Biała książka - Rolando, Bianka - ebook
Wydawca: Święty Wojciech Kategoria: Poezja i dramat Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 202 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Biała książka - Rolando, Bianka

Najnowsza książka – artystki nagrodzonej w tym roku medalem Młodej Sztuki. Biała książka to poemat o śmierci i zaświatach, o przejściu w nieznane. Mówi o miłosierdziu i potępieniu, odwołując się do tradycji i jednocześnie kreując całkowicie nowe literackie pejzaże, odpowiadające kondycji człowieka żyjącego w trzecim tysiącleciu. Do książki dołączony jest audiobook z nagraniem jej fragmentów czytanych przez Macieja Stuhra.

„W Białej książce Bianka Rolando porywa się na rzeczy niepopularne i ponoć niemożliwe. Ryzykuje i więzi uwagę czytelnika. To wspaniałe”.
Piotr Śliwiński

„Bianka Rolando proponuje książkę tym, którzy się nie godzą. Którzy chcą od sztuki więcej. Bianka Rolando uczy nas czytać na nowo”.
Maciej Stuhr
Więcej informacji o książce można znaleźć na stornie: www.rolando.pl.

Opinie o ebooku Biała książka - Rolando, Bianka

Fragment ebooka Biała książka - Rolando, Bianka




















Seria „Wyobraźnia Dialogu”, nr 3
Redaktor serii: Jerzy Stranz


Dlatego pewien pogański mistrz powiada:

To, w czym poznajemy lub wyrażamy Pierwszą Przyczynę,
bardziej jest nami niż Pierwszą Przyczyną,
ta bowiem wznosi się ponad wszelkie słowa i rozumienie.

