Bezmyślna - S.C. Stephens - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 812 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 23 godz. 13 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bezmyślna - S.C. Stephens

Jednym z głównych tematów tej książki jest zdrada i to, jak ludzie, których ona dotyczy, radzą sobie później z życiem.

To nie jest lekka, łatwa i przyjemna bajka. „Bezmyślna” to prawdziwa do bólu, ściskająca za serce opowieść, zwłaszcza jeżeli czytelnik zaznał choć części tego, czego muszą doświadczyć jej bohaterowie.

Od niemal dwóch lat Kiera ma chłopaka - Denny jest spełnieniem jej marzeń: kochający, czuły, całkowicie jej oddany.

Kiedy razem wyjeżdżają do nowego miasta, aby zacząć wspólne życie – on jako stażysta w znanej firmie reklamowej, ona zaś jako studentka na renomowanym uniwersytecie – wszystko wydaje się idealnie układać.

Potem jednak nieprzewidziane okoliczności zmuszają parę do tymczasowej rozłąki. Kiera czuje się osamotniona, zdezorientowana; potrzebuje opieki i pocieszenia. Na pomoc przychodzi jej współlokator, lokalny gwiazdor rocka – Kellan Kyle. Jego przyjaźń pomaga Kierze poradzić sobie z uczuciem wyobcowania w nowym mieście. Kiedy jednak jej samotność staje się coraz bardziej intensywna, relacje z Kellanem ulegają stopniowej przemianie. A potem pewnej nocy wszystko zmienia się drastycznie… i od tej pory życie żadnego z bohaterów nie jest już takie, jak dawniej.

Bezmyślna” zmusza do przeczytania jej jednym ciągiem ale ze względu na tematykę. Każdy czytelnik zinterpretuje tę historię odmiennie.

Jednym z głównych tematów tej książki jest zdrada i to, jak ludzie, których ona dotyczy, radzą sobie później z życiem.

To nie jest lekka, łatwa i przyjemna bajka. „Bezmyślna” to prawdziwa do bólu, ściskająca za serce opowieść, zwłaszcza jeżeli czytelnik zaznał choć części tego, czego muszą doświadczyć jej bohaterowie.

Opinie o ebooku Bezmyślna - S.C. Stephens

Fragment ebooka Bezmyślna - S.C. Stephens









S.C. Stephens

BEZMYŚLNA


Tytuł oryginału: Thoughtless

Projekt okładki: Katarzyna Konior

Redakcja: Katarzyna Andrzejczyk

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Irma Rymuza, Elżbieta Steglińska

© 2009 S. C. Stephens

Published by arrangement with Gallery Books

a division of Simon&Schuster, Inc.

All right reserved.

For the cover illustration copyright © Luna Vandoorne – Fotolia.com

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Joanna Grabarek

ISBN 978-83-7758-730-0

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2014

Wydanie I


Dziękuję wszystkim,

którzy wspierali mnie i wydanie tej opowieści.

Bez Was nie byłoby to możliwe!


Rozdział pierwszy
Spotkania

To była najdłuższa podróż w moim życiu. Nic dziwnego, skoro nigdy nie wyjeżdżałam z rodzinnego miasta dalej niż sto kilometrów. Nasza eskapada miała trwać absurdalnie długo: trzydzieści siedem godzin i jedenaście minut według nawigacji – najprawdopodobniej przy założeniu, że jest się nadczłowiekiem, który nie potrzebuje żadnych postojów.

Wyruszyliśmy z Athens w Ohio. Urodziłam się i wychowałam w tym mieście, tak jak i reszta mojej rodziny. Chociaż w naszym małym gronie nigdy o tym nie rozmawialiśmy, od zawsze było wiadomo, że ja i siostra będziemy studiować na Uniwersytecie Ohio. Dlatego kiedy kilka miesięcy temu, w trakcie drugiego roku studiów, podjęłam nagle decyzję, że się przenoszę, w domu rozegrała się prawdziwa tragedia. Bardziej niż sam pomysł przeprowadzki na jesieni rodzinę zszokowało miejsce docelowe oddalone niemal czterysta kilometrów od domu, a konkretnie Uniwersytet Waszyngtoński w Seattle. Stypendium, które otrzymałam, było bardzo prestiżowe, dlatego jakoś dali się udobruchać. Niestety, nie do końca. Od tej pory rodzinne spotkania stały się znacznie… barwniejsze.

Powód moich przenosin siedział obok i uwoził mnie z Athens w swojej poobijanej starej hondzie. Spojrzałam na niego i się uśmiechnęłam. Denny Harris. Był piękny. Wiem, że to najmniej męski sposób opisania faceta, ale tak właśnie o nim myślałam i – moim zdaniem – było to pod każdym względem trafne. Denny pochodził z małego miasta w Queensland w Australii. Lata spędzone nad wodą w tym egzotycznym miejscu sprawiły, że był śniady i muskularny, ale nie wyglądał jak kulturysta – miał proporcjonalną, atletyczną budowę. Nie był rosły, ale wyższy ode mnie, nawet gdy miałam buty na obcasach, a to mi wystarczało. Lubił, gdy jego ciemnobrązowe włosy były wystylizowane w idealnie uporządkowane pazurki. Uwielbiałam je układać, na co wspaniałomyślnie pozwalał, wzdychając i narzekając, że pewnego dnia będzie musiał je ściąć. Mimo to uwielbiał moje fryzjerskie dokonania.

Spoglądał na mnie teraz pełnymi ciepła, ciemnobrązowymi oczyma, w których igrały wesołe błyski.

– Hej, kochanie. Już niedługo, tylko kilka godzin.

Miał uroczy akcent. Sposób, w jaki wymawiał poszczególne słowa, wywoływał u mnie dziwną radość.

Na moje szczęście Denny miał ciotkę, która trzy lata temu przyjęła posadę na Uniwersytecie Ohio i przeprowadziła się do Stanów. Kochany Denny postanowił pojechać z nią i pomóc jej się osiedlić w nowym miejscu. Spędził kiedyś w Stanach cały rok na wymianie gimnazjalnej i teraz, niewiele myśląc, przeniósł się na Uniwersytet Ohio. W oczach moich rodziców czyniło go to idealnym kandydatem na partnera dla mnie – oczywiście do czasu, gdy porwał mnie do Seattle. Westchnęłam z nikłą nadzieją, że złość na nas szybko im przejdzie. Denny uznał jednak, że to reakcja na jego słowa.

– Wiem, że jesteś zmęczona, Kiero – powiedział. – Zatrzymamy się tylko na chwilę U Pete’a, a potem pojedziemy prosto do domu, spać.

Skinęłam głową i zamknęłam oczy.

U Pete’a było nazwą popularnego baru, w którym nasz nowy współlokator, Kellan Kyle, królował jako lokalny gwiazdor rocka. Chociaż mieliśmy zamieszkać razem, nie wiedziałam o nim zbyt wiele. Podobno podczas wymiany gimnazjalnej Denny mieszkał u jego rodziców. Wiedziałam też, że Kellan ma kapelę rockową. Były to bodaj jedyne znane mi fakty o naszym tajemniczym współlokatorze.

Otworzyłam oczy i spojrzałam na pociemniały świat za oknem samochodu. Udało się nam wreszcie pokonać górskie przełęcze, chociaż przez chwilę się obawiałam, że stary samochód Denny’ego nie da sobie rady. Jechaliśmy teraz krętą szosą pośród lasów, skalnych wodospadów i olbrzymich jezior połyskujących urokliwie w świetle księżyca. Nawet w ciemnościach dostrzegałam piękno tutejszych okolic. Nie mogłam się doczekać rozpoczęcia nowego etapu życia w tym malowniczym stanie.

Pomysł zmiany naszej wygodnej egzystencji w Athens pojawił się kilka miesięcy wcześniej wraz ze zbliżającym się końcem studiów Denny’ego. Mój mężczyzna był genialny i to nie tylko moim skromnym zdaniem. Wykładowcy zawsze mówili o nim „utalentowany”. Otrzymał od nich doskonałe rekomendacje i zaczął szukać pracy.

Nie mogłam znieść myśli o rozłące nawet na dwa lata, do czasu gdy ukończę studia. W każdym mieście, w którym Denny szukał pracy lub stażu, składałam podanie o przyjęcie na uniwersytet. Moja siostra Anna uważała, że to dziwne. Nie należała do osób, które chciałyby się ciągać po całym kraju za jakimkolwiek mężczyzną – nawet tak atrakcyjnym jak Denny. Ja jednak nie miałam wyboru. Nie wytrzymałabym nawet dnia bez uśmiechu tego łobuza.

Mój piękny geniusz koniec końców na wymarzony staż dostał się w Seattle. Miał pracować dla firmy, która – jego zdaniem – była jedną z najlepszych agencji reklamowych na świecie. To tam wymyślono słynny dżingiel dla pewnej dobrze znanej sieci fast foodów, w której logotypie są dwa charakterystyczne złote łuki. Denny z nabożeństwem powtarzał to wszystkim dokoła, jakby ta firma co najmniej wynalazła powietrze. Podobno staż tam to było coś wyjątkowego nie tylko z powodu niewielkiej liczby miejsc rocznie, lecz także możliwości pracy przy realizowanych przez agencję projektach. Denny miał od razu stać się częścią zespołu. Nie mógł się doczekać wyjazdu do Seattle.

On szalał z radości, a ja panikowałam. Pochłaniałam pół butelki syropu na uspokojenie dziennie, dopóki nie otrzymałam pisemnej zgody na przeniesienie się na Uniwersytet Waszyngtoński. Idealnie! Potem jeszcze jakimś cudem udało mi się dostać stypendium, które pokrywało niemal całe czesne (może nie byłam takim geniuszem jak Denny, ale głupia też nie byłam). Podwójna wygrana! W dodatku Denny miał znajomych właśnie w Seattle i jeden z nich zaoferował nam pokój u siebie za ułamek sumy, którą spodziewaliśmy się płacić za wynajem. Chyba było nam to pisane.

Z uśmiechem wyglądałam przez okno. Coraz częściej przejeżdżaliśmy przez obszary zabudowane, oddalając się od majestatycznych gór, które zniknęły w ciemnościach nocy. Gdy dotarliśmy do większego miasta i mijaliśmy drogowskaz z napisem „Seattle”, deszcz zabębnił o szyby. Byliśmy coraz bliżej. Wkrótce rozpocznie się kolejny etap naszego życia. Nie wiedziałam absolutnie nic o nowym miejscu, ale byłam pewna, że u boku Denny’ego szybko je poznam. Wzięłam go za rękę; w odpowiedzi uśmiechnął się ciepło.

Gdy tylko Denny skończył studia (podwójna specjalizacja: z ekonomii i marketingu – zdolny facet!), zaczęliśmy przygotowania do przeprowadzki. Nowi pracodawcy spodziewali się go w biurze w najbliższy poniedziałek. Moi rodzice oczywiście nie byli zachwyceni przedwczesnym ich zdaniem odcięciem pępowiny. Koniec końców niechętnie zaakceptowali moją decyzję o przeniesieniu się do Seattle, ale mieli nadzieję, że spędzę z nimi jeszcze to ostatnie lato. Wiedziałam, że będę tęsknić za domem, ale Denny i ja mieszkaliśmy osobno (on u ciotki, a ja z rodzicami) przez niemal dwa boleśnie długie lata i nie mogłam się doczekać rozpoczęcia kolejnego etapu znajomości. Kiedy żegnałam się z rodziną, usiłowałam zachować spokój, ale w głębi duszy cieszyłam się jak dziecko na myśl, że wreszcie będziemy prowadzić samodzielne życie we dwoje.

Jedynym elementem przeprowadzki, przeciwko któremu od początku stanowczo protestowałam, była podróż samochodem. Kilka godzin w samolocie w porównaniu z kilkoma dniami spędzonymi w ciasnym samochodzie – dla mnie wybór był prosty. Jednak Denny był bardzo przywiązany do swojej starej hondy i nie chciał jej zostawić w Athens. Wiedziałam, że w Seattle samochód na pewno nam się przyda, ale boczyłam się przez dobre pół dnia. Denny jednak sprawił, że nasza podróż była zbyt zabawna, by narzekać. Znalazł wiele sposobów, żeby przekonać mnie, iż samochód jest… bardzo wygodny. Kilka postojów zapamiętam na zawsze.

Uśmiechnęłam się na samą myśl o tym i przygryzłam wargę, podekscytowana perspektywą wspólnego mieszkania.

Wprawdzie podróż miała pozostawić wiele przyjemnych wspomnień, ale trwała już bardzo długo i byłam naprawdę zmęczona. Denny postarał się o wszelkie możliwe wygody, ale nie zmieniało to faktu, że samochód to tylko samochód, ja zaś marzyłam o prawdziwym łóżku. Westchnęłam z ulgą, gdy na horyzoncie rozbłysły wreszcie światła Seattle.

Denny skorzystał z wcześniejszych wskazówek i bardzo szybko trafiliśmy do baru U Pete’a. Udało nam się znaleźć wolne miejsce na zatłoczonym parkingu (był piątkowy wieczór i wszyscy tłumnie pielgrzymowali do barów) i Denny zaparkował. Gdy tylko silnik zgasł, wyskoczyłam z samochodu i zaczęłam się przeciągać. Rozbawiłam Denny’ego, ale szybko poszedł w moje ślady. Po dobrej minucie prostowania kości skierowaliśmy kroki do baru, trzymając się za ręce. Przyjechaliśmy później, niż się spodziewaliśmy, i zespół koncertujący U Pete’a zaczął już występ. Przez otwarte drzwi i okna docierały do nas dźwięki muzyki. Weszliśmy do środka i Denny rozejrzał się szybko. Wskazał masywnego mężczyznę opartego o ścianę i obserwującego publiczność, która tłoczyła się przed sceną. Ruszyliśmy w jego stronę.

Spojrzałam na scenę; popisywała się tam czwórka młodych chłopaków mniej więcej w moim wieku (czyli dwudziestolatków). Grali szybki, melodyjny rock, do którego idealnie pasował chropawy, lecz niesamowicie seksowny głos wokalisty. Idąc za Dennym, który sprawnie przeprowadzał mnie przez morze stóp, kolan i łokci, pomyślałam, że są całkiem nieźli.

Najpierw dostrzegłam wokalistę. Nie dało się go przeoczyć. Był przystojny jak diabli. Patrzył intensywnie granatowymi oczyma na stłoczone przy scenie, wyraźnie zafascynowane nim dziewczyny. Miał gęste, mocno wycieniowane włosy koloru piasku: na górze dłuższe pasma sterczały w różne strony w pozornym nieładzie, po bokach i z tyłu głowy włosy były krótsze. Uwodzicielsko przeczesywał je dłonią. Anna nazwałaby to „fryzurą prosto z łóżka”. No dobrze, pewnie użyłaby dosadniejszego określenia, bo moja siostra ma niewyparzony jęzor. Fryzura wokalisty rzeczywiście narzucała jednoznaczne skojarzenia: jakby ktoś przed chwilą dopadł go w garderobie. Zarumieniłam się na myśl, że może jestem bliska prawdy. Był niebezpiecznie atrakcyjny.

Miał na sobie niewyszukane ubranie, jakby wiedział, że nie musi się stroić: szarą, dopasowaną bluzę z długimi rękawami podciągniętymi do łokci, która podkreślała jego pięknie ukształtowane ciało, a do tego sprane czarne dżinsy i czarne glany. Prosto, ale stylowo. Wyglądał jak młody bóg.

Największym bodaj atrybutem wokalisty, poza jego uwodzicielskim głosem, był niesamowicie seksowny uśmiech. Nie szafował nim, ale wystarczyło, by wszystkie panny w tłumie szalały. Chłopak był ucieleśnieniem seksu i, na nieszczęście, doskonale o tym wiedział. Patrzył w oczy rozkochanym fankom, które zupełnie wariowały, kiedy czuły na sobie jego spojrzenie. Przyjrzałam mu się uważniej. Rozbierał kobiety wzrokiem, a jego półuśmiechy niepokoiły. Moja siostra z pewnością znalazłaby kolejne dosadne określenie na taki sposób bycia.

Przez chwilę obserwowałam z zażenowaniem, jak wokalista uwodzi rozochocone groupies. W końcu przeniosłam wzrok na pozostałych członków zespołu.

Dwaj mężczyźni stojący po obu stronach lidera byli do siebie tak podobni, że musieli być braćmi. Obaj nieco niżsi niż wokalista, szczuplejsi i nie tak idealnie zbudowani, mieli wąskie nosy i cienkie usta. Jeden grał na gitarze solowej, drugi – na basie. Wyglądali nie najgorzej i gdybym najpierw nie zawiesiła wzroku na ich koledze, pewnie uznałabym ich za znacznie atrakcyjniejszych.

Jeden z gitarzystów był ubrany w zgniłozielone szorty i czarny podkoszulek z logo zespołu i nazwą, której nie znałam. Blond włosy miał krótko ostrzyżone i postrzępione. Grał właśnie dość skomplikowaną solówkę i było po nim widać, jak bardzo jest skoncentrowany. Od czasu do czasu rzucał jasnymi oczami szybkie spojrzenie na tłum, jednak przeważnie skupiał się na gitarze.

