Bajki robotów - Stanisław Lem - ebook
Wydawca: Cyfrant Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 189 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 5 godz. 22 min Lektor: Borys Szyc

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bajki robotów - Stanisław Lem

Opowiadania wzorowane na mitach i ludowych przypowieściach spajają dwa obce sobie światy: feudalny i cybernetyczny. Śmiały eksperyment artystyczny jest – jak zazwyczaj u Lema – głęboko zakorzeniony w tradycji literackiej, a “Bajki robotów” zdobyły trwałe miejsce w dorobku europejskiej kultury. Opowiadanie “Jak ocalał świat” stało się kanwą dla Doodle’a, którym wyszukiwarka Google uczciła Lema w kilkunastu krajach świata. Niniejsze wydanie “Bajek robotów” zostało uświetnione ilustracjami znakomitego grafika Daniela Mroza.

Opinie o ebooku Bajki robotów - Stanisław Lem

Fragment ebooka Bajki robotów - Stanisław Lem








TRZEJ ELEKTRYCERZE

Żył raz pewien wielki konstruktor-wynalazca, który nie ustając, wymyślał urządzenia niezwykłe i najdziwniejsze stwarzał aparaty. Zbudował był sobie maszynkę-okruszynkę, która pięknie śpiewała, i nazwał ją ptaszydło. Pieczętował się sercem śmiałym i każdy atom, który wyszedł spod jego ręki, nosił ów znak, że dziwili się potem uczeni, odnajdując w widmach atomowych migotliwe serduszka. Zbudował wiele pożytecznych maszyn, wielkich i małych, aż naszedł go pomysł dziwaczny, aby śmierć z życiem w jedno złączyć i tak dopiąć niemożliwości. Postanowił zbudować istoty rozumne z wody, ale nie tym okropnym sposobem, o którym zaraz pomyślicie. Nie, myśl o ciałach miękkich i mokrych była mu obca, brzydził się jej jak każdy z nas. Zamierzył zbudować z wody istoty prawdziwie piękne i mądre, więc krystaliczne. Wybrał tedy planetę, bardzo od wszystkich słońc oddaloną, z zamarzłego jej oceanu wysiekł góry lodowe i z nich, jak z kryształu górskiego, wyciosał Kryonidów. Zwali się tak, bo tylko w przeraźliwym mrozie istnieć mogli i w pustce bezsłonecznej. Pobudowali też w niedługim czasie miasta i pałace lodowe, a że wszelkie ciepło groziło im zgubą, zorze polarne łapali do wielkich naczyń przejrzystych i nimi oświetlali swoje siedziby. Im kto był wśród nich możniejszy, tym więcej miał zórz polarnych, cytrynowych i srebrzystych, i żyli sobie szczęśliwie, a że się nie tylko w świetle, ale i w szlachetnych kamieniach kochali, słynęli ze swych klejnotów. Klejnoty te były z zamarzniętych gazów cięte i szlifowane. Barwiły im wieczną ich noc, w której, jak duchy uwięzione, płonęły wysmukłe zorze polarne, podobne do zaklętych mgławic w kłodach z kryształu. Niejeden zdobywca kosmiczny chciał posiąść te bogactwa, cała bowiem Kryonia była z największych dali widoczna, migocąc bokami jak klejnot, obracany z wolna na czarnym aksamicie. Przybywali więc awanturnicy na Kryonię, by szczęścia wojennego próbować. Przyleciał na nią elektrycerz Mosiężny, który stąpał, jakby dzwon dzwonił, ale zaledwie na lodach nogę postawił, stopiły się od gorąca i runął w otchłań lodowego oceanu, a wody zamknęły się nad nim i jak owad w bursztynie w górze lodowej na dnie mórz kryońskich po dzień ostatni spoczywa.

