Biesy - Fiodor Dostojewski - ebook
Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Przeczytaj fragment w darmowej aplikacji Legimi na:

Liczba stron: 1097 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 30 godz. 19 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Biesy - Fiodor Dostojewski

Biesy są powieścią alegoryczną, dotyczącą dramatycznych wydarzeń w Rosji i Europie. Oś fabularną stanowi przedstawienie metod działania antypaństwowego terroryzmu oraz struktury organizacyjnej rosyjskich wywrotowców. Chcąc osadzić swą powieść jak najbardziej we współczesnych realiach, Dostojewski przeniósł na jej karty wiele elementów ówczesnego życia społeczno-politycznego.

Opinie o ebooku Biesy - Fiodor Dostojewski

Cytaty z ebooka Biesy - Fiodor Dostojewski

Wiemy, na przykład, że przesąd o Bogu ma swe źródło w strachu przed piorunem i błyskawicą – znowu wyrwała się studentka, wskazując prawie oczami na Stawrogina. – Jest wszystkim wiadome, że pierwotni ludzie, bojąc się pioruna i błyskawicy ukorzyli się przed niewidzialnym wrogiem w poczuciu swej słabości. Lecz w jaki sposób powstał przesąd o rodzinie? W jaki sposób mogła powstać rodzina?
Stawrogin – powiedziała gospodyni – nim pan przyszedł, mówiono tu wiele o prawach rodziny – oto ten oficer... – wskazała na swego krewnego, majora. – Rozumie się, że nie będę pana niepokoiła poruszaniem takiego starego, dawno rozwiązanego zagadnienia. Lecz skąd jednak mógł się wziąć przesąd o prawach i obowiązkach rodziny, w tej formie, w jakiej teraz istnieje? Oto pytanie. Jakie jest pańskie zdanie? – Jak to skąd mógł się wziąć? – spytał Stawrogin. – Wiemy, na przykład, że przesąd o Bogu ma swe źródło w strachu przed piorunem i błyskawicą – znowu wyrwała się studentka, wskazując prawie oczami na Stawrogina. – Jest wszystkim wiadome, że pierwotni ludzie, bojąc się pioruna i błyskawicy ukorzyli się przed niewidzialnym wrogiem w poczuciu swej słabości. Lecz w jaki sposób powstał przesąd o rodzinie? W jaki sposób mogła powstać rodzina?
– Stawrogin – powiedziała gospodyni – nim pan przyszedł, mówiono tu wiele o prawach rodziny – oto ten oficer... – wskazała na swego krewnego, majora. – Rozumie się, że nie będę pana niepokoiła poruszaniem takiego starego, dawno rozwiązanego zagadnienia. Lecz skąd jednak mógł się wziąć przesąd o prawach i obowiązkach rodziny, w tej formie, w jakiej teraz istnieje? Oto pytanie. Jakie jest pańskie zdanie?
Pan Szygalew zbyt poważnie traktuje całą sprawę i jest zbyt skromny. Znam jego książkę. Proponuje w niej jako konieczne rozstrzygnięcie zagadnienia – podział ludzkości na dwie nierówne części. Jedna dziesiąta część otrzymuje wolność osobistą i nieograniczoną władzę nad pozostałymi dziewięcioma dziesiątymi. Ci ostatni powinni zatracić swoją osobowość i stać się czymś w rodzaju stada i dzięki bezgranicznemu posłuszeństwu osiągnąć przez szereg odrodzeń pierwotną niewinność, coś w rodzaju raju, chociaż, zresztą, będą pracowali. Środki, proponowane przez autora, mające być przedsięwzięte w celu pozbawienia dziewięciu dziesiątych ludzkości woli i przeistoczenia w stado – są godne uwagi, oparte na przyrodniczych danych i za bardzo logiczne. Można się z pewnymi argumentami nie zgadzać, lecz nie można wątpić w rozum i znajomość rzeczy autora. Szkoda, że postawiony przez niego warunek jest niemożliwy do przyjęcia, gdyż w przeciwnym razie usłyszelibyśmy wiele ciekawych rzeczy. – Czy mówi pan poważnie? – zwróciła się do
