Ballada. Taniec mrocznych elfów - Maggie Stiefvater - ebook
Wydawca: ILLUMINATIO Łukasz Kierus Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 345 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ballada. Taniec mrocznych elfów - Maggie Stiefvater

Maggie Stiefvater w humorystyczny i zarazem bardzo nastrojowy sposób, ponownie wprowadza nas w świat magii, oraz wyjątkowych istot, które mogą znajdować się zaskakująco blisko, jednakże istnienia których nie podejrzewaliśmy.

Fabuła powieści osadzona jest w świecie ludzi, jednak losy dwójki głównych bohaterów – Jamesa i Deirdre – po raz kolejny splatają się z magicznym światem Faerii, zamieszkiwanym przez Fejów, nadprzyrodzone istoty wywodzące się z mitologii celtyckiej. Jedną z przedstawicielek Faerii jest Nuala – muza, która pomaga najbardziej utalentowanym ludziom tworzyć nieprawdopodobnie piękne utwory, ale zabiera artyście duszę, oraz żywi się jego twórczą energią. Na swą kolejną ofiarę wybiera Jamesa. Komponują wspólnie balladę, ale nieoczekiwanie pomiędzy Nualą i Jamesem rodzi się uczucie… Jednocześnie nawiedzany przez wizje James, uświadamia sobie, że Deirdre i Nuala są ścigane przez mrocznych Fejów, ze strony których grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo.

Maggie Stiefvater – młoda amerykańska pisarka, która wstrząsnęła światem literatury. Swoją przygodę pisarską rozpoczęła serią książek o wróżkach z nutą celtyckiego folkloru i muzyki irlandzkiej, z których pierwszą zatytułowała Lament. Z portrecistki przeistoczyła się w pełnoprawną pisarkę. Od kilku lat jej książki, m.in. Ballada, Drżenie czy te z cyklu o krukach, biją rekordy poczytności na całym świecie, wiele z nich zyskało status bestsellerów. Na polskim rynku zaistniała dzięki trylogii, serii wpisującej się w nurt fantastyki wilkołaczej, napisanej wraz z Mercy Falls. Stiefvater jest młodą hippiską. W wieku lat 16 swoje pierwsze imię Haidi zmieniła na Maggie. Mieszka w Wirginii z mężem, dwójką dzieci oraz dwoma neurotycznymi psami i jednym szalonym kotem. Mówi o sobie, że jest zapaloną czytelniczką, wielokrotnie nagradzaną artystką kolorowego ołówka. Chwali się umiejętnością gry na kilku instrumentach, w tym na celtyckiej harfie, fortepianie oraz dudach, oraz wykonywaniem wielkiej rozmowy koktajlowej.

Opinie o ebooku Ballada. Taniec mrocznych elfów - Maggie Stiefvater

Fragment ebooka Ballada. Taniec mrocznych elfów - Maggie Stiefvater



















































Leanan Sidhe[1]

Przywykłam do roli łowczyni. Jeśli zobaczyłam coś, czego zapragnęłam, węszyłam, tropiłam to, a w końcu przywłaszczałam.

„To”, czyli „jego”, oczywiście. Lubiłam młodych, zdolnych, płci męskiej. Jak najprzystojniejszych. To dodawało smaku. Musiałam na nich patrzeć, nim umrą, więc czemu nie mieliby być ładni?

Nie byłam okrutna. Byłam szczodra. Wszyscy oni błagali o to, co im ofiarowałam: piękno, inspirację, śmierć. Zmieniałam zwyczajne życie każdego z nich w coś niezwykłego. Nie mogło ich spotkać nic lepszego – żadnego z nich.

Tak naprawdę byłam nie tyle łowczynią co dobroczyńcą.

Ale dzisiaj, w tym jesiennym lesie, nie byłam ani jednym, ani drugim. Ktoś mnie wezwał, wyrwał z mojej nieuchwytnej i niewidzialenj formy, aż znalazłam się w realnym ciele. Nie widziałam nikogo, ale ciągle wyczuwałam resztki czaru. Słyszałam własne kroki na suchych liściach i niepokoił mnie ich dźwięk. Czułam się bezbronna w tym krwawoczerwonym lasku, zbyt hałaśliwa i dobrze widoczna w postaci śmiertelnej dziewczyny – i nie byłam do tego przyzwyczajona. Dookoła czuć było palonym tymiankiem i liśćmi, czarami wezwania i jesiennymi ogniskami. Kiedy tylko zdołam zaczepić się o jakąś ludzką myśl, ucieknę stąd.

– Witaj, fejo.

Odwróciłam się i zdążyłam jedynie zobaczyć żelazny pręt zbrojeniowy walący mnie prosto w twarz.


James

Muzyka to moje życie.

Przed złożeniem dokumentów przeczytałem wszystkie broszury o szkole muzycznej Thornking-Ash. Dowiedziałem się, że szkoła będzie rozwijała nasze dobrze zapowiadające się zdolności muzyczne. Obiecywano naukowe wyzwania. Broszurki snuły wizje wszechstronnie utalentowanych supernastolatków, którzy po zakończeniu szkoły średniej władają umiejętnościami naukowymi, pozwalającymi pokonać elitarne uczelnie Ivy League jednym ciosem przedmiotów nadprogramowych.

Myślałem sobie wtedy: „No fajnie”. Poza tym Dee się tam wybierała, więc ja też musiałem.

Tak jednak było, zanim faktycznie wyjechałem. Na miejscu okazało się, że szkoła to szkoła; Margaret Thatcher powiedziałaby: „Jak zwał, tak zwał”. Owszem, byłem w Thornking-Ash dopiero siódmy dzień, więc może nie miałem pełnego obrazu, ale cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną, i szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziałem, jak zajęcia z teorii muzyki i spanie w internacie miało odróżniać nas w jakikolwiek sposób od uczniów zwykłej szkoły średniej.

Czułbym się chyba inaczej, gdybym grał na jakiejś cholernej wiolonczeli albo czymś takim: mógłbym wtedy dołączyć do jednego z ośmiu milionów zespołów działających w kampusie. Kiedy ludzie mówią „muzyk”, jakoś nigdy nie mają na myśli dudziarza.

Jeśli jeszcze raz usłyszę „muzyk ludowy”, to komuś przyłożę.

W każdym razie od pierwszego do szóstego dnia byliśmy (ja i reszta klasy) „wprowadzani”. Poznawaliśmy miejsca, w ktorych się odbywają zajęcia, jak nazywają się nauczyciele, kiedy w stołówce są podawane posiłki, dowiedzieliśmy się też, że drzwi na czwartym piętrze w moim internacie się zacinają. Piątego dnia wiedziałem już, o co chodzi. Szóstego weszło mi to w nawyk. Siódmego – zacząłem się nudzić.

Tego właśnie wieczora siedziałem w samochodzie mojego brata i słuchałem muzyki – chociaż serwowanej na wściekło – pobrzmiewającej nutą tęsknoty. Przeczytałem gdzieś o tym, jak naukowcy przeprowadzali badanie, w czasie którego jednej grupie szczurów puszczali rocka, a drugiej – muzykę klasyczną. Nie pamiętam szczegółów, ale po kilku tygodniach eksperymentu szczury, które słuchały muzyki klasycznej, spokojnie wspinały się po drabinie kariery i nosiły skarpetki do sandałów, a szczury, którym puszczano rocka, stały się kanibalami i rozrywały się na kawałki. Nie jestem pewien, co miał udowodnić ten eksperyment i nie orientuję się, czego słuchały „rockowe” szczury. Wiem tylko, że gdybym musiał słuchać bez przerwy Pearl Jamu przez dwa tygodnie, to też zjadłbym swojego współlokatora.

Tak czy siak był to na pewno siódmy wieczór, bo miałem siedem znaczków na wierzchu prawej dłoni. Sześć pionowych kresek i jedna pozioma, która je przekreślała. Siedząc w swoim własnym małym świecie o szarym wnętrzu, podkręciłem basy tak bardzo, że czułem je w pośladkach. W internacie obowiązywał nakaz zachowania ciszy, zwłaszcza kiedy uczniowie mieli ćwiczyć, więc trudno było znaleźć miejsce, żeby posłuchać muzyki. To właśnie nazywa się ironia.

Patrzyłem, jak zachodzące słońce zostawia czerwoną smugę za budynkiem internatu. W przeciwieństwie do innych georgiańskich gmachów z kolumnami ten nie rościł sobie jakichkolwiek pretensji do bycia ładnym. Było to zwykłe pudełko z tysiącami niemrugających oczu w postaci okien.

Muzyka w samochodzie grała tak głośno, że z początku nie usłyszałem pukania w okno. Twarz pukającego dziwnie mnie zaskoczyła: okrągła, pospolita, niepewna siebie. To był Paul, mój współlokator, który grał na oboju.

W szkole sądzono chyba, że się dogadamy, bo obydwaj gramy na instrumentach dętych, bo poza tym kompletnie nic nas nie łączyło. Otworzyłem okno.

– Chcesz do tego frytki? – zapytałem.

Paul roześmiał się o wiele głośniej, niż wymagał tego żart, i zrobił minę, jakby był z siebie dumny. Chyba się mnie bał.

– Dobre, stary.

– Do usług. Co tam?

– Szedłem właśnie do pokoju, żeby zrobić… no wiesz. – Pomachał zeszytem, jakby miało mi to coś powiedzieć. – Zadanie z różniczkowania. Nadal chcesz się tym zająć?

– Chcę? Nie. Muszę? Tak. – Ściszyłem radio. Nagle zdałem sobie sprawę, że mimo gorąca mam gęsią skórkę. Wystawiłem rękę na zewnątrz samochodu. Moja podświadomość jasnowidza szeptała w niezrozumiałym języku, zalewając mnie falą zimna, i dyskretnie ostrzegała: „Dzieje się tu coś niedobrego”. Było to uczucie, które uznałem już za przeszłość, bo nie czułem tego od początku wakacji. Zmusiłem się, by spojrzeć na Paula. – Tak, jasne.

Na twarzy chłopaka pojawił się wyraz ulgi, jakby się spodziewał, że mu odmówię. Zaczął paplać o naszym nauczycielu, o różniczkowaniu, o kolegach z klasy. Gdybym nawet nie był skupiony na tym, jak lodowata strużka potu spływa mi po skórze, nie zwróciłbym uwagi na jego gadaninę. Ludzie za dużo mówią; jeśli posłucha się tylko początku i końca, środkiem wypowiedzi nie trzeba się zajmować. Nagle jedno sformułowanie Paula zwróciło moją uwagę, jakby jeden głos oderwał się od pozostałych. Przekręciłem gałkę i wyłączyłem radio.

– Powiedziałeś: „Tak śpiewają zmarli”.

Paul zmarszczył brwi.

– Co?

– Tak śpiewają zmarli. Powiedziałeś to?

Pokręcił stanowczo głową.

– Nie. Powiedziałem: „To śpiewają z nami”. Miałem zajęcia ze śpiewu z nut. Prowadzi je…

Otworzyłem drzwiczki i pokiwałem głową, zanim skończył zdanie. Nawet bez radia słyszałem muzykę. Ciągnęło mnie do niej, była ważniejsza, niż Paul kiedykolwiek mógł się stać.

Spróbowałem dobrać słowa i odezwać się do niego pełnym zdaniem.

– Hej, spotkamy się w pokoju za parę minut, dobra? Za parę minut.

Zupełnie jakby to źle usłyszane sformułowanie: „Tak śpiewają zmarli” otworzyło drzwi, przez które zaczęła dobiegać muzyka. Niecierpliwa nachalna muzyka: wznosząca się molowa melodia z mnóstwem dziwnych archaicznych alteracji. Nucona niskim męskim głosem, który przypominał mi wszystko, co niedostępne. Paul wybąkał słowa zgody, a ja wysiadłem z samochodu, zatrzaskując drzwi.

– Muszę biec – powiedziałem.

– Nie wiedziałem, że biegasz – odrzekł Paul, ale mnie już nie było.

Popędziłem przez parking koło kwadratowych internatów, minąłem Kolegium Yanceya z kremowymi kolumnami i Kolegium Sewarda z fontanną ze śmiejącym się satyrem. Moje trampki klapały po wykładanym kostką chodniku w rytm pieśni, poddając się jej przyciąganiu.

Muzyka przybierała na sile, mieszając się z tą w mojej głowie – tkaniną jasnowidzenia, która dawała orientację, podpowiadając, gdzie jest moje miejsce na ziemi. Brukowany chodnik skończył się, ale ja biegłem dalej, potykając się w nierównej, wybujałej trawie. Czułem się tak, jakbym zeskakiwał z krawędzi świata. Popołudniowe jesienne słońce jaśniało zza pagórków, a ja zdołałem tylko pomyśleć, że jestem spóźniony.

I oto nadszedł – kimkolwiek był – oddalony, ledwie dostrzegalny na wzgórzach. Był właściwie sylwetką, ciemną postacią nieokreślonego wzrostu, zarysowaną na bezkresnym grzbiecie wzgórza oślepiającego złota. Jego ręce były wyciągnięte wzdłuż boków, opadając w dół w geście zdającym się nakazywać ziemi, by znieruchomiała. Zanim oddalił się na tyle, że przestałem go dostrzegać na tle ciemnych drzew, zatrzymał się.

Muzyka brzmiała dalej, była głośna, słyszałem ją jakby w słuchawkach, jakby mój mózg tworzył ją dla siebie samego. Ale teraz już wiem, że nie była skierowana do mnie. Była przeznaczona dla kogoś lub czegoś innego. Po prostu miałem pecha ją usłyszeć.

Czułem się zdruzgotany.

On odwrócił się w moją stronę. Przez dłuższą chwilę stał przodem do mnie. Byłem przykuty do ziemi, zakotwiczony w niej, ale nie przez jego muzykę, która zagłuszała muzykę w mojej głowie i ciagle wzywała: „Rośnij, wstawaj, chodź”, tylko przez jego niezwykłość – przez palce, rozpostarte nad ziemią, jego ramiona, kanciaste, świadczące o sile i niezwykłości, a przede wszystkim przez olbrzymie, sękate poroże wyrastające z jego głowy, rozpościerające się na tle nieba jak gałęzie.

Potem zniknął. Nie zauważyłem jego odejścia i zabrakło mi jego obecności w chwili, kiedy słońce zapadło za krawędź pagórka, pozostawiając świat zmierzchowi. Zostałem, lekko zdyszany, czułem pulsowanie w bliźnie nad lewym uchem. Wpatrywałem się w miejsce, gdzie wcześniej stał. Nie mogłem się zdecydować, czy żałuję, że zobaczyłem rogatą postać i chciałbym wrócić do codzienności, czy wolałbym dotrzeć tu wcześniej, aby się dowiedzieć, dlaczego znowu widzę takie postaci.

Trzeba było wracać do szkoły, ale zanim zdążyłem się odwrócić, coś twardego szturchnęło mnie na wysokości pasa i ledwo utrzymałem równowagę. Właścicielka ciała wydała okrzyk: „O Boże, przepraszam!”.

Głos był znajomy: to Deirdre. Moja przyjaciółka. Czy mogłem ją nadal tak nazywać?

– Nic się nie stało – wydusiłem. – Nie potrzeba mi do życia obu nerek.

Deirdre obróciła się. Miała zarumienioną twarz. Mina zmieniła jej się tak szybko, że zdążyłem zapomnieć, jaka była wcześniej. Nie mogłem oderwać od niej oczu. Widziałem ją ostatnio w wyobraźni tyle razy – zwłaszcza jej szare oczy dominujące nad drobną twarzą – że dziwnie było zobaczyć ją na jawie.

– James, James! Widziałeś Ich? Musieli przejść tuż obok ciebie!

Byłem zmuszony wziąć się w garść.

– Jacy Oni?

Odsunęła się ode mnie, mrużąc oczy, by spojrzeć na wzgórze, w stronę, gdzie powoli zapadał zmrok.

– Fejowie. Nie wiem… Czterech? Pięciu?

Przerażała mnie totalnie; poruszała się tak szybko, że jej krótko obcięty ciemny kucyk zataczał kółka.

– Dobra, Dee, czekaj, stój spokojnie. Dostanę przez ciebie choroby morskiej. Jak to fejowie? Znowu?

Deirdre zamknęła na chwilę oczy. Kiedy je otworzyła, nie była już taka narwana.

– Głupota. Wariuję chyba po prostu. Mam wrażenie, że widzę Ich wszędzie.

Nie miałem pojęcia, co powiedzieć. W sumie boleśnie było patrzeć na nią w sposób, o jakim już zapomniałem. Czułem się jakby ktoś wyciągał spod mojej skóry powoli drzazgę. Dziewczyna pokręciła głową.

– Jak można być takim głupkiem? Naprawdę od wieków cię nie widziałam, a już kwiczę w ciągu pierwszych pięciu minut. Powinnam wyłazić ze skóry z radości. Przepraszam, nawet nie miałam okazji się jeszcze z tobą spotkać.

Pomyślałem przez moment, że po „przepraszam” będzie coś jeszcze. Coś głęboko znaczącego, co udowodni, że ona rozumie, jaką sprawiła mi przykrość.

Kiedy się tak nie stało, naprawdę miałem ochotę się naburmuszyć i sprawić, żeby jej było źle, ale nie miałem na to dość odwagi. Zamiast tego przybyłem z pomocą jak szarmancki masochistyczny idiota, którym zresztą jestem.

– Cóż, w folderach stało przecież jak byk, że kampus ma ponad piętnaście akrów. Mogliśmy się tu mijać całymi latami.

Deirdre przygryzła wargę.

– Nie miałam pojęcia, że plan zajęć będzie taki pokręcony. Ale… no… cieszę się, że cię widzę.

Nastała długa niezręczna cisza i zazwyczaj byśmy się uścisnęli. Tak było aż do ostatnich wakacji, aż do Luke’a i mojego SMS-a, o którym żadne z nas nie umiało zapomnieć.

– Ale się opaliłaś – powiedziałem. Kłamstwo, Dee się nie opalała.

Dee niby się uśmiechnęła.

– Ostrzygłeś się.

Przesunąłem ręką po głowie, zatrzymując palce nad świeżą blizną nad uchem.

– Musieli mi ją ogolić, żeby założyć szwy. Zgoliłem całą, żeby było równo. Chciałem sobie wygolić moje inicjały, ale pewnie cię to zdziwi, dopiero wówczas do mnie dotarło, że brzmią one „JAM”, zupełnie jak „dżem”. Upokarzające.

Dee się roześmiała. Absurdalnie, ale sprawiło mi to przyjemność.

– Nawet do ciebie pasuje – powiedziała. Patrzyła na moje ręce i na bazgroły pokrywające je aż do nadgarstków. Nie zostało dużo wolnego miejsca. Chciałem się dowiedzieć, co u niej, zapytać o fejów, o SMS-a, ale nie mogłem powiedzieć niczego ważnego.

– Lepiej do mnie niż do ciebie.

Roześmiała się znowu, nie był to prawdziwy śmiech, ale nie szkodzi, bo tak naprawdę nie chciałem zabrzmieć zabawnie. Chciałem po prostu coś powiedzieć.

– Co wy tu robicie?

Oboje z Dee odwróciliśmy się i stanęliśmy twarzą w twarz z nauczycielką Eve Linnet. To ta od dramaturgii. W słabym oświetleniu przypominała małego bladego ducha. Jej twarz może byłaby ładna, gdyby nie ten grymas:

– To nie jest teren szkoły.

Coś mi nie pasowało, chociaż jeszcze nie wiedziałem co. Linnet przyszła ze strony wzgórz, nie od szkoły. Wysunęła szyję, wydawało się, że dopiero teraz zauważyła Deirdre. Twarz Dee była czerwona, jakbyśmy zostali przyłapani na czymś niewłaściwym.

– Nie wiem, do jakich szkół wcześniej chodziliście, ale tu nie pozwala się na takie zachowanie – powiedziała kąśliwie.

Aż do ostatnich wakacji zażartowałbym jakoś na temat mnie i Dee – że jestem niewolnikiem jej miłości od urodzenia albo że nic się nie dzieje, bo Dee jest uczulona na pewne chemikalia wydzielane przeze mnie. Ale powiedziałem tylko: „To nie to, co pani ma na myśli”.

Wiem, że to brzmiało jak przyznanie się do winy, i ona na pewno też tak pomyślała, bo odrzekła: „Och, tak? To co wy tu robicie?”.

Bingo. Popatrzyłem w stronę wzgórz, a jej wzrok od razu podążył za moim.

– Czekaliśmy na panią.

Dee spojrzała na mnie ostro, ale nie tak jak pani Linnet. Tamta miała zły czy też zalękniony wyraz twarzy. Przez dłuższą chwilę nic nie mówiła. W końcu odezwała się:

– Nikt z nas nie powinien teraz tutaj być. Wracajmy do internatu, a ja po prostu zapomnę o całej sprawie. To bardzo zły początek roku szkolnego.

Kiedy pani Linnet odwróciła się, by nas odprowadzić do szkoły, Dee posłała mi pełne podziwu spojrzenie, a potem przewróciła oczami w stronę nauczycielki, co znaczyło: „Wariatka!”.

Wzruszyłem ramionami i uśmiechnąłem się do Dee. Nie miałem jednak wrażenia, że Linnet ma problem z głową. Może nie tylko ja popędziłem na spotkanie z tamtą muzyką.


James

Dzień jedenasty według kresek na lewej ręce. Pierwszy tydzień: wszystkie łatwe zajęcia organizacyjne i proste zadania skończyły się; drugi tydzień pokazywał już swoje pazury. Pojawiły się gigantyczne prace domowe, zapisywanie tablic i zwyczajne przecieranie spodni od siedzenia. To śmieszne, ale wcześniej naprawdę wydawało mi się, że szkoła wypełniona muzycznymi talentami będzie się różnić od zwykłej szkoły średniej. W rzeczywistości tylko jedna rzecz była inna: dzieliliśmy się na różne grupy w szkole w zależności od miejsca zajmowanego w orkiestrze. Instrumenty dęte: chuligani; drewniane: snoby; strunowe: kujony z wiecznie podniesionymi rękami; perkusyjne: klasowi jajcarze; dudziarze: ja.

W drugim tygodniu wyróżniły się jedynie lekcje angielskiego z panem Sullivanem; w pierwszym semestrze odbywały się we wtorki, czwartki i soboty. Kofeina we własnym zakresie. Pozwalał nam pić kawę w sali. Byłaby to hipokryzja, gdyby nie pozwolił.

Sullivan zaczął rok szkolny, siedząc przy biurku i puszczając w czasie zajęć muzykę z wieży. Podczas gdy inni nauczyciele zesztywnieli i spoważnieli w drugim tygodniu, on pozostał taki sam – młody, drobiazgowy głosiciel Szekspira i całej reszty. Zadał nam mordercze lektury do przeczytania już w pierwszym tygodniu, co potem zresztą się nie zmieniło. Może bardziej przejęlibyśmy się tymi lekturami, gdyby nie pozwolono nam na spożycie kofeiny i przestawianie ławek w dowolne konfiguracje czy przeklinanie, kiedy zachodziła potrzeba.

– Będziemy omawiać „Hamleta” – oświadczył Sullivan jedenastego dnia. Miał w ręce wielgachny kubek turystyczny. Całą klasę wypełniał zapach kawy. Nigdy nie widziałem Sullivana bez kawy. Jako młodszy wykładowca mieszkał w kampusie i w dodatku był kierownikiem naszego internatu. Jak głosiła plotka, żona zostawiła go dla szefa firmy produkującej jakieś byle co, kucyki My Little Pony czy coś podobnego. Przed jego pokojem zawsze unosił się zapach kofeiny tak, jak świątynię spowija woń kadzidła. – Ile osób czytało?

Grupa była mała nawet jak na standardy Thornking-Ash: ośmioro uczniów. Nikt nie podniósł ręki.

– Barbarzyńcy – miło oświadczył Sullivan. – Cóż, to chyba lepiej, że jesteście dziewicami. Ale na pewno choć o nim słyszeliście.

Zabrzmiało potwierdzające mamrotanie. Ja nie czytałem „Hamleta”, ale byłem z Szekspirem w dobrych stosunkach. Od chwili kiedy usłyszałem: „Świat jest sceną, a kobiety i mężczyźni to aktorzy”, lubiłem Szekspira. Nie byłem fanem, potajemnym kumplem, czy kimś takim, ale gdybym mijał go na korytarzu, to pozdrawiałbym go kiwnięciem głową.

Sullivan naciskał dalej:

– Dobrze, zacznijmy od tego, co wam przychodzi do głowy, kiedy słyszycie słowo „Hamlet”? Nie, Paul. Nie podnoś ręki, po prostu powiedz.

– „Hamlet” oznacza osadę, przysiółek – powiedział Eric. Chłopak właściwie się nie uczył. Miał chyba być pomocnikiem nauczyciela, ale niech mnie diabli, jeśli widziałem, żeby chociaż raz pomógł Sullivanowi w czymkolwiek. – Prawda? Małą wioskę w Alpach szwajcarskich, coś takiego.

Była to tak głupia odpowiedź, że reszta grupy od razu się rozluźniła. Poprzeczka została ustawiona na tyle nisko, że można było palnąć cokolwiek.

– Duchy – rzekła Megan. Była wokalistką. Wokaliści irytowali mnie, bo trudno ich było przyporządkować do kategorii osobowości orkiestrowych, które ułożyłem sobie w głowie.

– Być albo nie być! – zawołał Wesley, który też miał na imię Paul, więc dla ułatwienia używał swojego nazwiska, co było miłe z jego strony, zważywszy że mój współlokator Paul nazywał się Schleiermacher. Miałem problemy z zapisaniem tego nazwiska, a co dopiero wymówieniem.

– Umiera się – dodał Paul. Nie wiem czemu, ale przypomniało mi to o postaci z porożem, którą zobaczyłem za szkołą.

– Samobójstwo – powiedziałem – i Mel Gibson.

– Mel Gibson? – zapytał Eric, który siedział za mną.

Sullivan wskazał na mnie:

– A więc, panie Morgan, zna pan „Hamleta”?

– Pytanie było nie takie – zauważyłem. – Pan zapytał, czy czytaliśmy. Zobaczyłem fragment filmu w telewizji. Miałem wrażenie, że Gibson gra lepiej, kiedy ma na sobie kilt.

– A propos… uwagi o filmie, nie o kilcie. Najpierw zobaczymy film, tyle że wersję nie z Melem, przykro mi, James, a potem przeczytamy dramat. – Sullivan wskazał na telewizor stojący za nim. – Dlatego właśnie to przyniosłem. Tylko… – rozejrzał się po sali; ławki były ustawione kręgiem, a my oczekiwaliśmy słów mądrości z jego ust. – Tylko się obawiam, że tyłki wam się rozpłaszczą od oglądania filmu na tych krzesłach. Trzeba nam czegoś lepszego. Kto ma silne ręce?

Tak więc przynieśliśmy z holu na pierwszym piętrze dwie kanapy. Jedną dźwigały cztery osoby. Idąc korytarzem, mijaliśmy zamknięte drzwi do innych klas. Gdy dotarliśmy do naszej klasy, Sullivan pomógł nam ustawić kanapy pod ścianą i zasunął zasłony, żebyśmy nie musieli wytężać wzroku, patrząc w ekran.

Chociaż był jeszcze dzień, w pomieszczeniu zrobiło się ciemno.

Usadowiliśmy się wygodnie; nauczyciel postawił swoje krzesło tak, żeby siedzieć koło nas. Obejrzeliśmy pierwszy akt „Hamleta” (Hamlet zdecydowanie nie miał dystansu do siebie). Sullivan nie protestował, kiedy żartowaliśmy z bardziej melodramatycznych fragmentów (czyli właściwie z całości). Po raz pierwszy od przyjazdu poczułem się prawie jak u siebie.


James

Kolejny nieznośnie piękny jesienny dzień w krainie szkoły o podwójnej nazwie. Drzewa w kotlinie ciągle były zielone, ale na tych, które rosły na północnych stokach wzgórz otaczających dolinę, liście zaczynały już płonąć czerwienią i pomarańczem. Ta kombinacja nadawała jej nienaturalny wygląd makiety zabawkowej kolejki.

Radio w samochodzie było nastawione na głośność „irytujące”, i pewnie przez to właśnie nie usłyszałem komórki. Dopiero światełko, które dostrzegłem kątem oka, poinformowało mnie, że ktoś dzwoni.

Może w końcu Dee.

Pochwyciłem komórkę z siedzenia pasażera i spojrzałem na numer. Mama. Ech! Włączyłem głośnik i umieściłem telefon na desce.

– Tak?

– James?

– Tak.

– Kto mówi?

– Twój drogi syn. Owoc łona twojego. Owoc lędźwi taty, który po Bóg wie ilu latach bycia jeno błyskiem w jego oku…

Mama przerwała mi:

– Brzmisz jak w rurze.

– Jadę samochodem.

– Przez rurę?

Pochyliłem się, przysuwając telefon bliżej.

– Włączyłem głośnomówiący. Teraz lepiej?

– Nie bardzo. Jak to prowadzisz? Przecież masz być w szkole, co?

Przyczepiłem telefon do osłony przeciwsłonecznej. Pewnie nadal było dość głośno, ale nie mogłem zrobić niczego lepszego.

– Skoro o tym wiesz, to czemu teraz dzwonisz?

– Czy ty się tniesz?

Przyglądałem się tabliczkom z nazwami ulic. Na jednej z nich przeczytałem: „Stare Miasto Gallon, Wirginia” („Wirginia” nie było potrzebne, bo każdy przybysz zdążył się już chyba zorientować, w jakim jest stanie); strzałka wskazywała w lewo.

– Nie, mamo. Tną się frajerzy, którzy idą do więzienia, bo nie mogą znaleźć pracy.

Mama rozpoznała swoje własne słowa, które w dodatku wymówiłem piskliwym głosem, naśladując jej lekki szkocki akcent. Zamilkła.

– To prawda – przyznała. – Co robisz?

Zerkając na malowniczą, lecz zacofaną ekonomicznie główną ulicę Gallon, odrzekłem:

– Jadę na lekcję. Zanim zapytasz: lekcję gry na dudach. Zanim zapytasz: nie, Thornking-Ash nie ma nauczyciela gry na dudach. Zanim zapytasz: nie mam pojęcia, dlaczego dali stypendium chłopakowi, który gra na dudach, w świetle kwestii poruszonej w niezadanym pytaniu numer dwa. Uczniowie Thornking-Ash, w tym ja, musieli zdobyć dwa punkty z przygotowania do występów, aby wyćwiczyć „muzyczne mięśnie” potrzebne nam do skutecznego uwodzenia uniwersytetów. Stąd lekcje gry na dudach.

– Hm, a co to za facet? Sensowny? – W głosie mamy słychać było powątpiewanie.

– Mamo, nie chcę o tym myśleć. To mnie przybija, a wiesz, że wolę pokazywać światu nieustraszoną i pogodną twarz.

– Przypomnij mi w takim razie, po co pojechałeś, jeśli nie dla dud?

Świetnie wiedziała po co, ale chciała, żebym ja to powiedział. Ha, ha. I jeszcze raz: ha, ha. Nie ma mowy.

– Użyj matczynej intuicji. O, chyba znalazłem to miejsce. Muszę kończyć.

– Zadzwoń – odpowiedziała mama. – Potem. Jak nie będziesz taki zblazowany.

Zaparkowałem przed sklepem Evans-Brown Music. Zaczynałem mieć wrażenie, że w tym mieście podwójne nazwy są tradycją.

– Jasne. Umówimy się na rozmowę, gdy skończę trzydziestkę, dobrze?

– Zamknij się. – Głos mamy był tak ciepły, że przez chwilę poczułem niesamowitą dziecięcą tęsknotę za domem. – Brakuje nam ciebie. Uważaj na siebie. I zadzwoń potem, ale wcześniej niż po trzydziestce.

Obiecałem i rozłączyłem się. Wyciągnąłem dudy z tylnego siedzenia i skierowałem się do sklepu muzycznego. Mimo wściekle zielonej elewacji wnętrze z jego ciemnobrązową wykładziną i złocisto-brązowymi ścianami ledwo widocznymi zza szeregów gitar było ciepłe i zachęcające do wejścia. Starszy facet, który wyglądał tak, jakby nie do końca pożegnał się z latami sześćdziesiątymi, siedział za ladą i czytał „Rolling Stone”. Kiedy spojrzał znad lektury, zobaczyłem, że jego srebrne włosy były z tyłu ciasno splecione w maleńki warkoczyk.

– Przyszedłem na lekcje – powiedziałem.

Popatrzył na ladę. Kiedy miał odwrócony wzrok, przyjrzałem się tatuażom na jego ramionach; największy z nich był cytatem z jednej z radykalnych piosenek Johna Lennona.

– Na którą? – zapytał.

Pokazałem rękę. Zmrużył oczy, żeby zobaczyć wypisaną notatkę.

– Na trzecią? No to jesteś na czas.

Spojrzałem na zegar, który wisiał na ścianie za moim rozmówcą, otoczony ulotkami i pocztówkami. Wskazywał za dwie trzecia. Zirytowało mnie, że moje wczesne przybycie zostało dopasowane do najbliższej pełnej godziny, ale nie odezwałem się.

– Na górę. – Podstarzały hipis pokazał w kierunku zaplecza. – Tam, gdzie jest Bill. Teraz nie ma innych instruktorów.

– Dziękuję, towarzyszu – powiedziałem, a podstarzały hipis uśmiechnął się do mnie.

Wspiąłem się po skrzypiących wyściełanych schodkach na piętro, gdzie panował żar jak w Hadesie i czuć było potem i nerwami. W ciemnym wąskim korytarzu znajdowało się troje drzwi, Bill był za drugimi z nich. Pchnąłem drzwi; gdy wszedłem do środka, zauważyłem dźwiękochłonne płytki na ścianach, stare drewniane krzesła wyglądające tak, jakby służyły za drapaki małym tygryskom, i szpakowatego człowieka siedzącego na jednym z tych krzeseł.

Był strasznie podobny do George’a Clooneya. Chciałem mu o tym powiedzieć, ale stwierdziłem, że byłoby to zbyt poufałe.

– Hej! Jestem James.

Nie wstał, ale uśmiechnął się dość przyjaźnie, uścisnął mi rękę i wskazał krzesło naprzeciwko.

– Jestem Bill. Może wypakujesz przebierkę i zagrasz mi coś, żebym wiedział, co potrafisz? Jeśli się denerwujesz, możemy najpierw pogadać, chociaż półgodzinna lekcja to za mało, żeby ją w całości przegadać.

Postawiłem futerał, uklęknąłem obok i odpiąłem zatrzaski.

– Nie, mogę zagrać. – Grzebiąc w poszukiwaniu przebierki, zerknąłem na Billa.

Głowę zwrócił nieco na bok i czytał nalepki na futerale. Kiedy dotarł do napisu: „Uwaga na smoki, albowiem jesteś chrupiący i smaczny z keczupem”, posłałem mu szybkie spojrzenie. Jego przebierka leżała obok krzesła, nowa i lśniąca. Moja był poobijana; taśma izolacyjna w wielu kolorach zakrywała częściowo niektóre otwory dla lepszego stroju. Jego barki były proste. Ja trzymałem jedno ramię trochę wyżej od częstego grania na dudach. Futerał Billa wyglądał prawie jak nowy. Mój sprawiał wrażenie, jakby kilka razy przeszedł przez piekło. Zaczynało do mnie docierać, że tracę czas, zwłaszcza kiedy oczy otworzyły mu się szerzej na widok mojej przebierki.

Włożyłem instrument z powrotem do futerału. Skromna przebierka do ćwiczeń to plastikowa wersja piszczałki melodycznej w dudach, której główną zaletą jest to, że jest tysiąc razy cichsza niż właściwy instrument, co tysiąckrotnie zmniejsza prawdopodobieństwo zostania ukamienowanym za ćwiczenia w domu. Gra na niej jest także o wiele łatwiejsza – nie trzeba pompować powietrza w worek i tak dalej. Brzmi mniej więcej jak konająca gęś. Aby zrobić wrażenie, trzeba mieć prawdziwe dudy. Po nie właśnie sięgnąłem.

– Hmm. A czy mogę zagrać melodię na moich dudach? W kampusie trudno znaleźć miejsce, gdzie mógłbym poćwiczyć; wydaje mi się, jakbym wieki nie wyjmował ich z pudła.

Bill chyba się trochę zdziwił, ale wzruszył ramionami i powiedział:

– Pewnie. Nie ma teraz innych uczniów. Jeśli tak ci wygodniej. Co zagrasz?

– Jeszcze nie wiem.

Wyjąłem dudy. Zapach skóry i drewna, z których były wykonane, przypominał mój własny. Piszczałki burdonowe ułożyły się zgrabnie na moim ramieniu, kiedy napełniałem worek powietrzem. Kiedy zabrzmiały, zdałem sobie sprawę z tego, jak głośno będzie w tym maleńkim pomieszczeniu. Potrzebne były zatyczki do uszu.

Przez jakieś dwadzieścia sekund Bill patrzył, jak stroję dudy, obserwował moją pozycję, słuchał, jak równo trzymam dźwięk w czasie strojenia. Planowałem zacząć wolno, a potem przejść do tak porywającej i mistycznej melodii, że Bill zacznie całować moje buty. Niestety, piszczałki hałasowały tak głośno w małym pokoiku, że chciałem szybko zakończyć granie. Przeszedłem do jednego z moich ulubionych szkockich tańców. Była to niemożliwie wymagająca dla palców melodia, którą mógłbym zagrać nawet przez sen. Szybka. Czysta. Idealna.

Twarz Billa była pozbawiona jakiekolwiek wyrazu. Jakbym starł mu mimikę samym poziomem hałasu, jaki wywołałem. Opuściłem dudy.

– Nie mogę cię niczego nauczyć – pokręcił głową. – Ale wiedziałeś o tym, zanim tu przyszedłeś, co? W tym hrabstwie nie ma absolutnie nikogo, kto mógłby cię czegoś nauczyć. Może nawet w tym stanie. Startujesz w konkursach?

– Przestałem w wakacje.

– Dlaczego?

Wzruszyłem ramionami. Jakoś nie miałem ochoty mówić.

– Dotarłem do szczytu, a potem zrobiło się nudno.

Bill pokręcił jeszcze raz głową. Przypatrywał się badawczo mojej twarzy, i mogłem się domyślić, co chodziło mu po głowie, bo oni zawsze tak myśleli: „Taki jesteś młody, a ja taki stary”.

– Skontaktuję się w takim razie ze szkołą. – Jego głos był bezbarwny. – Dam im znać, żeby coś wymyślili. Ale oni już musieli o tym wiedzieć, gdy cię przyjmowali.

Opuściłem nisko piszczałki.

– Tak.

– Powinieneś złożyć papiery do Carnegie Mellon. Tam mają program dla dudziarzy.

– Nigdy o tym nie pomyślałem.

– Powinieneś się nad tym zastanowić po tym, co tu pokazałeś. – Bill patrzył jak odkładam dudy. Nie zrozumiał mojego sarkazmu.

– Zmarnujesz się w zwykłym konserwatorium.

Pokiwałem głową w zamyśleniu, pozwoliłem mu zrobić jeszcze parę mniej głupich uwag, po czym uścisnąłem mu dłoń i opuściłem pokój. Czułem się rozczarowany, chociaż nie miałem żadnego powodu. Dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem.

Kiedy wyszedłem ze sklepu muzycznego, zobaczyłem na krawężniku dziewczynę. Miałem parszywy nastrój, więc pewnie nie zwróciłbym na nią uwagi, gdyby nie siedziała dosłownie kilka centymetrów od mojego auta. Mimo że była odwrócona plecami, wiało od niej znudzeniem.

Odłożyłem dudy na tylne siedzenie, hałasując i szurając. Sądziłem, że za chwilę coś do niej dotrze. W końcu, przejadę ją, jeśli się nie ruszy ze swojego miejsca.

Ale ona nawet nie drgnęła, kiedy hałasowałem, więc okrążyłem samochód i stanąłem przed nią. Ciągle siedziała bez ruchu z uniesioną brodą; oczy miała zamknięte, by nie patrzeć na popołudniowe słońce. Udawała, że mnie nie zauważa.

Może uczęszczała wraz ze mną na jakieś zajęcia, i moim zadaniem było ją rozpoznać. Jeśli nawet chodziła do szkoły, to na pewno nie była ubrana regulaminowo – miała na sobie bardzo obcisłą bluzkę z drukowanym wzorem ukośnego tekstu i dżinsowe dzwony. Spod nogawek wystawały olbrzymie buciory na platformach.

Miała bardzo charakterystyczną fryzurę: jej jakby pomięte jasne, może lekko kędzierzawe włosy z przodu były dłuższe, a z tyłu obcięte na krótko.

– Moja droga – powiedziałem czułym tonem – twoja pupa blokuje mi zderzak. Czy mogłabyś poleniuchować parę stóp na południe i pozwolić mi odjechać?

Jej oczy otworzyły się.

To było jak skok do lodowatej wody. Każdy fragment mojego ciała pokrył się gęsią skórką, a w głowie zabrzmiała niesamowita i nadprzyrodzona melodia. Wydarzenia minionego lata zawładnęły, nieproszone, moją świadomością.

Dziewczyna – jeśli w ogóle była to dziewczyna – błysnęła oczami jak niebieskie świetlówki, które wydawały się jeszcze jaśniejsze za sprawą ciemnych cieni na jej dolnych powiekach.

– Czekałam na ciebie wieki.

Kiedy przemówiła, otoczył mnie zapach jej oddechu – woń oszałamiających sennych kwiatów, niedawnego deszczu i palonego drewna. Gdzieś w okolicy pępka poczułem ukłucie strachu. Zaryzykowałem pytanie:

– Wieki w znaczeniu stuleci czy czasu trwania lekcji?

– Nie pochlebiaj sobie – odrzekła i wstała, otrząsając kurz z dłoni i pupy. Koturny sprawiały, że była niesamowicie wysoka. Spojrzała mi prosto w oczy. Była tak blisko, że prawie zapadłem się w jej zapach.

– Tylko pół godziny, ale miałam wrażenie, że trwa to wieki. Chodź.

– Halo, co?

– Odwieź mnie do szkoły.

Dobra. Może i znałem ją skądś tam. Próbowałem przypomnieć ją sobie ze szkolnych zajęć i poniosłem klęskę. Wyobraziłem, jak harcuje po leśnej polanie wokół jakiegoś faceta, którego właśnie złożyła w ofierze barbarzyńskiemu bóstwu. I to mi się udało.

– Hmm… do Thornking-Ash?

Spojrzała na mnie wzrokiem bazyliszka.

Popatrzyłem na nogawki jej dzwonów.

– Nie pamiętam po prostu, żebym widział tak fascynujące stworzenie jak ty pośród uczniowskiego grona.

Dziewczyna uśmiechnęła się na dźwięk słowa „stworzenie” i pociągnęła za klamkę po stronie pasażera.

– No co ty. Chodź.

Wpatrywałem się w samochód, gdy zamykała za sobą drzwi. Byłem przyzwyczajony, że to ja jestem tym bezczelnym, który zbija ludzi z pantałyku. Dziewczyna wykonała zniecierpliwiony gest w moją stronę.

Zastanawiałem się, czy to zły pomysł, aby wsiąść z nią do samochodu. Po lecie pod znakiem intryg, wypadków samochodowych i fejów prawdopodobnie był.

Wsiadłem.

Radio zabuczało, kiedy włączyłem zapłon. Dziewczyna skrzywiła się.

– Ale bzdur słuchasz.

Wcisnęła jeden z przycisków, i zabrzmiał jakiś szkocki taniec. Na wyświetlaczu widniała częstotliwość 113,7. Nie jestem Einsteinem (tylko dlatego, że fizyka mnie nie interesuje!), ale miałem wrażenie, że radia samochodowe nie łapią takiej w Stanach.

– Dobra – stwierdziłem w końcu, zjeżdżając z krawężnika. – A więc chodzisz do Thornking-Ash. Jak się nazywasz?

– Nie powiedziałam, że chodzę – zauważyła. Oparła bose stopy o deskę rozdzielczą. Buciory zostały na podłodze. – Poprosiłam cię tylko, żebyś mnie tam zawiózł.

– Głupek ze mnie. Oczywiście. Jak się nazywasz?

Dziewczyna spojrzała na moje ręce na kierownicy, jakby w moich zapiskach mogła znaleźć odpowiedź na pytanie.

Przekrzywiła w zamyśleniu twarz.

– Nuala. Nie, Elenora. Nie. Polly. Nie, czekaj. Nuala najbardziej mi się podobało. Tak, niech będzie Nuala.

Wymówiła to z mnóstwem „u”: „Nuuuula”. Uśmiechała się lekko tak, jak ja lubiłem się uśmiechać.

– Na pewno wolisz takie?

Przyjrzała się swoim paznokciom i przygryzła jeden z nich.

– Zmienianie opinii to jeden z kobiecych przywilejów.

– A jesteś kobietą? – zapytałem.

Nuala posłała mi mroczne spojrzenie.

– Nie wiedziałeś, że niegrzecznie jest zadawać takie pytania?

– Jasne. Nie pomyślałem. A więc spotkaliśmy się wcześniej?

Machnęła ręką.

– Zamknij się, dobrze? Próbuję słuchać. – Odchyliła siedzenie do tyłu, przez sekundę patrzyła w sufit, a potem zamknęła oczy.

Miałem okropne uczucie, że ona słucha muzyki nie z radia, tylko jakiejś innej, odległej, słyszalnej tylko dla niej. Jechałem w milczeniu i obserwowałem ją. Popołudniowe słońce padało z boku i podkreślało piegowatą galaktykę na jej policzkach. Piegi wydawały się tu nie na miejscu: były takie niewinne. Bardzo ludzkie. Potem otworzyła oczy i powiedziała:

– A więc grasz na dudach.

Spostrzeżenie to nie musiało mieć nadprzyrodzonej natury. Każdy przechodzień mógł słyszeć, jak grałem dla Billa. Mimo to nie byłem w stanie powstrzymać się i nie wyobrazić sobie ukrytej aluzji w tym stwierdzeniu.

– Tak. I to niesamowicie. – Zerknąłem na nią. Uśmiechała się przenikliwie. – Próbujesz mnie zdenerwować.

– Chcę tylko powiedzieć, że słyszałam lepszych. – Nuala odwróciła do mnie twarz, i jej uśmiech znikł. – Słyszałam twoją rozmowę, dudziarzu. Nie mają tu nic dla ciebie. Chciałbyś być lepszy w tym, co robisz?

Strach zaczął teraz kłuć niczym cios noża.

– Co za głupie pytanie? Znasz odpowiedź. Inaczej nie pytałabyś.

– Mogłabym ci pomóc.

Przymrużyłem oczy, starając się dobrać słowa.

– A niby jak?

Kątem oka spostrzegłem, że prostuje się, i nagle poczułem jej oddech na swoim uchu:

– Szepcząc ci do ucha sekrety, które odmienią twoje życie.

Odchyliłem głowę, zanim pochwycił mnie zapach jej oddechu. Nawet moja gęsia skóra dostała gęsiej skóry.

– Oczywiście, zrobisz to bezinteresownie.

– Wiesz, w porównaniu z tobą prawie nic z tego nie mam. Nawet nie zauważysz. Będziesz największym dudziarzem wszech czasów.

– Jasne.

W moim umyśle galopowały wszelkie historie ostrzegające przed zawieraniem paktów z diabłem i tak dalej. Ogarnęły mnie wątpliwości, czy wpuszczenie jej do samochodu było dobrym pomysłem.

– Cóż, miło mi. Ale nie.

Zbliżaliśmy się do szkoły. Zastanawiałem się, co zrobi, kiedy tam dotrzemy.

– Jestem zadowolony z mojego poziomu niesamowitości. Przynajmniej na tyle, żeby pracować nad nią sam. Chyba że oferujesz jakąś próbną bezpłatną subskrypcję, z której mogę zrezygnować po trzydziestu dniach bez zobowiązań i podawania numeru karty kredytowej.

Pokazała zęby w grymasie.

– Bardzo niegrzecznie jest odrzucać pomoc kogoś takiego jak ja. Skupione na sobie palanty takie jak ty nieczęsto otrzymują podobne oferty.

Zaprotestowałem.

– Odmówiłem ci w miły sposób. Musisz to przyznać.

– Nawet się nie zastanowiłeś.

– Zastanowiłem. O, słyszałaś tę pauzę? Sekundę temu. To było ponowne zastanawianie się. Odpowiedź nadal brzmi: „Nie”.

Warknęła i wsunęła stopy w swoje wielkie buciory.

– Zatrzymaj samochód. Wysiadam.

– A szkoła?

Palce Nuali na klamce zamieniły się w szpony.

– Nie drażnij mnie, Jamesie Morganie. Wypuść mnie, a nie urwę ci głowy.

W głosie dziewczyny była taka zażartość, że niemal jej uwierzyłem. Zatrzymałem auto na poboczu między drzewami. Nuala pociągnęła za klamkę, po czym syknęła:

– Zamek, idioto!

Drzwi były zablokowane. Wcisnąłem przycisk zamka centralnego. Otworzyła drzwi. Odwracając się do mnie, zatrzymała spojrzenie swych niebieskich oczu. W jej głosie brzmiała pogarda.

– Myślę, że brak ci zdolności, by się nauczyć tego, czego ja mogłabym cię nauczyć. Przemądrzały gnojek.

Trzasnęła drzwiami. Wcisnąłem gaz, nie czekając, aż się rozmyśli. Zerknąłem w lusterko wsteczne, ale zobaczyłem jedynie wir suchych liści unoszących się przy drodze.


James

Śniłem o muzyce.

Pieśń była oszałamiająca i zaraźliwa, odległa, piękna i nieosiągalna. Pragnąłem jej, tej szarej pieśni pożądania. Była realna jak żaden inny sen.

Wiedziałem, że to sprawka Nuali, ta wręcz boleśnie piękna pieśń. Obudziłem się.

Kiedy się zbudziłem, miałem w ustach pełno złotej muzyki.

To było tak, jakby utknęła mi w głowie piosenka, która miała kolor i smak. Czułem zapach palonego drewna i kropli deszczu na liściach dębu, błyszczących, duszących mnie złotych nici. Przypominała mi pragnienie Dee, pragnienie bycia lepszym dudziarzem, pragnienie… pragnienie.

– Hej, James. Obudź się. – Głos Paula zepchnął ciężar pieśni z mojej piersi. Mogłem znowu oddychać. – Za dwadzieścia ósma.

Wciągnąłem haust powietrza pocieszającego swoją normalnością: zapach brudnych szmat, zjełczałych chipsów, starej drewnianej podłogi – taki ludzki. Przywarłem do tego znajomego zapachu dookoła jak do łodzi ratunkowej na morzu pieśni. Słowa Paula zdawały się ogromnie nieważne.

– Za dziewiętnaście ósma – rzekł chłopak. Jego głosowi towarzyszył dźwięk zapinanego suwaka. Może od plecaka. Wyrwał mnie jeszcze bardziej ze snu. Próbowałem nie mieć do niego żalu. – Obudziłeś się?

Obudziłem. Za długo wydobywałem się ze snu. Spróbowałem użyć strun głosowych i, lekko zaskoczony, odkryłem, że działały.

– Boży świat nie widział jeszcze czegoś takiego jak siódma czterdzieści. Co się stało z budzikiem?

– Dzwonił piętnaście minut temu. Później jeszcze raz, ale nawet nie drgnąłeś.

– Bo nie żyłem – odpowiedziałem i usiadłem. Moja pościel była mokra od potu. – Trupy nie drgają. Na pewno dzwonił budzik?

Zauważyłem, że Paul już się ubrał. Miał nawet czas na przygładzenie wodą swych czarnych włosów, przez co wyglądał jak mafioso.

– Mnie obudził. – Spojrzał na mnie zza swoich okrągłych okularów. – Jesteś chory?

– Chory na głowę, przyjacielu.

Wstałem. Czułem się tak, jakbym się wyszarpywał z przejrzystej pajęczyny snów.

Gdy się obudziłem, pomyślałem, że zapach mojego łóżka jest niepokojąco podobny do zapachu oddechu Nuali, jakim go zapamiętałem w czasie naszego spotkania – pachniał jesienią, deszczem i pragnieniem. A może jest to mój zapach, może tak pachnie moja skóra? Ta myśl była dość nieprzyjemna. Na siłę skupiłem się znowu na Paulu.

– Obawiam się, że w tradycyjnym rozumieniu jestem zdrowy. Myślisz, że mogę w takim stanie iść na lekcje? – Wskazałem na koszulkę i bokserki.

– Człowieku, nawet ja nie mogę na ciebie patrzeć. Idziesz na śniadanie? Pośpiesz się.

Pogrzebałem dookoła na podłodze, szukając w miarę czystych spodni, podczas gdy Paul sterczał przy drzwiach, bo nie chciał wyjść beze mnie. Wskoczyłem w jakieś ciuchy i poczochrałem włosy, nadając im zwyczajny nieład.

– Już! Idę! Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, drogi Paulu. Nie odmówiłbym go sobie za żadne skarby. Myślisz, że ktoś zauważy, że chodziłem w tym samym wczoraj?

Paul słusznie uznał to pytanie za retoryczne i nic nie odpowiedział.

– Jestem gotów, chodźmy. Albo nie, czekaj. – Przyklęknąłem i wyciągnąłem spod łóżka mój marynarski worek.

Przeszukując zawartość na jego dnie, czułem, jakbym odpowiadał na pytanie egzaminacyjne.

Wybierz poprawną odpowiedź: Który przedmiot z worka Jamesa pomoże mu odegnać zmorę o niezwykle atrakcyjnym biuście?

a) zegarek, który nigdy nie pokazuje właściwej godziny;

b) książka, jakieś obciachowe powieścidło o kosmosie, którą przysłała mama, nie zdając sobie sprawy, że spragniony wiedzy James ciągle czyta książki wciśnięte mu przez nauczycieli;

c) garść batonów zbożowych na wypadek zagłady atomowej i braku świeżej żywności;

d) żelazna bransoleta, która latem nie zdała się na nic, ale innym ludziom chyba pomagała.

Moje palce zacisnęły się na bransolecie – cienkiej i nierównej, zakończonej kulkami. Wyjąłem ją z worka. Paul w milczeniu obserwował, jak zakładam obręcz na nadgarstek. Już kilka tygodni temu zniknęła mi z nadgarstka plama po niej. Dotyk żelaza poprawił mi samopoczucie. Poczułem, że jestem chroniony, niezwyciężony.

Zawsze umiałem świetnie okłamywać innych i siebie.

Zacisnąłem końce obręczy z kulkami na ręku, aż poczułem uszczypnięcie.

– Teraz mogę iść.

Śniadanie było takie jak zawsze. Grupka muzykalnej młodzieży zebrała się w stołówce zbyt wcześnie rano. Ktoś, kto zaprojektował naszą stołówkę, był jednak niegłupi. Wysokie okna sięgały od podłogi do sufitu po wschodniej stronie. Poranne słońce zalewało pomieszczenie, oświetlając podrapane blaty drewnianych stołów i wyblakłe malunki na ścianach. O innych porach dnia stołówka wyglądała banalnie i była niedoświetlona. Jednak z rana, kiedy światło przebijało się przez wielkie okna, wnętrze przypominało katedrę.

Odgłosy łyżek stukających o talerze z płatkami i widelców grzebiących w gumiastej jajecznicy tłumiły rozmowy. Przeżuwałem swoje płatki, aż zmieniły się w pastę, czując wciąż w ustach smak muzyki z mojego snu.

– James, możemy chwilę porozmawiać? Jak już zjesz?

Głos należał do pana Sullivana. Większość nauczycieli mieszkających w kampusie jadła później w osobnej salce dla pracowników, z daleka od nas, cyrkowych małpek, ale Sullivan często spożywał śniadanie razem z uczniami. Ponieważ jego zajęcia były w bloku porannym, nie dziwiło, że tu był. Poza tym z kim mógł wówczas zjeść śniadanie, jeśli nie z nami?

– Rozmawiam z dworem – powiedziałem.

Sullivan spojrzał na moich towarzyszy przy stoliku: Megan, Eric, Wesley, Paul. Ci wszyscy co zwykle. Wszyscy oprócz osoby, którą chciałem tu widzieć. Nie mogła już nawet zjeść ze mną śniadania?

– Czy możecie, bestie, wypuścić na chwilę Jamesa? – zapytał Sullivan.

– Narozrabiał? – Megan paplała o brytyjskich przekleństwach, ale przestała, żeby się nam przyjrzeć.

– Nie ponad normę. – Pan Sullivan nie czekał na odpowiedź. Zabrał moje płatki ze stołu i wrócił do swego, pustego. Jakby był pewien, że pójdę za zabranym mi śniadaniem.

– Mam wrażenie, że moja obecność jest pożądana przez przedstawiciela władzy. – Wzruszyłem ramionami. Nie sądziłem, że zatęsknią za mną, i tak byłem mało przyjemnym towarzyszem. – To do zobaczenia na lekcji.

Przyłączyłem się do Sullivana, siadając naprzeciw niego. Nie zamierzałem jeść moich mazistych płatków, więc patrzyłem, jak wyławia orzechy ze swojej porcji. Miał bardzo długie palce z grubymi stawami. W ogóle był bardzo długi i wymięty, jakby wrzucono go do automatycznej suszarki i potem nie uprasowano. Zauważyłem, że był jeszcze młody. Miał najwyżej trzydzieści parę lat.

– Słyszałem o twoim nauczycielu gry na dudach – zaczął Sullivan. Starannie ułożona kupka orzechów na serwetce zawaliła się po dołożeniu kolejnego. – Czy też raczej o twoim byłym nauczycielu? – uniósł brew, ale jego wzrok nadal spoczywał na kupce orzechów.

– Dobrze się pan wyraził – zgodziłem się z nim.

– Jak ci się w ogóle podoba Thornking-Ash? – Nabrał w końcu łyżkę musli i zaczął jeść.

Słyszałem, jak chrupie. W jego talerzu nie było mleka.

– Jest lepszy niż chińska tortura wodna. – W niewytłumaczalny sposób mój wzrok skupił się na ręce, w której trzymał łyżkę. Na jednym z jego gruzłowatych palców zauważyłem szeroką metalową obrączkę z wydrapanymi wzorami. Była brzydka i matowa jak opaska na moim nadgarstku.

Sullivan dostrzegł moje spojrzenie. Jego wzrok przez moment przeskoczył na mój nadgarstek, a potem przeniósł się na jego pierścień.

– Chcesz obejrzeć z bliska? – Odłożył łyżkę i zaczął obracać pierścień wokół palca. W moich uszach zadzwoniła gorączkowa niepewna melodia. Sullivan padł przede mną na podłogę, a następnie podniósł się na czworaki, wymiotując kwiatami i krwią. Zacisnąłem na chwilę powieki, a kiedy je otworzyłem, mężczyzna wciąż usiłował zdjąć obrączkę.

Pokręciłem głową.

– Nie, nie chcę. Proszę nie zdejmować. – Słowa wyskoczyły mi z ust tak szybko, że nie zdążyłem się upewnić, czy zabrzmiały normalnie. Uznałem, że nie, ale Sullivan zdawał się nie zauważyć. W każdym razie nie zdjął pierścienia.

– Cóż, nie jesteś idiotą – powiedział nauczyciel – i na pewno wiesz, dlaczego cię tu zaprosiłem. Masz już właściwie w kieszeni dyplom naszej szkoły muzycznej z wyróżnieniem. Znam twoje wyniki. Z pewnością wiedziałeś, że nie mamy nauczyciela dopasowanego do twojego poziomu.

Skoro nie przyznawałem się nawet przed sobą, dlaczego tu przyjechałem, nie miałem zamiaru mówić tego przypadkowemu nauczycielowi.

– Może jednak jestem idiotą.

Sullivan pokręcił głową.

– Widziałem w życiu dostatecznie dużo idiotów, aby umieć ich rozpoznać.

Miałem ochotę się uśmiechnąć. Sullivan był w porządku.

– Dobrze, załóżmy, że nie jestem idiotą. – Odsunąłem musli na bok i oparłem się na łokciach. – Przypuśćmy, że wiedziałem, iż nie znajdę tu dudziarskiego odpowiednika Obi-Wana, i dla wygody nie zdradzę, dlaczego poszedłem do tej szkoły. Powiedzmy, że miałem dobry powód.

– Dobrze. – Sullivan spojrzał na zegar, a potem znowu na mnie. W jego oczach była siła, jakiej nie widać było u innych nauczycieli. Nie był po prostu kolejnym szczurem w labiryncie dorosłego życia. – Pytałem Billa, co jego zdaniem powinienem z tobą zrobić.

Przez chwilę zastanawiałem się, kim jest Bill. A, to nauczyciel gry na dudach.

– Uważą, że powinienem dać ci spokój. Możesz ćwiczyć w czasie swojej lekcji i tyle. Ale w pewnym sensie to wypacza ideę uczęszczania do szkoły muzycznej. Zgadzasz się?

– Brzmi to nieco niewłaściwie. – Odpowiedziałem. – Nie wiem, czy posunąłbym się do określania tego jako wypaczenie…

– Pomyślałem – przerwał Sullivan – że wyślemy cię na lekcje z innym instrumentem. Nic z dętych, to by było za łatwe dla ciebie. Może gitara albo fortepian. Opanowanie jednego z nich zajmie ci dłużej niż pięć minut.

– Dla pełnej wiadomości – powiedziałem – gram trochę na gitarze.

– Dla pełnej wiadomości – powtórzył Sullivan – ja też. Ale lepiej na fortepianie. Grasz na nim?

– Pan będzie mnie uczył?

– Prawdziwi nauczyciele fortepianu mają grafiki przepełnione prawdziwymi pianistami, ale ponieważ nie chcę patrzeć, jak się marnujesz, znajdę trochę czasu między ocenianiem tragicznych wypracowań z angielskiego, żeby cię uczyć. Będziesz za to mógł dodać sobie punkty z muzyki. Odpowiada ci takie rozwiązanie?

Zawsze, gdy ktoś był dla mnie miły bez powodu, stawałem się podejrzliwy.

– Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jestem dla pana jakimś eksperymentem naukowym albo karą.

– Tak – odrzekł Sullivan i wstał, trzymając w ręce prawie opróżnioną miskę karmy dla królików. – Jesteś mi potrzebny do mojego „Programu pomocy uczniom, którzy przypominają mi siebie z czasów, kiedy byłem młody i głupi”. Dziękuję. Chciałbym zacząć w tym tygodniu, ale jedziemy na wycieczkę do Waszyngtonu, więc zobaczymy się w przyszły piątek o piątej w sali A; swoje ego możesz zostawić w pokoju, jeśli dasz sobie radę bez niego. Nie będzie potrzebne.

Uśmiechnął się do mnie miło i schylił głowę jak ludzie, którzy kiwają na do widzenia. Japończycy?

Wyjąłem długopis z kieszeni i napisałem na ręce: „pt. 17”, żeby nie zapomnieć. Ale nie sądzę, bym zapomniał.

Sale do ćwiczeń w Kolegium Chance’a były małe jak komórki. Niewielki kwadratowy pokoik mieścił pianino i dwa pulpity, a śmierdział niczym tysiącletnie pokłady potu. Spojrzałem z pogardą na pulpity do nut. Dudziarze uczą się wszystkiego na pamięć. Ustawiłem futerał z dudami na ławce przed pianinem. Wyjąłem przebierkę do ćwiczeń i usiadłem. Ławka wydała dźwięk podobny do puszczenia bąka.

Do mojej lekcji gry zostało jeszcze parę dni; nigdy nie widziałem pomieszczeń do ćwiczeń, więc chciałem sprawdzić przed piątkiem, jak wyglądają. Pomieszczenie nie służyło artystycznej inspiracji. Przebierka i tak nie ma pięknego brzmienia – kojarzy mi się ze zdychającą gęsią – i nie spodziewałem się, że paskudna akustyka salki to poprawi.

Spojrzałem na drzwi. Miały taką małą zasuwkę, żeby można było zamknąć się od środka – jak sądzę, ludzie i tak nie pchaliby się cały czas do pokoju, gdy tam ktoś ćwiczy. Przyszło mi do głowy, że salki do ćwiczeń to idealne miejsce do popełnienia samobójstwa. Wszyscy by myśleli, iż ćwiczysz, aż zaczniesz śmierdzieć.

Zamknąłem drzwi na zasuwkę.

Usiadłem na brzegu ławki i przyłożyłem przebierkę do ust. Nie za bardzo chciałem grać, bo wciąż czułem, jak pieśń z mojego snu czai się na krawędzi mojej świadomości. Bałem się, że nie potrafię jej powstrzymać, aż wybrzmi spod moich palców. Bałem się, że będzie wspaniała. Zapamiętana we śnie pieśń błagała, bym zaczął grać jej melodię, bym odkrył, jak piękne będą jej dźwięki, ale bałem się, że jeśli się jej poddam, powiem „tak” czemuś, czego nie chcę zrobić.

Rozmyślałem, odwrócony plecami do drzwi. Nie wiem, jak długo tak siedziałem w bezruchu, aż poczułem w głowie nagłe ukłucie i zobaczyłem, że włoski na ramionach mi się podnoszą. Wiedziałem, że nie jestem w pomieszczeniu sam, mimo że drzwi nie zaskrzypiały i nie usłyszałem kroków.

Powoli wciągnąłem powietrze, zastanawiając się, co będzie gorsze: jeśli się obejrzę czy jeśli tego nie zrobię. Obejrzałem się.

Drzwi były zamknięte. Tak samo, na zasuwkę. Zesztywniałem; mój szósty zmysł mówił mi: coś jest nie tak, nie jesteś sam.

Dotknąłem z zabobonną trwogą żelaznej bransolety; pomogło mi to się skupić. Blisko, bardzo blisko poczułem dziwny zapach; wydawało mi się, że był to ozon. Jakby tuż po uderzeniu pioruna.

– Nuala? – zawołałem.

Nie było odpowiedzi, ale poczułem dotknięcie, tak, jakby na moje plecy i barki spadł ciężar. Po kilku sekundach ciężar zaczął nabierać kształtów. Poczułem ciepło, łopatki oparte o moje łopatki, żebra oparte o moje żebra, włosy na mojej szyi. Nuala – jeśli to była Nuala – nie odezwała się, tylko cicho siedziała za mną na ławce, opierając się plecami o moje plecy. Skóra na przemian mrowiła mnie i przestawała, a potem ciarki znowu wracały na całego, jakbym nie mógł sie przyzwyczaić do jej obecności.

– Mam na sobie coś żelaznego – powiedziałem bardzo cicho.

Oparte o mnie ciało nie drgnęło. Wydało mi się, że czuję bicie jej serca.

– Zauważyłam.

Wypuściłem powietrze z płuc, bardzo powoli, przez zęby, z ulgą – to był głos Nuali. Tak, Nuala oznaczała złe wieści, ale niezidentyfikowana istota opierająca się o mnie, w zasięgu oddechu, byłaby czymś jeszcze gorszym.

– Jest mi bardzo niewygodnie – powiedziałem, świadom, że kiedy mówię, kurczy mi się klatka piersiowa, a nasze plecy raz za razem stykają się ze sobą. To uczucie było jednocześnie przerażające i zmysłowe. – Jeśli chodzi o to żelazo, to specjalnie dla ciebie je założyłem.

– Powinnam czuć się zaszczycona? – W głosie Nuali słychać było drwinę. – W pobliżu są gorsze rzeczy niż ja.

– Pocieszająca myśl. Skoro rozmawiamy jak przyjaciele, to jak bardzo zła jesteś ty?

Nuala wydała cichy dźwięk, jakby miała coś powiedzieć, ale się rozmyśliła. W powietrzu zawisła wstrętna cisza. W końcu Nuala odezwała się.

– Przyszłam tylko posłuchać ciebie.

– Mogłaś zapukać. Miałem powody, żeby zamknąć drzwi.

– Miałeś nie wiedzieć, że tu jestem. Kim ty jesteś, jasnowidzem czy jakimś telepatą, czy innym magikiem?

– Raczej tym ostatnim.

Nuala odsunęła się ode mnie w stronę pianina.

Brak jej dotyku wywarł przykre wrażenie. W piersi zakłuła abstrakcyjna tęsknota.

– Zagraj coś.

– Cholera jasna, istoto – przysunąłem się do pianina, żeby ją widzieć i aby odegnać nagły ból. Potrząsnąłem głową. – Jesteś męcząca.

Pochyliła się nad klawiszami, aby widzieć mnie, kiedy mówiłem. Włosy opadły jej na twarz, musiała odgarnąć krótko przycięte białe kosmyki za ucho.

– To uczucie oznacza, że chcesz być czymś więcej, niż jesteś. Znaczy tylko tyle, że trzeba było powiedzieć „tak” zamiast „nie”.

Z pewnością uważała, że te słowa miały być przekonujące, ale miały odwrotny skutek.