Mistrz Eckhart


N I E B O

część pierwsza


Pieśń zerowa

Usprawiedliwienie

Niech zaczną się tajemne i skryte mruczanki

z witaminami, z minerałami, z kleikiem ryżowym

dla ciebie, pachnący mlekiem cielaku

byś był jeszcze bardziej syty niż zwykle

Obiecuję nie stać na paluszkach u nóg

nie dotykać czupryną wielkiej kazalnicy

Jej mroczne sapanie słychać już z daleka

Wszyscy mają podniesione wysoko oczy

dostrzegają rozwiązania sklepień żebrowych

Pani w drugiej ławce popuszcza mocz

stary niedźwiedź mocno śpi, my się go boimy

Oto wschodzi nowa gwiazda na Południu

jej ciemność oblewa mnie lukrem

skleja moje ruchy, czyni je monumentalnymi

Pani ortodontka ostrzegała mnie przed słowami

które psują od swej słodyczy zdrowe zęby

Moje końskie uzębienie prawidłowo spoczywa

w smyczy z nierdzewnego drutu, pociągnij dalej

pogryzę swój język do mięśnia, do anatomii

Zostanę przysypana magicznym proszkiem

bym mogła skryć swe bliki i odbicia od ciebie

gruba warstwa niech skryje moją głowę

niczym pokrywa śniegowa będzie ciężka

niespodziewanie wywoła katastrofy konstrukcyjne

Oby ich ogrom przeraził ekipy budowlane

zastanawiające się nad tym, jak temu zapobiegać

Pan majster radzi – szlifierki używamy ostrożnie

by nie ranić jaśminowych i pachnących rąk

Pogłaszcz, no pogłaszcz mnie, no jeszcze boleśniej

Wydrapałam resztki komfortowego naskórka

spod kolan, spod łokci, z szyi, z ramion, z pleców

Drapałam się boleśnie, ale i z bolesną przyjemnością

do czarnej krwi, do białej kości

Czerwone ślady po tych wycieczkach są obecne

Nic nie pomaga, próbowałam alantanu, cukru pudru

nic nie złagodzi tych objawów, żadna tajemna maź

Mimo swej kruchości oraz tendencji do cukrzycy

uczyniłam swe kroki hałaśliwymi i monumentalnymi

Rehabilitacja obślinionej i bezwładnej Bianki

Nie ma już wózka inwalidzkiego, ni pomocnej dłoni

droga jest tylko na oślep

Trudno wymacać jakieś znajome, przyjazne kształty

znaleźć jakąś barierkę

Jestem straszliwie zakudlona, zakundlona

Oczy porasta cierpki zarost zapomnianej

na policzku rośnie warkocz mojej siły Samsona

po moim grzbiecie biegają drogocenne pchły

Weszłam po skrzypiących z delikatności schodach

na stary, zapomniany strych pełen bibelotów

Kiedyś były tak dobrze rozpoznawane z daleka

teraz wszyscy zapomnieli ich przyjemnego widoku

Takie dekoracyjne, takie dodatki do wszystkiego

po prostu świetne się nadają na black garden party

Idę z wypukłą piersią pełną nie mleka, ale stali

przyporządkowaną mi przypadkowo i śpiesznie

przez świat natury, kotów, gruszek, lepkich much

Naturalna odporność wzmacniana przez składniki

w mleku nowej matki o chłodnym spojrzeniu

Nie spodziewaj się ciepłego, rozpoznawalnego

to wszystko dla tych, którzy mają tylko dziąsła

nie potrafią dobrze i prawidłowo przepychać dalej

Moja konstrukcja tak delikatna, wrażliwa

będzie niezniszczalna, wiekuista i trwała

Będą się o nią rozbijać kutry rybackie pełne węgorzy

jak o górę lodową lub nie zanotowaną na mapie rafę

Padlinożerne ryby będą miały zdziwiony wyraz pyska

nad wyraz, nad słowo

Moje podbrzusze miękkie kute jest w niezwykłym stopie

z kowalskim zacietrzewieniem wykuwane w piwnicach

Technologowie z Uniwersytetu w Chicago

nigdy nie dojdą, z jakich składników jest ten stop

mimo licznych badań i wielości papieru do drukarki

będą uśmiechać się niepewnie, spoglądając na siebie

Oto idzie przed wami Bianka, wasza prywatna bielanka

sypie w niezwykłej obfitości czarne kwiaty

z zawieszonym na szyi koszyczkiem

Rozsypuję ich kadzielniczy swąd pod wasze stopy

by ośmielić wasze kroki i uczynić je odtąd innymi


Pieśń pierwsza

Strojne przygotowania

Cierpkie wilcze jagody o kolorze nieprzeniknionym

w mojej rozwartej jamie ustnej niczym perły macicy

turlają się, rozsadzają się przez wewnętrzne ciśnienia

mają niezwykłą moc trucia i atakowania śluzówki

Być może istnieją sanktuaria Matki Bożej z żylakami

od zbyt ciężkich reklamówek reklamujących pustki

gdzie przez pomyłkę komuś śnią się niewłaściwe sny

Przygotowałam się odpowiednio do pisania pieśni

Nocne rzucania kamieniami w zwierzęce skowyty

Stroiłam się, zerkając na małe, schowane lusterko

takie kosmetyczne, takie żeby nikt nie widział

Wkładałam różne wersje ubrań, chcąc robić wrażenie

niebieskie spodnie, czarna bluzka, biały stanik

Nic jednak nie pasowało w mojej garderobie

z radością odkryłam, że wszystkie moje ubrania

są za małe na mnie, co za miła niespodzianka

Stanęłam naga, bardzo narażona przed sobą

Spoglądałam ciekawie, uśmiechałam się cynicznie

wobec siebie, wobec mojego własnego podglądactwa

W moich włosach zaszczepiłam dyskretne sadzonki

byłam bardzo tkliwą ogrodniczką dla moich pasożytów

jak dziwne zwierzę w głębi ciemnych kolorów

z drobnymi żyjątkami narośniętymi na nim

naturalnie, bez dekoratorstwa, bez designu

Tylko niech one zdobią moją niezręczną nagość

Jest wśród nich parę niezwykłych okazów, spójrz

moje słodkie narośla, moje guzy schowane

Ze względu na tę uroczystą, podniosłą okazję

założę tylko dziecięcy śliniaczek, bo będę się ślinić

od dużej ilości słów, nadmiar może mnie pobrudzić

Brudasek będzie opowiadał

Prosto do kąpieli, marsz

Prosto do chloru, marsz

Moja ucieczka przed detergentem zaczyna się

Mogłabym zapuścić sobie długą, gęstą brodę

czesałabym ją, zmieniając codziennie stylistykę

to w prawo, to w lewo

Merdałabym nią jak długim ogonem uznania

starcze doświadczenie zaklęte w końskim włosiu

To naprawdę robi cyrkowe wrażenie

ilu jest chętnych na takie rozwiązanie

Stoją cierpliwie w długiej kolejce, doczekując się

Przenoszą ciężar ciała z jednej nogi na drugą

delektując się rozdawanymi za darmo drinkami

Moja broda pasowałaby stylistycznie do powagi sytuacji

Mój złagodzony wzrok osiadałby na pobliskiej ławce

ze zmęczenia, już nie mogłabym iść dalej, jeszcze

dalej, i jeszcze przejść przez płot, i jeszcze przez ten

dziurawiąc swoje nylonowe rajstopy z przeceny

Więc udaję się na dziką wyprawę do źródeł Amazonki

jako tako dogadam się pewnie z każdym ludem

pogryzą mnie jakieś łacińskie muszki przeszkadzajki

Moją samotną przeprawę zrelacjonuje chrząszcz

Dostanę po buzi od jakiegoś nazistowskiego przybłędy

Wsłuchując się w zwiastujące dźwięki odmętów

maczetą będę ciąć ostro zarośniętą od dawna ścieżkę

Szeleszcząc złowieszczo i delikatnie

ze śliniakiem i ze spinkami we włosach przez las

będę szeptać o Niebie, Piekle, staroświeckim Czyśćcu

Wysoko drażniący środek do czyszczenia toalet

stoi z boku obok niszczącego wszystko proszku

wraz z brudem zginie wszystko

Obsikane dookoła, tylko nie tam

Rozluźnij nozdrza teraz


Pieśń druga

Rebus I

Został mi zadany pewien rebus, nie do rozwiązania

Niestety nigdy nie był ani czytelny, ani oczekiwany

Czy był napisany w języku łacińskim, czy fińskim

a może jakiś tajemny dialekt kretów w czasie nocy?