Nie odstraszył los Mosiężnego innych śmiałków. Przyleciał po nim elektrycerz Żelazny, opiwszy się płynnym helem, aż mu w stalowym wnętrzu bulgotało, a szron, osiadający na pancerzu, uczynił go do kukły śniegowej podobnym. Ale szybując ku powierzchni planety, rozpalił się od tarcia atmosferycznego, hel płynny wyparował z niego, świszcząc, a on sam, świecąc czerwono, na skały lodowe upadł, które zaraz się otwarły. Wydobył się, parą buchając, podobny do gejzera wrzącego, lecz wszystko, czego się tknął, stawało się białym obłokiem, z którego śnieg padał. Usiadł więc i czekał, aż ostygnie, a gdy już gwiazdki śniegowe przestały topnieć mu na pancernych naramiennikach, chciał wstać i ruszyć w bój, lecz smar stężał mu w stawach i nie mógł nawet grzbietu wyprostować. Do dzisiaj tak siedzi, a śnieg padający uczynił go białą górą, z której tylko ostrze hełmu wystaje. Nazywają tę górę Żelazną, a w oczodołach jej lśni wzrok zamarznięty.

Posłyszał o losie poprzedników trzeci elektrycerz, Kwarcowy, którego w dzień nie widać było inaczej jak soczewkę polerowaną, a w nocy jak odbicie gwiazd. Nie obawiał się, że mu olej w członkach stężeje, bo go nie miał, ani że lodowe kry pod nogami mu pękną, mógł bowiem zimnym stawać się, jak chciał. Jednego musiał unikać, to jest myślenia uporczywego, od niego bowiem rozgrzewał mu się kwarcowy mózg i to mogło go zgubić. Ale postanowił sobie bezmyślnością żywot uratować i zwycięstwo nad Kryonidami osiągnąć. Przyleciał na planetę, a taki był długą podróżą przez wieczną noc galaktyczną zmrożony, że meteory żelazne, które się o jego pierś w locie ocierały, trzaskały na kawałki, dzwoniąc jak szkło. Osiadł na białych śniegach Kryonii, pod jej niebem czarnym jak garnek pełny gwiazd, i, podobny do lustra przejrzystego, chciał się zastanowić, co ma począć dalej, ale już śnieg wokół niego sczerniał i począł parować.

– Oho! – rzekł sobie Kwarcowy – niedobrze! Nic po tym, byle tylko nie myśleć, a będzie dobra nasza!

I postanowił sobie tę jedną frazę powtarzać, cokolwiek się stanie, bo nie wymagała wysiłku umysłowego, a dzięki temu wcale go nie rozgrzewała. Ruszył tedy pustynią śnieżną Kwarcowy, bezmyślnie i byle jako, aby chłód zachować. Szedł tak, aż doszedł do murów lodowych stolicy Kryonidów, Frygidy. Rozpędził się, głową w blanki uderzył, aż skry poszły, lecz nic nie wskórał.

– Spróbujemy inaczej! – rzekł sobie i zastanowił się, ile to też będzie: dwa razy dwa?

A kiedy rozmyślał nad tym, głowa mu się nieco rozgrzała, więc drugi raz mury roziskrzone taranował, ale tylko dołek uczynił niewielki.

– Mało było! – rzekł sobie. – Spróbujemy czegoś trudniejszego. Ile to też będzie: trzy razy pięć?

Teraz to już głowę jego otoczyła chmura skwiercząca, bo śnieg w zetknięciu z tak gwałtownym myśleniem od razu kipiał, więc cofnął się Kwarcowy, nabrał rozpędu, uderzył i na wylot przeszedł mur, a za nim jeszcze dwa pałace i trzy domy pomniejszych Grafów Mroźnych, wypadł na wielkie schody, chwycił się poręczy ze stalaktytów, ale stopnie były jak ślizgawka. Zerwał się szybko, bo już wszystko wokół niego tajało i mógł w ten sposób przewalić się przez całe miasto w głąb, w przepaść lodową, gdzie by na wieki zamarzł.

