Bella - Samson Lisa - ebook
Wydawca: Święty Wojciech Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 187 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bella - Samson Lisa

Poruszająca opowieść o sile miłości i przebaczenia.

Życie kucharza José i kelnerki Niny nie potoczyło się według ich planów. Żyjąc pod brzemieniem winy i utraconych marzeń, każde z nich boryka się z rozpoznaniem sensu w tym, co życie im zgotowało. Wydarzenia jednego zwyczajnego dnia w Nowym Jorku obracają się w niezapomniane doświadczenie, na zawsze przemieniające życie ich obojga. Książka została napisana w oparciu o scenariusz wielokrotnie nagradzanego filmu – laureata prestiżowej People’s Choice Award na Toronto Film Festival oraz nagród: Best Picture i Best Actor od MovieGuide.

Ta książka zostanie w Tobie na zawsze.

Opinie o ebooku Bella - Samson Lisa

Fragment ebooka Bella - Samson Lisa








Dedykacja od Lisy:

Dla Leigh Heller, która kocha życie


Prolog

N ikt się nie spodziewa, że to właśnie jego może spotkać, ale sądząc po tempie, w jakim populacja naszej planety wciąż rośnie, kogoś to spotkać musi. Nina nie mogła uwierzyć, że pod tym względem niczym się nie różniła od innych. I to by było na tyle, jeśli chodzi o wszystkie te banalne, dziecinne programy wmawiające jej, znowu i jeszcze raz, jaka to jest „wyjątkowa”.

Akurat. Wyjątkowa.

Jasne.

Nina siedziała skulona, rozgrzewając dłonie między kolanami, pomimo ciepłego dnia na zewnątrz. Pomieszczenie, w którym była, nie nastrajało optymistycznie: na ścianie tanie panele, podobne do tych, które jej sąsiad miał w swoim piwnicznym „klubie”, gdy dorastała, a u sufitu rzucające satynowy odblask anemiczne fluorescencyjne jarzeniówki. A do tego te okropne plastikowe krzesła! Ustawione w nierównych rzędach, jakby to, co miała zrobić, było przywilejem, a nie prawem, czymś, przy czym po prostu trzymasz buzię na kłódkę i stajesz grzecznie w ogonku, wdzięczna, że ludzie zechcieli ci pomóc, gdy byłaś w potrzebie.

Czyż ci ludzie nie zdawali sobie sprawy, że właśnie teraz pragnęła będzie czegoś więcej niż tylko jakiejś anachronicznej sterylności? Co było z nimi nie tak? Brzmieli tak opiekuńczo przez telefon; brzmieli różowo i koronkowo, i ciepło jak co najmniej 24 stopnie Celsjusza.

Pewnie kasa z jej portfela nie pójdzie na wystrój wnętrza. Ani na ogrzewanie.

Było jej bardzo zimno. Drżąc, rzuciła okiem na zebranych w poczekalni, dwie pary i dwie inne kobiety, tak samo samotne jak ona. Jedna przeglądała magazyn; druga wpatrywała się w podłogę. Wszyscy oni tkwili w swoich światach i każdy wiedział, czemu pozostali tu przybyli. Dla niektórych jednak była to tajemnica, którą wezmą ze sobą do grobu. Prawie mogli usłyszeć, jak innym pękają serca.

Powiedział, że przyjdzie, a ona mu zaufała. Jednak to już prawie pora, by wejść. Była pewna, że ci wszyscy ludzie tutaj byli superpunktualni, no, chyba że ktoś się namyśli i stąd ucieka. A on wciąż musi tu najpierw dotrzeć.

No, ale przecież Pieter ją zawiódł. Czemu José nie miałby również nawalić?

Nie, to było nie fair. José w ogóle nie był taki jak Pieter. Wszyscy w restauracji byli zdania, że José był trochę szalony. Dziś jednak znała go lepiej.

Wreszcie wpadł do środka, jej nowy przyjaciel, wnosząc ze sobą świeży powiew.

