyrektora! I co żeś jej powiedział?

– Że ma zryty łeb i że nie będzie więcej wysyłać, i że nie pozwolę już jej tego radia słuchać.

– I co ona na to?

– Że jak będzie chciała, to jeszcze więcej będzie dawać, bo to jest boskie dzieło, to radio, że z niego to samo dobro płynie i ona, jak tak słucha, to dopiero widzi całą prawdę o Polsce, i że za tę prawdę to ona temu radiu to będzie wdzięczna do końca życia, że jej oczy otwarło, i że już nawet wszystkie swoje pierścionki oddała...

– O kurwa...

– No właśnie. I jak tu żyć, Marian? Jak żyć?

– Pani Moniczko, niech pani da flaszkę żołądkowej – poprosił Marian. Co było robić? W tej sytuacji nie mógł zostawić kolegi samego. Musiał mu jakoś pomóc.

***

No to ale będzie pyszny galart ze szczupaka, i jeszcze trzeba by pieczonego zjeść na obiad, a leszcze to w panierce zrobi się do octu – planował podział łupów, wchodząc chwiejnym krokiem do windy. Po chwili był już na swoim piętrze. Podszedł szybko do drzwi i zadzwonił dwa razy. Musiał dwa, a czasami i więcej, bo jego żona, tak jak i on emerytka, miała pewne kłopoty ze słuchem. Najczęściej nie słyszała tego, co mąż do niej mówi, i często zdarzało się też, że nie słyszała dzwonka do drzwi. Za to świetnie słyszała, co mówili sąsiedzi za ścianą. Tym razem chyba nie dosłyszała. Nacisnął jeszcze raz dzwonek, przytrzymując go nieco dłużej. Za drzwiami było cicho. Żadnego ruchu.

– Zaś gdzieś cholera polazła – powiedział ze złością Marian i położył na podłodze siatkę z rybami. Nerwowo zaczął szukać kluczy w przepastnych kieszeniach swojej wędkarskiej kurtki. Na szczęście znalazł. Wyciągnął pęk i włożył srebrny klucz do otworu starego zamka patentowego Yeti. Chciał przekręcić, ale okazało się, że nie można. Zdziwiony nacisnął na klamkę. Drzwi ustąpiły. Nie były zamknięte od wewnątrz. To go zaniepokoiło.

Niewielki korytarzyk wyłożony sosnową boazerią powitał go znajomym zapachem. Ciekawe, pomyślał, że po tylu latach te deski ciągle pachną tak samo, no, tyle że już nie tak intensywnie jak kiedyś. Jeździł po nie kilka razy własną syrenką, która miała na dachu zamontowany bagażnik. Na tym bagażniku właśnie przywiózł wszystko do domu, a potem razem z Wiechem wzięli się do okładania ścian. Przypomniał sobie kolegę, który został jeszcze w knajpie – przerąbane miał z tą swoją babą, co na stare lata zwariowała kompletnie.

Oparł się o ścianę, bo ledwo mógł ustać na nogach. Potarł dłonią deskę. Drewno pobejcowane i pociągnięte lakierem nie brudziło się tak jak normalna ściana. Dzięki temu boazeria w niezmienionym kształcie przetrwała całe lata: od czasów Gierka, przez wojnę Jaruzelskiego i potem jeszcze Wałęsę. Przetrwała ich wszystkich, to przetrwa i Kaczorów – myślał Marian, z dumą spoglądając na własnoręczną robotę. Odstawił wędki pod ścianę. Po prawej stronie wejście do łazienki, po lewej otwarte drzwi do kuchni. Siatkę z rybami położył na podłodze, pod zawieszoną na ścianie półką z telefonem. Wszedł do kuchni. Na stole stała szklanka z niedopitą herbatą i talerzyk z nadgryzionym kawałkiem chleba z pasztetem. Wyglądało to tak, jakby żona wstała na chwilę od śniadania. Zdziwił się jeszcze bardziej, bo coś takiego nigdy się nie zdarzało. Zawsze zjadała wszystko do końca, wypijała herbatę, a później starannie myła naczynia. Zdziwiony coraz mocniej, poszedł szybko do dużego pokoju.

Siedziała na fotelu. Zauważył siwą głowę i zarys postaci. W pokoju panował półmrok, bo ciężkie kotary szczelnie zasłaniały okno, nie wpuszczając do środka ani odrobiny światła.

– Czemu tak siedzisz po ciemku? – zagadnął i ruszył w kierunku okna, by wpuścić trochę słońca, ale nie zdążył odsłonić kotary. Spojrzał na żonę i przez głowę przeleciała mu myśl, że jest ubrana w różowy szlafrok, a ona przecież nie ma różowego szlafroka, tylko taki czerwony w kwiatki. Potargane włosy opadły jej na oczy, tak że nie widać było twarzy, a jedynie zaciśnięte usta, które zastygły w jakimś dziwnym grymasie. Ale nie to było najstraszniejsze. Najbardziej przerażające było to, co zobaczył na jej szyi. Podłużna, okropna szrama ciągnęła się tuż pod podbródkiem. Krew, która z niej wypłynęła, zalała niemal całkowicie szlafrok na piersiach i udach. Dłonie, zaciśnięte na oparciach fotela, też miała całe uwalane krwią. Nie było wątpliwości. Kobieta nie żyła.

