Białe drzewo - Katarzyna Manikowska - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 513 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Białe drzewo - Katarzyna Manikowska

Gdynia, rok 1991. Dziesiąty rok stanu wojennego. Świat pogrążony w smutku. Ludzie żyjący bez nadziei.

 

Profesor matematyki Przemysław Pakosz i Przemko z Wilczna, rycerz króla Łokietka. Gdzie i kiedy ich historie połączyły się ze sobą?

 

I co w tym wszystkim robią jednorożce?

 

Książka, którą trzymasz w ręku, otwiera drzwi do niezwykłego świata. Świata położonego Tuż-Obok i Kawałek-Dalej, na wschód od słońca i na zachód od księżyca. Świata oddalonego zaledwie o wyciągnięcie ręki, świata żyjącego nadzieją.

 

Powiedz „przyjacielu” i wejdź.

Opinie o ebooku Białe drzewo - Katarzyna Manikowska

Fragment ebooka Białe drzewo - Katarzyna Manikowska











Strona redakcyjna


0.

Et quoque aliquid
Ante postea

„My name is Duncan MacLeod, of Clan MacLeod. I was born in 1592 and from 1622 I am an Immortal”.

Pamiętacie to zdanie? Początek filmu „Highlander” z 1986 roku. Ładne jest, prawda?

Prawda.

To teraz moja kwestia:

Nazywam się Benedykt del Monte, chociaż przez pierwsze 65 lat mojego drugiego życia używałem nazwiska Andrzej Wilczeński. A jeszcze wcześniej, gdy żyłem po raz pierwszy, nosiłem imię Józefa S?rena.

Urodziłem się w 1953 roku, a gdzieś około 1683 stałem się Długowiecznym.

Mam już niemal czterysta lat.

Inaczej mówiąc – jestem elfem.

W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej byłem oficerem marynarki wojennej, z której z wyrokiem śmierci wyleciałem na zbity pysk. Odbyłem podróż poprzez czas i przeżyłem. Żyłem w siedemnastowiecznej Polsce i byłem jej królem. Abdykowałem, bo stałem się długowiecznym elfem.

Zwariowana historia.

Na początku oczywiście było Słowo, jak mówi Ewangelia. Na początku mojej – Benedykta – historii był profesor Przemysław Pakosz. Moja historia w ogóle nie zaczęłaby się opowiadać, gdyby najpierw nie opowiedziano historii Przema.

Przemo: matematyczny geniusz, twórca teorii podróży poprzez czas. Człowiek, dzięki któremu żyję. Człowiek, dzięki któremu stałem sie Długowiecznym, dzięki któremu jestem elfem.

Przemo. Zacznijmy zatem od Przema.


1.

Gdynia. Dużo wcześniej

– Co się stało, Przemo?

– Co się miało...

– Mało mnie nie zabiłeś, tak machałeś rękami. I popatrz, jesteś cały spocony.

– Sen chyba miałem jakiś... Partia mi się śniła.

– Cała?! Jezus.

– Całej bym nie przeżył, nawet we śnie. O rety.

– Wstajesz już? Piątej nie ma...

– Zrobię Zośce śniadanie i pojadę do instytutu. Chyba już nie zasnę. Poleż sobie jeszcze, Martuś.

Co za sen.

Co ja wczoraj robiłem, że takie głupoty mi się śniły?

Wymiary przestrzeni liczyłem. Cztery. Muszą być cztery, trzy to za mało...

Może zjadłem za ciężką kolację?

Kolację nie zjadłem, na czorta mi kolacja? Śniadanie dla Zośki zrobić, aha, żebym nie zapomniał. I kanapki do szkoły.

Ser żółty?... Wczoraj jakiś był... Ktoś zeżarł i zostały same dziury. Gdzie one są?

Poszły w czwarty przestrzenny?

No przecież mówię, że musi być czwarty wymiar przestrzeni, musi, bo mi się równania nie domkną...

Papier śniadaniowy też wyszedł? Epidemia jakaś... Jest.

Cztery wymiary przestrzeni. I czas.

Czas.

Aha... tylko w jakiej postaci?... jak go doliczyć?...

Czas też ma więcej wymiarów. Zaraz... zaraz...

Ołówek.

– Mmm... tatuś?

– Ołówka szukam... przepraszam cię, córcia...

– W piórniku. Czekaj, nie tam... o, masz.

– Przepraszam, śpij...

– Liczyłeś coś? Pokaż.

– Czas ma więcej wymiarów, Zochna. Musi mieć. Bo inaczej, no zobacz sama, równania mi się wewnętrznie kłócą... no patrz...

– Nie na papierze śniadaniowym, tatuś! Przyniosę ci kartkę... weź choćby tę.

– Twój zeszyt?

– Weź, prawie nie zapisany. Zrobić ci kanapkę?

– Zaraz ci zrobię, Zochna, tylko... poczekaj... zapiszę...

– Może być z twarogiem?

– ...

– Tatuś?

– ...

– Czyli musi być z twarogiem.

Wychodząc z prymarnego wierzchołka grafu skierowanego... z korzenia... no oczywiście, że to musi być drzewo... graf acykliczny i spójny, oczywiście... czy na pewno spójny? Poczekaj... potrafisz to napisać? Sprawdź tę spójność... Może wystarczy wyjąć jedną z krawędzi i nie będą ci się śniły takie sakramenckie głupoty jak dzisiaj? Jakie skutki dla drzewa czasu będzie miało usunięcie którejkolwiek z krawędzi?...

– Tatuś? Zjedz tę kanapkę. Co ci się śniło?

– Co?

– Co ci się śniło, pytałam. Coś fajnego?

– Przeraźliwie głupiego, córcia. Partia mi się przyśniła, aż się z wrzaskiem obudziłem i wystraszyłem Martę.

– Opowiesz?

– Ale to straszne głupoty były.

– Powiedz, pośmiejemy się razem.

– Ale to głupie... takie głupie, że aż się wystraszyłem.

– Tym bardziej powiedz. Dobra kanapka?

– Pewnie... W sumie to ja miałem ci zrobić śniadanie.

– Ty liczyłeś. Opowiedz swój sen, tatuś, no proszę...

– Syna miałem.

– A ja brata?

– No właśnie nie, Zochna, ciebie tam nie było. Dziwnie to wszystko wyglądało, jak to we śnie. Jakby w jakichś dawnych czasach, ale zabij, nie wiem jakich. No i miałem tego syna, takiego trochę młodszego od ciebie, ze dwanaście lat? czternaście? I wiedziałem, że powinienem go zmusić, żeby przeczytał Tolkiena. Całego, i to szybko.

– Po co? I czemu sam nie chciał czytać?

– A żebym ja to wiedział!... Wiem, że strasznie ważne to było, żeby przeczytał. I nie mogłem go namówić, nie i koniec. I wiesz, kto mi pomógł?

– No kto?

– Przyjaciel. Mój najlepszy przyjaciel, super kumpel, taki, że konie moglibyśmy razem kraść, rozumiesz?

– Aha, aha... kto to był? znam go?

– Na szczęście nie.

– Dlaczego na szczęście? Kto to?

– Pierwszy sekretarz KW PZPR w Gdańsku, córcia.

– O Jezu.

– No właśnie. Moim najlepszym przyjacielem był w tym śnie pierwszy sekretarz komitetu wojewódzkiego! I jeszcze syna mi pomagał wychowywać... Dziwisz się, że się z wrzaskiem obudziłem?

– To ja ci zrobię kakao, tatuś. Chcesz? Zostało jeszcze trochę po świętach.

– Pytanie...

– Kocham cię, tatuś.

– Ja ciebie też, córcia.


2.

Gdynia, wiosna 1991

– Pan profesor raczy żartować, prawda?

– Nie, panie sekretarzu. Nie raczy.

Witold Rychert, I sekretarz Komitetu Miejskiego PZPR w Gdyni, zamilkł. Z konsternacją wpatrywał się w swojego rozmówcę, drobnego i kruchego, pełnego wewnętrznej siły profesora Pakosza. W tej chwili Pakosz właśnie – na zimno, spokojnie, absolutnie nie tracąc panowania nad sobą – zaczynał się wściekać.

– Ale panie profesorze, mimo wszystko, jeśli można...

– Nie można. – Pakosz wstał sprężyście, pełnym stanowczości ruchem dosunął krzesło do stołu. – Żegnam pana.

Odwróciwszy się na pięcie, ruszył do wyjścia. Rychert nie wytrzymał: poderwał się za nim, z hukiem przewracając swój stołek. Dogonił Pakosza tuż przy drzwiach.

– Panie profesorze...

Pakosz posłał mu jedno jedyne, ostre spojrzenie spod gniewnie ściągniętych brwi. Rychertem aż zachwiało. Położył dłoń na klamce.

– Pożegnałem już pana, prawda? – spytał cichutkim, mroźnym głosem profesor. – Ma mi pan coś jeszcze do powiedzenia?

– Mam prośbę – stęknął Rychert. – Niechże pan nie wychodzi, proszę.

Pakosz czekał, zaplótłszy ręce na plecach, z nieskończoną cierpliwością wpatrując się w obite dermą drzwi. Rychert odetchnął głębiej.

– Bo panie profesorze – zaczął niemal płaczliwie. – Bo ja rozumiem, że nie do końca podziela pan nasze... eee... poglądy...

– W ogóle ich nie podzielam – warknął Pakosz. – Dalej proszę.

– Gdyby jednak zmienił pan zdanie...

Błąd! Pakosz fuknął i bez słowa wyciągnął rękę w stronę klamki. Rychert czuł, że koszulę na plecach ma już zupełnie mokrą.

– Przepraszam, źle się wyraziłem...! Gdyby zmienił pan zdanie nie co do naszych... swoich... Jezu. Poglądów...

– Jezusa też proszę zostawić w spokoju, razem z moimi poglądami na pańską partię i pański socjalizm. – Obrócił się twarzą do sekretarza, wciąż lodowato wściekły. – Krótko proszę. Czego oczekują ode mnie pańscy mocodawcy?

– Gdyby pan profesor może zechciał spocząć?...

– Nie zechcę. Słucham.

Rychert czuł, że zaczyna się dusić.

– Oczekują... oczekujemy – starał się mówić spokojnie i z rozwagą – że weźmie pan udział w przedsięwzięciu... naukowym przedsięwzięciu... o którym zacząłem mówić.

Pakosz nabrał w płuca powietrza i wypuszczał je powoli, jakby całą siłą woli powstrzymując wybuch.

– Co do samego przedsięwzięcia, panie sekretarzu, zdołaliśmy już osiągnąć porozumienie, o ile pamiętam – mówił powoli, artykułując głoski tak wyraźnie, jakby mówił do dziecka. – Powiedziałem, że wezmę w nim udział. Dalej proszę.

– Nie mogę wyrazić zgody na pańskie żądania, panie profesorze, z całym szacunkiem nie...

