Bez celu - Marian Gawalewicz - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 346 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bez celu - Marian Gawalewicz

Powieść Mariana Gawalewicza, związanego ze Lwowem polskiego dramatopisarza, powieściopisarza i publicysty. Debiutował on we lwowskiej prasie jako nowelista i poeta w 1868 roku. Jest także autorem m.in. powieści obyczajowych: „Filistry”, „Mechesy”, „Szubrawcy” oraz zbioru legend „Królowa niebios”. Wiele lat współpracował z teatrami we Lwowie, Warszawie i Łodzi. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Bez celu - Marian Gawalewicz

Fragment ebooka Bez celu - Marian Gawalewicz






Spis treści

  1. TOM I
  2. Rozdział I
  3. Rozdział II
  4. Rozdział III
  5. Rozdział IV
  6. Rozdział V
  7. Rozdział VI
  8. Rozdział VII
  9. Rozdział VIII
  10. Rozdział IX
  11. Rozdział X
  12. Rozdział XI
  13. Rozdział XII
  14. TOM II
  15. Rozdział I
  16. Rozdział II
  17. Rozdział III
  18. Rozdział IV
  19. Rozdział V
  20. Rozdział VI
  21. Rozdział VII
  22. Rozdział VIII
  23. Rozdział IX
  24. Rozdział X
  25. Rozdział XI
  26. KOLOFON

TOM I

Bolesławowi Prusowi

w serdecznym hołdzie dla człowieka i pisarza

Autor


Rozdział I

Zaspany stróż w ogromnym kożuchu, narzuconym na plecy, zatrzasnął bramę i ziewając szeroko, ciężkim krokiem powracał ku swojej norze piwnicznej, do której potrzeba było przechodzić przez zaśnieżone podwórko i spuszczać się po wyślizgłych, kamiennych schodkach w ciemną, duszną, czeluść sutereny.

Za nim szedł młody człowiek w baraniej czapeczce nasuniętej na uszy, w kusej lisiurce piaskowego koloru i w głębokich kaloszach.

W połowie podwórka zatrzymał się i jakby przypomniawszy sobie, że nie opłacił należnego haraczu domowemu Cerberowi, zaczął szybko grzebać zgrabiałymi rękoma w kieszeniach, szukając obowiązkowej „dychy”.

Szukał widocznie na próżno, bo zwrócił się do stróża, i jakby usprawiedliwiając się przed nim, rzekł:

– Nie mam drobnych, Antoni... dostaniecie jutro podwójnie, tylko mi przypomnijcie, moiściewy!...

Antoni wyrozumiale kiwnął głową i mruknął:

– Nie ucieknie!...

Młody człowiek skierował się szybkim krokiem ku prawej oficynie, ale znowu przystanął i spytał:

– Jest może co dla mnie?...

– A som ta jakieś papiery, jest i list.

– To dajcie!

– Poczeka pon?

– Poczekam... albo zejdę do was; co macie wyłazić z izby.

– Mróz bestia bierze!

– A szczypie, aż... Która to może być godzina?...

– Bedzie kole trzeciej, może i więcej... Niech się ta pon trocha ściany trzymają, bo ślizgo, zamarzło z wieczora...

Schodzili omackiem, ostrożnie, aby nie upaść.

W ciemnej sionce Antoni przystanął przy swoich drzwiach i jakby namyślając się chwilę, ziewnął szeroko i zniżonym głosem szepnął:

– A lewirowy znowuj dwa razy dzisiaj pytał się za panem.

– Dwa razy? Czegoż chciał?...

– Abo to powi!... coś tam w ucząstku pewnie potrzebują od pana.

– Przecie paszport dałem!...

– A no jest.

– No, więc?...

– Cholera go tam wie, o co mu chodzi!... Tera takie czasy, co to... nie trza panu gadać. Dziwno mu, co pon tak późno co dzień wraca, nad ranem... pytał, czy pon zawczoraj nocował w domu.

– A coście powiedzieli?...

– Pedziałem... pedziałem: czy jo wiem?... Co miałem pedzieć!... Bo i prawda, może ta człowiek wiedzieć, który lekator nocuje, a który nie nocuje... Jak się trafi; abo ta moja rzec!...

– Uhm!... tak.

Nastała znowu chwila milczenia.

Stróż widocznie miał coś jeszcze na języku, bo czochrał się w głowę i zwlekał, zamiast wejść do izby po zostawione listy i pisma.

– W kużdym razie, może lepiej bedzie, jak pon... jak pon kilka dni posiedzi w domu, nie wychodząc. I tak psiąkrew zima, że psa żal na ulice puścić.

– Myślicie?...

– A niby tak uważam, ale... zresztom, to nie mojo rzec, tylko panowa. Zaraz ci wyniosę te papiery.

Skrzypnęła klamka i z otwartych drzwi buchnęła kwaśna, wilgotna para, przesycona wyziewami ludzkimi i stęchlizną.

Młody człowiek pozostał w sionce sam, wyczekując.

Piskliwy, ochrypły głos szczekającego kundla i płacz obudzonego dziecka w izbie zmącił nocną ciszę podziemia.

Spoza drzwi słychać było ziewanie Antoniego i perswazje, robione wrzaskliwemu pieskowi.

– Cichoj, cichoj Filuś, chorobo zatracona! To przecież swój!... Nie zwąchałeś swego?... Masz też czego ujadać?... Przecie to pan Lebicki z trzeciego piętra. No, stulże pysk, piesku, bo dzieciska pobudzisz!... Stul mordę, powiedam ci po dobroci!...

Po chwili wysunęła się ręka przez uchylone drzwi z paczką listów i gazet.

– Jest pon tam?... Proszę.

– Dziękuję wam, Antoni!

– Więcej, zdaje się ni mo; a jakby było, to za dnia znajdę i odniosę.

– Dobranoc wam!

– Dobranoc.

Lebicki wywindował się z powrotem na podwórko i przy migotliwym blasku gazowej latarni, rozpraszającej skąpym światłem ciemności dużej, sklepionej sieni, zaczął uważnie przeglądać odebraną korespondencję.

Ściągnęła, blada twarz jego, prawie bez zarostu jeszcze, ożywiła się błyskiem zadowolenia, gdy między gazetami znalazł nieduży list, zaadresowany drobnym, okrągłym pismem; schował go szybko w zanadrze i wszedł w drzwi, prowadzące na schody prawej oficyny.

Przy świetle zapałki rączym, lecz cichym krokiem wydostał się na trzecie piętro, ostrożnie, bez szelestu, włożył klucz do zatrzasku i otworzywszy drzwi, wsunął się jak cień do malutkiego przedpokoju, w którym namacał na stoliku lichtarz ze świecą i przygotowane widocznie zapałki.

