Birmańskie dni - George Orwell - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 406 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 11 godz. 32 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Birmańskie dni - George Orwell

Piękna powieść opowiadająca o zmierzchłych czasach kolonializmu. Jej trwałą wartością pozostaje obraz dalekiego, egzotycznego kraju o starej kulturze i tradycji, obcego i niezrozumiałego dla garstki białych pracowników małej placówki w dżungli, zmuszonych do życia w zabójczym klimacie, w całkowitej izolacji, pozbawionych widoków na przyszłość. Główny bohater ulega wprawdzie urokowi Birmy, jest z nią emocjonalnie związany, utrzymuje kontakty z tubylcami, lecz nade wszystko pragnie miłości i zrozumienia, a pozostaje samotny. Odtrącenie przez ukochaną kobietę i środowisko prowadzi do tragicznego finału.

Opinie o ebooku Birmańskie dni - George Orwell

Fragment ebooka Birmańskie dni - George Orwell







GEORGE ORWELL

BIRMAŃSKIE
DNI


Tytuł oryginału: Burmese Days

Projekt okładki: Jacek Szewczyk

Redakcja: Marianna Sokołowska

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Janina Zgrzembska

Słowniczek: Artur Karp

© 1934 by George Orwell

© renewed 1962 by Sonia Pitt-Rivers. All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Zofia Zinserling

ISBN 978-83-7758-669-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I


w tej dalekiej, niedostępnej puszczy,

W posępnym cieniu dębów starożytnych.

W. Szekspir, Jak wam się podoba, akt II, sc. 7

przeł. L. Ulrich


I

U Po Kyin, podokręgowy sędzia z Kyauktada w Górnej Birmie, siedział na swojej werandzie. Był kwiecień i choć dopiero minęło wpół do dziewiątej, parność powietrza stanowiła groźną zapowiedź wielogodzinnej, ciężkiej południowej duchoty. Stosunkowo chłodny wiaterek zrywał się od czasu do czasu i poruszał niedawno podlanymi storczykami, zwisającymi z okapu. Za storczykami oczom ukazywał się zakurzony, wygięty pień palmy, a dalej rozżarzone niebo w kolorze ultramaryny. W samym zenicie, tak wysoko, że tego, kto na nie patrzył, oślepiało słońce, kilka sępów zataczało kręgi, nie poruszając skrzydłami.

Podobny do wielkiego porcelanowego bożka, U Po Kyin bez zmrużenia powiek wpatrywał się w jaskrawy blask. Ten pięćdziesięcioparoletni mężczyzna był tak tłusty, że od lat bez czyjejś pomocy nie wstał z krzesła, a mimo to kształtny, wręcz piękny w swej otyłości; bo Birmańczykom nic nie obwisa ani nie sterczy jak białym, tłuszcz odkłada im się symetrycznie, pęcznieją jak owoce. Twarz miał olbrzymią, żółtą i zupełnie pozbawioną zmarszczek, oczy brązowe; stopy – szerokie, o wysokim podbiciu, z palcami równej długości – bose, krótko ostrzyżoną głowę gołą. Ubrany był w kraciaste, zielono-karmazynowe arakańskie longyi, nieoficjalny strój Birmańczyka. Żuł betel stojący w pudełku z laki na stole i rozmyślał o swoim minionym życiu.

Jawiło się jako pasmo wspaniałych sukcesów. W pierwszym wspomnieniu, z lat osiemdziesiątych, U Po Kyin, nagi malec z wydatnym brzuszkiem, obserwował zwycięskie wojska brytyjskie wkraczające do Mandalaj. Pamiętał, jakim przerażeniem napawały go te kolumny ludzi rosłych, karmionych wołowiną, o czerwonych twarzach i w czerwonych kurtkach; długie karabiny na ich ramionach i ciężki, rytmiczny stuk butów. Po kilku minutach obserwacji wziął nogi za pas. Na swój dziecinny sposób pojmował, że jego rodacy nie mogą się zmierzyć z tą rasą olbrzymów. Od tej pory walka u boku Brytyjczyków, pasożytowanie na nich stało się motorem jego działania.

Jako siedemnastolatek ubiegał się o posadę rządową, ale jej nie dostał, bo był biedny i nie miał przyjaciół, więc przez trzy lata pracował w cuchnących labiryntach mandalajskich bazarów jako pisarz u handlarzy ryżem, czasami zaś kradł. W wieku lat dwudziestu poszczęściło mu się i dzięki szantażowi wszedł w posiadanie czterystu rupii, z którymi natychmiast udał się do Rangunu i kupił sobie rządową posadę biurową. Okazała się intratna mimo niskiej pensji. W owym czasie grupa powiązanych ze sobą urzędników czerpała stałe dochody z przywłaszczania zapasów rządowych i Po Kyin (wtedy był zwykłym Po Kyinem; zaszczytne U dodano znacznie później) oczywiście zasmakował w czymś takim. Był jednak za bardzo utalentowany, aby całe życie spędzać w biurze i kraść żałosne anny i jeszcze drobniejsze monety. Pewnego dnia odkrył, iż rząd, z braku kandydatów na niższe stanowiska, powoła na nie część urzędników. Miało to być podane do wiadomości publicznej za tydzień, lecz Po Kyin odznaczał się tym, że informacje zawsze zdobywał tydzień wcześniej niż inni. Dostrzegł szansę dla siebie i zadenuncjował wszystkich kolegów, zanim zdążyli zdać sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Większość z nich wsadzono do więzienia, a Po Kyin w nagrodę za uczciwość został zastępcą naczelnika niewielkiego obszaru. Od tamtego czasu stale awansował. Teraz, w wieku lat pięćdziesięciu sześciu, był sędzią podokręgowym, pewnie zaś czeka go dalszy awans na zastępcę komisarza, równego Anglikom, nawet zwierzchnika niektórych spośród nich.

Jako sędzia stosował proste metody. Choćby największa łapówka nie przesądzała o wyniku sprawy, gdyż wiedział, że sędzia, który wydaje niesprawiedliwe wyroki, prędzej czy później wpada. Miał znacznie bezpieczniejszy zwyczaj brania łapówek od obu stron, a potem orzekania w pełni zgodnego z literą prawa. Temu zawdzięczał pożyteczną reputację człowieka bezstronnego. Prócz dochodów od stron U Po Kyin pobierał stałą opłatę, jakby prywatne podatki, od wszystkich wsi w jego jurysdykcji. Jeśli któraś nie złożyła tej daniny, U Po Kyin stosował sankcje karne – bandy dakoitów[1] napadały na wieś, czołowych jej przedstawicieli aresztowano pod fałszywymi zarzutami i tak dalej – nigdy więc nie czekał długo na wpłacenie całej sumy. Miał też udział w zyskach z każdego większego rabunku dokonanego w okręgu. Naturalnie o sprawkach tych wiedzieli wszyscy prócz zwierzchników U Po Kyina (żaden urzędnik brytyjski nigdy nie uwierzy w zarzuty stawiane jego ludziom), lecz próby zdemaskowania go nieodmiennie spełzały na niczym; zbyt wielu miał popleczników, których lojalność zapewniał sobie, dopuszczając ich do udziału w łupach. U Po Kyin z pomocą przekupionych świadków wykazywał po prostu bezpodstawność wysuwanych pod jego adresem zarzutów, po czym sam stawiał zarzuty i jeszcze bardziej umacniał swą pozycję. Nic właściwie nie można mu było zrobić, bo za dobrze znał ludzi, aby się posłużyć niewłaściwym narzędziem, a ponadto, pochłonięty intrygami, nie zrobił żadnego fałszywego kroku, spowodowanego niedbalstwem czy niewiedzą. Niemal na pewno dałoby się powiedzieć, że nigdy nie wpadnie, że będzie kroczyć od sukcesu do sukcesu i wreszcie umrze syty zaszczytów, wart kilka lakh rupii.

I nawet za grobem nie skończą się jego sukcesy. Zgodnie z wierzeniem buddyjskim ci, co źle czynili za życia, w następnym wcieleniu przybiorą postać szczura, żaby lub innego marnego stworzenia. U Po Kyin jako dobry buddysta zamierzał ustrzec się przed tym niebezpieczeństwem. Swe ostatnie lata poświęci dobrym uczynkom, dzięki którym nagromadzi tyle zasług, że staną się przeciwwagą reszty jego życia. Prawdopodobnie te dobre uczynki będą polegać na budowaniu pagód. Cztery pagody, pięć, sześć, siedem – kapłani powiedzą mu ile – z rzeźbami w kamieniu, złoconymi parasolami i dzwoneczkami dźwięczącymi na wietrze, a każde dzyń to modlitwa. I powróci na ziemię jako mężczyzna – bo kobieta stoi mniej więcej na równi ze szczurem czy żabą – w najgorszym zaś razie jako dostojne zwierzę w rodzaju słonia.

