Białoruś dla początkujących - Igor Sokołowski - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 297 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 8 godz. 25 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Białoruś dla początkujących - Igor Sokołowski

Co wiemy dziś na temat Białorusi? Może tyle, że nieprzerwanie od kilkunastu lat rządzi nią twardą ręką Alaksandr Łukaszenka.

A przecież to właśnie tam urodzili się: Eliza Orzeszkowa, Tadeusz Kościuszko, Maria Rodziewiczówna, Andrzej Bobola oraz Ryszard Kapuściński. Grodno na Białorusi, podobnie jak Wilno na Litwie czy Lwów na Ukrainie, zawsze było uważane za ośrodek polskości na Kresach.

Białoruś dla początkujących to zbiór reportaży pokazujących prawdziwy obraz sąsiada Polski. Kolorowy, pełen kontrastów, dziwny, ale jednocześnie swojski. Białoruś dla początkujących nie jest przewodnikiem, ale mamy nadzieję, że po przeczytaniu tej książki Czytelnik lepiej pozna ten kraj.

My czujemy się Białorusinami, kochamy ten kraj, jakikolwiek by był. Ale niechęci do innych na pewno w nas nie ma. To tak jakby nie lubić części siebie. Bo szczerze mówiąc, to kto tu ma czystą białoruską krew? W ogóle co to znaczy mieć białoruską krew? To chyba mieć właśnie rusko-polsko-ukraińską. Tu każdy ma jakieś korzenie z innej części, ale to ani chwalić się tym, ani się tego wstydzić, normalne tutaj.

Wypowiedź jednej z postaci opisanych w Białorusi dla początkujących

Opinie o ebooku Białoruś dla początkujących - Igor Sokołowski

Fragment ebooka Białoruś dla początkujących - Igor Sokołowski

IGOR SOKOŁOWSKI

BIAŁORUŚ

DLA POCZĄTKUJĄCYCH

Mojej Mamie

WSTĘP

Jest rok dwutysięczny. Jako jedenastoletni chłopiec wykazuję dosyć specyficzne zainteresowania, biorąc pod uwagę mój wiek. Zamiast zachwycać się przygodami na przykład Tomka Sawyera, wypytuję w szkolnej bibliotece o biografię Stalina oraz o Mistrza i Małgorzatę. I chociaż, oczywiście, przesłanie zawarte w powieści Bułhakowa pozostaje mi wówczas obce, to Moskwa staje się dla nieletniego Igora miastem magicznym (w końcu gdzie jeszcze na świecie gigantyczne koty piją wódkę, stojąc na dwóch łapach?). Nie sposób odciągnąć mnie od telewizora, gdy w telewizji publicznej pokazywane filmy dokumentalne opowiadające o Związku Radzieckim lub jego spadkobiercach, w szczególności Szerokie tory autorstwa Barbary Włodarczyk. Równie mocno interesuje mnie okres PRL-u, wciąż zamęczam rodziców pytaniami o to, jak się żyło w Polsce Ludowej, staram się wyciągnąć od nich szczegóły dotyczące konkretnych wydarzeń, z uwzględnieniem demonstracji antyrządowych i tym podobnych. Toteż, gdy spędzając ferie zimowe u taty, zadałem mu kolejną serię pytań z cyklu „jak to było, jak mnie jeszcze nie było”, ojciec uznał, że praktyka będzie zdecydowanie skuteczniejsza niż teoria. Rodzice, razem ze swoimi znajomymi robiącymi wówczas interesy na Białorusi, zabrali mnie na jednodniową wycieczkę do przygranicznego Brześcia. Zapamiętałem ludzi w wielkich futrzanych czapach, pomnik Lenina pokryty śniegiem, targ, na którym były miliony kaset i płyt CD. Ale największe, wręcz piorunujące wrażenie zrobiła na mnie Twierdza Brzeska kompleks pamięci poświęcony poległym w walce z hitlerowskim najeźdźcą w czasie II wojny światowej. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jakie to ma TAM znaczenie, że TAM nie nazywa się jej wojną światową, a Wielką Wojną Ojczyźnianą. Nie mogłem oderwać wzroku od olbrzymiej bramy w kształcie radzieckiej gwiazdy, gigantycznych pomników bohaterów oraz pięknych, błyszczących kolorami cerkwi. Interesowało mnie dosłownie wszystko, a najbardziej to, że wystarczy kilka godzin jazdy samochodem, by przenieść się do całkiem innego świata. Kolejne lata mojego życia to wycieczki do państw Europy zachodniej, ale żadne z nich nie wydało mi się na tyle interesujące, żebym chciał odwiedzić je znowu. Za to TAM wracam do dzisiaj.

TAM, czyli na Białoruś.

Od tej pamiętnej wycieczki minęło sześć lat, podczas których moja fascynacja wschodem nie zniknęła, choć codzienność zepchnęła na dalszy tor. Działo się tak do momentu, kiedy wszystkie liczące się media w Polsce i na świecie zaczęły relacjonować dżinsową rewolucję, która miała być białoruską historyczną zmianą, na wzór ukraińskiej pomarańczowej rewolucji. Znów byłem wręcz przylepiony do telewizora, z zapartym tchem obserwowałem tysiące ludzi stojących godzinami w burzy śnieżnej, na mrozie, machających biało-czerwono-białymi flagami, domagających się niczego innego, jak tylko wolności. Sprawa wydawała się przesądzona, przecież Białoruś nie była jedynym postsowieckim państwem, które poprzez uliczne protesty chciało zrobić pierwszy krok ku cywilizacji zachodniej. Wcześniej była nie tylko wspomniana już Ukraina, ale też Gruzja czy nawet egzotyczny Kirgistan. Czytałem wszystkie artykuły, które cokolwiek mówiły na ten temat, godzinami tkwiłem przed telewizorem, a potem nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego po kilku dniach ten festiwal wolności po prostu się zakończył. Nie zaszły żadne przemiany, nie doszło do zmiany władz. Pod kołami traktorów i łopat spycharek namiotowe miasteczko zniknęło razem z nadzieją kilkudziesięciu tysięcy ludzi, którzy przyszli w dzień wyborów za ówczesnymi opozycyjnymi kandydatami, Milinkiewiczem i Kazulinem, potem wtrąconymi do więzienia za „naruszanie porządku publicznego”. Wtedy, oczarowany atmosferą, jaką stworzyli protestujący na placu Październikowym, obiecałem sobie, że przyjadę na Białoruś w czasie, gdy będą odbywać się następne wybory prezydenckie. I że zrozumiem, dlaczego w Kijowie, Tbilisi i Biszkeku mogło dojść do zmian, mogła wygrać demokracja, a w Mińsku władza okazała się betonową konstrukcją, na której zburzenie nie ma skutecznego sposobu. Żeby to zrozumieć, zacząłem jeździć na Białoruś. Rzeczywistość okazała się drastyczna dla moich gimnazjalno-licealnych wyobrażeń wykreowanych przez powierzchowną wiedzę i przekaz medialny, które były jedynym moim bagażem mentalnym, jaki zabrałem ze sobą w pierwszą podróż.