Usiadł tuż obok niej i ujął jej dłonie, spojrzała w jego niebieskawe oczy okolone ciemnymi rzęsami. – Przepraszam, że się spóźniłem. – Pochylił się ku niej i wyszeptał jej do ucha, jego oddech był ciepły, pachnący płynem do płukania ust: – Pozwól, żebym ci pomógł, Nina. – I wyszeptał jej coś jeszcze ze swoim kojącym latynoamerykańskim akcentem, coś, czego nie zdołała jednak usłyszeć, gdyż pielęgniarka wywołała jej imię.

Wstała. José podtrzymał ją, gdy ugięły się pod nią kolana; dotknęła jego ramienia i spróbowała się uśmiechnąć, gdy on wyciągnął ręce i objął ją. Po czym podążyła za szerokimi plecami pielęgniarki, której chirurgiczny kitel był, o ironio, zadrukowany kotkami. Nina spojrzała poprzez sufit ku niebiosom. Kotki. Czy to musiały być kotki?

Spojrzała przez ramię, gdy drzwi do korytarza za gabinetem chirurgicznym się zamykały. José wyciągał z kieszeni różaniec. Różaniec…? W tym miejscu…? A przecież odczuwała wsparcie dzięki jego modlitwie.

Rozebrała się więc całkowicie, czując się bardziej naga niż kiedykolwiek dotąd, wcisnęła się w szpitalny fartuch i czekała – wydawało się, że prawie tak długo, jak mieszkała w tym mieście. Położyła się płasko na stole, wpatrując w sufit, oczy nabiegły jej łzami i miała nadzieję, tak jak miliony innych kobiet przed nią, że ten zabieg sprawi, że wszystko odejdzie, a jutro życie wróci do normalności.

Zacisnęła dłonie w pięści, przypatrując się torbie ze swoim ubraniem przy drzwiach przebieralni.


Tydzień wcześniej

José przyszedł na cmentarz, jak przez większość poranków. Stał przy grobie, podczas gdy słowa jego babki wypełniały mu umysł, a bryza wczesnego poranka napełniała nos i płuca.

– Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach.

I nie było dnia, żeby José nie żył tymi słowami, unoszącymi się w jego myślach niczym biała mewa kołująca nad morzem, cicho przypominając mu o czterech latach spędzonych na wyspie Rikera[1].

Świeże listki kołysały się na drzewach wiśniowych, którymi obsadzone były aleje cmentarza.

O tak. Miał swoje plany. Jako chłopiec na ranczo w Meksyku dokładnie wiedział, kim chce zostać, jednak życie nie potoczyło się po jego myśli. Nigdy tak nie było. Życie zabiera cię do krawędzi miejsca, w które chciałeś dotrzeć, po czym odbija gwałtownie w lewo. Na całym świecie istniało ledwie kilkoro znajomych mu ludzi, którzy robili w swoim życiu dokładnie to, co chcieli. Niestety, byli nimi jego matka, jego ojciec oraz jego starszy brat, Manny.

A wszyscy inni? Nie. Większość z nich wydawała się jako tako sobie radzić, zupełnie jak on sam, pracując w mieście, odgrywając jakąś rolę i zastanawiając się, co miałby im do zaoferowania świat, jeśli nie zostaliby związani swoimi własnymi błędami.

– Jesteś takim przystojnym chłopcem – mawiała mu babcia, gdy dorastał. Jednak tamtego dnia na całej sali rozpraw nikt nie dbał o to, czy był przystojny, czy nie. Był winny i wtrącili go do więzienia. Każdego dnia José zdawał sobie sprawę, że w porównaniu z osobą, którą zabił, upiekło mu się. Cztery lata były niczym.