Przez chwilę jeszcze Marian stał naprzeciw niej, patrząc na poderżnięte gardło. W końcu, gdy odrętwienie minęło, zrobił trzy kroki i podszedł do segmentu na wysoki połysk, który stał pod ścianą z lewej strony. Ten segment w siedemdziesiątym piątym wystał w kolejce pod sklepem meblowym, tym koło pomnika samolotu. Całą noc stał na zmianę z Wiechem, ale rano, po otwarciu sklepu byli pierwsi do zakupu. Obaj kupili po całym komplecie segmentowym z szafą i podświetlanym barkiem, a potem wszystko to przewieźli bagażówką, wypożyczoną z Polamu, pod blok. Meblościanka była bardzo pojemna i duża, tak że dało się ją w całości ustawić tylko pod jedną ścianą w dużym pokoju. Wstawili więc ją w jego mieszkaniu, a potem taki sam zestaw u Wiecha, piętro niżej. I jak okazało się po latach, był to bardzo dobry zakup, bo mebel był na tyle solidny, że w niezmienionym niemal stanie przetrwał do dziś.

Otworzył podłużną szafkę, wyłożoną w środku lustrami. Natychmiast zapaliła się wewnątrz jarzeniówka, oświetlając zawartość barku. W środku stały cztery butelki. Zdziwił się, że cztery, bo pamiętał, że wczoraj były tylko dwie. No ale w końcu, co to ma za znaczenie, dwie czy cztery? Nawet lepiej, że cztery. W jednej był żółty ajerkoniak. Ta nie wzbudziła jego zainteresowania. W pozostałych była czysta wódka. Sięgnął po butelkę wyborowej. Wprawnym ruchem odkręcił kapsel, odwrócił się w stronę żony, jakby chciał sprawdzić, czy aby czasami nie widzi, co zamierza zrobić. Nie widziała. Przyłożył butelkę do ust i pociągnął solidny łyk, a zaraz potem jeszcze jeden.

– No to teraz mogę se pić, kiedy mi się tylko zachce, i nic mi nie powiesz, nic... – powiedział do żony i znowu wypił.

***

Gdy butelka była już opróżniona do połowy, poszedł do przedpokoju. Tam, na niewielkiej półce pod lustrem stał aparat telefoniczny. Przez chwilę zastanawiał się, jaki numer wybrać, ale zaraz potem przypomniał sobie tytuł popularnego magazynu kryminalnego „997”. Wystukał trzy cyfry. Połączenie nastąpiło niemal natychmiast.

– Policja, słucham.

– Mówi Konieczny Marian, dzwonię, żeby powiedzieć, że moja stara, znaczy się Konieczna Maria, jest nieżywa.

– Co? Skąd pan wie, że jest nieżywa?

– No jak skąd? No przecież widzę, że jest nieżywa, bo nie żyje.

– Nie oddycha?

– Nie oddycha, bo nie może. Jak jest nieżywa, to nie da rady oddychać.

– Ale skąd pan wie, że jest nieżywa? Próbował pan ją ratować albo sztuczne oddychanie jakieś zrobić, albo co...?

– Nie próbowałem, bo jak nie jest żywa, to oddychanie sztuczne nic nie da, a poza tym to ona ma poderżnięte gardło, od ucha do ucha.

– Co?

– Gardło, od ucha do ucha.

– Aha. A kto jej to gardło poderżnął?

– A skąd to ja mam, do cholery jasnej, wiedzieć! Chyba jakiś morderca musiał jej to zrobić. Jak wróciłem się do chaty, to już tak miała. Siedziała se na fotelu z poderżniętym gardłem. To jak zobaczyłem, to zaraz dzwonię do was, żeby powiedzieć, że nieżywa jest.

– No dobra, to niech pan da adres, nic nie rusza na miejscu, żeby śladów nie zatrzeć, i proszę czekać w mieszkaniu. Za kilka minut pojawi się tam nasza ekipa.

Marian podał nazwę ulicy, numer domu i mieszkania, a potem odłożył słuchawkę. Przez chwilę patrzył na swoje odbicie w lustrze, zastanawiając się, co dalej robić. Najlepiej byłoby, gdyby się położył do łóżka i przespał trochę, żeby wytrzeźwieć przed przyjazdem policji. Pomyślał nawet, że gdyby wypił mocną kawę, to może by trochę wytrzeźwiał. No ale wtedy natrafił wzrokiem na butelkę wódki, którą zanim zatelefonował na komendę, odstawił na stolik obok telefonu. Było w niej jeszcze sporo wódki, a szkoda by było, gdyby się miała zmarnować. I wtedy przypomniał mu się Wiechu, którego zostawił samego w pubie. Może dobrze by było, żeby jak przyjedzie policja, Wiechu był tu razem z nim. Zawsze co dwóch świadków na miejscu, to nie jeden. Wiechu mógłby też poświadczyć, że ona nie żyje, jakby ktoś się pytał.

Postanowił działać. Butelkę wódki włożył do kieszeni kurtki i wyszedł na klatkę schodową. Włożył jeszcze klucz do zamka, ale ten nie chciał się przekręcić. Machnął na to ręką. Co tam, niech se będą otwarte. I tak nikt zabitej nie ukradnie. Podszedł do windy i wcisnął guzik przywołujący kabinę. Nim policja przyjedzie, to ja tu z Wiechem będę już powrotem – pomyślał i wsiadł do windy.