Rebus ciągle tkwił spalony, w tłuszczu pływając

wbity jak nóż harcerski dla zabawy w ziemię, we śnie

Potykałam się ciągle o niego, przeklinając

jego przypadkową namolność i tępe ostrze

Do tego te obrazki w środku niego, do rozwiązania

Nic nie rozumiałam z ich kształtów, ze znaczeń

mimo że uzbrojona byłam w wiedzę o abstrakcji

Nic nie pomogło mi zbliżyć się do tego, co znałam

One ciągle śledziły, śledziły każde moje drgnienie

śledziły moją wycieczkę do sklepu spożywczego

Nerwowo odwracałam się do tyłu, czując się obserwowana

w poszukiwaniu tajemniczego sprawcy moich niepokojów

Ich nierozpoznawalność i niemożliwość zrozumienia

była niezwykle strojna, kusząca dla znudzonego

a ich powłóczyste treny ciągnęły się, ciągnęły

Świadczyły o ich niezwykłym dostojeństwie i randze

To wszystko zaplątało się w moje krótkie włosy

Jako kobieta muszę się regularnie czesać z pokorą

by wszyscy znali mój jasny i dobry wizerunek

Chciałam się rozczesać, z radością rozpoznać

swoje oblicze w lustrze, ale się już nie rozpoznałam

niestety już nie, na zawsze będę już rozczochrana

Rebus został mi zadany, a rozwiązanie nie może go dotyczyć

już nie ma żadnych gotowych rozwiązań w zestawach

w zestawach z warzywami z plantacji czyśćcowych

Chóry, zastępy krzyczą w odpowiedzi jednocześnie

każda jest inną właściwością, każda jest właściwa

więc posłucham nieuważnie tych wiekuistych stworów

Niech w chórach, bo tak raźniej, niech krzyczą, niech fałszują

Niech zaczerwienią się na widok publiczności

Niech ich gigantyczne płomienne oblicza będą nieśmiałe

schowane za moim mięsistym ramieniem, podziwiajcie


Pieśń trzecia

Oblubieniec na drodze

On ma maślane stopy pełne prochu, pełne maku

Rozpływają się w żarze taniego asfaltu

położonego tu tylko lokalnie, na chwilę

Słyszę, jak stukają jego brokatowe obcasy

Jak wyglądam, czy jestem dostatecznie piękna

czy zauważy mnie w niezwykle ciemnym lesie

Mój speszony wzrok sarenki zza krzaka

Chodź ze mną w bardzo ciemne błądzenie

bez ścieżek, bez górskich szlaków, bez niczego

Stanę tak oniemiała, uderzona jego blaskiem

drażniącym boleśnie nocne spojrzenie

Będę bezbronna, bez żadnej ukrytej kieszeni

pachnąca dzikimi odmętami leśnych dotyków

głaszczą, głaszczą moją dziką skórę

Nadchodzi, a jego wzrok przenika ukrywane

pod paznokciami drobne tajemnice nieczystości

Myśliwy bez nienawiści w oczach, w powiekach

Jego głos słychać z dala, jest przenikliwie cichy

Ze wzruszeniem dopytuje się o mnie u znajomych

pokazując im moje nieaktualne zdjęcie

Już tęskni za szorstkim, za ściernym ciałem

Wszyscy będą go mieli za bezpiecznego szaleńca

Jego zazdrość zawieszona na wieszaku w szatni

Układy współrzędnych, niech on będzie zerem

Teraz jest bardziej X niż Y, później bardziej Y niż X

Gołębie roznoszące tyfus już zwiastują kroki kolosa

Jego naiwne ciało pachnie ciastem drożdżowym

pełnym ciepła, wewnętrznej, radosnej pulchności

Spotyka mnie liżącą swoim różowym języczkiem ranę

Prawdziwe łobuziary łażą cały dzień po drzewach

nie schodzą na ziemię, tylko boleśnie spadają

na kolana, na kolana

Spojrzy na mnie bez pożądania, bez przywiązania

Podejdziemy do siebie w połowie drogi do Miąskowa

Na czarnym podłożu rzeczy wszelkiej pozdrowi mnie

pod naporem tak banalnie niezwykłego gestu rozpadnę się

na kawałki


Pieśń czwarta

Love will tear us apart

Oto efekt pryzmatu, jednak lekcja fizyki

Zjawisko całkowitego wewnętrznego odbicia

pozwala użyć pryzmatu jako idealnego elementu

odbijającego światło, mam kąt wynoszący 62°

kąt między ścianami, gdzie skryłam resztki

Odrobina miłosierdzia ubranego w plastikowe kwiaty