Jego równie jasnooki i jasnowłosy krewniak miał włosy do ramion założone za uszy. On również był ubrany w szorty i podkoszulek, na którym widniał napis: „Jestem w zespole”. Zachichotałam. Chłopak grał na basie ze znudzonym wyrazem twarzy i prawie nie spuszczał wzroku z drugiego gitarzysty. Odniosłam wrażenie, że chętnie zamieniłby się ze swoim sobowtórem instrumentami.

Trzeci członek zespołu siedział otoczony bębnami i talerzami, więc nie mogłam uchwycić wielu szczegółów jego wyglądu. Byłam zadowolona, że w ogóle miał na sobie jakieś ubranie, bo wielu perkusistów podczas koncertu niemal zupełnie się rozbiera. Chłopak miał ogromne piwne oczy, krótko obcięte brązowe włosy i bardzo łagodną, miłą twarz. W jego uszach zauważyłam kolczyki tunele o średnicy centymetra; nie lubiłam takich ozdób, ale, o dziwo, jemu dodawały atrakcyjności. Całe ramiona perkusisty były pokryte kolorowymi tatuażami. Nie wyglądał na zmęczonego; wykonywał skomplikowane partie, przyglądając się publiczności z szerokim uśmiechem.

Denny wspomniał kiedyś, że nasz nowy gospodarz gra w zespole, nie wiedziałam jednak, kim tam jest. Miałam nadzieję, że to misiowaty perkusista. Wyglądał na kogoś, z kim szybko można się zaprzyjaźnić.

Wreszcie udało się nam przedrzeć przez tłum do masywnego mężczyzny stojącego pod ścianą. Rozpromienił się na widok Denny’ego.

– Cześć stary! Dobrze cię znowu widzieć! – krzyknął, bardzo nieudolnie naśladując australijski akcent.

Pomyślałam, że wszyscy próbują, ale prawie nikomu się nie udaje. Ten akcent brzmi sztucznie, jeśli człowiek się z nim nie urodzi. Denny chciał mnie nauczyć mówić z tym akcentem, choć bardzo go śmieszyły wszelkie próby innych. Doskonale zdawałam sobie jednak sprawę ze swoich możliwości (a raczej z ich braku), więc nawet nie próbowałam. Po co robić z siebie idiotkę?

– Hej, Sam! Kopę lat!

Sam wyglądał na rówieśnika Denny’ego, uznałam więc, że znają się również z czasów wymiany gimnazjalnej, kiedy to Denny poznał Kellana. Z uśmiechem patrzyłam, jak się witają niedźwiedzim uściskiem.

Sam był atletycznie zbudowany. Potężne bary wręcz rozsadzały czerwony podkoszulek z logo lokalu. Był ogolony na łyso i gdyby nie uśmiech, nigdy nie odważyłabym się do niego podejść. Wyglądał groźnie, co było zaletą, ponieważ najwyraźniej pracował tu jako wykidajło.

Pochylił się ku nam, żebyśmy nie musieli przekrzykiwać muzyki.

– Kellan powiedział, że się dzisiaj zjawicie. Macie u niego mieszkać, tak? – Spojrzał na mnie, schowaną za plecami Denny’ego. – To twoja dziewczyna? – spytał, zanim Denny zdołał odpowiedzieć na pierwsze pytanie.

– Tak, to Kiera. Kiera Allen. – Uwielbiałam sposób, w jaki wymawiał moje imię. – Kiera, poznaj Sama. Przyjaźniliśmy się w gimnazjum.

– Miło mi. – Uśmiechnęłam się do osiłka, nie wiedząc, co powiedzieć.

Nie znosiłam poznawania nowych ludzi. Zawsze czułam się niezręcznie i ogarniała mnie chorobliwa nieśmiałość. Nie byłam nieatrakcyjna, ale też nie grzeszyłam szczególną urodą. Miałam długie, lekko kręcone brązowe włosy (dzięki Bogu dość gęste), orzechowe oczy – podobno pełne wyrazu (co w mojej głowie przekładało się na „zbyt duże”) – byłam średniego wzrostu, dość szczupła i wysportowana, ponieważ w czasach szkolnych biegałam. Krótko mówiąc, nic specjalnego.

Sam skinął głową i znów spojrzał na Denny’ego.

– Kellan musiał już zacząć koncert, ale zostawił klucz, gdybyście nie chcieli czekać. Długa podróż i takie tam… – Sięgnął do kieszeni dżinsów i podał klucz Denny’emu.

Pomyślałam, że to bardzo miłe ze strony Kellana. Byłam potwornie zmęczona i marzyłam już tylko o tym, żeby znaleźć się wreszciew domu i przespać ze dwa dni. Nie chciałam czekać do końca koncertu, który nie wiadomo ile potrwa. Rzuciłam jeszcze raz okiem na scenę. Wokalista nadal rozbierał wzrokiem każdą kobietę, na którą spojrzał. Od czasu do czasu seksownie i kusząco wciągał powietrze przez zaciśnięte zęby. Pochylił się nad mikrofonem i wyciągnął rękę do tłoczących się przy scenie fanek, które zapiszczały z radości. Większość facetów stała z tyłu, ale niektórzy trzymali się blisko swoich dziewczyn, przyglądając się wokaliście z jawną niechęcią. Odniosłam nieodparte wrażenie, że któregoś dnia ten piękniś zostanie nieźle poturbowany.

Coraz bardziej przywiązywałam się do myśli, że to perkusista jest kolegą Denny’ego i naszym gospodarzem. Wydawał się miłym, beztroskim człowiekiem.

Denny jeszcze przez chwilę gawędził z Samem, wypytując, co u niego, a potem się pożegnaliśmy.

– Gotowa? – Wiedział, że jestem bardzo zmęczona.

– O tak!

Marzyłam o łóżku. Na szczęście podobno ostatni współlokator Kellana zostawił kilka mebli.

Denny roześmiał się i powrócił do obserwowania sceny. Przyglądałam mu się, kiedy usiłował nawiązać kontakt wzrokowy z przyjacielem. Lubił nosić delikatny zarost; nie za długi, taki jak mężczyzna, który właśnie wrócił z weekendowego wypadu. To przydawało mu lat – jego chłopięca twarz wyglądała bardziej męsko. Zarost był bardzo miękki i przyjemnie łaskotał, kiedy Denny wtulał policzek w moją szyję w niesłychanie seksowny sposób. Nagle zdałam sobie sprawę, że jestem gotowa do wyjścia nie tylko z powodu zmęczenia.

Zauważyłam, że Denny podnosi rękę z kluczem i kiwa głową. Najwyraźniej Kellan wreszcie zwrócił na niego uwagę i Denny pokazał mu, że zamierzamy pojechać do domu. Rozmarzona nie zwróciłam uwagi, z którym członkiem zespołu się porozumiewał, nadal więc nie wiedziałam, kto będzie naszym współlokatorem. Zerknęłam na zespół, ale żaden z muzyków nie patrzył w naszą stronę.

– Który to Kellan? – spytałam, kiedy ruszyliśmy do wyjścia.

– Słucham? A, rzeczywiście, przecież ci nie powiedziałem. – Ruchem głowy wskazał scenę. – Wokalista.

Byłam załamana. Powinnam się domyślić. Stanęłam i obejrzałam się za siebie. Denny podążył za moim wzrokiem. Zespół grał nowy utwór; dużo wolniejszy. Głos Kellana nabrał głębi i gładkości. Brzmiał jeszcze bardziej seksownie, jeżeli to w ogóle możliwe. Jednak to nie on sprawił, że się zatrzymałam, ale słowa ballady. Piękna, rozdzierająca opowieść o miłości, stracie, niepewności, może nawet śmierci i pragnieniu, żeby pozostawiona gdzieś dziewczyna pamiętała o nim jako dobrym człowieku, za którym warto tęsknić.

Grupka dziewczyn pod sceną powiększyła się dwukrotnie. Wszystkie rozpaczliwie usiłowały zwrócić na siebie uwagę Kellana, jakby nie zauważyły zmiany nastroju. Kellan zaś przeszedł całkowitą metamorfozę. Obiema dłońmi ujął mikrofon i spoglądał w dal ponad tłumem, zatopiony w muzyce. Wydawało się, że jego ciało dryfuje w morzu dźwięków, a słowa płyną z głębi serca. Poprzednia piosenka była igraszką, ta zaś miała bardzo osobiste zabarwienie. Nieświadomie wstrzymałam oddech.

– No, no! – mruknęłam. – Jest niesamowity.

Denny pokiwał głową.

– Tak, zawsze był w tym dobry. Już jego szkolny zespół grał świetną muzykę.

Poczułam, że mogłabym tu zostać całą noc. Denny jednak był równie zmęczony jak ja, jeżeli nie bardziej, bo głównie on prowadził.

– Chodźmy do domu. – Uśmiechnęłam się. Spodobało mi się brzmienie słów, które wypowiedziałam.

Denny wziął mnie za rękę i wyprowadził z tłumu. Zanim wyszliśmy, zerknęłam po raz ostatni na Kellana. O dziwo, wpatrywał się we mnie. Zadrżałam. Liryczny utwór jeszcze się nie skończył i znów zapragnęłam zostać. Kellan wydawał mi się innym człowiekiem. Na pierwszy rzut oka był samą zmysłowością, jakby mówił: „Wezmę cię tu i teraz i sprawię, że zapomnisz, jak się nazywasz”. A jednak dostrzegałam w nim głębię, duszę, uczucia. Może pierwsze wrażenie było nieprawdziwe? Może jednak jest kimś, kogo warto bliżej poznać?

Mieszkanie razem z nim w jednym domu będzie… interesujące.

Denny bez trudu znalazł nasz nowy adres. Mieliśmy zamieszkać niedaleko baru, w bocznej ulicy zastawionej samochodami tak, że dwa nie dałyby rady się minąć. Podjazd do szeregowca był wystarczająco duży dla dwóch aut.

Denny zaparkował hondę dalej od drzwi wejściowych. Wziął część bagaży leżących na tylnym siedzeniu, ja zaś dwie walizki i weszliśmy do środka. Dom był mały, ale przyjemny. Przy wejściu dostrzegłam wieszaki (zupełnie puste) i półokrągły stolik, na którym Denny położył klucze. Po lewej był krótki korytarz zakończony drzwiami – może do łazienki? Nieco dalej wejście do kolejnego pomieszczenia – sądząc po umeblowaniu, zapewne kuchni. Przed nami był salon zdominowany przez ogromny telewizor. Mężczyźni są jak dzieci – pomyślałam. Kręcone schody po prawej stronie wiodły na pięterko.

Weszliśmy na górę, gdzie znajdowały się drzwi prowadzące do trzech pomieszczeń. Denny otworzył pierwsze po prawej. Naszym oczom ukazało się skotłowane łóżko i stojąca w kącie wysłużona gitara. Sypialnia Kellana.

Denny zamknął drzwi i chichocząc, zajrzał do kolejnego pomieszczenia. Tym razem trafił na łazienkę. Uśmiechnął się, otwierając szeroko trzecie drzwi. Mój wzrok niemal natychmiast zatrzymał się na obszernym łóżku stojącym pod ścianą. Nie zamierzałam przepuścić takiej okazji; złapałam Denny’ego za koszulę i pociągnęłam w tamtą stronę.

Dotychczas nie mieliśmy zbyt wielu okazji, żeby cieszyć się sobą. Zawsze ktoś był obok: jego ciotka, moja siostra i rodzice… Dlatego chwile spędzone sam na sam tyle dla nas znaczyły. Po pobieżnej inspekcji nowego domu wiedziałam już, że i tutaj nie będzie prywatności, zwłaszcza w sypialni. Ściany były dość cienkie, a to nie sprzyja intymności. Wykorzystaliśmy więc to, że nasz współlokator pracował na nocną zmianę. Reszta bagażu mogła poczekać. Co innego było ważne…

Następnego ranka obudziłam się wciąż zmęczona po wielodniowej podróży, ale zdecydowanie bardziej wyspana. Denny leżał wyciągnięty na łóżku i wyglądał tak uroczo, że nie miałam sumienia go zrywać. Przeszedł mnie dreszcz na myśl o tym, że teraz codziennie będę się budzić u jego boku. Dotychczas rzadko zdarzało się nam spędzić całą noc razem. Teraz wszystkie będą należały do nas. Wstałam cicho, żeby nie obudzić Denny’ego, i wyszłam na korytarz.

Sypialnia Kellana znajdowała się naprzeciwko naszej. Drzwi do niej były lekko uchylone. Łazienka mieściła się między sypialniami. Te drzwi były zamknięte. W moim domu łazienkę zamykało się jedynie, gdy ktoś był w środku. Nie widziałam światła lampy, ale było już wystarczająco widno, żeby go nie zapalać. Co teraz? Mam zapukać? Nie chciałam wyjść na idiotkę, pukając do drzwi we własnym domu, ale nie zostałam jeszcze oficjalnie przedstawiona Kellanowi i nie chciałam, aby nasza znajomość rozpoczęła się od najścia w łazience. Oczywiście w ogóle nie zamierzałam go nachodzić.

Nasłuchiwałam przez chwilę. Wydawało mi się, że zza drzwi sypialni Kellana dobiega ciche posapywanie, ale równie dobrze mógł to być mój własny oddech. Nie słyszałam, kiedy Kellan wrócił do domu, ale wyglądał mi na takiego, który zasypia o świcie, a budzi się przed wieczorem. Odważnie wyciągnęłam rękę i przekręciłam gałkę.

Poczułam ogromną ulgę: w łazience nie było nikogo. Zapragnęłam natychmiast się umyć. Zamknęłam drzwi na klucz, upewniłam się, że zamek nie jest zepsuty (nie chciałam przecież, żeby Kellan zaskoczył mnie podczas ablucji) i odkręciłam wodę. Poprzedniej nocy, zanim padłam ze zmęczenia, zdołałam tylko wyjąć piżamę z walizki. Zdjęłam ją teraz i weszłam pod gorący prysznic. Poczułam się jak w niebie. Chciałam, aby Denny był ze mną. Miał najpiękniejsze ciało pod słońcem, zwłaszcza gdy oblewały je strumienie wody. Przypomniałam sobie jednak, jak bardzo był zmęczony poprzedniej nocy. Hm… Może innym razem.

Gorąca woda działała odprężająco. W pośpiechu nie zabrałam ze sobą szamponu. Na szczęście znalazłam mydło. Nie był to wprawdzie najlepszy środek do mycia włosów, ale nie chciałam używać drogich kosmetyków Kellana. Cieszyłam się gorącym prysznicem dłużej, niż powinnam, zważywszy na to, że inni współlokatorzy zapewne również chcieli się umyć rano w ciepłej wodzie. Nie mogłam się jednak oprzeć. Wreszcie byłam czysta – wspaniałe uczucie.

Zakręciłam kurek i wytarłam się jedynym ręcznikiem, jaki był w łazience; bardzo cienkim i zbyt małym. Owinęłam się nim pospiesznie (następnym razem muszę koniecznie przynieść własny) i szykując się na uderzenie chłodniejszego powietrza na korytarzu, otworzyłam drzwi. Wzięłam prysznic pod wpływem impulsu, więc nie miałam w łazience ubrania na zmianę. Próbowałam sobie właśnie przypomnieć, w której walizce są moje rzeczy, kiedy zauważyłam, że w otwartych drzwiach pokoju Kellana… ktoś stoi.

Kellan ziewał rozespany i drapał się po nagiej piersi. Najwyraźniej lubił sypiać wyłącznie w bokserkach. Wpatrywałam się w niego mimo woli. Noc spędzona w łóżku w najmniejszym stopniu nie zniszczyła jego fryzury; sterczące na wszystkie strony kosmyki wyglądały uroczo, jednak moją uwagę przyciągnęło przede wszystkim ciało. Było tak niesamowite, jak przypuszczałam. Denny wyglądał świetnie, ale Kellan… był nieprawdopodobnie przystojny – o pół głowy wyższy od Denny’ego, szczupły, zbudowany jak biegacz. Jego mięśnie rysowały się długimi, smukłymi liniami pod skórą tak wyraźne, że niemal karykaturalnie. Był… bardzo seksowny.

– Kiera, jak mniemam? – W niskim głosie brzmiała poranna chrypka.

Poczułam gorącą falę wstydu. Nasze pierwsze spotkanie, niestety, nie odbiegało od scenariusza, którego się obawiałam. Skarciłam się w duchu za to, że nie założyłam piżamy. Wyciągnęłam sztywno rękę, usiłując nadać tej scenie odrobinę normalności.

– Tak… Hej! – wymamrotałam.

Był rozbawiony moją reakcją i zupełnie nie przejmował się tym, że żadne z nas nie jest przyzwoicie ubrane. Uścisnął moją dłoń. Poczułam, że się rumienię i zapragnęłam natychmiast uciec do swojego pokoju. Nie miałam jednak pojęcia, jak uprzejmie zakończyć to dziwaczne spotkanie.