***

– Cholerny dzień – powiedział do siebie podkomisarz Robert Szpot z Komendy Powiatowej Policji w Pile, wychodząc z windy na siódmym piętrze. Łysiejący trzydziestopięciolatek z pokaźnym brzuchem, zdradzającym zamiłowanie właściciela do dobrej kuchni i piwa, stanął na korytarzu i wyciągnął z kieszeni paczkę marlboro. Chciał zapalić, nawet włożył jednego papierosa w usta, ale zaraz zorientował się, że tu, na klatce schodowej, nie bardzo będzie miał co zrobić z niedopałkiem, a głupio byłoby tak przy podoficerze rzucać peta na podłogę. Wcisnął więc papierosa na powrót do paczki i schował ją do kieszeni.

– Jak w poniedziałek zacznie się wszystko gmatwać i pieprzyć, to cały tydzień do dupy – wymamrotał pod nosem, na tyle jednak głośno, że dzielnicowy, sierżant Edward Szczepaniak, spojrzał na niego zdziwiony. – No co? Powiedziałem, że jak się dziś pieprzy, to i cały tydzień będzie do dupy.

– Aha! – Dzielnicowy skinął głową. – Pewnie, że do dupy – potwierdził i rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu właściwych drzwi.

– No mówię. Diabli nadali jakieś zabójstwo na początku tygodnia. Teraz będziemy się z tym wozić miesiąc albo i dłużej – narzekał dalej podkomisarz. Był zły, że musi uganiać się po jakichś miejscach przestępstwa. Jego szef, ten złośliwy Nowak, kazał mu jechać, by sprawdzić to doniesienie o morderstwie. Miał tylko się zorientować, czy rzeczywiście doszło tam do morderstwa, a jeśli doniesienie się potwierdzi, natychmiast wzywać ekipę techniczną. A to wszystko oznaczało, że jeśli w mieszkaniu będzie trup, całe popołudnie szlag trafi. A zaplanował już sobie, że po pracy odstawi samochód pod swój blok przy Wodnej i pójdzie na kręgle do hotelu Rodło. Umówił się już na kilka partii i kilka piw do tego ze swoim kumplem Andrzejem, z którym wiele lat temu chodził do jednej klasy w ogólniaku na Pola. Od czasu do czasu umawiali się na te kręgle zakrapiane kilkoma browarami, żeby odreagować szarą rzeczywistość i popatrzeć na laski, które grały na sąsiednich torach albo zajmowały któryś ze stolików. Bo dziewczyn zawsze kręciło się tam sporo, a oni obaj nadal byli nieżonaci, więc takie patrzenie było jak najbardziej uzasadnione. Dziś też mieli odreagować i się trochę pogapić, ale jeśli w tym mieszkaniu będzie trup, to ze spotkania nici. A dziewczyny będą musiały zadowolić się obleśnymi spojrzeniami jakichś dupków, którzy tam na pewno się zjawią i zajmą ich zarezerwowany tor.

– A czemu miesiąc? Może zaraz się sprawca znajdzie?

– Sprawca to się na pewno znajdzie. Co ma się nie znaleźć? Ja myślę, że on już się nawet znalazł. Znaczy sprawca to ten, co dzwonił do nas. Zarżnął babę i zadzwonił na policję, bo mu głupio się zrobiło. No bo kto by inny chciał emerytkę zrzynać? Jak nic, to musi być ten jej stary. Zaraz się go weźmie w obroty, przepyta pięknie i facio pęknie w trymiga. Który to numer?

– Siedemdziesiąt jeden. O, to tu, na prawo, te drzwi obite boazerią.

Dziś nikt już nie obija drzwi boazerią z sosnowych klepek, pomyślał Szpot, przypominając sobie drzwi do mieszkania swoich rodziców, które w latach osiemdziesiątych obito deskami, podobnie jak cały przedpokój. Taka moda wtedy była na te deski, że wszyscy obijali, ale teraz to już raczej rzadko się coś takiego widywało. Teraz nikt się nie bawił w boazerię na drzwiach. Kupowało się porządne drzwi ze stalowymi wzmocnieniami i blokadami antywłamaniowymi, które włamywacze i tak byli w stanie pokonać w kilka sekund.

– Znasz tę rodzinę?

– Melduję, że nie znam. Żadnych konfliktów z prawem, żadnych wezwań. Nic a nic nie było dotąd w ich kwestii robione. Nawet żadnej, nawet malutkiej awanturki rodzinnej.

– Nic a nic, a tu proszę bardzo, kobieta ma poderżnięte gardło. Siedzą se cicho jak mysz pod miotłą przez całe życie, nie awanturują się, nie rozrabiają, to w końcu coś musiało się wydarzyć. No i doszło do zdarzenia, zapewne pod wpływem alkoholu. Bo bez wódy to pewnie by nic nie było. Dalej by se cicho siedzieli i my byśmy se spokojnie mogli na komendzie siedzieć dzisiaj. A tak, proszę bardzo, patologia się ujawniła. Poniedziałek z poderżniętym gardłem zaczynać. Nie ma co, ładny pasztet. Dzwoń.

Dzielnicowy nacisnął przycisk dzwonka. Zza drzwi dobiegł ich jakiś ruch. Słychać było też dość wyraźnie dźwięki czołówki jakiegoś programu telewizyjnego.

– Telewizję se ogląda? – zdziwił się podkomisarz.

– „Agrobiznes” – wyjaśnił Szczepaniak.

– Co?

– „Agrobiznes”, taki program dla rolników teraz leci na pierwszym programie. O dwunastej były wiadomości, a teraz po wiadomościach jest „Agrobiznes”.