Wszystkie te myśli przepływały przez głowę U Po Kyina prędko i na ogół w postaci obrazów. Pod względem umysłowym, choć przebiegły, był barbarzyńcą i wytężał mózg wyłącznie w określonym celu; czysta medytacja przekraczała jego możliwości. Teraz osiągnął punkt, do którego zmierzał. Położył małe, trójkątne dłonie na poręczach fotela, nieco się odwrócił i zawołał dość dychawicznie:

– Ba Taik! Hej, Ba Taik!

Ba Taik, służący U Po Kyina, wyszedł na werandę przez zasłonę z paciorków. Był dziobatym mężczyzną nikłej postury o bojaźliwym, wygłodniałym wyrazie twarzy. U Po Kyin nie płacił mu pensji jako skazanemu złodziejowi, którego jednym słowem mógł posłać do więzienia. Ba Taik zbliżył się i wykonał sziko tak nisko, że wyglądało to, jakby się cofał.

– Najświętszy boże? – powiedział.

– Czy ktoś czeka, żeby się ze mną zobaczyć, Ba Taik?

Ba Taik wyliczył gości na palcach:

– Jest naczelnik wioski Thitpingyi, wasza wysokość, który przyniósł prezenty, i dwóch wieśniaków, których wasza wysokość ma sądzić za napad, i oni też przynieśli prezenty. Ko Ba Sein, kierownik w biurze zastępcy komisarza, chce się z panem widzieć, jest też Ali Szach, posterunkowy, i dakoit, którego nazwiska nie znam. Chyba pokłócili się o jakieś skradzione złote bransolety. I jest jeszcze młoda wiejska dziewczyna z niemowlęciem.

– Czego chce? – zapytał U Po Kyin.

– Mówi, że to pana niemowlę, najświętszy.

– Ach, a ile przyniósł naczelnik?

Według Ba Taika zaledwie dziesięć rupii i kosz mango.

– Powiedz naczelnikowi – rzekł U Po Kyin – że powinno być dwadzieścia rupii i że napyta sobie i swojej wsi biedy, jeżeli jutro nie dostanę pieniędzy. Innych zaraz przyjmę. Poproś Ko Ba Seina, żeby tu do mnie przyszedł.

Ba Sein zjawił się po chwili. Był wyprostowany, wąski w ramionach, bardzo wysoki jak na Birmańczyka, o dziwnie gładkiej twarzy, przypominającej budyń kawowy. U Po Kyin uważał go za poręczne narzędzie. Pozbawiony wyobraźni i pracowity, znakomicie wywiązywał się ze swych obowiązków, więc pan Macgregor, zastępca komisarza, zdradzał mu większość tajemnic służbowych. U Po Kyin, wprawiony własnymi myślami w dobry humor, śmiechem powitał Ba Seina i skinieniem ręki wskazał pudełko betelu.

– No, Ko Ba Sein, jak tam nasza sprawa? Mam nadzieję, że jak powiedziałby drogi pan Macgregor – U Po Kyin przerzucił się na angielski – „zdecydowanie posuwa się naprzód”?

Ba Sein nie zareagował na ten żarcik uśmiechem. Długi i sztywny, usiadł na wolnym krześle, po czym odparł:

– Znakomicie, proszę pana. Nasz egzemplarz przyszedł dziś rano. Zechce pan popatrzeć.

Wyciągnął numer dwujęzycznej gazety, zatytułowanej „Patriota Birmański”. Był to żałosny ośmiostronicowy szmatławiec, ohydnie drukowany na papierze kiepskim jak bibuła, zawierający trochę wiadomości skradzionych z „Gazety Ranguńskicj” i trochę słabych frazesów nacjonalistycznych. Na ostatniej stronie druk się przesunął i cała kartka pozostała smoliście czarna, jakby na znak żałoby, że pismo rozchodzi się w tak małym nakładzie. Artykuł, który zainteresował U Po Kyina, miał nieco inny charakter niż reszta. Brzmiał tak:

„W tych szczęśliwych czasach, kiedy my, biedni czarni, wznosimy się na wyższy poziom dzięki potężnej zachodniej cywilizacji z jej różnorodnymi dobrodziejstwami, takimi jak kinematograf, karabiny maszynowe, syfilis itp., jakiż temat mógłby być bardziej inspirujący od prywatnego życia naszych europejskich dobroczyńców? Dlatego wydaje nam się, że naszych czytelników mogłoby zainteresować, co się dzieje w głębi kraju, w okręgu Kyauktada. A zwłaszcza co robi pan Macgregor, czcigodny zastępca komisarza rzeczonego okręgu.

Pan Macgregor jest typem Wspaniałego Angielskiego Dżentelmena Starej Daty, takiego, jakich w tych szczęśliwych czasach tylu mamy przed oczami. To «człowiek rodzinny», jak powiadają nasi drodzy angielscy kuzyni. Pan Macgregor jest bardzo rodzinny. Do tego stopnia, że już ma trójkę dzieci w okręgu Kyauktada, gdzie przebywa od roku, a w swoim ostatnim okręgu, Shwemyo, pozostawił sześć młodych latorośli. Może to przeoczenie ze strony pana Macgregora, że nie zapewnił tym małym dzieciom środków do życia i że niektórym z ich matek grozi śmierć głodowa…” – itd., itd., itd.

Podobne bzdury zajmowały całą szpaltę i choć takie kiepskie, zdecydowanie przewyższały poziomem resztę materiałów.

U Po Kyin uważnie przeczytał artykuł, trzymając go w wyciągniętej ręce – był dalekowidzem – i w zadumie rozciągając wargi, tak że ukazywał wielką liczbę drobnych, równych zębów, krwistoczerwonych od soku betelowego.

– Wydawca dostanie za to sześć miesięcy więzienia – rzekł wreszcie.

– Jemu to nie przeszkadza. Mówi, że wierzyciele dają mu spokój tylko wtedy, kiedy siedzi.

– A ty twierdzisz, że twój młody praktykant Hla Pe napisał ten artykuł całkiem sam? To bardzo rozgarnięty chłopak, szalenie obiecujący! Nie mów mi już nigdy, że te państwowe szkoły średnie to strata czasu. Hla Pe z pewnością dostanie urzędniczą posadę.

– Więc pan sądzi, że ten artykuł wystarczy?

U Po Kyin nie odpowiedział od razu. Zaczął sapać z wysiłku; próbował dźwignąć się z fotela. Ba Taik znał ten odgłos. Wynurzył się zza zasłony z paciorków, po czym on i Ba Sein z obu stron ujęli U Po Kyina pod pachy i postawili na nogi. U Po Kyin przez moment łapał równowagę, co utrudniał mu ciężar brzucha, a robił to ruchem tragarza ryb poprawiającego swój ładunek. Następnie skinieniem odprawił Ba Taika.

– Nie wystarczy – odpowiedział na pytanie Ba Seina. – Żadną miarą nie wystarczy. Jest jeszcze mnóstwo do zrobienia. Ale to właściwy początek. Posłuchaj.

Podszedł do balustrady, żeby wypluć szkarłatny betel, po czym zaczął wszerz i wzdłuż przemierzać werandę krótkimi krokami, z rękami splecionymi na plecach. Wskutek tarcia o siebie opasłych ud, chodził trochę jak kaczka. Spacerował i mówił, posługując się pospolitym żargonem urzędników państwowych – zlepkiem birmańskich czasowników i angielskich pojęć oderwanych.

– A teraz rozważmy tę kwestię od początku. Przypuścimy zmasowany atak na doktora Veraswamiego, który jest lekarzem cywilnym i naczelnikiem więzienia. Pozniesławiamy go, zepsujemy mu reputację i wreszcie zniszczymy go na zawsze. Będzie to operacja dość delikatna.

– Tak, proszę pana.

– Nie grozi wam ryzyko, lecz musimy działać powoli. Nie występujemy przeciw nędznemu urzędniczynie czy posterunkowemu policji. Występujemy przeciw człowiekowi wysoko postawionemu, a taki, nawet jeśli jest Hindusem, to nie to samo co urzędnik. Jak niszczy się urzędnika? Łatwo; oskarżenie, dwa tuziny świadków, zwolnienie z pracy i uwięzienie. Ale tutaj nic z tego. Delikatnie, delikatnie, delikatnie – to mój sposób. Żadnego skandalu, a przede wszystkim żadnego oficjalnego dochodzenia. Nie powinno być oskarżeń, które można odeprzeć, a jednak w ciągu trzech miesięcy muszę wbić każdemu Europejczykowi w Kyauktada do głowy, że doktor to łajdak. O co go oskarżę? Nie o łapówki, lekarz na ogół nie bierze łapówek. Więc o co?

