Bajki dla dzieci gangsterów - Rafał Pasztelański, Marcin Przewoźniak - ebook
Wydawca: Nowy Świat Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 141 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bajki dla dzieci gangsterów - Rafał Pasztelański, Marcin Przewoźniak

Bajki, które rodzice opowiadają swoim dzieciom, związane są często z ich zawodami. Ale jak, w przystępny sposób, o swojej profesji opowiada synkowi tata… gangster? Zamiast o mafiosach mówi, zatem o… Rycerzach z walecznych księstw Pruszkowa i Wołomina, pomiędzy którymi leży wielkie niczyje miasto. Rycerze z Pruszkowa mają problem: nie dość, że muszą walczyć z zastępami rycerza Dziada z Ząbek, to jeszcze ich zastrzeżoną mafijną nazwę próbują przejąć piraci. Rycerz Dziad też ma zgryz: wciąż znajduje w domu magiczne pudełka, które potrafią zmienić jego merc-karocę w pięćset drobnych kawałków. A straż księcia pana nie może się doczekać, aż wszystkich rycerzy wyłapie, by ich potem wypuścić za sowitą łapówkę. Kto lubi klimaty “Rodziny Soprano” skrzyżowanej z “Miasteczkiem South Park” winien śmiało sięgnąć po “Bajki dla dzieci gangsterów”. Ale uwaga: tych opowieści nie można między bajki włożyć – wszystkie są oparte na faktach

Opinie o ebooku Bajki dla dzieci gangsterów - Rafał Pasztelański, Marcin Przewoźniak

Fragment ebooka Bajki dla dzieci gangsterów - Rafał Pasztelański, Marcin Przewoźniak




O ZUCHWAŁYM RYMPAŁKU

I

Dawno temu było sobie wielkie miasto okrakiem nad Wisłą rozsiadłe. W niebo strzelały tam błękitne wieże wieżowców, po szerokich alejach pędziły tysiące karet, a handlu i sklepów, i kupców, i niewiast niecnotliwych, zawsze pofolgować z podróżnymi zdatnych, nikt by nawet nie policzył.

No, do czasu.

Miasto, choć wielkie i bogate, było jednak niczyje. Mimo że po ulicach krążyły Niebieskie Oddziały księcia pana, to nie one naprawdę na nich rządziły. Wokół miasta na okolicznych równinach rozsiadły się trzy księstwa rycerzy-rabusiów. Pierwsze z nich, zwane Wołominem, opanowało trakty ku wschodowi prowadzące. Drugie, zwane Pruszkowem, tkwiło jak nóż wbity na zachodnich rubieżach wielkiego miasta. Trzecie, najmniejsze i najbardziej głodne gniazdo rycerzy-rabusiów, przycupnęło na bagnach pomiędzy głębokimi rzekami; i choć bardziej przypominało psią budę z byle desek pozbijaną, nazwali je ludzie Nowym Dworem. I to z tych trzech księstw szło w miasto prawo pięści i siła złego, zwłaszcza na jednego.

W tej to ziemi niczyjej, przez trzy księstwa rycerskie na sztuki szarpanej, urodził się i wychował młody rozrabiaka zwany Rympałkiem. Oddali go, nieboraka, rodzice do szkoły, to z niej uciekł. Oddali go zatem do terminu u jubilera. Też by uciekł – z pełnymi kieszeniami, ale to był warsztat brata, więc uczciwość tym razem zwyciężyła. Rympałek skrzyknął hewrę takich jak on wisusów i dalej hasać po dzikiej krainie Wielkiego Niczyjego Miasta. Ponieważ jednak przed Niebieskimi Oddziałami trudno było w pojedynkę uciekać i nie było skąd brać na łapówki, w razie gdyby go złapali, poszedł Rympałek do Pruszkowa, do bramy zakołatał, starszyźnie się pokłonił, przyjęto go jak swego.

II

Stał raz Rympałek na granicy królestwa i dziwował się, jak

Niebieskie Oddziały bacznie pilnują, by z zachodnich krain żadna skradziona kareta nie wjechała do Wielkiego Niczyjego Miasta. Poszedł potem na drugą granicę i dziwował się, jakże tam pilnują, by kradzione karety dalej, do wschodnich cesarstw wjechać nie mogły. I jak dodał dwa do dwóch w swoim rozbójnickim rozumie, wyszło mu, że jak by te karety kradzione raz w drugą stronę pojechały, to by żaden Niebieski od księcia pana nawet i nie spojrzał: skąd jadą, dokąd i po co.

