Autokar do nieba - Paweł Olearczyk - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 122 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Autokar do nieba - Paweł Olearczyk

Marcin budzi się po powrocie z wesela swojej siostry i niczego nie pamięta. Wiadomości na automatycznej sekretarce sugerują, że trochę wczoraj narozrabiał. Między innymi poturbował znajomego, który w ramach rekompensaty prosi, aby ten zastąpił go w pracy. Marcin zgadza się na zostanie pilotem wycieczki do Rimini, choć sam nigdy tam nie był i nic o tym miejscu nie wie. Grupa, jaką ma się zaopiekować, jest niezwykle różnorodna. Ksiądz, jego seksowna siostra, para gejów, emeryt narkoman oraz morderca, który jedzie do Włoch, aby sfinalizować umowę ataku terrorystycznego na Polskę to tylko niektóre z osób, z którymi Marcin będzie musiał spędzić najbliższe siedem dni. Prowadzi to do mnóstwa czasami zabawnych, a czasami strasznych sytuacji.

www.pawelolearczyk.pl

www.facebook.com/oficjalnyolearczyk

 

 

Paweł Olearczyk – ur. 23 marca 1988 roku w Oświęcimiu, dzieciństwo spędził w Kętach. Jak sam twierdzi, tworzenie jest jedną z jego naturalnych potrzeb, którą regularnie musi zaspokajać. Ma tak od dziecka i nie wie, skąd to się wzięło. Autokar do nieba jest jego trzecią powieścią. Na rynku wydawniczym zadebiutował tytułem Nie pytaj mnie o Rose, wydanym jesienią 2011 roku. Rok później ukazała się jego druga powieść Wszyscy jesteśmy sterowani.

Opinie o ebooku Autokar do nieba - Paweł Olearczyk

Fragment ebooka Autokar do nieba - Paweł Olearczyk





Strona redakcyjna


PROLOG

Witam państwa serdecznie w imieniu biura podróży Titanic Tour oraz w swoim własnym. Ja nazywam się Marcin Bachleda i będę państwa pilotem na tej oto wycieczce. Na wstępie chciałbym powiedzieć, że jest nam niezmiernie miło, iż wybrali państwo nasze biuro, aby zabrało was w podróż do wspaniałego miasta, jakim jest Rimini. Zapewniam również państwa, że dołożymy wszelkich starań, abyście po powrocie z podróży mogli ze spokojnym sumieniem stwierdzić, że ten wybór był słuszny. Należy bowiem pamiętać, że z naszym biurem Titanic Tour nie utoniecie, a Leonardo DiCaprio byłby z nas dumny!

– Ale on jeszcze żyje! – zawołał pan z tyłu auto-busu.

Pięknie! Jeszcze nie wyjechaliśmy, a oni już zaczynają mnie wkurzać. Zastanawiam się, czy to była dobra decyzja, aby podjąć się tego pilotażu. Nie wiem, co mi odbiło, że się na to zgodziłem...

– Chodzi o to, że byłby, gdyby wiedział o naszym istnieniu – odparłem.

A teraz, zanim opowiem państwu, jakie atrakcje i udogodnienia oferuje autokar, którym będziemy podróżować, pozwolę sobie sprawdzić listę obecności...


Autokar do nieba

Jakieś 48 godzin wcześniej...

Kiedy się obudziłem, pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było spojrzenie na zegarek. Dochodziła 14. Nie byłem tym wcale zaskoczony. Spałem jak zwykle około 8 godzin. Jedynym, co troszkę mnie dziwiło, był stan mojego samopoczucia. Wczoraj na weselu siostry wypiłem przecież niezliczone ilości alkoholu. Mam wrażenie, że przepijałem sobie z każdym z gości, a było ich około 250. Po takim czymś nie powinienem chyba w ogóle się obudzić, o bólu głowy już nie wspominając. A tu proszę, byłem jak nowo narodzony. Założę się, że niewielu z weselników miało tyle szczęścia, co ja. Doskonale pamiętam, że pierwszy zawodnik odpadł o północy. Na pewno dziś nie czuje się dobrze. Gorzej, on się pewnie w ogóle nie czuje.