– Może udałoby się nam wywołać bunt w więzieniu – podsunął Ba Sein. – Doktor, jako naczelnik, ponosiłby winę.

– Nie, to zbyt niebezpieczne. Nie chcę, żeby strażnicy strzelali na wszystkie strony. Zresztą byłoby to kosztowne. Więc oczywiście zarzut musi dotyczyć nielojalności – nacjonalizmu, wywrotowej propagandy. Musimy przekonać Europejczyków, że doktor wyznaje nieprawomyślne, antybrytyjskie poglądy. To znacznie gorsze niż przekupność; po tubylczym urzędniku spodziewają się brania łapówek. Ale niech choć na chwilę zaczną powątpiewać o jego lojalności, będzie po nim.

– Trudno byłoby ją udowodnić – sprzeciwił się Ba Sein. – Doktor jest bardzo lojalny w stosunku do Europejczyków. Złości się, kiedy ktoś ich krytykuje. Powinni o tym wiedzieć, nie uważa pan?

– Bzdura, bzdura – odparł U Po Kyin spokojnie. – Żadnemu Europejczykowi bynajmniej nie zależy na dowodach. Kiedy człowiek ma czarną twarz, podejrzenie jest dowodem. Parę anonimów dokona cudu. To jedynie kwestia wytrwałości; oskarżaj, oskarżaj, wciąż oskarżaj – tak się postępuje z Europejczykami. Jeden list po drugim, do każdego po kolei. A potem, kiedy nabiorą poważnych podejrzeń… – U Po Kyin wyciągnął krótkie ramię zza pleców i pstryknął palcami. – Zaczynamy od tego artykułu w „Patriocie Birmańskim” – dodał. – Europejczycy zawyją z wściekłości, kiedy go zobaczą. Cóż, następny krok to przekonać ich o autorstwie doktora.

– Co przyjdzie z trudem, bo ma przyjaciół wśród Europejczyków. Wszyscy lecą do niego, kiedy zachorują. Tego roku w zimnej porze wyleczył pana Macgregora z bębnicy. Chyba uważają go za bardzo dobrego lekarza.

– Jak mało znasz Europejczyków, Ko Ba Sein! Jeśli chodzą do Veraswamiego, to tylko z braku w Kyauktada innego lekarza. Żaden Europejczyk nie wierzy człowiekowi o czarnej twarzy. Nie, to tylko kwestia wysłania dostatecznej liczby anonimów. Niebawem dopilnuję, żeby nie został mu ani jeden przyjaciel.

– Jest pan Flory, handlarz drewnem – zauważył Ba Sein. (Wymówił to „pan Porley”). – Bliski przyjaciel doktora. Kiedy przebywa w Kyauktada, widzę, jak każdego rana idzie do domu doktora. I dwa razy zaprosił go nawet na obiad.

– Ach, co do tego masz rację. Mogłoby nam zaszkodzić, gdyby Flory był przyjacielem doktora. Nie sposób skrzywdzić Hindusa, jeśli przyjaźni się z nim Europejczyk. Podnosi to jego – jakież słowo oni tak lubią? – prestiż. Ale Flory dość szybko opuści przyjaciela, gdy się zaczną kłopoty. Ci ludzie nie poczuwają się do lojalności względem tubylca. Zresztą wiem przypadkowo, że Flory to tchórz. Mogę się nim zająć. Ty ze swej strony, Ko Ba Sein, będziesz obserwować posunięcia pana Macgregora. Pisał ostatnio do komisarza? Chodzi mi o pismo poufne.

– Napisał dwa dni temu, ale po otworzeniu listu nad parą okazało się, że nic ważnego.

– Ach, cóż, dostarczymy mu tematu. A jak tylko zacznie podejrzewać doktora, będzie czas na tę drugą sprawę, o której ci mówiłem. W ten sposób my – jak to powiada pan Macgregor? ach, tak – „zabijemy dwa ptaki jednym kamieniem”. Całe stado ptaków – ha, ha!

Śmiech U Po Kyina był obrzydliwym bulgotem, wydobywającym się z głębi brzucha, jakby przygotowaniem do kaszlu; a jednak brzmiał wesoło, wręcz dziecięco. U Po Kyin nie powiedział już nic o „tej drugiej sprawie”, zbyt sekretnej, aby ją omawiać nawet na werandzie. Ba Sein widząc, że rozmowa dobiega końca, wstał i skłonił się, kanciasty jak składana calówka.

– Czy wasza wysokość życzy sobie czegoś jeszcze? – zapytał.

– Postaraj się, żeby pan Macgregor na pewno dostał egzemplarz „Patrioty Birmańskiego”. Powinieneś powiedzieć Hla Pe, żeby dostał biegunki i nie chodził do biura. Będzie mi potrzebny do pisania anonimów. To na razie tyle.

– Więc mogę odejść, proszę pana?

– Bóg z tobą – odparł U Po Kyin dość roztargniony i natychmiast znów wezwał Ba Taika. Nigdy nie tracił ani chwili. Nie zajęło mu dużo czasu przyjęcie innych gości i odprawienie z kwitkiem wiejskiej dziewczyny, której się przyjrzał i jakoby nie poznał. Teraz nadeszła pora śniadania. Straszny głód, każdego ranka dający się we znaki punktualnie o tej godzinie, zaczął mu skręcać kiszki, więc krzyknął niecierpliwie:

– Ba Taik! Hej, Ba Taik! Kin Kin! Moje śniadanie! Pośpieszcie się, umieram z głodu.

W salonie za zasłoną już ustawiono na stole wielką miskę ryżu i kilkanaście talerzy z curry, suszonymi krewetkami i plastrami zielonych mango. U Po Kyin kołyszącym się krokiem podszedł do stołu, usiadł z chrząknięciem i natychmiast rzucił się na jedzenie. Jego żona, Ma Kin, stała z tyłu i usługiwała mężowi. Była chudą czterdziestopięcioletnią kobietą o dobrotliwej, jasnobrązowej, małpiej twarzy. Podczas posiłku U Po Kyin nie zwracał na nią uwagi. Z miską pod nosem wpychał potrawy do ust zwinnymi zatłuszczonymi palcami i szybko oddychał. Zawsze jadł pośpiesznie, żarłocznie i bardzo dużo; były to nie tyle posiłki, ile orgie, wyuzdane opychanie się curry z ryżem. Skończywszy, odchylił się na oparcie, czknął kilka razy i polecił Ma Kin, aby mu podała zielone birmańskie cygaro. Nigdy nie palił tytoniu angielskiego, jego zdaniem pozbawionego smaku.

Wkrótce przy pomocy Ba Taika U Po Kyin włożył strój urzędowy i przez chwilę stał, podziwiając się w wysokim lustrze.

Salon był pokojem o drewnianych ścianach, z dwoma filarami, w których dało się jeszcze rozpoznać pnie drzew tekowych, podtrzymującymi płatew górną, mrocznym i brudnym, jak zawsze u Birmańczyków, choć U Po Kyin urządził go „na modłę Ingaleik”, wyposażył w fornirowany kredens i krzesła, litografie rodziny królewskiej i gaśnicę. Podłogę pokrywały bambusowe maty, bardzo pochlapane wapnem i sokiem betelowym.

Ma Kin siedziała w kątku na macie i szyła ingyi. U Po Kyin powoli okręcił się przed lustrem, usiłując zobaczyć się z tyłu. Miał na sobie gaungbaung z bladoróżowego jedwabiu, ingyi z nakrochmalonego muślinu i paso z mandalajskiego jedwabiu, wspaniałe, łososiowe, ozdobione żółtym brokatem. Z wysiłkiem obrócił głowę i zadowolony popatrzył na paso, połyskliwe i opięte na jego olbrzymich pośladkach. Szczycił się swą otyłością, bo nagromadzony tłuszcz uważał za symbol wielkości. On, swego czasu nieznany i głodny, jest teraz gruby, bogaty i groźny. Utuczył się ciałami swych wrogów; ta myśl miała w sobie dużo poetyczności.

– Dwadzieścia dwie rupie za moje nowe paso to niedrogo, co, Kin Kin? – zapytał.