Uradowany poszedł wtedy na pruszkowskie przedmieście do chłopa, który tak głupi był, że go cała okolica Słupem zwała.

Słup siedział na ławeczce przed domem, popijał porzeczkę strong i rozmyślał, czemu tak głupio świat jest poukładany, że bez pracy nie ma kołaczy. Przyszedł Rympałek do niego, przysiadł się i zapytał:

– Ty, Słupie, kasy nie potrzebujesz?

– Potrzebuję, panie – odpowiedział rezolutnie Słup.

– A betę-karetę chciałbyś mieć? – spytał Rympałek.

– Nie obraziłbym się – przyznał Słup. – Jeno nie wiem, skąd miałbym ją mieć, skoro ja już dwanaście lat na tej ławeczce pracy szukam i znaleźć jakoś nie umiem.

– A to się temu zaradzi – ucieszył się Rympałek. Dał Słupowi strój jak się należy – krawat i garnitur, ogolił go, uczesał i w dyrdy z nim do banku pobiegł – wyrabiać konto. Ani się Słup obejrzał, a już kredyt wziął. Ani się drugi raz obejrzał, a już betę-karetę w tym kredycie posiadał, bo w dokumencie wyraźnie stało „właściciel: Słup”. Ani się obejrzał trzeci raz, a już beta-kareta pojechała do Francji, gdzie ktoś kupił ją tanio i z pocałowaniem ręki. Ani się obejrzał czwarty raz, jak już był właścicielem trzech następnych karet, a potem trzydziestu trzech. Ale po co miał się oglądać i niepotrzebnie szyję nadwerężać, kiedy oto na kuchennym stole leżało przed nim pięćset złotych w gotówce i zgrzewka porzeczki strong?

– A ty Słupie, jakich krewnych nie masz? – spytał któregoś dnia Rympałek.

– Juści mam, wszystkie jako i ja, Słupy się nazywają – powiedział Słup i naspraszał krewnych swych, aby i oni zarobili sobie uczciwie i bez spocenia podkoszulka.

Ni się Niebieskie Oddziały spostrzegły, bety-karety szust! na Zachód pognały, raz a dobrze. A ty, strażniku szukaj wiatru w polu i Słupa na ławeczce. A Rympałek siedział w swej melinie i śmiał się do łez.

III

Jakoś tak w sierpniu, na wielkim drewnianym pomoście daleko w morze wychodzącym, Niebieskie Oddziały łapsnęły innego rycerza-rabusia zwanego Pershingiem. Trafił on do najgłębszego lochu. Rympałek zaraz zrozumiał, że teraz albo nigdy – wielkim rycerzem zostanie właśnie on sam. Zaraz skrzyknął Pershingowych sługów, giermków, trabantów i żołnierzy, zadania przydzielił, księgowość w komputerze założył i rządzić Wielkim Niczyim Miastem zaczął.

Naprzód przypomniał sobie, że nikt jeszcze nie policzył onych niewiast niecnotliwych. Raz-dwa je policzono, przy okazji nie zapominając o naliczeniu opłat za ochronę. Z tego szły pieniądze na łapówki dla Niebieskich Oddziałów; a jeśli który z żołnierzy do lochów trafił, to i na wikt dla jego najbliższych nie brakowało.

Cisnęli go Niebiescy bez litości, krok w krok za nim chodzili.

– A taki dyszel, nie złapiecie mnie – powiedział Rympałek.

I stał się jeszcze bardziej zuchwały. Jechali za nim Niebiescy radiowozem, to im go odebrał, a ich samych w lesie do drzewa przywiązanych zostawił. Tydzień nie minął, a już tym radiowozem zatrzymał Rympałek kupców, co z wizami turystycznymi na pielgrzymkę do Stambułu podążali. Jak woźnica zafasował kulę w brzuch, zaraz się do czapki Rympałka posypało złoto, pieniądze i kosztowności. Ale i na tym nie było końca.

– Napadnijmy na sklep, na stację benzynową, na kantorek – szeptali mu kamraci do ucha. Bez skutku.

