Autostopem przez życie - Przemysław Skokowski - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 457 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 12 godz. 40 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Autostopem przez życie - Przemysław Skokowski

Czy trzeba mieć miliony, żeby podróżować po świecie? Niekoniecznie. Czasami wystarczy wielka pasja, odwaga i konsekwencja.

Z Autorem przemierzamy autostopem 26 000 kilometrów z Gdańska przez Rosję, Kazachstan, Kirgistan, Chiny, Laos, Tajlandię aż do Birmy. W tym czasie kazachskiej rodzinie pomagamy przy budowie jurty, uczestniczymy w lekcjach angielskiego w sierocińcu w Tajlandii, uciekamy też przed uzbrojonymi Laotańczykami. To tylko niektóre z licznych, niekiedy zwariowanych przygód Autora. Jeśli nadarza się okazja to nawet skaczemy na bungee.

Podczas tej podróży, trwającej ponad 3 miesiące, Autor nie zapomina też o najciekawszych zabytkach znajdujących się na trasie, takich jak: moskiewski Kreml, Wielki Mur Chiński, Terakotowa Armia, czy świątynie w Pagan. Udziela też wielu wskazówek wszystkim tym, którzy chcieliby odbyć podobną podróż.

Książka przepojona jest pozytywną energią, którą Autor zaraża Czytelnika.

Opinie o ebooku Autostopem przez życie - Przemysław Skokowski

Cytaty z ebooka Autostopem przez życie - Przemysław Skokowski

Przekonałem się, że kabanosy to najlepsze jedzenie autostopowicza. Długo świeże i smaczne nawet, jeśli zalatują starą bielizną, obok której przypadkiem znalazły się w plecaku, no i przechowują się w temperaturze od –50°C do +50°C. Autostopowe kabanosy.

Fragment ebooka Autostopem przez życie - Przemysław Skokowski

PRZEMYSŁAW SKOKOWSKI

AUTOSTOPEM
PRZEZ ŻYCIE

Projekt okładki

Aleksandra Szmak

Zdjęcia na okładce

© Przemysław Skokowski

© tanaphongpict/Shutterstock

© My Portfolio/Shutterstock

© Delices/Shutterstock

© naturemania Fotolia.com

© John Bill/Shutterstock

Opracowanie redakcyjne

Elżbieta Kowalewska

Redaktor prowadzący

Urszula Lewandowska

Redakcja techniczna

Andrzej Sobkowski

Redakcja wersji elektronicznej

Robert Fritzkowski

Korekta

Krystyna Wysocka

Krystyna Malik

Zdjęcia

Przemysław Skokowski

© for the text and photos by Przemysław Skokowski, Warszawa 2014

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2014

ISBN 978-83-7758-756-0

Sport i Turystyka MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I

Spis treści

Podziękowania

Wstęp

Prolog

Rosja

Kazachstan

Kirgistan

Chiny

Laos

Tajlandia

Birma (Mjanma)

Epilog

Zdjęcia (część 1)

Zdjęcia (część 2)

Przypisy

Podziękowania

Książka ta jest nie tylko podsumowaniem ostatniej podróży, ale również jednym z kamieni milowych w moim życiu. Wszytko to osiągnąłem nie dlatego, że jestem lepszy niż inni, miałem więcej szczęścia, czy znam ludzi „na stanowiskach”. Jestem na tym etapie życia, dzięki wielu osobom.

Najważniejsza dla mnie jest moja kochana i zwariowana rodzinka. Gdyby nie ona, nigdy nie byłbym tym kim jestem. To samo dotyczy moich znajomych z podwórka, liceum i studiów, którzy sprawiają, że codzienność spędzana z nimi nigdy nie jest szara.

Największą grupę stanowią wszyscy Ci, którzy śledzili i czytali mojego bloga, dopingując w zmaganiach z samym sobą nie tylko podczas tej podróży, ale również w podróżach wcześniejszych.

Specjalne podziękowania natomiast kieruję do wszystkich, których spotkałem na trasie. Gdyby nie oni, ta książka nigdy by nie powstała, a ja być może nigdy w życiu nie pojechałbym nigdzie stopem.

Nawet jeśli tylko niewielka część z tych osób przeczyta kiedyś książkę, wszystkim składam serdeczne podziękowania.

Wstęp

Nie kryję, że to moja pierwsza książka. Wiem, że nie wszystkim może się ona spodobać. To książka dla tych, którzy kochają życie i uwielbiają czerpać z niego pełnymi garściami. To czterysta kilkadziesiąt stron przygód, spostrzeżeń i rozmyślań z mojej podróży autostopem z Gdańska przez całą Azję do Birmy.

Czytając w zdecydowanej większości zwariowaną historię, Czytelnik pewnie nieraz będzie zachodził w głowę, jak to możliwe, że ona w ogóle się wydarzyła. Z góry odpowiadam: tak, to jest możliwe. Jedyne, czego potrzeba, by zapewnić sobie tak wspaniałe przeżycia, to odrobina szaleństwa i zaufania do wszystkich, których spotkamy w podróży. Każda z przygód, za każdym razem, nierozłącznie związana jest z ludźmi, którzy począwszy od olbrzymiej Rosji, poprzez niekończące się stepy Kazachstanu, potężne metropolie w Chinach, na dżunglach birmańskich kończąc choć odmienni w swoich zwyczajach, wszędzie niezwykle serdeczni i pomocni.

Jest coś jeszcze, czego pewnie mało kto spodziewa się po książce stricte podróżniczej. Moja książka to nie tylko sposób na pokazanie Wam skrawka naszej pięknej planety, ale również tego, jak podróże zmieniają ludzi, a w tym przypadku mnie. Nie, nie pomyślcie sobie, że będę tu odgrywał wielkiego pisarza. Aby zrozumieć zarówno książkę, jak i to, kim jest jej autor, należy o mnie myśleć jak o swoim kumplu. Takim, z którym idzie się na piwo i zaśmiewa się plotąc głupoty. Takim, który ochrzani, gdy sytuacja tego wymaga, ale też uważnie wysłucha, gdy trzeba coś doradzić. Książka ta jest bowiem napisana przez normalnego faceta, który uwierzcie mi niczym specjalnym nie wyróżnia się spośród swoich rówieśników, dla przyjaciela, którego w podróży nie miał, bo jechał samotnie.

Książka powstawała na gorąco: w TIR-ach, na poboczu drogi lub pod namiotem, kiedy przed snem spisywałem, co mnie spotkało danego dnia. Wszystko, co w niej znajdziecie, opisane jest dokładnie, tak jak naprawdę było, a nie po przywoływaniu odległych i zatartych już nieco wspomnień.

Mam nadzieję, że mój specyficzny styl pisania, język oraz poczucie humoru nie przerażą Was i przeżyjecie najwspanialszą podróż mojego życia wraz ze mną. Będziecie się razem ze mną śmiać, płakać i rozmyślać, a po przeczytaniu odłożycie książkę z poczuciem, że naprawdę możemy razem pójść na piwo albo pośmiać się z niezbyt wyrafinowanych żartów.

Ta książka jest podsumowaniem stu dni samotnej podróży autostopem przez dziewięć krajów, w czasie której pokonałem 26000 km i przeżyłem setki przygód, a one udowodniły mi, że świat wcale nie jest taki, jakim przedstawiają go media.

Przemek „Pasha” Skokowski

Autostopowicz

Prolog

Autostopem podróżuję od 2009 roku, kiedy po ukończeniu liceum miałem swoje najdłuższe wakacje w życiu. Blisko pięć miesięcy dzielące ostatni egzamin maturalny od pierwszego dnia na uczelni to wystarczająco długi okres, żeby jego część przepracować, a drugą przeznaczyć na podróżowanie. Mając 19 lat postanowiłem, że najpierw na wakacje zarobię, a dopiero wtedy na nie pojadę. Autostopem, bez planu, bez przygotowania. Po prostu zapakuję plecak i pojadę, gdzie ciepło i tanio, czyli na Bałkany.

Skończyło się wprawdzie na ledwie dwóch tygodniach podróżowania, ale wystarczyło, żebym złapał autostopowego bakcyla i postanowił w ten sam sposób spędzać każde następne wakacje. W roku 2010 była to trzytygodniowa podróż po drogiej i pełnej turystów Europie Zachodniej. W 2011 roku obrałem kierunek północny i objechałem dookoła Morze Bałtyckie, po raz pierwszy przygotowując się do podróży nieco dłużej, bo musiałem wyrobić sobie wizę do Rosji.

Rok 2012 był przełomowy w moim życiu. W styczniu spojrzałem na mapę i uświadomiłem sobie, że w tym roku logicznym następnym krokiem będzie podróż na Wschód. Początkowo myślałem, żeby pojechać dookoła Morza Czarnego, ale w pewnym momencie coś we mnie drgnęło i poczułem, że jak się bawić, to na całego. Trasę, która początkowo przebiegała wzdłuż linii brzegowej Ukrainy, Rosji, Gruzji, Turcji i Bułgarii, przedłużyłem o Azerbejdżan i Iran.

Decyzja o zaplanowaniu takiej trasy wiązała się z dużo większymi przygotowaniami, z jakimi do tej pory nie miałem do czynienia. Pomijając fakt, że wybierałem się do kraju, o którym mówiło się wyłącznie w kontekście programu nuklearnego, postanowiłem jeszcze, że po drodze wejdę na Elbrus. Ot tak! A jakie to było nieodpowiedzialne, to już całkiem inna historia.

Wszystko wyglądało w porządku, dopóki nie podliczyłem kosztów takiej podróży autostopem, i nagle okazało się, że przysłowiowe kieszonkowe nie wystarczy. Wtedy pojawił się pomysł, żeby znaleźć kogoś, kto w jakikolwiek sposób dołoży się do mojej podróży. Wiadomo, nikt ci nic nie da za darmo, a więc trzeba przekonać potencjalnych sponsorów, że zainwestowanie w moją podróż ma dla nich sens. Wtedy narodził się blog „Autostopem przez życie”.

Już od dawna miałem dość odpowiadania w kółko na pytania rodziny i znajomych: „Jak tam było w tej twojej podróży?”, więc postanowiłem, że wszystkie wspomnienia, do tej pory zapisywane w wysłużonym 90-kartkowym zeszycie, przepiszę i zamieszczę na blogu. I nagle okazało się, że ktoś to czyta. Początkowo tylko moi znajomi, później ich znajomi, a w końcu osoby, które na stronę trafiały zupełnie przypadkiem.