Ma Kin pochyliła głowę nad szyciem. Była prostą kobietą starej daty, przyswoiła sobie jeszcze mniej europejskich zwyczajów niż U Po Kyin. Siedzenie na krześle uważała za niewygodne. Co rano szła na bazar z koszem na głowie niczym wieśniaczka, wieczorami zaś widywano ją w ogrodzie, jak na klęczkach modli się, zwrócona w stronę pagody, której biała, strzelista iglica górowała nad miastem. Przez ponad dwadzieścia lat U Po Kyin wtajemniczał ją w swoje intrygi.

– Ko Po Kyin – powiedziała – wyrządziłeś w życiu bardzo wiele zła.

U Po Kyin machnął ręką.

– Jakie to ma znaczenie? Pagodami odpokutuję za wszystko. Mam mnóstwo czasu.

Ma Kin znów pochyliła się nad robotą, uparcie, tak jak zawsze, kiedy nie pochwalała czegoś, co robił U Po Kyin.

– Ale, Ko Po Kyin, po co to całe knucie i matactwa? Słyszałam twoją rozmowę z Ko Ba Seinem na werandzie. Zamierzasz wyrządzić krzywdę doktorowi Veraswamiemu. Czemu chcesz skrzywdzić tego lekarza? To dobry człowiek.

– Co ty wiesz o sprawach urzędowych, kobieto? Doktor stoi mi na zawadzie. Po pierwsze nie chce brać łapówek, przez co utrudnia życie pozostałym. A poza tym – no, jest jeszcze coś, czego nigdy nie potrafiłabyś zrozumieć.

– Ko Po Kyin, stałeś się bogaty i potężny, a co ci z tego przyszło? Byliśmy szczęśliwsi jako ludzie biedni. Ach, tak dobrze pamiętam czasy, kiedy byłeś tylko naczelnikiem małego obszaru i mieliśmy nasz pierwszy własny dom. Jaką dumą napełniały nas nowe rotangowe meble i twoje wieczne pióro ze złotym uchwytem! A kiedy młody angielski policjant przyszedł do nas, usiadł w najlepszym fotelu i wypił butelkę piwa, za jaki uważaliśmy to zaszczyt! Pieniądze szczęścia nie dają. Na co ci teraz więcej pieniędzy?

– Bzdura, kobieto, bzdura! Pilnuj swojego gotowania i szycia, a sprawy urzędowe pozostaw tym, którzy się na nich znają.

– No dobrze, nie znam się na tym. Jestem twoją żoną i zawsze cię słuchałam. Ale przynajmniej nigdy nie jest za wcześnie się zasłużyć. Postaraj się bardziej zasłużyć, Ko Po Kyin! Może na przykład kupisz trochę żywych ryb i wypuścisz je do rzeki? W ten sposób można się ogromnie zasłużyć. Także dziś rano, kiedy kapłani przyszli po swój ryż, powiedzieli mi, że w klasztorze są dwaj nowi i głodują. Nie dasz im czegoś, Ko Po Kyin? Sama nic im nie dałam, żebyś ty mógł się zasłużyć.

U Po Kyin odwrócił się od lustra. Ta przemowa trochę go wzruszyła. Nigdy, jeśli mógł to zrobić bez zbytniej niewygody, nie przegapił okazji do zasłużenia się. W jego oczach stos własnych zasług stanowił jakby ustawicznie rosnącą lokatę bankową. Każda ryba wypuszczona do rzeki, każda rzecz podarowana kapłanowi o krok przybliżała do nirwany. Była to myśl uspokajająca. Polecił posłać do klasztoru kosz mango od naczelnika wsi. Niebawem wyszedł z domu i ruszył drogą, za nim zaś Ba Taik z plikiem papierów. U Po Kyin kroczył wolno, bardzo wyprostowany, aby zrównoważyć ciężar brzuszyska, a nad głową trzymał żółty jedwabny parasol. Jego różowe paso połyskiwało w słońcu jak atłasowa pralinka. Podążał do sądu, aby rozpatrzyć sprawy, które miał na wokandzie.


II

Mniej więcej w tym czasie, kiedy U Po Kyin rozpoczynał swe poranne zajęcia, „pan Porley”, handlarz drewnem i przyjaciel doktora Veraswamiego, wychodził z domu do klubu.

Flory był mężczyzną mniej więcej trzydziestopięcioletnim, średniego wzrostu i niezłej prezencji. Miał bardzo czarne, sztywne włosy, rosnące nisko nad czołem, i przystrzyżone czarne wąsy oraz z natury ziemistą cerę z plamami od słońca. Nie utył ani nie wyłysiał, więc nie wyglądał nad wiek staro, lecz mimo opalenizny bardzo mizernie, z zapadniętymi policzkami i zmarszczkami wokół głęboko osadzonych oczu. Tego ranka najwyraźniej się nie ogolił. Na jego strój składała się zwyczajowa biała koszula, drelichowe szorty w kolorze khaki i skarpety, ale zamiast hełmu tropikalnego nosił sfatygowany kapelusz z szerokim rondem i podwójnym denkiem, nasunięty na jedno oko. Trzymał bambusową laskę z paskiem do zawieszania na przegubie ręki, a za nim spokojnie dreptała czarna cocker-spanielka imieniem Flo.

Wszystko to jednak były rzeczy drugorzędne. Każdy dostrzegał najpierw paskudne znamię na policzku Flory’ego, tworzące chropowaty półksiężyc, który sięgał od oka do kącika ust. Z lewej strony twarz miała zmaltretowany, bolesny wyraz, jakby ciemnoniebieskie znamię było siniakiem. Flory w pełni zdawał sobie sprawę, że jest obrzydliwe. I w towarzystwie zawsze poruszał się bokiem, ustawicznie manewrował, aby je ukryć.

Dom Flory’ego stał przy placu, na skraju dżungli. Od bramy plac ostro opadał w dół, spieczony słońcem, w kolorze khaki, z kilkoma oślepiająco białymi bungalowami rozrzuconymi dokoła. Wszystko się trzęsło, drżało w rozpalonym powietrzu. W połowie drogi ze wzgórza znajdował się angielski cmentarz za białym murem, przy nim kościółek o blaszanym dachu, dalej zaś klub europejski, a każdy, kto patrzył na klub – przysadzisty, parterowy drewniany budynek – patrzył na rzeczywiste centrum miasta. W każdym mieście indyjskim klub europejski jest duchową cytadelą, prawdziwą siedzibą władzy brytyjskiej, nirwaną, do której miejscowi urzędnicy i milionerzy wzdychają na próżno. Tu zaś szczególnie, bo klub w Kyauktada chlubił się tym, że jako jeden z bardzo nielicznych w Birmie nigdy nie przyjął Azjaty na członka. Za klubem szeroko rozlana ochrowa Irawadi skrzyła się brylantami w miejscach oświetlonych słońcem, a za rzeką rozciągały się połacie pól ryżowych, zakończone na horyzoncie pasmem czarniawych wzgórz.

Miasto tubylcze, sądy i więzienie leżały na prawo, na ogół ukryte w zielonych gajach pipalowych. Iglica pagody wystawała spośród drzew jak smukła dzida ze złotym grotem. Kyauktada, dość typowe miasto w Górnej Birmie, nie bardzo zmienione od czasów Marco Polo do drugiej wojny birmańskiej, mogłoby przespać w średniowieczu kolejne sto lat, gdyby nie okazało się dogodnym miejscem do budowy końcowej stacji kolei. W 1910 roku rząd ustanowił je stolicą okręgu i siedzibą postępu – jeśli pod tą nazwą rozumie się sądy z ich armią tłustych, lecz drapieżnych obrońców, szpital, szkołę i jedno z tych olbrzymich, solidnych więzień, które Anglicy budowali wszędzie, od Gibraltaru po Hongkong. Liczba mieszkańców miasta wynosiła około czterech tysięcy, w tym paruset Hindusów, kilkudziesięciu Chińczyków i siedmiu Europejczyków. Było tam też dwóch Eurazjatów: pan Francis, syn amerykańskiego misjonarza baptysty, i pan Samuel, syn misjonarza katolickiego. Jedyną ciekawostkę miasta stanowił hinduski fakir, który od dwudziestu lat mieszkał na drzewie koło bazaru i co rano wciągał sobie w koszu jedzenie na górę.