Zdjąwszy tylko zaśnieżone kalosze, nie rozbierając się, wszedł na palcach do mieszkania i osłaniając dłonią światło zapalone, jakby się obawiał zbudzić kogo, po cichutku podszedł do biurka między dwoma oknami; postawił na nim świecę, założył na nią daszek z niebieskiej bibułki i przez chwilę nasłuchiwał uważnie.

W mieszkaniu była cisza; na ścianie tykotał tylko miarowo wiszący zegar z popiersiem Kościuszki, a w klatce u okna z białymi firankami, zatrzepotał zbudzony szczygieł i przekrzywiając główkę, cichutenieczko zapiszczał, jakby się dziwiąc:

– Co to?... Już świt?

Lebicki przez chwilę stał nieporuszony, spoglądając na kotarę, która zasłaniała sąsiadującą z pokojem alkowę; w alkierzu paliło się mdłe światełko lampki nocnej.

Ostrożnie, bez szelestu, zdjął z siebie lisiurkę i ułożył ją na krześle, potem zziębnięte ręce rozgrzał sobie nad świecą i usiadłszy przy biurku, wyjął z kieszeni list, nożyczkami rozciął kopertę i z wielkim zajęciem czytać zaczął.

List był pisany na cienkim papierze dużym, energicznym pismem, które na pierwszy rzut oka stanowiło wydatne przeciwieństwo z drobnym, okrągłym charakterem adresu na kopercie.

Dla grafologa ta różnica kaligraficzna świadczyć mogła nie tylko o dwóch odmiennych rękach, ale i o dwóch całkiem różnych indywidualnościach piszących.

Bez nagłówka i bez daty rozpoczynał się list tymi słowy:

Nie przez gołębia, lecz przez kruka posłałabym wam to pismo, kochany panie Edmundzie...

A wiecie, czemu przez kruka?... Najpierw dlatego, że on by taką ładną, czarną plamę stwarzał na zaśnieżonym tle obecnej zimy, a po wtóre dlatego, że to ptak bardziej symboliczny naszych czasów i usposobień, a wreszcie i z tego powodu, że nie wesołe wieści przesłać Wam muszę.

Matkę moją zastałam w bardzo złym stanie. Nie ma się co łudzić, to rak!... Lekarze ostatecznie zdecydowali, że ta narośl pod łopatką, to złośliwy nowotwór i że bez operacji się nie obejdzie.

Chcą krajać i to jak najrychlej.

Niepodobna się sprzeciwiać, chociaż rezultat bardzo wątpliwy w tak późnym wieku i przy tak wątłych siłach pacjentki.

Podłym prawom natury trzeba się poddać; powiedziałam to sobie i jak zawsze, jestem na wszystko zrezygnowaną.

Poznajecie mnie chyba po takim stoicyzmie, prawda?...

Na razie tedy muszę tu dłużej pozostać i niestety, wszystkie inne moje plany i roboty zawiesić na czas jakiś na haku przeznaczenia.

Nie myślcie jednak, żem się dała tak samolubnie zasklepić w osobistych kłopotach i troskach. Jednostka ludzka nie należy do siebie, tylko do ogółu, a co to ogół obchodzić może, że czyjaś matka, staruszka prawie sześćdziesięcioletnia ma raka i musi przechodzić ciężką operację?... Organizm społeczny ma także swoje wrzody, bolączki i narośla, które leczyć i usuwać należy.

My, społecznicy, mamy zatem obowiązki, których ani na chwilę zaniedbywać nie wolno, pod hańbą sprzeniewierzenia się hasłom i ideałom, wypełniającym pustkę naszego żywota.

Więc każdą wolną chwilę poświęcam tutaj robocie; wierzcie mi, że nie próżnuję!... Szkoda tylko, że tak mało mam tu skutecznej pomocy. Potrzebowałabym jakiej młodej, twórczej, sprężystej siły, ot na przykład was, kochany Edmundzie!

Brak mi tutaj naszego Sokolika, tak dla sprawy publicznej, jak i dla osobistych względów. Myślałam już o tym, czyby was nie ściągnąć do nas, chociaż na jaki tydzień, ale Rózia zamartwiłaby się tam bez swego gagatka i zresztą wiem, że jesteście teraz potrzebni na miejscu i że jako prawa ręka Zeusa, musicie mieć roboty pełnymi garściami.

Ani sobie wyobrazić możecie, jaka dumna jestem z tego, żem was dla naszych celów pozyskała, żem pierwsza odkryła w Waszym duchu ten stygmat wybranych i powołanych; którym nie wolno stać na uboczu bezczynnie!

Pamiętacie ten wieczór, kiedyście deklamowali „Odę do młodości” na zebraniu u Romeckich?... Mam was ciągle przed oczyma z tym kosmykiem kruczych włosów, spadających na alabastrowe czoło, z tymi ciemnymi ślepiami, które gorzały jakimś czarnym płomieniem, z tą bladą od wzruszenia młodzieńczą twarzą Antinousa i Hamleta w jednej postaci!...

Pamiętacie, jak się moja Bronka, w pensjonarskim jeszcze mundurku wtedy, rozbeczała na cały głos i uciekła z pokoju?... To była chwila piękna, wzniosła, zbratania naszych dusz, Edmundzie!

Bronka bawi tu ze mną przy matce i opiekuje się nią, jak urodzona siostra miłosierdzia, nie tylko jako najmłodsza i najukochańsza córka.

O was mówi bardzo często, a zawsze z tą cichą, głęboką adoracją podlotka, który w osiemnastym roku życia sam jeszcze dobrze nie wie, czym jest: gąsiątkiem, dopiero co wypierzonym, czy kobietą?

Nie zdobyłaby się na odwagę sama napisać do was cały list, ale doprasza się, aby chociaż moje listy adresować mogła własną ręką i widzę, jaką to tej dzierlatce przyjemność sprawia.

Lebicki zatrzymał się, przetarł czoło i owijając na palcu kruczy kosmyk spadających włosów, zamyślił się; kształtne, jak dłutem wykrojone usta Sokolika poruszył uśmiech tajemniczy.

Zdawało się, że przez chwilę zapomniał zupełnie o niedoczytanym liście i wybiegł myślą gdzieś daleko poza te ciche cztery ściany swego mieszkanka na trzecim piętrze, ponad zaśnieżone dachy, lśniące się białością całunów w księżycowym blasku, daleko, daleko... Przez rozłogi zimowej nocy, w krainę wiosenną marzeń młodzieńczych.

