Bezmiar mileniów. Czas barbarzyńców  - Marek Tarnowicz - ebook
Wydawca: Goneta Aneta Gonera Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 416 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bezmiar mileniów. Czas barbarzyńców - Marek Tarnowicz

Druga część historii o energetycznych bytach, które miały ogromny wpływ na zdarzenia na Ziemi. Tym razem byty złe, czyli Drille, namówiły A shoo Ra do kradzieży Berła, magicznego przedmiotu, ostatniego dzieła Tronów, którego pożądają wszyscy w każdym z wszechświatów. Jest to czysta, niczym niezmącona, stojąca ponad wszystkim energia, która mieści się w niewielkiej damskiej broszce. A shoo Ra wykrada Berło, usiłując ujść pogoni w statku-klejnocie. Został jednak trafiony energetycznym pociskiem przez jednego ze Strażników. Pojazd stracił swoją moc i uległ zniszczeniu, a on wylądował na Ziemi. Berło natomiast spadło na ziemski Księżyc. Byt, usiłując odzyskać utraconą moc, próbuje użyć do tego celu energię pobliskiego Słońca. Spowodowało to wybuch energii, niwelującej pracę wszelkich urządzeń elektronicznych na Ziemi.

W tym samym czasie, gdy Berło trafia na Księżyc, kilka osób na Ziemi otrzymuje nieznaną i nieziemską moc. Dotyczy to między innymi nastolatków Niny i Jacka oraz małego chłopca o imieniu Karl. Drille chcą zdobyć Berło. Nie chcą do tego dopuścić jego Strażnicy. We wszystko zostają niechcący wciągnięci nastolatkowie Nina i jej nowi przyjaciele, rodzeństwo Jacek i Agata. Wykorzystują oni swoje zdolności oraz umiejętność posługiwania się samurajskimi mieczami do ratowania wielu ludzi, walcząc z bandą rzezimieszków Mrocznego Legionu kierowanego przez czarnego Drilla. Nina uczy się panować nad swoimi umiejętnościami, poznając je podczas całej swojej krucjaty. Bohaterowie, mimo że napotykają wiele złości i nieprawości, sami zachowują się bardzo rycersko. Nina uczy się latać dywanem i używać telekinezy, dzięki której udaje jej się poruszyc przerobiony na kosmiczny pojazd olbrzymi zbiornik. Wszak nie działało żadne urządzenie, a Berło trzeba było odzyskać przed Drillami i oddać w bezpieczne ręce Strażników. Wszyscy troje pokonują wiele przeciwności losu i dziwnych przeciwników o różnych umiejętnościach parafizycnych, wspomagając się zawsze na tyle, na ile to było możliwe.

Opinie o ebooku Bezmiar mileniów. Czas barbarzyńców - Marek Tarnowicz

Fragment ebooka Bezmiar mileniów. Czas barbarzyńców - Marek Tarnowicz









Copyrights to:

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera

www.goneta.net

ul. Archiwalna 9 m. 45, 02-103 Warszawa

Korekta: Dorota Brzostek

dorotas113@wp.pl

Okładka: Robert Zajączkowski

na podstawie projektu Marka Tarnowicza

Redakcja: Aneta Gonera

wydawnictwo@goneta.net

ISBN: 978-83-62041-74-9

Wydanie 1.

Warszawa, lipiec 2012

Publikację elektorniczną przygotował iFormat

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.


Niniejszą książkę dedykuję moim dziewczynom,

żonie Danusi i córce Ninie, dla której powstał ten cykl


Od redakcji:

Przed Państwem kolejna część historii o energetycznych bytach, które miały ogromny wpływ na zdarzenia na Ziemi. Tym razem byty złe, czyli Drille, namówiły A shoo Ra do kradzieży Berła, magicznego przedmiotu, ostatniego dzieła Tronów, którego pożądają wszyscy w każdym z wszechświatów. Jest to czysta, niczym niezmącona, stojąca ponad wszystkim energia, która mieści się w niewielkiej damskiej broszce. A shoo Ra wykrada Berło, usiłując ujść pogoni w statku-klejnocie. Został jednak trafiony energetycznym pociskiem przez jednego ze Strażników. Pojazd stracił swoją moc i uległ zniszczeniu, a on wylądował na Ziemi. Berło natomiast spadło na ziemski Księżyc. Byt, usiłując odzyskać utraconą moc, próbuje użyć do tego celu energię pobliskiego Słońca. Spowodowało to wybuch energii, niwelującej pracę wszelkich urządzeń elektronicznych na Ziemi. W tym samym czasie, gdy Berło trafia na Księżyc, kilka osób na Ziemi otrzymuje nieznaną i nieziemską moc. Dotyczy to między innymi nastolatków Niny i Jacka oraz małego chłopca o imieniu Karl. Drille chcą zdobyć Berło. Nie chcą do tego dopuścić jego Strażnicy. We wszystko zostają niechcący wciągnięci nastolatkowie Nina i jej nowi przyjaciele, rodzeństwo Jacek i Agata. Wykorzystują oni swoje zdolności oraz umiejętność posługiwania się samurajskimi mieczami do ratowania wielu ludzi, walcząc z bandą rzezimieszków Mrocznego Legionu kierowanego przez czarnego Drilla. Nina uczy się panować nad swoimi umiejętnościami, poznając je podczas całej swojej krucjaty. Bohaterowie, mimo że napotykają wiele złości i nieprawości, sami zachowują się bardzo rycersko. Nina uczy się latać dywanem i używać telekinezy, dzięki której udaje jej się poruszyc przerobiony na kosmiczny pojazd olbrzymi zbiornik. Wszak nie działało żadne urządzenie, a Berło trzeba było odzyskać przed Drillami i oddać w bezpieczne ręce Strażników. Wszyscy troje pokonują wiele przeciwności losu i dziwnych przeciwników o różnych umiejętnościach parafizycnych, wspomagając się zawsze na tyle, na ile to było możliwe.

Marek Tarnowicz — rocznik 1960, wrocławianin.


Treść utworu

— A shoo Ra — myśl uleciała w przestrzeń, docierając do właściciela imienia. On jednak nie odpowiedział na nią. Znowu zapanowała cisza na wszystkich poziomach. Po chwili jednak ponownie zabrzmiało w całej galaktyce.

— A shoo Ra! — zawołanie wibrowało, jakby wysyłający je wiedział, że w końcu usłyszy odzew.

Długo, bardzo długo nic się nie działo. Gdzieś w centrum eksplodowała supernowa. Wówczas zabrzmiała odpowiedź, przenikając wszystkie gwiazdy.

— Czego Drill chce ode mnie?

— Mam propozycję.

— Propozycję?

— Berło Odwiecznych — padło równie szybko jak myśl.

— Nikt nie wie, gdzie ono jest. Nawet oni zapomnieli o tym, gdzie je ukryli, zanim odeszli.

— Ja wiem.

— Nie wiesz Drillu! Kłamiesz! Chcesz tylko poznać miejsce, w którym jestem!

— Sprawdź sam — kusił.

Odpowiedź i na to była inna, niż oczekiwał.

— Kto ciebie przysłał? — nadawca myśli poznał fragment pokazanej informacji.

— To nie jest ważne. Ono pomoże i tobie.

— Wiesz, że ważne. Jesteście znani z ukrywania prawdy.

— Tu nie ma nic do ukrycia. Poznaj wszystko. Mój umysł jest otwarty. Nastała cisza. Olbrzymia planetoida rozbiła w pył niewielki księżyc, krążący po orbicie planety.

— To niebezpieczne. Oni sami czuli lęk przed nim, mimo że jest ich wytworem.

— Legenda, tylko legenda — zabrzmiało z przekonaniem.

— Co w zamian? A jeżeli sobie je zatrzymam?

— I tak będzie twoje.

— To znaczy?

— Będziesz wśród nas najwyższy — odebrał szczere wyznanie.

— Cooo?

— Dlatego tu jestem.

— Widzisz to miejsce?

— Tak.

— Obszar Czarnych Słońc jest strzeżony. Widzisz te jasne punkciki?

— Widzę.

— To są Strażnicy, a nie zagubione gwiazdy. Mają wielką moc. Nawet nie masz pojęcia, jak wielką — westchnął w zadumie.

— Słyszałem A shoo Ra. Słyszałem też, że im uciekłeś — w tym wyznaniu było uznanie. Szczere, niekłamane uznanie. — Nikomu się to jeszcze nigdy nie udało.

Cisza. Żadnej zmarszczki w energii wszystkich poziomów.

— Nikt ani nic nie chciało tego, czego ty zapragnąłeś. Wiem… wiem… — zaczął jeszcze raz i zamilkł.

Spokój, żadnego drgnienia w całej galaktyce.

— Jesteś jeszcze A shoo Ra?

— Odejdź Drillu — zabrzmiało to jak echo odbite od światła gwiazd.

— Tylko ty możesz je zdobyć — nalegała myśl.

— Pomyślę. Może… a może nie.