– Skoro pan nie może, to proszę zawołać tu kogoś, kto może. – I znowu odwrócił się do Rycherta plecami. Ten stęknął z cichą rozpaczą.

– Nie dlatego nie mogę, że nie mogę, tylko dlatego, że...

– Że pan nie chce. To też już ustaliliśmy. Proszę więc przyjąć do wiadomości, że dopóki pan nie zechce chcieć, ja nie zechcę móc. Przyjął pan?

– Eee... Tak.

– Więc, powtarzam: w eksperymencie wezmą udział wszyscy, którzy wyrażą taki zamiar. Wszyscy, panie sekretarzu, to kwantyfikator ogólny. Nie szczegółowy. Czy to jasne?

– Tak, panie profesorze.

Pakosz posłał mu przeciągłe, chłodne spojrzenie spod niedowierzająco uniesionych brwi. Rychert zakręcił się jak uczeń, którego przyłapano z nieodrobionymi lekcjami.

– Ja rozumiem, wszyscy, panie profesorze, ale...

– Na pewno pańscy mocodawcy mają jakieś listy, wykazy czy akta. Mają?

– Sądzę...

– Pańskie sądy mnie nie interesują, panie sekretarzu! Mają?

Rychert żałośnie pokiwał głową.

– Więc zaprosicie do udziału w eksperymencie wszystkich, którzy znajdują się na tych listach. Nie sądzę, żeby było ich wielu. Większość z nas wymordowaliście przecież w osiemdziesiątym dziewiątym.

– My nie...

– Wy tak. Przyznaję, że udało wam się zdezintegrować i de facto unicestwić opozycję. – Przez moment Rychert miał wrażenie, że profesor zgarbił się i osłabł, ale natychmiast znowu przygwoździło go ostre spojrzenie zza szkieł okularów w niemodnych prostokątnych ramkach. – Ale o tym nie będę z panem rozmawiał. Powiedziałem: wszyscy opozycjoniści z waszych list proskrypcyjnych, to raz. Więźniowie polityczni, to dwa. Tyle. Czy to jasne?

– Jasne... tylko...

Pakosz zdjął okulary i pełnym znużenia gestem potarł powieki.

– Do jasnej cholery, panie sekretarzu komitetu partyjnego. Czy jest pan aż takim idiotą, czy raczej usiłuje pan ze mnie robić kretyna? Mówię do pana po polsku, cały czas w prostej, potocznej polszczyźnie, właściwej dla pańskiej sfery. Nie używam wyrazów obcych ani zwrotów obcojęzycznych. Z pańskiego zachowania wynika, że moja wypowiedź nie jest dla pana niezrozumiała. Więc ile jeszcze razy, panie partyjny sekretarzu, mam powtarzać?

– Ja...

– Będzie pan łaskaw chwilowo zamilknąć. Pańscy komunistyczni mocodawcy są zainteresowani uruchomieniem temporalnych transferów... czy też podróży w czasie, jeśli to sformułowanie łatwiej panu przyswoić. Pańscy komunistyczni mocodawcy mają świadomość, że bez moich wyliczeń mogą zbudować co najwyżej szpadel, nie maszynę czasu. Zgodziłem się te wyliczenia udostępnić, zgodziłem się sam zostać pasażerem tej maszyny, co pańskim mocodawcom daje jedyną szansę definitywnego pozbycia się ze świata żyjących resztek opozycji. W zamian zażądałem, aby w podróż mogli się wraz ze mną udać wszyscy ci, którzy zechcą, a których i tak macie na swoich listach albo w swoich więzieniach. Czego tym razem nie potrafi pan zaakceptować?

– Politycznych! – skorzystał z okazji Rychert. – To naprawdę nie w mojej...

Pakosz spokojnie skinął głową.

– Więc powiadomi pan swoich mocodawców i uzyska ich zgodę. Naprawdę nie obchodzi mnie, jak pan tego dokona. Przedtem proszę nie zawracać mi głowy. Szkoda mojego czasu na jałowe pogawędki. Jak już będzie pan tę zgodę miał, przystąpimy do pracy. A teraz żegnam.

Odwróciwszy się plecami do Rycherta, nacisnął klamkę i wyszedł, zanim sekretarz zdążył zareagować. Chwilę jeszcze słychać było na korytarzu stanowcze stukanie jego obcasów, a potem drzwi zamknęły się z trzaskiem i gruba derma wytłumiła kroki.

– Chryste Panie! – niemal załkał Rychert. – Jezusie Chrystusie!...

Miał niejasne przeczucie, że jako ateista nie powinien wzywać na pomoc osoby boskiej, lecz nie potrafił sobie jakoś wyobrazić skutecznej inwokacji do Lenina czy Stalina.

Niech diabli wezmą Pakosza, pomyślał jeszcze, a potem sięgnął po słuchawkę czarnego telefonu.


3.

Szedł powoli w stronę skrzyżowania Władysława IV i 10 Lutego. Myślał, że chyba miałby ochotę podjechać jeszcze dziś do Instytutu, zostawić Joannie i jej doktorantom trochę roboty na jutro. Na świat powoli zaczynała wyglądać mokra, wietrzna nadbałtycka wiosna. Dociągnął mocniej węzeł szalika i postawił kołnierz płaszcza. Wiało. W Gdyni wiało zawsze. Wiatr swobodnie przebiegał szerokie wąwozy ulic, wspinał się na czerniejące za torami wzgórza i zeskakiwał z powrotem na plecy miasta. Wiatr był dobry.

Minął szary, pokaleczony przestrzelinami budynek PLO. Na ścianie znowu ktoś odważył się namalować w nocy jakiś symbol, teraz oczywiście już zapaćkany świeżą farbą stalowego koloru. Machinalnie odkłaniał się znajomym. Teraz dopiero, dochodząc już do dworca kolejki, zaczynał się zastanawiać, czy aby nie przeszarżował. Rychert był idiotą, to fakt. Był tępym aparatczykiem z awansu z prawdopodobnie wieczorową maturą (jeśli w ogóle z maturą, pomyślał cierpko; ukłonił się doktorowej Korczyńskiej). Rycherta łatwo było zapędzić w kozi róg. Ale teraz, wiedział już, Rychert zadzwoni po kogoś sprytniejszego, inteligentniejszego i zdecydowanie wyżej postawionego. Tego zresztą Pakosz chciał: miał świadomość, że cały ten zwariowany temporalny eksperyment musi zyskać akceptację Komitetu Centralnego, jak nie gorzej. Nie miał cierpliwości przebijać się przez kolejnych miejskich i wojewódzkich sekretarzy, tłumaczyć im rzeczy, których i tak nie chcieli przyswoić. Im szybciej, myślał, zawezwą go na spotkanie z kimś mającym prawo podejmować decyzje, tym lepiej.

Wszedł do obskurnego budynku dworca podmiejskiego, po wyślizganych schodach wdrapał się na odsłonięty peron. Wiatr uderzył z boku i niemal odebrał mu oddech. Odwrócił się twarzą w stronę wzgórz, szukając iluzorycznego schronienia za ażurową konstrukcją osłaniającą schody. Zegar pokazywał trzy minuty do odjazdu kolejki. Daleko po prawej, na wysokości przystanku Gdynia Stocznia, widać już było okrągłe żółte ślepia nadjeżdżającego pociągu.

Zastanawiał się, czy nie powinien był w ogóle odmówić zgody na udział w eksperymencie, czy błędem – teraz już nieusuwalnym – nie było samo podjęcie rozmów z władzami. No ale podjął je, zaczął rozmawiać, na koniec wreszcie wyraził zgodę. Wydawało mu się wtedy – teraz zresztą nadal był tego samego zdania – że lepiej próbować uratować choć kilkanaście, kilkadziesiąt osób, niż bezwolnie pozwolić wszystkich po kolei wyłapać, pozamykać, zneutralizować. Nie był typem wojownika, nie uśmiechała mu się walka dla samej walki. Wolał tak dobierać środki, by mieć chociaż cień nadziei na zwycięstwo. Czynny opór, choć niewątpliwie bohaterski, wydawał mu się jałowym, bezsensownym marnotrawstwem sił i ludzi. Dwa lata temu można jeszcze było mieć nadzieję, dzisiaj już nie. Dzisiaj zbyt wielu dobrych ludzi już nie żyło, inni siedzieli w więzieniach, nielicznym udało się uciec za granicę albo ukryć w kraju. Dzisiaj, po wypadkach wrześniowych osiemdziesiątego dziewiątego, nie było już na nic nadziei. Nie tutaj. Nie pod tym niebem.

Wsiadł do przegrzanej kolejki, rozpiął płaszcz i usiadł. Myślał, że trzeba się będzie na chwilę wcielić w Konrada Wallenroda i jeśli już nie rozwalać zakonu krzyżackiego od wewnątrz, to przynajmniej sobie i paru innym osobom otworzyć szansę ucieczki poza krawędź świata, poza granice czasu. Wiedział, że w ciągu kilku miesięcy zdoła doprowadzić do końca teoretyczne wyliczenia. Wiedział też, że maszyny czasu – komputera transferującego – sam zbudować nie zdoła. Był matematykiem teoretykiem, nie inżynierem informatykiem. Zresztą tego rodzaju urządzenia w domu ani w stodole za pomocą młotka, sznurka i śrubokręta zbudować się nie da. Do tego potrzeba potężnego zespołu, całej wielkiej logistyki, surowców i sprzętu, który do zwariowanego przedsięwzięcia aportem postanowiła wnieść Polska Zjednoczona Partia Robotnicza – z sobie tylko wiadomego, chytrze ukrywanego przed maluczkimi powodu. Powodu, którego Pakosz oczywiście się domyślał, i który nawet akceptował. Chcą pozbyć się resztek opozycji, a jednocześnie wejść w posiadanie maszynerii? Proszę bardzo. Wejdą. Będą się nią mogli bawić... przez chwilę. Bo przecież celownik tego rodzaju machiny nie jest czymś, co można raz na zawsze ustawić i zablokować. Pakosz przeczuwał – te równania wciąż jeszcze czekały na rozwiązanie – że po każdym użyciu urządzenie trzeba będzie na nowo kalibrować, ustawiać, wycentrowywać... jakkolwiek to zresztą nazwać. Centrować kolejnymi ciągami skomplikowanych równań, podstawiając jako zmienne probabilistycznie przybliżone rozwiązania funkcji: wiedział, że zapanowanie nad kwantowymi fluktuacjami równań przekracza nawet jego możliwości. Tyle że on potrafił kontrolować równania intuicyjnie, jeśli już nie intelektualnie, balansować nimi jak linoskoczek ciałem – poza nim nie umiał tego nikt inny. Nie na tym poziomie przynajmniej.

