Bezimieńce - Edward Słoński - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 146 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bezimieńce - Edward Słoński

Zbiorek opowiadań, w którym znalazły się takie utwory jak: „Z dalekich tajg”, „Strzał”, „Pajac (bajka dla dzieci)”, „Drewniany człowiek (bajka dla starszych)”, „Hania”, „Ofiara” i in. Edward Słoński (1872–1926) był polskim poetą i pisarzem. Pobierał nauki w Kazaniu. W twórczości literackiej nawiązywał do romantyzmu, propagował rewolucyjne przemiany społeczne. Podczas I wojny światowej tworzył poezję patriotyczną związaną z Legionami. Napisał wówczas popularne wiersze: „Ta, co nie zginęła” (1915), „Idzie żołnierz borem lasem...” (1916), „Już ją widzieli idącą” (1917). Był także autorem książek dla dzieci i młodzieży. W jego dorobku literackim znalazły się m.in. „Dla mojej Pani” (1898), „Poezje” (1899), „Obłąkany niewydany poemat napisany w 1899 roku”, „Do Boga poemat” (1901), „Noc” (1902), „Wiesio” (1903), „Okruchy” (1904), „Pieśń nad pieśniami” (1904), „Bezimieńce – opowiadania dzisiejsze” (1907), „Przebudzenie” (1907), „Jeszczem wciąż pełen wiosny” (1909), „Spod szronu” (1910), „W więzieniu. Nowele” (1911), „Partia. Romans rewolucyjny” (1911), „Jak to na wojence... Opowiadania dla dzieci” (1915–1916), „Bajka o Białym Orle” (1918), „Wybór poezji. Ta, co nie zginęła...” (1918). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Bezimieńce - Edward Słoński

Fragment ebooka Bezimieńce - Edward Słoński







Spis treści

  1. DEDYKACJA
  2. Z DALEKICH TAJG...
  3. STRZAŁ
  4. PAJAC
  5. DREWNIANY CZŁOWIEK
  6. W TYM CUDNYM MIESIACU MAJU...
  7. HANIA
  8. OFIARA
  9. POWRÓT
  10. Z POPIOŁÓW
  11. PAN MARCIN
  12. ZIEMIA
  13. KOLOFON

Cieniom brata mego Bolesława


Z DALEKICH TAJG...

Z dalekich tajg, skąd wicher dmie orkanem

I strząsa śnieg z podbiegunowych lodów.

Z Mandżurskich pól porosłych gaolianem.

Z żołnierskiej krwi, z żołnierskich nędz i głodów,

Wśród huku dział, na stosach ciał i kości

Wstała, jak sen, tęsknota do wolności.

I poszła w dal na drogi i bezdroża,

Przez wierzchy gór, przez wielkich rzek rozlewy.

Objęła świat od morza aż do morza,

Od śnieżnych tajg aż do granitów Newy.

A kiedy szła, na serca małych łudzi

Rzucała głos, co śpiących ze snu budzi.

Na progach chat stawała w mgliste ranki,

W wieczorny zmierzch sny dzieciom czarowała,

W milknący śpiew nieznanej kołysanki,

W bojową pieśń, od której huczą działa –

I padał grom, gdy w burzy wśród błyskania

Pisała swe ogniste przykazania.

I zaczęły łkać po monastyrach dzwony,

I nieba strop łunami zaczął świecić.

Na twarzach krwią zastygał śmiech czerwony.

Ktoś żagwie brał i szedł pożary niecić –

I z nowych łun od morza aż do morza,

Skoro nocny mrok zaczęła wstawać zorza.

A ona szła rzekami czerwonymi,

Przez gruzy miast, przez groby bezimienne,

Wsiąkała krwią w rozwarte łono ziemi,

Pożarem siół budziła noce senne

I w ludzkich serc i w ludzkich dusz wiezienia

Rzucała krwią proroctwo wyzwolenia.


STRZAŁ

W śródmieściu przy zbiegu dwóch najtkliwszych ulic był sad. Spoza długiego mara wychylały się ciemne kasztany, jasnozielone akacje i stare lipy rozłożyste. Gałęzie nad betonowym chodnikiem tworzyły zielony dach, pod którym nawet w dni upalne panował przyjemny chłód, i przez który w południe słońce rzucało na chodnik misterną koronkę świetlistych plam, dzierzganą cieniami drżących liści.  Spod kasztanów i akacji wychylały się tu i owdzie białe i liliowe bzy i pod kolczastym drutem przepełzało przez mur dzikie wino.

Sad był duży i stary.

Dokoła piętrzyły się wysokie, żółte, szarozielone i szaroczerwone kamienice. Ludzie, którzy je budowali, nie położyli na nich swojej myśli, wznosili tylko jakieś tanie szablony, jakieś wielkie koszarowe budy, pełne tandety i wygód.