– Niech pan posłucha, Stawrogin: zrównać góry – to dobra myśl, i wcale nie śmieszna. Ja jestem zwolennikiem Szygalewa! Nie trzeba wykształcenia, dosyć już nauki, starczy materiału na tysiąc lat, trzeba tylko, aby słuchali. Na świecie tylko tego jednego brak: posłuchu. Potrzeba wykształcenia jest potrzebą arystokratyczną. Ledwie utworzy się rodzina lub zjawi się miłość, a z nimi w parze przyjdzie poczucie własności. Zniszczymy to: rozpowszechnimy pijaństwo, plotki, donosicielstwo. Będziemy szerzyli niesłychaną dotychczas rozpustę; każdego geniusza przytłumimy w dzieciństwie. Wszystko sprowadzimy do jednego mianownika, zupełna równość. „Nauczyliśmy się rzemiosła, jesteśmy uczciwymi ludźmi, nie potrzeba nic innego” – oto co niedawno powiedzieli angielscy robotnicy. Niezbędnym jest tylko niezbędne, to będzie odtąd jedyną dewizą dla całej kuli ziemskiej. Lecz potrzebne jest urozmaicenie; o to postaramy się my, panujący. Niewolnicy muszą mieć panów. Całkowite posłuszeństwo, zupełna bezowocność, ale raz na trzydzieści lat pozwala się na urozmaicenie i wszyscy nagle zaczynają zjadać się nawzajem, rozumie się tak, by ilość zjedzonych nie przekraczała pewnej określonej liczby, i robi się to jedynie po to, by się nie przykrzyło. Nuda jest uczuciem arystokratycznym. W ustroju Szygalewa nie będzie pragnień. Pragnienia cierpienia są dla nas, a szygalewszczyzna dla niewolników.
Rosyjski Bóg zrezygnował. Lud jest pijany, matki pijane, dzieci pijane, cerkwie puste, a w sądach: „dwieście rózeg lub taszcz wiadro”. O, pozwólcie, by młode pokolenie dojrzało. Szkoda tylko, że nie ma czasu na czekanie, gdyż inaczej niechby się jeszcze więcej upijali. Ach, jaka szkoda, że nie ma proletariatu! Lecz będzie, będzie, do tego zdążamy..
Bywają zbrodnie naprawdę brzydkie. Zbrodnie, niezależnie od tego, czym są, stają się tym bardziej malownicze i imponujące, im więcej w nich grozy, im więcej krwi. Bywają jednak zbrodnie wstydliwe, hańbiące, które budzą przede wszystkim wstręt, pomimo całej przeraźliwości, zbrodnie, powiedzmy, zbyt mało wytworne...
O tym wypadku nie tylko pisano w gazetach, ale nawet zbierano u nas na nią składki. Sam dałem dwadzieścia kopiejek. I cóż? Okazuje się teraz, że żadnej takiej Tarapygin nie było! Sam chodziłem do domu ubogich dowiadywać się: o żadnej Tarapagin nic nie słyszano, a w dodatku jeszcze się tam obrażono, kiedy im powtórzyłem, jakie krążą pogłoski.
W każdym przejściowym okresie wypływa na powierzchnię ta hołota, która jest w każdym społeczeństwie, zjawia się ona nie tylko bez żadnego celu, ale bez pozoru jakiejkolwiek myśli i jest jedynie wyrazicielką powszechnie panującego niepokoju i zniecierpliwienia. A tymczasem ta hałastra, nie wiedząc o tym wcale, dostaje się pod rozkazy małej gromadki „przywódców”, którzy mają przed sobą określony cel i kierują tym śmiechem według swej woli, chyba że składają się wyłącznie z idiotów, co też się zdarza.