Gdy miałem już założonego bloga i grono jego odbiorców, zacząłem myśleć i kombinować, w jaki sposób wyróżnić się spośród setek osób, które co roku podróżują i też zasypują firmy prośbami o wsparcie. Pytanie nie dawało mi spokoju przez dłuższy czas, pewnego mroźnego poranka, kiedy jeszcze zaspany stałem przed lustrem i walczyłem maszynką z uparcie rosnącą brodą, doznałem nagle olśnienia. Przyszedł mi do głowy pomysł na projekt podróżniczy o nazwie „Szczęście i marzenia”, a po kilku godzinach dodałem do tego jeszcze jedno słowo „miłość”. Pomysł był banalny. Polegał na przeprowadzaniu wywiadów ze spotkanymi na trasie ludźmi i zadawaniu im prostych pytań: „Czym jest dla ciebie miłość i szczęście? Jakie masz marzenia?”. Idea została przez wszystkich pozytywnie przyjęta i udało się: jedna z większych firm produkujących sprzęt fotograficzny wsparła mój projekt. Jednak koszty podróży, które wyniosły 2000 złotych, musiałem pokryć sam.

O tym, jak zrealizowałem swój projekt oraz jak wyglądała sama podróż, mógłbym napisać osobną książkę. Co najważniejsze, gdy po dwóch miesiącach wróciłem bezpiecznie do domu, moja podróż została wyróżniona nominacją do najważniejszej nagrody podróżniczej w Polsce „Kolosy 2012”.

Wtedy uświadomiłem sobie, że ta pasja podróżowania ma szansę przerodzić się w coś większego. Postanowiłem od razu zabrać się do planowania kolejnej wyprawy. Znowu usiadłem nad mapą, spojrzałem na czerwone linie wyznaczające trasy moich wcześniejszych podróży i już wiedziałem, że przede mną największa i najdłuższa jak dotąd podróż. Ponownie na Wschód, ale nie Bliski, tylko Daleki.

Jednocześnie zadałem sobie pytanie, co chciałbym zrobić w tym roku. Zeszłoroczny projekt pokazał mi, że podróżowanie dla samego podróżowania jest fajne, ale dużo ciekawiej podróżuje się w jakimś wyższym celu. Ostatnio chciałem pokazać, że ludzie mimo że różnią się wyglądem, pragnieniami, sposobem postrzegania życia i jego sensu, tacy sami. I to mi się udało. Co więcej, podczas prezentacji z podróży w liceach i na uczelniach pokazywałem młodym ludziom, że świat nie kończy się na granicach ich miasta, ale jest wielki i piękny w swojej różnorodności. Zarażałem ich podróżowaniem, i to było wspaniałe.

W roku 2013 chciałem ponownie zrobić coś, co da mi możliwość pokazania, że podróżując można zdziałać więcej niż tylko zaspokajać swoją chęć zobaczenia świata, potrzebę sprawdzenia się, czy też po prostu tak spędzać wakacje.

Długo nie mogłem wpaść na żaden pomysł. Patrzyłem na mapę, palcem kreśliłem teoretyczną trasę, która miała biec przez Litwę, Łotwę, Rosję, Kazachstan, Kirgistan, Chiny, Laos, Tajlandię i Birmę do Indii, i myślałem: „Co łączy te kraje? Co łączy chociaż część z nich?”. Początkowo planowałem, żeby w podróż wpleść motyw naszych rodaków zesłanych w czasach stalinowskich do Rosji i Kazachstanu, ale to były tylko dwa państwa, a co z pozostałymi?

Blisko miesiąc bezskutecznie próbowałem wpaść na jakiś twórczy pomysł. Gdy byłem już nieco tym zirytowany, dostałem pocztówkę od znajomej z zagranicy i znów mnie olśniło. Zwykła pocztówka z Hiszpanii, a na jej odwrocie uśmiechnięte dziecko w tradycyjnym stroju Basków.

Dzieci! Przecież wspólnym mianownikiem dla wszystkich krajów dzieci, i to dość często z takich czy innych powodów bardzo skrzywdzone. Z miejsca przypomniałem sobie film „Dzieci z Leningradzkiego” w reżyserii Hanny Polak, który przedstawia życie najmłodszych moskwian zamieszkujących dworce stolicy Rosji. Kilkadziesiąt minut przed komputerem i już wiedziałem, że również w Chinach i Birmie właśnie dzieci najczęściej pokrzywdzone przez los.

Cały projekt postanowiłem oprzeć na pocztówkach. Przez internet poprosiłem ludzi z całej Europy o przesłanie na mój domowy adres pocztówki z miejsca ich zamieszkania i zamieszczenie na niej krótkiej wiadomości do dzieci z Azji. Następnie wszystkie otrzymane kartki spakowałem do plecaka i zabrałem ze sobą w podróż.

Projekt realizowałem na spotkaniach w sierocińcach w Rosji, Kirgistanie oraz Tajlandii. Próbowałem również w Chinach, ale okazało się, że jest to niemożliwe. Więcej o tym będzie w dalszej części książki. Na spotkaniach przedstawiałem dzieciom projekt i wraz z wolontariuszami tłumaczyliśmy wybrane przez nie pocztówki z angielskiego na rosyjski lub birmański. Gdy już zdecydowały się, że chcą odpisać na daną pocztówkę, pomagaliśmy im napisać odpowiedź po angielsku.

Projekt miał dwa cele. Pierwszy z nich to szerzenie wiedzy o problemach dzieci w krajach rozwijających się Azji. Nie tylko pisanie o nich na blogu, ale również opowiadanie o nich na spotkaniach organizowanych po powrocie, których miałem dziesiątki. Drugi cel to stworzenie więzi pomiędzy nadawcami pocztówek a dziećmi. Zdawałem sobie sprawę, że w większości przypadków skończy się na wymianie jednego listu, ale powtarzałem sobie i wszystkim, że jeśli chociażby tylko w jednym przypadku zwykła pocztówka stanie się początkiem pięknej więzi, to mój projekt ma sens. I miał. Nie tylko w jednym przypadku.

Mój projekt wydawał mi się zbyt piękny, żeby miało się z nim kojarzyć logo jakiegokolwiek sponsora. Postanowiłem, że wszystkie potrzebne na podróż fundusze zarobię, a jeśli mi zabraknie, skombinuję w inny sposób.

Szacowałem, że będę potrzebował około 6000 złotych. Połowę tej kwoty udało mi się odłożyć, a drugą zdobyłem dzięki crowdfundingowi. Jest to nowy sposób pozyskiwania pieniędzy przez internet i opiera się na prostej zasadzie „coś za coś”. Przedstawiłem na jednej ze stron swój projekt w postaci krótkiego filmiku i zaproponowałem ludziom produkty typu: „Pocztówka z podróży” 25 zł, „Filmik z dedykacją” 50 zł, „Prezentacja z podróży” 500 zł, itp. W ciągu sześciu dni od zamieszczenia projektu zebrałem brakującą kwotę i byłem gotów do drogi. Jak widzicie, wszystko jest możliwe i nie trzeba mieć bogatego wujka czy spadku po dalekiej ciotce z Ameryki.

Skompletowałem sprzęt, złożyłem wnioski wizowe i czekałem na dzień startu, a ten nadszedł 15 lipca.

Rosja

Kierunek Moskwa!

Pierwsze dni w podróży mają to do siebie, że z reguły są nudne. Wszystkich ekscytuje hasło „autostopem do Azji”, a przecież rozpoczyna się od zwykłej wylotówki z Warszawy (z Gdańska do Warszawy też przyjechałem autostopem). Tam właśnie, po odebraniu paszportu ze wszystkimi potrzebnymi wizami, rozpocząłem swoją podróż.

Wsiadłem do najzwyczajniejszego autobusu linii 718 i po 30 minutach jeszcze zwyczajniejszej jazdy wylądowałem w podwarszawskich Markach. Odprowadzany spojrzeniami zaciekawionych ludzi, stanąłem przed przystankiem autobusowym. Zrzuciłem oba plecaki na ziemię i z mniejszego wyciągnąłem białą tabliczkę wielokrotnego użytku, na której napisałem „Suwałki”. Za mną sporo miejsca do zatrzymania się, przede mną światła i skrzyżowanie, więc samochody będą się dopiero rozpędzać i na pewno każdy mnie zauważy. Większy plecak ustawiłem przed sobą, mniejszym podparłem go z drugiej strony, spojrzałem na tabliczkę, wziąłem głęboki oddech i wyciągając kciuk rozpocząłem największą przygodę w swoim życiu.

Zazwyczaj pierwsze pięć minut łapania stopa jest całkiem przyjemne, ale po tym czasie zaczyna się już mruczeć pod nosem: „No dawaj, dawaj, dawaaaj… dupek”. Nie oznacza to wcale obrażania kierowców, lecz zwykłe ulżenie sobie w oczekiwaniu na podwózkę.

Pierwszego stopa złapałem po mniej więcej 20 minutach machania ręką z wyciągniętym kciukiem, w napięciu rosnącym co chwila, gdy auta niby to zwalniają, żeby koniec końców minąć cię obojętnie. Wreszcie ktoś się zatrzymuje. Kontakt wzrokowy, szybkie ściągnięcie kierownicy w prawo i auto staje kilkanaście metrów za mną.

Szybko podbiegłem do ponad 18-metrowego TIR-a, który włączając światła awaryjne, zatrzymał się w zatoczce autobusowej. Otwierając drzwi rzuciłem pytanie:

– Suwałki?

– Nie, Grajewo, ale wskakuj i po drodze cię nadamy na CB – odpowiedział z wyglądu czterdziestoletni kierowca.

W podróżach autostopem praktycznie każdy wnosi coś nowego do twojego życia. Z reguły są to rzeczy, o których byś nawet nie pomyślał. W przypadku mojego pierwszego kierowcy na tamtej trasie był to temat pań parających się najstarszym zawodem świata, czekających na poboczach dróg i popularnie zwanych tirówkami. Mijaliśmy akurat dość długi lasek, gdzie, że tak to ujmę, oferta była szeroka, więc odruchowo zauważyłem:

– O, tirówki.