– Kellan, prawda?

Oczywiście, że tak, skoro mieszkamy tu tylko we troje.

– Uhm. – Skinął głową, nadal przyglądając mi się uważnie. Zbyt uważnie, jak na mój gust.

Nie przywykłam do gapiących się na mnie obcych mężczyzn, zwłaszcza kiedy byłam półnaga.

– Przepraszam za ciepłą wodę. Chyba zużyłam całą. – Chwyciłam za gałkę u drzwi do swojego pokoju, mając nadzieję, że Kellan zrozumie sugestię.

– Nie ma sprawy. Wykąpię się wieczorem przed wyjściem.

Zastanowiło mnie, gdzie też się wybiera.

– Do zobaczenia później – wymamrotałam pospiesznie i wśliznęłam się do pokoju. Wydawało mi się, że za plecami słyszę cichy chichot.

To było żenujące, a mogło się skończyć jeszcze gorzej. Od razu przypomniałam sobie, dlaczego tak nie znoszę poznawać nowych ludzi. Zazwyczaj przy tego rodzaju okazjach robię z siebie kompletną idiotkę, a ten dzień nie był, niestety, wyjątkiem od reguły. Denny twierdził, że nasze pierwsze spotkanie było zabawne, ja jednak określiłabym je zupełnie innym słowem. Obawiałam się, że w najbliższym czasie czeka mnie wiele takich chwil. Miałam tylko nadzieję, że podczas kolejnych spotkań z nowymi ludźmi będę miała na sobie więcej rzeczy.

Oparłam głowę o zamknięte drzwi, próbując zapanować nad wstydem.

– Wszystko w porządku? – Głos Denny’ego przedarł się przez gęstą mgłę moich myśli.

Otworzyłam oczy. Denny leżał podparty na łokciach i przyglądał mi się badawczo. Nadal wyglądał na zmęczonego; miałam nadzieję, że go nie obudziłam.

– Właśnie poznałam naszego współlokatora – odpowiedziałam ponuro.

Denny znał mnie bardzo dobrze, więc nie był zdziwiony moją reakcją. Wiedział, jak mogłam się poczuć, kiedy ubrana jedynie w cienki kusy ręcznik, wpadłam na kogoś obcego.

– Chodź tutaj. – Wyciągnął ramiona, a ja skwapliwie skorzystałam z zaproszenia.

Wtuliłam się w jego ciepłe od snu ciało, a on zamknął mnie w mocnym uścisku, pocałował czule w wilgotne włosy i głęboko westchnął.

– Jesteś pewna swojej decyzji, Kiero?

Klepnęłam go żartobliwie w ramię.

– Chyba trochę za późno na takie pytania, skoro już tu jesteśmy, nie sądzisz? – Odsunęłam się i spojrzałam mu w oczy. – Nie zgadzam się na powrót samochodem – rzuciłam zaczepnie.

Uśmiechnął się, ale widziałam, że mówi poważnie:

– Dobrze wiem, ile poświęciłaś, żeby być ze mną. Dom, rodzina… Nie jestem ślepy, widzę, że tęsknisz. Chcę tylko się upewnić, że było warto… Że nie żałujesz.

Położyłam dłoń na jego policzku.

– Nie. Nigdy więcej nie myśl o tym w ten sposób. Oczywiście, że tęsknię za rodziną. Bardzo tęsknię. Ale ty jesteś tego wart. – Pogłaskałam go po twarzy. – Kocham cię i chcę być tam gdzie ty.

Rozpromienił się.

– Wybacz mi to głupie pytanie, ale jesteś dla mnie… jesteś moim sercem. Ja też cię kocham.

Pocałował mnie głęboko, odwijając nagle zbyt duży i za mocno zaplątany wokół mojej talii ręcznik.

Musiałam raz po raz przypominać sobie, że ściany w naszym nowym domu są bardzo cienkie…


Rozdział drugi
D-Bagsi

Po jakimś czasie zeszliśmy na dół, trzymając się za ręce, zupełnie jak zakochane nastolatki. Podobało nam się życie we dwoje. Roześmiani wkroczyliśmy do kuchni.

Nasz nowy dom był nie tylko mały, ale też bardzo oszczędnie urządzony. Nie ulegało wątpliwości, że pełnił funkcję miejsca do nocowania. Typowe mieszkanie samotnego faceta. Pomyślałam, że będę musiała wybrać się na porządne zakupy i to wkrótce. Żadna dziewczyna nie wytrzyma długo w takim otoczeniu.

Kuchnia była dość obszerna, zważywszy na wielkość całego domu. Naprzeciwko drzwi stał długi ciąg szafek z blatem oraz lodówka; przy krótszej ścianie kuchenka i szafka, a na niej mikrofalówka i ekspres z dzbankiem wypełnionym świeżo zaparzoną kawą. Zapach sprawił, że ślinka napłynęła mi do ust. Pod oknem, które wychodziło na mikroskopijne podwórko, stał stół z czterema krzesłami.

Z kuchni przechodziło się do salonu, który właśnie przemierzał Kellan z poranną gazetą w ręku, zajęty czytaniem artykułów z pierwszej strony. Był już ubrany w szorty i T-shirt. Jego kędzierzawe włosy nadal były w lekkim nieładzie, ale nieco mniejszym niż z samego rana… Wyglądał idealnie. Mimo że nie był wcale wystrojony, poczułam się przy nim jak szara myszka w swoich zwyczajnych dżinsach i bluzce z krótkimi rękawami. Chwyciłam mocniej dłoń Denny’ego.

– Cześć stary. – Denny z uśmiechem ruszył w stronę Kellana, który oderwał wzrok od gazety.

– Hej. – Odpowiedział uśmiechem i przywitał się z nim szybkim uściskiem. – Wreszcie jesteście, co?

Obserwując to powitanie, pomyślałam, że faceci czasami bywają naprawdę uroczy.

– Słyszałem, że poznałeś już Kierę – rzucił Denny, patrząc na mnie ciepło.

Zmarkotniałam na wspomnienie porannej sceny.

– A tak. – Oczy Kellana rozbłysły łobuzersko. – Miło cię znów widzieć – dodał. Cóż, przynajmniej starał się być uprzejmy. Podszedł do dzbanka z kawą i wyjął kubki z górnej szafki. – Kawa?

– Nie dla mnie, stary. – Denny się skrzywił. – Nie rozumiem, jak możecie pić to świństwo. Kiera uwielbia kawę.

Pokiwałam głową, uśmiechając się do Denny’ego. Nie znosił nawet zapachu kawy. Wolał herbatę, co uważałam za śmieszne, choć jednocześnie słodkie.

– Głodna? – Spojrzał na mnie. – Mamy chyba jeszcze coś do jedzenia w samochodzie?

– Jak wilk. – Przygryzłam wargę i zerknęłam przelotnie na jego piękną twarz.

Pocałowałam go delikatnie, żartobliwie klepiąc po brzuchu. Tak, zdecydowanie przechodziliśmy fazę nastoletniej miłości.

Dał mi całusa i odwrócił się do wyjścia. Dostrzegłam, że Kellan przygląda się nam z rozbawieniem.

– Zaraz wracam – obiecał Denny, chwytając kluczyki do samochodu ze stolika przy wyjściu.

Zamknął za sobą drzwi, pozostawiając mnie w zdumieniu; najwyraźniej w ogóle nie przejmował się tym, że miał na sobie podkoszulek i bokserki, w których spał.

Podeszłam do stołu. Po chwili Kellan postawił na nim dwa kubki kawy. Chciałam pójść po śmietankę, ale zauważyłam, że już ją wsypał. Skąd wiedział, jaką kawę piję?

Spostrzegł moją minę.

– Moja kawa jest bez śmietanki. Możemy się zamienić, jeśli wolisz? – zaproponował.

– Nie, lubię ze śmietanką. – Uśmiechnęłam się, kiedy przysiadł obok. – Przez chwilę sądziłam, że czytasz w myślach.

– Chciałbym. – Zachichotał i upił łyk kawy.

– Dziękuję. – Uniosłam swój kubek i też się napiłam. Istny raj.

Kellan patrzył na mnie z przekrzywioną głową.

– Ohio, tak? – rzucił. – Kasztanowce i świetliki?

Przewróciłam oczami, słysząc ten stereotypowy opis. Nie zamierzałam jednak edukować Kellana.

– Tak, mniej więcej.

– Tęsknisz za domem? – Spojrzał pytająco.

Milczałam przez chwilę, zanim odpowiedziałam.

– Tęsknię za rodzicami i za siostrą, to oczywiste, ale… – przerwałam i westchnęłam. – Cóż, miejsce to tylko miejsce. Poza tym przecież nie wyjechałam stamtąd na zawsze – dodałam z uśmiechem.

Zmarszczył czoło.

– Nie zrozum mnie źle, ale dlaczego przyjechałaś tutaj z tak daleka?

Pytanie nieco mnie zirytowało, ale postanowiłam opanować rozdrażnienie. Nie znałam Kellana, więc nie chciałam go oceniać.

– Dla Denny’ego – odparłam, jakby to było najoczywistsze pod słońcem.

– Aha. – Nie domagał się szczegółowych wyjaśnień i dalej spokojnie popijał kawę.

Poczułam potrzebę natychmiastowej zmiany tematu.

– Dlaczego śpiewasz w ten sposób? – rzuciłam pierwsze, co przyszło mi do głowy, ale natychmiast pożałowałam, że poruszyłam ten temat. Chyba pytanie zabrzmiało agresywnie, chociaż wcale nie miałam takich intencji. Zastanawiałam się po prostu, dlaczego tak… flirtuje na scenie.

Spojrzał na mnie podejrzliwie, a oczy zwęziły mu się w szparki.

– O co ci chodzi?

Prawdopodobnie nikt go nie wypytywał o to, jak śpiewa. Obawiałam się, że go rozzłościłam, choć miałam nadzieję, że jednak nie. Nie chciałam zrobić złego wrażenia na świeżo poznanym współlokatorze. Nie odpowiedziałam od razu. Upiłam łyk kawy. Wiedziałam, że muszę jakoś wybrnąć z niezręcznej sytuacji. Poczułam, że się czerwienię.

– Byłeś świetny – zaczęłam, mając nadzieję, że to go udobrucha. – Czasem jednak wydawałeś się nieco… – skrzywiłam się, ale wiedziałam, że muszę dokończyć – za bardzo emanować seksem – wyszeptałam.

Wyraz jego twarzy złagodniał i zaczął się śmiać. Chichotał dobre pięć minut. Poczułam wzbierający gniew. Nie zamierzałam obracać tego w żart; sytuacja była żenująca. Po co w ogóle otwierałam usta? Wpatrywałam się w swój kubek, chcąc schować się wewnątrz, a najlepiej w ogóle zniknąć.

Kellan dostrzegł moją niewyraźną minę i z trudem opanował rozbawienie.

– Przepraszam… Po prostu nie sądziłem, że powiesz coś takiego. – Przez chwilę zastanawiałam się, co się spodziewał usłyszeć. Spojrzałam na niego. Milczał rozbawiony. – Nie mam pojęcia… Po prostu ludzie na to reagują. – Wzruszył ramionami.

Mówiąc: „ludzie”, miał na myśli kobiety.

– Uraziłem cię? – Spojrzał na mnie z błyskiem w oku.

Wspaniale. Uznał mnie za cnotkę z zaścianka, która nie umie sobie poradzić z jego boską kreacją.

– Nieee – odparłam powoli, wpatrując się w niego. – Po prostu wydało mi się to niepotrzebne. Nie wiem, po co to robisz. Twoje piosenki są… świetne.

Sprawiał wrażenie zaskoczonego. Wyprostował się na krześle i spojrzał na mnie tak, że serce zabiło mi szybciej. Naprawdę był wręcz absurdalnie przystojny. Spuściłam wzrok zmieszana.

– Dzięki. Będę pamiętał. – Znów na niego spojrzałam. Chyba mówił szczerze. – Jak się poznaliście z Dennym? – spytał, zmieniając temat.

Uśmiechnęłam się na samo wspomnienie.

– W college’u. Był asystentem na pierwszym roku, a sam studiował na trzecim. Wydał mi się najpiękniejszym człowiekiem, jakiego w życiu widziałam.

Zaczerwieniłam się lekko. Starałam się nie mówić tak o Dennym. Kiedy opisywałam mężczyznę jako pięknego, ludzie zazwyczaj dziwnie na to reagowali. Kellan jednak uśmiechał się przyjaźnie. Zapewne był przyzwyczajony do szerokiego wachlarza podobnych określeń.

– W każdym razie… polubiliśmy się i od tamtego czasu jesteśmy razem. A ty? Kiedy poznałeś Denny’ego? – Znałam tylko podstawowe fakty, a nie całą historię.

Zamyślił się.

– Moi rodzice uznali, że przyjęcie pod dach kogoś z wymiany gimnazjalnej to świetny pomysł. Zdaje się, że ich przyjaciele byli pod wrażeniem… – Spoważniał, ale zaraz znów się uśmiechnął. – Ja i Denny też od razu się polubiliśmy. To supergość. – Uciekł spojrzeniem w bok, a na jego twarzy pojawił się wyraz… smutku. – Dużo mu zawdzięczam – dodał cicho. Spojrzał na mnie już z uśmiechem i wzruszył ramionami. – W każdym razie zrobię dla niego wszystko. Kiedy zadzwonił z pytaniem, czy słyszałem może o jakimś mieszkaniu do wynajęcia, musiałem mu zaproponować miejsce u siebie.

– Aha.

Zastanawiałam się, co wywołało ten nagły smutek. Kellan jednak odzyskał równowagę, a ja nie chciałam drążyć. Poza tym w tej samej chwili w kuchni pojawił się Denny.

– Przepraszam. – Spojrzał na mnie markotnie. – To wszystko, co znalazłem. – Trzymał paczkę cheetos i opakowanie precli.

Wyciągnęłam rękę i uśmiechnęłam się słodko do Denny’ego.

– Poproszę o cheetos.

Oddał mi je niechętnie, wzbudzając u Kellana wybuch śmiechu.

Po „pożywnym” śniadaniu zadzwoniłam do rodziców (na ich koszt, oczywiście) z wiadomością, że dotarliśmy bezpiecznie na miejsce. Denny i Kellan rozmawiali o latach spędzonych z dala od siebie, ja zaś gawędziłam z rodziną. W domu był tylko jeden telefon; pamiętał jeszcze lata siedemdziesiąte – oliwkowy, toporny, ze słuchawką połączoną z aparatem skręconą pępowiną kabla. Denny i Kellan wyraźnie się rozgrzewali, bo ich rozmowa o starych dobrych czasach była coraz głośniejsza i dowcipniejsza. Kilka razy usiłowałam zganić ich wzrokiem w nadziei, że uciszą się nieco i przestaną zagłuszać moich rodziców. Oczywiście uznali te niewerbalne próby kontaktu za niezwykle zabawne i śmiali się jeszcze głośniej. Koniec końców odwróciłam się plecami, ignorując ich. Na szczęście mama i tata nie mieli nic ważnego do powiedzenia poza pytaniem: „Czy chcesz wrócić do domu?”.

Po długiej rozmowie z rodzicami poszłam z Dennym na górę. On wziął szybki prysznic, ja zaś zaczęłam grzebać w walizkach w poszukiwaniu ubrań. Wybrałam ulubiony strój Denny’ego: sprane dżinsy i beżową koszulkę Henleya. Resztę ubrań położyłam na łóżku.

Poprzedni lokator był tak miły, że oprócz łóżka zostawił też pościel, komodę, mały telewizor i szafkę nocną z budzikiem do kompletu. Nie wiedziałam, dlaczego nie zabrał mebli, ale byłam wdzięczna, bo nie mieliśmy zupełnie nic. W Athens mieszkaliśmy u swoich rodzin, żeby zaoszczędzić. Próbowałam wprawdzie kilka razy namówić Denny’ego na wynajęcie mieszkania, ale mój zawsze rozsądny mężczyzna nie chciał trwonić pieniędzy, skoro nasze rodziny mieszkały blisko szkoły. Oczywiście miałam w głowie całą listę argumentów „za”… Większość związanych w taki czy inny sposób z łóżkiem…

Chociaż moi rodzice uwielbiali Denny’ego, niechętnie podchodzili do pomysłu jego przeprowadzki do mojej sypialni. Nie wyobrażali też sobie, żebym ja mogła się przenieść do domu jego cioci, a ponieważ płacili za moją kosztowną edukację, nie naciskałam. Teraz byliśmy niemal zmuszeni do zamieszkania razem, aby zaoszczędzić, zatem koniec końców dostałam to, czego chciałam. Uśmiechając się, układałam nasze ubrania w komodzie: moje po jednej stronie, Denny’ego po drugiej. Skończyłam, zanim wyszedł spod prysznica.