Państwo, w którym miały być tylko czołgi, niedźwiedzie i tony betonu, okazało się w miarę normalnie funkcjonującym krajem, w którym owszem, jest biednie, jednak nikt nie żyje niczym w XIX wieku, jak się powszechnie w Europie uważa. Romantyczny wizerunek opozycyjnych polityków, domagających się wolności, zastąpił obraz bandy niekompetentnych, niepotrafiących dogadać się między sobą ludzi, którzy walczą, ale o pieniądze z zachodu, wcale nie pragnąc wygrać z reżimem. Społeczeństwo, które postrzegałem jako biedne i uciskane, pragnące lepszej przyszłości, okazało się w większości encyklopedycznym przykładem bierności, marazmu, ignorancji oraz braku ambicji. O Łukaszence myślałem jako o prostym chłopie, który dorwał się do tronu i broni go ostrą amunicją. Teraz widzę, że jest politykiem, który sprawnie wykorzystuje postawę większości swoich podwładnych. Co więcej, wyłonił się obraz polityka, który wcale nie musi fałszować wyborów, by je wygrać, albowiem ma realne poparcie w narodzie, mimo tak wielu, przemawiających przeciwko niemu, faktów.

Czy zatem na Białorusi jest dobrze? Może zmiany wcale nie potrzebne, ponieważ ludzie zadowoleni z życia w kraju mlekiem i miodem płynącym? Oczywiście, że nie. Zmiany konieczne, albowiem Białoruś jest krajem, gdzie nie respektuje się podstawowych swobód obywatelskich, gdzie wiele rzeczy nie funkcjonuje w taki sposób, jak powinno, a na szczęście jeszcze nie wszystkich dotknęły choroby takie jak marazm i obojętność, knajactwo czy kombinatorstwo. Wciąż ludzie, którzy wychodzą na ulice demonstrować swój sprzeciw wobec władzy i działają, bo naprawdę wierzą, że na Białorusi może być lepiej. Ja, oprócz dwóch danych sobie obietnic uczestniczenia w powyborczych demonstracjach i dążenia, aby zrozumieć Białoruś (dążenia, bo może się okazać, że nie zrozumiem tego kraju nigdy), spełniłem jeszcze jedno. Obiecałem sobie książkę. A obietnic się dotrzymuje.

PRZEKRACZANIE GRANICY.
DOBREGO SMAKU

Zdecydowanie najmniej przyjemną częścią podróży na Białoruś jest przekraczanie granicy. Może jest to spowodowane faktem, że jako człowiek dorastający w kraju należącym do strefy Schengen wciąż podświadomie buntuję się przeciwko licznym papierkom, które należy wypełnić, pytaniom, na które należy odpowiedzieć, i kontrolom, których przeprowadzenie należy celnikom ułatwić. Czy samochodem, czy pociągiem, przejazd przez granicę do lekkich, łatwych i przyjemnych nie należy, niezależnie w którą stronę się udajemy i jakiej narodowości jesteśmy. Gdy po raz pierwszy przyjechałem na Białoruś, będąc dziesięcioletnim, gadatliwym dzieciakiem, nie było jeszcze wiz, do przekroczenia granicy wystarczył jedynie paszport. Dlaczego wspomniałem o swojej gadatliwości? W pamięć zapadła mi prośba rodziców, bym „w żadnym wypadku się nie odzywał niepytany i siedział cicho dopóty, dopóki nie skończy się kontrola graniczna”. Dorośli byli świadomi, że jedno głupie zdanie, źle zrozumiane przez celników może sprawić, że kontrola trwałaby kilkanaście godzin. Następne spotkanie z białoruskimi celnikami nastąpiło kilka lat później, gdy ruch bezwizowy był już przeszłością. A wizy niestety nie otrzymuje się na piękne oczy. Najpierw musimy złożyć wniosek o przyznanie tego koniecznego dokumentu. Wtedy (był rok 2007) zapłacić należało tylko sześć dolarów, ale i tak z góry, bez względu na to czy decyzja o przyznaniu wizy będzie pozytywna, czy też nie. We wniosku trzeba odpowiedzieć na kilka prostych pytań. Urząd interesuje się tym, kim jesteśmy, gdzie pracujemy, gdzie mieszkamy, czym przyjedziemy, gdzie zamierzamy zatrzymać się po przyjeździe i czym będziemy płacić. W formularzu trzeba również wypełnić pola dotyczące naszej karalności, związków z terrorystami oraz oczywiście powodu, dla którego chcemy w ogóle odwiedzić Białoruś. Później musimy obowiązkowo wykupić ubezpieczenie (koszt trzydzieści złotych). Kiedy już skompletujemy papierki, składamy wszystko razem wraz z paszportem w konsulacie lub ambasadzie. Pięć dni roboczych oczekiwania na rozpatrzenie wniosku. No i jeżeli bez problemów otrzymaliśmy stosowną naklejkę, zadanie możemy uznać za wykonane. Przynajmniej po części, no bo przecież trzeba jeszcze przekroczyć samą granicę i tu dopiero zaczyna się zabawa.

Bezpośrednim polem startowym, z którego osobiście zawsze kieruję się na wschód, jest przygraniczne miasteczko Terespol, niegdyś słynące z ogórków, dziś znane powszechnie jako ostateczny kraniec Unii Europejskiej. Można tu dojechać bez paszportu z samej Lizbony, ale potem już ani kroku dalej na wschód. Wnętrza dworca kolejowego, który z racji położenia miasta jest tu najważniejszym obiektem, wyłożone płytkami ceramicznymi pamiętającymi jeszcze poprzedni ustrój. Tak jak i informacje przyklejone na ścianach, zapraszające na przykład do dziś już nieistniejącej restauracji. Ze starych filarów podtrzymujących brudny sufit odpada tynk, a ściany już dwa razy zdążyły stracić kolor. Kiedy będąc tam po raz pierwszy, kontemplowałem kolejne elementy wystroju tegoż przybytku, nagle do poczekalni dworcowej wpadła sfora psów i rozpoczął się koncert szczekania. Psy ujadały jeden przez drugiego, który głośniej. Dwóch leciwych panów groziło czworonogom laskami, a dzieci w brudnych, ale ocieplanych kombinezonach na szelkach przyklaskiwały tym iście prowincjonalnym igrzyskom. W kasie dworca nabyłem za cztery złote bilecik uprawniający do przejazdu specjalnym pociągiem relacji Terespol-Brześć, kursującym na tej ośmiokilometrowej trasie dwa razy dziennie.