Po jakichś 15 minutach rozmyślań o wczorajszej nocy podniosłem się z łóżka. Czar prysł, a razem z nim uczucie idealnego samopoczucia. Mój organizm zawiódł już przy pierwszej próbie złapania równowagi. Miałem wrażenie, że w mojej głowie startuje helikopter, a obraz przed oczami obraca się z częstotliwością proporcjonalną do liczby obrotów jego śmigła. Było dokładnie tak jak w tej piosence: „Zamigotał świat tysiącem barw”. Nie miałem wyjścia. Musiałem skorzystać z toalety. Kilka minut później, gdy dolegliwości trochę ustały, przyjrzałem się temu, co ze mnie wyszło. Szczerze, trochę tego było. Jakieś fragmenty kurczaka, ciastek, a wszystko podane w sosie własnym. Jak się tak dokładniej przyjrzeć, to dało się nawet zauważyć ziarenka kukurydzy z sałatki. A właśnie, sałatka! Dobrze, że sobie przypomniałem. Muszę wziąć od siostry przepis, była przepyszna. Korzystając z okazji, że jestem w takim, a nie innym pomieszczeniu, poszedłem pod prysznic. Tam nastąpiło ukojenie. Helikopter wylądował. Przepasany ręcznikiem udałem się do kuchni, aby zrobić sobie coś do jedzenia. Po tym, co wydarzyło się w łazience, byłem przekonany, że w moim żołądku jest kompletna pustka. Jak się później okazało, myliłem się. Po jednym kęsie kanapki z mojego wnętrza wydostało się jeszcze kilka weselnych smakołyków. Postanowiłem, że na razie dam sobie spokój z jedzeniem. Cały czas zastanawiałem się, co zrobić, żeby poczuć się lepiej. Przyszło mi do głowy, że może poprawi mi się, kiedy wpuszczę do pokoju trochę promieni słonecznych. Nic bardziej mylnego.

– Ała! – krzyknąłem. Odsłonięcie zasłony sprowadziło na mnie taki strumień światła, że poczułem się tak, jakby ktoś wypalał mi oczy. Zrezygnowany usiadłem na łóżku. Na szafce obok leżało zaproszenie na wczorajszą ceremonię. Rzuciłem na nie okiem jeszcze raz. Chryste Panie! Z przerażeniem odnotowałem fakt, że jest ono dla mnie i dla mojej osoby towarzyszącej. Pomogło mi to uświadomić sobie, że na tym weselu wcale sam nie byłem. Właśnie, ale co się stało z Martyną? Mieliśmy wracać do domu razem, tymczasem nie pamiętam, jak ja wróciłem do mieszkania, a co dopiero ona. Muszę do niej zadzwonić.

Dowlokłem się do telefonu. Oho! Zdaje się, że Martyna wpadła na podobny pomysł. Automatyczna sekretarka pokazywała jedną nieodebraną wiadomość. Założę się, że to ona. Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii! Przeraźliwy dźwięk po wciśnięciu guzika przewiercił mi bębenki w uszach i uderzył prosto w mózg. Czy nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, że są dni, kiedy wszystko jest za duże i za głośne?

Masz jedną nową wiadomość. Nagraną dziś o godzinie 01:23.

– Cześć, Marcin, tutaj Martyna. Chciałam ci powiedzieć, że jestem już w domu. Dotarłam bezpiecznie, nie licząc tego, że złamałam obcas, gdy uciekałam przed jakimś pijakiem w parku. Poza tym wszystko w porządku. Wyszłam z przyjęcia zaraz po tym, jak napadłeś na wokalistę zespołu i ukradłeś mu mikrofon. Pewnie nawet nie zauważyłeś mojego zniknięcia. Nie mogłam znieść, jak śpiewałeś: „Martyna, Martyna, dzisiaj będę ją zapinał!”. Nie chcę wiedzieć, co było potem. Nie dzwoń do mnie więcej. I pomyśleć, że wydawałeś się takim spoko kolesiem. Żegnaj!