— Będziesz potężny…

— Jesteście w defensywie — stwierdził. — Przegrywacie. Dlatego potrzebujecie tego narzędzia Odwiecznych.

— To jest status quo A shoo Ra.

— Aż tak dużo uległo zmianie?

— Upłynęły milenia…

— To dużo… bardzo dużo. Co chcecie zdziałać?

— Wszystko gaśnie. Ciemna materia uzyskuje zbyt dużą przewagę.

— Zawsze było to wam na rękę. Co uległo zmianie?

— Wszystko. Trzeba stworzyć nowe światy

— A bez Berła jest to niemożliwe — westchnienie.

— Masz rację, niemożliwe. Dlatego tu jestem.

— Sam mnie odnalazłeś?

— Nie do końca, ale pomogły mi ślady.

— Ślady?

— Przenosiłeś się. Galaktyki ponownie zaczynały tętnić życiem tam, gdzie byłeś.

— I byłeś przekonany, że to ja?

— To musiałeś być ty, bo niby kto inny?

— Odwiecznych już nie ma? — padło w zadumie.

— Tylko ty masz wystarczającą moc. I tylko ty jesteś w stanie tego dokonać.

— Pomyślę Drillu.

— Zrobisz to? Teraz wystarczy, że dotrzesz tylko do niego, a nikt i nic się nie ośmieli…

— Nadal kusisz Drillu. Żebym chociaż wiedział, na ile jesteś uczciwy…

— Masz jeszcze wątpliwości?

— Wracaj. Zobaczymy?

Nastała cisza. Byt o imieniu A shoo Ra musiał się zająć swoimi sprawami. Niektóre cywilizacje z tej galaktyki zdobyły prymitywny napęd grawitacyjny. Pomiędzy najbliższymi gwiazdami wybuchła wojna. Na podbijanych planetach na różne sposoby zabijano życie. Ginęły nawet istoty nienarodzone. On nie zamierzał na to patrzeć bezczynnie. Wspomagał tych, których gnębiono i upominał nieszczęściami i katastrofami napastników. Nic to nie pomogło. Wywołał więc burzę na Słońcu i skierował jej energię bezpośrednio na planetę agresora. Wszystko, co było związane z techniką, uległo uszkodzeniu. Wyprawy wojenne do sąsiednich systemów gwiezdnych, a co za tym idzie — fala bezmyślnych zabójstw, zostały powstrzymane. Zapowiadało to parę lat pokoju. A shoo Ra powrócił do pamiętnej wymiany myśli z Drillem. Oglądał Obszar Czarnych Słońc pod różnymi kątami. Sprawdzał, jak mógłby tam przeniknąć bez zwrócenia na siebie uwagi Strażników. Nieciągłości grawitacyjne tworzyły pewien komfort, lecz Strażnicy rozciągnęli bardzo czułą sieć na wszystkich poziomach energetycznych, bez wyjątku. Mogli go wykryć, gdyby przypadkiem dotarł zbyt blisko do jednej z czarnych dziur, burząc równowagę. Rozciągnął maksymalnie czas w galaktyce będącej jego obecną siedzibą i przeniknął do swojego pojazdu. Sprawdził każdą komórkę. Przemienił wszystko w energię, opuszczając kryjówkę. W nanosekundę później krążył rok świetlny od Obszaru Czarnych Słońc. Trącał delikatne sploty neutronowych nici oplatających studnię grawitacyjną, w której miał swój początek Wielki Wybuch. Unikał miejsc, w których leniwie po zmiennych orbitach krążyli Strażnicy. Za kolejnym razem na coś natrafił. Usiłował określić, z czym ma do czynienia. Nie potrafił. Dokonał wizualizacji na poziomie energetycznym. Pustka. Jednak pozostałe zmysły mówiły mu co innego. Zmienił poziom na wyższy. Nadal nic. Przeniknął zmysłami do innego wymiaru, dokładnie w tym samym miejscu. Jest! Odetchnął z ulgą. Wyczuwał ukrytą moc. Postanowił to sprawdzić w kolejnym wymiarze. Berło oddziaływało w bardzo szerokim spektrum wymiarowo-przestrzennym. Tu zakłócenia były równie silne jak w poprzednim. Sprawdził jeszcze jeden wymiar a po nim kolejny. Przeniknął tym sposobem przez siedem następnych i we wszystkich znalazł dokładnie to samo. Miał czas, więc skontrolował wszystkie pozostałe dwadzieścia siedem wymiarów. Odkrył tak samo silne echo w każdym z nich. Coś tu było nie tak. Emanacje powinny być, lecz o różnym natężeniu. Mogły rosnąć lub maleć w zależności od miejsca, w którym zaczynał, ale nie powinny być jednakowe. Podejrzewał podstęp. Sondował ostrożnie i dokładnie niemalże każdy centymetr sześcienny próżni. Miał z tym niemałe trudności, bowiem potężne siły grawitacyjne wytwarzane przez każde z Czarnych Słońc zachowywały ledwie stabilną równowagę. Dokładnie na granicy pomiędzy nimi odnalazł jeszcze jeden czynnik, który mu wiele powiedział — niewidzialne nici grawitonowe prowadzące od każdego ze Strażników w określony wymiar czasoprzestrzenny. Sprawdził wszystkie z tych połączeń. Na każdym odkrył inne naprężenie. W trzecim continuum oddziaływały najsilniej. Gdyby miał w tej chwili postać materialną, można by było powiedzieć, że na twarzy pojawił mu się uśmiech. Warunkiem na podjęcie działania były jego szanse na ucieczkę. Nie zamierzał wszczynać starć w tym miejscu, nawet z użyciem Berła. Ewentualna wskutek tego katastrofa mogła spotkać wszystkie wszechświaty. Myślał, skanował, szukając innego rozwiązania niż to, które znał i dzięki któremu zdobył pojazd, uciekając przed Strażnikami. Zdawał sobie sprawę, że oni już znają sposób, jak takiego intruza przechwycić a następnie zniszczyć. Ze Strażnikami nie było negocjacji. Zbyt długo tkwił w jednym miejscu. Wiedział, że w końcu mogą go odkryć. Zdecydowany, skoncentrował moc i wytworzył tunel międzywymiarowy. Pchnięty tą samą mocą pojazd przeskoczył w jednej nanosekundzie w pobliże artefaktu. W tym samym momencie opuścił zdefiniowaną przez siebie przestrzeń i przeniósł go do kryształu statku. Dzięki zakrzywieniu przestrzeni, miejsca było na tyle dużo, że mógłby ukraść z dowolnego układu gwiezdnego całą planetę i przetransportować ją w dowolne miejsce. „Nie kłamałeś Drillu” — przemknęło mu przez myśl, nim spowolnił czas i ponownie wytworzył tunel międzywymiarowy, uciekając z zagrożonego miejsca. Wyskoczył z niego ponad pięć lat świetlnych dalej. Nim zdążył przemienić pojazd wraz z zawartością w strumień energii, tuż za nim zmaterializował się inny pojazd. Strażnik od razu wystrzelił pocisk zbudowany z hiperonu sigma. A shoo Ra w tym samym momencie zdefiniował następny tunel międzywymiarowy, znikając w nim pośpiesznie. Ten jeden statek zdążył wskoczyć w niego w tym samym czasie. Następne nie miały już takiego szczęścia, więc pozostały na miejscu.

W trakcie przeskoku zdał sobie sprawę, po co było to połączenie z grawitonów. To dzięki niemu miał teraz za sobą spodziewanego, lecz niepożądanego intruza. Tym razem przeskok liczył tysiące lat świetlnych. Manipulując wymiarami, opuścił tunel w innej czasoprzestrzeni, wpadając w atmosferę jakiejś planety. Nim zbadał zmysłami otoczenie, ścigający go wystrzelił identyczny świetlisty pocisk z antymaterii. Tuż przed nim niespodziewanie wyrosła smukła wieża budynku. Byt błyskawicznie teleportował swój pojazd daleko za nią. Pędzący ładunek, otoczony silnym polem elektromagnetycznym, trafił w przeszkodę w dwóch trzecich jej wysokości. Potworny błysk światła towarzyszący anihilacji zalał swoim upiornym blaskiem całą okolicę. W ułamku sekundy w towarzystwie zagłuszającego wszystko huku wyparowało dziewięć pięter wraz z ludźmi i resztą swojej zawartości. Górne kondygnacje odcięte od swoich fundamentów runęły bezgłośnie w dół na stojące w okolicy wieżowca inne domy. Nim umilkło echo poprzedniej eksplozji, dołączyły do niej dźwięki pękających i rozpadających się pod naporem tysięcy ton stali, betonu i szkła zawalonej Wieży Kalifa ścian budowli.

Mknący bezdźwięcznie statek zmienił kierunek, by stromą świecą, celując w Księżyc, uciec spod ostrzału. A shoo Ra wygenerował z rufowych komórek osłonę energetyczną. Nie zraziło to Strażnika, który zamierzał nie dawać mu wytchnienia i nie stracić go z pola widzenia gdzieś po zniknięciu za satelitą. Wystrzelone w nanosekundowych odstępach ładunki pomknęły bezszelestnie do celu. Jeden z nich trafił w tarczę za rufą i przeciążając generujące ją komórki, eksplodował. Przez jaźń bytu zamkniętego w krystalograficznej przestrzeni klejnotu przemknęła panika.