Przed granitowym nagrobkiem trawa już przerosła, delikatne wiosenne kiełki oplotły zeszłoroczne wysuszone źdźbła, a on klęknął i przeżegnał się, mając nadzieję, że jakimś cudem obrazy z jego głowy złożą się w modlitwę. To, co wydarzyło się tamtego dnia, znów przebiegło mu przed oczyma i modlił się do Boga, by wstrzymał czas i cofnął go. Bóg jednak tak nie działał, a przynajmniej José takiego działania nie doświadczył.

Czas iść do pracy. Nakreślił imię opuszkami palców, potem złożył róże przed małym nagrobkiem.

Wstał i strzepnął trawę ze swoich dżinsów. Różowość kwiatów krwawo naznaczyła zieleń nagrobnej trawy, podczas gdy wiosenny wiatr i żal, który w sobie wyhodował, załzawiły mu oczy.

José obiegł groby i pośpiesznie przebył alejki miejskiego cmentarza, przez metalową bramę, w kierunku stacji kolejki. Po ostatnich dwóch latach pielgrzymowania mógłby pokonać tę trasę z zawiązanymi oczyma.

Słońce wschodziło, nie patrząc na niego, lecz przesmykując się pomiędzy alejami i ponad płotami. José poderwał się do szybkiego marszu. Nie zdawał sobie sprawy, że był przy grobie aż tak długo. Manny będzie wściekły, jeśli w kuchni wszystko nie będzie grało. A Manny miał to, czego chciał: sukcesy, dobre konie i, no cóż, może nie harem kobiet, ale przecież i tak nie miał na nie czasu. Obaj bracia w ogóle nie byli do siebie podobni. I miało to swoje powody. Ale bynajmniej nie sprawiało, żeby praca dla brata była choć trochę łatwiejsza.

Gdy otwierał drzwi, przełączał światła i rozgrzewał kuchnię, miał już w myślach gotowe menu na kolację dla personelu. Potrafił karmić ludzi. Podtrzymać ich przy życiu jeszcze jeden dzień. To akurat potrafił.

Tak więc pichcił, siekał i mieszał, próbował i nakładał, każdego dnia, całe dnie, a spiekota kuchni sprawiała, że pocił się niemiłosiernie. Pot zalewał mu oczy, szczypiąc, a José pozwalał Manny’emu krzyczeć i wszczynać awantury, gdyż wiedział, że zasłużył na dożywotnią pokutę. A pokuta ta nie została narzucona przez księdza, lecz została mu zadana przez Boga. Czy raczej tak właśnie José zaczął uważać.


Nina

Miała nudności już od dwóch tygodni. Każdy ranek witała z głową nad sedesem, czując zapach porcelany mieszający się z wodą z ubikacji, nie ciężki ani obezwładniający, jak w którymś z tych szaletów z okolic Atlantic City, a jednak tego zapachu człowiek nie zdoła usunąć, choćby nie wiem jak mocno co tydzień szorował toaletę szczotką.

Te nikłe zapachy wydawały się rosnąć pod ciężarem żołądka tak rozstrojonego, że sama myśl o lazanii czy smażonej rybie, nie mówiąc o odorach z toalety, zginała ją wpół.

Krakersy.

Nina chwyciła paczkę solonych krakersów, pochłonęła trzy i skierowała się ku drzwiom, w dół po schodach, i na ulicę w środku poranka. Przynajmniej nadeszła wiosna, i do tego ciepła. Wcisnęła sweter do swojej dużej torby, w stylu plecaka. Nina uwielbiała wiosnę.

Urodziła się wiosną. Jednak jej urodziny przed tygodniem, wielkie dwadzieścia i pięć, mogły z powodzeniem uchodzić za najbardziej depresyjny dzień jej życia. Cassie, jej najlepsza przyjaciółka z liceum, dopiero co urodziła swoje pierwsze dziecko i oczywiście zadzwoniła do Niny, z fałszywym trylem w swoim głosie rozprawiając o Ninie wiodącej ekscytujące życie, samotnej w wielkim mieście, próbującej swoich sił w sztuce, no bo iluż ludzi posiada taką zaciętość, by wciąż przeć naprzód, na przekór wszystkiemu, ten szczególny rodzaj zawziętości? No, niesamowite.