Okna najwyższych pięter tych brzydkich gmachów ciekawie zaglądały do środka sadu i dziwiły się tym drzewom rosnącym w śródmieściu.

Widziały one cały sad, całą jego ciemną głębię, niedostępną dla ulicy. W gąszczu drzew krył się biały pałac, parterowy dom z tarasem i kolumnadą. Soczystą zieloność trawników przecinały tu i owdzie żółto-szare dróżki.  Spod karłowatych krzaków białego i liliowego bzu wyglądały szare rzeźby – fantastyczne Fauny grające na piszczałkach, Satyry i Diany, i jakieś boginki leśne, a pośrodku na dużym, zielonym trawniku wielki szary Delfin pluł wodą.

Okna kamienic zaglądały do wnętrza i widziały to, czego nie było widać z ulicy. Widziały one rozkwity i rozkwity drzew, miłosne plątaniny gałęzi, śmiechy Satyrów i lubieżne spojrzenia Faunów. Widziały one, jak ciemne kasztany chwytały w objęcia karłowate krzaki białego i liliowego bzu i jak Fauny wyciągały ręce do leśnych boginek. I dziwiły się brzydkie kamienice, że ludzie zapomnieli o tym kawałku ziemi i nie zabudowali go tak, jak wszystkie place dokoła.

A lata szły i sad rozkwitał, i okwitał. Z każdym rokiem gałęzie plątały się coraz więcej – życie rodziło się i zamierało.

Był maj.

Nad miastem stała noc. Wszystkie drzewa kwitły. Wilgotna woń traw i liści, zmieszana z ostrym zapachem bzów i słodką wonią akacji, spełzała po zielonej plątaninie dzikiego wina z muru na chodnik, pełzła przez pustą ulicę i kładła się naprzeciwko pod wystawami zamkniętych sklepów.

Noc była bezksiężycowa. Na zachodzie w perspektywie ulicznej od dołu leżał ciemny pas granatowej chmury, wyżej był jasny błękit, po którym szły mleczne drogi gwiazd, otchłanne szlaki ludzkich tęsknot.

Do świtu było jeszcze daleko. Ulice jednak, pomimo dość wczesnej pory, były już prawie puste. Tylko w bramach kamienic tu i owdzie stali żołnierze z karabinami. Były to warty nocne, miasto bowiem było w stanie wojennym.

Na murze okalającym stary sad kładło się od dołu światło gazowej latarni, u góry był cień od zwieszających się gałęzi.

Krótka majowa noc zasypiała na pustych ulicach oczekiwaniem nowego świta. Było cicho. Zmęczenie i trud powszedniego dnia kładły się do snu. Rzadko spóźnieni przechodnie budzili ciszę. Po murze przesuwały się ich sylwety, ginące u góry w szarym cieniu gałęzi. Czasem ktoś przystanął na chwilę, zaczarowany duszną wonią sadu i szumem liści. Wówczas naprzeciwko w cieniu pod ścianą zaczynał niespokojnie chodzić szyldwach i słychać było jego miarowe, ciężkie kroki.

Pod murem przebiegł mały, bosy chłopczyna bez czapki. Na głowie miał włosy spłowiałe od słońca, białe jak len. Nie zatrzymał się – śpieszył do domu po całodziennej bieganinie.

Po chwili przez słodką woń akacji i bzu przeszedł jakiś sztuczny zapach perfum, zaszeleściły jedwabie, na murze zarysowały się dwie sylwety.

Szli obok siebie ramię przy ramieniu.

– Ach, jak tu pachnie... jaki sad! – wyszeptała, zatrzymując się pod murem.

– To akacje i bzy tak zabójczo słodko pachną – odpowiedział, pochylając się nad nią.

– Akacje... strasznie kocham akacje... Gdy zmrużę oczy, zdaje mi się, że śnię. Taka woń dokoła! Mieliśmy taki sad pełny akacji, na końcu był staw i grobla... Czy pan lubi akacje?

– Wszystko lubię to, co pani...

– Pan znowu...

I poszedł przez szary cień i przez miodną woń długi i serdeczny szmer pocałunku, po dzikim winie prześliznął się do wnętrza sadu i obudził śpiącą różę... A na chodniku zaszeleściły jedwabie i po murze przesunęły się dwie sylwety.

Poszli i zginęli na zakręcie...

I znowu jakiś cień biegnie po murze.

Idzie student. Spod rozpiętej popielatej kurtki studenckiej wygląda biały gors koszuli. Czapka niedbale narzucona na tył głowy. Długie, czarne włosy rozbiegły się po czole i po kołnierzu.

W ruchach widać znużenie... Jakieś ołowiane ciężary ma na nogach i na rękach. Jest bardzo zmęczony.