„Dorwie mnie” — zaiskrzyło.

Ziemski Księżyc był tuż, tuż. Brakowało mu jednak tego krótkiego czasu. Mimo wygenerowania osłon bocznych i przesunięcia ich w tył, pojazdem wstrząsnęło następne trafienie. Osłony przestały istnieć.

— Nie dostaniesz mnie — zaiskrzyła inna myśl.

Skoncentrował resztki mocy w zablokowanych komórkach, przekształcając je w działo. Wygenerowaną w nim wiązkę energii przemienił w antymaterię, wystrzeliwując ją w pojazd Strażnika. Ten zaskoczony usiłował zrobić unik, lecz i tak zaliczył trafienie w wystrzelony dopiero co przez siebie hiperon sigma. Pozbawiona otoczki elektromagnetycznej antymateria, o podwójnej sile, zniszczyła jego tarcze energetyczne oraz zablokowała deflektory utrzymujące go w tej przestrzeni. Statek wraz z wyższym bytem został wyrzucony z tego wymiaru daleko poza ten wszechświat. Zanim jednak do tego doszło, zdążył wystrzelić ostatni pocisk. Pędził on na spotkanie z bezradnym A shoo Ra. Pozbawiony możliwości obrony z powodu całkowitej utraty mocy, zapomniał o Berle Odwiecznych. Akurat w tym momencie przelatywał obok jakiś okruch materii, podążający ku najbliższej planecie, więc wykorzystał okazję i w ostatniej chwili przeniósł do niego swoją energetyczną postać. Silny błysk tuż przed Księżycem zajaśniał w teleskopach astronomów. Oswobodzony i nienaruszony artefakt przebił cienką warstwę sklepienia jaskini. Wytracając energię kinetyczną, spadł na skały podłoża, błysnął iskierką bursztynowego światła. Złodziej wyczuł zmiany, ale było już za późno. Wpadł w górne warstwy atmosfery. W ułamku sekundy przemierzył drogę do planety. Meteoryt wbił się w grubą warstwę lodu i śniegu na stoku góry w ziemskim Tybecie.


* * *

— Mamo, a może zabierzesz nas ze sobą? — czternastoletni chłopiec od kwadransa usiłował nakłonić swoją rodzicielkę do zmiany decyzji.

— Jacek, daj spokój. Przecież już o tym rozmawialiśmy. Za dwa tygodnie będą wakacje, więc ciągle jeszcze macie z Agatą dosyć dużo nauki. W tej chwili więc — nie ma mowy — wypowiedziała ostatnie słowa kategorycznie.

Postanowił spróbować inaczej.

— Ale ja też chciałbym zobaczyć te mumie. Wiesz, to może być nawet interesujące. A ty byś mi wszystko opowiedziała — podlizywał się, chociaż tego nie lubił.

— Bo kto zrobi to lepiej niż ty.

Znała jego metody i nie dała się zwieść.

— Po pierwsze, tam nie ma żadnych mumii. A po drugie, chcesz zostawić treningi? Już masz dosyć bycia wielkim samurajem? — podparła ręce na biodrach, wyprostowując sylwetkę. — Jutro turniej, zapomniałeś?

— Ale przecież możemy po nim przyjechać pociągiem — przedstawił jej swój plan.

— Ciocia Zuzia będzie do was przychodzić w porze posiłków, a jak przyjedzie ojciec, to może was do mnie zabierze — uchyliła rąbek tajemnicy.

W tym samym momencie usłyszeli dźwięk dzwonka u furtki.

— No to chyba jestem spóźniona. Znowu mnie zagadałeś. Idź, otwórz proszę

— Przyśpieszyła ruchy przy pakowaniu różnych drobiazgów.

— Naprawdę?

— Co naprawdę? Czy masz otworzyć? Aaa! Wyjazd, tak? No tak, ale pod warunkiem, że w czasie mojej i ojca nieobecności będziecie słodcy jak miód.

Nastolatek, zachwycony perspektywą wyjazdu, pobiegł do drzwi wejściowych i nacisnął guzik domofonu i bramka stanęła przed gościem otworem. Poczekał, aż koleżanka mamy podejdzie bliżej i otworzył przed nią drzwi.

— Dzień dobry — pamiętał o wspomnianym przez mamę miodzie, choć bez hipokryzji.

— Witaj, Jacku. Ale rośnie z ciebie mężczyzna — przybyła kobieta podała równemu sobie wzrostem chłopcu rękę na przywitanie.

Pokraśniał na twarzy od komplementu.

— Dziękuję, ale do osiemnastki jeszcze trochę mi brakuje — szli razem do pokoju, gdzie z walizkami walczyła jego mama.

— Słyszałam, że bierzesz udział w turnieju i to o prawdziwe miecze samurajskie?

— Tak, ale Agata również — trochę sposępniał.

— Wiem. Dasz sobie radę — poklepała go po ramieniu.

— Nie sądzę. Jest lepsza technicznie. No, a poza tym są jeszcze inni.

— O ile pamiętam, nagrodę w ubiegłym roku otrzymałeś ty — stanęli w progu.

— To było głównie za inwencję twórczą, że tak powiem. Teraz będzie inaczej — westchnął.

— Przepraszam Agnieszko, ale szukałam jeszcze kilku drobiazgów… — mama rozłożyła ręce, widząc koleżankę.

— Nie ma sprawy. Poczekam Kasiu.

— No, to zrobię ci kawy — ruszyła spomiędzy walizek.

— Dziękuję, ale piłam. Może coś innego.

— To przyniosę pani sok — zaofiarował Jacek i poszedł do kuchni.

Po chwili był z powrotem ze szklanką w ręce.

— Pozbieraj swoje rzeczy, to odwieziemy cię do klubu — zaproponowała mama.

— Czy ja wiem? Jest jeszcze trochę czasu.

— Przecież nie będziemy jechać już teraz — wyjaśniła, rozglądając się trochę nieobecnym wzrokiem dookoła siebie.

— Chyba że tak. To siądę jeszcze na chwilę do kompa.

— A lekcje odrobione?

— Oczywiście.

— Pamiętasz o umowie? — mama spojrzała wymownie na syna, porzucając bezładne omiatanie wzrokiem pomieszczenia.

— Oj, pamiętam — zniknął za załomem, wchodząc schodami do swojego pokoju.

Siedząc przy biurku i śledząc różne nowinki, jak zwykle stracił rachubę czasu.

— Jacek! — dobiegło z dołu zawołanie.

„Aj — jęknął w duchu. — Przecież mam jechać z nimi” — przemknęło mu przez głowę.

— Już schodzę! — odkrzyknął.

Wyłączył wszystko, złapał plecak i pobiegł schodami w dół.

— Jestem — stanął w holu.

— Pomożesz mi z walizkami? — poprosiła mama.

— Jasne. Już wskakuję w buty — położył plecak na podłodze.

Założył sprawnie sportowe obuwie i złapał za uchwyt przy walizce, podnosząc ją do góry.

— Chyba całą szafę tu zapakowałaś, mamo — zażartował, dźwigając drugą.

— Ty to jak ojciec. Zaraz całą szafę. Tylko kilka drobiazgów i parę książek — sprostowała.

Chłopak otworzył sobie drzwi, naciskając klamkę łokciem, chcąc jeszcze jakimś cudownym sposobem chwycić swój plecak.

— Ja go wezmę, zostaw — stwierdziła rodzicielka.

Wyszedł za próg i przystanął.

— Ale wyczytałem informację. Wiecie…

— Jacek, proszę, nie teraz — usłyszał.

— No dobrze.

Szybko zapakował walizki i wsiadł na tylne siedzenie samochodu, a kobiety zajęły miejsca z przodu.

— Klucze do drzwi — podała mu breloczek. — No i co za rewelacje masz dla nas?

— W Emiratach Arabskich jest takie miasto Dubaj. Całkiem niedawno wybudowano tam najwyższy budynek na Ziemi …

— Wiemy i co dalej?

— Piszą, że w nocy duży meteoryt uderzył w niego, odcinając jedną trzecią budowli. Zginęło mnóstwo ludzi — zakończył zdawanie relacji.

— Straszna tragedia. Po co oni budują takie drapacze chmur? — zadała retoryczne pytanie Agnieszka.

— Głównie chyba z powodu pychy i chęci zaimponowania innym — skwitowała mama Jacka, Kasia.

— Ale mamuś, to nie jest tak. Pomieszczenia są tańsze, im budynek jest wyższy.

— Mówisz tak, jakby u nich na pustyni nie było miejsca. Czytałam o nim. Naście pięter w dół i tak dalej.

— Jesteśmy na miejscu, moi kochani — przerwała rozmowę kierująca pojazdem.

— Dziękuję pani — chłopak złapał za plecak i wyskoczył z auta.