– Jeśli mam coś w życiu osiągnąć, chcę to zrobić sam, koleżanko. Bez oszukiwania.

Nuala spojrzała bardzo groźnie zza swoich piegów.

– Jesteś niewdzięczny. Nawet nie próbowałeś zagrać pieśni, z którą ci pomogłam. W końcu napisałbyś ją oczywiście samodzielnie, kiedy miałbyś z tysiac lat albo więcej.

– Nie powiem „tak” – odrzekłem.

– Nie robiłam tego, oczekując w zamian usłyszeć„tak” – ucięła Nuala. – Chciałam pokazać ci, czym moglibyśmy razem być. Chciałam dać ci twój cholerny trzydziestodniowy okres próbny. Czy skorzystałeś z okazji? Nie, oczywiście! Musisz kwestionować! Musisz dzielić włos na czworo! Czasami nienawidzę was wszystkich, głupich śmiertelników.

Jej gniew wywołał u mnie ból głowy.

– Nuala, naprawdę. Bądź cicho. Głowa mi pęka.

– Nie uciszaj mnie – odparła, ale zamilkła.

– Nie zrozum mnie źle – kontynuowałem – tylko że nie do końca ci ufam.

Odłożyłem przebierkę. Była jak broń, którą Nuala mogła wykorzystać przeciwko mnie. Położyłem palce na chłodnych klawiszach pianina. W przeciwieństwie do przebierki, znajomej i aż kipiącej od możliwości melodii, które mogłem wygrać pod palcami, gładkie klawisze były bez znaczenia, niewinne. Spojrzałem na Nualę, a ona w milczeniu odwzajemniła moje spojrzenie. Jej oczy były całkowicie złe, wręcz rażąco nieludzkie, lecz kiedy z uwagą im się przyglądałem, ona sama była zwyczajna. Gdy patrzyłem w jej oczy, widziałem odbicie siebie, który chce być czymś więcej, który wie, że istnieje tyle nieodkrytych rzeczy na świecie, jakich nawet sobie nie wyobrażał.

Nuala zeszła z ławki bardzo ostrożnie, żeby nie spowodować jej charakterystycznego skrzypnięcia i przykucnęła pomiędzy mną i pianinem, tak że zamykałem ją w ramionach niczym w klatce. Oparła się o mnie plecami, spychając mnie na krawędź ławki, sama też usiadła na jej brzegu i odnalazła moje dłonie bezczynnie leżące na klawiszach.

Położyła palce na moich.

– Nie mogę grać na żadnym instrumencie.

To było dziwnie intymne – ona w obręczy z moich ramion, jej ciało idealnie naśladujące pozycję mojego, długie palce idealnie dopasowane do moich. Oddałbym płuco, aby móc tak posiedzieć z Dee.

– Jak to?

Nuala odwróciła głowę na tyle, bym mógł dobrze poczuć powiew jej oddechu, pachnący latem i obietnicą.

– Nie mogę niczego zagrać. Pomagam tylko innym. Nieważne, czy wymyślę najpiękniejszą pieśń na świecie, i tak jej nie zagram.

– Fizycznie nie możesz?

Znowu odwróciła twarz ode mnie.

– Po prostu nie mogę. Muzyka mi nie wychodzi.

Coś nieprzyjemnie utkwiło mi w gardle.

– Pokaż.

Zsunęła jedną dłoń z mojej i nacisnęła klawisz palcem. Widziałem, jak klawisz się poruszył, raz, dwa, pięć, dziesięć razy – i nic się nie stało. Tylko cichy głuchy odgłos wciskanego klawisza. Wzięła moją rękę i przyciągnęła ją do tego samego klawisza. Przycisnęła mój palec, raz. Pianino odezwało się, zabrzmiało i umilkło, kiedy uniosła w górę mój palec. Nie powiedziała nic. Nie było potrzeby. Wspomnienie tej pojedynczej nuty utkwiło mi w głowie.

– Daj mi jedną piosenkę. Nie wezmę od ciebie niczego więcej – wyszeptała.

Powinienem odmówić. Gdybym wiedział, jak to potem będzie bolało, nie zgodziłbym się.

Może.

Zamiast tego powiedziałem tylko:

– Obiecaj. Daj słowo.

– Daję słowo. Niczego od ciebie nie wezmę.

Kiwnąłem głową. Przemknęło mi przez myśl, że nie widziała tego gestu, ale jakby zrozumiała, bo oparła palce na moich i odchyliła głowę w tył, opierając ją o mnie. Jej włosy pachniały koniczyną. Na co czekała? Aż zacznę grać? Cholera, nie umiałem grać na pianinie.

Nuala wskazała jeden klawisz.

– Zacznij tutaj.

Niepewnie, oszołomiony jej bliskością, wcisnąłem klawisz i rozpoznałem, że to pierwszy dźwięk pieśni, którą słyszałem w swej głowie, odkąd się obudziłem. Nieporadnie uderzyłem w następny klawisz, po drodze trafiając na kilka niewłaściwych – pianino było jak język obcy, który źle brzmiał w moich ustach. Następny dźwięk odgadłem nieco szybciej. Kolejny, już tylko po jednej pomyłce. Później trafiłem za pierwszym razem. Zagrałem melodię i dołożyłem druga rękę, z wahaniem dobierając linię basową rozbrzmiewającą mi w głowie.

Była niezgrabna, amatorska, piękna. I była moja.

Nie brzmiała jak pieśń, którą ukradłem Nuali. Rozpoznałem urywek melodii, której słuchałem w kółko całe lata, wznoszącej się linii basowej, która zachwyciła mnie na jednej płycie Audioslave, oraz riff, którym bawiłem się na gitarze. To było moje, ale intensywniejsze, bardziej skupione, doszlifowane.

Przestałem grać i wpatrywałem się w pianino. Nie mogłem nic powiedzieć, bo tak bardzo tego pragnąłem. Chciałem tego, co oferowała, i bolało mnie, że muszę odmówić. Zacisnąłem powieki.

– Powiedz coś – poprosiła.

Otworzyłem oczy.

– Cholera. Powiedziałem Sullivanowi, że nie mam pojęcia o grze na pianinie.


James

Miałem mieszane uczucia co do mieszkania w internacie. Internat oznaczał niezależność: swobodę w rozrzucaniu szpargałów po podłodze i jedzeniu ciastek na śniadanie przez trzy dni z rzędu (co nie jest dobrym pomysłem – przez kilka pierwszych lekcji ma się ciemne okruszki na zębach). Była też cała internatowa brać, siedemdziesięciu pięciu chłopaków upchniętych w jednym budynku jak śledzie w beczce.

Ale internat był także brutalny, klaustrofobiczny, wyczerpujący.

Brakowało przestrzeni, by odetchnąć i pobyć samemu, nie można było być sobą takim, jakim się jest, kiedy nikt nie patrzy.

Tego popołudnia padał deszcz, i to było najgorsze – nikt nie miał zajęć, ani nie wyszedł na zewnątrz. Budynek pękał od hałasu. Nasz pokój był wypchany ludźmi.

– Chcę do domu – powiedział Eric.

– Mieszkasz pięć mil stąd. Nie masz prawa tęsknić za domem – odrzekłem. Robiłem kilka rzeczy naraz. Gadałem z Paulem i Erikiem, czytałem „Hamleta” i wykonywałem zadanie z geometrii. Eric nie robił zupełnie nic: leżał na brzuchu na podłodze, odrywając nas od nauki. Pomocnicy nauczycieli mieszkali w kampusie i dodatkowo sprawowali funkcję opiekunów, pilnując uczniów, ale jako przedstawiciel władzy Eric był komiczny: zachowywał się równie nieodpowiedzialnie jak my wszyscy.

– W domu jest zapiekanka, z mikrofali – odparł Eric – ale jeśli po nią pojadę, będę musiał najpierw zatankować samochód.

– Ludzie tacy jak ty zasługują na śmierć głodową. – Przewróciłem kartkę „Hamleta”. – Zapiekanka z mikrofali to za wysokie progi dla takiego powsinogi.

Brakowało mi zapiekanki mojej mamy. Ładowała do niej chyba cztery kilo żółtego sera i całą świnię. Był to prawdopodobnie zamach na moje zdrowie mający na celu zatkanie arterii w młodym wieku, ale i tak mi jej brakowało.

– To z „Hamleta”? – zapytał Paul ze swojego łóżka. – Tak brzmi. Wiecie, nie jesteś zdrów, mój panie, azaliż zwykły z waści powsinoga.

– „Hamlet” jest super – powiedział Eric.

– Twoja stara jest super – odparłem.

Przez otwarte drzwi zobaczyłem grupę chłopaków w kąpielówkach, biegnących z wrzaskiem korytarzem. Nawet nie chciałem wiedzieć, co robią.

– Pytam tylko, dlaczego oni nie mogą po prostu powiedzieć, co mają na myśli – kontynuował Paul. Odczytał na głos fragment. – Co to w ogóle znaczy? Jedyne, co z tego rozumiem, to: „I nie chce wierzyć wieści o tym strasznym, dwa razy przez nas widzianym zjawisku”[4] – dodał z uczuciem. – Bo tak dokładnie się czuję, jak widzę moją szwagierkę.

– To akurat jest niezłe – powiedziałem. – Przynajmniej można się domyślić, że chodzi im o to: „Horacy twierdzi, że chyba mamy haluny po grzybach, ale zmieni zdanie, jak sam zrobi w gacie ze strachu, widząc ducha”. To jeszcze nie jest jak to całe: „Budując płomienną nadzieję korzyści”. On gada, gada i gada, można zrozumieć, dlaczego Ofelia się zabiła. Chciała po prostu pozbyć się głosów.

Właściwie to ja chciałem się pozbyć głosów. Goście w kąpielówkach skakali, a piętro wyżej ktoś wybijał stopami rytm niesłyszalnej dla nas muzyki. W korytarzu jakiś kretyn ćwiczył na skrzypcach. Na naprawdę wysokich dźwiękach. Jakby kot miauczał. Głowa mi pękała.

– Jezu, nienawidzę tej książki. Sztuki, nieważne – zajęczał Paul. – Nie mógł Sullivan zadać nam „Gron gniewu” albo czegoś w normalnej angielszczyźnie?

Pokręciłem głową i odłożyłem mój gruby egzemplarz „Hamleta” na podłogę. Na dole ktoś krzyknął, i pod stopami poczułem walnięcie, jakby ktoś rzucił czymś o sufit.

– „Hamlet” przynajmniej jest krótki. Idę na chwilę do holu. Zaraz wrócę.

Zostawiłem Paula krzywiącego się na „Hamleta” i Erica krzywiącego się na podłogę. Zszedłem na dół. W holu też było głośno, jakiś typ grający na fortepianie gorzej ode mnie walił w kółko gamy. Otworzyłem drzwi.

Z tyłu budynek internatu miał wysoki portyk, oparty na masywnych kremowobiałych kolumnach. Deszcz padał intensywnie, ale nie na tyle, żeby woda trafiała pod dach.

Było zimno. Opuściłem rękawy i zacisnąłem palce, przytrzymując drzwi. Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się we wzgórza za internatem. Deszcz spłukał ze wszystkiego kolory, zapełnił wgłębienia między wzgórzami mgłą i sprowadził niebo na ziemię. Krajobraz przede mną był stary, niezmienny, piękny w bolesny sposób, sprawiał, że miałem ochotę złapać za dudy.

Zastanawiałem się, czy Nuala mnie obserwuje. Bliska, niewidzialna, niebezpieczna. Wcześniej byłem w bibliotece i szukałem w internecie silniejszego niż żelazo środka odstraszającego fejów. Znalazłem coś, co zapisałem sobie na ręce u podstawy małego palca: głóg, jesion, dąb, czerwony. Ten środek na razie istniał w formie słów, bo nie miałem pojęcia, jak do diabła wygląda jesion.

Odszedłem kilka kroków od drzwi, do końca portyku, tam, gdzie na kostce brukowej było najmniej mokro.

Cholera. Jasny szlag. No to koniec z samotnością. Mała ciemna postać w kapturze kucała pod ścianą internatu, otulona własnymi ramionami. Odwróciłbym się i poszedł do środka, ale pozycja jej ręki podpierającej twarz skojarzyła mi się z płaczem, a kształt ciała wskazywał na płeć żeńską.

Tego, w Sewardzie, męskim internacie, nie oglądaliśmy za wiele.

Dziewczyna nie podniosła głowy, kiedy podchodziłem, ale z bliska rozpoznałem buty, poprzecierane czarne martensy.

Kucnąłem obok i uniosłem palcem brzeg kaptura. Dee spojrzała na mnie i opuściła rękę. Na jej twarzy nie było łez, ale czerwone oczy świadczyły o ty, że gościły tam wcześniej.

– Wariatko – powiedziałem czule – cóż ty robisz w tym strasznym kraju męskiego internatu?

Dee sięgnęła znowu do oka, jakby chciała wytrzeć łzę, której nie widziałem. Potarła je i wyciągnęła palec do mnie.

– Chcesz rzęsę?

Spojrzałem na małą samotną rzęsę na opuszce jej palca.

– Czytałem, że mamy ograniczoną liczbę rzęs, i jeśli wyrwiemy sobie wszystkie, to już nie odrosną.

Skrzywiła się, patrząc na rzęsę:

– Wymyśliłeś to.

Przesunąłem się, żeby oprzeć się o ścianę obok niej, i oplotłem rękami kolana. Cegły pod moim tyłkiem były zimne.

– Gdybym miał coś wymyślić, to wpadłbym na coś ciekawszego. Było napisane, że nastolatki, które wyrywały sobie rzęsy, teraz są wstrętne i łyse. Nie wymyśliłbym tego.

– Wstawię ją z powrotem, jeśli chcesz – zaproponowała Dee.

Dotknęła palcem oka, co przypomniało mi, jak jest czerwone. Było mi z tym okropnie źle, że płakała.

– Moja nauczycielka od harfy jest ogrem. Jak ci idą lekcje gry na dudach?

– Zabiłem nauczyciela i zjadłem. Za karę muszę się uczyć grać na pianinie.

Brwi dziewczyny złączyły się w uroczym wyrazie zatroskania.

– Nie umiem sobie wyobrazić ciebie przy pianinie.

Przypomniało mi się, jak wcześniej tego samego dnia Nuala położyła palce na moich dłoniach, spoczywających na klawiszach.

– Nie wyobrażam sobie ogra jako nauczycielki gry na harfie. Myślałem, że wy wszystkie jesteście takie, no, eteryczne.

– Trudne słowo.

– Za pięćdziesiąt punktów. Przeliterujesz?

Dee pokręciła głową.

– Ona naprawdę jest ogrem. Ciągle mi mówi, żebym trzymała szeroko łokcie, a ja nie chcę, ciągle mówi mi, jak wszystko robię źle i że uczyłam się od wiejskich muzykantów. A może ja nie chcę grać klasycznie? Może ja chcę grać po prostu muzykę irlandzką? Nie wiedziałam, że trzeba trzymać łokcie na boki, żeby być dobrym harfistą.

Jej usta wygięły się okropnie, prawie płakała. Ale żeby doprowadzić Dee do łez, nie wystarczy podła nauczycielka, ona jest o wiele silniejsza, niż się wydaje. Coś jeszcze musiało ją dręczyć.

Dee przygryzła dolną wargę.

– Wiesz, jakie straszne są te internaty, kiedy pada? Nie ma gdzie uciec.

Nie potrafiłem zapytać, o co tak naprawdę chodzi. To śmieszne teraz, kiedy o tym pomyślałem, nigdy nie potrafiłem. Westchnąłem tylko i wyciągnąłem zapraszająco rękę ponad jej głową. Nie zawahała się nawet, by się przysunąć i oprzeć policzek o moją pierś. Usłyszałem, jak wzdycha, głębiej niż ja, ciężej. Otoczyłem ramionami jej plecy i oparłem głowę o ścianę. Dee w moich ramionach była ciepła, namacalna, niewiarygodna. Jakbym tysiąc lat już jej nie przytulał. Zamknąłem oczy i myślałem o tym, co wyobraziłby sobie ktoś, kto zobaczyłby nas, wchodząc pod portyk. Że jesteśmy parą? Że Dee mnie kocha i wymknęła się ze swojego internatu, by się ze mną zobaczyć?

A może ten ktoś rozpoznałby prawdę – że to nic nie znaczy. Kiedyś myślałem, iż coś nas łączy, aż do wakacji, aż do Luke’a.

Byłem głupi.

To mnie zabijało. Ta tęsknota. Tęsknota za tym, za nią w moich objęciach, jej łzami na mojej koszulce; żeby dla niej to znaczyło to samo co dla mnie. Jeśli by tak było, gdybyśmy naprawdę byli parą, zapytałbym ją, dlaczego płacze, dlaczego siedzi pod moim internatem zamiast pod swoim, czy widziała Nualę, czy to właśnie przez nią Nuala była tutaj.

Ale nie mogłem o nic zapytać.

– Mów – powiedziała Dee stłumionym przez moją koszulkę głosem. Przyszło mi na myśl, że źle ją zrozumiałem. Otworzyłem oczy i spojrzałem na szare chmury przetaczające się płatami po niebie.

– Co?

– Powiedz coś, James. Chcę po prostu słyszeć, jak mówisz. Mów coś śmiesznego. Mów.

Nie miałem ochoty mówić niczego śmiesznego.

– Ja zawsze mówię śmieszne rzeczy.

– To mów to co zawsze.

– Czemu płakałaś? – zapytałem.

Nie odpowiedziała, bo nie wymówiłem tego na głos.

Prawdę mówiąc, zbyt się cieszyłem z jej obecności, nie chciałem kusić losu, zadając pytania. Paplałem więc o zajęciach i słabostkach Paula, chipsach i budzikach. Byłem totalnie nonszalancki, zabawny, ona nawet zaczęła się śmiać, a ja umierałem z tęsknoty.


James

Zerwałem się ze snu i zwlokłem na brzeg łóżka, ścierając pajęczyny muzyki z twarzy. Przyczepiły się do niej śliczne niebezpieczne pasma melodii; zdrapywałem je, aż do mnie dotarło, że one nie istnieją, a ja tylko niszczę pazurami swą chłopięcą urodę. Nie ma. Muzyka ze snu. Muzyka od Nuali. Moja głowa opadła na ścianę z łupnięciem, które mogło pozabijać komórki mózgowe.

Zaczynałem nienawidzić poranków.

A telefon dzwonił, wysyłając armię maleńkich karłów wojowników z młotami do rozwalenia mojej mózgownicy. Nienawidziłem w tej chwili telefonu – nie tylko tego w moim pokoju, ale wszystkich telefonów, jakie kiedykolwiek zadzwoniły przed południem.

Stoczyłem się z łóżka i wciągnąłem na siebie dżinsy.

Łóżko Paula było puste.

Walnąłem się ręką w twarz, wciąż ogarnięty muzyką, śpiący, wyczerpany i ustąpiłem.

– Halo?- James? – Głos był przyjemny i złowieszczo znajomy. Poczułem ukłucie w żołądku – znajome uczucie upokorzenia.

Umieściłem telefon między uchem a barkiem. Zacząłem sznurować buty.

– Jak zawsze.

– Tu Sullivan. – Usłyszałem w tle śmiech. – Dzwonię z lekcji angielskiego.

Choroba jasna, a niech to. Popatrzyłem na budzik, który pokazywał nieco po dziewiątej. Kłamliwa bestia. Przecież Paul nie poszedłby na zajęcia beze mnie.

– To logiczne – powiedziałem, szarpiąc w pośpiechu sznurowadło. – Jest pan naszym nauczycielem.

Głos Sullivana wciąż był bardzo miły.

– Owszem, a reszta klasy – i ja także – zastanawialiśmy się, czy masz zamiar do nas dołączyć.

Śmiechy w tle.

– Przełączył pan na głośnomówiący?

– Tak.

– Paul, jesteś zdrajcą! – krzyknąłem. – Właśnie robię sobie makijaż. Chyba straciłem poczucie czasu. Będę za momencik – dodałem.

– Powiedziałeś, żebym szedł bez ciebie! – zawołał Paul w tle.

Nie pamiętam, żebym coś takiego powiedział, ale brzmiało realistycznie.

– Miło mi to słyszeć. – Ucieszył się Sullivan. – Planowałem wykorzystać klasę, by ponękała cię, aż się zgodzisz przyjść, ale ułatwiłeś mi zadanie.

– Nie opuściłbym pana fascynującej lekcji za góry złota. – Zapewniłem. Wstałem i obróciłem się, starając się znaleźć źródło kwiatowego zapachu. – Pana wykłady i jego uśmiech dostarczają mi najjaśniejszych chwil w szkole Thornking-Ash, jeśli mogę tak powiedzieć.

– Uwielbiam, jak tak mówicie. Do zobaczenia. Klasa, proszę powiedzieć Jamesowi: „Pa”.

Klasa wykrzyknęła do mnie: „Pa”, i się rozłączyłem.

Odwróciłem się, czułem, że nie jestem sam w pokoju.

– Nuala. – Odczekałem moment. – Nuala, jesteś tu nadal?

Cisza. Kiedy wszyscy są na lekcjach, ciszy w internacie nie da się z niczym porównać. Nie wiedziałem, czy tam jest, czy jej nie ma, ale i tak mówiłem dalej.

– Jeśli tu jesteś, posłuchaj mnie. Wynoś się z mojej głowy. Nie chcę twoich snów. Nie chcę tego, co mi oferujesz. Wynocha!

Nie było odpowiedzi, ale w powietrzu unosił się zapach letnich róż, nie pasujący do naszego brudnego pokoju: może wiedziała, że kłamię. Złapałem długopis z szafki nocnej, znalazłem wolne miejsce u podstawy kciuka i napisałem tam mój egzorcyzm. Podniosłem go do góry, żeby zobaczyła; ja miałem go zapamiętać. Złapałem plecak i wyszedłem, pozostawiając za sobą zapach Nuali.

– James! – odezwał się miło Sullivan, kiedy siadałem w ławce. – Wyspałeś się?

– Jakby mnie ukołysały anielskie chóry – zapewniłem, wyciągając zeszyt.

– Nie widać tego po tobie – odparł, patrząc na tablicę. – Szykowaliśmy się właśnie do rozmowy o naszym pierwszym zadaniu pisarskim, James. Metafora. Spędziliśmy połowę lekcji, rozmawiając o metaforach. Czy jest ci znane to pojęcie?

Napisałem sobie na ręce „metafora”.

– Mój nauczyciel był jak bóg.

– To jest akurat porównanie – odpowiedział Sullivan. Napisał na tablicy „jak”. – Przyrównujemy coś do czegoś, używając spójnika „jak”. Metaforą, przenośnią, byłoby na przykład zdanie: Mój nauczyciel był bogiem.

– I jest! – zawołała po mojej prawej Megan. Zachichotała i zrobiła się czerwona.

– Dziękuję, Megan. – Nie odwracając się, Sullivan napisał na tablicy: „Metafora w Hamlecie”. – Wolę jednak określenie półbóg, przynajmniej, zanim dokończę doktorat. Czyli… dziesięć stron. Metafora w „Hamlecie”. Oto wasz temat. Za dwa tygodnie oddajecie mi plany.

Rozległo się osiem jęków.

– Nie zachowujcie się jak niemowlaki – rzekł Sullivan. – To żałośnie łatwe. Dzieci z podstawówki potrafią napisać pracę o metaforze. Przedszkolaki potrafią napisać pracę o metaforze.

Podkreśliłem słowo „metafora” na ręce.

To chyba najnudniejszy temat, jaki można było wymyślić. Zapamiętaj: „Podciąć sobie żyły”.

– James, wyglądasz, o ile to możliwe, na mniej zachwyconego niż koledzy. Czy to nadmiar snu tak odbija się w twoich rysach, czy wyczuwalny absmak? – zapytał mnie Sullivan.

– Nie, nie odpowiada to mojemu wyobrażeniu szalonej zabawy – odparłem.

– Ale zadanie z angielskiego nie ma być zabawą. – Sullivan założył ręce na piersi. – Powiem ci coś, James. To się tyczy was wszystkich. Jeśli wymyślicie jakiś bardziej szalony i zwariowany sposób wykonania tego zadania (ale związany z Hamletem i metaforą), to z chęcią przeczytam taki plan. Chodzi o to, żebyście się czegoś nauczyli. Jeśli temat bardzo wam się nie podoba, to i tak ograniczycie się do napisania planu i kupicie pracę przez internet.

– Można tak zrobić? – Paulowi aż dech zaparło.

Sullivan zmierzył go wzrokiem.

– I tym optymistycznym akcentem… wyganiam was. Zastanówcie się nad planami i czytajcie dalej. Porozmawiamy na następnej lekcji.

Wszyscy spakowali się i bezkarnie wyszli, a mnie, jak się spodziewałem, Sullivan odwołał na stronę. Odczekał, aż inni uczniowie wyjdą, zamknął za nimi drzwi i usiadł na brzegu biurka. Miał szczery i współczujący wyraz twarzy. Poranne światło wpadające przez okno oświetlało od tyłu jego popielato-brązowe włosy na jasnozłoty kolor, przez co wyglądał jak zmęczony anioł z witraża, taki, co z poczucia obowiązku wlecze za sobą trąbę, nie grając na niej.

– Proszę o najwyższy wymiar kary – odezwałem się.

– Mógłbym cię rozliczyć za spóźnienie – odrzekł Sullivan, i od razu zrozumiałem, że nie miał zamiaru tego robić – ale myślę, że tym razem po prostu dam ci po łapach. Jeśli to się powtórzy…

– Będę wisieć – zakończyłem myśl.

Pokiwał głową.

Tutaj wypadałoby powiedzieć „dziękuję”, ale to słowo zdawało mi się obce. Nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio je wymówiłem. Po raz pierwszy w życiu przyszło mi do głowy, że jestem niewdzięcznikiem.

Wzrok Sullivana spoczął na moich rękach. Widziałem, jak wodzi po nich oczami, starając się rozszyfrować słowa wypisane na skórze. Wszystkie były po angielsku, ale w moim własnym języku.

– Wiem, że nie jesteś zwyczajnym chłopakiem – odezwał się nauczyciel. Zmarszczył brwi, jakby naprawdę nie to chciał powiedzieć. – Czuję, że nie mówisz o sobie wszystkiego.

Próbowałem wymyślić jakieś powiedzonko: „Jestem niezwykle głęboki” albo: „Moja osobowość zamieszkuje wiele komnat”, albo: „Ktoś powinien to w końcu zauważyć”, lecz żadne z nich nie pasowało, więc milczałem.

Sullivan wzruszył ramionami:

– My, nauczyciele, też nie wszystko o sobie mówimy. Jeśli będziesz chciał z kimś porozmawiać, nie obawiaj się i przyjdź do kogoś z nas.

Spojrzałem mu prosto w oczy. Przypomniało mi się ponownie, jak Sullivan upadł na kolana i wymiotował krwią i kwiatami.

– Porozmawiać o czym?

Zaśmiał się, krótko i bez cienia radości.

– O moich ulubionych przepisach na zapiekankę. O tym, czego się boi twój współlokator, albo o tym, dlaczego wyglądasz tak, jakby cię przejechał pociąg. O czymś takim.

Wciąż patrzyłem na niego, w jego źrenicach widziałem moją wizję, kiedy umierał, i czekałem, aż odwróci wzrok. Nie odwrócił.

– Potrzebuję dobrego przepisu na lazanię. To rodzaj zapiekanki, prawda?

Jego usta przybrały zasmucony wyraz, sprytną parodię uśmiechu.

– Idź na lekcję, James. Wiesz, gdzie mnie znaleźć w razie czego.

Spojrzałem najpierw na szeroki żelazny pierścień na jego palcu, a potem znów na jego twarz:

– Kim pan był, zanim został nauczycielem angielskiego?

Kiwnął tylko powoli głową, przygryzając w zamyśleniu dolną wargę:

– Dobre pytanie, James. Dobre pytanie.

Ale nie odpowiedział, a ja nie zapytałem ponownie.


James

Wzgórze, na którym przeważnie ćwiczyłem, było ulokowane strategicznie: na tyle daleko od internatów i sal lekcyjnych, że nie było tam słychać, co gram, a na tyle blisko, że gdyby zaczęło padać czy zaatakowałyby nas wściekłe borsuki, mogłem pognać z powrotem do szkoły, zanim przemoknę lub zostanę pożarty.

Było przepiękne jesienne popołudnie; takie zdjęcia umieszcza się na błyszczących widokówkach. Usytuowanie mojego punktu obserwacyjnego na pagórku dodatkowo pozwalało na podziwianie jeszcze szerszej perspektywy tego piękna, jak umieszczona w lustrze kamera sklepowego monitoringu. Krajobraz tego popołudnia składał się z pędzących chmur, pachnącego dymem wiatru i lazurowego nieba, tak ogromnego, zamykającego pagórek w jednej modrej kuli. Czułem się, jakby świat należał do mnie. Cały wszechświat. Wzgórze było samodzielną planetą.

Granie na dudach to czynność interdyscyplinarna: w równej części muzyka, wu-ef, rozwiązywanie układanki i ćwiczenie pamięci. Jest to także nauka o liczbach. Trzy piszczałki burdonowe, jedna basowa, dwie tenorowe. Przebierka, osiem otworów: jedna piszczałka melodyczna, dwie klapki wibrujące i te zmieniające wysokość dźwięku. Jeden worek, jeden ustnik napełniający go powietrzem, dający niezliczone powody do dowcipów o seksie oralnym. Wyjąłem dudy z futerału i skorygowałem ton przed włożeniem przebierki w worek i zarzuceniem dud na ramię.

Dostroiłem i dla rozgrzewki zagrałem kilka marszy, zanim zeszła się moja tradycyjna widownia. Eric siadł na skraju wzgórza z jedną ze swoich grubachnych książek w obcym języku, do pracy magisterskiej; Megan – z powieścią w ręce. Dwójka innych, nieznanych mi, ulokowała się w bezpiecznej odległości plecami do mnie, odrabiając lekcje. Paul, oczywiście, głównie dla towarzstwa. I Sullivan. To była nowość. Wkroczył na pagórek i stanął przede mną na swoich długich jak u modliszki kończynach. Jego wzrok od razu spoczął na mojej koszulce (z napisem: „Głosy każą mi wam nie ufać”), a następnie przeniósł się wyżej, na twarz.

Odsunąłem usta od ustnika i uniosłem brew. Sullivan przywitał mnie zwykłym przyjaznym uśmiechem. Wiatr rozwiał jego włosy z tyłu głowy i uniósł je do góry. Z potarganą fryzurą i bez swojej nauczycielskiej marynarki wyglądał właściwie jak jeden z uczniów. Ten dyrektor, dla którego żona Sullivana go zostawiła, musiał być albo superciachem, albo superbogaczem.

– Odrywam cię od gry? – uprzejmie zapytał Sullivan.

Jeśli chodziło mu o to, że mnie zagiął, dołączając do mojego orszaku na pagórku, to tak. Ale głośno powiedziałem tylko:

– Bardzo mnie pan rani.

– Naprawdę? – Sullivan usiadł po turecku jednym zgrabnym ruchem. – Nie chciałbym przeszkadzać ci w ćwiczeniu.

– A to już wierutna nieprawda. Jestem pewien, że chciał pan poprzeszkadzać. – Sullivan uśmiechnął się szeroko. – A więc co to takiego, rekonesans?

Nauczyciel ostentacyjnie ułożył się w trawie i wyjął mały magnetofon. Ustawił go na ziemi między sobą i moimi butami.

– Chcę po prostu usłyszeć, jak gra najlepszy dudziarz w stanie Wirginia. Wiesz, dla mnie to zawsze brzmi, jakbyście grali jedną i tę samą melodię w kółko. Jak się nazywa ten sławny marsz? „Scotland the Brave”? Wszystkie inne brzmią dla mnie identycznie.

Odpłaciłem pół uśmiechem, pół grymasem, pokazując zęby.

– Proszę pana – powiedziałem z wyrzutem. – Myślałem, że to ja jestem tutaj od żartów.

Odwzajemnił moje spojrzenie z przekorną miną. Odstąpiłem na krok, by wypełnić worek powietrzem, i zastanawiałem się, co zagrać, żeby ten uśmieszek zniknął z jego twarzy. Coś prędkiego? Coś wzruszającego? Mógł się spodziewać, że popiszę się czystą techniką, bo widział moje wyniki konkursowe, więc trudny utwór z gimnastyką dla palców nie wchodził w grę. Może w takim razie coś, co przypomni mu o smutku po porzuceniu przez żonę. Sprawdziłem strój i zacząłem grać „Cronan”, melodię z największą chyba dawką patosu i żalu, która nawet w rękach słabszego dudziarza doprowadziłaby Hitlera do łez. Sullivan nie miał więc szans.

Włożyłem w nią całego siebie. A miałem w sobie wystarczająco dużo własnego żalu i smutku, by przelać je w tę melodię. Dee, która powinna być na pagórku, ale jej nie było; mój piękny samochód, który powinien stać na parkingu, a tymczasem latem został roztrzaskanym na kawałki wrakiem (w jego zastępstwie otrzymałem w spadku samochód brata). Poza tym byłem samotną wyspą w morzu ludzi i czasami ciężar bycia ostatnim przedstawicielem ginącego gatunku dusił mnie zbyt mocno. Przestałem grać.

Uczniowie klaskali. Paul udał, że wyciera łzę i rzuca ją na trawę. Sullivan wcisnął przycisk nagrywania.

– Nie nagrywał pan? – zapytałem.

– Nie wiedziałem, czy będzie taka potrzeba.

Zmarszczyłem brwi, a on odpłacił mi się grymasem, i wtedy właśnie poczułem w ramieniu mrowienie, było to ostrzeżenie.

– Nie mów nic – usłyszałem głos Nuali sekundę wcześniej, nim ją zobaczyłem, gdy mijała Erica, Paula i Sullivana, by zatrzymać się obok mnie. – Jesteś jedynym, który mnie teraz słyszy, więc jeśli zaczniesz do mnie gadać, będziesz wyglądał tak, jakbyś na przykład uległ niedotlenieniu przy porodzie.

Chciałem powiedzieć coś w rodzaju: „Dzięki za wspaniałą radę”, ale uszczypliwość bez słów jest trudną sztuką.

Poza tym jeśli nawet uważałem Nualę za najstraszniejszą rzecz w moim otoczeniu, to wyglądała dzisiaj niesamowicie. Cała owinięta spłowiałymi od słońca kosmykami włosów, ze szpiczastym piegowatym noskiem i sarkastycznym wyrazem ust. Obcisła czarna koszulka z napisem „Grudge” i dżinsy biodrówki tak niskie, że widać było lśniącą bliznę na kości biodrowej, w miejscu, gdzie koszulka stykała się z dżinsami.

Wpatrywałem się w nią, a ona czytała chyba w moich myślach, bo powiedziała:

– Przyznam, że w końcu wyglądam tak, jak naprawdę wyglądam. Wy, żałośni geniusze, chcecie widzieć mnie rozmemłaną i delikatną. – Przyklęknęła przy futerale na dudy i zajrzała do środka, niczego nie dotykając. – A ty chcesz, żebym wyglądała czadowo, podoba mi się to.

Uklęknąłem, udając, że robię coś przy piszczałce, odwrócony plecami do mojej publiczności. Nie mogłem niczego powiedzieć, bo wszyscy by usłyszeli, i nie chciałem wyglądać jak idiota wpatrujący się w przestrzeń.

Nuala usiadła na piętach. Jej dżinsy opięły kolana. Uśmiechnęła się szeroko.

– Nie mów, że ci się nie podoba mój wygląd.

Prezentowała się tak, że można było ją schrupać, ale to nie miało znaczenia. To, że ubierała się specjalnie tak, by mnie nakręcić, było nieco niepokojące.

– Nie tylko ubranie – powiedziała. Z nieprzyjemnym dreszczem zauważyłem, że nie rzuca cienia. – Moja twarz. Wyglądam tak, bo ty chcesz, żebym tak wyglądała. Ktoś taki jak ty… kiedy się do niego zbliżę, zmieniam się, żeby bardziej na niego oddziaływać. Nic na to nie poradzę. I wierz mi, czasami muzycy fantazjują o okropnych rzeczach. W każdym razie w końcu czuję, że na zewnątrz wyglądam tak samo jak wewnątrz.

Ale ja nie chciałem, żeby w ogóle jakoś wyglądała. Pragnąłem tylko, żeby spadała z mojego pagórka.

– Tak naprawdę to chcesz, żebym tu była. W przeciwnym razie nie wracałabym. – Uśmiech Nuali wyglądał złowrogo.

– Nerwy, James? – zawołał Sullivan.

– Proszę sobie nie pochlebiać! – odkrzyknąłem. Wsadziłem przebierkę w dudy i odwróciłem się tyłem do Nuali. Bałem się, że miała rację. Obsesja na punkcie mojej muzyki mogła mnie w końcu załamać, błagałbym wówczas o pomoc.

Oparłem dudy na ramieniu i zagrałem taniec strathspey[5] na tyle trudny, że pomógł mi oderwać myśli od Nuali. Moje ozdobniki na dźwięku E były dzisiaj do niczego. Pod koniec utworu wplotłem ich cały szereg, aż udało mi się je wyczyścić.

– Są w porządku. Masz obsesję. Jesteś świetny, jak zawsze zresztą – powiedziała mi Nuala prosto do ucha. Znieruchomiałem, kiedy, mówiąc, owiewała moją twarz swoim kwiatowym oddechem. – Masz tu podpowiedź, dupku. Poproś Erica, żeby przyniósł gitarę. To nie jest oszukiwanie, to sugestia. Możesz z niej skorzystać albo nie.

Zawahałem się. Patrzyłem, jak białe chmury pędzą nad szczytem pagórka, masywne, górujące nad nim krainy bieli i jasnego błękitu. Śledziłem wzrokiem ich cienie na niekończących się wzgórzach. Nie oznaczało to zgody.

– Eric – zacząłem, a twarz Nuali nabrała wyrazu zadowolenia. – Może przyniesiesz gitarę?

Eric spojrzał znad książki. Wyraz zadowolenia na jego twarzy był o wiele prostszy i niewinny niż u Nuali.

– Jasne, stary. Czekaj!

Zerwał się na równe nogi i skierował w stronę szkoły. Kiedy go nie było, zagrałem kilka jigów[6], wesołych i niekończących się, aby Nuala nie mogła się odezwać raz jeszcze. Niech mrozi mnie wzrokiem, że ją uciszam.

Potem zobaczyłem Erica powoli wspinającego się na pagórek, a obok niego dziewczynę ze wzmacniaczem. Szeroki uśmiech, który pojawił się na mojej twarzy, przeszkodził mi w dalszej grze. Nuala nie miała racji. Gdyby naprawdę prezentowała się tak, jakbym chciał, wyglądałaby jak dziewczyna wchodząca na pagórek razem z Erikiem.

Dee miała czerwone od słońca i wspinaczki policzki; uśmiechnęła się radośnie i powiedziała, lekko zdyszana:

– Może następnym razem poćwiczysz trochę bliżej szkoły?

Tego wieczoru, kiedy pobiegłem na wzgórza w poszukiwaniu pieśni rogatej postaci, byłem bliżej niż kiedykolwiek. Dostrzegłem każdy sęk na jego porożu na tle intensywnej czerwieni zachodzącego słońca. Byłem na tyle blisko, że widziałem ciemną tkaninę peleryny, której ciężar przygniatał trawę do ziemi. Na tyle blisko, by lepiej niż do tej pory usłyszeć melodię pieśni w jej całym morderczym pięknie.

Słyszałem każde słowo, które śpiewał, chociaż nie rozumiałem znaczenia żadnego z nich.

Wiedziałem tylko, że tego właśnie pragnę.

Po jego odejściu powrót do internatu zajął mi dużo czasu. W ciszy tej zwyczajnej nocy, którą po sobie zostawił, usiadłem na pagórku, a wiatr szeptał w wysokiej trawie dookoła. Patrzyłem w gwiazdy i chciałem czegoś więcej od siebie i od świata – po prostu pragnąłem.


James

Po tym, jak Sullivan nie udzielił mi reprymendy za zaspanie, sądziłem, że kara mnie ominie, ale najwidoczniej nie miałem racji. Następnego dnia przed lekcją złapał mnie za ramię w korytarzu, zanim zdążyłem wejść do klasy.

– Zwalniam cię dzisiaj z zajęć, James – oznajmił. Zapach kawy unosił się w powietrzu.

– Ominie mnie „Hamlet”.

– Nie martwiłeś się o niego wczoraj.

– O Boże, to nadal chodzi o ostatnią lekcję?

Sullivan przesłał mi spojrzenie, które potrafiłoby usmażyć jajka, i puścił moje ramię.

– Nie bezpośrednio. Zwalniam cię, bo się wybierasz do Gregory’ego Normandy’ego.

Ostatnio widziałem to nazwisko i imię na wizytówce ze słowem „dyrektor”, włożonej między dokumenty o przyjęciu mnie do Thornking-Ash. Poczułem się jak kot, któremu pokazano wannę pełną wody.

– Nie mogę po prostu napisać milion razy: „Nigdy więcej nie spóźnię się na lekcje”?

Sullivan pokręcił głową.

– To by było marnowanie twoich wysoce wykwalifikowanych palców, James. Idź poszukać Normandy’ego. Oczekuje cię. W administracji. Postaraj się panować nad poziomem jadu. On jest po twojej stronie.

Naprawdę chciałem być na „Hamlecie”, aby zacząć ten dzień w mało stresujący sposób. Pomyślałem, że Sullivan robi coś nie fair, wysyłając mnie na dywanik przed obiadem.

Zastałem Gregory’ego Normandy’ego w Kolegium McComas, małym ośmiokątnym budynku z oknami w każdej ścianie. Moje trampki piszczały na drewnianej podłodze. Ośmioro ludzi, w różnym stopniu pomarszczonych i łysych, spoglądało na mnie z portretów umieszczonych na każdej ze ścian. Być może byli to założyciele naszej dumnej instytucji. Cały budynek pachniał kwiatami i miętą, chociaż nie widziałem ani jednej rośliny. Patrzyłem na brązowe plastikowe tabliczki na drzwiach, aż odnalazłem nazwisko Normandy’ego. Zapukałem.

– Otwarte.

Pchnąłem drzwi i zmrużyłem oczy w jasnym świetle. Wschodnia ściana gabinetu składała się z okien, przy których stało biurko. Poranne słońce wpadające przez szerokie okiennice było oślepiające. Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do światła, zobaczyłem gospodarza siedzącego przy biurku, na którym leżały stosy papierów i stały dwie wazy ze stokrotkami. Byłem trochę zaskoczony – zdziwiły mnie zwłaszcza te stokrotki – widząc jego ogoloną głowę, mięśnie ramion i klatki piersiowej, które świadczyły o tym, że mógłby mi nieźle dokopać bez najmniejszego wysiłku.

Nawet w koszuli i krawacie nie wyglądał na dyrektora, chyba że dyrektora podziemnego kręgu walki.

Oczy Normandy’ego skierowały się na moje ucho; po chwili zdałem sobie sprawę, że patrzy na bliznę.

– Ty musisz być James Morgan. Miło cię poznać osobiście. Usiądź.

Usiadłem naprzeciwko niego na krześle i od razu zapadłem się w grubą pluszową poduszkę. Przez okno, które znajdowało z tyłu za Normandym, widać było fontannę z satyrem.

– Dziękuję – powiedziałem ostrożnie.

– Jak ci się wiedzie w Thornking-Ash?

– Bardzo mi się podoba możliwość jedzenia codziennie kolacji na wynos – odpowiedziałem.

Normandy przybrał minę, która mnie trochę zaniepokoiła: jego wszystkowiedzący wyraz twarzy sugerował, że Sullivan ostrzegał go o tym, jak lubię się wymądrzać albo w jakiś inny sposób wyglądałem na przemądrzalca. Nie obchodziło mnie to aż tak bardzo.

– A więc okazało się, że nasz nauczyciel gry na dudach ci nie dorównuje – oznajmił.

Rozważyłem kilka możliwych odpowiedzi, ale w końcu po prostu lekko wzruszyłem ramionami.

Normandy otworzył butelkę coli, napił się i odstawił ją na biurko.

– I zastanawiasz się oczywiście, dlaczego w takim razie zawracaliśmy sobie głowę, ściągając cię do Thornking-Ash?

Mimo woli przymrużyłem oczy.

– Właściwie zastanawiałem się nad tym, ale wcale mi to nie pochlebia.

– Jak twoim zdaniem radzi sobie tutaj twoja koleżanka Deirdre?

Poczułem ciarki rozchodzące się po plecach.

– Czy to ze względu na nią tutaj jestem? – Mój głos zabrzmiał o ton wyżej, niż powinien.

Normandy przesunął czubkami środkowych palców jakieś dokumenty. Ten delikatny gest sprawił dziwne wrażenie.

– Jak sądzisz, James, jaką szkołą jesteśmy?

– Muzyczną – rzekłem, wiedząc, że to nie jest właściwa odpowiedź.

Nadal przesuwał papiery, nie patrząc na mnie.

– Muzyka interesuje nas w takim stopniu, jak lekarzy gorączka. Jeśli ktoś ma gorączkę, pewne jest, że ma on stan zapalny. Jeśli dzieciak ma wybitny talent muzyczny, jesteśmy pewni, że…

Normandy spojrzał na mnie, czekając, aż dokończę jego zdanie.

Wytrzymałem jego spojrzenie. Trudno mi było wyobrazić, że naprawdę mówi o tym, o czym sądziłem.

Jak to powiedział Sullivan: „Nauczyciele też wszystkiego o sobie nie mówią”.

– Co powinienem odpowiedzieć? – zapytałem.

Normandy zadał jeszcze jedno pytanie:

– Skąd masz tę bliznę? Bardzo piękny okaz. O twoim wypadku pisano w gazetach. Mam wycinek w swojej teczce.

Przełknąłem ślinę, i kiedy się odezwałem, ze zdziwieniem odkryłem, że panuję nad głosem.

– Czego pan chce?

– Chcę, żebyś mnie poinformował, jeśli zauważysz coś dziwnego. A zwłaszcza jeśli Deirdre Monaghan zobaczy coś dziwnego. Jesteśmy tutaj… – stuknął palcem w biurko, akcentując słowo „tutaj” – nie bez powodu. I chcemy, żeby taka młodzież jak ty i Deirdre z powodzeniem dotrwała do college’u. Bez… przeszkód.

Potarłem ramiona, by się pozbyć gęsiej skórki.

– Dlaczego pan mi to mówi?

– Pan Sullivan słyszał, jak grasz. Uważa, że jesteś na tyle dobry, by przyciągać niewłaściwą uwagę. Słyszałem też, jak gra Deirdre i wiem, jak bardzo jest dobra.

Dziwnie było słuchać, jak ciągle mówi o niej Deirdre zamiast Dee. Jak ktoś, kto nie znał jej aż tak dobrze, by mówić o niej Dee, mógł wiedzieć cokolwiek o jej problemach?

– Dam panu znać. – Obiecałem. Nastała długa cisza. – Czy to wszystko?

Normandy lekko pokiwał głową. Wstałem, a on podniósł wzrok.

– Rozumiem, że nie chcesz o Nich rozmawiać. I nie powinieneś. Nie muszę ci mówić, że o Nich nie powinno się głośno wspominać. Ale proszę, powiedz Patrickowi, to znaczy panu Sullivanowi, gdy go spotkasz…

Nie powiedziałem mu, co myślę: że ufam swojemu nauczycielowi, ale nie sądzę, że może mi pomóc.

Dorośli, którzy wiedzieli o istnieniu fejów, latem nie zrobili nic, może tylko pogorszyli sprawy.

– Dziękuję za troskę – powiedziałem grzecznie.

Była to moja pierwsza i jedyna wizyta w gabinecie dyrektora.


James

Waszyngton leżał tysiąc mil od szkoły Thornking-Ash. No dobra, nie aż tyle. Ale tak się czułem.

Autobus, którym pojechaliśmy do Marion Theater, był zupełnie jak statek kosmiczny niosący nas z dalekiej planety, zasypanej jesiennymi liśćmi, na pokryty betonem księżyc równo upstrzony ozdobnymi drzewkami i zaludniony kosmitami w garniturach.

Paul siedział obok mnie przy oknie, żeby się nie porzygać, a ja rozkręcałem długopisy i starałem się ustawiać je na notesie, który trzymałem na kolanach. Gdzieś z przodu autobusu ulokowała się Deirdre. Mój umysł w większości ulokował się właśnie tam.

Za oknem popołudniowe światło padało z ukosa spomiędzy wysokich stołecznych budynków, wpełzając słonecznymi strugami tam, gdzie mu się tylko udało. Kiedy dotykało dachów, świeciło krwistą czerwienią. Na chodnikach były setki ludzi – turyści, biznesmeni, biedacy, którzy patrzyli na nasz autobys z wyrazem głodu, żalu czy wyczerpania na twarzach. Wszyscy wydawali się bardzo samotni. Samotni w morzu ludzi.

– Muszę się upić – powiedział poważnie Paul. Mówił mnóstwo rzeczy w taki właśnie ciężki poważny sposób, ale to stanowiło odmianę od jego zwykłego repertuaru. Gdy zazwyczaj przycisnęło się Paula, mówił: „Nie łapię, o co tutaj chodzi”, wpatrując się wówczas w otwartą książkę lub stos notatek, albo: „Wiesz, mam dość tego, że nikt nie zwraca uwagi na niuanse gry na oboju”. Bardzo niewielu ludzi zauważa także te związane z graniem na dudach, więc mogłem z nim porozmawiać o tym, jak bardzo go rozumiem, tylko że obój naprawdę jest beznadziejnym instrumentem.

Odwróciłem wzrok od ludzi na ulicy i z powrotem zająłem się ustawianiem długopisów na notesie, a raczej układaniem równolegle ich kawałków. Trochę się zatelepały, kiedy autobus ruszył na zielonym świetle.

– „Upić się” to takie banalne. „Nawalić się” albo „zmelanżować” brzmi o wiele bardziej romantycznie.

– Stary, jeśli się szybko nie upiję, to nigdy nie będę miał kolejnej szansy. – Paul spojrzał na moje kolana. Podał mi swój długopis, który także rozkręciłem, dodając jego wnętrzności do mojej kolekcji. – Kiedy będę znowu miał taką okazję? Bez rodziców? Prawie bez nadzoru w internacie?

– Eee, nie wiem, może podczas takiej nieistotnej chwilki zwanej college’em. Podobno u uprzywilejowanej białej młodzieży, do której należymy, następuje to po szkole. – Zacząłem skręcać długopisy z powrotem, mieszając części, aby powstały z nich trzy frankenpisy.

– Mogę wcześniej umrzeć. I co, umrę bez upicia się chociaż raz? No i jak, przybędę pod bramy niebios jako trzeźwy prawiczek?

To trąciło jakąś moją wewnętrzną strunę. Jednym z długopisów napisałem na wierzchu dłoni: „uświęcony”.

– Wielu ludzi twierdzi, że tylko tak można dostać się pod bramę niebios. Dlaczego tak nagle chcesz się zalać w trupa?

Paul wzruszył ramionami i wyjrzał przez okno.

– Nie wiem.

Gdybym był odpowiedzialny i dorosły, pewnie powiedziałbym mu, że nie musi się upijać, aby poczuć się w pełni sobą. Ale nudziło mi się; z natury, czy może z wyboru, jestem nieodpowiedzialny, więc powiedziałem coś innego.

– Załatwię ci.

– Co?

– Piwo, Paul. Skup się. Tego chcesz, prawda? Alkoholu?

Oczy Paula za okularami stały się jeszcze okrąglejsze.

– Mówisz poważnie? Jak…

– Cicho, nie zaprzątaj sobie głowy moimi tajemnymi metodami. Bez nich nie byłbym sobą. Piłeś już kiedyś piwo? – Napisałem „piwo” z boku środkowego palca, bo skończyło mi się już miejsce na dłoni.

– Moi rodzice uważają, że piwo plami człowiekowi duszę.

Wyszczerzyłem zęby. No to jeszcze lepiej. Wyśmienicie. Poprawił mi się nastrój.

– Z czego się tak cieszysz, James? – Sullivan, który siedział kilka rzędów przed nami, odwrócił się w naszą stronę i podejrzliwie spojrzał na mnie.

– Z czegoś nieco ponurego.

Schowałem zęby, nie przestając się jednak uśmiechać. Zastanawiałem się, jak długo nas podsłuchiwał. Nie żeby to miało znaczenie. Moje podłe plany mogły wypalić za jego wiedzą lub bez niej.

Sullivan patrzył na mój uśmiech z uniesioną brwią.

– Już lepiej, ale nadal brzmi złowieszczo. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że planujesz coś tylko marginalnie etycznego. Może chcesz zawładnąć jakimś małym krajem w Ameryce Łacińskiej? – Musiał mówić głośno, żeby przekrzyczeć hałas w autobusie. Znowu wyszczerzyłem się do niego. Jako jedyny nauczyciel Sullivan mówił w moim języku.

– Nie w tym tygodniu.

Sullivan wykrzywił się do Paula, a potem znowu do mnie.

– Mam nadzieję, że to zgodne z prawem.

Paul gwałtownie zamrugał, ale ja wzruszyłem obojętnie ramionami.

– W większości krajów.

Skrzywione wargi Sullivana ułożyły się w smutny uśmiech:

– A w naszym kraju?

Umiał rozszyfrować mnie lepiej niż jakakolwiek inna znana mi osoba, co z jednej strony przeszkadzało, a z drugiej mnie pocieszało.

– Drogi panie profesorze, marnuje pan swoje talenty, angażując się w dedukcję. Może poczyta pan sobie jakąś angielską poezję?

Popatrzył na mnie tak, jakby chciał zadawać następne pytania, ale zamiast tego wskazał na mnie palcem.

– Jest pan pod obserwacją, panie Morgan. – Opuścił palec, pokazując na moje popisane ręce i dodał: – Proszę sobie to zanotować.

Odwrócił się na swoim siedzeniu. Nie miałem już miejsca na rękach, więc nie zapisałem.

Dookoła wzmogły się podekscytowane głosy uczniów, kiedy wjechaliśmy na wielki szary parking.

– Co to my mamy zobaczyć? – zapytała Megan z siedzenia gdzieś w pobliżu Sullivana.

– Zespół Raleigh-Botts – odpowiedział. Trzecia podwójna nazwa. Uznałem to za zły omen. Teraz tylko czekać krwawego deszczu i szarańczy. – Najwspanialszą orkiestrę kameralną, która wykona różne utwory, a na pewno będzie je testować na was w tym roku pani Thieves – dodał.

– Będę! – zawołała pani Thieves z przodu autobusu. – Nie wyrzucajcie programu koncertu!

Autobus dotarł do wyznaczonego miejsca. Sullivan z panią Thieves wygnali stado uczniów na parking, a stamtąd pognali ich do filharmonii. Widziałem, jak wargi Sullivana poruszają się bezgłośnie, kiedy liczył pogłowie wiercących się dzieciaków.

– Czterdzieści sześć. Trzydzieści cztery – powiedziałem do niego bez wielkiego entuzjazmu.

– Zamknij się, James – odparł miłym głosem. – To na mnie nie działa.

Jakąś nadnaturalną mocą Sullivan i pani Thieves zaprowadzili nas do foyer w budynku filharmonii.

Było tam lodowato, pachniało iglastym lasem, a wszystko pokrywały intensywnie bordowe dywany. Drewniane elementy wystroju były śnieżnobiałe i zdobione rzeźbionymi ornamentami.

W holu czekała jeszcze inna grupa, byli to studenci college’u. Wyglądaliśmy przy nich jak dzieciaczki. Dziewczyny odrzucały włosy i chichotały: „Hiiii, hiiii, hiii”; miały o dwa lata bliżej do posiadania minivanów, odwożenia dzieci na zajęcia sportowe i wstrzykiwania sobie botoksu niż dziewczyny z mojego autobusu.

– Hej – powiedziała Dee. Podniosła lekko przekrzywioną głowę, uśmiechając się do mnie i przyciskając notatnik do piersi. Obrazek w odcieniach czerni, bieli i czerwieni: dywan, jej włosy, jej twarz. – Zaprzyjaźnimy się?

– Nie, nie podobasz mi się – odpowiedziałem.

Dee rozpromieniła się i wzięła mnie pod rękę. Oparła głowę na moim ramieniu.

– Dobrze. Siądź koło mnie. Wolno tak?

Nie było w pobliżu Sullivana, który mógłby mi tego zabronić. Przesunąłem się do przodu, w stronę zaciemnionej sali koncertowej. Nikt nie będzie wiedział, kto jest kim, kiedy znajdziemy się w środku. Stąd było widać, że tylko niewielka scena była oświetlona.

– Dzięki nam będzie wolno. Jesteśmy młodymi niezależnymi Amerykanami i nikt nie będzie nam mówił, co mamy robić.

– Jasne. – Zaśmiała się Dee i uszczypnęła mnie w łokieć. Jej dotyk sprawił, że w gardle poczułem twardą gulę.

W niewielkiej sali usiedliśmy tak daleko od studentów, jak tylko się dało. Otaczał nas szum teatralnych szeptów uczniów. W tym małym pomieszczeniu było jeszcze zimniej. Przez bliskie ciepło Dee i mrożącą temperaturą otoczenia czułem się wytrącony z równowagi, oddzielony od samego siebie. Dee wzięła mnie za rękę.

– Lodowato tutaj. Chociaż ty masz ciepłą rękę – szepnęła mi do ucha.

Przechyliłem głowę w jej stronę i odpowiedziałem:

– Zespół składa się z pingwinów. Czytałem w programie, że odmawiają występów, jeśli temperatura przekracza plus dziesięć stopni. Wtedy się pocą, i skrzydełka im się ślizgają na strunach.

Dee roześmiała się i z poczuciem winy zatkała sobie usta.

– James! – syknęła wściekle. – Przez ciebie Thieves będzie się na mnie drzeć. Ona potrafi być straszna.

Trzymałem mocno jej dłoń, ogrzewając palce.

– Pewnie ma klimakterium. Nie bierz tego do siebie.

– Nie zdziwiłabym się. Czemu to tyle trwa?

Dee wyciągnęła szyję, rozglądając się, jakby w otaczającej nas ciemności mogła znaleźć odpowiedź, dlaczego koncert się opóźnia.

– Naprawdę zamarzniemy na śmierć, zanim zaczną grać. Może masz rację z tymi pingwinami. Pewnie długo się muszą rozgrzewać. – Parsknęła. – Ha, ha, rozumiesz? Rozgrzewać?

– Jesteś urodzonym komikiem.

Pacnęła mnie wolną ręką w ramię.

– Cicho bądź. Nie przeszkadza mi, że to ty z nas dwojga masz poczucie humoru.

Światła na scenie rozbłysły, a szczątkowe oświetlenie w sali zgasło. Uczniowie zamilkli. Zespół wszedł na scenę i zajął miejsca. Tylko ośmiu muzyków.

Dee obok mnie stłumiła chichot. Przechyliłem się do niej. Przygryzała pięść, aby się nie śmiać.

– Pingwiny – szepnęła bezradnie.

Muzycy byli ubrani w eleganckie smokingi. Wszyscy mieli czarne włosy, mniej lub bardziej przylizane. Podobieństwo do pingwinów było niezaprzeczalne. Chichoty Dee umilkły jednak, kiedy zaczęli grać. Nie wiedziałem nawet, co to za utwór – nie mogłem oderwać od nich oczu i zajrzeć do programu. Kiedy smyczki jęknęły i zaśpiewały, słodko i melodyjnie, Dee zamilkła i znieruchomiała. Westchnąłem, czując, jak jakaś ważna część mojej osoby w końcu zamiera, i słuchałem. Byłem świadom jedynie muzyki i tego, że dłoń Dee spoczywa w mojej dłoni.

Kiedy utwór się skończył, wysunęła palce z mojego uścisku, i zaczęliśmy bić brawo, głupkowato, przy pomocy jednej dłoni mojej, drugiej – jej. Zespół wykonał jeszcze dwa utwory. Przy żadnym z nich wprawdzie nie opadła mi szczęka tak jak przy pierwszym, ale oba przyprawiły mnie o dreszcze. A potem Dee wyrwała mi rękę i szepnęła:

– Łazienka.

Wymknęła się z sali, zostawiając mnie z poczuciem tęsknoty za ciężarem jej dłoni, chłodnej od jej potu wysychającego w klimatyzowanym pomieszczeniu. Wysłuchałem jeszcze dwóch krótkich utworów, byłem zdekoncentrowany, nie mogłem przestać myśleć o jej pocie na mojej ręce i zastanawiać się, czy wyszła z jakiegoś innego powodu niż konieczność skorzystania z toalety. Było tak zimno, że nie mogłem stwierdzić, czy przyczyną mojej gęsiej skórki był przenikliwy chłód, czy spowodowało ją pojawienie się czegoś nadprzyrodzonego. Czułem się ślepy.

Opuściłem pośpiesznie moje miejsce i wyszedłem z sali, nie zastanawiając się, czy ktoś mnie przy tym obserwuje.

W głównej części gmachu zauważyłem wystrojonego faceta; wyglądał tak, jakby mu było niewygodnie w garniturze. Zapytałem go, gdzie są toalety, i czy widział przechodzącą tędy Dee (byłem przewidujący).

– Ciemne włosy, powalająco piękna, mniej więcej tego wzrostu? – W jego oczach błysnął wyraz zrozumienia.

– Powiedziała, że musi się przewietrzyć. Chyba zrobiło jej się słabo. Zaproponowałem, by wyszła na balkon.

– Dzięki – rzuciłem i wbiegłem na schody.

Poszedłem wąskim przejściem, próbując po drodze otworzyć jakieś drzwi, aż w końcu któreś z nich ustąpiły. Wyszedłem na mały balkon z widokiem na paskudny zaułek za filharmonią i podwórka kilku zakładów. Z lewej strony widać było ulicę, po której pędziły samochody. Wyszedłem, czując upragnione ciepło, i zamknąłem za sobą drzwi. Dee siedziała pod ścianą; słysząc odgłos, uniosła głowę.

Być może po raz pierwszy w życiu powiedziałem jej coś, co odzwierciedlało moje myśli.

– Nic ci nie jest?

Dee wydawała się bardzo mała pod tą pomalowaną na biało kamienną ścianą. Wyciągnęła do mnie rękę w geście, który wyrażał prośbę, nieświadomie – a może świadomie – imitując sytuację, kiedy czekała samotnie pod naszym internatem.

Usiadłem przy niej, a ona oparła się o mnie. Daleko w dole rozległ się dźwięk klaksonu, zaryczał silnik motocykla, zagrzechotał jakiś sprzęt budowlany. Po raz drugi w życiu powiedziałem jej to, co myślałem, chociaż nie miałem na myśli tego, co ona prawdopodobnie zrozumiała:

– Brakowało mi ciebie.

– Było mi zimno. Mogłam wziąć sweter. Widzisz, jak rozpadam się na kawałki, gdy obok nie ma mamy, która mówi mi na każdym kroku, co mam robić – powiedziała ironicznie.

– Wyglądasz strasznie. – Zgodziłem się. Obejmowałem ją ramieniem. Serce waliło mi jak młot, kiedy zbierałem się na odwagę, by po raz trzeci powiedzieć jej, co naprawdę myślę. Zamknąłem oczy i przełknąłem ślinę. Udało się! – Dee, dlaczego tak naprawdę wyszłaś? Co się dzieje?

Tak, wypowiedziałem tę myśl na głos, ale nie miało to znaczenia, bo nie odpowiedziała. Wysunęła się z moich objęć, wyprostowała i podeszła do barierki. Stała tam tak długo, patrząc na samochody, jakby były najważniejszą sprawą, aż bałem się, że ktoś po nas przyjdzie. Wstałem i dołączyłem do niej przy barierce, patrząc w milczeniu na świat.

Dee zerknęła na mnie. Poczułem jej wzrok badający moją twarz, moje włosy, barki, jakby analizowała i oceniała, jaki jestem po dziewięciu latach przyjaźni.

– Chcesz mnie pocałować? – zapytała. Nabrałem w płuca powietrza. – James – powtórzyła – chcę tylko wiedzieć. Chcesz mnie pocałować?

Zwróciłem do niej twarz. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zrobiła dziwną niepewną minę, wydymając wargi.

– Jeśli chcesz… to możesz.

W końcu odezwałem się; zdziwił mnie dźwięk własnego głosu: nie był mój.

– To dziwna prośba o pocałunek.

Dee przygryzła wargę:

– Pomyślałam tylko… chciałam zobaczyć… jeśli nie chcesz, to znaczy, nie chcę zniszczyć, to znaczy…

Nie tak to miało być, i zupełnie nie wiedziałem, co powiedzieć. Na sekundę przymknąłem oczy i wziąłem ją za rękę. Od razu dostałem gęsiej skórki; znowu przymknąłem oczy. Zapragnąłem znaleźć długopis i napisać sobie coś na ręce. Mogło to być: „pocałować”, „WTF” lub „odśwież oddech”, by móc to ogarnąć.

Gdzieś bardzo daleko włączył się autoalarm. Pochyliłem się i lekko pocałowałem jej wargi. Świat nie drgnął. Żadne anielskie chóry nie zstąpiły z nieba, nikt nie był świadkiem naszego pocałunku. Jednakże serce mi się zatrzymało, i miałem wrażenie, że już nigdy więcej nie zaczerpnę oddechu. Dee miała zamknięte oczy.

– Spróbuj jeszcze raz – zachęciła.

Położyłem dłonie na jej karku, jak to sobie wyobrażałem tysiące razy. Poczułem jej skórę: ciepłą, lepką od gorąca, pachnącą kwiatami i szamponem. Pocałowałem ją jeszcze raz, bardzo ostrożnie. Nastąpiła długa, długa cisza, a potem ona pocałowała mnie. Zamarzałem na śmierć w gorącu waszyngtońskiego dnia. Jej usta przywarły do moich, a ramiona objęły moje plecy i trzymały mnie mocno; ja natomiast całowałem ją, całowałem, całowałem. Zatoczyliśmy się w róg balkonu, cały czas się całując. Odsunąłem się, aby przytulić twarz do jej włosów i zobaczyć, co się w ogóle dzieje.

Staliśmy w cieniu. Bardzo długo trzymałem ją w ramionach; potem zaczęła płakać. Najpierw poczułem tylko, jak drży, a potem odsunąłem się troszkę, żeby popatrzeć na jej twarz. Była mokra od łez.

Dee spojrzała na mnie zrozpaczonymi oczami, zalana łzami, i przygryzła wargę.

– Przypomniało mi to Luke’a. Pomyślałam o nim, o tym, jak mnie całował, kiedy ty mnie całowałeś.

Zamarłem. Chyba uważała mnie… za lepszego człowieka, niż byłem w rzeczywistości.

Bardziej… altruistycznego.

Bardziej… jakiegoś. Puściłem jej dłonie i cofnąłem się o krok.

– James – próbowała mnie zatrzymać.

Czułem się w środku martwy. Jej głos nie działał na mnie. Każdy kolejny krok w tył kierował mnie w stronę drzwi. Nacisnąłem klamkę. Dookoła zapachniało koniczyną, tymiankiem i kwiatami. Mój szósty zmysł szeptał do mnie, ale ja po prostu chciałem wyjść.

– James, proszę, James. przepraszam. Nie chciałam tego powiedzieć. – Głos jej się łamał, w kółko powtarzała moje imię. W końcu otworzyłem te cholerne drzwi; uderzyła mnie fala zimnego powietrza. Dee rozpłakała się, jak jeszcze nigdy wcześniej przy mnie. – O, Boże, James! Tak bardzo przepraszam, James!

Poszedłem przed siebie korytarzem, zszedłem po schodach koło przebranego faceta, wyszedłem na parking i między samochodami dotarłem do autobusu.

Nuala czekała na krawężniku, ale nie odezwała się, kiedy usiadłem koło niej. To dobrze, bo nie miałem słów. Ani muzyki. Byłem pusty.

Otuliłem kolana ramionami i oparłem na nich głowę.

W końcu Nuala zapytała:

– Oni tutaj przyszli za tobą czy za nią?


James

Nie spałem. Mrowiła mnie skóra, a oczy same się otwierały. Byłem bardziej rozbudzony, niż kiedykolwiek mi się zdarzało, aż do bólu. W pokoju było ciemno choć oko wykol, i wiedziałem bez patrzenia na zegar, że była 3:04. Wiedziałem, bo wciąż miałem wypalony przed oczami obraz snu o budzeniu się, który śnił się o sekundę wcześniej.

Usiadłem, złapałem koszulę, która leżała na brzegu łóżka, wcisnąłem się w dżinsy i pomyślałem o butach. Nie było czasu. Nie miałem ani chwili.