– Rolnik jakiś czy jak?

– Pewnie działkowicz. Działkowicze to oglądają też. Mój teść ma działkę, tam za parkiem przy Różanej Drodze, i codziennie na ten „Agrobiznes” patrzy. Mówi, że chce być na bieżąco, jakby coś o nawozach dawali albo co.

– Zadzwoń jeszcze raz, bo się chyba zapatrzył. Działkowicz pierdolony. Już se tej działki nie pograbi. Żeby jeszcze mecz oglądał, to bym zrozumiał, ale o nawozach? Tfu...

Dzielnicowy zadzwonił ponownie, tym razem dłużej przytrzymując przycisk. Telewizor ucichł. Za drzwiami dało się słyszeć szurające kroki.

– Kto tam? – odezwał się głos z mieszkania.

– Policja. Pan Konieczny Marian? – zapytał głośno dzielnicowy.

– Nie ma go – odpowiedział głos.

– Jak nie ma? – zdenerwował się podkomisarz. – Co se pan jaja robisz? Otwierać, do cholery jasnej! Zostaliśmy tu wezwani czy nie?

Z drugiej strony drzwi zadzwonił łańcuch, potem szczęknął zamek i drzwi lekko się uchyliły. W szparze między drzwiami a framugą pojawiła się siwa głowa. Nie była to jednak głowa Mariana Koniecznego. Nie było wątpliwości. Ta głowa należała do kobiety. Obaj policjanci spojrzeli na siebie z nieukrywanym zdziwieniem. Pierwszy otrząsnął się z niego dzielnicowy.

– Dzień dobry. Jestem dzielnicowy Szczepaniak, a to podkomisarz Szpot. Zostaliśmy wezwani telefonicznie na interwencję.

– Jaką interwencję? Tu nie ma żadnej interwencji. To jest prywatne mieszkanie.

– A Marian Konieczny? – ciągnął dzielnicowy.

– A Marian rano pojechał na Płotki. Znaczy się na ryby, na jezioro Płotki. Ale niedługo już będzie w domu.

– Zaraz, zaraz – przejął inicjatywę podkomisarz. – Jak on może być na rybach, jak dzwonił do nas?

– Pewnie z komórki. Bo on ma swoją komórkę. To jak ma taki telefon, to se może dzwonić.

– Ale on mówił, że dzwoni z domu i że mamy przyjechać, bo jest wypadek – nie dawał za wygraną pod- komisarz.

– Mój Boże, Marian miał wypadek? To czemu nic nie mówicie od razu? Gdzie miał ten wypadek? Na drodze, samochodowy wypadek? – Kobieta przestraszyła się nie na żarty.

– A pani to jest kto? – zaatakował z zaskoczenia dzielnicowy.

– Jak kto? No ja jestem Konieczna. Znaczy się żona Mariana. Jak on miał wypadek, to ja muszę zaraz do niego jechać. Może mu do szpitala trzeba co przywieźć, kompot jaki albo pomarańcze.

Kobieta odczepiła łańcuch blokujący drzwi i otworzyła je szeroko. Obaj policjanci weszli do środka, a ona natychmiast zamknęła za nimi.

– Pani Konieczna, pani mąż nie miał wypadku! – Pod- komisarz postanowił wystrzelić z grubej rury, żeby wreszcie wszystko wyjaśnić do końca. – To pani miała wypadek.

– Jaki? Ja wypadek? Przecież ja z nim nie jechałam.

– W domu miała pani wypadek. Tak powiedział pani mąż, jak dzwonił na policję.

– Jak Boga kocham, że nie miałam żadnego wypadku! – powiedziała Konieczna i dla podkreślenia wagi tego oświadczenia, szybko się przeżegnała.

– Pani Konieczna! Myśmy dostali wiadomość od mężczyzny, który podawał się za pani męża – tłumaczył cierpliwie oficer – że pani uległa wypadkowi. Niejaki Marian Konieczny telefonicznie oświadczył, że Konieczna Maria ma poderżnięte gardło.

– Jezus Maria! – Konieczna chwyciła się obiema rękami za gardło. Sprawdziła dokładnie. Nie było poderżnięte. – Nie jest poderżnięte – powiedziała i na dowód uniosła brodę do góry. – Nic nie jest poderżnięte.

– No to jak pani wytłumaczy ten telefon? – zapytał chytrze dzielnicowy.

– A skąd ja to mogę wiedzieć? Zapytajcie Mariana. Jak to on dzwonił, to chyba mu się coś we łbie pomieszało. Już ja mu dam, niech tylko przylezie do domu, to zobaczy. Żeby sobie takie żarty urządzać. I to jeszcze kosztem mojego gardła. Ja mu pokażę, cholernikowi jednemu... Pewnie się opił dziad cholerny i coś mu się w tej pijackiej łepetynie pochachmęciło.

Podkomisarz machnął ręką i uśmiechnął się do dzielnicowego. Nie mogło się to wszystko lepiej ułożyć. Nie było trupa, nie było sprawy. A więc wieczór spędzony w kręgielni w Rodle stawał się całkiem realny. Dobrze, że nie zadzwoniłem do Andrzeja i nie odwołałem wszystkiego – pomyślał, a potem spojrzał na kobietę swoim wystudiowanym, chłodnym, służbowym spojrzeniem policjanta.