– Banki, to jest przyszłość – zwykł mawiać Rympałek, surowo patrząc, czy aby który z kamratów na lewiznę nie chadza albo czy mu się pracować może nie chce. Jak się który go nie słuchał, tak z miejsca w twardej walucie musiał płacić. Jak mu jeden betę-karetę uszkodził, zaraz krzesłem barowym w łeb wziął i jeszcze za uszkodzenie musiał zwracać, a zapłacił tyle, co za całą karetę prawie.

Jako się rzekło, w bankach była przyszłość i pieniądze. W lipcu upalnym Rympałek najechał na bank i jednemu kupcowi pod kasą worek pieniędzy odebrał. Długo się Niebieskie Oddziały zastanawiały, gdzie Rympałek karabin schował, że go nikt z bronią po tym napadzie nie widział. Tymczasem karabin schował Rympałek w wózku dziecięcym, pod bankiem porzuconym, ale to się dopiero pokazało, kiedy wózek po napadzie trafił do Niebieskiej Izby Dziecka z zawiadomieniem o porzuceniu niemowlęcia.

W końcu jednak zuchwały Rympałek przedobrzył. W wielkim blokowisku napadł na konwój pieniądze wiozący dla królewskich felczerów i znachorów. Strzelby w ruch poszły, kanonada zrobiła się nielicha, karety podziurawione jak sita pozostały na ulicy. Ale opłaciło się. I zuchwały Rympałek mógł w domowym komputerze wpisać czystego zysku milion i dwieście tysięcy złotych.

Tego było jednak Niebieskim za wiele. A i znachorzy się zdenerwowali, bo Rympałek skradł przecież pieniądze przeznaczone dla nich. Niebieskie Oddziały zaczęły łapać rympałkowych żołnierzy jednego po drugim. A Rympałek to uciekł, to się wywinął, to kogoś porwał, żeby z wprawy nie wyjść, to ówdzie jakiś napadzik zlecił. Ale następnego roku wpadł jak śliwka w kompot, wywleczony z legowiska już nie przez Niebieskie Oddziały, ale przez Czarne Hełmy, które książę pan za ciężkie pieniądze najmował tylko do takich właśnie hazardowych misji.

IV

Dwa lata trzymali Rympałka w lochu. Straszyli, męczyli, przekupywali, obiecywali – nic nie wskórali. Za to kilku jego kamratów śledztwa nie wytrzymało i wsypało Rympałka: a to że kogoś porwał i ogniem przypiekał, a to że napadł, a to że zbił kogoś do nieprzytomności.

Dziewięć miesięcy go sądzili. Zaraz się jednak pokazało, że kamraci przed majestatem sądu odwołali, co zeznali w śledztwie. Dziwnie się bowiem jakoś tak porobiło, że a to żona jednego dostała rybę w paczce, choć to nie była Wigilia, a to dziecku innego piesek granatem się udławił… dość, że odwołali co prędzej, cokolwiek tam przeciw Rympałkowi zeznawali.

Ale sąd swoje wiedział. I Rympałkowi wlepił dziesięć lat wieży. A niedługo kolejny sąd zdecydował, że jeszcze raz mają go sądzić za to, czego mu w pierwszym procesie nie udowodniono. I tak zuchwały rozbójnik Rympałek pewnie już z tej wieży nie wyjdzie. No chyba żeby wyszedł, jak sobie w swych zbójnickim rozumie planuje, za dwa lata. Wtedy bajka będzie toczyć się dalej.


JAK PRUSZKÓW POKONAŁ PIRATÓW

I

Wczasach, kiedy młodsi ustępowali miejsca starszym w dyliżansach, kiedy kaseta magnetofonowa czuła się niezagrożona ze strony nowoczesnych nośników dźwięku, a telefony komórkowe ważyły tyle, co półlitrówka wódki i na tyle też wystarczała żywotność ich baterii, w owych romantycznych rycerskich czasach na świecie roiło się od rycerzy. Prawdę rzekłszy, rycerzy było wtedy na świecie mrowie, a mrowie. Zdało się, wyjdzie człowiek na ulicę Wielkiego Niczyjego Miasta i kamieniem rzuci, to o ile nie trafi w dziewkę lekkich obyczajów, w posła albo w studenta, o tyle celnie przypalantuje jakiemuś człeczynie w dresach, z wiechciami słomy wystającymi z adidasów, a ten już gębę rozedrze na pół świata, że on wszak rycerz jest pasowany. Na każdym rogu ulicy, w każdej melinie, pod każdym sklepem z porzeczką strong w Popściejewie, na każdej zabawie tanecznej i na królewskim jarmarku, wszędzie nagle zaroiło się od rycerzy mnożących się jak koty w marcu albo króliki w dowolnej porze roku. Wszędzie mnóstwo rycerzy, wołających się pruszkowskimi rycerzami.