Chłopak dorastający w sąsiednim bloku też obchodził dwudzieste piąte urodziny i był już na drugim roku prawa. Ryan zamailował do niej, tak jak zawsze, i pomyślała, że może zaprosi go na drinka po zakończeniu kelnerowania w „El Callejon”[2].

Gdyby wszystkie aleje byłyby tak miłe jak „El Callejon”, Nowy Jork byłby lepszym miejscem, bez dwóch zdań. Raz została napadnięta, dwukrotnie pozbawiona portmonetki, ale wciąż pozostała w tym mieście, które śpi z jednym okiem otwartym.

Bycie kelnerką. Wypożyczanie filmów. Tanie żarcie na wynos. Wspaniałe życie, Nina. Wspaniałe życie.

Zacisnęła zęby, mknąc po chodniku w swoim obficie zdobionym uniformie kelnerki, mnóstwo kolorowych kwiatów na czarnej tkaninie, na jej długiej spódnicy i koszuli. Ale przynajmniej pracowała w ekskluzywnej restauracji, gdzie pracownikom podawany jest obiad, zanim ruszą do pracy na sali i dadzą z siebie wszystko, by zadowolić Manny’ego lub po prostu w ogóle trzymać się od niego z daleka.

Nina zerknęła na zegarek i przyśpieszyła kroku. Chciała skręcić do apteki, wrócić do domu i się odświeżyć, spóźni się jednak więcej, niż zamierzała. Nikt jej nie mówił, jak bardzo męczą się kobiety w jej stanie. Przez ostatni tydzień czuła się tak, jak po pięciu podwójnych połączonych zmianach.

Potrzebuję tej pracy.

Okej, mogłaby pracować w każdej restauracji, ale podobało jej się w „El Callejon”. Personel był jej rodziną. Amelia obejmowała ją swoimi wielkimi ramionami, gdy była w dołku, przynosiła jej słodycze domowej roboty w wyjątkowe święta, pokazywała jej zdjęcia swoich dzieci. Carlos opowiadał najśmieszniejsze historyjki ze swojego życia na Kubie, a potem w Miami. Ten człowiek potrafił obśmiać kubański komunizm, zrobić z niego komedię, ale co jakiś czas zasłona wesołości spadała i dostrzegała u niego smutek z powodu rozłąki z rodziną. Wraz z żoną zaprosili ją na bożonarodzeniową kolację, ich dzieci całą ją oblazły, gdy z nimi się bawiła, pomagając im w składaniu nowych zabawek. Marco zaś mało mówił, ale jego oczy iskrzyły, gdy podawał jej talerze. Pepito, wiecznie słuchający sportu w swoim małym radiu tranzystorowym i pokrzykujący dobrodusznie na spikerów. Margarita, koleżanka kelnerka, piękniejsza, niż jej się to wydawało i słodsza niż ciastka Amelii. Czasami zbierały się w mieszkaniu którejś z nich, grając w scrabble czy boggle[3], tak że Nina mogła pomagać jej w angielskim.

No i był Pieter. Cóż, jego akurat mogła pominąć w mgnieniu oka. Szczególnie teraz.

Weszła do apteki jedną przecznicę od swojego mieszkania, przecisnęła przez tłumek przy kasie, poszła wzdłuż trzeciej alejki za żele do włosów, wybielające żele do zębów i w końcu stanęła przed testami ciążowymi, całą pięćsetką odmian w swoich schludnych, pogodnych małych pudełkach.

Czy seks z Pieterem był tego wart?