– Właśnie tego nienawidzę. Czemu wszyscy nazywają je tirówkami? – zareagował dość ostro mój kierowca. – Przemek, czy naprawdę myślisz, że prowadząc maszynę, która ma osiemnaście metrów długości i wagę blisko dwudziestu czterech ton, dałbym radę się zatrzymać przy jednej z tych pań? Mało tego! Czy dałbym radę wjechać w leśną przecinkę tym grzmotem?

– Nooo, raczej nie… – wahając się lekko, przyznałem mu rację.

Nie mam problemu z prowadzeniem rozmowy na jakikolwiek temat, ale też potrafię wyczuć, kiedy kierowcy nie chce się rozmawiać. Wtedy po prostu wyciągam nogi wygodnie, patrzę za okno i myślę o tym co było, albo co mnie czeka. A czekało pewnie wiele. Pomyślawszy wtedy o swej podróży, po raz pierwszy poczułem ściskanie w żołądku. Nagle dotarło do mnie, że naprawdę wyruszyłem i nie wrócę przez najbliższe miesiące. Że jestem zupełnie sam i nie mam pojęcia, co mnie czeka. Jednak nie był to strach, a raczej przyjemne podniecenie, które nazywamy gorączką podróżniczą. Stan, kiedy podświadomie już oczekujesz jakiejś zwariowanej przygody i nie możesz się jej doczekać.

Po dwóch godzinach, gdy zbliżaliśmy się do Grajewa, kierowca zaczął pytać przez CB radio, kto mógłby mnie podrzucić do Suwałk. Poszło dość łatwo, bo zbliżał się weekend, i po pięciu minutach mieliśmy na ogonie kolejną ciężarówkę, której kierowca podrzucił mnie pozostałe 80 km.

Ten okazał się być strasznym faszystą. Nie należę do tych, którzy nadużywają tego słowa, bo jest różnica pomiędzy patriotą a nacjonalistą i faszystą. Już pomijam fakt, że klął jak szewc na wszystkich południowców, bo to dość częste w naszym pięknym kraju, ale gdy zaczął się rozpływać nad rozwiązaniami Himmlera i Hitlera (dosłownie rozpływać, bo z emocji pocił się okrutnie), to stwierdziłem, że koniec tego dobrego. Z reguły autostopowicz jest urodzonym konformistą i dla świętego spokoju wszystkiemu przytakuje, w głębi duszy zadając sobie pytanie „Daleko jeszcze?”. Niestety, to był jeden z momentów, kiedy trzeba było twardo zakomunikować, że facet grubo przesadza. Wywiązała się dość ostra dyskusja, po której kierowca orzekł, że jestem nieznającym historii gówniarzem, z mlekiem pod nosem, i że „życie mnie jeszcze nauczy, a ciapate, to powinny wszystkie iść do piachu.” Po tym stwierdzeniu resztę drogi siedzieliśmy w milczeniu, a w Suwałkach wyskoczyłem, rzuciłem za siebie oschłe „Na razie” i ruszyłem dalej.

Był piątek, godzina 17.00, a ja wciąż byłem w Polsce. Nie miałbym z tym problemu, gdyby nie fakt, że już w niedzielę musiałem się znaleźć w Moskwie. Na szczęście w Suwałkach miałem znajomego ze studiów, więc zadzwoniłem do niego z pytaniem, czy mógłby mnie podwieźć na wylotówkę z miasta. Akurat był w domu, więc po 10 minutach podjechał po mnie i zawiózł w to samo miejsce, z którego wyruszałem dwa lata temu w podróż dookoła Morza Bałtyckiego.

Na szosie prowadzącej prosto do granicy dorwał mnie paskudny deszcz. Nie kapuśniak ani mżawka, tylko zacinający deszcz z prawdziwego zdarzenia, którego upierdliwość była potęgowana przez silny wiatr. Po 15 minutach bezowocnego machania wyciągniętym kciukiem, wyglądałem już jak zmokła kura. Najgorsze, że nawet gdyby już ktoś się nade mną zlitował, to aż głupio będzie ładować mu się do auta z mokrymi tobołami.

Na szczęście zatrzymała się obok mnie trzecia tego dnia ciężarówka, którą prowadził jadący do Mariampola Litwin. Po krótkiej rozmowie przyznał się, że gdyby wiedział, że jestem Polakiem, to by mnie nie wziął. Tabliczka z napisem po litewsku była więc strzałem w dziesiątkę.

Osobiście nie rozumiem, dlaczego w stosunkach litewsko-polskich jest tyle niechęci. Jasne, ktoś powie, że historia, ale historia ma to do siebie, że jej nie zmienimy. Należy kultywować pamięć, ale nie otwierać zabliźnionych ran. Litwinów najbardziej denerwuje w postawie Polaków to, że gdy przyjeżdżają do Wilna, zachowują się jak na ziemiach utraconych. Jak u siebie, a nie za granicą. Być może w sklepach ekspedientki mówią po polsku, ale to nie znaczy, że można domagać się, by polski był językiem obowiązującym wszędzie. Analogiczną sytuację można dostrzec w moim rodzinnym Gdańsku. Nikt z nas nie chciałby, żeby Niemcy wchodzili do naszych sklepów czy restauracji i żądali obsługi po niemiecku, bo kiedyś były to tereny niemieckie. Jesteśmy Polakami i często irytujemy się, gdy takie problemy nas dotyczą, ale jeśli mamy z nimi walczyć, zacznijmy przede wszystkim od siebie.

Litwin podrzucił mnie na porządną stację benzynową. Dość długo tam stałem, ale głównie dlatego, że w piątkowy wieczór prawie nie ma tu ruchu. Wszystkie ciężarówki zjeżdżają z trasy do domów lub mają już weekendowy odpoczynek, a wszystkie samochody osobowe jakby gdzieś się pochowały.

Na stacjach benzynowych można łapać stopa na dwa sposoby. Pierwszy, to wypytywanie kierowców, którzy zatrzymują się na tankowanie, dokąd jadą. Warto pytać „dokąd”, a nie „czy jadą, do…”, przykładowo Kowna, bo jeśli kierowca już powie, że jedzie w kierunku, który pokrywa się z twoją trasą, będzie mu trudniej odmówić. Natomiast, jeśli zapytasz „Czy jedzie pan do Kowna?”, to już na wstępie może skłamać i powiedzieć, że nie. Prosty chwyt, a działa. Drugim sposobem jest najzwyklejsze łapanie stopa przy szosie, tak aby kierowca mógł się bez problemu zatrzymać na zjeździe.

Początkowo chciałem jechać prosto na Dyneburg (łot. Daugavpils), duże łotewskie miasto niedaleko granicy z Litwą, ale coś mnie podkusiło, żeby zmienić napis na tabliczce po prostu na „Latvia”. Ledwo skończyłem pisać – i już jadę! Wprawdzie nie drogą, którą planowałem, bo dość mocno odbijam na zachód, ale udało się przeskoczyć Kowno. Ominięcie miast bywa problemem; czasami są one jak czarne dziury, które pochłaniają cały okoliczny ruch, a przed weekendem mało kto z nich wyjeżdża.

Z auta wysiadłem w najgorszym możliwym miejscu do przesiadki w kierunku Łotwy. W oczy rzucał się kompletny brak ruchu drogowego. Byłem zły, że po zaledwie 30 minutach stania na poprzedniej stacji zaryzykowałem inną trasę niż planowana. Totalne odludzie. Zacząłem przygotowywać się mentalnie na nocleg w okolicy. Gdy już schodziłem z drogi na łąkę, żeby rozbić namiot, usłyszałem szum sunących po asfalcie opon. Szybko wspiąłem się z powrotem na szosę i zacząłem nasłuchiwać, z którego kierunku dobiega odgłos auta. „Głośniej w prawym uchu! Jedzie w moim kierunku!” – pomyślałem. Szybko zrzuciłem plecak i postawiłem go przed sobą – Wdech, wydech! „Bez ekscytacji, bo możesz się brutalnie rozczarować” – powtarzałem sobie w myślach.

Zza zakrętu wyłoniła się stara, głośna i bardzo wysłużona łada. Niczym moja wybawicielka, jechała ku mnie w promieniach zachodzącego słońca. Intensywnie macham ręką, cofając, żeby samochód mógł się zatrzymać, a on mnie mija… ale zwalnia! No to biegnę! On, jak na złość, przyspiesza, więc zwalniam, tracąc resztki nadziei. Ale ten znowu zwalnia i w końcu zatrzymuje się dobre 250 m ode mnie. Zrywam się ile sił w nogach i biegnę, znoszony to na prawo, to na lewo, dwudziestokilogramowym plecakiem. Wreszcie złapałem za klamkę. Udało się! Nie odjedzie! Otwieram drzwi, witam się z sympatycznie wyglądającym facetem po czterdziestce i z nadzieją w głosie pytam, dokąd jedzie.

Ukmerge – słyszę w odpowiedzi i po jednym spojrzeniu na mapę widzę, że to dokładnie to miejsce, gdzie muszę dojechać. W znacznej odległości za Kownem i na trasie do Łotwy.

– Można z wami? Ja z Polszy i w Indiu awtostopem jadu – rzucam w kiepskiej mieszance polskiego i rosyjskiego.

Charaszo, dawaj! Pojechalim!

Wprawdzie nie należał do najbardziej gadatliwych, ale tak jak obiecał, wysadził mnie dokładnie tam, gdzie chciałem dojechać.

Było już grubo po 9.00 wieczorem, więc zaraz zacząłem szukać kawałka ziemi do rozbicia namiotu. Z reguły, gdy śpię „w trasie”, rozstawiam go przy drogach za barierkami, bo praktycznie zawsze znajdzie się tam jakiś pas zieleni. Nie inaczej było i tym razem. Znalazłem kawałek dość wysokiej trawy, osłonięty drzewami i położony niżej niż jezdnia, więc mogłem spokojnie rozbić namiot i wskoczyć do środka. W środku wszystko sobie uporządkowałem, tj. rzeczy rozłożyłem tak, żeby specjalnie się nie pogniotły, a obok głowy położyłem nóż, pałkę teleskopową i gaz pieprzowy.