Jeżeli chodzi o sam pociąg, to zapomnijmy o przedziałach wagony przypominają te z kolejek podmiejskich, tyle że tu ławeczki drewniane i wyglądają niczym parkowe. Zewsząd słychać wschodni dialekt, w różnych odmianach. Przy wejściu do każdego wagonu wita podróżnych rozgrzany do czerwoności piecyk, pożerający na przemian węgiel i drewno, wrzucane w jego wnętrza przez gieroja w mundurze. Ot, ogrzewanie pociągu w klasycznej formie. Dalej jest już tylko ciekawiej, bo można podziwiać kreatywność i zręczność stałych pasażerów, którzy sztukę ukrycia i przewiezienia tego, co oficjalnie podlega ocleniu, opanowali do godnej podziwu perfekcji. Dla mnie pozostaje zagadką, jakim cudem ten leciwy już pociąg rozkręcany po każdym kursie trzyma się jeszcze w całości. Kobiety, które pierwszą młodość mają już dawno za sobą, bez oporów wdrapują się zręcznie na podwieszone pod sufitem półki bagażowe, by umieścić między rurami grzewczymi kartony papierosów. Panowie też mają swoje sposoby. Wiedzą, które obudówki pozbawione wewnątrz aparatury, i pod przykrywką deseczek starannie układają buteleczki z mocno procentowymi likworami. Aby przemycić mięso (które w Polsce jest tańsze niż w Republice Białorusi), jeszcze inne sposoby, ale o tym później. W każdym razie trzeba zaznaczyć, że dziś złota era przemytników na granicy polsko-białoruskiej już się skończyła. Teraz w tym mrówczym[1] biznesie pozostali tylko najtwardsi gracze. Stało się tak w wyniku jednego, ale w kontekście tej granicy szczególnie ważnego wydarzenia. Chodzi o wejście Polski do strefy Schengen. I o ile na ziemiach zachodnich, tak zwanych odzyskanych, wydarzenie to uczczono wielką fetą, o tyle z rejonów przygranicznych zarówno po stronie polskiej, jak i białoruskiej czy ukraińskiej 21 grudnia 2007 słychać było płacz i zgrzytanie zębami. Taką reakcję niech tłumaczy drastyczna podwyżka cen wiz, czego sam doświadczyłem. Jak już wspominałem, wcześniej delikwent chętny do wjazdu na Białoruś za wizę krótkoterminową jednorazową płacił sześć dolarów. Jednak odkąd Polacy mogą bez przeszkód i paszportów poruszać się po Europie zachodniej, ci sami Polacy za podróż w drugą stronę, czyli na Białoruś, muszą zapłacić dwadzieścia pięć euro. Nie zapominajmy o ubezpieczeniu, wiadomo, licho nie śpi, a oglądając czasami wiadomości, ma się wrażenie, że na Białorusi owo licho, niczym gastarbeiter, robi na dwa etaty. I chcąc, nie chcąc, wydajemy na same dokumenty około stu złotych, co sprawiło, że przemyt oraz handel przygraniczny po prostu przestały się opłacać. Ktoś obeznany z tematyką może zwrócić uwagę, że zawsze pozostaje zielona granica i dzikie przeprawy przez gęste lasy Polesia lub Bugiem (rzeka stanowi na pewnym odcinku naturalną granicę między państwami Łukaszenki i Komorowskiego). Nic z tego! Z racji zlikwidowania reszty granic cały ciężar służb celnych przeniesiono właśnie na linię Curzona[2], gdzie definitywnie kończy się Unia Europejska. Dlatego też dzisiaj takie scenki, jakie opisałem wcześniej, zdarzają się w tym niewielkim, pomalowanym na niebiesko pociągu coraz rzadziej, choć trzeba przyznać, że mrówki nie zrezygnowały do końca z procederu przemytniczego, więc o całkowitym zaniku tego typu praktyk nie możemy mówić.

Z naszego, nie przemytniczego punktu widzenia należy jedynie zadbać o wypełnienie karty migracyjnej, gdzie kolejny raz opiszemy dokładnie do kogo, po co i z czym jedziemy. Za szybami pociągu mijającego granicę otrzymujemy nieustanne dowody na to, że na wschodzie ludzie lubią wojsko, militaria i wszystko, co z tym związane. Dlatego np. Chiny, nie ograniczając się do prawdziwych żołnierzy, posiadają również liczną terakotową armię. I tak jak najliczniejsze państwo na świecie ma słynnych żołnierzy z terakoty, tak Białoruś posiada tekturowych celników. Trochę mniej sławnych, ale również ważnych, albowiem strzegących granic z wież obserwacyjnych, z których nawiasem mówiąc, musi rozciągać się przepiękny widok na dolinę Bugu. Z „atrakcji”, jakie oferuje ta podróż, wymienić można jeszcze psa kundelka, który podobno jest wytresowany do wyszukiwania narkotyków. Szczerze powiedziawszy, nie zdziwiłbym się, gdyby to był na chybił trafił zabrany czworonóg z opisywanej wcześniej dworcowej watahy. Oprócz tego (a mówimy tutaj o pokonaniu zaledwie ośmiu kilometrów) nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy mogli szczęśliwie i w całości stawić się na dworcu kolejowym w Brześciu, który przywita nas tradycyjnie, ale według tradycji wschodniej sierpem i młotem. Myśleliście może, że chlebem i solą? Naiwni! Nie ta strefa czasowa!

Podczas mojej pierwszej podróży zadowolony, że odbyło się bez zbędnych kontroli, dziarsko wyskoczyłem z pociągu, by… zobaczyć, że wszyscy moi współpasażerowie, którzy tak nagle utyli w ciągu ostatnich trzydziestu minut, kierowani przez panów w zielonych mundurach i oficerskich czapkach ku jednemu tylko wyjściu, a raczej wejściu, do dworca. Jak się okazało, dopiero tutaj odbywała się prawdziwa kontrola graniczna. We wnętrzu, do którego nas skierowano, ustawiło się kilka kolejek do pań w mundurach, sprawnie, choć powierzchownie, przeglądających reklamówki i torby podróżne, oraz sprawdzających jakieś papiery. Oczywiście tych papierów nie miałem, ale moja mina Greka, wygląd Niemca i polska mowa musiały być okolicznościami łagodzącymi.