I siedział tak czas jakiś, zapatrzony w płomień świecy, aż go zbudził z zamyślenia cichy, słodki głos kobiecy spoza kotary, wołający tonem dziwnej dobroci i troskliwości:

– Mundziu!... Mundziu!... Ty jeszcze nie śpisz?... Czemu się nie położysz?... To musi być już bardzo późno!... Zasnęłam po drugiej, a ciebie jeszcze nie było.

Lebicki wstał i podszedł do alkowy ze słowami:

– Zbudziłem cię, Róziu?... Przepraszam.

– Dawno wróciłeś?

– Przed kwadransem.

– A coś robił?

– Czytałem list Strzałkówny. Wyobraź sobie, pisze mi, że lekarze stwierdzili raka u jej matki.

– O mój Boże!... Biedna stara. Cóż teraz będzie?...

– Mają jej robić operację.

– Co za nieszczęście, co za nieszczęście!...

Sokolik odsunął kotarę i usiadł na łóżku siostry.

Zegar głosem starego zrzędy, sycząc i warcząc, wydzwonił czwartą nad ranem, jak gdyby zły i podrażniony upominał rodzeństwo:

– A idźcież raz spać, zamiast po nocy rozmówki prowadzić!...

Rodzeństwo jednak nie zdawało się rozumieć tego upomnienia i pomimo spóźnionej pory nie zabierało się wcale do spoczynku.

– A co jeszcze pisze Sewerka? – spytała rozbudzona siostra.

– Nie doczytałem do końca.

– Bronia jest z nią?

– Tak, dozoruje matki.

– Poczciwa!... Ona jedna z nich wszystkich ma najlepsze serce. Pewna jestem, że najsilniej odczuwa to nieszczęście.

Zamyśliła się smutno i szepnęła po chwili:

– Co by to biedactwo zrobiło, gdyby broń Boże stara umarła!...

– Ma przecież siostry...

– No, to nie wielka opieka dla niej! Tamte dwie czym innym zajęte, nie miałyby nawet czasu troszczyć się o nią; zresztą, dla dziewczyny zostać bez matki, to większe sieroctwo, niżeli nie mieć wcale rodziców!...

Westchnęła głęboko i odwróciła głowę do ściany, gdzie nad łóżkiem wisiały dwie fotografie w drewnianych, laubzegowych ramkach, kobiety lat średnich z dzieckiem na kolanach i mężczyzny z książką w ręku, opartego o kolumnę marmurową.

Kobieta o łagodnych, szlachetnych rysach miała wyraz zatroskania i melancholijnej zadumy, mężczyzna jakąś wyzywającą, energiczną, pewną siebie fizjonomię; wyglądał trochę na aktora, pozującego w bohaterskiej roli.

Po familijnym podobieństwie nie trudno było na pierwszy rzut oka poznać rodziców Rozalii i Edmunda Lebickich.

Szczególniej twarz Sokolika w najbardziej charakterystycznych szczegółach, jak wydatne czoło, kształtny nos i głębokie, bystre, wymowne oczy, przypominała rysy ojca.

Edmund pochylił się nad siostrą i z czułością ucałował ją w skroń, ze słowami:

– Ty coś wiesz o tym najlepiej, prawda?

– O czym?

– Co to sieroctwo dziewczyny, gdy utraci matkę.

Spojrzała na niego i z niewymowną tkliwością w głosie rzekła, odgarniając mu z czoła niesforny kosmyk włosów:

– A niby ty, mój Sokoliku, nie odczuwałeś tego razem ze mną!

Przycisnął sobie jej rękę do ust i odparł:

– Ja nie tyle; miałem przecież drugą matuchnę w tobie. A któż to wychował takiego wielkiego dryblasa, jak nie ty?... Kto się zamęczał i o suchej bułce biegał z lekcji i na lekcję, aby zarobić na moje utrzymanie, kto mnie uczył i do szkoły posyłał, kto chodził w dziurawych trzewikach, abym tylko ja miał całe buty?... Nie knebluj mi ust, nie zatykaj, bo co prawda, to prawda!... A kto dzisiaj karmi takiego darmozjada, pomimo że go wyrzucili z politechniki, jak nie mateczka?... Aha!... Widzisz!... Myślisz, że ja o tym choć na chwilę zapominam?...

– Mundek, przestań!... Idź sobie, bo mi się spać chce! – przerwała mu, ale on nie pozwalał sobie ust zatkać i obcałowując ręce siostry, mówił dalej:

– A właśnie, że nie przestanę!... Właśnie, że będę aż do rana powtarzał całemu światu: „Mam siostruchę, która mi była i matką, i ojcem, i żywicielką, i kierowniczką, i wszystkim na świecie!” Tak jest i co mi zrobisz?... Wstydzisz się, żeś wychowała i wykarmiła takiego wałkonia, który cię tylko objada i po nocach się włóczy, a kiedy wróci, to ci jeszcze spać nie daje?... No lulu, lulu moja staruszko... Aaa! Aaa!... A... kotki dwa, szare, bure obydwa!... Zamykaj oczka i śpij!

Podniósł jej głowę z poduszki, przytulił sobie do piersi i kołysząc ją w objęciach, jak małe dziecko, powtarzał:

– Zaraz mi oczka zmrużyć i grzecznie zasnąć, bo rano panienka musi wstawać do szkoły! A Mundzio będzie się wylegiwał swoim zwyczajem do południa.

Zarzuciła mu ramiona na szyję z pieszczotą matki i spytała:

– A cóż żeście tak długo robili dzisiaj?... Łański wrócił?...

– Zeus?

– Wasz Zeus!... Prezydował?

Lebicki spoważniał; ściągnął brwi, usta zesznurował i po chwili namysłu odrzekł:

– Właśnie, żeśmy czekali na niego nadaremnie! Miał wrócić i coś go widocznie zaskoczyło. Bez niego, jak bez głowy!... Wiesz przecie. A tu jest kilka bardzo ważnych spraw do zadecydowania. Obawiamy się, czy go po drodze nie capnęli. Wspaniały człowiek, ale ryzykant szalony!... Wiesz, on mi niekiedy naszego ojca przypomina!

Twarz Rozalii w jednej chwili zmieniła pogodny wyraz, sposępniała, jak gdyby się cieniem pokryła; uśmiech pogodny na jej ustach zgasł, niby światełko nagle zdmuchnięte.

Spuściła głowę na piersi i splótłszy na nich ręce, powiedziała z westchnieniem:

– Zdaje ci się!... Co ty możesz sądzić o tym!... Alboż ty ojca pamiętasz?