– Nic po tym! Byle tylko nie myśleć! Dobra nasza! – rzekł sobie i w samej rzeczy zaraz ostygł.

Wyszedł więc z tunelu lodowego, który wytopił, i znalazł się na wielkim placu, ze wszech stron oświetlanym zorzami polarnymi, które mrugały szmaragdem i srebrem z kolumn kryształowych.

I wyszedł mu naprzeciw skrzący się gwiezdnie rycerz ogromny, wódz Kryonidów, Boreal. Zebrał się w sobie elektrycerz Kwarcowy i runął do ataku, a tamten zwarł się z nim i był taki łoskot, jak kiedy się zderzą dwie góry lodowe pośrodku Oceanu Północnego. Odpadła lśniąca prawica Boreala, odrąbana u nasady, ale nie stropił się, dzielny, lecz odwrócił się, aby pierś, szeroką jak lodowiec, którym wszak był, nadstawić wrogowi. Tamten zaś drugi raz nabrał szybkości i znów taranował go straszliwie. Twardszy był kwarc i bardziej spoisty od lodu, pękł więc Boreal z hukiem, jakby lawina zeszła po zboczach skalnych, i leżał rozpryśnięty w świetle zórz polarnych, które patrzały na jego klęskę.

– Dobra nasza! Byle tak dalej! – rzekł Kwarcowy i zerwał z pokonanego klejnoty cudownej piękności: pierścienie wysadzane wodorem, hafty i guzy roziskrzane, podobne do diamentowych, lecz z trójcy gazów szlachetnych rżnięte – argonu, kryptonu i ksenonu. Ale gdy się nimi zachwycał, pocieplał ze wzruszenia, toteż owe brylanty i szafiry, sycząc, wyparowały mu pod dotknięciem, że nie trzymał już nic – prócz kilku kropelek rosy, która też się zaraz ulotniła.

– Oho! A więc i zachwycać się nie należy! Nic to! Byle tylko nie myśleć! – rzekł sobie i ruszył dalej w głąb zdobywanego grodu.

Ujrzał w dali postać nadciągającą ogromną. Był to Albucyd Biały, Jenerał-Minerał, którego rozłożystą pierś rzędy orderowych sopli przecinały, z wielką gwiazdą Szronu na wstędze glacjalnej; ów strażnik skarbców królewskich bronił dostępu Kwarcowemu, który runął nań jak burza i zdruzgotał z grzmotem lodowym. Przybiegł Albucydowi z pomocą książę Astrouch, pan na lodach czarnych; temu elektrycerz nie dał rady, bo książę miał na sobie kosztowną zbroję azotową, w helu hartowaną. Mróz od niej szedł taki, że Kwarcowemu odjęła impet i ruchy jego osłabły, a zorze polarne aż przybladły, taki się wiew Zera Absolutnego rozszedł wokoło. Zerwał się Kwarcowy, myśląc: – Rety! Co, też to się znowu dzieje takiego? – a z wielkiego zdumienia mózg mu się rozgrzał, Zero Absolutne stało się letnie i na jego oczach Astrouch sam jął się rozpadać na dzwona, z gromami, które wtórowały jego agonii, aż tylko kupa czarnego lodu, wodą jak łzami ociekająca, w kałuży została na pobojowisku.

– Dobra nasza! – rzekł sobie Kwarcowy – byle tylko nie myśleć, a jeśli potrzeba, to myśleć! Tak lub owak – zwyciężyć muszę!