rozszczepiła mnie na kilka barw, na kilka właściwości

już nie mogłabym być tylko jako Bianka

Muszę już chóralnie, oralnie, muszę piszczeć już

w trzech postaciach, w trzech wygodnych zapachach

Stoję na złotym trójnogu przed tobą, żeby się nie potknąć

Jestem teraz jeszcze bardziej zwichrowana niż zwykle

Moje czarne patyczki w konstrukcji koronkowej

połamały nóżki, zresztą mechanik konstrukcji to wie

były za silne przeciążenia na delikatny materiał

Można było się tego spodziewać od samego początku

Z przerażenia tą katastrofą każdy z kolorów uciekł

pośpiesznie chowając swe atrybuty w zarośla

byś nie zauważył, że wszyscy są nadzy i tacy słabi

Stałeś jeszcze przez chwilę, a potem z miną znudzoną

krok za krokiem wracałeś do domu na obiad

pozostawiając mnie tak bardzo inną, pokolorowaną

Mój pierwszy kawałek schował się w norze jako Nieme

czekał on do wieczora, by ruszyć na nocne łowy i ruję

Drugi kawałek znalazł się pod ściółką i przytulał się

uciekał do przygodnych futerek dających ciepło

Trzeci zaś sklecił sobie gniazdo z ostrej trzciny

Po pewnym czasie zostałam wywąchiwaną

Moje tropy znały już wszystkie dzikie zwierzęta

Bianka już nie jestem tu, oto moje trzy ramiona

Tylko dla twojej osobistej pociechy

przedstawiam ci: Bianca, Bruna, Blu


Pieśń piąta

Pierwszy kawałek
o najbardziej łagodnych krawędziach

Z powiewem wiatru w przyszerokich spodniach

wielokrotnie rozrywanych w bolesnym kroku

od zbyt długich i tanecznych kroków

z oddechem, którego wszyscy unikają

podśmiechują się ze mnie w autobusie, jestem Blu

Dziewczyny na mój widok mocniej przytulają

swoich przystankowych towarzyszy, drżąc

jak sadzonki pomidorów wspierające swój ciężar

na solidnych patykach, które korygują ich kształt

Dzieci patrzą na moje ciemne oblicze

szukając oczu do rozpoznania twarzy

Chodzę, patrząc się na bezcelowy ruch

Ich mobilność jest absolutnie zbędna

Na dworcach świata mam swoje apartamenty

President Suite z marmurową posadzką

Oddaje mi ona swój zbawienny chłód, spokój

Obdarty jestem z koronek tłumiących oddech i ciało

Drapię się za uchem, spoglądając na wysokie kobiety

w reklamówkach całe życie za 35 złotych z resztą

Jestem cieniem, przybrudzonym krawężnikiem

w którym zbierają się kałuże, mokre odpadki

wsiąkają we mnie swobodnie i lękliwie

Wystraszeni swoją pewnością siebie, uciekają

na drobnych nóżkach, w podziemne przejścia

Szarobura cera uczyniła mnie prawie umarłym

co może się stać z człowiekiem, gdy nie słucha mamy

co może stać się z człowiekiem, gdy nie słucha innych

Moje kroki bujają się w rytmie siarczanych opowieści

Prawdziwie niesamowite, bo oni tak zawsze

moi kompani częstują mnie nimi jak papierosami

Nie mam przeszłości, nie mam ani ojca, ani matki

nie mam licznych sióstr, braci, przyjaciół, wrogów

nie mam kochanek, ani kochanków

nie płaczę, nie szukam pocieszenia

ani łaski, ani litości, ani gniewu, ani ciebie

Nie jestem samowystarczający, ale wystarczający

dlatego jestem nieproszonym dozorcą

komentatorem pięknych, rozproszonych detali

Dostaję grosze od zgarbionych ludzi

dzięki temu co dzień jem czerstwy chleb

piję najtańsze, wiśniowe wino

w plastikowo-kryształowym kielichu uwielbienia

Toczą mnie w środku jakieś nieznane choroby

których objawów ciągle oczekuję

Z pełną świadomością przyjmuję wszystko

Moje ciało tęskni już za rozkładem

Czuję tę piękną i skuteczną presję

tę dyskretną elegancję wycofywania się

w środku przyjęcia


Pieśń szósta

Ośrodek wypoczynkowy z kokosem w logo

Chłodny poranek zaglądał mi ostro w oczy

jego mocne uderzenia to jasna tenisówka

Prosto w głowę pachnącym butem z gumy