Kolejka dojeżdżała już do Wzgórza Nowotki. Pomyślał, że szkoda zmarnować dwadzieścia minut podróży i z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyjął sfatygowany notatnik z zatkniętym za okładkę ołówkiem. Sekundę później otoczyły go równe, przyjazne rządki cyfr i matematycznych symboli. Zanurzył się w nich z autentyczną radością, umościł pośród ciepłego bezpieczeństwa równań, uporządkował ostatnie wyliczenia i ruszył dalej, ku funkcjom falowym, ku intrygującej niedookreśloności rachunku perturbacyjnego, ku fascynującym głębinom prostego z pozoru równania Schrödingera.

Wokół nagle zrobiło się ciemno. Zaskoczony podniósł głowę, mrugając oczami, patrzył na osłonięty niskim zadaszeniem peron w Oliwie. Dopisał jeszcze dwa wersy równań, a potem z żalem zamknął notesik: na Przymorzu musiał już wysiąść i pieszo dojść do instytutu. Uśmiechnął się przyjaźnie do podglądającego go z lewej człowieczka w wełnianej czapce. Ten natychmiast odwrócił wzrok. Nie szkodzi, myślał schodząc z peronu, niech podgląda. I tak na pewno nic nie rozumie.

Szedł na skróty przez rozmiękłe błoto, zostawiwszy za sobą niski, brzydki budynek rektoratu. Odkłaniał się studentom. Próbował przypomnieć sobie rozkład zajęć Joanny, doktor Grabowskiej, poprawił sam siebie. Ćwiczeń chyba nie miała, środa dzisiaj... konsultacje? Nie pamiętał. Najwyżej, postanowił, zostawi jej notatki w szufladzie. Jutro po południu powinna mu oddać rozwinięte już rozwiązania. Wykonywała za niego żmudną, nieefektowną analityczną robotę i zdawała się znajdować w tym autentyczną przyjemność. Wdzięczny był Opatrzności za mądrość i lojalność młodej współpracownicy.

Jego myśli znów podryfowały ku kwantowej teorii pola i przestrzennym wymiarom czasu. Uśmiechał się łagodnie, wchodząc przez oszklony wiatrołap do budynku instytutu. W tej chwili nawet wszyscy komuniści świata nie byliby w stanie wyrwać go ze stanu delikatnego, cichego matematycznego zachwycenia.


4.

Dwa tygodnie później odwiedzili go niezapowiedziani, nieoczekiwani i niemili goście: podjechali na podwórko luksusowo lśniącym, czarnym samochodem o jednoznacznym wyglądzie, eskortowanym przez dużo skromniejszego milicyjnego poloneza. Chwilę później naciskali już guzik dzwonka.

Nie miał nawet cienia wątpliwości: ruchem ręki powstrzymał idącą już przez przedpokój córkę, podniósł się z fotela i sam otworzył drzwi.

– Obywatel Przemysław Pakosz? – spytał wyższy z dwóch ubranych po pseudocywilnemu osiłków. Profesor sięgał mu mniej więcej pod pachę. Zadarłszy głowę, zmierzył osiłka lodowatym spojrzeniem:

– Ma pan szansę zacząć tę scenę jeszcze raz – warknął. – No? Proszę.

Tajniak patrzył na niego nic nierozumiejącym wzrokiem. Drugi nerwowo zakołysał się na piętach.

– W Polsce rozmowę zaczyna się od słowa „dzień dobry” – podpowiedział im Pakosz. – Słucham zatem.

– Dzień dobry – bąknął skonsternowany tajniak. – Obywatel?...

– Teraz moja kwestia, proszę pana – osadził go chłodno profesor. – Dzień dobry. Czym mogę panu służyć?

– Obywatel?... – zaczął po raz trzeci mężczyzna.

Pakosz westchnął i ze znużeniem pokręcił głową.

– Źle, panie kolego, znowu źle. Nie opanował pan swojej roli, jak widzę. Proszę wrócić, jak już się jej pan nauczy. Do widzenia.

I zatrzasnął milicjantowi drzwi przed nosem, modląc się w duchu, żeby tamten nie zdążył zablokować ich stopą. Nie zdążył.

Oparł się o sklejkową płycinę, poszukał wzrokiem córki. Uśmiechnęła się, dodając mu otuchy, ale widział, że też jest wystraszona.

– Przeszarżowałem – mruknął.

Nieznacznie wzruszyła ramionami.

– A, najwyżej.

Trzasnęły drzwi od klatki, potem na schodach zaszurały ciężkie kroki. Jeden człowiek, raczej mężczyzna niż kobieta.

Dzwonek.

Odczekał chwilę, na pocieszenie uścisnął chłodną dłoń Zośki. Potem otworzył.

– Dzień dobry. – Na podeście stał niewysoki, pulchny mężczyzna w średnim wieku, z kapeluszem w jednej i skórzaną teczką w drugiej ręce.

– Dzień dobry.

– Przepraszam za najście – recytował grzecznie mężczyzna, a w oczach coś mu kpiąco pobłyskiwało. – Nazywam się Romuald Lasoń i chciałbym pana profesora prosić o kilka minut rozmowy.

– Gdańsk czy Warszawa?

– Gdańsk z pełnomocnictwami z Warszawy. – Lasoń nie dał się zbić z pantałyku. – Czy...

– Ależ teraz moja kwestia, nieprawdaż? – Brwi Pakosza lekko uniosły się do góry.

– Przepraszam. – Mężczyzna zamarkował ukłon. Pakosz z satysfakcją skinął głową.

– Zamierza mnie pan zaprosić na rozmowę do jakiegoś lokalu w mieście?

– Prawdę mówiąc nie. Chyba że pan profesor wyrazi taką chęć, wtedy oczywiście jestem do pańskiej dyspozycji.

Pakosz cofnął się w głąb przedpokoju.

– Proszę wejść.

Lasoń starannie wytarł nogi na wycieraczce. Zerknąwszy z ukosa na gospodarza, zrezygnował z zamiaru zdjęcia butów. Ściągnął rękawiczki i płaszcz – pod spodem miał całkiem przyzwoity garnitur – i odwiesił kapelusz.

– Proszę. – Pakosz wskazał mu fotel przy niskim stoliku ze szklanym blatem. – Herbaty?

– Z przyjemnością, dziękuję.

Słyszał, że Zośka już krząta się w kuchni. Usiadł na sąsiednim fotelu.

– Słucham pana.

– Chciałby pan obejrzeć moje dokumenty i pełnomocnictwa? – Dłoń Lasonia powędrowała do wewnętrznej kieszeni marynarki, ale Pakosz zaprzeczył ruchem głowy. – Pan profesor oczywiście wie, co mnie tu sprowadza?

– Oczywiście wiem. Przywiózł pan zgodę na moje warunki.

Lasoń odchylił się w fotelu.

– Ehm, niezupełnie.

– No cóż, to przykre, że fatygował się pan na próżno.

– Może jednak nie.

Zamilkli. Zośka zręcznie rozstawiła fajansowe kubki i talerzyk z ciasteczkami z maszynki. Potem cofnęła się do kuchni. Pakosz wiedział, że bardzo uważnie będzie słuchać ich rozmowy, w każdej chwili gotowa interweniować. Uśmiechnął się i złożył palce w piramidkę. Czekał.

– Panie profesorze. – Po twarzy Lasonia też błąkał się półuśmiech. – Na początek chcę pana zapewnić, że udzielono mi naprawdę bardzo szerokich pełnomocnictw. Oznacza to, że dzisiaj, tu i teraz, możemy i powinniśmy podjąć ostateczną decyzję co do dalszych losów eksperymentu...

– Nie my – wtrącił czujnie Pakosz. – Pan.

Tamten zrobił zdziwioną minę, ale Pakosz nie dał się nabrać. Nasypał cukru do kubka i wolno zamieszał, potem pił gorący płyn małymi łykami.

– Powiem więcej, panie profesorze – podjął wreszcie Lasoń. – Warunki, które pan przedstawił towarzyszowi Rychertowi, są dla moich, ehm, mocodawców całkowicie do przyjęcia. Muszę jednak, zanim podejmę decyzję, uzyskać od pana pewne dodatkowe wyjaśnienia. Mogę pytać?

– Słucham.

– Zażądał pan, aby o chęć wzięcia udziału w eksperymencie zapytano wszystkich dysydentów oraz tak zwanych więźniów politycznych. Jak pan sobie wyobraża realizację tego postulatu?

Pakosz wstał, wyszperał ze stosu papierów na regale dwie zapisane na maszynie, spięte metalową zszywką kartki i podał je Lasoniowi.

– Proszę to powielić lub przedrukować w odpowiedniej liczbie kopii – rzekł, siadając. – Proszę wręczyć po egzemplarzu każdej z osób zaproszonych do udziału. Zawarłem tu podstawowe informacje na temat projektu. Proszę oczywiście sprawdzić, czy są one dla pańskich mocodawców akceptowalne, ale wszelkie zmiany proszę skonsultować ze mną.

– Oczywiście. – Lasoń pobieżnie przejrzał maszynopis i włożył kartki do teczki. – Co z osobami, które mimo wszystko nie wyrażą zgody?

– Z tymi sam będę chciał rozmawiać.

– Nie ufa nam pan?

– Oczywiście, że nie.

Lasoń uśmiechnął się nieznacznie, jakby właśnie tego się spodziewał.

– Zgoda i na to, panie profesorze. A jeśli tych... niechętnych będzie bardzo wielu?

– Poproszę wtedy kogoś ze znajomych o pomoc. Jak rozumiem, sam mechanizm pan akceptuje.

– Tak, oczywiście, że tak. Wygląda bardzo rozsądnie.

– Cieszę się. Co dalej?

Lasoń otworzył swoją teczkę, chwilę w niej szperał, wreszcie wyjął plik spiętych zszywaczem kartek. Podał go przez stół Pakoszowi. Ten nie wziął. Złożywszy palce w piramidkę, z dystansem przyglądał się rozmówcy.

– Zechce pan profesor przejrzeć tę listę. – W głosie Lasonia po raz pierwszy zabrzmiał jakby cień zniecierpliwienia. – To spis wszystkich, hm, potencjalnych kandydatów do podróży.

– Tak? I co dalej? – Palce Pakosza zawisły o kilka centymetrów od dokumentu. Lasoń podniósł się, aby łatwiej podać profesorowi kartki.

– I w miarę możności zechce pan uzupełnić ten spis.

Pakosz cofnął rękę. Przyglądał się Lasoniowi spod zmrużonych powiek. Ten ciężko klapnął z powrotem na fotel.

– Nie będę niczego przeglądał, panie Lasoń, i tym bardziej niczego nie będę uzupełniał – rzekł profesor swoim specjalnym, cichutkim i skrzącym się od mrozu głosem. – Proszę to zabrać.

– Nie ukrywam, że bardzo by nam to ułatwiło...

– O, nie wątpię.

Zapadło ciężkie milczenie.

– Jeśli kogoś pominęliśmy?... – próbował jeszcze Lasoń.

– Tym lepiej – uciął profesor. – Dalej proszę.

Lasoń chrząknął i schował papiery do teczki. Zajrzał do kubka z herbatą.