Przez chwilę nie mogłem dojść do siebie. Nie wierzyłem w to, co usłyszałem. Odsłuchałem tego jeszcze kilka razy. Najbardziej dziwiły mnie nie same zdarzenia, do jakich doszło, ale to, że ich nie pamiętam. Przecież byłem na tym weselu jeszcze jakieś 3 godziny. To bardzo dużo czasu. Mogło się wiele wydarzyć. I zapewne wydarzyło. Tyle że ja nic z tego nie pamiętam. Mam złe przeczucia. Będą kłopoty. Oj, będą. Samą Martyną zbytnio się nie przejmowałem. Wszak poznałem ją tydzień przed weselem. To nie był poważny związek. A jeśli nikt inny do mnie nie dzwoni, to chyba nie jest tak źle, no, chyba że wszyscy się poobrażali i czekają, aż to ja się odezwę i ich wszystkich poprzepraszam.

Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza.

Ubrałem się i wyszedłem na krótki spacer. Kiedy wróciłem do mieszkania, byłem już w lepszym stanie. Mogłem w końcu coś zjeść bez obaw, że zaraz to zwrócę. Zagryzając kanapkę z ogórkiem, przeglądałem wybraną po drodze pocztę. Rachunek, rachunek, rachunek, reklama z Ikei, rachunek, rachunek, rachunek, reklama z Media Markt. Tak mniej więcej wyglądała moja korespondencja. A w portfelu pustka. Ani jednej ulotki z Media Markt. Potrzebuję pieniędzy. Niestety wszyscy, od których zazwyczaj pożyczam, byli wczoraj na weselu, więc wnioskuję, że może być trochę ciężko. Tym razem naprawdę będę musiał pójść do pracy.

Rozwiązanie problemu pojawiło się samo. Okazało się, że podczas mojego spaceru na automatycznej sekretarce pojawiła się jeszcze jedna wiadomość.

Masz jedną nową wiadomość. Nagraną dziś o godzinie 15:17.

– Cześć, Marcin, tutaj Grzesiek. Mam do ciebie taką sprawę. Pamiętasz pewnie, jak wczoraj zacząłeś robić striptiz na scenie. Chciałem cię powstrzymać, ale zrzuciłeś mnie z podestu. Później strasznie bolało mnie ramię. Byłem dzisiaj na prześwietleniu i chirurg powiedział mi, że mam złamany obojczyk. Problem w tym, że pojutrze miałem być pilotem wycieczki do Rimini, a w takim stanie, sam dobrze wiesz, nie mogę. Pomyślałem sobie, że przecież też masz licencję. I tu pojawia się moja prośba. Szef mnie zabije, jeśli nie znajdę nikogo na swoje miejsce. To tylko tydzień, a kasa całkiem przyzwoita. Zastanów się dobrze i oddzwoń do mnie, czy chcesz to zlecenie. Aha, jeszcze jedno. Ta akcja z arbuzem wczoraj na weselu. Stary! Mistrzostwo świata. Należało mu się od nas wszystkich. Ja też nie lubię tego pana młodego. Trzymaj się!

Tej wiadomości też musiałem posłuchać kilka razy. Cokolwiek znaczyła akcja z arbuzem, nie mogłem sobie nic na ten temat przypomnieć. Nie to jednak było problemem w tej chwili. Musiałem rozważyć propozycję Grześka. Brzmiała interesująco i spadła mi jak z nieba, co więcej, trzeba było jakoś wynagrodzić Grzesiowi złamany obojczyk, jeśli to faktycznie ja zawiniłem. Jadę! W podejmowaniu rozsądnych decyzji nigdy nie byłem dobry. Ta również nie okazała się rozsądna. Wystarczy prześledzić fakty. Owszem, licencję pilota mam, ale kurs zrobiłem 3 lata temu, co więcej, nigdy nie pracowałem w zawodzie. W Rimini też do tej pory nie byłem. Na szczęście, jak sprawdziłem przed chwilą na mapie, miasto znajduje się we Włoszech, więc wcale nie tak daleko. No i jeszcze jeden problem. Nie mówię po włosku. Jedyne słowo, jakie znam w tym języku, to arrivederci, a jego polskie tłumaczenie nie wróży mi zbyt dobrze. Jadę!