— Jacek — zawołała go jeszcze mama.

— Słucham?

— Pamiętaj o naszej rozmowie. Żadnych wygłupów.

— Przecież obiecałem — odparł prawie urażony.

— No, już mi się tu nie dąsaj.

— Do widzenia pani. Pa, mamo i szerokiej drogi — machnął im ręką na odchodne.

Samochód odjechał, a on poszedł w stronę klubu. Przed wejściem jak zwykle stało parę osób. Po powitaniach i kilku żartobliwych uwagach weszli razem do środka. Sprawnie, pomagając sobie nawzajem, zmienili ubrania na bogu. Z rękawicami w rękach i treningowymi mieczami wyszli na korytarz. W drzwiach damskiej szatni spotkali nieliczną grupkę dziewcząt. Wyglądały zwyczajnie. Bez makijażu, zaczesane gładko włosy tych, które miały dłuższe. Dzięki temu wyglądały młodzieńczo i świeżo. W sali treningowej sprawnie stanęli w jednym szeregu. Trener przypominał o zawodach i surowych sędziach z Japonii. Jacek słuchał go tak trochę tylko jednym uchem. Czuł delikatne mrowienie w czubkach palców a do tego dziwne ciepło w różnych miejscach na ciele. Towarzyszyło temu nietypowe poczucie wewnętrznej siły. Usiłował skupić uwagę na nowych elementach walki, które obejrzał w znalezionych na japońskiej stronie plikach. Nie wiedząc kiedy, zrobił kilka kroków w tył i trzymanym oburącz mieczem wykonał skomplikowaną sekwencję cięć i parad, połączonych odpowiednimi krokami i obrotami.

— Jacek — syknęła Agata, patrząc na jego wyczyny.

Nie słyszał. Skupiony był na tym, co robił. Szybko więc wystąpiła z szeregu, usiłując złapać go za ramię. Nim zdążyła to uczynić, zrobił płynny obrót zakończony cięciem w poziomie, zatrzymanym w ostatniej chwili jej mieczem. Uśmiech uznania zabłąkał mu się na ustach, aby w następnej sekundzie zaatakować inaczej.

— Przestań, bo nas wywalą przed samym turniejem — sparowała cios, chcąc uderzeniem w osłonę głowy przywołać go do porządku.

Był jednak szybszy. Wykonał błyskawiczny unik zakończony podbiciem jej miecza w górę i po niespodziewanym obrocie na lewej nodze — trafił ją prawą stopą w pancerz na piersi. Dziewczynę rzuciło w tył. Kopnięcie nie było zbyt silne. Miało ją tylko wytrącić z równowagi. Zaraz po nim idealnie wyprowadzone cięcie klingą zostało zatrzymane tuż pod jej żebrami. Chłopak uśmiechnął się do niej.

— Co tam robicie? — trener zauważył zamieszanie oraz odgłosy uderzeń.

— Jacek i Agata do szeregu. Jeszcze nie skończyłem — pominął brak zdyscyplinowania.

Wreszcie przekazał pozostałym trenerom polecenia, a sam wywołał najsilniejszą ekipę.

— Ksawery, Jacek i Agata wystąpcie z szeregu — padła komenda.

Trzy osoby wyszły.

— Wy jesteście naszą nadzieją. Do miasta przyjechały pozostałe drużyny. Pewnie taką rozmowę mają już za sobą, a teraz szlifują umiejętności. Niektórych znacie z poprzednich spotkań turniejowych. Musicie wspiąć się na wyżyny, że tak powiem. Wasza trójka będzie dzisiaj pod szczególnie krytycznym okiem. No, ale dosyć trucia. Zaczynamy — zakończył i machnął ręką na nich.

Kiedy podeszli, zbeształ Jacka.

— To było całkiem niezłe, ale masz przed sobą turniej, a nie… no nieważne. Bez popisów proszę.

Chłopak kiwnął głową ugodowo na znak, że zrozumiał. Godzina czasu wśród uwag i poprawek minęła błyskawicznie. Jacek niczym w transie wykonał wszystko prawie idealnie. Nawet pojedynki z Agatą wygrał jak nigdy dotąd, a trener musiał się sporo napocić, by dotrzymać mu kroku. Spoceni i zmęczeni, lecz w pełni usatysfakcjonowani powędrowali do szatni.

— No braciszku, jeżeli jutro będziesz taki dobry, to chyba nie mamy powodów do zmartwień — Agata gratulowała mu przygotowania.

— Eee tam. I tak jesteś lepsza ode mnie — jakoś sam nie potrafił uwierzyć w dzisiejszy sukces.

— Dobra, dobra — zmierzwiła mu włosy na głowie. — Za kwadrans przy wyjściu. Pamiętaj, że dzisiaj kolację robimy sami.

— Ciocia Zuzia będzie — mruknął.

— To co? I tak robimy sami.

Wrócili do domu autobusem. Ostatnie przecznice przeszli pieszo. Chłopak ciągle czuł to samo — jakiś dziwny przypływ energii, mrowienie w palcach i ciepło tu i ówdzie w organizmie. Zastanawiał się czy nie powiedzieć o tym siostrze, lecz w końcu zrezygnował z tego pomysłu. Nadchodzący wieczór był przyjemnie ciepły. Otworzył bramkę i drzwi wejściowe. W kieszeni Agaty zabrzęczał telefon. Wyjęła go.

— Mama — poznała po numerze.

— Cześć, mamuś — przywitała ją.

— Jesteście już w domu?

— Właśnie wchodzimy.

— Świetnie. Ciocia Zuzia trochę źle się czuje. Przez dwa, trzy dni musicie poradzić sobie sami — uprzedziła.

— Nie martw się, przecież nie pierwszy raz wyjechałaś.

Brat zniknął w głębi domu.

— Ale zawsze był z wami ojciec. W lodówce jest…

— Mamo, proszę. Znajdziemy wszystko, co potrzeba — przerwała jej córka.

— No dobrze. Macie spore zapasy rożnych produktów. Rozmawiałam z tatą, przyjedzie tak, jak planował.

— Naprawdę sobie poradzimy.

— Jak tam forma? — zmieniła temat.

— Myślisz o turnieju?

— Wiem, że jest dla was bardzo ważny.

— Świetnie nam poszedł trening. Jacek zaskoczył wszystkich. Będziemy w czołówce — nie chciała zapeszać.

— To wspaniale. Nie siedźcie zbyt długo.

— Na pewno. Jutro musimy być w formie.

— Ucałuj Jacka i pa, córeczko.

— Pa, mamo. Jak tam mumie?

— Jesteście niepoprawni — zaśmiała się do słuchawki. — Zobaczycie sami. Zadzwonię jutro. Pa.

— To do usłyszenia i spokojnych snów — zniżyła barwę głosu.

— Ach, nie strasz mnie — zażartowała rodzicielka. — Do jutra. Miłych snów.

Dziewczyna odłożyła telefon na szafkę z butami w przedpokoju.

— Masz pozdrowienia od mamy! — zawołała.

— Dzięki! — dotarł do niej głos z kuchni.

— Już jesteś głodny? — weszła do pomieszczenia.

— Nawet bardzo.

— Idź, umyj ręce. Ja zrobię to samo i coś sobie przekąsimy. Godzinę później siedzieli nad pustymi talerzami.

— No cóż, trochę nam zeszło — westchnęła.

— Racja. Mama radzi sobie z tym o wiele lepiej — przyznał.

— Sprzątamy i chyba pójdziemy spać. Co o tym sądzisz? — zapytała. Brat chyba jej nie dosłyszał, siedział bowiem wpatrzony w okno.

— Jacek!

— Słucham?

— Jakiś dzisiaj dziwny jesteś.

— Też odnosisz wrażenie, że Księżyc jest trochę inny?

— Nie patrzyłam. Słyszałeś, co mówiłam?

— Nie. Przepraszam. O czym mówiłaś?

— Pomóż mi posprzątać i do łóżek. Jutro będzie ciężki dzień.

— Jest chyba bursztynowy.

— Co jest bursztynowe?

— Księżyc.

— Ty znowu o tym? Pokaż — podeszła do okna i stanęła obok Jacka. — Czy ja wiem?

— Zawsze był taki blady …

— Może trochę, ale co to ma do sprzątania po kolacji i spania?

— Pewnie, że ci pomogę.

Wstał, zebrał talerze, podszedł do zlewozmywaka i zaczął myć wszystko jak gdyby nigdy nic.

— Jacek, wszystko dobrze?

— Jasne.

— Na pewno?

— Tak — potwierdził kolejny raz.

Siostra spoglądała na niego z mieszanymi uczuciami. Najpierw ten jego wyskok na treningu, teraz dziwne rozkojarzenie. „A może faktycznie wyolbrzymiam?”— pomyślała. Spojrzała jeszcze raz uważnie na satelitę Ziemi. Niby jest trochę innego koloru. Wzruszyła ramionami.

— Idę do łazienki. Pamiętaj, nie siedź zbyt długo. To, że jutro nie idziemy do szkoły, niczego nie zmienia.