W mojej głowie jeszcze vino bianco

w plastikowej paczce, z kraju kwitnącej wiśni

Odkleiłem powieki ważące na oko pół tony

Przeprowadzając sondę, zbierałem na bułki

Tematem sondy był wpływ poezji metafizycznej

wpływ na codzienne życie młodzieży licealnej

Jakaś piękna kobieta o niewyraźnych rysach

podarowała mi coś niezwykłego

w dniu mojej śmierci, amen

Błękitny likier o smaku kokosowym

luksusowa przyjemność, z naruszoną pieczęcią

Siedziała przy mnie, nie mówiąc nic

Spoglądała na mój płaszcz, cerując go wzrokiem

Kobieta pełna lęku o swoje chude ciało

Gdy moi kompani zobaczyli moje błękitne usta

powiedzieli, że całowałem się z niebem

Wysoko, wysoko w tym pięknym dniu

Moje ciało bujał jeszcze skryty aromat kokosów

które w egzotycznych krainach zdobią hotele

nazwy ośrodków wypoczynkowych all inclusive

Moje serce zaczęło wybijać nieznany mi rytm

bardziej nerwowy, nieujarzmiony już niczym

Rytmika zaczęła wyskakiwać poza układ linii

Nuty nie mieściły się już w tych układach

przestały się do nich ciągle odnosić

Poczułem przeciągły ból w klatce piersiowej

cicha czerń okryła moje zmęczone oczy

Bolesna depilacja trwała zaskakująco krótko

Spojrzałem jeszcze raz na to moje ciało

pogrążone w przyjemnym półmroku dworca

Porzucony odwłok, zapomniana torba turystyczna

Czułem radość cząsteczek w stanie rozpadania się

w podskokach z radości wracały do domu

na progu z dala wyglądali ich widoku zżercy

Ktoś próbował mnie przebudzić elektrowstrząsami

robiąc mi awanturę za jego własne życie

Słuchałem tych oddalających się dźwięków

zmierzając już na stację Ursus Północny


Pieśń siódma

Blu podróżuje znów

Tchnienie jak wiatr zdmuchnęło mnie czule

ruszyłem w kierunku cichych konstrukcji

pełen nieśmiałego oczekiwania na jakieś zaproszenie

to wszystko przez te kokosy, jak zwykle

Ich egzotyczna woń kołysała mnie w uśpieniu

CHODŹ – szepnęło niejęzykiem jakieś nieistnienie

Wszystko zaczęło się wzajemnie znosić

ten szum był szeptem miliardów istnień

Żaden z tych głosów nie był głośniejszy czy cichszy

dlatego wszystkie były słyszalne równocześnie

Chodź do nas, chodź do nas, wielość cię woła

Jesteśmy cudnie przeludnieni

jakże piękna ta istna katastrofa demograficzna

w obfitości przelewamy się na wszystko

Usłyszałem w swoim duchu rwącą tęsknotę

byłem ścigany z wielką szybkością

Czułem, jak wszystko ściszone do tej pory

ryknęło przeciągle z ukrytego schowka

odpowiadając twierdząco na zawołanie

zaklęte w tym dźwięku, przenikliwie pytające

Pozostawiłem wspomnienia, zbędne powidoki

Nędzne, żebracze wybory zdmuchnięte zostały

Przymknąłem swoje już nieoczy z powodu blasku

gdy je otworzyłem, byłem już w czymś innym

gdzie powietrze było gęste od Wielkiego Jodu

Oddychało się już tylko nim

przy pierwszym oddechu poczułem bliskość morza

Biegnij, biegnij, zaraz je zobaczysz

Przestrzeń była podobna do niezwykłej plaży

Na szerokim, ciepłym brzegu zobaczyłem

w różnych odległościach od siebie postaci

Jeszcze były w odległościach od siebie

czekały na przypływ, aby je zabrał

gdy spojrzałem w stronę morza, poczułem

AAAAAAbsolutne spełnienie mnie i wszystkiego


Pieśń ósma

Mare

Wielkie, czarne, rozlewające się po policzkach

Nieskończona liczba koncepcji, myśli, konstruktów

powołanych z przepełnienia do przepełnienia

do jeszcze większej obfitości przelewana

Czułem miliardy, były wspólne i oddzielne

Chłód owiewał mi twarz, spełniona rewolucja

To chłód dostrzegany przez niewielu

za słaba jakość soczewki w lornetce

Dryfowały tu nieoczekiwane metafory

burzycielskie i dzięki falom rytmiczne

Były jak resztki po rozbitych samo lotach