– Przejdźmy teraz do kwestii technicznych, panie profesorze. Kurtka na wacie, ja nie jestem matematykiem, więc pewnie będę gadał straszne głupoty...

– Kurtka na wacie? – zdziwił się uprzejmie Pakosz. – Intrygujące sformułowanie. Czy to jakieś zaklęcie?

Lasoń zarumienił się po same uszy.

– Przepraszam, panie profesorze, przepraszam! Wyrwało mi się, kolokwializm taki...

– Rozumiem. – Pakosz chłodno skinął głową, przyjmując przeprosiny. – Proszę kontynuować.

– O ile rozumiem – podjął speszony Lasoń – jest pan skłonny zgodzić się na układ, w którym pan udostępnia swoje... eh... wyliczenia i równania, my na ich podstawie i przy pańskiej współpracy budujemy komputer transferujący, pan go uruchamia, obsługuje, następnie sam staje się pierwszym pasażerem. Tak?

– Niezupełnie, chociaż w ogólnych zarysach tak. Po pierwsze, moja współpraca obejmuje jedynie kwestie ściśle związane z funkcjonowaniem komputera, nic więcej i nic ponad. Tak?

– Nieprecyzyjnie się wyraziłem, przepraszam. Tak.

– Po drugie, do obsługi komputera trzeba będzie przeszkolić sporą grupę ludzi. Matematycznie mogę się tego podjąć, inżyniersko nie. Nie umiem. Jestem teoretykiem, panie Lasoń, nie praktykiem.

– W tych tematach mogę zadeklarować naszą najdalej idącą pomoc.

– Dobrze. Po trzecie, najpierw wysyłam w głąb kontinuum wszystkich, którzy zdecydują się... hm... polecieć ze mną, dopiero na końcu startuję sam.

– Proszę wybaczyć, panie profesorze: to ważne?

– Kolejność? Tak. Wyłożyć panu zasady transferów poprzez czas?

– Może nie teraz – spłoszył się Lasoń. – Przyjmuję pańską deklarację. Dla nas, panie profesorze, kolejność nie ma znaczenia, byleście wynieśli się stąd wszyscy.

– I słusznie... Wyniesiemy się, to mogę panu obiecać. Definitywnie i nieodwołalnie. Bezpowrotnie. Tak jakbyśmy poumierali, a nawet lepiej, bo zrobimy to dobrowolnie.

– Nie rozumiem tej definitywności, proszę wybaczyć. Mówimy o podróżach w czasie. Co wam zabroni tak ustawić... eee... celowniki – Pakosz aprobująco skinął głową – ...żebyście wylądowali chwilę przedtem? Boże. Zaplątałem się. Kurtka... przepraszam! Co wam zabroni zmienić rzeczywistość, zmienić naszą przeszłość?

Pakosz uśmiechnął się nieznacznie.

– Proszę nie mówić do mnie w liczbie mnogiej, nie jestem jednym z pańskich towarzyszy, panie Lasoń.

– Przepraszam. Co panu zabroni...

– Kwantowa struktura kontinuum.

– Ach.

Pakosz wstał, gestem polecając, by gość pozostał na miejscu.

– Czasoprzestrzenne kontinuum ma strukturę na tyle skomplikowaną, że owszem, można podróżować w nim w dowolnym kierunku – w dowolnym z co najmniej trzech wymiarów przestrzeni i w dowolnym z co najmniej trzech wymiarów czasu – ale, właśnie z racji owej kwantowej niedookreśloności, w żaden sposób nie da się trafić w konkretny, precyzyjnie wyliczony punkt. Najkrócej mówiąc: rozwiązania równań nie są konkretną wartością liczbową, a mniejszym lub większym polem, obszarem, wewnątrz którego prawdziwe są wszystkie rozwiązania. Podróżując, można celować mniej więcej w to pole, ale nie da się wcelować w konkretny punkt. Rozumie pan?

– Mniej więcej. – Uśmiechnął się powściągliwie Lasoń. – Ale nadal nie wiem, co panu przeszkadza...

– Struktura kontinuum – powtórzył Pakosz. – Człowiek w normalnej, euklidesowej przestrzeni może poruszać się tylko w jednym kierunku wzdłuż linii czasu: w przód. Inaczej mówiąc: dla nas czas ma strukturę liniową i nic więcej. Fizycznie, cieleśnie, nie potrafimy podróżować w innych wymiarach czasu. To, co się stało, szanowny panie, to już się stało i się w żaden sposób nie odstanie, w żaden też sposób nie da się tego zmienić. Zastrzeliliście dwa lata temu moją żonę? Zastrzeliliście. Nie odzyskam jej już nigdy i żadne podróże poprzez czas nic tu nie pomogą. Dla mnie, tu i teraz, Marta umarła definitywnie. Rozumie pan?

– Przykro mi... – bąknął Lasoń.

Profesor niecierpliwie machnął ręką.

– Chrzani pan, proszę wybaczyć wulgaryzm. Wcale nie jest panu przykro. Usunęliście przeszkodę i cieszy się pan z tego. Nieważne zresztą.

– Ale na innych gałęziach drzewa czasu pańska żona żyje...

– Na innych, owszem, tak. Ale dla mnie, tu i teraz, powtarzam, nie znaczy to nic.

– Dlaczego? Nie może się pan przedostać na te inne gałęzie?

– Nie, panie Lasoń. Nie mogę. Mogę najwyżej otworzyć nowe. Rozumie pan?

– Nie.

– To są inne gałęzie, panie Lasoń. Inne. Żyją tam inne wersje mnie i inne wersje pana, ale nie ja i nie pan. Nie mamy i nie możemy mieć wspólnych wspomnień. Nie możemy się spotkać i przeżyć jakiegoś, nie wiem, szoku spotkania czy czegoś podobnego.

– Czemu nie? Przecież gdybym spotkał samego siebie?...

– Nie. Nie może pan spotkać samego siebie, bo jest pan jeden, i więcej nie ma. Tamten hipotetyczny „drugi” Lasoń to już inny człowiek. Inny. W momencie lądowania kontinuum nieodwołalnie się rozgałęzia, tworząc dwa nowe... – Przygryzł wargę. Sekundę później uniósł palec typowym nauczycielskim gestem. – Zdarzyło się panu kiedyś wygrać szóstkę w totolotka?

– Nie... – Zbity z tropu Lasoń zamrugał oczami.

– A przecież co tydzień ktoś tę szóstkę wygrywa, co tydzień czy tam co dwa tygodnie. Tak?

– No tak.

– Co tydzień zatem wygrywa ją ktoś inny, nie pan. Ktoś ją wygrywa, ale nie jest to pan. Dla pana owa cotygodniowa wygrana nie znaczy w praktyce nic. Prawda?

– Prawda. Chyba z grubsza pana rozumiem, panie profesorze – łgał, patrząc starszemu panu prosto w oczy. – Jestem gotowy zaakceptować pańską deklarację, że nie będzie pan zmieniał przeszłości i że z tej strony nic nam nie zagraża.

– Może pan przeanalizować moje publikacje – dodał życzliwie Pakosz. – Albo zlecić to komuś, kto ma wykształcenie matematyczne.

– Mogę. Zrobię to oczywiście. Więc rozumiem, że wyskakując z tej czasoprzestrzeni, nie może pan tutaj wrócić?

– Nie, panie Lasoń. W żaden sposób nie mogę: ani ja, ani nikt inny. To dla was, jak sądzę, najmocniejsza gwarancja. Czy się mylę?

– Nie, panie profesorze. Nie myli się pan. I faktycznie mnie to cieszy. Szczerze mówiąc, choć szanuję pana jako naukowca, to pańskie poglądy polityczne i pański światopogląd są mi całkowicie obce.

– Ja też się brzydzę pańskimi, proszę się nie kłopotać. Tu jesteśmy zgodni. – Pakosz uśmiechał się przyjaźnie. – Przez chwilę faktycznie możemy współpracować, ale i tak na zawsze pozostaniemy zaciętymi wrogami.

– Zaufałby pan wrogowi? – Brwi Lasonia powędrowały do góry.

Pakosz uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Ależ skąd. To, co jest waszą gwarancją, jest też równocześnie moim najmocniejszym zabezpieczeniem. Brzydzę się panem i pańskim systemem politycznym, więc dołożę wszystkich starań, żeby się stąd raz na zawsze wynieść, co więcej, żeby starannie zatrzeć za sobą wszelkie ślady.

– A skąd pan wie, panie profesorze, że nie spłatamy panu jakiegoś naprawdę paskudnego psikusa? Na przykład nie odłączymy w kluczowym momencie zasilania?

Pakosz zamyślił się na chwilę.

– Jeśli odłączycie, to owszem, przestanę istnieć. Ale wtedy, panie Lasoń... wtedy będę was straszył.

Usłyszał z kuchni stłumione parsknięcie. Zakaszlał, aby je zamaskować. Niepotrzebnie: Lasoń wpatrywał się w niego z absolutnym osłupieniem.

– Będzie nas pan... co robił? – wyjąkał.

Pakosz poważnie kiwnął głową.

– Oczywiście jako materialista nie wierzy pan w duchy, wiem. – Mina Lasonia dowodziła czegoś zupełnie odwrotnego, ale profesor udawał, że jej nie dostrzega. – Użyłem skrótu myślowego. Zasadę zachowania energii zapewne pan zna?

– Z grubsza. Ze szkoły.

– To wystarczy. Technologia transferu polega, w skrócie, na cyfryzacji osobowości podróżnika, czyli na zapisaniu jej w postaci informatycznego ciągu zer i jedynek. Otrzymujemy pewien pakiet informacji. Pakiet trzeba albo gdzieś przesłać – w głąb kontinuum – albo zmagazynować na miejscu. Odłączenie zasilania, jak pan mówi, powoduje utratę tych danych: nie ma ich ani tu, ani tam. Nie ma ich nigdzie. Pakiet informacji, jak każdy obiekt, posiada pewną energię: jeśli pakiet ginie, ginie i jego energia. Naruszona zostaje zasada zachowania energii, prawda? – Oszołomiony Lasoń pokiwał głową, kompletnie nieświadomy, że właśnie został subtelnie wpuszczony w maliny. – Oczywiście, jak pan pamięta z podstawowego kursu fizyki, suma energii układu musi pozostać stała. Jeśli więc energia pakietu nie jest ani wysłana, ani zmagazynowana, to znaczy, że w niekontrolowany sposób uwolniła się ona do wewnątrz układu. Układem w tym przypadku jest nasz świat. Niekontrolowana energia nosi – bardzo niefachową, przyznaję – nazwę „ducha”. Matematycznie jest to skinetyzowany asymptotycznie urojony byt kwantowy Manwego-Bagginsa. Byt taki objawia się poprzez... – Zerknął na wytrzeszczającego bezrozumnie oczy Lasonia i machnął ręką. – Przepraszam. Niefachowo objawy funkcjonowania takiego bytu nazywamy właśnie straszeniem. Energia, panie Lasoń, krąży chaotycznie wewnątrz układu i przejawia się w absolutnie niekontrolowany, nieopanowywalny, częstokroć głęboko destrukcyjny sposób. Naprawdę pan chce, żebym was do końca życia straszył?