W rozmowie z Grzegorzem wolałem nie wspominać o weselu. Miałem teraz zadanie do wykonania i chciałem to zrobić jak najlepiej, żeby poprawić sobie zszarganą wczorajszymi wyczynami reputację. Otrzymałem od niego wszystkie informacje na temat wyjazdu, jakie posiadał, oraz niezbędne dokumenty. Spotkałem się również z szefem biura, które miało mnie zatrudnić na tzw. odprawie pilockiej. Udzielono mi w wielkim skrócie kilku wskazówek. Nie powiem, jakim wzrokiem patrzył na mnie dyrektor Titanic Tour, ale nie miał wyjścia. Musiał mnie zatrudnić. W tak krótkim czasie nie znajdzie nikogo lepszego. Gorszego chyba też nie, ale mniejsza z tym. Za 2 godziny wylatywał z żoną na wakacje do Brazylii, co było powodem tego, iż nie poświęcił mi zbyt wiele czasu. Zacząłem przygotowania.

Jak powszechnie wiadomo, jednym z zadań pilota wycieczek jest udzielanie informacji krajoznawczej, czyli na przykład opowiadanie ludziom w autokarze, przez jakie to piękne i ciekawe miejsce aktualnie przejeżdżamy. Miałem tylko jeden dzień na naukę tego wszystkiego. Spędziłem go na czytaniu przewodników pożyczonych od Grześka i szukaniu informacji w sieci. Na jednej z witryn internetowych wyznaczyłem sobie trasę przejazdu, według której wyszukiwałem wiadomości na temat mijanych obszarów. Wydrukowałem około 200 stron, które zdążyłem ładnie zbindować na pół godziny przed zamknięciem pobliskiego punktu ksero. Konspekt pilocki – czyli moje źródło wiedzy krajoznawczej – był gotowy. Po spakowaniu się zostały mi jeszcze jakieś 3 godziny na sen, których nie zawahałem się wykorzystać.

Dzień pierwszy

Na miejsce zbiórki przybyłem godzinę przed planowanym odjazdem. Niecałe 3 godziny snu i 2 mocne kawy wbrew moim oczekiwaniom nie wystarczyły, abym poczuł się jak nowo narodzony. Autokar stał już na swoim miejscu. Piękna, biała i nowoczesna scania. Jeden z bardziej ekskluzywnych modeli – z WC, barkiem, odtwarzaczem DVD i dzięki Bogu – z klimatyzacją. Moim kolejnym zadaniem było dogadanie się z kierowcami. Podszedłem więc ze swoją pomarańczową walizeczką na kółkach do drzwi pojazdu i zajrzałem przez szybę do środka. Wytężałem wzrok, jak tylko mogłem, ale nikogo nie dałem rady dojrzeć. Zacząłem pukać – bezskutecznie. Chwilę później zobaczyłem, że ktoś wychodzi ze szlafki [1]. Wysoki, szczupły mężczyzna bez problemu zauważył idiotę wymachującego rękami i otworzył mi drzwi. Nie miałem wątpliwości, że to pan kierowca, choć jak na jednego z nich wydawał się trochę zbyt zadbany. Z jego twarzy można było wyczytać liczne pobyty w solarium. Salony kosmetyczne też chyba odwiedzał. Idealnie wyprofilowane brwi mówiły same za siebie. Nie wierzę, żeby jakikolwiek facet był w stanie wykonać to z taką precyzją. Nie wierzę, żeby w ogóle jakiś facet zrobił to z własnej woli. Ktoś chyba go do tego zmusił. Przez myśl przebiegło mi kilka pytań na temat jego orientacji seksualnej, ale wolałem nie wyciągać pochopnych wniosków.

– Dzień dobry! Nazywam się Marcin Bachleda i będę pańskim pilotem – powiedziałem na wstępie i podałem mu rękę.

– Dzień dobry! Nazywam się Cyprian Kamil...

– Norwid?

– Och, ale pan dowcipny. Po prostu Cyprian Kamil. Będę pańskim kierowcą – odparł z uśmiechem – również podał mi dłoń, tyle że w taki sposób, iż nie za bardzo wiedziałem, czy mam ją pocałować, czy też zrobić z nią coś zupełnie innego.

„Nie wyciągaj pochopnych wniosków, życie nie jest tak okrutne, żeby wysłać cię na wycieczkę z gejem zamiast kierowcy” – powtórzyłem w myślach.

Na samym początku zapragnąłem pozbyć się największych obaw związanych z podróżą, dlatego zapytałem:

– Rozumiem, że wie pan, jak dojechać do Rimini?

Kierowca wybuchnął śmiechem i dodał:

– Wygląda na to, że będziemy mieli tu z panem niezłą zabawę. Niech tylko Gracjanek pana pozna. On lubi takich dowcipnisiów.