I pognał dalej, a kroki jego dzwoniły, jakby ktoś młotem tłukł kryształy; i tętnił, pędząc ulicami Frygidy, a mieszkańcy jej spod białych okapów patrzyli nań z rozpaczą w sercach. Mknął tak niczym rozjuszony meteor Drogą Mleczną, gdy dostrzegł w dali postać samotną, niewielką. Był to sam Baryon, zwany Lodoustym, największy mędrzec Kryonidów. Rozpędził się Kwarcowy, by go jednym ciosem zmiażdżyć, ten jednak ustąpił mu z drogi i pokazał dwa palce wystawione; nie wiedział Kwarcowy, co by to mogło znaczyć, ale zawrócił i – nuże na przeciwnika, lecz Baryon znowu tylko o krok mu się usunął i szybko pokazał jeden palec. Zdziwił się nieco Kwarcowy i zwolnił biegu, chociaż już nawrócił i właśnie miał brać rozpęd. Zamyślił się i woda jęła płynąć z pobliskich domów, ale nie widział tego, bo Baryon ukazał mu kółko z palców złożone i przez nie kciukiem drugiej ręki prędko tam i sam poruszał. Kwarcowy myślał i myślał, co też by te milczące gesty miały wyrażać, i otwarła mu się pustka pod nogami, chlusnęło z niej czarną wodą, a on sam poleciał w głąb jak kamień i nim zdążył sobie jeszcze powiedzieć: – Nic to, byle nie myśleć! – już go na świecie nie było. Pytali potem uratowani Kryonidzi, wdzięczni Baryonowi za ratunek, co chciał wyjawić znakami, które straszliwemu elektrycerzowi-przybłędzie pokazywał.

– To rzecz całkiem prosta – odparł mędrzec. – Dwa palce znaczyły, że jest nas dwóch, razem z nim. Jeden, że zaraz ja sam tylko zostanę. Potem pokazałem mu kółko na znak, że się wkoło niego lód otworzy i otchłań czarna oceanu pochłonie go na wieki. Jednego nie pojął, tak samo jak drugiego i trzeciego.

– Wielki mędrcze! – zawołali zdumieni Kryonidzi. – Jakże mogłeś dawać takie znaki straszliwemu napastnikowi?! Pomyśl, panie, co byłoby, gdyby cię zrozumiał i zdziwienia zaniechał?! Przecież nie rozgrzałby go wówczas namysł i nie runąłby w bezdenną otchłań...

– Ach, tego nie obawiałem się wcale – rzekł z zimnym uśmiechem Baryon Lodousty – wiedziałem bowiem z góry, że niczego nie pojmie. Gdyby choć odrobinę miał rozumu, nie przybyłby do nas. Cóż bowiem może przyjść istocie, która pod słońcem mieszka, z klejnotów gazowych i srebrnych gwiazd lodu?

A oni zadziwili się z kolei mądrości mędrca i odeszli, uspokojeni do swych domów, w których czekał ich mróz miły. Odtąd nikt już nie próbował najechać Kryonii, bo zabrakło głupców w całym Kosmosie, chociaż niektórzy mówią, że ich jeszcze sporo, a tylko drogi nie znają.



URANOWE USZY

Żył raz pewien inżynier Kosmogonik, który rozjaśniał gwiazdy, żeby pokonać ciemność. Przybył do Mgławicy Andromedy, gdy jeszcze była pełna czarnych chmur. Skręcił zaraz wir wielki, a gdy ten ruszył, Kosmogonik sięgnął po swoje promienie. Miał ich trzy: czerwony, fioletowy i niewidzialny. Zażegnął kulę gwiazdową pierwszym i zaraz stała się czerwonym olbrzymem, ale nie zrobiło się jaśniej w mgławicy. Ukłuł gwiazdę drugim promieniem, aż zbielała. Powiedział do swego ucznia: – Pilnuj mi jej! – a sam poszedł inne rozpalać. Uczeń czekał tysiąc lat i drugi tysiąc, a inżynier nie wracał. Znudziło mu się to czekanie. Podkręcił gwiazdę i z białej stała się błękitna. Spodobało mu się to i pomyślał, że już wszystko umie. Chciał jeszcze podkręcić, ale się sparzył. Poszukał w puzderku, które zostawił Kosmogonik, a tam nic nie ma, jakoś zanadto nic; patrzał i nawet dna nie zobaczył. Domyślił się, że to niewidzialny promień. Chciał poszturchać nim gwiazdę, nie wiedział jednak jak. Wziął puzderko i cisnął całe w ogień. Wszystkie chmury Andromedy zajaśniały wtedy, jakby sto tysięcy słońc naraz zaświeciło, i stało się w całej mgławicy jasno jak w dzień. Uradował się uczeń, ale niedługa była jego uciecha, gwiazda bowiem pękła. Nadleciał wtedy Kosmogonik, widząc szkodę, a że niczego nie chciał zmarnować, chwytał płomienie i urabiał z nich planety. Pierwszą stworzył gazową, drugą węglową, a do trzeciej już mu tylko najcięższe metale zostały, wyszła więc z tego kula aktynowców. Kosmogonik ścisnął ją, puścił w lot i powiedział: – Za sto milionów lat wrócę, zobaczymy, co z tego będzie. – I pomknął szukać ucznia, który ze strachu przed nim uciekł.