– Boże, nie!...

Pakosz z satysfakcją skinął głową.

– Więc rozumie pan, czemu mam absolutną, kamienną pewność, że nie spłatacie nam żadnego psikusa?

Usiadł w fotelu, ciekawie przyglądając się spotniałemu nagle Lasoniowi. Ten dopiero po chwili odkaszlnął.

– Rozumiem – wychrypiał. – Oczywiście, panie profesorze. Rozumiem.

– Cieszę się – podsumował życzliwie Pakosz. – Proszę kontynuować.

Lasoń przetarł dłonią powieki, ale nic mu to, zdaje się, nie pomogło. Wyglądał na kompletnie rozbitego.

– To chyba wszystko, panie profesorze. – Bezradnie rozłożył ręce. – Akceptuję pańskie warunki.

– Wszystkie? – upewnił się obojętnym tonem Pakosz.

Tamten skwapliwie pokiwał głową.

– Wszystkie.

– Cieszę się. Więźniów politycznych też?

– Też. – Naraz Lasoń zmarszczył brwi. – W zasadzie, panie profesorze...

– Tak? Co jeszcze? – Pakosz wstał, wyraźnie sugerując zakończenie wizyty. Lasoń rad nierad podniósł się również.

– Jeszcze jedno pytanie, jeśli pan pozwoli.

Profesor zdjął z wieszaka płaszcz Lasonia i uprzejmie podał gościowi. – Tak, tak, słucham, proszę pytać.

– Dlaczego, panie profesorze...

– Dlaczego co? – Przekręcił zasuwę i położył dłoń na klamce.

– Dlaczego tak upiera się pan przy włączeniu w eksperyment więźniów politycznych? Ma pan wśród nich kogoś, na kim szczególnie panu zależy? Mogę to załatwić...

Pakosz uśmiechnął się szeroko i łagodnie wypchnął Lasonia na klatkę.

– Nie zostawia się rannych towarzyszy broni w rękach wroga, panie Lasoń. Dziękuję, że mnie pan odwiedził. Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia. Teraz będę już mógł rozpocząć prace. Jak rozumiem, wkrótce ktoś od was się ze mną skontaktuje?

– Tak... tak, wkrótce. Tak.

– Bardzo się cieszę. Do widzenia.

– Do...

Z miłym uśmiechem przyklejonym do rozpromienionej twarzy Pakosz zamknął drzwi. Chwilę słuchał oddalających się po schodach kroków Lasonia, potem oparł się plecami o płycinę i spojrzał na córkę. Zośka stała w drzwiach kuchni, dłonią zakrywała usta i próbowała opanować wybuch śmiechu. Pakosz chwilę walczył ze sobą, następnie zsunął się po drzwiach na podłogę i zaczął po cichu krztusić się histerycznym chichotem.


5.

Pomógł córce pozbierać kubki, umył je i usiadł na taborecie w kąciku obok lodówki, a Zośka zabrała się za podgrzewanie obiadu dla nich obojga. Milczeli wiedząc, że w domu raczej nie powinni otwarcie rozmawiać. Pakosz miał niemal pewność, że bezpieka gdzieś w kątku założyła mu podsłuch. Mieszkał tylko z córką, oboje pracowali, często całymi dniami nikogo nie było w mieszkaniu: wymarzone warunki dla nieproszonych monterów różnej konduity.

Rozstawił talerze, chwilę szukał w lodówce jakiegoś kompotu, aż wreszcie machnął ręką i zalał wrzątkiem herbaciane fusy w dwóch kubkach. Parzona w ten sposób herbata była przynajmniej mocna, jeśli już nawet nie smaczna. Ze smutkiem przyjrzał się średnio apetycznej porcji surówki: jakiś czas temu Zośka zdobyła gdzieś przemysłowe, ośmiokilogramowe opakowanie mrożonej fasolki szparagowej i od trzech tygodni oboje dzielnie stawiali mu czoła. Miesiąc temu Pakosz jeszcze fasolę lubił, dzisiaj już zaczynał jej nienawidzić. Wolał nie pytać, ile jeszcze zielonych ogonów zostało w zamrażarce. Pomyślał, że niedługo znów mogą wrócić kartki, a wtedy zatęskni nawet za fasolką. Chwycił widelec jak miecz i dzielnie zaatakował fasolę niczym święty Jerzy smoka.

– Ilu spodziewasz się współtowarzyszy podróży, tatuś? – odezwała się Zośka.

Myślał przez chwilę, dziobiąc kartofle zębami widelca.

– A ilu mamy politycznych? – zastanowił się głośno.

– Tego nikt nie wie. – Wzruszyła ramionami. – Kilkudziesięciu? kilkuset? Nie znam nawet rzędu wielkości.

Pokiwał głową. Po specyficznym, złotawym lśnieniu jego oczu widziała, że zagłębił się w jakichś równaniach, w próbie matematycznego rozwiązania jej pytania. Czekała cierpliwie.

– Nie więcej jak sześćdziesiąt osób – powiedział wreszcie. – Raczej jednak ze trzydzieści, trzydzieści pięć. Zgłosić się może nawet do stu pięćdziesięciu chętnych, ale w trakcie przygotowań na pewno się wykruszą.

– Mało.

– Nie ma nas już więcej, Zochna.

Nabiła na widelec dwa zielone strączki, przyglądając im się z niechęcią.

– Niechby chociaż z trzydziestoma się udało.

– Uda się. – Zerknął spod oka w stronę lampy na suficie i dokończył pod adresem potencjalnych słuchaczy: – Ja dam im wszystko, co obliczę, na czorta mi ta wiedza w jakimś dzikim średniowieczu? Zresztą, córeczko, czy ja wyglądam na samobójcę? No chyba nie. Będę lojalnie współpracował, bo inaczej sam siebie bym zabił.

– Tatuś?

– Hm?

– A nie chciałbyś mnie też zabrać ze sobą?

– Ciebie? – Aż podskoczył na taborecie. – Przecież ty masz pracę, masz swoje życie!...

– A cała ta ekspedycja jest wyprawą bez powrotu, wiem – dokończyła spokojnie. – I niebezpieczną, i ryzykowną, i pionierską. Tak. Ale wiesz co, tatuś? Chyba wolę szaleństwa razem z tobą niż rozsądne życie bez ciebie.

Miał ochotę ją przytulić. Pocałowała go w czubek głowy i wzięła się za zmywanie talerzy.

– Mogę przy okazji być twoją sekretarką, co, tatuś? Będę rozmawiać z niezdecydowanymi, pomogę ci w tych wszystkich nudnych sprawach, a ty spokojnie zajmiesz się swoimi równaniami.

– Raczej nie uda się tak wycelować, żebyśmy trafili w jeden czas, Zochna.

– Jestem tego świadoma. Nie szkodzi, tatuś. Tak czy tak musielibyśmy się rozstać... Jak to było? Do końca świata i aż poza jego kraniec? – Wstawiła kubki do suszarki. – Nie chcę tu zostać.

– Cieszę się. Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę.

– Pewnie nie mam – zgodziła się. – Dzięki, tatuś.

Zabrał się za wycieranie naczyń. Słyszał, jak Zośka szuka czegoś wśród spiętrzonych w przedpokoju butów.

– Jedziesz do pracy? – zawołał do niej.

– Dyżur mam, tak, będę koło północy. Dwie operacje... Gdzie ja wsadziłam moje stare trampki?

– Schowałem je do szafki. Jakie operacje?

– Nic takiego, sterylizacja kotki i usunięcie jakiegoś guza, normalka. Tyle że guz wyrósł na rasowym brzuchu rasowego pudelka, to i operować trzeba bardzo rasowo.

– Weź samochód.

– Jasne, tatuś. Na razie.

Trzasnęły drzwi. Słyszał jeszcze, jak córka zbiega po schodach, jak zwykle przeskakując po kilka stopni naraz. Potem na podwórku zakaszlał silnik ich starego maluszka, zapaliły się światła, rozległ się charakterystyczny klekot obluzowanego tłumika i czerwony fiacik wyturlał się na kocie łby ulicy Szenwalda.

Pakosz patrzył przez chwilę za oddalającymi się czerwonymi światłami, analizując rozmowę z Lasoniem. Myślał nie tyle o tym, co zostało powiedziane, ile o słowach i pytaniach, które nie padły. Uśmiechał się do siebie.

Nie bał się.


6.

Wielka sala audytorium w budynku Izby Wełny powoli zapełniała się ludźmi. Pakosz witał znajomych, starając się z każdym zamienić chociaż kilka słów. Na podwyższeniu z przodu, przy okrytym zielonym suknem niewielkim okrągłym stoliku, siedział ze skwaszoną miną sekretarz Rychert, siedział i nudził się śmiertelnie. Lasoń chwilę temu wyszedł z auli, wywołany przez jednego z młodych partyjnych działaczy. Przy stoliku czekały jeszcze dwa puste krzesła. Pakosz nawet domyślał się, dla kogo przeznaczono jedno z nich, i wcale mu się ten pomysł nie podobał, wcale a wcale!

Wypatrzył w tłumie doktor Grabowską i podszedł do niej. Jakoś nie zdziwił się, widząc, że i ją zaproszono do udziału w programie. Wskazał kobiecie dobre miejsce w pierwszym rzędzie, szepcząc, że być może poprosi ją od czasu do czasu o pomoc w wykładzie. Z uśmiechem kiwała głową. Położyła torebkę na krzesełku i wyprostowała się, patrząc ponad ramieniem profesora na boczne drzwi do auli. Jej oczy rozszerzyły się nagle, błysnęło w nich – przerażenie? Błyskawicznie obrócił się na pięcie.

Zamarł.

Do sali z tupotem podkutych buciorów wmaszerował ubrany w moro żołnierz z przewieszonym przez pierś kałasznikowem. Wszedł, otaksował spojrzeniem salę i odstąpił na bok. Za nim rządkiem wkroczyło kolejne osiem osób: czterech milicjantów w niebieskich mundurach i czapkach, z białymi pistoletowymi kaburami i pałkami przy pasach, i czworo eskortowanych przez nich cywilów: trzej mężczyźni i kobieta. Wszyscy czworo ubrani byli w jakby za duże, niekształtne ubrania, twarze mieli blade, mrużyli oczy w ostrym świetle. Kobietę nawet rozpoznał, ukłonił się jej odruchowo: Maria Górska, architekt, wdowa po Ryszardzie, zmarłym rok temu w internacie. Mężczyzn nie znał – dwaj nosili typowe dla niektórych kręgów przedwrześniowej opozycji niechlujne brody i porozciągane sweterki, trzeci, ubrany w burobrązową więzienną bluzę i porządne czarne spodnie, miał gładko ogoloną twarz i krótko podcięte ciemnoblond włosy. Jego lewy nadgarstek przykuty był kajdankami do ręki eskortującego go milicjanta.