Przewiązany w pasie ręcznikiem radował moje oczy. Usiadłam na łóżku, obejmując ramionami kolana i patrząc, jak się ubiera. Roześmiał się, widząc moje wygłodniałe spojrzenie, ale bez oporów zrzucił ręcznik. Gdybym była na jego miejscu, kazałabym mu się odwrócić albo chociaż zamknąć oczy.

Usiadł koło mnie w pełnym rynsztunku. Nie mogłam się powstrzymać i przesunęłam palcami po jego mokrych włosach. Zmierzwiłam je nieco i ułożyłam końcówki w pazurki. Czekał cierpliwie, spoglądając na mnie z czułym uśmiechem.

Kiedy skończyłam stylizowanie jego fryzury, pocałował mnie w czoło i zeszliśmy razem na dół, żeby zabrać resztę pudeł z samochodu. Musieliśmy obrócić tylko dwa razy. Nie mieliśmy zbyt wielu rzeczy. Niestety, dotyczyło to również jedzenia. Zostawiliśmy pudła na łóżku i postanowiliśmy wyruszyć do centrum po zakupy. Denny mieszkał tu kiedyś cały rok, ale to było dawno i nie prowadził wtedy samochodu, poprosiliśmy więc Kellana o wskazówki i wyruszyliśmy na naszą pierwszą wycieczkę po Seattle.

Bez problemu dotarliśmy do nabrzeża i odnaleźliśmy słynne targowisko Pike Place Market z ogromnym wyborem świeżych produktów. Seattle było pięknym miastem. Trzymając się za ręce, wędrowaliśmy wzdłuż nabrzeża, obserwując, jak słońce odbija się w wodach zatoki Puget. Był piękny, ciepły słoneczny dzień. Zatrzymaliśmy się, by popatrzeć na promy kursujące tam i z powrotem i na mewy szybujące nisko nad wodą, które jak my szukały jedzenia. Delikatna chłodna bryza niosła słony zapach oceanu. Zadowolona oparłam głowę na piersi Denny’ego, a on objął mnie mocno.

– Szczęśliwa? – spytał, pocierając brodą o mój policzek.

Miękki zarost łaskotał skórę. Zachichotałam.

– Szalenie. – Pocałowałam go delikatnie.

Zrobiliśmy to, co zazwyczaj robią turyści: odwiedziliśmy wszystkie sklepiki i kramy na targowisku, posłuchaliśmy ulicznych grajków, pojeździliśmy na staroświeckiej urokliwej karuzeli i kibicowaliśmy dwóm handlarzom, którzy przerzucali się ogromnym łososiem, zagrzewani głośnymi okrzykami gapiów. Wreszcie zrobiliśmy zakupy, wśród których były świeże owoce, i ruszyliśmy z powrotem do samochodu.

Jedyną niedogodnością w Seattle – jak się wkrótce przekonaliśmy – były strome wzgórza. Jazda samochodem z ręczną skrzynią biegów stanowiła prawdziwe wyzwanie. Kiedy po raz trzeci o mały włos nie doszło do wypadku, dostaliśmy ataku nerwowego śmiechu. Łzy płynęły mi ciurkiem. Zgubiliśmy drogę tylko dwa razy i w końcu dotarliśmy do domu cali i zdrowi.

Wnieśliśmy zakupy do kuchni, wciąż chichocząc. Kellan spojrzał na nas znad jakichś notatek, które robił, siedząc przy kuchennym stole. Teksty piosenek? Uśmiechnął się łobuzersko i wrócił do pracy.

Denny zajął się naszymi zapasami, ja zaś poszłam na górę, żeby rozpakować resztę pudeł. Poszło nam dość szybko. Wiedzieliśmy, że nie przenosimy się do dużego domu, dlatego większość rzeczy, które zazwyczaj gromadzi się przez lata, zostawiliśmy na strychu w domu moich rodziców. Ustawiłam na szafce książki, wyciągnęłam z pudła garnitur Denny’ego, moje podręczniki, notatki uniwersyteckie oraz kilka zdjęć i innych pamiątek. Przybory toaletowe zaniosłam do łazienki. Uśmiechnęłam się na widok taniego szamponu obok drogich markowych kosmetyków Kellana.

Zeszłam do salonu, gdzie Denny i Kellan oglądali coś na kanale ESPN. Podobnie jak reszta domu salon był urządzony bardzo oszczędnie. Pomyślałam, że będę musiała coś z tym zrobić. Pod ścianą, obok przesuwnych drzwi balkonowych wiodących na podwórko, stał tylko duży telewizor, a pod przeciwległą ścianą wysłużona kanapa i taki sam fotel, rozdzielone okrągłym stolikiem ze starą lampą. Kellan najwyraźniej żył tak samo prosto, jak się ubierał.

Denny leżał na sofie i wyglądał tak, jakby za chwilę miał zasnąć. Zapewne nadal był bardzo zmęczony. Ja również zaczynałam odczuwać skutki naszej długiej podróży (w połączeniu z niedawną wycieczką na targ). Podeszłam i położyłam się na Dennym. Przesunął się nieco, żebym mogła ułożyć się pomiędzy oparciem a nim, z nogą przerzuconą przez jego udo, ręką na piersi i głową opartą wygodnie w zagłębieniu jego ramienia. Westchnął zadowolony i przytulił mnie mocno, całując czule w czubek głowy. Spokojny rytm serca Denny’ego powoli mnie usypiał. Zanim zamknęłam oczy, zerknęłam na siedzącego obok w fotelu Kellana. Przyglądał się nam z zaciekawieniem. Zasypiając, nie miałam ochoty się nad tym zastanawiać.

Otworzyłam oczy, kiedy Denny się poruszył.

– Przepraszam, nie chciałem cię obudzić.

Przeciągnęłam się i ziewnęłam leniwie. Odsunęłam się nieco i spojrzałam mu w oczy.

– Nic nie szkodzi – wymruczałam, całując go delikatnie. – Chyba i tak powinnam wstać, jeżeli chcę zasnąć w nocy.

Rozejrzałam się; byliśmy sami.

Sami.

Ta myśl sprawiła, że nagle uświadomiłam sobie fizyczną bliskość Denny’ego. Uśmiechając się figlarnie, pocałowałam go znowu; tym razem mocniej, głębiej. Roześmiał się, ale równie żarliwie oddał pocałunek. Moje serce przyspieszyło, podobnie jak oddech. Wypełniła mnie gorąca fala pożądania. Przesunęłam palcami po piersi Denny’ego, wsunęłam dłoń pod koszulę, aby poczuć jego gładką skórę. Chwycił mnie za biodra silnymi dłońmi i przesunął tak, że znalazłam się nad nim. Westchnęłam radośnie i wtuliłam się w niego. Na poły nieświadomie zarejestrowałam odgłos zamykanych gdzieś w domu drzwi, ale dłonie Denny’ego, przyciągające mnie coraz gwałtowniej, szybko sprawiły, że zapomniałam o wszystkim.

Całowałam namiętnie jego twarz, powoli przesuwając się ku szyi, kiedy cichy chichot wybił mnie z transu. Usiadłam sztywno na brzuchu Denny’ego, który jęknął nieprzygotowany na taki ciężar. Nie zauważyłam, że Kellan wciąż tu był. Spiekłam raka.

– Przepraszam. – Roześmiał się. Stał w korytarzu tuż przy drzwiach. Chwycił kurtkę z wieszaka. – Zaraz się zmywam… jeżeli chcecie poczekać. – Zatrzymał się na chwilę. – Chociaż w zasadzie ta sytuacja mi nie przeszkadza. – Znów zachichotał.

Mnie jednak nie było do śmiechu. Zerwałam się jak oparzona i odskoczyłam na drugi koniec kanapy zbyt zażenowana, żeby cokolwiek wykrztusić. Spojrzałam na Denny’ego z nadzieją, że zareaguje (na przykład cofnie czas o kilka chwil), ale on tylko leżał, wyraźnie rozbawiony. Poczułam złość. Ach, ci faceci!

Musiałam natychmiast odwrócić ich uwagę od niedawnej sceny.

– Dokąd idziesz? – rzuciłam nieco bardziej gniewnie, niż zamierzałam. Trudno, stało się.

Kellan ściągnął brwi, patrząc na mnie, wyraźnie zaskoczony. Miałam wrażenie, że gdyby nas nakrył w trakcie uprawiania seksu, wcale by go to nie obeszło. Najwyraźniej był bezpruderyjny. Pewnie chciał się ze mną tylko podroczyć; nie zamierzał mnie zawstydzać. Mój gniew nieco ostygł.

– Do baru. Gramy tam dziś wieczorem.

– Aha.

Przyjrzałam mu się uważniej i dostrzegłam, że jest ubrany zupełnie inaczej niż rano. Miał na sobie jaskrawoczerwoną bluzę z długimi rękawami i bardzo sprane dżinsy. Musiał niedawno wziąć prysznic, bo jego fantastycznie zmierzwione włosy były jeszcze wilgotne. Wyglądał jak bóg rocka, którego widziałam poprzedniej nocy.

– Chcecie przyjść na koncert… – zawiesił głos i uśmiechnął się łobuzersko – czy wolicie zostać?

– Nie, nie! Przyjdziemy! – wykrztusiłam zbyt zażenowana i zirytowana, aby myśleć o seksie.

Denny zmarszczył brwi ze zdziwienia. Chyba był rozczarowany.

– Naprawdę? – spytał.

– Tak. – Myślałam gorączkowo nad uzasadnieniem mojej nagłej decyzji. – Wczoraj wieczorem grali naprawdę dobrze. Chciałabym posłuchać.

Denny powoli uniósł się do pozycji siedzącej.

– W porządku. Wezmę tylko klucze.

Kellan pokręcił głową, patrząc na mnie z rozbawieniem.

– W takim razie do zobaczenia U Pete’a.

Po drodze starałam się pokryć wcześniejsze zawstydzenie, nawiązując do ich rozmowy.

– Kellan wydaje się… sympatyczny. – Zabrzmiało to bardziej jak pytanie niż stwierdzenie, co odzwierciedlało moje wątpliwości.

Denny zerknął na mnie z ukosa.

– Bo jest sympatyczny. Po prostu trzeba do niego przywyknąć. Czasem może wydawać się totalnym „lajsem”, ale tak naprawdę równy z niego gość.

Uniosłam brwi, słysząc to dziwaczne określenie. Od czasu do czasu Denny rzucał coś takiego w rozmowie – przeważnie wymyślony przez siebie cudaczny skrót – a ja, oczywiście, nie miałam pojęcia, co to znaczy. Teraz czekałam w milczeniu na wyjaśnienie. Uśmiechnął się.

– LAJS: laski, ale jestem super – wyjaśnił.

Zaczerwieniłam się, ponieważ to nie odbiegało od prawdy. Zaraz jednak się roześmiałam.

– Nigdy mi o nim nie opowiadałeś. Nie wiedziałam, że jesteście tak bardzo zaprzyjaźnieni. – Usiłowałam sobie przypomnieć, czy wspominał kiedyś o swoim znajomym ze stanu Waszyngton, ale nie.

Denny wzruszył ramionami, patrząc na drogę.

– Straciliśmy kontakt, kiedy wróciłem do domu. Rozmawiałem z nim raz czy dwa po powrocie do Stanów, ale potem już nie. Obaj byliśmy zajęci, sama rozumiesz.

– Pogadaliśmy trochę i odniosłam wrażenie, że łączy was coś więcej – drążyłam temat zaciekawiona. – Kellan zachowuje się, jakby… cię kochał. – Zabrzmiało to trochę dziwnie, zwłaszcza że faceci zazwyczaj nie mówią tak bezpośrednio o uczuciach. Oczywiście nie chodziło o to, że Kellan pisywał sonety miłosne dla Denny’ego. Po prostu jego słowa: „dużo mu zawdzięczam” i „zrobię dla niego wszystko”, moim zdaniem, w języku mężczyzn były wyrazem miłości.

Denny chyba rozumiał, o co mi chodzi. Spuścił na chwilę wzrok wyraźnie zażenowany.

– To nic takiego. Nie wiem, dlaczego Kellan robi z tego sprawę.

– Co mianowicie? – spytałam coraz bardziej zainteresowana.

Czułam, że nie ma ochoty o tym mówić, ale koniec końców jak zwykle uległ.

– Wiesz, że mieszkałem przez rok razem z nim w domu jego rodziców, prawda? – zaczął.

– Tak. – Skinęłam głową.

Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać.

– Cóż… Kellan miał… bardzo napięte relacje z ojcem. Pewnego dnia jego tatę poniosło i rzucił się na Kellana z pięściami. Nie zastanawiałem się specjalnie, po prostu chciałem, żeby przestał. Jakoś tak wyszło, że zasłoniłem Kellana i to ja oberwałem. – Zerknął na mnie, sprawdzając reakcję.

Patrzyłam zszokowana. Nigdy wcześniej nie słyszałam tej historii. Zachowanie Denny’ego to było coś! Serce ścisnęło mi się na myśl o Kellanie.

Denny zmarszczył czoło.

– To, zdaje się, nieco otrzeźwiło tatuśka. Nie czepiał się już więcej Kellana, przynajmniej dopóki ja tam byłem. – Pokręcił głową. – Nie wiem, co działo się potem… – Spojrzał na mnie i uśmiechnął się rozbrajająco. – W każdym razie Kellan uznał, że jestem mu bliższy niż rodzina. Chyba jest bardziej podekscytowany moim przyjazdem niż ja sam.

Kiedy dotarliśmy do baru, Kellan z pozostałymi członkami zespołu siedział przy stoliku w pobliżu sceny. Sprawiał wrażenie zrelaksowanego i pewnego siebie. Założył nogę na nogę i sączył piwo. Po jego lewej stronie dostrzegłam długowłosego blondyna, basistę, jeśli dobrze pamiętałam. Naprzeciwko rozsiadł się misiowaty perkusista, którego początkowo wzięłam za naszego nowego współlokatora. Uzupełniając krąg, po lewej stronie perkusisty siedział drugi jasnowłosy gitarzysta. Byłam nieco zaskoczona. Myślałam, że zamknięci w jakimś pokoju przygotowują się do występu, a oni wyglądali na pewnych sukcesu i zamiast przeprowadzać próbę generalną, popijali piwo.

Dwie dziewczyny przy sąsiednim stoliku bez skrępowania śledziły każdy ich ruch. Jedna najwyraźniej upatrzyła sobie Kellana. Sprawiała wrażenie dostatecznie pijanej i ciekawskiej, aby podejść i usiąść mu na kolanach. Kellan w ogóle nie zwracał na nią uwagi, ale nie byłam pewna, czy miałby coś przeciwko temu, gdyby dziewczyna zdecydowała się zaryzykować.

Rozmawiał z basistą. Nie słyszałam wprawdzie o czym, ale wszyscy słuchali z uśmiechem.

Denny od razu ich dostrzegł i ruszył w tamtą stronę, ciągnąc mnie za sobą. W miarę zbliżania się do grupy rosło moje przekonanie, że przyjście do baru było błędem. Przeklinałam swój szybki język. Gdyby nie on, siedzielibyśmy teraz w ciepłym domu, tuląc się na kanapie.

Nachmurzona szłam za Dennym.

– …i ta dziewczyna, mówię wam, miała najlepsze cycki, jakie kiedykolwiek widziałem. – Basista przerwał na chwilę, uzupełniając opowieść gestem, jakby jego kumple potrzebowali wyjaśnień. – A przy okazji najkrótszą spódniczkę na świecie. Wszyscy dokoła byli kompletnie pijani, więc zanurkowałem pod stół, podciągnąłem tę spódniczkę tak wysoko, jak mogłem, złapałem butelkę po piwie i włożyłem…

Kellan dał mu kuksańca, dostrzegając nasze przybycie. Stanęliśmy naprzeciwko niego. Denny chichotał, ja zaś usiłowałam zachować kamienną twarz. Byłam pewna, że moje policzki przybrały barwę soku malinowego.

– Człowieku, najlepsze dopiero przed nami, poczekaj chwilę. – Basista był nieco zdezorientowany.

– Griff… – Kellan wskazał na nas. – Moi nowi współlokatorzy.

Basista spojrzał na mnie i Denny’ego.

– A, no tak, współlokatorzy. – Przeniósł wzrok na Kellana. – Szkoda, Joey. Człowieku, to była gorąca laska! Serio. Musiałeś ją przelecieć? Nie to, że cię winię, ale… – przerwał, kiedy Kellan trącił go mocniej.

Ignorując frustrację długowłosego kumpla, Kellan nas przedstawił:

– Chłopcy, to mój przyjaciel Denny i jego dziewczyna Kiera.

Nie miałam pojęcia, dlaczego jego poprzednia współlokatorka się wyniosła i byłam lekko zszokowana i zażenowana tym, co właśnie usłyszeliśmy. Denny uśmiechał się, jak gdyby nigdy nic.

– Cześć! – rzucił beztrosko.

– Hej! – wymamrotałam z przymusem.

– Hej! Jestem Griffin. – Basista zlustrował mnie od stóp do głów.

Ścisnęłam mocniej dłoń Denny’ego, chowając się za nim. Siedzący naprzeciwko Kellana „bliźniak” basisty wyciągnął rękę na powitanie.