Po drugiej stronie pokoiku stęknął Paul, niewidzialna ciemna bryła na łóżku, obracająca się i ściskająca poduszkę. Zrzucił z siebie koce, musiało mu być gorąco, ja natomiast drżałem z zimna.

Wymknąłem się przez drzwi na korytarz, wstrzymując oddech, starałem się poruszać szybko i cicho. Nie miałem pojęcia, co tu się wyrabia. Albo dlaczego się śpieszę.

Rozproszone zielonkawe światło w korytarzu lekko rozjaśniało zamknięte drzwi pozostałych pokojów. Poczłapałem korytarzem ku ciemnej klatce schodowej śmierdzącej potem i środkiem nocy. Zatrzymałem się przy oknie, przez które normalnie się wymykałem, żeby zobaczyć rogatego króla, ale to nie wyglądało tak w moim śnie. Potrzebne mi było tylne wyjście.

Przekradłem się do głównego korytarza na parterze, minąłem pokój Sullivana. Wyobraziłem sobie, jak drzwi się otwierają i Sullivan wyskakuje z nich niczym kościsty pajac z pudełka, ale nic takiego się nie wydarzyło, więc dotarłem bez przeszkód do tylnego wyjścia. Przekręciłem zasuwkę, żeby spokojnie wrócic tą samą drogą, i drżąc z zimna, pchnąłem drzwi. Wyszedłem na ganek.

Zobaczyłem Nualę.

Siedziała, skulona, pod ścianą internatu. Jej ciało było nienaturalnie wygięte, ramiona wyciągnięte na boki i podniesione nieco w górę, jakby była ukrzyżowana. Twarz była częściowo zwrócona do mnie, łzy ściekały jej po policzkach, wierzgała nogami. Wydawało mi się, że zanim zauważyła, jak stoję tam i wpatruję się w nią, minęły wieki. Dostrzegłem jakąś dziwną, nieokreśloną emocję w jej oczach, kiedy mnie zobaczyła. Przez tę długą chwilę jej ciało dziwnie drgało, i w końcu do mnie dotarło.

Bo ja Ich widzę, a ty nie.

– Nie stój tak. – Nuala pokazała zęby. Ale nie we wredny sposób. Jak pojmane dzikie zwierzę.

Schwyciłem moją żelazną bransoletę, starając się rozluźnić kulki na jej końcach, i rzuciłem się w stronę Nuali. Jej ramiona, uwolnione, opadły. Pokazała palcem na niewidzialnego agresora. Za późno, aby to mogło mi się przydać. Coś uderzyło mnie, coś twardego, elektrycznego, nieludzkiego. Zatoczyłem się, wymachując żelazną bransoletą. Byłem ślepy, ale nie głupi. Niewidzialne ciało mocno obiło się o jedną z kolumn, więc ruszyłem na nie, wyciągając przed sobą bransoletę niczym miecz. Uderzyłem znów, i tym razem pojawił się fej, zielonkawy, piękny, obcy.

– Witaj, dudziarzu – zasyczał. I już był łabędziem, jakby nigdy nie był niczym innym. Potrzepotał między kolumnami w dal. Patrzyłem, jak biała plama znika na ciemnym niebie, po czym wróciłem do Nuali. Kucała, bezskutecznie pociągając się za włosy, jakby próbowała je poukładać, i wciąż płakała. Jednak nie jak człowiek. Jej łzy spływały cicho po twarzy, jedna za drugą, a ona jakby wcale ich nie zauważała, poprawiając na sobie bluzkę i przykładając do ust jakieś skaleczenie na nadgarstku.

– Był tylko jeden? – zapytałem.

– Bydlak – odpowiedziała Nuala. Płacz nie zmienił tonu jej głosu. – Bydlaki, feje. Nienawidzę Ich. Nienawidzę Ich.

Osunąłem się przed nią na bruk, nie byłem pewien, co robię, co czuję. Kostka była zimna i nierówna, co poczułem w kolanach, nawet przez dżinsy. Nie wiedziałem, jak się zachować. Może powinienem zapytać: „Nic ci się nie stało?”. Nie miałem nawet pewności, co się wydarzyło. Czy została zgwałcona? Jej ubranie było pomięte, a ona sama płakała – ta psychopatka płakała! – więc musiało być źle. To znaczy, musiało być naprawdę źle.

Czułem, że powinienem ją przytulić czy coś w tym stylu, nawet jeśli nigdy nie pokazywała po sobie, że mogłoby jej zależeć na takim serdecznym kontakcie z człowiekiem. Chyba że chodziło o muśnięcie skóry człowieka opuszkami palców, kiedy wbijała ofierze nóż pod żebro.

– Zamknij się, dobrze? – Nuala zasłoniła dłonią twarz. – Cholera, James. Zamknij się już.

Zrozumiałem, że mówi o moich myślach; w tej samej chwili Nuala uświadomiła sobie, że po twarzy ciekną jej łzy.

Wstała, odsunęła mokrą od łez rękę od twarzy i spojrzała na nią, bardzo zaskoczona i bardzo ludzka.

Poruszała trochę palcami, patrząc, jak łzy połyskują w słabym świetle. Spowodowało to, że kolejne ciche krople wypłynęły jej z oczu, jedna po drugiej, jakby nie miały przestać. Jakby najgorszą rzeczą na świecie było odkrycie, że płacze.

Czułem się zbity z pantałyku. Odgrywaliśmy w swojej obecności pewne role, a teraz Nuala sprawiała mi zawód. Nie wiedziałem już, kim mam przy niej być.

Otarła ręce o swoją krótką dżinsową spódniczkę, ścierając gniewnym ruchem łzy, a potem pociągnęła jej brzeg, żeby rozprostować tkaninę. Wyciągnąłem rękę, by strzepnąć paprochy z pleców Nuali. Podskoczyła, kiedy jej dotknąłem. Nie wiedziałem, jak się zachować, więc udałem, że niczego nie zauważyłem.

– A więc już wiesz. – Nie patrzyła na mnie, zajęta skubaniem niewidzialnych włókienek na ubraniu. To było łatwiejsze od milczenia.

– Co wiem?

– Jak to jest. Ze mną.

Zamrugałem. Najwidoczniej, sądząc po jej wyrazie twarzy i zmęczonym głosie, to oświadczenie miało mieć głęboki sens. Przypomniałem sobie całą scenę i wszystko, co powiedziała.

– Nuala, to ty umiesz czytać w myślach, nie ja.

Spojrzała na mnie. Jej postawa mówiła wyraźnie: „Nie, nieważne”. Wydało mi się przez chwilę, że powie to na głos. Ale ona rzekła:

– Należę do fejów samotników. Wiesz, co to oznacza? – Zawiesiła głos, jakby naprawdę oczekiwała ode mnie odpowiedzi. – Jestem wyrzutkiem, James.

Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej nazwała mnie po imieniu. Poczułem się naprawdę dziwnie, jakbym nie mógł dłużej wierzyć we wszystko, co o niej sądziłem do tej pory. Miałem w kieszeni długopis, odczułem potrzebę napisania czegoś. Widziałem już kształt liter, które miałem ochotę nakreślić: „Wołać po imieniu”.

– Nie obchodzi mnie, czy to zrobisz – odezwała się Nuala. Wskazała brodą w kierunku kieszeni, w której trzymałem długopis. – Nie rozumiesz? Jestem większym wyrzutkiem niż ty.

Splotłem ciasno ręce. Powinienem powiedzieć coś sarkastycznego, żeby poprawić atmosferę, ale nie uczyniłem tego.

Chciałem, żeby dokończyła mówić.

– I nikt się za mną nie wstawia. Nie wiesz, ile masz szczęścia. Masz swoje ludzkie i szkolne prawa, i rodziców, i Sullivana, nawet Paula – to wszystko chroni cię przed światem. A ja jestem tylko sobą, nikim dla nikogo. Czy to nie głupie, że tyle czasu zabrało mi zrozumienie, że wam zazdroszczę? – Roześmiała się dziko i smutno. – Ty, który miałeś być dla mnie darmową przejażdżką, aż zostanę spalona w tym roku i zapomnę o wszystkim.

Westchnąłem. Gdyby to była Dee, poczekałbym jeszcze sekundę, żeby pozwolić jej się całkiem wyładować, ale ona nie była Dee; wydawało mi się, że Nuala działa w nieco inny sposób. Pomyślałem o tym, co chciałem zapisać sobie na ręce, żeby nie zapomnieć.

– Nuala – odezwałem się. Spojrzała na mnie. – Czy możemy wprowadzić zawieszenie broni? To znaczy, od jutra możesz znowu nazywać mnie dupkiem i starać się mnie wykończyć, a ja będę cię traktował jak rąbniętą wariatkę i szukał sposobu na przepędzeniea ciebie, ale dzisiaj wstrzymajmy działania wojenne, bo gdy o tym wszystkim myślę, naprawdę boli mnie głowa. Może gdzieś pójdziemy, zjemy coś? Jest tu w okolicy jakieś miejsce, gdzie można o tej porze zjeść?

Jej twarz miała nieodgadniony wyraz.

– Ciągle mam wrażenie, że w pewnym momencie przestanie mnie dziwić twoja brawura. Czy ty się kiedykolwiek mnie bałeś?

– Robię w gacie ze strachu przed tobą. – Przyznałem zgodnie z prawdą.

Roześmiała się wariacko, prawdziwie, jakbym był najlepszym komikiem na świecie. Gdy się tak śmiała, wyglądała na najbardziej przerażającą, albo najpiękniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek widziałem. Nie mogłem się zdecydować, czy to, co czułem, wynikało z mojej chęci ponownego rozśmieszenia jej, czy też ucieczki.


James

O 4:13 rano siedziałem w kinie wraz z nieśmiertelną muzą o lekkiej skłonności do psychicznego wampiryzmu i oglądałem „Szósty zmysł”. Już wcześniej w życiu miałem pokręcone doświadczenia nie z tej ziemi: widziałem, jak moja przyjaciółka porusza przedmioty siłą woli; z wraku samochodu wyciągnął mnie zabójca bez duszy na usługach fejów; co wieczór odczuwałem nieodparty zew pieśni króla umarłych. Ale oglądanie wraz z Nualą tego, jak szalony chłopczyk mówi Bruce’owi Willisowi, że widzi umarłych, także powinno się do takich doświadczeń zaliczać.

Czułem się normalnie.

Dobra, więc może Nuala nieco przesadziła z ilością masła w popcornie, ale cholera, ja też nie umiałem obsługiwać tych kinowych automatów do prażenia kukurydzy. Poza tym, czy naprawdę da się dodać do niego za dużo masła?

– Patrz! – nakazała Nuala. Nie jadła popcornu. Dotarło do mnie, że może ona w ogóle nie je. Wiedziałem, że ludziom nie wolno jeść pokarmu fejów, bo to uwięzi ich w krainie Faerii. Czy ludzkie jedzenie tak samo działało na fejów? Nuala klepnęła mnie po ramieniu: – Patrz, widzisz? Za każdym razem, kiedy ma się stać coś nadprzyrodzonego, reżyser daje ci podpowiedź. Czerwień. Widzisz czerwony?

Nie zadałem sobie trudu, żeby skomentować przewrotności tego, że nie kto inny, a właśnie Nuala mi to mówi.

– No.

Siedziałem w fotelu tak długo, że nawet mój tyłek zasypiał. Poruszyłem się i oparłem stopy o siedzenie przede mną. Oczy Nuali wciąż przykute były do ekranu. Jego światło migotało na jej twarzy. Źrenice rozszerzały się i zwężały przy każdej przebitce. Była tak ludzka, mimo że od bycia człowiekiem dzieliła ją przepaść.

– Ile filmów widziałaś? – zapytałem. Nie żeby film mnie nie wciągnął, ale widziałem końcówkę chyba z czternaście razy, więc ciekawiło mnie bardziej to, dlaczego Nuala siedzi w kinie i dlaczego ze wszystkich filmów na świecie, które chciała obejrzeć, wybrała właśnie ten.

Osunęła się w swoim fotelu.

– Tysiące, tak mi sie wydaje. Nie wiem. Zanim zrozumiałam, o co chodzi, sądziłam, że zostanę reżyserką.

Byłem trochę zmęczony, dlatego dopiero po chwili dotarło do mnie, co miała na myśli. Nie zdążyłem tego skomentować, bo Nuala popatrzyła na mnie wzrokiem bazyliszka i powiedziała:

– Nie można zostać reżyserem w przeciągu szesnastu lat, wiesz? A poza tym, po co?

To zabrzmiało głupio.

– Po to, po co wszyscy chcą zostać reżyserami. Chcesz naprawdę być reżyserką? Filmową?

– Tak, filmową. Te wszystkie odegrane życia z muzyką w tle. To jest jak przeżycie tysiąca żyć bez opuszczania własnego. Nuala uśmiechnęła się leniwie do ekranu: – Nawet wymyśliłam sobie pseudonim: „Izzy Leopard”.

Zacząłem się śmiać.

Nuala pacnęła mnie i od razu przeszły mnie ciarki.

– Zamknij się!

Zakryłem twarz ramieniem i wziąż się śmiałem.

– O Boże, kobieto, co to za pomysł? Brzmi tak, jakby pijany wymawiał nazwę jakiegoś dinozaura.

Nuala znowu pacnęła mnie w ramię.

– Zamknij się. Jest rozpoznawalne. Ludzie by je zapamiętali. Mówiliby: „O, ten film zrobiła Izzy Leopard. – Naprawdę? Jest świetna”.

– I jest dinozaurem.

Nuala wyglądała na rozsierdzoną.

– Mogłabym cię zabić.

– Oj, gdybym dostał dziesięć centów za każdym razem, kiedy ktoś mi to mówi… Ba, gdybym dostał dziesięć centów za każdym razem, kiedy ty mi to mówisz…

Zabrała mi wiaderko z popcornem i ustawiła je na siedzeniu z drugiej strony.

– I ja ci dałam popcorn! Powinnam cię napoić roztopionym masłem za nabijanie się z mojego pseudonimu.

Uśmiechnąłem się szeroko.

– Doprawdy, to los gorszy od śmierci.

Zastanowiłem się nad tym, co powiedziała o przeżywaniu tysiąca żyć bez opuszczania swojego. Przeżywaniu tysiąca ludzkich żyć. To brzmiało bardzo poważnie.

– Ale wiesz co, szesnaście lat to dużo czasu. Mogłaś zostać reżyserką.

Nuala obróciła się do mnie. Jej brwi opadły nisko nad oczami. Wraz z pełną napięcia muzyką z ostatniej sceny filmu w tle powiedziała:

– Ty naprawdę powinieneś chodzić do szkoły specjalnej. Nie trzeba być geniuszem, żeby się tego domyślić.

Ludzie, którzy wynajdywali wymówki, zawsze mnie wkurzali.

– Co, bo nie wystarczy czasu? Mogłaś chociaż spróbować. Szesnaście lat by ci na to wystarczyło.

Syknęła przez zęby i pokręciła głową.

– Durny jesteś, dudziarzu. Nie pamiętasz, co się stało z pianinem? Nie mogę napisać ani słowa. Gdybym miała stworzyć coś nowego, robiąc film, to… to po prostu… nie zaistniałoby.

– Mamy problem. Ale do pokonania. – Zauważyłem.

Jej oczy nie tyle się zwęziły, co ścisnęły:

– No dobra. A jeśli między filmami zmienię wygląd?

Posłałem jej krzywy uśmiech:

– Madonna robi to przez całą swoją karierę.

Nuala podniosła obie ręce i zacisnęła pięści (może wyobraziła je sobie na mojej szyi?).

– Jasne. Nieważne. Dobra, a co z tym, że jestem jak reszta fejów i muszę się przemieszczać za najsilniejszym z zielnych ludzi. Co się stanie, jeśli ona postanowi się przenieść na drugi koniec kraju? Nie rozumiesz? Nie mogę prowadzić normalnego życia, nie mówiąc o zrobieniu prawdziwej kariery. Nie chodzi o to, czy się staram.

Zrozumiałem podtekst: była na tyle człowiekiem, by być nieszczęśliwa jako feja, i na tyle fejem, aby wszystkie zalety bycia człowiekiem były jej niedostępne.

– Pogubiłem się przy tym człowieku od ziółek.

Nuala machnęła ręką w stronę filmu, nie patrząc na niego. Ekran zgasł, i dookoła nas zapadła ciemność. Po kilku sekundach, kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do wątłego światła lampek wzdłuż przejść między rzędami, zobaczyłem ogromne niebieskie oczy Nuali. Nawet nie widząc jej miny, dostrzegłem w nich wyraz niedowierzania.

– To twoja niedoszła dziewczyna. – Po dwóch sekundach załapałem. – Jak można wiedzieć wszystko o fejach i o niej, nie orientując się, co znaczy „koniczynowa dłoń”?

Na wzmiankę o Dee poczułem w żołądku ciężar.

Chciałem wstać z lepkiego fotela i wyjść z kina. Chciałem wstać, maszerować, być w ruchu. Chciałem walić pięścią w ścianę.

Wzrok Nuali przeniósł się na moje ręce; chyba też sobie wyobraziła, jak walę o ścianę.

– Poprzednia królowa miała koniczynową dłoń. Ale ona już nie żyje. Teraz jest tutaj twoja niby-dziewczyna, która jest najsilniejszą z zielnych ludzi, więc my też tutaj jesteśmy.

– Przestań ją tak nazywać. - Jej oczy roześmiały się, celowo źle mnie rozumiała. – To tylko taka nazwa kogoś, kto przyciąga fejów. Musimy się ich trzymać. Fejowie są tam, gdzie są oni.

Przypomniałem sobie, co powiedziała Dee pierwszego wieczoru, kiedy wpadliśmy na siebie w szkole: „Widziałeś Ich? Fejów?”. Nie mogłem dłużej wysilać wzroku w ciemności, nie mogłem w ogóle otwierać oczu, więc zamknąłem powieki i oparłem czoło na dłoniach.

– A więc ona zawsze będzie przez Nich otoczona. – Nie wiedziałem, czy Dee miała na tyle siły.

– Zanim nie pojawi się ktoś silniejszy.

Głos Nuali zabrzmiał bliżej, ale nie otworzyłem oczu. Czułem jej oddech na skórze ramienia:

– Czemu napisałeś na ręce: „Umarli”?

– Nie pamiętam.

– Nie wierzę. O czym myślałeś, pisząc to?

– Nie pamiętam.

– Kochasz ją?

– Nuala, zostaw mnie w spokoju. Poważnie.

– Odpowiedz: „Tak” lub „Nie”. – Nalegała. – Ja nawet nie jestem do końca osobą. To tak, jakbyś mówił samemu sobie.

Nacisk pięści na zaciśnięte powieki powodował, że widziałem w ciemności kolorowe plamy, jasnofioletowe i zielone, które tańczyły w bezsensownym układzie.

– Poprosiłem cię, Nuala, bardzo grzecznie, żebyś zostawiła ten temat. Nie była to subtelna męska aluzja, żebyś mnie dopytywała, aż zmienię zdanie. Naprawdę nie chcę o tym rozmawiać ani z tobą, ani z kimś innym. To nie chodzi o ciebie.

Nuala złapała mnie za obie pięści. Moje ciało przeszył chłód.

– Czemu nie grasz, odkąd ją pocałowałeś?

– Daj spokój. – Nawet gdybym chciał odpowiedzieć, to jak? Że takie głupoty jak muzyka czy oddychanie straciły sens, że w głowie miałem szum radiowy, odkąd pocałowałem Dee, że nie mogłem wyłapać żadnej nuty?

– To już coś – odparła Nuala. Znowu czytała w moich myślach. Może nie mogła się powstrzymać.

Nie miałem ochoty dodawać nic więcej do moich refleksji na temat Dee. Zmieniłem temat.

– Mam wrażenie, że to ty masz szczęście.

– Ja?

– No. – Odwróciłem głowę, by na nią popatrzeć. Teraz jedna z jej dłoni opierała się o mój policzek. Skóra na mojej twarzy ścierpła przez tę jej nieziemską obecność. – Nieśmiertelność byłaby straszna w tym wariackim świecie, gdzie nikt inny oprócz ciebie by jej nie miał. Musiałabyś pamiętać te wszystkie lata, kiedy wszyscy dookoła znikają. Przynajmniej nie musisz oglądać, jak ci, których znasz, starzeją się i umierają, a ty żyjesz bez końca.

Nuala skrzywiła się, patrząc na swoje palce zaciśnięte na mojej skórze.

– Inni fejowie pamiętają.

– Powiedziałaś przecież, że nie jesteś taka jak oni. Oni nie mają normalnych uczuć. Ale ty musisz być bardziej ludzka, żeby móc nas usidlać, co?

Milczała.

– Na ile ty jesteś człowiekiem? – ledwie to powiedziałem, od razu pożałowałem, ale nie mogłem cofnąć słów.

Milczała bardzo długo; myślałem, że nie odpowie. W końcu zabrała rękę z mojego policzka.

– Za bardzo. Nie sądziłam, że jestem ludzka, ale chyba się myliłam. A może ja po prostu umieram. Może tak jest zawsze. Skąd mam wiedzieć? Szesnaście lat to niezbyt długo, jeśli musisz tak szybko umrzeć.

Oparłem się o siedzenie. Nieswojo się teraz czułem.

– Przestań się nad sobą użalać.

– Ja przestanę, jak ty przestaniesz – powiedziała niezadowolonym głosem.

Spojrzałem na swoje ręce. W mdłym świetle dostrzegłem tylko niektóre słowa: „umarli”, „walkiria”, „iść z nimi”.

– Napiszmy coś razem.

Nuala popatrzyła na mnie, lekko się krzywiąc.

– Nie rób miny z serii: „O co ci, do diabła, chodzi?”. Napiszmy coś razem. – Zaproponowałem.

– To znaczy chcesz, żebym pomogła ci coś napisać.

– Nie, chodzi mi o to, że możemy wykorzystać nasze mózgi i moje ręce, żeby coś napisać.

– Co napisać?

– Nie wiem. Muzykę? Sztukę teatralną?

Nuala wyglądała tak, jakby się bardzo starała przybrać zadowoloną minę.

– Ty nie piszesz sztuk.

– Gdybyśmy napisali sztukę i muzykę do niej, mogłabyś tę sztukę wyreżyserować. Mamy zrobić kreatywny projekt na zajęcia z Sullivanem, coś związanego z metaforą. Wiem, to nie film, ale co tam, przed Halloween tylko tyle zdążymy, co?

Patrzyła na mnie bardzo uważnie, tak jak zawsze chciałem, żeby patrzyła na mnie Dee. Przeszło mi nagle przez myśl, że mnie pocałuje, bo jej wzrok był skierowany na moje wargi. Uświadomiłem sobie coś okropnego: ona to zrobi, ja w tym czasie pomyślę o Dee, a Nuala przez to zabije mnie w powolny bolesny sposób, trudny do wyjaśnienia dla pracowników ubezpieczalni.

Nuala przeniosła wzrok z moich ust na oczy.

– Wyciągaj długopis – poleciła.

Wyjąłem długopis. Nie miałem kartki, ale to nie miało znaczenia.

– Jak to nazwiemy?

Nuala bez wahania wspięła się na siedzenie za mną i otoczyła moje barki ramionami.

Szósty zmysł podpowiedał mi, że była zimna, ale zupełnie innym zmysłem poczułem gorący żar, kiedy oparła policzek o mój tak, że jeden z kącików jej warg dotykał lekko mojego policzka. Włączyłem długopis. Pojawił się koniec wkładu, oparłem go o dłoń i przez dłuższą chwilę słuchałem milczenia Nuali. A potem napisałem: „Ballada”.


James

Ponieważ nie aspirowałem do bycia prawdziwym pianistą, a Sullivan był beznadziejnym organizatorem, musieliśmy spotkać się na lekcji w starej auli. Okazało się, że w piątki o siedemnastej pomieszczenia do ćwiczeń były wypełnione do ostatka przez przyszłych pianistów, klarnecistów i wiolonczelistów, a także prawdziwych nauczycieli i dyrektorów zespołów.

Z tego powodu skierowałem się do paskudnego Kolegium Brigid.

Aby zademonstrować, że Brigid nie było już wykorzystywane przez szkołę Thornking-Ash, pracownicy pozwolili trawnikowi między nim a innymi obiektami zarosnąć jesiennym chwastem, a bukszpanowi i bluszczom zagarnąć całą bladożółtą elewację z klinkierowej cegły. Była to wiadomość dla odwiedzających nas rodziców: „Prosimy nie fotografować tej części kampusu”.

Budynek uważano za zbyt brzydki do celów dydaktycznych.

Nie dało się tego nie zauważyć.

Po drodze zapiszczał w kieszeni mój telefon. Kiedy go wyciągnąłem, zobaczyłem wiadomość od Dee. Przeczytałem pierwsze słowa: „James, tak bardzo przepraszam”; zrobiło mi się niedobrze, więc skasowałem bez czytania. Wcisnąłem telefon z powrotem do kieszeni i skierowałem się do wejścia do Kolegium Brigid.

Drzwi pokrywała łuszcząca się czerwona farba, która w jakiś sposób wyglądała niespotykanie. Nie wydawałao mi się, aby były jakiekolwiek inne czerwonych drzwi w kampusie. Były takie jak ja, jedyne w sowim rodzaju. Przycisnąłem do drzwi pięść w geście solidarności.

– Ty i ja, przyjacielu – mruknąłem. – Unikalni.

Wszedłem do środka. Było tam długie wąskie pomieszczenie, zapełnione przez stare składane krzesła, ustawione starannie przed niską sceną na drugim końcu pomieszczenia. Czuć było pleśnią, starą drewnianą podłogą i bluszczem, przyciskającym się do okien z mlecznego szkła. Na scenie stał fortepian oświetlony przez sufitowe plafony, równie stary i brzydki jak sam budynek. Całość mogła stanowić szybki kurs tego, o czym najlepiej zapomnieć w historii architektury lat pięćdziesiątych.

Sullivan siedział przy instrumencie, błądząc kościstymi palcami po klawiszach. Nic zwalającego z nóg, ale był z klawiaturą za pan brat. Fortepian, trzeba mu to przyznać, nie brzmiał tak źle, jak wyglądał. Minąłem widownię ze składanymi krzesłami, chwytając jedno z pierwszego rzędu, i zabrałem je ze sobą na scenę.

– Witam, sensei – powiedziałem i rzuciłem plecak na krzesło obok instrumentu. – Cóż za piękny twór z tego fortepianu!

– Czyż nie? Chyba nikt nie pamięta o tym budynku. – Sullivan grał piosenkę „Shave and Have a Haircut”. Wstał z taboretu.

– Dziwne, że tu kiedyś mieli główną aulę. Takie brzydkie miejsce. – Odnotowałem, że to „oni mieli”, a nie „my mieliśmy” aulę. Sullivan skrzywił się na mój widok.

– Dobrze się czujesz?

– Nie wyspałem się trochę.

Niedopowiedzenie stulecia.

Chciałem już tylko, żeby się ten dzień skończył, żebym mógł rzucić się na łóżko.

– Miałeś na myśli, że nie wyspałeś się poza moją lekcją? – dodał Sullivan.

– Podobno nauka przez sen jest skuteczna.

Pokręcił głową.

– Dobra. Sprawdzimy jej skuteczność w czasie egzaminu. – Wskazał na stołek przed fortepianem. – Twój tron.

Usiadłem. Stołek zaskrzypiał i niebezpiecznie się przechylił. Fortepian był tak stary, że nazwa producenta nad klawiaturą prawie się wytarła. I śmierdział. Jak stare babcie. Sullivan położył na nim jakieś nuty; był to utwór Bacha, który wyglądał na prosty, ale miał zbyt wiele linii jak na muzykę, którą mają grać piszczałki.

Sullivan odwrócił składane krzesło i usiadł na nim z oparciem przed sobą. Miał skupioną twarz.

– A więc nigdy nie grałeś jeszcze na fortepianie.

Wspomnienie palców Nuali na moich dłoniach podkolorowało nieco obraz zeszłej nocy. Zacisnąłem pięści, aby uniknąć drżenia rąk.

– Bawiłem się nim raz po naszej rozmowie. A tak… – przesunąłem palcami po klawiaturze, i tym razem zadrżałem, gdy przypomniałem Nualę, jedno małe drgnięcie, jesteśmy sobie obcy.

– A więc nie potrafisz zagrać tego, co stoi na pulpicie.

Spojrzałem znowu na nuty. Były jak obcy język. Za cholerę bym tego nie zagrał.

– Nic z tego nie rozumiem.

Głos Sullivana się zmienił. Brzmiał teraz surowo.

– A to co ze sobą przyniosłeś?

– Nie rozumiem.

Sullivan ruchem podbródka wskazał na moje ręce, częściowo schowane w rękawach czarnej bluzy z literami ROFLMAO.

– Mylę się?

Chciałem zapytać, skąd wie. Mógł zgadywać. Pisanina na moich rękach składająca się częściowo ze słów, częściowo z muzyki, zniknęła pod rękawami. Chyba wcześniej, na lekcji, podciągnąłem je. Nie mogłem sobie przypomnieć.

– Nie umiem grać na fortepianie z nut.

Sullivan wstał i pokazał mi gestem, żebym wrócił na krzesło.

– A ja umiem. Podciągnij rękawy.

Stanąłem w żółto-pomarańczowym świetle i podciągnąłem rękawy. Moje ramiona były ciemne od drobniutkich, nierównych kreseczek, nut na pośpiesznie nakreślonych pięcioliniach. Ciągnęły się one na całej ich długości; na prawym ramieniu, gdzie pisałem lewą ręką, były brzydsze i trudniejsze do odczytania. Nic nie mówiłem. Sullivan patrzył na nie jakby z gniewem, przerażeniem czy rozpaczą.

– Gdzie jest początek? – Zapytał.

Musiałem przez chwilę poszukać początku po wewnętrznej stronie na wysokości lewego łokcia; obróciłem go w stronę nauczyciela, wyciągając rękę tak, jakbym o coś go prosił. Zaczął grać. Brzmiało bardziej staroświecko, niż zapamiętałem, kiedy śpiewaliśmy i nuciliśmy to z Nualą. W skali modalnej idealnie między dur i mol. Było też o wiele fajniejsze, niż zapamiętałem. Tajemnicze, piękne, tęskne, mroczne, jasne, niskie, wysokie.

To była uwertura. Zestaw wszystkich tematów muzycznych, które pojawią się w naszej sztuce.

Sullivan dotarł do końca tego, co miałem na lewym ramieniu, i przestał grać. Pokazał na swoją płaską teczkę opartą o nogę fortepianu.

– Daj mi to.

Podałem mu ją i patrzyłem, jak sięga do środka i wyjmuje ten sam magnetofon, który przyniósł wtedy ze sobą na pagórek. Postawił na fortepianie i spojrzał na niego tak, jakby zawierał wszystkie tajemnice świata. Potem wcisnął „Start”.

Usłyszałem swój głos, cichy i brzęczący: „Nie nagrywał pan do tej pory?”.

I głos Sullivana, bardzo młody i brzmiący drapieżnie: „Nie wiedziałem, czy będzie potrzeba”. Długa cisza, szum taśmy, śpiewanie ptaków w oddali. A potem głos Nuali: „Nie mów nic”. Nie od razu zorientowałem się, że słyszę go z magnetofonu. Mówiła dalej: „Jesteś jedynym, który mnie teraz słyszy, więc jeśli zaczniesz do mnie gadać, będziesz wyglądał tak, jakbyś uległ niedotlenieniu przy porodzie albo coś w tym stylu”.

Sullivan podniósł rękę i nacisnął „Stop”.

– Powiedz mi, że nie przyjąłeś oferty, James.

Jego głos był tak poważny, że po prostu odrzekłem zgodnie z prawdą:

– Nie przyjąłem.

– Tak mówisz? Powiedz, że nie dałeś jej ani jednego roku ze swojego życia.

– Niczego jej nie dałem. – Ale nie miałem pewności, że to prawda. Nie czułem, żeby to była prawda.

– Bardzo chciałbym w to wierzyć – powiedział Sullivan wściekłym głosem. Złapał mnie za rękę, wykręcił i przytrzymał ją kilka centymetrów od mojej twarzy tak, żebym sam na nią popatrzył.

– Ale powiem ci, że oni nie dają takich rzeczy za darmo. Jesteś moim uczniem, i chcę wiedzieć, co albo kogo obiecałeś w zamian, bo moim obowiązkiem jest chronienie głupich zdolnych dzieci, takich jak ty, przed śmiercią, i mam zamiar zrobić porządek z tą sprawą.

Powinienem coś powiedzieć. Może nic dowcipnego, ale cokolwiek.

Sullivan puścił moją rękę.

– Nie wystarczy ci twój własny talent? Najlepszy dudziarz w stanie, do cholery, i musiałeś jeszcze zawrzeć pakt na coś więcej? Powinienem wiedzieć, że to nie wystarczy. Może myślałeś, że to wpłynie tylko na ciebie? To nigdy nie wpływa tylko na ciebie.

Opuściłem rękawy.

– Nie wiem, o czym pan mówi. Nie zawarłem żadnego paktu. Pan nie wie.

Ale może wiedział. Nie zdawałem sobie sprawy, ile wiedział.

Sullivan spojrzał na częściowo starte litery fortepianie, raz za razem ściskając i rozluźniając dłoń.

– James, wiem, że masz mnie za idiotę. Za muzyka, który sprzedał swoje młodzieńcze marzenia i stał się podrzędną szmatą w szkółce dla snobów. Tak mnie widzisz, nieprawdaż?

Nuala, która czytała w myślach, powiedziałaby to może lepiej, ale jak na istotę z krwi i kości udało mu się całkiem nieźle. Wzruszyłem ramionami, zakładając, że odpowiedź niewerbalna będzie najlepszym wyborem.

Skrzywił się, patrząc na klawisze, przesuwając po nich palcami.

– Wiem, bo sam byłem taki jak ty dziesięć lat temu. Miałem zostać kimś. Nikt nie stał mi na drodze i spora grupa ludzi w Akademii Juilliard wierzyła we mnie. To było całe moje życie.

– Nie jestem fanem opowiastek z morałem – powiedziałem.

– Ale ta ma zaskakujące zakończenie – odparł Sullivan gorzko. – Oni zrujnowali mi życie. Nie wiedziałem nawet, że Oni istnieją. Nie miałem szans. Ale ty masz. Mówię ci to teraz. Oni używają takich ludzi jak my, żeby przetrwać. Bo my chcemy tego, co mają do zaoferowania, i nie podoba nam się świat taki, jakim jest. Ale musisz zrozumieć, że ponieważ my chcemy tego, co mają Oni, a Oni chcą tego, co mamy my, to nie znaczy, że dostaniemy coś, na czym nam zależy. Wręcz przeciwnie.

Odsunął się od fortepianu i wstał.

– Teraz siadaj.

Nie wiedziałem, co powiedzieć, więc postawiłem na półprawdę.

– Nie bardzo chce mi się grać na fortepianie.

– Ja też nie chciałem – odpowiedział. – Ale przynajmniej ten instrument nie za bardzo Ich obchodzi, więc będzie dla nas obu dobry. Siadaj.

Usiadłem, ale pomyślałem, że Sullivan wie o Nuali mniej, niż mu się wydaje.


James

Kiedy wyjąłem sześciopak z plecaka, Paul zrobił minę, jakbym właśnie zniósł jajo. Położyłem piwo na biurku obok jego łóżka i odwróciłem krzesło o 180 stopni, zanim na nim usiadłem.

– Nadal chcesz się upić?

Oczy Paula zrobiły się dwa razy bardziej okrągłe niż normalnie.

– Stary, skąd to masz?

Sięgnąłem ręką za siebie, żeby wziąć długopis z biurka, i zrobiłem notatkę, nie wiedząc do końca po co. Po prostu lepiej się potem poczułem.

– Archanioł Michał zstąpił z niebios, i rzekłem do niego: „Azaliż, jakże mam pocieszyć mojego kolegę Paula?”. A on rzekł: „To zaiste wystarczy”. I dał mi sześciopak Heinekena. Nie pytaj, czemu Heineken.

– To wystarczy, żebym się upił? – Paul nadal patrzył na sześciopak, jakby to była bomba wodorowa. – Na filmach piją bez przerwy i nie upijają się.

– Taki piwny nowicjusz jak ty upije się od razu. – Byłem zachwycony, że dzięki mojej przezorności nie muszę się martwić o to, że Paul się porzyga. Bardzo lubiłem Paula, ale nie miałem ochoty poświęcić ani jednej minuty życia na sprzątanie pawia.

– I to wszystko dla ciebie.

Paul wyglądał na spanikowanego.

– Ty nie pijesz?

– Wszystko, co wpływa na świadomość, mnie przeraża. – Wyrzuciłem zawartość kubka służącego za pojemnik na ołówki i długopisy. Zastukały, rozsypując się po całym biurku. Podałem kubek Paulowi.

– To dlatego, że musisz ciągle kontrolować otoczenie – powiedział zaskakująco trafnie. Spojrzał na kubek w swoich rękach. – Na co to?

– Jakbyś nie chciał z butelki.

– Stary, ale tu jest syf z ołówków i Bóg wie co jeszcze.

Podałem mu butelkę, odwróciłem się z powrotem do biurka i podniosłem jeden z markerów, wysypanych z kubka, oraz kartkę. Napisałem coś na niej szybko, pokój wypełnił się zapachem markera.

– Przepraszam na chwilę, księżniczko. Na zdrowie. Zaraz będzie jeszcze pizza.

– Co ty robisz?

– Zapewniam nam spokój. – Pokazałem mu stworzoną właśnie wywieszkę: „Paul jest niedysponowany. Proszę nie przeszkadzać mu w drzemce dla urody! Paul”. Jego imię otoczyłem dodatkowo serduszkiem.

– Gnoju jeden – powiedział Paul, kiedy wstałem, by otworzyć drzwi i przykleić na nich kartkę. Za sobą usłyszałem syk otwieranej butelki.

– Stary, ale to śmierdzi.

– Witamy w świecie piwa, przyjacielu. Jak to bywa z grzechami, ignorujemy z czasem pierwsze ostrzeżenie.

Wyłożyłem się na łóżku. Paul potarł butelkę.

– Co się stało z etykietą?

Nie wiedział, ile czasu zajęło mi odklejanie etykiet i podmiana kapsli. Włożyłem w to całe serce.

– Można kupić taniej te ze złą etykietą albo bez niej.

– Naprawdę? Dobrze wiedzieć. – Paul skrzywił się i pociągnął łyk. – Skąd będę wiedział, że się robię pijany?

– Zrobisz się dowcipny jak ja. A może i dowcipniejszy. Zawsze coś.

Paul rzucił we mnie kapslem.

– Wypij jedno, zanim przywiozą jedzenie – powiedziałem. – Lepiej działa na pusty żołądek. Patrzyłem, jak Paul opróżnia butelkę do połowy, po czym włączyłem przyniesiony odtwarzacz. – Masz jakieś płyty, Paul? Przydałaby się muzyka, żeby to uczcić.

Paul dopił piwo, trochę się dławiąc pod koniec, i pokazał ogólnie w stronę łóżka. Podałem mu jeszcze jedną butelkę i położyłem się na podłodze obok jego posłania, szykując się na najgorsze.

Wielką siłą woli powstrzymałem przekleństwo cisnące mi się na usta. Oczy Nuali, świecące spod łóżka, rozbłysły tuż przede mną złośliwym rozbawieniem.

– Niespodzianka – powiedziała.

„Nie udało ci się, spodziewałem się tego” – pomyślałem sobie.

– Nieprawda, udało. Ja czytam w twoich myślach, pamiętasz? – Wskazała na materac. – Fajnie się bawisz. To prawdziwe piwo?

Uniosłem palec do ust i pokazałem gestem: „Cicho”. Nuala roześmiała się.

– Jesteś niegodziwy – rzekła. – I za to cię lubię.

Pchnęła w moją stronę etui z płytami i oparła piegowaty policzek na rękach.

– Do zobaczenia.

Wstałem i obejrzałem się na Paula. Robił się coraz bardziej wesoły. Bogu dzięki za utratę zahamowań.

– Co my tu mamy? – zapytałem i sam zacząłem przeglądać płyty, nie czekając na odpowiedź. – Same trupy, Paul.

– Beethoven nie jest trupem. – Paul wskazał na mnie butelką. – To tylko plotka. Przykrywka. Odprawia śluby w Las Vegas.

– To fakt. Ooooo, Paul, Paul! Co do cholery? Masz płytę Kelly Clarkson. Powiedz mi, że to twojej siostry. Masz siostrę, co?

– Ma dobry głos. – Paul brzmiał defensywnie.

– Boże, Paul! – Przeglądałem dalej płyty. – Ty masz mózg jak kulturalna pustynia. One Republic? Maroon Five? Sheryl Crow? Czy ty jesteś małą dziewczynką? Nie wiem nawet, co włączyć, bo mi biust wyrośnie i polubię czekoladę.

– Daj mi to – powiedział Paul. Wziął etui i wyciągnął jedną płytę. – Daj mi jeszcze jedno piwo, a ja to włączę. Chyba ruszy.

I tak doszło do tego, że słuchaliśmy „Hit Me Baby One More Time” Britney Spears, kiedy przyszedł dostawca i przyniósł pizzę z kiełbasą, zieloną papryką, podwójnym serem i podwójną ilością kalorii. Popatrzył na nas dziwnie.

– Mój kolega ma okres – odpowiedziałem, wręczając mu napiwek. – Pomaga mu Britney i podwójny ser. Wspieram go. – Paul śpiewał razem z piosenkarką, a ja otworzyłem pudełko i porozdzielałem pizzę. Podałem mu kawałek, drugi wziąłem sobie.

– Stary, to jest miazga – powiedział. – Rozumiem, czemu w college’u to robią.

– Britney Spears czy piwo?

– E-mail my heart… – zaśpiewał Paul.

Stworzyłem potwora.

– Paul – zwróciłem się do niego – myślałem o naszym zadaniu o metaforze.

Chłopak przyglądał się nitce sera ciągnącej się od pizzy do jego ust. Mówił ostrożnie, żeby jej nie przerwać.

– Że jest beznadziejne?

– Właśnie. Więc pomyślałem, że moglibyśmy zrobić coś innego, razem.

– Stary, sprawdzałem w necie. Chodzą po czterdzieści pięć dolarów.

Podniosłem warstwę sera z kawałka pizzy i starłem z niego trochę sosu.

– O czym ty mówisz?

Paul machnął ręką.

– Aha. Myślałem, że mówisz o kupieniu eseju przez internet. Sullivan o tym wspomniał, więc sprawdziłem. Za ściągnięcie płaci się czterdzieści pięć dolców.

Zapisałem sobie, że mam przypomnieć Sullivanowi, iż uczniowie są młodzi i podatni na wpływy.

– Chodziło mi o to, żeby zrobić coś zupełnie innego zamiast wypracowania. Naprawdę kupiłbyś esej z internetu?

– Nie – odpowiedział ze smutkiem. – Nawet jakbym miał kartę kredytową. Niestety, to smutne, że brakuje mi odwagi, co nie?

– To nie odwaga, aby kupić esej w sieci. – Zapewniłem go. – Jak wytrzeźwiejesz, to dam ci coś do przeczytania. Sztukę.

– „Hamlet” to sztuka. – Zauważył i wyciągnął rękę. – Daj mi teraz poczytać.

Chwyciłem zeszyt z łóżka i rzuciłem mu go.

Paul przejrzał tekst „Ballady”, podśpiewując z Britney. Przestał tylko na moment, żeby powiedzieć: „To jest w pytę, James”.

– Nie mam innych.

– Sullivan! – Ostrzegła mnie Nuala. Spojrzałem gwałtownie w tę stronę łóżka, a potem skierowałem się do drzwi. W tym samym momencie rozległo się pukanie. Otworzyłem i wyszedłem na korytarz, zamykając za sobą drzwi. Sullivan patrzył na mnie oskarżająco.

– James.

– Proszę pana.

– Ciekawy wybór repertuaru na dzisiaj.

– Chciałbym wierzyć, że pobyt w Thornking-Ash nauczy nas doceniać różne gatunki muzyczne. – Przekrzywiłem nieco głowę.

W pokoju Paul wyciągnął bardzo wysoki dźwięk. Miał świetną skalę. Chłopak minął się z powołaniem. Zamiast grać na oboju powinien koncertować z Mariah Carey.

– Mój Boże – powiedział Sullivan.

– Zgadzam się z panem. A więc co sprowadza pana na nasze piękne piętro?

Sullivan wyciągnął szyję, żeby popatrzeć na wywieszkę na drzwiach.

– Pizza. Dostawca powiedział mi, że jeden z was pije coś, co niezwykle przypomina piwo.

– Więcej już nie dostanie ode mnie napiwku, skoro śpiewa jak kanarek przy najmniejszym nacisku.

Sullivan skrzyżował ręce.

– Czy to dlatego Paul śpiewa właśnie wysokie E zamiast C? To nie ty piłeś, bo nie czuję nic od ciebie, i zachowujesz się równie uroczo jak zwykle.

Uśmiechnąłem się do niego łaskawie.

– Mogę uczciwie przyznać, że żaden z nas nie pije alkoholu.

Zmrużył oczy.

– Co tam się wyprawia?

Podniosłem ręce w geście poddania się.

– Chciał się upić. A ja chciałem, żeby się wyluzował. Trzy butelki piwa bezalkoholowego i chyba… – zawiesiłem głos, kiedy Paul znowu straszliwie zafałszował na wysokim dźwięku – obaj jesteśmy zadowoleni z wyniku. I nadal nie złamaliśmy prawa.

Sullivanowi drgnęły wargi. Nie pozwolił sobie jednak na uśmiech.

– Co mnie dziwi, zważywszy na osobę autora tej intrygi. A jak oszukałeś Paula?

– Facet w barze w mieście dał mi pustą skrzynkę po Heinekenie i kilka kapsli. Zamieniłem kapsle na butelkach z piwem bezalkoholowym i zdarłem etykiety. Paulowi opowiedziałem bajeczkę, że były z przeceny. Myślę, że barman okazał się w porządku. Jak niektórzy z moich nauczycieli. – Uniosłem brew, sprawdzając, czy on też to zrobi.

– Niesamowite machinacje. Aż boli mnie świadomość, ile czasu zmarnowałeś na ten plan. Cóż, daleki jestem od rujnowania przedsięwzięcia opartego na koleżeństwie, oszustwie i podróbce piwa. – Sullivan spojrzał na mnie i pokręcił głową. – Boże, dopomóż! Co z ciebie za egzemplarz, James.

Zamrugałem, patrząc na niego.

– Taki, co chce wrócić tam i sprawdzić, czy uda się zmusić Paula do chodzenia w majtkach na głowie. Oto jaki.

Sullivan starł dłonią uśmiech z twarzy.

– Dobrej nocy, James. Kaca raczej nie będziecie mieli.

Uśmiechnąłem się do niego i wślizgnąłem do pokoju, zamykając za sobą drzwi.

– Dzięki, Nuala.

– Nie ma sprawy – odparła.

– Kto to był? – zapytał Paul.

– Twoja stara. – Podałem mu czwartą butelkę. – Będziesz sikać jak koń wyścigowy.

– A wyścigowy sika więcej niż normalny? – zapytał. – Chyba nie powinien, czemu nie powiedziałeś, że po prostu jak koń?

Wziąłem sobie kawałek pizzy i położyłem się na podłodze obok łóżka. Było tam o wiele chłodniej, a w powiewie oddechu Nuali czułem mocny zapach letnich kwiatów.

– Może piją więcej wody. A może mam to w nosie.

– Masz w nosie – powtórzył Paul z rechotem. Ja także się zaśmiałem, ale z całkiem innego powodu, i dostrzegłem sarkastyczny uśmiech Nuali spod krawędzi łóżka.

„Mogłaś być gdziekolwiek, skąd Paul cię nie zobaczy. Czemu pod łóżkiem?”.

– Bo chciałam cię nastraszyć – powiedziała Nuala.

Podsunąłem jej pizzę, ale zrobiła naprawdę dziwną wstrząśniętą minę i pokręciła głową. Przypomniały mi się baśnie, w których zjedzenie pokarmu fejów w ich krainie zamykało powrót do ludzkiego świata. To mogło działać także w drugą stronę. Nad nami odtwarzacz wrzucił kolejną płytę, jeden z moich albumów Breaking Benjamin.

– To jest prawdziwa muzyka – powiedziałem Paulowi.

Na łóżku nade mną Paul wybijał rytm stopą.

– Britney też jest prawdziwa. Ale to jest prawdziwsze. – Zawiesił głos. – Stary, chyba jesteś najfajniejszym kumplem, jakiego miałem.

Poczułem małe ukłucie winy. Malutkie.

– Bo kupiłem ci piwo?

– Nie, stary. Bo jesteś taki… jesteś sobą. Jak nikt inny. – Paul zamilkł i zebrał myśli. – Kiedy cię widzę, chcę być taki sam. Nawet gdy się zachowujesz jak dupek, to jesteś po swojemu dupkiem, i ludzie to szanują.

Nuala patrzyła na mnie, kiedy to mówił. Jej ogromne oczy płonęły w ciemności kilka centymetrów ode mnie.

– Ty też tak uważasz?

– Zwłaszcza jeśli chodzi o dupka – odpowiedziała Nuala. Wciąż patrzyła na mnie nie odrywając wzroku, a ja wpatrywałem się w nią. Nie wiedziałem, jak zareagować na Paula. Mogłem myśleć tylko o tym, jak Nuala pięknie pachnie, i o mgiełce piegów na jej policzkach. Nie odwracając oczu od twarzy dziewczyny, rzekłem:

– Pochlebiasz mi.

– Zamknij się. – Paul na to. – I przyjmij po prostu komplement.

– Myślisz, że będziesz taki wygadany, jak wytrzeźwiejesz? – Rozpromieniłem się.

– No co ty.

Nie wiem, jak to się stało, ale teraz trzymaliśmy się z Nualą za ręce. Czy to ja wyciągnąłem do niej rękę, czy ona wysunęła swoją z ciemności w moją stronę? Ale trzymałem ją za rękę. Jej palce powoli muskały skórę na moim nadgarstku. Ja głaskałem wierzch jej dłoni. Nie wiedziałem, co to miało znaczyć – że po prostu trzymamy się za ręce i tak się właśnie postępuje z nawiedzoną feją, czy też może to uczucie przebiegające po moim ciele świadczyło o tym, że to więcej niż spotkanie z nadprzyrodzonym.

– Poza tym, wiesz… – ciągnął Paul – ty też jesteś świrem i nadal jesteś cool. Wiesz? Piszesz sobie na rękach i masz jakieś obsesje, ale nadal wszyscy, którzy cię znają, zazdroszczą ci. – Głowa Paula stuknęła o ścianę przy łóżku. – To daje nadzieję takim świrom jak ja.

Palce Nuali na mojej skórze wprawiały mój świat w drżenie. Chciałem, żeby wciągnęła mnie pod łóżko i zniknęła ze mną w ciemności, ale zdobyłem się tylko na coś takiego: „Nie jesteś świrem”.

– Stary, nie masz pojęcia. Chcesz usłyszeć, jaki jestem powalony? Normalnie nikomu bym tego nie powiedział. To jest niezłe.

Czułem na twarzy oddech Nuali, więc ona na pewno czuła mój ohydny, zionący kiełbasą i zieloną papryką. Jeśli jej przeszkadzał, nie pokazała tego. Jej usta ułożyły się w bardzo niewinny i piękny półuśmieszek, którego na pewno pozbyłaby się od razu, gdyby była go świadoma.

– Wyobraź sobie, co wieczór słyszę śpiew.

Moje palce znieruchomiały. Znieruchomiały także palce Nuali. Zastygliśmy jak lustrzane odbicia.

– Co wieczór słyszę śpiew, to jest jak sen. Wiesz, taki, gdzie mówią w obcym języku, ale wszystko rozumiesz. W każdym razie ta pieśń to jest lista. Lista nazwisk. – Paul przerwał i słyszałem, jak pije, pije, pije i pije. – I kiedy słyszę nazwiska,wiem po prostu, że jest to lista ludzi, którzy niedługo umrą, lista umarłych. Wiem, bo ten ktoś potem zawsze mówi: „Pamiętajcie nas, tak śpiewają zmarli, albo my zapamiętamy was”.

Zacząłem się trząść. Dopiero w tym momencie zdałem sobie z tego sprawę, wcześniej wcale nie drżałem.

– Kto jest na tej liście? – Starałem się mówić normalnym głosem.

– Ja – odpowiedział Paul.

– Ty?

– No. Jest sporo nazwisk; nie znam ich. I Sullivan. I ty. I… zanim mi o niej powiedziałeś, nie znałem jej nazwiska, ona też tam jest. Dee. Deirdre Monaghan, tak? Stary, uważam, że wszyscy umrzemy. I to niedługo. – Znowu się napił. – Uważasz mnie nadal za wariata?

Palce Nuali w mojej dłoni zacisnęły się w pięść.

– Nie uważam cię za wariata. Trzeba mi było powiedzieć od razu. Wierzę ci.

– Wiem o tym – powiedział Paul. Zadrżałem. – Wiem o tym, bo lecisz tam za każdym razem, kiedy on ma zacząć śpiewać. Ale gdybym ci o tym powiedział i ty przyznałbyś, że też słyszysz, byłaby to prawda. Rozumiesz?

Nuala rozluźniła pięść i odwróciła powoli moją rękę, aż zobaczyłem słowa, które sam napisałem: „lista”.

„Cholera” – pomyślałem.

– Tak – szepnęła cicho.

– Myślałem, że to się skończy, kiedy tu przyjadę. – Jego głos brzmiał żałośnie.

– Ja też – powiedziałem.

Zostawiłem Paula śpiącego wyimaginowanym pijackim snem i poszedłem do łazienki na czwartym piętrze. Chciałem do niej zadzwonić, ale wiedziałem, że to głupi pomysł, bo miałem świadomość, że to mnie ani trochę nie pocieszy, ale zaniepokoiła mnie rewelacja Paula. Wytrąciła z równowagi. To, że zostałem wciągnięty w jakieś nadprzyrodzone sprawy, było jedną sprawą, ale to, że Dee znalazła się na liście umarłych i chyba siedziała w czymś po szyję, było zupełnie inną.

– Dee?

Skubnąłem kawałek limonkowej farby z ceglanej ściany.

Noc za małym oknem była tak czarna, że moja głowa z komórką przy uchu odbijała się w szybie jak w lustrze.

– James? – Dee była zaskoczona. – To naprawdę ty!

Przez chwilę nic nie mówiłem, a ból powodowany świadomością, że po drugiej stronie połączenia jest ona, był zbyt duży. Wspomnienie jej słów po pocałunku dusiło mnie. Musiałem coś powiedzieć.

– Tak. Co u ciebie, szaleństwo?

Słyszałem wołanie nocnego ptaka, głośne i bardzo bliskie. Nie wiedziałem, czy śpiewa za oknem, czy też jego głos dociera ze słuchawki. Mówiła ściszonym głosem.

– Właśnie idziemy spać. To nasza wersja czystego szaleństwa.

– Wow. Ale z was dzikie kotki. – Przygryzłem wargę.

Zapytaj ją po prostu.

– Dee, pamiętasz, jak po raz pierwszy wpadliśmy tutaj na siebie? Czy pamiętasz, o co mnie zapytałaś?

– Myślisz, że mam pamięć jak słoń i pamiętam tak odległe dzieje? A… a, tamto.

– Tak, tamto. Zapytałaś, czy widziałem fejów. Widziałaś jeszcze jakiś?

Długa pauza. A potem:

– Co? Nie. Na pewno nie. A co, ty widziałeś?

Na mojej skórze pozostał zapach Nuali, letniego deszczu i palonego drewna. Westchnąłem:

– Nie. U ciebie wszystko w porządku?

Zaśmiała się cichym i słodkim śmiechem:

– Tak, jasne, że tak. To znaczy, oprócz tego, że jestem pokręcona. Zgadza się?

– Nie wiem. Ciebie pytam.

– W takim razie tak. Wszystko w porządku.

– Żadnych fejów – powiedziałem głosem bez wyrazu.

– Ciii…

– Czemu: „Ciii”?

– To, że Ich tu nie ma, nie znaczy, że trzeba wykrzykiwać to słowo na całą okolicę – rzekła. – Wszystko jest OK.

Przez dłuższą chwilę nic nie mówiłem. Nie byłem pewien, czego oczekuję. Może szczerości? Co miałem zrobić, wypomnieć jej to? Westchnąłem i oparłem głowę o ciemną ścianę.

– Chciałem się upewnić.

– Dzięki – powiedziała Dee. – To dużo dla mnie znaczy.

Spojrzałem na swoje odbicie w starych podłużnych lustrach na ścianie naprzeciwko. Z lustra skrzywił się na mój widok James z brzydką blizną, ciemną jak jego zmarszczone brwi.

– Muszę iść – powiedziała Dee.

– Dobra.

– Pa.

Rozłączyłem się. Nie zapytała, czy u mnie wszystko w porządku.


James

-James?

Moja twarz była tak rozkosznie wbita w poduszkę. Nie zmieniając pozycji, przyłożyłem telefon do ucha.

– Uhum. Tak. Co?

– James, czy to ty?

Przewróciłem się na plecy i wpatrywałem w blade smugi porannego światła na suficie. Poprawiłem telefon, żeby go niechcący nie wyłączyć.

– Mamo, dlaczego za każdym razem, kiedy do mnie dzwonisz, pytasz, czy to ja? Czy zdarza ci się wiele błędnych połączeń, o których mi nie mówisz, kiedy wybierasz prawie mój numer, ale nie do końca mój, i odbierają jacyś goście, którzy są prawie mną, ale nie do końca?

– Ty zawsze brzmisz inaczej przez telefon – powiedziała mama. – Jakoś tak ckliwie. Masz kaca?

Westchnąłem ciężko. Spojrzałem w stronę łóżka Paula. Wyglądał niczym pogrążony w śpiączce. Ślinił się na poduszkę, ręka mu zwisała na dół, w ogóle wyglądał tak, jakby go zrzucili z samolotu. Poczułem silną zazdrość.

– Mamo, wiesz, że jest weekend, co? Przed dziesiątą? Ba, przed dziewiątą?

– Przykro mi, że budzę cię tak wcześnie – powiedziała.

– Wcale ci nie jest przykro.

– Masz rację, nie jest. Jadę do ciebie i chciałam, żebyś wstał i wyszedł po mnie na przystanek.

Usiadłem spanikowany. A potem jeszcze podskoczyłem do sufitu.

– Jasna cholera!

W nogach łóżka siedziała Nuala z kolanami pod brodą i rękami oplecionymi wokół nich. Nie wyczułem wcześniej jej obecności. Wyglądała niebezpiecznie, melancholijnie i nieziemsko pięknie.

– Nie zakląłeś chyba, James?

Bezgłośnie powiedziałem do Nuali: „Co jest?!”. Nuala wzruszyła ramionami.

– Zakląłem, mamo, ale tylko po to, żeby cię rozdrażnić.

– Miałeś ważniejsze plany niż spotkanie z drogą mamą, która bardzo tęskni?

– Nie, coś mnie ukąsiło. Bardzo się cieszę, że się zobaczymy. Jak zawsze. Jestem w totalnej ekstazie. Jakby zebrały się chmury, i zamiast deszczu spadła truskawkowa galaretka.

– Twoja ulubiona. – Zauważyła mama. – Mój autobus ma być kwadrans po dziesiątej. Zdążysz? Przyprowadź Dee. Mam dla niej rzeczy od jej mamy.

– Może być zajęta. Ludzie są zajęci w weekend, śpią i tak dalej, wiesz? – Popatrzyłem zmęczonym wzrokiem na Nualę. Miała złowieszczą minę. Sięgnęła pod kołdrę i złapała mnie za duży palec u nogi. Zaczęła go wykręcać, jakby chciała mi go wyrwać, co cholernie łaskotało i bolało. Wierzgnąłem, żeby się uwolnić, i podkuliłem nogi. Powiedziałem jej bezgłośnie: „Zła istota”, co najwyraźniej jej pochlebiło.

– Ktoś z genami Terry Monaghan nie może spać o tej godzinie. Jeśli biedna Dee jest zajęta, to dlatego, że projektuje most albo przejmuje władzę nad światem. Muszę kończyć, bo chcę doczytać książkę, zanim dojadę. Ubieraj się. Postawię wam lunch.

– Super. Wspaniale. Uroczo. Już wstaję z mojego kochanego przytulnego łózia. Pa. Do zobaczenia.

Chciałbym powiedzieć, że zadzwoniłem do Dee, ona odebrała, i razem poszliśmy spotkać moją mamę. I w ogóle wszystko kwitło między nami, ale w prawdziwym świecie – tam, gdzie James dostaje od wszystkich po kolei po uszach – to się nie zdarzyło. Nie zadzwoniłem do Dee. Nie zrobiłem nawet jak na filmach, gdzie wybierają numer, a potem odkładają słuchawkę, zanim ktoś po drugiej stronie zdąży odebrać. Rozłączyłem się i patrzyłem na wzorek wytłoczony z tyłu telefonu, aż stwierdziłem, że to nie jest marketingowy bazgroł bez znaczenia, a satanistyczny symbol poprawiający odbiór. Wziąłem długopis z biurka i napisałem sobie na ręce: „10.15”. Wiele bazgrołów zmyłem wczoraj, gdy się kąpałem, i widok niedokończonych słów przyprawił mnie o mdłości. Dokończyłem te, które mogłem jeszcze uratować, a resztę nieczytelnych smug wytarłem śliną. Spojrzałem na brzeg łóżka Nuali już nie było. Typowe. Kiedy mogła być potrzebna, znikała.

Otworzyłem i zamknąłem klapkę telefonu, trzaskając nią przy okazji i próbując odzyskać pełnię władzy nad mózgiem. Nie miałem poczucia winy, że nie dzwonię do Dee, bo pewnie i tak by nie odebrała, widząc mój numer. Miałem tylko to gryzące uczucie w żołądku, albo może w głowie, jakbym był głodny, choć nie byłem.

– Wstawaj, Paul! – Skopałem z siebie koc, który zwinął się w miękką kupę tam, gdzie wcześniej siedziała Nuala. Na podłogę opadły liście, suche i bez życia. – Idziemy na lunch z moją mamą.

Mama posiada całkowity brak zdolności do bycia punktualną. Ta niezdolność – ta podstawowa cecha jej istoty – jest tak przemożna, że nawet jej autobus się spóźnił. Nie mógł być na czas. Usiedliśmy więc z Paulem na ławce przy przystanku. Jesienne słońce świeciło jasno, ale całkiem słabo.

– Nie wiem, jak zmusić go do działania. – Paul próbował napisać sobie coś długopisem na ręce. Był to jeden z tych długopisów z przyciskiem na końcu, który trzeba wcisnąć, żeby się pojawił wkład. Paul potrząsał nim, jakby dzięki temu miał zacząć lepiej pisać. Narysował mnóstwo kropek na wierzchu dłoni, ale nie udało mu się napisać ani litery.

– Zupełnie jakbym chciał napisać abecadło hot dogiem.

Mijały nas ryczące samochody, ale autobusu nie było. Nie odrywając oczu od drogi, wyciągnąłem rękę po długopis.

– Oświecę cię. Przygotuj się na szok.

Podał mi długopis i pokazał na wierzch mojej ręki.

– Napisz: „gej”.

Zatrzymałem długopis nad skórą.

– Cóż, Paul, nie wiedziałem, że masz taką orientację. Ja wiem, że jestem atrakcyjny, ale…

Paul uśmiechnął się tak szeroko, że dostrzegłem to nawet kątem oka.

– Stary, nie. Mieliśmy, wiesz, jak to się nazywa. Praktykantkę. Nauczycielkę gry na oboju. Przyjechała w tym tygodniu. I wiesz, jak ona się nazywa? Amanda Gej.

Mruknąłem z aprobatą.

– No co ty!

– Poważnie, stary. Właśnie tak. Musiała przeżyć podstawówkę z takim nazwiskiem. Musiała przejść gimnazjum z takim nazwiskiem. Jej rodzice chyba jej nienawidzili.

Napisałem sobie na ręce: „ognisko”.

Paul wydał zaflegmiony odgłos.

– Jak go zmusiłeś do pisania? Nie porobił kropek. Naprawdę pisze.

– Trzeba naciągnąć skórę, geniuszu – powiedziałem i zademonstrowałem. Napisałem swoje imię i otoczyłem je kółkiem.

Wziął ode mnie z powrotem długopis i naciągnął sobie skórę na ręce. Też napisał: „ognisko”.

– Czemu „ognisko”?

Nie wiedziałem.

– Chciałbym opisać w „Balladzie” scenę przy ognisku – skłamałem.

– Musielibyśmy mieć sztuczny ogień na scenie, a to trudno będzie zrobić, może wyjść obciach. Chyba że zapalić alkohol. Tylko czy taki płomień widać? – Paul spojrzał na coś za moimi plecami. – Uwaga, nadchodzi. To ta twoja koleżanka ze szkoły.

Zamarłem i nie odwracałem się, by sprawdzić.

– Paul, nie żartuj nawet. Myślisz, że mnie widziała?

Wzrok Paula przeniósł się ponad moją głowę.

– No, na pewno widziała.

– No, cześć – powiedziała Dee tuż nad moim ramieniem. Już sam dźwięk głosu przypomniał mi jej słowa: „Myślałam o nim, kiedy mnie całowałeś”. Posłałem Paulowi ponure spojrzenie, które oznaczało: „Dzięki za wczesne ostrzeżenie”, i wstałem. Wsadziłem ręce do kieszeni, nic nie mówiąc.

– Hej, Paul! – Dee spojrzała na mojego towarzysza, który wyglądał na nieco zaszczutego. – Czy mogę porozmawiać chwilę z Jamesem?

– Czekam na mamę – powiedziałem. Żołądek mi szalał, nie mogłem myśleć. Patrzenie na nią bolało.

– Wiem. – Dee spojrzała w kierunku szosy. – Mama powiedziała, że przesyła mi rzeczy. Zadzwoniła, to znaczy moja mama, nie twoja, i dowiedziałam się od niej, że w radio mówili, iż na drodze 64 jest korek, więc pewnie ona jeszcze długo nie przyjedzie. To znaczy twoja, nie moja.

Wzruszyła niezręcznie ramionami i pośpiesznie dodała:

– Przyjechałam tym autobusem, który jeździ do kościoła, bo pomyślałam, że ostrzegę cię, że się spóźni, jeśli czekasz tu na nią.

Jej twarz i głos były niepewne, przepraszające, rozpaczliwe.

– Ja poczekam tutaj – zaproponował Paul.

– Dziękuję, towarzyszu. – Pozwoliłem sobie tylko na odrobinę uszczypliwości w głosie. Niech przekaże moje prochy mamie, po tym jak Dee roztopi resztki tego, co zostało z mojej samooceny. Przez ułamek sekundy zastanawiałem się, czy mogę jej odmówić.

– Dobra, chodźmy.

Paul zrobił smutną minę, kiedy podążałem za Dee chodnikiem. Gdy odchodziliśmy od przystanku, nic nie mówiła, podobnie jak potem, kiedy szedłem za nią do centrum Gallon. Przecznicę dalej minęliśmy sklep Evans-Brown Music. Zastanawiałem się, czy dudziarz Bill wciąż tam był, czy może zniknął, jak Nuala, gdy nie patrzyłem. Spoglądałem w puste okna opuszczonych sklepów, które mijaliśmy, i na nasze odbicia, rozciągające się i kurczące. Dee szła z założonymi rękami, przygryzając wargę. Ja, zgarbiony, trzymałem ręce w kieszeniach. Byłem jak wyspa, na którą Dee nie mogła się dostać, nie mając łódki.

– Czuję się strasznie – powiedziała w końcu. Wydało mi się to niesprawiedliwe. Samolubne. Dee pewnie też tak pomyślała, bo dodała: – Z powodu mojego zachowania. Teraz… co wieczór płaczę, myśląc, jak zniszczyłam wszystko między nami.

Milczałem. Mijaliśmy sklep z męską odzieżą; na wystawie kilka głów manekinów prezentowało kapelusze. Moje odbicie na ułamek sekundy przymierzyło melonik.

– To było… sama nie wiem… to znaczy, tak mi przykro. Nie chcę, żeby z nami był koniec. Wiem, że jestem pokręcona. Normalnie załamana. Coś ze mną jest nie tak, i wiem, że narozrabiałam. – Jeszcze nie płakała, ale słyszałem w jej głosie zapowiedź tego przy słowie „załamana”.

Wpatrywałem się w szpary na chodniku. Mrówki maszerowały wzdłuż nich w szeregu. Czy to nie zapowiadało deszczu? Chyba przypomniało mi się, jak mama opowiadała mi, że mrówki, maszerując w ten sposób, zostawiają po sobie zapach, dzięki czemu mogą po tych śladach wrócić do domu. Im bliżej siebie szły, tym mocniejszy pozostawał ślad i łatwiej było im odnaleźć drogę powrotną.