– Dlaczegoż by nie?

– Miałeś zaledwie dwanaście lat, kiedy ojciec... wyjechał.

– To i cóż z tego!... Zapamiętałem dobrze jego rysy, jego ruchy i głos. Miał zwyczaj podnosić głowę, przymrużać oczy i gestykulować prawą ręką, kiedy mówił coś z przejęciem, prawda?... O, głos jego to mi brzmi jeszcze w uszach wyraźnie, jak gdybym go słyszał, gdy deklamował swoje wiersze. Sama mi przecież mówiłaś, że głos mam trochę do niego podobny.

Siostra zasłoniła sobie twarz rękoma i szepnęła, jakby do siebie:

– Oby tylko głos!...

Sokolik dosłyszał te słowa jednak i posmutniał, oparł czoło na ręce i przez chwilę zamilkł.

Wspomnienie ojca widocznie poruszyło w obojgu jakąś bolesną strunę, bo nie śmieli sobie w oczy spojrzeć i powrócić do tego samego tematu.

– A mnie się zawsze zdaje – zaczął Lebicki ciszej, nieśmiałym jakimś tonem – że ojciec nie zginął i że on jeszcze kiedyś powróci. Zobaczysz!... Mnie przeczucia nie mylą.

Zniżyła również głos i szeptem rzekła:

– Może być... Ale mamy i tak nie zastanie!

On delikatnie ujął jej głowę w obie ręce, przybliżył do siebie i spojrzawszy jej w oczy głęboko, spytał:

– Ty mu nigdy już nie przebaczysz?...

Zamknęła powieki, unikając wzroku brata i odpowiedziała:

– Mój drogi, co mu tam na moim przebaczeniu zależeć może?... Jeżeli się nie zatroszczył o przebaczenie mamy, jeżeli nawet po jej śmierci nie zapytał się, co z nami się stało, to... Et, nie mówmy o tym lepiej!

Wysunęła mu się lekko z ramion, potem ułożyła znowu na poduszkach i podciągając kołdrę aż pod brodę, zaczęła innym tonem, zmieniając umyślnie przedmiot rozmowy:

– Więc Łański nie powrócił, powiadasz?... A cóż wy bez niego zrobicie?... Daleko pojechał?

– Do Dąbrowy i do Sosnowca. Z powrotem miał się zatrzymać w Tomaszowie, ale dziś w nocy spodziewaliśmy się go na pewno.

– I nie dał znać o sobie?...

– Otóż to właśnie!... Jutro mieliśmy z nim razem...

Nie dokończył, bo nagle u drzwi wejściowych posłyszał jakiś szmer; zdawało się, jak gdyby ktoś po omacku szukał klamki i próbował drzwi otworzyć.

Po chwili z lekka dotknięty dzwonek zadźwięczał w przedpokoju raz i drugi.

Poruszyli się oboje i spojrzeli zaniepokojeni po sobie.

– O tej porze?... Kto by to mógł być?

– Otworzysz?...

– A jakżeż?... Trzeba.

Schwyciła go za rękę zalękniona i zatrzymała.

– Nie chodź!... Albo zapytaj wpierw przez drzwi, kto to!

– Może depesza...

Zasunął kotarę w alkowie, wziął świecę ze stołu i wyszedł do przedpokoju na palcach.

Ręka mu lekko drżała, a serce uderzało silniej; ta spóźniona wizyta, prawie nad samym ranem, zmieszała go w pierwszej chwili; opanował się jednak szybko i obojętnym na pozór głosem spytał:

– Kto tam?... Do kogo?

Spoza drzwi usłyszał odpowiedź:

– Nie bójcie się!... Swój. Nie śpicie jeszcze?...

Lebicki namyślał się, nie pewny czy otworzyć.

– Kto taki?... Co za swój?... Proszę o nazwisko!

– Dowmunt.

– A Dowmunt!... Przepraszam, nie poznałem.

Przekręcił klucz w zamku i otworzył szybko, uspokojony już zupełnie.

Do przedpokoju wszedł mężczyzna w szarym paltocie, na który miał narzucony szeroki płaszcz z podniesionym kołnierzem; czarny kapelusz filcowy z odgiętą kryzą ocieniał mu twarz i zasłaniał czoło prawie po same oczy.

Sokolik wyciągnął do niego rękę na powitanie z radosnym zdziwieniem.

– A to niespodzianka!... Jak się macie!... Cóż was tu sprowadza do mnie tak późno, a raczej tak wcześnie? – spytał, wyprowadzając go do pokoju.

Przybyły zdjął kapelusz i otrzepał go ze śniegu.

Przy blasku świecy zabłysnęły ciemne, stalowe, przenikliwe oczy i spoza grubych, zmysłowych warg, ocienionych gęstym, czarnym zarostem wąsów i brody, białe i duże zęby w uśmiechu szerokim, nieprzyjemnym, brutalnym.

– Wypłoszyłem was spod pierzyny, co?... Spaliście już? – odezwał się bez ceremonii, podchodząc do biurka i nieproszony rozsiadając się na krześle.

– Ależ gdzie tam!... Nawet się jeszcze nie rozebrałem – odparł Lebicki. – Co się stało?... Może co złego?

– Przeciwnie!... Zeus powrócił.

– Powrócił?

– No i właśnie przysyła mnie do was. O siódmej musicie być za Wolskimi rogatkami; koniecznie! Będzie was oczekiwał przy budce tramwajowej, tam, gdzie zawsze, wiecie?...

– O siódmej?...

– Nie podoba wam się to, prawda?... – roześmiał się znowu z sarkazmem, który cechował całą jego fizjonomię. – Trudno... Służba, nie drużba. Macie jeszcze dwie godziny do drzemki.

Odwrócił się do stołu i zaczął przeglądać leżące na nim książki i gazety.

– U nas tak!... – mówił dalej – dla dobra sprawy ani dnia, ani nocy. Pamiętajcież się nie spóźnić! Wiecie, że Zeus nie lubi tego.

Przypadkiem, z roztargnienia wziął do ręki kopertę z listu Strzałkówny i zatrzymał wzrok na niej.

Zgryźliwy uśmiech skrzywił mu nagle usta. Popatrzył nieznacznie na stempel pocztowy i zwracając się do Edmunda, rzekł:

– Hm!... Znam to pismo. Korespondujecie już ze sobą?...

Sokolik, nie wiedząc dobrze, czemu zmieszał się.

– To tylko adres – tłumaczył się – miałem list od niewiasty.