Drzazgi z drewna, resztki wsłuchane ostatecznie

Nie było tam czasu teraźniejszego, passato prossimo

Ja stałem, wchłaniałem ten widok otwartą gębą

Pocztówka z widokiem za 1,50

plus znaczek znaczeń, by odnaleźć nadawcę

Wiekuiste leżenie na zabujanym w tobie hamaku

podczas zmasowanych ataków rozwiązań

z butelką niepotrzebnego wina oglądasz sufity

nie dotykasz podłóg zabezpieczonych izolacją

Dotykam głową sufitu, no proszę

mój policzek przykleja się do niego

no, już nareszcie nie można wyżej

To bardzo staroświeckie standardy wysokości

Supłana konstrukcja przyjemnie cię obejmuje

Nie ma tu wielce oczekiwanych staruszków – owadów

Wszystkie możliwości są tu spełniane w spokoju

wszystkie oprócz ograniczeń, koncert życzeń

Słowa mają tu swoje liturgiczne głębokości

zaskakujące w swych turbulencjach i przejawach

Sanctus, sanctus, sanctus łamie porządki

porządki szklanych gablotek

porządki systematyczności gatunków

ułożonych przez moralizatorów, przez archeologów

Morze ma swoje przypływy i odpływy

Teraz lekko się wycofało, odsłaniając piaszczysty brzeg

odsłaniając swą anarchiczną antygramatykę

Oto reklama ośrodka wypoczynkowego

gdzie ciągle brakuje kompletu na turnus 27.07.–30.08


Pieśń dziewiąta

Wybrzeże

Na plaży dostrzegłem resztki po ludziach

Zbiornik je zabierze, poszerzając swoje reguły

lingwistyczne

Bliskość morza sprawiała, że piasek rumienił się

był poświęcony wielokrotną ilość razy

na wszelki wypadek uświęcany stale

Miewa swoje ledwo słyszalne harmonie

Niechcący porzucone muszle dające echa

wyrzeźbione w kruchej powłoce wapniowej

wspominają pracownie rzeźb z plasteliny

zwiastują perfekcję w niedoskonałym tworzywie

Północna plaża pociągała mnie najbardziej

inaczej łamała się tu linia brzegu zwiędniętego

Nie było tu żadnego przedstawiciela ratownictwa wodnego

Zanurzyłem swe stopy w piaszczystym brokacie

Moje istnienie mieniło się niczym zabawka na choince

pełna refleksów, pełna uroczystej odświętności

lecz pozbawiona odbić wpatrzonych we mnie

Spacer do wysokiej kobiety, którą obrałem za punkt A

sprawiał mi niewymowną przyjemność

Samotny wypad za miasto w pojedynkę

Pojedynek ze sobą samym

W podmiejskim pociągu, dwie moje połówki

Czy jeszcze coś Pan sobie życzy?

Wie Pani, tak się jeszcze zastanawiam

cienie po ciałach w formie ręczników, poproszę

Dizionario di lingua perfetta, per favore

jeszcze poproszę, aby pani się też spakowała

do tych zakupów, czy zmieści się Pani do jednej reklamówki?

Czy wszyscy się zmieszczą?

Mój wózek złomiarza, wiecznego tułacza

da sobie radę z takim ciężarem, z taką mnogością

na sankach zawiozę, zostawiając po sobie ślad

Wszyscy będą w stanie mnie wywąchać już teraz

psy policyjne, młodzieżówki polityczne

Moje sekretne drogi i skróty


Pieśń dziesiąta

Psalm do kobiety ze złamanym stawem biodrowym

Kim jesteś, o piękna przyjaciółko moja

o rudych włosach, zawsze mi się takie podobały

spiętych jak kurtyna, tylko dwoma punktami

Jakże twoje jasne oblicze jest olśniewające

Piłaś zawsze esencję z herbaty, inni rozwadniali

stąd pewnie twój herbaciany odcień

Twoją cerę pokryły piegi i niedoskonałości skóry

wrażliwej z tendencją do wysuszania się

Z długimi nogami na ręczniku plażowym leżysz

kremem posmarowana UV 100, byś się nie spaliła

jesteś tak cholernie wrażliwa na wszystko

Czarne okulary chronią twój skacowany wzrok

Jednoczęściowy kostium zawodowej pływaczki

Siedzisz tak, paląc papierosa, wpatrując się w morze

Jego łagodna rytmika odpowiada echem w tobie

Cóżżeś zrobiła, o moja piękna przyjaciółko

że znalazłaś się tutaj, na tym dziwnym brzegu?