Dee chwyciła mnie za rękę i zatrzymała się gwałtownie, zmuszając mnie, bym też się zatrzymał.

– James, proszę, powiedz coś.

To było bardzo… bardzo trudne. „Proszę, powiedz coś”.

W głowie kotłowały mi się słowa, ale nie umiałem ich wymówić. To były surowe znaki, setki liter składających się w wyrazy do zapisania. Stałem oto na środku chodnika, Dee ściskała mi rękę do bólu, patrząc na mnie zbyt błyszczącymi oczami pełnymi łez; trwałem z głową pełną słów i nie mogłem niczego z siebie wydusić.

Ale musiałem. Kiedy w końcu mi się udało, zaskoczył mnie spokój w moim głosie i spójność zdań. To było tak, jakby wszechwiedzący bezstronny narrator włamał się do mojego ciała i wygłaszał komunikat bezpieczeństwa publicznego.

– Nie wiem, co powiedzieć, Dee. Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz.

Potem zrozumiałem, co chcę powiedzieć, i słowa wybuchły mi w głowie: „Ale mnie ranisz. To boli jak cholera. Stoję tu, trzymasz mnie za rękę, i to mnie zabija. Czy ty mnie wykorzystujesz? Jak możesz to robić? Nie znaczę dla ciebie więcej? Jestem tylko zapchajdziurą? O to chodzi?”.

Nie wymówiłem ich, ale Dee patrzyła na mnie tak, jakbym to zrobił. Jej oczy były tak szeroko otwarte, że aż się zastanowiłem, czy przypadkiem nie powiedziałem jednak tego na głos. Spojrzała dookoła na puste chodniki, a potem na swoje stopy, jakby widok martensów miał jej dodać odwagi.

– Nie miałam ci tego mówić. Że on mi się podoba. Luke.

– Podoba – powtórzyłem jak echo. Mój głos zabrzmiał tępo, z niedowierzaniem, ale nie starałem się tego zmienić.

– Dobra. Kocham. Nie chciałam ci mówić. Czułam się winna. Mimo że byliśmy tylko przyjaciółmi. – Dee zawahała się przez dłuższą chwilę, ale nie miałem ochoty jej pomagać. – Było mi bardzo trudno, odkąd… odkąd odszedł. Wiem, że więcej go nie zobaczę i muszę zapomnieć. Czuję się tak, jakbym wypełzała z głębokiego dołu, i dlatego złapałam pierwszą rzecz, jaka się trafiła, żeby się podciągnąć: to byłeś ty. Wiem, że nie powinnam tego robić.

Podniosła głowę, popatrzyła na mnie i teraz w końcu się rozpłakała – wiedziałem, że zrobię wszystko, cokolwiek mi każe, jak zawsze.

– Proszę, James. Mam taki bałagan w głowie. Jesteś moim najlepszym przyjacielem i nie chcę stracić także ciebie.

– Nie wiem, czy potrafię – odpowiedziałem. Dobrze było powiedzieć prawdę. Przez sekundę patrzyła na mnie, przyswajając moje słowa.

Potem zakryła twarz dłonią i odwróciła się do mnie bokiem. Zaczęła płakać tak, jak płaczą ludzie w samotności, kiedy nikt nie patrzy, jak łkają, albo ci, których już to nie obchodzi.

Nie mogłem się tak temu przyglądać.

Złapałem ją za ramię i przytuliłem. Znajomy świeży zapach szamponu był jak wehikuł czasu, zabierający mnie w te niezliczone chwile, kiedy całe lata ściskaliśmy się, zanim pojawił się Luke, kiedy potrzebny jej byłem tylko ja. Oparłem czoło o jej ramię i patrzyłem na nasze obejmujące się odbicia w witrynie. „Proszę, nie myśl teraz o nim.”

– Nie myślę – szepnęła Dee i wtuliła twarz w obojczyk, mocząc łzami moją koszulkę. Nie wiedziałem, czy pomagam Dee wypełznąć z dołu, czy pozwalam jej się do niego wciągnąć.

– Wiem, że jestem wariatką. – Jej głos tłumiło moje ubranie. – Zostań ze mną, James. Dobrze? Aż minie więcej czasu, wiesz, od lata. I może… może znowu spróbujemy. I tym razem będzie dobrze. A nie tak.

Nie wiedziałem, czy ma na myśli próbę bycia przyjaciółmi, całowania się czy oddychania, ale wszystko to zdawało się teraz przysłonięte chęcią uwierzenia jej. Przycisnąłem dłoń do jej włosów, trzymając ją przy sobie, w pełni przekonany, że zrani mnie znowu, a ja nie będę miał siły odepchnąć jej od siebie, zanim zdąży to zrobić.


James

Większość moich zajęć w starym dobrym TK-A odbywała się w grupach po około osiemnaście osób. Nauczyciel siadał z przodu, uczniowie zdążyli podzielić się przez kilka tygodni na grupy.

Pierwszy rząd: lizusy i osoby z przerostem ambicji, takie jak ja. Drugi: koledzy lizusów i ambitnych. I aspirujący do tych ról. I aspirujący do roli lizusa, ale zbyt powolni, aby wepchnąć się do pierwszego rzędu. Rząd trzeci: ani lizusy, ani jedynkowicze (ci siadali z tyłu). Ludzie z trzeciego rzędu mnie nie interesowali. I chyba innych też. Ostatni rząd: jak wspomniałem, jedynkowicze, zbuntowani i ci, którzy mieli wszystko w poważaniu.

To zabawne, że pasowałem zarówno do pierwszego, jak i ostatniego rzędu, choć zdawało się to niemożliwe.

W każdym razie naszą kameralną lekcję diabli dzisiaj wzięli, bo z jakiegoś niegodziwego powodu, który bez wątpienia miał później wyjść na jaw, zajęcia pana Sullivana połączono z lekcją dramaturgii pani Linnet.

W związku z tym zajęliśmy większą, jasno oświetloną salę na końcu korytarza, która mogła zmieścić nas wszystkich, i nagle trzeba było walczyć o swoje zwyczajowe miejsce (i osobowość). I tak znaleźliśmy się z Paulem z tyłu, tam, gdzie prawdopodobnie było moje miejsce, a Paul usiadł tam wyłącznie jako mój kolega. Nie spodziewałem się natomiast, że wyląduję obok Dee, która pasowała do tylnego rzędu tak samo jak ja ogólnie do Thornking-Ash. Nie chodziłem z nią na żadne lekcje i dopiero potem zrozumiałem, że zajęła to miejsce właśnie dlatego, że była to lekcja pani Linnet.

Siedziałem tam od kilku chwil, a jesienny wiatr wpadał jednym z wielkich okien i podnosił kartki; myślałem, co jej powiem, żeby było śmieszne, ciekawe albo zagadkowe.

W końcu wyartykułowałem tylko:

– A więc jednak chodzisz tu na jakieś lekcje.

Dee wyświadczyła mi przysługę, śmiejąc się, mimo że żart wypadł najgorzej w historii. Przechyliła się nad pulpitem i szepnęła:

– Przepraszam, że wczoraj byłam taka mazgajowata.

Z drugiej strony Paul pociągnął mnie za rękę, bo chciał mi coś na niej napisać. Poczułem, jak powoli bazgrze mi coś na niej, i starałem się skupić, żeby móc powiedzieć Dee coś sensownego.

Była równie piękna i wielkooka jak zawsze, ale brakowało mi tego kłującego uczucia, które kazało mi mówić jej zabawne rzeczy i być potrzebnym. Pomyślałem, że mogę się wyleczyć. Może wcale nie muszę cierpieć.

– Zanim zaczniemy, poproszę was o podanie mi zarysów waszych wypracowań – zawołała pani Linnet, ratując mnie przed wymówieniem drugiej co do marności kwestii w życiu.

Z rzędu przegranych, zbuntowanych i mających wszystko gdzieś, Linnet wyglądała na jeszcze mniejszą i bardziej kruchą.

– Zbieram też plany dla pana Sullivana. Rozumiem, że przynieśliście zadania także dla niego.

Nigdzie nie było śladu Sullivana. Zazwyczaj siedział na brzegu biurka.

Dee otworzyła swój zeszyt i wyjęła plan. Zobaczyłem kartkę, która leżała pod spodem. Było na niej wielkie czerwone „42 pkt.”. Jakiś test. I napis – „ocena niedostateczna”, jakby Dee nie wiedziała, że 42 oznaczało, że oblewasz.

Piękna zagubiona prymuska Dee, zazwyczaj z pierwszego rzędu, spojrzała na mnie, jakby instynktownie wiedziała, że dostrzegłem test, i od razu się domyślę, co dla niej oznaczają czterdzieści dwa punkty. Jej szeroko otwarte oczy patrzyły błagalnie, a ja spoglądałem na nią, nie kryjąc zdziwienia. Dee położyła rękę na teście bardzo ostrożnie, żeby wiatr nie podniósł kartki. Jej palce przykryły ocenę, ale nie zamaskowały niewłaściwości sytuacji.

– Ostatni rząd! Proszę podać mi zadania – powiedziała Linnet nieprzyjemnym ostrym tonem.

Ocknęliśmy się, Dee podała w stronę jej biurka kartkę, Paul i ja także przekazaliśmy do przodu nasze identyczne plany „Ballady”. Położyłem ręce na ławce i teraz zobaczyłem na lewej ukośne pismo Paula, różniące się od moich kanciastych drukowanych liter. Udało mu się znaleźć miejsce, by napisać: „Nie ogarniam kobiet”. Uniosłem brew, a on zrobił minę, która miała oznaczać: „Tak przecież jest”.

Czterdzieści dwa punkty. A niech to. Chyba nigdy nie widziałem, żeby Dee dostała gorszą ocenę niż czwórka z plusem; przypomniało mi się to, bo zadzwoniła, żeby mi o tym powiedzieć. Została genetycznie zaprojektowana do perfekcyjności. Taka ocena powodowała na pewno krótkie spięcia i awarię w jej systemie. Nie mogłem przestać o tym myśleć.

– Poproszę was teraz, żebyście siedli w czwórkach – powiedziała Linnet. – Obie klasy przeczytały już „Hamleta” i obejrzały adaptację. Omówimy treść sztuki w małych grupach. Będę obserwować waszą aktywność, i kiedy pan Sullivan wróci po południu, opowiem mu, jak sobie radziliście.

Zaczęła mgliście omawiać zagadnienia dyskusji i obiecała przeczytać nasze plany, kiedy my będziemy dyskutować. Zaczęliśmy przestawiać nasze ławki, całkowicie zagłuszając ją szuraniem o podłogę ich metalowych nóg.

Usiedliśmy z Paulem i Dee oraz z dziewczyną z trzeciego rzędu, która wyraźnie nie była zadowolona, że trafiła do grupy wywodzącej się w większości z tylnych rzędów.

Niezadowolona miała na imię Georgia (grała na trąbce, ale starałem się do niej przez to nie uprzedzać) i postanowiła stanąć na czele naszej grupy, odczytując pierwsze pytanie z tablicy.

– Dobra. Pierwsze pytanie. Z którą postacią z „Hamleta” utożsamiasz się najbardziej?

Spojrzałem na Dee bardzo znacząco, w sposób zgniatający ludzi w kulkę i wypalający dziury, w które można wsadzić ołówek.

– Z Ofelią, bo nikt jej nie powiedział, co się dzieje, więc się zabiła – odpowiedziałem.

Dee zamrugała.

Georgia też zamrugała. Paul zaczął się śmiać.

Linnet spojrzała na nas podejrzliwie spod tablicy, bo bądźmy szczerzy, jeśli od pięciu minut trwa dyskusja o sztuce, w której praktycznie wszyscy są już martwi od początku albo giną w trakcie, histeryczny śmiech raczej przyciąga uwagę.

– To jest czas na omawianie lektury, a nie na rozmowy – przypomniała Linnet, karcąc nas wzrokiem. Złowieszczo podpłynęła do naszej grupy jak meduza. Starała się omijać wzrokiem moje ręce.

– Ale my omawiamy. – Zerknąłem znów na Dee, która spoglądała nerwowo to na mnie, to na Linnet. – Mówiliśmy o realnych skutkach braku komunikacji między Hamletem i Ofelią, no i o tym, jaki osioł był z Hamleta, że nie powiedział Ofelii, co mu chodzi po głowie.

Sullivan doceniłby moją swobodną interpretację materiału – przynajmniej przeczytałem lekturę – ale Linnet się skrzywiła:

– Nie życzę sobie takiego słownictwa na mojej lekcji.

– Postaram się trzymać poziom dla młodzieży do lat dwunastu – zwróciłem się do niej, czyniąc wysiłek, by moje słowa zabrzmiały tak, jakby naprawdę mi zależało.

– Zrób tak. Jestem pewna, że pan Sullivan nie pozwala na takie wyrażenia w trakcie zajęć – powiedziała to tak, jakby to było pytanie, co świadczyło o tym, że wcale nie była pewna.

Uśmiechnąłem się do niej.

Grymas na twarzy Linnet stał się jeszcze brzydszy. W końcu zabrała swoje meduzie parzydełka do następnej grupy dyskusyjnej. Georgia spiorunowała mnie wzrokiem, postukała ołówkiem w zeszyt i rzekła:

– Ja utożsamiam się najbardziej z Horacym, bo…

– Może Hamlet wiedział, że Ofelia nie zrozumie – wtrąciła się Dee, a Georgia przewróciła oczami z oburzenia. – Ofelia powiedziałaby Hamletowi od razu, że robi głupotę, nie znając kontekstu.

– Zakładasz, że Ofelia nie miała pojęcia, przez co przechodzi Hamlet – odezwałem się. – Ale ona była tam za pierwszym razem, pamiętasz? Ona wie, jakimi zdradzieckimi typami są Gertruda i Klaudiusz. Nie jest w Danii od wczoraj, Dee.

– Halo, o czym my w ogóle tutaj rozmawiamy? – zapytała Georgia. – Ofelia nie wie nic o Gertrudzie i Klaudiuszu. Hamlet wie, że jego ojca zamordował Klaudiusz, dowiedział się tego od ducha swojego ojca, a duch rozmawiał tylko z Hamletem. Więc Ofelia nie wie o niczym.

Machnąłem ręką.

– Ofelia nie ma pojęcia, co się dzieje, bo Hamlet nie ufa jej na tyle, żeby się jej zwierzyć. Najwidoczniej on sądzi, że może poradzić sobie sam ze wszystkim, co nie sprawdziło się wcześniej i na pewno nie sprawdzi się teraz. Powinien pozwolić Ofelii sobie pomóc – powiedziałem do Dee.

Oczy dziewczyny zaszkliły się niewyraźnie. Zamrugała jednak gwałtownie i łzy znikły.

– Ofelia nie za dobrze znała się na ludziach. Powinna trzymać się z daleka od Hamleta, tak jak kazał jej Poloniusz. Ludzie, którzy zbliżają się do Hamleta, cierpią. Wszyscy przez niego zginęli. Miał rację, trzymając Ofelię na dystans.

Georgia zaczęła coś mówić, ale ja pochyliłem się nad ławką do Dee, zgrzytając zębami.

– Ale Ofelia kochała Hamleta.

Dee patrzyła na mnie, a ja na nią, jakby wstrząśnięty tym, że to powiedziałem. W końcu Paul rozładował atmosferę:

– A, już rozumiem. Niepotrzebnie odwróciliście płeć, i to mnie zmyliło. Uważam, że w takim razie Sullivan to Poloniusz. On jest dla Ofelii jak ojciec.

– Dziękujemy, kapitanie Oczywisty – rzekłem, osuwając się na oparcie.

Georgia wskazała na tablicę.

– Ktoś chce porozmawiać o zagadnieniu numer dwa?

Nikt nie chciał. Założyłem ręce. Czułem jakiś cudowny dystans do tej sceny, była całkiem bezprzedmiotowa. Wcześniej tak nie miałem, gdy w pobliżu znajdowała się Dee. Leczyłem się z niej. Mogłem się wyleczyć.

– Uważam po prostu, że Hamlet nie powinien odbierać telefonów od Ofelii, jeśli ma zamiar tylko ją okłamywać – powiedziałem. – Ofelia powoli godzi się ze świadomością, że Hamlet łamie jej serce i chce być tylko przyjacielem. Ale przyjaciele również nie powinni się okłamywać.

Georgia zrobiła dziwną minę i zaczęła mówić, ale Paul położył palec na ustach i obserwował Dee, która zniżyła głos do szeptu. Nigdy nie rozmawiała tak w szkole. Wszyscy mamy dwa różne głosy – jednego używamy, komunikując się z innymi ludźmi, drugi zaś jest prywatny i mówimy nim do siebie, kiedy nikt nie słucha. Właśnie takim głosem przemówiła. Zapamiętałem go z zeszłego lata, kiedy jeszcze uważałem, że będziemy spędzać razem kolejne wakacje.

– Hamlet nie chce patrzeć, jak Ofelii znowu dzieje się coś złego.

Spojrzała na mnie. Nie w oczy, tylko na bliznę nad moim uchem.

– Och – powiedziałem.

Do tej pory jakoś nie zdawałem sobie sprawy, że kiedy Dee patrzyła na moją szramę i mówiła swoim dawnym głosem, naprawdę też mnie kochała. Cały czas kochała mnie, po prostu nie w taki sposób, jak ja chciałem.

Cholera.

Jesienny wiatr wpadający przez wysokie okna wydał się zimniejszy i zapachniał absurdalnie tymiankiem, koniczyną i wilgotną stroną kamienia leżącego na ziemi. Siedziałem nieruchomo i na bardzo długo zaniemówiłem.

– Czy mogę prosić Jamesa i Paula na chwilę do siebie? – Linnet przy biurku miała złowrogą minę. Wyglądała o wiele bardziej nauczycielsko niż Sullivan, gdy siadała za biurkiem zamiast na jego blacie. Zanotowałem sobie: „Nigdy nie siadać za biurkiem”.

– Deirdre i Georgia, możecie dalej dyskutować.

Wstałem, ale nim z Paulem odeszliśmy, dotknąłem wierzchu dłoni Dee. Nie wiem, czy zrozumiała, ale chciałem, żeby wiedziała, że ja… nie, nie wiedziałem, co chciałem jej przekazać. Może to, że chyba zrozumiałem. Nie zobaczyłem już jej twarzy po tym, gdy dotknąłem jej ręki, ale zauważyłem, jak Georgia marszczy brwi.

Stanęliśmy przy biurku Linnet, jakby miała nas pasować na rycerzy. Przynajmniej mnie. Nie naraziłem się jeszcze tu nikomu. Paul się wiercił. On chyba nigdy w życiu się nikomu nie naraził.

– Jesteście kolegami? – zapytała Linnet. Za biurkiem wyglądała jak kruchy mały ptaszek, z włosami sterczącymi niczym jasne piórka. Zamrugała ciemnymi zmęczonymi oczami.

Miałem coś pościemniać o więzach krwi między mną i Paulem, ale on mnie ubiegł:

– I współlokatorami.

– Cóż. – Linnet rozłożyła przed sobą nasze zadania.

– W takim razie nie rozumiem. Czy to jest jakieś oszustwo albo plagiat, czy jakiś naprawdę mało śmieszny dowcip? Nie należy do moich obowiązków ocenianie zadań dla pana Sullivana, ale zauważyłam, niestety, że wasze plany wypracowania są identyczne.

– To ani plagiat, ani dowcip. – Paul popatrzył na mnie. Ja popatrzyłem na panią Linnet. – Czytała je pani?

– Dla mnie jest to bełkot. – Linnet zrobiła nieokreślony gest. Złapała moją stronę tytułową i przeczytała na głos:

Ballada

Sztuka w trzech aktach,

Oparta o pojęcie metafory,

Zrozumiała jedynie dla tych,

Którzy widzą Świat takim, jakim jest naprawdę.

Spojrzała na nas ze zdziwioną miną.

– Nie wiem, jak to się ma do tematu. Czy zadaniem nie był esej na dziesięć stron na temat metafory? Poza tym to nie wyjaśnia, dlaczego obaj oddaliście takie samo zadanie.

– Sul… pan Sullivan będzie wiedział. – Miałem ochotę zabrać jej kartki, zanim napisze na nich coś czerwonym długopisem czającym się koło jej palców.

– To jest zadanie grupowe, ta sztuka to nasz esej. Piszemy i wystawiamy ją wspólnie.

– We dwóch? Jako skecz?

Nie widziałem powodu, dlaczego muszę jej to tłumaczyć, chociaż nie ona ma nas oceniać. Zaginała róg jednego z egzemplarzy, patrząc na nas. Miałem ochotę dać jej po łapach.

– Ja, Paul i jeszcze kilka osób. Jak mówiłem, pan Sullivan nie ma nic przeciwko.

– A inni pracują nad podobnymi zadaniami? – Linnet wykrzywiła usta najpierw do nas, a potem do zgiętej kartki, jakby nie wiedziała, skąd się zagięcie wzięło. – To niesprawiedliwe, aby za tak różne zadania dostawać takie same oceny, chociaż inni piszą bardziej tradycyjne wypracowania, według zasad.

O, Boże, zacznie gadać o zasadach, a ja się nie powstrzymam i chlapnę coś strasznie zjadliwego, przez co aniołek Paul wpadnie w tarapaty za współudział. Zagryzłem wargę i starałem się nie patrzeć wilkiem.

– Pan Sullivan jest nowy w Thornking-Ash. W ogóle pracuje jako nauczyciel od niedawna. Podejrzewam, że nie rozumie implikacji, kiedy pozwala się uczniom na zbyt śmiałe przekraczanie pewnych granic.

Linnet wyrównała nasze prace i sięgnęła po czerwony długopis. Drgnąłem, kiedy kreśliła nim „Forma!” na każdej z nich.

– Będę musiała z nim porozmawiać, kiedy wróci. A wam, jak sądzę, trzeba będzie napisać wszystko od nowa. Przykro mi, że dopuścił, byście postanowili tak niedbale zinterpretować zadanie.

Miałem ochotę naprawdę ostro odpyskować, na przykład: „Przykro mi, że postanowiła pani zinterpretować kobiecy wygląd tak niedbale” albo: „A od kiedy pani sądzi, że jest Bogiem, kochaniutka?”, lecz jedynie słabo się uśmiechnąłem.

– Tak. Coś jeszcze?

Spojrzała z dezaprobatą, jakbym naprawdę wygłosił którąś z moich replik.

– Znam dużo młodzieży takiej jak ty, panie Morgan. Uważacie, że jesteście wyjątkowi, ale poczekajcie, aż znajdziecie się w prawdziwym świecie. Nie jesteście ani trochę lepsi od innych, a wasza pyskatość i pogarda dla władzy nigdzie was nie zaprowadzą. Pan Sullivan może sądzić, że jesteś jakąś gwiazdą, ale zapewniam cię, ja tak nie uważam. Widzę codziennie, jak takie „gwiazdy” spadają i spalają się w atmosferze.

– Dziękuję za wskazówkę – odpowiedziałem.

Grałem beznadziejnie. Stałem na szczycie mojego przepięknego wzgórza w przepiękny dzień, wszytko było przesycone jesiennymi kolorami, moje dudy brzmiały cudnie, dotyk powietrza na skórze był upojny, a ja nie mogłem się zupełnie skupić.

Wielka czerwona jedynka na teście Dee.

Lista umarłych Paula.

Palce Nuali na moim nadgarstku.

Zamknąłem oczy i przestałem grać. Powoli wypuściłem powietrze i spróbowałem skupić się w małym kawałku świadomości, gdzie chowałem się w czasie konkursów, lecz sprawiał on wrażenie wąskiej cieśniny, w którą nie mogłem się zmieścić z powodu napięcia i rozmiarów.

Otworzyłem znowu oczy. Na pagórku było ciągle pusto, bo każdy miał zajęcia w zespole albo prywatne lekcje. I dobrze, bo nikt nie słyszy mojej beznadziei. Może nie byłem, jak mówiła Linnet, wielką gwiazdą i po szkolę zostanę nikim, przesiedzę życie za biurkiem.

Patrzyłem na swój cień na zdeptanej trawie, zielono-niebieski, wydłużony. Obok pojawił się drugi.

– Jesteś dzisiaj do niczego – zauważyła za moimi plecami Nuala.

– Dzięki za pocieszenie – odparłem.

– Nie mam za zadanie cię pocieszać. – Nuala okrążyła mnie i spojrzała mi w oczy. Przełknąłem ślinę, widząc jej biodrówki i obcisłą koszulkę w kolorze oceanu, jak jej tęczówki. – Mam zrobić z ciebie lepszego muzyka. Coś ci przyniosłam.

Wyciągnęła do mnie pięść i wyprostowała palce, by pokazać mi to cudo.

– Nuala. – Wyciągnąłem rękę po prezent. – To jest kamień.

Podniosłem go do oczu, żeby mu się przyjrzeć, ale to naprawdę był tylko kamień. Długości mojego kciuka, matowobiały, wypolerowany.

Nuala parsknęła i schwyciła go z mojej dłoni, zanim zdążyłem ją powstrzymać.

– To jest kamień smutku – powiedziała. – Patrz, głupi śmiertelniku.

Położyła kamyk na dłoni i potarła go kciukiem i palcem wskazującym.

– I co to ma robić?

Nuala przełożyła kamyk do lewej ręki, wzięła mój kciuk i przytrzymała nim kamień tak, jak poprzednio swoim.

– Pocierasz go, żeby się odprężyć. – Uniosła jeden kącik ust.

Pogładziła kciukiem i palcem wskazującym mój kciuk, tak jak wcześniej kamyk. Jej palce pozostawiły na mojej skórze niewidzialne obietnice i – o, cholera jasna! – ugięły mi się kolana. Nuala rozpromieniła się i wcisnęła mi z powrotem kamyk w rękę.

– No, rozumiesz. Pocierasz kamyk, kiedy się zdenerwujesz albo musisz się skupić. Pomyślałam, że dzięki temu nie będziesz tyle pisać na rękach. To cię nie uchroni od bycia neurotycznym wariatem, ale uchroni innych ludzi od powiedzenia ci, że nim jesteś, zanim będzie za późno.

Przełknąłem ponownie ślinę, tym razem z innego powodu.

Kamień smutku był chyba najbardziej przemyślanym prezentem, jaki w życiu dostałem. Nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio nie musiałem udawać, że podoba mi się prezent, a teraz, kiedy w końcu naprawdę nie musiałem tego robić, nie wiedziałem, jak to okazać.

To źle, że pierwsza odpowiedź, jaka pojawiła się w mojej głowie, to sarkastyczna uwaga. Przez to uczucie ciepła rozlewające się po policzkach zostało złagodzone i mogłem odzyskać kontrolę nad sobą.

– Potem mi podziękujesz. – Nuala otarła dłonie o spodnie, mimo że kamień był czysty. – Następnym razem, kiedy nie będziesz miał długopisu.

– To… – zamilkłem, bo mój głos brzmiał nieswojo.

– Wiem – powiedziała. – Zagrasz coś czy nie? Nie możesz skończyć na tamtym ostatnim jigu. Był normalnie…

– Totalnie do kitu? – podpowiedziałem zwykłym tonem, wkładając kamyk do kieszeni i poprawiając piszczałki.

– Chciałam ująć to łagodniej, jak… nie, masz rację. Totalnie do kitu – zawiesiła głos i przybrała minę niewiniątka.

– Możemy zagrać moją melodię? – Miała na myśli tę, którą zesłała mi we śnie, a którą zagrałem na pianinie. Nie miałem serca odmówić. Czułem, że powinienem odwdzięczyć się jej za te krótkie chwile przyjacielskich i niemorderczych zachowań.

– Nie zmieści się w skali dud.

– Możemy ją zmodyfikować.

Skrzywiłem wargi. Mogliśmy ją wcisnąć w skalę piszczałek, ale to by odebrało jej życie. Radość z tej melodii płynęła z wysokich tonów, których nie dało się zagrać na dudach.

– Nie będzie źle. No dawaj. – Zachęciła Nuala. Miała chyba świadomość, że jej głos brzmi słodko, bo uniosła wysoko brwi i dodała ostro: – Nie może być gorzej niż było przed chwilą.

– Ha! Twoje słowa ranią mnie jak noże. Dobra. Pokaż mi, że się mylę.

Poprawiłem znowu dudy, a Nuala stanęła tuż przy mnie.

Nasze cienie utworzyły na trawie jeden niebiesko-zielony kształt z dwiema nogami i czterema ramionami. Zawahałem się przez chwilę i złapałem ją za rękę. Przyciągnąłem do siebie, by jej palce dotknęły przebierki. Jej dłoń, którą rozprostowała, by dosięgnąć palcami do otworów, wydawała się bardzo mała.

– Wiesz, że nic z tego nie będzie – powiedziała łagodnie.

Tak, wiedziałem. Nie oznaczało jednak, że mi się to podoba. Wsunąłem dłoń pod spód i sam zakryłem otwory palcami.

– To poudawajmy. Gdzie masz drugą rękę?

Musiała ją przełożyć pod moim ramieniem, żeby ominąć worek, ale udało jej się położyć palce na mojej drugiej dłoni. Jej niedorzeczne korkowe platformy czyniły ją tak wysoką, że położyła brodę na moim ramieniu.

– Najpierw jig, a potem twoja melodia? – Mój głos zabrzmiał trochę za nisko.

– Ty tu rządzisz – odpowiedziała.

– Och, jakże mi tego brakuje – odparłem i zacząłem grać.

Tym razem nie było do kitu. Było tak, jakby zniknęły wszystkie zmartwienia. Zostały tylko muzyka i obejmujące mnie ramiona Nuali. Jig unosił się i opadał lekko jak balonik z helem, wysokie tony ulatywały w niebo, a niskie ściągały go na ziemię, by mógł się od niej odbić. Moje palce działały od nowa, przeskakując w górę i w dół przebierki jak dobrze naoliwione tłoki. Każda nuta była idealna – równa i czysta. Króciutkie ozdobniki wyskakiwały niczym śmiech między wielkimi pełnymi tonami.

Wyciszyłem dudy do końca, starannie i uśmiechnąłem się szeroko, patrząc w dół pagórka.

– Dobra, koniec popisywania się. Chcesz mojej pomocy czy nie? – zapytała Nuala.

– Chcę… co? – Próbowałem odwrócić głowę, żeby na nią spojrzeć, ale jej broda oparta na moim ramieniu była zbyt blisko, bym mógł zobaczyć jej twarz. Próbowałem sobie przypomnieć, czy czułem, by użyczała mi swojej mocy muzy, lecz pamiętałem tylko muzykę i jej palce na moich, a potem tylko czystą radość z utworu. – Myślałem, że pomagasz.

– Nieważne. Nic. Możemy coś zagrać?

– Ty tu rządzisz – powiedziałem uszczypliwie.

– Och, jakże mi tego brakuje – przedrzeźniła mnie.

Zagrałem burdon, czekając, aż powie mi, co mam robić. Poczułem najpierw płynącą przeze mnie ciszę, a potem ciepło złotej inspiracji, rozlewającej się długimi pasmami, które dotarły wkrótce do mych palców. Melodia, którą zagrałem na pianinie, stała się w mojej głowie uporządkowanym bytem, małą skrzynką, którą mogłem w myślach zobaczyć, jak jest zbudowana i co czyni ją piękną, skąd mogę usunąć dźwięki, a gdzie dodać, by pasowała na dudy.

Gorący oddech Nuali owiewał moją szyję, a jej palce mocno ściskały moje, jakby mogła zmusić dudy, żeby grały dla niej. Wypuściłem melodię w świat. Usłyszałem w niej wcześniejsze akordy, główny zarys melodii i wiedziałem, jak za pomocą piszczałek nadrobić brak wysokich dźwięków. Melodia bolała i dyszała, wiła się i lśniła, jej granie sprawiało ból, bo tylko dla niej wynaleziono dudy.

Może do tego zostałem stworzony: do grania tej melodii z ciężkim od lata oddechem Nuali na twarzy, zamarłym sercem i jedyną ważną rzeczą w postaci muzyki.

Prawie słyszałem głos Nuali, mruczący mi melodię do ucha, a kiedy udało mi się odwrócić do niej, zobaczyłem jej zamknięte oczy i najpiękniejszy na świecie uśmiech na radosnej piegowatej twarzy.

Ta chwila była całym światem. Wiatr przyginał złotą trawę do ziemi i podnosił ją znów, a nad nami głęboki czysty błękit nieba był jedyną rzeczą trzymającą nas na ziemi. Bez ciężaru lazurowego nieba odlecielibyśmy ku ogromnym białym chmurom, opuszczając ten padół łez.

Ramiona Nuali opadły. Odsunęła się ode mnie na krok. Pozwoliłem dudom zamilknąć i popatrzyłem na nią. Tak bliski byłem tego, by powiedzieć: „Proszę, daj mi tę umowę. Nie zabraniaj. Nie pozwól być gwiazdą, która spadnie do biurowej przegródki”. Ale jej mina mnie ostudziła.

– Nie proś mnie – powiedziała. – Odwołaj to. Nie zawrę z tobą paktu.


James

Wkraczamy do inner sanctum – powiedział Paul z namaszczeniem, kiedy zapukałem do drzwi pokoju pana Sullivana. Spojrzałem na Paula bazyliszkowym wzrokiem, ale prawdę mówiąc, byłem cholernie ciekawy. Po pierwsze tego, czego chce Sullivan. Po drugie, jak wygląda pokój nauczyciela. Zawsze wydawało mi się, że wychodzą rano na lekcje, a potem są odkładani do pudełka na buty pod czyimś łóżkiem aż do momentu, w którym znowu są potrzebni.

– Jak myślisz, czego on chce? – zapytał Paul po raz setny od momentu, kiedy na naszych drzwiach pojawiła się karteczka.

– Kto wie, czego chce Sullivan – odpowiedziałem.

Głos nauczyciela odezwał się ze środka:

– Otwarte. – Paul popatrzył na mnie okrągłymi oczami, więc pchnąłem drzwi i wszedłem pierwszy.

Dziwnie było przebywać w pokoju Sullivana… bo wyglądał jak nasz. Ten sam stary wysoki sufit, pomalowany na biały kolor, który nie do końca był biały („Kolor ptasiej kupy” – powiedział kiedyś Paul, ale olałem go, bo to ja miałem być specjalistą od sarkazmu), małe łóżko z szufladami pod spodem i skrzypiąca drewniana podłoga. Nieszczelne okno wychodziło na parking przy internacie.

Nasze pomieszczenia różniły się tym, że w pokoju Sullivana były łazienka i obok niej mały aneks kuchenny. No i w przeciwieństwie do naszego, przesiąkniętego zapachem chipsów, brudnych ciuchów i butów, pokój Sullivana pachniał jak cynamonowa świeca na jego nocnym stoliku, i kwiatami. Na maleńkim stoliku kuchennym stał wazon ze stokrotkami, więc jak sądzę, kwiatowy zapach pochodził stamtąd.

Spojrzeliśmy z Paulem na stokrotki, a potem na siebie.

Kurde. Były bardzo… ładne.

– Chcecie omlet? – zapytał z kuchenki Sullivan. Dziwnie było go zobaczyć bez nauczycielskiego stroju. Miał czarną bluzę z kapturem z uczelni Juilliard i dżinsy, podejrzanie modne jak na przedstawiciela kadry nauczycieli. Trzymał kuchenną łopatkę. – Umiem zrobić tylko omlet.

– Zjedliśmy właśnie obiad – odpowiedział Paul. Wyglądał tak, jakby się trochę bał Sullivana, jakby odkrywał właśnie, że to prawdziwy człowiek, niewiele starszy od nas, i to go właśnie przerażało. Podszedłem i zajrzałem do rondelka.

– Wygląda jak jajecznica.

– To omlet. – Uparł się Sullivan.

– Wygląda jak jajecznica. I tak pachnie.

– Zapewniam cię, że to omlet.

Przystawiłem do stolika jedno z nie pasujących do siebie krzeseł i usiadłem. Paul pośpiesznie zrobił to samo.

– Może mnie pan zapewniać, że to prosiątko – powiedziałem – ale nadal sądzę, że to jajecznica.

Sullivan skrzywił się i rozpoczął skomplikowany rytuał przenoszenia jajek na patelnię, starając się zachować kształt omletu.

– No cóż, będę jadł w czasie rozmowy, jeśli wam to nie przeszkadza.

– Nie chciałbym, aby się pan przez nas zagłodził. Narozrabialiśmy.

Nasz gospodarz przyciągnął stołek do kuchenki i usiadł nad swoją jajecznicą.

– Oczywiście, ty zawsze rozrabiasz, James. A Paul nigdy. Tak w ogóle, ile jeszcze do zachodu słońca?

– Trzydzieści dwie minuty – odrzekł Paul.

Obaj z Sullivanem spojrzeliśmy na niego. Zdałem sobie sprawę, że nie patrzyłem na Paula od pierwszego dnia, kiedy go poznałem. Wyrobiłem sobie o nim zdanie na podstawie pierwszego wrażenia: okrągłe oczy za okularami i okrągła głowa, a potem trzymałem się tej opinii. To dziwne, że nie zauważyłem, jak surowy wyraz miały jego oczy, ani jak zmartwioną linią rysowały się jego usta. Dotarło to do mnie dopiero teraz, pod świetlówką przy kuchennym stole Sullivana, po tygodniach mieszkania w jednym pokoju. Zastanawiałem się, czy to on się zmienił, czy ja.

– Jesteś prawdziwym meteorologiem – powiedziałem, trochę zły na niego, że pokazał przed Sullivanem, jak obchodzi go zachód słońca, a także za to, że nie jest już poczciwą kulką jak wcześniej, kiedy nie patrzyłem – czy kto się tam zajmuje godzinami wchodu i zachodu słońca i fazami księżyca.

– Nie zaszkodzi wiedzieć – odrzekł Sullivan i posłał spojrzenie, które nakazywało mi poczuć się winnym. Nie poczułem się.

Wziął do ust kęs swojej jajecznicy i mówił z pełnymi ustami.

– Słyszałem od doktor Linnet… – parsknęliśmy obaj.

– Z czego ona ma doktorat? – zapytałem. – Z brzydoty?

– Słabe, James. Z angielskiego, psychologii czy czegoś takiego. Ważne dla was jest to, że te literki przed nazwiskiem oznaczają, że ma dość władzy, by nam uprzykrzyć życie, jeśli będzie chciała, bo ja mam przed nazwiskiem gorsze literki. A w tej szkole oznacza to niską pozycję na słupie totemicznym. – Sullivan przełknął jeszcze jeden kęs i widelcem wskazał na teczkę na stole. – Przyniosła mi wasze plany. Zrobiły na niej wrażenie.

– Tak. Podzieliła się z nami swymi odczuciami w czasie lekcji. – Otworzyłem teczkę. Nasze identyczne plany były równo ułożone w środku. Jeden z rogów był zagięty tam, gdzie Linnet zaginała go na boki. Nadal mnie to wkurzało.

– Miała kilka… głównych zastrzeżeń. – Sullivan postawił talerz na stole i oparł obok niego nogi. – Po pierwsze, zauważyła, że wasz plan dość swobodnie interpretuje zadany przeze mnie temat. Uważa, że moje podejście do przedmiotu jest generalnie zbyt luźne. Sądzi także, iż James był dość bezczelny w czasie lekcji.

Nic nie powiedziałem. Jej główne zastrzeżenia były właściwie uzasadnione.

– Zaleciła… niech zobaczę. – Podaj mi tę teczkę. Zapisałem sobie, bo nie chciałem niczego zapomnieć.

Sullivan wyciągnął rękę, i Paul z zapałem wcisnął mu w nią teczkę. Sullivan wyjął kartkę spod naszych planów.

– Zobaczmy. Zalecenia: „Jeden. Ustal ścisłe zasady pisania prac i bądź gotów je bezwarunkowo egzekwować, zwłaszcza w przypadku problemowych uczniów, a masz przynajmniej jednego takiego. Dwa. Utrzymuj surowe relacje nauczyciel-uczeń, aby wyegzekwować ich szacunek. Trzy. Bądź szczególnie wymagający, oceniając problemowych uczniów. Problemy z dyscypliną wynikają z braku szacunku i zbytniego egocentryzmu”.

Sullivan odłożył kartkę i popatrzył na nas.

– Poza tym poleciła – skinął głową w stronę Paula – żebyś napisał na poniedziałek nowy plany, odpowiadający tematowi pracy, jeśli chcesz poprawić ocenę z trójki na czwórkę. – Spojrzał na mnie: – A tobie to samo, żeby poprawić z jedynki na trójkę.

Usta Paula utworzyły kółko, z czego z pewnością nie zdawał sobie sprawy. Ja założyłem ręce na piersi i nie odzywałem się. Cokolwiek planował zrobić z tym Sullivan, nie miałem na to wpływu, on podjął już decyzję. Ślepa małpa by się domyśliła. A poza tym nie miałem wcale ochoty błagać o lepszą ocenę. Miałem to gdzieś. Sullivan położył teczkę na stole i założył ramiona tak samo jak ja.

– Mam jedno pytanie do ciebie, James.

– Proszę pytać.

Ruchem podbródka wskazał na nasze plany.

– Kto ma zagrać Blakeleya? Chyba bardzo dobrze bym pasował do tej roli.

Paul uśmiechnął się szeroko. Ja pozwoliłem tylko jednemu kącikowi ust się rozciągnąć.

– Czyli nie dostanę trójki za plan?

Sullivan zdjął nogi ze stołu.

– Czyli nie podporządkowuję się przepisom, a jakaś zgorzkniała nauczycielka dramaturgii nie będzie mi mówiła, jak mam uczyć. Ta sztuka ma iskrę bożą. Widać to po samym zarysie. Ma potencjał zjadliwej satyry na samego siebie, i nie widzę powodu, dla którego nie mielibyście popracować nad tym i dostać lepszej oceny. Ale będziecie musieli zrobić więcej niż reszta klasy. Oni muszą tylko napisać esej.

– Nieważne. – Zgodził się bez namysłu Paul. – To jest o wiele fajniejsze.

– Jest. Kiedy próba?

Żaden z nas nie odpowiedział od razu, bo w dali zaczął śpiewać rogaty król, powoli i zapraszająco. Z pewnym wysiłkiem odezwałem się, zagłuszając pieśń:

– Kolegium Brigid.

– Ciekawy wybór – powiedział Sullivan. Przeniósł wzrok na Paula bębniącego maniakalnie palcami o stół i mrugającego zbyt często od przedawkowania kofeiny. Paul nie miał ochoty pędzić i śpiewać razem z królem umarłych, ale równie dobrze mógłby mieć na sobie neon z migającym napisem: „Jak się mam? Spytaj o stan moich nerwów pod 1-800-WAR-IUJĘ”.

Spiorunowałem go wzrokiem.

– Coś nie tak, Paul? – zapytał Sullivan.

– On… – zacząłem.

– Słyszę króla umarłych – chlapnął Paul. No to pięknie! Oparłem brodę na ręce i stukałem palcami po policzku.

Sullivan zerknął najpierw na mnie, a potem znowu na Paula.

– Co ma do powiedzenia?

– To lista umarłych. – Paul trzymał się czubkami zbielałych palców brzegu stołu. Zaciskał je, jakby grał na blacie.

– Nie obecnie umarłych. Przyszłych umarłych. Jak pan sądzi, należą mi się żółte papiery?

– Nie. – Sullivan podszedł do okna i oparł się o niego ramieniem. Okno skrzypnęło i poddało się. Uchylił je o kilka centymetrów. Zimne powietrze wdarło się do środka razem z pieśnią. Ukąsiło mnie w kości, wołając, bym powstał i poszedł za nią. Ciągnęło mnie z całych sił, abym się zerwał i wybiegł na dwór.

– Mnóstwo ludzi… no, nie mnóstwo, ale wielu ludzi słyszy go w październiku, aż do Halloween.

– Dlaczego? – zapytał Paul. – Dlaczego muszę to słyszeć?

Sullivan pokręcił głową.

– Nie wiem. Mówi różne rzeczy różnym ludziom. Nie znaczy to, że zwariowałeś.

Nie brzmiało to jednak pocieszająco. Powiedział to tak, jakby szaleństwo było od tego lepsze. Podszedł do stołu i wziął notes. Położył go przed Paulem. Chłopak posłusznie chwycił długopis, który leżał na naszych wypracowaniach.

– Na co to?

Sullivan otworzył szerzej okno i spojrzał jeszcze raz na mnie. Potem odpowiedział Paulowi:

– Będę bardzo wdzięczny, jeśli zapiszesz nazwiska, które ci podam.


James

Hol w Kolegium Sewarda roztaczał niesamowitą atmosferę poczucia bezpieczeństwa, a ja naprawdę potrzebowałem w owej chwili poczuć się niczym w łonie matki. Hol miał cztery najwygodniejsze fotele świata, co jest ważną cechą dla bezpiecznego miejsca, oraz cztery pasujące do nich puchate otomany. W każdym kącie pomieszczenia były cztery wnęki, każda z nich kryła jeden z cudów świata. Północna – przedpotopowy fortepian, który brzmiał jak kalliope. W południowej przechowywano kopię greckiej rzeźby – jakaś laska bez głowy z idealnym biustem. We wschodniej wnęce stał regał z tomem Każdej Ważnej Powieści, Której Nigdy Nie Przeczytasz, w Pięknej Obwolucie. W zachodniej – automat z przekąskami (bo czasami chipsy to jedyna rzecz, jaką zjesz na śniadanie).

Była druga w nocy. W końcu korytarza Sullivan za swoimi drzwiami nie był świadomy mojego wędrowania. Gdzieś na czwartym piętrze chrapał Paul. Zazdrościłem mu umiejętności spania. Ja miałem ochotę biegać, krzyczeć. Nie mogłem przestać myśleć o Halloween. Za każdym razem, kiedy sobie o tym przypominałem, włosy stawały mi dęba i przechodziły mnie ciarki. Sen nie wchodził w grę.

Cichy i ciemny, zabarwiony delikatnie czerwono-pomarańczowym światłem latarń przed oknami, hol wstrzymywał dech. Najwygodniejsze fotele świata rzucały cienie, które rozciągały się i rosły dziesięciokrotnie. Wtuliłem sie w jeden z nich i siedziałem nieruchomo, jakbym zapomniał, że umiem się poruszać.

Czułem się samotny.

Nie miałem długopisu. Wyjąłem kamyk z kieszeni i tarłem go kciukiem, aż ochota na rysowanie osłabła.

„Nuala, jesteś tutaj?”

– Jestem – szepnęła do mnie z drugiego fotela.

Siedziała na samej krawędzi, jakby miała zeskoczyć w razie potrzeby. Nie wiem, po co zawracała sobie głowę szeptaniem, jeśli tylko ja mogłem ją słyszeć, ale zbyt się ucieszyłem, że tu jest, aby z tego drwić. Nie widziałem jej od czasu, kiedy ćwiczyłem na pagórku, i prawie pomyślałem, że poszła sobie na dobre. Podciągnąłem do niej swój fotel po drewnianej podłodze. Teraz nasze kolana prawie się stykały. Spojrzałem jej w twarz. Nie chciałem tak naprawdę pytać jej o nic wprost: „Naprawdę sądzisz, że umrzemy, tak jak twierdzi Paul? I czy to Oni nas zabiją? A nie na przykład straszny pożar?”. W słabym oświetleniu blade oczy Nuali były czarne, a pod nimi widniały ciemne kręgi.

– Oni zabijają fejów. Samotników, takich jak ja. Tych, którzy mają dobry kontakt z ludźmi. Widziałam ciała. Może myślą, że ostrzeżemy was przed czymś. Nie żeby oni nam cokolwiek powiedzieli.

To było dziwne, że wygląda na zmęczoną, ludzką i kruchą, a sam rozmiar fotela ją przytłaczał. Gdyby to była Dee, musiałbym ją pocieszać albo rozweselać, ale rozmawiając z Nualą, nie musiałem udawać. Wiedziałaby i tak, co się dzieje w mojej głowie, więc nie było sensu jej oszukiwać.

A prawda była taka: sprawy wymykały się spod kontroli, czułem to. Opuściłem twarz na dłonie i potarłem oczy, aż zobaczyłem kolorowe plamki.

– Nie widziałeś już tego w swoich wizjach? Ponoć jesteś wielkim panem jasnowidzem – powiedziała gorzko, jakby sądziła, że celowo taję przed nią opowieści o nadchodzącej śmierci i zbliżającym się zniszczeniu.

– Nuala, objawienia Paula, i to, że według ciebie coś dziwnego dzieje się z Dee, to dla mnie nowość. Ja nie jestem dobrym jasnowidzem. Wiem, kiedy dzieje się coś niezwykłego, ale nie wiem, co ani kiedy i co mam robić. Próbowałem to zrozumieć, ale bezskutecznie. To tylko odczucia, nie słowa. A wiesz co, między prawdą a Bogiem, dzieje się tak dużo dziwnych rzeczy, że nawet nie potrafię wyłowić z tego przyczyny, dla której włosy mi stają dęba. Jestem… – zamilkłem.

– …przeładowany – dokończyła za mnie Nuala, czytając mi w myślach. – Cokolwiek się dzieje, to musi być cholernie wielka afera.

Drgnąłem, słysząc nocne dźwięki. Oboje zamarliśmy, siedząc cicho, nasłuchując, aż upewniliśmy się, że to tylko odgłos ciężarówek przejeżdżających daleką autostradą i jesteśmy sami. Chociaż w internacie było cicho, nie odezwałem się już na głos. Gładziłem kciukami drobne nagie kolana Nuali wzdłuż linii jej kości. Wpatrywałem się w cienie na podłodze. „Co jest, Nuala? Czemu Oni nie zostawią nas w spokoju? Czego mogą od nas chcieć?” Milczała, patrząc na moje popisane palce spoczywające na jej skórze.

– Ona chyba sprzymierzyła się z daoine sidhe – powiedziała w końcu nieco drżącym głosem.

– To ci, których przyciąga muzyka, tak? Myślałem, że to wrogowie królowej.

– Poprzedniej królowej. Tej, do której śmierci doprowadziła twoja nie-dziewczyna w swoim nastoletnim geniuszu. Wtedy daoine sidhe pojawiali się tylko w przesilenie albo kiedy ktoś przepięknie grał. Ale coś się pozmieniało. Nie byłoby tak, gdyby nowa królowa na to nie pozwalała. Ten fej, który… – Nuala zamilkła, zmęczona – ten, którego widziałeś, ten typek w łabędziej skórze, był jednym z nich. Nie powinien nawet móc tańczyć poza świętem przesilenia.

– Chętnie bym go znalazł. – Zaskoczyły mnie moje własne słowa. Głośne i złe. Nuala popatrzyła na mnie ciemnym dzikim wzrokiem, a jej mina mówiła: „Ja też”.

– Wyglądasz na zmęczoną – powiedziałem. Nie podobało mi się oglądanie jej takiej zmęczonej, tak samo jak nie chciałem słuchać, jak jej głos się łamie, kiedy mówi o łabędzim feju. Nie zastanowiła się nad odpowiedzią, co, jak sądziłem, świadczyło o tym, że kłamie.

– Nie jestem.

Odwróciła głowę i nagłe powiedziała:

– Dowiem się, co oni robią. Nie mam nic do stracenia. Za półtora tygodnia będę trupem.

Westchnąłem i przycisnąłem płasko ręce do boków jej nóg, czekając na pojawienie się gęsiej skórki, ale nic się nie stało.

– Odrodzisz się przecież. Jak feniks, prawda? Z popiołów. Czyli nie będziesz trupem.

Nuala pokazała gwałtownym gestem swoją pierś.

– Ta dziewczyna umrze. Wszystko, co sprawia, że jestem sobą, zginie. Tylko dlatego, że inne ciało wypełznie z popiołów, nie oznacza, że to będę ja.

Przesunąłem dłonie wzdłuż jej ud, żeby sięgnąć po jej dłonie, które na nich leżały. Otuliłem je swoimi. Miała takie długie miękkie dłonie. Tak różne od moich kwadratowych, klockowatych, z palcami wyrobionymi od grania.

– Dostawałbym kota na twoim miejscu. Jesteś taka dzielna, że przez ciebie mi głupio.

– Ty jesteś dzielny – powiedziała Nuala. – W głupi sposób. To część twojego uroku.

Pokręciłem głową.

– W wakacje przed wypadkiem wiedziałem, że się rozbiję. Wiedziałem już wówczas, kiedy się obudziłem rano, żeby pojechać na występ. Wiedziałem cały dzień. I czekałem tylko, aż to się stanie. – Zaśmiałem się bardzo niewesoło. – Cały dzień byłem wrakiem. A potem, kiedy to się działo, myślałem tylko: „Aha, czyli to jest właśnie koniec”.

– Nie umiesz czytać w moich myślach. – Dłonie Nuali w moich były spięte. – Ja wariuję. Nie byłbyś taki dzielny, jakbyś wiedział, co ja myślę.

Spojrzałem na nią.

– A co myślisz?

Spuściła od razu wzrok na dłonie. Nasze palce były splecione. Moje szorstkie zapisane, owinięte wokół jej smukłych i czystych.

– Jak mi ciężko. Jakie to niesprawiedliwe. Jak palenie się żywcem będzie cholernie bolało! – roześmiała się także szorstko i smutno.

– Dlaczego idziesz? Jeśli wiesz, że zginiesz w ognisku w Halloween, dlaczego nie zamkniesz się w jakimś pokoju? A kiedy będą zapalać ogniska i zawołają cię, powiesz im, żeby wsadzili sobie zapałki tam, gdzie słońce nie dochodzi.

Nuala spojrzała na mnie tak rozsierdzona, jak to tylko możliwe.

– Ale sprytny plan. I na pewno wszystkie poprzednie wersje mnie o tym nie pomyślały. Kretyn.

– Dobra, dobra. Punkt dla ciebie. Pewnie uraczysz mnie kolejnym bazyliszkowym spojrzeniem, ale jesteś pewna?

– Pewna czego? Że jesteś kretynem? – Nuala roześmiała się z pogardą, ale jej palce w moich dłoniach drżały. Przycisnąłem je mocno, żeby ją uspokoić.

– Że musisz zostać spalona.

– A byłeś pewien, że zginiesz w wypadku?

Miała mnie. Skrzywiłem się.

– Po prostu wiem, okej? Wszyscy wiedzą, milion fejów mi mówiło, ale i bez tego wiedziałam. Nie mogłabym się nawet zbliżyć do świeczki. – Ramiona Nuali drżały, przycisnęła je do boków, żeby to powstrzymać. – Od kilku lat rozmyślam tylko o tym, że śmierć będzie bolesna, bo nie mam innych, wartych zapamiętania, wspomnień. Ale teraz chodzi mi o pamięć. Nie chcę zapominać.

– Co się zmieniło?

Nuala popatrzyła na mnie.

– To przez ciebie. Zrujnowałeś wszystko. Wszystko skomplikowałeś.

Kiedy ludzie mówią: „Serce mi zamarło”, trują. Tak naprawdę chodzi o to, że serce potyka się niejako i chce się zatrzymać, ale przypomina sobie, że bicie jest dobre dla zdrowia.

– O cholera! Nuala! Nie ja. Nie głupi cwaniaczek.

Jej dłonie drgnęły.

– Zamknij się! Ja wiem, że jesteś bucem.

– Co za ulga.

Nuala oszczędziła mi konieczności odpowiedzi.

– Zastanawiałam się nad tym wzajemnym przyciąganiem. Mam teorię na ten temat. Miłości. – Nie patrzyła na mnie.

Przełknąłem ślinę.

– Pewnie jest niezła – wydusiłem.

Nuala popatrzyła na mnie twardo.

– Zamknij się. Nie wiem, czy miłość ma cokolwiek wspólnego z tym, jaka jest ta druga osoba. To znaczy, może odrobinę. Myślę, że chodzi o nas samych. Powiedzmy na przykład, że ko… że naprawdę podoba ci się zarozumiały typ. To nieważne. Ważne jest to, jak ty się przy tym typie czujesz. Jeśli jak najlepsza osoba na świecie, to właśnie dlatego on ci się podoba. Nie chodzi o to, czy on jest dobrym człowiekiem.

Oblizałem dolną wargę.

– Podoba mi się to. To jak poradnik miłosny dla samolubów. „Nie chodzi o ciebie, kochanie, to w sobie się zakochałam.”

Nuala uśmiechnęła się z zawstydzeniem, właściwie bez powodu.

– Sądziłam, że zrozumiesz. – Zawiesiła głos, a kiedy znowu przemówiła, nie potrafiła przestać, słowa po prostu z niej wypływały. – Podoba mi się mój obecny wygląd. Podoba mi się moje zachowanie. Wszyscy myślą, że na ciebie skoczę i wyssam z ciebie życie, bo tak bardzo mi się podobasz i jesteś takim świetnym dudziarzem. Sądzą, że nie umiem się oprzeć. Ale się mylą. Siedzisz tutaj, wyglądasz super, a ja nic od ciebie nie biorę. Ba, nie chcę nic od ciebie. To znaczy, to mnie zabija, ale nie chcę, żebyś mi oddawał swoje życie. Nigdy tego wcześniej nie robiłam… i jestem z siebie dumna. Nie jestem po prostu pijawką. Nie jestem po prostu feją. Nie chcę cię wykorzystywać. Chcę być sobą, cokolwiek to oznacza, kiedy jestem z tobą.

Nie wiedziałem, jak odpowiedzieć. Nie wiedziałem, co czuję.

Nie miałem ochoty niczego pisać sobie na rękach. Nie miałem ochoty zerwać się i uciec. Nie czułem się niezręcznie, dziwnie, nie było mi zimno.

Siedziałem tylko, dotykając kolanami jej kolan i opierając czoło o kulę ułożoną z naszych rąk.

– Nie chcę tego zapominać. Tego, że nie zabiłam cię, bo cię pokochałam – powiedziała Nuala. Jej głos był dziwny, trudno było powiedzieć coś takiego.

– Nie musisz nic mówić. Wiem, że kochasz swoją głupią egoistkę, a nie mnie. W porządku. Ja po prostu…

Pochyliłem się i pocałowałem ją. Wiem, że była zaskoczona, bo jej usta układały się w słowa, kiedy dotknęły ich moje. Skóra ściągnęła się trochę od zimna, ale nie dostałem gęsiej skórki.

Odchyliłem się w fotelu i zamknąłem oczy. Otworzyłem je znowu. Przygryzłem dolną wargę. Smakowała latem i Nualą. Wypuściłem Nualę z uścisku. Patrzyła na mnie.

– I co? – zapytałem.

– To był dobry pocałunek. To znaczy nie pochlebiaj sobie, nie był najlepszy w świecie, ale… – Jej głos był normalny; wiedziałem, że ciężko nad tym pracowała.

– Chodzi mi o to, czy się nie gniewasz, że cię pocałowałem – powiedziałem powoli i ostrożnie, bo chciałem sam przywyknąć do myśli o tym, co zaszło.

Nuala patrzyła tylko na mnie, a ja patrzyłem na nią. Ostrożnie rozprostowała palce, odsunęła kolana od moich i wstała. Wlepiła we mnie wzrok z tej strategicznej pozycji. Jasne włosy opadały wokół jej twarzy. Patrzyła na mnie jak morderczy anioł. Odwzajemniłem jej spojrzenie i wpatrywałem się w nią tak intensywnie, że zapomniałem, jaką muszę mieć głupią minę.

Nuala wspięła się bardzo powoli na mój fotel i usiadła mi na kolanach. Jej gładkie, pachnące latem nogi owinęły się wokół mnie. Jasna cholera! Próbowałem kontrolować mój mózg, kiedy wzięła moje ramiona i otoczyła nimi siebie.

W końcu pochyliła się nade mną z tajemniczym, przewrotnym uśmiechem, który działał na mnie jak nic innego na świecie, i pocałowała mnie.

Chyba można iść do piekła za umawianie się z fejami. Ja też ją pocałowałem.

Obudziłem się, słysząc jej głos.

– Obudź się. – Mówiła mi prosto do ucha. – Ktoś tam jest.

Otworzyłem oczy. Prawa noga mi zdrętwiała, bo leżała na niej Nuala, wciśnięta w kąt najwygodniejszego fotela świata.

– Cholera – syknąłem. – Ale mi noga zdrętwiała.

Nuala wysunęła się z moich objęć, lądując bezgłośnie obok fotela, i spojrzała na swoją dłoń, zaskoczona, że ciągle ją trzymam. Oparłem się na niej, by łatwiej mi było podnieść się z fotela i wykrzywiłem twarz, stawiając kłującą stopę na ziemi. Nic nie słyszałem.

Co się dzieje?

– Chcę posłuchać – powiedziała prawie niesłyszalnie Nuala.

Podeszliśmy oboje do tylnego wyjścia, ściślej mówiąc, Nuala podeszła, a ja kuśtykałem i czułem się głupio z tego powodu. Zatrzymaliśmy się z boku drzwi, spowici przytulną ciemnością. Blisko siebie, trzymając się mocno za ręce. Jakbyśmy się bawili w „Baloniku mój malutki” i czekali, aż ktoś zza drzwi rozerwie nasz uścisk.

Teraz usłyszałem, to co Nuala.

To Sullivan.

Zza drzwi dochodziły dwa głosy. Jeden z nich bez wątpienia należał do Sullivana. Mówił konkretnie i zażarcie.

– …chcemy wiedzieć, co wy robicie w środku nocy tu, pod internatem.

Drugi głos był kobiecy, wyniosły i jakoś dziwnie znajomy.

– Jestem na wycieczce. Nie mogłam spać, więc poszłam na spacer do miasteczka.

– Jasne, i co jeszcze.. Widziałem, że pali pani tymianek. Zdaję sobie sprawę po co. Myśli pani, że ja nie wiem, co się tutaj dzieje?

Nuala pochyliła się szybko, żeby szepnąć mi coś do ucha, przyciskając do niego wargi, żeby nikt nie usłyszał.

– To jest jej głos. Ona chodzi i zabija samotnych fejów.

Nie zdążyłem zastanowić się nad tym, skąd Nuala i ja znaliśmy ten głos. Rozmowa po drugiej stronie drzwi trwała dalej.

– Pewnie panu się wydaje, że jest mądrzejszy od innych – powiedział kobiecy głos. Prawie udało mi się go zidentyfikować po tym, że wręcz biło z niego poczucie wyższości. – Ale nic pan nie wie. Radzę puścić moją rękę, zanim się zdenerwuję, wezwę policję i powiem im coś bardzo nieładnego.

Nuala spojrzała na mnie.

– Ludzie – szepnęła.

– Proszę pani. – Głos Sullivana miał dwadzieścia stopni poniżej zera. – Proszę mi nie grozić. Widziałem rzeczy gorsze od pani.

Pauza. Szuranie.

– Nigdzie pani nie pójdzie, dopóki się nie dowiem, po co pani wzywała Ich tuż pod moim internatem pełnym dzieci. Proszę mi nie wciskać kitu o zielarstwie. Ja wiem. Ja wiem!

– To nie pańska sprawa. Jeśli pan cokolwiek o Nich wie, niech pilnuje lepiej swego nosa, zanim ktoś go utnie.

„Delia” – pomyślałem nagle. Nuala skrzywiła się, nie poznając imienia. Ciotka Dee. Rozpoznałem teraz jej głos. Fejowie ocalili jej życie dawno temu, i od tego czasu Im pomagała. Brwi Nuali wygięły się mocno.

– Proszę mi nie mówić, co mam robić. Poświęciłem dwa lata życia, pilnując tych dzieci, aby nie przechodziły przez to co ja – Sullivan dosłownie warczał. – Ale przez cały ten czas nie sądziłem, że będę musiał martwić się śmiertelnikami! Słucham. Co pani tu robi?

– W porządku. Wykorzystywałam graną tu muzykę, żeby wezwać daoine sidhe. Jedno z nich jest winne mi przysługę. – Głos Delii był lodowaty.

– Muszę wyglądać na ostatniego naiwniaka.

– Właściwie na ostatniego słabeusza.

Długa przerwa. Zastanowiło mnie, co dzieje się po drugiej stronie drzwi.

– Wygląda pan na kogoś, kto ma wiele do stracenia, i znam pewne osoby, które pomogą panu to uczynić.

– Niestety, jest pani w błędzie. Jestem szczęśliwie pozbawiony wszelkich więzi, nie nagromadziłem też dóbr, których posiadaniem szczyci się większość ludzi, a to dzięki pani przyjaciołom. Mogę jednak sprawić pani duży problem, jeśli natychmiast nie powie mi pani, co tu robi. – Głos Sullivana brzmiał groźnie.

– Świadczę usługi nowej królowej! – warknęła Delia. – Taka jest Ich polityka! Coś, z czym sami sobie nie radzą.

– Nowej królowej? – Jego głos osłabł. – Eleanor?

Serce mi zamarło. Skąd Sullivan wiedział, jak ma na imię?

– Tak, Eleanor. Rączka rączkę myje.

– Skąd się tutaj wzięła? – zapytał; wnioskując z tonu, był bardzo spięty.

Cisza.

Czy odpowiedzią było kiwnięcie głową, a może uścisk dłoni? Czy też nic?

– Jest tu koniczynowa dłoń? – zapytał niepewnie.

Delia roześmiała się.

– I pomyśleć, że pan chroni te dzieci! Nic pan nie wie.

– Kto to jest? – dopytywał się Sullivan.

Po chwili oboje z Nualą podskoczyliśmy, kiedy zaskrzypiały zawiasy w drzwiach.

– Zabiłem jednego z Nich i jestem pewien, że człowieka będzie łatwiej. – Z trudem rozpoznałem wściekłego Sullivana. – Nie denerwuj mnie.

Głos Delii był powolny, równy i ociekał jadem.

– Chłopcze, ręce trzymaj przy sobie.

Drzwi ponownie drgnęły.

– Nic więcej nie powiem – rzekła Delia dziwnie przytłumionym głosem. – Więc lepiej słuchaj. Ty chcesz tego co i Oni. Chcesz, żeby Oni nie mieszali się do naszego świata, a Oni nie życzą sobie, byśmy wkraczali do Ich. Zabijam wszystkich fejów zadających się z ludźmi, a Oni mają zamiar wybić ludzi zadających się z fejami. Tak, niektóre z waszych dzieci – powiedziała to z pogardą – mogą zginąć. Ale na dłuższą metę wtrącanie się byłoby głupotą.

Głos Sullivana wrócił prawie do normy.

– Dlaczego? Dlaczego właśnie teraz?

– Skoro znasz Eleanor, to dobrze wiesz, że nie pyta się „dlaczego” – rzekła Delia. – Słyszysz, jak nadchodzą? Nie spodoba Im się, że mnie szarpiesz. Tak, właśnie radzę ci, żebyś mnie puścił.

– Nie pokazuj się na terenie szkoły.

– Och, z pewnością już mnie nie zobaczysz.

Zapadła cisza. Odsunęliśmy się z Nualą w cień, czekając, aż Sullivan przejdzie obok. Ale drzwi pozostały zamknięte i nadal chowały swoje tajemnice.


James

Wyszło na to, że Paul i ja to najgłupsi mądrale w dziejach świata, skoro nie potrafiliśmy ogarnąć sztuki. Mieliśmy Megan i Erica, rozpartego w fotelu i czekającego na swoją kolej. Powiedziałem Sullivanowi, że jeszcze nie będzie nam potrzebny, no i dobrze, bo tylko robienie z siebie totalnych kretynów wychodziło nam jak się patrzy. Megan przy fortepianie krzywiła się, patrząc na swój scenariusz. Gniotła go, co doprowadzało mnie do szału, ale starałem się skupić i słuchać, jak czyta swoje kwestie. Mówiła do mnie, ale nie patrzyła na mnie, ponieważ nie zapamiętała jeszcze żadnej kwestii. Wszystko czytała płaskim głosem i każdemu słowu nadawała puste i bezemocjonalne brzmienie, że aż wszystko razem buczało: „Taniesztuczkileoniezręcznośćdłonitotylkotyle”.

Przeniosłem ciężar ciała z jednej nogi na drugą.

– Czemu ta scena się lepi? Lepi się, jakby ktoś wypił słoik miodu, a potem zwymiotował tutaj.

– Tego nie ma w scenariuszu! – zaprotestował Paul.

– No co ty – odparł Eric. Był uszczypliwy, bo musiał jeszcze siedzieć do sceny, w której pojawia się jedna z jego postaci.

– Okej, denerwuje mnie ten głupi fortepian – powiedziałem, patrząc na jego bryłę wystającą zza pleców Megan. – Jak myślicie, można go będzie przesunąć na bok? Zajmuje za dużo miejsca.

– Czemu się przejmujesz fortepianem? – zapytała Megan.

– Nie możemy go mieć ani na środku, ani z przodu. Gra tylko w scenach, gdzie Paul nie może nic zrobić z obojem. Przeszkadza.