Pakosz poczuł, że bledną mu policzki. Słyszał, jak wokół niego zamierają rozmowy.

– Przepraszam, pani Joasiu. – Pochyliwszy głowę, wyminął Grabowską i zaszarżował wprost na uzbrojonego żołnierza. Tamten położył dłoń na kolbie automatu, ale Pakosz był szybszy: pięknym zwodem przemknął między aresztantami, ze ślizgiem podeszew wyhamował przed żołnierzem i z rozpędu pchnął go palcem w brzuch:

– Proszę stąd natychmiast wyjść! – ryknął. – Już! Na korytarz z tą armatą!

Żołnierz cofnął się o krok, potem jeszcze jeden. Na czole pod czapką zebrały mu się kropelki potu.

Kątem oka dojrzał za swoim lewym ramieniem nadbiegającego w panice Rycherta. Obrócił się do niego z furią:

– Co to jest, do najjaśniejszej cholery?! – Wyprostowanym palcem raz za razem dziobał w pierś żołnierza. – Co... to... do diabła... jest?!

– To jest funkcjonariusz WSW...

– Nie! Nie to! To, panie sekretarzu! – Szarpnął za lufę kałasznikowa, niemal wyrywając automat z ręki żołnierza. – Kto pozwolił wnieść tutaj tę armatę?!

– Broń służbowa funkcjonariusza...

– Chwileczkę, towarzyszu. – Z górnej części auli zbiegał ku nim Lasoń. Krawat zawinął mu się aż na ramię. – Ja, panie profesorze.

– Co pan? Pan pozwolił to tutaj wnieść? – Zasapany Lasoń pokiwał głową. – Więc teraz proszę to stąd natychmiast zabrać! To i tamto! – Wycelował palec w stronę zawartości kabur milicjantów. – To jest wykład, nie strzelnica!

Ktoś zaśmiał się histerycznie, poza tym w sali panowało martwe milczenie.

– Przepraszam, panie profesorze, ale nie będzie to możliwe. – Lasoń stanął tuż przed Pakoszem, co pozwoliło żołnierzowi wycofać się z zasięgu rąk naukowca. – Te cztery osoby – skinął głową za siebie, w stronę aresztantów – zostały skazane prawomocnymi wyrokami za różne przestępstwa. Na pańskie żądanie zaproszono je do udziału w eksperymencie. Doprowadziliśmy je tutaj z zakładów karnych. Proszę nie oczekiwać, że będą mogły swobodnie się poruszać! Są skazani i odbywają karę pozbawienia wolności!

– Aha. – Pakosz mówił już teraz swoim specjalnym, mroźnym głosem, zupełnie spokojnie. – Rozumiem. Więźniowie polityczni, o których się dopominałem, tak? – Lasoń przytaknął z uśmiechem. – Świetnie, dziękuję. Niemniej broń proszę z tej sali natychmiast wynieść!

– Przepisy...

– Z całym szacunkiem, panie Lasoń, gówno mnie interesują pańskie przepisy. Nie będę prowadził wykładu pod lufami karabinów. Zabierze pan stąd te armaty?

– Niestety nie, panie profesorze.

– Jak pan sobie życzy. – Pakosz odwrócił się do stojących w milczeniu ludzi. – Bardzo państwa przepraszam – rzekł donośnym, stentorowym głosem wykładowcy – ale jestem zmuszony zrezygnować z prowadzenia i wykładu, i całego eksperymentu. Przepraszam, że straciliście państwo czas. Do widzenia.

– Panie profesorze!... – zasyczał Lasoń, lecz Pakosz jakby go nie usłyszał. Spokojnie wziął z krzesełka swoją teczkę i ruszył do wyjścia.

Lasoń zacisnął zęby i gwałtownym ruchem głowy wyprosił za drzwi uzbrojonego żołnierza. Ten z autentyczną ulgą umknął na korytarz.

– Panie profesorze?... – Pakosz był już przy drzwiach. Nadal udawał głuchego. Lasoń zaklął. – Wynieście z sali pistolety! – zawarczał do milicjantów. – Na moją odpowiedzialność. Już!

– Towarzyszu... – zaprotestował jeden z milicjantów.

Lasoń spiorunował go wzrokiem.

– JUŻ! Powiedziałem!

Nastąpiła krótka chwila zamieszania. Pakosz z niejaką uciechą obserwował nerwowe ruchy samorozbrajających się milicjantów. Zwłaszcza skuty z więźniem sierżant miał trudne zadanie. Mężczyzna w więziennym drelichu śledził jego wygibasy z chłodnym, zdystansowanym półuśmiechem, w żaden sposób nie pomagając, ani nie przeszkadzając szamoczącemu się z kaburą funkcjonariuszowi. Na koniec wszyscy zajęli miejsca. Pakosz rozsiadł się wygodnie w pierwszym rzędzie audytorium, po lewej stronie przejścia. Siedząca tuż obok Zośka dyskretnie podniosła do góry kciuk. Uśmiechnęli się do siebie.

Sala uspokajała się, cichły ostatnie pokasływania i szelesty. Lasoń wstał i wszedł na mównicę.

– Dzień dobry państwu. Nazywam się Romuald Lasoń i w eksperymencie naukowym, o którym za chwilę opowie państwu nasz światowej sławy specjalista, pan profesor Przemysław Pakosz, mam zaszczyt reprezentować stronę rządową. – Urwał na chwilę, ale nikt się nawet nie poruszył. – Do naszego, ehm, okrągłego stolika zapraszam również towarzysza sekretarza Witolda Rycherta z Gdyni oraz towarzysza docenta doktora habilitowanego inżyniera Jana Gruyera z Politechniki Katowickiej, od niedawna także dyrektora Specjalnego Ośrodka Badawczego w Arłamowie.

Rychert wstał i ukłonił się lekko. Gdzieś ze środka audytorium zaczął schodzić chudy jak śmierć, łysiejący mężczyzna o wyraźnie wojskowej posturze. Odsunął krzesło i usiadł przy okrągłym stoliku.

– W szczególny sposób chciałbym powitać reprezentanta strony... eee... społecznej, pana profesora doktora habilitowanego Przemysława Pakosza, kierownika Instytutu Matematyki i Probabilistyki Uniwersytetu Gdańskiego. – Gdzieś z tyłu rozległy się oklaski. Pakosz uniósł się i ukłonił słuchaczom, oklaski przybrały na sile. – Zapraszam do nas, panie profesorze! – Lasoń z przyklejonym do warg uśmiechem wyciągnął rękę w stronę okrągłego stolika. Pakosz leciutko pokręcił głową.

– Dziękuję, panie Lasoń, ale moje miejsce jest i pozostanie po tej stronie. – Przesunął wzrokiem po audytorium i usiadł z powrotem na swoim rozkładanym krzesełku. Ktoś zakaszlał, wyraźnie usiłując ukryć nerwowy chichot.

Lasoń posłał mu wściekłe spojrzenie i uśmiechnął się z wysiłkiem.

– Z mojej strony to na razie wszystko. Prosiłbym teraz o zabranie głosu pana profesora, naszego najwybitniejszego...

– Specjalistę, już pan mówił – zamruczał do siebie Pakosz, wchodząc na mównicę. Mikrofon uchwycił jego słowa i wzmocnił je. – Tyle że na pewno nie waszego!...

Zebrani jak jeden mąż ryknęli śmiechem. Tylko Rychert wciąż siedział ze skwaszoną miną.

Pakosz rozejrzał się i zapiął marynarkę. Uśmiechnął się do wpatrzonych w niego twarzy. Oceniał, że na sali jest około stu dwudziestu osób. Niektórzy siedzieli z założonymi rękami, inni naszykowali sobie notatniki. Ktoś po cichu odwijał papierek z cukierka, ktoś dłubał w uchu. Odchrząknął.

– Witam państwa. Na początek parę słów wyjaśnienia: pan Lasoń usiłował przed chwilą wywołać w państwu wrażenie, jakobym był w jakiś sposób związany z rządzącym naszym krajem reżimem. Nie byłem, nie jestem i, tak mi dopomóż Bóg, mam nadzieję, że nigdy nie będę. Znalazłem się tutaj i mówię do państwa z jednego tylko powodu: jestem matematykiem, od wielu lat zajmuję się teorią podróży poprzez czasoprzestrzenne kontinuum i spróbuję państwu za chwilę przybliżyć podstawowe założenia eksperymentu, udziałem w którym się państwo zainteresowaliście.

Urwał. Rozejrzał się za kredą i wziąwszy w palce jedną z laseczek, podszedł do tablicy.

– Mam świadomość – kontynuował – że moja sytuacja jest znacznie lepsza, niż to stało się udziałem niektórych z państwa. – Wyłowił wzrokiem z tłumu czwórkę aresztantów, posyłając im lekki ukłon. – Obiecuję dołożyć wszelkich starań, aby i państwa położenie jak najprędzej się ucywilizowało. A teraz przejdźmy do rzeczy.

Zamaszystym ruchem narysował w poprzek tablicy długą, poziomą linię.

– Żyjemy zanurzeni w czasie i przestrzeni. Przestrzeń, którą wokół siebie postrzegamy, ma trzy wymiary: długość, szerokość, wysokość. Jesteśmy również świadomi istnienia wymiaru czwartego: czasu. Z intuicyjnego punktu widzenia czas jest linią o raz na zawsze określonym zwrocie. – Na jednym z końców kredowej linii dorysował zdecydowaną, wyraźną strzałkę. – Wzdłuż tej linii poruszamy się od przeszłości ku przyszłości. Miejsce ich styku nazywamy teraźniejszością. – Na środku linii postawił mocny, okrągły punkt. – Czas upływa zawsze w kierunku od przeszłości do przyszłości, nigdy odwrotnie, czyli jest jednokierunkowy, asymetryczny i nieodwracalny. Przynajmniej na zwyczajnym, intuicyjnym poziomie postrzegania kontinuum.

Przerwał i szybko ocenił nastrój audytorium. Na razie wszyscy słuchali z zaciekawieniem, nawet ci, którzy wyglądali na zakamieniałych humanistów.

– Dopóki funkcjonujemy wewnątrz tego intuicyjnego, normalnego, dostępnego naszym zmysłom kontinuum, żadne podróże w czasie nie są możliwe. Na linii czasu jesteśmy jednowymiarowymi punkcikami, ze stałą prędkością gnanymi w przyszłość. Spróbujcie sobie jednak państwo wyobrazić czas nie jako linię, a jako trójwymiarową przestrzeń, analogicznie do trzech wymiarów zwykłej przestrzeni. Jako przestrzeń, powtarzam, nie jako linię. Wyobrażacie to sobie państwo? W tak zdefiniowanym kontinuum nie jesteśmy już ograniczeni linią, nie musimy poruszać się wyłącznie w przód... W tak zdefiniowanym kontinuum możemy swobodnie poruszać się we wnętrzu czasu!