Drugi dzień podróży zacząłem wraz z robotnikami, którzy już od siódmej rano zaczęli pracować młotem pneumatycznym tuż obok mojego namiotu. Rozbijanie namiotu obok robót drogowych nigdy nie należało do dobrych pomysłów. Jeszcze przez chwilę walczyłem ze sobą i łudziłem się, że przecież kiedyś przestaną, ale nic na to nie wskazywało. Zrezygnowany, zacząłem się pakować. Wyszedłem na zewnątrz i myjąc zęby rozejrzałem się dokoła.

Na drodze w kierunku Łotwy ruchu specjalnie nie było. W czasie, gdy przez przepisowe trzy minuty jeszcze ospale szorowałem zęby, przejechały tylko dwa auta. Dotknąłem plandeki namiotu. Była zbyt mokra, żeby ją pakować. Wyciągnąłem więc plecaki na zewnątrz, złożyłem wewnętrzną komnatę mojego małego domu i otworzyłem zamki po obu stronach, żeby jak najszybciej obsechł.

Nie mając przez ten czas nic do roboty, poszedłem zagadać do robotników, którzy już od dłuższego czasu pokazywali mnie palcami.

– Dobry! Wiedzą panowie, którędy na Łotwę? – zapytałem o oczywistą oczywistość, żeby jakoś zagaić rozmowę, ale odpowiedzi nie uzyskałem.

Mężczyzna w jaskrawopomarańczowej kamizelce, do którego skierowałem pytanie, szybko wybiegł na wiadukt, pod którym przechodziła moja droga, i zaczął krzyczeć, machając rękoma. Po chwili przyłączyli się do niego koledzy i machali wszyscy. Stałem jak wryty, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje, gdy nagle zauważyłem wyjeżdżającego spod mostu busa. Na widok mężczyzn zwolnił i otworzył okno. Po szybkiej wymianie zdań po litewsku, robotnicy podeszli do mnie i po rosyjsku wytłumaczyli mi, żebym się pakował, bo ich kumpel jedzie prawie pod samą granicę.

Nigdy nie sądziłem, że uda mi się spakować namiot w minutę, ale mniej więcej tyle mi to zajęło, gdy tylko się dowiedziałem, że mam transport. Wilgotny namiot nie był już problemem.

Zarzuciłem plecak na jedno ramię, z głębi serca, serdecznie i donośnie zawołałem Spasiba! i pobiegłem do busa, który podwiózł mnie aż 100 km dalej.

Z początku próbowałem dopytać się kierowcy, dokąd jedziemy, ale litewskie nazwy miejscowości brzmiały jak odgłos wydawany przez siłą karmione gęsi, dlatego po trzeciej próbie zrezygnowałem. Grunt, że jechałem w kierunku Łotwy. Patrząc na mapę, w pewnym momencie zauważyłem, że zjeżdżamy z trasy tranzytowej na boczną drogę. Przyznam szczerze, że wtedy lekko spanikowałem. Zapytałem po raz czwarty, dokąd jedziemy, i po raz czwarty usłyszałem niezrozumiałą nazwę. Stwierdziłem jednak, że skoro kierowca wie, gdzie jadę, to pomoże mi tam się dostać.

Po mniej więcej godzinie dojechaliśmy do małej miejscowości, która na mapie, owszem, była blisko granicy z Łotwą, ale niestety ruch był tu zerowy. Byłem zły na siebie, że zamiast podjechać tylko kawałek i zostać na głównej trasie, pojechałem dalej i wylądowałem na kompletnym bezludziu. Rzuciłem plecak na ziemię, usiadłem na tabliczce i czekałem.

Po półgodzinie stwierdziłem, że nie ma sensu tak siedzieć; po prostu pójdę do miasta popytać i może akurat coś będzie jechało w moim kierunku. Miałem rację. Przypadek chciał, że do lokalnego sklepu zajechał samochód ciężarowy z dostawą, a kierowcą był Rosjanin, który zaraz po rozładunku jechał w kierunku Pskowa i zgodził się mnie podwieźć.

Po drodze tłumaczyłem mu, że chcę dojechać na granicę łotewsko-rosyjską w miejscowości Terechenko, ale on nie miał pojęcia, gdzie to jest. Zdziwiłem się, bo kto jak kto, ale kierowcy zawsze znają większość dróg. Pokazałem mu na mapie, gdzie to powinno być, a on tylko powtarzał, że prowadzi go GPS i nic innego nie wie. Wkrótce miało się wyjaśnić, dlaczego nie znał tej miejscowości. Ustaliliśmy, że jak będę chciał wysiąść, dam mu znać. Był nieco dziwny i jakoś nie mogliśmy utrzymać rozmowy, więc tylko zerkałem na przyczepione do przedniej szyby zdjęcia roznegliżowanych kobiet i pilnowałem momentu, w którym miałem wyskoczyć.

Po godzinie jazdy stałem już na drodze do Moskwy. Znowu usiadłem na ziemi i mimo że była już dwunasta, to dopiero tam zdecydowałem się zjeść śniadanie, którego skład nie zmienił się od dwóch dni. Czarny chleb i dwa kabanosy. Zapakowałem je przezornie do plecaka, wyjeżdżając z domu. Przekonałem się, że kabanosy to najlepsze jedzenie autostopowicza. Długo świeże i smaczne nawet, jeśli zalatują starą bielizną, obok której przypadkiem znalazły się w plecaku, no i przechowują się w temperaturze od –50°C do +50°C. Autostopowe kabanosy.

Do granicy Łotwa–Rosja dojechałem na dwa stopy. Pierwszy to młoda para; też kiedyś jeździli autostopem, więc zostawili mnie w idealnym miejscu – przy przejeździe kolejowym. Ograniczenie do 30 km/h, znak „STOP” przed torami i miejsce na poboczu. Lepszego nigdzie bym nie znalazł, toteż dość szybko zostałem zgarnięty przez kierowcę ciężarówki i po południu zameldowałem się na przejściu granicznym, którego dokładna nazwa brzmiała Terehova.

Przejście było przeznaczone głównie dla samochodów ciężarowych, a te stały w kolejce liczącej kilka kilometrów. Nie było sensu czekać, aż przyjdzie kolej na mojego kierowcę, więc podziękowałem mu, pożegnałem się i ruszyłem piechotą w kierunku budek strażniczych. Niepokoił mnie fakt, że nie było widać żadnych piechurów, bo to mogło oznaczać, że przejście jest dla nich zamknięte. Co zdarza się dość często. Wtedy trzeba wskoczyć do pierwszego auta w kolejce i przez granicę przejechać w samochodzie. Na szczęście pogranicznicy okazali się być bardzo pomocni, mówiąc, że nie ma problemu i mogę śmiało iść dalej.

Minąwszy pierwsze posterunki, podszedłem do punktu kontroli paszportowej i sytuacja zaczęła się komplikować. Celnicy zauważyli zarys pałki teleskopowej, którą trzymałem w kieszeni spodni. Kazali mi ją wyciągnąć. Już po chwili zorientowali się do czego służy. Podeszli do tego z humorem, więc gdy zapytali, czy mam ze sobą jeszcze jakąś broń, odpowiedziałem żartem, że w plecaku trzymam shotguna. Nie zrozumieli dowcipu. Momentalnie zmienili nastawienie, kazali mi otworzyć plecak i zobaczyli moje autostopowe kabanosy. Poinformowali mnie, że do Rosji nie wolno wwozić mięsa i mam wybór: albo je wyrzucam, albo muszę teraz zjeść. Wybór był prosty. Usiadłem na krawężniku, wyjąłem kabanosy z reklamówki i, ku uciesze celników, skonsumowałem je w całości.

Po stronie rosyjskiej poszło bez problemu. Rzut oka na wizę i zdjęcie, skanowanie paszportu i znalazłem się w Federacji Rosyjskiej. Za ostatnim szlabanem potężny billboard informował: Obwód Pskowski Federacji Rosyjskiej.

– Jestem! – czułem podniecenie. – W końcu zaczyna się przygoda!

Do największego na świecie kraju wjeżdżałem już po raz trzeci. Za pierwszym razem zobaczyłem tylko okolice Sankt Petersburga, za drugim Kaukaz Północny, a teraz czekała mnie podróż w głąb Rosji. Moim zdaniem, Rosja to coś więcej niż państwo, to stan umysłu. Czasami spotykają cię tu rzeczy, których nie da się wytłumaczyć, jakie można tylko skwitować wzruszeniem ramion, wzdychając:

Eto Rossija[1].

Dobrą chwilę spędziłem czekając na auta przy szlabanie, ale nic nie jechało. Osobowych zero, a przekroczenie granicy przez jedną ciężarówkę zajmuje nawet kilka godzin (w zależności od tego, ile i komu da się w łapę). Zerknąwszy na mapę, postanowiłem podejść na stację benzynową niecały kilometr dalej. Tam kupiłem butelkę wody, rozejrzałem się dookoła, ale dalej nic nie jechało, więc oparłem plecak o przydrożną latarnię i usiadłem na ziemi, łapiąc promienie popołudniowego słońca.

Kiedy po 30 minutach przejechało tylko jedno auto, zacząłem się trochę niepokoić. Z pobliskiego budynku podszedł do mnie strażnik graniczny i zagaił rozmowę. Słysząc, że jadę do Indii, a po drodze mam Moskwę, ze śmiechem wyjaśnił, że dzisiaj może być ciężko, bo na granicy mają jakąś awarię systemu i wszystko wpisują ręcznie. Nie było sensu się złościć, więc spokojnie opalałem się dalej.

Na stacji, obok której ciągnęła się potężna kolejka ciężarówek, utknąłem na trzy godziny, bezskutecznie zagajając podjeżdżających od czasu do czasu kierowców. Od Moskwy dzieliło mnie ponad 600 km prostej drogi, a ja nie ruszyłem z miejsca. Wieczorem pojawiła się konkurencja, i to lokalna, co jeszcze bardziej zmniejszało moje szanse. Gdy wreszcie jedna z ciężarówek miała mnie już zabrać, pobiegłem po plecak, lecz w tym czasie jeden z tubylców przekabacił kierowcę rublami i znów zostałem na lodzie.