W żadnym razie. Za dużo wypiła na przyjęciu zorganizowanym przez niego w jego domu; za długo została, i wypiła jeszcze trochę, a potem, no cóż, stało się. – Upij się wystarczająco i bądź wystarczająco osamotniona, a każdy się nada – powiedział jej kiedyś któryś z przyjaciół. Nie wierzyła mu, teraz jednak uświadomiła sobie, że miał rację. Nina nie umawiała się z nikim przez ponad rok. A gdy Pieter znowu chciał z nią poszaleć, powiedziała: tak.

Wciąż nie potrafiła rozgryźć dlaczego i krytykowała się za to raz po raz.

Czy Pieter w ogóle poważnie ją traktował? Nie, i nigdy nawet nie udawał. Nie chciał mieć z nią dziecka, a nawet jeśli już, Pieter byłby beznadziejnym ojcem. Pytanie brzmiało: czy ona chciała mieć z nim dziecko?

Oczywiście, że nie. Na sto procent nie. Gdyby dziecko się pojawiło, byłby dla niego zbyt surowy. Zawsze przesiadywał w restauracji, podlizując się szefowi. To ona musiałaby nauczyć dzieciaka grać w bejsbol, a zupełnie nie miała talentu do sportu. Musiałaby mu pomagać w matmie, choć sama nigdy nie potrafiła rozwiązać najprostszego równania.

Kiepski ojciec, pomyślała i wyciągnęła rękę ku jednemu z pudełek. Jak i kiepska matka.

Niezły zestaw, Nina.

Podniosła jedno z pudełek i znów je odłożyła. Wyglądało zbyt skomplikowanie. Następne, fioletowe, z dużymi różowymi bąbelkami, jakie zabawne! Hurra!

No tak, prawda. Postukała pudełkiem o palce. Niektórzy ludzie naprawdę mieli nadzieję na pozytywny wynik. Stoją więc dokładnie w tym samym miejscu gdzie ona, przejęci i podekscytowani, bladzi albo zarumienieni, gdyż, wiesz, próbowali; mierzyli temperaturę, by sprawdzić, czy są w trakcie owulacji. Nie modlili się przy każdym pójściu do toalety, by po podtarciu się papier toaletowy był zakrwawiony.

No cóż, była zmęczona tym stresem. Najlepiej mieć to za sobą.

Podeszła do kasy, czekając, aż starszy pan w żółtym prochowcu i spodniach w kratę zapłaci za kubek przypalonej kawy i torebkę czekoladowych pączków, i uśmiechnęła się do niego. Nina zawsze uśmiechała się do ludzi, którzy wyglądali na smutnych i niezbyt przystosowanych do chodzenia po ulicach, oddychania, jedzenia czy spania. Wiedziała, że mnóstwo ich łączy.

Wyszedł ze sklepu, salutując do swojej czapki, rozpoznawszy w niej członkinię klubu. Dobrze. Przynajmniej to działało.

Głęboko żałując, że nie ma na palcu obrączki, przekazała różowobąbelkowe pudełko z testem Carli, kasjerce. Spróbuje zrobić wrażenie szczęśliwej, przez co nie zostanie zaszufladkowana jako ktoś, kto prześpi się po prostu z każdym. Nie była przecież taką osobą, ale Carla mogła tego nie wiedzieć. Nina gotowa była iść o duży zakład, że jeśli Carla miała dzieci, urodziła je prawidłowo – w ramach małżeństwa. Owszem, wydawało się, że społeczeństwo było obecnie bardziej przyjazne młodym matkom. Aż do czasu, gdy to ty byłaś w ciąży, a wtedy – bum! – odczuwałaś ten stygmat głęboko, aż po czubki palców. No dobrze, może już nie wyganiano cię z wioski za niemoralne prowadzenie się; ale w tych czasach po prostu czułaś się głupio, że za mało zadbałaś o zabezpieczenie.