A na planecie tej, Aktynurii, powstało wielkie państwo Palatynidów. Każdy z nich był tak ciężki, że tylko po Aktynurii mógł chodzić, bo na innych planetach grunt się pod nim zapadał, a kiedy krzyknął, góry padały. Ale u siebie w domu lekko stąpali i głosu nie śmieli podnieść, albowiem władca ich, Architor, nie znał miary w okrucieństwie. Mieszkał w pałacu z góry platynowej wyciosanym, w którym było sześćset ogromnych sal, a w każdej jedna jego dłoń leżała, taki był wielki. Wyjść z pałacu nie mógł, ale wszędzie miał szpiegów, taki był podejrzliwy, i nękał też poddanych swoją chciwością.

Nie potrzebowali Palatynidzi żadnych lamp ani ogni nocą, bo wszystkie góry ich planety były radioaktywne, że o nowiu można było szpilki liczyć. W dzień, kiedy słońce zbyt dawało się we znaki, spali w podziemiach swoich gór i tylko nocami schodzili się w metalowych dolinach. Ale okrutny Architor kazał do kotłów, w których topiło się pallad z platyną, wrzucać bryły uranu i obwieścił o tym w całym państwie. Każdy Palatynida musiał przybyć do pałacu królewskiego, gdzie mu brano miarę na nowy pancerz i zakładano naramienniki i szyszak, rękawice i nagolenniki, przyłbicę i hełm, a wszystko samoświecące, bo odzienie to było z blachy uranowej, a najmocniej świeciły się uszy.

Odtąd nie mogli już Palatynidzi gromadzić się dla wspólnej rady, bo jeśli zbiegowisko stawało się zbyt tłoczne, wybuchało. Musieli więc pędzić żywot samotnie, omijając siebie z daleka, w trwodze przed reakcją łańcuchową, Architor zaś radował się ich smutkiem i obciążał ich coraz to nowymi daninami. Mennice jego w sercu gór biły dukaty ołowiane, ołowiu bowiem najmniej było na Aktynurii i największą miał cenę.

Wielką biedę cierpieli poddani złego władcy. Niektórzy pragnęli wzniecić bunt przeciw Architorowi i porozumiewali się w tym celu na migi, ale nic z tego nie wychodziło, bo zawsze znalazł się ktoś mniej pojętny, kto zbliżał się do reszty, aby zapytać, o co chodzi, i wskutek jego nierozgarnięcia spisek natychmiast wylatywał w powietrze.

Był na Aktynurii młody wynalazca, zwący się Pyron, który nauczył się ciągnąć druty z platyny tak cienkie, że można z nich było robić sieci, w które chwytały się obłoki. Wynalazł Pyron telegraf z drutem, a potem taki cienki drut wyciągnął, że już go nie było, i w ten sposób powstał telegraf bez drutu. Nadzieja wstąpiła w mieszkańców Aktynurii, myśleli bowiem, że teraz uda się spisek zawiązać. Ale chytry Architor podsłuchiwał wszystkie rozmowy, trzymając w każdej z sześciuset rąk przewodnik platynowy, dzięki czemu wiedział, co jego poddani mówią, a ledwo doszło doń słowo „bunt” albo „rokosz”, natychmiast wysyłał pioruny kuliste, które spiskowców zamieniały w płomienistą kałużę.