– Cześć! Jestem Matt.

– Gitarzysta, prawda? – Denny uścisnął wyciągniętą dłoń. – Jesteś naprawdę świetny!

– Tak. Dzięki, stary! – Ucieszył się, że Denny pamięta, na jakim instrumencie grał. Griffin parsknął ironicznie, ale Matt rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie. – Daj spokój, Griffin.

– Ja tylko mówię, że totalnie spieprzyłeś ten ostatni riff. – Basista odwzajemnił mu się twardym spojrzeniem. – To ja powinienem zagrać tę piosenkę. Wychodzi mi super.

Nie zwracając uwagi na niekończącą się sprzeczkę, misiowaty perkusista wstał i też wyciągnął do nas rękę.

– Evan, perkusista. Miło mi poznać.

Przywitaliśmy się z nim. W tym czasie Kellan wstał i podszedł do stolika dwóch pijanych dziewczyn. Myślałam, że ta, która wcześniej wpatrywała się w niego jak sroka w gnat, zaraz zemdleje z wrażenia. Pochylił się nad nią, odgarnął kosmyk włosów i wyszeptał jej coś do ucha. Pokiwała głową, lekko się czerwieniąc. Kellan się wyprostował i chwycił dwa wolne krzesła, które stały przy ich stoliku. Kiedy odchodził, panienki chichotały niczym nastolatki.

Dostawił krzesła do stolika zespołu.

– Proszę, usiądźcie sobie – rzucił z uśmiechem.

Czułam się dziwnie. Nowe towarzystwo nie bardzo mi odpowiadało. Przycupnęłam sztywno z grymasem niezadowolenia na twarzy. Kellana najwyraźniej bawiło moje zakłopotanie.

Griffin spojrzał na Denny’ego.

– Skąd ten akcent? Jesteś Brytyjczykiem? – spytał.

– Australijczykiem – sprostował uprzejmie Denny.

Griffin pokiwał głową, jakby od razu wiedział.

– Aaach. Ahoy, stary.

Kellan i Evan wybuchnęli śmiechem. Matt spojrzał na swojego „bliźniaka” jak na największego idiotę pod słońcem.

– Człowieku, to Australijczyk, nie pirat.

Griffin wzruszył ramionami.

– Wszystko jedno – rzucił wyniośle i pociągnął spory łyk z butelki.

– Jak się nazywa wasz zespół? – spytał Denny.

– D-Bags[1] – odparł Kellan przy akompaniamencie chichotu Griffina.

Spojrzałam z niedowierzaniem.

– Serio?

O dziwo, Griffin się skrzywił.

– Kazali mi zmienić nazwę, cykory jedne. Ja byłem za Dupkami. Twardym trzeba być, a nie miętkim! – Uderzył ręką w stół.

Matt przewrócił oczami.

– Jeżeli chcemy kiedyś zagrać gdziekolwiek poza barem U Pete’a, musimy mieć nazwę, która jako tako nadaje się na plakat.

Przynajmniej jeden z nich miał dalekosiężne plany.

Griffin spojrzał zirytowany na perkusistę. Kellan i Evan starali się powstrzymać śmiech.

– Człowieku, ja już miałem dla nas koszulki…

– Nikt ci nie broni ich nosić – mruknął Matt.

Kellan i Evan wybuchnęli śmiechem. Nawet Denny’ego rozśmieszyła ta wymiana zdań.

– Jesteście braćmi? – spytałam.

Griffin spojrzał przerażony.

– W życiu! – Wzdrygnął się.

Zaskoczona spojrzałam na Matta, a potem znów na basistę. Naprawdę byli bliźniaczo podobni.

– Och, przepraszam. Wyglądacie…

– Jesteśmy kuzynami – wyjaśnił Matt. – Nasi ojcowie są bliźniakami, stąd to niefortunne podobieństwo. – Skrzywił się.

Griffin parsknął pogardliwie.

– Może według ciebie… Ja jestem przystojniejszy – dorzucił, wywołując salwę śmiechu.

Matt znów przewrócił oczami.

Nagle Kellan podniósł rękę z wyprostowanymi dwoma palcami, skinął głową i wskazał mnie i Denny’ego. Spojrzałam przez ramię w stronę baru, za którym stała starsza kobieta. Uśmiechnęła się do Kellana. Wydawało się, że doskonale rozumie, o co mu chodzi. Podała kelnerce dwie butelki piwa i pokazała nasz stolik.

Przeniosłam wzrok z powrotem na Kellana, który właśnie wypytywał Denny’ego o jego pracę. Był ciekaw, jakie są obowiązki stażysty w agencji reklamowej. Ponieważ odpowiedź na to pytanie słyszałam już milion razy, odwróciłam się i rozejrzałam po lokalu.

Był to przyjemny, gościnny pub. Miał wytarte, podniszczone dębowe podłogi, czerwono-kremowe ściany niemal całkowicie pokryte etykietami różnych marek piwa. Całe pomieszczenie było ciasno zastawione stołami w różnym stylu i różnej wielkości. Jedyną wolną przestrzeń zajmował mały parkiet przed sceną, która znajdowała się pod jedną ze ścian. Scena również była zbudowana z dębowych desek, a ściana za nią pomalowana na czarno i obwieszona gitarami różnych kształtów i kolorów. Po obu stronach stały ogromne głośniki. Światła nad sceną były chwilowo wyłączone i cały sprzęt czekał w półmroku na właścicieli, którzy beztrosko gawędzili obok mnie.

Spojrzałam w drugą stronę. Przy ścianie naprzeciw sceny zamontowano bar na całą szerokość budynku. Za półkami wypełnionymi wszelkiego rodzaju trunkami było lustro. Barmanka krzątała się, przyrządzając drinki dla gości, którzy wciąż wchodzili przez podwójne drzwi. Z okien po obu stronach drzwi sączyło się mdłe światło neonu.

Śliczna młoda blondynka podeszła do naszego stolika i wręczyła mnie i Denny’emu po piwie. Podziękowaliśmy, Kellan zaś skinął przyjaźnie głową. Dziewczyna odpowiedziała uprzejmym uśmiechem, uznałam więc, że są wyłącznie przyjaciółmi. Najwyraźniej nie wszystkie kobiety miały na niego chrapkę.

Popijając piwo, patrzyłam, jak młoda kelnerka znika za dwuskrzydłowymi drzwiami tuż obok baru. Z pewnością kryła się za nimi kuchnia. Zanim drzwi się zamknęły, spostrzegłam błysk stali i ruch. Dobiegły mnie też odgłosy przygotowywania posiłków. Po drugiej stronie drzwi było zwieńczone łukiem przejście do mniejszej sali, zastawionej stołami bilardowymi, niedaleko sceny zaś widać było wąski zakręcający korytarzyk. Tabliczki informowały, że prowadzi do toalet.

Spoglądając w tamtą stronę mimo woli zawiesiłam wzrok na panienkach przy sąsiednim stoliku. Denny i ja zasłanialiśmy im zespół. Dziewczynie, która miała chrapkę na Kellana, wyraźnie się nie podobało, że siedziałam tuż obok niego. Wyglądała na wkurzoną. Szybko odwróciłam oczy.

Po chwili za plecami usłyszałam kroki. Obawiałam się, że pijana panienka zamierza zrobić mi awanturę. Zesztywniałam i obejrzałam się przez ramię. Odetchnęłam z ulgą, widząc zbliżającego się starszego mężczyznę. Był schludnie ubrany w spodnie koloru khaki i czerwoną koszulę z kołnierzykiem, na którym widniało logo baru. Miał około pięćdziesięciu lat, siwiejące włosy i ogorzałą twarz. Nie wyglądał na zadowolonego.

– Jesteście gotowi, chłopcy? – Westchnął ciężko. – Wchodzicie za pięć minut.

– Wszystko w porządku, Pete? – spytał Kellan, marszcząc brwi.

Aż podskoczyłam z wrażenia. Pete. Właściciel baru. Bosko.

– Nie… Właśnie zadzwoniła Traci i powiedziała, że rzuca pracę. Musiałem poprosić Kate, żeby została po swojej zmianie, inaczej nie dalibyśmy rady dzisiaj wieczorem. – Spojrzał ze złością na Kellana.

Zaintrygowało mnie to, ale przypomniałam sobie, że Joey, poprzednia współlokatorka, również dość nagle się wyniosła. Może tak właśnie działał na kobiety?

Kellan spojrzał na Pete’a nieco zawstydzony i pociągnął duży łyk piwa.

– Przykro mi, Pete – mruknął pod nosem.

Właściciel baru znów westchnął i pokręcił głową. Zapewne zdawał sobie sprawę z ryzyka, jakie pociągało za sobą zatrudnianie D-Bagsów.

– Pracowałam jako kelnerka – odezwałam się ku własnemu zaskoczeniu. – Właśnie miałam szukać pracy. Wieczorne zmiany byłyby dla mnie idealne, gdy zaczną się zajęcia na uczelni.

Pete spojrzał zaciekawiony, a potem przeniósł wzrok na Kellana, który uśmiechnął się i wycelował we mnie i Denny’ego butelką.

– Pete, poznaj moich nowych współlokatorów: Denny’ego i Kierę.

Pete skinął głową i obejrzał mnie od stóp do głów.

– Skończyłaś dwadzieścia jeden lat? – spytał.

Uśmiechnęłam się niepewnie.

– Tak. W maju. – Zastanawiałam się, co by zrobił, gdybym zaprzeczyła, siedząc tu jak gdyby nigdy nic i popijając piwo.

Znów skinął głową.

– W porządku, ale będę potrzebował pomocy już wkrótce. Możesz zacząć w poniedziałek o szóstej po południu?

Spojrzałam na Denny’ego, zastanawiając się, czy nie powinnam tego najpierw z nim omówić. Kiedy zacznie staż, będziemy mieli dla siebie tylko wieczory i noce. On jednak patrzył na mnie z uśmiechem i ledwo dostrzegalnie skinął głową.

– Jasne, nie ma sprawy. Dziękuję – odparłam cicho.

I w taki oto sposób już pierwszego dnia w nowym mieście znalazłam pracę.


Rozdział trzeci
Moja nowa praca

Koncert D-Bagsów okazał się niesamowity. Naprawdę byli świetni, zwłaszcza Kellan. Zaskoczył mnie fakt, że nikt do tej pory go nie „odkrył”. Był wzorcowym przykładem doskonale się sprzedającej gwiazdy rocka: utalentowany, uwodzicielski i diabelnie przystojny. D-Bagsi mieli całkiem pokaźny fanklub. Gdy tylko rozległy się pierwsze dźwięki muzyki, parkiet przed sceną zapełnił tłum ludzi.

Denny pociągnął mnie za sobą na parkiet, na sam brzeg, gdzie mieliśmy więcej miejsca do tańca. Utwory grane przez kapelę Kellana wpadały w ucho i były bardzo taneczne. Denny obrócił mną kilka razy, a potem przyciągnął do siebie i przez chwilę tańczyliśmy przytuleni. Roześmiałam się i objęłam go za szyję. Denny przechylił mnie teatralnie, wywołując u mnie kolejny atak śmiechu. Większość piosenek D-Bagsów była dość szybka, ale Denny i ja dobrze się zgraliśmy i tańczyło nam się świetnie w każdym tempie.

Co jakiś czas spoglądałam na scenę. Kellan poruszał się w takt muzyki i uśmiechał uwodzicielsko, śpiewając kolejne utwory. Trudno było oderwać od niego wzrok i przyłapałam się na tym, że coraz częściej na niego zerkam. Obserwowałam właśnie, jak kołysze się w takt kolejnej piosenki, kiedy w pewnym momencie Griffin rzucił okiem na Matta i skrzywił się niemiłosiernie. Nie odwzajemniając spojrzenia i nie gubiąc rytmu Matt pokazał kuzynowi środkowy palec. Zachichotaliśmy z Dennym, a Griffin przewrócił oczami. Evan obserwował całą sytuację, kręcąc głową i również się śmiejąc. Kellan zdawał się niczego nie zauważać, a może po prostu ignorował wygłupy kolegów, skoncentrowany na adorującym go tłumie.

Przy niektórych utworach brał gitarę i grał razem z Mattem. Jego instrument miał mniej wzmocniony dźwięk. Odmienne brzmienia gitar tworzyły przyjemny dla ucha koktajl dźwięków. Kiedy Kellan zaczął grać solo wstęp do wolniejszego utworu, nie mogłam nie docenić jego umiejętności. Był chyba równie dobrym gitarzystą jak Matt. Większość ludzi zgromadzonych przed sceną nadal szalała mimo dużo wolniejszego tempa, ale niektóre pary wokół nas zaczęły tańczyć wolniej.

Denny przyciągnął mnie do siebie, obejmując w pasie. Uśmiechnął się czule w sposób, który uwielbiałam, a potem mocno przytulił. Westchnęłam szczęśliwa i znów zarzuciłam mu ręce na szyję. Pocałowałam go delikatnie, przeczesując palcami jego gęste, ciemne włosy. Utwór rozkwitał i nabierał intensywności, a ja wtulałam się mocno w mojego mężczyznę, opierając głowę na jego ramieniu i wdychając ten cudowny, dobrze mi znany zapach. Znad jego ramienia patrzyłam w kierunku sceny, obserwując Kellana. Uśmiechał się do mnie słodko w przerwach między kolejnymi wokalami. Odwzajemniałam jego uśmiechy. Niespodziewanie Kellan puścił do mnie oko. Aż zamrugałam zaskoczona, co wywołało u niego wybuch śmiechu. Najwyraźniej uznał moją reakcję za niezwykle zabawną.

Wkrótce zaczął się nowy, dużo szybszy utwór i większość wróciła do podskakiwania w takt muzyki. Denny i ja tańczyliśmy dalej wtuleni w siebie. Uśmiechaliśmy się i całowaliśmy czule. Kiedy piosenka dobiegła końca, usłyszałam wzmocniony mikrofonem głos Kellana, przedzierający się przez panującą na sali wrzawę.

– Dziękuję, że przyszliście tu dziś wieczór! – Przerwał, czekając, aż nagły wybuch okrzyków i owacji ucichnie. Po chwili uniósł palec i uśmiechnął się czarująco. – Chciałem przedstawić wam wszystkim moich nowych współlokatorów. – Wycelował palcem w Denny’ego i we mnie. Zaczerwieniłam się, a Denny się roześmiał, stając obok, objął mnie w talii. Spojrzałam na niego, przygryzając wargę i żałując, że nie wyszliśmy zaraz po pierwszym wolnym utworze. Denny wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu i pocałował mnie w policzek, a Kellan przedstawił nas całemu zgromadzonemu towarzystwu. Zawstydzona, wtuliłam się w Denny’ego.

– Z pewnością ucieszy was wiadomość, że od poniedziałku Kiera dołączy do naszej małej szczęśliwej rodzinki tu, U Pete’a – rzucił wesoło Kellan. Tłum wrzasnął radośnie. Nie miałam pojęcia, co ich tak cieszy. Zaczerwieniłam się jeszcze bardziej i spojrzałam ostro na Kellana. Chciałam, żeby się w końcu uciszył. Roześmiał się, widząc moją minę. – Macie być dla niej bardzo mili. – Zerknął na resztę zespołu. – Zwłaszcza ty, Griffin – dodał, zwrócony w kierunku basisty.

Potem pożegnał się, co wzbudziło kolejny entuzjastyczny wrzask, i usiadł na skraju sceny. Moje zawstydzenie powoli mijało, a ponieważ uwaga wszystkich nie była już skupiona na mnie, pomyślałam, że mogłabym podejść do Kellana i powiedzieć mu, że był naprawdę świetny. Okazało się to jednak zupełnie niepotrzebne. Niemal od razu otoczyła go grupka oddanych fanek. Jedna podała mu piwo, druga zaczęła się bawić jego włosami, inna umościła się bezceremonialnie na jego kolanach. Wydało mi się nawet, że dziewczyna polizała szyję Kellana. Uznałam więc, że Kellan raczej nie potrzebuje dodatkowych komplementów. Zdążę powiedzieć mu coś miłego następnego poranka.Wyszliśmy z Dennym z klubu zaraz po koncercie i wykończeni ledwo dobrnęliśmy do łóżka. Nie mam pojęcia, o której wrócił Kellan, ale było na pewno bardzo późno. Dlatego też kiedy następnego poranka zaspana poczłapałam na dół do kuchni, z zaskoczeniem stwierdziłam, że nasz współlokator już tam jest. Siedział przy stole całkowicie ubrany i wyglądał irytująco idealnie, popijając kawę i czytając gazetę.

– Dzień dobry – rzucił nieco zbyt radośnie jak na mój gust.

– Uhm – mruknęłam. Wyglądało na to, że należał do tych, którzy nie dość, że utalentowani i przystojni, to potrafią funkcjonować prawie bez snu. Trochę mnie to rozdrażniło.