Deklaracja? padło zza biurka z lichego drewna.

Kakaja deklaracja? zapytałem, wspinając się na Mount Everest moich ówczesnych lingwistycznych umiejętności.

Celna!

Aaa! Ot, moja inteligentna riposta i wyjaśnienie. Nie mam nic!

Właśnie to magiczne zdanie okazało się czymś w rodzaju: Sezamie, otwórz się, kluczem do wszystkich bram, a szczególnie tych prowadzących do miasta. Albowiem kilka sekund później kordon strażników rozstąpił się niczym wody Morza Czerwonego, przez które uciekali żydzi z Mojżeszem na czele, do Ziemi Obiecanej. I tak wygląda podróż pociągiem.

Przekroczenie tej samej granicy własnym samochodem jest już o wiele bardziej skomplikowane i kosztowniejsze. Piękne słońce i czyste niebo, chłodno i wietrznie. Przeciwsłoneczne okulary na nosie, na siedzeniu pasażera paszport z wlepioną weń wizą, ubezpieczenie dla mnie, zielona karta (ubezpieczenie samochodu) i dowód rejestracyjny. Pierwszy szlaban pokonuję szybko, bez większych problemów ustępuje on przed maską mojego podstarzałego volkswagena i dochodzi do jedynej kontroli po polskiej stronie, gdzie sprawdzono tylko paszport i dowód rejestracyjny. Po przekroczeniu mostu na rzece Bug już podlega się białoruskiej jurysdykcji, ale nie jesteśmy jeszcze na Białorusi. Najpierw zatrzymuje mnie bardzo atrakcyjna pani celnik w charakterystycznym mundurze. Dostaję dwa papierki. Jeden muszę wypełnić to karta migracyjna, którą mam obowiązek trzymać przez cały pobyt. Drugi to obiegówka przy każdej okazji powinienem dać do podstemplowania i jeśli uda mi się z niej zrobić ładny album z pieczątkami, będzie to coś w rodzaju obola przepustki przez Styks. Kilometr dalej stoją cztery rzędy samochodów polskich, dwa rzędy białoruskich. Wszystkie polskie auta w tych kolumnach mają rejestracje LBI (przygraniczny powiat ziemski Biała Podlaska, w którym znajduje się m.in. Terespol).

Nagle na horyzoncie pojawia się celnik, który władczym palcem wskazuje na polski pas i opuszcza flagę. Skojarzenie z wyścigami samochodów i dziewczynami dającymi sygnał do startu jak najbardziej trafne. Taki Nascar w wydaniu białoruskim. Wjeżdżamy na wyznaczony tor, po czym oddajemy mundurowym paszporty i dokumenty, które otrzymaliśmy od ślicznotki na moście. Gdy paszporty z już opieczętowanymi świstkami papieru zostają polskiej grupie zwrócone, wszyscy kierowcy ruszają biegiem w jednym kierunku. No to ja za nimi, co tak głupio będę stał. Jedną kartkę chowamy do kieszeni, drugą dajemy do podstemplowania tlenionej blondynce. Od niej otrzymujemy kolejną karteczkę, z którą musimy iść do wyznaczonego budynku. Już się gubię w tych papierkach, więc asekuracyjnie wszędzie wyciągam wszystko. W budynku podpisuję papiery, w zamian dostaję plik dokumentów i… do kolejnej blondynki, tym razem młodszej. Przystawia mi trzecią pieczątkę na małym blankieciku. Kontrola paszportowa, kontrola samochodu, kontrola celna. Wszystkie papierki, jakie otrzymałem w czasie tej bieganiny, trzeba schować i broń Boże nie zgubić, a ten jeden, będący swoistą graniczną obiegówką, dać celnikowi w następnym punkcie. Przejeżdżam przez szlaban i po dwóch godzinach biurokratycznej gry terenowej jestem na terytorium Republiki Białorusi. Głodny, zmęczony i kompletnie rozkojarzony. Nawet nie chce mi się robić rozliczenia ile rubli i ile dolarów zostawiłem w każdym z okienek, za którymi siedziały te piękne blondynki. Po prostu czułem euforię, że jest to już za mną.

Witamy na Białorusi!

Section0004

BRZEŚĆ. BRAMA NA ZACHÓD. BRAMA NA WSCHÓD

Nie oszukujmy się. Białoruś nie jest krajem przyjaznym turystom. Owszem, znajdziemy w tym państwie standardowe turystyczne atrakcje (za standardowe uznaję przybytki opisane w przewodnikach, głównie muzealne), istnieją też kolorowe broszury zachęcające do wypoczynku po wschodniej stronie Bugu, ale wygląda to raczej mizernie. Dodatkowo mnóstwo formalności i trudność w porozumiewaniu się językiem angielskim skutecznie zniechęcają, szczególnie jeśli się tutaj nikogo nie zna. Oczywiście odważni poszukiwacze przygód uznają mnie w tym momencie za marudera, spakują do plecaków namioty, karimaty, żelazne kubki i wałówkę, po czym wesoło wyruszą na wschód. Niestety! Na terenie Republiki Białorusi nie ma prawa przebywać nikt konkretnie niezlokalizowany, każdy przyjezdny musi mieć swoje miejsce. Przynajmniej na papierze. Jeśli więc nie stać nas na zabawy voucherowe z drogimi hotelami białoruskimi, musimy mieć znajomego mieszkającego na Białorusi, kto zgodzi się nas przyjąć w swoje skromne progi i którego dane będziemy mogli wpisać we wniosek wizowy. Dla mnie, pomijając półroczną wymianę studencką, od kilku lat niezmiennie tą osobą jest pani Maria, mieszkająca w Brześciu lokalna działaczka polonijna, związana z organizacją Polskiej Macierzy Szkolnej.