Flory z ziewnięciem wyszedł za bramę. Popił sobie poprzedniego wieczoru i drażnił go blask. „Przeklęty, przeklęty grajdoł!” – myślał, spoglądając ze wzgórza. A że w pobliżu nie było nikogo prócz psa, zaczął głośno wyśpiewywać „Przeklęty, przeklęty, przeklęty” na melodię „Święty, święty, święty”, kiedy schodził rozprażoną czerwoną drogą i laską ciął zeschłe trawy. Zbliżała się dziewiąta, z każdą minutą słońce piekło bezlitośniej. Upał walił po głowie z równym, rytmicznym łomotem, jakby ktoś w nią uderzał olbrzymim wałkiem. Flory przystanął przed bramą klubu niezdecydowany, czy wstąpić, czy pójść dalej drogą do doktora Veraswamiego. Potem przypomniał sobie, że to „dzień poczty angielskiej” i powinny być gazety. Ruszył do środka wzdłuż wysokiej siatki wokół kortu, porośniętej pnączem o gwiaździstych fiołkoworóżowych kwiatach.

Na rabatach przy alejce kępy angielskich kwiatów – floksów, ostróżek, malw i petunii – jeszcze niespalonych słońcem, rosły w wielkiej obfitości, wybujałe do olbrzymich rozmiarów.

Petunie były ogromne, prawie jak drzewa. W miejsce trawnika pleniły się tutejsze drzewa i krzewy – złote mohury niczym rozłożyste parasole krwistoczerwonego kwiecia, frangipani o kremowych kwiatach bez szypułek, fioletowe bugenwille, szkarłatne ketmie i różowe róże chińskie, krocienie w kolorze żółci, tamaryndowce o pierzastych liściach. Gryzące się kolory raziły wzrok w ostrym blasku. Prawie nagi mali, z konewką w ręce, poruszał się w dżungli kwiatów niczym wielki ptak spijający nektar.

Na schodach klubu Anglik o rudawoblond włosach, z kłującym wąsikiem, jasnoszarymi, za szeroko rozstawionymi oczami i nienormalnie chudymi łydkami stał z rękami w kieszeniach szortów. Był to pan Westfield, okręgowy nadinspektor policji. Ze śmiertelnie znudzoną miną kołysał się do przodu i tyłu na piętach i wydymał górną wargę tak, że wąsy łaskotały go w nos. Powitał Flory’ego lekkim skłonem głowy na bok. Mówił po wojskowemu, łykając końcówki i zjadając słowa, które się dało opuścić. Prawie każda jego wypowiedź miała rozśmieszać, lecz ton głosu brzmiał fałszywie i melancholijnie.

– Czołem, Flory, mój chłopcze. Poranek naprawdę okropny, co?

– Chyba tego należy się spodziewać w tej porze roku – odparł Flory. Lekko się obrócił, aby ukryć przed Westfieldem znamię na policzku.

– Tak, niech to diabli. Mamy przed sobą parę takich miesięcy. W zeszłym roku do czerwca nie spadła ani kropelka deszczu. Spójrz na to cholerne niebo bez chmurki. Przypomina przeklęty niebieski emaliowany rondel. Boże! Co by człowiek dał, żeby się teraz znaleźć na Piccadilly, hę?

– Przyszły angielskie gazety?

– Tak. Poczciwy „Punch”, „Pink’un” i „La Vie Parisienne”. Czytanie budzi tęsknotę za krajem, co? Wejdźmy do środka i napijmy się, zanim cały lód stopnieje. Staruszek Lackersteen dosłownie się w nim kąpał. Już jest pod muchą.

Weszli, a Westfield rzucił swym ponurym głosem: – Prowadź, Makdufie. – Klub miał ściany z drewna tekowego i pachniał olejem arachidowym, a składał się z czterech zaledwie pomieszczeń: z żałosnej biblioteki ze zbiorem pięciuset zapleśniałych powieści, z pokoju bilardowego wyposażonego w stary i kiepski stół do gry, rzadko jednak używany, bo przez większą część roku hordy chrząszczy krążyły wokół lamp i spadały na sukno. Był tam też pokój karciany i salonik z widokiem na rzekę, a przy nim szeroka weranda; ale o tej porze wszystkie werandy zasłaniano paskami zielonych bambusów nanizanych na sznurki. Salonik, nieprzytulne pomieszczenie z kokosowymi matami na podłodze i rotangowymi fotelami i stolikami, zaśmiecały lśniące pisma ilustrowane. Zdobiło go kilka litografii wyobrażających tłuste pieski i zakurzone czaszki jeleni. Leniwie trzepocząca pankha wytrząsała kurz w ciepławe powietrze.

W pokoju znajdowało się trzech mężczyzn. Pod pankha rumiany, przystojny, tęgawy czterdziestolatek leżał rozwalony na stole, z głową ukrytą w dłoniach, i stękał boleściwie. Był to pan Lackersteen, miejscowy kierownik firmy handlującej drewnem. Spił się poprzedniego wieczoru i odczuwał związane z tym dolegliwości. Ellis, tutejszy kierownik innej firmy, stał przed tablicą ogłoszeń i z wyrazem bolesnego skupienia wczytywał się w jakieś zawiadomienie. Ten drobny facecik o włosach twardych jak druty miał bladą twarz z ostrymi rysami i niespokojne ruchy. Maxwell, pełniący obowiązki okręgowego zarządcy lasów, wyciągnięty na jednej z leżanek czytał „Field”, za którym skrył się cały prócz pary masywnych nóg i grubych, porośniętych włoskami przedramion.

– Spójrzcie na tego starego nicponia – powiedział Westfield, biorąc pana Lackersteena na pół czule za ramiona i potrząsając nim. – Przykład dla młodych, co? Byłby gotów, gdyby nie łaska boska i w ogóle. Kiedy człowiek na niego patrzy, widzi, jaki sam będzie po czterdziestce.

Pan Lackersteen wystękał słowo podobne do „brandy”.

– Biedaczysko – rzekł Westfield – prawdziwy męczennik cierpiący za sprawę picia, co? Zobaczcie, jak alkohol sączy mu się porami. Przypomina mi starego pułkownika, który miał zwyczaj sypiać bez moskitiery. Jego służący, zapytany o powód, odpowiedział: „W nocy pan zanadto pijany, żeby zauważać komary; rano komary zanadto pijane, żeby zauważać pana”. Spójrzcie na niego: gazował wczoraj wieczór i prosi o jeszcze. W dodatku ma z nim zamieszkać brataniczka. Spodziewasz się jej dzisiaj, co, Lackersteen?

– Och, daj pijusowi spokój – rzekł, nie odwracając się, Ellis. Jego głos miał złośliwą tonację londyńczyka z przedmieścia.

Pan Lackersteen jęknął znowu:

– …bratanica! Dajcie mi brandy, na litość boską.

– Dobry przykład dla bratanicy, co? Siedem razy na tydzień widzieć stryja pod stołem. Hej, służący! Przynieś brandy dla pana Lackersteena!

Szef służby, ciemny i tęgi Drawida o przejrzystych, żółtych, psich oczach, przyniósł brandy na mosiężnej tacy. Flory i Westfield zamówili dżin. Pan Lackersteen łyknął parę łyżek brandy i usiadł prosto, jęcząc z większą rezygnacją. Miał czerstwą, otwartą twarz z wąsikiem jak szczoteczka do zębów. Ambicję tego naprawdę prostodusznego człowieka stanowiło wyłącznie to, co nazywał „dobrą zabawą”. Żona poskramiała go w jedyny możliwy sposób, mianowicie nigdy nie spuszczała z oka na dłużej niż godzinę czy dwie. Tylko raz, w rok po ślubie, zostawiła go na dwa tygodnie, a gdy wróciła nieoczekiwanie o dzień wcześniej, zastała pana Lackersteena pijanego, podpieranego z obu boków przez nagie młode Birmanki, podczas gdy trzecia lała mu do ust whisky prosto z butelki. Od tej pory pani Lackersteen obserwowała męża jak „kot cholerną mysią dziurę”, mówiąc jego słowami. Potrafił jednak czasem „dobrze się zabawić”, choć zazwyczaj dość pośpiesznie.

– O rany, jaką ja mam dziś głowę – powiedział. – Jeszcze raz zawołaj służącego, Westfield. Muszę wypić następną brandy, zanim zjawi się tu moja pani. Mówi, że po przyjeździe bratanicy ograniczy mi dawkę do czterech łyków dziennie. Do diabła z jedną i drugą! – dorzucił posępnie.

– Przestańcie udawać głupich, wy wszyscy, i posłuchajcie tego – kwaśno odezwał się Ellis. Miał dziwny, przykry sposób mówienia i prawie nigdy nie otworzył ust, żeby kogoś nie obrazić. Z rozmysłem podkreślał swój londyński akcent, gdyż on nadawał jego słowom sardoniczne brzmienie. – Widzieliście ogłoszenie starego Macgregora? Mały bukiecik dla każdego. Maxwell, zbudź się i słuchaj!