No i gdzie podziała się ta nauczycielka etyki, która mówiła, by zaczekać, „aż będziesz gotowa” na seks z mężczyzną? Dlaczego panna Farley nigdy nie dokończyła równania, w którym mężczyzna + kobieta = całkiem prawdopodobnie kolejny mężczyzna lub kobieta, w zależności od tego, który chromosom wyszedł tego dnia od faceta? Kolejny mężczyzna lub kobieta, którzy będą od ciebie całkowicie zależni? Którzy całym swoim 3,5-kilogramowym ciężarem mogli przejąć kontrolę nad każdą, najmniejszą nawet częścią twojego życia? Gotowa? Czy kelnerka, niemająca ambitnych planów i niezamężna, która nie miała koło siebie faceta wartego małżeństwa, była gotowa? Tak, panno Farley, a co z zapłaceniem za pudełko z testem ciążowym? No więc?

– To będzie 12 dolarów i 63 centy – powiedziała Carla. Carla pracowała tu latami. Obdarzyła Ninę półuśmiechem. Nina nie miała jej za złe, że nie był to szeroki, serdeczny uśmiech – któż chciałby być zamknięty w aptece w taki piękny dzień?

Zaczęła grzebać w torebce. Portfel, portfel, portfel. Gdzież on jest?

O nie! Na stoliku do kawy. Wsunęła go do tylnej kieszeni swoich dżinsów wczoraj wieczorem, gdy przybiegła tu, do tego sklepu, po aspirynę. Po czym wyciągnęła go, gdy wróciła do domu i położyła tuż obok akurat czytanej powieści.

Podniosła głowę. – Nie mogę w to uwierzyć. Chyba zostawiłam go w domu.

Nina grzebie w kieszeni spódnicy, wyciągając kilka napiwków, które wsunęła tam ubiegłej nocy – parę jednodolarówek, jakieś drobne. Carla zerka niespokojnie ponad ramieniem Niny, gdzie kolejka wciąż rośnie.

Tuż za nią jakiś starszy jegomość chrząknął znacząco. Zerknęła na niego. Co jest grane, jakiś zjazd staruszków? Tym razem jednak bez czekoladowych pączków.

– Czy mogłabym wrócić i zapłacić ci później? Mieszkam niedaleko.

– Wiem. W porządku. Tobie pozwalam. Moja zmiana kończy się o czwartej.

– Dzięki.

Tobie pozwalam. Zawsze to miło usłyszeć, zwłaszcza gdy czujesz, że twoje życie dowodzi, że jest zupełnie inaczej.

Nina wsuwa pudełko do torby i podąża z powrotem za róg naprzeciw strumienia pieszych i wyobraża sobie siebie, kobietę ubraną w olbrzymie haftowane kwiaty, rozdzielającą wody w morzu ciemnych, poważnych garniturów. Wbiega na schody swojego mieszkania.

Powinna być w pracy już dwie minuty temu.

Nic więcej jednak nie gra roli, nic poza poznaniem prawdy. No cóż, właściwie chodzi o upewnienie się co do niej. Jakby to było kiedykolwiek możliwe.


Celia

Papierowy motyl leżał na kamienistym betonie na chodniku z tyłu domu, ze skrzydłami wzniesionymi w kierunku nieba, najczystszego tego lata. Celia podniosła go, jego księżycowozielone skrzydła zatrzepotały na letnim wietrze. Lucinda, jej córka, sięgnęła po motyla, ujmując go delikatnie między swój kciuk i palec wskazujący.

– Co to jest? – Celia zapytała swoją trzylatkę, zbliżając kamerę do oka i naciskając czerwony guzik nagrywania. – Motyl! – Wyciągnęła go ku kamerze matki. Celia przybliżyła widok, nagrywając okrągłą buzię swojej małej córeczki, miękkie, proste linie jej brwi poniżej środkowej części jej brązowych włosów ściągniętych w tył w kucyki. Słodki uśmiech, a poniżej wyraźnie zarysowana broda. A te policzki… Celia czasem prawie mogła je zjeść. – Jaki to kolor, Luczi?