– A... Od Seweryny?... Na adresie jednak poznałem rękę panny Bronisławy – zmrużając jedno oko, badał Dowmunt nie bardzo przekonanym tonem; – to siostrunie pisują do was viribus unitis?

– Dla niepoznaki...

– Proszę, proszę!... To dowcipnie.

Kręcił głową i śmiał się, ale czoło mu pofałdowały zmarszczki, jak znoszoną rękawiczkę.

– Ładny szpic żaczek ta mała, co?... – spytał, podnosząc się nagle; – podoba wam się?... No, nie ma się czego zapierać!... Ale amorom dajcie pokój, dopóki służycie sprawie. No, właźcie sobie znowu w bety – dodał, kierując się ku drzwiom – a o siódmej bądźcie na stanowisku!... Servus!

Przy drzwiach przystanął jeszcze i okiem rzucił na biurko, gdzie leżała koperta; zdawało się, że ma ochotę powiedzieć jeszcze coś, ale rozmyślił się i kapelusz nałożywszy na głowę, szybkim krokiem wyszedł, nie podawszy Lebickiemu ręki na pożegnanie.


Rozdział II

Trzeba bardzo kochać, mieć bardzo głębokie poczucie obowiązku, aby dziesięć najpiękniejszych lat życia, całą wiosnę młodości poświęcić dla dobra jednej umiłowanej istoty, wyrzec się wszelkich praw i pretensji do świata, zapomnieć całkowicie niemal o sobie, jak to uczyniła Rozalia Lebicka dla swego brata.

Oboje byli dziećmi nieszczęśliwie dobranego małżeństwa, które szczęścia ani dać, ani wziąć sobie wzajemnie nie umiało w skojarzonym przez rodziny związku.

Zdawało się, że w najkorzystniejszych warunkach wiąże się stadło Lebickich, a jednak łudzącym pozorom bardzo rychło zadała kłam rzeczywistość.

Mąż i żona spostrzegli się po niewczasie, że przystosować się do siebie nie zdołają, bo od usposobień i temperamentów, aż do poglądów i upodobań, nawet w drobnych szczegółach, zachodzi pomiędzy nimi różnica, która z latami wspólnego pożycia i obcowania coraz większy przedział wytwarzać musiała.

Aleksander Lebicki, ojciec Sokolika i Rozalii, należał do tych bujnych, niepohamowanych natur, które okiełznać się nie dają tak łatwo, zwłaszcza przez słabą, płochliwą zbyt delikatną rękę kobiecą.

Wychowany w dostatkach, nawet w zbytku, wyniósł z domu wrodzoną niepraktyczność i lekkomyślność „paniątka” przywykłego dogadzać swoim fantazjom i nie odmawiać sobie niczego, dopóki starczył na to własny majątek i posag żony z zamożnego gniazda szlacheckiego.

Pierwsze lata po pobraniu się Lebiccy spędzili zagranicą, we Francji i we Włoszech, gdzie Lebicki idąc za popędem swoich dyletanckich upodobań, studiował sztukę, kopiował obrazy wielkich mistrzów po muzeach, nie zdobywszy się nigdy nawet na wykończenie choćby jednej głowy Corregia lub Carla Dolce.

Jednocześnie próbował „babrać się w glinie” i lepił nie bez pewnych zdolności figurki na wzór tanagryjskich drobiazgów albo bibelotów Barbedienne’a.

Potem miał okres wielkiego zamiłowania do muzyki; po kilka miesięcy w roku przesiadywał w Mediolanie i uczył się śpiewać od włoskich maëstrów de beli’ canto, którzy za dwadzieścia lirów od lekcji przechwalali jego baryton i przepowiadali mu świetną przyszłość na scenie lub na estradzie.

Wszędzie i zawsze jednak wszystkie najgorętsze porywy jego rozbijały się o brak wytrwałości, a wybuchy zapału i afektacji gasły po niejakim czasie i pozostawiały mu w duszy tylko dużo dymu i swądu, jak ogniska, za wcześnie wodą zalewane.

Był czas, kiedy z nadzwyczajnym przejęciem przerzucił się do literatury i pisywał wiersze francuskie i polskie, którymi zachwycały się zwłaszcza damy „z towarzystwa”, gdy je na zebraniach deklamował dźwięcznym i nabrzmiałym afektacją głosem.

Najmniej zachwytów, uznania i zachęty budził u własnej żony, nie tyle dlatego, aby jej brakło zmysłu dla piękna i prawdziwego artyzmu, ile z powodu, iż znając go lepiej od innych, bardziej krytycznym okiem patrzyła na te słomiane ognie, przewidując zawsze, czym się zakończą.

Cicha, spokojna, zamknięta w duchu, nie z natury, ale z przymusu, który sobie zadawała wobec męża, arbitralnego pod każdym względem, wiodła przy jego boku żywot ofiary, przygnębionej wyrzutami, iż poznać się na nim nie umiała i była dlań kulą u nogi, pętami, wiążącymi jego skrzydła, prężące się do ciągłego lotu.

– Zniechęciłaś mnie do wszystkiego! – powtarzał jej z urazą, często przesadną i nieszczerą – a wiesz czym?... Swoją obojętnością, swoim brakiem zaufania w mój talent, w moje aspiracje, swoją zimną, krytyczną, bierną naturą. Nie umiałaś dzielić zapału, tej iskry Bożej, która była we mnie, szybować razem ze mną pod błękity i ponad poziomy, Excelsior, Excelsior!... Ach, prawda, ty nawet nie wiesz, co to znaczy!...

Uważał ją za niższą od siebie pod każdym względem, nierozwiniętą umysłowo, za mało wykształconą, pozbawioną zupełnie wrażliwości estetycznej, dlatego tylko, że z nim nie próbowała dysputować frazesami, pozbieranymi z taniej erudycji i nie egzaltowała się co chwila przy pierwszej lepszej sposobności.

Zajęty wiecznie sobą i odurzony samouwielbieniem, nie umiał zaglądnąć do cichej, niepozornej, lecz głębokiej duszy kobiecej, brzydzącej się kłamstwem, udawaniem i nieszczerością,

Nie przeczuwał nawet, co się kryje na dnie tego serca i umysłu własnej żony, stawiając jej za wzór przesadne sawantki i płytkie czeczotki salonowe, wśród których się też najchętniej obracał, dopóki jeszcze jego dochody i pozycja towarzyska pozwalały mu utrzymywać stosunki z tak zwanym lepszym towarzystwem, tak za granicą, jak i w kraju.