Wzięłam kubek i nalałam sobie kawy. Kellan wrócił do przerwanej lektury. Z piętra dobiegały odgłosy przygotowań Denny’ego do porannej kąpieli. Usiadłam przy stole naprzeciwko Kellana, stawiając przed sobą kubek z gorącym napojem. Chłopak uśmiechnął się do mnie. Przez chwilę czułam się niezbyt komfortowo w luźnych spodniach i koszulce bez rękawów, których używałam jako piżamy. Widok idealnej twarzy Kellana znów mnie zirytował. Co za kosmiczna niesprawiedliwość. Nagle przypomniałam sobie rozmowę z Dennym o Kellanie i jego tacie. To znacznie zmniejszyło moje rozdrażnienie. Najwyraźniej życie tego atrakcyjnego chłopaka nie zawsze było usłane różami.

– I co, jak ci się podobało? – zapytał z uśmiechem, jakby doskonale znał odpowiedź.

Usiłowałam się skrzywić, jakbym planowała skrytykować ich występ. Nie wyszło mi jednak i roześmiałam się tylko.

– Jesteście świetni. To był niesamowity koncert. Naprawdę.

Kellan uśmiechał się, kiwając głową, a potem znów upił łyk kawy. Najwyraźniej moja opinia nie była dla niego żadną nowością.

– Dzięki. Powiem chłopakom, że ci się podobało. – Spojrzał na mnie kątem oka. – Mniej nachalnie niż przedtem?

Zaczerwieniłam się jak burak, przypominając sobie naszą wczorajszą rozmowę. Potem jednak ze zdumieniem skonstatowałam, że ostatniego wieczoru naprawdę stonował nieco swoje zmysłowe gesty i zachowanie. Oczywiście nadal flirtował i czarował, ale… w mniej oczywisty sposób. Uśmiechnęłam się do niego.

– Tak, znacznie lepiej. Dziękuję.

Kellan roześmiał się. Byłam zadowolona, że wziął sobie do serca mój raczej niegrzeczny komentarz.

Przez chwilę piliśmy w milczeniu kawę. Nagle przypomniałam sobie coś, co usłyszałam podczas wczorajszej rozmowy przy stole.

– Czy Joey była twoją ostatnią współlokatorką? – I znów ta bezmyślność. Co się ze mną działo w obecności tego faceta?! Muszę nad sobą popracować.

Kellan powoli odstawił kubek na stół.

– Tak… wyprowadziła się chwilę przed telefonem Denny’ego z pytaniem o pokój do wynajęcia.

– Zostawiła sporo swoich rzeczy – powiedziałam, zaintrygowana dziwnym wyrazem jego twarzy. – Zamierza po nie wrócić?

Kellan wpatrywał się przez chwilę w stół, a potem podniósł wzrok na mnie.

– Nie… jestem pewien, że wyjechała z miasta na dobre.

– Co się właściwie stało? – Nie miałam zamiaru zadawać mu tego pytania, ale znów chlapnęłam bez zastanowienia. Wątpiłam, czy w ogóle usłyszę jakąkolwiek odpowiedź.

Kellan zamyślił się przez chwilę, jakby sam nie wiedział, co odpowiedzieć.

– To było… nieporozumienie – odparł wreszcie powoli. Przemilczałam cisnące mi się na usta pytania i skupiłam się na kawie. W końcu to nie moja sprawa. Nie chciałam od samego początku denerwować mojego nowego współlokatora, a poza tym ta historia nie była dla nas istotna. Miałam tylko nadzieję, że jeśli Joey kiedykolwiek wróci po swoje rzeczy, zostawi nam chociaż łóżko, które było niesamowicie wygodne.

Resztę niedzieli spędziliśmy z Dennym na odpoczynku i przygotowaniach do pracy. Oboje zaczynaliśmy następnego dnia. Jako stażysta Denny miał zarabiać grosze, więc znalezienie przeze mnie pracy w tak ekspresowym tempie przyjęliśmy z dużą ulgą. Byłam wdzięczna Kellanowi za przedstawienie nas Pete’owi, ale przede wszystkim błogosławiłam tego kto nie potrafił utrzymać swojego ptaszka w spodniach (oczywiście sama myśl o tym sprawiła, że się zaczerwieniłam).

Nie ukrywam, że się denerwowałam nadchodzącym dniem. Nigdy przedtem nie pracowałam w barze. Denny i Kellan długo wypytywali mnie o skład przeróżnych drinków. Na początku protestowałam, ponieważ moja wiedza na ten temat była raczej nikła. Powtarzałam, że to barman przyrządza drinki, a ja mam jedynie przyjmować zamówienia i roznosić napoje i dania klientom. Jednak po usłyszeniu kilku zabawnych nazw, które – byłam o tym przekonana – Kellan wymyślił na poczekaniu, wciągnęłam się w ich zabawę. Uznałam, że nie zaszkodzi mi odrobina wiedzy na ten temat, nawet podana w ten sposób.

Pod wieczór Denny’ego również dopadło zdenerwowanie na myśl o pierwszym dniu pracy. Przygotował sobie trzy zestawy ubrań, przekartkował wszystkie podręczniki, cztery razy przekładał rzeczy w teczce, aż wreszcie usiadł na kanapie, stukając nerwowo stopą o podłogę. Kellan wyszedł wcześniej na spotkanie z zespołem – najwidoczniej niemal codziennie mieli próby i pewnie dlatego czuli się tak swobodnie przed koncertem. Wykorzystałam fakt, że zostaliśmy sami z Dennym i zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, aby odciągnąć jego uwagę od nadchodzącego dnia.

Po drugim razie chyba wreszcie się odprężył…

Poniedziałkowy poranek nadszedł nadspodziewanie szybko. Zeszłam na dół, żeby napić się kawy, zostawiając Denny’ego w ferworze przygotowań do pierwszego dnia pracy. Kellan siedział odchylony niedbale na krześle, popijając kawę i czytając gazetę. Zachichotałam na widok jego czarnej koszulki z wyraźnym białym napisem „Douchebags” biegnącym przez pierś. Zarejestrował moje rozbawienie i uśmiechnął się do mnie.

– Podoba ci się? Mogę ci załatwić taką samą. – Puścił do mnie oko. – Znam odpowiednich ludzi.

Skinęłam głową w odpowiedzi. Kellan wrócił do swojej kawy.

Denny pojawił się w kuchni kilka chwil później. Wyglądał idealnie w spodniach khaki i jasnobłękitnej koszuli ze sztywnym kołnierzykiem. Spojrzał na Kellana i wycelował palcem w jego koszulkę.

– No, nieźle, człowieku… Załatw mi taką samą.

Kellan roześmiał się i skinął głową. Denny podszedł do mnie i pocałował w policzek, obejmując mocno. Rzuciłam mu spojrzenie spod zmarszczonych brwi.

– No co? – spytał, widząc moją minę. Szybko skontrolował swój wygląd.

Wygładziłam koszulę na jego piersi i pogłaskałam go po policzku.

– Jesteś… zdecydowanie zbyt atrakcyjny. Na pewno odbije mi ciebie jakaś piękna blondynka.

Denny uniósł brew i powiedział ciepło:

– Ty mały głuptasku!.

Kellan odchylił się na krześle.

– Ona ma rację, człowieku. – Pokiwał głową, z powagą spoglądając na Denny’ego. – Niezłe z ciebie ciacho. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu i wrócił do przeglądania gazety.

Wzniosłam oczy do nieba, a potem pocałowałam Denny’ego, życząc mu dobrego dnia w pracy. Kellan wstał i również żartobliwie cmoknął go w policzek. Denny roześmiał się nerwowo i wyszedł.

Nie miałam zbyt wiele do roboty w ciągu dnia, zwłaszcza że zajęcia na studiach miały się zacząć dopiero za dwa i pół miesiąca. Zadzwoniłam znów do mamy i powiedziałam, że strasznie za nimi wszystkimi tęsknię. Oczywiście natychmiast zaoferowała mi kupno biletu na samolot do domu. Zapewniłam ją jednak, że wszystko tutaj układa się doskonale i poinformowałam o znalezieniu pracy. Wzdychając co chwila, mama życzyła mi szczęścia i wszystkiego co najlepsze. Poprosiłam ją o ucałowanie ode mnie taty i Anny.

Resztę dnia spędziłam na oglądaniu telewizji i obserwowaniu Kellana, który siedział przy stole, pisząc teksty piosenek. Ciągle notował coś na kartce, a potem to zamazywał, zmieniał wciąż kolejność wyrazów. Gryzł przy tym w zamyśleniu koniec ołówka. Co jakiś czas pytał mnie o opinię na temat tego czy innego wersu. Usiłowałam być jak najbardziej konstruktywna, choć wcale się na tym nie znałam. Obserwowałam go jednak z prawdziwą fascynacją. Zanim zdążyłam się obejrzeć, przyszedł czas na przygotowanie się do mojego pierwszego wyjścia.

Wzięłam prysznic, ubrałam się, umalowałam i związałam włosy w koński ogon. Westchnęłam ciężko, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Bez rewelacji, ale uznałam, że ujdzie w tłoku. Zeszłam na dół i zdjęłam swój żakiet z wieszaka przy drzwiach.

– Kellan?

Spojrzał na mnie z salonu, w którym siedział, oglądając jakiś program.

– Tak?

– Masz może rozkład jazdy autobusów? Chciałam jeszcze raz sprawdzić trasę. – Denny pojechał do pracy samochodem i jeszcze nie wrócił. Chciałam wyjść wystarczająco wcześnie, zwłaszcza że nie miałam pojęcia, jak długo zajmie mi podróż autobusem.

Kellan spojrzał na mnie, nie rozumiejąc, o co mi chodzi. Dopiero po chwili do niego dotarło.

– Nie mam… ale mogę cię podwieźć.

– Nie, nie. Nie musisz. – Nie chciałam robić mu kłopotu.

– Nie ma problemu. Wypiję sobie piwo i pogadam z Samem. – Rzucił mi czarujący uśmieszek. – Będę twoim pierwszym klientem.

Świetnie! Miałam nadzieję, że nie wyleję mu piwa na spodnie.

– Okay, dzięki! – Nagle okazało się, że mam dużo czasu do rozpoczęcia pracy, więc usiadłam obok niego na kanapie, żeby pooglądać telewizję.

– Proszę. – Kellan wręczył mi pilota. – Nie oglądałem.

– Dzięki! – Miły gest, chociaż zupełnie niepotrzebny. Zaczęłam przerzucać kanały, ale zatrzymałam się, kiedy dotarłam do stacji, w której rozpoznałam HBO.

– Nie wiedziałam, że masz płatne kanały. – Zdziwiło mnie, że Kellan wykosztował się na pełny zestaw programów telewizyjnych, skoro prawie nigdy nie oglądał niczego specjalnego.

Kellan uśmiechnął się do mnie łobuzersko.

– To przez Griffina – powiedział. – Lubi mieć… dostęp do… wszystkiego, kiedy mnie tu odwiedza. Sądzę, że ma jakąś panienkę w firmie zakładającej kablówkę.

– Och! – Zarumieniłam się na myśl o tym, co też Griffin chciał oglądać w telewizji, odwiedzając Kellana. Utkwiłam wzrok w telewizorze i dopiero po chwili dotarło do mnie, co oglądaliśmy. Była to erotyczna scena z całkowicie roznegliżowaną parą, wyraźnie ogarniętą pożądaniem. Facet albo był wampirem, albo miał manię gryzienia, bo co chwila z pasją kąsał szyję swojej partnerki. Lała się krew, a on niezwykle sugestywnie zlizywał ją i ssał. Zaczerwieniłam się. Szybko wróciłam do programu, który oglądał przed chwilą Kellan, i oddałam mu pilota. Usiłowałam zignorować spojrzenie, jakie mi rzucił. Roześmiał się cicho, widząc moją reakcję.

Kiedy nadeszła stosowna pora, wyłączył telewizor i spojrzał na mnie.

– Gotowa?

– Tak. – Usiłowałam się uśmiechnąć.

Zachichotał rozbawiony.

– Nie martw się, poradzisz sobie.

Wzięliśmy nasze wierzchnie okrycia i ruszyliśmy do drzwi. Liczyłam, że Denny wróci w samą porę, żeby mnie podwieźć do baru, ale najwidoczniej był jeszcze w pracy. Bardzo mi go brakowało przez cały dzień. Miałam nadzieję, że poszło mu dobrze pierwszego dnia w pracy i że mnie też pójdzie dobrze.

Kiedy dotarliśmy do samochodu Kellana, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Był to typowy, świetnie odrestaurowany muscle car z lat sześćdziesiątych – Chevy Chevelle Malibu, zgodnie z napisem na zderzaku: z błyszczącym czarnym lakierem, z wypolerowanymi na błysk chromowanymi wykończeniami, wymuskany i nieomal emanujący seksem. Doskonale pasował do swojego właściciela. Westchnęłam dyskretnie.

W środku było zaskakująco przestronnie. Oczywiście nie spodziewałam się niczego innego, jak czarnych skórzanych siedzeń. Stłumiłam śmiech, widząc oldsculowy kasetowy magnetofon. Poza supernowoczesnym telewizorem w pokoju dziennym Kellan był generalnie w tyle, jeśli chodziło o technologie. Nie, żebyśmy ja i Denny byli na bieżąco: żadne z nas nie miało nawet telefonu komórkowego.

Kellan aż się rozpromienił, siadając za kierownicą. Widać było, że ma świra na punkcie swojego samochodu. O co chodzi z tym wielbieniem przez facetów swoich fantastycznych wozów?

W drodze do baru oboje milczeliśmy. Zaczynałam się coraz bardziej denerwować. Pierwszy dzień w pracy zawsze wywoływał u mnie mdłości ze zdenerwowania. Wpatrywałam się w okno i liczyłam mijane latarnie, żeby nie myśleć o tym, dokąd jedziemy.

Dwadzieścia pięć latarni później dotarliśmy do baru U Pete’a. Nagle zdałam sobie sprawę, że nie mam zielonego pojęcia, co robić i gdzie się udać. Na szczęście zajęła się mną śliczna jasnowłosa kelnerka, która obsługiwała nas poprzedniego wieczoru. Przedstawiła się jako Jenny i pomachała Kellanowi na przywitanie. Zaprowadziła mnie korytarzem do dużego magazynu znajdującego się po przeciwnej stronie toalet. Na jednej ścianie zamontowane były tam półki, na których umieszczono liczne pudła z alkoholami i piwem, serwetkami, solą, pieprzem i innymi artykułami, poustawianymi bez specjalnej logiki. Pod drugą ścianą stało kilka stołów i sterty krzeseł. Pod kolejną ścianą znajdowały się szafki przeznaczone dla pracowników. Jenny wyjęła koszulkę z jednego z pudeł i pokazała mi, który schowek jest mój oraz gdzie mam odbić kartę po przyjściu do pracy. Poszłam do łazienki, gdzie przebrałam się w mój własny firmowy czerwony T-shirt. Natychmiast poczułam się pewniej. Wyglądałam teraz tak jak reszta obsługi baru i wywołało to we mnie wrażenie przynależności.

Kiedy powiedziałam Pete’owi, że byłam kelnerką, niezupełnie skłamałam, ale też była to ogromna przesada. Kiedy moja siostra wyjechała pewnego lata, żeby „odkryć prawdziwą siebie”, zastąpiłam ją w pracy w małym przydrożnym barze, który przez tydzień miał może połowę klientów, których Pete przyjmował każdej nocy. Byłam trochę wystraszona.

Kilka chwil później wynurzyłam się z korytarzyka i zobaczyłam Kellana opartego niedbale o kontuar i popijającego piwo. Naprzeciw niego stała barmanka pochylona w jego stronę (wycięła w firmowej koszulce obscenicznie głęboki dekolt), spoglądając na niego uwodzicielsko. Kellan całkowicie ją ignorował. Uśmiechnął się na mój widok. Zmarszczyłam lekko brwi, spoglądając na butelkę z piwem w jego dłoni. Zauważył to.

– Przepraszam. Rita cię ubiegła. – Uśmiechnął się. – Następnym razem.

Barmanka Rita była kobietą w średnim wieku. Miała blond włosy (chociaż wątpiłam, czy był to jej naturalny kolor) i skórę, która przeszła zbyt wiele sesji w solarium i wyglądała niczym zbrązowiały, pomarszczony pergamin. Może kiedyś Rita była atrakcyjna, ale czas nie obszedł się z nią łaskawie. Oczywiście sama nadal uważała się za niezłą sztukę i flirtowała na całego. Tego wieczoru dowiedziałam się, że uwielbiała swoją pracę, a najbardziej plotkowanie o wszystkim, co usłyszała od klientów. Kilka razy wywołała u mnie rumieniec, powtarzając zasłyszane wcześniej historie. Obiecałam sobie, że nigdy, przenigdy nie będę się zwierzać barmanom – a zwłaszcza rzeczonej Ricie.

Podczas całej zmiany trzymałam się blisko Jenny, kiedy ta zbierała zamówienia od klientów. Okazało się to nieco dezorientujące, ponieważ większość gości stanowili stali bywalcy, którzy zawsze zamawiali to samo. Jenny podchodziła do stolika i rzucała:

– Hej, Bill. Podać to, co zwykle? – Na co Bill kiwał głową i Jenny z uśmiechem oddalała się w stronę baru lub kuchni, przekazując zamówienie, którego nigdy właściwie nie usłyszałam. Czułam się bardzo zagubiona.