– Różowy. – Jej ciemne oczy błyszczały spod szerokiego, bladego czoła. Celia naprawdę nigdy nie widziała ładniejszej dziewczynki. Była prawdopodobnie nieobiektywna, jednak uważała, że tu akurat ma rację.

– Nie…

Otóż może była przeurocza, ale co do uczenia się kolorów…

Celia obserwowała swoją córkę okiem kamery, gdy podnosiła motyla. Mała twarzyczka Luczi uśmiechała się tuż przy papierowym owadzie; jej ciemne, lśniące włosy migotały obok rozlanej, ciemnej lekkości skrzydeł motyla. Znalazła go w sklepie „Wszystko za dolara” na swojej ulicy.

– Zielony! – zawołała Lucinda.

– Tak jest! Dobrze, a teraz: co robią motyle?

– Fruwają!

– Super, fantastycznie! – Czasami Celia patrzyła na Lucindę z podziwem, pamiętając, jak jej siostra i przyjaciółki mówiły, że nie można uświadomić sobie, jak bardzo potrafi się kochać do momentu, kiedy nie urodzi się dzieci, i każdy przejmujący ból, każdy moment niepewności był tego wart.

– Aż do chmur?

– Aż do chmur!

I miały rację.

To był wyjątkowy dzień, stwierdziła Celia. Trochę się bawiły, wyszły na spacer, zamówiły pizzę. Nigdy nie zamawiały pizzy. Celia pracowała nieopodal w sklepie z obuwiem. Nawet kupowanie jedzenia na wynos było luksusem. Nie miało to jednak znaczenia. Lucinda prawie tak samo uwielbiała mrożoną pizzę. A Celia pozwoli motylowi oglądnąć „Piękną i Bestię” razem z nimi, gdyż wiedziała, że Lucinda właśnie o to będzie prosić. Ten zwariowany motyl leżakował obok Lucindy na oparciu kanapy przez cały ubiegły tydzień.

Lucinda obracała się w kółko i tańczyła razem z motylem. Podskakiwała jak mała skacząca fasolka, a jej skóra błyszczała w gorącym, letnim słońcu. Celia wciąż nagrywała. Miała uczucie, że nigdy, przenigdy nie chce zapomnieć tego dnia.


José

Nienawidziła tej łazienki, niebieskich stiukowych ścian, starej lustrzanej szafki na lekarstwa, pudła na cukier, którego używała jako kosza na śmieci. Jeśli toaleta jest w samym środku, po prostu coś jest nie tak, a Bóg niech błogosławi osobie, która przymocowała nad nią pokrywę w muszelki. Nina potrzebowała jak najczęstszych przypomnień o plaży.

Właśnie wtedy zatęskniła za swoim ojcem, za jego falowanymi blond włosami odbijającymi słońce, jego zielonymi oczami ukrytymi za świetnymi RayBans’ami, tymi zniszczonymi szortami khaki, które zawsze nosił latem. Gregory Daniels nie był najlepszym ojcem na świecie. Co jakiś czas nasłuchała się od niego, gdy wróciła za późno do domu lub wyczuł w jej oddechu alkohol; uziemiał ją jednego wieczoru, by odwoływać to następnego; czasami sam nieco za dużo popijał; od czasu do czasu przegapiał jej występy taneczne. Potrafił się jednak śmiać; umiał zebrać jej dłonie w swoje i zrobić trik, coś, czego nauczył się w swojej rodzinnej Karolinie Południowej. Tańczyli triple-steprock-step[4] na drewnianej podłodze kuchni do „Under the Boardwalk”.

Czasem zabierał ją na plażę i tam opowiadał o swoich poglądach na życie, co czyni człowieka szczęśliwym, dlaczego miłość zwykle spada na nas niespodziewanie.

– Dlaczego? – zapytała go któregoś dnia, gdy siedzieli, jedząc lody, olbrzymie porcje w chrupiącym wafelku. Uświadomiła sobie, że chyba zapamiętała je jako dwukrotnie większe, niż były w rzeczywistości. Miała jednak do tego prawo. – Dlaczego tak się dzieje?