– No to jeśli o mnie idzie, to w związku z tą sprawą dzielnicowy spisze wszystko, pani podpisze i po sprawie. A mąż niech przyjdzie na komendę i nam wszystko wytłumaczy. Oczywiście, jak będzie trzeźwy. I niech się dobrze zastanowi, po jakiego grzyba ściągał nas tu w sprawie morderstwa.

Powiedziawszy to, podkomisarz uśmiechnął się do dzielnicowego, który spojrzał na niego spode łba, i ruszył w kierunku drzwi.

Już chciał wyjść z mieszkania, zadowolony, że zwalił całą robotę na Szczepaniaka, gdy od strony drzwi dobiegł go odgłos przekręcanego klucza w zamku. Drzwi otworzyły się i w progu stanął jakiś ledwie trzymający się na nogach facet. To ten pieprzony Konieczny – domyślił się oficer. Pijany mężczyzna popatrzył zdziwiony na obu policjantów, a potem wzrok zatrzymał na stojącej w progu kuchni żonie. Ujrzawszy ją, cofnął się o krok, jakby zobaczył ducha.

– Jezus Maria – jęknął. – Hela, jak Boga kocham, ty żyjesz?

– A co mam nie żyć? – warknęła Hela. – Ja żyję i jeszcze żyć będę długo, ale ty, cholero opita, zaraz żyć przestaniesz, jak ci papę przemodeluję. Ja ci dam wymyślać takie rzeczy, zbereźniku cholerny!

– Spokojnie, proszę państwa – wtrącił się dzielnicowy, wyczuwając bezbłędnie nadciągającą burzę. – Potem se pani z mężem pogada, a teraz byśmy tylko chcieli wyjaśnić tę sprawę z morderstwem. Było morderstwo czy nie było, panie Konieczny?

– Było, sam widziałem. Gardło miała poderżnięte!

– Jak poderżnięte, pijanico jedna? Patrz no tu na moje gardło! Widzisz poderżnięcie?

Konieczny podszedł bliżej, chwilę popatrzył na żonę, ale widać ta pobieżna obserwacja nie zadowoliła go, bo nagle chwycił żonę za gardło i wbił w nie ostre spojrzenie. Zdziwił się, rzeczywiście było nienaruszone. Konieczna zabulgotała, bo chwycił ją nieco za mocno, ale zaraz puścił, gdy za rękaw szarpnął go podkomisarz.

– Było poderznięte, panie majorze, i siedziała na fotelu pod oknem z tą dziurą w szyi, i cały szlafrok miała we krwi.

Hela popatrzyła na męża wściekła, a potem przeciskając się między policjantami, podeszła do drzwi łazienki. Otworzyła je i chwyciła wiszący na plastikowym wieszaku szlafrok.

– I co, szlafrok we krwi? No to pokaż mi, gdzie ta krew jest. – Podsunęła ślubnemu pod sam nos czerwony szlafrok w kwiatki.

– To nie był ten szlafrok. Tamten we krwi był różowy – wyjaśnił Konieczny, spoglądając to na jednego, to na drugiego funkcjonariusza.

– No tyś to chyba całkowicie już ogłupiał! – zawołała Konieczna. – Ja nie mam różowego szlafroka – mówiąc to, popatrzyła na policjantów, jakby chciała ich wziąć na świadków oczywistych bzdur, które wygadywał jej stary. – Ja mam tylko czerwony w kwiatki, a różowy to ma sąsiadka z dołu. Kupiła se niedawno w Merkurym, a ja ten czerwony na targu kupiłam.

Marian rozejrzał się bezradnie po przedpokoju, a potem spojrzał na podłogę, pod półkę z telefonem. Telefon i półka, owszem, były na miejscu, ale nie było siatki z rybami.

– A gdzie jest siatka? – krzyknął do żony. – Gdzie- żeś ją schowała?

– Jaka siatka? – zdziwiła się Konieczna.

– No ta, co ją tu położyłem, jakżeś była nieżywa. Siatka z rybami, co je dziś na Płotkach złowiłem.

– Tyś chyba naprawdę zwariował, chłopie. Siatki żadnej nie było.

– Nie było? A ryby? Jużeś je oprawiła i schowała?

– Nic nie oprawiałam!

– Nie? No to zobaczymy! Chodźcie do kuchni zobaczyć, że ryby muszą być.

Ruszył szybko na wprost, mijając kobietę. Policjanci, coraz bardziej zaintrygowani, ruszyli za nim. Zatrzymał się przy zlewozmywaku, zajrzał do niego, ale nic tam nie było. Potem pochylił się i otworzył szafkę, w której stało wiadro na śmieci. Rozgarnął odpadki ręką, ale nie natrafił na najmniejszy ślad rybich resztek. Zdziwiony coraz bardziej, zatrzymał się przy lodówce Polar. Zajrzał do niej, ale i tam nic nie znalazł. Zdumiony spojrzał na żonę, która tymczasem przedarła się przez żywą barierę złożoną z dwóch policjantów i stanęła naprzeciw męża z rękami założonymi pod ogromnymi piersiami.

– Gdzie ryby?! – warknął.

– Ryby to są w wodzie, ha, ha, ha! – zaśmiała się złośliwie Hela, a potem opadła na taboret stojący przy kuchennym stole, odwróciła się i rozchyliwszy firankę wyjrzała przez okno, dając wyraźnie do zrozumienia wszystkim obecnym, że problem ryb przestał ją interesować. Widok za oknem też nie był jednak za bardzo interesujący – w końcu kogo mógł zaciekawić ten sam od lat widok dachu poczty po przeciwnej stronie ulicy – bo po chwili gospodyni odwróciła się i z pełnym przekonaniem w głosie powiedziała: – Panowie policjanci, jak widać, on całkowicie zwariował. W związku z tym może tak byście zabrali go na Polną do wytrzeźwienia, żeby mu się klepki we łbie poukładały. Albo najlepiej to go od razu do mamra wsadźcie za wprowadzanie policji w błędną opinię.