Jednak co się odwlecze, to nie uciecze i po chwili obok mnie zatrzymał się samochód osobowy z moskiewską rejestracją. Szybko podszedłem do kierowcy i zacząłem tłumaczyć, dokąd jadę, a on mi przerwał:

– Masz strasznie dziwny akcent. Skąd jesteś? – spytał zaciekawiony, a na jego twarzy malowało się rozbawienie.

– Z Polski. Autostopem do Indii jadę! – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

– A ja z Ukrainy. Z Karpat. – rzekł uśmiechając się.

– Karpaty oczień krasiwe! Na Ukrainie naród oczień charoszy! – już nawet ciężko było mi ukryć wzbierającą nadzieję na podwózkę. Widzę, że facet mięknie, aż w końcu spogląda na mój leżący nieopodal plecak i mówi:

– Do bagażnika się nie zmieści, więc wrzuć go na tylne siedzenie i wskakuj.

Ukrainiec był pierwszym kierowcą od wyruszenia z domu, z którym rozmawiałem przez całą drogę. Zaliczyliśmy wszystkie tematy, począwszy od jego ukochanych Karpat, poprzez uwięzienie Tymoszenko, stosunki rosyjsko-ukraińskie, aż po rodzinę, dzieci oraz jego pracę. Mniej więcej po godzinie jazdy zatrzymaliśmy się na chwilę na dwa hot dogi z frytkami i wtedy powiedział, żebym się specjalnie nie objadał, bo czeka nas teraz dość ciężki fragment trasy. Zdziwiłem się, bo byłem wcześniej w Rosji i jakoś nigdy ich drogi nie wydawały mi się gorsze od naszych w Polsce, ale okazało się, że mało jeszcze widziałem.

Pierwsze 300 km od granicy w kierunku Moskwy szosa była naprawdę piękna. Dosłownie gładka jak stół, z szerokim poboczem i wyraźnymi białymi znakami poziomymi. Mniej więcej w połowie trasy zaczął się dramat.

Na początku były dziury, które stopniowo, wraz z kolejnymi kilometrami, przekształcały się w coraz większe wyrwy w jezdni. Mniej więcej 200 km przed Moskwą zaczął się najgorszy fragment. Jechaliśmy lekką osobówką, a i tak raz po raz szorowaliśmy podwoziem o nawierzchnię lub wpadaliśmy kołami w większe i mniejsze dziury. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jakie mam szczęście, że nie jadę ciężarówką. Te wielkie, powolne maszyny zaliczały każdą dziurę. Co jakiś czas mijaliśmy którąś z nich stojącą na poboczu, a w ciemnościach widać było uwijających się przy kołach kierowców.

Porządna jezdnia zaczęła się ponownie dopiero 100 km przed Moskwą, gdzie dojechaliśmy o trzeciej w nocy. Tam postanowiłem rozstać się z moim przemiłym kierowcą. Na pożegnanie dostałem od niego odblaskową kamizelkę oraz piwo, a sam podarowałem mu naklejkę z Polski i, zupełnie przypadkowo, ładowarkę, którą zostawiłem w samochodzie. Rozejrzałem się po okolicy stacji benzynowej, na której zostałem, i rozbiłem namiot na pierwszym lepszym skrawku trawnika. Padałem ze zmęczenia, ale poprawiała mi nastrój myśl, że już jutro będę w Moskwie.

Mżawka. Od niej zaczął się mój kolejny poranek. Leżąc schowany po nos w śpiworze, słyszałem jak krople wody spływają po plandece namiotu. Wydałem z siebie ryk rannego bawołu, naciągnąłem śpiwór na głowę, ale zaraz gwałtownie zrzuciłem.

– Dobra, czas wstawać – mruknąłem do siebie, zmarznięty i zły. Postanowiłem wyjrzeć na zewnątrz, skontrolować pogodę i okolicę. Rozpiąłem suwak namiotu i rozejrzałem się dookoła. Potem spojrzałem do góry i natychmiast się obudziłem. W moim kierunku szły ołowiane chmury, które mogły oznaczać tylko jedno: więcej deszczu.

W pośpiechu ubrałem się i spakowałem wszystko. Namiot tylko wytrzepałem i zwinąłem mokry, bo czekanie, aż wyschnie, nie miało sensu.

Gdy tylko skończyłem zwijać mój przenośny domek, lunęło jak z cebra. Szybko podbiegłem na stację benzynową, gdzie oparłem plecak o ścianę i rozejrzałem się po tankujących autach. Przede mną stał duży, srebrny mercedes, więc niewiele myśląc, zapytałem stojącego obok starszego jegomościa, czy nie zechciałby mnie wziąć do Moskwy. Udało się. Już po chwili jechałem ze starszym małżeństwem do samej stolicy. Rozstałem się z nimi przy jednej ze stacji metra, obok której znajduje się uwielbiany przez wszystkich globtroterów bar z charakterystyczną, żółtą literą M. Zamówiłem bułkę z wyrobem mięsopodobnym, serem i kiszonym ogórkiem za dwadzieścia rubli i rozsiadłem się przy stole. Postanowiłem w pierwszej kolejności napisać do mojego hosta Artema, że już jestem w Moskwie.

Kim jest host? W swoich podróżach dość często korzystam z portalu Couchsurfing, który, najogólniej ujmując, umożliwia spanie u ludzi na całym świecie za darmo. Najczęściej wiąże się to ze spędzaniem czasu z hostem, czyli osobą, u której nocujesz. Nie dość, że masz nocleg, to często też zdarza się, że host oprowadza cię po mieście, opowiada ciekawe historie, tłumaczy zwyczaje i tradycje panujące w danym kraju czy mieście. Polecam tę formę podróżowania każdemu, kto chce poznawać świat niedużym kosztem. Z Artemem umówiłem się równo w południe, na stacji metra tuż obok jego mieszkania. Opuściłem bezpieczną przystań pod wielką literą M i zszedłem do słynnego moskiewskiego metra.

Moskiewskie metro. Każdy o nim słyszał, ale nie każdy był, a warto je zobaczyć choć raz. Pierwsze, co przyciągnęło moją uwagę po zjechaniu pod ziemię, to jego rozmiary. Jest ogromne! 190 stacji połączonych jest pajęczyną 12 linii, które liczą w sumie ponad 300 km. Oczywiście nie wygląda to tak, że już na pierwszej lepszej stacji stajesz zachwycony przepięknymi zdobieniami, płaskorzeźbami czy witrażami. Nie. Większość stacji metra jest przykładem nurtu w sztuce zwanego socrealizmem, który raczej nie zachwyca, jeśli nie jest się jego fanatykiem. Wizerunki Lenina na niektórych stacjach wzbudzają nawet konsternację. Rzekłbym, że w całym metrze dwie stacje rzeczywiście sprawiają, że nawet taki laik jak ja docenia ich piękno. Są to Komsomołskaja oraz Płoszczad’ Riewolucii[2].

Pierwsza to ogromna sala, na której mogliby urządzać bal carowie. Pomalowane złotożółtą farbą sklepienie, ozdobione płaskorzeźbami przedstawiającymi coś na kształt liści laurowych połączonych z dziwnymi zawijasami. Poetą nie jestem, więc nie wiem, jak to najlepiej opisać, ale wygląda naprawdę ładnie i cieszy oko. Jednak największe wrażenie robią żyrandole. Tak! Całą stację oświetlają żyrandole, i to nie byle jakie! Zupełnie jak te, które Sowieci po wojnie wywozili z zamków i pałaców na terenach okupowanych krajów. Potężne, o średnicy bez mała półtora metra, z żarówkami, które zastąpiły znajdujące się kiedyś w tym miejscu świece. Dopełnieniem tego przepychu są ściany w całości pokryte białym marmurem i niezliczone kolumny.

Stacja Plac Rewolucji jest zgoła inna. Sklepienie nie robi już takiego wrażenia, bo jest całkiem zwyczajne, pomalowane białą farbą, ze współczesnym oświetleniem. Uwagę przyciągają tu łuki pomiędzy kolumnami. Ozdobione są wyróżniającym je na tle sklepienia czerwonym lub żółtym marmurem, a łączą je nienaturalnych rozmiarów posągi z brązu. Siedemdziesiąt sześć nieruchomych postaci przedstawia tych, których demagogia w Związku Radzieckim lansowała najbardziej: żołnierzy, chłopów i sportowców. Pierwsi z reguły przedstawieni są z karabinami, drudzy z elementami charakterystycznymi dla wsi, jak na przykład kury, a sportowcy – z rysującym się na twarzy zacięciem, przywołującym na myśl fragment refrenu z hymnu ZSRR:

Znamia sowietskoje, znamia narodnoje

Pust’ ot pobiedy k pobiedie wiediot![3]

Na stacji tej panuje oryginalny, ciekawy dla turystów zwyczaj. Za każdym razem, gdy podjeżdża kolejka, mniej więcej jedna trzecia wychodzących z niej osób podchodzi do wybranych posągów i głaszcze je na szczęście. Największą popularnością cieszy się posąg psa, stojący obok jednego z żołnierzy. Mimo że jest z brązu, jego nos i udo świecą niczym złoto. Aż tak przesądni są moskwianie.

Metro ma też swoje tajemnice, a najsłynniejszą jest chyba sekretna sieć Metro-2. System ten, według krążących, ale nigdy oficjalnie niepotwierdzonych relacji, zbudowany jest z trzech linii dostępnych jedynie niektórym, wtajemniczonym przedstawicielom władzy. Nad funkcjonowaniem tego sekretnego metra czuwają oczywiście rosyjskie służby specjalne FSB. Linie przebiegają pod wszystkimi najważniejszymi budynkami Moskwy, łącząc je z podziemną siecią bunkrów, podmiejskimi kompleksami wojskowymi i lotniskami.

Jadąc na spotkanie z Artemem, ukradkiem rozglądałem się za bezdomnymi dziećmi, które według materiału „Dzieci z Leningradzkiego” miały żebrać również na stacjach metra. Niestety czy raczej „stety”, zarówno wtedy, jak i przez cały swój pobyt w stolicy Rosji nie zauważyłem ani jednego.

Artem był przesympatycznym, 25-letnim chłopakiem. Pracował po dwanaście godzin dziennie w dużej korporacji. Wraz ze swoją dziewczyną wynajmował skromne, dwupokojowe mieszkanie z maleńką kuchnią oraz łazienką w stanie surowym. Skromnie, przytulnie, a co najważniejsze: sucho i ciepło. Lokum znajdowało się na obrzeżach miasta, dziesięć minut piechotą od stacji metra Pierwomajskaja, a od centrum miasta dzieliło je 17 km.