Pyron postanowił podejść złego władcę. Kiedy zwracał się do przyjaciół, zamiast „bunt” mówił „buty”, zamiast „spiskować” – „odlewać”, i w ten sposób przygotowywał powstanie. Architor zaś dziwił się, czemu jego poddani tak się naraz szewstwem zajęli, bo nie wiedział, że kiedy mówią „na kopyto wziąć”, rozumieją przez to „wbić na pal ognisty”, a buty za ciasne oznaczają jego tyranię. Ale ci, do których zwracał się Pyron, nie zawsze go dobrze pojmowali, gdyż nie mógł im inaczej wyjawić swych planów aniżeli w szewskiej mowie. Wykładał im tak i owak, a gdy byli niepojętni, przez nieostrożność zatelegrafował raz: „z plutonu pasy drzeć”, niby na zelówki. Ale tu król przeraził się, pluton bowiem jest krewnym najbliższym uranu, a uran toru, Architor zaś brzmiało jego imię. Wysłał więc natychmiast straż pancerną, która ujęła Pyrona i rzuciła na ołowianą posadzkę przed oblicze króla. Pyron nie przyznał się do niczego, ale król uwięził go w palladowej baszcie.

Wszelka nadzieja opuściła Palatynidów, ale nadszedł już czas i wrócił w ich strony Kosmogonik, twórca trzech planet.

Przyjrzał się z dala porządkom panującym na Aktynurii i rzekł sobie: – Tak nie może być! – Za czym uprządł najcieńsze i najtwardsze promieniowanie, jak w kokonie, złożył w nim własne ciało, aby czekało na jego powrót, a sam przybrał postać ubogiego ciury i zeszedł na planetę.

Kiedy ciemność zapadła i tylko dalekie góry zimnym pierścieniem oświetlały platynową dolinę, Kosmogonik chciał się zbliżyć do poddanych króla Architora, ale ci unikali go z największą trwogą, obawiali się bowiem uranowej eksplozji, a on na próżno gonił za tym lub za owym, bo nie rozumiał, dlaczego tak przed nim uciekają. Krążył więc po wzgórzach, do tarcz rycerskich podobnych, krokiem dzwoniącym, aż zaszedł do podnóża baszty, w której Architor trzymał skutego Pyrona. Zobaczył go Pyron przez kraty i wydał mu się Kosmogonik, choć w postaci skromnego robota, inny od wszystkich Palatynidów: nie świecił bowiem w ciemności ani trochę, lecz ciemny był jak trup. Działo się tak dlatego, ponieważ w zbroi jego nie było ani krzty uranu. Okrzyknąć chciał go Pyron, ale usta miał zaśrubowane, więc tylko skrzesał iskier, bijąc głową o ściany swego więzienia, a Kosmogonik, ujrzawszy ten błysk, zbliżył się do baszty i zajrzał w zakratowane okienko. Pyron nie mógł mówić, ale mógł dzwonić łańcuchami, wydzwonił więc całą prawdę Kosmogonikowi.

– Cierp i czekaj – rzekł mu ów – a doczekasz się.

Kosmogonik udał się w najdziksze góry Aktynurii i szukał przez trzy dni kryształów kadmu, a kiedy je znalazł, na blachę je rozpłaszczył, bijąc palladowymi głazami. Wykroił z blachy kadmowej nauszniki i kładł je na progach wszystkich domostw. Palatynidzi zaś, którzy je znajdowali, zdziwieni nakładali je zaraz, bo była zima.