Coś ich, do dziewki-lekkich-obyczajów-żyjącej-w-biedzie, zwyczajnie zrobiło się za dużo.

II

Mości panowie, ilu nas tak właściwie jest? – zapytał pewnego razu w pruszkowskim zamku rycerz Wańka, popatrując na kompanów. Wokół niego, przy prastarym Okrągłym Stole siedzieli rycerze: Słowik, Pershing, Parasol, Kajtek, Malizna, Bolo i Żaba.

– Nas w zarządzie? Ośmiu – odpowiedział rycerz Słowik, niezadowolony, bo z białej ścieżki, którą na Okrągłym Stole usypał, zbyt dużo proszku zostało w pęknięciach prastarych dębowych desek.

– Do tylu liczyć umiem. Imaginujesz waćpan sobie, ilu nas jest w ogóle? – nie dawał za wygraną rycerz Wańka.

– Dobre pytanie – pokiwał głową rycerz Parasol. – Jest Masa i Kiełbasa, jest Bysio, pięciu kompanów Bryndziaków, jest rycerz Kenys i Matyś, jest Sankul i Burzyn, jest rycerz Chyła, rycerz Jąkaty, Zbynek, Gonzo, Szuler, Sajur, Karaś i Western… – i tak wymieniał jeszcze dobre dwa pacierze, aż zabrakło wina i trzeba było posłać któregoś z młodych po nowy antałek.

– Prawdę rzeczecie, rycerzu Parasolu, ale to są chłopaki, których znamy, a oni mają swoich chłopaków, a bywa, że i tamte chłopaki mają swoich chłopaków. To ilu nas jest, tak w szczególności? – spytał znowu rycerz Wańka.

I zasępili się rycerze, bo do tylu liczyć nie umieli. Na pewno nie bez maszynek do liczenia banknotów.

A rycerz Wańka z rycerzem Kajtkiem ujawnili, czemu tak siedzą i liczą, parając się zajęciem godnym kupców bardziej niż rycerzy, czemu tak kalkulują i dodają, niczym zakurzeni bakałarze, zamiast uczciwie zabawić się po rycersku i jakieś Bum-Komuś! fajne zrobić albo chociaż TRATATA!

– Biada nam bracia rycerze i Księstwu Pruszkowskiemu naszemu – wzniósł ręce do góry rycerz Kajtek. – Biada nam, bo gdzie się nie obrócisz, tam wszędzie jacyś źli ludzie biją, kradną, fałszują czeki, wystawiają abonamenty za ochronę osób i mienia, dziewice hańbią, na mieszczan napadają, a przez rzeki graniczne towar cichcem wiezą! Nie masz w Rzeczpospolitej spokoju ni prawości żadnej.

– O co się waść turbujesz? To naturalna rzeczy jest kolej, że zły pieniądz dobry wypiera, a jako to zwyczajnie na świecie bożym, złe do dobrego się miesza – mruknął rycerz Parasol.

– Ale oni robią to w naszym, pruszkowskim, imieniu! Z naszymi to barwami, na swych rycerskich tarczach do boju idą i na nas wątpliwa chwała ich czynów spada. Lada kiep w Kiepskiej Woli nogą od krzesła sąsiada przytomności i portfela pozbawi, a już na drugi dzień powiada, że jeśli sąsiad do Niebieskich Oddziałów pójdzie ze skargą, to on mu chałupę spali, bo wszak rycerzem pruszkowskim jest! – nie posiadał się z oburzenia rycerz Wańka i aż garncem pełnym wina o spękany blat Okrągłego Stołu strzelił, a krwistoczerwone bryzgi miotnęły naokoło jako deszcz karminowy.

– Nie wylewaj waćpan wina – mruknął ponuro rycerz Żaba, bo mu rubinowe krople zamoczyły białą ścieżkę, jak w sam raz usypaną precyzyjnie pomiędzy najgłębszymi szczelinami blatu.

– Boją się nas, i dobrze – mruknął rycerz Parasol, któremu się od nadmiaru wina jeszcze nie do końca okienko we łbie otwarło.