Gdy spotykają się dwie osoby z couchsurfingu, z reguły na początku panuje między nimi lekki dystans. Na szczęście Artem nadawał dokładnie na tych samych falach co ja. Po krótkim spacerze weszliśmy do domu, gdzie zauważyłem, że specjalnie dla mnie przygotował obiad, składający się z sałatki warzywnej oraz smacznych klusek z mięsem. Przez żołądek do serca.

Niczego mi nie narzucał. Spokojnie się wykąpałem, wywiesiłem mokry namiot na balkon, wrzuciłem brudne ciuchy do pralki i usiadłem na kanapie, by po raz pierwszy od wyruszenia z domu napisać coś na blogu. Potem wyszedłem się przejść, oddać szwankujący aparat do naprawy i kupić rosyjską kartę SIM do telefonu. Zeszło mi na tym ponad dwie godziny. Gdy wróciłem, Artem oznajmił, że wychodzimy na spacer spotkać się z innymi couchsurferami.

Jadąc metrem rozmawialiśmy z Artemem o tym, co robimy na co dzień, jakie mamy plany na przyszłość i opowiadaliśmy sobie śmieszne historie z życia wzięte.

Następnie poznałem Julę, która mówiła wyłącznie po rosyjsku i była bardzo pocieszna. Ja do niej po angielsku, a ona:

Niet! Niet! Niet! Pasha, ty z Polszy i ty ponimajesz po ruski – odpowiadała wciąż uparcie z uroczym uśmiechem.

Razem poszliśmy do małej piekarni, gdzie Artem chciał, żebym spróbował lokalnych przysmaków. Zamówił ciasto z mięsem, wyglądem i rozmiarem nieco przypominające małą pizzę Calzone, lecz w środku było samo mięso z przyprawami. Połknąłem szybko, jak to niestety mam w zwyczaju, a Artem podsunął mi kolejny talerzyk, na którym znajdowała się bułeczka wielkości kajzerki, zapiekana z serem i rybą w środku. I na koniec zwyczajna drożdżówka z kruszonką, a wszystko popiłem prawdziwym kompotem z wiśni.

W czasie posiłku mój host odebrał telefon z informacją, że dołączą do nas jeszcze dwie dziewczyny z Węgier, więc od razu poszliśmy je odebrać ze stacji.

Plan na popołudnie był taki, że go nie było, więc po odebraniu Gabi i Zofii z Węgier ruszyliśmy na spacer głównymi ulicami Moskwy. Mimo że cały dzień pogoda była wyjątkowo brzydka, nie przejmowałem się specjalnie i usiłowałem wywołać dobry humor w sobie i reszcie towarzystwa. Pomógł mi w tym deszcz, który dopadł nas akurat na środku mostu na rzece Moskwie. Właściwie było to wręcz oberwanie chmury. Dziewczyny miały parasolki, które rzeczywiście troszkę je chroniły przed strugami lejącej się z nieba wody. Ja takowej nie miałem, ale nie chciałem się do nich zbytnio przytulać pod jedną, więc machnąłem ręką na deszcz i skakałem od kałuży do kałuży, ciesząc się jak dziecko. Wkrótce dopadł mnie stan popularnie zwany „głupawką”. Gdy w końcu dotarliśmy do stacji metra, wszyscy byli już całkiem mokrzy, a dziewczyny dodatkowo przemarznięte, więc rozsądnie zaproponowały, żebyśmy poszli do ich hosta na pálinkę.

Spodziewałem się, co to będzie, i nie pomyliłem się. Pálinka to tradycyjny węgierski alkohol o mocy wahającej się od 40% do 70%. Ta, którą miały nasze Węgierki, przelana do plastikowej butelki po coca-coli z napisem VIP, była nieznanego pochodzenia, o niespecjalnie ciekawym zapachu, ale wyglądała nawet zachęcająco.

W mieszkaniu hosta Gabi i Zofii spotkaliśmy jeszcze dwóch Rosjan, którzy też aktywnie działali w couchsurfingu, i przez godzinę wspólnie siedzieliśmy, rozmawiając o czym się dało. Stanowiliśmy wyjątkowo wesołą gromadkę, więc tematy pojawiały się same nie wiadomo skąd i dość płynnie przechodziliśmy od jednego do drugiego. Na początku, jak to zwykle bywa, o alkoholu, później o sucharkach, które w Rosji są ostatnimi czasy hitem na rynku spożywczym. Pakowany w małe saszetki suszony chleb o różnych smakach znakomicie pasuje jako przekąska do piwa.

O 22.00 Artem stwierdził, że musimy się zbierać, bo za godzinę miał odebrać z dworca swoją dziewczynę, Ilonę. Wymieniwszy ze wszystkimi numery telefonów, pożegnaliśmy się i lekko „rozgrzani”, pomaszerowaliśmy na dworzec, po drodze wyśpiewując różne piosenki. Oczywiście pierwszą, która przyszła mi do głowy, była „Szła dzieweczka do laseczka”. Gdy tylko Artem ją usłyszał, zaśmiał się w głos. Okazało się, że dość łatwo da się ona przetłumaczyć na rosyjski, i już po pięciu minutach nauki śpiewaliśmy polską pieśń biesiadną wspólnie.

Punktualnie odebraliśmy Ilonę, a po powrocie do domu dosłownie padłem na kanapę. Pierwszy dzień w Moskwie był jak przygrywka do mojej wielkiej przygody, bo miasto aż pulsuje od przepełniającej je po brzegi energii, historii i tajemnic.

Czerwone Miasto

Artem z Iloną wstali o siódmej, żeby o ósmej wyjść do pracy. Nie musiałem wychodzić z nimi, więc postanowiłem powylegiwać się jeszcze kilka minut.

Gdy wyszli, usiadłem na łóżku i powoli zmusiłem się do myślenia. W pierwszej kolejności zadzwoniłem do dziewczyn z Węgier i umówiłem się z nimi na 9.30. Wziąłem szybki prysznic, spakowałem do plecaka sprzęt, polar i przewodnik, włożyłem buty i gotowy do wyjścia nacisnąłem klamkę. Drzwi ani drgnęły. Chcę wychodzić, a tu na przeszkodzie stoją drzwi. I to nie byle jakie, bo ruskie.

Oczywiście, Artem pokazywał mi wczoraj wieczorem, jak je otworzyć, ale moje roztargnienie i pálinka zrobiły swoje. Stoję bezradnie i patrzę na stalowe drzwi z trzema pokrętłami.

„Które pierwsze? A może środkowego miałem nie ruszać?” – mówię sam do siebie, intensywnie próbując sobie przypomnieć, co mówił Artem.

Ryzyk fizyk, kręcę wszystkimi po kolei. W razie czego, mieszkanie jest na pierwszym piętrze, a na zewnątrz widziałem całkiem solidne drzewo, więc istnieje opcja zapasowa. Pokręciłem trochę, na zasadzie „może się uda”, ale po dziesięciu minutach zwątpiłem i zapytałem swojego hosta SMS-em, „Jak otworzyć drzwi?”. Po minucie dostałem odpowiedź: Hahahaha, good luck and have fun[4]. „Żartowniś”, pomyślałem, patrząc na stalową zaporę, która uparcie nie pozwalała mi wyjść.

Postanowiłem podejść do problemu na logikę. Mam trzy zamki. Każdy z nich można przekręcić w prawo i w lewo, ale nie wiem, kiedy jest otwarty. Pośpiesznie skalkulowałem, że w sumie zamki mogą być ułożone na osiem sposobów i któryś z nich musi być prawidłowy. Kolejne pięć minut prób i znów fiasko – dalej nie chcą się otworzyć. W przypadku rosyjskich drzwi logika nie obowiązuje. Wyszedłem jeszcze raz na balkon, żeby lepiej się przyjrzeć dorodnej brzozie, lecz jej widok nie napawał nadzieją, więc wróciłem do drzwi. Nie chciały współpracować, toteż podszedłem do problemu jak typowy Polak, czyli: przypadkowe konfiguracje pokręceń i grzmotnięcie kolanem. I wtedy drzwi stęknęły, odgięły się i otworzyły z donośnym skrzypnięciem. Byłem wolny. I spóźniony na spotkanie z Gabi i Zofią.

Po 40 minutach podróży metrem dotarłem na stację Płoszczad’ Riewolucii. Podekscytowany wyszedłem na zewnątrz i moim oczom ukazały się potężne mury moskiewskiego Kremla. Dookoła masy turystów, policji i przewodników oferujących swe usługi obcokrajowcom. Z dziewczynami umówiłem się pod pomnikiem marszałka Żukowa, który jest częstym miejscem spotkań. Z miejsca zacząłem go poszukiwać. Poszło dość łatwo, ponieważ stoi tuż obok bram wejściowych na Plac Czerwony i w bezpośrednim sąsiedztwie parku, gdzie znajduje się Pomnik Nieznanego Żołnierza.

Pod pomnikiem marszałka, który dla Rosjan jest bohaterem narodowym, a dla mnie jednym z wielu zbrodniarzy czasów stalinowskich, zameldowałem się piętnaście minut po dziewiątej. Rozejrzałem się dookoła, ale nigdzie nie było poznanych wczoraj Węgierek. Zadzwoniłem do nich i okazało się, że jak na damy przystało, pojawią się spóźnione mniej więcej 30 minut. Los mi sprzyjał!

Nie mając co robić, przeszedłem się do sklepu po bułki i kiełbasę, które tego dnia wydawały mi się dobrym pomysłem na śniadanie, i usiadłem nieopodal pomnika. Z nudów obserwowałem rzekę turystów, która przy marszałku dzieliła się na dwie strugi. Pierwsza kierowała się w lewo, na Plac Czerwony, a druga w prawo, w kierunku parku i kas z biletami na Kreml. Większość turystów stanowili skośnoocy Azjaci. Wyróżniali się tym, że mimo ładnej pogody spacerowali z otwartymi parasolami, a każdy z nich zaopatrzony był w lustrzankę z potężnymi obiektywami. Co jakiś czas wpadały mi w ucho słowa przewodników wycieczek angielskich, z których jeden opowiadając, kim był Żukow, jako ciekawostkę przytoczył fakt czterokrotnego odznaczenia marszałka najważniejszym orderem wojskowym Bohatera Związku Radzieckiego. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że czwarty order przyznał sam sobie za „osiągnięcia dla narodu oraz z okazji sześćdziesiątych urodzin”.