– To nie ma znaczenia – powiedziała Megan. Pomachała swoim zmiętym scenariuszem. Boże, jak mnie to denerwowało, czemu nie mogła go bardziej szanować? Patrzyła na mnie. – Możemy już iść dalej?

– Powiedz jeszcze raz ostatnią kwestię – doradził Paul.

Pomyślałem, że może trzeba będzie ją powtórzyć jeszcze dziesięć razy, zanim zacznie brzmieć po ludzku, chociaż nawet jeden raz to już coś. Megan znowu machnęła przeklętym scenariuszem i powtórzyła swoje: „Taniesztuczkileoniezręcznośćdłonitotylkotyle”.

Nie musiałem patrzeć w scenariusz, ale głupio mi było mówić do Megan, więc patrzyłem na czubek jej głowy, a ona na swoje pomięte kartki.

– Byłem tam, Anno. Widziałem, jak to robi. To jest do niczego.

– Tego nie ma w scenariuszu! – Zwrócił uwagę Paul.

– No co ty – odrzekł Eric. – Ale to prawda.

– Jestem głodny – powiedział żałośnie Paul. Obiecałem im wszystkim obiad z chińskiego baru, jeśli nie pójdą do stołówki i zamiast tego przyjdą na próbę.

Miałem ochotę napisać sobie na ręce: „automat”, ale gdy sięgnąłem do kieszeni, wyjąłem kamyk Nuali. Pomacałem go gorączkowo, patrząc w scenariusz i starając się zrozumieć, dlaczego czuję się tak strasznie niezręcznie, robiąc to wszystko.

– Nie dostaniecie jeść, zanim Eric nie przećwiczy swojej sceny. To tylko półgodzinne przedstawienie, na litość boską!

Drzwi zaskrzypiały, i wszyscy podnieśliśmy głowy, jakby złapano nas na czymś o wiele gorszym niż kiepskie odgrywanie sztuki opowiadającej o metaforze.

– Zobaczyłem, jak Paul bezgłośnie mówi: „A niech mnie”, po czym zauważyłem Nualę, wchodzącą czerwonymi drzwiami z tyłu budynku.

Nuala przeszła między rzędami składanych siedzeń. Wyglądała jak amazonka w obcisłych dzwonach, nie zwracając uwagi na to, że wszyscy na nią patrzą. Wspięła się na scenę i wyrwała mi scenariusz. Jej żółta koszulka z długimi rękawami pokazywała kuszący skrawek brzucha. Na rękawach widniały literki: inyourhandsinyourhandsinyourhands. Starałem się zachować normalną minę, ale jakoś uparcie twarz sama się uśmiechała, więc zajrzałem tylko do scenariusza w rękach Nuali, jakbym czytał go razem z nią.

– Ludziska, to jest Nuala – powiedziałem.

Nuala nie popatrzyła na nich.

– Cześć! – Przywitała się. – Przyszłam wyciągnąć was z tego doła. Chcecie?

– Pewnie – szepnął Paul.

Megan zmierzyła Nualę wściekłym spojrzeniem. Chyba była zazdrosna. Cóż, pogodzi się z tym. Od razu poczułem się lepiej, Nuala była przy mnie.

– Dobra. Przeczytajcie pierwszą scenę, żebym was usłyszała – rozkazała Nuala.

Oczekiwałem, że ktoś się jej sprzeciwi, ale nikt tego nie zrobił. Prawda była taka, że wszyscy się ucieszyli, iż ktoś wie, o co chodzi, albo przynajmniej sprawia takie wrażenie. Nie miało znaczenia, kto to taki. Spojrzała na mnie z diabelsko uniesioną brwią, jakby potwierdzając, że nie dzieje się nic złego, że przejęła stery.

„Jakbyś się kiedykolwiek zastanawiała, czy należy zapytać mnie o pozwolenie” – pomyślałem. Uśmiechnęła się psotnie. Lekko dotknęła wierzchu mojej dłoni – kawałeczka skóry bez pisaniny – i oddała mi scenariusz. Głupkowaty uśmiech, który pchał mi się na usta, wrócił. Przygryzłem wargę i wpatrzyłem się w tekst, aż odzyskałem kontrolę nad twarzą.

– Wszyscy gotowi na kolejne podejście?

Nuala kucnęła z boku sceny, wyglądała drapieżnie, i zaczęliśmy czytać pierwszą scenę. Dotarliśmy do połowy, zanim na przerwała. Czuliśmy się jeszcze bardziej idiotycznie z Nualą obserwującą nas.

– Wow! – Znowu wzięła ode mnie scenariusz. – Naprawdę jesteście do niczego.

– Kim ty w ogóle jesteś? – zapytała Megan.

Nuala podniosła rękę, jakby chciała ją uciszyć, i zmarszczyła brwi, patrząc w tekst.

– Dobra, zacznijmy od tego… James, jesteś do niczego jako Leon. Okrą… Paul powinien być Leonem. Dlaczego on gra Campbella? Campbell jest niezrozumianym megalomanem i genialnym muzykiem. Oczywiście, że ty masz go zagrać.

Wszyscy obecni się roześmieli.

– To aż tak widać? – zapytałem.

– Oj, przestań – poprosiła Nuala. Pomachała scenariuszem. – To jest subtelne jak dżuma. Campbell, zdolny niezrozumiany magik geniusz, i jego zaufany przyjaciel Leon, rozdzierany na kawałki przez społeczeństwo baranów, które boi się prawdziwej magii. Rany, kto by do tej roli pasował. Ale w tym cały urok.

Wskazała na Megan, która wzdrygnęła się, jakby Nuala miała strzelić laserami z palców.

– Myślę, że będzie ci łatwiej mówić te kwestie do Paula-Leona niż do Jamesa-Leona. Bo James jako Leon jest po prostu jak… ha, ha… – Najwidoczniej pomysł był dla niej tak niewiarygodny, że nawet nie mogła wymyślić sensownego porównania.

– Dobra. Spróbuj. I bądź Anną. Nie czytałaś scenariusza? Nie pamiętasz, co się z nią dzieje?

– No, nic, w porównaniu do Leona i Campbella. – Megan pociągnęła nosem.

– Bo nie zrozumiałaś scenariusza. – Nuala przewertowała karki, starając się nie miąć ich i nie zaginać (Boże, jak ja na nią leciałem!) i wskazała na jedną ze stron.

– Widzisz tu? Kryzys wiary. Musisz każdą kwestię wygłaszać tak, żeby zbudować napięcie, aż do tego miejsca, gdzie mówisz swoją kwestię. Tutaj publiczność szepcze: „O, cholera” i czuje, jak znika jej grunt pod nogami.

– Nie myślałam o tym w taki sposób. – Mnąc kartki, Megan przeszła do omawianej kwestii.

Nuala wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć: „No cóż, nie dotarło”, i przeniosła wzrok na mnie.

– A ty czytaj od początku rolę Paula. Zwracasz się do widowni jako Campbell. Czy muszę ci mówić, że masz wierzyć w tę rolę i sprawić, żebyśmy sami uwierzyli?

Nie musiała i wiedziała o tym. Nie potrzebowałem scenariusza, bo znałem tę stronę na pamięć.

– Poczekaj. – Nuala podeszła do przełącznika ściemniacza. Wyłączyła światła na widowni i zapaliła inne, te na scenie, tworząc z niej wyspę światła w morzu ciemności.

I nagle wszystko stało się prawdą.

– Teraz – zwróciła się tylko do mnie i wskazała palcem – to będzie twoja kwestia.

Wyszedłem na środek sceny.

„Bądź Campbellem!” Rozłożyłem ramiona, jakbym witał publiczność albo wzywał coś z nieba.

– Witam państwa! Nazywam się Ian Everett Johan Campbell Trzeci i ostatni. Mam nadzieję, że poświęcicie mi państwo chwilę uwagi. Chciałbym powiedzieć jedno: To, co dzisiaj zobaczycie, jest prawdą. Może was nie zachwyci, nie oburzy, nie wstrząśnie wami, ale muszę powiedzieć: Jest to wszystko niewątpliwie prawda. I z tego powodu – zrobiłem pauzę – bardzo mi przykro.

Opuściłem ramiona, zagryzłem wargę, spojrzałem na scenę, a potem odwróciłem się. Eric klaskał na widowni, kiedy podszedłem do Nuali stojącej z boku sceny.

– Dzięki Bogu, lepiej – szepnęła Nuala. Nie musiała tego mówić. Patrzyliśmy, jak Paul i Megan odgrywają Leona i Annę. O dziwo, Paul był o wiele lepszym Leonem niż ja, a jego gra albo pogawędka Nuali sprawiły, że Megan była lepszą Anną. Wciąż musieli zerkać w tekst, ale wyglądali… wiarygodnie.

– Tanie sztuczki, Leonie. Zręczność rąk – powiedziała Megan. Nawet wzruszyła ramionami. To znaczy wzruszyła jak prawdziwy człowiek. – To tylko tyle.

A Paul faktycznie perorował. To znaczy był Leonem.

– Byłem tam, Anno. Widziałem, jak to robi. Na widowni płakała kobieta. Sądzili, że to prawda. Wiedzieli, że to prawda.

Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Nuala uszczypnęła mnie w ramię, a kiedy się odwróciłem, żeby na nią spojrzeć, zobaczyłem, że cała jaśnieje radością tworzenia. Dla mnie taka radość to normalka.

„Dzięki, Izzy Leopard” – pomyślałem.

– Cóż, to było wam potrzebne – odpowiedziała, ale wiem, że tak naprawdę miała na myśli: „A ja dziękuję tobie”.

Nie wolno było przyprowadzać dziewczyn do Kolegium Sewarda (pod rygorem obcięcia jaj i odesłania ich rodzicom listem priorytetowym), więc czekaliśmy na dostawcę jedzenia od „chińczyka” przy wejściu w fotelach, które wyciągnęliśmy z holu pod portyk.

Był przepiękny wieczór, płonący na wzgórzach za internatem żółcią, złotem i czerwienią, jednak trochę za chłodny dla wysysających krew owadów i trochę za ciepły, żeby zmarznąć. Jeszcze nigdy żadne jedzenie nie smakowało mi lepiej niż pieczony kurczak z ryżem jedzony prosto z kartonika plastikowym widelcem na najwygodniejszym fotelu świata, z Nualą siedzącą na oparciu.

– Próbuję ci powiedzieć, że istnieją ludzie uczuleni na wodę. – Paul mówił między kęsami czegoś czerwonego i oślizgłego.

– Nie można być uczulonym na wodę. – Protestowała Megan. – Ciało składa się chyba w dziewięćdziesięciu procentach z wody.

– Nie dziewięćdziesięciu – wtrąciłem się. – Nikt nie jest w dziewięćdziesięciu procentach z wody oprócz pani Thieves. Ona chlupie, jak chodzi.

Eric parsknął i zakrztusił się ryżem.

– O, jak apetycznie – powiedziała Megan, patrząc, jak Eric zmiata wypluty ryż nogą z bruku.

– W każdym razie nie można być uczulonym na wodę. To jest… jakby ktoś się uczulił na oddychanie.

Nuala posłała Megan jadowite spojrzenie.

– To prawda. Były jakieś dwa przypadki w historii. Czytałam o tym. To jest tak rzadkie, że jeszcze tego w pełni nie zdiagnozowano, i teraz ci ludzie muszą robić jakieś dziwne rzeczy, żeby nie umrzeć.

Paul spojrzał na Nualę z wdzięcznością:

– To jak ci, którzy są uczuleni na słońce. Dostają okropnych oparzeń w dzieciństwie i trzyma się ich z daleka od słońca, żeby nie umarli na raka. Muszą siedzieć w domu z opuszczonymi żaluzjami, bo dostają strasznych bąbli na całym ciele.

– To musi być straszne – powiedział Eric. – Jakby się było uczulonym na siebie samego albo na życie. Jakby się urodziło tylko po to, by umrzeć.

Nuala odwróciła się i spojrzała w stronę wzgórz. Pogłaskałem ją po nadgarstku, kreśląc na nim okręgi, i jej uwaga przeskoczyła znów na mnie. Podałem jej ryż na widelcu.

– Chcesz spróbować? – Jej mina mówiła: „Chyba żartujesz!”, ale zaintrygowana tym pomysłem, albo nie chcąc mi sprawić przykrości, albo chcąc sprawić wrażenie, że jest śmiertelniczką, pochyliła się i otworzyła usta. Udało mi się włożyć w nie porcję ryżu, nie rozsypując go, co nie było wcale takie łatwe. Jedno zabłąkane ziarenko przylepiło jej się do dolnej wargi i wisiało niebezpiecznie, kiedy żuła i przełykała ryż z niepewną miną.

– Masz… przyczepiło… – Pokazałem na jej usta, sięgając po serwetkę, ale przypomniałem sobie, że są u Megan. Nuala mogła strącić ryż, ale pochyliła się nade mną. Jej włosy pachniały wręcz apetycznie. Kiedy wysysałem ziarenko ryżu z warg Nuali, kątem oka dostrzegłem, że właśnie dołączyła do nas Dee.

– Hej, Dee – powiedział Paul. Jego oczy były bardzo szeroko otwarte, mina mówiła: „Noooo, łapcie kiełbaski, będzie ognisko aż po dach”. Nuala powoli wysunęła wargę spomiędzy moich zębów i wyprostowała się. Przełknąłem ślinę i spojrzałem na Dee. Nagle, nieracjonalnie, zachciało mi się śmiać.

„No i jak ci teraz, Dee?”

Twarz Dee, na wpół oświetlona złotem zachodzącego słońca, jakby zamieniła się w kamień. Założyła ręce na piersi.

– Cześć, James.

– Hej! – mój głos brzmiał dobrze, na luzie: „Tak, cześć, Dee. Właśnie dzieliłem się ryżem z tą superlaską. Jak leci?”.

Na twarzy Nuali pojawiał się powoli uśmiech.

– Zamówiliście kolację na wynos? – zapytała Dee, choć było to raczej oczywiste.

– Nie – powiedziałem – Paul ukradł samochód. Okazało się, że należał do dostawcy z „Ogrodu Fortuny”. Podwójny kupon.

Nie uśmiechnęła się.

Za to Nuala – tak.

– Mamy mnóstwo jedzenia – powiedziała i spojrzała na mnie. Znałem ją na tyle, aby wychwycić ostrość w jej głosie. – Możemy się podzielić.

Dee spojrzała na mnie.

– Znam Paula i Megan, ale chyba nikogo z pozostałych. – Jej głos był arktycznie lodowaty.

Eric najwidoczniej nie należał do „pozostałych”, którzy ją interesowali, ale i tak najpierw przedstawiłem jego.

– To jest Eric. W dzień pomaga nauczycielom, a w nocy walczy ze zbrodnią.

Spojrzałem na Nualę. Patrzyła na mnie w sposób, którego nie mogłem rozszyfrować. Zachciało mi się wyciągnąć długopis albo ostatecznie sięgnąć po kamień smutku.

– To jest Nuala. – Przeszło mi przez głowę, żeby dodać: „Moja dziewczyna” i zobaczyć reakcję Dee, ale popatrzyłem tylko na piegi i oceaniczne oczy Nuali i pomyślałem sobie, jak bardzo się różnią, kiedy widziałem je obie w tym samym miejscu. Zdałem sobie sprawę, że patrzę na Nualę za długo. Zwróciłem wzrok w stronę Dee. Wyraz jej twarzy nie zmienił się.

– Uczysz się tu, Nuala? – Jej głos jednak był o kilka stopni bardziej lodowaty.

Nuala odwróciła głowę do Dee. Zobaczyłem ziejącą z jej oczu antypatię. Zaskoczyło mnie jednak, że jej spojrzenie nie było zazdrosne, jak u Megan. Było… głębsze. Było niejako opiekuńcze. Powinienem się wystraszyć jak cholera, ale przeciwnie, poczułem się dobrze.

– Tak, uczę się wielu rzeczy. – Nuala uśmiechnęła się do Dee, pokazując groźnie zęby. – A więc jesteś przyjaciółką Jamesa?

Dee uśmiechnęła się scenicznie. Pamiętałem ten uśmiech ze szkolnych czasów.

– Znamy się dziewięć lat.

Nuala potarła ręką tył mojej głowy. Próbowałem nie zamknąć oczu, kiedy mnie tak dotykała.

– To długo.

– Jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi – powiedziała Dee.

– Najwidoczniej.

Za plecami Dee Paul zrobił haczyki z palców i drapał powietrze. Bezgłośnie powiedział: „Miau”.

– Jak długo go znasz, Nuala? – zapytała Dee.

– Około miesiąca.

– To niezbyt długo. – Uśmiech Dee zamienił się w coś jeszcze bardziej mroźnego.

Uśmiech Nuali zniknął. Szykowała ostatni cios. Jej palce przestały muskać moje włosy i osunęły się na kołnierz.

– Byłam w stanie go szybko docenić. Ale co ja ci będę mówić, co? Znasz go dziewięć lat.

Dee wpatrywała się w palce Nuali na moim kołnierzu i we mnie, przytulonego do jej boku. Jej brwi leciutko się ściągnęły.

– Tak – powiedziała Dee. – Co ty mi możesz powiedzieć?

Jej wzrok przesunął się po Megan i dwóch otwartych pudełkach z jedzeniem, Ericu i jego gitarze opartej o ścianę, Paulu i jego otwartych oczach, Nuali i jej palcach na mojej szyi, aż w końcu dotarł do mnie. Wiedziałem, jak to wyglądało: jakbym dobrze sobie bez niej radził, jakbym siedział ze znajomymi, śmiejąc się i jedząc razem obiad od „chińczyka”, zupełnie zadowolony z życia. Wyglądało to tak, że Nuala siedzi na bocznym oparciu mojego fotela i szaleje za mną i jesteśmy parą.

Jak powiedział Campbell: „To, co dzisiaj zobaczycie, jest prawdą. Może was nie zachwyci, nie oburzy, nie wstrząśnie wami, ale bez cienia wątpliwości, muszę powiedzieć: To wszystko prawda. I z tego powodu bardzo mi przykro”.

To było prawdą. Było mi dobrze.

I było mi bardzo przykro.

Sądziłem, że to będzie wspaniałe uczucie, kiedy odpłacę Dee pięknym za nadobne. Ale tak nie było. Widziałem wyraz jej twarzy – a raczej brak wyrazu – i rozpoznałem w nim swoją własną minę, którą przybierałem tyle razy.

Wymamrotała coś, żeby się stamtąd wyrwać, ale mimo wszystko nie było mi na tyle przykro, żeby za nią polecieć. Nie ze względu na Nualę. Byłem pewien, że chociaż Nuala jej nie trawi, to nie powstrzymywałaby mnie przed pójściem za Dee, żebym mógł załagodzić tę sytuację.

Ale miałem już dość łagodzenia sytuacji, które były niewygodne dla Dee. Czy ona kiedykolwiek zrobiła to samo dla mnie? Dość tego!

Miałem ochotę wycałować Nualę w podzięce za uwolnienie.


James

Było tak wcześnie, że światło dzienne wydawało się niezwykle kruche, jakby zbyt gwałtowny oddech mógł strącić je z horyzontu i rozproszyć w ciemności. W tym lodowatym półświetle zastałem Nualę na najbardziej stromym z pagórków za szkołą. Moja brązowa bluza z kapturem nie chroniła mnie wcale od zimna i już po kilku minutach klęczenia przy niej cały się trząsłem.

– Nuala – powtarzałem, nie wiedząc, co jeszcze powiedzieć.

Tak bardzo przywykłem do jej silnej, ostrej natury, że nie mogłem oderwać oczu od dziewczyny, leżącej teraz na trawie. Wyglądała jak sylwetka narysowana kredą przez policję. Jej ramiona były wyciągnięte nad głową, a długie nagie nogi wręcz splątane. Była tylko dziewczyną, tylko kruchym ciałem, wyglądała po trosze tak, jakby się przebierała za kogoś innego, żeby wyglądać na starszą.

Dlaczego nie mogła się ocknąć? Oddychała tak powoli, że bez wysiłku mogła odpuścić sobie co któryś oddech.

Zgrzytałem zębami, kuląc się z zimna. Ściągnąłem bluzę i przykryłem jej nogi. Podłożyłem ramię pod kolana – Boże, jaką lodowatą miała skórę – i drugie pod szyję. Przycisnąłem do siebie.

Na całym ciele czułem gęsią skórkę, ale nie przez nią – było mi naprawdę zimno. Przytuliłem jej głowę do swojej piersi, czując przez koszulkę, jak zmarznięta była skóra na jej policzku, i pochyliłem się nad nią nisko. Jej oddech nie pachniał niczym. Żadnych kwiatów.

Nic.

– Co ci jest? – zapytałem.

Nie mogłem się smucić ani gniewać, bo nie umiałem wyobrazić sobie powodu, dla którego nie otwierała oczu. Potrafiłem myśleć tylko o tym, że siedzę tu w szczerym polu z umierającą dziewczyną w ramionach i do mojego mózgu nie dociera nic oprócz wzoru utworzonego na jej twarzy przez włosy, bezbarwne o świcie ziele, i lekko zmechacony rękaw mojej bluzy.

Nagle zdałem sobie sprawę, że ktoś przede mną kuca. Wystraszyłem się śmiertelnie, bo nie zauważyłem, skąd się wziął, nie miałem pojęcia, od jak dawna mnie obserwuje.

– Sentymenty to niebezpieczna rzecz – usłyszałem i ze zgrozą zdałem sobie sprawę, że to ktoś znajomy.

– A skąd wiesz? – zapytałem, wyciągając ramię spod nóg Nuali tak, żeby było widać moją żelazną bransoletę.

– Nie martw się, dudziarzu – odpowiedziała Eleanor. – Tym razem nie przyszłam tu po to, żeby cię zabić; zobaczyłam, jak się martwisz, i chciałam sprawdzić, czy mogę pomóc jednej z umierających poddanych.

Była straszliwie piękna, słodko, dziko piękna, aż z bólu zacisnęło mi się gardło. Klęcząc w trawie przede mną, wyciągnęła swoje długie palce w stronę czoła Nuali, ale nie dotknęła jej.

– Nie wiem, jak ona znosi to żelazo, biedactwo. Co za ironia, że w końcu zabija ją człowiek.

– Skąd wiesz?

Eleanor usiadła prosto, a jej jasnozielona suknia rozpostarła się wokół jak płatki kwiatu na trawie.

– Cóż, ona jest leanan sidhe, dudziarzu. Z pewnością wiesz, czym się żywi.

Miała rację, wiedziałem. Nie pozwalałem sobie jedynie o tym myśleć.

– Życiem, tak? Ludzkim życiem.

– Latami, dudziarzu. Zabiera lata życia tym, którym daje inspirację. Czyż nie zabrała kilku tobie? – Eleanor złożyła subtelnie ręce na kolanach i spojrzała na nie z takim uczuciem, jakby sposób ułożenia palców bardzo jej się podobał. – Jak już mówiłam, sentymenty to rzecz niebezpieczna. I taka ludzka.

Drżałem zarówno z powodu zimna, jak i obecności Eleanor. Każda komórka we mnie krzyczała, że jest starą dziką istotą, że muszę uciekać. Powstrzymywałem się z całych sił przed porwaniem Nuali i rzuceniem się do ucieczki.

– Ile potrzebuje?

Eleanor podniosła ku mnie twarz i uśmiechnęła się, ukazując rząd białych zębów. Zrozumiałem, że miała nadzieję, iż zapytam. Nieważne. Chciałem wiedzieć.

– Ze dwa lata. Pozwoliłoby to jej dożyć do następnego Halloween – powiedziała Eleanor i znów uśmiechnęła się do swoich dłoni nikłym tajemniczym uśmieszkiem, od którego zadrżała wokół nas trawa. – Wiesz, że musi spłonąć. Jej ciało wytrzymuje szesnaście lat, nawet jeśli nie odbiera ludziom życia. To dlatego dobrowolnie idzie na stos co szesnaście lat. Biedactwo rozumie, że jeśli się nie usmaży – tu Eleanor wzruszyła ramionami – umrze na dobre. Oczywiście teraz prawdopodobnie i tak umrze.

Zamknąłem oczy na bardzo krótką chwilkę. Chciałem posiedzieć tak dłużej, ale spuszczanie wzroku z Eleanor nawet na sekundę, kiedy była blisko, wydało mi się najokropniejszym pomysłem wszech czasów.

– Jak to się robi?

– Co takiego, dudziarzu? – Eleanor spojrzała na mnie łagodnie.

– Oddaję jej dwa lata. – Z wielkim trudem powstrzymałem grymas. Dwa lata to niewiele. Kiedy będę starym prykiem, nie będzie mnie obchodziło, czy pożyję dwa lata mniej. Uczynię cokolwiek, byle ogrzać lepką skórę Nuali i przywrócić kolor jej wargom.

– Ale wiesz przecież, że zapomni o tobie, kiedy spłonie.

Eleanor miała teraz zaciśnięte usta, podobne do ślicznej małej różyczki, a jej oczy błyszczały. Wyglądała jak małe dziecko, które ma jakąś tajemnicę i strasznie chce się nią podzielić.

– Tak do niedawna myślałem – odpowiedziałem – ale domyślam się, że możesz zdradzić mi jakiś sposób, by nie zapomniała.

W blasku świtu jej wargi rozciągnęły się w szerokim uśmiechu zadowolenia, przywołującym motyle, kwiaty, słońce, śmierć i rozkład.

– Doprawdy – zaszemrała. – Nie mów, że nie jestem łaskawą władczynią dla moich poddanych. Jeśli ona zaufa tobie na tyle, by wyznać swoje prawdziwe imię, dudziarzu, możesz ocalić jej wspomnienia, ale jak to zawsze bywa z innymi fejami, będziesz miał nad nią władzę. Musisz patrzeć, jak płonie, od początku do końca; kiedy będzie w ogniu, powtórz jej prawdziwe imię siedem razy z rzędu. Wówczas gdy wstanie z popiołów, będzie pamiętała wszystko.

Przeszły mnie ciarki i ogarnęła podejrzliwość, ale to, co mówiła Eleanor, brzmiało sensownie. Musiałem jednak się upewnić.

– Czemu jej pomagasz?

Eleanor rozłożyła ręce, jakby otwierała książkę, i subtelnie wzruszyła ramionami:

– Z dobroci serca. A teraz pośpiesz się i pocałuj ją, dudziarzu. Tchnij w nią dwa lata, jeśli taka twoja wola.

Wstała i otrzepała kolana bledziuteńkimi dłońmi.

– Pa… – Powietrze wokół niej zadrżało, a ja poczułem szarpnięcie we wszystkich kończynach. Eleanor zniknęła. Słońce wschodziło, Nuala zachodziła.

Odsunąłem jej jasne włosy z piegowatej twarzy i lekko przycisnąłem usta do jej ust. To nie przypominało całowania dziewczyny. To było całowanie trupa. Nic się nie działo.

Całowałem martwą Nualę i nic się nie zmieniało.

„Dwa lata. To niewiele. Chcę ci je dać”.

„Weź, proszę”. Pocałowałem ją jeszcze raz i wpuściłem powietrze do jej ust.

Miałem wrażenie, że nic się nie dzieje. Cholera. Czy nie powinna ożyć, skoro miałoby to zadziałać? Spróbowałem ponownie. Do trzech razy sztuka. Wyobrażałem sobie, jak daję jej życie. Nie obchodziła mnie utrata dwóch lat. Mogłem oddać dziesięć. Jej głowa opadła do tyłu, a po skórze przeszły ciarki. Wyglądała na martwą i zimną, jak mrożony kurczak.

– Cholerny świat, Nuala! – Ręce mi się trzęsły, całe ciało drżało. Wsunąłem palce do kieszeni i wyjąłem komórkę. Otworzyłem ją jedną ręką i zamknąłem oczy, próbując przypomnieć dobry numer. Wyobraziłem sobie cyfry narysowane na ręce. Wcisnąłem „połącz”. Telefon zadzwonił dwa razy, po czym odpowiedział głos Sullivana, senny i zachrypnięty.

– Halo? Tu Patrick Sullivan z Thornking-Ash, słucham – dodał służbowo.

– Potrzebuję pana – powiedziałem. – Potrzebuję pomocy.

Zachrypły głos nagle się rozbudził.

– James? Co się dzieje?

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Trzymam umierającą dziewczynę. Umiera przeze mnie.

– Czy ktoś jeszcze nie śpi? Potrzebuję kogoś. Potrzebuję pomocy. – Zauważyłem, że mówię w kółko to samo, więc się zamknąłem.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz, ale już otwieram tylne drzwi, jeśli ty tego wcześniej nie zrobiłeś.

– Będę za parę minut – wykrztusiłem. Sullivan mówił coś jeszcze, kiedy zamykałem klapkę telefonu i chowałem go do kieszeni. Nieporadnie wsunąłem jedną rękę pod pachę Nuali, a drugą pod jej kolana.

– Chodź, kochanie. – Wstałem z trudem. Moja bluza upadła na ziemię. Nieważne, przyjdę po nią później. Brnąłem przez wysoką trawę, aż dotarłem do granic terenu szkoły i zacząłem przemykać się ku tylnemu wejściu do internatu.

Sullivan już czekał, miał na sobie spodnie od dresu. Milcząc, przytrzymał drzwi, kiedy manewrowałem, żeby wnieść Nualę do środka.

– Moje drzwi są otwarte – powiedział tylko.

Jego pokój nadal pachniał cynamonową świecą i stokrotkami, chociaż żadnej z tych rzeczy tam nie było. Na podłodze leżały porozrzucane papierzyska. Sullivan wskazał na łóżko, starannie pościelone i oświetlone kwadratem zimnego słonecznego światła padającego przez okno. Powinienem położyć ją ostrożnie, ale ramiona nieznośnie mnie bolały i niemal ją upuściłem.

– Czy to uczennica? – Sullivan wyjrzał mi zza ramienia.

– Nie. – Odsunąłem jej włosy z twarzy. – Niech jej pan pomoże.

– Przeceniasz moje możliwości. – Zaśmiał się trochę bezradnie. – Co jej jest?

– Nie wiem. To chyba przeze mnie. – Nie patrzyłem na niego. – Ona jest feją. To muza.

– Jezu Chryste, James! – Sullivan złapał mnie za ramię i odwrócił do siebie. – Mówiłeś, że nie zawarłeś z nią umowy! Co do cholery ona robi w moim łóżku?

Stałem nieruchomo, czując jego uścisk na ramieniu; ciągle drżałem, nienawidząc siebie za to.

– Nie zawarłem umowy. To dlatego tu jest. Niczego ode mnie nie wzięła. Wydaje mi się, że umiera. Proszę pana, proszę. – Spojrzał na mnie osłupiały. – Proszę.

Mój głos brzmiał obco nawet dla mnie samego. Cienko. Rozpaczliwie. Sullivan wypuścił powietrze z płuc i puścił mnie. Potarł dłonią twarz i przez dłuższą chwilę nie podchodził do łóżka.

– James, mylisz się. Leanan sidhe niknie, jeśli się nie odżywia. Robi się niewidzialna. Ta feja… ta dziewczyna… to ludzka reakcja.

– Ona nie jest człowiekiem.

Sullivan położył rękę na czole Nuali. Jego oczy błądziły po jej ciele.

– Jest bardzo chuda – oznajmił. – Kiedy ostatnio coś jadła?

– Co? Nie wiem. Ona nie je. – Jednakże od razu przypomniałem sobie ziarenko ryżu na jej wardze.

– Przekonamy się. Przykryj ją, ona zamarza.

Zniknął w kuchn. Usłyszałem, jak otwiera małą lodówkę. Wyciągnąłem koc spod nóg Nuali i otuliłem ją. Pogłaskałem palcem jej wychłodzone kości policzkowe. Wydawało mi się, że wystają teraz bardziej niż wtedy, gdy się poznaliśmy. Musnąłem też dołki, które utworzyły się pod oczami. Zalało mnie jakieś dziwne, żałosne uczucie sprawiające, że zapragnąłem zwinąć się w kłębek obok niej i też zamknąć oczy. Sullivan powrócił, przynosząc ze sobą owocowy zapach.

– Mam tylko napój gazowany – powiedział przepraszającym tonem. Jego wzrok spoczął na ułamek sekundy na moich palcach gładzących skórę Nuali. – To najsłodsze, co miałem pod ręką. Jest też miód, ale strasznie się lepi. Podnieś ją. Chyba jest na tyle przytomna, że da radę przełknąć. Mam taką nadzieję. Nie mam natomiast bladego pojęcia, co trzeba robić.

Oparłem dziewczynę na swoich rękach. Razem z Sullivanem odegraliśmy żałosną parodię pielęgniarek.Odchyliłem jej szczękę a on wlał jej do ust odrobinkę napoju Mountain Dew.

– Ostrożnie, żeby się nie zadławiła.

Odchyliłem jej głowę i pogładziłem po gardle. Widziałem kiedyś, jak Dee próbowała zmusić swojego psa do przełknięcia tabletek.

Nuala przełknęła.

„Spłucz i zastosuj ponownie”. Wlaliśmy jej około pół szklanki; Nuala zakaszlała.

Kaszel to dobry znak?

– Jeszcze? – zapytał Sullivan. Nie wiedziałem, kogo pyta; ja nie miałem pojęcia. Powieki Nuali zadrgały. Przez sekundę trudno mi było powiedzieć, czy coś w ogóle widzi, ale kiedy otworzyła oczy, spojrzała najpierw na mnie, na Sullivana, a potem rozejrzała się po pokoju.

Odezwała się tak typowo dla siebie:

– Cholera jasna.


James

Dookoła śpiewały ptaki i warczały samochody mijające bar bistro. Dzień był piękny.

Bardzo ostrożnie położyłem ręce na blacie i obracałem palcami kamyk od Nuali. Strasznie chciało mi się napisać na skórze: „wina”, prawie czułem litery w ustach. Były gorzkie.

– Sullivan nie powinien ci tego mówić – odezwała się Nuala.

Spojrzała bazyliszkowym wzrokiem na kelnerkę, która przyniosła szklanki z wodą.

– Tak, dobrze, mogą być. Proszę postawić tutaj! – Skierowała się w stronę kelnerki, która próbowała nawiązać ze mną kontakt wzrokowy, ustawiając szklanki na stole. – Naprawdę. Czekamy na kogoś. Po prostu… – Nuala zrobiła gest palcami, jakby strzepywała z nich wodę.

Kelnerka odeszła.

Próbowałem przypomnieć swoje ostatnie słowa, które powiedziałem Dee. Czy było to coś bardzo okrutnego? Nie widziałem jej, odkąd nie przeszkodziłem Nuali, by jej dopiekła, ale nie mogłem sobie przypomnieć, czy powiedziałem coś paskudnego. Pamiętałem tylko, że palnąłem coś głupiego. Czułem się winny jej zniknięcia.

– Dudziarzu – zawołała Nuala – on nie powiedział, że coś się stało. Po prostu zapytał, czy jej nie widziałeś. Nakręcanie się nie pomoże.

Otworzyła usta, jakby miała powiedzieć coś jeszcze, ale zamiast tego odchyliła krzesło do tyłu i chwyciła ze stolika obok długopis, który został tam obok rachunku. Podała mi go.

– No, dalej.

Kolejny powód do wyrzutów sumienia. Prawie już nie miałem napisów na skórze, a teraz znowu się cofałem. Wcisnęła mi długopis do ręki.

– Chyba że ja mam ci coś napisać.

Przyłożywszy koniec długopisu do wierzchu dłoni, poczułem ulgę. Wydrapałem sobie na ręce: „rzeka”, wyłączyłem długopis i westchnąłem.

– Co to ma znaczyć? – zapytała Nuala. Nie wiedziałem. Po prostu dobrze było to z siebie wyrzucić.

Dziewczyna złapała mnie za mały palec i uszczypnęła.

– Już nie mogę czytać ci w myślach. Musisz mi powiedzieć.

– Nie wiem, co to ma znaczyć – odpowiedziałem. – Nie wiedziałem, co znaczy połowa moich bazgrołów, zanim nie spotkałem ciebie.

Zmarszczyła brwi, ale zaraz podniosła wzrok, gdy zobaczyła zadyszanego Sullivana wychodzącego z baru do ogródka. Mijając w drzwiach kelnerkę, pochylił się do niej i coś szepnął, a potem dołączył do nas. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale ja wtrąciłem się pierwszy:

– Znaleźli już Dee?

– Nie. – Sullivan pokręcił głową. Przesuwał krzesło tak długo, aż udało mu się je ustawić w optymalnej odległości od stolika. – Ale proszę, nie nakręcaj się tym, James. Powiedziałem ci tylko dlatego, bo wiem, że to twoja koleżanka i pomyślałem, że mogłeś mieć z nią kontakt. Miałem nadzieję, że dzwoniła do ciebie. Może być w dowolnym z tysiąca bezpiecznych miejsc, do których mogła pójść.

Nuala spojrzała na mnie znacząco, ale nie wiedziałem, co chce mi przekazać.

– …albo w jednym z tysiąca niebezpiecznych miejsc – odparłem.

– Jak każdy z nas. – Sullivan otworzył kartę, ale nie spojrzał do środka. – Szukają jej. Zresztą to tylko podejrzenie. Teraz całkowicie skupiam swoją uwagę na realnym problemie, który mam pod nosem.

– Czyli na mnie – wtrąciła Nuala. Sullivan spojrzał na nią. – Rozumiem. Nienawidzisz mnie. Nie biorę tego do siebie – dodała jeszcze.

Sullivan wykrzywił twarz.

– Oj tam. Nie nienawidzę cię. Po prostu ci nie ufam. Nawet… nie tobie osobiście. Po prostu nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać nieszkodliwego przedstawiciela waszego ludu.

– Owszem, nie zdarzyło się – odpowiedziała Nuala, szczerząc zęby w drapieżnym uśmiechu. – Ale nigdy nie skrzywdziłabym Jamesa.

– Masz coś do dodania, James? – Spojrzał na mnie.

Wzruszyłem ramionami:

– Wierzę jej. Mówiłem panu. Nie zawarliśmy umowy. Niczego mi nie zabrała.

Dodatkowo cudownie całowała i znała mnie lepiej niż ktokolwiek inny na świecie. Tę część pominąłem. Sullivan zmarszczył brwi, na czole pojawiła się zmarszczka, którą potarł dwoma palcami, jakby go krępowała.

– Przez ciebie dostanę wrzodów. Wiesz, jakie łatwe byłoby życie, gdybyś po prostu chodził na lekcje, uczył się gry na fortepianie i skończył naukę z większą ilością łacińskich przedrostków przed nazwiskiem niż Cyceron? Wiesz, zamiast bratać się z morderczą feją, której modus operandi jest wysysanie życia z ofiar. Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, z czym próbuję sobie poradzić?

– Kelnerka – ostrzegła łagodnie Nuala.

Zamknęliśmy się. Podeszła kelnerka i zapytała, co zamawiamy. Nikt z nas nie zajrzał do menu, a Nuala i tak nie znała smaku jedzenia.

– Wołowina i chipsy dla wszystkich. – zamówiłem popularny w Wirginii rodzaj kanapek.

– Dla mnie bez majonezu – powiedział ponuro Sullivan, obracając swój żelazny pierścień na palcu.

– Zasmakują mi chipsy? – spytała Nuala.

– Wszyscy lubią chipsy. Nawet ludzie, którzy mówią, że nie lubią. – zapewniłem.

Sullivan pokiwał głową.

– To prawda.

Kelnerka popatrzyła na nas dziwnie i zabrała karty.

– Chciałbym wiedzieć, dlaczego Nuala musi teraz jeść – rzuciłem, kiedy się oddaliła.

– Czemu na mnie patrzysz? – zapytał Sullivan. Oboje patrzyliśmy na niego.

– Bo mam wrażenie, że ze wszystkich obecnych przy tym stoliku to pan jest najlepiej poinformowany w kwestiach fejów – powiedziałem. – Co, zważywszy na dobór towarzystwa, musi być wybitne.

– Spędziłem z Nimi siedem lat. – Westchnął. – Posiadam sporą wiedzę. Byłem towarzyszem życia jednej z dam królowej.

Miał chyba na myśli kilka fej, ale ja pomyślałem o jednej. Oboje z Nualą nadawaliśmy widocznie na tej samej fali.

– Eleanor – powiedziała.

– Nie interesuje mnie, skąd to wiesz – odrzekł Sullivan. – Nie mów tylko, że mnie z nią widziałaś.

– Nie – odparła Nuala. – A co, byłeś zaślepiony?

Sullivan mocniej potarł zmarszczkę między brwiami. Spojrzał na mnie.

– W każdym razie w ciągu siedmiu lat można się wiele nauczyć, jeśli patrzysz uważnie. Zauważyłem, że kiedy byłem z Eleanor, nikt nie zwracał na mnie uwagi. Tak więc mogłem zaglądać wszędzie, gdzie tylko chciałem. I nie spodobało mi się to, co zobaczyłem. Napuszczali ludzi, by zabijali pobratymców. Czarna magia. Rytuały, od których włosy stawały na głowie. Śmiertelnicy zatracający się dla… dla bezdusznych zabaw. Nic tam nie miało dla mnie sensu. Nie znają czasu. Nie znają konsekwencji. Nie znają… Najgorsze było to, co Oni robią z ludzkimi dziećmi.

Nie powiem, że sie wzdrygnął. Po prostu przymknął oczy i odwrócił na moment twarz. Spojrzał znowu na mnie, na moje ramię.

– Masz komara na rękawie.

Uderzyłem ręką tam, gdzie patrzył, i sprawdziłem swoją dłoń. Nic.

– Oni, dworskie elfy, tak nas właśnie traktują. To zaobserwowałem. Nie uważają nas za równych sobie. Nasze cierpienie nic nie znaczy dla Eleanor i żadnego z Nich. – W głosie Sullivana wyczuwało się zmęczenie. – Jesteśmy po prostu niczym.

– Może dla dworskich elfów – powiedziała Nuala. – Nie dla nas, samotników. Nie dla mnie.

Sullivan uniósł brew.

– Naprawdę? Nie miałaś zamiaru zawierać paktu z Jamesem? Cały czas przepełniała cię chęć zaprzyjaźnienia się z nim?

Chciałem jej bronić, mimo że miał rację. Byłem dla Nuali po prostu kolejną zdobyczą, kiedy mnie spotkała. Ale ja także nie byłem bez winy. Ona była dla mnie po prostu jedną z fejów. Nuala spojrzała tylko na niego, krzywiąc usta.

– Słuchajcie – zacząłem. – Wiem, że oboje najchętniej udusilibyście się nawzajem nad tym stołem, ale ja nie mam aż tyle pieniędzy, żeby dać kelnerce napiwek za sprzątnięcie takiego bałaganu. Poza tym idzie obiad. Jedzmy kanapki, a nie zagryzajmy się nawzajem.

Kiedy kelnerka odeszła, zostawiając obiad, a my sprawdziliśmy, w której kanapce nie ma majonezu, zapytałem znowu:

– A więc czemu Nuala teraz musi jeść? Jeśli nie przez to, że nie dałem jej żadnych lat ze swego życia, jak pan powiedział, to dlaczego?

Sullivan wyskubał sałatę ze swojej kanapki, nieświadomie podwijając wargę.

– Powiedziałem tylko, że powinna zanikać… stawać się bardziej niewidzialna, jeśli nie wzięła niczego od ciebie. A ona wygląda mniej… eterycznie niż ostatnio. – Nuala wyglądała tak, jakby miała zaprotestować, więc dodał szybko: – Widziałem raz, jak twoja siostra zaczęła zanikać, kiedy nie korzystała z żadnych ofiar.

Nuala zamknęła usta. Mało tego, w ogóle ucichła. Zero dźwięku, ruchu, mrugania, oddychania. Jak słup soli. A potem tylko cicho zapytała:

– Moja siostra?

– Nie wiedziałaś, że masz… cóż, chyba nie wiedziałaś, co? – Sullivan wyjął plasterki pomidora z kanapki i ułożył je na stosiku, który nie dotykał sałaty. – Oczywiście, nie wyglądała tak jak ty, kiedy ją widziałem, możecie przecież dowolnie zmieniać wygląd. Ale także była leanan sidhe. Nie pomyślałbym, że jesteście rodziną, gdyby nie powiedziała mi tego Eleanor. Ten sam ojciec. Przepraszam. Nie chciałem cię zdenerwować.

Ostatnie stwierdzenie nie bardzo pasowało do jego poprzedniej postawy wobec Nuali. Może jej wstrząśnięcie i to, że zamilkła, nieco go zmiękczyło.

– Jest nas dwie?

– Dwie, które Oni tak określali – powiedział Sullivan. Popatrzył na nią tak, jakby to miało jej coś wytłumaczyć. – Jesteście „znad wzgórz” w przeciwieństwie do tych, którzy żyją „pod wzgórzami”. Jak śmiertelnicy. To nie było miłe określenie.

– Zaraz – wtrąciłem. – Czyli Oni nazywali Nualę śmiertelnikiem? – Nie pozwoliłem sobie na ton nadziei w głosie, ale Sullivan szybko wyjaśnił.

– Tylko dlatego, że leanan sidhe spędzają wiele czasu z ludźmi i często wyglądają jak oni. Nawet przejmują ich nawyki.

Pomyślałem o Nuali siedzącej w kinie i wyobrażającej sobie, że chce zostać reżyserem. Takie ludzkie.

Zauważyłem, że Sullivan wpatruje się sie w Nualę; obróciłem się, żeby też na nią spojrzeć. Miała zamknięte oczy, a na jej twarzy gościł jeden z najbardziej diabelskich uśmiechów zadowolenia, jakie u niej widziałem. W palcach trzymała do połowy zjedzonego chipsa.

– Mówiłem ci, że polubisz chipsy.

Nuala otworzyła oczy:

– Mogłabym jeść tylko to i nic więcej.

– I niedługo ważyłabyś sto pięćdziesiąt kilo. – Sullivan przełknął kęs. – Nigdy nie widziałem, żeby Oni jedli ludzkie jedzenie. No, mówi się o tym, że niektóre drobne odmiany jedzą fasolę i coś jeszcze, ale nigdy tego nie widziałem. A… kiedy zaczęłaś jeść pokarm śmiertelników? Pamiętasz ten pierwszy raz?

Przypomniałem sobie, jak zjadłem ziarenko ryżu z wargi Nuali, i wykręcił mi się żołądek.

– James dał mi trochę ryżu. Kilka dni temu.

Sullivan zmrużył oczy i zjadł jeszcze kilka kęsów kanapki:

– A jeśli to, co się dzieje z ludźmi w świecie fejów, działa w obie strony? Wiadomo, że jeśli się poczęstujesz czymś w Faerii, zostajesz tam na zawsze. Nigdy nie słyszałem, żeby działało to w drugą stronę, ale nie pamiętam zbyt wielu sytuacji, kiedy fej brałby żywność od ludzi. Oczywiście, oprócz prześlicznej historii, którą uknuliście oboje i przez którą dostanę wrzodów żołądka.

– Nie mogę stać się człowiekiem – powiedziała Nuala. Jej głos zabrzmiał dziko i rozpaczliwie.

Sullivan podniósł rękę w obronnym geście:

– Nie powiedziałem tego. Ale tak czy siak masz podwójną naturę. Może po prostu balansujesz na granicy, James.

Zamrugałem; zdałem sobie sprawę, że mówi do mnie.

– Tak?

– Paul już nam powiedział, że co wieczór słyszy Cernunnosa. Ty byłeś taktowny, nic nie mówiłeś na ten temat, ale ja coś podejrzewałem.

Odłożyłem kanapkę.

– W żadnym wypadku nie może mieć pan o to żalu. Nie zawierałem żadnych umów, nie rozmawiałem z Cernunnosem ani nie robiłem nic, co stanowiłoby zagrożenie dla mojego lub czyjegokolwiek zdrowia.

– Spokojnie. Pomyślałem tylko, że skoro go słyszysz czy widzisz, to możesz skierować do niego swoją przyjaciółkę. Nie znam go, ale może on wie więcej o jej położeniu. – Sullivan popatrzył na przejeżdżające samochody. – Eleanor wspomniała coś o związku między Cernunnosem i siostrami leanan sidhe.

– A co, jeśli związek między nimi przypomina mój związek z tą kanapką? – zapytałem. – Nie chcę wysyłać Nuali na spotkanie z królem umarłych, skoro traci swoje zabójcze supermoce z nieznanego powodu. Ona nie kopnie go w jaja, jeśli coś zacznie się dziać.

– Tylko to mogę zaproponować. Co jeszcze mamy? – Sullivan wzruszył ramionami. – Mówiłeś, że to jej szesnasty rok, prawda? Więc… wiemy tylko, że odrodzi się ponownie w nowej postaci po tym, jak spłonie.

– Jeśli spłonę – wtrąciła Nuala. Patrzyła w swój talerz.

– Jak to? – zapytałem ją.

– Może ja nie chcę – odparła.

Przy stole zapadła cisza. Sullivan taktownie ją przerwał.

– Nuala. -Po raz pierwszy nazwał ją po imieniu. – Kiedy byłem w Faerii, widziałem, jak płonęła twoja siostra. Musiała. Wiem, że tego nie chcesz. To straszne, że musisz, ale w przeciwnym razie umrzesz.

– Może wolę umrzeć, niż wrócić taka, jaką byłam wcześniej? – Nuala nie odrywała oczu od talerza. Zwinęła serwetkę w kulkę i położyła ją na stole. – Muszę iść do łazienki. – Posłała mi sztuczny uśmiech. – Zawsze jest ten pierwszy raz, co?

Wstała od stołu i zniknęła w barze.

Sullivan westchnął. Potarł oko dwoma palcami:

– To niełatwa sprawa, James. Jej siostra nie ma w sobie tyle z człowieka. Chyba nawet niczego nie czuła, kiedy płonęła. A Nuala… – Wykonał ten sam gest co wcześniej, jakby przeszły go ciarki. – To będzie jak palenie człowieka żywcem.

Wyciągnąłem kamyk i wściekle tarłem go palcami. Skupiłem się na zataczaniu kółek kciukiem na kamyku.

– Miałeś rację, wiesz? To chciałem powiedzieć – mówił Sullivan. – Ona nie przypomina żadnego z Nich, ale zadając się z nią, wykazałeś się skrajnym idiotyzmem.

– Pójdę z nią do Cernunnosa – stwierdziłem. Sullivan otworzył usta. – Pan wie, że i tak pójdę. Trzeba pójść. Proszę mi tylko powiedzieć, jak to zrobić bezpieczniej, jeśli się da.

– Jezu Chryste! Jako twój nauczyciel i wychowawca powinienem pilnować, żebyś się w coś nie wpakował!

– To był pana pomysł. Musi panu jednak trochę zależeć, żebym poszedł, inaczej nie mówiłłby pan o tym wszystkim.

– Nie próbuj na mnie takiej psychologii – powiedział Sullivan. Wgniótł palce w zmarszczkę między brwiami. – Poszedłbym z wami, ale w tym roku go nie słyszę. Nie podchodź do niego, jeśli cię nie zawoła. To byłoby… chore. Cholera, James! Nie wiem. Załóż coś czerwonego. Nasyp soli do kieszeni. To się zawsze przydaje.

– Trudno mi uwierzyć, że mówi mi to nauczyciel.

– Trudno mi uwierzyć, że jestem nauczycielem i mówię coś takiego – kontynuował.

Napisałem na ręce: „na czerwono”, „sól”. Nuala właśnie wyszła z baru. Nie wiem, co czuła, zanim tam weszła, ale teraz w jej oczach czaiła się wrogość.

– Idziemy? – zapytałem.


James

Gdyby Nuala nadal mogła czytać w myślach, zabiłaby mnie, bo kiedy tak brodziliśmy razem w wysokiej trawie, wyobrażałem sobie właśnie, że wyglądała zupełnie jak człowiek, mimo że się upierała, iż nie może stać się śmiertelniczką. Kiedy dotarliśmy do miasta, kupiłem jej sweter i dżinsy (nie spodobały się jej, bo zakrywały większość ciała, o co zresztą właśnie chodziło), żeby nie zamarzła na śmierć na wzgórzach. Nie, żeby mi się nie podobało, że wyglądała jak człowiek. To sprawiało, że trzymając ją za rękę i idąc na spotkanie króla umarłych, mniej się bałem. Dzięki temu myślałem, że może po Halloween Nuala będzie mnie pamiętała i może czeka nas jakaś przyszłość poza obmacywaniem się w holu internatu.

– Jak tu cholernie zimno – wtrąciła się w moje rozmyślania Nuala.

– Wiedziałem, o czym mówię, kiedy stwierdziłem, że potrzebny ci sweter – odrzekłem.

– Zamknij się – odparła. Była ciemnobrązowym kształtem na tle niesamowicie różowego nieba. Niektóre drzewa u stóp wzgórz straciły już liście, a ich nagie czarne konary sprawiały wrażenie, jakby już przyszła zima. – Odstraszasz zmarłych. Słyszysz króla cierni?

Nie słyszałem. Spędziłem tyle wieczorów, udając, że nie słyszę, a teraz zastanawiałem się, czy jeszcze potrafię. Uznałem, że jest już wystarczająco późno i powinien tam być, zajmując się swoimi rogatymi sprawami, ale wzgórza milczały. Słychać było jedynie, jak przedzieramy się przez wysoką trawę. W dzień jej szelest zagłuszały porywy wiatru, ale teraz, kiedy wiatr był jedynie bezgłośnym lodowatym powiewem, nasz marsz przypomiał tętęnt stada słoni.

– Jak na razie wielkie nic. Chodźmy dalej, tam gdzie go ostatnio widziałem.

– Idź ciszej – syknęła Nuala.

– Nie da się iść ciszej. Zresztą ty gadasz głośniej, niż my idziemy.

– Nie ma na świecie nic głośniejszego niż twoje tupanie. – Pociągnęła mnie za rękę.

– Oprócz twojego przenikliwego głosu, kochanie – uciąłem. – Jak u harpii. Jest krzy… Och! – Zatrzymałem się tak nagle, że ręka Nuali wywinęła się z mojej, i dziewczyna potknęła się.

– Co jest? – zapytała, pocierając nadgarstek i dołączając do mnie.

– Przepraszam – powiedziałem pro forma. Spojrzałem pod nogi. – Wpadłem na coś.

U moich stóp leżała kupka czegoś. Kogoś. Był wyciągnięty tak, że nie podejrzewałem, by ktoś żywy mógł tak leżeć. W okamgnieniu mój mózg podpowiedział: „Dee”, ale potem zobaczyłem, że to facet w długim kaftanie, nogawicach i skórzanych… ciżemkach? Albo zaginiony członek bractwa rycerskiego, albo ktoś, kto zadawał się z fejami.

Nuala z ciekawości szturchnęła jego ramię stopą, i ciało bezwładnie odwróciło się na plecy.

– Blee – powiedziałem, żeby nie zwymiotować naprawdę.

– Mąż Eleanor. Był wczoraj na tańcach. – Westchnęła.

– Jak myślisz, kto go zabił?

Dotknęła czubkiem buta rękojeści wciąż wystającej z jego serca.

– To nóż zrobiony z kości. Ich nóż. Eleanor zawsze ma taki przy sobie, sama widziałam. Kiedy go spotkałam, powiedział mi, że zostanie królem. Chyba królem trupów.

Byłem niby-wstrząśnięty, niby-przerażony, niby-zafascynowany. Nigdy nie widziałem prawdziwego trupa, tylko w telewizji. A ten przedstawiał ponury widok. Zastanawiałem się, czy powinniśmy pójść na policję. Fejowie byli dość beztroscy: tak sobie kogoś zasztyletowali i zostawili.

– Coś ty zrobił śmiertelniku, że cię zabili? – zapytała Nuala trupa.

Spojrzałem na nią. Powiedziała to wyjątkowo współczująco. Wtedy zdałem sobie sprawę, że w głowie słyszę pieśń króla cierni i w dodatku nie mam pojęcia, od jak dawna.

– Nuala, ta pieśń… On jest…

Złapała mnie za ramię i odwróciła siłą:

– Tam!

Rzeczywiście, był tam. Jego olbrzymie poroże naśladowało nagie gałęzie, na których tle był widoczny. Kroczył dosłownie kilka metrów od nas. Nigdy nie podejrzewałem, że będę go ścigać. Pomyślałem sobie, że od tak przerażającej istoty można tylko uciekać.

Ruszyliśmy za nim, ale nie mogliśmy się za bardzo zbliżyć. Właściwie oddalał się od nas, oddzielając wielkim morzem czerwono-złotej trawy. Wtedy zauważyłem, że biegnie z powolną szlachetną gracją potężnego zwierzęcia.

Poroże kołysało się na boki przy każdym jego posuwistym ruchu.

Ja także zacząłem biec. Usłyszałem pośpieszne kroki Nuali, które stawały się coraz głośniejsze. Rogaty król pozostawiał za sobą w trawie wydeptaną ścieżkę, jednak trawa prostowała się, zanim zdążyliśmy na nią wbiec. Oddychanie lodowatym powietrzem sprawiało mi ból i miałem już się poddać, gdy zobaczyłem ciągnący się za królem długi płaszcz, trzepoczący na wietrze.

Rzuciłem sie w pogoń, jakby od tego zależało moje życie. Rzuciłem się naprzód tak szybko, jak tylko potrafiłem i moje palce złapały tkaninę, szorstką i zimną jak sama śmierć. Drugą rękę wyciągnąłem do Nuali. Poczułem, jak jej palce zaciskają się na sekundę, zanim król cierni zaczął wlec nas za sobą.

Nie wiedziałem, czy biegnę, czy lecę. Trawa spłaszczała się pod nami szybciej i szybciej, a słońce zniknęło za wzgórzami. Powietrze skropliło mi się w ustach i nosie, wylatując z nich jedynie w postaci zamarzniętych chmurek ledwo widocznych w ciemności.

Nad nami pojawiły się miriady gwiazd. Nigdy wcześniej nie widziałem aż tylu. Usłyszałem, jak Nuala z podziwu lub strachu, albo z obu tych powodów, głośno nabiera powietrza. Biegliśmy dalej. Komety pędziły nad nami, a wiatr szalał pod nami. Wzgórza ciągnęły się bez końca. Noc gęstniała i ciemniała. Nagle między wzgórzami pojawiła się ogromna czarna rzeka. Pędziliśmy wprost na nią.

Mój mózg wrzeszczał: „Puść!”.

A może to była Nuala.

Nie wiem, dlaczego wisiałem na powiewającym nad plecami króla całunie. Czarna i pełna gwiazd śmierć błyszczała przed nami, przypominają równie mroczne niebo. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem, a może miałem jedynie taką wizję jak ciemna obietnica końca. Nigdy wcześniej nie zetknąłem się z nią tak bezpośrednio i z otwartymi oczami.

Ktoś się zaśmiał w chwili, kiedy nasze ciała dotknęły powierzchni wody.


James

Śmierć ma zapach urodzinowego tortu. Do takiego wniosku doszedłem, bo oboje z Nualą śmierdzieliśmy rano po spotkaniu z Cernunnosem. Nie do końca tortem, ale na pewno świeczkami, zapachem świeczek po zdmuchnięciu. Nasze ubrania i włosy były nim przesiąknięte.

– Jamesie Morganie nie pozwolę, żeby wyrzucili mnie przez ciebie z pracy. Wstawaj.

Pierwszym widokiem, jaki ujrzałem po śmierci, był Sullivan, a ściślej, zarys jego twarzy na tle jasnego nieba z obłokami. Pierwszym odczuciem był policzek, piekący i głośny.

– Uderzył mnie pan? – zapytałem.

– Umarłeś? – Odpłacił mi Sullivan. – Próbuję cię obudzić od pięciu minut. Straciłem cierpliwość.

– Nuala – powiedziałem, siadając w pośpiechu.

– Nic jej nie jest – odrzekł oskarżającym tonem Sullivan. Zobaczyłem ją. Siedziała kilka kroków od nas. – To nie jej spodobała się śmierć.

Zignorowałem to zdanie.

– Dlaczego siedzimy na fontannie?

Za pupą satyra z drugiej strony fontanny zobaczyłem Paula, który jadł pączka.

– A czy możesz mi powiedzieć, co się z tobą działo przez ostatnie dwa dni? – dopytywał Sullivan. – Paul, skoro jesz moje śniadanie, to może zaczniesz do mnie mówić?

Wymieniliśmy się z Nualą spojrzeniami.

– Paul też z nim rozmawiał? Zaraz, to było dwa dni temu?

– Dziś Halloween! – powiedział Sullivan. – Trzydziesty pierwszy października, siódma trzydzieści rano. – Popatrzyliśmy wszyscy na niego. – Powiedziałbym dokładniej, ale mój zegarek nie pokazuje pikosekund – dodał.

Czekałem, aż Nuala zmieni wyraz twarzy, ale nie zmieniła.

– Czy tu w kampusie będą ogniska? – zapytała tylko.

Sullivan przytaknął.

– Pracownicy zapalają je po zmierzchu. Będzie ich kilka.

Zmrużył oczy.

– Co powiedział Cernunnos?

Czekałem, aż odezwie się Paul albo Nuala, ale oni oboje patrzyli na mnie, jakbym był ich hersztem. Opowiedziałem więc, co się stało, a Sullivan słuchał, przesuwając językiem po zębach.

– Paul, co tobie powiedział? – zapytał. Paul przełknął ostatni kęs pączka. – Pokazał mi rzeczy, o których nie wolno mi mówić.

Sullivan zmarszczył brwi, ale Paul milczał.

– Idźcie się umyć! – przykazał nam Sullivan. – Śmierdzicie. A potem, James, będziesz mi potrzebny. Normandy chce z tobą rozmawiać.

– Miodzio – odparłem.

Halloween. Stało się. Miałem ochotę rozpłynąć się w powietrzu.


James

Sądziełm, że wracamy do gabinetu Normandy’ego na pogawędkę, ale zamiast tego Sullivan zaparzył wielki dzbanek kawy w swoim pokoju i posadził mnie przy kuchennym stole przed kubkiem napoju. Zauważyłem, że kawa była bardzo ciemna.

– Musimy czuwać całą noc – powiedział Sullivan. – Ogniska ruszają dopiero o dziewiątej.

Kiedy powiedział „ogniska”, poczułem krótkie ukłucie w żołądku, mdlące i bolesne. To uczucie mnie zaskoczyło (kiedy ostatnio się denerwowałem?), ale tylko na moment, bo drzwi zaraz się otworzyły i do kuchni wszedł Gregory Normandy. Tak jak ostatnio, kiedy go widziałem, był w eleganckiej koszuli i pod krawatem, tylko tym razem jego ubranie było nieco zmięte, jakby od dość dawna się nie przebierał. Nie odezwał się do Sullivana, wziął tylko krzesło i usiadł naprzeciwko mnie.

– Cześć, James – powiedział. Spojrzałem na Sullivana.

– Kawy? – zapytał ten.

– Tak. – Normandy przyjął kubek i znów popatrzył na mnie. Siedząc przy stole z łokciami opartymi o blat, wydawał się ogromny, a stół malutki.

– Musisz mi powiedzieć wszystko, co wiesz o Deirdre Monaghan.

Oznajmił to tonem głosu, który nie znosił sprzeciwu, aż się najeżyłem. Podniosłem rękę:

– Mniej więcej takiego wzrostu, ciemne włosy, szare oczy, wygląda super w dżinsach.

– James. – W głosie Sullivana było ostrzeżenie. – Nie pora na to. Odpowiedz na pytanie.

To było wkurzające. Nie obchodziło mnie, że Sullivan zgrywa ważniaka po tym, co razem przeszliśmy.

– Dlaczego?

Gdybym wiedział, jak odpowie na moje pytanie, nie pytałbym. Sullivan wyjął cieniutki telefon z kieszeni i przesunął go bez słowa po stole. Spojrzałem pytająco, a on po prostu wskazał na niego ruchem podbródka.

– Przeczytaj niewysłane wiadomości.

Obrazek na tapecie, menu, wiadomości, nieprzeczytane. Piętnaście nieprzeczytanych wiadomości. Wszystkie do mnie. Kiedy je przeglądałem, poczułem suchość w ustach.

Brakuje mi naszego gadania.

Widziałam kolejnych fejów.

Luke tu był.

Nic nie jest dobrze.

Zabiłam kogoś.

Słyszę, jak się zbliżają.

I w końcu najgorsze, bo był to dokładnie taki sam SMS, jak ten, który ja wysłałem jej w wakacje.

Kocham cię.

Przez dłuższą chwilę patrzyłem na wyświetlacz, po czym powoli zamknąłem telefon. Jakiś ptak wyśpiewywał za oknem monotonną brzydką pieśń, na lewej dłoni miałem koślawe „p”. Dopiero po minucie zacząłem znowu oddychać.

– Myślę, że teraz już rozumiesz, dlaczego powinieneś się nam trochę zwierzyć.

– Nie. Może inaczej… – powiedziałem. Mój głos zabrzmiał nieswojo, płasko, ale nie starałem się go zmienić i znów wpatrywałem się w ekranik telefonu. – Może wy mi powiecie, co tu robicie. Tu, w Thornking-Ash. Nie cacy-cacy, opiekujemy się wami, żeby nic się nie stało. Tylko po cholerę nas tu ściągacie, podczas kiedy sami nawet nie wiecie, co się wyprawia u was pod samym nosem. Powiedział pan na samym początku, że wie o tym, co się dzieje z Dee, a teraz ona ma przechlapane. Powinniście coś wcześniej z tym zrobić…

Zamilkłem, widząc, że Normandy coś mówi. Zdałem sobie sprawę, że wcale nie jestem na niego zły. Byłem zły na siebie.

Spojrzałem na swoje ręce.

– James – odezwał się Sullivan. Usłyszałem, jak komórka Dee szura o stół, kiedy ją podnosił.

– Słuchaj, nie jesteś kretynem – powiedział Normandy. – Sądzę, że wyraziłem się wystarczająco jasno w czasie naszego spotkania. My – czyli ja i część personelu – założyliśmy szkołę Thornking-Ash po tym, jak zauważyliśmy, że Oni najczęściej nękają i porywają tych nastolatków, którzy posiadają wybitny talent muzyczny. Jak mój syn.

Przypomniałem sobie mgliście, że coś na ten temat mówiliśmy, kiedy zgłosiliśmy się do tej szkoły razem z Dee. Powstrzymałem słowa: „Ten, który się zabił”. To byłoby zbyt niedelikatne nawet jak na mnie.

– Został uprowadzony – kontynuował Normandy spokojnym tonem. – To się zdarzyło, zanim dowiedziałem się o Ich istnieniu. Postanowiłem, że nie pozwolę, aby to spotkało kogoś innego. Dlatego założyliśmy szkołę, aby wyszukiwać uczniów, którym coś grozi i mieć na nich oko.

– A cierniowy król? – zapytałem. – Jego spacery za budynkiem to oczywiście nie przypadek, zważywszy na nazwę szkoły?[10]

– To kanarek – odpowiedział Normandy z wymuszonym uśmiechem, jakby to miał być dowcip, nawet taki, który przestał już być śmieszny. – Nadprzyrodzony kanarek.

Popatrzyłem na niego.

– Górnicy dawniej trzymali kanarki w kopalniach, żeby wiedzieć, kiedy jest mało tlenu. Gdy kanarek przestawał oddychać, był to znak, że czas uciekać z szybu. Cernunnos to nasz kanarek. Jeśli ktoś z uczniów zobaczy go lub usłyszy, wiem, że jest szczególnie narażony na ataki ze strony sił nadprzyrodzonych – wyjaśnił.

Sullivan przewiercał mnie wzrokiem.

– Cóż, oczywiście wasz system działa wspaniale – powiedziałem.

Normandy zignorował mój sarkazm.

– Tak, działał. Nie mieliśmy od lat żadnych wartych uwagi incydentów z udziałem naszych Dobrych Sąsiadów. – Zerknął na Sullivana, a ja się zastanowiłem, czy zna jego historię z Eleanor. – Właściwie od lat byliśmy po prostu muzyczną szkołą aż do tego roku, kiedy na naszym terenie pojawiło się Ich więcej niż przez wszystkie ostatnie lata. Patrick mówi, że to dlatego, iż mamy tu kogoś z zielnych ludzi, chociaż osobiście nie wierzyłem, że tacy jeszcze istnieją. Mój instynkt podpowiada mi, że to Deirdre. A teraz, skoro opowiedziałem ci już wszystko o szkole, może powiesz mi chociaż, czy mam rację?

Nie miałem powodu kłamać.

– Tak. To się zaczęło u niej chyba w lecie.

Sullivan i Normandy spojrzeli po sobie.

– A więc ona przyciąga Ich wszystkich na kampus – powiedział Normandy.

– Jaki to będzie miało wpływ na dzisiejszą noc? Czy Oni po prostu ucieszą się, że mają Deirdre? Czy może to jest tylko początek? – zapytał Sullivan.

– Początek – odpowiedziałem od razu. Nie mówiłem nic o Nuali. Normandy chyba o niej nie wiedział.