Nocą pojawił się wśród nich Kosmogonik i pręcikiem rozżarzonym poruszał tak szybko, że się z tego układały ogniste linie. W ten sposób pisał do nich w ciemności: „Możecie się już zbliżyć bezpiecznie, kadm was przed zgubą uranową ochroni”. Oni jednak myśleli, że jest królewskim szpiegiem, i nie ufali jego radom. Rozgniewał się Kosmogonik, że mu nie wierzą, poszedł w góry i zbierał w nich rudę uranową, wytapiał z niej metal srebrzysty i bił z niego lśniące dukaty; na jednej stronie był profil świetlisty Architora, a na drugiej – wizerunek jego sześciuset rąk.

Objuczony dukatami uranowymi powrócił Kosmogonik w dolinę i pokazał Palatynidom taki dziw: rzucał dukaty z dala od siebie, jeden na drugi, że uczynił się z nich dzwoniący stos, a kiedy dorzucił jeszcze jeden dukat nad miarę, powietrze zadrżało, z dukatów strzeliła jasność i obróciły się w kulę białego płomienia, a gdy wiatr wszystko rozwiał, tylko krater został, wytopiony w skale.

Potem drugi raz jął rzucać Kosmogonik dukaty z wora, ale już inaczej, bo co dukat rzucił, to go z wierzchu przykrył płytką kadmową, i choć powstał z tego stos sześć razy większy niż poprzednio, nic się nie stało. Uwierzyli mu wtedy Palatynidzi i skupiwszy się, z największą ochotą spisek zaraz przeciwko Architorowi zawiązali. Chcieli obalić króla, ale nie wiedzieli jak, pałac był bowiem murem promienistym otoczony, a na zwodzonym moście stała maszyna katowska, i kto nie znał hasła, tego rozcinała na sztuki.

Zbliżała się właśnie płatność nowej daniny, którą chciwy Architor ustanowił. Rozdał Kosmogonik poddanym królewskim uranowe dukaty i nimi radził spłacać daninę. Tak też uczynili.

Cieszył się król, że tak wiele świecących dukatów idzie do jego skarbca, bo nie wiedział, że są uranowe, a nie ołowiane. W nocy zaś Kosmogonik stopił więzienne kraty i wyswobodził Pyrona, a kiedy milcząc, szli doliną w świetle radioaktywnych gór, jakby pierścień księżyców spadł i opasał koliskiem widnokręgi, naraz światłość wybuchła straszliwa, bo stos uranowych dukatów w skarbcu królewskim nazbyt już urósł i wszczęła się w nim reakcja łańcuchowa. Eksplozja podniebna rozerwała pałac i cielsko metalowe Architora, a siła jej była taka, że sześćset oderwanych dłoni tyrana poleciało w próżnię międzygwiezdną. Na Aktynurii zapanowała radość, Pyron został jej sprawiedliwym władcą, a Kosmogonik, powróciwszy w ciemność, ciało swoje wydobył z promienistego kokonu i odszedł, by gwiazdy zapalać. Sześćset zaś platynowych rąk Architora do dzisiaj krąży wokół planety jako pierścień podobny do Saturnowego, świecąc wspaniałym blaskiem, stokrotnie od światła gór radioaktywnych silniejszym, i powiadają uradowani Palatynidzi: – Patrzcie, jak dobrze Tor nam świeci. – A ponieważ niektórzy katem do dziś go nazywają, powiedzenie to stało się porzekadłem, doszło do nas po długiej wędrówce wśród wysp galaktycznych i dlatego powiadamy: „Kat mu świeci”.


JAK ERG SAMOWZBUDNIK BLADAWCA POKONAŁ

Potężny król Boludar kochał się w osobliwościach, na których gromadzeniu pędził życie, zapominając dla nich nieraz i o ważnych sprawach państwowych. Miał on kolekcję zegarów, a pośród nich były zegary tańczące, zegary-zorze i zegary-obłoki. Miał też wypchane stwory z najdalszych stron Wszechświata, a w osobnej sali, pod dzwonem szklanym, istotę najrzadszą, zwaną Homosem Antroposem, przedziwnie bladą, dwunogą, która miała nawet oczy, choć puste, i król kazał w nie dwa rubiny piękne włożyć, aby Homos patrzał czerwonym wzrokiem. Podochociwszy sobie, Boludar co najmilszych gości prosił do tej sali i pokazywał im maszkarę.