Pani Maria mieszka razem z mężem niedaleko centrum Brześcia, rzut kamieniem od Twierdzy Brzeskiej – dziś turystycznej, a niegdyś militarnej wizytówki przygranicznego miasta. To mieszkanie pełni funkcję nie tylko prywatnej kwatery mojej dobrodziejki, ale także głównej kwatery Polskiej Macierzy Szkolnej. Telefony w różnych sprawach, ale przede wszystkim dziękczynne za okazaną pomoc, w polskiej mowie, urywają się od samego rana. Drzwi nie zamykają się, co chwilę ktoś przychodzi, ktoś inny wychodzi – po prostu dom otwarty. Półki z książkami też wiele mówią o wartościach przyświecających domownikom. Trylogia, Pan Tadeusz, albumy poświęcone polskim sanktuariom. Ale przeważają pozycje traktujące o szeroko pojętych kresach. Na ścianach flaga Rzeczypospolitej, poza tym mnóstwo obrazów, medalionów i proporczyków z Janem Pawłem II. Podsumowując, tęsknota za krajem jest tu wszechobecna, a ludzie związani z Macierzą Szkolną próbują stworzyć choćby namiastkę „polskości” na terytorium Białorusi. Ale to nie pani Maria podczas moich pierwszych podróży po Białorusi była tłumaczem, przewodniczką i opiekunem zarazem. Marysia, bo tak jej na imię, to wnuczka pani Marii, a także encyklopedyczny przykład kosmopolitycznego stylu życia. Marysia ma rosyjski paszport, studiuje w Polsce, a pracowała swego czasu w Hiszpanii, ale wychowywała się na Białorusi, właśnie w Brześciu Litewskim. Brześć jest miastem, które poznałem pierwsze i może przez to mam do niego sentyment. Każdą wyprawę do kraju Łukaszenki rozpoczynam od Brześcia. Więc jest naturalne, że od tego miasta rozpoczynam też Białoruś dla początkujących.

Ktoś mógłby powiedzieć, że Białoruś to nie jest kraj dla numizmatyków. Nie to, żeby Łukaszenka znany z tego, że rządzi krajem twardą ręką, zakazywał takowego hobby, nic z tych rzeczy. Po prostu w niepodległej Republice Białorusi nigdy nie istniał i nie istnieje system monetarny – jedynymi środkami płatniczymi są banknoty. Niech więc was nie zmyli widok żebrzących na ulicach bezdomnych, którzy wymachują plikami rubli – nie jest to efekt życia w krainie mlekiem i miodem płynącej, gdzie jałmużnę daje się tylko w wysokich nominałach. Bilonu brak, a inflacja doprowadziła do tego, że – mówiąc pół żartem, pół serio – ruble białoruskie mogą służyć bardziej za pocztówki niż środki płatnicze, na każdym bowiem dostępnym nominale przedstawione są różne reprezentatywne budowle tego kraju. Na przykład na banknocie pięćdziesięciorublowym widnieje fragment zabudowań Twierdzy Brzeskiej. Jeśli ktoś był w Brześciu i Twierdzy nie widział – to nie widział nic.

Twierdza Brzeska zapisała się złotymi zgłoskami w radzieckiej historiografii bohaterską obroną w 1941 roku i w takim kontekście wszędzie o niej przeczytamy. Ale nie było to pierwsze zbrojne starcie, jakiego te mury obronne były świadkiem. Budowę twierdzy rozpoczęto w 1832 roku, co ciekawe, równolegle z budową warszawskiej cytadeli. Twierdza była koszarami żołnierzy carskich, następnie polskich, potem bolszewików, po nich hitlerowców, by koniec końców trafić w ręce radzieckie. A mimo całej tej zagmatwanej i ciekawej historii dzisiaj podkreślany jest tylko ten ostatni etap, dzięki któremu twierdza zdobyła tytuł „bohaterskiej”. Zresztą według wielu historyków akurat ten etap Wielkiej Wojny Ojczyźnianej nie miał większego znaczenia strategicznego. Ale kto by się tym przejmował, skoro miał i ma znaczenie propagandowe? Na czterech wyspach, leżących u zbiegu rzek Bug i Muchawiec, usytuowana jest linia murów z czerwonej cegły, które najbardziej przysłużyły się Związkowi Radzieckiemu w czasie natarcia wojsk niemieckich na Kresy Wschodnie. Wszystkie tablice i pomniki poświęcone są poległym w obronie twierdzy, a miejsc upamiętniających walki stoczone tu w latach 1941-44 jest po prostu mnóstwo. Tutaj bohaterska walka z wrogą ideologią jest podkreślana na każdym kroku i przy każdej okazji. Główną bramę wjazdową do kompleksu stanowi blok betonu, z którego wytrącono fragment mający kształt pięcioramiennej gwiazdy – symbolu armii czerwonej. Zimą, szczególnie po zmroku, gdy główne elementy twierdzy są oświetlone, panująca tu atmosfera jest naprawdę wyjątkowa. Kości przenika wschodni mróz, a przed naszymi oczyma wznosi się słusznych rozmiarów pomnik poświęcony bohaterom. Z głośników atakuje nas fraza: Wnimanje, wnimanje, gavarit Maskwa, gavarit Maskwa! Zaraz potem słyszymy jedną z bojowych pieśni w wykonaniu chóru armii radzieckiej. Niepowtarzalne. Ale twierdza to nie jedyna tutejsza atrakcja. Polecam odwiedzić też sąsiednie Muzeum Kolejnictwa. Design zabytkowych pociągów może przyprawić o zawrót głowy, maskę każdego stalowego potwora zdobi czerwona gwiazda, co akurat widzieliśmy już nie raz na filmach, ale… w niektóre gwiazdy wkomponowano piękny, kolorowy portret Lenina z profilu!

Wódz rewolucji na Białorusi jest wszechobecny, w Brześciu portrety namalowane na lokomotywach to nie jedyna pamiątka po Włodzimierzu Iljiczu. Jeśli będziemy jechać ulicą Lenina, to dojedziemy do placu Lenina, gdzie oczekuje nas pomnik… co za niespodzianka – Lenina. Lenin brzeski przedstawiony został w pozycji wyprostowanej, wskazującym palcem celuje w katolicki kościół Podwyższenia Krzyża Świętego. Dlaczego akurat ku temu budynkowi, w którego sąsiedztwie postawiono pomnik papieża Jana Pawła II (oczywiście ustępujący rozmiarem Włodzimierzowi), skierowany jest wzrok i palec Lenina? Teorii na ten temat powstało wiele, jedna z nich mówi o tym, że nie podoba mu się „polskość” kościoła. Inni zaś twierdzą, że wiecznie żywy przywódca bolszewików wcześniej był zwrócony w innym kierunku, ale zwrócił uwagę na miejscowego proboszcza, lubującego się podobno w kazaniach poruszających tematy polityczne (to akurat znamy z własnego podwórka), w których nie stroni od negatywnych opinii na temat Stalina, Lenina czy nawet samego Łukaszenki. A trzeba wiedzieć, że na Białorusi z powodzeniem zajmują oni pozycję św. Trójcy. Lenin obrócił się zatem, by pogrozić palcem księdzu, za to Łukaszenka jeszcze nie zareagował. No cóż, księża wierzą w cuda. Może dlatego ów odważny sługa Boży pozostaje jeszcze na wolności. Pomnik Jana Pawła II to nie jedyny polski akcent na terenie kościoła. U wejścia do świątyni umiejscowiono tablicę będącą niechlubną pamiątką po działaniach bolszewików w czasach, gdy Brześć leżał na terytorium II RP. Inskrypcja, dość niecodzienna, zwraca na siebie uwagę:

Z Bielawskich Zofja Jankowska/ żyła lat 57/ tragicznie zakończyła żywot w winnicy/ w nocy z 5 na 6 marca 1920 roku/ stojąc twardo i z bezgranicznem/ oddaniem się pomimo mąk i cierpień/ na stanowisku wzorowej/ żony matki Polki obywatelki.