Czy nosiłaś etiopskie dzieci na uszach

a może byłaś artystką społecznie zaangażowaną

wzruszałaś się na samą myśl o mniejszościach?

Może dostałaś pokojową nagrodę Dżingis-chana

Zapach od morza morski swąd oddaje, czy wiesz

masz piękne ramiona i spokojny oddech w sobie

Czy mogę położyć się przy tobie na ręczniku?

Przyglądając się wnikliwie, skorzystać z tej okazji

kiedy jesteś taka plażująca i obojętna wobec mnie

Nie proponuję ci romansu w stylu country rose

po prostu położę się obok ciebie, spojrzysz na mnie

swoim szarym spojrzeniem z rudym owłosieniem

Więc zlituj się, o zlituj

Bądź miłosierna, zdejmij te okulary

No pokaż mi się wreszcie


Pieśń jedenasta

29 minut i 3 sekundy

Pięknie piejesz, o nieznajomy, budzisz mnie

Pięknie piejesz, o nieznajoma, budzisz mnie

Prosząc mnie o głośną odpowiedź na ciebie

Tajemnicze reguły zawołały mnie tutaj

niepotrzebne jest mi ich zrozumienie

Jestem kobietą ze złamanym stawem biodrowym

Moje dawne gesty zakończyły się wreszcie

Oceniam je jako niedostateczne formy baletowe

wywijanie nogami i rękami według ustalonych reguł

Moje całe życie to był wielki wyścig pokoju

Ja utalentowany, lecz niedoświadczony kierowca

w środku sezonu zaczynam spadać w rankingach

nie potrafię sprostać wysokim oczekiwaniom

jakie narzuca mi ambitna publiczność teatralna

Zamiast jechać prosto, z dużym impetem prosto

skręciłam na dziwne drogi, łykając żwir z pobocza

znalazłam sobie mój osobisty pościg

za tym, który kochał mnie grzecznościowo

przez 29 minut i 3 sekundy

potem już nie, potem już tylko płacz

Byłam doskonałą aktorką teatralną, słodka żmijka

tak mnie przezywali moi drobni przyjaciele

przyjemne włazidupki liżące mi opuszki palców

Moje role były wymagające poświęceń

„Nigdy nie będę twoja w polu rzodkiewek”