Zamiłowany w sporcie, należał do rozmaitych klubów i stowarzyszeń, rozsypywał garściami pieniądze, prowadził życie nad stan, starał się imponować swą elegancją i rycerskością, pozował na oryginała, a w gruncie rzeczy był tylko pracowitym próżniakiem, któremu pochlebiało to, że zwracał na siebie uwagę i zdobywał chwilowy podziw takich samych dyletanckich natur, jak on.

Stosunkowo w przeciągu bardzo krótkiego czasu przepuścił całą fortunę, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jak, gdzie i kiedy stopniał majątek, który w normalnych warunkach i w rękach innego człowieka, powinien był wystarczyć na dostatnie utrzymanie całej rodziny.

Po ośmiu latach ujrzał się nad brzegiem przepaści, był zrujnowany.

I wtedy z żoną i dwojgiem dzieci znalazłszy się na bruku wielkomiejskim bez chleba i bez jutra, po raz pierwszy w życiu zreflektował się i głowę zwiesił pod brzemieniem najcięższej myśli, jaka kiedykolwiek w niej postała:

– Co będzie dalej?...

Opamiętanie przyszło za późno.

Zaskoczony niemal nagle katastrofą, której nawet nie przewidywał tak rychło, w pierwszej chwili był, jak ogłuszony; nie wiedział, co począć.

Uznał wprawdzie konieczność zerwania z dotychczasowym trybem życia, tylko nie umiał przystosować się do nowych warunków egzystencji.

Z pięknym gestem powalonego bohatera i z patetycznym akcentem deklamował:

Tout est perdu, sauf l’honneur! Straciliśmy wszystko – mówił do żony – ale swoje. Nie mamy długów ani grosza, a wielki pan jest panem i po rozbiciu!... Trudno, żyło się dotychczas z gotowego, odtąd trzeba na chleb powszedni pracować. Spróbuję!...

Ten wyraz: „spróbuję” wymawiał z taką bohaterską rezygnacją, ale i z taką pewnością siebie, jak gdyby był gotów jąć się najcięższej pracy, obracać żarna Filistynów jak Samson, toczyć olbrzymią bryłę na szczyt góry najwyższej jak Syzyf, a choćby żebrać jak Belizariusz.

Tylko, że żadna próba się nie udawała; przechwalona wszechstronność jego zdolności i talentów, dopóki był bogatym dyletantem, zawodziła w praktycznym zastosowaniu, gdy chodziło o wyzyskanie jej dla chleba.

Szukał wprawdzie dla siebie odpowiedniego zajęcia, ale napotykał wszędzie na trudności i przeszkody; zrażał się lada czym i zniechęcał, lecz konieczność zmuszała go do rozpoczynania nowych poszukiwań.

Pozostała w nim jednak ta jedna rzeczywista i szlachetna ambicja, aby nie zostać pasożytem, nie zawiesić się u niczyjej „pańskiej klamki”, chociażby mu to przy jego dawnych, rozgałęzionych stosunkach i koligacjach z większą łatwością udać się mogło było, niż cokolwiek innego.

Zerwał z całą sferą, do której dawniej należał; spotykając na ulicy dobrych znajomych, z którymi żył za pan brat w czasach dostatku i niezależności, udawał umyślnie, że ich nie widzi, aby uniknąć upokorzenia i przyznawania się do ruiny i położenia bez wyjścia.

Obawiał się, że mu który zechce zaproponować pomoc we wsparciu albo pożyczce; zdawało mu się, że tego nie potrafiłby przenieść i że wtedy dopiero poczułby całą grozę swego upadku.

– Sally, ty patrzysz teraz na mnie z pogardliwą ironią. – przemawiał do żony, uśmiechając się gorzko i pokręcając głową, na której wiły się jeszcze szpakowate na skroniach, ale bujne włosy interesującego ekseleganta. – Sally, to nieszlachetnie w takich chwilach znęcać się nade mną. Powalonego się nie kopie!...

Pani Salomea w smutnych, zamglonych łzami oczach miała bezdenną troskę i melancholijną zadumę, nie szyderstwo i urazę do męża; nie próbowała się nawet usprawiedliwiać przed nim, bo wiedziała od dawna, że posądzać ją o brak współczucia dla siebie, było to jego manią, która najdotkliwiej pokrzywdziła ją od lat tylu.

Przytulała tylko strapioną głowę do ramienia córki już dorosłej albo do skroni swego jedynaka i zimnym spojrzeniem skarżyła się swoim dzieciom, jak gdyby je pytała:

– Wy, którzy w mojej duszy jesteście, powiedzcie, czy to prawda, co ojciec wasz zarzuca waszej matce?...

A dzieci instynktownie przytulały się do niej goręcej, z większą jeszcze miłością, jakby pragnęły ukoić jej ból i zatrzeć wyrządzoną przez ojca krzywdę.

Dwudziestoletnia już wówczas Rózia zaciskała w takich chwilach usta, aby przez szacunek należny ojcu, nie wybuchnąć w obronie tej nieszczęsnej, przez całe życie zapoznawanej kobiety, która była jej matką, a której działa się niesprawiedliwość, bo nie miała nikogo, kto by się ujął za nią i słowa prawdy powiedział człowiekowi, marnującemu cudze szczęście tak samo, jak zmarnował swój majątek, swój czas i swoje zdolności.

Głucha, tajona niechęć wzrastała tym bardziej w sercu córki dla ojca, im bardziej pogłębiała się miłość i współczucie dla losu matki.

Lebicki udawał, że tego nie spostrzega, ale instynktownie odgadywał, co o nim myśli ta spokojna na pozór, uległa i zrównoważona dziewczyna, wychowana od kolebki do innego życia, a skazana teraz przez jego lekkomyślność na los rozbitka i ofiary.

Położenie, w którym się znalazł, uczyniło go bezradnym; przez jakiś czas bawiło go to mniemane bohaterstwo Ikara, upadłego z podobłocznych wyżyn z opalonymi skrzydłami, ale świadomość swej bezradności pomimo przybieranej pozy i maski, upokarzała go w głębi duszy i dogryzała mu boleśnie.

Nie śmiał się otwarcie przyznać, że jest niezdatnym do niczego i że ten powszedni chleb, na który obiecywał zapracować dla siebie i rodziny, nie wystarczyłby nawet na przeżywienie ich przez jedną dobę; żyli przecież przeszło od pół roku tylko z tego, co uzyskali, wyprzedając dawne zabytki, kosztowniejsze meble, obrazy, dzieła sztuki, nawet garderobę.

Spoza mgły każdego dnia jutrzejszego, coraz wyraźniej wysuwało się widmo niedostatku i nędzy.