Oprócz wyżej wymienionego wszelkie napisy na ścianach kościoła Podwyższenia Krzyża Świętego możemy odczytać jedynie dzięki znajomości białoruskiej mowy. Co zaś się tyczy języka, w jakim odprawiano mszę, w której akurat miałem okazję swego czasu uczestniczyć, to wszelkie formuły wypowiadano w języku białoruskim, ale już podczas kazania ksiądz zręcznie żonglował na przemian raz białoruskim, raz rosyjskim językiem.

Jak to naprawdę jest z tymi językami na Białorusi? Tu należy się słowo wyjaśnienia, ponieważ to kwestia u naszego wschodniego sąsiada istotna, a jednocześnie zadziwiająca. Oficjalnie, jako urzędowe, funkcjonują i mają równy status oba: białoruski i rosyjski. Trzeba przyznać, że generuje to lekkie lingwistyczne zamieszanie w sferze informacyjnej, czego przykładem jest chociażby komunikacja. Znaki drogowe w większości są po białorusku, ale już na przykład ostrzeżenia o skutkach zbyt szybkiej jazdy kierowane są do kierowców po rosyjsku. Bilety autobusowe, nabyte w kiosku, wydrukowane zostały w języku Maksyma Bohdanowicza, ale te kupione u kierowcy – w języku Aleksandra Puszkina. Cerkiew przychylna władzy oczywiście skierowana jest słowem ku wschodowi, a kościół katolicki, szczególnie na zachodnich ziemiach Łukaszenkowskiego kołchozu, podkreśla swą niezależność tym, że jego przedstawiciele havarjać, a nie gawarjat. Białorusina posługującego się ojczystym językiem poznamy po tym, że rzadko lub właściwie w ogóle nie słychać u niego twardej głoski „g”. Stąd na przykład jedna z teorii pochodzenia nazwy Hajnówka, miejscowości położonej u stóp Puszczy Białowieskiej, która jest dużym skupiskiem mniejszości białoruskiej w Polsce. Być może był to po prostu nowy gaj, który po procesie inwersji składniowej w ustach Białorusinów zabrzmiał właśnie jako Hajnołka. Sam Alaksandr Łukaszenka nie mówi poprawnie ani po rosyjsku, ani po białorusku. On mówi… po swojemu. A dokładniej posługuje się popularną traścianką – dialektem będącym połączeniem obydwóch języków, który filologów przyprawia o dreszcze, ale można go usłyszeć wszędzie, w miastach i na wsi. Do białoruskiego języka literackiego prezydent ma stosunek negatywny, czemu dał dowód, likwidując większość szkół z wykładowym językiem białoruskim. Wkrótce po dojściu do władzy ogłosił referendum, w którym jedną z propozycji było zrównanie statusu języków białoruskiego i rosyjskiego jako urzędowych. Wynik referendum okazał się pozytywny (wielu obserwatorów twierdzi, że wyniki zostały sfałszowane, ale według mnie akurat ta propozycja i tak zostałaby przyjęta), w praktyce język rosyjski stał się główną mową urzędową Białorusi, białoruski zaś uległ marginalizacji. Dziś klasa średnia zna ten język, lecz na co dzień się w nim nie porozumiewa, rozmowy po białorusku toczą ze sobą studenci, inteligencja, wieś i emigracja. Ale wśród mieszkańców miast czy większości młodzieży białoruski traktowany jest jako abstrakcja, relikt przeszłości, a nawet obciach. Ot, taki paradoks, że Białorusini nie mówią po białorusku.

Wróćmy na turystyczny szlak. W białoruskich miastach, w okresie letnim, tu i ówdzie możemy napotkać żółte, zardzewiałe beczkowozy przypominające betoniarki czy też pojazdy obsługujące oczyszczalnie ścieków lub jakieś zakłady chemiczne. Beczkowozy oznaczone napisem KBAC są unieruchomione i zazwyczaj pilnowane przez starsze panie. Jeśli tylko podarujemy takiej pani parę banknotów, ta odkręci zawór miedzianej beczki, z którego wprost do plastikowego kubka popłynie strumieniem coca-cola wschodu, czyli nic innego jak kwas chlebowy. Ten przypominający kolorem piwo napój doskonale gasi pragnienie i jest na Białorusi bardzo popularny. Jeśli ktoś jednak rygorystycznie przestrzega przepisów sanitarnych, zalecam wersję butelkowaną, dostępną w każdym sklepie spożywczym.

Wspomniałem już tu o piwie, a że – gdy mowa o wschodzie – alkohol jest tematem, który sam się narzuca, nie ma co dalej zwlekać, tylko zabrać się do tej kwestii wiszącej nade mną jak smog nad miastem.

Odwieczną prawdą jest, że Polacy i obywatele państw byłego bloku wschodniego mają alkohol we krwi i w historii, dzięki czemu ilość promili uznawanych w Europie za śmiertelną, Słowian nie dotyczy. My przy owej śmiertelnej dawce potrafimy dokonywać czynów zadziwiających i wiekopomnych, z czego zresztą jesteśmy głównie znani. W związku z tym raczej nie spodziewałem się, że na Białorusi zastanę rzeszę abstynentów. Jednak jeśli chodzi o ogólnikowe stwierdzenia dotyczące spożywania alkoholu, daleki jestem od wydawania jakichkolwiek sądów. A propos tego, który naród ma największe skłonności do butelki, przeprowadzono już setki, jeśli nie tysiące badań i ciężko powiedzieć, żeby którekolwiek z nich miało stuprocentowe potwierdzenie w praktyce. Bo też zmierzyć się tego chyba nie da. A osobiste obserwacje zawsze będą tylko osobistymi obserwacjami, które w dużej mierze zależą od tego, kogo spotkamy na swojej drodze.