Znowu urwał. Po audytorium zaczęły przebiegać pierwsze szmery.

– Mam świadomość, że niektórzy z państwa mniej więcej w tym momencie przestali mnie rozumieć. – Ktoś parsknął stłumionym śmiechem, Pakosz również się uśmiechnął. – Wiem też, że dla innych to, co dotąd powiedziałem, jest śmiertelnie nudnym abecadłem. Tych, którzy się matematyki boją, obiecuję nie nudzić specjalistyczną terminologią; tych, którzy chcieliby usłyszeć więcej, zaproszę na kolejny wykład, którego termin wkrótce ustalimy. Na razie powiem tyle: matematycznie rzecz ujmując, podróże poprzez czas są jak najbardziej możliwe i właśnie państwo – oczywiście o ile zechcecie – będziecie pierwszymi, którzy taką podróż odbędą!

Audytorium szumiało: ludzie nachylali się do siebie, komentowali, gestykulowali. Dał im kilkanaście sekund.

– Powiedziałem przed chwilą – podjął – że podróże poprzez czas możliwe są matematycznie, czyli, inaczej mówiąc, teoretycznie. Tym z państwa, którzy zechcą, mogę nawet na tej oto tablicy powyprowadzać odpowiednie wzory. Ale nie teraz rzecz jasna. Okazuje się – i tu muszę podziękować reprezentującemu władze panu Lasoniowi – że są one możliwe również inżyniersko, że istnieje praktyczna możliwość zbudowania działającej... maszyny czasu, czy jakkolwiek to urządzenie nazwiemy. Każdy z państwa może – naprawdę może! – w taką podróż wyruszyć!

Podszedł do tablicy i starannie wymazał białą kredową linię. Za plecami słyszał pełne napięcia milczenie.

– Nie ukrywam: jest – będzie – to podróż bezpowrotna, nieodwracalna, ryzykowna i niebezpieczna. Nie daję, nie mogę dać gwarancji powodzenia. Nie mogę państwu zagwarantować ani obiecać praktycznie niczego, poza jednym: ze swojej strony dołożę wszelkich starań, aby podróż zakończyła się sukcesem. Sam zamierzam w nią wyruszyć: sam będę jednym z temporalnych wędrowców. Czy to państwa zadowala? Czy uspokaja? Macie prawo się bać. Ja też się boję. Ale – zawiesił głos, przesunął spojrzenie po zamarłych w ciszy rzędach słuchaczy – ale moim zdaniem warto zaryzykować. Zastanówcie się państwo: ci, którzy zdecydują się wyruszyć, nigdy już – nigdy! – nie spotkają na swojej drodze żadnego komunisty!

Czuł, jak z ludzi opada napięcie. Słyszał życzliwe, pełne ciekawości szmerki. Uśmiechnął się.

– Zróbmy teraz przerwę, powiedzmy, półgodzinną. Zastanówcie się państwo, czy w ogóle macie ochotę na tego rodzaju wyprawę. Tych, którzy z jakichkolwiek powodów nie zechcą, nie będę zatrzymywał ani chwili dłużej. Pozostałych... – Odłożył kredę i starannie otrzepał ręce. – Na pozostałych czekam tutaj za trzydzieści minut.

Zszedł z podwyższenia. Kątem oka dostrzegł przepychającego się ku niemu rozeźlonego Lasonia.

– Panie profesorze, doprawdy! – zaczął pełnym oburzenia szeptem funkcjonariusz. Pakosz posłał mu spojrzenie niesłusznie skrzyczanego spaniela i sięgnął po stojący na mównicy dzbanek z wodą.

– Jak pan mógł? Panie profesorze, jak pan mógł?!...

– Jak mogłem co? – spytał rozwlekłym, łagodnym głosem. – Panie Romualdzie, nie spodziewałem się po panu, że postawi mnie pan w tak niezręcznej sytuacji!...

Słysząc w ustach ojca familiarny wołacz, Zośka niemal wypuściła z rąk szklankę z wodą. Lasoń też wytrzeszczył oczy.

– Ja? – aż zapiał. – Ja pana postawiłem?!

– Panie Romualdzie... – Pakosz ze smutkiem kiwał głową. – Broń z amunicją na uniwersyteckim wykładzie? Naprawdę, w życiu bym się tego po panu nie spodziewał!...

– Przepisy eskortowania więźniów...

– Ale nie karabin! – głos Pakosza zadrżał i załamał się. – Panie Romualdzie!... Nie karabin przecież, na Boga!

Zośka podała ojcu napełnioną szklankę i zaczęła czegoś gorączkowo szukać w torebce, starannie kryjąc twarz.

– Przepraszam, panie profesorze. – Lasoń niespokojnie patrzył na Pakosza. – Nie chciałem pana urazić. Obiecuję...

Pakosz zdjął okulary i drżącą dłonią otarł oczy. Potrząsnął głową.

– Już w porządku, panie Romualdzie. Już dobrze. Naprawdę mnie to rozstroiło, przepraszam. – Przez jego twarz przebiegł bolesny skurcz, dłoń w nie do końca kontrolowanym odruchu przycisnęła jakieś miejsce pod mostkiem. – Rozumiem, że ma pan swoje przepisy i obowiązki, ale czy ci ludzie naprawdę muszą być tu przyprowadzani przez mundurowych? Nie eskalujmy niepotrzebnie, bardzo pana proszę.

– Oni odbywają karę...

– Wiem. – Wziął podaną mu przez córkę tabletkę, rozgryzł ją i połknął, popijając wodą ze szklanki. – Nie żądam przecież, żeby ich wypuścić na wolność. Ale pałki i pistolety, panie Romualdzie?

Lasoń zakręcił się niespokojnie i westchnął.

– Postaram się, żeby zostawiali te elementy wyposażenia w samochodzie. I... i żołnierza też. Albo na korytarzu? Panie profesorze? Kurtka na wacie, czy dobrze się pan...

– Przy szatni – zgodził się słabym głosem Pakosz. – Przecież ci ludzie naprawdę nigdzie nie uciekną. Zresztą za parę miesięcy wszyscy się stąd wyniesiemy i skończą się pańskie zmartwienia. Niech pan zaciśnie zęby i zwyczajnie nas przeczeka.

– Co też pan, profesorze...

– Już wszystko w porządku, panie Romualdzie. Bardzo panu dziękuję. – Rozejrzał się po sali, wypatrzył w tłumie Grabowską. – Zochna, możesz zawołać tu doktor Joasię? Chciałbym z nią coś przedyskutować, póki mamy przerwę.

– Oczywiście, tatuś. Już.

Lasoń przez chwilę nawet próbował się przysłuchiwać rozmowie dwojga matematyków, jednak zaraz z ulgą wybiegł na korytarz.

– Przestrzenne wymiary czasu, proszę państwa, absolutnie nie są czymś, co możemy sobie wyobrazić. – Umączony kredowym pyłem Pakosz szkicował na tablicy coś, co przypominało rozwiniętą na płaszczyźnie siatkę sześcianu. – Spróbujmy może poradzić sobie z tym za pomocą pewnej analogii. Mamy sześcian, kostkę, konstrukcję jak najbardziej trójwymiarową, którą jednak łatwo da się rozrysować na płaszczyźnie w takiej oto postaci...

Dzyń-dzyń, brzęknęło coś za plecami Pakosza.

– Sześcian, jak państwo wiecie, jest strukturą trójwymiarową, którą przecież można złożyć z kwadratów, struktur dwuwymiarowych: trzeba je w tym celu podnieść o jeden wymiar do góry, czyli mówiąc zwyczajnym językiem, zagiąć płaskie ścianki, korzystając z trzeciego wymiaru. Uogólniając...

Brzdęk.

Łypnął za siebie, ale audytorium albo pilnie słuchało, albo równie pilnie notowało. Nie potrafił zlokalizować źródła nieregularnego pobrzękiwania.

– Uogólniając cokolwiek... i tu przeciwników matematyki proszę o chwilę anielskiej cierpliwości... uogólniając zatem: sześcian jest jedną ze szczególnych postaci hipersześcianu, jest hipersześcianem trójwymiarowym. Analogicznie: kwadrat jest hipersześcianem dwuwymiarowym a odcinek – hipersześcianem jednowymiarowym. Jak dotąd wszystko chyba wygląda dość prosto, prawda?

Dzyń.

Już wiedział: dźwięk dobiega gdzieś z pierwszych rzędów po jego lewej stronie.

– Pozwolę sobie w tym momencie na groźnie brzmiącą definicję. Proszę mi ją wybaczyć, naprawdę nie umiem się bez niej obejść. Będzie też wzór, kto chce, może na moment zamknąć oczy. – Po audytorium przebiegł wesoły szmer. – A zatem: hipersześcian jest uogólnieniem sześcianu w n-wymiarowych przestrzeniach kartezjańskich R z indeksem górnym n. W matematycznym zapisie wygląda to tak...

Znowu brzęczenie. Metaliczne, niegłośne, nieregularne. Zignorował je, skupiając uwagę na wykładzie. Nie było to trudne, mówił w końcu o naprawdę fascynujących rzeczach. Jego umysł swobodnie dryfował pomiędzy wierzchołkami wielowymiarowych struktur zawieszonych wewnątrz temporalnej hiperprzestrzeni. Słuchacze pozwalali się przez owe hiperprzestrzenie prowadzić. Nie wszystko pewnie rozumieli, ale aż tak bardzo się tym nie martwił. W końcu poza nim samym chyba nikt do końca nie pojmował całej tej temponautycznej teorii. Ważne było, myślał, że ci ludzie mieli ochotę podjąć ryzyko podróży w ciemno, w nieznaną, nieistniejącą jeszcze, w kwantowej superpozycji zawieszoną przeszłość. Że mieli ochotę od nowa zbudować sobie świat, w którym mogliby godnie żyć.

Brzęczenie towarzyszyło mu cały czas. Nasiliło się, gdy zaczął wypisywać na tablicy wzory. Oczywiście, ten brzęczący ktoś robi notatki, jasne. Tylko czym on tak brzęczy?...

Wyrysował na tablicy jedną z końcowych, dość skomplikowanych formuł i jaśniejąc pełnym zadowolenia uśmiechem obrócił się twarzą do audytorium. Wtedy przyszpilił spojrzeniem źródło dźwięku. Następnie przestał się uśmiechać, odłożył kredowy ogryzek na półeczkę pod tablicą i otrzepał ręce.

– Myślę, że przyda się państwu chwila przerwy, prawda? Kwadrans, powiedzmy? Doskonale.

Rozejrzał się bystro i drobnymi kroczkami wyruszył w kierunku rozdzierająco ziewającego Lasonia.

– Panie Romualdzie, mogę pana prosić na słówko?