– Ale Księstwo Pruszkowskie to nie jakiś unurzany w latrynie adidas czy inne parszywe chanel nr 5, żeby je na prowincji pokątnie podrabiać – wrzasnął rycerz Kajtek. – Niedługo będą po tym naszym Wielkim Niczyim Mieście ganiać Moskale, a może i Chińczycy, wołając, że są z „Pruś-koi-waa”! – dokończył i jednym haustem wychylił antał okowity.

– Ha, chcą być z Pruszkowa? Niech płacą! – zakrzyknął rycerz Parasol wreszcie do rzeczy, podrywając się z krzesła.

– Niech płacą, sucze syny! Albo do lasu! – wykrzyknął, poderwawszy się z siedziska rycerz Wańka.

– A jak nie chcą być z Pruszkowa, to też będą z Pruszkowa! – zerwał się na równe nogi rycerz Bolo. I miecz swój wzniósł ku górze. Zresztą, ptasia grypa wie, co on tam wzniósł, dość że wszyscy inni wznieśli to samo, a podobnież były to szklenice śpirytusu i wznieśli toast:

– Pruszków rządzi. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!

III

najprzód sporządzili spis rycerzy. Zarząd Księstwa Pruszkowskiego wezwał swych kapitanów i nakazał porachować, kto Księstwa pozostaje rycerzem pasowanym, kto giermkiem, kto lennikiem prawym, a kto użyteczną obozową ciurą.

– A przy okazji – zaznaczył rycerzowi Masie rycerz Kajtek – podliczcie no tych, którzy rycerskim rzemiosłem się parają, ale samojeden, na własną rękę to czynią. Teraz ich samych porachujemy, potem porachujemy się z nimi – dodał rycerz Kajtek z uśmiechem.

I poszli rachmistrze wprost na szerokie gościńce przecinające Wielkie Niczyje Miasto, poszli w zaułki krzywe, poszli do dziupli brudnych i karetami zastawionych, zajrzeli do fabryczek i melin, do oficyn i na poddasza. Poszli nawet na komendę Niebieskich Oddziałów przepatrzeć w aktach, kogóż tam zapisano i pod którą cyferką. Jednym słowem Księstwo Pruszkowskie sporządziło spis co się zowie.

Ale i tego było mało.

Wzięli rycerze Kajtek, Słowik, Malizna i Wańka swe czarne bety-karety i ruszyli w świat szeroki. Bo ze świata niepokój dochodził, że byle kiep z kijem samobijem, pruszkowskim rycerzem się okrzykiwał i w ten sposób ułatwiając sobie drogę do klienta, kradł bezczelnie sławny i zastrzeżony znak towarowy. I ujrzeli pruszkowscy rycerze, że piractwo okrutnie się szerzy, a ich ojczyste, podrabiane bezlitośnie księstwo traci na tym miliony dukatów.

– To tak, do dziewki-lekkich-obyczajów-żyjącej-w-biedzie, nie może być – stwierdzili rycerze pruszkowscy i wnet płonące wici zajaśniały po ulicach Wielkiego Niczyjego Miasta i na pruszkowskim podgrodziu.

IV

Piraci podrabiali niecnie zasłużone i dumne znaki Pruszkowa i przychodząc z tymi podróbkami do ludu prostego, zarabiali miliony. To haniebne. Ale bywało i gorzej. W tym ogólnym zalewie tandety nikt już nie wiedział, kto czyim jest wasalem i kto komu hołd lenny składał. Mało tego, zdarzało się i tak, że piraci pod fałszywym pruszkowskim znakiem nachodzili dwór takich rycerzy, którzy sami dla Księstwa Pruszkowskiego wykonywali poufne zadania.

Tak stało się onego straszliwego dnia, gdy gang z grodu zwanego Radomiem, stosujący niechrześcijańskie metody kopania z półobrotu w twarz, napadł nocą na dwór rycerza Wicka. Rycerza pobito, a żonę jego tak nastraszono, że dziecię, które w swym łonie nosiła, odumarło.

I przybył rycerz Wicek do Księstwa Pruszkowskiego i skłonił się przed rycerzem Pershingiem i poprosił o pomoc i zemstę. Co się rychło ziściło, bo gangowi z grodu zwanego Radomiem wytłumaczono, na kogo można napadać, a na kogo nie. A także i to, że od teraz będą napadać dla Księstwa Pruszkowskiego. Jako że w roli tłumaczy wystąpiły kije samobije oraz wiertarka, porozumienie osiągnięto w kilka godzin.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com