Konieczny usiadł na drugim taborecie, po przeciwnej stronie stołu i oparł czoło na dłoni.

– Ja pierdolę, nic nie rozumiem. Do cholery ciężkiej, nic nie rozumiem z tego wszystkiego – wymamrotał pod nosem.

– Czego nie rozumiecie? – odezwał się w końcu dzielnicowy, który najwyraźniej był już zniecierpliwiony całą tą sytuacją. – Nie rozumiecie, że żeście wprowadzili w błąd funkcjonariuszy na służbie?

– Nic nie rozumiem, jak Boga kocham, nic w zupełności nie rozumiem. Ale jeśli się rozchodzi o wprowadzanie w błąd policji, to ja, proszę bardzo, mogę iść do więzienia. – Powiedziawszy to, Konieczny wyciągnął obie dłonie w kierunku sierżanta, podsuwając mu je pod nos. – No, bardzo proszę, zakujcie mnie i wywieźcie w nieznane. Proszę bardzo, nawet do lasu i kulę w łeb mi możecie wpakować. No, proszę. Jak ja gadam nieprawdę, to mnie rozwalcie i już po kłopocie będzie.

– No co pan? – Dzielnicowy odsunął się gwałtownie, przestraszony tym wybuchem. – Jaką kulę, do jasnej cholery?

– Wam się chyba już całkiem pomieszało w głowie – wszedł mu w słowo podkomisarz, przysuwając się jednocześnie do stołu i odgradzając tym samym ręce Mariana od podoficera. – Wyście, Konieczny, zgłupieli zupełnie czy jak? Wam się policja państwowa całkiem z milicją obywatelską pomieszała. My tam za byle gówno nie aresztujemy ludzi, a o strzelaniu w łeb to sobie co najwyżej możecie pomarzyć.

– Ale ja naprawdę widziałem ją zarżniętą!

– Będziesz tak chlać, cholero, to niedługo zobaczysz białe myszki... – wtrąciła się Konieczna.

– Dobra, dobra. Resztę tych bajek opowiecie sierżantowi – uciął tę dyskusję Szpot. – No to spiszcie to wszystko, a ja już jadę na komendę. Muszę zgłosić, że nic tu nie było.

Nie tłumacząc więcej, wyszedł z kuchni, przeszedł przez przedpokój wyłożony boazerią i po chwili znalazł się na klatce schodowej.

W sumie był zadowolony. Wszystko potoczyło się zgodnie z jego życzeniem. Nie było trupa, czyli nie było morderstwa, i skończyło się tylko na zwykłej rozmowie z wariatem, któremu coś tam się w tej durnej głowie wykluło. Świat pełen jest wariatów, z których wszyscy się śmieją, a policjanci są od tego, żeby brać ich na poważnie.

Wcisnął przycisk przywołujący windę. Światełko pod jego palcem zapaliło się i natychmiast zgasło. Nie zwrócił jednak na to uwagi, zatopiony w myślach. Zastanawiał się, co też ciekawego przydarzyć się dziś może w kręgielni. Kilka piw, kilka partii kręgli i może jeszcze jakaś fajna dziewczyna się tam przypadkiem znajdzie. A jak się już znajdzie, to może się da nawiązać z nią kontakt wzrokowy, a potem zamienić kilka słów i kto wie...

A swoją drogą to ta kobieta musi mieć ciężko z tym swoim pijakiem, którego nawiedzają jakieś omamy. Może trzeba by jej było zasugerować, żeby wysłała go na jakieś badanie psychiatryczne. Taki facet, któremu wóda wyżarła mózg i miesza mu się rzeczywistość z halucynacjami alkoholowymi, może kiedyś stać się niebezpieczny. Diabli wiedzą, co tu się jeszcze może wydarzyć. Może kiedyś naprawdę przyjadą tu z zimnym lekarzem pozbierać tę babę. Wzdrygnął się na samą myśl, a potem postanowił, że jutro wpadnie do tej Koniecznej i pogada z nią. Albo nie, jutro będzie miał kaca, bo jak zwykle pewnie wypiją więcej piw, niż planowali. Ale przecież sam nie musi tu przyjeżdżać, może dać polecenie temu dzielnicowemu, żeby ten pogadał z kobietą od serca. O, i tak będzie najlepiej. Niech dzielnicowy gada. Wyjdzie to bardziej naturalnie. W końcu to jej dzielnicowy jest.

Spojrzał na okienko oddzielające go od szybu windowego. Windy nie było, a za szybą panowały nieprzeniknione ciemności. Znowu wdusił przycisk. Żaróweczka zapaliła się i zgasła natychmiast. Tym razem to zauważył. Winda nie działała, bo jakby działała, to światełko paliłoby się cały czas – przeprowadził w myślach szybką analizę tego zjawiska i zaklął pod nosem. Te stare windy z lat siedemdziesiątych częściej się psuły, niż jeździły. Nie ma co stać, trzeba iść siedem pięter, wytrząsając brzuch na schodach.