Cały dzień pracował w drukarni. Kręcił koło pedałówki, na której odbijano proklamacje. Teraz niesie je w ręku.

– Te nam się dopiero udały – myśli i posuwa się koło muru. – Każda krzyczy: niech żyje, niech żyje! Każda zapowiada nowy dzień. Z mroków wiecznych wstaje nowy porządek. A zewsząd wyciągają się ręce, kurczowo ściśnięte, pełne bólu. Wszędzie patrzą jakieś ślepe od mroków oczu a nowy dzień idzie! Ludzie! Ludzie, otwórzcie drzwi i okna, otwórzcie wszystkie bramy i wszystkie zamknięcia na oścież! Na oścież! Bo nowy dzień idzie.

A on cały dzień pracował. Chodzi teraz i nakleja na szyldach i na oknach sklepów te własnoręcznie tak mozolnie drukowane proklamacje.

– Nowy porządek... Trzeba zbudować nowy porządek. Z suteryn wilgotnych wyciągają się ręce kurczowo ściśnięte i pełne bólu, z suteryn wilgotnych patrzą oczy od mroków oślepłe... a tutaj ten stary sad... i ta woń...

– Chleba... chleba! – krzyczą gardła wyschnięte i spieczone wargi obnażają żółte zęby.

A w tym sadzie pod wonią bzów i akacji na dużych strzyżonych trawnikach wyleguje się Stary Porządek.

– A drzewa tak pachną! Tak pachnął – myśli znowu i przypomina mu się jakiś maj... To było tak dawno... Po gałęziach drzew, po wielkiej, zielonej plątaninie płynie taka znajoma melodia, taka stara pieśń... Przez koronkę drżących liści mży poświata miesięczna, leje się jakaś obłędna zieloność, w której zatracają się wszystkie...Widać tylko białe pęki kwitnących akacji i liliowe pęki bzu.

Zatrzymuje się pod murem i pełną piersią wciąga powietrze. A po drzewach biegnie wiatr – liście porażają się i trzepocą jak skrzydła... Coś się zrywa do lotu i szumi – drzewa – nie drzewa... Cały sad przyszedł pod mur i stoi nad nim i szumi. Z ciemnej gęstwy patrzy na niego Stary Porządek.

Do suteryn nie dochodzą te szumy i te wonie...

Otrząsa się z marzeń, kładzie pęk proklamacji na ławce, wspina się na palcach i jedną z nich przykleja na murze.

I nagle pada strzał – suchy, karabinowy strzał, w ślad za nim drugi i trzeci...

Co to?

Krew napełnia mu nos i usta, krew ciepłą falą zalewa mu uszy – i szumi. Czuje jakiś ostry ból... Wszystkie latarnie zgasły, a drzewa szumią coraz dalej i coraz ciszej...

Zatacza się jak pijany – i pada...

Jeszcze jeden oddech głęboki – i już nic... Grobowa cisza. Z czarnych mokrych szczelin muru wypełza śmierć, przypada do skrwawionych warg i kładzie na nie straszny pocałunek.

Ze skroni po włosach na betonowe płyty ścieka krew. Oczy otworzyły się szeroko i stoją ślepe i nieruchome.

Straszne oczy umarłego człowieka.

A przyklejony na murze kawał papieru zaczyna krzyczeć ostrą, białą plamą:

– Niech żyje! Niech żyje!

I ściekająca po włosach na szary chodnik krew zaczyna tak samo krzyczeć:

– Niech żyje! Niech żyje!

A stary sad cały stanął pod murem, cały pochylił się nad chodnikiem – i patrzy. Krew... krew wszędzie...

I spełza z muru po dzikim winie miodna woń akacji i bzów, i miesza się z zapachem krwi i kładzie się na młodej piersi.

I nagle spod krwi i spod woni kwiatów wstaje jeden wielki krzyk bezgłośny i bez szmeru, zrywa się wichrem spod ciemnych gałęzi drzew, piekielnym oplotem chwyta stare pnie, łamie stare aleje, przewraca rzeźby, wbiega na taras, wdziera się pod ciężką kolumnadę – i krzyczy:

– Niech żyje! Niech żyje!

A Stary Porządek zaryglował wszystkie drzwi, zasunął wszystkie zawory i usiadł w ostatniej komnacie w wygodnym, starym fotelu – i drzemie.


PAJAC

W sklepie za szybą wystawową wisiał pajac. Był sklejony z papieru i miał szeroko otwarte usta. Zwykły pajac papierowy.

W tym oknie wisiał już rok cały i doskonale znał życie swojej ulicy.

Ulica była ruchliwa. Od świtu do późnej nocy pędziły powozy, szli ludzie. Z rana zamiatano i polewano ulicę. Potem przejeżdżały ciężkie wozy rzeźnickie, potem duże pudła z pieczywem, potem szły dzieci do szkoły i zatrzymywały się przed jego oknem, a on wówczas śmiał się serdeczniej, niż zwykle, bo lubił dzieci.