Gdy w końcu pojawiły się dziewczyny, wraz z rzeką turystów ruszyliśmy na prawo od pomnika marszałka, by zejść do Pomnika Nieznanego Żołnierza. Tuż obok niego minęliśmy gwiazdy Miast-Bohaterów zasłużonych w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, wśród których znalazłem Kercz, gdzie byłem w zeszłym roku i gdzie nad miastem góruje upamiętniający wojnę obelisk z czerwoną gwiazdą. Następnie przeszliśmy do kas Kremla i starym radzieckim zwyczajem odstaliśmy swoje w potężnej kolejce.

Wejście i zwiedzanie zbrojowni kosztowało stosunkowo dużo, bo w przeliczeniu aż 40 złotych, ale w podróżach kieruję się zasadą, że zwiedzanie jest ostatnią rzeczą, na której oszczędzam. Nie wiadomo kiedy będę tu znowu, więc głupotą byłoby żałować pieniędzy na coś, czego mogę już nigdy więcej nie zobaczyć.

Myśleliśmy, że mając bilety przejdziemy się dalej spokojnie na Kreml, ale rzeczywistość była brutalna i przed wejściem na zamek czekała na nas kolejna, jeszcze dłuższa kolejka. Jak na ironię, gdy wychodziłem z domu, świeciło piękne słońce, więc zabrałem tylko polar. Było to niezbyt rozsądne, bo gdy nagle zerwał się huraganowy wiatr i lunął deszcz, nie pozostało mi nic innego, tylko łamiąc zakaz wchodzenia na trawnik schronić sie pod pobliskim drzewem.

Wreszcie, po ponad godzinie stania w kolejce i moknięcia, przeszliśmy przez bramki, jakich nie powstydziłoby się żadne lotnisko, i oto byliśmy na słynnym moskiewskim Kremlu. Zbrojownia mieści się tuż obok wejścia, więc od razu tam skręciliśmy i po sprawdzeniu biletów weszliśmy do budynku, którego zarówno zewnętrzna architektura, jak i wystrój wewnętrzny przywodzą na myśl budynki Pałacu Zimowego w Sankt Petersburgu.

W środku dyskretnie podłączyliśmy się do wycieczki angielskich emerytów, gdyż ich przewodniczka naprawdę ciekawie opowiadała o sukniach balowych w pierwszym pomieszczeniu. Nagle w grupie zrobiło się wielkie zamieszanie. Jeden z jej członków zaczął się dusić i padł jak długi na ziemię.

Oh my God! Is he dead?![5] – zapytał któryś z seniorów z typowo angielską flegmą.

Wówczas do głosu doszedł we mnie „dzielny Polak bohater” i ku zaskoczeniu Gabi i Zofii podbiegłem do leżącego na ziemi starszego pana i przykucniętej obok niego kobiety, która krzyczała i próbowała go ocucić.

Szybko przewróciłem mężczyznę na plecy i zacząłem powtarzać w myśli to, co tyle razy słyszałem. Pochylić się nad ustami leżącego i zastosować zasadę widzę, słyszę, czuję. Na chwilę znieruchomiałem i poczułem, że robi mi się gorąco. Rozpaczliwie czekałem na choćby delikatne muśnięcie powietrza na policzku czy najmniejsze poruszenie klatki piersiowej. Sekunda, dwie, pięć… Kobieta zaczyna coś do mnie krzyczeć, a ja dalej słucham. Nic. To, co pomyślałem w tym momencie, to bynajmniej nie było delikatne „Kurczę!”. Wyprostowałem się i kazałem kobiecie, najprawdopodobniej jego żonie, odchylić głowę męża i na moją komendę wdmuchiwać mu do ust powietrze. Jednocześnie przewodniczka wycieczki zapewniła, że pogotowie już jedzie. Super. Splotłem dłonie trzęsące się, jakbym trzymał młot pneumatyczny, i licząc pod nosem zacząłem uciskać.

– Raz, dwa, trzy, cztery, pięć… – liczyłem. – „No dawaj chłopie, dawaj!”, popędzałem sam siebie – …dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa… – liczyłem jak w transie. Nagle usłyszałem krzyk kobiety:

– Otworzył oczy!

Spojrzałem na niego. Rzeczywiście, miał otwarte oczy, a jego źrenice delikatnie się poruszały. Szybko się nad nim pochyliłem i znowu, niemalże dotykając jego ust policzkiem, nasłuchiwałem. Ulga, jaką poczułem słysząc pierwsze tchnienia powietrza i widząc ruch klatki piersiowej, była nie do opisania. Ułożyłem Anglika w przepisowej pozycji bocznej i kazałem wszystkim się odsunąć, żeby dopuścić do niego świeże powietrze, którego nawet ja już nie czułem. Chwilę później zjawiła się pielęgniarka, zaczęła pacjentowi mierzyć ciśnienie i wypytywać o inne podstawowe rzeczy, aż do przyjazdu pogotowia, które było na miejscu dosłownie po paru minutach. Nie byłem już potrzebny, więc wstałem i na miękkich nogach wróciłem do dziewczyn. Mówię Wam, podziw w ich oczach – bezcenny!

Ponieważ na tę grupę i ich przewodniczkę nie mogliśmy już liczyć, ruszyliśmy dalej sami. Następna w kolejności Sala Karet zrobiła na mnie największe wrażenie. Kilkadziesiąt pięknie zdobionych złotem i drogocennymi kamieniami pojazdów carskich. Poczynając od tych najmniejszych, przeznaczonych dla młodych paniczów, na potężnych, z drewnianymi kołami o średnicy dwóch metrów kończąc. Podłączyliśmy się tam do kolejnej wycieczki, ale wzbudziło to protest i musieliśmy się oddalić. Drugie piętro było poświęcone zastawom obiadowym i śniadaniowym, zbrojom i księgom, ale bez przewodnika trudniej się zwiedzało. Dalsza część Kremla nie rzuciła mnie specjalnie na kolana. Poza kilkoma cerkwiami, soborami i dzwonnicą, która jest płatna ekstra, nie ma tam nic ciekawego. Cerkwie, prócz jednej, w której są pochowani carowie, wszystkie wyglądają w środku podobnie. Turyści mogą się przemieszczać tylko po dobrze pilnowanym terenie, a każdy, kto chociażby tylko wejdzie na jezdnię oddzielającą go od budynków rządowych, jest szybko cofany przez wszechobecnych policjantów. Dziewczyny chciały jeszcze połazić po parku, więc umówiliśmy się znów wieczorem na piwo, ja zaś ruszyłem w kierunku Placu Czerwonego.

Zawsze myślałem, że nazwa placu pochodzi od czerwonego koloru rewolucji, ale wyjaśnienie okazało się inne. Otóż, początkowo plac był nazywany „pięknym”, ale z czasem coraz częściej używano słowa „czerwony”. Nie tylko z powodu koloru otaczających go ceglanych budynków, ale również dlatego, że po rosyjsku słowa krasiwyj (piękny) i krasnyj (czerwony) są do siebie bardzo podobne.

Na plac wszedłem od strony pomnika Żukowa. Gdy minąłem bramę wjazdową, moim oczom ukazała się olbrzymia, wybrukowana przestrzeń. Po prawej mury Kremla, a po lewej cerkiew Kazańska, która w czasach stalinowskich, na rozkaz wielkiego wodza, pełniła funkcję toalety publicznej. Idąc dalej, wciąż mając mury twierdzy po prawej stronie, minąłem Gławnyj Uniwiersalnyj Magazin, czyli popularny GUM, obecnie potężne centrum handlowe dla ludzi majętnych. Sami moskwianie żartują, że gdy była już żona Putina szła tam na zakupy, prezydent musiał dzwonić z prośbą o pożyczkę do Banku Światowego. Naprzeciwko niego, mniej więcej na środku pod samymi murami, wznosi się mauzoleum ojca rewolucji, Lenina. Wprawdzie jest ono czynne tylko w niektóre dni, ale gdy już jest otwarte, to mimo absolutnego zakazu wnoszenia aparatów, telefonów, a nawet długopisów, przyciąga dzikie tłumy, które ustawiają się w kilkusetmetrową kolejkę. Miejsce spoczynku Lenina stanowi jednocześnie centralny obiekt cmentarza dla wybitnych działaczy partii i rządu. Pochowani są tu m.in. Stalin, Dzierżyński, Andropow, Breżniew i Gagarin. Idąc dalej wzdłuż murów Kremla, doszedłem do jednej z piękniejszych cerkwi na świecie. Sobór Opieki Matki Bożej (Sobór Wasyla Błogosławionego) z połowy XVI wieku, bo tak się nazywa to cudo, składa się z ośmiu cerkwi o wspólnej podstawie. Każdą z cerkwi wieńczy kopuła przypominająca młodą cebulkę, z tą różnicą, że są pomalowane w kolorowe szachownice lub paski przypominające spodnie Obelixa ze słynnego komiksu René Goscinnego i Alberta Uderzo. Obecnie jest to muzeum, w którego zbiorach znajduje się m.in. niezwykła kolekcja broni z czasów Iwana Groźnego.

Późnym południem prowadzony głosem żołądka, poszedłem na obiad, który w drogiej Moskwie kosztował mnie aż 25 złotych. To taki podróżniczy klasyk: na początku podróży miewa się nie do końca przemyślane wydatki. Na koniec dałem pokaz beztroski. Nie zadbałem o to, by zapisać adres swego hosta. Wydawało mi się, że pamiętam, jak dojść od metra do domu Artema, jednak wszystkie ulice, bloki i podwórka wyglądały tam identycznie: szare, czteropiętrowe budynki, a przed nimi trzepaki, piaskownice i śmietniki, przy których kręciły się tłuste kocury. Pomyliłem zakręty.