Jenny dostrzegła mój niepewny wyraz twarzy.

– Nie martw się, szybko załapiesz. W dni robocze wieczory są dość proste, przychodzą tu w zasadzie tylko stali klienci… Będą dla ciebie mili. – Zmarszczyła czoło. – Cóż, w każdym razie większość z nich. Z pozostałymi ja ci pomogę. – Uśmiechnęła się uspokajająco.

Byłam jej wdzięczna za okazywane mi serce. Uroda Jenny doskonale pasowała do jej radosnej osobowości. Dziewczyna była słodka jak cukierek (jak to określano); drobna, z burzą jedwabistych jasnych włosów, modrymi oczami i krągłościami, które przyciągały pochlebne spojrzenia niektórych klientów. Jenny była jednak zbyt dobrotliwa, aby wzbudzać w kimkolwiek zawiść. Natychmiast poczułam z nią więź.

W którymś momencie podszedł do mnie Kellan i wręczył mi napiwek za drinka, którego wcale mu nie przyniosłam. Uśmiechnął się i pożegnał, mówiąc, że musi się udać do innego lokalu, w którym jego grupa gra dziś koncert. Podziękowałam mu wylewnie za podwiezienie do pracy i pocałowałam lekko w policzek. Z niewiadomych powodów wywołało to u mnie rumieniec i sprawiło, że Rita uniosła podejrzliwie brwi. Kellan spuścił wzrok, uśmiechnął się półgębkiem, mruknął pod nosem, że nie ma sprawy i coś w rodzaju „Baw się dobrze”, a potem wyszedł.

Później tego wieczoru do baru wstąpił Denny, żeby sprawdzić, jak się miewam. Przytulił mnie długo i mocno i obdarzył cudownym, słodkim pocałunkiem (ku uciesze Rity, która spoglądała na mojego mężczyznę zbyt kokieteryjnie jak na mój gust). Denny został tylko kilka minut; miał projekt, nad którym chciał zacząć pracę w domu. Był niesamowicie szczęśliwy i chyba zaraziłam się jego radością, ponieważ jeszcze długi czas po jego wyjściu z mojej twarzy nie schodził szeroki uśmiech.

Kiedy nie przyuczałam się przy boku Jenny, moim zadaniem było sprzątanie. Dużo czasu spędziłam na wycieraniu stołów, zmywaniu szklanek i kieliszków, pomaganiu w kuchni, a kiedy wieczór dobiegł końca, na zamalowywaniu napisów na drzwiach toalet. Pete wręczył mi szarą farbę i mały pędzel i zostawił samą sobie, Rita zaś poleciła mi informować ją o wszelkich soczystych tekstach, które znajdę na drzwiach. Jenny uśmiechnęła się i życzyła mi szczęścia. Westchnęłam.

Zaczęłam od toalety damskiej, sądząc, że napisy tutaj okażą się może mniej gorszące – nie wspominając o tym, że nie miałam ochoty na wchodzenie do męskiej ubikacji. W środku były trzy ubikacje, z drzwiami pomazanymi długopisem i porysowanymi czymś ostrym po obu stronach. Ponownie westchnęłam, żałując, że nie dostałam do malowania wałka. Czułam, że spędzę tutaj dłuższy czas.

Niektóre z napisów były zupełnie niewinne: „Kocham Chrisa”, „A.M + T.L = WNM”, „Sara tu była”, „Nienawidzę Wódki”, „idź do domu, jesteś pijana” (zachichotałam, widząc to ostatnie). Większość jednak była dość obcesowa: „mam chcicę”, „chcę się dzisiaj pieprzyć”, „mój chłopak dobrze mnie posuwa” i tak dalej. Niektóre z napisów dotyczyły znanych mi osób: „Sam mnie podnieca”, „kocham Jenny” (hm, dziwne, bo przecież byłam w damskiej toalecie), „Rita jest zdzirą” (zachichotałam, zastanawiając się, czy to akurat barmanka chciałaby usłyszeć). Oczywiście spora porcja napisów dotyczyła członków zespołu Kellana. Na początku byłam zaskoczona, ale oczywiście miało to sens, zwłaszcza że grywali tu tak często… a poza tym to dość atrakcyjni mężczyzni.

Komentarze dotyczące Griffina były chyba najsprośniejsze. Nie byłam w stanie przeczytać wszystkich do końca. Rumieniąc się, zamalowałam szybko opisy tego, co też dziewczęta chciałyby jemu lub z nim zrobić. W jednym miejscu znalazłam nawet rysunek, dość udanie (i bardzo drobiazgowo) obrazujący pragnienia artystki. Był tak ordynarny, że obawiałam się, iż utkwi w mojej pamięci na długi czas. Westchnęłam, wiedząc, że przy najbliższym spotkaniu z Griffinem nie będę w stanie opanować zażenowania. Z pewnością bardzo go to ucieszy.

Hołdy dla Matta i Evana były dużo bardziej subtelne. Dziewczyny pisały o Evanie, że go kochają, pragną go, chcą wyjść za niego za mąż. Matt z kolei był seksowny, podniecający i (gdyby chciał) mógłby bzykać jedną z autorek cały dzień.

Oczywiście najwięcej tekstów dotyczyło Kellana – od słodkich: „Kellan mnie kocha”, „Kellan na zawsze” i „przyszłej pani Kyle” – do o wiele mniej niewinnych. Najwyraźniej miał rację, twierdząc, że kobiety reagują na seksualną część jego osobowości. Wszędzie widniały niezwykle obrazowe opisy tego, co ich autorki chciałyby z nim robić. Znalazłam również sekcję komentarzy, które sugerowały, iż pisząca je osoba posiadła intymną znajomość tematu, że się tak wyrażę. Tak czy siak, były to chyba najbardziej obsceniczne napisy, jakie znalazłam: „Kellan lizał mi…” (szybko zamalowałam dokładny opis tego, co podlegało tej czynności), „Obciągnęłam Kellanowi…” (Hola! To już chyba lekka przesada), „jeśli chcesz się dobrze zabawić, zadzwoń…” (aż mną rzuciło, kiedy zobaczyłam nasz numer telefonu), „Kellan włożył swój…” (nawet nie zamierzałam dokończyć czytania). Wystarczyło, że miewałam już obrzydliwe wizje Griffina; nie potrzebowałam dodawać do nich wyobrażeń dotyczących mojego współlokatora.

Wreszcie skończyłam malowanie w toalecie damskiej i z ulgą ruszyłam w kierunku męskich ubikacji. Niemożliwe, abym znalazła tam bardziej obsceniczne napisy, niż te tutaj.

Kiedy już było po wszystkim, dobroduszna Jenny podwiozła mnie do domu. Usiłowałam zachowywać się bardzo cicho, ale Denny i tak się obudził, kiedy weszłam do pokoju. Cierpliwie wysłuchał relacji z mojego pierwszego dnia pracy, a potem przez godzinę opowiadał o swoim stażu. Był wniebowzięty i słuchając jego opowieści, ja również czułam się bardzo szczęśliwa.

Denny, Kellan i ja szybko wypracowaliśmy sobie niezobowiązujący rytm codziennego życia we wspólnym domu. Kellan niemal zawsze wstawał jako pierwszy i przygotowywał dzbanek z kawą. Potem ja wtaczałam się do kuchni i gawędziliśmy przyjaźnie, sącząc małą czarną, podczas gdy Denny brał prysznic i szykował się do pracy.

Denny nalegał wprawdzie, żebym nie wstawała razem z nim, gdyż kiedy pracowałam, wracałam do domu bardzo późno w nocy. Ja jednak uwielbiałam go żegnać, gdy wychodził cały rozpromieniony, ponieważ doskonale się bawił w swoim nowym zawodzie. Naprawdę bardzo się cieszyłam jego szczęściem. Po jego wyjściu miałam dużo czasu dla siebie. Chociaż zaczynałam się lekko stresować zbliżającym się terminem rozpoczęcia zajęć na uczelni, to brakowało mi jakiegoś konkretnego zajęcia w ciągu dnia. Obecnie głównie drzemałam i polegiwałam na kanapie.

Kellan najwyraźniej nie miał innej pracy poza występami ze swoim zespołem. Wychodził z domu na kilka godzin popołudniami lub wczesnymi wieczorami, żeby spotkać się z resztą grupy. W ciągu tygodnia grywali w kilku pomniejszych barach, ale piątek i niemal każda sobota była zarezerwowana na koncerty U Pete’a. Czasem Kellan udawał się na przebieżkę. Usiłował kiedyś namówić mnie na wspólny jogging, ale nie czułam się wystarczająco pewnie, żeby przystać na tę propozycję. Resztę czasu spędzał na odpoczynku, czytaniu, pisaniu, śpiewaniu i graniu na gitarze. Prał swoje rzeczy, przyrządzał dla siebie jedzenie i sprzątał po sobie (poza łóżkiem). Był bezproblemowym współlokatorem.

Ja również wpadłam w rytm pracy U Pete’a. Zaczęłam sobie przypominać moje skromne umiejętności kelnerskie. W pierwszym tygodniu Denny pojawiał się w barze co wieczór po pracy i pozwalał mi „praktykować” na sobie. Zamawiał różne dania z menu, specjalnie wszystko komplikując, żeby sprawdzić, czy dam radę i się nie pomylę. Jego starania za każdym razem wywoływały u mnie wybuchy śmiechu, ale muszę przyznać, że bardzo mi pomogły. Trzeciego wieczoru udało mi się wreszcie podać mu dokładnie to, co zamówił. Całe szczęście, bo nasz kucharz zaczął się już nieco irytować.

Dziwiłam się, jak często Kellan i jego zespół pojawiali się w barze U Pete’a w ciągu tygodnia. Zawsze siadali przy tym samym stoliku tuż obok sceny. Nie sądzę, żeby obeszło ich, gdyby któregoś dnia zastali ten stół zajęty. Było powszechnie wiadomo, że ten stolik należał do zespołu i kiedy pojawiali się w barze albo gość zwalniał miejsce, albo musiał siedzieć razem z nimi. Wieczorami w ciągu tygodnia było dość dużo pracy, ale w weekendy mieliśmy bez porównania więcej klientów. Chociaż wiele kobiet nadal wpatrywało się w Kellana z wiadomymi intencjami, w większości klientela była stała i generalnie zostawiali zespół w spokoju. Generalnie. Co jakiś czas pojawiały się grupki rozochoconych fanek.

Chłopcy zjawiali się w barze Pete’a praktycznie codziennie – jeżeli nie po próbach, to przed koncertem. Twierdzili, że ich stolik znajdował się w mojej sekcji. Podczas mojej drugiej wieczornej zmiany pojawili się wszyscy i musiałam nieźle się starać, żeby odebrać od nich zamówienie. Na szczęście był z nimi również Denny, co znacznie ułatwiło mi obsługę. W grupie byli bardzo onieśmielający, zwłaszcza że nadal miałam przed oczami napisy z drzwi damskiej toalety. Oczywiście z tego powodu (tak jak się spodziewałam) na widok Griffina spiekłam potwornego raka. Ogromnie go to rozbawiło.

Dopiero w poniedziałkowy wieczór, po bardzo pracowitym weekendzie spędzonym na panicznej obsłudze tłumów, które ściągały do baru w piątek i w sobotę (było tyle pracy, że pamiętam głównie tłok i chaos), nabrałam na tyle pewności siebie, aby obsłużyć zespół bez strachu. Niestety chłopcy również poczuli się bardzo swobodnie w mojej obecności. Wydawali się czerpać szczególną przyjemność z drażnienia mnie – poza Evanem, który – tak jak to oceniłam na samym początku – był dużym słodkim misiakiem.

Obserwując „wejście smoka” (czytaj: D-Bagsów), westchnęłam i wzniosłam oczy do nieba. Znów się zaczyna taniec pingwina na szkle. Evan podszedł pierwszy i obdarzył mnie niedźwiedzim uściskiem. Kiedy już się wyswobodziłam z jego ramion i zaczerpnęłam powietrza w płuca, roześmiałam się głośno. Matt i Griffin wydawali się pogrążeni w kolejnej kłótni, ale ten drugi zdołał klepnąć mnie w tyłek, przechodząc obok mnie w drodze do stolika. Westchnęłam zirytowana i zerknęłam na Sama, który wydawał się w ogóle nie zwracać uwagi na zachowanie członków kapeli. Gdyby chodziło o kogoś innego, już dawno wylądowałby na zewnątrz, ale najwyraźniej D-Bagsi królowali niepodzielnie w tym lokalu.

Kellan pojawił się ostatni, jak zwykle wyglądając idealnie. Dzisiejszego wieczoru przyniósł ze sobą gitarę. Czasami robił to, gdy pracował nad nowymi kawałkami. Skinął na mnie i rzucił mi dyskretny, uroczy uśmiech, zanim zasiadł przy stole.

– To co zwykle, chłopcy? – spytałam, usiłując powiedzieć to równie pewnym głosem jak słodka Jenny.

– Tak, dzięki Kiero – odparł uprzejmie Evan w imieniu grupy. Griffin nie był aż tak dyplomatyczny.

– No jasne, kurna, że tak, moje złotko! – Wyszczerzył zęby w łobuzerskim uśmiechu. Chyba wiedział, że jego obcesowość mnie irytuje i zawsze to wykorzystywał, ilekroć tylko byłam w pobliżu. Zignorowałam go (na tyle, na ile potrafiłam) i dalej robiłam swoje z pozornie obojętnym wyrazem twarzy.

Najwyraźniej jednak Griffin nie dał się zwieść.

– Jesteś taka słodka, Kiero – rzucił. – Jak niewinna uczennica. – Pokręcił głową, udając zdziwienie. – Tak bardzo chciałbym cię… rozdziewiczyć. – Puścił do mnie oko. Zbladłam jak ściana, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Dosłownie mnie zamurowało.

Kellan zachichotał, widząc moją minę. Siedzący obok Griffina Matt parsknął śmiechem.

– Człowieku, przecież ona jest z Dennym od zawsze. Jestem pewien, że szansa na rozdziewiczenie przeszła ci koło nosa.

Opadła mi szczęka. Czy oni naprawdę dyskutowali na temat mojej cnoty… w mojej obecności? Byłam zbyt zaskoczona, aby odejść od stolika.

Griffin spojrzał na Matta.

– Szkoda… Mógłbym ją zabrać do raju.

Evan i Kellan zarechotali.

– Kiedy to niby zdołałeś zabrać jakąś kobietę do tego… raju? – spytał Matt, starając się opanować śmiech.

– Mam pewne umiejętności – obruszył się Griffin. – W ogóle mnie nie znacie. Jak do tej pory nie miałem żadnych zażaleń.

– Ani powtórek – wtrącił niewinnie Kellan z szerokim uśmiechem.

– Kij ci w oko, człowieku! Zaraz ci udowodnię. Wybierz dziewczynę… – Rozejrzał się po sali, jakby szukał ochotniczki. Wreszcie jego wzrok spoczął na mnie. Zbladłam jeszcze bardziej i cofnęłam się o krok.

– Nieee! – krzyknęli zgodnym chórem chłopcy, odsuwając się nieco od Griffina i wyciągając przed siebie ręce, gotowi go powstrzymać, gdyby okazało się to konieczne.

Odzyskałam równowagę, ponieważ temat konwersacji uległ zmianie. Uznałam, że to odpowiedni moment, aby zniknąć im z pola widzenia. Zaczęłam powoli przesuwać się w bok, ale Griffin nie spuszczał ze mnie wzroku, ignorując naigrawających się z niego kompanów.

– Kiero, jeżeli rzeczywiście zostałaś rozdziewiczona… – rzucił zirytowane spojrzenie chłopakom – pewnym narzędziem… – Spojrzał na mnie, podczas gdy reszta grupy ryknęła niepohamowanym śmiechem. – Może w takim razie usłyszymy jakieś pikantne szczegóły? – Jego jasne oczy błyszczały rozbawieniem. Zaczął się bawić językiem – a raczej kolczykiem umieszczonym w jego środku. Poczułam na ten widok lekkie mdłości. Naprawdę nie miałam ochoty odpowiadać na jego głupie zaczepki. Skrzywiłam się i odwróciłam z zamiarem odejścia.

– Muszę wracać do pracy, Griffin.

– Nie no, daj spokój… Chociaż jedno małe przekleństwo. Czy ty w ogóle używasz brzydkich słów? – Wyciągnął rękę i chwycił mnie za ramię, kiedy usiłowałam przejść obok niego.

– Tak, Griffin, ja również używam brzydkich słów – rzuciłam na odczepnego, skoncentrowana bardziej na uwalnianiu ramienia niż na moich słowach. Natychmiast jednak ich pożałowałam.