Ruszył w dół, wciągając nosem charakterystyczny zapach gotowanych ziemniaków i przypalanego mięsa, pomieszanych ze smrodem wydobywającym się z czeluści zsypu na śmieci. Poczuł natychmiast ucisk w żołądku, bo przypomniało mu się, że nic nie jadł od rana. Trzeba by zorganizować jakiś obiad. Przystanął na szóstym piętrze i sięgnął po paczkę papierosów. Dym powinien na chwile zdusić ssanie w żołądku.

Zaczął przeszukiwać kieszenie, ale zapalniczka gdzieś się zawieruszyła. Nagle jego spojrzenie zatrzymało się w głębi korytarza. Coś tam było nie tak. Nie od razu zorientował się, o co chodzi. Zrobił krok naprzód, patrząc cały czas w tamtym kierunku. To były drzwi od mieszkania w tym samym pionie, co drzwi od tych Koniecznych, od których właśnie wyszedł. Obite sosnową boazerią i otwarte na oścież. Wewnątrz też była sosnowa boazeria na ścianach przedpokoju. Ale to nie podobieństwo przykuło jego uwagę. To, co sprawiło, że zapomniał o papierosie, który nadal niezapalony tkwił w jego ustach, to były dwa białe adidasy leżące na progu. Gdyby te buty zostawił na wycieraczce ich właściciel, nie chcąc w nich wchodzić do mieszkania, żeby nie pobrudzić podłogi, stałyby pewnie równo ustawione i nie przyciągały spojrzenia. Te jednak wcale nie stały. Opierały się o wycieraczkę piętami, z nosami sterczącymi w górę. Działo się tak dlatego, że w tych butach nadal tkwiły nogi ich właściciela, którego reszta ciała leżała spokojnie w przedpokoju.

***

Dzielnicowy Szczepaniak właśnie kończył spisywać dane Mariana Koniecznego, który siedział nadal przy kuchennym stole z twarzą ukrytą w dłoniach. Konieczna, zdenerwowana całą sytuacją, zostawiła obu mężczyzn i poszła oglądać do pokoju telewizję. Zaczynał się właśnie kolejny odcinek fascynującego serialu „Moda na sukces”, a ona chciała być na bieżąco, więc nie mogła przegapić żadnego odcinka. Naraz w kieszeni dzielnicowego zagrała melodyjka z filmu o przygodach kapitana Klossa. Od kilku dni miał tę melodyjkę i był z niej szczególnie dumny, bo bardzo lubił ten film. Kiedy usłyszał, że aspirant Walkowiak ma właśnie taki sygnał w swoim telefonie, postanowił, że on nie może być gorszy. Zapytał więc swojego syna, który chodził do ogólniaka na ulicy Pola, czy nie załatwiłby mu skądś Klossa. Dla szesnastolatka, który całe dnie spędzał przy komputerze, takie zadanie nie było żadnym wyzwaniem. W ciągu kilku minut zainstalował ojcu nowy dzwonek. I teraz, gdy dzwonił telefon, Szczepaniak specjalnie czekał, aż melodyjka wybrzmi tak, żeby zrobiła wrażenie na otoczeniu. Na Koniecznym nie zrobiła żadnego. Nadal siedział bez ruchu z twarzą ukrytą w wielkich dłoniach. Co było robić? Trzeba odebrać telefon. Wydobył aparat, spojrzał na wyświetlacz nokii i zdziwił się, bo ujrzał tam nazwisko Szpota, tego samego Szpota, który był tu jeszcze przed chwilą, w tej kuchni, i uciekł z niej, pozostawiając go samego z tym pijakiem. Przycisnął zielony klawisz.

– Halo – powiedział do aparatu.

– Szpot mówi.

– No widzę.

– Słuchaj, mam tu trupa! – wykrzyknął podkomisarz.

Zwariował czy jak? – zdziwił się dzielnicowy.

– Jakiego trupa?

– Normalnego! Nieżywego! – wyjaśnił Szpot.

– Aha. Nieżywą kobietę z poderżniętym gardłem?

Słysząc to, Marian odsłonił twarz i spojrzał uważnie na policjanta.

– Nie kobietę, ale mężczyznę. Leży nieżywy i się nie rusza.

– A, jak to facet, to inna sprawa. A gdzie on leży?

– No jak gdzie? Tu leży, na korytarzu, i nie oddycha.

– Może mu trzeba zrobić sztuczne oddychanie?

– Szczepaniak, co ty mi tu pierdolisz? Zejdź na dół i sam mu rób oddychanie, jak chcesz.

– Gdzie na dół?

– Piętro niżej, na szóstym jestem. Złaź mi tu zaraz.

Połączenie się urwało. Sierżant spojrzał na telefon, wcisnął zupełnie niepotrzebnie czerwony klawisz, a potem włożył aparat do kieszeni.

– Co jest? Jeszcze jedna z poderżniętym gardłem? – spytał z nadzieją w głosie Marian.

– To nie baba, to jakieś facet.

– Gdzie?

– Tu, piętro ni... – Policjant nagle zreflektował się, że za dużo powiedział osobie postronnej. Trzeba było z tego w jakiś inteligentny sposób wybrnąć. – A gówno was to obchodzi. Martwcie się o siebie i swoje fałszywe zeznania. I nie wsadzajcie nosa w służbowe kwestie, bo...

Marian jednak już tego nie słuchał. Zerwał się z taboretu i jak oparzony pognał do drzwi.