Moje wyobrażenia dotyczące dyscyplin spirytualnych na Białorusi przed pierwszą samodzielną wyprawą w tamtym kierunku były mocno stereotypowe, więc jakież było moje zdziwienie gdy w ciepłe, letnie popołudnie w jednym z brzeskich parków zamiast chociaż drobnych oznak patologicznej libacji byłem świadkiem kulturalnego spożywania piwa w racjonalnych ilościach. Widok wyraźnie różniący się od tego, jaki przy podobnych temperaturach można spotkać w Polsce, wprawił mnie w osłupienie. Z tego tytułu przez pewien czas myślałem nawet, że Białorusini nie piją jakoś szczególnie dużo, tylko tyle ile Słowianom wypada, a i tak jest to alkoholizowanie się w innej kategorii, albowiem piją przede wszystkim piwo. Oczywiście czas spędzony za wschodnią granicą i kolejne napotkane tam osoby szybko zweryfikowały, jak ciężkiego kalibru była to bzdura. Wódka, samogon i koniak są wszędzie i skłamałbym, gdybym napisał, że ich obecność w kulturze Białorusinów nijak mi nie pomogła w zebraniu historii, które mogły się wydarzyć tylko w tym kraju. Ale o tym później, póki co warto się skupić na różnicach, które rzuciły mi się w oczy podczas pierwszych dni spędzonych w Brześciu.

Przede wszystkim piwo pije się tam z plastikowych butelek. Coś, co u nas kojarzy się z gorszą jakością trunku i kwotą oscylującą w granicach błędu kasjerki, tutaj ma swoich fanów nie tylko wśród zdeklarowanych alkoholików, a wręcz odwrotnie – jest o wiele bardziej popularne niż to w szklanym naczyniu. Po drugie, mimo że prawo, tak jak i nasze, zabrania spożywania alkoholu w miejscach publicznych, tutaj zwyczaj takiego spożywania piwa ma zbyt głęboką tradycję, by zmienić wieloletnie przyzwyczajenie jedną ustawą. Efekt tego jest taki, że poddani Łukaszenki mają to prawo w głębokim poważaniu. Poza tym warto podkreślić, że milicja akurat tego zapisu nie egzekwuje. Więc o czym w ogóle mowa? Grupki ludzi, wyposażonych w artefakty w złotym kolorze, można w Brześciu spotkać co krok m.in. w zielonym pasażu, łączącym dwie aleje: Kosmonautów oraz ukraińskiego poety Tarasa Szewczenki, (którego pomnik od niedawna stoi w Warszawie). Młodzi ludzie, modnie ubrani, z butelkami w rękach, wcale nie wyglądali na zmęczonych sytuacją polityczną czy na gnębionych przez system totalitarny. Ale byłoby to złudne i mylne przeświadczenie dotyczące życia młodzieży na Białorusi. Przynajmniej tej, która ma odwagę myśleć samodzielnie i nie boi się głosić swoich przekonań. Zresztą ci, którzy politykę mają w głębokim poważaniu, też nie czują się wybornie – większość czeka tylko na moment, w którym będą mogli uciec ze swej „kartoflanej republiki” do lepszego świata, jakim jawi się dla nich Moskwa, Petersburg lub Europa zachodnia czy chociażby Warszawa.

Wśród wielu spotkań na Białorusi miałem okazję poznać mnóstwo ciekawych ludzi, których historie mogłyby posłużyć za kanwę niejednej książki czy filmu. Jest też jedna osoba, której poznać mi nie było i nie będzie dane, a bardzo tego żałuję, mogłem bowiem obcować jedynie z jej obrazami, dokumentami jej dotyczącymi i biografią opowiedzianą przez najbliższych. Tą osobą jest nieżyjący już malarz Edward Kufko, jego biografię poznałem dzięki żonie Irenie, która przyjęła mnie i Marysię podczas jednego z letnich poranków, jakie spędzałem w Brześciu. Kufko na własnej skórze, być może bardziej niż inni, doświadczył tego, co znaczy życie u styku dwóch ustrojów totalitarnych. Jako żołnierz radziecki uczestniczył w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, stamtąd trafił do niewoli, do niemieckiego obozu koncentracyjnego. Zwycięstwo nad faszyzmem i wyzwolenie obozów pracy nie przyniosło mu jednak wolności, a jedynie zmieniło geograficzne położenie piekła, w jakim przyszło mu funkcjonować. W 1946 roku trafił na siedem lat do radzieckiego gułagu. Dopiero trzy lata po wypuszczeniu go z obozu, w 1956 roku, na fali poststalinowskiej odwilży, do której dał sygnał Chruszczow, oficjalnie go zrehabilitowano. „Rehabilitacja” jako rekompensata musi brzmieć śmiesznie po tylu latach życia w warunkach urągających człowieczeństwu i co więcej, nie tylko na terenie wroga, ale także we własnym kraju, za który się walczyło. Przeżycia związane z zetknięciem się z najciemniejszymi stronami stalinizmu i hitleryzmu w sposób oczywisty wpłynęły na twórczość Edwarda Kufki. Upodlenie, jakiego doznał człowiek ze strony systemów totalitarnych, jest motywem przewodnim większości jego obrazów, przy czym z każdego z nich bije niesamowity autentyzm, wyrażający ból. Czysty, nieskażony innymi uczuciami ból, co może służyć za całą biografię artysty, pomijając zbędne daty i fakty. Na szczęście talent Kufki został doceniony i jego obrazy można dziś obejrzeć w wielu galeriach czy prywatnych kolekcjach na całym świecie. On sam zmarł w 1998 roku, natomiast jego żona żyje w Brześciu i opowiada zainteresowanym historię męża, który zamiast swoje życie opisać, wolał je namalować.

Pani Irena Kufko mieszka w małym, stylowym domku na przedmieściach, mającym wystrój wnętrza charakterystyczny dla inteligencji. Sama uczyła przez kilkanaście lat gry na fortepianie, choć tego instrumentu nie posiadała. Za to w każdym pokoju mieści się biblioteczka z klasyką rosyjską, białoruską, ale i polską. Gospodyni przyjęła nas niczym własne wnuki i zaoferowała nie tylko mnogość materiałów dotyczących pracy artystycznej męża, ale także prawdziwy białoruski poczęstunek, w którego skład m.in. wchodził kompot z rokitnika. Smakowało to wspaniale, miało konsystencję karotki, a wytwarzane jest domowym sumptem z owoców przypominających jarzębinę z dodatkiem cukru. Chcąc się dowiedzieć czegoś na ten temat, usłyszałem, że ów pitny wynalazek można kupić na głównym targu. No a główny targ w Brześciu to już oddzielna kwestia.