– Naprawdę? Chciałbym to usłyszeć. – Wydawał się szczerze rozbawiony pomysłem, że mogłabym wyrażać się równie wulgarnie jak on. Evan wydawał się zażenowany naleganiami Griffina. Przewrócił demonstracyjnie oczami. Matt podparł brodę na dłoni i pochylił się do przodu, natomiast Kellan przesunął dłonią po włosach i odchylił się na krześle. Obaj spoglądali na mnie zaciekawieni. Pod ich badawczym spojrzeniem zaczęłam się czuć nieswojo.

– Cholera! – Wpatrywałam się ze złością w Griffina.

Matt i Kellan zachichotali. Griffin założył kosmyki jasnych włosów za uszy i wydął usta.

– Oooch, to straszne! A teraz może jakieś prawdziwe przekleństwo?

– To było prawdziwe. – Pragnęłam za wszelką cenę wrócić do baru, ale czułam się jak złapana w pułapkę przez tę dziwną konwersację. Kellan jawnie drwił z mojego zakłopotania i muszę przyznać, że byłam coraz bardziej rozdrażniona i zła, szczególnie na niego.

– No dobrze. A może coś bardziej soczystego… a jednocześnie prostego… Co byś powiedziała na przykład na… sukę? – Griffin uśmiechnął się diabolicznie, krzyżując ramiona na piersi.

– Jesteś taki dziecinny, Griffin. – Spojrzałam na Evana, błagając go w myślach o zakończenie tej durnej konwersacji. Jako jedyny poza mną wydawał się nieco zmieszany całą tą sytuacją.

Griffin rozszyfrował mnie.

– Nie potrafisz tego powiedzieć, prawda? – Roześmiał się głośno.

– Nie muszę. – Nie chodziło nawet o to, że nigdy nie przeklinałam. Po prostu nie chciałam być ordynarna. Nie zamierzałam tego zmieniać tylko po to, żeby zadowolić Griffina. Przez chwilę rozważałam odejście od stołu i zakończenie tej głupiej gierki, ale wiedziałam, że sprawiłoby mu to satysfakcję.

Griffin pochylił się ku mnie nad stołem, składając razem dłonie.

– No dalej! Coś, cokolwiek. Naprawdę wszystko mi jedno co… byle coś nieprzyzwoitego – rzucił z udawanym błaganiem w głosie.

Przestąpiłam z nogi na nogę, niepewna, nadal pragnąc uciec. Może powinnam go spoliczkować? To zdecydowanie odwróciłoby ich uwagę ode mnie… Nie znałam go jednak na tyle dobrze, aby wiedzieć, jak zareagowałby na coś takiego. Nie chciałam, żeby się na mnie wściekł… lub – co gorsza – podniecił.

– Kiera powiedziała raz, że emanuję seksem – wtrącił się Kellan.

Griffin omal nie spadł z krzesła ze śmiechu.

Spojrzałam rozeźlona na Kellana, który uniósł lekko dłonie w obronnym geście z miną niewiniątka.

Ponieważ wszyscy (nawet mój sprzymierzeniec Evan) śmiali się w tej chwili do rozpuku, wykorzystałam ten moment i oddaliłam się czym prędzej w stronę baru.

Mając nadzieję, że moja twarz nie jest podejrzanie czerwona, podeszłam do Rity, która kończyła właśnie przygotowywać tradycyjne drinki dla zespołu. Dyskretnie zerknęłam na ich stolik. Griffin i Matt nadal chichotali, najwyraźniej rozbawieni głupim komentarzem Kellana. Evan spoglądał na mnie z miną winowajcy – cóż, chociaż on jeden czuł się źle po ich reakcji. Kellan wciąż z krzywym uśmieszkiem zajął się grą na gitarze. W pewnym momencie zaczął śpiewać piosenkę. Musiała być nowa. Z tej odległości nie słyszałam słów, ale melodia bardzo mi się spodobała. Odruchowo zaczęłam się przesuwać w kierunku stolika zespołu, żeby lepiej usłyszeć ten utwór.

– Na twoim miejscu dałabym spokój. – Rita obserwowała, jak się przyglądam Kellanowi, i najwyraźniej błędnie zinterpretowała moje zainteresowanie.

– Słucham?

– Ten tutaj. – Wskazała na Kellana. – Nie trać na niego czasu.

Nie zrozumiałam, co Rita miała na myśli. Zdziwiona, nie wytłumaczyłam jej, że jestem zainteresowana wyłącznie treścią piosenki.

– O co ci chodzi? – spytałam.

Rita pochyliła się ku mnie konspiracyjnie, zadowolona z szansy na poplotkowanie.

– Ach, nie ulega wątpliwości, że Kellan jest szalenie atrakcyjny, ale złamie ci tylko serce. To ten typ, co kocha i rzuca, rozumiesz, złotko?

– Uhm! – Nie zdziwiłam się wcale, zważywszy na tłum rozochoconych fanek, które rzucały się na Kellana po każdym koncercie i po tych licznych komentarzach na jego temat, wypisanych na drzwiach do toalet. – Nie, nie, to nie to. To tylko mój współlokator… nic więcej. Po prostu słuchałam…

– Nie mam pojęcia, jak ty możesz przy tym tam normalnie funkcjonować – przerwała mi Rita, spoglądając na Kellana i uwodzicielsko przygryzając wargę. – Ten tam doprowadziłby mnie do szaleństwa – postawiła na kontuarze kilka piw.

Zaczęłam się nieco irytować jej spojrzeniem utkwionym w Kellanie i nawykiem nazywania go „tym tam” – zupełnie jakby był kimś anonimowym.

– Cóż, oczywiście pomaga mi w tym obecność mojego narzeczonego – odparłam nieco sarkastycznie, lecz szczerze. Co ona sobie wyobrażała, że co my niby robimy, kiedy jesteśmy w domu?

Rita roześmiała się krótko.

– Och, kochanie… sądzisz, że to ma dla niego jakieś znaczenie? Dziecko, ja byłam mężatką i wcale mu to nie przeszkodziło. – Postawiła ostatnie dwie butelki na ladzie i uśmiechnęła się gorzko. – Ale warto było – dodała, puszczając do mnie oko.

Spojrzałam na nią z rozdziawioną buzią. Rita była przynajmniej dwa razy starsza od Kellana i, z tego co słyszałam, miała czwartego już męża. Najwyraźniej Kellan nie był zbyt wybredny, jeżeli chodziło o kobiety, które przyprowadzał do domu. Zaczęłam odnosić nieodparte wrażenie, że było ich wiele. Aż dziwne, że do tej pory nie natknęłam się w domu na żadne panienki.

Otrząsnęłam się z zaskoczenia.

– Cóż, dla mnie to ma znaczenie – mruknęłam. Chwyciłam butelki i zaniosłam je chłopcom z zespołu, nieco zdenerwowana, choć sama nie wiedziałam dlaczego.


Rozdział czwarty
Zmiany

Zgodnie z moimi oczekiwaniami Denny szybko zrobił duże wrażenie na swoich współpracownikach. Spędzaliśmy teraz razem znacznie mniej czasu, niżbym chciała. Nadal usiłowałam wstawać rano, zanim Denny wyszedł do pracy, ale ponieważ kładłam się do łóżka coraz później i później, trudno mi było się budzić razem z nim. Skończyło się na zaspanych „do zobaczenia” i szybkich cmoknięciach na pożegnanie. Chcąc zrobić dobre wrażenie na swoich szefach, Denny zazwyczaj zostawał w pracy po godzinach i docierał do domu dopiero po moim wyjściu do pracy. Dość szybko stało się jasne, że razem mogliśmy spędzać jedynie weekendowe popołudnia przed rozpoczęciem mojej zmiany oraz od czasu do czasu jeden wieczór czy dwa, kiedy akurat miałam wolne.

Denny starał się, jak mógł, żeby być ze mną jak najczęściej. Przychodził po pracy do baru, żeby mnie zobaczyć, czasem zostawał na kolację lub drinka z Kellanem i resztą chłopaków. Przytulaliśmy się do siebie i czule całowaliśmy, na co stali klienci reagowali, przewracając oczami w udawanym zniecierpliwieniu. Ktoś kiedyś nawet rzucił w nas serwetką zwiniętą w kulkę. Miałam pewne podejrzenia w stosunku do Griffina. Całe szczęście, że był to to tylko kawałek bibuły.

Czerwiec minął błyskawicznie i zanim się obejrzeliśmy, zaczął się lipiec. Denny musiał iść do pracy czwartego lipca po południu. Nie byłam z tego zbyt zadowolona, zwłaszcza że zaplanowaliśmy spędzić cały dzień na ulubionej plaży Denny’ego – słońce i morze dla mojego kochającego wodę chłopca. Obiecał jednak, że przyjdzie wieczorem do baru U Pete’a i spędzimy razem cały wieczór, mimo że miałam pracować. Ostudziło to nieco moją złość. Większość dnia spędziłam na czytaniu książki, opalając się na naszym małym podwórzu na tyłach domu. Oczywiście „opalanie się” pasowało bardziej do typu skóry, która pod wpływem promieni słonecznych nabierała pięknego ciemnozłotego koloru, jak u Denny’ego. W moim przypadku określenie to było sporą przesadą. Moja alabastrowa skóra zaczerwieniała się, aby potem ostatecznie znów zblednąć. Założyłam dwuczęściowy kostium kąpielowy, wysmarowałam się kremem z filtrem, żeby uniknąć spieczenia się na raka, i ułożyłam się wygodnie, sycąc ciepłem dnia.

Czytałam książkę i pławiłam się w ciepłych promieniach słońca, grzejących moje uda i plecy. W pewnej chwili uniosłam wzrok i ujrzałam tuż przed sobą zwinną ważkę, która przysiadła na długim źdźble trawy. Jej tułów i brzeg skrzydeł były turkusowe niczym biżuteria miejscowych Indian, którą widziałam w tutejszych sklepach. Ważka wydawała się całkowicie szczęśliwa. Odpoczywała na źdźble, wygrzewając się w słońcu, zupełnie jak ja. Uśmiechnęłam się do niej i wróciłam do przerwanej lektury. Przyjemnie było mieć jakieś towarzystwo.

Wreszcie uznałam, że moje ciało otrzymało już wystarczającą dawkę witaminy D i poczłapałam do domu, rozleniwiona. Niemal natychmiast zasnęłam na kanapie. Obudziłam się pół godziny przed rozpoczęciem mojej zmiany i w pośpiechu przebrałam się do pracy. Na szczęście zdążyłam na autobus i pojawiłam się U Pete’a dosłownie w ostatniej chwili. Cóż, przynajmniej tej nocy będę wypoczęta.

Zgodnie z obietnicą (jak zwykle) Denny przyszedł do baru po pracy. Lokal był dziwnie zatłoczony, zważywszy na dzień wolny od pracy, i Denny musiał usiąść na wysokim stołku przy barze. Głodne spojrzenia Rity rzucane w jego stronę zaczęły mnie naprawdę irytować. Nagle pojawił się Kellan wraz z grupą. Zaanektowali swój zwykły stolik i z radością dostawili krzesło dla Denny’ego. Nawet w tak zatłoczonym barze śmiechy chłopaków wybijały się nad zwykłą wrzawę.

Tuż przed występem Denny i Kellan poszli pograć w bilard. W drodze do kuchni przystanęłam przy łukowatym wejściu do sali ze stołami i oparłam się o ścianę. Obserwując, jak swobodnie czują się razem Kellan i Denny, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Żartowali i rozmawiali o przeróżnych sprawach, nie przerywając gry, zupełnie jakby byli najlepszymi przyjaciółmi od wielu lat i nigdy się nie rozstawali. Bawiło mnie również to, jak słabo Kellan grał w bilard. Denny chichotał, gdy jego przyjaciel nie trafiał w kule i usiłował nauczyć go właściwej pozycji. Kellan reagował na to śmiechem i wzruszeniem ramion, jakby wiedział, że nigdy się tego nie nauczy. Ja również nie byłam zbyt dobra w grze w bilard, mimo że Denny, który grał świetnie, kilka razy usiłował mnie wyszkolić. „To zwykła fizyka, Kiero”, powtarzał cierpliwie, zupełnie jakby świadomość tego miała mi ułatwić grę.

Denny zauważył, że się im przyglądam, i puścił do mnie oko. Westchnęłam uszczęśliwiona i wróciłam do pracy.

W momencie gdy chłopcy skończyli grę i Kellan ruszył w stronę sceny, dotarł do nas z zewnątrz huk fajerwerków. Był to coroczny pokaz urządzany z okazji Święta Niepodległości przez urząd miasta. Matt i Griffin ze szczeniackimi uśmiechami na twarzach rzucili się w kierunku drzwi wejściowych – a za nimi pół tuzina dziewczyn. Evan i Jenny dołączyli do nich chwilę później wraz z kolejną grupką klientów. Kellan podszedł do mnie i Denny’ego w towarzystwie niskiej blondynki z włosami ozdobionymi interesującą mieszanką jaskrawoczerwonych i niebieskich kosmyków. Objął ją ramieniem i skinął na nas, żebyśmy poszli za nim. Spojrzeliśmy na siebie z Dennym, wzruszyliśmy ramionami i podążyliśmy za nim do wyjścia w towarzystwie kolejnej sporej grupki klientów.

Zgromadziliśmy się na parkingu przed barem, spoglądając na niebo nad Jeziorem Unii, rozjaśniane kolejnymi seriami eksplozji. Fajerwerki zapierały dech w piersiach feerią barw i wspaniałymi obrazami malowanymi na niebie ponad miastem. Griffin i Matt stali z boku, obserwując spektakl. To znaczy Matt patrzył, a Griffin w tym czasie z wyraźnym upodobaniem obrywał od dziewczyny, którą chwycił wcześniej za tyłek. Jenny obejmowała Evana w pasie i opierała się o niego wygodnie, obserwując pokaz sztucznych ogni z drugiego końca parkingu.

Denny objął mnie i przytulił. Rozluźniłam się i oparłam głowę na jego piersi. Kellan stał przed nami, obejmując niedbale swoją blondynkę, z ręką w kieszeni jej spodni. Miał ze sobą butelkę piwa. Odwrócił głowę w bok, aby się napić, i dostrzegł kątem oka mnie i Denny’ego. Przełknął i uśmiechnął się do nas ciepło. Zarumieniłam się, a Denny westchnął szczęśliwy i pocałował mnie w czubek głowy.

Dziewczyna stojąca z Kellanem musiała coś do niego powiedzieć, ponieważ odwrócił się w jej kierunku i odparł coś cicho. Blondynka nachyliła się ku niemu i pocałowała go w szyję, wsuwając dłoń do kieszeni jego spodni. Kellan uśmiechnął się i objął ją mocno. Zastanawiałam się, czy nad ranem zastanę ją w domu.

Zamierzałam właśnie powrócić do obserwacji fajerwerków, kiedy za naszymi plecami rozległo się głośne:

– Hej, kapela! Nie płacę wam za gapienie się w gwiazdy.

Odwróciłam się i zobaczyłam stojącego w progu Pete’a, który wpatrywał się niezadowolony w Kellana. Rzeczywiście, zespół powinien już być na scenie.

– Idźcie grać – mruknął, wskazując kciukiem na wnętrze baru. Spojrzał na rozjaśnione fajerwerkami niebo, a potem na mnie i Jenny. – Wy dwie też. Wracajcie do pracy. Ludzie chcą pić – dorzucił.

Kellan zachichotał cicho. Jenny uwolniła się z objęć Evana i podskoczyła radośnie do drzwi.

– Przepraszam, Pete. – Pocałowała go w policzek i wbiegła do baru.

Kellan ruszył za nią, trzymając za rękę swoją „pasiastą” dziewczynę.

– Taaa, sorry, Pete! – Uśmiechając się łobuzersko, cmoknął go w policzek i szybko się odsunął, kiedy Pete wziął zamach, żeby pacnąć go w głowę. Blondynka zachichotała niekontrolowanie, a Kellan szybko wszedł za Jenny do środka.

Denny i ja zostaliśmy jeszcze przez chwilę na dworze, wtuleni w siebie, przyglądając się niesamowitemu widowisku na niebie. Potem wróciliśmy z resztą tłumu do baru. Tego wieczoru zespół grał wyjątkowo dobrze. Denny został do samego końca. Udało się nam nawet kilka razy zatańczyć. Pod koniec mojej zmiany byłam bardziej niż gotowa, aby wrócić do domu i położyć się spać wtulona w mojego mężczyznę. Wykonywałam właśnie ostatnie obowiązki tej nocy, kiedy kątem oka dostrzegłam wychodzącego z baru Kellana. O dziwo był sam. Kilka chwil później wyszłam z zaplecza. Denny już na mnie czekał. Chwycił mnie za rękę i uśmiechając się do siebie, ruszyliśmy do domu.

Później, już w łóżku, wtuliłam się w Denny’ego, szczęśliwa i zadowolona z naszego nowego życia. Cieszyłam się faktem, że przez kolejne dwa lata pozostanie zasadniczo takie samo.

Niecałe dwa tygodnie później, w piątkowy wieczór, wszystko się nagle zmieniło…

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.