Wpisałem kod w pierwszej klatce. Nie działa. No to idę do drugiej i powtarzam czynność. Zadziałało, ale klatka wyglądała nieco inaczej, niż ją zapamiętałem. Wchodzę na I piętro i jestem na sto procent pewny, że to nie tu, bo co jak co, ale drzwi do domu pamiętałem aż za dobrze. Wreszcie uznałem, że najprościej będzie jeśli Artem przyśle mi adres mieszkania. Napisałem drugiego już tego dnia SMS-a, „Jaki był adres mieszkania, bo nie mogę znaleźć?”, a w odpowiedzi ze zdziwieniem przeczytałem znów: Hahahah. Good luck and have fun! Po kolejnych 15 minutach błądzenia w końcu trafiłem. Oczywiście, pomyliłem bloki, ale jakimś cudem ten sam kod pasował do trzech różnych klatek w okolicy.

Miałem mniej więcej godzinę do powrotu moich hostów i dwie do spotkania z Węgierkami, więc wziąłem prysznic i usiadłem do pisania bloga. Artem i Ilona pojawili się dopiero tuż przed 20.00, bo zajechali jeszcze do mamy Ilony, która przygotowała dla nas kolację i zakąski. Spojrzałem na ilość jedzenia i piwa, które przyniósł Artem, a następnie na zegarek, którego wskazówki nieubłaganie zbliżały się do pełnej godziny, i podjąłem decyzję. Zadzwoniłem do dziewczyn, że się spóźnię, po czym usiadłem z Artemem i Iloną do stołu, na którym już czekało przepyszne cannelloni.

Po głównym daniu otworzyliśmy schłodzone piwka i rozwiązały nam się języki. Ilona wyciągnęła spod stołu siatkę z suszoną rybą i zaczęła ją łamać. Nie do końca wiedziałem, o co chodzi, lecz Artem pośpieszył z wyjaśnieniem, że w Rosji oprócz sucharków do piwa często jako zagryzkę je się suszoną, soloną rybę. I rzeczywiście. Mimo że była naprawdę strasznie słona, do piwa pasowała jak znalazł.

Było bardzo przyjemnie. Rozmawialiśmy o Moskwie i jej historii oraz o polityce. Nim się spostrzegłem, zrobiło się wpół do jedenastej, więc szybko dokończyłem piwo, pożegnałem się i wyszedłem, starannie zapamiętując trasę do domu. Dopiero siedząc w metrze przypomniałem sobie, że nie podziękowałem za przepyszną kolację. Wysłałem więc wiadomość dziękczynno-pochwalną, długą na 640 znaków i usprawiedliwiającą mój brak wychowania. Odpowiedź brzmiała: Hahaha. Good luck and have fun. Zacząłem podejrzewać, że to jedyne, co Artem potrafi napisać po angielsku.

Zaraz po 23.00 znalazłem dziewczyny w barze, w którym się z nimi umówiłem. Pogadaliśmy godzinkę o Węgrzech, Polsce, o tym, co warto zobaczyć w Kazaniu, gdzie one już były, a ja tam zmierzałem, i o masie innych rzeczy. Po północy dołączył do nas jeden z Rosjan, Andrew, którego poznałem wczoraj na pálince. Jakież było moje zdziwienie, gdy z przyniesionej ze sobą siatki wyciągnął dla nas po kubku świeżych jagód zerwanych na działce. O pierwszej w nocy zostaliśmy poproszeni o wyjście, ponieważ zamykali bar. Postanowiliśmy przejść się do pobliskiego centrum, żeby zobaczyć miasto, „które nigdy nie śpi”. Plac Czerwony, Kreml i GUM, podświetlone, wyglądały nieziemsko. Właśnie zbliżały się urodziny tego ostatniego i przed budynkiem układano potężny dywan z kwiatów, co wyglądało naprawdę spektakularnie.

Gdy zerknąłem na zegarek, żołądek podjechał mi do gardła. Była 1.45, a Artem uprzedzał mnie, że metro zamykają o pierwszej w nocy.

– Gabi, wy wiecie, że o pierwszej zamknęli metro i nie mamy jak wrócić? – zapytałem.

– Wiemy, ale Andrew nas podwozi do domu, bo ma po drodze – odpowiedziała bez stresu i nagle do niej dotarło, że ja mieszkam w zupełnie innej części miasta. – Pasha, ty nie masz jak wrócić! – stwierdziła z wyczuwalnym współczuciem.

Ano nie miałem. Żadnych nocnych autobusów, metra czy tramwajów. Jedyna opcja to taksówka, która by mnie zrujnowała, bo mieszkanie Arta było na obrzeżach miasta.

– No nic, przygoda, to przygoda – stwierdziłem i mimo że dziewczyny proponowały mi nocleg, zaparłem się, że wracam sam do domu.

Plac Czerwony opuściłem o drugiej i prowadzony GPS-em, ruszyłem przed siebie. Po 15 minutach marszu stwierdziłem, że jednak szybciej byłoby autem, więc niewiele myśląc zacząłem łapać stopa. Idę, idę i wyciągam kciuk w nadziei, że ktoś się zatrzyma. Jest! Obok mnie zatrzymało się auto. Stara łada, a w niej podejrzanie wyglądający kierowca.

– Dokąd chcesz? – pyta oschle, lustrując mnie od góry do dołu.

– Na koniec niebieskiej linii – rzucam szybko, mając nadzieję na podwózkę.

– Dobra, a ile mi zapłacisz? – pada pytanie.

Spodziewałem się tego, więc mówię, że jestem z Polski i jadę autostopem do Indii, więc jeżdżę z reguły bezpłatnie. Rzucając mi zdziwione spojrzenie, kierowca odjechał, nie oglądając się za siebie. Nie zdziwiło mnie to, bo któż normalny łapie stopa w środku nocy, i to w dodatku w Moskwie? Szedłem dalej i wciąż machałem. Po chwili znowu zatrzymało się auto i dialog wyglądał podobnie, ale tym razem z happy endem. Najpierw zabrał mnie Gruzin, później dwójka Rosjan i Ormianin, którego tak rozbawiła moja historia, że podwiózł mnie cztery kilometry dalej niż sam jechał. Ostatnim autem był srebny golf czwórka, w którym siedziało trzech młodych Rosjan, z przylizanymi na czoło grzywkami. Ci podrzucili mnie aż pod klatkę, twierdząc, że nie mogą mnie zostawić samego, bo to bardzo niebezpieczna okolica.

Pod drzwiami byłem o trzeciej w nocy. Najciszej jak potrafiłem, otworzyłem drzwi i nie zapalając światła, wszedłem do pokoju, a tam czekało pościelone łóżko, szklanka pełna wody i karteczka z napisem Sleep well crazy man. Rozczulił mnie ich miły gest i uśmiechając się pod nosem, zasnąłem na wygodnej kanapie.

W poszukiwaniu dzieci

Plan na kolejny dzień był prosty: chciałem zobaczyć Moskwę taką, jaka naprawdę jest, a nie tylko tę przeznaczoną dla turystów. Poprosiłem więc Artema, żeby zaznaczył mi na mapie dzielnice, w które turysta zdecydowanie nie powinien się zapuszczać.

Jednak w pierwszej kolejności postanowiłem wziąć się do realizacji projektu „Pocztówki z Europy” i poszukać miejsc, w których żyją i mieszkają dzieci przedstawione w dokumencie „Dzieci z Leningradzkiego”. Oczywiście pierwsze kroki skierowałem na Dworzec Leningradzki, gdzie doznałem wielkiego szoku. Generalny remont budynku miał się już prawie ku końcowi. Zamiast spodziewanego syfu, brudu i ubóstwa ujrzałem wnętrza, jakich nie powstydziłoby się żadne miasto w Europie. A wokół mnóstwo policjantów oraz innych funkcjonariuszy porządkowych, którzy nie tylko chronili dworzec, ale i pomagali pasażerom.

Postanowiłem spróbować szczęścia gdzie indziej i pojechałem odwiedzić trzy kolejne dworce: Kazański, Kurski i Kijowski. Poza różniącymi je fasadami, w środku wyglądały bardzo podobnie, zwłaszcza jeśli chodzi o ochronę. Przy każdym wejściu kontrola jak na lotnisku: bagaż na taśmę do prześwietlenia, każdy z pasażerów przechodzi przez bramkę, a w razie potrzeby jest dodatkowo przeszukiwany przez policję. Na każdym dworcu widziałem charakterystycznie ubranych funkcjonariuszy rosyjskich służb specjalnych OMON, potocznie nazywanych „Czarnymi Beretami”, którzy patrolowali perony z owczarkami niemieckimi. Uświadomiłem sobie, że tutaj nie znajdę dzieci. Moskwa jest miastem, gdzie rocznie dochodzi do przynajmniej jednego zamachu terrorystycznego i masy zabójstw. Środki kontroli są tutaj tak zaostrzone, że nie ma możliwości, aby na dworcu pojawili się bezdomni czy żebracy. Zaraz zostaliby przepędzeni przez mundurowych.

Po porażce na dworcach, postanowiłem odwiedzić trzy miejsca, które Artem zaznaczył mi na mapie. Wsiadłem w metro i po trzydziestu minutach byłem po drugiej stronie miasta, w dzielnicy zdominowanej przez nielegalnych imigrantów. I tu kolejny zawód. Owszem, wśród szarych, zaniedbanych blokowisk widać było biedę, ale dopiero tam mnie olśniło, że jeśli ktoś przyjeżdża do obcego miasta, to będzie się trzymać z rodziną aż do grobu, a więc samotnych sierot raczej tam nie znajdę. Zrozumiałem, że takie szukanie jest bezcelowe i dużo prościej będzie pójść od razu do ośrodka „Dzieci Marii”, w którym miałem spotkanie po południu.

Siedziba ośrodka była praktycznie w samym centrum Moskwy, jednak długo nie mogłem jej znaleźć. Dopiero czwarta osoba, którą zapytałem, wskazała mi dojście od podwórka i drzwi do „Dzieci Marii”. Ośrodek znajdował się w piwnicy.

Zszedłem po schodach, zapukałem, zero odpowiedzi. Drzwi były uchylone, więc postanowiłem wejść. Moim oczom ukazał się wąski korytarz zawalony masą książek, papierów, siatek, kartonów zabawek i sztalug. Przeciskając się ostrożnie, żeby niczego nie potrącić, zawołałem:

– Dzień dobry! Jest tu kto?