– Ponieważ większość z nas jest przekonana, że jeśli ktoś pozna prawdę o nas, ucieknie z krzykiem. Znajdź mi kogoś, kto nie jest przerażony prawdą o tobie, Nina. A gdy tak zrobisz, Boże broń, nie żeń się z nim! To wszystko zrujnuje.

– Naprawdę?

Objął ją swoim ramieniem. – Nie, żartuję.

Nina stała przy starym, kwadratowym porcelanowym zlewie, z odpływem okolonym rdzą i zatyczką, z której regularnie co trzy sekundy kapała woda. Przeczytała wskazówki zestawu testowego ze zdenerwowaniem, wprawiającym papier w drżenie. Zapamiętała instrukcje, potem je wyrzuciła, wraz z pudełkiem, do kosza na śmieci. Instrukcje nigdy nie były czytelne i nigdy nie mówiły wprost: „Nasiusiaj na patyczek”, choć przecież mogłyby. O tym właśnie mówiły wszystkie kobiety, gdy pytały o zakup: – Czy używałaś tego rodzaju, gdzie siusiasz na patyczek?

Tak więc Nina nasiusiała na patyczek. Miała przy tym nadzieję, że może chociaż ten jeden raz los będzie po jej stronie.

Życie Niny nie biegło według planu, ponieważ był on tak kiepski, że nie nadawał się do zastosowania. Właśnie to powiedziała jej matka, tego samego dnia, którego Nina spakowała największą walizę, jaką mogła znaleźć, i wyprowadziła się do Nowego Jorku. No doprawdy, kto usiłowałby robić tam karierę tancerki? Na pewno nie normalni ludzie. Normalni ludzie chadzali do klubów na przedmieściach swoich własnych miasteczek, co w jej wypadku oznaczało Filadelfię, a inni podziwiali ich żwawość i wigor, i tańczyli tam w swoich pięknych butach, niemniej wciąż w butach z półki w zwykłym sklepie obuwniczym. Nie mieli bladego pojęcia o tym, jak wykonać idealny paddle-and-roll czy riff-drop[5]. I ci sami ludzie następnego dnia szli z powrotem do biura czy klasy w szkole, czy salonu wystawowego.

Oto, co robili normalni ludzie, co robili myślący, rozsądni ludzie.

I byli w tym dobrzy, filozofowała Nina, spoglądając na drugą wskazówkę na swoim zegarku. No dalej, kto obsługiwał stoliki przez cztery lata w nadziei na… na co, Nina? Dwa lata temu przestała już nawet chodzić na przesłuchania; głosy jej matki i zwykłych ludzi, co to już dawno temu zadowolili się codzienną monotonią, w końcu przeciągnęły ją na swoją stronę. W monotonii tkwiła tajemnica życia, prawda? Nigdy się nie wychylali, więc nigdy nie przegrywali. Od początku wiedzieli lepiej. A poza tym człowiek jest w stanie znieść tylko określoną liczbę odmów, a tak wielu reżyserów czy choreografów nawet nie starało się być przy tym miłymi. Zwyczajne „nie, dziękuję” już by wystarczyło, zamiast małych dawek okrucieństwa, używanych przez niektórych z nich, by kosztem innych ludzi sprawiać wrażenie błyskotliwych i bystrych. No dobrze, może jej kosztem. Być może część pozostałych tancerzy potrafiła puścić w niepamięć zjadliwe afronty, lecz w niej tamte słowa wciąż jątrzyły, mówiąc jej, by po prostu o tym wszystkim zapomniała. Nie wiedziała, dlaczego dała tym głosom aż taką władzę, dlaczego nie nauczyła się słuchać swojego serca, podszeptującego jej o trzymaniu się marzeń. W tych dniach jednak, przy dwudziestu i pięciu latach na karku, no cóż, czuła się staro.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com