Tej ostateczności przeląkł się, więc postanowił uczynić krok heroiczny w swoim przekonaniu.

Pewnego ranka wyszedł z domu i... nie powrócił więcej.

Nie chcąc jednak pozostawić rodziny w niepewności i rozpaczy o swoje drogocenne życie, nad wieczorem nadesłał przez posłańca list tej treści:

Droga Sally...

niepodobna mi dłużej dręczyć się tak w dusznej i przygnębiającej mnie atmosferze naszego domu.

Zbyt wyraźnie dajecie mi do poznania, że jestem wam zbyteczny, skoro ulżyć waszemu losowi nie umiem. Dochodzę do tego smutnego przekonania, że sobie sami łatwiej dacie radę beze mnie.

O mnie mniejsza!... Ludzie tacy, jak ja, mogą zginąć, ale upaść i spodlić się nie mogą.

Usłyszycie o mnie jeszcze, ale wtedy tylko, gdy będę wam mógł dać znowu to, czego dzisiaj wam braknie.

Ucałuj Rózię i Edmundka. Błogosławieństwo moje ojcowskie im zostawiam. Ty bądź szczęśliwą dla nich i mów im często o ich nieszczęsnym i zapoznanym ojcu.

Po otrzymaniu takiego listu, Sally nawet nie zapłakała; opuściła tylko ręce bezwładnie, zwiesiła głowę i wpatrzona w ziemię, siedziała bez ruchu, bez jednej łzy, bez skargi i wyrzutu, jak rzecz martwa, nie jak człowiek żywy i czujący.

Była spokojna, ale ten spokój miał w sobie coś przerażającego; to był spokój trupa, w którym po nagłej, a niespodzianej śmierci pozostały łudzące pozory życia.

Dzieci przelękły się wyrazu jej oczu i przez chwilę nie śmiały przystąpić do niej; dopiero, gdy na głos Rózi ocknęła się, niby z letargu zbudzona, złożyła starannie list męża we czworo, schowała go do kieszeni i na zapytanie córki:

– Czy się tatce co złego wydarzyło? – odpowiedziała spokojnie, na pozór obojętnie:

– Tatko wyjechał.

– Kiedy?

– Dzisiaj.

– Ale powróci?

– Zapewne nie prędko.

– Skądże tak nagle?

– Musiał... tak mu wypadło.

I tego dnia nie powiedziała już dzieciom ani słowa więcej, a one, jakby przeczuwały, że wyjaśnienia bliższe musiałyby jej sprawić ból, nie dopytywały się o żadne szczegóły, nie poruszały tego przedmiotu, zamknęły się w sobie i tylko jedno przed drugim ukrywało spojrzenia, aby w oczach nie wyczytać wzajemnie okrutnej prawdy:

– Zostałyśmy same na Bożej opiece, ojciec nas porzucił!...

Minęło tak osiem długich, smutnych, żałobnych miesięcy, po których przyszła katastrofa, gorsza od poprzedniej.

Lebicka umarła...

Chorowała tylko trzy dni obłożnie; przywołany lekarz stwierdził zadawnioną chorobę sercową i niemal z wyrzutem zwrócił się do córki.

– Jak można było tak długo zaniedbywać niebezpieczny stan mamy!... Dzisiaj cała medycyna już nie poradzi na to.

Rózia blada i zmieszana na swoje usprawiedliwienie mogła jedynie odpowiedzieć:

– Ależ mama nigdy się nie skarżyła na nic, panie konsyliarzu!... Skąd żeśmy mogli przypuszczać... że to coś tak groźnego?

Doktor popatrzył na nią ze zdziwieniem.

– Jak to?... Nie doznawała poprzednio żadnych cierpień, ataków, duszności albo omdlenia?... – spytał; – przecież symptomy tak ciężkiej choroby musiały się wcześniej objawiać, przypuszczam, że co najmniej od pół roku!

– Mama tylko wyglądała mizerniej niż zwykle, ale przypisywała to bezsenności, która ją często trapiła.

Lekarz pokręcił głową i zamilkł.

Domyślił się przyczyn moralnej natury, których nie wypadało mu badać.

Trzeciego dnia po jego pierwszej wizycie, chora zamknęła oczy, trzymając za ręce swoje dzieci, westchnęła głęboko i skończyła.

– Powiedzcie... tatce, gdy... powróci, że... mu przebaczyłam, bo...

Nie domówiła reszty, ale to były ostatnie słowa, które zdołała wypowiedzieć jeszcze wyraźnie i głosem dosłyszalnym, potem zaczęła ją dręczyć ustawiczna czkawka i wstrząsały dreszcze.

Do samej śmierci prawie zachowała przytomność umysłu, a oczy jej wymowniejsze były od słów, które na sinych jej i drżących wargach gasły, wraz z ulatującym tchnieniem życia.

Te oczy mówiły, szczególniej córce, jako starszej i dojrzalszej, wszystko, czego by nie była śmiała wyznać własnemu dziecku przed zgonem, skarżyły się tak boleśnie, spoglądały z takim smutkiem i żalem, z taką jakąś pokorą bezsilnej, udręczonej ofiary zdawały się przepraszać za to, że zamykać się muszą i zgasną na zawsze, i nie mogą spoglądać dłużej z miłością, wiarą, otuchą na nieszczęsne sieroty, porzucone przez ojca, a opuszczane przez matkę...

A kiedy zamknęły się na wieki, pozostał w nich jeszcze wyraz beznadziejnej rozpaczy i takiego umęczenia, jak gdyby nawet śmierć nie dała wyzwolonej duszy spokoju i ukojenia, jakby to stygnące już ciało zachowało jeszcze zdolność cierpienia, jakby i tam, poza grobem, płynąć miały w dalszym ciągu piekące łzy, niewypłakane tu za życia.

Minęło odtąd lat dziesięć.

Dla Rózi zaparło się w nich całe życie kobiety, zwiędły wszystkie kwiaty dziewczęcej wiosny, rezygnacja pogasiła wszystkie gwiazdki nadziei, poświęcenie w imię obowiązku i miłości zagrodziło wszystkie drogi do osobistego szczęścia.

Pozostał jej jedyny cel w życiu: zastąpić bratu utraconych rodziców i wychować go, jak własne dziecko na uczciwego, dobrego, pożytecznego człowieka.

Postanowiła być dla niego matką, nie siostrą, kierowniczką, nauczycielką, opiekunką, wszystkim, czego mu los odmówił i co mu zabrał w chłopięcym wieku.

Własną pracą, bez niczyjej pomocy, zarabiała na chleb powszedni i z początku szczególniej, borykała się z życiem, niedoświadczona, nieprzygotowana do ciężkiej walki z losem, do troski o dzień jutrzejszy.