– Sądzę, że trzeba zawiadomić całą kadrę. Można ją odzyskać, ale musimy być przygotowani – rzekł Sullivan.

– Będą oporni. Od lat nie musieliśmy robić niczego podobnego. – Normandy odepchnął się od stołu i wstał. – Chodź ze mną, Patrick.

Sullivan zawahał się, więc Normandy wyruszył bez niego. Kiedy był już poza zasięgiem słuchu, nauczyciel zwrócił się do mnie:

– Pilnuj, żeby Nuala się w to nie mieszała, i spróbuj nie zrobić niczego głupiego. Siedź pod dachem. Może w Brigid. Jeśli nie przyjdę wcześniej, spotkajmy się przy fontannie, kiedy będą rozpalać ogniska.

Zostawiają mnie przy stole, mam gęsią skórkę.

– A co z Dee? – zapytałem.

– My się tym zajmiemy. Ty się martw o Nualę.- Nie musiał tego mówić. Ja już się martwiłem.


James

Pięknie. Noc żywych trupów – stwierdziłem, kiedy szliśmy przez zarośnięty trawnik przed Kolegium Brigid.

– Albo noc żywych kujonów. Nie miałam pojęcia, że oni w ogóle tańczą.

Kampus był całkiem odmieniony. Z ogrodu przed budynkiem wyglądało to jak happening. Widać było tłumy odzianych na czarno sylwetek, słabo widocznych z naszego punktu obserwacji. Gdy podeszliśmy bliżej, dosłyszałem w końcu, że ten dudniący bas to jakiś popularny zespół popowy. Można by pomyśleć, że w szkole muzycznej znaleźli się jacyś muzycy, którzy zagraliby na żywo, nawet gdyby miała to być lista koszmarów, ale między głośnikami uwijał się jedynie DJ. To, co wcześniej wyglądało na uporządkowany erotyczny taniec, tak naprawdę było chodnikiem pełnym nastolatków wijących się w średnio skoordynowany sposób. Niektórzy byli w maskach, a część nawet się postarała i miała przebrania. Jednakże większość osób stanowiły po prostu muzyczne kujony podskakujące do kiepskiej muzyki. Mniej więcej tego się spodziewałem po Halloween w Thornking-Ash.

– W takich chwilach… – Nuala zawiesiła głos i patrzyła na chłopaka przy kości z przyczepionym sztucznym biustem – zastanawiam się, czy naprawdę chciałabym być człowiekiem.

Odsunąłem ją, by nie wpadła na dziewczynę ubraną w coś, co pewnie miało być seksownym strojem kota.

– Ja też. Jak się czujesz?

– Jeśli jeszcze raz mnie o to zapytasz, zabiję cię. Tak się właśnie czuję – powiedziała Nuala łagodnym tonem.

– Przyjąłem do wiadomości. – Stanąłem na palcach, rozglądając się za jakimkolwiek przydatnym nam człowiekim. Albo chociaż za znajomą twarzą. Wydawało mi się, że szkolna populacja rozrosła się za moimi plecami przynajmniej pięciokrotnie, a może nawet dziesięciokrotnie. – Sullivan chciał się z nami spotkać przy zboczonym satyrze – starałem się mówić pogodnym głosem. – Poszukajmy go najpierw, co?

– Nie wiem. Skąd mam wiedzieć?

– Bo robiłaś już to wcześniej. – Zasugerowałem. Posłała mi ponure spojrzenie. – Dobra, poszukajmy Sullivana.

– Albo Paula – dodała szybko Nuala.

Zastanawiałem się, co Cernunnos powiedział Paulowi.

– Albo Paula.

W słabym pomarańczowym świetle ognisk przepychaliśmy się przez tłum przypominajacy zbitą czarną masę. Śmierdziało ode mnie ciągle tym czymś, czym wyperfumował się Cernunnos, ale czułem ponadto dziwny zapach unoszący się nad uczniami. Ziołowy, jakiś gorzko-słodko-ziemisty. Przypominał lato. Zastanowiło mnie, jakie twarze skrywają te maski, czy na pewno ludzkie?

– Czyja to w ogóle impreza? – wypowiedziała moje myśli Nuala.

Domyślałem się, że w Halloween pojawią się fejowie, ale pozostaną na wzgórzach.

– Sullivan! – szczeknęła z tyłu Nuala. Rzeczywiście, stał tam. Wyglądał jednocześnie ponuro i dziarsko. Przepychał się do nas przez tłum zygzakiem.

– Gdzie do jasnej cholery was nosiło? – zapytał tym swoim miłym głosem.

– Szukaliśmy pana – odpowiedziałem. – Znalazł pan Dee?

– Nie.

Nuala wskazała na tancerzy.

– Dzieje się tu coś dziwnego.

– Tak – odrzekł Sullivan. – Powiem wam tylko, że teren szkoły jest obecnie bardzo zatłoczony i z upływem czasu będzie coraz gorzej.

– A Dee? – Naciskałem. – Co będzie, jeśli coś jej się dzisiaj stanie? Jeśli wydarzy się coś strasznego?

Sullivan prześlizgnął się wzrokiem po roztańczonych sylwetkach.

– Dee jest gdzieś z Nimi. Wciąż jej szukamy. Jeśli chcesz pomóc, nie pakuj się w tarapaty, inaczej będę się martwił też o ciebie. – Tu spojrzał na Nualę. – Pracownicy rozpalają ogniska na całym terenie, żeby odpędzić umarłych. Niezależnie od tego, gdzie będziecie, kiedy będziesz gotowa, będziesz mieć w pobliżu ogień.

– Dzięki – odpowiedziała dzielnie Nuala.

– Aha, James. – Sullivan patrzył gdzieś ponad nami. Kiedy się od nas odwrócił, zauważyłem, że ma na sobie długi czarny płaszcz. Przypomniał mi się na moment Cernunnos i jego powłóczysta czarna szata, ale momentalnie wróciłem do rzeczywistości. – Znajdź Paula. On jest mądrzejszy, niż się wydaje – dokończył nauczyciel.

Za Kolegium Sewarda zapłonęło ognisko. Najpierw poczuliśmy smród benzyny, potem były okrzyki i w końcu płomienie buchnęły pod niebo. Uczniowie – a przynajmniej tak mi się wydawało – skakali wokół słupa płomieni, ciemne sylwetki na tle jego jaśniejącego bielą środka.

Spojrzałem na Nualę. Spodziewałem się, że – nie wiem – krzyknie na przykład, ale ona tylko zrobiła dziwną minkę. Zmarszczyła nos. Ja na jej miejscu odchodziłbym od zmysłów, a ona wyglądała jedynie na zakłopotaną, jakby chodziło o to, że nie odpowiada jej sposób rozpalania ogniska, a nie fakt, że za chwilę będzie musiała się do niego rzucić.

Przeszył mnie dreszcz, mimo że nie było mi zimno. Ognisko było tak ogromne, że nawet tutaj czułem jego żar.

– Trema? – zapytała z ironią Nuala.

– Nie. Żałuję tylko, że masz takie długie imię – powiedziałem. – Gęba mnie rozboli od wymówienia go siedem razy.

– To się zamknij i oszczędzaj siły. – Sięgnęła jednak po moją dłoń, wyciągając szyję, by rozejrzeć się wśród tłumu. – Czy ja sobie coś wmawiam, czy tutaj jest coraz więcej ludzi?

Zmarszczyłem brwi, patrząc na tłum na chodniku. Byli nie tylko na chodniku, lecz na parkingu, pod portykiem, wokół fontanny. Byli także lepszymi tancerzami. Jakiego to słowa użył Sullivan? Inwazja? Nie pamiętałem, ale pasowało mi „inwazja”. Pokazałem Nuali, że mam gęsią skórkę na ramionach, i opuściłem rękawy bluzy. Ciało ostrzegało mnie przed otaczającymi nas fejami.

– A ilu Ich musi być na całym terenie! – powiedziałem. – Musimy znaleźć Paula.

Chciałem zapytać, kiedy musi się spalić, ale nie zrobiłem tego, by nie pomyślała, że ją popędzam. Poza tym chciałem odwlec ten moment jak najbardziej. Nie obchodziło mnie, jakim typem feja była, tak czy siak spalenie się żywcem zdawało mi się zbyt ryzykowne, zwłaszcza że decyzję o staniu się człowiekiem mogła podjąć tylko, gdy będzie płonąć w ognisku. Skóra elfa zamienia się wtedy w ludzką skórę, a on sam nagle zaczyna czuć palący żar, kiedy czuje ból tak jak człowiek.

Zrobiło mi się naprawdę niedobrze.

Z tego stanu wytrącił mnie Paul, popychając mnie w trakcie przedzierania się przez tłum.

– Stary. Co się dzieje?

Klepnąłem go w ramię.

– Twoje słowa można odnieść w tym momencie do mnóstwa rzeczy, więc nie wiem, o czym konkretnie mówisz.

– Od czego Oni próbują nas odciągnąć? – zapytał Paul. – Cześć, Nuala. Czaisz bazę, co się tutaj dzieje? Nauczyłem się tego od Jamesa, dobrze powiedziałem? Czaisz bazę?

– Wspaniale – odparła Nuala. – Wiem, że coś się dzieje między Nimi a zmarłymi, coś ich łączy. Może jakiś obrzęd. Myśleliśmy, że ty wiesz coś na ten temat.

– To nie może oznaczać nic dobrego. – Patrzyłem, jak ktoś wrzuca do ognia krzesło. – A więc, Paul, co wiesz o dzisiejszej nocy?

– Stary, tamten gość wrzucił właśnie stolik do ogniska. Ja nie mogę! Chyba wziął go z holu! – Pokazał ręką, pokręcił głową i poprawił okulary. – Wiem, że kiedy usłyszymy dziś pieśń Cernunnosa – wymówił to bardzo starannie: „Ker-nun-nosa”, jakby była to nazwa egzotycznej przyprawy – to będzie źle. Wszyscy zmarli wyjdą. Cóż, jest ich królem.

– Tych, którzy nie są ani w niebie, ani w piekle, tak to było w jego pieśni – powiedziała Nuala. Rozejrzała się. Minęła nas grupka uczniów, którzy nie zwrócili na nas uwagi.

– Dobrze, dowiedziałem się, że ci nowi zmarli będą mieć trochę… jak ty to nazwałeś kiedyś, James, kiedy rozmawialiśmy o Red Bullu i chipsach? – Paul podrapał się po głowie.

– Gastrofaza.

– Tak, właśnie. Będą na gastrofazie. Czyyli… te ognie zapala się, żeby odstraszyć zmarłych. Dopóki jest się w świetle ognisk, nic nam nie grozi. W przeciwnym razie jesteśmy zakąską.

– Zakąska dla duszy brzmi pięknie – zauważyłem. – A więc grupa dorosłych ludzi z dobrymi intencjami założyła szkołę, żeby chronić osoby uświadomione paranormalnie, dokładnie na ścieżce wędrówki dusz. Genialny plan. Rozumiem, że ci z nas, którzy go słyszą, są bardziej narażeni. Ale poważnie, umarli?

– Rozumiem stary, poważnie – powiedział Paul. – Wiesz, fejowie, to znaczy, chciałem powiedzieć: Oni – poprawił się, kiedy kilkoro z gapiów zmierzyło nas wzrokiem – Oni dawniej bali się zmarłych. W latach siedemdziesiątych to był sposób na ochronę przed Nimi.

Rozległ się okrzyk po drugiej stronie kampusu, kiedy rozpalano kolejne ognisko. Nuala zmrużyła oczy.

– Tu Patrick Sullivan, wasz przyjazny nauczyciel i wychowawca. – Głos nauczyciela rozległ się przez wielkie głośniki radiowęzła. – Pozwolę sobie przerwać muzykę, aby przypomnieć wszystkim o nieopuszczaniu terenu kampusu! Chłopcy i dziewczęta, Halloween to nie jest dobry moment na oddalanie się na randki na wzgórzach! Oglądacie horrory? Całującą się parę zawsze spotyka coś złego! Nie odchodźcie od ognisk i bawcie się dobrze!

Wymieniliśmy z Paulem spojrzenia.

– Stary, chcę tylko wiedzieć – powiedział z namysłem Paul – co Oni próbują ukryć. A ty nie? Chcą, żeby kadra i uczniowie, którzy wiedzą cokolwiek o tym, co się tutaj dzieje, pilnowali, żeby nikt nie został uwiedziony przez Tych, którzy tu z nami tańczą.

– To coś związanego z obrzędem – upierała się Nuala. – Coś, co łączy Ich ze zmarłymi.

– Ale nie można łazić po okolicy wraz z tłumem głodnych duchów, żeby sprawdzić, co się dzieje – powiedziałem. Mój żołądek zwijał się na myśl o spaleniu się Nuali, o Dee w rękach fejów, to było przeczucie utraty.

Wtedy usłyszałem pierwsze tony pieśni Cernunnosa.

– Nadchodzi. – Wzdrygnął się Paul.

Nie był sam.


James

To było piekło.

Piekłem było czekanie na jej krzyk. Piekłem było także patrzenie, jak zaciska pięści, jak płoną jej włosy, jak usta wykrzywiają się w płaczliwym grymasie, nawet jeśli żar osuszał łzy, zanim zdążyły spłynąć po jej jej twarzy.

Upadła na klęczki.

Nie mogłem się ruszyć. Stałem tam z zaciśniętymi na bokach rękami, płomienie parzyły mnie w policzki. Nie mogłem powstrzymać drżenia. Piekłem było zrozumienie, że bardzo dużo czasu zajmie Nuali spłonięcie na proch.


James

Zbyt długo próbowałem odzyskać głos i przez jedną okropną sekundę zdało mi się, że zapomniałem jej imienia, mimo że dopiero co je powiedziałem. Nie wiedziałem nawet, ile upłynęło czasu. Sekundy? Minuty? Godziny?

– Amhrán-Liath-na-Méine – powiedziałem łagodnie. Na wypadek, gdyby ktoś słuchał.

Nuala wrzasnęła.

Cholera.

Krzyk zamilkł, cienki i chrapliwyy, ale nie przestałem go słyszeć. Gorzej, nie mogłem się pozbyć widoku jej twarzy, kiedy krzyczała. Mój mózg po prostu odtwarzał tę scenę w kółko, nakładając ją na obraz jej ciemnej sylwetki w płomieniach, wijącej się i drżącej.

Skrzyżowałem ręce na piersiach. Kostki palców niemal zbielały od nacisku.

– Amhrán-Liath-na-Méine – powiedziałem znowu.

Wrzasnęła.

Ciarki przeszły mi po skórze. Może jednak Eleanor umiała kłamać. Może mogła naginać prawdę. Nie wiedziałem, co moje słowa robią Nuali, ale śmiertelnie się bałem wymówić jej imię po raz trzeci.

– Dudziarzu!

Podskoczyłem na dźwięk głosu. Z początku nie wiedziałem, skąd dochodzi, ale po chwili okazało się, że zza moich pleców. Nie umiałem ocenić, z jakiej odległości. Skądś, z głodnej ciemności.

– Dudziarzu! Jamesie Morganie!

Zacząłem wpatrywać się w ciemność, uwolniony od widoku płonącej Nauli przed oczami.

– Dudziarzu, jeśli kochasz zielne dziewczę, podejdź.

Mój żołądek nieprzyjemnie się zacisnął. Odwróciłem się i zobaczyłem feja, kucającego w ciemności, jakieś dwanaście metrów od ognia. Jego skóra była zielonkawa, co powodowało, że w ruchomym świetle ogniska wyglądał jak trup.

– Czego chcesz?

– Czy leanan sidhe nie powiedziała ci, abyś pilnował dziś dziewczyny? – Fej wstał, wykonując przeciągły i elegancki ruch, który wydał mi się wyjątkowo nieludzki. – Zabiją ją i koronują nowego króla umarłych z jej sercem, dudziarzu. Będzie władać nami i duchami, z mocą koniczynowej dłoni. Dla nas to będzie hańba. Dla ciebie i tobie podobnych piekło.

Obejrzałem się przez ramię na ognisko. Nadal widziałem Nualę, ciemny kształt wśród żarłocznych płomieni, a z drugiej strony postaci tańczących uczniów.

– Dlaczego mam ci zaufać? – zapytałem, ale tak naprawdę chciałem wiedzieć, dlaczego mam zostawić Nualę w płomieniach samą sobie, choć obiecałem jej, że będę patrzeć i wołać ją po imieniu. A teraz musiałem zaczynać od nowa, siedem razy z rzędu, tak jak powiedziała Eleanor, i patrzeć, jak płonie, od początku do końca.

Fej uśmiechnął się nieznacznie, pokazując w ciemności białe zęby.

– Już raz ocaliliśmy ci życie, nie pamiętasz, dudziarzu? Kiedy nas poprosiła, ocaliliśmy cię. Wymieniła życie Luke’a Dillona na twoje.

Moje serce zatrzymało się. Oddech także.

– Nie rozumiesz mnie, śmiertelniku. Oni odbierają jej moc. Będą mogli być wszędzie, robić wszystko. Dlatego ją zabijają. Myślałem, że ją kochasz.

Usłyszałem jeszcze jeden krzyk, tym razem gdzieś zza pleców feja. Znałem także ten głos. Za bardzo przypominał jej śpiew, by należeć do kogoś innego. Fej nie wzdrygnął się.

– Dudziarzu, nie rozmawiałbym z tobą, gdybym mógł się bez ciebie obejść.

– Potrzeba mi… jedną chwilę – poprosiłem. Odwróciłem się do ogniska. Nuala klęczała, zakrywając twarz dłońmi. Jej włosy i palce były czarne, ramiona drżały. To nie było fair. Dlaczego nie traciła przytomności? Dlaczego nie było dla niej litości?

– Amhrán-Liath-na-Méine – powiedziałem. Nuala zadrżała tak bardzo, że aż ja to zobaczyłem. – Amhrán-Liath-na-Méine. – Zwinęła palce i przycisnęła pięści do twarzy. – Amhrán-Liath-na-Méine – szepnąłem jej imię jeszcze cztery razy, i za każdym Nuala zawodziła z bólem, straszliwie.

Gdybym tylko mógł pogodzić jedno z drugim. Dlaczego tak długo płonęła? Usłyszałem za sobą kolejny krzyk, pełen bólu, podobny do krzyku Nuali. To był głos Dee. Musiałem podjąć decyzję.

Wiedziałem, że muszę ratować Dee. Ona była ważniejsza. Nawet jeśliby nie była Dee, miała moc i mogła uczynić fejów potężnymi. Nie było wątpliwości, dlaczego Eleanor powiedziała mi, jak zatrzymać wspomnienia Nuali. Była pewna, że ja zostanę z Nualą, aby patrzeć, jak płonie, zamiast się wtrącać w Ich sprawy.

I miała rację. Pragnąłem Nuali. Boże, jak bardzo jej pragnąłem!

W porównaniu z tym uczuciem moje zauroczenie Dee wydawało się takie głupie. Ale żeby mieć Nualę, musiałem zostać i poczekać, aż zniknie po niej ostatni ślad. Wtedy będzie za późno dla Dee.

Ratować Nualę czy ratować świat?

Gdybym sprawił zawód tylko sobie, a nie sobie i Nuali.

Najgorsze było to, co Nuala zrobiła na końcu – odjęła ręce od twarzy dokładnie w momencie, w którym mogła zobaczyć, jak ją zostawiam.


James

W filmach bohaterowie zawsze wiedzą, co robić. Mają świadomość, że przeszkody są prawie nie do pokonania, ale wiedzą na czym stoją: mają karabiny, mnóstwo amunicji i szalony plan wykorzystujący sztuki walki i system dźwigni. W prawdziwym życiu maszy ścisk w żołądku, górę adrenaliny i ogólne pojęcie co do tego, gdzie właśnie dzieje się katastrofa. Wszechświat zaś się śmieje i mówi nam: „Jasne, próbuj, mały”.

Życie jest do niczego.

Fej przy ognisku patrzył w kierunku Kolegium Brigid, dlatego pobiegłem w tamtą stronę. W głowie kłębiły mi się różne słowa, błagając o zapisanie na rękach: „ogień”, „zdrada”, „wracaj do niej”, ale odpychałem je i starałem się skupić na bolesnym od zimnego nocnego powietrza oddechu.

Przy ognisku koło parkingu pod Kolegium Yanceya zastałem Sullivana. W pomarańczowym świetle płomieni wiązał małe gałązki za pomocą czerwonej wstążki. Ogień pluł w naszą stronę iskrami.

– James! Myślałem, że jesteś z… – Zamilkł, czym zasłużył na moją dozgonną wdzięczność.

– Ja… pan… musi… iść… ze mną. – Naprawdę brakowało mi tchu. Nie zapytał, dokąd mamy iść.

– Do Brigid. Coś się dzieje w Brigid. – Walczyłem o oddech.

– W Brigid jest pusto. – Sullivan wskazał na budynek. Okna były ciemne. Do gmachu nie docierało światło ognisk. Wyglądał nawet bardziej obskurnie i samotnie ze swoim kudłatym niekoszonym trawnikiem. – Zawsze zamykają go na Halloween.

Pokręciłem głową.

– Wiem od kogoś w kolorze zielonym. Czy Oni mogą wybierać króla umarłych?

Sullivan patrzył na mnie przez długą milczącą chwilę.

– Chodźmy – powiedział.

Wcisnął mi w dłoń gałązki i ruszył biegiem. Poły jego czarnego płaszcza powiewały w powietrzu. Pobiegłem za nim, tupiąc głośno najpierw na chodniku, a potem po zmarzniętej, skoszonej trawie, zostawiając ogniska w dali za sobą. Poczułem, w którym dokładnie momencie wydostaliśmy się z ich blasku. Powietrze wokół nas zamarzło, a grunt pod nogami zrobił się pochyły.

– To ich odstrasza, nie upuść! – zawołał Sullivan; uświadomiłem sobie, że miał na myśli gałązki. – Pośpiesz się!

Teraz gnałem już przez nieskoszoną trawę. Tuż obok coś wrzasnęło i zobaczyłem przed sobą wielkie, czarne, aksamitne oczy. Pomachałem gałązkami w ich stronę, to coś znowu wrzasnęło, brzmiąc podobnie do Nuali, i znikło. Na wprost zobaczyłem sylwetki tańczące wokół Sullivana, raz bliżej, raz dalej od niego.

Byłem kilka metrów przed budynkiem, kiedy naprzeciw mnie wyrosła jakaś postać. Zamachałem w tył rękami, żeby nie upaść. Była mała, jasna, głodna.

Linnet.

– Boże – powiedziałem, cofając się i potykając. – Pani nie żyje.

Unosiła się tuż nad ziemią. Kiedy minął pierwszy szok spowodowany tym odkryciem, popatrzyłem na nią jeszcze raz, nie rozumiałem, jak udało mi się ją rozpoznać. Nie przypominała siebie. Była chmurą bladego jadowitego gazu, lepkiego i obmierzłego.

– Nie mieszaj się do spraw, których nie rozumiesz – syczała Linnet. – Wracaj do ognisk. Zostaw to tym, którzy wiedzą.

Usłyszeć takie słowa od kobiety, która postawiła mi pałę z angielskiego!

– Wkurzasz mnie – odpowiedziałem, wyciągając różdżkę.

Nie miała już właściwie twarzy, ale wydała dźwięk przypominający pełen pogardy śmiech: „Udajesz tylko”.

Sullivan pociągnął mnie za ramię i zakrył połą płaszcza.

– Ale ja nie udaję. To wiele wyjaśnia, Linnet. Mam szczerą nadzieję, że zgnijesz w piekle. – Popchnął mnie kilka kroków do drzwi i wskazał na swój płaszcz. – Miałeś być ubrany na czarno, James.

Budynek, ciemny i cichy, nadal wyglądał tak, jakby był pusty.

Staliśmy przed czerwonymi drzwiami. Jedynymi czerwonymi drzwiami w kampusie. Jakimś sposobem w mojej głowie pojawiła się wizja, w której przeniosłem się znów do kina, gdzie Nuala powiedziała mi, że każdy czerwony przedmiot w „Szóstym zmyśle” stanowi ostrzeżenie przed obecnością czegoś nadprzyrodzonego w danej scenie.

Strąciłem z siebie połę płaszcza Sullivana i położyłem rękę na drzwiach. Poczułem, jak po całym ciele przechodzą mi ciarki.

Pchnąłem drzwi.

– James! – zawołała Eleanor. – Jestem bardzo zawiedziona twoją obecnością tutaj. Miałam wielką nadzieję, że prawdziwa miłość zwycięży.

Po chwili udało mi się ją zlokalizować w pomieszczeniu przepełnionym fejami. Składane krzesła stały w nieładzie, a pod jedną ze ścian widać było stosy kwiatów.

Przed nami leżały dwa ciała o zielonkawych twarzach i rękach.

Eleanor stała obok sceny w sukni z pawich piór. Uśmiechnęła się do mnie miło. Rękawy miała podciągnięte, szerokie strugi czerwieni spływały jej po ramieniu od dłoni, plamiąc krawędź mankietu.

W dłoni trzymała serce. Wciąż biło.

Zapomniałem, że za mną stoi Sullivan. Zapomniałem o wszystkim oprócz krzyku Dee.

– Jeśli to jest serce Dee – powiedziałem, przestępując jedno z zielonych ciał – to będę bardzo zły.

Fejowie, z których kilkoro miało przy pasach kościane noże, rozstąpili się, przepuszczając mnie, gdy szedłem przejściem między rzędami, i patrzyli na mnie z zaciekawieniem.

Niektórzy uśmiechali się i wymieniali spojrzenia.

– Nie bądź głupiutki – powiedziała Eleanor. – To jego. Wykonała lekceważący gest w stronę sceny, która znajdowała się z tyłu za nią. Pośrodku usypanego z jakiegoś pyłu kręgu leżał jej martwy małżonek, jęcząc i zginając się w łuk. W jego klatce piersiowej ziała wielka rana, z której sączyła się ciemna krew. Nie chciałem sprawiać Eleanor satysfakcji wywołanym przerażeniem, więc zacisnąłem szczęki i spojrzałem znów na nią.

– Taa. Wygląda, jakby świetnie się bawił. Gdzie Dee?

Eleanor uśmiechnęła się tak ślicznie, że w oczach aż mi zamigotało. Odgarnęła swoje blade włosy z twarzy, pozostawiając krwawą smugę na policzku, i wskazała pod swoje nogi. Rozpoznałem skulone ramiona Dee i jej ciężkie buty.

Królowa wzruszyła ramionami.

– Wyświadczamy jej przysługę. Nie znosi zbyt dobrze stresu. Jak tylko Siobhan wyjęła Karre’owi serce, Deirdre zwymiotowała mi prosto na buty. – Eleanor wskazała sercem na zielone pantofelki porzucone pod krzesłem. – Niestety, musiałam poprosić Padraica, żeby łupnął ją w głowę, by się trochę uspokoiła.

Feja o białych lokach, pokrywających całą jej głowę, spojrzała na mnie i zapytała:

– Czy teraz mam go zabić, wasza wysokość?

– Siobhan, jakżeś krwiożercza. Jesteśmy łagodną rasą – rzekła Eleanor. Ponownie popatrzyła na mnie. W sercu, które trzymała na dłoni, lekko zabulgotało. – Drogi dudziarzu, czemu nie wrócisz do ogniska, do swej ukochanej? Bardzo jestem ciekawa, jak ci się powiedzie.

– Ja także – odparłem. – Taki mam zamiar. Kiedy tylko oddasz mi Dee, tak właśnie uczynię.

Na scenie małżonek Eleanor wydał jęk nieznośnego bólu. Pokrwawionymi palcami zakrył swoją twarz.

– Już niedługo, mój piękny. Cernunnos wkrótce tu będzie – powiedziała. – Bądź łaskaw poczekać odrobinę, prawie z nią skończyłam – dodała, zwracając się do mnie. – Siobhan, będzie mi znowu potrzebny ten nóż.

Dee u jej stóp jęknęła i przewróciła się na plecy, przykładając dłoń do głowy. Eleanor z sercem w jednej ręce i nożem w drugiej skinęła na Siobhan, a białowłosa oparła stopę o ramię Dee.

Rzuciłem się na feja stojącego obok, chwytając za nóż, który miał u boku. Zanim Siobhan zdążyła zareagować, stałem przy Eleanor, przyciskając jej nóż do gardła. Na skórze poczułem niemal bolesne ciarki.

– Co za głupota – rzekła. – I co teraz zrobisz?

Fejowie szeptali między sobą niskimi melodyjnymi śpiewami.

– Lepsze pytanie brzmi – powiedziałem, trzymając nóż tak pewnie, jak tylko potrafiłem mimo silnych dreszczy – co ty teraz zrobisz?

– Staram się podjąć decyzję, czy powinnam zabić cię szybko, czy powoli – syknęła Eleanor. – Wolałabym to drugie, ale nie mam niestety zbyt wiele czasu na wycięcie serduszka ślicznej Deirdre, zanim przybędzie Cernunnos. Więc chyba jednak to pierwsze.

W gardle miałem dziwne ssanie, czułem, że ona nie blefuje.

– A jeśli poproszę cię, byś go oszczędziła?

Wszyscy fejowie w pomieszczeniu zamilkli. Eleanor spojrzała w stronę drzwi na idącego, między rzędami Sullivana. Zatrzymał się kilka metrów od nas. Nie spieszył się zbytnio.

Odkąd Sullivan powiedział nam, że kiedyś był z Eleanor, zawsze zakładałem, że to on uciekł od niej. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że ona mogła go porzucić.

– Patrick – powiedziała królowa zmienionym głosem. – Proszę, wyjdź.

– Obawiam się, że nie mogę. James jest wprawdzie wyjątkowo irytujący, ale nie chcę patrzeć, jak umiera.

– Owszem, jest irytujący – przyznała Eleanor. Mówiła, jakbym nie trzymał jej noża na gardle, a jej obecny mężczyzna (czy był nadal obecnym z tą dziurą w piersi?) nie zwijał się na scenie. – I bardzo impertynencki.

Sullivan przechylił głowę w geście zgody.

– Poza tym będę potrzebował także mojej uczennicy.

Eleanor delikatnie zmarszczyła brwi. Był to najśliczniejszy grymas, jaki widział świat. Poczułem ciężar bólu, jaki sprawił.

– Nie proś mnie o nią. Dam ci tego idiotę. Pozwolę wam odejść. Ale nie proś mnie o to, czego nie mogę dać.

– Nie chcesz dać – odrzekł Sullivan równie zmienionym głosem. – Zawsze chodzi o to, że nie chcesz. Chodzi o priorytety.

Rozmawiali tak, jakby byli zupełnie sami w pomieszczeniu.

– Priorytetem są dla mnie poddani. Nie mów mi, że nie rozumiesz, Patricku Sullivanie. Sam też przyszedłeś tu nie w swojej sprawie, ale ze względu na swoich uczniów. Ja pragnę swobody dla mych elfów.

– Za niewielką cenę życia dwojga śmiertelników – łagodnie dodał Sullivan.

Głos Eleanor trzaskał od mrozu.

– Nie próbuj mnie uczyć. Czy choć drgnąłeś na myśl o tych dwóch ciałach, nad którymi przeszedłeś po drodze? Nie sądzę, bo to nieśmiertelni, czy tak?

Opuściłem wzrok na Dee. Leżała na plecach, na jej prawym policzku ciemniał siniak, jej oczy patrzyły na mnie. Zupełnie nieprzytomne. Wiedziałem, co potrafi. Gdyby chciała, mogłaby nas stąd teleportować.

– Jeśli tak myślę, to tylko dzięki temu, że uczyłem się od najlepszych – powiedział Sullivan. – Jak na zagrożony gatunek bardzo łatwo zabijacie pobratymców.

– Oni nie są najłatwiejszym ludem do rządzenia – odcięła się Eleanor. – Ciekawi mnie, jak ty byś sobie poradził?

– O ile sobie przypominam, sugerowałem pewne rozwiązania, które mogły się dobrze sprawdzić.

Eleanor odsunęła się od mojego noża, aby móc lepiej piorunować wzrokiem Sullivana.

– Sprawdziłyby się dobrze, gdybym miała dodatkową parę rąk do pomocy przy ich realizacji.

– Byłem więcej niż chętny do odegrania tej roli. Znałem ryzyko.

Eleanor odwróciła wzrok ze wściekłą miną.

– Nie byłam gotowa zapłacić takiej ceny.

– A na taką cenę jesteś gotowa? – zapytał Sullivan.

Eleanor znów spojrzała na niego.

A potem usłyszałem wyraźne: „Puk”!

Nie zrozumiałem, co to było, aż zobaczyłem za Sullivanem Delię. Cholerną wszechobecną złą ciotkę Dee. Przekroczyła trupy dwojga fejów u drzwi. W jej ręce zobaczyłem bardzo mały pistolet, który wyglądał jak zabawka.

Sullivan bardzo ostrożnie przyłożył rękę do brzucha i zatoczył się powoli na jedno z krzeseł. Zamknąłem oczy, ale nie zmieniło to tego, co już zobaczyłem.

Upadł na kolana, opierając się rękami o ziemię, i zwymiotował krwią i kwiatami.

– Nie wierzę własnym oczom. To ja jedyna mam tutaj kręgosłup? – powiedziała Delia. – Siedzę od dwóch tygodni w hotelu i każdy wieczór spędzam zapracowana po łokcie z martwymi fejami. Wytnij jej serce, zanim szlag mnie trafi.

Temperatura głosu Eleanor sięgnęła absolutnego zera.

– Najlepszego konia z rzędem temu, kto przyniesie mi lewe oko tej kobiety.

W pełni się zgodziłem.

– Czekaj! – szczeknęła Delia, kiedy wszystkie ręce w pomieszczeniu sięgały właśnie po noże. – Jasne, możesz mi wyjąć oko, ale chyba powinnaś wyciąć coś innego, jej serce. Jest prawie jedenasta. Co zrobisz, jeśli on tu przyjdzie, a jej serce nie będzie w nim? – Pokazała na małżonka królowej leżącego na scenie.

Przykucnąłem, ciągnąc Dee za ramię i siłą podciągnąłem ją na swoje nogi. Eleanor i Delia tylko spojrzały na mnie. Delia ze swoim pistoletem odgradzała mnie od drzwi, a Eleanor i to całe jej „wudu” odgradzało mnie od wszystkiego.

– Czemu się nie ratujesz? – syknąłem do Dee. W lecie było więcej fejów, ja prawie nie żyłem, a ona jakoś się wywinęła. Teraz Nuala płonęła w samotności, Sullivan wykrwawiał się na podłodze, a Dee nie ruszała palcem, żeby to powstrzymać.

Dziewczyna jednak, zamiast do mnie, zwróciła się do Delii.

– Co ja ci takiego zrobiłam? – Miała zachrypnięty głos, jak od śpiewania albo krzyku.

Delia pokręciła głową i przybrała minę wyglądającą jak karykatura niedowierzania, jakby nie mogła pojąć, że Dee w ogóle o to pyta.

– Chcę tylko twojego głosu, kiedy będzie po tobie.

– Wasza wysokość – odezwała się Siobhan – nie ma czasu. Wytnij jej serce, daj je Karre’owi i koronuj go na króla.

Usłyszałem w głowie pieśń zbliżającego się cierniowego króla. Tylko zamiast: „Wzrastajcie, powstańcie, chodźcie”, słowa brzmiały teraz: „Przybywajcie, jedzcie, pożerajcie”.

Eleanor spojrzała na Siobhan i skinęła głową.

Potem wszystko zaczęło się zlewać ze sobą. Siobhan dała susa w stronę Dee, wyciągając rękę, jakby chciała złapać ją za ramię, w drugiej trzymała nóż. Dee skrzywiła się, patrząc na ostrze skierowane prosto w jej serce. Machnąłem ramieniem, waląc jego zewnętrzną stroną w twarz Siobhan.

Feja zawyła – zaskakująco wysoko – i zatoczyła się do tyłu, upuszczając nóż, który ze stukotem upadł na podłogę. Zalewały ją kwiaty albo raczej jej twarz rozpadała się na kwiaty.

Eleanor cofnęła się o krok, kiedy Siobhan, fala płatków, upadła do jej stóp. Wyglądała na wściekłą.

Spojrzałem na swoje ramię. Rękaw bluzy zsunął się, odsłaniając żelazną bransoletę na nadgarstku. Przyczepił się do niej pojedynczy żółty płatek. W końcu cholerny klamot na coś się przydał. Wyciągnąłem pięść w stronę Eleanor.

– Z tobą stałoby się chyba to samo?

Wyglądała na porządnie wściekłą.

– James! – zawołał Sullivan spomiędzy rzędu siedzeń. Jego głos brzmiał tak… mokro. Starałem się o tym nie myśleć. – Lewa sceny!

Oczywiście. Wyjście z tyłu sceny. Złapałem rękę Dee i pociągnąłem ją po schodach, idąc bokiem, by mieć oko na Eleanor. Pieśń Cernunnosa brzmiała dla mnie ogłuszająco. Czas się wycofać.

– Nie robiłabym tego – szczeknęła Delia, patrząc na nas. – Tu mam dużo nabojów. I nie zawaham się kogoś zastrzelić.

Eleanor złożyła delikatnie ręce przed sobą i poprawiła ją, mówiąc lodowatym głosem:

– Kogoś jeszcze. – Odwróciła wzrok w stronę czegoś w przejściu. – Patrick, zakryj głowę płaszczem.

Ledwo zdążyłem zrozumieć, o co jej chodzi, kiedy otworzyły się drzwi wejściowe. Przez chwilę zalegała cisza i wyczuwało się niesamowite straszliwie zimno. Nasze oddechy zakłębiły się w powietrzu.

A potem umarli zaczęli wlewać się tłumem do środka. Biegli po ścianach, trzepotali w powietrzu jak ćmy, rzucając szalone cienie na podłogę i krzesła. Czuć było od nich siarką i mokrą ziemią. Wraz z nimi wdarł się hałas: ostre krzyki, bulgoczące wołania, gardłowy śpiew. Odbijali się od fejów, jakby ci byli kamieniami. Ale kiedy zobaczyli Delię, odgłosy zabrzmiały bardziej niecierpliwie.

Delia obróciła się, ale zdążyła jeszcze wystrzelić, zanim na nią napadli. Zniknęła pod ciężarem dotykalnej ciemności i jeśli wydała jakiś dźwięk, nie usłyszałem go przez wrzaski.

Wtedy umarli zauważyli nas.

– Dee – powiedziałem. – Zrób coś. Wiem, że potrafisz.

Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Poznałem to spojrzenie. To było coś takiego, jakby jej wewnętrzny system przeładował się i wyświetlał teraz mały komunikat o przeciążeniu. Widząc to teraz, zrozumiałem, że zmierzała do tej chwili – poddania się – już od dawna. Zastanowiło mnie, że do tej pory tego nie zauważyłem, aż do teraz, kiedy było już za późno.

Umarli ruszyli przez rzędy krzeseł, wpełzali oknami, wbijali szpony w krawędź sceny. Z Delii pozostała na podłodze trzeszcząca wierzgająca kupka. Schwyciłem Dee za ramiona i spojrzałem jej prosto w oczy.

– Dee, zrób to dla mnie. Jesteś mi coś winna. Wiesz, że jesteś mi coś winna.

Jej oczy były utkwione we mnie i prawie widziałem, jak przetwarza moje słowa. Czekałem, aż coś zrobi – odrzuci umarłych na drugą stronę sali, wezwie pomoc niebios, zrobi cokolwiek. Ale wzięła mnie tylko za ręce i się odsunęła.

W momencie kiedy umarli wdzierali się na scenę, zauważyłem, że jednym krokiem przestąpiliśmy właśnie ciemny krąg z małżonkiem Eleanor. Umarli wirowali wokół, mijając nas w pędzie, tworząc dziwne formy, jakich wcześniej raczej nie widziałem. Dee pociągnęła mnie za ręce, żebym przedszedł jeszcze dalej od pylistej granicy kręgu.

U naszych stóp leżał nieruchomo małżonek Eleanor. Jego oczy były otwarte i szkliste. Pomyślałem, że nie żyje, ale zamrugał. Bardzo powoli.

Na świecie nie istniało nic oprócz ciemnego kręgu. Liczba mieszkańców: troje. Troje ludzi uszkodzonych, każde w zupełnie inny sposób.

Nasz świat był niemy.

Umarli wirowali wokół kręgu, nie zbliżając się, ale też nie oddalając się od niego. Byli ciemni niczym burzowa chmura.

Cernunnos wyłonił się spośród nich.


James

-Niebiańska Eleanor, nie powiedziałaś prawdy.

Cernunnos obszedł nasz krąg. Jak umarli, nie zbliżał się, ale także nie oddalał. W tym sensie był nawet bardziej przerażający, kiedy stał na scenie, gdzie ja wygłaszałem swoje kwestie, kroczył obok fortepianu, przy którym siadaliśmy z Nualą. Nie pasował do tego miejsca. Cernunnos odwrócił swoją rogatą głowę w stronę kręgu. Widok jego oczu wstrząsnął mną. Puste czarne źrenice otoczone jaskrawoczerwoną linią, a w nich wymieszana przyszłość, przeszłość i teraźniejszość. Patrzenie w jego oczy było jak tonięcie. Jak upadek. Jak patrzenie w lustro. Zamknąłem na sekundę oczy.

– Mówię tylko prawdę – powiedziała Eleanor lekko rozdrażnionym głosem. – Tylko tak potrafię.

– Obiecałaś mi następcę. – Cernunnos spojrzał w krąg. Miałem poczucie, jakby patrzył tylko na mnie. – Nie troje następców.

Eleanor podniosła serce królewskiego małżonka.

– Cóż, nieco straciłam panowanie nad sytuacją. – Spojrzała na mnie i wydęła wargi. – Nie sądzę, abyś pozwolił nam uporządkować sprawy.

– Sprawy mają się, jak się mają – rzekł Cernunnos. – Krąg został zamknięty. Oto jestem. Wewnątrz jest troje, i nic się nie zmieni, aż wybiorą następcę.

Eleanor zamknęła oczy i ponownie je otworzyła.

– Dobrze zatem.

– Jam jest królem zmarłych. Jestem dzięki nim, a oni są dzięki mnie. Zapracowałem sobie na me królestwo. Powiększyłem szeregi zmarłych, nim do nich dołączyłem. Czy ci troje są godni? Kto z umarłych za nich poręczy? – zawołał Cernunnos.

Umarli poruszyli się, zawirowali, zmienili miejsca. Przed nami pojawiła się jakby ciemna smuga, z której wydobył się głos Siobhan:

– Zginęłam z ręki dudziarza.

Skrzydlaty krabokształtny stwór przepełzł przez rzędy krzeseł. Jego czerwone oczy skrzyły jak lampki w ciemnym czerepie:

– Zginąłem z ręki królewskiego małżonka.

Dee zamknęła oczy i oparła czoło o moje ramię.

Przypłynęła jadowita chmura, którą dawniej była Linnet:

– Zabiła mnie koniczynowa dłoń.

Poważnie myślałem, że to kłamstwo. Ale okłamywać Cernunnosa? Brzmiało to głupio, nawet jak na kogoś, kto już i tak nie żył.

– Czy to prawda? – zapytałem szeptem Dee.

Potrząsnęła głową.

– Oszukali mnie. Wiedzieli, że muszę kogoś zabić, aby to zadziałało. Chcieli tylko mojego serca, dla niego.

Spojrzałem na Karre’a, na błyszczące krople potu na jego czole, zdając sobie nagle sprawę z tego, co chciała uzyskać Eleanor.

Wyobraziłem sobie, co by było, gdyby miała małżonka będącego jednocześnie zielnym człowiekiem i królem umarłych: fejowie staliby się sojusznikami tej niszczącej siły, która zgładziła Delię. Mogliby się przemieszczać dowolnie. Nagle dostrzegłem, co to za siła przyciągnęła fejów do mojego ogniska.

– A więc wszyscy jesteście godni – rzekł Cernunnos. – Tyle że władcą może być tylko jedno z was. – Jego wzrok zatrzymał się na Dee. Poczułem lodowaty dreszcz.

– Dlaczego potrzebujesz następcy? – wypaliłem nagle.

Rogata głowa odwróciła się powoli ku mnie:

– Jestem znużony, dudziarzu. Pragnę porzucić to zajęcie. Minęło wiele stuleci, odkąd stałem w takim samym kręgu.

– I od twojego wyboru zależy, kto cię zastąpi? – dopytywałem. – Ktoś, kto zostanie wepchnięty lub wpadnie w ten krąg, będzie miał na tyle siły, by nimi władać? – Wskazałem na wręcz kipiące od ruchu wokół kształty.

– Mój następca nauczy się tego – odpowiedział Cernunnos niezmienionym głosem, bez gniewu czy pasji. – Tak jak ja. Wiele pokoleń zajmie mu odkrycie tego, co ja odkryłem.

– Sądzisz więc, że wszyscy się nadajemy? – Wskazałem na Karre’a. – On? Ile może mieć rozumu, skoro przybywa tutaj już jako trup? A Dee? – Odsunąłem się od niej, mierząc ją wzrokiem. – Ona nie może nawet myśleć o tym, że kogoś zabiła.

– A ty? – rzekł Cernunnos.

– Ja? – Pokazałem mu moje zapisane ręce. – Ja nie mogę zapanować nawet nad sobą, a co dopiero nad legionem umarłych. Jestem małym cwaniaczkiem, którego obchodzi tylko czubek własnego nosa. Zapytaj kogokolwiek, każdy to poświadczy.

Cernunnos przechylił swoją ciernistą głowę w moją stronę.

– To nieprawda, dudziarzu. Wiem, co kryje twoje serce. I dlatego swą koronę przekazuję tobie.

Zapadła cisza. Nic. Opuściłem ręce. Jego pieśń buczała w mojej głowie, czułem jego martwotę, jego obcość, jego starą mroczną gorycz, czułem, jak to wszystko mnie opływa.

– Nie… – szepnęła Dee. – Nie ty, James. Już dość dla mnie zrobiłeś. – Spojrzała na Cernunnosa. – Weź mnie.

Cernunnos pokręcił głową:

– Nie, zielne dziewczę. Dudziarz rzekł o tobie prawdę.

– Weź więc mnie – zaproponował Sullivan. Odwróciłem się, widząc, jak powoli szura w stronę kręgu, wciąż przyciskając dłoń do boku i spływając krwią.

– Liczba głów w kręgu nie może się zmieniać. – Sprzeciwił się Cernunnos.

– Nie może, aż zostanie wybrany następca – powiedział Sullivan. Przestąpiłem w pośpiechu małżonka królowej, aby Sullivan mógł się o mnie oprzeć. Spodziewałem się, że odmówi, ale oparł się ciężko. Ruch spowodował, że więcej krwi zaczęło wypływać spod jego palców, po jego żelaznym pierścieniu. – Dokonałeś wyboru, a ja jednak tu jestem. Nikt nie powiedział, że nie możesz zmienić zdania. Zmień je. Weź mnie.

Spojrzenie oczu z czerwoną otoczką zatrzymało się na nas.

– Czemu miałbym zmienić zdanie, paladynie?

– Bo jestem wszystkim, czym jest James, tylko że ja umieram.

– Czy wśród zmarłych jest ktoś, kto za ciebie poręczy?

Sullivan milczał długą chwilę, a potem skinął głową.

Spoza kręgu uniosła się powoli ciemna schylona postać, wciąż strzelająca iskrami gniewu. Stojąca u boku małżonka królowej Dee drgnęła.

– Ja ręczę za niego – wycedziła Delia. – Ukradł mi różdżkę. Zginęłam z jego ręki.

Sullivan sięgnął drżącą ręką do kieszeni i wyciągnął trzy gałązki związane czerwoną wstążką, taką samą, jak ta, którą mi dał. Poobracał ją raz i drugi przed obliczem Cernunnosa, jakby chciał udowodnić, że naprawdę była różdżką Delii.

Nie wiedziałem, czy chcę, by Cernunnos zmienił zdanie. Nie chciałem, żeby Sullivan umierał, ale nie chciałem też dla niego tego losu. Chciałem, żeby to się skończyło i żeby wrócił do normalnego życia mimo dotyku fejów. Chciałem, żeby udowodnił, że tak można.

Sullivan u mego boku zatrząsł się, potykając, i zawisł na mnie. Starałem się utrzymać pion i odwróciłem twarz do króla cierni.

– Cernunnosie, proszę, zrób coś.

– Paladynie – rzekł Cernunnos do Sullivana. – Jesteś moim następcą. Mianuję cię królem umarłych. Jesteś dzięki nim, a oni są dzięki tobie. Jesteś…

Kiedy Cernunnos mówił, Dee odciągnęła mnie do tyłu, dalej od Sullivana. Musiałem przeskoczyć Karre’a, by się o niego nie potknąć.

– Puść! – powiedziałem wściekłym tonem, ale zaraz potem zauważyłem, dlaczego mnie odciągała. Sullivan ciemniał, wchłaniając w siebie światło.

Wyciągnął ręce na boki, a poły jego ciemnego płaszcza na przemian zwijały się i rozpościerały. Pochylił głowę. Usłyszałem w swoim umyśle, jak Cernunnos gorączkowo zawodzi pieśń, i zrobiło mi się niedobrze. Nie chciałem widzieć, jak z włosów Sullivana wyrastają cierniste rogi.

Ale nie wyrosły. Odsuwaliśmy się coraz dalej od niego, odchodził nawet sam Cernunnos, dając Sullivanowi miejsce, patrzyliśmy, jak stoi z rozpostartymi ramionami i schyloną głową. Potem pojawiły się w okamgnieniu ogromne ciemne skrzydła. Podniósł głowę i otworzył oczy.

Nadal miał swoje oczy.

Wypuściłem z płuc powietrze, które bezwolnie powstrzymywałem.

Za plecami Sullivana Cernunnos przerwał krąg z popiołu, zacierając jego obrys stopami. W momencie, kiedy prochy rozsypały się pod jego stopą, umarli ruszyli na nas. Każda ciemna sylwetka znajdująca się w pomieszczeniu pełzła, frunęła lub zataczała się w stronę wyrwy w kręgu. Z Delią na czele.

Sullivan powiedział bardzo cicho:

– Stać.

Posłuchali.

Odwrócił się do mnie.

Starałem się nie patrzeć na jego skrzydła.

Jasny gwint.

– James – odezwał się bardzo dziwnym kamiennym głosem. – Zabierz Deirdre i wracajcie do ognisk. Nikt was nie tknie. – Przy ostatnich słowach spojrzał na Eleanor. Jej ściśnięte wargi ułożyły się w malutkie odwrócone „u”.

– Jak chcesz.

Widziałem, jak Cernunnos schodzi po schodach i kieruje się do drzwi. Pozbył się swego brzemienia, dla niego chyba wszystko dobiegło końca. Kto wie, dokąd się wybierał albo skąd przybył. Może był kiedyś facetem, takim jak ja czy Sullivan.

– Panie Sullivan… – powiedziałem, przenosząc wzrok ze skrzydeł na jego twarz.

– Pośpiesz się – uciął. Zabrzmiał zupełnie jak Sullivan, którego znałem. – Jest Halloween, a ja jestem królem zmarłych. Nie chcę cię zabić. Idź.

– Dziękuję – powiedziałem i tym razem nie poczułem się w żaden sposób dziwnie.

Złapałem Dee za rękę i pobiegliśmy razem.


James

Kiedy opuściliśmy budynek, zobaczyłem, jak ucieka nam czas. Obietnica świtu żarzyła się słabo nad horyzontem ponad parkingami, chociaż pozostała część nieba wciąż była ciemna. Noc umarłych miała potrwać jeszcze tylko kilka godzin. Spojrzałem natychmiast w stronę Sewarda i ogniska, tam gdzie zostawiłem Nualę.

Jej ognisko biło płomieniami w niebo. Nie widziałem jego podstawy, tylko złote pasma snujące się od szczytu tak wysoko w powietrze, że odbijały się na chmurach. Ogień śpiewał:

Jeśli choć na chwilę odnajdziemy dom

Złoty blask wystrzeliwał nad dachami internatów jak neon, wypalając na moich oczach wzór swojego tańca.

Piękna kakofonia, cukier na mych ustach, tańczę do upadku

Słowa frunęły w powietrzu jak iskry. Nie wiedziałem, czy słyszą je wszyscy, czy tylko ja. Nie znałem ich znaczenia. Były wplątane w muzykę.

By ciało rozerwać na strzępy

Muzyka była niczym tysiąc splecionych melodii, smutnych i pięknych, wspinających się w niebo jak te złote smugi.

Tak właśnie chcę

Puściłem dłoń Dee. To była nasza melodia, ta, którą napisaliśmy z Nualą w kinie. A potem usłyszałem jej piosenkę, tę, którą zagrałem jej na pianinie:

Tak daleką już drogę przebyłem

Upadam, upadam

Zapominam, czym kiedyś byłem.

Wszystko to, czym była Nuala, wystrzeliwało w niebo przepiękną niebosiężną kakofonią, aby dostać się tam na czas i ocalić jej szczątki.

Przepchnąłem się przez tłum uczniów – w końcu to tylko młodzież, żadnych fejów ani magii – i minąłem fontannę. Nad ogniskiem nie było widać nieba. Przysłaniał je gmach internatu. Okrążyłem róg budynku, czując kolkę w boku, nie mogłem złapać tchu.

Zastygłem.

Nie wiedziałem, czego się spodziewać: Nuali, ciała, czegokolwiek. Nie… niczego.

Węgle na środku ogniska na tyłach Kolegium Sewarda wciąż się tliły, choć właściwie tam, gdzie wcześniej buchały płomienie, teraz leżał szary popiół. Nie było żadnego śladu wielkiego złotego wybuchu, jaki widziałem pod Brigid.

W miejscu, gdzie stała Nuala, była tylko węglowa maź.

Wiatr porywał popiół i unosił w wirach wpadających mi w twarz, tworząc wzory z jego drobinek.

Nie było tam niczego. Zupełnie nic.

Widziałem tylko jej twarz, kiedy zobaczyła, jak odchodzę. Na pewno myślała, że wybrałem Dee. Na pewno… Powoli osunąłem się w popiół na kolana, widziałem, jak pył przykleja się do moich dżinsów, i czułem, jak zapadają mi się weń stopy.

Przez falujące od gorąca żarzących się węgli powietrze zobaczyłem Paula z drugiej strony ogniska. Stał pod kolumnami Kolegium Sewarda i patrzył na mnie. Podeszła do niego Dee. Jej wzrok spoczął na mnie. Zamienili z Paulem kilka słów, nie odrywając ode mnie oczu.

Wiedziałem, że mówią o mnie. Nie obchodziło mnie to. Wiedziałem, że na mnie patrzą, ale to też miałem gdzieś.

Przycisnąłem dłonie do twarzy.

Zostałem w takiej pozycji.

Usłyszałem kroki. Ktoś kucnął koło mnie.

– James! – To był Paul. – Chcesz wiedzieć, co powiedział mi Cernunnos?

Nie otwierałem oczu. Westchnąłem tylko.

– Powiedział, że Nuala będzie musiała spalić się w tym ogniu.

Odsunąłem ręce od oczu. Poranne światło padało na twarz Paula.

– Powiedział tak? A wspomniał, że ja dam plamę?

Paul uśmiechnął się smutno.

– Tak. Powiedział, że odejdziesz bez względu na to, jak bardzo chciałbyś zostać, że dokonasz bolesnego wyboru. Powiedział mi jeszcze, że nieważne, co się stanie, kiedy ona wejdzie w ogień, ja muszę tu zostać. I patrzeć. Więc zostałem na ganku; stary, działy się tu straszne rzeczy, ale cały czas patrzyłem.

Oblizałem wyschnięte wargi. Smakowały popiołem.

– I?

– Od początku do końca – mówił Paul.

Patrzyłem na niego. Musiałem się bardzo starać, żeby nie drżał mi głos.

– Ale tu nic nie ma.

– Kazał mi kopać. – Paul spojrzał pod nogi.

– Ja pomogę – powiedziała Dee.

Nie zauważyłem wcześniej, że stała za Paulem. Spojrzałem jej w oczy i pokiwałem głową, nie mogąc wydusić z siebie słowa.

Zaczęliśmy kopać. Odsunęliśmy górną warstwę białego popiołu, suchą, zimną i martwą, a potem poparzyliśmy sobie palce o wciąż gorące węgle tkwiące głębiej. Kopaliśmy, aż Dee poddała się z powodu gorąca. Kopaliśmy dalej, aż poddał się Paul. Kopałem więc sam w gorącym sercu ogniska pod popiołem. Skóra mnie piekła i pokrywała się pęcherzami, kiedy rozgarniałem kruszące się dymiące kawałki popiołu i drewna.

Poczułem opuszki palców. I palce, długie i zgrabne, a potem jej dłoń, która chwyciła za moją. Paul złapał mnie za ramię, a następnie Dee złapała Paula. I tak właśnie, wspólnie, wyciągnęliśmy ją.

To była Nuala.

– Cholera jasna – powiedział Paul i odwrócił się, bo była pokryta popiołem i naga.

Spojrzała na mnie. Nie chciałem mówić: „Nuala”, bo jeśliby nie odpowiedziała, wiedziałbym na pewno, że mnie nie rozpoznaje.

Ściągnąłem bluzę przez głowę i podałem jej.

– Jest zimno – stwierdziłem.

– Jaki z ciebie bohater – odrzekła sarkastycznie Nuala. Ale wzięła bluzę i założyła ją. Sięgała jej do połowy uda. Zobaczyłem, że ma na nogach gęsią skórkę.

Zdałem sobie sprawę, że patrzy na Dee, która stała obok Paula i obserwowała nas. Kiedy Dee dostrzegła mój wzrok, odwróciła się i stanęła tyłem, tak jak Paul, jakby chciała zapewnić nam prywatność.

– Myślałam, że mnie zostawiłeś – szepnęła Nuala.

– Tak bardzo przepraszam – powiedziałem. Potarłem oko, walcząc z nagłą chęcią płaczu, i poczułem się głupio. – Mam popiół w oczach.

– Ja też – rzekła Nuala i przytuliliśmy się do siebie.

Za nami rozległ się głos Dee., a potem usłyszałem, jak Paul odpowiada jej z wahaniem:

– To długa droga, ale nie ma przed nami innej, co?

Miał rację.


James

Witam państwa! Nazywam się Ian Everett Johan Campbell Trzeci i ostatni. Mam nadzieję, że poświęcicie mi państwo chwilę uwagi. Chciałbym powiedzieć jedno: to, co dzisiaj zobaczycie, jest prawdą. Może was nie zachwyci, nie oburzy, nie wstrząśnie wami, ale bez cienia wątpliwości muszę powiedzieć: to wszystko prawda. I z tego powodu bardzo mi przykro.

Kolegium Brigid pękało w szwach: na każdym krześle gościł jakiś tyłek. Nawet na kolanach niektórych widzów siedziały dodatkowe tyłki. Przy wejściu stał jeszcze jeden rząd osób. Czerwone drzwi były otwarte, ludzie zaglądali do środka. Nie musieli robić tego zbyt długo – sztuka trwała jedynie pół godziny.

Tym razem wszystko wypadło jeszcze bardziej realistycznie, bo chmury przyśpieszyły nadejście mroku i publiczność siedziała w całkowitej ciemności. Scena była jedynym stałym lądem na świecie, a my jedynymi ludźmi na nim. Życie było tutaj metaforą, a my byliśmy prawdą.

Stanąłem przed publicznością, Ian Everett Johan Campbell, i wykonałem sztukę ze znikaniem Erica-Francisa. Widownia wstrzymała oddech. Efekt został osiągnięty tylko dzięki teatralnym reflektorom, ale robił niesamowite wrażenie. W końcu to była prawda. Widzowie wiedzieli, że magia istnieje.

Paul grał temat Nuali na oboju, kiedy zawołał mnie Wesley-Blakeley.

– Musisz sprzedać duszę – powiedział Wesley.

Uśmiechnąłem się do niego.

– Domyśliłeś się.

– Jesteś diabłem.

– Pochlebiasz mi – powiedziałem.

– Któż potrafi dokonać takich czynów? Któż, kto posiada duszę? – pytał Wesley. – Obrócić człowieka w nicość, kwiaty wydobyć ze skały? Sprawić, by obraz zapłakał?

Krążyłem wokół Wesleya. Sullivan kazał mi tak zrobić, kiedy przeprowadzaliśmy próbę z nim jako Blakeleyem, miałem zachowywać się arogancko i nadpobudliwie, bo taki właśnie był Campbell.

Dźwięki oboju Paula także wznosiły się szerokim echem, wspinając się ku przejściu w motyw, który zawsze mu nie wychodził, ten, który dla Nuali był tak ważny.

– Znasz odpowiedź. Nie chcesz tylko powiedzieć – szydziłem.

– To zbyt straszne. Nikt nie chce wiedzieć. A macie to przed oczami.

Dee jak zwykle siedziała pod ścianą. Przekonałem ją, by nie wracała do domu i naprawdę dała szansę szkole Thornking-Ash. Czekała ją jeszcze długa droga, ale robiliśmy z Paulem co w naszej mocy, by jej pomóc. I jak mógłbym pozwolić pojechać jej samej, wiedząc, że fejowie ją obserwują?

– Żartujesz ze mnie – powiedział Wesley. Na chwilkę przeniósł wzrok ze mnie na publiczność. Miał tak nie robić. – Co zatem czyni te wszystkie rzeczy? Cóż mam przed oczami tak oczywistego? Kto…

Nuala zaczęła gwałtownie gestykulować w stronę Paula, pokazując mu, by przestał grać. Paul dograł swoją ścieżkę tak idealnie, że z kolei ja przeoczyłem przejście.

– Wszyscy – powiedziałem trochę za wcześnie.

Wesley z rozdrażnieniem machnął ręką.

– A ja sądziłem, że powiesz prawdę. Jakby ciążyła ci prawda każdego twego dnia.

– To prawda, Blakeley! Najwięcej magii w sobie ma stworzenie ponure, zabójcze i zachwycające… – przerwałem. Moją uwagę przykuł ruch w rogu drzwi na samym końcu sali.

Ktoś zaglądał do środka, żeby się załapać na przedstawienie.

Tylko ten ktoś miał u ramion potężne czarne skrzydła, niknące w otworze drzwi. Nikt inny go nie zauważał, co nie było złe, bo podpowiadał mi moją kwestię: „…człowiek”, przybierając przy tym minę sugerującą, że robię z siebie idiotę.

Widzowie patrzyli i czekali, a ja stałem, gapiąc się na Sullivana z półuśmiechem na twarzy.

Miałem straszną gęsią skórkę.

– Spotkamy się jeszcze – powiedział Sullivan, którego nikt inny nie słyszał. – Przepraszam za to. Bądź gotów.

– Co takiego? – podpowiedział mi Wesley.

– Człowiek – rzekłem. – Najniebezpieczniejsza i najcudowniejsza z istot.


Nuala

Osłupia jaskrawość tego koca żółci,

Co świeci szaleńczo morzem jesieni

Kwiatów, dajcie kwiatów konającemu światu

Coroczna dlań stypa nadchodzi

Letnie ciepło za dnia lada dzień się zmieni,

W kąsające wzrastanie północnego chłodu

Długa noc z obietnicą ponurego plonu.

STEVEN SLAUGHTER, ZŁOTA MOWA[2]

Wspomnienie tego popołudnia, kiedy pierwszy raz ktoś powiedział mi „nie”, utkwiło w mojej głowie zadziwiająco głęboko. Do końca życia będę pamiętać każdy szczegół. Przegrzane wnętrze samochodu Jamesa i miękki dotyk podniszczonej tapicerki. Na zewnątrz liście w krzykliwych kolorach. Czerwonawy brąz dębów miał ten sam odcień co jego rudo-brązowe włosy. Ciężkie uczucie w gardle: gniew. Prawdziwy gniew. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz czułam gniew.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio nie dostałam czegoś, co chciałam mieć.

Dąsałam się, aż słońce zalśniło na czerwono tuż ponad linią drzew, a uczniowie wracali do internatów w dwu-, trzy- i czteroosobowych grupach. Niektórzy szli sami, z rękami wetkniętymi do kieszeni albo zaczepionymi o szelki plecaka, ze wzrokiem wbitym w ziemię.

To byłyby łatwe cele: z daleka od rodzin i przyjaciół tym samotnym duszyczkom było ciężko jedynie w towarzystwie muzyki. Dostrzegałam ich słabe światło: błękit, akwamarynę i morską zieleń, kolory moich oczu.

Być może gdyby upłynęło więcej czasu od ostatniego razu, dałabym się skusić. Ale wciąż czułam się silna, żywa, niezwyciężona.

A oto i James z trójką innych dzieciaków, co nie było wskazane. Moje cele nigdy nie miały znajomych – ich życiem była muzyka.

Ktoś taki jak on nie powinien tworzyć tak dobrych relacji z ludźmi. Nawet nie powinien tego chcieć. Mogłabym mieć wątpliwości, czy to naprawdę on, mimo króciutkich kasztanowych włosów i cwaniaczkowatego chodu, ale dzika plama żółci – tak na marginesie, mojego ulubionego koloru – świeciła w jego wnętrzu i krzyczała: „Muzyka, muzyka, muzyka!”.

Mogłam jedynie powstrzymywać chęć popędzenia tam, aby zmusić go do przyjęcia mojej oferty albo żeby go skrzywdzić. Bardzo. Miałam kilka pomysłów do zrealizowania na dłuższą metę.

Cierpliwości. Weź się w garść!

Zamiast pognać, poszłam niezauważona w ślad za grupką jego znajomych. Mogliby mnie chyba zobaczyć, gdyby się dobrze przyjrzeli, ale nikt tego nie zrobił. W dzisiejszych czasach nikt tego nie robił, choć słyszałam od innych fejów, że nie zawsze tak było. Nieliczne dzieciaki, które mnie wyczuwały i podnosiły wzrok, widziały jedynie wir liści, pędzący skrajem chodnika, wspinający się w powietrze, aby opaść spiralą w dół. To byłam ja, niewidzialny dreszcz o zmierzchu, nieokreślona gula w gardle, nieproszona łza z powodu dawno zapomnianych myśli.

Dwie dziewczyny zniknęły w swoim budynku, grupka zmniejszyła się do dwóch osób.

Mogłam podejść na tyle blisko, aby jego lśnienie odbiło się na mojej pogrążonej w mroku skórze i sprawiło, bym pragnęła go dotykać i szarpać dźwięczne struny muzyki w jego głowie. Gdyby tylko powiedział „tak”.

James rozmawiał z drugim chłopakiem o automatach z napojami. Chłopak, którego wyróżniała niewinna uśmiechnięta twarz, cytował statystyki mówiące o tym, ilu ludzi ginie przygniecionych przez automaty.

– Chyba nie przewrócili ich sami na siebie – powiedział James.

– Widziałem filmik – odparł okrągły chłopiec.

– Nie, pewnie jest jakiś anioł mściciel, co popycha automaty na chciwych gnojów, którzy nie umieją się pogodzić ze stratą kasy. – James pokazał, jak popycha automat, potem zrobił spanikowaną minę i wreszcie udał dźwięk rozgniatania. – Masz nauczkę, kolego, następnym razem pogódź się, jak ci zeżre pięćdziesiąt centów.

– Tylko że już nie będzie następnego razu.

– Święta racja. Śmierć wyklucza wyciągnięcie wniosków z lekcji. No to inaczej. Z nagrania zatem wynika, że tragedie z automatami to nie tyle powieść moralizująca, ile forma doboru naturalnego.

Okrągły roześmiał się, a następnie spojrzał na coś za plecami Jamesa.

– Ej, ty! Jakaś laska się na ciebie patrzy.

– A czy jest jakaś, która na mnie nie patrzy? – zapytał James, ale odwrócił się i spojrzał przeze mnie na kogoś innego. Żółć w jego wnętrzu rozbłysła, zawirowała i strzeliła w moją stronę, jakby błagając, bym zamieniła ją w coś innego. Ale jego oczy nie natrafiły na mnie. Zatrzymały się na bladej dziewczynie. Czarne włosy, twarz bezbarwna w sztucznym świetle latarni, palce nerwowo ciągnące za pasek plecaka. Kiedy James powiedział do Okrągłego: „Zaraz wrócę, dobrze? Ona jest z mojej poprzedniej szkoły”, w jego głosie czegoś brakowało.

Okrągły posłusznie się oddalił, a James skierował się przez kręgi światła latarń ku dziewczynie. Miała we włosach wątłe niteczki pomarańczowej poświaty, jak neonowe toffi, a ja pomyślałam, że byłaby dla mnie dobrym uczniem, gdybym nie lubiła młodych przystojnych chłopaków.

– Hej, co tam słychać, świrusko?

Głos Jamesa brzmiał bardzo dzielnie, zabawnie, mocno, chociaż jego myśli, które udawało mi się wychwycić, były pogmatwane. Dziewczyna odwzajemniła jego uśmiech w irytująco ładny sposób – nie interesowały mnie zupełnie atrakcyjne przedstawicielki mojej własnej płci – a potem zrobiła dziwną, ponurą minę. Równie irytująco uroczą.