— Dobrze.

Przed pójściem do łóżka zajrzał tylko na kilkanaście minut na japońską stronę sztuk walki. Oglądał ciekawe rozwiązania walki na miecze, do których dochodzili mistrzowie przez stulecia. Usiłował je sobie wyobrazić. Godzinę później i on spał spokojnie. O dziewiątej Agata zrobiła im pobudkę. Dłuższa niż zwykle gimnastyka na tyłach domu, w ogrodzie rozpędziła pozostałości snu.

— Może trochę poćwiczymy? — zaproponował, przypominając sobie obrazki oglądane przed snem.

— Pewnie, że możemy — przystała na propozycję.

— To przyniosę miecze.

— Bez ochraniaczy?

— Będziemy tylko markować ciosy. Pokażę ci kilka ciekawych elementów.

— To mów od razu, że chcesz je na mnie sprawdzić.

Ale on już pobiegł do domu. Chętnie i z zainteresowaniem brała udział w tym, co wymyślił. Tak się tym zajęli, że stracili rachubę czasu.

— Kończymy, braciszku. Jestem trochę zmęczona, a mamy jeszcze turniej przed sobą — Agata zastopowała zapędy brata.

— No tak, chyba masz rację, chociaż jestem dzisiaj w doskonałej formie.

— To widać. Sprawiasz wrażenie, jakbyś miał niewyczerpane zasoby energii — przyznała. — Pora jednak na prysznic i jakiś obiadek, bo o śniadaniu chyba nie ma co mówić. Mama powiedziała…

— Wiem i nie kwestionuję tego — wpadł jej w zdanie.

Poszli do domu. Po posiłku zgodnie sprzątnęli.

— Jak myślisz, mamy jakąś szansę wygrać? — zapytał.

— Mam taką nadzieję. Nie zamartwiaj się tym jednak. To tylko turniej.

— Tak myślisz?

— Pewnie.

Widziała go w akcji i po tym, co jest w stanie zrobić sądziła, że jest najlepszy. Nie chciała jednak wzbudzać w nim zbytnich nadziei. „Zawsze może być ktoś lepszy. Będzie lepiej, jeżeli nie przeżyje zawodu” — pomyślała.

— A teraz pora na mały relaks przed wyjściem — zarządziła. — Idę trochę poczytać.

On nadal siedział zamyślony, a także wsłuchany w siebie. Usiłował opanować targające nim uczucia. Czuł, że coś się zbliża. Próba sprecyzowania tego jakoś mu umykała. W pewnym momencie z powrotem do kuchni wpadła siostra.

— Kamil dzwonił. Zaprasza nas…

Zabrzęczał domowy telefon. Agata, po sprawdzeniu numeru na wyświetlaczu, podniosła słuchawkę.

— Cześć, mamo — zaświergotała zadowolona.

— Witam, córeczko. Coś taka cała w skowronkach?

— Możemy jutro iść do Kamila? Zaprosił nas na małą imprezkę.

— Oczywiście. Przecież macie przed sobą niedzielę. A jaką imprezkę, jeżeli wolno zapytać?

— Ognisko. Pierwsze w tym roku.

— Acha. Radzicie sobie?

— Przecież nie jesteśmy dziećmi. Przyjedziesz dzisiaj?

— Raczej nie. Jesteśmy trochę zagrzebani w badaniach. Właśnie jestem na obiedzie.

— I jak one wyglądają?

— Zwyczajnie. Po wielkości szkieletu można przypuszczać, że to były dzieci w wieku około dziesięciu, może dwunastu lat. Przepraszam na chwilkę, Agatko.

Na dłuższą chwilę zapanowała cisza.

— Przepraszam cię, ale muszę kończyć. Gdzieś nam zniknął jeden szkielet.

— Co?

— Nic takiego. Pa, kochanie i ucałuj Jacka. Zadzwonię później.

— To do miłego. Dzwoń wieczorem. Będziemy już po turnieju.

— Wiem. Pa, skarbie. Bardzo was kocham.

— My ciebie też. Pa, mamuś.

Dziewczyna odłożyła słuchawkę.

— Co u mamy? — chłopak spojrzał w kierunku siostry.

— W porządku. Dokądś im powędrował jeden szkielet — zażartowała.

Nie wiadomo dlaczego, ale ta informacja nasunęła mu złe skojarzenia.

— Coś ty?

— Poważnie. Poszła chyba go szukać.

— Dobre — kiwnął głową.

— My tu gadu, gadu, a obowiązki czekają.

— Masz rację. Pora chyba wychodzić — stanął energicznie na nogach, zapominając o szkieletach.

Poszli na chwilkę do swoich pokoi, by zaraz z nich wyjść z plecakami. Jacek obszedł pomieszczenia na parterze, sprawdzając czy wszystko w porządku. W końcu opuścili dom, zamykając drzwi na klucz. W hali, gdzie odbywał się turniej, było raczej mało widzów. Przywitali znajomych, którzy przyszli im kibicować. Po kilkunastu minutach drużyny, zebrane w oddzielnych grupach niczym hufce zaciężnych wojsk, wysłuchały zwyczajowego przemówienia. Trofeum zostało umieszczone uroczyście na stole sędziowskim. Na początek zaprezentowano zawodników i kategorie, w których będą brali udział. W końcu rozpoczęto zmagania.

Półtorej godziny trwała selekcja do następnego etapu. Kolejne szczeble zawodów pokonano już szybciej. Ogłoszono wynik finału. Ku miłemu zaskoczeniu kibiców miejscowej drużyny, rodzeństwo miało właśnie walczyć o prymat. Oboje uśmiechnięci, pomimo zmęczenia, stanęli z mieczami w dłoniach naprzeciw siebie. Patrzyli sobie w oczy z sympatią. Nagle Agatę tknęło coś w spojrzeniu brata. Chyba zrozumiała, o czym myśli.

— Bez podkładania się, Jacek. Masz walczyć uczciwie — powiedziała do niego szeptem.

— Dlaczego tak myślisz? One powinny być twoje — odpowiedział szczerze.

— Mylisz się braciszku. Dzisiaj ty je wywalczyłeś. Jesteś ode mnie lepszy. Nawet nie jestem w stanie określić, o ile lepszy — wypowiedziała to z uznaniem w głosie.

— A więc zgoda. Niech wygra lepszy.

Po gongu zaczęli pojedynek. Wszyscy, łącznie z pokonanymi, patrzyli z zapartym tchem i uznaniem na starcie. Każdy atak chłopca był zakończony punktem. Agata za to w odpowiedzi nie mogła zbyt wiele uczynić. Pomimo jej starań, zwycięzcą został Jacek. W sali zagrzmiało od braw publiczności. On zaś stał trochę zagubiony na środku sali, ściskany przez siostrę. Po chwili dookoła nich zaroiło się od ludzi. Każdy koniecznie chciał mu pogratulować i chociażby klepnąć w ramię. Wreszcie sympatycy, a wraz z nimi zwycięzca, ochłonęli. Zapowiedziano ceremonię wręczania nagród. Przewodniczący jury, starszy wiekiem Japończyk, podniósł ze stojaka komplet samurajskich mieczy. Szedł z nimi wolno, patrząc z namysłem na onieśmielonego młodzieńca. Wręczył mu je z namaszczeniem, mówiąc kilka krótkich zdań w ojczystym języku. Tłumacz przełożył je na polski.

— Pan Toru Tugawa jest zaszczycony, mogąc je tobie wręczyć. Dawno nie oglądał tak wspaniałego pokazu umiejętności, wliczając w to zawody w jego ojczystym kraju. Pragnie też powiadomić, że na jego prośbę wysłano z Japonii dla ciebie nagrodę specjalną. Będzie też mu bardzo miło gościć ciebie i twoją siostrę w swojej szkole.

Jacek pokraśniał na twarzy. Zaniemówił na chwilę, nie bardzo wiedząc, co ma powiedzieć.

— Proszę podziękować panu Toru Tugawie za… niezasłużone… słowa uznania. Bo ja… Nie, inaczej. Chciałem powiedzieć, że to dla mnie… to dla nas ogromny zaszczyt… i… że przyjmujemy z wdzięcznością jego zaproszenie — spojrzał na Agatę.

Ona pokiwała tylko głową. Jego przetłumaczona odpowiedź została przyjęta z uznaniem. Później podziękowania popłynęły do wszystkich uczestników, a organizatorzy wyrazili wyrazy wdzięczności przedstawicielowi japońskiej szkoły. Zachwycony Jacek jeszcze w domu nie mógł uwierzyć w ogrom szczęścia, jaki go spotkał. Oglądał miecze z każdej strony, ważył w dłoniach. W końcu wytłumił nadmiar emocji, w czym skutecznie pomogła mu siostra.

— Kolacja! — zawołała z kuchni.

Odłożył cuda rąk japońskich płatnerzy na hebanowy statyw, spoglądając chwilkę na inskrypcję z kodeksu samuraja wygrawerowaną na pochwach.

— Idziesz? Nawet zwycięzcy muszą coś zjeść od czasu do czasu.