Pewnego razu gościł król na dworze elektrowieda tak starego, że już mu się w kryształach rozum od starości nieco mieszał, wszelako był ów elektrowied, Halazonem zwany, skarbnicą wszelkiej mądrości galaktycznej. Powiadano, że znał sposoby nizania fotonów na nitki, z czego świetliste naszyjniki powstają; a nawet, że wiedział, w jaki sposób można złowić żywego Antroposa. Znając jego słabość, król kazał natychmiast piwnice otworzyć; elektrowied poczęstunku nie odmawiał i pociągnąwszy o jeden raz za wiele z butli lejdejskiej, kiedy miłe prądy rozeszły mu się po całym ciele, straszliwą tajemnicę zdradził królowi i obiecał zdobyć dlań Antroposa, który był władcą pewnego plemienia śródgwiezdnego; cenę wyznaczył wysoką: tyle brylantów rozmiaru pięści, ile Antropos zaważy – lecz król ani nie mrugnął.

Wyruszył tedy Halazon w drogę, król zaś jął chełpić się przed radą tronową oczekiwanym nabytkiem, czego i tak zresztą nie mógł ukryć, bo kazał już w parku zamkowym, gdzie rosły najwspanialsze kryształy, budować klatkę z grubych sztab żelaznych. Trwoga padła na dworaków. Widząc nieustępliwość króla, wezwali na zamek dwóch mędrców homologów, których król przyjął miłym sercem, był bowiem ciekaw, co też wielowiedowie ci, Salamid i Thaladon, powiedzą mu o istocie bladej takiego, czego on sam jeszcze nie wie.

– Czy prawdą jest – spytał, ledwo z klęczek powstali, oddawszy mu należny ukłon – że Homos miększy jest nad wosk?

– Tak jest, Wasza Jasność! – odparli obydwaj.

– A czy i to prawda, że szparką, którą ma u dołu twarzy, może wydawać rozmaite dźwięki?

– Tak jest, Wasza Królewska Mość, jak również, że do tego samego otworu tka Homos różne rzeczy, a potem dolną częścią głowy rusza, która na zawiaskach jest do górnej przytwierdzona, przez co się owe rzeczy rozdrabniają i on je wciąga do swego wnętrza.

– Dziwny obyczaj, o którym słyszałem – rzekł król. – Wszelako powiedzcie, mędrcy moi, po co on to czyni?

– W tej materii cztery są teorie, Wasza Królewska Mość – odparli homologowie. – Pierwsza, że czyni tak, by się nadmiaru jadów pozbyć ( jadowity jest bowiem niesłychanie). Druga, że postępuje tak gwoli niszczeniu, które przedkłada nad wszelką inną uciechę. Trzecia, że przez chciwość, bo wszystko by pochłonął, gdyby mógł, czwarta...

– Dobrze, już dobrze! – rzekł król. – Czy to prawda, że on z wody jest uczyniony, a jednak nieprzezroczysty, jak ta moja kukła?

– I to prawda! Ma on, panie, w środku wielość rurek śliskich, którymi wody cyrkulują; są w nim żółte, są perłowe, ale najwięcej czerwonych – te niosą straszną truciznę, kwasorodem lub tlenem zwaną, który to gaz wszystko, czego tknie, zaraz w rdzę obraca lub w płomień. Dlatego on sam mieni się perłowo, żółto i różowo. Wszelako, Wasza Królewska Mość, błagamy pokornie, byś od zamysłu sprowadzenia żywego Homosa odstąpić raczył, istota to bowiem potężna i złośliwa jak żadna inna...

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.