– Szłam właśnie do mojego pokoju. Szłam tędy, bo ja zawsze, to znaczy nigdy nie widziałam, jak ta fontanna jest oświetlona. A chciałam zobaczyć.

Tak, jasne. Przyszłaś, żeby go zobaczyć, i się nie przyznasz. Pewnie. Przestań być taka bojaźliwa. Zmierzyłam ją gniewnie wzrokiem. James przechylił głowę w moim kierunku, jakby słuchając, więc odskoczyłam od nich o kilka metrów. Ten gwałtowny ruch sprawił. że dziewczyna nagle podniosła oczy, a jej wzrok podążył za mną. Zmarszczyła brwi… Czyżby mnie dostrzegła? Cholera. Pochyliłam się, jakbym chciała zawiązać sznurówkę, jakbym była uczennicą i mogłabym faktycznie być dla wszystkich widzialna. Jej spojrzenie nie skupiło się na mnie, kiedy byłam pochylona, właściwie nie widziała mnie. Musi mieć jakiś dar widzenia. To mnie też irytowało.

– Dee – odezwał się James. – Ziemia do Dee. Wzywamy planetę Dee. Houston, chyba zawiodły nasze linie komunikacyjne. Dee, Dee, czy mnie słyszysz?

Dee oderwała wzrok ode mnie i spojrzała na Jamesa. Gwałtownie zamrugała oczami.

– Uch, tak. Przepraszam. Nie wyspałam się dzisiaj. – Miała bardzo piękny głos. Pomyślałam, że musi dobrze śpiewać. Skończyłam udawać, że wiążę sznurówkę, i zaczęłam powolutku zbliżać się do fontanny, aby ukryć się w wodzie. Z tyłu usłyszałam, jak James coś mówi, a Dee śmieje się z ulgą, jakby od dawna nie słyszała niczego śmiesznego i ucieszyła się, że humor jeszcze jej nie opuścił.

Położyłam się w fontannie. Kiedy byłam niewidzialna, nie odczuwałam wilgoci. Poprzez spływającą wodę spojrzałam na ciemniejące niebo. Całkowicie niewidoczna, czułam się w wodzie bezpiecznie, nic mi nie groziło.

Dee i James podeszli do krawędzi fontanny z satyrem i stanęli tuż nade mną, blisko siebie, ale nie dotykając się, odgrodzeni niewidzialną barierą, którą sobie stworzyli, zanim pojawiłam się na scenie. James żartował przez cały czas, rzucając bezsensowne dowcipne odzywki, a ona śmiała się i śmiała, dzięki czemu nie musieli rozmawiać. Jego męki posłużyłyby za temat pięknej piosenki. Musiałam znaleźć sposób, aby go przekonać.

Dee i James patrzyli na śmiejącego się do nich satyra, zastygłego w tańcu na maleńkim dębowym listku pośrodku wody.

– Słyszałam, jak ćwiczysz – powiedziała Dee.

– I co, oszołomiła cię moja wspaniała gra?

– Właściwie naprawdę uważam, że zrobiłeś postępy, odkąd cię ostatnio słyszałam. Czy to możliwe?

– I to bardzo. Świat to dziwne i wspaniałe miejsce. – Zawahał się. Leżąc w wodzie, z większą łatwością czytałam jego myśli. W jego mózgu rodziło się pytanie: „Jak dajesz tu sobie radę?”. Ale zamiast tego powiedział: „Noce robią się zimne”.

– Czasami mamy lodówkę w pokoju! – Głos Dee był zbyt entuzjastyczny, dziewczyna cieszyła się trywialną rozmową. – Kiedy w końcu włączą ogrzewanie?

– Dobrze, że jeszcze nie włączyli, inaczej w dzień można by piec w pokojach pianki na patyku.

– To fakt. Po południu ciągle jest bardzo ciepło. To chyba przez te góry.

– Góry są przepiękne, prawda? Kiedy na nie patrzę, robi mi się jakoś dziwnie smutno..

Widziałam, jak James zmaga się ze słowami, zanim się odezwie. To było pierwsze naprawdę szczere stwierdzenie od momentu spotkania w świetle latarni.

Dee nie odpowiedziała ani nie zareagowała. Jakby nie słyszała go wcale, kiedy przestawał żartować. Odsunęła się od niego i przeszła na drugą stronę fontanny. Nie poszedł za nią. Zanurzając rękę w wodzie obok moich stóp, powiedziała:

– Naprawdę dziwna jest ta fontanna. Czemu on się tak śmieje?

James wyciągnął rękę i poklepał satyra po pupie.

– Bo jest goły.

– Cieszę się tylko, że umieszczono go przed waszym internatem, a nie przed żeńskim. Mam wrażenie, że z niego niezły aparat.

– Zniszczę go dla ciebie, jeśli chcesz – zaoferował James.

Roześmiała się. Wyobraziłam sobie, żeśpiewa, kiedy się tak śmiała.

– Nie trzeba. Ale lepiej już sobie pójdę. Nie chcę, żeby po zamknięciu internatu znowu złapała mnie ta nauczycielka wariatka.

Wyciągnął do niej dłoń, jakby chciał ująć jej rękę albo wziąć od niej plecak, albo dotknąć ramienia.

– Odprowadzę cię – powiedział.

– Nie trzeba. Muszę już lecieć – odparła Dee. – Zobaczymy się jutro?

James przybrał zgarbioną postać, jakby był znużony i wsunął ręce do kieszeni.

– Niewątpliwie.

Dee błysnęła zębami i popędziła z powrotem do żeńskiego internatu. Kiedy biegła, plecak obijał jej się o plecy.

James został przy fontannie jeszcze długo po odejściu dziewczyny, nieruchomy jak satyr; jego krótko ścięte rude włosy czerwieniały coraz bardziej w świetle zachodzącego słońca, oczy były przymknięte. Leżałam w wodzie i czekałam.

Mijały długie minuty, słońce powoli zniżało się nad drzewami. Patrzyłam na złoty blask, który rozświetlał Jamesa – obietnicę twórczej wielkości. Czemu się nie zgodził? Czy tylko dlatego, że mi odmówił, teraz tak bardzo go pragnęłam? Mogłam osiągnąć z nim coś niesamowitego.

Dzięki niemu mogłam się ogrzać, poczuć się żywą, obudzić.

Ześlę mu sen. Tak zrobię. Pokażę mu ułamek tego, co potrafię, a kiedy znowu mnie zobaczy, nie będzie w stanie odmówić.

Nad powierzchnią wody James podskoczył. Miał przechyloną głowę, dokładnie tak, jak wcześniej, kiedy mnie wyczuł. Teraz jednak usłyszał coś innego.

Król cierni. Usłyszałam melodię, która zabrzmiała wśród wzgórz, kiedy rozpoczął swój pochód. Moje uszy z trudem wychwyciły dźwięk, a James ulotnił się w okamgnieniu. W pośpiechu wyskoczyłam z wody. Jej powierzchnia pokryła się powoli kręgami fal. Zobaczyłam, jak ciemna sylwetka Jamesa w mroku pędzi niemal na złamanie karku. Pędzi w stronę rogatego króla i jego powolnej pieśni dla umarłych. Pędzi na spotkanie śmierci?

Długo potem jak James wrócił ze wzgórza za Thornking-Ash do swojego pokoju w internacie, sama tam się skierowałam. Nie interesowała mnie jednak muzyka rogatego króla. To muzyka fejów mnie przyciągnęła – brzmiała jak rytm tańca – co było bardzo zaskakujące, bowiem nigdy nie lubiłam tańców. Jeśli w całej historii świata wynaleziono coś tylko po to, żebym się czuła jak kompletny odludek, to były to tańce fejów w ich kręgach. A te tańce, na największym wzgórzu za szkołą Thornking-Ash, niczym od innych się nie różniły poza tym, że kręgi fejów były dziesięć razy większe niż te, które kiedykolwiek wcześniej widziałam. Wszyscy fejowie, nie wyłączając mnie oczywiście, nie mogą dotykać żelaza. Sama jego bliskość odstrasza większość fejów głęboko pod wzgórza i w inne oddalone zakątki. Nieważne więc, jak kuszącą dla mego ludu była muzyka obecna w szkole Thornking-Ash: niewidzialna żelazna konstrukcja budynków i lśniące samochody na parkingach powinny uczynić z niej strefę zamkniętą dla fejów.

Mimo to fejów były setki. We wszelkich kształtach i rozmiarach, od wysokich pięknych dworzan, których się tam spodziewałam, po niskich paskudnych hobgoblinów, co mnie zaskoczyło – rzadko wypuszczali się ze swoich nor i odrywali od roboty, aby przyjść na tańce. Tańczyli parami i trójkami, dotykając swoich włosów, poruszając ciałami jak jeden organizm, wszyscy piękni w swoim tańcu.

Stojąc w odległości parudziesięciu metrów od nich, schowana do pasa w wyschniętej polnej trawie, gładziłam dłońmi końcówki źdźbeł i wzdychałam. Patrzenie na nich nie sprawiało mi wielkiej radości. Miałam nadzieję zagarnąć Thornking-Ash dla siebie.

Ale ich muzyka mnie wzywała, szarpała moje ciało i nie znosiła sprzeciwu.

Im dłużej stałam, wsłuchując się w pulsujący rytm, tym bardziej stawało się dla mnie jasne, że muszę tam iść i sama go poczuć.

Tancerze mnie nie interesowali. Te ich nieprawdopodobne wygibasy i zmysłowe dotyki nie przemawiały do mnie w ogóle. To do muzyków zmierzałam. Piękny wiotki mały fej praktycznie owinął się wokół bębna trzymanego na kolanach – to on nadawał tańcowi jego hipnotyczny pierwotny rytm. Był też niepokojący grajek, którego skrzypce pobrzękiwały i zawodziły, inny fej potrząsał tamburynem, uwydatniając idealny kontrapunkt z dudniącym bębnem. I fletnista wzywający nas do tańca w sposób przerażający i szalenie naglący. Ale bębniarz, ten, który umiał upodobnić dźwięk bębna do brzmienia wody kapiącej do wiadra, kroków olbrzyma w deszczu albo deszczu padającego na dach – to był widok! Przez niego można było zapomnieć o sobie samym.

– Zatańczysz, ślicznotko? – Wielkostopy trow[3] o twarzy jak łopata złapał mnie za rękę, ale w okamgnieniu ją puścił.

– Co, wiedziałam, że to ci się nie spodoba – stwierdziłam szyderczo. Trow pochylił się do drugiego, stojącego obok.

– Ona jest leanan sidhe – powiedział w powolny, typowy dla trowów sposób.

Tak właśnie zostałam przedstawiona towarzystwu. Zdradziecka wieść, jak ów szybki prymitywny rytm, krążyła od tancerza do tancerza. Idąc przez tłum, czułam na sobie ich spojrzenia. Nie byłam zwykłym samotnym fejem, należałam do leanan sidhe. Pariasów. Prawie ludzi.

– Nie wiedziałam, że taniec to jeden z waszych talentów – zawołała jakaś feja, wirując koło mnie.

Ona i jej przyjaciele nie sięgali mi nawet do biodra, a ich śmiech kłuł jak użądlenia pszczół. Patrzyłam przez chwilę, jak się kręcą, uderzając stopami bezbłędnie w rytm bębna, aż dostrzegłam jej ogon, wystający spod półprzejrzystej zielonej sukni.

– A ja nie zdawałam sobie sprawę, że mówienie to jeden z twoich. Nie wiedziałam, że małpy potrafią mówić.

Obciągnęła spódnicę, krzywiąc się na mnie, i odciągnęła towarzyszy na stronę. Ja także się skrzywiłam i poszłam dalej przez tłum. Nie wiedziałam, czego właściwie szukam, może jakiegoś miejsca, gdzie czar muzyki w końcu weźmie mnie we władanie i pozwoli o tym wszystkim zapomnieć.

Ktoś złapał mnie za pupę. Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam tylko szereg wpatrujących się we mnie twarzy, wyszczerzonych w uśmiechu. Nie chodzi o to, że nie mogłam wypatrzeć, który z nich wygląda na winnego. Raczej nie było tam żadnego wyglądającego niewinnie.

– Pieprzcie się – powiedziałam. Wszyscy się roześmiali.

– Z ochotą – odparł jeden i zrobił wulgarny gest. – Pomożesz?

Nie było sensu wdawać się w bójkę. Splunęłam w ich stronę i odeszłam, wirując, oddalając się od obmacywaczy jak najdalej.

Bęben błagał moje nogi o taniec, ale nie tańczyłam. Muzyka była przepiękna, i kiedykolwiek indziej poddałabym się. Ale tej nocy mogłam myśleć tylko o tym, jak James i jego dudy zabrzmieliby wraz z melodią graną teraz przez muzykantów. Nie byłam pewna, po co przyszłam. Byłam jak dryfująca wyspa pośrodku wirującego morza tancerzy. Nie próbowali nawet ukryć swoich spojrzeń, falując, kręcąc się i wyginając w zgodzie z muzyką. Otaczał mnie śmiech.

– Zgubiłaś się, cailín?

Przyznam, że zarówno łagodność jego głosu, jak i niewinne określenie – po prostu „dziewczyna” po irlandzku – wprawiły mnie w osłupienie. Odwróciłam się, aby zobaczyć uśmiechającego się do mnie z góry mężczyznę, ubranego w dworskie szaty. Jego tunika była zapięta na guziki w kształcie muszli aż po samą szyję.

Śmiertelnik. Świecił słabo na złoty kolor, wystarczająco, by wzbudzić mój głód, ale nie na tyle, by mnie skusić. Poza tym, chociaż był przystojny ze swoimi zmarszczkami wokół oczu i orlim nosem, nie był na tyle piękny czy jasny, by być podmieńcem, porwanym przez fejów jako dziecko. Sądząc po tym i po jego dworskim odzieniu, dałabym sobie loki obciąć, że był to nowy ludzki małżonek królowej. Nawet ja, choć żyłam na uboczu, słyszałam plotki na jego temat.

Ostrożnie zmierzyłam go wzrokiem.

– Czy wyglądam na zagubioną, śmiertelniku?

Jego wzrok padł na moją dżinsową spódnicę z postrzępionym dołem, obciachową bluzkę z dekoltem i strasznie wysokie korkowe platformy. Jego wargi utworzyły taki kształt, jakby ich właściciel spróbował właśnie cytryny, która mu nawet zasmakowała.

– Trudno wyobrazić sobie ciebie gdzieś, gdzie nie chciałabyś się znaleźć.

Moje usta zaśmiały się.

– Masz bardzo szelmowski uśmiech.

– Jestem wielką szelmą. Słyszałeś chyba o tym.

Oczy królewskiego małżonka spoczęły na mojej twarzy, i choć już wcześniej zmrużone od uśmiechu, zwęziły się jeszcze bardziej. Ton jego głosu brzmiał lekko, żartobliwie.

– A powinienem, śmiertelniczko?

Roześmiałam się, usłyszawszy tę pomyłkę. Przynajmniej już wiedziałam, czemu do mnie podszedł. Wziął mnie za jedną ze swoich. Tak źle wyglądałam?

– Nie chcę cię rozczarować – odpowiedziałam. – Ale wkrótce sam się zorientujesz. Szczerze mówiąc, na razie miło mi się bawić twą niewiedzą.

– Prawdą jest to, co każdy z nas tu powie – odrzekł.

Uśmiechnęłam się.

– Jak widzę, rozmowa z tobą przypomina chodzenie w kółko – powiedział i wyciągnął do mnie rękę. – Może zamiast tego zatańczymy? Tylko jeden taniec.

Nie lubiłam tańczyć z fejami, ale on nie był fejem. Uśmiechnęłam się szeroko..

– W kręgu nie można zatańczyć jednego tańca.

– Zaiste. Zatem będziemy tańczyć do chwili, kiedy powiesz: „Koniec”, i wówczas skończymy.

Zastanowiłam się. Taniec z małżonkiem Eleanor – bez starania się wcześniej o ten przywilej – nie wydawał się dobrym pomysłem, co czyniło go nieco bardziej atrakcyjnym.

– Gdzie moja umiłowana królowa?

– Ma teraz coś na głowie.

Przez okamgnienie wydało mi się, że dostrzegłam coś (może ulgę?) na jego twarzy, ale to coś zaraz znikło. Jego dłoń wciąż wyciągała się do mnie, więc położyłam na niej swoją.

Muzyka nas porwała. Moje stopy poddały się rytmowi, jego nawet jeszcze z niego nie wypadły. Zawirowaliśmy w tłumie. Gdzieś tam była noc, ale zdawało się, że bardzo daleko od tego wzgórza, jasnego od świetlików i gwiezdnego pyłu w powietrzu.

Wszyscy patrzyli, jak trzyma mnie mocno za ręce, jakby unosząc nad ziemią, słyszałam głosy, urywki rozmów.

– … leanan sidhe…

– … gdyby królowa wiedziała…

– Czemu ona tańczy z…

– On będzie królem, zanim…

Moje palce zacisnęły się na jego dłoni.

– A więc będziesz królem. Dlatego tu jesteś.

Oczy mężczyzny jaśniały. Jak u wszystkich ludzi, muzyka upajała go, gdy tylko zaczynał tańczyć.

– To nie tajemnica.

Przemknęła mi przez głowę myśl, by powiedzieć, że to dzięki mnie, ale nie chciałam wydać się idiotką.

– Jesteś tylko człowiekiem.

– Ale potrafię tańczyć – zaprotestował. I rzeczywiście potrafił. Całkiem nieźle jak na człowieka. Rytm bębna prowadził jego ciało, jego stopy tworzyły wymyślne wzory na zdeptanej trawie. – I będę władać magią, gdy zostanę królem.

Obrócił mnie w tańcu.

– A jak, śmiertelniku?

– Królowa mi to obiecała, i wierzę jej. Ona nie potrafi kłamać. – Zaśmiał się dziko; dostrzegłam, jak oszołomiony był muzyką, zachwycony tańcem, tak bezbronny wobec nas. – Jest taka piękna. To mnie boli. Boli mnie, cailín, to jej piękno.

Nie zdziwiło mnie, że boli go piękno królowej. Raniło wszystkich, którzy na nią patrzyli.

– Magia nie rośnie na drzewach, śmiertelniku.

Roześmiał się znów, jakbym powiedziała coś zabawnego.

– Oczywiście, że nie! Ale przemieszcza się z ciała do ciała, prawda? Więc jak sądzę, przejdzie do mnie z czyjegoś ciała.

Uważałam się za złowrogą istotę, ale nawet dla mnie jego stwierdzenie zabrzmiało groźnie.

– Z ciała innej osoby, obdarzonej magią? Zastanawia mnie, jak znajdą kogoś takiego, i co się z tym kimś wówczas stanie.

– Królowa jest przebiegła.

Przypomniało mi się, jak jej wysokość knuła cicho za plecami swej poprzedniczki, jak upewniła się, że gdy korona spadnie z głowy tej drugiej, od razu znajdzie się w jej, Eleanor, rękach.

– Och tak, jest niezwykle przebiegła. Ale wydaje mi się, że ten drugi ktoś bardzo mocno ucierpi.

Mina królewskiego małżonka wyrażała niedowierzanie.

– Moja królowa nie jest okrutna.

Spojrzałam na niego. Z pewnością w to nie wierzył. Chyba że jako dziecko upadł na głowę albo coś w tym stylu. Nie cofnął jednak tych słów.

– Nie każdy potrafi władać magią, nawet jeśli ją odnajdzie – powiedziałam.

– Halloween, cailín. Święto Zmarłych. Magia wówczas jest niestabilna. A ona nie dałaby mi czegoś, czego bym nie uniósł. Zna moje słabości. Nie boję się. Jestem przekonany, że wkrótce będę jednym z was.

– Koniec – warknęłam i zatrzymałam się tak nagle, że wykręcił mi boleśnie ramię i bark. – Mam wrażenie, że nie wiesz, o czym mówisz.

Puścił moją dłoń i stanął z opuszczonymi ramionami. Tancerze wokół wirowali, wpatrując się w nas. Szepty i pomruki się wzmogły.

– Nie śpieszyłabym się tak z porzuceniem człowieczeństwa – powiedziałam mu, cofając się. – Zobacz najpierw, co naprawdę oznacza bycie fejem.

Moje słowa padły w próżnię. Królewski małżonek wpatrywał się tylko we mnie.

Zostawiłam go tam, w kręgu fejów.

Zanim stałam się w połowie niewidzialna, wysoka rudowłosa feja wzięła go za rękę, a nim całkowicie porzuciłam fizyczną formę, unosząc się stopniowo na ludzkich myślach i snach, królewski małżonek został znów wciągnięty w taniec. Z lotu ptaka nie umiałam odróżnić go od fejów, nie potrafiłam także określić uczucia, od którego piekło moje serce. Porzuciłam ich tam jednak, ciesząc się, że odchodzę. Musiałam zesłać sen.


Nuala

Ta złota pieśń na języku się topi

Ten złoty język, co śpiewa ją, tęskni

STEVEN SLAUGHTER, ZŁOTA MOWA

Nie wiedziałam do końca, co czuję. To, co zagrał James, rosło mi w głowie i było tak piękne, że czułam się upojona. Prawie zapomniałam, jak wspaniałym uczuciem było ucieleśnianie moich inspiracji, nawet jeśli James nie ofiarował mi w zamian żadnej energii. Nagle poczułam się zmęczona przebywaniem w ludzkiej skórze.

– Idę – powiedziałam Jamesowi, wyplątując się z jego ramion i prostując się.

Wciąż wpatrywał się w klawiaturę. Miał sztywne barki.

– Słyszałeś, co powiedziałam? – spytałam. – Idę sobie.

James podniósł w końcu wzrok. Co dziwne, zaskoczyła mnie wrogość w jego spojrzeniu.

– Zrób mi przysługę – poprosił. – Nie wracaj.

Przez dłuższą chwilę patrzyłam na niego i naprawdę miałam ochotę oślepić go, ukarać. Wiedziałam, że było to w mojej mocy. Obserwowałam kiedyś, jak pewien fej to zrobił. Splunął w oczy mężczyźnie, kiedy zauważył, iż ten go widzi na ulicy. Trwało to tylko sekundę. A James patrzył prosto na mnie. Spojrzałam jednak w jego piwne oczy i wyobraziłam sobie, że wpatruje się w świat rozszerzonymi niewidzącymi źrenicami, jak tamten oślepiony człowiek.

I nie mogłam tego zrobić.

Nie wiem dlaczego.

Odeszłam więc po prostu. Trochę się potykałam po drodze na korytarz. Stałam się niewidzialna, zanim zamknęłam za sobą drzwi.

Na korytarzu prawie wpadłam w pośpiechu na kobietę wychodzącą z innej sali. Przykucnęłam przy ścianie, a ona odwróciła głowę i uniosła różowe paznokcie jak szpony. Mogłabym przysiąc, że węszy jak fej, co było osobliwym zachowaniem jak na człowieka.

Chciałam, żeby ten dziwny dzień się zakończył. Uciekłam przed kobietą i wypadłam w jesienny wieczór, starając się zapomnieć patrzące na mnie oczy Jamesa i udawać, że nie zabolało mnie, kiedy prosił, bym nie wracała.


Nuala

Jeśli choć na chwilę odnajdziemy dom

Oplącze nas cudowna sieć rodziny

Czy wielkim grzechem będzie to

Jeśli powiemy:To dom, doń należymy?

STEVEN SLAUGHTER, ZŁOTA MOWA

Obserwowanie Jamesa starającego się ratować Dee za internatem zepsuło mi humor. Szybko zmęczyło mnie oglądanie jej mazgajstwa, więc postanowiłam pójść do kina. Jeśli już miałam oglądać melodramat, to przynajmniej w wykonaniu pięknych i dobrze opłaconych na ekranie głów. Idąc do kina, myślałam o tym, co mi się nie podoba w Dee. Stojąc w kolejce po bilet – nie potrzebowałam go oczywiście naprawdę – zastanawiałam się, czy ćwiczyła przed lustrem swoje smutne minki. A może miała po prostu talent do wzbudzania współczucia u płci przeciwnej. Ja nie posiadałam takiego talentu.

Chłopak przy kasie biletowej wyglądał na znudzonego.

– Jaki film?

– Zaskocz mnie – powiedziałam mu, pokazując pieniądze.

Dopiero po chwili zorientował się, czego od niego chcę.

– Powaga?

– Śmiertelna.

Uniósł brwi i poklikał w komputerze, a potem uśmiechnął się demonicznie, co zawsze rozczulało mnie u ludzi. Podał mi bilet, czystą stroną na wierzch.

– Na prawo. Druga sala. Miłego oglądania.

Podziękowałam uśmiechem i poszłam we wskazanym kierunku ciemnym, wyłożonym wykładziną korytarzem. Pachniało popcornem, środkiem do czyszczenia wykładzin i tym zapachem, który zawsze prześladuje kina – oczekiwaniem czy czymś takim. W tym znajomym otoczeniu mój mózg powrócił do poprzedniego zajęcia: zastanawiałam się nad tym, czego nie cierpiałam w Dee.

Po pierwsze, miała za wielkie oczy. Wyglądała jak ufoludek.

Znalazłam drugie drzwi i zwalczyłam chęć spojrzenia na napis nad nimi, żeby się dowiedzieć, co wybrał dla mnie pan bileter.

Po drugie, miała niby ładny głos, ale szybko stawał się on irytujący. Gdybym chciała jej posłuchać, wolałabym kupić płytę.

W sali było cicho i dość pusto, tylko dwie-trzy pary. Może ten diabelski uśmiech biletera wynikał z tego, że posłał mnie na jakiegoś gniota.

Po trzecie, wykorzystywała Jamesa, żeby poprawić sobie samopoczucie. Była to cecha, którą lubiłam tylko u siebie.

Wybrałam siedzenie na samym środku i oparłam nogi na fotelu przede mną. Idealne miejsce. Jeśli ktoś będzie chciał tam usiąść, zabiję.

Po czwarte, zbyt dobrze wpasowała się w ramiona Jamesa. Jakby już w nich kiedyś była. Jakby miała go na własność.

Huknęły zapowiedzi filmowe. W innej sytuacji napawałabym się nimi, cieszyła obietnicą oczekiwanych filmów. Ale dziś nie mogłam się na tym skupić. Przede wszystkim nie będzie mnie już, kiedy będą je pokazywali – miały się pojawić w sezonie świątecznym i na początku następnego roku – a w dodatku ćwiczyłam w głowie dialog, który miałam odbyć z Jamesem.

„Niespełniona miłość”- powiem mu. On popatrzy z ukosa w swój sprytny sposób i odpowie: „I co z tego?”; ja na to: „Nie jest ci z nią do twarzy”. Tak żywiołowo, aby po prostu wiedział, że zauważyłam. A może pokażę się jej i powiem: „Chyba nie tylko ja wykorzystuję tu ludzi”. Potem wezmę ogary Owaina, by odgryzły jej nogi po kawałeczku. Wtedy nie będzie się tak ładnie wpasowywać w jego ramiona. Będzie za krótka. Będzie przytulał karzełka.

Wyszczerzyłam zęby w kinowym mroku.

Film rozpoczęła rozmarzona ballada z lat siedemdziesiątych i widoki Nowego Jorku nakręcone z helikoptera. Partie gitar były czymś zainspirowane, ciekawe, czy ja miałam z tym coś wspólnego. Wkrótce stało się jasne, że pan bileter wysłał mnie na komedię romantyczną. Nie mój klimat, ale przynajmniej pomoże mi oderwać myśli od Jamesa i melodii, którą mi zagrał. Świadomość tego, że już jej więcej nie usłyszę, była nieznośna. Zaczynałam się w niej zakochiwać.

Przez pół godziny starałam się wciągnąć w film, ale się nie udało. Za bardzo przesłodzony, bohaterowie całowali się, i była śliczna muzyka. Zaczęłam się zastanawiać, jakbym ja wyglądała w ramionach Jamesa, czy moja głowa tak samo dobrze wpasowałaby się pod jego brodę jak głowa Dee. A potem zaczęłam myśleć o jego samochodzie, pachnącym jak on, wyobraziłam sobie, jak ten zapach przywiera mi do skóry.

Cholera.

Wstałam i wypadłam z kina. Nie zatrzymałam się, żeby zagadać do pana biletera, chociaż czułam, że na mnie patrzy.

Prawdopodobnie pomyślał, że film mi się nie podobał. Może się nie podobał. Wyszłam prosto w mrok. Deszcz przestał padać, burza ryczała gdzieś daleko. Pomaszerowałam obmytym deszczem chodnikiem, tak szybko, aby uciec od własnych myśli.

Oczywiście, napięcie seksualne pojawiało się już między mną i moimi uczniami. Chłopaki, biedne jagniątka, prawie zawsze próbowały mnie rozebrać, co motywowało ich tylko do pracy i dodawało piękna muzyce.

Ale to nie miało zdarzać się mnie. Ja nie byłam człowiekiem.

Tak bardzo zaabsorbowana sobą, nawet nie zauważyłam, że nie jestem sama. Dookoła rozbłysły latarnie, trzepocząc i migając jak świece, zanim się rozpalą. Ktokolwiek to był… cokolwiek to było, nie powinnam wyglądać na zahukaną, więc szłam dalej chodnikiem, jakbym niczego nie zauważyła. Może był to tylko samotny fej, który mnie minie.

Moje nadzieje prysły, kiedy usłyszałam w dali głosy i zobaczyłam parę fejów zbliżającą się tym samym chodnikiem. Żołądek podszedł mi do gardła, nieznajome uczucie. Nerwy.

To była królowa.

Zanim została królową (poprzednią rozerwano na strzępy), Eleanor zawsze chodziła w bieli. Biel dodawała barwy jej jasnozłotym włosom. Teraz, kiedy była królową, zgodnie z najstarszą tradycją nosiła ubrania w kolorze zielonym, a jej długie włosy były prawie białe w świetle latarni. Suknia, jaką miała dziś na sobie – w odcieniu głębokiej zieleni i czerni ze złotymi kołami i cekinami naszytymi na rękawy i wysokim kołnierzem zakrywającym jej długą szyję i okalającym podbródek – była oczywiście istnym cudem. Jakieś klejnoty skrzyły się na trenie, ciągnącym się po chodniku. W przeciwieństwie do poprzedniej królowej Eleanor nie nosiła korony, zakładała tylko mały diadem z perłami połyskującymi jak ząbki dziecka.

Była piękna aż do bólu. Czy właśnie tak czuł się James, patrząc na mnie?

Eleanor zobaczyła mnie i się zaśmiała, straszliwa i zachwycająca. Osoba u jej boku nie była fejem, jak na początku pomyślałam; towarzyszył jej małżonek, mężczyzna z tańców. Uśmiechnął się do mnie półgębkiem i spojrzał znów na Eleanor. Był bardzo ludzki. Kruchy, uwiedziony, zakochany.

– Nasza mała ladacznica – powiedziała Eleanor aksamitnym głosem. – Jakiego imienia obecnie używasz?

Słyszałam tę obelgę już tyle razy, że nawet nie drgnęłam. Uniosłam zadziornie głowę.

– Mam wyjawić swoje imię, żeby byle kto mógł je usłyszeć? – od razu pożałowałam swoich słów.

Czekałam na ripostę, którą słyszałam już tysiąc razy: „Byle kto może mieć ciebie całą”.

Ale Eleanor tylko się łaskawie uśmiechnęła. Zdziwiona, zastanawiałam się, czy może użyła słowa „ladacznica” jako określenia, nie obelgi.

– Nie chodzi o twoje prawdziwe imię, fejo. Jak cię nazywa twój obecny chłopiec?

James powiedział mi „nie”, więc „Nuala” nie byłoby prawdziwą odpowiedzią. Nie mogłam kłamać, podobnie jak Eleanor, więc musiałam powiedzieć prawdę.

– Nie mam teraz nikogo.

– Czujesz się słabo, co, biedactwo?

Litość Eleanor zapiekła jak policzek.

– Czuję się dobrze. On umarł ledwie kilka miesięcy temu.

Królewski małżonek zmarszczył brwi, skierował swoje myśli ku mnie i zastanawiał się, czy ma grzecznie wyrazić żal i współczucie. Eleanor przechyliła lekko głowę w jego stronę i wyjaśniła:

– Ona potrzebuje ich, żeby żyć. Ich twórczości. Biedacy oczywiście w końcu umierają, ale z pewnością seks z nią jest tego wart. Nie martw się, kochany, nie oddam jej ciebie. On jest poetą.

Zdałam sobie sprawę, że jej ostatnie słowa skierowane były do mnie; mój wzrok ponownie spoczął na śmiertelniku: odwzajemnił spojrzenie spokojnie, nie oceniał mnie. Teraz, bez kakofonii tańca fejów dookoła, jego myśli były dla mnie bardziej czytelne. Delikatnie poszukałam jego imienia, ale chronił je równie dobrze jak fejowie. Nie był więc aż tak głupi mimo wątpliwego gustu do kobiet.

– Szukasz więc nowego przyjaciela? – zapytała Eleanor. Zdałam sobie sprawę, że od początku wiedziała, że nikogo nie mam. – Proszę cię, ślicznotko, abyś oszczędzała mój dwór, szukając następnego… Dzieją się teraz sprawy, w które nie chcemy się mieszać. To będzie pamiętne Samhain.

Po chwili uświadomiłam sobie, że Samhain znaczy to samo co Halloween. Wskazałam podbródkiem jej małżonka.

– Ze względu na niego? Słyszałam, że odbędzie się koronacja króla.

Powiedziałam chyba za dużo, ale było już za późno. Poza tym Eleanor patrzyła na mnie tak, jakbym była przesłodkim szczeniaczkiem.

– Doprawdy, przed moim ludem nie ma tajemnic.

Królewski małżonek przez małą chwilkę wyglądał nie najlepiej, jakby zrobiło mu się niedobrze – żałował, jak sądzę, swojego długiego języka. Królowa pogładziła go po dłoni, wyczuwając jego niepokój.

– Wszystko w porządku, kochanie, nikt nie ma ci za złe tego, że będziesz królem. – Spojrzała ponownie na mnie. – Oczywiście, będziesz milczała i nic nie powiesz o tym swoim uczniom, mała muzo? To, że w całej Faerii znają nasze plany, nie oznacza, że muszą o nich wiedzieć ludzie.

– Będę milczeć jak grób – odpowiedziałam sarkastycznie. – A co ludzie mają z tym wspólnego?

Eleanor roześmiała się z bolesną rozkoszą, aż jej małżonek się zachwiał.

– Och, kochana, zapomniałam, jak mało wiesz. Śmiertelniczka, jedna z zielnych ludzi. To ona ściąga nas tutaj. Podążamy za nią jak zawsze wbrew naszej woli. Ale po święcie Samhain sami wybierzemy dalszą drogę. I będziemy bardziej potężni dzięki temu. – Zawiesiła głos. – Oprócz ciebie, oczywiście. Ty zawsze będziesz z nimi związana, biedne stworzenie.

Spojrzałam na nią tylko z żalem, nienawidząc albo jej, albo siebie.

Wargi Eleanor rozchyliły się w uśmiechu w odpowiedzi na moją minę.

– Zapomniałam, jak młodzi potrafią się dąsać. Powiedz, ile wiosen sobie liczysz?

Wpatrywałam się w nią, pewna, że zna odpowiedź na to pytanie i po prostu drażni mnie, starając się doprowadzić do łez lub wybuchu gniewu. W mojej głowie głodne płomienie lizały całe ciało, było to zarówno przypomnienie, jak i przeczucie. Wiele lat minęło, odkąd spaliłam się na węgiel, ale wspomnienie bólu pozostało na zawsze, mimo że pozbyłam się wszelkich innych wspomnień.

– Szesnaście.

Nowa królowa podeszła bardzo, bardzo blisko i przeciągnęła palec od mojego gardła po brodę, podnosząc mą twarz ku swojej.

– Twoja nieśmiertelność jest niezwykle osobliwa, prawda? Dziwię się, że nie prosisz u mych stóp o wybawienie od takiego losu.

Nie widziałam jej nóg pod obszerną spódnicą zielonej sukni i nie mogłam sobie wyobrazić błagania u jej stóp, choć byłoby to możliwe. Odsunęłam się od niej z zaciśniętymi pięściami.

– Wiem swoje. Nie da się mnie wybawić. Nie boję się.

Eleanor uśmiechnęła się, eteryczna i tajemnicza.

– A myślałam, że mój lud nie umie kłamać. Doprawdy, jesteś najbardziej ludzką z nas. – Pokręciła głową. – Pamiętaj, co powiedziałam, moja droga. Nie wtrącaj się do naszej pracy tutaj; być może znajdę czas, by osobiście popatrzeć, jak płoniesz w tym roku.

– Twa obecność byłaby prawdziwym zaszczytem. – Pokazałam jej zęby i splunęłam.

– Wiem – odrzekła Eleanor, i zanim wzięłam następny wdech, już ich nie było.


Nuala

Sen zawsze swoją ma melodię

Tak jak śmierć, czasem cichą, czasem głośną

Nie do spamiętania w swej harmonii

Gdy z jednego z nich w drugie skrzydła niosą

STEVEN SLAUGHTER, ZŁOTA MOWA

James ciągle spał. Nie trzeba było być neurochirurgiem, aby się domyślić, że przesypiał nudę i zmartwienia, a także by się pozbyć uczucia, że jest mu źle. Spał także o dziwnych porach dnia, na przykład przez pół porannej lekcji, albo późnym popołudniem, przez co budził się w nocy, kiedy reszta świata była pogrążona we śnie. Wyluzowany styl bycia chłopaka, zasypianie o dowolnej godzinie przekonały jego głupiutkiego współlokatora Okrągłego, jak bardzo James jest pewien siebie. Wiedziałam jednak, że to tylko pozory.

Chłodny dzień miał się ku końcowi. James spał mocno zwinięty w kłębek na łóżku, podczas gdy Okrągłego nie było, bo zajmował się jakimś obojem. Usiadłam na brzegu łóżka i patrzyłam, jak śpi. Chłopak spał w taki sam sposób, w jaki robił wszystko: intensywnie, jakby to były zawody, a on nie mógł nawet na minutę stracić kontroli. Popisane ręce przyciskał do twarzy, nadgarstki tworzyły dziwny piękny węzeł. Kostki dłoni zbielały.

Przysunęłam się trochę bliżej i zawiesiłam dłoń nad jego nagim ramieniem. Reakcją na moją obecność było pojawienie się na ciele gęsiej skórki. Wbrew sobie samej odsłoniłam zęby w mimowolnym uśmiechu.

James zadrżał, ale się nie obudził. Śniło mu się coś o lataniu – typowe. Sen o lataniu oznacza, że jesteś małym zadufanym w sobie gówniarzem, czyż nie? Chyba gdzieś o tym czytałam.

No cóż. Mogłam dać mu sen, którego nigdy nie zapomni. Przeniosłam się na drugą stronę łóżka, balansując na pograniczu bycia niewidzialną i widzialną, żeby go nie obudzić. Spojrzałam na jego skrzywioną w grymasie twarz. Tak naprawdę miałam ochotę zesłać na niego sen o publicznym zwymiotowaniu albo o czymś podobnie upokarzającym, ale prawdę powiedziawszy, nie potrafiłam sprowadzać takich zawstydzających snów. Najłatwiej było mi zesłać sen dręcząco piękny – coś zapierającego dech w piersiach, za czym śniący po przebudzeniu będzie tęsknił. Odebrałam jednak bolesną lekcję, że diabeł tkwi w szczegółach. Jeden z moich poprzednich uczniów zabił się po przebudzeniu z podobnego z moich dzieł. Poważnie. Niektórzy ludzie zupełnie nie potrafią cierpieć.

Położyłam ostrożnie ręce na głowie Jamesa i zaczęłam głaskać go po włosach. Zadrżał pod moim dotykiem, może od chłodu, a może dlatego, że wiedział, co go czeka. Znalazłam się w jego śnie; wyglądałam tak jak ostatnio – olśniewająco aż do obrzydzenia – i zawołałam go.

James drgnął.

– Dee? – odezwał się błagalnie.

Naprawdę zaczynałam nienawidzić tej dziewczyny.

Przestałam gładzić go po włosach i zamiast tego trzepnęłam w głowę; od razu stałam się widzialna, aż zabolała mnie głowa.

– Obudź się, dupku.

James skrzywił się pod moją dłonią. Nie otwierając oczu, powiedział:

– Nuala.

Zmroziłam go wzrokiem:

– … znana także jako jedyna osoba płci żeńskiej, jaka zagości w twoim łóżku, frajerze.

Zakrył twarz dłońmi.

– Boże, zmiłuj się. Głowa mi pęka. Zabij mnie, zła istoto, skróć moje cierpienie.

Przycisnęłam palec do jego tchawicy na tyle mocno, że musiałby poprosić o pozwolenie na przełknięcie śliny.

– Nie kuś mnie.

James przewrócił się na brzuch, uciekając spod mojego palca, i wcisnął twarz w poduszkę w niebieską kratę.

– Masz nieodparty urok, Nuala. Powiedz mi, jak długo zaszczycasz boży świat swoją świetlaną osobowością? – Jego głos był przytłumiony.

Widziałam, jak w myślach zgaduje, ile mam lat: sto, dwieście, tysiąc? Myślał, że jestem taka jak reszta.

– Szesnaście – ucięłam. – Nie wiesz, że nie wypada pytać kobietę o wiek?

James odwrócił głowę, by na mnie spojrzeć. Miał zmarszczone brwi.

– Szesnaście to niezbyt wiele. Mówimy o latach, nie wiekach, tak?

Nie musiałam niczego mu mówić, ale zrobiłam to.

– Latach – dodałam pogardliwym tonem.

James potarł twarz o poduszkę, jakby mógł w ten sposób zetrzeć senność. Zerknął znów na mnie i uniósł brew.

Patrzył mi prosto w twarz, ale jego mina była niedwuznaczna, kiedy zaczął mówić.

– Hmmm, fejowie muszą dojrzewać o wiele szybciej od ludzi.

Zsunęłam się z łóżka i kucnęłam obok, aby moje oczy znalazły się o kilka centymetrów od jego twarzy.

– Chciałbyś usłyszeć uroczą bajkę na dobranoc, śmiertelniku?

– Za darmo?

Syknęłam na niego przez zaciśnięte zęby.

Ziewnął i wykonał ręką gest wskazujący na obojętność wobec tego, co zrobię.

– Pewnego razu, szesnaście lat temu, pojawiła się w stanie Wirginia feja. W pełni dojrzała i świadoma, ale z sianem w głowie. Nie pamiętała, skąd się wzięła, nie zachowała żadnych wspomnień oprócz tych o ogniu. Żyła sobie beztrosko, aż spotkała innych fejów i dość szybko zrozumiała, że jako jedna z nich jest właściwie nieśmiertelna, tyle że w przeciwieństwie do innych co szesnaście lat w Halloween musi spalić się na węgiel, a potem – o wielki cudzie! – pojawia się w sposób magiczny znowu, bez wspomnień, nowiutka, i egzystuje następne szesnaście lat. Spłucz i zastosuj ponownie. Koniec, i kropka.

Odwróciłam od niego twarz. Nie zamierzałam powiedzieć aż tak dużo.

James milczał dłuższą chwilę, aż wreszcie się odezwał:

– Nazwałaś ich fejami.

Nie miałam pojęcia, jakiej reakcji się spodziewałam, ale na pewno nie takiej.

– No i?

– Myślałem, że Oni… Wy nienawidzicie tej nazwy – James usiadł na łóżku – że mamy was określać rozkosznymi eufemizmami, takimi jak „dobry ludek” albo „ten, którego imienia nie wolno wymawiać”… kurcze, pomyliłem folklor.

Zerwałam się i rzuciłam w głąb pokoju, szukając czegoś ciężkiego lub ostrego, czym mogłabym cisnąć w jego głowę.

– No cóż, nie jestem do końca jedną z Nich, dobra? Nieważne. Nieważne. Nie wiem, po co ja ci to mówię. Jesteś tak zaabsorbowany sobą, że guzik cię obchodzi wszystko oprócz ciebie samego.

– Nuala. – James nie podniósł głosu, lecz jego ton był tak wysoki, że zabrzmiało to prawie jak krzyk. – Może ja opowiem tobie czarującą bajkę na dobranoc. Dopiero dwa miesiące temu wyszedłem ze szpitala. Przez całe lato składali mi głowę z powrotem w jedną całość i zszywali płuca.

Spojrzałam na świeżą bliznę nad jego uchem, tylko trochę przykrytą włosami. Moje myśli powędrowały ku nic nie znaczącej bliźnie na moim biodrze – dla Jamesa widocznie miała znaczenie, bo inaczej nie miałabym jej.

– Rozwalili mi samochód – kontynuował James – mój cudowny samochód. Grzebałem w nim każdą wolną chwilę, spędziłem przy nim wszystkie wakacje mojego nastoletniego życia, aż stał się doskonały. Zrujnowali życie mojej przyjaciółce, prawie mnie zabili, i nie zostało nam nic, tylko blizny i ty koło mojego łóżka.

Patrzyłam na niego.

Wstał, spojrzał mi prosto w oczy i skrzyżował ręce. Był tak żałośnie dzielny, złote iskierki w jego wnętrzu jaśniały tak bardzo, że prawie zatoczyłam się od pragnienia.

– A więc, Nualo, powiedz mi, dlaczego w obecnej chwili miałoby mnie guzik obchodzić cokolwiek oprócz siebie samego?

Nie umiałam odpowiedzieć.

Odwrócił się i podniósł z brzegu łóżka brązową bluzę, sugerując koniec rozmowy.

– Bo ja Ich widzę, a ty nie! – wypaliłam.

James znieruchomiał. Tak po prostu. Nie podskoczył ani nie zareagował w żaden sposób. Po prostu znieruchomiał. Nastąpiła długa, długa cisza. Kiedy znowu odwrócił się do mnie, wciągając bluzę przez głowę, był znowu sobą.

– Kolejny twój talent. Myślę, że już napatrzyłem się na was na całe życie. Bez urazy dla ciebie i twoich… – wykonał gest w moją stronę – historii.

Wydęłam wargi.

– Wręcz przeciwnie. Gdzie się tak śpieszysz?

Gwałtownie wbijał się w trampki, minę miał przygnębioną. Wiedzieliśmy oboje, że pędzi zobaczyć cierniowego króla.

– Nie wiem, czego ode mnie chcesz. – James przecisnął się koło mnie, jakbym była powietrzem, po prostu jedną ze znajomych osób w jego życiu. Nikt z nich go nie obchodził poza głupią Dee, która miała go głęboko gdzieś. – Nigdy się nie zgodzę. – Otworzył drzwi i zatrzasnął je za sobą. Lekko.

Oj, ja bym trzasnęła! Miałam ochotę nimi trzasnąć. Przez kilka długich minut stałam w pokoju Jamesa, wizualizując jego conocne wymykanie się przez jedno z okien na parterze (bo nie chciał przechodzić obok pokoju Sullivana).

Mogłam się poddać. Mogłam znaleźć innego chłopca świecącego złotą obietnicą i ukraść mu życie, ale co by to dało? I tak miałam czas tylko do Halloween. Gdybym nie znalazła kolejnego, prawdopodobnie nie umarłabym. Od poprzedniego nie upłynęło przecież tak wiele czasu. Prawdę mówiąc, chciałam właśnie jego.

Wyfrunęłam przez okno w granatowe niebo. Popłynęłam na abstrakcyjnych myślach ludzi i odnalazłam Jamesa, mały ciepły ognik w suchej złotej trawie wzgórz. Musiał wyczuć, jak cicho klękam koło niego, ale kiedy powoli stałam się znów widzialna, nie odezwał się. Zimne wieczorne powietrze szczypało mnie w skórę.

Ze złością wyrwałam garść trawy i zaczęłam szarpać jej źdźbła na strzępy. Widziałam raz, kiedy byłam młodsza – czy nowsza – jak fej rozerwał śmiertelnika na kawałki. Człowiek wysuszył bagno za swoim domem, nieumyślnie zabijając fejów, którzy mieszkali w wodzie.

Fejowie z jego w studni wyszli z niej, wywlekli go na dawne bagno i rozszarpali. Ciekawe, jaka była w tym jego wina, skoro nie miał świadomości, że w grzęzawisku są fejowie? „Nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania” – syczał włochaty fej ze skrzelami. To wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że różnię się od reszty fejów. Miłosierdzie, tak to się nazywa. Ja to miałam, a inni nie mieli. Był to dopiero początek długiej listy. Odrzuciłam resztę trawy.

– Mogę chociaż zapytać, dlaczego tu przyłazisz co wieczór? Nie masz zbyt wiele obowiązków przy stawianiu sanktuarium ku własnej czci w tym czasie?

James chrząknął. Z dala dobiegły pierwsze takty pieśni. Zamknął oczy, jakby sam dźwięk sprawiał mu fizyczny ból.

– Fizycznie mnie kręci potajemne wymykanie się wieczorami. Teraz jestem naprawdę podniecony. Sprawdź, jakie mam twarde sutki. – Jego głos był niewiele głośniejszy od szeptu i zionął sarkazmem.

Odsunęłam się.

– Jeśli tak lubisz…

– Och, mała! – Oczy miał wbite w horyzont, czekał na pojawienie się rogatej głowy.

– Zdajesz sobie sprawę z tego, że to niebezpieczne? – zapytałam. – Pamiętasz, kiedy ci mówiłam, że dookoła są rzeczy gorsze ode mnie? To właśnie jedna z tych, o których mówiłam. Czy ty jesteś głupszy niż osioł?

James nie odpowiedział, ale zrozumiałam, że przyciągało go właśnie niebezpieczeństwo.

Zdążyłam zobaczyć masywne rozłożyste poroże sekundę wcześniej, niż dostrzegł je James. Schwyciłam chłopaka, pociągając za sobą na trawę, aby ukryć nas oboje. Zwinęliśmy się w kłębki, przycisnęliśmy kolana do brody, leżeliśmy obok siebie ramię przy ramieniu, głowa przy głowie. Poczułam, jak przy mnie drży, dotknięty przez moją obcość.

Jego ciało jasnowidza dawało mu znak, ostrzegając o mojej obecności, nie ruszał się jednak.

– Cernunnos[7]. Gwyn ap Nudd. Hades. Hermes. Król umarłych – szepnęłam mu do ucha, prawie dotykając go ustami.

Pieśń brzmiała już głośno, zawodząco, żarliwie. Czułam, jak James walczy z jej zewem.

– Co on śpiewa? – zwrócił się do mnie cicho, wręcz niesłyszalnie, może w końcu zdając sobie sprawę, że rozumiem jego myśli równie dobrze jak słowa.

– Zaczęłam szeptem tłumaczyć, aby tylko on usłyszał:

Jestem dzięki nim, a oni są dzięki mnie.

Zimni i ciemni, jesteśmy jednością i wielością,

Czekamy i czekamy, tak śpiewają zmarli.

Tak śpiewam ja: rośnijcie, powstańcie, chodźcie.

Tak śpiewam ja: ci, co ani z piekła, ani z raju,

rośnijcie, powstańcie, chodźcie.

Niechrzczeni, niebłogosławieni, zejdźcie do mnie z gałązek dębów.

Nieszczęsne półdemony zagrzebane w piachu,

usidlone moją mocą, rośnijcie, powstańcie, chodźcie.

Wasz dzień nadchodzi.

Usłyszcie mnie. Gotujcie się na ucztę.

James zadrżał, chowając głowę, zakrywając ją rękami. Dłonie zacisnął na karku tak mocno, że kostki zbielały. Pozostał w tej pozycji, aż pieśń cierniowego króla ucichła. Słońce zniknęło, pozostawiając nas w ciemności. Mój towarzysz powoli usiadł, coś w jego spojrzeniu świadczyło o tym, że relacja między nami się zmieniła, ale tym razem nie wiedziałam jak.

– Masz czasami poczucie, że stanie się coś okropnego? – zapytał mnie James. Nie było to pytanie w prawdziwym tego słowa znaczeniu.

Usiadłam.

– To ja jestem tym czymś okropnym.

James założył kaptur i wstał. A potem – o cudzie! – wyciągnął do mnie rękę, by pomóc mi wstać, jakbym była człowiekiem.

– To, o czym mówiłaś. Coś gorszego od ciebie. – Miał szorstki głos.


Nuala

Ta letnia noc trwa tylko minutę

Tak, minutę, i minutę po minucie

Piękna kakofonia, cukier na mych ustach, tańczę do upadku

W moich myślach ty byłaś, nim ta noc zapadła

Tak, minutę i minutę po minucie

Aż w otępieniu wargi opadły na inne

I czułem, że zniknę

STEVEN SLAUGHTER, ZŁOTA MOWA

Po wycieczce do Waszyngtonu zostawiłam Jamesa w spokoju. No, nie całkiem. Nie rozmawiałam z nim ani nie zsyłałam mu snów, ale śledziłam go. Czekałam, aż zagra znowu moją pieśń. Czekałam, aż w ogóle coś znowu zagra. Spędzałam popołudnia przed internatem, przesiadując pod portykiem z tyłu budynku, tam, gdzie zastał Dee pierwszego wieczoru, i słuchając odgłosów ludzkiego życia wewnątrz domu. Spółdzielnia „Ucho”. Jednego wieczora, kilka dni po wycieczce, dobrze po zachodzie słońca usłyszałam innego rodzaju dźwięki. Nie pochodziły z wnętrza internatu, lecz spoza niego. Fejowie śpiewali i tańczyli na wzgórzu za szkołą. Tym razem nie podeszłam do Nich, stałam tylko pod kolumnadą za internatem Jamesa i słuchałam, otulając się własnymi ramionami.

To byli daoine sidhe – fejowie stworzeni z muzyki i przez nią przyciągani. Nie powinni się zjawiać poza okresem świętojańskim, ale byli tu, łatwo rozpoznawalni po swoich zawodzących fletniach i skrzypcach. Czy to o tym mówiła Eleanor, twierdząc, że mamy się stać potężniejsi? O pojawieniu się słabych do tej pory daoine sidhe?

Podskoczyłam, kiedy ktoś dotknął mojego ramienia. Zanim się połapałam, co się dzieje, nie zdążyłam nawet w połowie stać się niewidzialną.

– Ciiii… – Głos był praktycznie samym śmiechem. – Cicho, śliczności.

W pierwszej chwili wkurzył mnie ten śmiech, a zdrobnienie dokończyło dzieła. Odwróciłam się i skrzyżowałam ręce. Fej miał zielonkawy odcień skóry, jak wszyscy daoine sidhe, kiedy się pojawiali w świecie ludzi. Uśmiechnął się, patrząc z góry i wyciągając do mnie rękę.

– Czego chcesz? – zapytałam zaczepnie. Uśmiechał się tak samo i nadal wyciągał rękę.

Pachniał jak fej: koniczyną, zachodami słońca i muzyką. Zupełnie inaczej niż James z jego lekkim zapachem kremu do golenia i skórą dud.

– Nie musisz stać tu sama. Mamy muzykę i planujemy tańczyć do białego rana.

Obejrzałam się za siebie i spojrzałam na daleki blask, który bił od fejów na pagórku. Znałam słowa opisujące taniec fejów, ponieważ Steven, jeden z moich uczniów, spisał większość z nich tak, jak wyszeptałam mu je do ucha: kakofonia, piękno, cukier, roześmiany, wyczerpanie, bezdech, żądza, otępienie. Odwróciłam się znowu do pięknego zielonego feja stojącego przede mną.

– Nie wiesz, kim jestem?

– Jesteś leanan sidhe – odrzekł. Zaskoczyło mnie, że wiedział, a mimo to zaprosił mnie do tańca. Jego wzrok błądził po moim ciele. – I jesteś piękna. Tańcz. Jesteśmy coraz silniejsi, a taniec stał się lepszy niż kiedykolwiek. Pójdź za mną i tańcz. Po to tu jesteśmy.

Spojrzałam na jego wyciągniętą dłoń, ale jej nie wzięłam.

– Jeśli po to tu jesteście – odparłam – to przyszliśmy w zupełnie różnych celach.

– Nie bądź głupia, kruszyno – odezwał się fej i wziął mnie za rękę, którą przyciskałam do boku.- Wszyscy jesteśmy tu dla przyjemności.

Próbowałam wyrwać rękę, ale trzymał mocno.

– Nie słyszałeś? Ja umieram. Cóż to za zabawa tańczyć z konającą feją?

Przyciągnął moją dłoń do ust i pocałował ją, potem odwrócił i zaczął ni to lizać, ni to gryźć delikatną skórę na nadgarstku.

– Jeszcze nie umarłaś.

Znowu szarpnęłam dłoń, ale utrzymał mnie za nadgarstek. Był silny, o wiele za silny jak na daoine sidhe, który znajduje się w pobliżu ludzi, żelaza i nowoczesnego miasta.

– Puszczaj mnie albo nie będę jedynym fejem nieboszczykiem w okolicy.

– A więc tańczysz tylko ze śmiertelnikami? – Jego głos brzmiał wytwornie, jakby nie ściskał mnie właśnie, a ja nie użyłam słowa „fej”. Trzymając mnie za nadgarstek, przyciągnął bliżej i szepnął mi do ucha: – Ponoć kiedy leanan sidhe całuje mężczyznę, on widzi raj.

Mogłabym go zabić, gdybym znała jego imię. Byłam kiepska w walce, ale dobra w zabijaniu. Fej nie podałby mi jednak swego imienia, zwłaszcza jeden z kruchych daoine sidhe, którzy zachowali tyle naszej magii.

– Och, tak?

– Tak. Ponoć także… – Jego wargi przycisnęły się do mojego ucha i obiecały, jak zawsze czynią to fejowie, wieczne życie i bezmyślną radość. – Jeśli leanan sidhe spocznie u jego boku, jest to rozkosz, nie porównywalna z żadną inną na tej ziemi. – Sięgnął ręką i złapał mój drugi nadgarstek, mocno niczym obcęgi.

A więc miał to być gwałt. Tylko że fejowie nigdy tak tego nie nazywali. Mówili „pohańbić”, „uwieść” albo „ulec żądzy”. Zostać wziętym siłą przez feja to powszechna rzecz dla ludzi. Natomiast feja miała swoje prawa. Feja właściwa nigdy nie musiałaby czuć ust tego daoine sidhe na szyi i jego muzyki buczącej w całym ciele, ponieważ królowa nigdy by na to nie pozwoliła. Ale ja nie byłam ani właściwym fejem, ani człowiekiem, więc nikogo nie interesowało, co się ze mną stanie. Obchodziło to tylko mnie.

Myślałam też o tym, że uścisk jego palców na moim nadgarstku był nieprzyjemny jak dotyk mlecza, myślałam o jaskrawej bieli jesiennego księżyca wiszącego nad internatem z kolumnami, podczas gdy jego ręka błądziła po ciele, które James uczynił pięknym.

Jedną dłonią trzymał mnie za kark. Palce miał tak długie, że obejmowały moją szyję prawie dookoła. W sile jego uścisku była sugestia tego, co potrafiłby zrobić.

Uniósł mój podbródek w górę jak prawdziwy kochanek, w którego objęciach znalazłam się dobrowolnie.

– Bardzo chciałbym zobaczyć niebo.

Oplułam go. Ślina błyszczała na jego policzku jaśniej niż jego ciemne oczy w słabym świetle. Uśmiechnął się, jakbym właśnie dała mu najpiękniejszy prezent świata. Nienawidziłam go i nienawidziłam wszystkich innych fejów właśnie za tę ich pobłażliwość. Mogłam wrzeszczeć, ale wówczas doszło do mojej świadomości, że na całym świecie nie ma ani jednej duszy, która mogłaby mnie usłyszeć i coś uczynić bez względu na to, gdzie bym zawędrowała.

– Łzy? Jesteś bardzo ludzka. – Zwrócił mi uwagę fej, choć kłamał, bo nigdy nie płakałam. – Nie płacz, śliczna, to ci zniszczy urodę. – Fej włożył mi rękę pod bluzkę. Szarpnęłam się gwałtownie, walcząc; po raz drugi w życiu nie mogłam dostać tego, czego chciałam.

Wolną rękę zacisnęłam w pięść – znajomy łatwy gest – i wbiłam mu ją w nos. Czytałam gdzieś, że można wbić komuś grzbiet jego nosa w mózg i zabić na miejscu, jeśli się dobrze uderzy. Był niewiarygodnie szybki. Odwrócił twarz, moja pięść osunęła się wzdłuż jego żuchwy, a on chciał złapać mnie za ramię. Byłam jednak szybsza i poorałam paznokciami jego czoło i policzek, pozostawiając ślady, przez chwilę białe, które zaraz zaczęły czerwienieć.

Musiało to zaboleć, ale fej niezmiennie się uśmiechał i wciąż trzymał mój nadgarstek, ściskając go tak mocno, że jęknęłam, próbując się wykręcić spod naporu jego palców wpijających się w moją skórę i miażdżących moje kości. Walczyłam, kopiąc, pchając, wijąc się w jego objęciach, jakbym mogła cokolwiek zdziałać, ale on był silny. Silny jak w przesilenie.

Zbyt silny jak na daoine sidhe tuż przy ludzkiej budowli.

Chciałam oderwać się myślami, zniknąć w rozdzierająco pięknym śnie, lecz to, co mogłam dawać innym – mistyczny splendor i sny nie z tego świata – dla mnie było niedostępne. On zabierał to dla siebie.


Nuala

Zbyt liczną i straszną są menażerią

Emocje, by można je było policzyć

Jak stwory, co pełzną, i stwory, co fruną,

By ciało rozerwać na strzępy.

STEVEN SLAUGHTER, ZŁOTA MOWA

Kiedy zostałam wezwana, patrzyłam, jak James śpi. Przemieszczając się, mogłam myśleć tylko o tym, co ostatnio widziałam, a był to James na prywatnym polu walki snu z ramionami ściskającymi mocno poduszkę, pokrytymi zapisem naszej twórczością. Sam śnił o „Balladzie” bez zachęcania z mojej strony. Śnił mu się główny bohater, stanowiący metaforę jego samego, magik egoista w świecie pełnym zwykłych ludzi. Śnił o zbudowaniu sceny w niskim płaskim budynku z żółtej cegły klinkierowej, porośniętym bluszczem. Eric też tam był, grał na gitarze, a ten, jak mu tam, Okrągły grał jedną z ról, przesadnymi gestami, ze wstrząśniętą twarzą. Wszystko było żywo odmalowane, aż do zatęchłego zapachu w budynku. Wydawało mi się, że to ja śnię.

A potem – szarpnięcie, i zniknęłam.

Zmaterializowałam się z szelestem kruszonych jesiennych liści. Ich krawędzie kłuły i ziębiły moją skórę. Październikowa noc była lodowata i nieruchoma. Stałam pośród kępy czarnych – w nocy – drzew, lecz niedaleko, przed wejściem do każdego internatu, połyskiwały światła. Dopiero na chwilę po tym, jak poczułam gorzki zapach palonego tymianku, zauważyłam, że mnie wezwano. To nie zdarzało się codziennie. Nikt nie potrzebował mnie przyzywać.

– Czym jesteś? – warknął głos nad moim uchem. Zmarszczyłam brwi i odwróciłam się w stronę tego głosu i zapachu. Zobaczyłam śmiertelniczkę, starą i brzydką, po czterdzieste. W jednej ręce trzymała zapałkę, która się wciąż dymiła, a w drugiej tlącą się gałązkę tymianku. Przez moment nie wiedziałam, co powiedzieć. Od lat nie wezwał mnie śmiertelnik.

– Czymś niebezpiecznym – odpowiedziałam.

Patrząc na moje ubranie, kobieta uniosła brew.

– Wyglądasz na człowieka – rzekła z pogardą, rzuczając na ziemię zapałkę i tymianek, wdeptując je obcasem skórzanego buta w suche liście w leśnej ściółce.

Spojrzałam na nią z ukosa. Miała na szyi czterolistną koniczynkę przywiązaną ogonkiem do sznurka – dzięki niej widziała fejów. Zdałam sobie sprawę, że już ją spotkałam w korytarzu, z którego wchodziło się do pokoju ćwiczeń. Węsząca kobieta.

– Ty też. – Odgryzłam się. – Po co mnie wezwałaś?

– Nie ciebie konkretnie. Wyświadczyłam przysługę twojej królowej i potrzebuję pomocy.

Nie pachniała strachem, co mnie denerwowało. Ludzie powinni się bać. Nie mogli także wiedzieć, że przywołuje nas palenie tymianku, czy to, że dzięki czterolistnej koniczynie można nas zobaczyć. A poza tym nie mieli prawa stać tutaj z ręką opartą na biodrze i miną mówiącą: „No, co jest? Do roboty!”.

– Nie jestem dżinem – powiedziałam sztywno.

Kobieta pokręciła głową.

– Gdybyś była dżinem, to byłabym już w samochodzie i wracała do hotelu, a nie dyskutowała z tobą na temat tego, czym jesteś. Pomożesz mi czy nie? Kazali mi posprzątać po robocie.

Wbrew sobie samej poczułam ciekawość. Eleanor miała na swoich usługach śmiertelników, którzy pozostawiali po sobie bałagan? Zdobyłam się na tak dużą obojętność, na jaką było mnie stać i powiedziałam:

– Dobra. Nieważne. Pokaż mi.

Śmiertelniczka zaprowadziła mnie do lasu i poświeciła małą białą latareczką, którą wyjęłą z torebki.

Na ziemi leżało ciało. Miałam przeczucie, że tam będzie. Widziałam nieżywych ludzi, oczywiście, ale to coś innego. To była feja. Nie była piękna jak ja. Wręcz przeciwnie. Była mała i zwiędła, jej białe włosy rozsypały się po zielonej sukni jak słoma. Jedna błoniasta stopa wystawała spod spódnicy. Ale niemniej była taka jak ja, bean sidhe[8]. Samotna feja, która nie miała z kim porozmawiać, ktora żyła koło ludzi, aby ich ostrzegać przed nadchodzącą śmiercią. Teraz sama nie żyła, pogrążona w śmiertelnych drgawkach i roniąc kwiaty dokoła. Nigdy wcześniej nie widziałam martwej bean sidhe.

Pomyślałam, że zapytam, kto ją zabił, ale szybki wgląd w umysł śmiertelniczki wyjaśnił, że to jej sprawka. Jak większość ludzi była idiotką; tak łatwo prześledziłam jej wspomnienia, jak tropiła bean sidhe po jej głosie. Widziałam, jak wyciąga z torby żelazny pręt, a potem obserwowałam szarpaninę.

Czy Eleanor kazała jej zabijać naszych?

– Sama posprzątaj! – warknęłam. – Nie jestem niewolnikiem.

Trąciła czubkiem buta stopę z błoną między palcami, wywijając z obrzydzeniem wargę.

– Nie zrobię tego sama. Nie możesz po prostu – wykonała niewyraźny gest wypielęgnowaną dłonią – poczarować, żeby to zniknęło?

– Nie wiem jak. Nigdy nie musiałam usuwać ciała feja.

Śmiertelniczka drgnęła na dźwięk słowa „fej”.

– Tamten wczoraj tak nie mówił. Powiedział tylko, że się tym zajmie. Ledwie się obejrzałam, a już go nie było.

– Kogo nie było? – Do mojego głosu wdarło się zmęczenie.

– Bauchana[9]. Nie miał żadnych problemów z pozbyciem się go. Zrobił tylko tak. – Znowu głupi gest. Coś bym jej zrobiła, coś okropnego, za samą jej głupotę. Zapłaciłabym jednak słono, skoro Eleanor ją chroniła. Bauchan. Kolejny fej samotnik, który ma dobry kontakt z ludźmi. Zaczynałam panikować. Płonąć co szesnaście lat to jedno, ale powrót to co innego. Po wbiciu żelaznego pręta w szyję nie wróciłabym.

– Nie mogę pomóc. Wezwij kogoś innego. – Zanim zdążyła odpowiedzieć, pognałam, półwidzialna, szukając strumienia myśli dobiegającego z internatów.

– No cóż, cholera. – Usłyszałam jej głos dobiegający z wiru liści, jaki po sobie zostawiłam. I już mnie nie było.

Uciekłam w ciepłą ciemność internatu i przysiadłam na skraju łóżka Jamesa. Pod drugą ścianą cicho chrapał Okrągły. Powinnam odejść dalej, żeby znowu nie okazać się najbliższym fejem, jeśli mordująca śmiertelniczka postanowi kogoś wezwać, ale nie chciałam zostać sama. To, że miałam świadomość, że nie chcę być sama, przerażało mnie bardziej niż sam lęk przed samotnością. Niewidzialna wpełzłam na łóżko i położyłam się obok Jamesa. Zamiast otoczyć go ramionami czy pogłaskać po włosach jak przy sprowadzaniu snów, zwinęłam się przy jego piersi, jakbym była kochaną przez niego śmiertelniczką, jakbym była Dee, która na niego nie zasługiwała, mimo że był zapatrzonym w siebie dupkiem.