Maxwell opuścił „Field”. Był mężczyzną o świeżej karnacji i blond włosach, najwyżej dwudziestopięcio- lub dwudziestosześcioletnim, bardzo młodym jak na zajmowane stanowisko. Ze swymi grubymi kończynami i gęstymi białymi rzęsami przypominał młodego konia pociągowego. Ellis zerwał zawiadomienie z tablicy zręcznym, pogardliwym ruchem i zaczął czytać na głos. Wywiesił je pan Macgregor, który pełnił funkcję zastępcy komisarza, a zarazem sekretarza klubu.

– Tylko posłuchajcie. „Zasugerowano, że ponieważ dotąd klub nie ma członków azjatyckich, obecnie zaś do większości klubów europejskich przyjmuje się urzędników, których nominacje są podawane w prasie, niezależnie od tego, czy to tubylcy, czy Europejczycy, powinniśmy się zastanowić nad wprowadzeniem tego zwyczaju w Kyauktada. Kwestię tę przedyskutujemy na następnym walnym zebraniu. Z jednej strony można wskazać…” Och, nie ma potrzeby przedzierać się przez resztę. Nie potrafi napisać nawet ogłoszenia i nie ulec atakowi literackiego wodolejstwa. Tak czy owak chodzi o to. Prosi, żebyśmy wbrew wszystkim naszym zasadom przyjęli do tego klubu drogiego czarnuszka. Na przykład kochanego doktora Veraswamiego. Ja go nazywam doktorem Służalcem. To by dopiero była przyjemność, co? Brzuchate czarnuszki chuchające w twarz czosnkiem przy stoliku brydżowym. Chryste, pomyśleć tylko! Musimy trzymać sztamę i natychmiast wyrazić sprzeciw. Co ty na to, Westfield? Flory?

Westfield filozoficznie wzruszył chudymi ramionami. Usiadł przy stole i zapalił czarne, śmierdzące, krótkie birmańskie cygaro.

– Jak sądzę, trzeba się z tym pogodzić – odparł. – Dranie tubylcy wkręcają się dziś do wszystkich klubów. Podobno nawet do Pegu. W tym kierunku zmierza kraj, wiecie. Jesteśmy bodaj ostatnim w Birmie klubem, który się im opiera.

– Owszem, a co więcej, będziemy nadal się opierać. Umrę w rowie, zanim zobaczę tu czarnucha. – Ellis wyciągnął ogryzek ołówka. Z dziwnym wyrazem pogardy, z jakim niektórzy ludzie potrafią wykonać najbłahszą czynność, na powrót przypiął ogłoszenie do tablicy i obok podpisu pana Macgregora drobnymi, schludnymi literami wykaligrafował „do dupy”. – Proszę, oto moje zdanie o tym pomyśle. Powiem mu tak, kiedy przyjdzie. Co ty na to, Flory?

Flory jak dotąd się nie odzywał. Choć bynajmniej nie małomówny z natury, w klubie rzadko znajdował coś do powiedzenia. Usiadł przy stole i czytał artykuł G.K. Chestertona w „London News”, jednocześnie zaś lewą ręką głaskał łebek Flo. Ellis należał jednak do ludzi ustawicznie domagających się od innych potwierdzania własnych opinii. Powtórzył pytanie, a Flory podniósł oczy i napotkał jego wzrok. Ellisowi nagle tak pobladła skóra wokół nosa, że stała się niemal popielata. Było to u niego oznaką gniewu. Bez żadnego wstępu zaczął miotać obelgi, co byłoby zaskakujące, gdyby pozostali nie przywykli do słuchania takich rzeczy każdego ranka.

– Mój Boże, powinienem się spodziewać, że w podobnym przypadku, gdy chodzi o niedopuszczenie tych czarnych, śmierdzących świń do jedynego miejsca, gdzie możemy przyjemnie spędzać czas, poprzesz mnie z poczucia przyzwoitości. Choćby nawet ten brzuchaty, oślizły, drański czarny doktorzyna był twoim najlepszym kumplem. Dla mnie możesz się kolegować z mętami z bazaru. Jeśli lubisz chodzić do Veraswamiego i pić whisky ze wszystkimi jego czarnymi koleżkami, to twoja sprawa. Poza obrębem klubu rób, co ci się podoba. Ale, na Boga, mówić o wprowadzaniu tu czarnuchów to całkiem coś innego. Chciałbyś widzieć małego Veraswamiego jako członka klubu, hę? Wtrącającego się do naszych rozmów, każdego obmacującego spoconymi łapskami i chuchającego nam w twarze nieświeżym czosnkowym oddechem. Na Boga, wykopałbym go, gdybym kiedyś zobaczył jego czarny ryj w tym wnętrzu. Tłusty, brzuchaty mały!… – itd.

Trwało to kilka minut. Robiło dziwne wrażenie swą absolutną szczerością. Ellis naprawdę nienawidził Azjatów – czuł do nich głęboką, niespokojną odrazę jak do czegoś złego albo nieczystego. Choć jak przystało na człowieka zatrudnionego w firmie drzewnej, w życiu i pracy ustawicznie stykał się z Birmańczykami, nigdy nie przywykł do widoku czarnej twarzy. Każdy przejaw przyjaźni okazywanej tubylcowi uważał za straszną przewrotność. Był mężczyzną inteligentnym i zdolnym pracownikiem swojej firmy, lecz należał do – licznego, niestety – grona Anglików, których noga nigdy nie powinna postać na Wschodzie.

Flory siedział z łebkiem Flo na kolanach, niezdolny spojrzeć Ellisowi w oczy. W najlepszym razie jego znamię utrudniało patrzenie ludziom w twarz. A kiedy już gotów był się odezwać, poczuł drżenie głosu – drżącego zawsze, kiedy powinien być mocny; po twarzy Flory’ego przebiegały również czasami niekontrolowane drgawki.

– Spokój – rzekł wreszcie ponuro i dość niezdecydowanie. – Spokój. Nie ma się co podniecać. Ja nigdy nie proponowałem przyjmowania tubylczych członków.

– Och, naprawdę? Ale wszyscy aż za dobrze wiemy, że tego byś sobie życzył. Bo i po co każdego dnia rano chodzisz do domu tego służalczego małego babu? Zasiadasz z nim do stołu, jakby był biały, i pijesz ze szklanek zaślinionych jego brudnymi czarnymi wargami; na samą myśl chce mi się rzygać.

– Siadaj, stary, siadaj – powiedział Westfield. – Mniejsza z tym. Napij się. Nie warto się kłócić. Za gorąco.

– Mój Boże – podjął Ellis już nieco spokojniej, robiąc jeden czy dwa kroki tam i z powrotem. – Mój Boże, nie rozumiem was, chłopcy. Po prostu nie rozumiem. Oto ten stary dureń Macgregor chce bez żadnego powodu wprowadzić do klubu czarnucha, a wy to znosicie bez słowa. Boże wielki, co my mamy robić w tym kraju, jeśli nie rządzić? Czemu, u diabła, się stąd nie zabierzemy? Jesteśmy tu niby po to, aby rządzić gromadą cholernych czarnych świń, które od zarania dziejów były niewolnikami, a zamiast rządzić w jedyny zrozumiały dla nich sposób, traktujemy je jak ludzi nam równych. A wy wszyscy, głupi dranie, uważacie to za naturalne. Na przykład Flory za najlepszego przyjaciela ma czarnego babu, który sam nazywa się doktorem, bo dwa lata chodził na indyjski tak zwany uniwersytet. Ty zaś, Westfield, puszysz się jak paw swoimi przekupnymi, tchórzliwymi policjantami na iksowatych nogach. Maxwell z kolei ugania się za eurazjatyckimi zdzirami. Tak, robisz to, Maxwell; słyszałem, co wyczyniałeś w Mandalaj z pewną cuchnącą kurewką nazwiskiem Molly Pereira. Przypuszczam, że byś się z nią ożenił, gdyby cię tu nie przenieśli. Wszyscy chyba lubicie brudne, czarne bydło. Chryste, nie wiem, co was napadło. Ja naprawdę nie lubię.

– No, napij się jeszcze – powiedział Westfield. – Hej, szefie! Kapkę piwa, zanim lód stopnieje, co? Szefie, piwa!