Wziąwszy dobrowolnie na słabe barki ciężar obowiązków i odpowiedzialności ponad siły, nie upadła i nie ugięła się jednak pod takim brzemieniem; przeciwnie, zahartowała się, wzmocniła, podtrzymywana wiarą w swe posłannictwo i silną wolą, dobrą wolą kobiety, zdolnej nawet do bohaterstwa przez miłość i poczucie obowiązku.

Sokolik z najgłębszego przekonania mógł ją nazywać swoją „mateczką”, bo zawdzięczał jej rzeczywiście wszystko w dosłownym tego wyrazu znaczeniu, od chleba powszedniego i butów, aż do nauki i wykształcenia.

Poza Mundziem nie istniało dla niej samej nic, czego by pragnęła; żyła w nim i dla niego – i było jej z tym tak dobrze, że z czasem zdążyła zapomnieć o sobie zupełnie, doprowadziwszy do ostatniej abnegacji wszystkiego, co było jej osobistym prawem i udziałem w życiu.

Próbowała rozmaitych zawodów, imała się różnych zajęć, od retuszerstwa i malowania na porcelanie, do tłumaczenia powieści dla tanich wydawnictw periodycznych po groszu od wiersza, od robienia abażurów z kolorowej bibułki do dawania lekcji muzyki, od przepisywania nudnych aktów po złotówce od arkusza, do uczenia pensjonarek i dozorowania dzieci po przytułkach.

A przy tym wszystkim znajdowała czas, aby najtroskliwszą opieką otaczać brata i czuwać nad nim, jak matka.

Kiedy chodził do gimnazjum, przerabiała z nim wszystkie lekcje i jak sztubak kuła łacinę, matematykę i geometrię, aby mu tylko być pomocną w nauce; wyrabiała z nim razem zadania, czytywała książki, uczyła się całych ustępów na pamięć, byle mu dawać dobry przykład i zachęcać do pracy.

Przed każdym egzaminem przechodziła z nim jeden przedmiot za drugim, nie sypiając po nocach, byle tylko jej „gagatek” nie opuszczał się i nie zaniedbywał.

– Moja kochana, po co się ty tak zamęczasz dla mnie? – przekładał jej – przecież ja to już sam zrobię, bądź spokojna!... Tobie to ani potrzebne, ani przyjemne, a obkuwasz się ze mną razem, jakbym ja był już ostatni asinus asinorum. Żebyś chociaż musiała zdawać egzamin i starała się o miejsce damy klasowej, albo miała ochotę wyjechać na uniwersytet do Genewy!...

Uśmiechała się dwuznacznie i odpowiadała:

– A skąd ty wiesz, co ja jeszcze zrobię?... Może ja z tobą razem będę kiedy kolegowała na jakim wydziale. Nauka zawsze się przyda, a zresztą ja to lubię; cóż ci to szkodzi?...

Pewnego dnia, gdy po skończeniu średnich szkół powrócił z dodatkowych egzaminów przed wstąpieniem do politechniki, zrobiła mu niespodziankę, wyjęła ze swego biurka jakiś papier i rozkładając go przed nim, z tryumfem spytała:

– Cóż ty na to?... Aha!... Teraz porównamy, kto ma lepsze stopnie.

Przebiegł cały arkusz oczyma i aż w dłonie klasnął z podziwu.

– A ty kiedy miałaś czas na to?... Zdałaś egzamin z siedmiu klas gimnazjalnych na patent?... Rózia! Naprawdę zdawałaś teraz?... I nie zasypałaś się?...

– Jak widzisz!... A wiesz, komu to zawdzięczam?... Jak myślisz?...

– Sewerce!

– Jakiej tam Sewerce!... Tobie, tylko tobie, bo gdybym się nie była z tobą razem obkuwała po nocach, nie byłabym nic umiała i nie mogła nawet zamarzyć o patencie na nauczycielkę.

– I miałaś lekcję próbną?

– Rozumie się!

– I nic mi o tym nie wspominałaś?...

– Bo chciałam ci zrobić niespodziankę. No, teraz mnie pocałuj, tylko z należytym uszanowaniem, bo może kiedy będę przełożoną pensji, a przynajmniej damą klasową!

Oczy jej od wielu lat po raz pierwszy zaświeciły prawdziwą radością.

Sokolik wbrew temu ostrzeżeniu pochwycił ją wpół, uniósł w powietrzu i obcałowując siostrę, gdzie popadło, wołał:

– Hurra!... Vivat profesor Rózia Lebicka!... Niech żyje pani przełożona!... Niech żyje moja mateczka!

Tego dnia wyprawiło sobie uszczęśliwione rodzeństwo nawet wspaniałą ucztę z gorącą kolacją i ciastkarni od Loursa; zaproszono Strzałkównę z Bronią w pensjonarskim mundurku, parę przyjaciółek Rózi i jednego z kolegów Edmunda, ale po południu spełniono wpierw obowiązek dobrych dzieci.

– Wiesz Mundziu?... Pojedziemy do mamy na Powązki!... – zaproponowała Rózia bratu; – trzeba jej zawieźć tę pomyślną wiadomość. Musimy się przed nią przecież pochwalić; niech się biedaczka ucieszy!

I obojgu na wspomnienie matki łzy rzewne stanęły w oczach.

Od owego uroczystego dnia zaczęło się nowe, jakby lepsze życie dla obojga.

Przyszłość w pogodniejszych barwach odsłoniła się przed nimi, poprawiły się warunki materialne z przybyciem lekcji „nauczycielce z patentem”, minęły znowu dwa lata w pracy mozolnej, ale podniecanej nadzieją jaśniejszego jutra i pewniejszego dojścia do celu.

Tylko, że z pogodnego nieba wypadł nagle piorun.

Edmund Lebicki, student politechniki, za udział w nielegalnych związkach młodzieży, został wydalony z trzeciego kursu.

Kiedy wiadomość tę przyniósł siostrze, miał minę skazańca, był blady, wzruszony, drżący, nie śmiał na nią oczu podnieść i ciężyła mu na duszy ta jedna tylko myśl;

– Co powie na to Rózia!... Ona się zapłacze ze zmartwienia.

Ale Rózia załamała ręce, zadumała się przez chwilę, westchnęła głęboko i ucałowawszy brata w szerokie, zachmurzone czoło, rzekła z rezygnacją:

– Trudno, mój drogi, musimy i to przecierpieć. Nie ty jeden, nie pierwszy i pewnie nie ostatni!...