Za moimi plecami James zadrżał. Jego ciało ostrzegało go przed moją obecnością. To głupie, ale z tego powodu zachciało mi się znowu płakać. Stałam się widzialna, wtedy mniej się trząsł. Jego pościel zaśmierdziała, jakby nie zmieniał jej od przyjazdu, ale on sam pachniał dobrze. Solidnie i namacalnie, jak skórzany worek w dudach.

Wciśnięta w rogalik jego ciała, zamknęłam oczy i pod powiekami zobaczyłam trupa bean sidhe Potem dostrzegłam rudego bauchana, który z zarośli szczerzy do człowieka zęby w uśmiechu. Potem szczerzył się w listowiu, patrząc w niebo martwymi oczami. Żelazny pręt wystawał mu z szyi. Za moimi plecami James miał koszmarny sen.

Szedł przez las, suche liście trzaskały pod jego stopami. Miał na sobie koszulkę z napisem „Piękny i inteligentny”, która odsłaniała mu ramiona, pokryte aż po rękawki czarnymi zapiskami. Gęsia skórka zniekształcała zapisane na skórze nuty. Las był pusty, ale on kogoś tam szukał. Śmierdziało palonym tymiankiem i liśćmi, zaklęciami wezwania na Halloween i ogniskami. „O!” – powiedział we śnie. Był to krótki dźwięk, nie żadne słowo. Kucnął wśród liści i skrył twarz w swoich popisanych dłoniach. Jego barki skuliły się żałośnie. Był ciemną plamą w morzu martwych liści. Obok niego leżało moje ciało. Przez jego ramię widziałam żelazny pręt wystający z boku mojej twarzy i swoje oczy wpatrzone w nieskończoność.

Na jawie Jamesem wstrząsnął silny dreszcz. „Jest jasnowidzem – pomyślałam tylko. – A jeśli to, co widzi, to po prostu przyszłość?”.

Obróciłam się i spojrzałam w jego uśpioną twarz, prawie niewidoczną w mroku. Chciałam przerwać sen. Był tak blisko, że czułam na ustach jego ciepły oddech. Z tak bliska dobrze widziałam brzydką wypukłość szramy nad uchem. Jaka wielka musiała być ta rana, zanim poskładali go do kupy. Aż dziw, że mózg nie wypadł mu na zewnątrz. Zmarszczyłam brwi. Wiedziałam, że potrzebuje snu, bo poprzednią noc spędził na nogach, ale też chciałam, by się obudził.

Uszczypnęłam go w ramię.

James nie podskoczył, nie wystraszył się, nawet nie zawahał. Otworzył tylko oczy i spojrzał prosto w moje.

– Żyjesz – powiedział ledwie słyszalnie, właściwie udając tylko, że musi mówić na głos. Jego myśli ciągle były zamglone, powolne, odurzone snem. Pokręciłam głową, szeleszcząc nosem o prześcieradło.

– Jeszcze.

Usta Jamesa poruszyły się, właściwie szemrał tylko, nie szeptał.

– Czego chcesz?

Nie było już jak wcześniej. Wcześniej, kiedy tak pytał, miał na myśli: „Czego chcesz ode mnie?”. Ale nie dziś. Wyciągnęłam jego ramię spod poduszki, czułam, jak skóra kurczy mu się z zimna, kiedy tak trzymałam go za nadgarstek. Pozwolił mi się otoczyć ramieniem tak, aby żelazna bransoleta na jego ręce opierała się o moje ramię. Kiedy ją dotknęłam, zaszumiało mi w głowie, ale żelazo – nie tak jak w przypadku innych fejów – nie robiło mi krzywdy. I uodparniało mnie na zaklęcia.

„Dlaczego?” – pomyślał James. Ale nic nie powiedział.

Przycisnęłam do siebie mocno jego nadgarstek, żeby żelazo miało jak największy kontakt z moją skórą.

– To po to, by nie padło na mnie, jeśli ktoś będzie próbował wzywać feja.

James nic nie powiedział, przesunął tylko ręce nieco do przodu, żeby było mi wygodniej.

– Nie zabij mnie – szepnął. – Idę spać.

I zasnął. Ja także usnęłam, czując gorący dotyk końcówek bransolety. Nie wiedziałam nawet, że potrafię spać.


Nuala

Czym jest ten smak, co gardło zatyka?

Nektar tak słodki, jad pszczół, co tak piecze

Czuła uwaga, co ściąga mój wzrok na

Kształt twoich dłoni i jeszcze inne rzeczy,

Co też się nie liczą.

STEVEN SLAUGHTER, ZŁOTA MOWA

Wspominając tamto popołudnie, myślę o tym, jak mogłam wówczas sprawić, żeby Eleanor nie spostrzegła uczuć, jakimi darzyłam Jamesa. Wyobrażam sobie, jak mogłam sprawić, żeby nawet mnie nie zauważyła, albo jeśli nie udałoby mi się ukryć, to przynajmniej mogłam zataić, że coś nas łączy.

James czekał na przystanku z Okrągłym. Głupia Dee wróciła do szkoły. Najwidoczniej po zmiażdżeniu Jamesa poczuła się zmęczona i potrzebowała odpoczynku dla urody. Okrągły pokazywał magiczne sztuczki – chyba posiadał jakieś ukryte pokłady – z kawałkami papieru, które pojawiały się i znikały w jego rękach. Łatwo rozszyfrowałam jego technikę, ale muszę przyznać, że szło mu nieźle. Sztuczki pokazywał w chłodny obojętny sposób, jakby mówił: „Oczywiście, że istnieją czary”.

James uśmiechał się ironicznie. Zaczęłam się niezwykle przywiązywać do tego uśmiechu. On wiedział, że czary faktycznie istnieją, a to, co prezentuje Okrągły, do nich nie należy. Za to dawał się mu nabierać, i ta sprzeczność go cieszyła.

Usiadłam kilkadziesiąt metrów od nich w trawie na tyle daleko, by James mnie nie wyczuł, i na tyle blisko, żeby słyszeć rozmowę. James jak zwykle płonął w środku złotym blaskiem, i po raz pierwszy od miesięcy zdałam sobie sprawę, że jestem głodna. Dopiero teraz dopuściłam do świadomości myśl, że jeśli nie zawrę z nikim paktu, to wytrzymanie do Halloween będzie trudne. Wtedy także zdałam sobie sprawę, że nie mam ochoty odbierać Jamesowi lat, nawet jeśli się zgodzi.

Czułam, że się rozpływam. Nie wiedziałam już, kim jestem.

– Czekasz na autobus?

Nie rozpoznałam aksamitnych zielonych jak mech bucików, które pojawiły się przede mną, ale głos należał do Eleanor. Podniosłam głowę i zobaczyłam u jej boku jej bezimiennego śmiertelnego towarzysza. Przechylił się nieco w pasie i wyciągnął do mnie rękę, aby pomóc mi wstać, lecz Eleanor pacnęła go w palce, i on od razu opuścił dłoń.

– Sss… To nie jest dobry pomysł, ukochany. Ona jest głodna, a ty, jak wiesz, jesteś aż zbyt apetyczny. – Eleanor spojrzała na mnie z góry i sama wyciągnęła rękę. Na każdym z jej palców był pierścionek, a niektóre połączone były łańcuszkami, zwisającymi w pętelkach pod jej dłonią. Siedziałam nadal. Eleanor zmarszczyła brwi w wyrazie subtelnego i bolesnego współczucia.

– Nie wstaniesz przed swoją królową, skarbie? Czy jesteś zbyt słaba?

Podniosłam na nią wzrok.

– Dlaczego? A co, każesz mnie zabić, jak nie wstanę? – Wiedziałam, że mówię jak nadąsane dziecko, ale nie próbowałam tego ukryć.

Eleanor wydęła swoje blade wargi.

– A więc to ty odmówiłaś wczoraj pomocy. Powiedziałam ci już, że dzieją się tu rzeczy, w które nie powinnaś się wtrącać.

Jej towarzysz spojrzał na mnie. Jego twarz mówiła w bardzo niewyraźny sposób: „Wstań”. Jego myśli nadal trudno było odczytać, ale wiedziałam, że był świadkiem śmierci i nie chce oglądać jej więcej. Wstałam.

– Nie mieszam się do waszych spraw. – Nie mieszałam się chyba. Nie wiedziałam dokładnie. Spojrzałam na Jamesa. Wzrok Eleanor podążył za moim. Jakaś kobieta zbliżała się do niego od przystanku, wyciągając już ręce do uścisku. Twarz Jamesa pojaśniała w wyrazie szczęścia. Chyba wcześniej nie widziałam go szczęśliwym.

Eleanor zaczęła się śmiać i śmiała się tak głośno, że nawet ludzie z dala od nas zadrżeli i stwierdzili, że zbliża się burza. Eleanor potarła oczy – jakby mogła płakać – i pokręciła głową, uśmiechając się z niedowierzaniem.

– Oj, mała leanan sidhe, tego sobie wybrałaś?

Nie podobał mi się jej śmiech i sposób, w jaki patrzyła na Jamesa.

– Co za dziwny i właściwy wybór. Prawie zabiłam go niedawno, a daoine sidhe wskrzesili go na prośbę zielnej dziewczyny. Teraz ty go dobijesz. Jaki piękny krąg zatacza ta historia!

Nie odezwałam się. Założyłam ręce i stałam, patrząc na Jamesa uśmiechającego się z dumą, podczas gdy jego mama przytulała Okrągłego, jakby to on wynalazł zarówno przytulanie, jak i matkę.

– Ach! – Eleanor uniosła dłoń do swoich ust. Pochyliła się do swego towarzysza, promieniując nieznośną satysfakcją. – Widzisz, mój piękny?

Jej małżonek mruknął potwierdzająco.

– A więc dlatego tak straszliwie drżysz od żądzy, mała dziwko? – powiedziała do mnie. – Cały czas obchodzisz się smakiem?

Guzik prawda, nie drżałam od niczego. Nic mi nie było. Od Stevena nie minęło wiele czasu.

– To nie twoja rzecz.

– Wszystko jest moją rzeczą. Troszczę się o sprawy wszystkich mych poddanych i nie chcę, aby komuś czegoś brakowało.

– Doprawdy? – szydziłam.

– Tylko poproś – zaproponowała Eleanor. Odwróciła się w stronę Jamesa, uśmiechając się z dystansem, jakby coś wspominała. – Cóż to się dzieje? Nie chce zawrzeć z tobą umowy? Mogę go zmiękczyć dla ciebie. Za pierwszym razem bardzo łatwo było go złamać.

W jej głowie zobaczyłam bardzo wyraźne wspomnienie Jamesa, złamanego i walczącego o oddech; oczywiście, było przeznaczone specjalnie dla mnie.

– Nie chcę zawierać z nim umowy. Moje umowy to moja sprawa. Wy macie swoje, a ja swoje. Ja nie mieszam się do waszych, a wy zostawcie w spokoju mnie – wycedziłam.

Posunęłam się za daleko, ale jego obraz rozrywał coś we mnie. Obróciłam głowę, czekając na jej gniew, ale ona położyła tylko dłoń na moim ramieniu i pokręciła głową, cmokając z niezadowoleniem.

– Oszczędzaj siły. Jeśli chcesz dotrwać do święta zmarłych bez zawierania paktu, będziesz jej potrzebowała.

Spojrzałam jej w twarz i zobaczyłam, że się uśmiecha.

Uśmiechała się w straszny sposób, który świadczył, że wiedziała doskonale o moich uczuciach do Jamesa i uważała to za niezmiernie ciekawe. Eleanor, jak wszystkie dworskie elfy, lubiła niszczyć interesujące rzeczy, zwłaszcza te, które już kiedyś zniszczyła. Odepchnęłam jej palce, i kiedy chciałam stanąć z nią twarzą w twarz, już jej nie było.


Nuala

Oto ma jesień, mój koniec roku

Rozpaczliwe wspomnienie lata

Tak mówię jej, kim ja jestem

Tak długa droga dzieli mnie od początku

Tak właśnie chcę wszystkiego, mieć wszystko z powrotem

Tak właśnie chcę jej

Oto ma jesień, moje ściernisko

Me zstąpienie w głąb doliny cieni.

STEVEN SLAUGHTER, ZŁOTA MOWA

Tuż po odrodzeniu byłam jasna jak płomień. Nie pamiętałam dokładnie mojego pierwszego podopiecznego, ale wiem, że jego płótna były wielkie i żółte, a śmierć gwałtowna. Drugi chłopak wytrzymał nieco dłużej. Chyba pół roku, ale może teraz, wspominając to, próbowałam się pocieszyć. Bardzo mnie pragnął, tak bardzo udręczony był przez sny, które mu zsyłałam, i przez słowa, które szeptałam do ucha. Nie czekał nawet, aż podda się ciało. Poczułam się głodna w środku nocy i znalazłam go, wiszącego jak świńska tuszka u rzeźnika.

A potem był pierwszy, którego dokładnie pamiętam. Miałam nad sobą więcej kontroli i wiedziałam, co robić, żeby żyli dłużej. Nazywał się Jack Killian i był niesamowitym skrzypkiem. Przypominał Jamesa w swoim pragnieniu osiągnięcia czegoś więcej. Nie wiedział nawet, jakie to „więcej” miałoby być, pragnął po prostu czegoś, co nadałoby życiu głębszy wymiar, i czuł, że jeśli tego nie odkryje, będzie to oznaczało, że los zrobił mu okrutny żart.

Dwa lata. Potrafił grać tak cudnie na ludowych skrzypkach, że słuchacze płakali. Układał melodie mocno osadzone w tradycji, ale sięgał nieraz do muzyki współczesnej. Był jak dynamit. Killian występował z koncertami, sprzedawał płyty i chciał więcej, więcej, więcej. A ja brałam więcej, więcej, więcej, aż pewnego dnia spojrzał na mnie i powiedział: „Brianna – powiedziałam mu, że tak mam na imię – ja chyba umieram”.

To było dawno temu. Teraz siedziałam w fotelu w sali kinowej, tak, jak nie wolno siedzieć: opierałam nogi na siedzeniu przede mną i starałam się o tym nie myśleć. W kinie było zbyt mało ludzi, aby mieli się przejmować moimi nogami, był to w końcu tylko poranny seans w maleńkim Gallon w stanie Wirginia.

Oglądałam film przygodowy. Akcja działa się na trzech różnych kontynentach. Było mnóstwo scen akcji, napięcia i różnych głupot, które niby miały przykuć moją uwagę, ale ja mogłam myśleć tylko o Jamesie patrzącym na mnie na pagórku, pragnącym poprosić mnie o zawarcie paktu. Zamknęłam oczy, ale pod powiekami zobaczyłam twarz Killiana. Wydawało mi się, że ją dawno zapomniałam, że ich wszystkich zapomniałam.

– Czas wysadzić tę ruderę – z ekranu przemówił przystojny bohater o surowej twarzy. Otworzyłam oczy. Palec trzymał na jakimś detonatorze i nie zdawał sobie sprawy, że poza kadrem jego zapłakana ukochana uwięziona jest w budynku, który ma zamiar wysadzić. Próbowała dodzwonić się do niego na komórkę, a kamera pokazywała z ukosa, że telefon ustawił na wibracje i nie słyszy nic przez hałas helikopterów latających dookoła. Idiota. Tacy kretyni zasługują na samotną śmierć.

Miałam się nie przejmować moimi zdobyczami. Jak mogłabym dbać o nich i przeżyć?

Surowy bohater wcisnął czerwony guzik detonatora. Ekran wypełniła wielka pomarańczowa kula i w niemożliwie nierealistyczny sposób zdmuchnęła przy okazji dwa helikoptery.

Gdybym to ja była reżyserem, pokazałabym przez ułamek sekundy twarz bohaterki przed eksplozją, w momencie kiedy mięśnie się napięły, i ona zrozumiała, że jest w pułapce. Już się nie wydostanie.

Byłam bardzo głodna. Nigdy jeszcze nie wytrzymałam tak długo bez zawarcia paktu.

W wyobraźni zobaczyłam ponownie Killiana, który patrzył na mnie. Przypomniał mi się też jego głos – a myślałam, że to też zapomniałam. Tym razem jednak na jego miejscu byłam ja i patrzyłam na Jamesa.

– James – powiedziałam. – Ja umieram.


Nuala

Czy tłumaczysz ptakowi, że jest ptakiem?

Czy rybie przypominasz jej miano?

Tylko ludzie nie wiedzą, jak żyć mają

Potrzeba nam nazw, więc je mamy

STEVEN SLAUGHTER, ZŁOTA MOWA

Zajęłam jeden z najwygodniejszych foteli świata, jak nazywał je James, i uczyniłam swoim niepodzielnym księstwem. Myślałam o spełnieniu obietnicy złożonej Jamesowi, że dowiem się, o co tu naprawdę chodzi, ale tuż przed północą James wyślizgnął się z pokoju, by się ze mną spotkać. Był bosy, poruszał się prawie bezgłośnie i wyglądał przeuroczo w swojej koszulce i spodniach od dresu. Wstałam z fotela i dołączyłam do niego w połowie holu; z bliska zobaczyłam, że sprawia wrażenie nie tylko bardzo atrakcyjnego, ale także zmęczonego. Wielkie worki pod oczami. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy on ostatnio spał.

– Cześć, świrusko – powiedział trochę nieswojo, skoro teraz już nie planowaliśmy się pozabijać nawzajem.

– Cześć, wariacie.

Stałam z opuszczonymi rękami. Pocałowaliśmy się. Nie był to namiętny pocałunek, ale lekkie muśnięcie warg. To dziwne, jakbyśmy byli kimś zupełnie innym niż wcześniej tego samego dnia, kiedy byłam po raz pierwszy w życiu przemądrzałą reżyserką, a James gryzł moją wargę na oczach swojej nie-dziewczyny. Nie było źle, po prostu dziwnie. Jakoś nie pomyślałam wcześniej, że James może tak całować.

Wspięliśmy się bez słów na jeden z wielkich pluszowych foteli, zwijając się we wspólny kłębek. Czułam się bezpiecznie, słysząc bicie jego serca tuż przy swym uchu. Słyszałam, co myśli. Zastanawiał się, co robimy. Myślał też, że Halloween jest już tak blisko. Potem przypomniał sobie, że słyszę jego myśli, i poczuł się winny, bo nie chciał, bym myślała, jak mało dni mi zostało.

Jakbym mogła o tym zapomnieć!

– Byłaś super na próbie – szepnął James, aby odciągnąć moją uwagę.

– Wiem.

– Wiem, że to nie było reżyserowanie filmu… ale… – Jego słowa ginęły w moich włosach.

– Cicho bądź. – Nie wiem, czemu nie chciałam rozmawiać o tym, jak bardzo jestem zadowolona, tak samo jak nie chciałam mówić o Halloween.

Zraniłam uczucia Jamesa. Jego myśli odleciały ku kamykowi i temu, jak chciał zrobić z „Ballady” prezent dla mnie, ale nic nie powiedział. Nigdy by się nie przyznał, że coś go rani.

– Cicho bądź – powtórzyłam, chociaż niczego nie powiedział na głos. Musiałam się bardzo starać, by mówić normalnym głosem. Jakbym miała gulę w gardle i trudno mi było mówić.

– Podobało ci się. Chcesz tylko, żebym jeszcze trochę połechtała twoje ego.

– Właśnie. Chciałem tylko, żebyś powiedziała, jaki byłem wspaniały. Ale masz intuicję, jakbyś czytała w moich myślach. – Przyczepił się James.

– Jesteś beznadziejny. – Uszczypnęłam go. Wymamrotał: „Mmm-hmmm”, jakby mu to pochlebiło. Nie powiedział nic więcej, ja zresztą też sie nie odezwałam. Leżeliśmy z zamkniętymi oczami, zwinięci razem w kłębek. Piękna i Bestia. Albo raczej Bestia i Bestia.

Nie chciałam zasnąć. Oprócz tego jednego razu, nigdy wcześniej nie spałam. Znałam dobrze znaczenie takich słów jak „zmęczona” i „znudzona”, ale nie wiedziałam, jakie uczucia towarzyszyły „sennej” czy „obolałej ze zmęczenia”. Aż do dziś, kiedy do Halloween pozostało kilka dni, a ja nie zawarłam paktu od wielu miesięcy. Moje ciało chciało się poddać. Obiecałam sobie dotrzymać słowa i sprawdzić, co robili tu inni fejowie, albo, konkretniej, co to miało wspólnego z uczniami szkoły.

A jednak spałam. Przez trzy godziny i dwadzieścia siedem minut. Przerażało mnie zmęczenie. Miałam wrażenie, że mogłabym zamknąć oczy i nie otworzyć ich już więcej. A potem nicość. Tak mi zawsze wmawiano: fejowie nie posiadają dusz.

Kiedy spałam, James wtulił się mocno we mnie; pięści miał zaciśnięte, bo walczył ze snem. Zdołałam wyślizgnąć się powoli z fotela i z mojego własnego ciała, nie budząc go. Kiedy stawałam się niewidzialna, zobaczyłam, jak łamliwe suche liście rozsypują się po podłodze, a na skórze Jamesa pojawia się gęsia skórka.

Dawniej uwielbiałam wir liści towarzyszący zmianom mojego kształtu. Wolność. Lot na ludzkich myślach. Dawnej, kiedy się zmieniałam, były kwiaty i zielone liście lata. Potem kwiaty zmieniły się w jagody i nasiona, a liście zaczęły przybierać żółtą i czerwoną barwę. A teraz są tylko stare liście, suche i martwe. Żadnych kwiatów. Żadnych nasion. Wyleciałam z internatu, pofrunęłąm ponad wzgórzami, szukając tego, czego zawsze unikałam: innych fejów.

Ziewnęłam. Czułam się znowu zmęczona.


Nuala

Taniec, taniec, taniec

Trzymasz za nitki mojej duszy

Wirujesz, wirujesz

Aż zdołasz część tę z całości wykruszyć

Śmiejemy się, śmiejemy

Tak daleką już drogę przebyłem

Upadam, upadam

Zapominam, czym kiedyś byłem

STEVEN SLAUGHTER, ZŁOTA MOWA

Po raz drugi poszłam na tańce za szkołą Thornking-Ash. Kiedy weszłam do kręgu fejów, zniknęło przenikliwe zimno październikowej nocy. Zastąpił je żar tańczących ciał i ogników. Muzyka od razu porwała moje osłabione ciało, ciągnęła to w jedną, to w drugą stronę, wymazując z głowy wszelkie myśli oprócz tańca.

Jak zawsze byłam bardzo blisko muzyków, obserwując wzory, które tworzyły ich ciała, kiedy upajała je melodia skrzypiec, fletów i harf. Stałam przy nich i kołysałam się, pozwalając pulsującemu bębnowi, aby nadawał tempo bicia memu sercu. Patrzyłam na niezliczone tłumy fejów na pagórku. Wcześniej przyjście tutaj wydało mi się wspaniałym pomysłem, jako że taniec rozwiązywał języki i zachęcał do przechwałek, ale teraz, kiedy już tu byłam, zmroziło mnie na sam widok tłumu tancerzy i ogromu mego zadania.

Czyjaś dłoń odciągnęła mnie od grajków. Odwróciłam się, potykając. Zobaczyłam jednego z daoine sidhe o jaśniejąco bladej twarzy i włosach w kolorze spodu liścia. Starałam mu się wyrwać, czując ścisk w żołądku.

– Stój! – powiedział. Dziewczyna z daoine sidhe w rozdartej u dołu balowej sukni wyjrzała mu zza ramienia. Pod spodem miała bojówki z łańcuszkami.

– Chciałem tylko sprawdzić, czy to ty. Myślałem, że nie żyjesz – powiedział fej, który trzymał mnie za rękę. Wolną ręką próbowałam podważyć jego palce.

– A dlaczego miałam nie żyć?

Przysunął się bliżej.

– Myślałem, że ciebie także zabili. Ze względu na twoje związki z ludźmi.

Dziewczyna z tyłu wskazała palcem na szyję, jakbym nie rozumiała znaczenia słowa „zabili”. Przestałam się wyrywać.

– Kim jesteście?

– Una. A to Brendan – powiedziała dziewczyna. A potem zaczęła się śmiać, jakby to był żart.

Zmrużyłam oczy:

– Jaki macie do mnie interes?

Brendan zerknął w kierunku innych fejów.

– Zatańcz z nami – poprosiła Una, jedną ręką biorąc dłoń Brendana i wyciągając do mnie drugą.

– Za mocno mnie ściskasz. – Brendan skrzywił się, ale puścił mój nadgarstek i odwrócił dłoń, podając mi ją. – Chodzi o dudziarza. – Dodał, kiedy sie wahałam.

Przyjęłam jego rękę.

Zawirowaliśmy w tańcu. Nasza trójka stała się wewnętrznym kręgiem w większym kręgu. Una puściła moją rękę na chwilę, by zakreślić palcem koło w powietrzu nad naszymi głowami. Przez chwilę widziałam świetlisty krąg dookoła nas, który opadł jak lekka pajęczynka w momencie, kiedy Una znowu złapała moją dłoń.

Poczułam coś dziwnego, jakby odgłosy muzyki wyciśnięto mi z uszu, aż stały się jedynie słabym szumem w tle.

– Nie chciałam, żeby ktoś podsłuchiwał – stwierdziła Una. – Trzymaj krok, żeby nie zauważyli. Podziwiaj mój spryt, leanan sidhe.

– Super – rzekłam. – Co z dudziarzem?

– Nie chodzi właściwie o dudziarza – zaczął Brendan. – Ona to powiedziała, żebyś się zgodziła. Chodzi raczej o umarłych.

– …co ma wiele wspólnego z dudziarzem, który niedługo straci życie – dodała Una z żywym uśmiechem. – Tak jak ty. A więc chodzi też o ciebie.

– Po pierwsze, musisz nam powiedzieć, komu służysz – kontynuował Brendan. – Swoim, ludziom czy elfom?

– I nie oszukuj – ostrzegła Una.

Ich ręce mocno ściskały moje i nadal kręciliśmy się w tańcu. Czułam się jak w pułapce. Nie umiałam kłamać, ale nie mogłam też powiedzieć prawdy. Co zrobią ci fejowie, jeśli się dowiedzą, jak się czuję? Moja cisza była jak wydanie na siebie wyroku. Brendan patrzył mi w twarz z pewną satysfakcją.

– Dobrze. Miałem nadzieję, że kochasz się w dudziarzu. Daoine sidhe nie darzą śmiertelników miłością, ale tym razem ich potrzebujemy. Jesteś tak blisko nich, jak to tylko możliwe, a twoje związki z nim zapewniają nas o tym, że staniesz po ich stronie.

– Czego ode mnie chcecie? Ja umieram. Nie będę chłopcem na posyłki – odrzekłam szorstko.

– Nasza nowa królowa… – w głosie Brendana słychać było złość, kiedy to mówił – niecierpliwi się, jeśli musi podążać za zielną dziewczyną, tam gdzie zostanie przez nią pokierowana. Chodzą słuchy, że chce się sprzymierzyć z umarłymi, aby złamać siłę koniczynowej dłoni, chociaż nie wiem, jakiej podłej magii pragnie użyć, aby to osiągnąć.

– Ale z pewnością poleje się krew – dodała Una. – I to mnóstwo krwi!

– Tak. – Zgodził się Brendan. – Ludzka krew. Ludzkie ofiary. Nie daoine sidhe.

– W takim razie jaki macie w tym interes, skoro nie darzycie miłością śmiertelników? – dopytywałam.

– Wolność to jedna rzecz… – odpowiedział Brendan – ale zmiana jednego pana na drugiego to całkiem co innego. Jeśli zamienimy zielną na rogatego króla i stracimy związki z ludźmi, staniemy się czymś niewiele lepszym od zbłąkanych dusz i ciemnych elfów, którymi on już włada. I tak trudno jest słuchać Eleanor, a co dopiero iść z nią w takie mroczne miejsce.

Nie mogłam się nie zgodzić.

– A czego chcecie ode mnie?

– Pilnuj koniczynowej dłoni – poprosił Brendan. – Chroń ją w Halloween.

O tak, tak pragnęłam spędzić ostatni dzień życia: niańczyć Dee.

– Będę miała trochę problemów na głowie – ucięłam. – Będę płonąć, wiecie?

– Po to właśnie potrzebny nam dudziarz – odparł Brendan. – Powiedz mu. On ją kocha.

Potknęłam się. Una postawiła mnie na nogi. Tancerze chyba przyśpieszyli, a muzyka stawała się gorączkowa i niespójna. Gdy się tak kręciliśmy, zauważyłam kątem oka, jak Eleanor i jej towarzysz dołączają do kręgu, a powietrze drży od jej urody. Królewski małżonek zerknął na Eleanor, kiedy ona nie patrzyła, i na ułamek sekundy po jego twarzy przemknął strach. Znowu się potknęłam.

– Ma dość tańca – powiedziała Una Brendanowi.

– Ja decyduję, kiedy mam dość – warknęłam. – Nikt mnie nie zna oprócz mnie samej.

Uwolnili moje ręce, wpuszczając muzykę z powrotem do uszu, głośniejszą niż wcześniej. Zawirowałam w innym kierunku, lżejsza bez mych towarzyszy. Tancerze rozstąpili się, a ja tańczyłam sama. Pulsował we mnie rytm, nachalny, popędzający jak bicie serca. Wyobraziłam sobie, że James jest w kręgu i tańczy ze mną. Kiedy pojawiła się ta myśl, nie umiałam się jej pozbyć, marzyłam o jego opalonych ramionach trzymających mnie w pasie, jego ciele, pewnym siebie i gorącym, jego szorstkim policzku tuż przy moim; te myśli napełniały mnie tak ognistą tęsknotą, że z trudem oddychałam.

To było jak sen na jawie. Bęben dudnił, obiecując nieskończony taniec i wieczne życie. Zamknęłam oczy, poddając się marzeniu. Palce Jamesa przyciśnięte do nagiej skóry mojej talii, które mnie rozpalają. Zapach wyprawionej skóry, jego czoło na moim czole, jego biodra oparte o moje, nasze ciała poruszające się jak jeden instrument, kołyszące się, opadające, wirujące. Muzyka prowadzi nas pośpiesznie: taniec, taniec, taniec, a moje ciało krzyczy dziko: więcej, więcej, więcej!

Nie wiedziałam, czy to świat się kręci, czy może tylko ja.

Chciałam tego. Chciałam, żeby tu był, tańczył ze mną, chciałam tak bardzo, że niemal słyszałam, jak mówi: „Nuala, Nuala. Otwórz oczy”.

Wzgórze ciemniało. Noc zwyciężała nad kręgami ogników. Muzyka słabła. Słyszałam tylko bęben, dudniący jak moje serce.

Cholera jasna, Nuala!

Widziałam nad sobą gwiazdy i czułam jego zapach, jego dudy, oddech, skórę.

„Nuala, powiedz, co mam robić. Nie wiem, co robić. – Powiedz mi, jak ci pomóc”.

Mogłam tylko pomyśleć, że gdyby przyszedł wcześniej, zatańczylibyśmy razem.


Nuala

Nie tyle gryzie, co podgryza, mój przyjaciel Śmierć

Jestem maleńki, jakbym znów był dzieckiem

Wkrótce będę tak mały, że jego dłoń mnie pomieści

Zniknę, jednym haustem, za jego uśmiechem.

STEVEN SLAUGHTER, ZŁOTA MOWA

-Lepiej ci? – zapytał James.

Z jakiegoś dziwnego powodu kojarzył mi się z jabłkiem. Jego twarz była opalona po tych wszystkich popołudniach spędzonych na graniu na zewnątrz, a jego włosy, które zaczynały odrastać, zrobiły się jeszcze bardziej rude. Kiedy tak stał obok mnie na pagórku, dotykając kłosów złotej trawy, przypominał mi jabłka: owoce końca lata, czekające, aż nadejdzie jesień, nim się pokażą. Zwijałam i prostowałam papierek po zbożowym batoniku.

– Chyba wszystko jest lepsze niż utrata przytomności, co? Dlaczego Sullivan chce, żebym poszła na to wzgórze? Nie jestem szopem, który zakradł się do śmietnika. Nie możecie mnie po prostu odnieść na jakąś łąkę i mieć nadzieję, że sobie pójdę.

James uśmiechnął się do mnie półgębkiem, ale widziałam, że w kieszeni nerwowo pociera palcami oszlifowany kamyk.

– Nie oczekuje, że znikniesz, moja kochana żmijko. Może ma taką nadzieję. Ale raczej się tego nie spodziewa. Powiedział, że chce porozmawiać.

– Mogę rozmawiać wszędzie.

– Oj, wiem o tym, ale go rozumiem, a ty nie? Twój… nieco niestandardowy wygląd mógłby przyciągnąć uwagę w kampusie. Zwłaszcza w męskim internacie.

Położyłam się na plecach, łamiąc źdźbła trawy. Spojrzałam w intensywnie niebieskie niebo. Nie było na nim najmniejszej chmurki, a leżąc w ten sposób, nie widziałam żadnego z kolorowych drzew u stóp wzgórza. Mimo wszystko cały nastrój tego dnia – ostre czyste powietrze, zapach palonego drewna, porywy wiatru wokół nas – krzyczał, że Halloween tuż-tuż. James się pochylił, rzucając na mnie swój cień. W cieniu było zimno.

– Dobrze się czujesz?

– Przestań mnie o to pytać. Świetnie się czuję. Cudownie. Po prostu rozkwitam. Nie mogłabym być szczęśliwsza – powiedziałam. – Jak mnie znalazłeś?

– Leżałaś w trawie pod moimi nogami. To nie wymagało specjalnych umiejętności.

– Połóż się, żebym ci mogła przywalić – odrzekłam i posłałam mu uśmieszek. – A wcześniej. Jak znalazłeś mnie na wzgórzu po tym, jak zemdlałam? Była jeszcze przecież noc.

O Boże, zarumienił się. Nie sądziłam, że James Morgan potrafił się rumienić. Nie wyobrażałam sobie tego. Odwrócił głowę, jakby chciał ukryć swoje czerwone policzki, ale nadal widziałam jego purpurowe uszy.

– Ja… uch… przyśniłaś mi się.

– Przyśniłam ci się? – Od razu przypomniały mi się te wszystkie sytuacje, kiedy śniła mu się Dee, a nie ja. Wtedy zorientowałam się, co oznaczał ten burak na twarzy. – Co to był za sen?

James przygryzł krawędź swojego kamienia smutku, a potem skrzyżował ręce.

– Ha. Świetnie wiesz, co to był za sen.

Zmaryszczyłam brwi, ale po chwili zrozumiałam, że zarzuca mi czytanie w myślach.

Wtedy dotarło do mnie, że wcale nie czytałam.

Ba, zrozumiałam, że nie mogłam tego robić.

Patrzyłam na niego, starając się wychwycić pasma myśli, które zazwyczaj zbierałam i tłumaczyłam sobie, ale trafiałam w próżnię. Nie mogłam sobie nawet przypomnieć, jak to było. Jakbym nagle sobie uświadomiła, że przestałam oddychać, i nie pamiętałam, jakie to uczucie napełniać płuca powietrzem.

James podniósł ręce na wysokość twarzy w geście poddania się.

– Przepraszam, nie kontroluję swojej podświadomości. Nie możesz mnie obarczać winą za moje senne fantazje. Poważnie wątpię, czy umiałbym tak tańczyć w prawdziwym życiu.

Starając się wychwycić jego myśli, z zaskoczeniem odkryłam coś jeszcze. Nie był już złoty. Kiedy przestałam widzieć w nim muzykę? Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio ją widziałam. Wiedziałam… wiedziałam, że to nie on się zmienił. To ja się zminiłam. Leżąc płasko na trawie, zakryłam twarz rękami.

– Chodzi nie tylko o sen o tańczeniu. – Stwierdził James. Słyszałam, jak przygniata trawę, siadając koło mnie. – Czy coś ci się wczoraj stało?

– Nie słyszę twoich myśli – szepnęłam zza zasłony rąk.

James milczał. Nie byłam przekonana, czy to dlatego, że nie wiedział, co powiedzieć, czy też zdał sobie sprawę, jak trudne to było dla mnie. Odjęłam ręce od twarzy, musiałam chociaż widzieć, jeśli nie mogłam go słyszeć. Patrzył w przestrzeń, wodząc wzrokiem w odległą dal. Jego myśli były poza moim zasięgiem, jakby nie istniały.

– Powiedz coś – poprosiłam udręczonym głosem. – Jest tak cicho. Powiedz mi, co myślisz.

– Witaj w moim życiu – odpowiedział James. – Ja muszę się domyślać, co innym chodzi po głowie. – Popatrzył mi w twarz i nagle opuścił ton głosu. Wzruszył ramionami. – Zastanawiałem się, czy to jedna z oznak tego, że Halloween jest coraz bliżej. Widziałem Eleanor. Powiedziała, że twoje ciało się zużywa i musisz spłonąć, żeby nie umrzeć. Może po prostu się zużywasz.

– Nie czuję się zużyta. Czuję się… – Bałam się to powiedzieć. James pogładził mnie po wierzchu dłoni, patrząc na nią, jakby była czymś niezmiernie ważnym.

– Wiem. Posłuchaj… Nuala. – Zawahał się. – Eleanor powiedziała coś jeszcze. Powiedziała, że jeśli chcesz zachować swoje wspomnienia, to jest na to sposób.

Żołądek przewrócił mi się od zdenerwowania.

– A co ją to obchodzi?

– Nie wiem. Czy ona może kłamać?

Pokręciłam głową. Trawa zaszeleściła. Pomyślałam o tym, co powiedzieli mi Brendan i Una.

– Nie. Ale może przemilczeć to i owo.

James skrzywił się.

– Tak sobie właśnie pomyślałem. Mówiła, że jeśli powiem twoje imię siedem razy z rzędu, kiedy będziesz się palić, to zachowasz pamięć.

– Moje prawdziwe imię? – powtórzyłam, ale naprawdę myślałam: „moją pamięć”. James skinął głową. – Wiesz w ogóle, co to znaczy?

– Mam mgliste pojęcie, że to niedobrze, kiedy twoje imię wyjdzie na jaw. Mam rację? Ktoś mógłby cię wykorzystać do okradania sklepów, popełniania czynów nierządnych, oglądania filmów ze Stevenem Seagalem i różnych innych rzeczy, których normalnie byś nie zrobiła – powiedział.

– I właśnie dlatego nikomu go nie zdradzam – odrzekłam.

Spojrzał znowu na swoją dłoń. Jego oczy były schowane za rzęsami.

– Tak, wiem.

– Może tylko tobie. – Usiadłam tak, żeby moje oczy znalazły się na równi z jego oczami. – Ale musisz mi coś obiecać.

James otworzył szeroko oczy, patrząć z niewinnym albo zadziwionym wyrazem twarzy. Nigdy nie widziałam u niego takiej miny.

– Co obiecać?

– Że nie zmusisz mnie… do tych rzeczy.

– Nuala – powiedział poważnie James. – Nigdy nie zmusiłbym cię do obejrzenia filmu ze Stevenem Seagalem.

Nie miał pojęcia, o jak poważnej sprawie rozmawiamy. Nikt nie podałby śmiertelnikowi swojego prawdziwego imienia. Nikt.

– Obiecaj mi, że… obiecaj mi… – Nie mogłam sobie wyobrazić, co miałby mi obiecać. Jakby obietnica śmiertelnika mogła cokolwiek znaczyć.

Oni mogli bezczelnie kłamać.

James pochylił się i przez chwilę wydawało mi się, że mnie pocałuje, ale tylko otoczył mnie ramionami i przyłożył policzek do mojej twarzy. Czułam, jak bije mu serce, powoli, równo, ciepło, o połowę wolniej niż moje. Jego oddech na moim policzku był nierówny i płytki. Pocałunek nigdy nie przekazałby tego samego.

– Nuala – powiedział dziwnym głosem, niskim i ochrypłym. – Nie bój się mnie. Nie musisz mi mówić. Ale… ja bym to dla ciebie zrobił, gdybyś chciała. Wiem, że jest w tym jakiś haczyk, ale spróbuję.

Zamknęłam oczy. Tego było za wiele. Możliwość zachowania pamięci, słowa fejów na wczorajszych tańcach, zagrożenie wyjawienia imienia, te jego słowa powiedziane prosto do ucha. Nigdy nie sądziłam, że to zajdzie tak daleko. Zacisnęłam powieki tak mocno, że zobaczyłam migające szarawe światełka.

– Amhrán-Liath-na-Méine – powiedziawszy to, poczułam zawrót głowy. Naprawdę powiedziałam to głośno! Naprawdę to zrobiłam!

James ścisnął mnie mocno, jakby nie chciał, żebym drżała.

– Dzięki Bogu. Już myślałem, że powiesz Izzy Leopard, a ja zacznę się śmiać, i wtedy mnie zabijesz – szepnął.

– Ale z ciebie gnojek. – Poczułam ulgę. Przerażenie i ulgę.

James wypuścił mnie z uścisku. Z pośpiechem sprawdziłam, czy mam pełną kontrolę nad swoją twarzą. James odchylił się i zmienił pozycję nóg.

– Zasypiam na siedząco. Myślisz, że będzie jakiś problem, jeśli źle je wymówię? To znaczy, nie jest takie proste jak Mary Smith.

– To jest poważne! – zawołałam zjadliwie, bardziej niż chciałam. Nie powinnam się złościć. On zawsze żartował, kiedy mówił poważnie, tylko bez czytania w myślach trudniej mi było o tym pamiętać.

– Wiem, że to poważne, na bank – odpowiedział. – Może to najpoważniejsza sprawa w moim życiu.

Oboje podskoczyliśmy na dźwięk dzwonka telefonu w jego kieszeni. James wyjął aparat i skrzywił się, patrząc na wyświetlacz.

– To Sullivan. – Odebrał telefon i nachylił się tak, żeby aparat znalazł się między jego i moim uchem. – Tak?

– James?

– Czemu wszyscy o to pytają? – Zdziwił się chłopak. – Tak, to ja.

– Twój głos inaczej brzmi przez telefon. Czy ona nadal tam jest? – Sullivan brzmiał, jakby nie trzymał słuchawki przy uchu, ale gdzieś dalej.

– Oczywiście, że jest.

– Słuchaj. Przepraszam, że zajmuje mi to tyle czasu. Jest… cholera. Poczekaj… – Przerwał. – Przepraszam. Możesz zawieźć ją do miasta? Do bistro? Siądź w ogródku przy jednym z tych metalowych stolików. Ona to zniesie?

– Tak.

– Dobrze. Dobrze. Spotkajmy się tam za piętnaście minut.

– James… – Sullivan znowu zawiesił głos i po kolejnej przerwie westchnął. – James, nie mów nikomu z kolegów. Czy widziałeś ostatnio Deirdre Monaghan?


Nuala

Nie ma smutku głębszego niż twój uśmiech

Nie ma fałszu gorszego niż twa prawda

Nie ma śmierci tak martwej jak twe życie

Samotności tak pustej jak z tobą.

STEVEN SLAUGHTER, ZŁOTA MOWA

Było ciemno.

Nie, nie ciemno. Była nicość. Niby trzymałam rękę Jamesa w swojej dłoni, ale zupełnie nic nie czułam: ani swetra na moich barkach, ani oddechu z własnych ust, ani samych ust. Sięgnęłam do nich dłonią, aby się przekonać, że istnieją, lecz niczego tam nie było: ani warg, ani dłoni. Tylko żarłoczna ciemność – bo oczywiście nie miałam ciała, więc nie miałam też oczu, żeby móc cokolwiek zobaczyć.

Nie było czasu.

Nicość rozpościerała się przede mną i za mną, nie miała ani początku, ani końca.

Przestałam istnieć.

Zaczęłam krzyczeć, ale skoro nie było ust, strun głosowych ani słuchaczy, czy to miało znaczenie?

Potem okazało się, że miałam jednak ramię, bo ktoś mnie za nie złapał. Miałam też uszy, bo usłyszałam głos Jamesa: „Nuala! Czemu ona mnie nie słyszy?”. Coś szorstkiego otarło się o moją skórę, przycisnęło do mojej dłoni i przesunęło do ust. Słonego jak chipsy.

– Witaj po stronie śmierci – powiedział inny głos, niski, ziemisty, organiczny, huczący gdzieś z dołu lub może z mojego wnętrza.

Otworzyłam gwałtownie oczy. Nagle zdałam sobie sprawę z magii ich zwyczajności – ten sposób, w jaki powieki opadają na gałki oczne, te linie górnych i dolnych rzęs stykających się ze sobą, kiedy mrugam, ta łatwość, z jaką mogę przenieść wzrok na Jamesa. Ciągle otaczała nas nicość, ale ja i James byliśmy razem, jego czerwona bluza świeciła jak zachód słońca.

Złapałam podaną rękę. Między naszymi dłońmi była szorstka sól. Przez ułamek sekundy widziałam jego gęsią skórkę.

-Widzisz swoją śmierć – mówił głos. Zrozumiałam, że wśród nicości stoi przede mną wielki król z cierniowym porożem. – A ona swoją. Co widzisz, Jamesie Antiochu Morganie?

James rozglądał się dookoła, jakby w nicości coś istniało.

– To ogród. Wszystkie kwiaty są białe i zielone. Wszystko jest białe i zielone. Jest muzyka. Chyba dobiega z ziemi. Albo może z kwiatów.

– A co ty widzisz, Amhrán-Liath-na-Méine? – Cernunnos zapytał mnie jeszcze głębszym głosem.

Wzdrygnęłam się.

– Skąd znasz moje imię?

– Znam imiona wszystkich istot, które przechodzą przez moje królestwo – powiedział cierniowy król. – Ale twoje znam dlatego, bo sam ci je nadałem, córko.

James mocniej ścisnął moją dłoń (a może to ja ścisnęłam mocniej jego).

– Nie jestem niczyją córką – ucięłam. Ale może byłam? Mogłam także wcześniej powiedzieć, że nie mam siostry.

– Co widzisz, Amhrán-Liath-na-Méine? – ponownie zapytał król cierni.

– Drzewa. – Skłamałam. – Wielkie drzewa.

Cernunnos zbliżył się o krok, mroczna bryła w mrocznej nicości, widoczna tylko dlatego, że istniał, a nicość nie istniała.

– Co widzisz, Amhrán-Liath-na-Méine? – zapytał po raz trzeci.

Nie widziałam jego twarzy. Był zbyt wysoki, bym mogła ją dostrzec, i to przerażało mnie prawie tak samo jak moja odpowiedź na pytanie:

– Nic – szepnęłam. Zrozumiałam, że to właśnie spotka mnie po śmierci, bo nie miałam duszy. Pustka połknęła moje słowo, aż zwątpiłam, czy w ogóle je wypowiedziałam.

– Nicość też ma swoje uroki – powiedział w końcu Cernunnos. Jego poroże rozpościerało się ponad nim, wysoko w czerń. Niebo było tak czarne, że bardzo zatęskniłam za gwiazdami. – Nie ponosisz konsekwencji. Masz wieczne życie. Możesz być niczym nieskrępowaną hedonistką, jeśli tylko chcesz. Nie ma zbyt małej ceny za takie życie, nawet jeśli na końcu kładziesz głowę na zimnej ziemi.

Palce Jamesa zacisnęły się na moich dłoniach i rozluźniły. Może próbował mi coś przekazać? Cernunnos przechylił do mnie głowę. On także pragnął mi coś powiedzieć, zachęcał, abym się odezwała, ale bezskutecznie. Nie przywykłam to tego, nie wiedziałam, że słowa mają jakąś wagę.

– Tak – przemówiłam w końcu. – Mam wokół siebie wianuszek szydzących ze mnie fejów, a za sobą stos zużytych trupów, którym nie można już dać życia. I cóż ja robię ze swoim? Spędzam je tak, aby wyssać jak najwięcej życia z ciał, aż sama się zużyję, spłonę, i zacznę wszystko od nowa.

Brzmiało to niewdzięcznie, ale i ja nie czułam się wdzięczna. Cernunnos założył ręce przed siebie, które wcale nie wyglądały jakby należały do bestii. Były mocne, pomarszczone i śmiertelnie blade.

– To ja dałem ci taki los, córko. To moja zatruta krew w twoich żyłach prowadzi cię co szesnaście lat w ogień. Moja krew dała tobie tylko połowę życia. Resztę musisz wypić z tych, którzy mają dusze, wymienić ich oddech na twoją inspirację. Zdawało mi się jednak, że polubisz takie lata rozkoszy, tańca, adoracji. Nie pragnąłem sprawiać ci cierpienia, chociaż, widzę, że to uczyniłem.

– Moja siostra… – powiedziałam mimowolnie z goryczą. – Czy jej się podobało takie życie?

– Podobało – rzekł Cernunnos. – Teraz nie żyje. – Otwartą dłonią wykonał dziwny gest w stronę Jamesa, a ten drgnął, jakby coś na niej zobaczył.

– Dziewczyna, o której śniłem – powiedział James. – Przebita żelazem. Myślałem, że to Nuala, że widzę jej przyszłość.

– Tak jak ja widzisz przyszłość i przeszłość. – Rogaty król odwrócił głowę, patrząc w pustkę, jakby stamtąd coś go wzywało. – Ona nie miała umierać w tym roku. Odwet nastąpi, nawet nie kiwnę palcem. – Gdy to mówił, był przerażający. Słyszałam niezaprzeczalną prawdę w jego słowach i poczułam ukłucie litości dla tego, kto zabił moją siostrę.

W ciszy, która następowała, gdy nic nie mówiliśmy, nicość szarpała mnie, grożąc, że znów odbierze mi ciało. Zadrżałam, myśląc o siostrze, której nigdy nie spotkałam. Teraz była niczym. Jakby nigdy nie istniała. Co oznaczało, że wszyscy, którzy dali jej swe życie, umarli bezsensownie. Zdałam sobie sprawę w tej ciemności, że choć czułam się jak człowiek, wcale nim nie byłam. Zrozumiałam nagle, że nadal jestem feją i powoli tracę swoją siłę, dlatego że zjadłam pokarm ludzi. Tak to się miało dla mnie skończyć. Tą powalającą pustką.

– Nie chcę stać się niczym – powiedziałam błagalnie. Nie wiedziałam, do kogo to kieruję, do Jamesa czy Cernunnosa.

– Czym chcesz zatem być, Amhrán-Liath-na-Méine?

Kiedy Cernunnos mnie zapytał, zauważyłam, że czekał na gotową odpowiedź. Słowa miałam już przygotowane, czekały tylko, bym je wymówiła. Zanim to jednak uczyniłam, przez głowę przeleciały mi wspomnienia. Leżąca w wodzie, niewidzialna, zupełnie bezpieczna. Lot na ludzkich myślach, lekkość i wolność. Ruch ręki w stronę ekranu w kinie, wzywający dowolny film, jaki chcę zobaczyć. Niekończąca się słodycz melodii, jaką zainspirowałam w głowie Jamesa. Bezpieczeństwo wiecznej młodości. Inne elfie przyjemności, którymi mogłam się cieszyć.

– Chcę być człowiekiem – powiedziałam.

Cernunnos rozłożył ręce, a z jego palców sączyło się światło, zielone i białe, spływając strugami w nicość. Plamy koloru były coraz większe i otaczały nas dookoła, aż znaleźliśmy się w ogrodzie o zmierzchu. Słabe światło o zielonym odcieniu przebijało się przez ogromne liście, z których każdy był tak duży jak ja. Ciężkie białe kwiaty w kształcie trąbki zwisały z pobliskich roślin, a bladobiałe lilie wyciągały gardziele w stronę nieba. Wyglądały na głodne.

– Masz wybór – powiedział Cernunnos. – Kiedy będziesz płonąć, możesz postanowić odrodzić się jako śmiertelniczka. Taką ofertę złożyłem twojej siostrze, ale ona nią wzgardziła. Spojrzałem w przyszłość i zobaczyłem, że postąpisz tak samo.

– To nieprawda. – Byłam uparta. – Jesteś w błędzie.

Rogaty król podszedł powoli do Jamesa, który stał z odważnie podniesioną głową. Przerażał mnie wyraz zafascynowania malujący się na jego twarzy. Dostrzegłam na niej także, że podjął decyzję.

– Tak było, zanim pojawił się dudziarz. Trzeba ci wiedzieć dudziarzu, że śmiertelnicy, którzy chcą opuścić me królestwo, spotykają się z odmową.

James nie drgnął. Podniósł lewą rękę, tę wolną, aby Cernunnos mógł zobaczyć na niej napis, który się jeszcze nie zmył: „ognisko”.

– Ale ja opuszczę, prawda? – W jego głosie słychać było nutę rozczarowania. Cernunnos spojrzał na Jamesa. Nie spodobał mi się wyraz jego twarzy – pochwalający i głodny.

– Obaj o tym wiemy. Muszę z nią być w Halloween. Wiem, że nie czujesz tak jak ja, śmiertelnik, ale Nuala jest ci droga. Nie chcesz, żeby była tam sama – mówił dalej James.

Poroże poruszyło się powoli.

– Nie lękasz się mnie dudziarzu. I nie dbasz o to, czy stąd odejdziesz. Właśnie dlatego cię wypuszczę.

James odwrócił się od nas. Nie widząc jego twarzy i nie słysząc myśli, miałam wrażenie, że jest bardzo daleko ode mnie. Jego dłoń była zimna i nieruchoma. Przez kilka ostatnich dni zapomniałam, że kiedy go spotkałam, on był w pogoni za śmiercią.

Cernunnos podszedł do mnie bliżej. Końce rogów ocierały się o delikatne wąsiki liści nad nami. W jego cieniu poczułam się młodo i bezsilnie.

– Córko, czy rozumiesz, co ci powiedziałem? – Leciutko skinęłam głową. – Ubierzcie się na czarno na ognisko. Oboje tak się ubierzcie. Zakryjcie ciała czarną odzieżą, by moi głodni zmarli was nie widzieli. – Cernunnos ujął ramię Jamesa tą swoją zwyczajnie wyglądającą dłonią. James wzdrygnął się, jakby zapomniał, gdzie jesteśmy.

– Jamesie Antiochu Morganie – powiedział król zmarłych, a w wyśpiewanym przez niego imieniu i nazwisku była muzyka. – Będą chcieli, byś dokonał wyboru. Wybierz właściwie.

Oczy Jamesa błysnęły w ciemności.

– Który będzie właściwy?

– Ten bolesny – odpowiedział Cernunnos.


Nuala

Sen i śmierć są w końcu tożsame

I z obu można powrócić

Ze snu wracam, podnosząc powieki

A ze śmierci powracam słowami.

STEVEN SLAUGHTER, ZŁOTA MOWA

James otworzył czerwone drzwi Kolegium Brigid i ustąpił, abym mogła przejść pierwsza.

– Nie – powiedziałam. – Najpierw damy.

Spojrzał wzrokiem bazyliszka, co stanowiło miłą odmianę w porównaniu z jego poprzednią miną:

– Urocze.

Ale i tak wszedł pierwszy. Składane krzesła były ustawione dokładnie tak samo, jak wtedy, kiedy byliśmy tu poprzednio. James przeszedł między ich rzędami, rozkładając ramiona.

– Witam państwa! Nazywam się Ian Everett Johan Campbell Trzeci i ostatni – wygłosił swoją kwestię. Jego twarz korzystnie oświetlał słaby blask padający przez mleczne szyby w oknach. Kiedy tak szedł, wyobraziłam sobie płynącą za nim pelerynę.

– Reflektor podąża za tobą wzdłuż przejścia – wtrąciłam się, idąc za nim krok w krok.

– Mam nadzieję, że poświęcicie mi państwo chwilę uwagi – mówił dalej James. Udał, że zatrzymuje się i całuje w dłoń kogoś z widowni. – Chciałbym powiedzieć jedno: to, co dzisiaj zobaczycie, jest prawdą.

– Wbiegnij na schody – odezwałam się. -Muzyka rusza w momencie, kiedy dojdziesz do pierwszego schodka.

James wbiegł po schodach na scenę. Rozproszone światło powodowało, że włosy chłopaka wydawały się bardziej rude niż w rzeczywistości. Mówił dalej, aż doszedł do kwestii: „Może was nie zachwyci, nie oburzy, nie wstrząśnie wami, ale bez cienia wątpliwości muszę powiedzieć: To wszystko prawda. I z tego powodu…”. Przerwał.

– Muzyka milknie – powiedziałam.

James zamknął oczy.

– …bardzo mi przykro.

Dołączyłam do niego.

– Kiedy grasz scenę, w której cię wywołują, kiedy mówią, czym naprawdę jesteś, ktoś jednocześnie zagra motyw muzyczny. Nie zapomnij.

Nastąpiła cisza – o jedną małą sekundę zbyt długa – zanim James powiedział:

– Ty to zrobisz. – Jego wahanie świadczyło o tym, że nie jest pewien, nie wie, czy dzisiejszy plan wypali. Ja także nie wiedziałam. Prawdę mówiąc, nie byłam przekonana, czy mam predyspozycje do happy endów.

– Dobra – odpowiedziałam po kolejnej przerwie, podczas której nasze milczenie urosło do rozmiarów półciężarówki. – Oczywiście.

Znowu czułam się zmęczona. Było to ciężkie znużenie, poczucie, że gdy zasnę, już się więcej nie obudzę. James patrzył nieobecnym wzrokiem za okno na późnopopołudniowe słońce, mrużąc oczy. Wiedziałam, że czuje presję nadciągającego Halloween równie mocno jak ja.

– Zagraj moją piosenkę – poprosiłam.

– Będziesz mnie nękać, jeśli ją zapsuję?

Usiadł jednak przy fortepianie, nie czekając na odpowiedź. Nie siedział jak zawodowy pianista, lecz garbił się i opierał nadgarstki o klawiaturę.

– Obawiam się, że nie potrafię bez ciebie.

– Kłamca – odrzekłam. Mimo to dołączyłam, wślizgując się między jego ramiona, tak jak pierwszego dnia. Usiadłam na brzegu siedzenia, napierając na jego ciało i przyjmując identyczną jak on pozycję. Tak jak wcześniej moje ramiona wpasowały się w jego objęcia, dłonie spoczęły na jego dłoniach, plecy przybrały tę samą krzywiznę co jego pochylony tułów. Tym razem jednak nie miał gęsiej skórki. Więcej, przytulił także policzek do moich włosów i mocno wciągnął powietrze. W geście tym było tyle pożądania, że nie musiałam czytać w jego myślach.

Tym razem wysunął także palce spod moich i położył moje dłonie na klawiszach. Były ciepłe od jego dotyku, jakby żywe.

– James – powiedziałam.

Wziął moją dłoń w swoją pobazgraną, i przycisnął moim palcem klawisz. Tak bardzo chciałam, żeby wydał dźwięk. Klawisz szepnął przy naciśnięciu, a wracając, zasyczał. Żadnej muzyki.

– Już niedługo – powiedział James. – Niedługo będziesz grać tak kiepsko jak ja.

Patrzyłam na jego palce leżące na moich, opierałam się o niego. Zamknęłam oczy.

– Oni chcą coś dzisiaj zrobić Dee – oznajmiłam w końcu. – To dlatego Eleanor zdradziła ci, jak zatrzymać moje wspomnienia. Chce, żebyś był przy moim ognisku, a nie szukał Dee.

James nie odpowiedział. Zastanawiałam się nawet, czy w ogóle wypowiedziałam to na głos.

– James, słyszysz?

– Dlaczego mi to mówisz? – zapytał drętwym głosem. Ze wszystkich odpowiedzi, jakich się spodziewałam, nie było takiej.

– Co?

Powtórzył każde słowo z osobna, jakby sprawiały mu ból:

– Dlaczego-mi-to-mówisz?

– Bo ją kochasz – odpowiedziałam z żalem.

Oparł czoło na moim ramieniu.

– Nuala – wyszeptał tylko.

Siedzieliśmy tak długo, aż pasmo światła słonecznego padające z wysokich okien przesunęło się po fortepianie, od najwyższych klawiszy do miejsca, gdzie spoczywały nasze ręce.

– Co oznacza twoje imię? – odezwał się w końcu James, wciąż opierając głowę na moim ramieniu. Podskoczyłam na dźwięk jego głosu.

– Szara pieśń pożądania.

James odwrócił twarz i pocałował mnie w szyję. Przeraziło mnie, jak to zrobił, tyle było w tym smutku. Nie wiem, dlaczego tak to odczułam. Wyprostował się, a ja się oparłam o jego pierś. Zamykając zmęczone oczy, pozwoliłam mu się przytulić, oddychając zgodnie z rytmem bicia jego serca.

– Nie zasypiaj, Izzy – poprosił. Otworzyłam oczy. – Myślę, że nie powinnaś zasypiać.

– Nie spałam. – Próbowałam protestować, ale powieki mi się kleiły i nie mogłam sobie przypomnieć, jak długo miałam zamknięte oczy. James tulił mnie do siebie, zaciskając ręce na moim mostku.

– Serce bije ci milion razy na minutę, tak jak u królika.

Zwierzęta o szybkim tętnie żyją krótko. Króliki, myszy i ptaki. Ich serca pędzą szybko aż do samego końca. Może wszyscy mamy do wykorzystania określoną liczbę uderzeń, a jeśli serce bije ci dwa razy szybciej, zużywasz się o połowę szybciej niż normalna osoba.

– Chodźmy – powiedziałam.

– Jesteś gotowa?

– Chodźmy – powtórzyłam. Chciałam, żeby było już po wszystkim.


Nuala

Gdy przyjdzie koniec, ciemny i głodny

Będę sam, kochana

Gdy przyjdzie koniec, czarny, wygłodzony

Pożegnam cię, kochana.

STEVEN SLAUGHTER, ZŁOTA MOWA

Najpierw usłyszałam trzepot skrzydeł. Uderzały, szemrały i połyskiwały nade mną, a potem zatoczyły krąg, odlatując od ogniska w gęstniejącą noc. Wysiliłem wzrok. To się poruszało, przesuwało, odbijając miejscami światło księżyca.

– Kto by pomyślał! Uważałem, że to ty jesteś straszna – szepnął mi do ucha James.

Nic nie mogłam odpowiedzieć. Słowa uwięzły mi w gardle. Pieśń cierniowego króla wzywała: „Rośnijcie, powstańcie, chodźcie”, a jego upiory czmychały mu spod nóg i wlekły się za nim. Chociaż niespokojne duchy, słabo widoczne poza kręgiem światła ogniska, były przerażające, o wiele gorszy był supeł lodowatej pewności, rosnący mi w brzuchu. Ogniska płonęły. Umarli chodzili po ziemi. Ścisnęłam kolana, żeby moje słabe nogi nie drżały. Mój czas się kończył.

– Paul! – zawołał Sullivan. – Paul, musisz mi powiedzieć, kto jest na dzisiejszej liście! Czy coś się zmieniło? Chodź tu! Pośpiesz się!

Paul, zahipnotyzowany pieśnią Cernunnosa, ocknął się. Wymienili z Jamesem spojrzenia, i chłopak zaczął się przepychać przez grupę tancerzy ubranych na zielono (zbyt wysokich i smukłych, by mogli być uczniami), by dostać się do Sullivana.

Moje nogi miały ogromną ochotę się ugiąć. Miałam zawroty głowy. Tak strasznie nie chciałam być zmuszona, aby powiedzieć Jamesowi, że to już czas. Słowa uczyniłyby to faktem.

– Izzy – odezwał się James, podtrzymując mnie nieumiejętnie pod pachy.

Nawet nie zauważyłam, że upadam. Opuścił mnie delikatnie na ziemię. Jaka byłam głupia. Powinnam szybciej odejść. Byłam po prostu tchórzem. Miałam takie ciężkie powieki. Musiałam przechylić głowę, by spojrzeć na Jamesa:

– Uwielbiam, kiedy mnie tak nazywasz.

– Nie rób mi się tutaj sentymentalna. Ja radzę sobie z tym wszystkim tylko dlatego, że z ciebie taka twardzielka. – James zmrużył oczy z bólu.

– Pokaż, że masz jaja – zasugerowałam, a on roześmiał się niepewnie. – Podtrzymaj mnie.

Podniósł mnie za ramiona, ale nogi znów się poddały. Nikt nas nie zauważał, wszyscy byli oszołomieni i oczarowani widokiem tańczących fejów. Nie przeszkadzało mi to. Nie chciałam, żeby wciągnął mnie do ognia jakiś uprzejmy przechodzień.

– Naprawdę potrzebne ci będą te jaja – powiedziałam. – Bo obawiam się, że będziesz musiał mnie ponieść.

Zobaczyłam, jak przełyka ślinę, kiedy bez słowa podniósł mnie niepewnie, chwytając mnie pod kolana i plecy. Złapałam się jego ciała i z trudem powstrzymałam chęć ukrycia twarzy w jego swetrze. Miło byłoby oddychać jego zapachem, dudami, skórą i mydłem, ale teraz trącił po prostu Cernunnosem. Musiałam znieść to sama.

James w milczeniu zaniósł mnie do ogniska. Było ogromne, wystrzeliwało na kilkanaście metrów w górę płomieniami, które wyglądały na toksyczne dzięki paliwu w postaci mebli. Po tej jego stronie, najdalej od budynków, byliśmy sami. Tylko my i ziejąca ciemność na wzgórzach poza kręgiem światła.

W odległości kilkunastu metrów od ogniska parzyło żarem. James nie tyle uklęknął, co osunął się wraz ze mną na ziemię, i nagle bardzo mocno mnie uścisnął.

– Nuala – powiedział – mam straszliwe przeczucie.

Moje serce z osłabienia omal nie wyskoczyło mi z piersi.

– To konieczne – szepnęłam – pomóż mi wstać.

– Nie możesz wstać.

Musiałam wejść w ogień o własnych siłach. Nie wiedziałam, czy mam jakiś realny powód, czy robię to po prostu w imię zasad, ale czułam, że muszę zrobić to sama.

– Zanieś mnie bliżej i pomóż mi wstać.

Przeniósł mnie kilka kroków dalej i zatrzymał się.

– Wymów teraz moje imię – szepnęłam – żebym wiedziała, że go nie przekręcisz i nie zapomnę cię.

James powiedział mi prosto do ucha. Idealnie. Potem postawił mnie na ziemi. Stanęłam na własnych nogach. Nie było już czasu na nic więcej. Nie mogłam wsunąć ręki w białe płomienie, by przywyknąć do całej tej sytuacji. Nie mogłam się zastanawiać, czy pozostanie ze mną, czy odejdzie, by szukać Dee, czy wymówienie mojego imienia naprawdę zadziała, a jeśli nie zadziała, to czy naprawdę będzie tak, jakbym umierała. Bo dziewczyna, której ciało urodzi się w płomieniach, nie będzie mną. Już nie. Powinnam powiedzieć Jamesowi, że go kocham, nim wejdę w ogień, ale na to też już nie było czasu.

Pokuśtykałam prosto w płomienie.


Nuala

Człowiek.

Człowiek.

Człowiek.

Proszę, proszę, człowiek.


POZDIĘKOWANIA

Książka ta mogła fizycznie zaistnieć dzięki wielu osobom:

  1. Andrew Karre’wi, mojemu pierwszemu redaktorowi, który jest moim Yodą. Na świecie brak aż tylu języków, aby „dziękuję” w każdym z nich wystarczyło dla Ciebie.

  2. Laurze Rennert, mojej niesamowitej agentce, której nadludzkie moce pozwalają mi zajmować się zawodowo pisaniem bez nabawienia się wrzodów.

  3. Brianowi Farrey, mojemu drugiemu redaktorowi u Fluxa, który dopilnował, by martwe postaci nie ożywały, i ukuł termin „Rozdanie Stiefvater”.

  4. Moim redaktorkom: Tessie Gratton, która pokochała Sullivana tak bardzo, że i ja musiałam go pokochać, oraz Brennie Yovanoff, która zmuszała mnie do sensownej pracy.

  5. Mojemu przyjacielowi Naishowi, który pomógł mi zachować zdrowie psychiczne.

  6. Cassie, która nie pozwalała mi mówić po irlandzku brzydkich niezrozumiałych rzeczy. Przeważnie.

  7. Grupie ludzi, którzy pomagali mi w walce z szarością życia: Carrie Ryan, Steve’owi Porterowi z Phillips Academy i Maeghan Passafume z Interlochen Arts Academy.

  8. Mojej siostrze Kate, która, jak zawsze, przeczytała książkę jako pierwsza i ostatnia.

  9. Rodzicom, którzy znosili mnie po tym, jak wyleciałam z przedszkola, i pomagali mi dotrzymywać terminów.

  10. Nannie, która do drugiej w nocy czytała „Lament” i zrobiła dla mnie jeszcze wiele innych rzeczy.

  11. Mojemu mężowi Edowi: kocham Cię, skarbie.