***

Leci, jakby chciał papcie zgubić – pomyślał Szpot, słysząc głośne i szybkie kroki na schodach. Odwrócił się w stronę klatki schodowej, spodziewając się, że za moment ujrzy tam dzielnicowego. Ale to nie był dzielnicowy. To był ten Marian Konieczny z góry.

– A wy tu czego? – warknął podkomisarz, ale Konieczny nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi. Minął go i wepchnął się do mieszkania.

– Jezus Maria! – krzyknął Marian. – To przecież jest Wiechu. – Mówiąc to, uklęknął obok głowy leżącego.

– Wyjdźcie stąd natychmiast! – rozkazał policjant. – Nie wolno tu wchodzić, bo ślady zatrzecie.

Ale Marian zdawał się nic nie słyszeć. Złapał Wiecha za ramiona i zaczął nimi szarpać, pewnie mając nadzieję, że w ten sposób przywróci koledze życie.

Szpot nie mógł pozwolić na to, by jakiś pijak lekceważył jego polecenia. Podszedł zdecydowanym krokiem do Koniecznego i chwycił go za koszulę.

– Zostaw go, do cholery!

– Co jest? – odezwał się od progu dzielnicowy Szczepaniak.

– Nie chce puścić trupa – wyjaśnił Szpot.

– Puszczaj! – krzyknął dzielnicowy.

– Puszczaj, do cholery! – krzyknął trup Wiecha.

Marian puścił i głowa żywego trupa z łoskotem uderzyła o podłogę. Trup znów wyglądał jak trup.

– To nie żaden trup – zawyrokował trzeźwo dzielnicowy Szczepaniak. – On żyje!

– O Jezu, już się przestraszyłem, że nie żyje – jęknął Marian, klęczący cały czas tuż przy głowie Wiecha. – Coś mi się widzi, że on się tylko wykopyrtnął, jak właził do chaty. Musiał jeszcze coś więcej wypić w pubie, jak ja już se poszedłem.

– Znaczy najebany – stwierdził dzielnicowy i machnął ręką. Poniżej jego godności byłoby zajmowanie się jakimś nachlanym facetem, więc tonem nieznoszącym sprzeciwu wydał polecenie: – Weźcie no go do domu wciągnijcie, Konieczny, żeby się zbiegowisko nie robiło i ludzie nie widzieli, jak ich sąsiad wygląda.

Miał rację, mówiąc to, bo trzeźwe podejście do rzeczywistości dyktowało mu jego wieloletnie policyjne doświadczenie. Niestety, to doświadczenie nader często zderzało się z szarą rzeczywistością. Szarą rzeczywistością były w tym momencie drzwi od sąsiednich mieszkań, które jak zwykle w takich sytuacjach jak na komendę zaczęły się otwierać. W jednych pojawiła się sędziwa sąsiadka w białym szlafroku i w siatce przytrzymującej wałki na głowie, w drugich umięśniony jegomość w podkoszulku, w wieku, którego Apollo nigdy nie osiągnął.

– Co to, kurwa, za hałas?! – ryknął ten w podkoszulku i natychmiast zamilkł, zauważywszy, że zwraca się niegrzecznie do osób, do których niegrzecznie zwracać się nie powinien.

– Spisz gnoja – powiedział podkomisarz, wskazując sierżantowi sąsiada. Sąsiad jednak nie dał mu szansy. Widząc, co się święci, natychmiast zniknął w swoim mieszkaniu i zamknął drzwi na zamek. Staruszka w szlafroku została na posterunku, patrząc cały czas na buty Wiecha, bo nic innego nie dało się z perspektywy jej drzwi dojrzeć.

– Na rynku za Merkurym kupił te buty – powiedziała głośno. – Sama widziałam, jak kupował. Nie kradzione. Może podróby chińskie, ale nie kradzione, jak Boga kocham. On może trochę się nachleje od czasu do czasu, ale żeby coś ukradł, to nie powiem, nigdy w życiu. A zresztą on z porządnej rodziny. Jego żona może zaświadczyć.

– Pani Sperkowa, pani idzie do domu! – krzyknął Marian, cały czas klęczący przy głowie przyjaciela. – Pani idzie, bo tu nie o buty się, kurwa, rozchodzi!

– No wiesz co, Marian, żeby z takimi słowami? A taki był z ciebie grzeczny chłopiec...

– Pani zamknie te drzwi i nie robi zbiegowiska – pouczył sąsiadkę dzielnicowy i niemal siłą wepchnął ją do mieszkania.

Na korytarzu znów zrobiło się cicho, jeśli nie liczyć dźwięków muzyki płynącej zza drzwi gościa w podkoszulku. Pewnie, żeby zaznaczyć swoją obecność i oczywiście na znak protestu, włączył magnetofon na cały regulator. No, w końcu było jeszcze wcześnie, więc w swoim domu mógł sobie do woli puszczać przebój o majteczkach w kropeczki.

– No to chyba możemy już spadać, panie podkomisarzu – stwierdził dzielnicowy, spoglądając na Szpota. Ale ten, co dziwne, wcale nie zareagował. Patrzył gdzieś przed siebie, jakby był tu całkowicie nieobecny.

– Spadamy czy nie? – powtórzył sierżant.

– Kurwa – usłyszał w odpowiedzi.

– Co? – nie zrozumiał Szczepaniak.

– Ryby, kurwa!

– Jakie ryby?

– Ryby w siatce. Pierdolone ryby w siatce.

– Co?

– Kręgle poszły się pierdolić.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.