– Służę panu profesorowi. – Lasoń poderwał się z krzesła. Pakosz podreptał pod lewą ścianę audytorium i zatrzymał się przed dwoma skutymi kajdankami mężczyznami, drzemiącym milicjantem i nadal coś pospiesznie notującym ciemnym blondynem w więziennym drelichu. Widząc profesora, więzień płynnym ruchem podniósł się z krzesełka. Szarpnięty za nadgarstek milicjant poderwał się za nim.

– Przepraszam na moment, panie...

– Józef S?ren – przedstawił się więzień.

– ...panie S?ren. Miło mi poznać. – Wyciągnął rękę. Tamten pedantycznie odłożył notatnik na krzesełko obok. Kartka pokryta była gęstymi rządkami schludnie zapisanych matematycznych formuł. Uścisk jego dłoni był mocny i pełen zdecydowania.

– To dla mnie zaszczyt, profesorze.

Pakosz skinął głową.

– Panie Romualdzie? Widzi to pan? – Ujął łańcuszek kajdanek, podnosząc go ku oczom Lasonia. – Co to jest?

– Skazany S?ren jest więźniem niebezpiecznym...

– Nie pytam o status pana S?rena, proszę wybaczyć. Pytam o tę rzecz.

Potrząsnął kajdankami. Łańcuszek zabrzęczał metalicznie. S?ren słuchał tego nieporuszony, z zupełnie obojętną miną.

– Są to kajdanki, panie profesorze.

– Zaiste. Ściśle rzecz ujmując, jest to rzecz, która rozpraszała mnie od początku wykładu. Brzęcząc i klekocząc, panie Romualdzie. Bardzo proszę, aby spowodował pan usunięcie tego z przegubu pana S?rena i w ogóle z auli. Teraz, jeśli łaska.

Lasoń zamrugał oczami.

– Ale skazany S?ren...

– Jest więźniem niebezpiecznym, już pan mówił. Bardzo proszę rozebrać go z tych dzwoneczków.

– Nie trzeba, panie profesorze – wtrącił spokojnym głosem S?ren. – Owinę to chustką i postaram się więcej nie hałasować.

– Naprawdę? – Pakosz tylko uniósł brwi. S?ren przytaknął.

– Naprawdę. Pan go teraz zmusi do małego ustępstwa, a w zamian on zażąda od pana rezygnacji z czegoś rzeczywiście ważnego. Nie warto, żeby przeze mnie musiał mu pan ustępować w czymkolwiek.

– Naprawdę? – powtórzył cichutko Pakosz, a w oczach S?rena coś błysnęło. – Będzie pan łaskaw przyjąć do wiadomości, młodzieńcze, że nie dla pańskiej wygody proszę pana Lasonia, aby zabrał stąd te carillony. One mi przeszkadzają i będą przeszkadzać, choćby zawinął je pan w puchową pierzynę. Mówimy, jak pan doskonale sobie zdaje sprawę – zerknął na gęsto zapisany notatnik S?rena – o rzeczach niezwykle subtelnych, wymagających ostrej jak brzytwa przytomności umysłu. Potrafi pan sobie wyobrazić, co będzie, jeśli w dowodzie któregokolwiek z twierdzeń choćby zamienię plus z minusem? No?

– Tak, panie profesorze. – W oczach więźnia wyraźnie widać było powstrzymywany śmiech. – Z grubsza potrafię.

– Cieszę się. Pan oczywiście też, panie Romualdzie?

– Oczywiście... eee. Oczywiście też.

– Zatem proszę to panu S?renowi zdjąć.

– Ale kiedy...

Pakosz zadarł głowę i podparł się pięściami pod boki.

– Panie Romualdzie, czy chce pan wziąć na siebie odpowiedzialność za niepowodzenie całego eksperymentu? Ten kajdaniarski mazur naprawdę niemal uniemożliwia mi myślenie – dodał pełnym żałości tonem skargi. Lasoń jęknął.

– Może prościej byłoby pana S?rena...

– Zabrać stąd? Uniemożliwić mu notowanie? No chyba nie mówi pan tego serio! Nie tak się umawialiśmy, panie Romualdzie!

– Nie, nie, skąd! W żadnym wypadku! Nikt nie mówi o zabieraniu! Może przesadzić pana S?rena bliżej tyłu auli?

– Ach, sądzi pan, że jestem głuchy i z końca sali tych subtelnych dzwoneczków nie usłyszę?

– Nie ośmieliłbym się... ależ panie profesorze... Boże...

– Zdecydowanie wolę profesora, panie Romualdzie. Bogiem nie jestem. Proszę zdjąć kajdanki panu S?renowi. I nie zakładać mu ich nigdy więcej w mojej obecności. Tak?

– E...

Pakosz ze znużeniem pokręcił głową.

– Naprawdę pan sądzi, że pan S?ren wyskoczy stąd przez okno? Z drugiego piętra? Panie Józefie? Wyskoczy pan?

– Nie, panie profesorze – odparł ze śmiertelną powagą S?ren. – Nie wyskoczę. Obiecuję panu, że będę grzeczny jak niemowlę.

– No widzi pan, panie Romualdzie? – Pakosz zatarł ręce. – Cieszę się, że to załatwiliśmy. Bardzo panu dziękuję.

I skinąwszy S?renowi głową, oddalił się drobnymi kroczkami.

Lasoń spojrzał na więźnia z czystą nienawiścią.

– Rozkujcie go, sierżancie – warknął do milicjanta. – Kurtka na wacie, i żadnych więcej zadrażnień z profesorem!


7.

Oczyściwszy z grubsza marynarkę z kredowego pyłu, zebrał swoje papiery, wetknął je do teczki i ruszył do wyjścia. Aula już opustoszała. Ostatni słuchacze stali jeszcze przed Izbą Wełny, paląc papierosy i zawzięcie dyskutując. Do zaparkowanej nieco na uboczu okratowanej nyski ładowano więźniów. Jeden z milicjantów, sądząc, że nikt go nie widzi, dość brutalnie ciągnął za sobą skutego już znowu S?rena. Ten zdawał się przebywać myślami zupełnie gdzie indziej, w ogóle nie stawiał oporu, ale też w żaden sposób nie próbował przyspieszyć załadunku. Pakosz pomyślał, że tak demonstracyjnie okazywana pogarda na pewno nie ułatwia Józefowi życia. Myślał, że ten rodzaj niezależnego poczucia wyższości nie wygląda rozsądnie, że niedobrze wróży przyszłości S?rena. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, czy nie zrobić milicjantom awantury, ale w tej samej chwili poczuł, że Zośka powstrzymuje go ostrzegawczym chwytem za łokieć. Pomyślał, że ma rację, więc poszli dalej.

– Tatuś?

– Hm?

– Źle się poczułeś?

– Nie, córeczko. Fortel wojenny.

– Na pewno? – Przyglądała mu się z cieniem niepokoju.

Uśmiechnął się.

– Na pewno. Możesz mnie przebadać, jeśli się martwisz.

– Toż ja weterynarz jestem, nie lekarz! Tatuś!

– Lekarz, córcia, lekarz, tyle że od zwierząt – chichotał. – Zresztą konstrukcyjnie człowiek chyba niezbyt się różni od psa czy kota, co? Bracia w ssactwie, nie mam racji?

– Trochę nie masz. Fortel fortelem, a wyglądało to bardzo przekonująco. Za bardzo, tatuś. Pójdziemy do przychodni na 22 Lipca, niech cię doktorowa obejrzy – w jej głosie pojawił się apodyktyczny ton, którego zupełnie nie była świadoma. Pakosz tylko westchnął cichutko: wiedział, kiedy przestać się z Zośką sprzeczać.

– To chodźmy od razu – zgodził się potulnie. – Zochna, co ty mi za tabletkę dałaś?

– Polopirynę.

– Dobry z ciebie konspirator! – zaśmiał się. – Lasoń mało nie zemdlał.

– Śmiertelnie się boi, że cię w jakiś sposób utraci.

– Że nie dokończę obliczeń – doprecyzował. – Wiem i bezczelnie to wykorzystuję.

– Świetny jesteś.

Machnął tylko ręką.

Minęła ich, pędząc Kielecką w dół, okratowana nyska eskortowana przez milicyjnego poloneza na sygnale. Pakosz przygryzając wargę, rozważał coś przez moment.

– S?ren, S?ren... – mruknął. – To się tak głupio pisze jak imię Kierkegaarda, prawda? Gdzieś już się chyba z tym chłopakiem zetknąłem.

Zośka spojrzała na niego ciepło i troszkę smutno.

– Bunt marynarzy z „Metalowca”, pamiętasz?

– No jasne. Nasza klęska wrześniowa, i potem... czekaj... jakiś pokazowy proces był? Z wyrokami śmierci?

– Z jednym. Opowiedzieć ci ze szczegółami?

– Mój ty wywiadowco kochany. Opowiadaj.

Zośka uśmiechnęła się samymi kącikami ust.

– Widziałeś na wykładzie mecenas Taylorową? – Pakosz przytaknął. – Od niej się wszystkiego dowiedziałam, bo sama też ledwie kojarzę proces.

– Za dużo było wtedy pokazówek, żeby wszystkie spamiętać, Zochna.

– Pamiętasz, że zdarzyły się we wrześniu bodaj ze dwa czy trzy przypadki, kiedy wojsko odmówiło strzelania do demonstrantów? Jakiś oddział czołgów przeszedł na naszą stronę...

– I potem walczyli z własnymi kumplami z innej jednostki, pamiętam. Paskudnie wyszło.

– No paskudnie. I część załogi „Metalowca”, to jakaś mała korweta rakietowa czy coś, niecałe pięćdziesiąt ludzi. Dostali rozkaz uzbrojenia części załogi w ostrą amunicję i stawienia się do dyspozycji komendanta garnizonu. Dowódca okrętu wyznaczył jednego ze swoich oficerów, porucznika Józefa S?rena właśnie, i dwunastu marynarzy. S?ren mało, że odmówił wykonania rozkazu, to jeszcze zaaresztował dowódcę, zebrał załogę i powiedział, co się naprawdę w mieście dzieje. Co się potem stało, nie wiem dokładnie. S?ren w czasie procesu utrzymywał, że sam osobiście z pistoletem w ręku opanował okręt, marynarzy wziął do niewoli i na to wkroczyła WSW.

– Bzdura! – prychnął Pakosz.

– Oczywiście, że bzdura, ale zaraz zobaczysz, o co mu chodziło. Na szczęście WSW odbiła „Metalowca” bez jednego wystrzału. S?ren zresztą absolutnie nie zamierzał walczyć, powiedział, że w wojnę domową wciągnąć się nie da. Dość, że WSW zgarnęła i zapuszkowała całą załogę. Aktów oskarżenia przygotowali dziesięć, na dzień dobry prokurator żądał sześciu wyroków śmierci. Błyskawicznie się to odbyło, Taylorowa mówiła, że przed Bożym Narodzeniem było już po wszystkich instancjach.

– Jak to w pokazowych procesach bywa. – Pakosz wzruszył ramionami.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.