Wyobraźmy sobie okrągłą budowlę, przypominającą nasz sejm w wydaniu mini. Wokół niego co parę kroków rozstawione są prowizoryczne stoiska, z których sprzedawane są gazety, a niektórzy sprzedawcy jeszcze w starym stylu wykrzykują co gorętsze nagłówki artykułów[3]. Wewnątrz panuje gwar, tłum i ciągły ruch. Mnóstwo stoisk, asortyment obejmuje praktycznie wszystko: nabiał, ryby, słodycze, mięso. Jeżeli chodzi o handlarzy, to mamy ich całą gamę. Od babuszek sprzedających dosłownie po dwa kwiatki, aż do właścicieli wąskich, ale pękających w szwach od towaru budek z całym zestawem batonów, chipsów, napojów itp. Tak prezentowała się pierwsza część zadaszonego bazaru. W części drugiej, baby przy kości, z włosami ufarbowanymi na wszelkie możliwe kolory, od różowego, poprzez fiolet, aż do dzikiego blond, sprzedawały leżące na ladach świeże mięso. Warunki sanitarne są dla mięczaków i urzędników! Tutaj surowa wołowina i wieprzowina leżą na ladach bez żadnego przykrycia tak, że każdy może ich dotknąć i nikt na to nie narzeka, a ekspedientki bezpardonowo walczą z zamarzniętymi częściami świni oraz krów, za pomocą noży i tasaków dokonując krwawej operacji podziału mięsa na oczach widza (pardon, klienta). Jeśli ktoś jest artystą w swym fachu, a panie z białoruskich targowisk do nich należą na pewno, to nawet z krojenia mięsa może zrobić widowiskową egzekucję. Ja jednak mimo tych igrzysk preferowałem bułeczki na ciepło z powidłami i kapustą (na Boga, oczywiście oddzielnie!). Następnie zaopatrzyłem się w dynię na targu owocowo-warzywnym, który stanowił trzecią część brzeskiego bazaru. Tu nie ma mowy o konserwantach i chemikaliach, termin „ekologiczne jedzenie” nie ma racji bytu. W takich miejscach wszystko jest ekologiczne.

Co się tyczy lokalnej społeczności Brześcia, to miałem tu dwa godne odnotowania spotkania. Do pierwszego doszło na prawosławnym cmentarzu na obrzeżach miasta. Byłem wówczas zajęty uwiecznianiem nagrobków pomalowanych we wszystkie kolory tęczy, których krzyże były powykręcane w różne strony, co sprawiało, że czułem się jak na cmentarzu… wariatów. To odczucie pogłębiła tylko scena, której na tejże nekropolii byłem świadkiem. Trzech panów wygodnie rozsiadło się wokół tablicy nagrobnej, która służyła za stół. Tamże szybko pojawiła się wódeczka (gruszkowa, pfu!), zagryzka (ogóreczki) i zastawa (plastikowe kubeczki), a panowie nie ociągając się, bez żadnych obrzędów (czyli konsumpcja nie miała charakteru religijnego) podjęli temat. Jak się później okazało, kolorowe nagrobki na Białorusi są powszechne, ale fanów picia na cmentarzu już mi się nigdy potem spotkać nie udało.

Do drugiego ciekawego kontaktu z miejscowymi doszło, gdy odwiedziliśmy z Marysią jedną z piękniejszych i najbardziej reprezentacyjnych świątyń Brześcia – cerkiew prawosławną pod wezwaniem św. Mikołaja. Co ważne, obiekt wizytowaliśmy w czasie nabożeństwa w środowe popołudnie. Jak łatwo się domyślić, taką porą, przy pięknej pogodzie większość wiernych w świątyni stanowią typowe babuszki, reprezentujące przedział wiekowy zdecydowanie ponademerytalny, a i tak obawiam się, że właśnie dokonałem silnego zabiegu odmładniającego.

Cerkiewne obrzędy zawsze mnie fascynowały i wydawały się, przez swoją specyfikę, o wiele bliżej sfery sacrum niż te w kościołach katolickich, w których uczestniczyłem od dziecka. Biorąc pod uwagę kapiące wręcz od złota wnętrze cerkwi (złoto w cerkiewnej symbolice oznacza niebo, więc niektórzy posługują się logiką, zgodnie z którą czym więcej cennego kruszcu w pobliżu, tym większe szanse na zbawienie) i potężny, zjawiskowy ołtarz, zapragnąłem właśnie w tej świątyni uwiecznić tutejsze obrzędy religijne. Obawiałem się, że może się to nie spotkać z przychylnością uczestniczących we mszy starszych pań, liczyłem jednak, że uda mi się wykonać kilka zdjęć z dala od zasięgu ich wzroku. Ktoś inny tej masy złączonej fanatyzmem mógłby się zlęknąć, ale ja pomyślałem, że niestraszny jest przecież tłum jedwabnych chustek dla człowieka, który pochodzi z kraju, gdzie jeszcze niedawno za całkiem silną oddolną inicjatywę kategorii politycznej uważano tak zwane moherowe berety. Wkraczamy zatem wraz z Maszą dziarsko do wnętrza. Pop podczas nabożeństwa stoi tyłem do wiernych, więc dostojnik cerkiewny raczej nie mógł stwarzać problemu. Wyciągam dyskretnie aparat fotograficzny i z wysokości brzucha staram się celować obiektywem w to, co wydaje się najciekawsze. Niestety, w pewnym momencie zostajemy zdemaskowani przez oddział ławkowy i w naszym kierunku automatycznie zostaje wysłany posłaniec jedwabnych. Ale nie boję się, bo niska, korpulentna pani jest wyraźnie pozytywnie nastawiona, na co wskazują małe, błyszczące oczy i szczery uśmiech rysujący się na pomarszczonej twarzy. Wygłasza ona nam wykład, który Marysia przetłumaczy mi dopiero później. Z tłumaczenia wyniknie, że z ust dewotki padły słowa: I tak już nie uzyskacie zbawienia, ale możecie wyłącznie obserwować, nic więcej. Nie znając wówczas jeszcze rosyjskiego, po reprymendzie uśmiechnąłem się, rzuciłem ciche przepraszam i schowałem powód zamieszania do futerału. Zamieszania, bo okazało się, że nie było to jedyne działanie, jakie podjął wobec nas krwiożerczy oddział. W czasie naszego odwrotu z boku kościoła wypadł prosto na nas sędziwy, ale krzepki staruszek z okrzykiem Kto tu fotografuje?, a towarzyszyły mu dwie jedwabne chusty-konfidentki. W sumie mogę przyznać, że struktury kółek różańcowych, choć tak często wyśmiewane, są silne nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Mają duchowych przywódców, charakterystyczne mundury i nakrycia głowy. Wszelkie działania opierają na silnej ideologii, bo choć z religią wielu próbowało walczyć, historia pokazuje, że jest to jednak zdecydowanie nieopłacalne. Babcie się organizują. Jak wojsko. To robi się niebezpieczne.