— Już, już — odpowiedział.

Podczas kolacji uśmiech nie schodził mu z twarzy.

— Też się cieszę razem z tobą — zapewniła szczerze.

— Dlaczego ja…? — zaczął.

— Przestań już. Wszystko jest tak, jak powinno być.

— Nie rozumiesz do końca, o czym mówię — pokręcił głową.

— To mi powiedz — poprosiła.

Zaczął jej streszczać swoje spostrzeżenia. Opisał odczucia. Na koniec zakwestionował swoje nagłe umiejętności.

— Jest w tym trochę tajemnicy, ale ludzki mózg ma nieograniczone możliwości. Może jakiś czynnik tylko je u ciebie odblokował — usiłowała wyjaśnić przyczynę.

— Czyli wracamy do pytania, dlaczego ja?

— Oj, daj już sobie spokój. Przestań łamać głowę tajemnicami natury. Ja przygotowałam kolację, a ty sprzątasz — oznajmiła.

— Jasne, nie ma sprawy — wstał od stołu.

Następnego dnia rano wstali trochę później. Agata poganiała brata, aż w końcu zagroziła, że nie będzie śniadania, o ile sama będzie musiała je robić. To poskutkowało. Chłopak odłożył wywalczony oręż i przyszedł do kuchni. Przed dom zajechała furgonetka. Zaraz potem zadzwonił dzwonek.

— Kto tam? — dziewczyna zapytała przez domofon.

— Kurier z przesyłką.

— Jacek, to chyba do ciebie. Ale tempo — była zaskoczona. — Idź, odbierz.

Chłopak wyszedł przed dom.

Potwierdził tożsamość, pokazując legitymację i pokwitował.

— Trochę waży — skomentował kierowca. — Może ci pomóc wnieść do domu? — otwierał tylne drzwi samochodu.

Na podłodze stała spora, drewniana skrzynia.

— Ojej, chyba tak.

Wnieśli ją do wnętrza.

— Dziękuję panu.


* * *

Szesnastoletnia Nina miała skończyć gimnazjum i iść do liceum. Zostały jej właśnie dwa tygodnie do upragnionych wakacji. Śpiąc smacznie w środku nocy — bo godzina piąta rano była właśnie taką porą doby w tej chwili — nie wiedząc czemu, pomimo zamkniętych drzwi do swojego pokoju, poczuła zapach parzonej kawy. Dokładnie takiej, jaką lubi jej mama. We śnie zdała sobie też sprawę z tego, że ojciec pewnie już wyszedł do pracy, a do tego on nie pije czarnego napoju. „Dobrze byłoby zrobić mamie małą niespodziankę” — przemknęło jej przez głowę, a mózg w ekspresowym tempie zaczął tworzyć kolejne obrazy snu: jak podnosi czajnik pod wylewkę nad zlewozmywakiem w kuchni, napełnia go wodą, stawia na palniku gazowym, zapala gaz. Naczynie zaczyna buczeć. Do ulubionej filiżanki mamy ze słoniami, tej co dostała ją na święta w prezencie, wsypuje trochę kawy. Jak na sen to czekała jakby chwilę za długo, aż woda zacznie wrzeć. Wreszcie nalała wrzątku. „Acha, cukier” — pomyślała. Nasypała z cukiernicy, dodała do tego łyżeczkę, może dwie, mleka wyjętego z lodówki. Oczywiście skondensowanego. Wspaniały aromat wypełnił przestrzeń mieszkania niczym piękna muzyka. Niosła prawie pełne po brzegi naczynie prosto do sypialni rodziców. Dotarła do tapczanu, gdzie z uśmiechem na ustach spała jej rodzicielka. Coś otarło się o jej nogi i miauknęło przymilnie. „Nala” — przemknęło jej przez myśl. Przez rozkojarzeninie, straciła kontakt z trzymaną filiżanką.

— Aaaa — usłyszała wysoki, sopranowy okrzyk.

Obudziła się i usiadła momentalnie na łóżku. Za oknem już było jasno, a ona zobaczyła swój pokój.

— Aaa — zabrzmiało ponownie, tym razem na jawie.

— Mamo?! — zawołała, usiłując coś sobie przypomnieć.

— Co to ma znaczyć? — dotarło do niej zza drzwi.

— Kawa! — krzyknęła, tknięta przeczuciem, nastolatka. Wyskakując z łóżka, pobiegła do pokoju rodziców.

Jej mama siedziała zaskoczona z kołdrą pod brodą i patrzyła na stojącą trochę niżej filiżankę na spodku, ale nade wszystko na dużą plamę po rozlanej kawie. Minę miała nietęgą.

— Przepraszam, mamo… — Nina zaczęła się nie wiadomo dlaczego tłumaczyć…

— Co?

— Właściwie to jest śmieszne.

— Co według ciebie jest śmieszne? Co tu robi to wszystko? — chodziło oczywiście o naczynie i to, co zostało po napoju.

— Nie mam pojęcia. Chociaż właściwie śniło mi się, że robię dla ciebie kawę i …

— Kawę? Dlaczego robiłaś mi kawę?

— To nie tak. Śniło mi się, że ją robię …

— Co ty wygadujesz? Śniło ci się, że robisz kawę i wylewasz ją na mnie? — mama zaczynała być zła.

— Nieprawda. Nie wylałam jej na ciebie — Nina również zaczęła się denerwować.

W powietrzu wisiała awantura. Kotka wskoczyła na kołdrę. Zaczęła wąchać plamę. Liznęła ją językiem.

— Uciekaj — fuknęła na nią kobieta.

— Chodź, Nala — dziewczyna wzięła kotkę na ręce.

— Wywal ją na balkon. Niech się wysika. Będę miała pranie. Żeby tylko było słońce — jęknęła Danuta.

Kot trafił na balkon, ale zaraz był z powrotem w pokoju.

— W kuwecie jest mokro. Chyba już wcześniej sikała — oznajmiła nastolatka.

— Nie rozumiem tego, ale powiedz mi, dlaczego parzyłaś kawę tak wcześnie rano? Przecież ja o tej porze jej nie piję — Danuta drążyła temat.

— Mówiłam ci, że mi się śniło.

— To co, zaczęłaś lunatykować?

— Mamo, lunatycy chodzą w nocy, a teraz jest poranek — padło sprostowanie.

— Zabierz to z łóżka i wchodź pod kołdrę. Jest jeszcze chłodno — zgrzytnęła zębami kobieta. — Chociaż nie. Weź nakrycie ojca. To wyniosę od razu na balkon.

Wstała energicznie, ściągając poszwę i rozwieszając ją na stojących tam krzesełkach ogrodowych.

— Dobrze, że tato poszedł do pracy. Ale miałby ubaw — zachichotała Nina.

— Ubaw, ubaw — mama wsunęła się pod kołdrę. — To nie jest śmieszne. Po co szłaś tu z tą kawą? — nie dawała za wygraną.

— Ile razy mam ci mówić, że spałam i nie robiłam żadnej kawy — nadąsała się dziewczyna.

— Dobra, niech będzie. Tylko co to wszystko tu robi, co? — zdarzenie nie dawało Danucie spokoju.

— Opowiedzieć ci cały sen?

— Ojcu opowiesz. On to lubi. Teraz śpimy! Chociaż teraz już chyba nie zasnę.

— Idziesz rano do pracy?

— Dzisiaj nie. Dopiero wieczorem.

— To może pójdziemy do lasu?

— Zmęczona jestem. Ręce mnie bolą — narzekała. — Może pójdziesz z ojcem?

— Tato też przyjedzie zmęczony.

— Pojedziecie na rowerach… Zastanów się nad tym. Jutro masz wyjazd z tego…

— NiB — dokończyła dziewczyna.

— Może lepiej się spakować, co?

— Mamo, to tylko kilka dni.

— Kilka nie kilka, ale trochę ciuchów trzeba ze sobą wziąć — przekonywała rodzicielka.

— Fakt.

Nina zaczęła drapać kota po grzbiecie. Ten zrobił swoim zwyczajem kilka kółek w miejscu, aż znalazł sobie odpowiednią pozycję do leżenia. Chyba jednak w końcu zasnęły, bowiem Danuta, gdy tylko otworzyła oczy, niemalże podskoczyła, widząc która jest godzina.

— Wstawaj dziecko — ruszyła delikatnie ramieniem nastolatki.

Kotka podniosła łeb, patrząc zaspanymi oczkami, podobnie jak zrobiła to nastolatka.

— Nie rób mrówczych oczu, tylko wstawaj — ponagliła Danuta. — Prawie dziewiąta.

Dziewczyna w odpowiedzi podrapała sobie paznokciami środek dłoni a zaraz potem czubki palców. Nala miauknęła cicho, nurkując pod kołdrę.

— Wyłaź, kocie — mama wyciągnęła go, po czym wyniosła na balkon, zamykając drzwi.

— Co się tak drapiesz? — spojrzała zaskoczona.

— Tak jakoś dziwnie mnie łaskocze.