Pajace i lalki zwykle lubią dzieci. Po przejściu dzieci coraz częściej zaczynały przejeżdżać dorożki, a chodnikiem przeciągały całe tłumy przechodniów. Wszyscy szli prędko, niemal biegli – i to właśnie śmieszyło pajaca.

Pod wieczór ludzie chodzili wolniej i pajacowi zdawało się, że nie wiedzą sami, dokąd idą – i to go również śmieszyło. A w nocy, jakkolwiek w sklepie nie było żelaznych żaluzji, pajac tonął w mroku, bo na okno padał cień od słupa z ogłoszeniami.

Ten pstry i gruby słup był elementarzem pajaca. Ciągle patrząc na kolorowe arkusze naklejonego papieru, nauczył się czytać w dwóch językach. Na początku nie mógł pojąć, dlaczego ludzie o jednej i tej samej rzeczy piszą podwójnie, przyszedł jednak potem do wniosku, że ludzie są jak zabawki, z których jedne mają francuskie, a drugie niemieckie etykiety.

Z tego słupa dowiedział się pajac wielu rzeczy. Przede wszystkim, że są na świecie teatry, towarzystwa sportowe, kuratoria trzeźwości i... monopole.

Monopol zresztą miał naprzeciwko.

W tym oknie wystawowym wisiałby prawdopodobnie bardzo długo, gdyby nie stała się rzecz nadzwyczajna.

Oto pewnego poranku ulica przestała huczeć od turkotu dorożek i powozów, dzieci nie szły do szkół, sklepów nikt nie otwierał, a monopol naprzeciwko zabito deskami.

Od południa ulice zaległy szare, wielkie tłumy. Przeciągały wolno, świątecznie, a o tym, że święta nie było pajac doskonale wiedział z afiszów.

Nazajutrz było to samo. Pajac przymrużał coraz bardziej oczy, śmiał się coraz serdeczniej ze zdziwienia, ale nic nie rozumiał.

Od dwóch dni na jego słupie nie naklejono afiszów, tylko jacyś ludzie na drzwiach zamkniętych sklepów i na zamkniętych bramach domów przylepiali małe kartki.

I dnia następnego było to samo, z tą tylko różnicą, że ludzie oglądali się trwożnie poza siebie, a naklejający te śmiesznie małe kartki skradali się chyłkiem pod ścianami domów.

Ulicą zaczęły przeciągać całe szeregi żołnierzy. Słychać było gdzieś w oddali pojedyncze strzały, a potem krótkie salwy karabinowe. Czasem zbliżał się szarym mrowiem jakiś nieskładny śpiew – i wtedy następowała salwa.

Tak trwało dosyć długo. Pajac jednak stracił rachubę czasu, odkąd przestano naklejać afisze, i gdyby nie to, że pewnego dnia zaczęto okurzać i odświeżać wszystkie zabawki, że nawet jego parę razy pociągnięto za sznurek, nie wiedziałby wcale, że zbliża się Boże Narodzenie.

Pajace i lalki lubią Boże Narodzenie i Gwiazdkę.

W tym roku jednak nadzwyczajnym wszystko szło na opak. Dzieci nie wystawały przed jego oknem i nie zaglądały mu w oczy. Za to chodziły gromadkami środkiem ulicy, obnosiły jakieś płatki kolorowe i śpiewały.

Twarze miały poważne i oczy świecące się – zupełnie jak ladzie starsi, a nawet, jak oni, nie patrzyły na pajaca...

I przyszedł dzień straszny. Biedny, połamany pajac nigdy tego dnia nie zapomni.

Ulicą szedł pochód dziecięcy. Na czele biegł zamorusany sześcioletni chłopak, za nim dwie dziewczyny, a za nimi cały tłum dzieci.

Wówczas stało się coś strasznego. Z monopolu, z bram domów wypadli uzbrojeni ludzie. Cała ulica skłębiła się w jeden ruch i krzyk.

Śmiejący się, zwykle wesoły pajac stracił przytomność.

Ocknął się na chodniku, zasypany ostrymi kawałkami stłuczonej szyby, przygnieciony ciepłym i miękkim ciężarem.

Bezwładnie ciężko leżał na nim ten sześcioletni chłopak. Brudna koszulina była na piersi rozdarta, a z piersi spływała na twarz pajaca czerwona krew. I ta śmiejąca się papierowa twarz przestała się nagle śmiać i okryła się krwawym grymasem.

Za to śmiała się pod niebieską czapką bez dzwonków szeroka i śniada twarz zwycięzcy, pochylonego nad umierającym dzieckiem i połamanym pajacem.