Wyżej oczy, wyżej nad publiczność, nad

Melodramatycznie do granic obrzydliwości

zakochałam się w stażyście, grał drzewo w tle

Nikt go wtedy nie zauważył, tylko ja niestety

Skrywał się nagi za gałęziami, wstydząc się

Nagi, schowany przed karcącym wzrokiem

wciągnął mnie do swojej czarnej dziupli

na 29 minut i 3 sekundy

potem uciekł wraz z całym sztucznym listowiem

Obciął mi ręce, nogi, głowę, włosy, rzęsy

za pomocą chińskiego zestawu do obcinania

wydłubał ze mnie wnętrzności, porcja rosołowa

Pozostawił mnie kadłubem, bez właściwości

wypieprzonym na jakieś nieprzyjemne warunki

atmosferyczne, wtedy było zimno i mokro

Jeździłam cadillakiem, pijąc drogi koniak

z gwinta, sapiąc z przyjemności i bekając

Oto pocałunki mącące moją marność

Słodkie pocałunki prosto w usta, z gwinta

Załamana nerwowo aktorka biega w nocy

Nie chciałam nikogo innego już więcej

Byłam bogata, ale to nie było nic warte

Zostawił mnie z jego dociskami palców

łatwy do rozpoznania sprawca zamieszania

Jego intensywny zapach ciągle miałam na sobie

Jeździłam płynnie przez rozświetlone bulwary

nawet rozbijając swój wóz w kolorze écru

miałam w ustach jego znakomity smak

Wypadek spowodował moje kulawe inwalidztwo

Miałam wiele okazji na przyjemne chwile

z pachnącymi jeszcze produkcją, jeszcze fabryką

ale stałam się umarła dla pustych odwłoków

Stałam się jednoosobową zakonnicą

odepchniętą, z wbitym kawałkiem karoserii

w kolorze kremowym w piękne biodro

Wycięty z tyłu mój czarny habit z wyleniałą etolą

którą miałam na sobie w tamten wieczór

Złożyłam śluby czystości dla tego, który odszedł

w sumie chrzanił moją kondycję psychiczną

Oto rzucam miliony nie pereł, ale diamentów

przed niegodnego

Niech kopie on te kamienie poświęcone

Niech jego but zgniecie ich mineralne struktury

Niech wreszcie poślizgnie się na nich

I niech stłucze sobie boleśnie staw biodrowy


Pieśń dwunasta

Biodro, które się zrosło

Nie miałam w sobie cynizmu ani złości w trzewiach

nie nosiłam w portmonetce drobnych, przekleństw

Byłam przyjemna dla środowiska naturalnego

Moje osobiste spaliny chronione były katalizatorem

Zestarzałam się w spokoju, narzekając na ślad

w krągłym biodrze, choć już nikt nie pamiętał

Świetność mojego brązowego biodra minęła z czasem

Pokochałam swoją cichą samotność z esencją herbaty

Miałam coraz bardziej niewygodnie spętlone buty

wbijały mi się w moje poskręcane stopy zapomnianej

Coraz bardziej gniotły mi się jedwabne rajstopy

na zmarszczonych kolanach ciągle wyczekujących

Codziennie na targu kupowałam świeże warzywa

Gotowałam, patrząc, jak zanurzają się w gorącej wodzie

to jedyny grzech, który wspominam z niepewnością

Słoneczna staruszka ze zdziwieniem odkrywa siwiznę

Często w sklepach, dla żartu, grałam zapomniane role

ku uciesze publiczności, by się cieszyli jeszcze raz

Umierałam spokojnie wraz z kolejnymi kwitkami

odcinki emerytury i badań na obecność nowotworu

Na ostatnie pół roku bólu zostałam położona

w Umieralni, gdzie zaprzyjaźniłam się z paprotką

z wolontariuszką, którą namówiłam na studia

Kiedy zmieniała mi pieluchę, podawała mi mleko

dla dzieci powyżej 6 miesiąca życia, 6 miesięcy życia

Cicho zasnęłam którejś gwiaździstej nocy teatralnej

oddychając spokojnie i nie oddychając już spokojnie

Słodka ciemność przygarnęła mnie ręką, wyciągniętą

tylko do mnie, zgarniającą mnie jak drobniaki

Teraz tu, na plaży, moje nieciało spoczywa w pokoju

na ręczniku w kolorze ecrú wieczny odpoczynek

Niedługo przyjdzie przypływ, czuję to w biodrze

Jest bardzo wrażliwe na zmiany atmosferyczne

Zabierze mnie do siebie na zawsze, spełni mnie

tam gdzie będę tą, której biodro nareszcie się zrosło

Moja meta nie była więc w ramionach drzewa

Moja meta to ramiona tego brzegu, kochana czarna toń

Nic potrzebuję, to miłość od pierwszego wejrzenia

Wiem, znam doskonale jej słodki smak


Pieśń trzynasta

Pocałunek na dobranoc

Blu śpiewa

Moje współodczuwanie stało się teraz wyraźne

Poczułem dokładny jej ślad na moim biodrze

bolesną karoserię w sobie, którą ona nosiła

przez lata jak drogocenną biżuterię, pamiątkę

Leżeliśmy chwilę na jej pachnącym ręczniku

Wielki Jod napełniał nasze resztki płuc

wypełnieniem tam, gdzie zawsze brakowało

czyniąc z każdej naszej odpowiedzi pieśni

o zapomnianych melodiach i hultajskim rytmie

Brokat lepił się zabawnie do naszych lekkich dłoni

Pocałowaliśmy się w usta na dobranoc

w koszulach nocnych dopasowanych do braku ciała

wymierzonych przez szepczące dziwadła

Oto stroje wieczorowe, strojne tylko na jeden wieczór

na jeden cichy zmierzch, schowany przed wszystkimi

kiedy jest tak sympatycznie chłodno, dyskretnie

Moja przyjaciółka spokojnie odwróciła się do morza

Nie potrzebowała mojej czułości ani głaskania

Nie potrzebowała już mojej śpiewnej obecności

Z dala punkt B migotał już do mnie cekinem

Był to dla mnie sygnał dźwiękowo-świetlny

powinienem już iść do kolejnego morskiego żyjątka

Moje kroki znów stały się taneczne

Mój wzrok ciekawie rysował kontury nieznanego


Pieśń czternasta

Pieśń przejściowa

Tanecznym krokiem

Przechodzenia, dochodzenia do ciebie

Prawie mam ciebie, prawie się zbliżam

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com