– Ale ja poważnie pytałem. Czy wie pan, jak dojechać do Rimini? – spytałem z powagą w głosie, żeby było jasne, iż nie żartuję.

– Oczywiście, że nie wiem. My z Gracjankiem jedziemy pierwszy raz na taki wyjazd w tamte tereny. Biuro obiecało nam, że wyśle z nami pilota, który był tam wielokrotnie i sprawnie nas pokieruje. Domyślam się, że mieli na myśli pana.

Po tych słowach poczułem lekki zawrót głowy. Zupełnie jakby gdzieś w moim organizmie wegetowały jeszcze resztki weselnej wódki i postanowiły zadziałać właśnie w tej chwili. Wziąłem głęboki oddech.

– Panie Cyprianie, chodziło im o Grzegorza, mojego kolegę, którego musiałem zastąpić w wyniku pewnych niejasnych jeszcze dla mnie okoliczności. Wszystko, co wiem o trasie, znajduje się tutaj – i nie wskazałem w tym momencie głowy. – Bez tego konspektu jestem kompletnie bezużyteczny.

Przez chwilę miałem wrażenie, że kierowca zaraz się rozpłacze.

– To co my teraz zrobimy?

– Poczekamy na tego pana Gracjana i przedyskutujemy z nim całą sprawę. Na szczęście pościągałem przykładowe trasy z internetu. Może coś się nada – zasugerowałem.

– Ale po co mamy czekać? Ja go zaraz zawołam.

– Jak to pan go zawoła? To gdzie on jest?

– No tutaj, w autobusie.

„Pięknie! Drugi kierowca jest wyimagino-wany” – pomyślałem.

– Gracjanku! Gracjanku! Chodź tu do nas szyb-ciutko!

Modliłem się, żeby to wszystko okazało się tylko złym snem. Widok faceta zadbanego bardziej niż Martyna, z którą byłem na weselu, nawołującego do jakichś 50 pustych foteli, budził we mnie żal i współczucie. Bardziej zaskoczyło mnie jednak, kiedy schlafenkabina otwarła się po raz kolejny, a w jej drzwiach pojawił się niczym Adonis, ubrany w same bokserki Gracjan, kierowca numer dwa. Jeśli Cypriana nazwałem opalonym, to Gracjan zasługuje na miano przypalonego. Przy nim Cyprian był albinosem. Dzięki temu, że był w samych bokserkach, ozdobionych serduszkami, mogłem zobaczyć jego znakomicie wyrzeźbione ciało. Zaraz. Czy ja powiedziałem: „dzięki temu”? Miałem na myśli, że z powodu tego, iż był w samych bokserkach, zobaczyłem, że ma duże...yyy... mięśnie. Boże. Co się ze mną dzieje? Jeszcze nigdy nie czułem się tak zakłopotany na widok faceta w samej bieliźnie. Gracjan był pod każdym względem lepiej zadbany niż Cyprian. Jego brwi depilował chyba sam Michał Anioł. Swoją drogą też niezłe ciacho. Nie! Nie powiedziałem tego, prawda?

– No, co się stało, Cyprianku? – zapytał Gracjan i usiadł kierowcy na kolanach.

„Nie wyciągaj pochopnych wniosków, życie nie jest tak okrutne, żeby wysłać cię na wycieczkę z gejem zamiast kierowcy. Życie jest znacznie okrutniejsze. Zamiast tego wysyła cię na wycieczkę z parą gejów zamiast kierowców” – powtórzyłem w myślach. „Aczkolwiek jeden z nich jest całkiem niezły. Wolę nie wiedzieć, co robili we dwóch w jednoosobowej szlafce i dlaczego ten ma na sobie tylko bokserki”.

– Widzisz, Gracjanku? To nasz pilot, który, tak jak my, niewiele wie na temat trasy przejazdu.

– Miło mi, Marcin Bachleda – przedstawiłem się i podałem rękę z pewnym zawahaniem.

– Mnie też jest bardzo miło. Gracjan Tetmajer.

– Rozumiem, że bez Przerwy?

– Ha, ha, ha! Dowcipniś nam się trafił, co?

– Czasem mi się zdarza pożartować.

– Lubię takich zabawnych chłopców.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.