Służący przyniósł parę butelek monachijskiego piwa. Ellis po krótkiej chwili usiadł przy stole z innymi i ściskał jedną z chłodnych butelek w drobnych dłoniach. Czoło miał spocone. Był w złym humorze, ale już nie wściekły. Zawsze cechowała go złośliwość i przekora, gwałtowne ataki złości prędko mu jednak mijały i nie miał zwyczaju za nie przepraszać. Kłótnie stanowiły nieodłączną część życia klubowego. Pan Lackersteen poczuł się lepiej i oglądał ilustracje w „La Vie Parisienne”. Minęła dziewiąta i pokój, przesycony gryzącym dymem cygara Westfielda, nagrzał się okropnie. Koszula każdemu lepiła się do pleców zroszonych pierwszym tego dnia potem. Niewidzialny ćhokra, który na dworze pociągał za sznur pankha, usypiał w słonecznym blasku.

– Szefie! – ryknął Ellis, a kiedy ten się zjawił, rozkazał: – Idź obudzić tego cholernego ćhokrę!

– Tak, panie.

– I, szefie!

– Tak, panie?

– Ile zostało nam lodu?

– Ze dwadzieścia funtów, panie. Myślę, że starczy tylko na dzisiaj. Znajduję, że lód bardzo trudno jest teraz przechowywać.

– Nie gadaj tak, do cholery… „Znajduję, że bardzo trudno jest!” Połknąłeś słownik? „Proszę pana, nie mogę teraz przechowywać lodu…”, tak powinieneś mówić. Będziemy musieli zwolnić tego faceta, jeśli zacznie za dobrze mówić po angielsku. Nie mogę ścierpieć służących, którzy mówią po angielsku. Słyszysz, szefie?

– Tak, panie – odparł służący, po czym się wycofał.

– Boże! Bez lodu do poniedziałku – rzekł Westfield. – Wracasz do dżungli, Flory?

– Tak. Już powinienem tam być. Przyjechałem tylko z uwagi na pocztę z Anglii.

– Chyba też się gdzieś wybiorę. Skorzystam z dodatku na podróże. O tej porze roku nie wytrzymuję mojego cholernego biura. Tego siedzenia pod przeklętą pankha, podpisywania jednego świstka po drugim. Papierkowej roboty. Boże, jak mi się marzy nowa wojna!

– Ja wyjeżdżam pojutrze – oświadczył Ellis. – Czyż cholerny padre nie będzie tu w niedzielę, aby odprawić nabożeństwo? Tak czy owak postaram się zniknąć. Cholerne zginanie kolan.

– Będzie w przyszłą niedzielę – odparł Westfield. – Obiecałem wziąć udział. Podobnie jak Macgregor. Muszę przyznać, że dla biednego padre to dość przykre. Przyjeżdża tu zaledwie raz na sześć tygodni. Więc kiedy jest, powinien mieć trzódkę.

– Och, do diabła! Zawodziłbym psalmy, żeby mu sprawić przyjemność, ale nie mogę znieść tych cholernych miejscowych chrześcijan, pchających się do naszego kościoła. Gromada madraskich służących i kareńskich nauczycieli. A do tego te dwa żółtki, Francis i Samuel – oni też nazywają siebie chrześcijanami. Kiedy padre był tu ostatnim razem, mieli czelność przyjść i zasiąść we frontowych ławkach razem z białymi. Ktoś powinien pomówić z padre na ten temat. Postąpiliśmy piekielnie głupio, pozwalając misjonarzom swobodnie działać w tym kraju! Uczyć zamiataczy z bazaru, że są równie dobrzy jak my. „Proszę, sir, jestem chrześcijaninem tak jak pan”. Cholerna bezczelność.

– Co tam jest o tej parze nóg? – zapytał pan Lackersteen, przesuwając „La Vie Parisienne” po stole. – Znasz francuski, Flory; co znaczy ten podpis? Chryste, przypomina mi się pobyt w Paryżu, mój pierwszy urlop, jeszcze przed ślubem. Chryste, chciałbym tam znów pojechać!

– Słyszeliście to: „Była raz młódka z Woking…”? – zapytał Maxwell. Choć dość milkliwy, jak wszyscy młodzi ludzie gustował w dobrych, pieprznych wierszykach. Dokończył biografię młodej damy z Woking i rozległ się śmiech. Westfield odpowiedział rymowanką o młodej damie z Ealing, która miała dziwne uczucie, a Flory o młodym wikarym z Horsham, którego zawsze cechowała ostrożność. Znowu zabrzmiały śmiechy. Nawet Ellis odtajał i wyrecytował kilka wierszyków. Jego kawały były zawsze naprawdę dowcipne, a przy tym nieopisanie sprośne. Wszyscy się rozchmurzyli i mimo upału poczuli przypływ przyjaźni. Dopili piwo i mieli właśnie poprosić o coś innego, kiedy na schodach za drzwiami skrzypnęły buty. Tubalny głos, od którego zadygotały deski w podłodze, mówił jowialnie:

– Tak, najwyraźniej śmieszny. Włączyłem go do jednego z tych moich artykulików w „Blackwood’s”, wie pani. Pamiętam też z czasów, kiedy byłem na placówce w Prome, inny dość – ach – zabawny incydent, który…

Niewątpliwie do klubu przybył pan Macgregor. Pan Lackersteen wykrzyknął: – Diabli nadali! Jest moja żona – i możliwie najdalej odepchnął od siebie pustą szklankę. Pan Macgregor i pani Lackersteen razem weszli do saloniku.

Pan Macgregor był rosłym, tęgim mężczyzną sporo po czterdziestce, o dobrodusznej mopsiej twarzy, z okularami w złotej oprawce na nosie. Ponieważ miał szerokie ramiona i zwyczaj wysuwania głowy do przodu, dziwnie przypominał żółwia – Birmańczycy istotnie tak go przezywali. Na jego czystym jedwabnym garniturze już występowały pod pachami plamy potu. Żartobliwie niby zasalutował na powitanie zebranym, po czym rozpromieniony ustawił się pod tablicą ogłoszeń, jak nauczyciel, który za plecami bawi się trzcinką. Na jego twarzy malowała się autentyczna poczciwość, a jednak tak bardzo starał się być jowialny, tak się silił nie pełnić swych obowiązków i nie pamiętać o stanowisku, że w jego obecności nikt nigdy nie czuł się całkiem swobodnie. W sposobie mówienia najwyraźniej wzorował się na znanym w młodości krotochwilnym nauczycielu czy duchownym. Każde długie słowo, każdy cytat, każdy zwrot przysłowiowy figurował w jego umyśle jako dowcip, który pan Macgregor poprzedzał dudniącym „ę” czy „ą”, aby dać do zrozumienia, że powie coś dowcipnego. Pani Lackersteen, przystojna kobieta lat około trzydziestu pięciu, pozbawioną wypukłości i wydłużoną sylwetką przypominała ilustrację z działu mody. Mówiła głosem tęsknym, niezadowolonym. Wszyscy wstali, kiedy wchodziła, ona zaś wyczerpana osunęła się na najlepszy fotel pod pankha i zaczęła się wachlować dłonią smukłą jak kończyna traszki.

– Ojej, ten upał, ten upał! Pan Macgregor przyjechał i podwiózł mnie samochodem. Bardzo to ładnie z jego strony. Tom, ten wstrętny rikszarz, znów udaje chorego. Moim zdaniem naprawdę powinieneś porządnie złoić mu skórę, żeby się opamiętał. To zbyt straszne, chodzić codziennie po tym słońcu.

Pani Lackersteen, niezdolna przejść na piechotę ćwierć mili z domu do klubu, sprowadziła z Rangunu rikszę. Oprócz wozów zaprzężonych w woły i samochodu pana Macgregora był to jedyny pojazd kołowy w Kyauktada, gdyż długość dróg w całym okręgu nie osiągała dziesięciu mil. W dżungli, aby nie zostawiać męża samego, pani Lackersteen znosiła wszystkie okropności przeciekających namiotów, komarów i żywności z puszek; ale w centrali odbijała to sobie narzekaniem na drobiazgi.

– Naprawdę uważam, że lenistwo tej służby staje się oburzające – westchnęła. – Zgadza się pan, panie Macgregor? Chyba nie mamy dziś nad tubylcami żadnej władzy, przy tych wszystkich okropnych reformach i bezczelności, jakiej się uczą z gazet. W pewnym sensie stają się niemal równie źli jak niższe warstwy w kraju.

– Och, mam nadzieję, że nie aż tacy źli. Obawiam się jednak, że bez wątpienia duch demokracji zakrada się nawet tutaj.

– A tak niedawno temu, jeszcze przed samą wojną, tacy byli mili i pełni szacunku! Jak nisko się kłaniali każdemu spotkanemu na drodze. To rzeczywiście było urocze. Pamiętam czasy, kiedy głównemu służącemu płaciliśmy zaledwie dwanaście rupii miesięcznie, a on naprawdę był do nas przywiązany jak pies. Teraz zaś, choć żądają czterdziestu i pięćdziesięciu rupii, stwierdzam, że jedynym sposobem zatrzymania służącego jest płacenie mu pensji z kilkumiesięcznym opóźnieniem.