— Idź do łazienki, to przestanie.

Dzień, jak każdy inny. Do południa zleciało im nie wiadomo kiedy. Po obiedzie dziewczyna wyszła przed blok. Chwilę myślała co robić, kiedy zauważyła jedną z koleżanek, tych co zadzierają nos i chodzą w tym wieku w butach na wysokich obcasach. One nie przepadały za nią, a ona za nimi. „No nie — jęknęła w duchu. — Tylko żeby mnie nie zauważyła” — pomyślała intensywnie. Ta, o dziwo, przeszła obojętnie obok, jakby nikogo nie było. Nina wzruszyła ramionami i ruszyła w przeciwną stronę. Nim dotarła do końca budynku, zobaczyła dwa psy, biegnące przed siebie. Jeden skręcił i wpadł na jej nogi. Popatrzył zdezorientowany dookoła, szczeknął bez przekonania i pogonił za tym uciekającym. Znowu wzruszyła ramionami na kolejną zaskakującą scenkę.

— Nina! — usłyszała głos mamy wołającej z okna.

— Idę — odpowiedziała, ruszając w stronę, skąd dobiegał głos.

Podeszła na wysokość okna.

— Słucham? — zapytała.

Kobieta spojrzała w dół, lecz nikogo nie zauważyła. Słyszała głos dochodzący z dołu, ale dziecka nie widziała.

— Nina, gdzie jesteś?! — zawołała bardziej natarczywie.

— Tu jestem — dziewczyna machnęła ręką w stronę okna.

— Skąd się tu tak nagle znalazłaś? — zapytała zaskoczona kobieta, widząc ją nagle, jakby pojawiła się znikąd.

— Jak to skąd? Przecież stoję tu od dłuższej chwili.

— Kup, proszę, chleb — Danuta rzuciła monetę. — Tylko ten z Głoski.

— Dobra, mamo — Nina zwinnie złapała pieniądz.

Danuta patrzyła na córkę niepewnie, kiedy ta odchodziła chodnikiem, do momentu aż zniknęła za rogiem bloku mieszkalnego. Pokręciła głową niedowierzająco, powracając do przygotowywania obiadu. Późnym wieczorem, jak to bywało czasami przy ładnej pogodzie, jedli kolację na balkonie. Rozmawiali o drobiazgach. Nastolatka podrapała sobie delikatnie dłoń paznokciami.

— Dalej się drapiesz? — mama spojrzała na nią.

— Trochę mnie swędzi. Palce na czubkach zresztą też — dodała.

— Wypij wapno — doradził ojciec. — Może coś zjadłaś… Za dużo truskawek, na przykład.

— Popatrzcie na Księżyc! — zawołała w zdumieniu.

— Co mu jest? — Danuta spojrzała w tamtym kierunku — Że tak nagle wyskoczyłaś?

— Świeci bursztynowym blaskiem — oznajmiła.

— Niby tak — ojciec patrzył na zjawisko w zadumie. — Oj, będzie się działo — stwierdził.

— Przestań — fuknęła na niego żona.

— Właśnie. Ty zawsze swoje — poparła ją córka.

— Dobra. Nic nie mówiłem — wzniósł ręce w pojednawczym geście. — Uważaj na siebie podczas tej wycieczki — przypomniał dziecku.

— Przecież nie jedziemy sami. Będzie z nami nauczycielka.

— W takim razie chodź, pomożesz mi pozmywać. Wyręczymy mamę — zarządził.

— Nie możemy jeszcze trochę posiedzieć? Jest tak ładnie i ciepło…

— Tak rodzinnie posiedzieć — przerwał jej ojciec. — Bo świeci bursztynowo…

— Nawet nie kończ tych swoich żartów — Danutę prawie poniosło.

— Dobra, dobra — był dzisiaj ugodowy.

— Otóż to. Posiedzieć rodzinnie — przytaknęła córka. — Chyba nie idziesz jutro do pracy?

— Chyba na pewno nie — przyznał.

— To wy sobie siedźcie, a ja pozmywam — Danuta wstała z krzesła.

— Tak myślałem. Siedźcie dziewczyny, skoro rano nigdzie nie idę, to sprzątnę — zakomunikował.

Dwie godziny później wszyscy domownicy już spali.

Tylko kotka krążyła trochę niespokojnie po mieszkaniu. Nazajutrz rodzice odprowadzili Ninę na miejsce odjazdu. Niewielka grupka młodzieży pojechała na kilka dni zwiedzać Kraków a po drodze inne ciekawe miejsca.


* * *

Było południe. Podziemne krypty na krakowskim Wawelu spowijały mroki. W miejscu odkrytym przez robotników podczas prac świeciło mocne światło. Odnaleziony podczas renowacji kamiennej podłogi grób a w nim trzy szkielety, pokrył gęstniejący z każdą chwilą ciemny opar. Mimo włączonych reflektorów, zjawisko przybierało na sile, aż w końcu, przyjmując postać nieregularnego obłoku, powędrowało do góry. Chwilę wisiało nieruchomo, po czym poszybowało korytarzem w stronę kamiennych sarkofagów. Krążąc nad grobowcami, usiłowało wniknąć do kilku, lecz coś nie chciało go przepuścić. W całkowitych ciemnościach zaczęła zachodzić w nim dalsza zmiana — nabrało tak intensywnie czarnego koloru, że sprawiało wrażenie, iż wchłonie nawet światło niczym czarna dziura. Plama, widoczna nawet w mroku, zaczęła sunąć wolno z powrotem do odkrytego stanowiska archeologicznego. W końcu przykryła jeden ze szkieletów, wnikając w kości. Ich struktura przybrała kolor lawy wypływającej z wnętrza ziemi, oświetlając otoczenie krwisto-żółtym zabarwieniem. Tam, gdzie pomiędzy poszczególnymi elementami szkieletu istoty kiedyś były chrząstki, w tej chwili powstała kleista substancja, łącząc je w jedną całość. Chwilę później zaczęła pojawiać się na nich tkanka, pulsujące ścięgna i mięśnie. Przebudzona istota, jeszcze nie do końca uformowana, drgnęła. Usiadła na skamieniałej ziemi, bez naruszania podłoża, którym był oklejony szkielet. Niewykształcone jeszcze całkowicie oczy spojrzały przed siebie a następnie na własną rękę. Błysnęły złowrogo. Nowo uformowane ciało stanęło na nogi, robiąc powolne kroki. Bezbłędnie trafiło do wyjścia. Przeniknęło przez zamknięte drzwi i — przemierzając schody — przechodziło metamorfozę. Spowiła je szata, przypominająca pelerynę z kapturem. Dookoła mierzącej niewiele ponad metr istoty pojawiła się ciemna mgła, rozmywając jej kontury. Wyglądała w tej chwili jak zjawa z nierzeczywistego świata. Bez przeszkód przeszła pomiędzy chodzącymi tu ludźmi, dziwnym trafem niezauważona przez nikogo. Klucząc korytarzami, wchodząc na coraz wyższe piętra, dotarła na szczyt zamkowej wieży. Bez wahania obrała kierunek i zamarła, patrząc w jeden punkt.

Godzinę później w podziemiach, w okolicach bezimiennego grobu, archeolodzy rozpoczęli poszukiwania zaginionego szkieletu. Brak było jakichkolwiek śladów, a do tego nieuszkodzone, odciśnięte w skamieniałej glebie kształty, wskazywały na działanie profesjonalisty. Ponieważ nie był on całkowicie odsłonięty, pozostałe fragmenty powinny być na miejscu. Zaczęli debatować nad sprowadzeniem rentgena. Z powodu nachodzących wolnych dni, pozostawiono sprawę do następnego tygodnia. W dwóch innych częściach świata, z równie prehistorycznych grobów, powstały identyczne istoty, różniące się jedynie wzrostem i budową. W Japonii i Nowej Zelandii, gdzie miało to miejsce, przemierzając podziemne tunele i groty, wyszły na zewnątrz. Osiągnęły najwyższe w całej okolicy wzniesienia. Jednakowo ubrane stanęły zapatrzone w konkretny punkt przestrzeni.

A shoo Ra przemierzył połacie azjatyckiego kontynentu w poszukiwaniu odpowiedniego źródła energii. Potrzebował jej, aby przenieść chociażby najmniejszy diamentowy okruch, zdolny pomieścić jego energetyczną postać. W upływającym czasie odbierał coraz silniejsze oddziaływanie narzędzia przedwiecznych. Każda struktura biologiczna reagowała na jego obecność na satelicie planety. Mogło to skutkować różnymi, nie zawsze pożądanymi, zmianami. Dlatego musiał się śpieszyć. W końcu został mu tylko jeden sposób.

Jego widmowa postać zabrnęła wysoko w góry. Stał w rozrzedzonych warstwach atmosfery, skoncentrował swoje zmysły na wstającym we wschodniej części kontynentu Słońcu. Wyczuł w przestrzeni pierwsze promienie. Sięgnął głęboko poprzez przestrzeń, wywołując na nim niewielką erupcję. Uchwycił odrobinę energii. Kika sekund później spowodował większe zawirowanie. Zdawał sobie sprawę, że pochopne działanie może być niebezpieczne i w każdym momencie może niechcący spowodować katastrofę niszczącą wszelką, nawet na tak niskim poziomie, technologię na tej planecie. Mimo to musiał kontynuować pozyskiwanie mocy.