– Zanika dawny typ służącego – zgodził się pan Macgregor. – W mojej młodości, kiedy szef służby nie okazywał szacunku, posyłało się go do więzienia z kartką: „Proszę wymierzyć doręczycielowi piętnaście rózeg”. No cóż, eheu fugaces! Obawiam się, że te dni już nigdy nie wrócą.

– Ach, co do tego ma pan rację – rzekł Westfield na swój posępny sposób. – Ten kraj nigdy już nie będzie się nadawać do życia. Skończył się brytyjski radź, jeśli mnie ktoś pyta o zdanie. Stracone Dominium itede. Czas, żebyśmy się stąd wynieśli.

Szmer zgody wyrwał się z ust wszystkich zebranych, nawet z ust Flory’ego, znanego z bolszewickich poglądów, nawet z ust młodego Maxwella, który spędził tutaj zaledwie trzy lata. Żaden Anglik zamieszkały w Indiach nigdy nie zaprzeczy, że one schodzą na psy, nigdy też temu nie zaprzeczał – bo podobnie jak „Punch” nigdy nie były tym, czym były.

Tymczasem Ellis odczepił za plecami pana Macgregora drażniące zawiadomienie i podał je sekretarzowi klubu. Z typowym dla siebie przekąsem oświadczył:

– Słuchaj, Macgregor, przeczytaliśmy to ogłoszenie i uważamy pomysł wybrania tubylca na członka klubu za absolutnie… – zamierzał powiedzieć „absolutnie poroniony”, ale przypomniał sobie o obecności pani Lackersteen, więc się pohamował – absolutnie niestosowny. Ostatecznie do klubu przychodzimy dla przyjemności i nie chcemy, aby myszkowali po nim tubylcy. Miło nam myśleć, że choć w jednym miejscu jesteśmy od nich wolni. Reszta w pełni się ze mną zgadza.

Popatrzył po tej reszcie. – Słuchajcie, słuchajcie! – burknął pan Lackersteen. Żona domyśli się, że pił, wiedział to i czuł, że usprawiedliwi go wygłoszenie rozsądnej opinii.

Pan Macgregor z uśmiechem wziął zawiadomienie. Zauważył wyrazy „do dupy” wypisane ołówkiem obok jego nazwiska i w głębi duszy uznał zachowanie Ellisa za bardzo lekceważące, lecz skwitował sprawę dowcipem. Tak samo usilnie starał się grać swojego chłopa w klubie, jak zachowywać się z godnością w godzinach urzędowania.

– Rozumiem – rzekł – że nasz przyjaciel Ellis nie cieszy się na towarzystwo… ach… swojego aryjskiego brata?

– Nie, nie cieszę się – odparował Ellis. – Ani mojego mongolskiego brata. Krótko mówiąc, nie lubię czarnuchów.

Pan Macgregor zesztywniał na słowo „czarnuch”, którego w Indiach się nie pochwala. Nie żywił uprzedzeń w stosunku do Azjatów; właściwie bardzo ich lubił. Pod warunkiem, że nie otrzymają żadnych swobód, uważał ich za najbardziej uroczych ludzi na świecie. Zawsze go bolało, gdy ktoś ich bezsensownie znieważał.

– Czy honorowo jest – rzekł ozięble – nazywać tych ludzi czarnuchami, co ich naturalnie oburza, skoro oczywiście nimi nie są? Birmańczycy są mongoloidami, Hindusi ludem aryjskim lub drawidyjskim, a jedni od drugich wyraźnie się różnią…

– Och, bzdura! – powiedział Ellis, na którym stanowisko pana Macgregora nie robiło żadnego wrażenia. – Mogą się nazywać czarnuchami czy Aryjczykami, jak wolisz. Mnie chodzi o to, że nie chcemy widzieć czarnych skór w tym klubie. Jeśli poddasz wniosek pod głosowanie, przekonasz się, że co do jednego jesteśmy mu przeciwni… chyba że Flory chce tu mieć swojego drogiego kumpla Veraswamiego… – dodał.

– Słuchajcie, słuchajcie! – powtórzył pan Lackersteen. – Możecie liczyć na mnie, że każdemu będę przeciwny.

Pan Macgregor kapryśnie wydął wargi. Znajdował się w niezręcznej sytuacji, bo nie on sam wpadł na pomysł wybrania tubylczego członka, lecz podsunął mu go komisarz. Ponieważ jednak nie lubił się tłumaczyć, powiedział tonem bardziej pojednawczym:

– Może odłożymy dyskusję do następnego walnego zebrania. Tymczasem możemy to sobie gruntownie przemyśleć. A teraz – dodał, podchodząc do stołu – kto ze mną wypije kropelkę… ach… czegoś na orzeźwienie?

Przywołano szefa służby i zamówiono „coś na orzeźwienie”. Upał się wzmagał i wszyscy byli spragnieni. Pan Lackersteen zamówiłby coś mocniejszego, ale napotkał wzrok żony, skurczył się i rzekł posępnie: – Nie. – Siedział z rękami złożonymi na kolanach i z dość żałosną miną patrzył, jak pani Lackersteen łyka szklankę lemoniady z dżinem. Pan Macgregor, choć stawiał drinki, pił zwykłą lemoniadę. On jeden spośród Europejczyków w Kyauktada przestrzegał zasady niepicia przed zachodem słońca.

– Doskonale – sarkał Ellis, który wsparł się ramionami na stole i bawił się szklanką. Dyskusja z panem Macgregorem znów wytrąciła go z równowagi. – Doskonale, ale ja nie zmieniam zdania. Żadnych tubylców w tym klubie! To przez ustawiczne ustępstwa w drobnych jak ta sprawach zburzyliśmy imperium. W tym kraju szerzy się bunt tylko dlatego, że byliśmy dla nich za miękcy. Jedyna możliwa linia postępowania to traktować ich jak śmiecie, którymi są. Nadszedł moment przełomowy i potrzebna nam każda odrobina prestiżu, jaki możemy zdobyć. Musimy trzymać się razem i powtarzać: „My jesteśmy panami, a wy, żebracy…” – Ellis przycisnął mały kciuk do stołu, jakby rozgniatał robaka – „wy, żebracy, pozostańcie na swoim miejscu!”.

– Beznadziejne, stary – rzekł Westfield. – Całkiem beznadziejne. Co może zrobić człowiek, kiedy ma ręce związane tymi wszystkimi przepisami? Ci żebracy, tubylcy, lepiej niż my znają prawo. Znieważają człowieka otwarcie, a ledwo ich uderzy, zamykają do więzienia. Nie może zrobić nic, jeśli nie jest stanowczy. A jak może być, skoro brak im odwagi, aby się postawić?

– Nasz bara sahib w Mandalaj zawsze powtarzał – wtrąciła się pani Lackersteen – że w końcu najzwyczajniej opuścimy Indie. Młodzi ludzie przestaną tu przyjeżdżać, aby przez całe życie zarabiać na zniewagi i niewdzięczność. My po prostu się wyniesiemy. Kiedy tubylcy przyjdą błagać, byśmy pozostali, odpowiemy: „Nie, mieliście szansę, lecz nie chcieliście jej wykorzystać. Doskonale, zostawimy was i rządźcie się sami”. Cóż to będzie dla nich za nauczka!

– To wina całego tego prawa i porządku – rzekł posępnie Westfield. Temat ruiny imperium indyjskiego, spowodowanej nadmiernym legalizmem, wciąż powracał w wypowiedziach Westfielda. Jego zdaniem nic prócz powstania na wielką skalę, a w konsekwencji wprowadzenia stanu wyjątkowego, nie mogło uchronić imperium od upadku. – Cała ta papierkowa robota i przesyłanie notatek. Babu w biurach sprawują teraz prawdziwą władzę w tym kraju. Nasze chwile są policzone. Nie możemy zrobić nic lepszego, jak zaprzestać pracy i pozwolić, żeby się smażyli we własnym sosie.

– Nie zgadzam się, po prostu się nie zgadzam – sprzeciwił się Ellis. – Gdybyśmy chcieli, moglibyśmy w ciągu miesiąca zrobić porządek. Potrzeba do tego tylko odrobinę odwagi. Spójrzcie na Amritsar. Popatrzcie, jacy się potem zrobili ulegli. Dyer wiedział, jak z nimi postąpić. Biedny stary Dyer! Odwalił brudną robotę. Te tchórze w Anglii mają za co odpowiadać.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.