W kilkadziesiąt sekund rozpętał na gwieździe spore turbulencje olbrzymich erupcji. Gigantyczny strumień uwolnionej energii pomknął ku niemu przez kosmos. Był już niemalże w jego zasięgu, kiedy nieoczekiwanie do całego procesu włączyły się czuwające w różnych punktach globu trzy inne byty. Połączonymi siłami rozproszyły kierującą strumieniem moc, wytrącając A shoo Ra ze stanu koncentracji. Płynąca nieprzerwanie gigantyczna struga cząstek uderzyła w planetę szerokim wachlarzem, obejmując ją od jednego horyzontu do drugiego. Zabójcza dla urządzeń elektrycznych, niewidzialna siła niszczyła wszystko na swojej drodze. Tak uruchomiona lawina miała trwać przez bardzo długi czas. Przybysz usiłował jeszcze zapobiec tragicznej sytuacji, po zlokalizowaniu źródła niepowodzenia, lecz nadaremnie. Nie był w stanie okiełznać uruchomionej potęgi.

— Drillu, zdradziłeś mnie — wysłał w przestrzeń nieme oskarżenie.

Nikt mu jednak nie zamierzał odpowiedzieć. Niższe byty, które przybrały ciała materialne, jeszcze dłuższy czas trwały na swoich miejscach, blokując wątłą na tym poziomie moc A shoo Ra. Kiedy cała planeta zamarła, a za jedyne źródło energii służyły ogniska, istota z wieży na krakowskim Wawelu zeszła z niej. Wyczuła w kilku miejscach budzące się moce w niektórych tubylcach. Stanowiło to zagrożenie, bowiem ich stymulatorem było Berło Odwiecznych. Magiczny przedmiot szukał właściciela. A to oni chcieli być tymi, którzy będą nim władać.

Drill musiał więc znaleźć wykonawców swoich planów. Najlepiej zdemoralizowanych i wyzutych ze wszystkich skrupułów, by za pomocą strachu i siły nimi kierować. Korzystając z zamieszania powstałego na skutek zniszczenia zabezpieczeń elektronicznych, z więzień uciekło wielu groźnych przestępców. Widząc bezsilność władz, powstały bardzo szybko w gęstych lasach, z dala od miast dzikie obozowiska, zajmowane przez nich. Do jednego z nich dotarł Drill. Stanął poza zasięgiem światła rzucanego przez ogień i wsłuchał się w rozmowy. Oczywiście był niewidoczny i nikt nie odkrył jego obecności. Po sutym posiłku przestępcy popijali zrabowany w jednym ze sklepów alkohol. Ponury drab grzebał stalowym prętem w rozżarzonych węglach, myśląc nad czymś. Przybyły byt wyczuwał w nim przywódcę. Odgadł prawidłowo. Grupa przybrała nazwę Aniołowie Piekieł i od kilkunastu godzin swojego istnienia rządziła okolicą, terroryzując mieszkańców okolicznych miejscowości. Widząc, że znalazł obiecujący materiał, przemówił do nich, nawiązując kontakt telepatyczny:

Jestem Drill — przesłał myśl.

Trochę zamroczeni przez trunki ludzie nie zareagowali i nie zrozumieli mentalnego przekazu. Uznali go za omamy słuchowe. Wówczas wyszedł z gęstego mroku w zasięg światła. Jego na wpół rozmyta sylwetka niczego nie zmieniła w ich świadomości. Powtórzył myśl.

Jestem Drill. Podejdźcie do mnie — rozkazał im tą samą drogą.

Nadal nie reagowali, zajęci głośnymi rozmowami i kłótniami. Używając więc mocy, sprawił, że ognisko eksplodowało fajerwerkami, zasypując ich iskrami i parząc dotkliwie. Zerwali się na nogi, łapiąc za leżące obok drewniane drągi, siekiery i inne przedmioty. Popatrzyli na niewyraźną sylwetkę i zamilkli. Przywódca bandy machnął rozżarzonym na końcu prętem. Roztrącając kompanów, podszedł do niego, spoglądając złym wzrokiem. Uniósł rękę i zadał cios. Metalowy przedmiot zawisł powstrzymany nad zakapturzoną głową i błyskawicznie zapłonął ogniem, a wypuszczony z ręki trwał przez moment w zawieszeniu, aż w końcu upadł na ziemię.

To rozwścieczyło rzezimieszka na całego. Złapał zatknięty za pasem długi nóż myśliwski i rzucił się z nim na karłowatą istotę. Uderzony niewidzialnym ciosem poleciał w tył, upadając na zaskoczonych mężczyzn. Potrząsnął głową, stanął ponownie na nogach i odwrócił się twarzą do zjawy.

— Szlag by cię trafił, pokurczu. Myślisz, że będziesz tu rządził, co? — złapał, trzymany nadal w ręce, nóż za ostrze i z wprawą rzucił nim w postać.

Przedmiot poleciał i spadł na ziemię pół metra przed nią. Właściciel noża rozczarowany efektem złapał za drewnianą pałkę, trzymaną przez jednego z jego kompanów i cisnął nią. Efekt był dokładnie taki sam jak z nożem.

— Chłopaki, pałami w gnidę — zachęcił głośno. — Nikt tu się nie będzie pałętał bezkarnie.

Tylko tego im było trzeba. Ryknęli głośno, szarżując na zakapturzoną małą postać. Bardziej ostrożni rzucili tylko tym, co mieli w rękach, czekając na rozwój sytuacji. Bardziej pijani i od razu też odważniejsi doskoczyli do postaci, ale zostali odrzuceni wraz ze swoimi narzędziami ataku. Wszystko upadło na ziemię. Niektórzy z impetem przekoziołkowali w tył, docierając do tych stojących w miejscu. To nimi potrząsnęło odrobinę. Jeszcze nigdy nie byli w takiej sytuacji. Pozbierawszy się, ponowili atak, ale zmienili taktykę. Tym razem podchodzili ostrożnie, podejrzewając jakieś czartowskie sztuczki.

Nie trudźcie się. I tak niczego nie osiągniecie — odebrali myśl.

— Dalej, nie dajmy się przestraszyć — przywódca podniósł leżący obok drąg i wymachując nim nad głową, nie ustępował. — Obijemy szkaradę i zawiesimy na gałęzi — podjudzał, celując z bliskiej odległości w zakapturzoną głowę.

Znów podeszli bardzo blisko, lecz osiągnęli dokładnie ten sam efekt. Rozrzuceni niewidzialną siłą, polecieli na wszystkie strony.

Jeszcze nie macie dosyć? — wraz z myślą dotarł do nich chichot.

Jego głębokie dźwięki dudniły nisko, jakby z głębokiej, bezdennej studni. Herszt bandy uniesiony w powietrze, wierzgając nogami i machając rękoma, usiłował za coś złapać. Jego tułów wisiał nieruchomo, lecz biodra z nogami zaczęły samoistnie wykręcać się w bok. Widać było jak z tym walczy, ale i tak przegrał. Wreszcie nie wytrzymał i krzyknął. Zaraz potem spadł na ziemię. Odzyskując z trudem równowagę, wstał.

— Co jest do cholery? — zaklął. — Czego chcesz karle? — zapytał mimo to zaczepnie. — Kim do diabła jesteś?

Jestem posłańcem Mrocznego Legionu. Przyszedłem tu, abyście coś dla mnie zrobili — zabrzmiało w ich umysłach.

— Cholerny cyrkowiec. Nie potrafisz mówić jak człowiek?

To powinno wam wystarczyć.

— W takim razie mów, czego chcesz i zjeżdżaj. A my się… a ja się zastanowię.

Niedaleko stąd jest grupa ludzi. Pomiędzy nimi znajdziecie dziewczynę. Przyprowadźcie ją do mnie. Jest mi potrzebna — w jednym przekazie mentalnym pokazał im obraz osób, o których mówił, wraz z drogą, którą tam dotrą. — Znajdziecie ich w tym miejscu za dwa dni.

— A jak już ich przyprowadzimy, to co z tego będziemy mieli, czarcie?

Pokazał im przepych zamku na Wawelu i krążące po nim kobiety. Sprawił, że uwierzyli, iż będą jego panami, a inni będą im służyć. Taki był Drill. Kusił, podtykał fałszywe uroki życia. Niejedna istota dała się nabrać.

— Niech będzie. Gdzie cię znajdziemy?

Przyprowadźcie ich wszystkich tutaj — przekazał.

— A dlaczego nie do zamku? — zapytał podejrzliwie herszt bandy.

Na to jeszcze za wcześnie — odparł wymijająco Drill.

— To kiedy otrzymamy nagrodę? O ile w ogóle ją dostaniemy.

Wszystko w swoim czasie.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.